Blog

 

20.11.2021

Pożegnanie z Afryką

Bo jeżeli życie ma jakąś wartość,

to polega ona na tym, iż jej nie ma.

Wolny żyje ten, kto umie umrzeć.

[…]

Przebywanie z naturą nauczyło mnie wystrzegać się gwałtownych ruchów. Wszystkie dzikie stworzenia, z którymi ma się do czynienia, są płochliwe i czujne, potrafią wymknąć się człowiekowi w momencie, kiedy się najmniej tego spodziewa. Żadne zwierzę domowe nie umie zachować się tak cicho jak dzikie. Ludzie cywilizowani też utracili zdolność zachowywania ciszy, muszą się tego uczyć od natury, zanim zostaną dopuszczeni do obcowania z nią. Pierwszą rzeczą, do której myśliwy musi się dostosować” jest sztuka cichego posuwania się, bez nagłych ruchów - a dotyczy to tym bardziej myśliwego z aparatem fotograficznym. Myśliwi nie mogą chodzić według własnego widzimisię, muszą się stosować do wiatru, do barw i woni terenu, muszą też przybrać tempo takie samo jak całe otoczenie. Jeśli otoczenie, jak orkiestra, powtarza jakiś takt, myśliwy musi robić to samo.

[…]

Podobnie jak przepiórka krajowcy tylko udawali strach przed nami, aby nim pokryć jakąś znacznie głębszą obawę, której natury nie mogliśmy się domyślić. A może wreszcie ich zachowanie się wobec nas było nie znanym rodzajem żartu, może ci zamknięci w sobie ludzie w ogóle nie obawiali się nas. Mieszkańcy Afryki znacznie mniej niż biali ludzie zdają sobie sprawę z ryzyka w codziennym życiu. Czasami na safari albo na farmie, w chwili szczególnego napięcia, moje oczy spoty-« kały się z oczyma otaczających mnie krajowców i wtedy odczuwałam, że dzieli nas jakaś ogromna odległość i że oni dziwią się memu niepokojowi i obawie ryzyka. Przychodziło mi wtedy na myśl, że może oni czują się w życiu jak we właściwym żywiole - czego my nigdy nie potrafimy osiągnąć - jak ryby w głębokiej wodzie, które nie potrafią zrozumieć naszej obawy przed utonięciem. Tę pewność siebie, tę sztukę pływania posiadają - tak myślałam - dlatego, że przechowali wiedzę, którą my utraciliśmy jeszcze za pierwszych rodziców; ze wszystkich części świata szczególnie Afryka uczy nas tego, że Bóg i Szatan są jednym” majestat obu jest równie odwieczny, nie ma dwu nie mających początku, lecz jest jeden tylko - mieszkańcy Afryki nie mieszali osób ani nie dzielili substancji.

[…]

Przedstawiał bardzo smutny widok – Kamante miał dużą głowę nad małym i chudym ciałem, łokcie i kolana sterczały mu jak sęki u kija, a obie nogi od ud aż do pięt pokrywały głębokie, ropiejące rany. Na tle rozległej równiny chłopiec sprawiał wrażenie jeszcze drobniejszego, nie chciało się wprost wierzyć, iż tyle cierpienia mogło się skoncentrować w tak małej istotce, na tak nikłym ciele. Gdy zatrzymałam konia i zagadnęłam chłopca, nie odpowiedział, jakby mnie nie widział. Z płaskiej, kanciastej twarzy, bardzo znękanej, lecz równocześnie zdradzającej bezgraniczną cierpliwość, patrzyły oczy pozbawione blasku i przygaszone jak oczy nieboszczyka. Chłopiec wyglądał tak, jakby mu nie zostało więcej niż kilka tygodni życia, jakby w rozpalonym powietrzu nad jego głową krążyły już sępy, zawsze czujnie wypatrujące na stepie każdego znaku śmierci. Kazałam mu przyjść do siebie nazajutrz, żeby spróbować go leczyć.

[…]

Rzadko, niezwykle rzadko miałam do czynienia z tak dzikim stworzeniem, z jednostką zupełnie odizolowaną od reszty świata i odciętą od otaczającego ją życia przez coś w rodzaju śmiertelnej rezygnacji. Potrafiłam wydusić z niego odpowiedź na moje pytania, nigdy jednak z własnej inicjatywy nie wypowiedział ani słowa, nigdy też nie spojrzał na mnie. Nie miał w sobie ani śladu uczucia litości; na łzy innych chorych dzieci, które płakały podczas opatrunków, reagował pogardliwym śmiechem pełnym wyższości, nigdy jednak nie patrzył i na tych małych pacjentów. Nie zdradzał ochoty na żadne kontakty z otaczającym go światem, gdyż te kontakty, które miał, pozostawiły zbyt okrutne wspomnienia. Jego hart ducha w obliczu zadawanego bólu był hartem starego wiarusa. Nie istniało nic tak złego, co by go potrafiło zaskoczyć, dzięki swemu doświadczeniu i filozofii był zawsze przygotowany na najgorsze. To wszystko było w wielkim stylu i przypominało wyznanie wiary Prometeusza: „Męka - to żywioł mój, jak twój - nienawiść. Już teraz wy mię szarpiecie, a jednak się nie skarżę” i „Brnij w złem. Poddałem ci pod dłoń wszechwładną wszystko”[ P. B. Shelley. Prometeusz rozpętany – przyp.].

[…]

Bo przecież Kamante nie umie pisać, nie zna też angielskiego. Gdy on lub któryś z pozostałych boyów chce posłać mi wieści, udaje się do zawodowego, hinduskiego lub miejscowego pisarza listów, jednego z wielu siedzących przed urzędami pocztowymi, i mówi mu, co ma być w liście. Zawodowi pisarze listów również nie są biegli w angielskim, trudno nawet powiedzieć, że umieją pisać, ale oni sami są przekonani, że umieją. W celu udowodnienia biegłości upiększają listy masą esów-floresów, wskutek czego trudno je odcyfrować. Mają nadto zwyczaj pisania trzema lub czterema rodzajami atramentu, nie wiadomo z jakiego powodu, a w efekcie list wygląda tak, jakby atramentu zabrakło i użyto ostatnich kropli wysączanych z różnych butelek. Owoce tych skomplikowanych wysiłków przypominają posłania wyroczni delfickiej. Coś głębokiego jest w tych listach, które dostaję, czuję wyraźnie, że ważna sprawa leżała na sercu nadawcy, ona skłoniła go do odbycia długiej drogi z rezerwatu Kikujusów aż do urzędu pocztowego. Lecz wszystko zakrywa ciemność. Taniutki, brudny arkusik papieru, który przebył tysiące kilometrów, zanim dotarł do mnie, zdaje się mówić i mówić, nawet krzyczeć, lecz nie wyraża niczego. […] W liście, który odczytywałam jednemu z boyów, między innymi zdaniami znalazła się taka wiadomość: „Ugotowałem pawiana”. Starałam się wytłumaczyć, że nadawca myślał zapewne o schwytaniu pawiana, bo w języku suahili słowa „gotować” i „chwytać” brzmią podobnie. Ale odbiorca listu w żaden sposób nie chciał przyjąć takiego tłumaczenia. Nie, Msabu - powiedział - co on napisał do mnie? Co tu jest napisane? Napisał - odparłam - że ugotował pawiana, ale jak mógł ugotować pawiana? Gdyby zaś naprawdę tak było, toby ci napisał szczegółowo, jak i dlaczego to zrobił. Młody Kikujus zmarszczył się na tę krytykę pisanego słowa, poprosił o oddanie mu listu, złożył go starannie i odszedł.

[…]

Pojęcia sprawiedliwości w Europie i Afryce są różne: to, co obowiązuje na jednym kontynencie, jest nie do przyjęcia na drugim. Dla mieszkańców Afryki istnieje tylko jeden sposób równoważenia katastrof życiowych, a mianowicie odszkodowanie. Nie zwraca on natomiast żadnej uwagi na motywy i pobudki działania. Czy ktoś zwabi swego wroga w zasadzkę i w ciemności poderżnie mu gardło, czy też przy ścinaniu drzewa upadający pień zabije zupełnie przypadkowego przechodnia - jeżeli idzie o karę, oba wypadki są w pojęciu tubylców takie same. Społeczeństwo poniosło stratę i ktoś musi złożyć zadośćuczynienie: obojętnie kto i gdzie, byle nastąpiło odszkodowanie. Mieszkaniec Afryki nie zaprząta sobie głowy roztrząsaniem zagadnienia, czy ktoś ponosi winę i zasługuje na karę. Albo się obawia, że takie roztrząsanie zaprowadzi go zbyt daleko, albo też uważa, że to nie jest jego sprawą. Potrafi natomiast poświęcić mnóstwo czasu i wysiłku myślowego na znalezienie sposobu, według którego zbrodnia lub nieszczęśliwy wypadek da się przeliczyć na owce albo kozy. Wtedy czas nie gra roli, z całą powagą będzie się kręcił po labiryncie sofistyki. To wszystko było wówczas sprzeczne z moim pojęciem sprawiedliwości.

[…]

Pod tym względem napływowi Somalijczycy różnią się od rodowitych mieszkańców Kenii. Są bardzo czuli na sposób odnoszenia się białych; można nawet powiedzieć, że trudno się ruszyć, aby w jakiś sposób nie dotknąć ich uczuć, a najczęściej głęboko ich urazić. Somalijczycy posiadają wyczulony zmysł wdzięczności, ale też do grobowej deski potrafią pamiętać urazę. Zarówno dobrodziejstwa, jak i krzywdy zapadają im głęboko w serce. Są wiernymi wyznawcami Mahometa i jak wszyscy mahometanie sądzą innych według swego własnego kodeksu moralnego. W stosunkach z Somalijczykami można zyskać prestiż lub stracić go w ciągu godziny. Między tubylczymi plemionami szczególną pozycję mają Masaje. Są pamiętliwi, umieją dziękować, nie zapominają też urazy. Zresztą całe plemię żywi urazę do białych, która zniknie dopiero wtedy, gdy nie stanie Masajów. Pozbawieni uprzedzeń Kikujusi, Wakamba i Kawirondo nie wiedzą o żadnym kodeksie. Uważają, że większość ludzi jest zdolna do prawie wszystkiego, wobec czego trudno ich wyprowadzić z równowagi, nawet gdyby ktoś się uparł. Można powiedzieć, że taki Kikujus, któremu robi różnicę to, z czym się spotyka, jest osobnikiem biednym i zdeprawowanym. Jeżeli pozwala się im postępować zgodnie z naturą i tradycją narodową, wtedy i wszystkie czyny białych uważają za naturalne. Nie wydają sądów, lecz są bystrymi obserwatorami. Suma obserwacji decyduje o pozycji człowieka w ich oczach, o dobrym lub złym imieniu. Pod tym względem biedni ludzie w Europie też przypominają Kikujusów. Nie osądzają, lecz sumują obserwacje na czyjś temat. Jeżeli Kikujusi kogoś w ogóle lubią lub szanują, mają do niego taki stosunek jak do Boga; nie za to, co się dla nich robi, na pewno nie za to, co się dla nich robi, lecz za to, czym się jest.

[…]

Wielu gości odwiedzało nas na farmie. W krajach, gdzie życie ma charakter pionierski, gościnność staje się konieczna nie tylko dla dobra podróżnych, lecz również dla dobra gospodarzy. Odwiedzający jest przyjacielem, źródłem wiadomości. Czy są dobre, czy złe, na odludziu zawsze stanowią chleb dla głodnych umysłów. Prawdziwy przyjaciel witany jest w domu jak zesłaniec niebios przynoszący panem angelorum. Gdy Denys Finch-Hatton [angielski przyjaciel narratorki – przyp. aut.] powrócił z jednej ze swych długich wypraw, on i ja tak byliśmy spragnieni rozmowy, że zasiadłszy do obiadu nie ruszyliśmy się od stołu aż do świtu. Mówiliśmy o wszystkim, co nam tylko przyszło na myśl, potrafiliśmy dać sobie radę z każdym tematem. Biali koloniści, przez długi czas przebywający tylko z tubylcami, nabierają zwyczaju mówienia tego, co myślą, bo nie mają ani powodu, ani okazji do udawania i maskowania czegokolwiek. Gdy spotkają się we własnym gronie, nadal zachowują się tak samo. Żartowaliśmy sobie z Denysem, że Masaje mieszkający w maniattach u stóp gór widzą mój dom ogarnięty takim blaskiem, jakby się palił, podobnie jak umbryjscy chłopi widzieli jasność otaczającą dom, w którym święty Franciszek i święta Klara dyskutowali na temat teologii.

[…]

Nocne tańce przedstawiały piękny widok, tym nie brakowało już teatralności. Odbywały się przy ognisku i tylko w kręgu światła rzucanego przez to ognisko, które stanowiło zasadniczy element nocnej ngomy [uroczystości – przyp. aut.]. Światło palących się głowni nie było właściwie potrzebne do tańca, bo na afrykańskim płaskowyżu księżyc jest bardzo czysty i jasny. Chodziło tylko o efekt. Ogień sprawiał, że miejsce tańca tworzyło doskonałą scenę, wszystkie barwy i ruchy w jego zasięgu zlewały się w jedno. Mieszkańcy Afryki rzadko stosują przesadne efekty. Nie rozniecano wielkich ognisk. W przeddzień tańców miejscowe kobiety, uważające się za gospodynie tej imprezy, znosiły drzewo i układały je w stos na środku placu. Wokół centralnego ogniska siadały stare matrony, które zaszczycały uroczystość swoją obecnością, tuż zaś za nimi całą noc paliły się liczne małe ogniska, tworzące jakby wianuszek gwiazd. Dopiero poza tym kręgiem, na tle ciemnego lasu, uwijali się tancerze. Teren musiał być obszerny, aby żar i dym nie gryzły widzów w oczy, lecz mimo to sprawiał wrażenie zamkniętego miejsca, jakby tańce odbywały się w dużym, wspólnym domostwie.

[…]

Stary Knudsen , Duńczyk i samotnik, przybył na farmę [Karen – przyp. aut.] chory i ślepy i na niej dokonał życia. Chodził złamany nędzą, która odebrała mu wszystkie siły, tak że często głosu z siebie nie mógł wydobyć. A gdy przemówił, jego głos był podobniejszy do wycia wilka lub hieny niż do głosu ludzkiego. Kiedy jednak odzyskiwał oddech i ból opuszczał go na chwilę, znów iskry leciały z gasnącego ognia. Przychodził wtedy do mnie i opowiadał, jak musi walczyć z chorobliwą melancholią, z absurdalną skłonnością do czarnowidztwa. Musi to przemóc, bo przecież sprawy idą nie najgorzej, nie można się - do wszystkich diabłów - na nic skarżyć. Tylko ten pesymizm, ten pesymizm! To jest najgorsze, co siedzi w środku! Gdy moje interesy przedstawiały się gorzej niż zwykle, właśnie Knudsen poradził mi wypalać na farmie węgiel drzewny i sprzedawać go Hindusom w Nairobi. Zapewniał mnie, że zarobię tysiące rupii. Pod egidą starego Knudsena przedsięwzięcie nie mogło zawieść, gdyż on w pewnym okresie swego awanturniczego życia przebywał w najdalej na północ leżącym zakątku Szwecji i tam wyspecjalizował się w wypalaniu węgla. Podjął się nauczyć tej sztuki tubylców. 

[…]

Berkeley był mały, bardzo szczupły i rudy, miał małe dłonie i małe stopy. Trzymał się prosto, głową poruszał trochę po d’artagnanowsku gestem niepokonanego szermierza. Chodził bezgłośnie, jak kot. I jak kot każde miejsce, w którym się znalazł, zamieniał na wygodny kąt, zdawał się posiadać własne źródło ciepła i zadowolenia. Gdyby Berkeley usiadł obok ciebie przy dymiących zgliszczach twego domu, potrafiłby, jak kot, wywołać u ciebie uczucie, że siedzisz w przytulnym kątku. Gdy był w dobrym nastroju, oczekiwało się, że zacznie mruczeć jak kot. Gdy zaś chorował, było to smutniejsze i bardziej przygnębiające niż u innych ludzi, było to tak okropne jak choroba kota. Nie miał zasad, lecz miał niespodziewanie wielki zapas uprzedzeń, czego też można oczekiwać u kota. Gdyby Berkeley był kawalerem z czasów Stuartów. Denysa należałoby osadzić we wcześniejszej Anglii, w okresie elżbietańskim. Mógłby wtedy spacerować pod ramię z Filipem Sidney albo Franciszkiem Drake [Philip Sidney, angielski poeta, polityk i wódz w epoce elżbietańskiej, Francis Drake, angielski żeglarz i korsarz w XVI wieku – przyp.] Ludzie okresu elżbietańskiego mieliby do niego sentyment, bo przypominałby im starożytność, Ateny, o których marzyli i pisali. Denysa można było naprawdę umieścić w każdym okresie naszej kultury, zawsze byłby na miejscu aż do początku dziewiętnastego wieku. Wyróżniałby się w każdej epoce, gdyż był sportowcem, miłośnikiem muzyki, znawcą sztuki i doskonałym myśliwym. Wyróżniał się też w swoich czasach, ale nigdzie do niczego nie pasował. Jego przyjaciele z Anglii stale namawiali go do powrotu, przedstawiali mu różne propozycje i plany kariery, lecz wszystko na próżno. Afryka go trzymała.

[…]

Po śmierci Berkeleya kraj się zmienił. Jego przyjaciele już od pierwszej chwili odczuwali jego stratę, inni odczuli ją później. Wraz z nim skończyła się cała epoka w życiu kolonii. Przez wiele lat różne rzeczy określano na podstawie tego punktu zwrotnego. Ludzie mawiali: „Gdy żył Berkeley” albo „Od śmierci Berkeleya”. Do jego śmierci Kenia była Krainą Szczęśliwych Łowów, teraz zmienia się powoli w myśliwski business. Gdy on odszedł, obniżyły się standardy. Opadł poziom dowcipu, rzecz smutna w kolonii, podobnie obniżył się poziom odwagi, ludzie zaczęli głośno wzdychać nad swymi kłopotami, opadł też poziom humanizmu. Gdy Berkeley zeszedł ze sceny, z przeciwnej strony wtargnęła w nią ponura postać: twarda konieczność, pani ludzi i bogów. Dziwne, że ten mały, szczupły człowiek potrafił bronić jej wstępu aż do swego ostatniego tchu. Znikły drożdże do chleba. Znikła gracja, wesołość i swoboda, znikł czynnik, który wytwarzał prąd elektryczny. Kot wstał i opuścił pokój.

[…]

Denys Finch-Hatton nie miał w Afryce innego domu, tylko moją farmę. U mnie mieszkał między swymi safari, u mnie trzymał książki i gramofon. Gdy Denys wracał, farma otwierała serce i przemawiała - tak jak przemawiają plantacje kawy, gdy skąpane w rosie okrywają się kwieciem po pierwszych deszczach. Gdy oczekiwałam przyjazdu Denysa, gdy już słyszałam jego samochód, równocześnie słyszałam, jak wszystko na farmie mówi prawdę o sobie. Denys czuł się tu szczęśliwy, przyjeżdżał tylko wtedy, gdy miał na to ochotę, farma zaś wyczuwała w nim cechę, z której reszta świata nie zdawała sobie sprawy - pokorę. Nigdy nie robił tego, na co nie miał ochoty, nigdy też nie plamił ust oszustwem lub zdradą. Miał jedną cechę charakteru niezwykle dla mnie cenną - lubił słuchać opowiadań. Boja zawsze myślałam o sobie, że zdobyłabym rozgłos w czasie zarazy we Florencji. Czasy i moda zmieniły się, w Europie zanikła sztuka słuchania opowieści. Mieszkańcy Afryki, nie umiejący czytać, nadal ją posiadają. Jeżeli ktoś zacznie mówić do nich w te słowa: „Był raz pewien człowiek, który wyszedł na równinę i tam spotkał drugiego człowieka” - cali zamieniają się w słuch, ich wyobraźnia biegnie śladem nieznanych ludzi na równinie. Natomiast biali nie potrafią słuchać opowiadania, nawet jeżeli czują, że powinni. Jeżeli nie zaczynają się wiercić i nagle nie przypominają sobie rzeczy wymagających natychmiastowej akcji, to zasypiają. Ci sami ludzie proszą jednak o coś do czytania, potrafią długo w nocy pochłaniać pierwszą lepszą książkę, jaka im wpadnie do ręki, czasami nawet zmuszają się do przeczytania przemówienia. Ci ludzie przyzwyczaili się do odbierania wrażeń oczyma. Denys, który żył słuchem, wolał usłyszeć opowiadanie niż je przeczytać. Przyjechawszy na farmę zaraz pytał: „Masz jakąś historię?” W czasie jego nieobecności wymyślałam wiele opowiadań. Wieczorami więc układał się wygodnie na poduszkach zniesionych przed kominek, ja zaś siadałam na ziemi ze skrzyżowanymi nogami jak Szeherezada. Z otwartymi oczyma słuchał mego opowiadania od początku do końca. Lepiej pamiętał szczegóły niż ja sama i gdy w jakimś dramatycznym momencie zjawiał się któryś z bohaterów, często przerywał mi słowami: „Ten człowiek umarł prawie na samym początku, ale to nic nie szkodzi”.

[…]

Za każdym razem, gdy wznosiłam się w górę samolotem i patrząc w dół zdawałam sobie sprawę z oderwania się od ziemi, miałam uczucie takie, jak po dokonaniu wielkiego, nowego odkrycia. „A więc to tak - myślałam. - O to chodziło. Teraz rozumiem wszystko”.

[…]

Gdy w pierwszym tygodniu czerwca kończy się pora deszczowa, nastają chłodne noce, a w lasach na płaskowyżu pojawiają się świetliki. Pewnego wieczora można zobaczyć dwa lub trzy, unoszące się w czystym powietrzu jak awanturnicze, samotne gwiazdki. Wzbijają się w górę i opadają - zda się, że unosi je fala lub że składają głębokie dworskie ukłony. W rytmie lotu zapalają i gaszą swe miniaturowe lampki. Można schwytać owada i trzymać na dłoni. Wydaje wtedy dziwne i tajemnicze światło, zabarwiające na bladozielono niewielki krąg skóry. Następnej nocy świetliki pojawiają się w lasach setkami. Latają zawsze na jednakowej wysokości, nieco ponad metr nad ziemią. Trudno się wtedy oprzeć wyobraźni, która chce widzieć gromadę sześcio - lub siedmioletnich dzieci biegnących przez las ze świeczkami albo małymi patyczkami umaczanymi w magicznym ogniu. Dzieci wesoło podskakują w biegu, fikają, wymachują radośnie małymi pochodniami. Las wypełnia się dzikim figlarnym tańcem, a wszystko odbywa się w absolutnym milczeniu.

[…]

Pewnego razu zastrzeliłam legwana, bo myślałam, że ze skóry da się zrobić jakieś ładne drobiazgi. Wtedy zdarzyła się dziwna rzecz, której nigdy nie zapomnę. Gdy podchodziłam do martwego gada leżącego na kamieniu, a właściwie gdy zrobiłam kilka kroków w tym kierunku, legwan zbladł i wszystkie kolory znikły jakby za jednym wydechem. Kiedy go dotknęłam, był już szary i matowy niczym bryła betonu. To żywa krew pulsująca w ciele zwierzęcia emanowała ów żar i blask. Gdy ogień wygasł i dusza uleciała, legwan upodobnił się do worka piasku.

[…]

Lubiłam kuźnię Poorana Singha [ hindusa w służbie u Karen – przyp. aut.], a wśród Kikujusów też była ona popularna, i to z dwu powodów. Po pierwsze ze względu na żelazo, najbardziej fascynujący surowiec, który pobudza wyobraźnię ludzką do odbywania dalekich podróży. Pług, miecz, działo i koło - cała cywilizacja ludzka, podbój natury przez człowieka wyrażony w kilku słowach, zrozumiały nawet dla prymitywnych ludzi - to rzeczy z żelaza, a Pooran Singh kuł żelazo. Po drugie, kuźnia przyciągała ku sobie krajowców melodią. Wysoki i żywy, monotonny, ale zaskakujący rytm pracy kowala jest przepojony jakąś mistyczną siłą. Jest tak męski, że miękną przy nim kobiece serca, jest prosty, bezpośredni, mówi prawdę i tylko prawdę. Czasami jest bardzo wymowny. Jest niezwykle mocny, lecz przy tym wesoły, jest usłużny i jak w zabawie chętnie dokonuje największych rzeczy. Zamiłowani w rytmie tubylcy zbierali się pod kuźnią Poorana Singha i tam czuli się dobrze. Staro-skandynawskie prawo przewidywało, że człowiek nie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności za to, co powiedział w kuźni. Mieszkańcom Afryki również rozwiązywały się w kuźni języki, rozmowy toczyły się bystro; dźwięk młota inspirował, towarzyszyły mu więc śmiałe uwagi. W kuźni Poorana Singha młot wyśpiewywał to, co człowiek chciał usłyszeć, młot był rzecznikiem serca. Dla mnie ten młot śpiewał starą grecką pieśń, którą jeden z przyjaciół przetłumaczył tak:

Eros uderzył niby kowal miotem

Aż iskry poszły z mojej czupurności -

A potem serce mi we Izach ochłodził

Jak rozpalone żelaza w strumieniu.

[…]

Pewien stary duński armator rozmyślał o swojej młodości i przypomniał sobie, jak mając szesnaście lat spędził noc w burdelu w Singapurze. Poszedł tam z marynarzami ze statku swego ojca, całą zaś noc przesiedział na rozmowie ze starą Chinką. Gdy ta dowiedziała się, że pochodził z dalekiego kraju, przyniosła starą papugę, którą hodowała. Bardzo, bardzo dawno, opowiedziała mu, dostała tę papugę od pewnego wysoko urodzonego Anglika, który był jej kochankiem. Chłopiec pomyślał, że ptak musi mieć ze sto kit. Umiał wymawiać zdania w różnych językach świata, uczył się tego w kosmopolitycznej atmosferze przybytku. Ale jednego wierszyka ów Anglik nauczył papugę jeszcze przed ofiarowaniem i tego nie rozumiała ani stara Chinka, ani nikt z gości nie potrafił jej przetłumaczyć. Od wielu więc lat przestała nawet prosić o przetłumaczenie. Skoro jednak chłopiec pochodzi z daleka, może ten wierszyk jest w jego języku; może więc on potrafi wyjaśnić znaczenie słów. Propozycja zrobiła na chłopcu głębokie i dziwne wrażenie. Gdy popatrzył na papugę i pomyślał, że z obrzydliwego dzioba może usłyszeć duńską mowę, omal nie uciekł z tego domu. Został tylko po to, aby wyrządzić przysługę starej Chince. Ale gdy Chinka kazała papudze powiedzieć ów wiersz, okazało się, że to klasyczny język grecki. Ptak wymawiał słowa bardzo powoli, chłopiec zaś znał grekę na tyle, aby rozpoznać źródło. Był to wierszyk Safony:

Zaszedł już księżyc i zgasły

Plejady, północ mija,

godziny płyną wolno,

a ja spoczywam sama.

[…]

Gdy wracam myślami do tych ostatnich miesięcy w Afryce, wydaje mi się, że nawet bezduszne przedmioty dużo wcześniej ode mnie wiedziały, 0moim nieuniknionym wyjeździe. Góry, lasy, stepy i rzeki, wiatr wreszcie - wszystko wiedziało, że nadchodzi chwila rozstania. Gdy zaczęły się pertraktacje o sprzedaż farmy 1pierwszy raz pogodziłam się z losem, przyroda zmieniła swój stosunek do mnie. Dotąd stanowiłam część krajobrazu, susza była moją własną gorączką, kwiecie stepowe moją własną suknią. Teraz ziemia zerwała ten intymny kontakt, odsunęła się nieco, abym mogła dokładnie na nią spojrzeć i tym spojrzeniem ogarnąć całość. Tak zachowują się góry przed deszczem. Pewnego wieczoru, gdy się na nie patrzy, nagle poruszają się i jakby odsłaniają, stają się wyraźne, prawie namacalne w kształcie, intensywne w barwach, jakby chciały oddać się ze wszystkim, co posiadają, jakby jeden krok człowiekowi wystarczył, aby się znalazł na ich zielonym stoku. Człowiek myśli wtedy: „Gdyby teraz z zarośli wyszedł górski kozioł, widziałabym jego oczy, każdy ruch łba, strzyżenie uszyma; gdyby mały ptaszek usiadł na krzaku, słyszałabym jego śpiew”. Gdy góry tak się zachowywały w marcu, zawsze oznaczało to bliski deszcz. Tym jednak razem oznaczało to dla mnie rozstanie.

[…]

Przez wiele lat śmierć Denysa odczuwano w Kenii jako niepowetowaną stratę. W ustosunkowaniu się przeciętnego kolonisty do pamięci zmarłego ujawniał się piękny rys szacunek dla zalet, które nie każdy łatwo rozumiał. Najczęściej mówiono o nim jako o sportowcu. Wspominano jego sukcesy, w krykiecie i golfie, a ponieważ nie znałam tych spraw, dopiero teraz dowiadywałam się o jego sławie we wszystkich dziedzinach sportu. Wychwalając go jako sportowca ludzie dodawali, że oczywiście był niezwykle zdolny. Co zaś naprawdę pamiętali z cech jego charakteru, to absolutny brak zarozumialstwa i egoizmu, bezwarunkową prawdomówność, jaką poza nim spotykałam tylko u idiotów. Tych zalet na ogół nie uważa się w koloniach za godne naśladowania, lecz po śmierci człowieka ocenia się je tam może wyżej niż gdzie indziej.

[…]

Pewnego więc dnia zebraliśmy wszystkie białe kamienie z podjazdu przed domem, te same, które Karomenya z takim trudem powyciągał i przetoczył na jedno miejsce: załadowaliśmy je na małą ciężarówkę i zawieźliśmy w góry. Po wycięciu trawy wokół mogiły ułożyliśmy z kamieni kwadrat, aby zawsze można było odnaleźć grób Denysa. Miejsce to znały również dzieci z farmy, bo często zabierałam je z sobą. Mogły pokazać je każdemu, kto przyjeżdżał odwiedzić grób. Zbudowały też w pobliżu małą altankę z gałęzi.

Brat Denysa, lord Winchilsea, wystawił później na jego grobie obelisk z napisem wziętym z The Ancient Mariner [poemat S.T. Coleridge’a – przyp.], gdyż Denys bardzo lubił ten poemat. Ja go nie znałam, dopiero w drodze na wesele Bilei Denys deklamował mi go pierwszy raz. Nie widziałam obelisku, bo postawiono go już, po moim wyjeździe z Afryki. Gdy już opuściłam Afrykę, Gustaw Mohr napisał mi o dziwnym zdarzeniu, które zaszło na grobie Denysa. Nigdy nie słyszałam o czymś podobnym. „Masaje - pisał - donieśli komisarzowi okręgu Ngong, że wiele razy o wschodzie i zachodzie słońca widywali lwy na grobie Finch-Hattona w górach. Przychodziły tam lew i lwica, stawały przy grobie lub kładły się na nim, długo tam pozostając. Widzieli je również Hindusi przejeżdżający tą drogą samochodami do Kajado. Po Pani wyjeździe teren wokół grobu wyrównano tworząc obszerny taras. Zdaje mi się, że to miejsce przyciąga lwy, bo mogą stamtąd doskonale obserwować równinę, pasące się na niej bydło i dziką zwierzynę”. Słuszne to i zaszczytne, że lwy przychodziły na grób Denysa i obdarzały go pomnikiem godnym Afryki. „A dla mogiły twej poszanowanie”. Pomyślałam, że nawet Nelson ma przy swym pomniku na Trafalgar Square tylko lwy z kamienia.

[…]

Przez całe życie byłam zdania, że ludzi można klasyfikować zależnie od tego, jak można sobie wyobrazić ich zachowanie wobec króla Leara. Nie można by odwoływać się do rozsądku wobec króla Leara podobnie jak wobec starego Kikujusa, gdyż od pierwszej chwili żądał on od każdego zbyt wiele, lecz był królem. Jest prawdą, że mieszkaniec Afryki nie oddał wspaniałym gestem swego kraju białemu człowiekowi, wypadek różni się więc w pewnym stopniu od sprawy starego króla i jego córek. Biały człowiek zagarnął kraj jako swój protektorat. Wiedziałam przecież, że nie tak dawno, jeszcze za ludzkiej pamięci, nikt nie kwestionował posiadania ziemi przez tubylców, ci zaś nie słyszeli o białym człowieku i jego prawach. Chociaż cały ich byt opierał się na niepewności, ziemia była czymś stałym. Część mieszkańców Afryki uprowadzili handlarze niewolników, ale część zostawała. Niewolnicy rozproszeni po całym Wschodzie tęsknili za swym płaskowyżem, bo to był ich kraj, ich własna ziemia. Stary, ciemny, bystrooki mieszkaniec Afryki i stary, ciemny, bystrooki słoń - są tacy sami. Widzi się ich stojących na ziemi, pełnych takich wrażeń o świecie, jakie długo i powoli gromadziły się w ich duszach: sami stanowią część tej ziemi. Każdy z nich może czuć się zaskoczony wielkimi zmianami, które zachodzą wokół niego, i może zapytać, gdzie jest. A wtedy jedyną właściwą odpowiedzią byłyby stówa Kenta: „W własnym królestwie swoim” [W. Szekspir. Król Lear. Akt II – przyp.].

[…]

Gdy nadszedł wreszcie dzień wyjazdu, doznałam dziwnego uczucia, że mogą zdarzyć się rzeczy, których istnienia nie potrafimy sobie uzmysłowić ani przedtem, ani wtedy, gdy zachodzą, ani nawet później, gdy je wspominamy. Okoliczności tworzą siłę, która może wywoływać coś niezależnego od ludzkiej wyobraźni i ludzkich pojęć. W takim wypadku człowiek ma z tym, co się dzieje, kontakt polegający na śledzeniu wypadków z napiętą uwagą jak ślepiec przez kogoś prowadzony, który ostrożnie, chociaż nieświadomie, stawia jedną stopę przed drugą. Coś się z człowiekiem dzieje i on czuje, że coś się dzieje, lecz poza tym uczuciem nie ma żadnego związku z wydarzeniami ani klucza do wytłumaczenia ich przyczyny i ich znaczenia. Zdaje mi się, że w ten sam sposób wykonują swój program zwierzęta w cyrku. Ludzie, którzy tego doświadczyli, mogą powiedzieć, że w pewien sposób otarli się o śmierć - przyszli przez coś poza zasięgiem wyobraźni, lecz w zasięgu doświadczenia.

[…]

Księżyc był właśnie w pełni i świecił do pustego pokoju odbijając na podłodze rysunek okna. Pomyślałam, że zaglądający tu księżyc dziwi się, iż tak długo jeszcze pozostaję w domu, z którego już wszystko zniknęło. „O, nie - odpowiedział księżyc - u mnie czas się nie liczy”.

Karen Blixen, Pożegnanie z Afryką

Ciepła, w tym zwłaszcza nowatorska w spojrzeniu na „czarnego” człowieka powieść Blixen to już jedynie sentymentalna podróż w czasie za-przeszłym, gdyż przede wszystkim kolonialnym pierwszej połowy dwudziestego wieku, wieku „pary i elektryczności” do antagonizmów na podłożu narodowościowym, klasowym czy rasowym. Niemniej jednak jak to bywa najczęściej w życiu bogatym u „ludzkiego” człowieka podmiot liryczny tak jakby na wskroś nie widzi w świecie ani zdobywcy ani pokonanego w zmaganiu się pospolitych interesów z bezinteresownością wobec której jesteśmy i będziemy samotni jak nikt…     



powrót ››