11.12.2021

Życie jest szaleństwem.
Jeśli się żyje długo,
nic nie jest w stanie
człowieka zaskoczyć.
[…]
Ojciec zajmował się malowaniem kafli. Jego ręce wciąż nosiły niebieskie ślady po amorkach, pannach, żołnierzach, statkach, dzieciach, rybach, kwiatach i zwierzętach, którymi ozdabiał białe powierzchnie. Jednak pewnego dnia wybuchł piec do wypalania i pozbawił go oczu oraz pracy. I tak miał szczęście — dwaj inni mężczyźni zginęli.
[...]
Jak można sprzątać, niczego nie przestawiając? To jasne, że będziesz mogła przestawiać rzeczy, ale musisz je potem odstawiać na miejsce. Żeby wyglądały na nietknięte. Tak, jak robisz to teraz przy ojcu, odkąd nie widzi. Po tym, jak ojciec stracił wzrok, nauczyliśmy się odkładać wszystko na miejsce, żeby mógł znaleźć to, czego akurat szukał. Jednak co innego zadowolić ślepca, a co innego — malarza.
[...]
To był mój ulubiony, zrobiony przez niego [ojca – przyp. aut.] kafel. Inne, które trzymaliśmy w domu, miały jakieś wady — były wyszczerbione, nierówne albo zamazane ze względu na zbyt wysoką temperaturę pieca. Ten jeden ojciec zachował jako świadectwo swego kunsztu. Przedstawiał dwie proste figurki: chłopca i starszą dziewczynkę. Dzieci nie bawiły się, jak to zwykle bywa, ale szły przed siebie. Bardzo przypominały mnie i Fransa w czasie wędrówki. Zapewne ojciec myślał o nas, kiedy malował ten obrazek. Chłopiec wyprzedził trochę dziewczynkę, lecz właśnie się odwrócił, żeby jej coś powiedzieć. Miał taką minę, jakby chciał coś zbroić, i zmierzwione włosy. Dziewczynka nosiła czepek tak jak ja, nie wiążąc go pod brodą lub na karku jak wiele innych dziewcząt. Najbardziej lubiłam biały, z podwijanym rąbkiem i opadającymi końcami, który gdy się patrzyło z boku, nie tylko zakrywał całe włosy, ale i twarz.
[...]
Następnie dostrzegłam zmianę i aż zachłysnęłam się powietrzem. Krzesło na obrazie nie ma słupków z lwimi głowami — odparłam. Tak, to prawda. Kiedyś na krześle stała też lutnia, ale on ją zamalował. Zwykle wprowadza wiele poprawek. Nie maluje tego, co widzi, ale to, co mu odpowiada. Mimo że bardzo starałam się je odkryć, nie znalazłam żadnych zmian w obrazie. Jednak pewnego dnia dostrzegłam nową perłę w naszyjniku kobiety. Potem zauważyłam, że cień zasłony stał się dłuższy. Wydawało mi się też, że palce prawej ręki kobiety zmieniły położenie.
[…]
Nazywa się camera obscura [z łac. ciemna komnata – przyp. aut.]. Możesz popatrzeć. Odsunął się [Jan Vermeer – przyp. aut.] i wskazał mi miejsce przed skrzynką. Stałam, jakbym wrosła w ziemię. Nałóż szlafrok na głowę, tak jak ja. Wtedy obraz będzie wyraźniejszy. I patrz pod tym kątem, żeby nie był odwrócony. Nie wiedziałam, co robić. Na myśl o tym, że miałabym się przykryć jego szlafrokiem i nic nie widzieć, zrobiło mi się słabo. Zacisnęłam usta i podeszłam do skrzynki od strony uniesionego wieka. Pochyliłam się i spojrzałam na umieszczoną w środku taflę mlecznobiałego szkła, na której rysowała się niewyraźna scena.
Nałożył mi delikatnie szlafrok na głowę, odcinając dopływ światła. Co widzisz? — dobiegł mnie jego głos. Otworzyłam oczy i zobaczyłam obraz bez kobiety. Wyprostowałam się tak szybko, że szlafrok spadł na podłogę, a ja nadepnęłam na niego, cofając się do drzwi. Natychmiast się przesunęłam. Z trudem przełknęłam ślinę. Widziałam malowidło, panie. Tyle że bez kobiety i mniejsze. A poza tym wszystko było w nim… poprzestawiane. Tak, obraz jest do góry nogami i z poprzestawianą prawą i lewą stroną. Można temu zaradzić, używając odpowiednich luster. Postukał w skrzynkę. To narzędzie, z którego korzystam przy malowaniu. Żeby lepiej widzieć Camera obscura pozwala mi zobaczyć wszystko w inny sposób — wyjaśniał. — Pozwala dostrzec więcej wszystkiego.
[...]
Otworzył szufladę stojącej koło sztalug komody i pokazał mi farby, podając nazwy kolejnych kolorów. Nie znałam wielu słów — ultramaryna, cynober, masykot. Brązy i żółcie w barwie ziemi, biel ołowianą i czerń z węgla kostnego przechowywał w glinianych dzbanuszkach przykrytych pergaminem, żeby nie wysychały. Cenniejsze kolory — błękity, czerwienie i cytrynowe żółcie znajdowały się w niewielkich ilościach właśnie w świńskich pęcherzach. Każdy miał dziurkę, przez którą można było wyciskać farbę, i koreczek do zatykania.
[...]
Rozpoczął malowanie portretu córki piekarza od jasnoszarej warstwy położonej na białe płótno. Następnie zrobił na niej czerwonawobrązowe ślady, żeby zaznaczyć miejsca, gdzie znajdowały się dziewczyna, stół, dzban, okno i mapa. Wydawało mi się, że już potem zacznie malować to, co widzi — twarz dziewczyny, niebieską spódnicę, żółto-biały stanik, brązową mapę, srebrny dzban i miskę oraz białą ścianę. Zamiast tego wciąż malował plamy w różnych kolorach: czarną w miejscu spódnicy, ochrową w miejscu stanika i mapy, czerwone tam, gdzie stał dzban i miska, a ścianę w innym odcieniu szarości. To były złe kolory — żaden nie odpowiadał rzeczywistości. Mój pan spędzał długie godziny nad tymi, jak je nazywałam, fałszywymi barwami.
[...]
Jakiego koloru są chmury? No, białego, panie. Uniósł lekko brwi. Naprawdę? Spojrzałam ponownie. I szare. Może będzie padać. Daj spokój, Griet. Wiem, że potrafisz lepiej patrzeć. Pomyśl o swoich warzywach. O warzywach, panie? Poruszył lekko głową. Znowu był rozdrażniony. Moje szczęki zacisnęły się mimowolnie. Pomyśl o tym, dlaczego oddzielałaś białe kolory. Rzepa i cebula… Czy to ta sama biel? Nagle zrozumiałam. Nie, biel rzepy jest zielona, a cebuli żółta. Właśnie! A jakie kolory widzisz teraz na niebie? Trochę niebieskiego — zaczęłam, przyjrzawszy się uważnie chmurom — i… żółtego. I jeszcze zielonego! — W podnieceniu zaczęłam pokazywać kolory. Przez całe życie patrzyłam na chmury, ale czułam się tak, jakbym zobaczyła je po raz pierwszy. Uśmiechnął się. Widzisz, w chmurach jest niewiele czystej bieli, ale ludzie mówią, że są białe. Rozumiesz teraz, dlaczego nie potrzebuję na razie niebieskiego?
[...]
Pewnego ranka zabrał mnie na poddasze, na które wchodziło się po drabinie ze stryszku obok pracowni. Nigdy wcześniej tam nie byłam. Pomieszczenie nie należało do dużych i miało ukośne ściany oraz okno, przez które widać było Nowy Kościół. Nie było tam prawie nic poza małą szafką i kamiennym stołem z zagłębieniem, w którym znajdował się kamień w kształcie jajka ze ściętym czubkiem. Widziałam podobny u ojca w manufakturze. Poza tym stały na nim jeszcze miseczki i płaskie gliniane talerzyki, a przy miniaturowym palenisku leżały szczypce. Chciałbym, żebyś zajęła się dziś ucieraniem, Griet — oznajmił. Wyjął z szafki kawałek czarnego patyka długości mojego małego palca. To jest kawałek zwęglonej kości słoniowej — wyjaśnił. — Na czarną farbę. Umieścił kość w zagłębieniu stołu i dodał kleistej, pachnącej zwierzęciem substancji. Następnie wziął kamień, który nazywał rozcieraczem, i pokazał mi, jak go trzymać i jak pochylać się nad stołem, żeby rozgnieść kość siłą naporu ciała. Po paru minutach starł ją na piękną papkę.
[...]
Zaczęłam uwielbiać ucieranie tych wszystkich rzeczy, które przynosił z apteki — kości, węglanu ołowianego, kraplaku, masykotu — żeby wydobyć z nich jak najjaśniejsze i najczystsze barwy. Nauczyłam się tego, że im lepiej utarte barwidła, tym głębszy kolor. Z szorstkich i brzydkich nasion marzanny wychodził piękny czerwony proszek, który w połączeniu z olejem lnianym dawał świetną farbę. Przygotowywanie tych wszystkich kolorów było jak czary. Od niego nauczyłam się, jak myć składniki, żeby pozbyć się wszystkich domieszek i wydobyć z nich najczystsze barwy. Korzystałam z różnych muszli i talerzyków, żeby po wielekroć myć barwidła, by pozbyć się kredy, piasku czy żwiru. To była długa, męcząca praca, ale z prawdziwą przyjemnością patrzyłam, jak barwidła stają się coraz czystsze i dają w końcu to, o co chodzi. Nie pozwalał mi jedynie robić ultramaryny. Lazuryt był zbyt drogi, a proces uzyskiwania błękitu z tego kamienia tak skomplikowany, że wolał sam się tym zająć.
[...]
Lubiłam spać na poddaszu. Nie musiałam się tu przejmować sceną ukrzyżowania. W ogóle nie było tu obrazów, tylko zapach oleju lnianego i naturalna woń barwideł. Lubiłam widok na Nowy Kościół i ciszę. Nikt poza nim tu nie przychodził. Dziewczynki nie przybiegały do mnie jak poprzednio w odwiedziny ani nie przeszukiwały moich rzeczy. Czułam się tu samotna, wyniesiona ponad cały dom i mogłam z dystansem patrzeć na to, co się w nim działo. Prawie jak on.
[...]
Powiedz, Griet, dlaczego zmieniłaś ułożenie obrusa? — spytał mnie takim tonem jak wtedy, gdy pytał o warzywa. Zastanowiłam się nad odpowiedzią. Na stole musi być jakiś nieporządek, przeciwny spokojowi całej sceny — wyjaśniłam. — Coś, co drażniłoby oko. A jednak całość musi cieszyć oczy, dlatego fałda i ramię modelki wyglądają tak samo. Milczał długo. Patrzył na stół. Czekałam, wycierając ręce w fartuch. Nie sądziłem, że nauczę się czegoś od służącej — powiedział w końcu.
[...]
To nie obraz jest katolicki albo protestancki — zaczął — ale ludzie, którzy na niego patrzą i czegoś oczekują. Obraz w kościele jest jak świeca w ciemnym pokoju. Korzystamy z niego, by lepiej widzieć. Jest to most między nami a Bogiem. Ale nie jest to świeca katolicka czy protestancka. Po prostu świeca. Nie potrzebujemy takich rzeczy, żeby zobaczyć Boga — odparowałam. — Mamy Jego Słowo i to nam wystarczy. Uśmiechnął się. Czy wiesz, Griet, że też byłem protestantem? Nawróciłem się na katolicyzm, kiedy się żeniłem. Nie musisz mnie więc pouczać. Słyszałem to już wcześniej. Patrzyłam na niego w osłupieniu. Nie znałam nikogo, kto przestałby być protestantem. Uważałam, że to w ogóle niemożliwe. A jednak on to zrobił. To prawda, że katolicy i protestanci inaczej traktują obrazy — zaczął, nie przerywając pracy. — Ale różnica wcale nie jest tak wielka, jak by się wydawało. Katolicy wykorzystują je również do celów duchowych, ale pamiętaj, że protestanci widzą Boga we wszystkim dookoła. We wszystkich przedmiotach. Dlatego malując te wszystkie stoły, krzesła, miski, dzbany, żołnierzy i dziewczyny, też czczą Jego dzieło.
[...]
Nic nie mów. — Otworzył okiennice tak, że światło padało wprost na moją twarz. — Wyjrzyj przez okno. Usiadł na swoim miejscu przy sztalugach. Spojrzałam na wieżę Nowego Kościoła i przełknęłam ślinę. Czułam, jak zaciskają się moje szczęki i powiększają źrenice. Teraz popatrz na mnie. Obróciłam się trochę i spojrzałam znad ramienia. Popatrzył mi w oczy. Myślałam tylko o tym, że jego szare tęczówki przypominają wnętrze muszli. Sprawiał takie wrażenie, jakby na coś czekał. Moja twarz zrobiła się napięta w obawie, że nie sprostam jego wymaganiom. Griet — powiedział łagodnie. Wystarczyło. Moje oczy napełniły się łzami, które nie spłynęły na policzki. Teraz wiedziałam. Miał namalować mój portret.
[...]
Kiedy poszedł, mimo zimna ruszyłam na spacer przy kanale. Połamano na nim lód dla łodzi, ale na wodzie znów powstała cienka, szklista tafla. Kiedy byliśmy dziećmi, we trójkę rzucaliśmy kamieniami w cienki lód, dopóki wszystkie jego okruchy nie zniknęły w wodzie. Nagle pomyślałam, że było to bardzo dawno.
[...]
Patrzy na światło padające na moją twarz, przekonywałam siebie w duchu. A nie na samą twarz. To coś zupełnie innego. Zaczęłam czuć się tak, jakby mnie tam nie było. Gdy osiągnęłam taki stan, mogłam się trochę rozluźnić. Skoro on mnie nie widział, ja jego też nie widziałam.
[...]
Nie chcesz odkryć głowy? Nie. A jednocześnie nie chcesz, żebym namalował cię jak służącą ze szmatą i w czepku. Ani jako damę z piękną fryzurą i w satynowej sukni. Milczałam. Nie mogłam pokazać mu włosów. Nie należałam do tych kobiet, które odsłaniają głowę. Poruszył się na krześle, a potem wstał. Słyszałam, że przeszedł na stryszek. Wrócił z rzeczami, które rzucił mi na kolana. No cóż, Griet. Musisz wobec tego znaleźć tu coś do owinięcia głowy. Tak, żebyś nie była ani damą, ani służącą. Wzięłam kawałek brązowego materiału i przeszłam na stryszek, gdzie znajdowało się lustro. Zdjęłam czepek i owinęłam głowę, starając się naśladować kobietę na obrazie najlepiej, jak umiałam. Wyglądałam bardzo dziwnie. Powinnam jednak pozwolić mu, żeby namalował mnie ze szmatą, pomyślałam. Duma sprawiła, że stałam się próżna. Kiedy wrócił, roześmiał się na widok tego, co zrobiłam. Rzadko słyszałam, żeby się śmiał — czasami z dziećmi, raz z van Leeuwenhoekiem [przyjaciel domu Vermeerów – przyp. aut.]. Skrzywiłam się. Nie lubiłam, kiedy się ze mnie śmiano. Zrobiłam to, co chciałeś, panie — mruknęłam. Przestał się śmiać. Masz rację, Griet. Przepraszam. A twoja twarz, teraz, kiedy ją lepiej widać…
[...]
Powiedz, moja droga, czy znasz mężczyzn? Zaczerwieniłam się jak piwonia i odwróciłam głowę. Pomyślałam o ciemnej uliczce i o Pieterze-synu. Widzisz, rywale mają na siebie wpływ. Twój pan zainteresował się tobą jeszcze bardziej z powodu van Ruijvena [mecenas Vermeera i główny nabywca jego dzieł – przyp. aut.]. Nic na to nie odpowiedziałam. To prawda, że jest wspaniałym człowiekiem — ciągnął van Leeuwenhoek. — Jego oczy są warte więcej niż złoto. Ale czasami widzi świat nie taki, jaki jest, ale jaki by chciał, żeby był. I nie rozumie, co to może znaczyć dla innych. Myśli tylko o sobie i swojej pracy, a nie o tobie. Dlatego musisz uważać… — Urwał. Kroki mojego pana znowu zabrzmiały na schodach. Uważać na co, panie? — szepnęłam. Pamiętaj, żeby pozostać sobą. Uniosłam nieco brodę. To znaczy służącą? Nie o to mi chodziło. Kobiety na jego obrazach są… jakby w pułapce jego świata. Musisz uważać, by się w nim nie zgubić.
[...]
Do drugiego obrazu pozowałam trzy lub cztery razy w tygodniu po godzinie lub dwie. To było teraz moje ulubione zajęcie, kiedy tak patrzył na mnie przez cały czas. Nie przeszkadzało mi nawet to, że trudno było wysiedzieć w tej pozycji i że od ciągłego spoglądania w bok bolała mnie głowa. Nie miałam też nic przeciwko temu, że czasami kazał mi bez przerwy poruszać głową, żeby rozhuśtać żółty koniec materiału, by na obrazie wyglądało to tak, jakbym się obracała w jego stronę. Robiłam wszystko, o co mnie prosił. Nie był jednak zadowolony. Minął luty i zaczął się marzec ze słońcem przeplatanym śniegiem, a on wciąż nie był zadowolony. Pracował nad portretem już niemal dwa miesiące i chociaż go nie widziałam, wydawało mi się, że powinien być prawie gotowy. Nie musiałam już ucierać tylu barwideł; wystarczały niewielkie ilości farb. które rozprowadzał na płótnie delikatnymi ruchami. Wydawało mi się, że rozumiem, jak mam wyglądać, ale teraz nie byłam już tego tak pewna. Czasami po prostu siadał i wpatrywał się we mnie, jakby czekał, aż coś zrobię. Wyglądał wówczas nie jak malarz, ale jak mężczyzna, i trudno mi było na niego patrzeć. To zadowoliłoby van Ruijvena, ale nie mnie – powiedział.
[...]
Ty głupia, wylałaś na mnie wino! — Catherine [żona Vermeera – przyp. aut.] odsunęła się od stołu i zaczęła wycierać dłonią brzuch, na który spadło parę czerwonych kropel. Podnosząc tacę, zerknęłam na niego raz jeszcze. Patrzył na kolczyk z perłą, który nosiła żona. Kiedy odwróciła się, żeby nałożyć jeszcze trochę pudru na twarz, kolczyk zakołysał się, odbijając promienie słońca z zewnątrz. To spowodowało, że spojrzeliśmy na jej twarz i światło, które odbijało się też w jej oczach. Muszę na chwilę pójść na górę — powiedział do Cathariny. — Nie zajmie mi to dużo czasu.
[...]
Panie — zaczęłam, ściskając drewnianą rzeźbę — nie mogę tego zrobić. Czego, Griet? — Był naprawdę zdziwiony. Tego, o co ci chodzi, panie. Nie mogę ich włożyć. Służące nie noszą pereł. Patrzył na mnie przez dłuższy czas, a potem parę razy pokręcił głową. Jesteś źródłem ciągłych niespodzianek. Nie przestajesz mnie zadziwiać, Griet. Przesunęłam palcami po nosie lwa w górę pyska aż do falującej grzywy. Jego oczy śledziły moje palce. Wiesz, że tego potrzeba w obrazie: światła odbitego w perle. Inaczej nie będzie skończony. Tak, wiedziałam. Nie patrzyłam na obraz długo, gdyż patrzenie na siebie wydawało mi się dziwne, ale od razu zrozumiałam, że brakuje na nim perły. Bez niej portret składał się tylko z oddzielnych oczu, ust, koszuli i ciemnego tła za moim uchem. Kolczyk z perłą połączyłby to wszystko w całość. Dzięki niej obraz stałby się kompletny.
[...]
Nigdy wcześniej nie czułam tak silnie jego dezaprobaty. Nie sądziłam, że będę mogła to znieść. Zdjęłam czepek i czując, że wstążka się rozwiązała, ściągnęłam ją z głowy. Sięgałam właśnie po włosy, żeby je zebrać z ramion, kiedy usłyszałam trzask jednej z luźnych płytek z posadzki w pracowni. Zamarłam. Nigdy wcześniej nie przychodził na stryszek, kiedy się przebierałam. Odwróciłam się z dłońmi pełnymi włosów. Stał na progu i patrzył na mnie. Opuściłam ręce. Włosy spadały mi na ramiona falami, brązowymi jak jesienne pola. Nikt poza mną nigdy ich nie widział. Twoje włosy — powiedział. Już nie był zły. W końcu uwolnił mnie od swego wzroku.
[...]
Zaczynamy. Broda trochę do dołu. — Spojrzał na mnie. — Obliż wargi, Griet. Oblizałam wargi. Nie zamykaj ust. Ta prośba zdziwiła mnie na tyle, że nawet gdybym chciała, nie mogłabym ich zamknąć. Zamrugałam, żeby powstrzymać łzy. Porządne kobiety zawsze miały na obrazach zamknięte usta. Poczułam się tak, jakby mnie widział z Pieterem w uliczce. Zniszczyłeś mnie, pomyślałam. Znowu oblizałam usta. Dobrze — powiedział.
[...]
Spojrzał na mnie, jednak nie zaczął malować. Zastanawiałam się, o czym może myśleć. W końcu sięgnął do tylu. Musisz włożyć też drugi — powiedział, podając mi kolczyk. Na moment zaniemówiłam. Wolałam, żeby myślał o mnie, a nie o obrazie. Po co? — spytałam w końcu. — Przecież nie będzie go widać. Musisz nałożyć oba — nalegał. — To śmieszne nosić tylko jeden. Ale… nie przekłułam drugiego ucha — wyjąkałam. Więc musisz się tym zająć. — Wciąż trzymał perłę w dłoni.
[...]
Dobiegłam do środka rynku i stanęłam w kole z ośmioramienną gwiazdą. Każde jej ramię wskazywało inny kierunek.
Mogłam wrócić do rodziców.
Mogłam pójść do Pietera [rzeźnika miejskiego – przyp. aut.] i powiedzieć, że za niego wyjdę.
Mogłam pójść do domu van Ruijvena, który przyjąłby mnie z ochotą.
Mogłam pójść do van Leeuwenhoeka i prosić, by się nade mną zlitował.
Mogłam pójść do Rotterdamu i poszukać Fransa [brata Griet - przyp. aut.].
Mogłabym pójść sama gdzieś daleko.
Mogłam wrócić do Zakątka Papistów [dzielnica katolicka w Delfcie – przyp. aut.].
Mogłam pójść do Nowego Kościoła i prosić Boga o radę.
[...]
Spojrzałam na schody prowadzące na górę i zatrzymałam się, czując ból w piersi. Nie sądziłam, że zniosę ponowną wizytę w jego domu, chociaż wiedziałam, że już go nie ma w pracowni. Przez tyle lat starałam się nie myśleć o godzinach spędzonych na ucieraniu barwideł i pozowaniu pod jego bacznym spojrzeniem. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy w pełni dotarło do mnie to, że mój pan nie żyje. Zmarł i nie namaluje już więcej żadnego obrazu. A przecież było ich tak mało — słyszałam, że nigdy nie malował tak szybko, jak chciały Maria Thins [teściowa Vermeera – przyp. aut.] i Catharina.
[...]
Ten list napisał do mnie dziesięć dni przed śmiercią — rzekł, a następnie zwrócił się do Cathariny: — Sama musisz to zrobić — nakazał. — Są twoje, a nie moje. Jako wykonawca testamentu nie powinienem nawet na to patrzeć, ale był moim przyjacielem i chcę, żebyś wypełniła jego wolę. Catharina wyrwała list z jego ręki. Mój mąż wcale nie był chory — zwróciła się do mnie. — Nie chorował nawet dzień czy dwa przed śmiercią. To ciężar długów doprowadził go do szaleństwa. Nie mogłam sobie wyobrazić mojego pana w tym stanie. Catharina spojrzała najpierw na list, a potem na van Leeuwenhoeka i otworzyła szkatułkę. Prosił, by ci to dać. — Wyjęła kolczyki i po chwili wahania położyła je na stole.
[...]
Parę razy [znowu – przyp. aut.] obeszłam dookoła gwiazdę. Następnie ruszyłam do miejsca, o którym słyszałam, ale nigdy tam nie byłam. Dom stał przy uliczce schowanej za Nowym Kościołem. Zawód mężczyzny polegał na dochowywaniu tajemnic. Wiedziałam, że nie będzie zadawał mi pytań i nikomu nie powie o mojej wizycie. Widział już tyle cennych rzeczy, że nie interesował się tym, co się z nimi wiązało. Wystawił perły do światła, wziął je między zęby i wyszedł na dwór, żeby je jeszcze raz obejrzeć. Dwadzieścia guldenów — powiedział. Skinęłam głową, wzięłam monety i wyszłam, nie oglądając się za siebie. Miałam pięć dodatkowych guldenów [pozostałe 15-cie należało się rzeźnikowi Pietrerowi z tytułu długów rodziny Vermeerów – przyp. aut.], których pochodzenia nie będę mogła wytłumaczyć. Oddzieliłam je od reszty i ścisnęłam mocno w dłoni. Schowam je gdzieś przed Pieterem i synami. W miejscu, które tylko ja będę znała. Nigdy ich nie wydam. Pieter ucieszy się z piętnastu guldenów. Rachunek będzie wyrównany. Nic go nie będę kosztowała. Będzie miał służącą za darmo.
Tracy Chevalier, Dziewczyna z perłą
Zekranizowana powieść Chevalier to także żywy akt scenicznego powstawania obrazu, zawsze enigmatycznego aktu twórczego u jednego z najgenialniejszych malarzy wszechczasów z historią, którą może odmalować jedynie bogata wyobraźnia pisarza. Choć i nie mniej ekscytująca jest a może aż tylko wydaje mi się relacyjność wisząca pomiędzy protestancką służącą Griet a samym już twórcą „nawróconym” katolikiem - Janem Vermeerem. Dojrzewająca więź międzyludzka ściśle spersonalizowana jak obraz w istocie...