Blog

 

04.01.2022

Fabryka lalek

„…wszystko jest doskonałe.

Lub doskonale niedoskonałe”.

[…]

Wąski sklepik przy Regent Street tkwi pomiędzy dwiema konkurującymi ze sobą cukierniami. Z powodu pęknięć komina Imperium Alek Pain Salter wypełnia zawsze  woń syropu  cukrowego i   przypalonego   karmelu.   Iris   śni   się   czasami,    że   je   cukierki i wiśniowe galaretki, idealne ciasteczka z pofalowanymi brzegami i   bitą   śmietaną  albo   jedzie   do   pałacu    Buckingham  na   słoniu z piernika. Kiedy indziej  śni się jej, że tonie  w bulgoczącym syropie. Gdy pani  Salter  przyjęła  siostry  Whittle  na  naukę  (dla  Iris nadal pozostaje zagadką, czy jej chlebodawczyni miała  męża),  Iris [główna bohaterka powieści – przyp. aut.] urzekł jej salon.  Spodziewała  się,  że  ze  względu   na  swój  zdeformowany obojczyk   i  blizny   po  ospie  Rose  trafią  do  magazynu  w  piwnicy. Tymczasem zaprowadzono je do pełnego  złoceń  pomieszczenia na piętrze  sklepowym,  gdzie   zainteresowani  klienci   mogli  je obserwować  przy  pracy.   Iris  dostała  farby   w  proszku   i  pędzelki z lisiego  włosia  – miała  zająć  się  malowaniem stóp  lalek,  a  także dłoni   i  twarzy.  Wiedziała,  że  przed   nią  niekończące  się  godziny pracy,   ale  zachwycała  się  zajmującymi  całą  ścianę  salonu hebanowymi półkami, na których siedziały  ciasno upchnięte porcelanowe  lalki.   Było  tam   ciepło   i  widno;   świece   skwierczały w złotych  kinkietach, a w kominku w rogu palił się ogień.

[…]

Gdy były dziećmi  i Iris szkicowała coś kawałkiem węgla na papierze, który   udało   się  jej  znaleźć   (na   papierku  po  maśle,   na  skrawku gazety,   na   ścinku   starej   tapety),  jej  siostrę   fascynowało  to,   jak potrafiła   oddać    kształty,  które    miała    przed    sobą.   „Narysuj, te nożyczki!”,  mówiła,  Iris  zaś  jej  słuchała. „Narysuj  mi  słonia!”.  Nie potrafi  ła rysować  z wyobraźni. A teraz  siostra  się odwraca, gdy Iris usiłuje  zabawić  ją szkicowaniem. Odgania myśli i szuka  odpowiedniego różu  na plamę  pod  piersią, tam  gdzie pada  cień. Wodzi pędzlem po papierze i przygląda się, jak akwarela  zakwita  na   jego   powierzchni.  Czuje,   że  ma   nad   tym kontrolę,  jakby   jej   ciało   znowu   należało  do   niej,   a   nie   było narzędziem, które  pani  Salter  wykorzystuje do  szorowania podłóg, lub  codziennym przypomnieniem dla  Rose, kim sama  mogłaby  być. Iris czuje drżenie czegoś, co być może jest wstydem, satysfakcją albo zimnem.

[…]

Mężczyzna [Louis -malarz u którego Iris stała się modelką i uczennicą – przyp. aut.]  wpatruje się w nią  i nie  odwraca głowy,  kiedy  Iris go na   tym   przyłapuje.   Oczy   ma   tak   ciemne,    że   niemal    czarne. A pośrodku złote.  Gdyby  poproszono ją o namalowanie takich  oczu lalce, nie miałaby odpowiedniej farby. Zabrzmi  to niedelikatnie, ale zapewniam panią,  że wszystko odbędzie się z zachowaniem najwyższej przyzwoitości. – Clarissa chrząka. – Brat szuka modelki. Modelki! – Iris stara się zachować niewzruszony wyraz twarzy. Skubie nitkę  przy rękawie. Nawet  ona  wie,  że modelka znajduje się tylko  pół  stopnia wyżej od prostytutki. Siostra  nigdy  by  jej  nie  wybaczyła. Odebrałaby to obnoszenie się z ciałem  i twarzą jako osobistą  zniewagę. Rodzice nie pozwoliliby jej przekroczyć progu  swojego  domu.  Straciłaby posadę w sklepie  z lalkami.

[…]

Służba?  – Louis macha  ręką.  Nie zniósłbym, gdyby  ktoś mi się tu kręcił. Dżentelmenowi wystarcza w tych czasach  kobieta do sprzątania przychodząca raz w tygodniu. – Wyciąga rękę w kierunku wąskich  schodów. – Chodźmy,  oprowadzę panią  po pracowni. Iris jeszcze  nigdy  nie  spotkała kogoś  takiego. Jest  to albo  bardzo wyzwalające,  albo  bardzo   onieśmielające  –  nie  może  się zdecydować. Ten  człowiek  żyje  po  swojemu   i  czyni  z szokowania swoimi  poglądami cnotę,  co budzi  w Iris perwersyjny zachwyt. Nie okaże  oburzenia,  by  dać  mu  satysfakcję.  Będzie  czerpała przyjemność z opierania mu  się  i zamierza udawać, że jego  uwagi nie robią  na niej wrażenia.

[…]

Bierze  jej [Iris – przyp. aut.]  obraz  do  ręki  po  raz drugi.  – Powiedziałem, że to jest prymitywne, i podtrzymuję to. Ale nie  uznaję  tego  określenia za obraźliwe. A nawet  – ciągnie, przyglądając  się  portretowi  uważniej  –  dostrzegam  tu  obietnicę, której   się  nie  spodziewałem.  Liczyłem  na  jakieś   nijakie   kwiatki, a nie coś tak naturalistycznego. Brakuje  pani  umiejętności i kunsztu, ale przecież  nie pobierała pani  nauk.  Ważniejsze  jest to, że ta praca jest  szczera.   –  Jego   gesty  nabierają  energii.  –  Namalowała  pani twarz  taką,  jaka  jest,  nie  jako  wyidealizowany owal.  Przyznaję, że nos przypomina z kształtu dynię  i nie  dorównuje pięknu  oryginału. Lecz zastosowanie kolorów…  Obraz kojarzy  się z podświetlonym rękopisem. Jest żywy.

[…]

Nikt jej nie powiedział, że pozowanie jest takie  nużące,  nudne, niewygodne i  tak  bardzo  fizyczne.  Ma wrażenie, jakby  w nogi  wbijano jej tysiąc igieł   pani   Salter.   Wyobrażała  sobie   siebie   leżącą   na   szezlongu, rozpartą na poduszkach, a nie stojącą  bez końca z wyciągniętymi ramionami, z których odpływa krew. Louis  patrzy   na   nią.   Naprawdę  się  jej  przygląda,  jakby   była czymś,  co  należy  analizować, hołubić, doceniać. Skupia  wzrok  na małym  kwadracie jej policzka,  trzyma  ołówek  nieruchomo nad papierem. Spojrzenie ma tak intensywne jak dotyk.

[…]

Silas [zwany inaczej truposzem od jego pasji do uśmiercania zwierząt, a następnie wypełniania ich trocinami na sprzedaż i pokazy – przyp. aut.] wymyśla jej [Iris – przyp. aut.]  historię:  miała   troskliwych  rodziców,  którzy zmarli,  gdy skończyła  osiem  lat,  i dlatego ona  i jej oszpecona (choć kochająca) siostra  były zmuszone polegać  na dobroci  ciotki. Wyzna  mu,  że czuje  się samotna, że pragnie znaleźć  przyjaciela. A on wyjawi  jej, że od ich ostatniego spotkania nie może  pracować, bo tak  nagła  i silna  wydaje  mu się więź  przyjaźni, która  się między nimi  narodziła. Opowie  jej  o  swoim  dzieciństwie, o  biciu,  dymie, gorącu,   o  bólu   palców   i  szyi  i  o  tym,   jak  się  zastanawiał,  czy kiedykolwiek od tego ucieknie. A także  o ogromnej, bezgranicznej samotności i rówieśnikach, którzy  nim  gardzili. Opowie  jej o Flick, o tym,  jak  pewnego ranka  zaginęła, gdy  poszli  na  jeżyny,  i że nikt jej nie znalazł.  Jak wyobraża ją sobie martwą w rzece otoczoną lisiorudymi  włosami,  jak  od  zawsze   podejrzewa,  że  zabił   ją  jej ojciec,  chociaż   ona  być  może  żyje,  niemniej  on  wie,  że  umarła, chociaż  nie potrafi    powiedzieć dlaczego.

[…]

Widzisz  te  sople  wiszące  na  tamtym domu?  Możesz  się zastanowić, jak je skomponować, co mogą sugerować. Zagrożenie? Możesz je wykorzystać jako  lustro,  żeby  pokazać  coś, co nie  mieści się  w  kadrze.  Widzisz,  jak  odbija  się  w  nich  sukienka tej dziewczynki?  –  Wskazuje   na  dziecko   wstrząsające  biały   proszek w  małych     olkach.   Spójrz  na  kąt,  pod  jakim  jest  ustawiona jej ręka,   jak  tworzy   trójkąt,  jak  to  może   skierować  wzrok   na  jakiś ważniejszy element obrazu.

[…]

Jego  krok  dudni   na  chodniku.  Silas  nie  omija sprzedawców, nie schodzi  z drogi  dzieciom  ani  damom, ani  dżentelmenom w długich płaszczach i wypolerowanych butach. To oni powinni okazywać szacunek  jemu.   Idzie  szybko,   nie  zatrzymuje  się,  wyprostowany, jakby połknął  kij.

[…]

Ja bym chyba  nie tęskniła za matką, gdyby umarła. Mogłabyś  tęsknić  – stwierdza Louis, ale Iris kręci głową. Nigdy  mnie  nie  lubiła.   Nigdy  nie  była  ze  mnie  zadowolona. Nawet  gdy byłam  mała.  Istniał  jakiś… sama  nie wiem  – Iris ścisza głos – żal będący  skutkiem mojego  przyjścia  na świat.  Często ją coś bolało i nie mogła  mieć  więcej  dzieci,  przez  co była  na mnie  zła. To miało jakiś   związek   z  moim   obojczykiem.  Matka   cierpiała  w  połogu, a  moja   kość  nie  zrosła   się  jak  należy.   No  i  byłam   niegrzeczna. Zawsze robiłam coś źle. Nie wyobrażam sobie,  by można  się na  ciebie  gniewać  – mówi Louis. – Podobnie jak nie wyobrażam sobie tego, że się zestarzeję. Pewnego  dnia  będziesz  pomarszczony jak stary  but  – zapewnia go Iris.

[…]

Spójrz,  królowo  – mówi  Louis,  pokazując jej  szkic.  Nie jest  to jego  najlepszy  rysunek,  linie   są  rozedrgane.  –  Nie  obrysowałem twojej  sylwetki  jedną  kreską.  Rossetti  i reszta  mogliby  pochwalać tę metodę. Dzięki światłocieniowi jednak  twoja  szyja nabrała trójwymiarowości. – Dotyka palcem  tego miejsca  na rysunku. Widzę – mówi Iris. A teraz  twoja  kolej. – Louis podaje  jej papier. Co mam narysować? Co zechcesz. Nie proponuje, by rysowała jego, i staje  za nią,  więc Iris siada  na taborecie. Szkicuje kamienną rzeźbę  z fontanny przypominającą gargulca; stara  się dostrzec kształt  jego wydętych ust, rogów.  Z ulgą przyjmuje  uwolnienie  się  od  bezruchu  domu,   możliwość analizowania, jak wiatr  przesiewa światło  przez liście. Rysuje pewniej   i   z   większą    trafnością   niż   kilka    miesięcy wcześniej,  używa   mniej   linii,   a  więcej   cienia.   Przykłada  ołówek bokiem  i cieniuje, a kątem  oka widzi ptaka,  który usiadł na gałęzi. Malowała  już marmurową dłoń, teraz  szkicuje kamienną rzeźbę. Dotychczas  tylko  odzwierciedlała formy,  tworzyła coś, co nie  miało szczegółowości  dagerotypu [fotografii – przyp. aut.].   Po   raz   pierwszy   cieszy   się,   że   nie zadebiutuje  obrazem  przedstawiającym  dłoń.   Stać   ją  na   więcej. W jej  pracach nie  było  opowieści, w  przeciwieństwie do  obrazów Louisa nie pokazywały uchwyconej chwili,  nie sugerowały życia toczącego się  poza  nimi.  Iris  zaczyna  nużyć  bezruch, więc  kieruje wzrok   na  drozda,  próbuje  oddać   energię  jego  piór,   ruch   dzioba. Millais  i Louis nie  rysują  żywych  zwierząt, tylko  kupują  wypchane. Wydaje się to oszustwem. Popełnia błędy,  wzdycha. Chcę narysować skrzydła, to, jak nimi trzepocze, gdy się czyści. Obawiam się, że jesteś skazana na porażkę. Sztuka polega na zatrzymaniu ruchu.

[…]

[Z ostatniego i jedynego listu rodziców do córki Iris – przyp. aut.]

„Jesteśmy przekonani, że  ktoś  Cię podle  zwiódł  i sprowadził na drogę,  którą  nie chcesz podążać”.

[…]

Puszcza  myśli  wolno,   a  one  wędrują ku  pustemu  płótnu  w  jej pracowni.  Czuje   przypływ  energii,  a   obraz   powstaje  przed   jej oczami.  Wypełni  każdy  jego  centymetr detalem, kolorem, życiem. Na  samym   środku   znajdą   się  Louis  i  Albie.  A jeśli  i  ona  będzie musiała tam trafić? Zamiast  czerpać  inspirację z Szekspira  lub średniowiecznych romansów, może nawiązać do prostoty swojego ukochanego obrazu Jana van Eycka [prawdopodobnie chodzi o: Portret małżonków Arnolfinich - przyp. aut.].  Widzi  trójkąt utworzony przez  ich ciała  –  ona  i  Louis  trzymają  się  za  ręce,  Albie  siedzi  przy  stole i  odcina   szypułki   truskawek, a  w  ostrzu   noża  odbija   się  skrawek nieba.  Chłopiec  skupia  się na ruchu  dłoni,  owoc jest dojrzały, ale nie rozmiękły. Ich sylwetki  będą swobodne; nie przedstawi ich ze sztywnością porcelanowych lalek,  z której  słynie  bractwo. To będzie  scena  jakby podejrzana przez  okno.  Na  ich  twarzach nie  będzie   bierności ani goryczy; Louis będzie wyglądał, jakby miał wybuchnąć śmiechem. Celebrowanie życia  takiego, jakim  jest – każdy  obiekt  będzie przywodził na myśl radość.  Gdyby udało  się namówić siostrę  do pozowania,  ale  to  oczywiście   niemożliwe.  Dlatego   namaluje  różę w wazonie.

[…]

To ona Iris  mu  to  zrobiła  – ona  i jej  podstępy. Myśli Silas o obrazie Louisa, o słodkim  wyrazie  uwielbienia na  jej twarzy, i nie rozumie, dlaczego  ona nie będzie kochała  jego. Dlaczego nie może zrozumieć jego  głębokiej  adoracji dla  niej,  tego,  jak serdeczne było jego zainteresowanie nią, jak wiele jej dał, ile czasu i pieniędzy przeznaczył na  ich  przyjaźń? Zadaje  mu  te  rany  z taką  beztroską – coś,  w  czym  ona  dostrzega  być  może  zadrapanie,  dla  niego  jest głęboką  szramą  na piersi. Jeśli   go  nienawidzi,  on  nienawidzi  jej  jeszcze   bardziej.  Kiedy wyrwała mu rękę, z gniewu  zakręciło mu się w głowie i ledwie  się powstrzymał przed  rzuceniem się na  nią,  przed  wyciśnięciem życia z jej żałosnej  chudej  szyi, przed  rozbiciem jej głowy o złoconą  ramę i zasypaniem jej gradem ciosów.  Zasługuje  na to – zlekceważyła go, odrzuciła wielokrotnie, gdy on dawał  jej tak wiele  szans.  Za każdym razem   odpychała  jego  życzliwość  z  coraz  większą bezceremonialnością.

[…]

To  wystarczy,  żeby   Iris  wciągnęła  się  na   podłogę   w  sklepie [Silasa; po jej uwięzieniu w ciemnej piwnicy u “truposza” – przyp. aut.]. Światło!  Chciałaby  je spijać,  rozkoszować się każdą  jego kroplą.  Lecz słyszy  go poniżej,  kłapnięcie buta  na  drabinie, i zatrzaskuje klapę. Ta nie opada  równo,  odstaje  w rogu,  jego dłoń  już pcha  ją do góry. Iris się rozgląda, nie  ma  jednak  siły,  by przesunąć gablotę. Nie ma siły   nawet   stać.   Siedzi   w   kałuży   podartych  brudnych  spódnic, policzki  ją  pieką  otarte  kneblem, na  ręce  ma  strupy   po  tym,  jak uderzała krzesłem  w ścianę. Podczołguje się do drugiej  strony  gabloty  – jest ciężka,  z mahoniu i szkła – i opiera  się o nią. Szafka lekko się przechyla. Iris napiera na nią    całym    ciężarem   ciała.    Gablota    chwieje    się,    cofa    jakby pociągnięta  na  sznurku,  a  potem   przewraca.  Podnosi   się  tuman kurzu,   drewno  pęka,   potłuczone  szkło  i  motyle   rozsypują  się  po sklepie. Iris  pochyla  się  do  przodu  dopiero wtedy,  gdy  wie,  że Silas  jest w pułapce. Podciąga się w kierunku drzwi,  do rozmywającego się, wyginającego i skręcającego wokół  niej  świata. W dłoń  wbijają  się jej okruchy szkła,  ma krew  na kolanach, skołtunione halki.  Wypada na uliczkę  przed  budynkiem. Kuśtyka, prostuje się. Czuje  woń   smażonego  jedzenia,  odór   zepsutych  jaj  bijący   od Tamizy,  dym  z fajek  i  kominków, woń  zgniłych  warzyw   i  tysiąca innych  rzeczy.  Sterty  popiołu  są  suche  jak  pieprz,  a kurz  spod  kół powozów  powoduje,  że  zanosi   się  kaszlem.   A  przez   to  wszystko przebijają promienie słońca  sączące  się  spomiędzy  wysokich budynków. Wszystko jest takie piękne  i należy do niej. Spokój zatrzymanej chwili. Myśli, że nie ma już w sobie nic. A jednak. A jednak  rusza  do  przodu. Ku tłumom, szumowi, spieszącym się urzędnikom. I przede  wszystkim ku widokom. Mogłaby patrzeć na nie całymi dniami,  latami    i   nigdy   się   nimi   nie   znudzić.    Wyłupaną  cegłą w   ścianie    budynku,   wyciągniętą   ręką   chłopaka   reklamującego pisanie    listów,   gasnącą    perspektywą  ulicy   Strand,    gdy   na   nią wchodzi. Żałuje, że nie ma przy sobie sztalugi  i farb, Louisa, który podpowiadałby  jej,   jak   używać   barw   –  jaką   zastosować  czerń w  przypadku  cylindra,  jak  nałożyć   czysty   szmaragd  na  pędzący powóz,    jak   namalować   dziewczynę   z   rozpuszczonymi   rudymi włosami  – biegnącą.

Elizabeth Macneal - Fabryka lalek

Powieść obyczajowo-psychologiczna Macneal dziejąca się w realiach artystycznych dziewiętnasto-wiecznego Londynu próbuje ukazać nam losy pojedynczego człowieka uwikłanego w czasie, losy od tej jego niby na niby słabszej strony, o której wciąż mówi się jakby za mało. Gdzie zatem zaczyna się zdawkowa wolność co kończy jak górnolotna miłość, gdzie znowu znosi nas pasja śmiertelnego życia co potem już pobrzmiewa jedynie jako siła przetrwania na przekór wszystkim a może i wszystkiemu, ale gdzie w tym konglomeracie wyborów umiejscowić… cumulusy naszych marzeń... o sobie... w świecie...  



powrót ››