22.01.2022

„Wieczór to najlepsza pora dnia.”
[…]
Stałem na drabince i omiatałem portret wicehrabiego Wetherby, gdy wszedł mój chlebodawca, dzierżąc kilka książek, przeznaczonych zapewne do odłożenia na półki. Zauważywszy moją osobę, skorzystał z okazji, by powiadomić mnie, że w tej właśnie chwili podjął ostateczną decyzję w sprawie powrotu do Stanów Zjednoczonych na pięć tygodni w sierpniu i wrześniu. To oznajmiwszy, mój chlebodawca złożył przyniesione tomy na stole i wyciągnął się na szezlongu, po czym popatrzył na mnie i rzekł: Wiesz co, Stevens, przecież nie będziesz sterczał w tym domu, jak mnie nie będzie. Może byś wziął samochód i przejechał się gdzieś na parę dni? Coś mi się zdaje, że przydałby ci się mały urlop. Muszę przyznać, że nie wiedziałem, jak mam zareagować na tak niespodziewanie uczynioną propozycję. Pamiętam tylko, że podziękowałem mojemu chlebodawcy za to, że tak się o mnie troszczy. Chyba jednak wyglądałem na niezdecydowanego, gdyż pan Farraday [nowy amerykański właściciel rezydencji Darlington Hall – przyp. aut.] właściciel ciągnął dalej: Serio, Stevens, naprawdę przydałby ci się urlop. Dam ci na benzynę. Czy inni kamerdynerzy też tak siedzą i siedzą w domu jak ty? Przecież nie macie czasu, żeby poznać wasz piękny kraj!
[...]
To chyba nie ty tak krakałeś dzisiaj rano, co, Stevens? Zrozumiałem, że chodzi o dwóch Cyganów zbierających złom, którzy przechodząc tędy jakiś czas temu, oznajmiali o swym przybyciu gardłowymi okrzykami. Tak się złożyło, że tegoż ranka rozważałem właśnie dylemat, czy odpowiadać na żartobliwe zaczepki mojego chlebodawcy, obawiając się przy tym, jak też oceni brak mojej reakcji na jego żarty. Zacząłem więc obmyślać jakąś dowcipną odpowiedź, taką w dodatku, która w razie złej oceny sytuacji z mojej strony nie mogła być potraktowana jako coś obraźliwego. Wreszcie po chwili odezwałem się: Były to bardziej jaskółki niż kruki, sir. Jeśli chodzi o skłonności do wędrowania. – Tu uśmiechnąłem się skromnie, by niedwuznacznie dać do zrozumienia, że właśnie powiedziałem dowcip; nie chciałem bowiem, by pan Farraday czuł się w jakiejkolwiek mierze zobowiązany do zachowania powagi. Ten tymczasem spojrzał tylko na mnie, mówiąc: Co takiego, Stevens?
[...]
…a mianowicie „jaki kamerdyner jest wielki?”. O ile mi wiadomo, pomimo toczącej się na ten temat dyskusji, nasze kręgi zawodowe bardzo rzadko podejmowały próby wypracowania oficjalnego orzeczenia w tej sprawie. Jedynym przypadkiem, który teraz mogę sobie przypomnieć, był spór o zasady przyjmowania do Hayes Society. Być może nie słyszeli Państwo o działalności tego Towarzystwa, ponieważ dzisiaj niewiele się już o nim mówi. Jednak w latach dwudziestych i na początku trzydziestych wywierało ono znaczny wpływ na służbę z Londynu i okolicznych hrabstw; tak znaczny, że niektórzy zaczęli uważać, że jego potęga stała się zbyt wielka, i z tego powodu z zadowoleniem przyjęli wieść o jego rozwiązaniu w 1932 czy 1933 roku. Hayes Society głosiło, że przyjmuje do swego grona „jedynie kamerdynerów najwyższej klasy”. Znaczną część zdobytej potęgi i autorytetu zawdzięczało temu, że w odróżnieniu od innych podobnych organizacji, które pojawiły się i wkrótce poznikały, liczba członków Towarzystwa była zawsze niewielka, co zapewniało głoszonej przez nie zasadzie pewną wiarygodność. Mówiono, że liczba ta nigdy nie przekroczyła trzydziestu osób, najczęściej jednak wahała się wokół dziewięciu czy dziesięciu. Wraz z poufnym charakterem działalności Towarzystwa wytwarzało to wokół niego atmosferę pewnej ekskluzywności, dzięki czemu wydawane przez nie od czasu do czasu orzeczenia w sprawach zawodowych traktowane były niemal tak jak dziesięcioro przykazań. W jednej jednak sprawie Towarzystwo wypowiadało się niechętnie, a mianowicie w kwestii własnych kryteriów członkostwa. Tymczasem nacisk na ich ujawnienie stale wzrastał, aż wreszcie w odpowiedzi na liczne listy, publikowane w „Kwartalniku Dżentelmena”, Towarzystwo ogłosiło, że wymagane jest przede wszystkim, by „kandydat był zatrudniony w szlachetnym domu”. „Choć oczywiście – brzmiało dalej oświadczenie Towarzystwa – nie jest to bynajmniej wystarczający tytuł do spełnienia wszystkich wymogów”. Według tej deklaracji, domów ludzi interesu czy „nowobogackich” nie uznawano za „szlachetne”; w moim mniemaniu ten wsteczny pogląd podważał wszelkie prawa Towarzystwa do orzekania w sprawach naszego zawodu. W odpowiedzi na kolejne listy do „Kwartalnika” Towarzystwo wyjaśniało, że choć w domach ludzi interesu znaleźć można wielu świetnych kamerdynerów „musimy przyjąć, że w takim razie domy prawdziwych państwa nie zwlekałyby długo z zatrudnieniem takich osób”. Według Towarzystwa należy kierować się osądem „prawdziwych państwa”, „gdyż w innym przypadku moglibyśmy równie dobrze od razu przyjąć zasady rządzące bolszewicką Rosją”.
[…]
Mój ojciec zawsze chętnie opowiadał pewną historię. Pamiętam, że powtarzał ją gościom, gdy byłem jeszcze dzieckiem i potem, gdy pod jego kierunkiem zaczynałem pracować jako młodszy lokaj. Pamiętam, że opowiedział mi ją również wtedy, gdy przyjechałem go odwiedzić po raz pierwszy już jako kamerdyner – pracowałem wtedy w dość skromnym domu państwa Muggeridge w Allshot, w hrabstwie Oksford. Historia ta musiała być więc bardzo bliska jego sercu. Pokolenie mojego ojca, odmiennie niż moje, nie miało zwyczaju omawiać i analizować swych spraw; wydaje mi się, że ciągłe powtarzanie tej opowieści było jedyną stosowaną przez ojca formą refleksji o swym zawodzie – a przez to owa anegdota staje się kluczem do zrozumienia jego poglądów. Historia ta, jak się zdaje prawdziwa, dotyczyła pewnego kamerdynera, który wraz ze swym chlebodawcą wyjechał do Indii, gdzie przez wiele lat zarządzał służbą tubylczą z równie świetnym skutkiem, co przedtem w Anglii. Pewnego popołudnia kamerdyner ten wszedł do jadalni, by sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe do podania obiadu, gdy wtem zobaczył tygrysa, wyciągniętego leniwie pod stołem. Po cichutku wysunął się z jadalni, pieczołowicie pozamykał wszystkie drzwi i spokojnie udał się do salonu, gdzie jego chlebodawca pił herbatę z kilkoma gośćmi. Tam dyskretnym kaszlnięciem zwrócił na siebie uwagę chlebodawcy, a następnie szepnął mu do ucha: „Bardzo przepraszam, sir, lecz zdaje się, że w jadalni znajduje się tygrys. Czy pozwoli pan użyć dubeltówki?” Legenda głosi dalej, że po chwili do uszu pana i jego gości doszedł huk dwóch wystrzałów. Gdy po jakimś czasie kamerdyner znów pojawił się w salonie, by dolać gościom świeżej herbaty, chlebodawca zapytał go, czy wszystko w porządku. Dziękuję bardzo, doskonale, sir – padła odpowiedź. Obiad zostanie podany o zwykłej porze i mam przyjemność oznajmić, że do tego czasu nie będzie już ani śladu po ostatnim wydarzeniu.
[...]
Rzecz jasna, ojciec mój czuł do generała najwyższą odrazę [ z powodu śmierci swego syna w wojnie burskiej i pod dowództwem tegoż generała – przyp. aut.]; wiedział jednak również, że sukces zamierzeń jego chlebodawcy zależał od powodzenia mającego się odbyć przyjęcia – a sprawa była niełatwa, ponieważ zapowiedziano przyjazd niemal dwudziestu osób. Ojciec odparł więc, że choć jest niezmiernie wdzięczny panu Silversowi za tak wielką wyrozumiałość, będzie jednak w stanie zapewnić zwykłą jakość swoich usług. Jak się okazało, ojcu dane było wycierpieć więcej, niż mógł się spodziewać. Po pierwsze, złudna okazała się nadzieja, że osobiste poznanie generała wzbudzi w ojcu uczucie szacunku czy sympatii, co może złagodziłoby jego niechęć do tej osoby. Generał był tłustym, mało przystojnym mężczyzną, grubiańskim w obejściu, przemawiającym typowym dla wszystkich wojskowym językiem. Co gorsza, z powodu choroby nie przyjechał jego lokaj. Również inny gość nie miał osobistej służby, sytuacja więc stawała się doprawdy bardzo skomplikowana. Trzeba było rozstrzygnąć, komu usługiwać będzie kamerdyner, a komu zwykły lokaj. Ojciec, zdając sobie sprawę z ważności chwili, natychmiast zgłosił chęć zajęcia się generałem, choć skazywało go to na cztery dni przebywania w najbliższej styczności ze znienawidzonym przez siebie człowiekiem. Tymczasem generał, nieświadom oczywiście uczuć mojego ojca, korzystał z każdej okazji, by opowiadać mu o swych osiągnięciach militarnych – tak jak to zwykło czynić wielu wojskowych. A pomimo to ojciec mój tak świetnie potrafił skryć swe uczucia, tak wspaniale wypełniał swe obowiązki, że generał wyjeżdżając pogratulował panu Silversowi doskonałego kamerdynera i pozostawił dla ojca niespotykanie wysoki napiwek – który mój ojciec natychmiast przeznaczył na cele dobroczynne.
[...]
Wielki kamerdyner podobny jest w tym względzie do angielskiego krajobrazu, który widziałem dziś rano: w jego obecności po prostu wie się, że jest wielki. Zdaję sobie sprawę, że zawsze będą tacy, którzy uznają każdą próbę analizy wielkości za pozbawioną sensu. „Wie się, że ktoś to ma, i wie się, że ktoś tego nie ma, i tyle”, mawiał pan Graham. Ja uważam jednak, że nie można sobie pozwolić na taki fatalizm w tym względzie. Jest sprawą naszej odpowiedzialności zawodowej rozmyślać o tych sprawach – po to, by każdy z nas dążył do osiągnięcia takiej „godności”.
[...]
To, oczywiście, wielka tragedia, że małżeństwo jej [pani Kenton, długoletnia gospodyni w Darlington Hall – przyp. aut.] rozpadło się. Musi zapewne gorzko żałować podjętych w tak odległej przeszłości decyzji – decyzji, które spowodowały, że jest teraz samotną, opuszczoną osobą, dobrze już w średnim wieku. Łatwo więc zrozumieć, że będąc w takim stanie ducha mogłaby znaleźć prawdziwe ukojenie właśnie w powrocie do Darlington Hall. Co prawda, w liście ani razu nie wyznaje otwarcie chęci powrotu; wynika to jednak jasno z poszczególnych fragmentów listu, tak bardzo tchnących tęsknotą za dawnymi czasami w Darlington Hall. Rzecz jasna, panna Kenton nie może się łudzić, że dzięki swemu powrotowi nadrobi stracone lata; moim pierwszym obowiązkiem będzie jej to uświadomić, gdy tylko się spotkamy. Będę musiał wytłumaczyć jej, że teraz jest inaczej – że za naszego życia nie wrócą już czasy, gdy pracowało się z bardzo licznym personelem, gotowym na każde skinienie. Jednak panna Kenton jest osobą inteligentną i sama to już zapewne zrozumiała. Biorąc to wszystko pod rozwagę, muszę stwierdzić, że powrót do Darlington Hall i możliwość doczekania do emerytury mogłyby bez wątpienia stanowić dla niej ucieczkę od poczucia pustki dominującego w jej obecnym życiu.
[...]
Konferencja roku 1923 była ukoronowaniem długotrwałych zabiegów lorda Darlingtona; teraz, spoglądając wstecz, widać jasno, że jego lordowska mość dążył do niej od co najmniej trzech lat. O ile pamiętam, sporządzany po Wielkiej Wojnie traktat pokojowy nie interesował go z początku tak bardzo; można powiedzieć, jak sądzę, że jego późniejsze zaangażowanie w tę sprawę wynikało nie tyle z analizy samego traktatu, co z przyjaźni, jaką darzył Herr Karla Heinza Bremanna. Herr Bremann po raz pierwszy odwiedził Darlington Hall tuż po wojnie, jeszcze w mundurze wojskowym. Nawet najmniej spostrzegawczy obserwator zauważyłby, iż wkrótce połączyła go z naszym lordem bardzo bliska przyjaźń. Nic dziwnego – już na pierwszy rzut oka widać było, że Herr Bremann jest dżentelmenem w każdym calu. Przez następne dwa lata, po wystąpieniu z wojska, powracał tu w regularnych odstępach czasu. Niestety, z pobytu na pobyt dawało się zauważyć niepokojącą zmianę, jaka w nim zachodziła. Jego ubiór stawał się coraz biedniejszy, oblicze coraz szczuplejsze; spojrzenie miał spłoszone, a podczas ostatnich swych wizyt często patrzył długo gdzieś przed siebie, zapominając o obecności jego lordowskiej mości, a czasem nie zwracając nawet uwagi na to, co się do niego mówiło. Powiedziałbym, że Herr Bremann cierpiał na jakąś chorobę, lecz z pewnych uwag czynionych przez jego lordowską mość zrozumiałem, że nie o to chodzi. Chyba pod koniec 1920 roku lord Darlington odbył pierwszy z wielu wyjazdów do Berlina i doskonale pamiętam, jak wielkie uczyniło to na nim wrażenie. Przez wiele dni po powrocie zdradzał wielkie zatroskanie; pamiętam, iż raz, w odpowiedzi na moje pytanie o wrażenia z podróży, zauważył: „To wstrząsające, Stevens, głęboko wstrząsające. To wielka hańba dla nas tak traktować pokonanego przeciwnika. To zupełnie wbrew tradycji naszego kraju”.
[...]
Był moim wrogiem – mówił Lord Darlington – lecz zawsze postępował jak dżentelmen. Przez pół roku zasypywaliśmy się nawzajem ogniem artyleryjskim, lecz prywatnie obaj zachowywaliśmy się uczciwie względem siebie. Był dżentelmenem wykonującym to, co do niego należało, i nie miałem mu tego za złe. Powiedziałem mu raz: „Drogi panie, teraz jesteśmy wrogami i będę bił się z panem z całych sił, ale jak tylko skończy się ta nieszczęsna wojna, nie będziemy już wrogami i pójdziemy razem na piwo”. A teraz, przez ten nieszczęsny traktat, wychodzę na kłamcę. Rozumiesz, stwierdziłem, że jak to się skończy, nie będziemy już wrogami. Czy teraz mogę mu spojrzeć w oczy i powiedzieć, że to się spełniło?
[...]
Pozwólcie, że wyłożę karty na stół. Sir David to mój stary przyjaciel. A do tego był wręcz nieoceniony przy organizacji tej konferencji. Można śmiało stwierdzić, że bez niego nie dałoby się skłonić do przyjazdu tutaj monsieur Duponta. Tak, oczywiście, sir. Nie zmienia to faktu, że sir David ma swoje śmiesznostki. Być może sam to zauważyłeś. Przywiózł tu ze sobą swego syna, Reginalda, który będzie jego sekretarzem. Chodzi o to, że on się zaręczył. To znaczy młody Reginald. Tak, sir. Sir David od pięciu lat usiłuje uświadomić swego syna. Ten młody człowiek ma już dwadzieścia trzy lata. Tak jest, sir. Przejdę do sedna, Stevens. Tak się składa, że jestem jego ojcem chrzestnym. W związku z tym sir David poprosił mnie, bym to ja uświadomił młodego Reginalda. Ach, tak, sir. Sir David uznał, że jest to zadanie ponad jego siły, i obawia się, że on sam nie zdąży tego uczynić przed ślubem syna. Tak jest, sir. No, a chodzi o to, Stevens, że ja jestem okropnie zajęty. Sir David powinien wziąć to pod uwagę, ale cóż, właśnie teraz poprosił mnie o tę przysługę – jego lordowska mość urwał i zaczął znów studiować książkę. Czy dobrze rozumiem, sir – powiedziałem – że życzy pan sobie, bym to ja przekazał te informacje młodemu panu? No właśnie, Stevens, jeślibyście mogli. Przynajmniej to miałbym z głowy. Sir David co parę godzin wypytuje mnie, czy już to zrobiłem.
[...]
Być może teraz, po fakcie, ubarwiam nieco moje wspomnienia, lecz wyraźnie pamiętam, że wówczas wyczułem po raz pierwszy coś dziwnego, pewną jakby dwulicowość, u tego czarującego skądinąd Amerykanina [senatora – przyp. aut.]. Jeżeli jednak obudziły się we mnie jakieś podejrzenia, wyraźnie nie podzielał ich lord Darlington. Milczał przez chwilę, rozważając coś w duchu. Wreszcie podjął decyzję. Panie Lewis – zaczął. – Powiem otwarcie. Większość nas, Anglików, uważa obecną postawę Francuzów za godną pożałowania. Może pan to nazywać różnicą temperamentów, lecz ośmielam się twierdzić, że chodzi tu o coś więcej. Nie przystoi do tego stopnia nienawidzić przeciwnika, gdy konflikt już się zakończył. Gdy leży już na deskach, to na tym koniec, nie wolno go jeszcze kopać. Jesteśmy coraz mocniej przekonani, że obecne zachowanie Francuzów to barbarzyństwo.
[...]
Otóż muszę tu obnażyć nieco moją duszę [mówi Dupont – minister w rządzie francuskim – przyp. aut.]. Ktoś może powiedzieć, że nie należy do dobrego tonu obnażać się przy stole. – To stwierdzenie wywołało entuzjastyczny śmiech. – Ja jednak zawsze w takich sprawach na pierwszym miejscu stawiam szczerość. Podobnie jak uważam, że należy publicznie wyrazić wdzięczność lordowi Darlingtonowi, którego to zasługą jest zgromadzenie nas tutaj i tym samym umożliwienie, by zapanował wśród nas duch jedności i dobrej woli – należy też z całą mocą otwarcie potępić tych, którzy zjawili się tutaj wyłącznie po to, by nadużywać gościnności naszego gospodarza, by z zapałem godnym lepszej sprawy rozsiewać wśród nas niezadowolenie i podejrzliwość. Osoby takie są nie tylko odrażające towarzysko; w dzisiejszej sytuacji ludzie tacy są po prostu niebezpieczni. Znów urwał i po raz kolejny w sali zapanowała głucha cisza. Monsieur Dupont mówił dalej spokojnym, dobitnym głosem: Mam więc do pana Lewisa następujące pytanie: Do jakiego stopnia jego haniebna postawa odzwierciedla stanowisko obecnej administracji amerykańskiej? Panie i panowie, pozwólcie, że sam postaram się odpowiedzieć, ponieważ nie można polegać na słowie osoby zdolnej do takiej dwulicowości, jaką człowiek ten prezentował podczas całego naszego spotkania. A więc oto moje przypuszczenie. Oczywiście, Ameryka obawia się o spłaty naszych u niej długów – w wypadku zamrożenia reparacji niemieckich. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy miałem jednak okazję porozmawiać na ten właśnie temat z wieloma bardzo wysoko postawionymi osobistościami amerykańskimi i odniosłem wrażenie, że w kraju tym myśli się znacznie bardziej dalekowzrocznie, niż mogliśmy to zaobserwować na przykładzie obecnego tu ich rodaka. Pociechą dla nas wszystkich, którym nieobojętne jest dobro Europy, będzie na pewno fakt, że pan Lewis – jak by to wyrazić? – nie ma już tych wpływów co dawniej. Być może uznają państwo, iż jestem zbyt brutalny, tak otwarcie mówiąc o tych sprawach. Otóż przeciwnie, panie i panowie, jestem właśnie bardzo delikatny, powstrzymałem się bowiem od powtórzenia tego, co ów dżentelmen mówił do mnie o was wszystkich, drodzy państwo, i to z niewyobrażalną wręcz bezczelnością i brakiem ogłady. Ale dość tych oskarżeń, czas na podziękowania. Proszę was więc, byście wraz ze mną wznieśli kielichy na cześć lorda Darlingtona.
[...]
Zastanowiłem się za to nad innym orzeczeniem Hayes Society – tym mianowicie, że od kandydata na członka Towarzystwa wymagano, by „był zatrudniony w szlachetnym domu”. Nadal uważam, tak samo stanowczo jak do tej pory, że był to przejaw niemądrego snobizmu ze strony Towarzystwa. Jednak przychodzi mi teraz na myśl, że sprzeciw mój dotyczy bardziej staroświeckiego rozumienia pojęcia „szlachetnego domu” niż ogólnej zasady. A im więcej obecnie rozmyślam nad tą sprawą, tym bardziej skłonny jestem uznać, że niezbędnym warunkiem „wielkości” jest rzeczywiście zatrudnienie w „szlachetnym domu” – jeżeli tylko słowo „szlachetny” będzie miało znaczenie głębsze niż to, jakim posługiwało się Hayes Society. Wydaje mi się zresztą, że porównanie mojej interpretacji terminu „szlachetny dom” z jego rozumieniem przez Hayes Society doskonale naświetli podstawową różnicę pomiędzy systemem wartości mojego pokolenia kamerdynerów a pokoleniem poprzednim. Nie chodzi mi jedynie o to, że nasze pokolenie nie przywiązywało już takiej wagi do tego, czy pracodawca jest arystokratą, czy zaledwie biznesmenem. Chcę mianowicie powiedzieć – i nie uważam, by było to niesprawiedliwe – że nasze pokolenie było znacznie bardziej idealistyczne. Gdy nasi poprzednicy zwracali uwagę na utytułowanie chlebodawcy i jego koligacje z którąś ze „starych” rodzin, my zajmowaliśmy się bardziej jego poziomem moralnym. Nie chodzi tu jednak wcale o prywatne zachowanie naszych chlebodawców, lecz o to, iż naszą ambicją – która mogłaby wydać się dziwna poprzedniemu pokoleniu – było służenie tym wielkim panom, którzy przyczyniali się w jakiś sposób do postępu ludzkości. I tak, na przykład, znacznie godniej byłoby służyć u osoby pokroju pana George’a Ketteridge’a, który mimo swego skromnego pochodzenia niezaprzeczalnie wniósł wkład w przyszły dobrobyt imperium, niż u dżentelmena o wielce arystokratycznych parantelach, lecz trwoniącemu czas w klubach i na polach golfowych.
[...]
Sądzę, że różnicę pomiędzy tymi dwoma pokoleniami ukażę najlepiej za pomocą pewnego porównania. Otóż kamerdynerzy z pokolenia mojego ojca widzieli świat w formie drabiny; na samym szczycie znajdowały się domy królewskie, książąt i lordów z najstarszych rodzin, poniżej zaś domy „nuworyszy” i tak dalej, aż osiągało się punkt, poniżej którego o miejscu w hierarchii stanowił już tylko majątek lub jego brak. Każdy ambitny kamerdyner starał się wejść po tej drabinie jak najwyżej, a im wyżej zaszedł, tym większy był jego prestiż zawodowy. Uosobieniem takich właśnie wartości było Hayes Society ze swym rozumieniem idei „szlachetnego domu”, fakt zaś, że głosiło ją z całym przekonaniem jeszcze w roku 1929, ukazuje, dlaczego jego upadek był nieunikniony. Albowiem wówczas takie poglądy zupełnie nie nadążały już za myśleniem ludzi będących wzorem w naszym zawodzie. Myślę, że można stwierdzić, iż nasze pokolenie widziało w świecie nie drabinę, lecz koło. Może uda mi się wyjaśnić to szerzej.
Odnoszę wrażenie, że dopiero moje pokolenie zauważyło coś, co umknęło uwagi pokoleń wcześniejszych: mianowicie, że decyzji o wielkim znaczeniu dla świata nie podejmuje się na posiedzeniach publicznych ani podczas kilku zaledwie dni przeznaczonych na międzynarodową konferencję, w pełni dostępną prasie i publiczności. Przeciwnie: dyskusje prowadzi się i decyzje podejmuje w zaciszu gabinetów wielkich domów naszego kraju. To, co z taką pompą i ceremonią odbywa się na oczach ogółu, bywa często jedynie ukoronowaniem, by nie rzec ratyfikacją, ustaleń powziętych w ciągu całych tygodni czy miesięcy w murach takich domów. Dla nas więc świat jest kołem, obracającym się wokół znajdujących się na jego osi tychże wielkich domów, których ważkie decyzje rozchodzą się na świat, na wszystkich innych, kręcących się wokół nich – i bogatych, i biednych. Pragnieniem ambitniejszych ludzi mojego zawodu było pracować jak najbliżej tej osi. Byliśmy bowiem, jak już powiedziałem, pokoleniem idealistów, dla których znaczenie miało nie tylko to, jak dobrze się służyło, lecz również jakiemu celowi; każdy z nas ogarnięty był pragnieniem wniesienia swego skromnego wkładu w dzieło tworzenia lepszego świata i rozumiał, że najpewniejszym dla nas sposobem na to jest służyć tym wielkim panom naszych czasów, których pieczy powierzono losy cywilizacji.
[...]
Chodzi mi o to sir Farraday, że w Anglii pracownicy zazwyczaj nie rozmawiają o swych dawnych chlebodawcach. Dobra, w porządku, Stevens, czyli nie chcesz odgrzebywać starych wspomnień. Ale czy przez to musisz też nie przyznawać się, że pracowałeś dla kogoś innego poza mną? Gdy tak to sformułować, sir, rzeczywiście brzmi to dość dziwacznie. Jednak często uznaje się takie właśnie postępowanie pracowników za pożądane. Jeśli wolno mi wyrazić się w ten sposób, sir, przypomina to trochę formy wypowiedzi przyjęte w mówieniu o związkach małżeńskich. Gdy rozwiedziona pani znajduje się w towarzystwie swego drugiego męża, uważa się powszechnie, że nie należy w żaden sposób nawiązywać w rozmowie do pierwszego małżeństwa. Podobnie ma się rzecz w moim zawodzie, sir.
[...]
Należy też powiedzieć, jak obrzydliwe są posądzenia lorda Darlingtona o antysemityzm czy o bliskie powiązania z Brytyjskim Związkiem Faszystów i temu podobnymi organizacjami. Pomówienia te mogą wynikać jedynie z całkowitej nieznajomości osobowości lorda Darlingtona. Jego lordowska mość zaczął w końcu wręcz brzydzić się antysemityzmem; sam słyszałem wielokrotnie, jakim oburzeniem reagował na wystąpienia antysemickie. Posądzanie zaś jego lordowskiej mości o to, jakoby nigdy nie wpuszczał pod swój dach osób narodowości żydowskiej ani nie pozwalał zatrudnić u siebie żydowskiej służby, jest całkowicie bezpodstawne – być może poza jednym błahym incydentem z lat trzydziestych, który następnie rozdmuchano do przesadnych rozmiarów [chodzi o zwolnienie z pracy dwóch pokojówek pochodzenia żydowskiego pod wpływem silnego acz chwilowego wrażenia jakie Lord nabył w zażyłych kontaktach z aktywistką „czarnych koszul” panią Barnet – przyp. aut.]. A jeśli chodzi o Brytyjski Związek Faszystów, mogę jedynie stwierdzić, że wszelkie pomówienia jego lordowskiej mości o kontakty z tymi ludźmi są wręcz śmieszne. Sir Oswald Mosley, przywódca „czarnych koszul”, gościł w Darlington Hall, o ile pamiętam, najwyżej trzy razy, a i to tylko w początkowym okresie działania tej organizacji, zanim jeszcze ujawniła ona swe prawdziwe oblicze. Gdy tylko okazało się, jak odrażająca jest ideologia „czarnych koszul” – a pierwszy zauważył to właśnie lord Darlington – jego lordowska mość nie chciał mieć z nimi więcej nic wspólnego.
[...]
Oto bowiem około roku 1935 czy 1936, po wielu latach stopniowego wypracowywania sobie dobrej współpracy zawodowej, między nami zaszło coś takiego, że zrezygnowaliśmy ze zwyczaju spotykania się przy filiżance kakao pod koniec każdego dnia. Nigdy jednak nie potrafiłem zgadnąć, co właściwie było tego przyczyną, jaki łańcuch zdarzeń do tego doprowadził. Rozmyślając nad tym znowu, doszedłem do wniosku, że szczególne znaczenie mógł mieć tu ów dziwny incydent pewnego wieczoru, gdy panna Kenton zjawiła się bez zaproszenia w moim saloniku. Nie pamiętam dokładnie, w jakim celu tam przyszła; mam wrażenie, że przyniosła mi wazon kwiatów, „by rozjaśnić nieco mój salonik”, ale może mylę to z podobnym wydarzeniem, gdy usiłowała zrobić to samo wiele lat wcześniej, na samym początku naszej znajomości. Jestem jednak pewien, że przez te wszystkie lata przeprowadziła przynajmniej trzy próby wstawienia kwiatów do mego biura, choć mogę się mylić, twierdząc, że jedna z nich miała miejsce tamtego właśnie wieczoru. Mogę też podkreślić, że pomimo wielu lat owocnej współpracy nigdy nie dopuściłem do sytuacji, w której gospodyni czułaby się jak u siebie w saloniku kamerdynera. Pokój ten jest dla mnie najważniejszym miejscem w domu, jego właściwym centrum, nie bez podobieństwa do kwatery głównej wojsk podczas bitwy i jest absolutnie konieczne, by wszystko działo się tam dokładnie tak, jak ja sobie tego życzę, bez żadnych zmian. Nie należałem nigdy do tych kamerdynerów, którzy do swego saloniku pozwalają wchodzić byle komu w sprawie wszelkich, nawet błahych skarg i wniosków. Jeżeli dom ma funkcjonować w sposób płynny i skoordynowany, salonik kamerdynera musi być tym miejscem, gdzie gwarantowany jest spokój i odosobnienie. Tak się złożyło, że gdy owego wieczoru panna Kenton zjawiła się w mym saloniku, nie byłem wcale zajęty sprawami zawodowymi. Ponieważ mieliśmy wtedy bardzo spokojny tydzień, rozkoszowałem się właśnie wolną chwilą, a do tego rzadko mam okazję. Jak już mówiłem, nie jestem pewien, czy panna Kenton przyniosła i wtedy wazon z kwiatami, lecz pamiętam za to dokładnie, że powiedziała: Panie Stevens, wieczorem pański pokój wygląda jeszcze mniej gościnnie niż za dnia. Ta żarówka na pewno jest za słaba do czytania. W zupełności wystarczy, panno Kenton, dziękuję bardzo. Panie Stevens, ten pokój przypomina celę więzienną. Brakuje tylko małej pryczy w kącie, by można było sobie wyobrazić skazańców, spędzających tu swe ostatnie godziny.
[...]
Myślę, że winien jestem Państwu małe wyjaśnienie w sprawie książki, wokół której rozegrało się całe to wydarzenie. Rzeczywiście było to dzieło, które można by określić mianem „sentymentalnego romansu”, jedno z wielu, jakie są w bibliotece i niektórych sypialniach gościnnych, przeznaczone dla rozrywki odwiedzających nas dam. Powód, dla którego zacząłem przeglądać takie dzieło, był prosty: lektura taka jest bowiem niezwykle skutecznym sposobem utrzymania i rozwijania umiejętności posługiwania się językiem angielskim. Jestem zdania – nie wiem, czy zgodzą się Państwo ze mną – że za naszego przynajmniej pokolenia zbyt wielkie znaczenie nadawano w naszym zawodzie dobremu akcentowi i wymowie, że zabiegano o nie często kosztem innych, ważniejszych cech i umiejętności zawodowych. Nigdy jednak nie twierdziłem, że dobry akcent i wymowa nie są pożądanymi zaletami u kamerdynera, i zawsze uważałem za swój obowiązek jak najpilniej je rozwijać. Bardzo prostym, lecz i bardzo skutecznym sposobem na to jest czytanie w wolnych chwilach dobrze napisanej książki. Robię tak od wielu lat i często wybierałem do tego powieści podobne do tej, z którą zastała mnie panna Kenton. Mój wybór jest umotywowany wyłącznie faktem, że książki takie są zwykle pisane dobrą angielszczyzną i zawierają wiele eleganckich dialogów mających dla mnie duże znaczenie praktyczne. Dzieła poważniejsze – na przykład prace naukowe – choć ogólnie bardziej kształcące, bywają zazwyczaj pisane językiem o ograniczonej przydatności w codziennym obcowaniu z gośćmi i chlebodawcą. Bardzo rzadko miałem czas i ochotę, by przeczytać któryś z owych romansów w całości, lecz jak się zorientowałem, ich fabuła była prawie zawsze absurdalna – by nie rzec: sentymentalna – i nie traciłbym na takie lektury ani chwili, gdyby nie wspomniane korzyści. To stwierdziwszy, przyznam jednak – bo i nie ma się czego wstydzić – że czasami powieści te stanowiły dla mnie źródło rozrywki. Być może wówczas nie przyznawałem się do tego przed sobą, lecz jak już powiedziałem, czy jest czego się wstydzić? Czemuż to nie miałbym bawić się lekką lekturą o paniach i panach zakochujących się w sobie i wyznających uczucia, często w niezwykle eleganckiej formie?
[...]
Jest więc na przykład sprawa twierdzeń pana Harry’ego Smitha [uczestnika dyskusji przy stole gospodarza, który przyjął na nocleg naszego kamerdynera Stevensa będącego w podróży – przyp. aut.] o naturze „godności”. Z pewnością niewiele z nich zasługuje na poważne zastanowienie. Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę, że pan Harry Smith używał słowa „godność” w zupełnie innym znaczeniu niż ja. Jednak nawet w takim rozumieniu jego twierdzenia były z pewnością zbyt idealizujące, zbyt teoretyczne, by budziły szacunek. Bez wątpienia w tym, co mówił, była szczypta prawdy: rzeczywiście, w takim kraju jak nasz również szary obywatel ma swego rodzaju obowiązek myśleć o wielkich sprawach i wyrabiać sobie opinie na ich temat. Czy jednak w życiu codziennym można wymagać od zwykłych ludzi, by na wszelkie tematy posiadali „wyrobione poglądy” – jak dość dziwacznie zdawał się twierdzić pan Harry Smith? Taka sytuacja byłaby nie tylko mało prawdopodobna, lecz wręcz niewskazana. Wiedza i zdolności osądu człowieka z tłumu są przecież mocno ograniczone, więc nie byłoby chyba rozsądne wymagać od niego wtrącania się ze swymi „wyrobionymi poglądami” w wielkie sprawy kraju. A bez wątpienia całkowitym absurdem jest, by na tej podstawie definiować pojęcie „godności” danej osoby.
[...]
Bo my zawsze musimy być ostatni; ostatni trzymamy się kurczowo staromodnego systemu. Ale prędzej czy później będziemy musieli zdać sobie z tego sprawę. Demokracja to przeżytek. Dzisiejszy świat jest teraz zbyt skomplikowany, żeby bawić się w powszechne prawo wyborcze i temu podobne rzeczy; na to, by o wszystkich sprawach w nieskończoność ględziły tłumy posłów. To może było dobre parę lat temu, ale w dzisiejszym świecie… Co to powiedział wczoraj pan Spencer? Bardzo dobrze to sformułował. Zdaje się, sir, że porównał dzisiejszy system parlamentarny do koła gospodyń wiejskich prowadzącego kampanię wojenną. O, właśnie, Stevens, dokładnie tak. Jeśli mam być całkiem szczery, Stevens, powiem wam, że my, w tym kraju, jesteśmy po prostu zacofani. Trzeba, żeby wszyscy ludzie postępu przekonali o tym takich jak sir Leonard. Tak jest, sir. A tymczasem patrzcie, co się dzieje, Stevens. Ten kryzys trwa i trwa. Widziałem to na własne oczy, gdy pojechałem na północ z panem Whittakerem. Lud cierpi. Cierpią zwykli, porządni ludzie pracy. A Niemcy i Włosi ruszyli z miejsca, bo u nich coś się dzieje. I pewnie na swój sposób podobnie jest nawet u tych wariatów bolszewików. Nawet prezydent Roosevelt, wystarczy spojrzeć, o, on nie boi się podejmować śmiałych działań dla dobra swego ludu. A teraz porównajcie to z tym, co mamy tutaj, Stevens. Mija rok za rokiem, a nic nie idzie ku lepszemu. My potrafimy tylko sprzeczać się i w nieskończoność przeciągać dyskusje. Każdy dobry pomysł jest zmieniany tak, że traci wszelką skuteczność po przejściu przez zaledwie połowę z tych komisji, przez które musi przejść. Ci nieliczni, którzy znają się na rzeczy, mają związane ręce przez otaczający ich tłum ignorantów. No i co wy na to, Stevens? Sądzę, sir, że nasz kraj rzeczywiście znajduje się w opłakanym stanie. Ano właśnie. A popatrz tylko na Niemcy i Włochy, Stevens. Widzicie, ile może zdziałać silna władza, jeśli tylko da się jej szansę? Tam nie ma tych bzdur z powszechnym prawem wyborczym. Jeżeli pali się dom, nie zbiera się wszystkich domowników w salonie i nie omawia się przez godzinę różnych sposobów ratunku, prawda? Może tak było dawniej, ale dzisiaj świat jest bardziej skomplikowany. Człowiek z ulicy nie może przecież znać się na polityce, gospodarce, światowym handlu i czym tam jeszcze. Bo i skąd? Zresztą wy wczoraj odpowiedzieliście bardzo dobrze, Stevens. Jak wyście to ujęli? Że to nie wasza sprawa? No właśnie, nikt od was przecież nie żąda, żebyście i tym się zajmowali!
[...]
Musimy powiedzieć sobie jasno: zadaniem kamerdynera jest dobrze służyć, a nie mieszać się do wielkich spraw kraju. Zresztą sprawy te będą zawsze dla nas niezrozumiałe. Ci, którzy chcą czymś się wyróżnić, muszą pojąć, że najlepszą na to metodą jest koncentrowanie się na tym, co naprawdę jest ich dziedziną. W moim przypadku tym czymś jest jak najlepsze służenie tym wielkim panom, w których rękach znajdują się losy cywilizacji.
[…]
Czy będziesz spokojnie patrzył, Stevens – powiedział wreszcie – jak jego lordowska mość sam kręci stryczek na swoją szyję? Bardzo przepraszam, sir, lecz nie rozumiem dobrze, o co panu chodzi. A, nie rozumiesz, Stevens. No cóż, jesteśmy przyjaciółmi, więc będę szczery. Otóż od ostatnich kilku lat jego lordowska mość jest chyba najbardziej użytecznym pionkiem w propagandowych gierkach Herr Hitlera w naszym kraju. Tym bardziej że jest to pionek uczciwy, szlachetny i nie rozumiejący tego, co robi. Tylko przez te trzy ostatnie lata jego lordowska mość posłużył do nawiązania kontaktów między Berlinem a ponad sześćdziesięcioma najbardziej wpływowymi obywatelami naszego kraju. Udało się im świetnie. Herr Ribbentrop nie musi już prawie korzystać z pośrednictwa ministerstwa spraw zagranicznych. A tymczasem Herr Hitlerowi nie wystarcza już, że zorganizował ten swój zjazd i tę swoją olimpiadę. Czy wiesz, do czego teraz chcą zapędzić jego lordowska mość? Czy wiesz, o czym teraz rozmawiają? Niestety nie, sir. Jego lordowska mość usiłuje już od jakiegoś czasu przekonać pana premiera, by ten przyjął zaproszenie do odwiedzenia Herr Hitlera. Naprawdę wierzy, że dotychczasowa opinia pana premiera na temat obecnego rządu niemieckiego jest wynikiem jakiegoś potwornego nieporozumienia. Nie widzę w tym nic nagannego, sir. Jego lordowska mość zawsze dążył do ułatwienia kontaktów pomiędzy narodami. To nie wszystko, Stevens. O ile się nie mylę, właśnie w tej chwili jego lordowska mość dyskutuje nad pomysłem, by Jego Królewska Mość złożył osobistą wizytę Herr Hitlerowi. Nie jest żadną tajemnicą, że nasz nowy król zawsze był entuzjastą faszyzmu. No, a teraz zdaje się, że ma wielką ochotę przyjąć zaproszenie Herr Hitlera. I właśnie w tym momencie, Stevens, jego lordowska mość stara się jak najusilniej przezwyciężyć sprzeciw ministerstwa spraw zagranicznych co do tego przerażającego pomysłu.
[...]
Zlokalizowanie w piwnicy właściwej butelki i wykonanie odpowiednich przygotowań do jej podania nie zajęło mi wiele czasu. Tak więc już po kilku minutach od mojego krótkiego spotkania z panną Kenton znów szedłem korytarzem, tym razem niosąc tacę. Gdy zbliżałem się do drzwi panny Kenton, po świetle sączącym się spod nich poznałem, że ona wciąż tam jest. I to właśnie ta chwila, jestem teraz o tym przeświadczony, tak utkwiła mi w pamięci – ta chwila: z tacą w rękach stoję w mroku korytarza, a w mojej duszy narasta przeświadczenie, że o parę kroków ode mnie, po drugiej stronie drzwi, właśnie w tej chwili panna Kenton płacze. O ile pamiętam, nie miałem żadnych dowodów na poparcie tego przeczucia – jestem pewien, że nic nie słyszałem – a mimo to doskonale pamiętam uczucie całkowitej pewności, że jeżeli teraz zapukam i wejdę, zastanę ją we łzach. Nie wiem, jak długo tam stałem; wówczas zdawało mi się, że dosyć długo, lecz przypuszczam, że w rzeczywistości trwało to zaledwie kilka sekund. Musiałem przecież pośpieszyć na górę, by służyć jednym z najdostojniejszych osobistości w naszym kraju; nie sądzę więc, bym pozwolił sobie na niepotrzebną stratę czasu.
[...]
– Jest faktem, pani Benn [dawniej Kenton – przyp. aut.], że przez całą wojnę o jego lordowskiej mości głoszono rzeczy straszne, w czym celowała ta właśnie gazeta. Starał się znosić to w spokoju, dopóki kraj był w niebezpieczeństwie, lecz gdy skończyła się wojna, a oskarżenia nie milkły, no cóż, jego lordowska mość stwierdził, że nie może dłużej cierpieć w milczeniu. Teraz wiemy, jak wielkie ryzyko niosła ze sobą decyzja o wejściu na drogę sądową, w tej całej atmosferze, jaka wówczas panowała. Ale stało się. Jego lordowska mość święcie wierzył, że sprawiedliwość była po jego stronie. Tymczasem, jak wiadomo, efekt był taki, że gazeta ta jeszcze zwiększyła nakład, a dobre imię jego lordowskiej mości zostało zszargane na zawsze. Proszę mi wierzyć, pani Benn, potem… no cóż, jego lordowska mość poważnie zaniemógł. A w całym domu zapadła taka cisza… Podawałem mu herbatę w salonie i, no… Był to naprawdę nieprzyjemny widok.
[...]
Panna Kenton [Benn – przyp. aut.] zamilkła na chwilę, lecz potem odezwała się znowu: To oczywiście nie znaczy, że od czasu do czasu nie myślę sobie: „Jak straszliwy błąd popełniłam w mym życiu”. I są to chwile bezbrzeżnej rozpaczy. I zaczynam wtedy rozmyślać o innym, lepszym życiu, jakie mogłam mieć. Na przykład, zaczynam wtedy myśleć o życiu, jakie mogłabym mieć z panem, panie Stevens. Dzieje się tak chyba wtedy, gdy rozzłoszczę się o jakąś drobnostkę i odchodzę. Ale za każdym razem szybko orientuję się, że moje miejsce jest przy mężu. W końcu, co się stało, już się nie odstanie. Nie można wiecznie roztrząsać tego, co mogło być. Trzeba zdać sobie sprawę, że miało się życie nie gorsze niż większość ludzi – a może i lepsze – i z tego trzeba się cieszyć.
[...]
Lord Darlington nie był złym człowiekiem. Na pewno nie. A pod koniec życia potrafił przynajmniej powiedzieć, że popełniał błędy. Jego lordowska mość był człowiekiem odważnym. Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego. Bo widzi pan, ja wierzyłem, wierzyłem w mądrość jego lordowskiej mości. Przez wszystkie te lata, kiedy mu służyłem, wierzyłem, że robię coś, co warto. A tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy – nasuwa się pytanie – i jakaż w tym godność?
[…]
Być może zatem należałoby zastanowić się nad jego radą, bym przestał tak bardzo spoglądać w przeszłość, bym przyjął bardziej pozytywny punkt widzenia i starał się jak najlepiej wykorzystać to, co mi jeszcze zostało z moich dni. Cóż bowiem można osiągnąć ciągłym grzebaniem się w przeszłości i oskarżaniem siebie samego o to, że w życiu nie powiodło się całkiem tak, jak można by sobie tego życzyć? Tak już jest, że dla takich jak my nie ma większego wyboru, jak tylko pozostawić ostatecznie nasz los w rękach tych, którym służymy: wielkich panów, znajdujących się w samym centrum spraw tego świata.
Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia
Powieść obyczajowa Ishiguro faktycznie napisana potoczystym językiem przenosi nas na angielską prowincję pierwszej połowy dwudziestego wieku i w środowisko ludzi dla których służba stawała się życiem a takie życie odwzajemniało się im z nawiązką nieustanną podróżą w równoległe „nieustanne siebie”. Losy nietuzinkowego i powściągliwego kamerdynera Stevensa sportretowane na ekranie wybitną kreacją aktorką Anthonego Hopkinsa stanowią podskórny przekaz, że życie to-przede wszystkim-to, co dzieje się i tutaj i teraz, ale także i to, co nigdy już nie wróci co też nigdy się nie zdarzy.