29.01.2022

This is a far, far better thing
than I have ever done
Charles Dickens
„A Tale of Two Cities”
[…]
Przez całe życie tęskniłem za samotnością w takim miejscu jak to. Nawet gdy było najpiękniej, co wcale nie zdarzało się rzadko. Tyle mogę powiedzieć. Że nie zdarzało się rzadko. Miałem szczęście. Ale nawet wtedy, na przykład w czyichś objęciach, gdy ktoś szeptał mi do ucha słowa, które bardzo pragnąłem usłyszeć, potrafiłem nagle zatęsknić za miejscem, gdzie byłoby po prostu całkiem cicho. Mogłem o tym nie myśleć przez całe lata, lecz to nie oznacza, że nie tęskniłem. A teraz mieszkam tu i jest prawie dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem.
[...]
To się wydarzyło w zagrodzie, w której dorastałem. Moja matka zauważyła go pierwsza. Pies biegł brzegiem lasu za sarnami, za dwoma śmiertelnie wystraszonymi młodymi koziołkami, które od wielu dni obserwowaliśmy z okna, jak się pasły w zaroślach wzdłuż północnej łąki. Zawsze trzymały się razem, teraz też, a ten wilczur je ścigał. Krążył wokół nich, podgryzał je w pędny, wreszcie sarny porządnie się zmęczyły, były bez szans, i moja matka nie miała już dłużej siły na to patrzeć, zadzwoniła więc na posterunek z pytaniem, co ma robić, a oni powiedzieli: „Musi pani po prostu go zastrzelić”. „To robota dla ciebie, Lars - oświadczyła po odłożeniu słuchawki. - Myślisz, że dasz radę?” Nie miałem ochoty, tyle muszę przyznać, prawie nigdy nie dotykałem strzelby, ale tak mi było żal tych sarniąt, a przecież jej nie mogłem o to prosić, a nikogo innego nie było w domu. Mój starszy brat pływał na statku, a ojczym ścinał drzewa w lesie bogatego gospodarza, jak zwykle o tej porze roku. Wziąłem więc strzelbę i poszedłem przez pola w stronę lasu. Kiedy tam dotarłem, psa nigdzie nie było widać. Stałem i nasłuchiwałem. Była jesień, powietrze w środku dnia zupełnie przejrzyste, cicho, że prawie strasznie. Odwróciłem się i popatrzyłem przez pola w stronę domu, wiedziałem, że matka stoi w oknie i śledzi każdy mój krok. Nie mogłem się wywinąć. Znów spojrzałem na ścieżkę w lesie i nagle zobaczyłem te dwie sarny biegnące w moją stronę. Uklęknąłem, podniosłem strzelbę i przyłożyłem kolbę do policzka, a te spore już koziołki były tak wystraszone, że mnie wcale nie widziały albo nie miały siły przejmować się jeszcze jednym wrogiem. W ogóle nie zmieniły kursu, tylko pędziły prosto na mnie i niemal otarły się o mój bark, słyszałem, jak dyszą, i widziałem biały błysk w ich wytrzeszczonych oczach.
[...]
Gospodarstwo Barkalda leżało po drugiej stronie drogi, za polami, które na przemian co drugi rok obsiewał owsem i jęczmieniem, i ciągnęło się aż pod las do stodoły ustawionej pod kątem, a w lesie na dużym terenie, ogrodzonym drutem kolczastym poprowadzonym od drzewa do drzewa na dwóch wysokościach, Barkald trzymał cztery konie. To do niego należał las, wielki kawał lasu. Barkald był największym właścicielem ziemskim w okolicy. Obaj go nie znosiliśmy, ale nie jestem całkiem pewien dlaczego. Nigdy nic złego nam nie zrobił ani nie powiedział nieżyczliwego słowa. Ale miał wielkie gospodarstwo, a Jon był synem biednego chłopa. Niemal wszyscy znad rzeki w tej dolinie, położonej zaledwie kilka kilometrów od granicy ze Szwecją, mieli małe zagrody i większość wciąż żyła z tego, co zdołała wyprodukować w swoich gospodarstwach, z mleka dostarczanego do mleczarni, a w sezonie z pracy przy wyrębie. Między innymi w lesie Barkalda, a także w tym należącym do bogacza z Bazrum, ciągnącym się setkami hektarów na północ i na zachód. Pieniędzy było tu niewiele, przynajmniej ja ich nie zauważałem. Może Barkald miał ich sporo, ale ojciec Jona nie miał nic, a mój z całą pewnością nie miał nic, w każdym razie ja o nich nie wiedziałem. To, skąd wyskrobał tyle, by kupić zagrodę, w której mieszkaliśmy tego lata, wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą. Szczerze mówiąc, nie zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, czym zajmuje się mój ojciec, by zarobić na utrzymanie, na życie swoje i między innymi moje, bo to często się zmieniało, ale zawsze wykorzystywał w tym celu wiele różnych rodzajów narzędzi i jakieś nieduże maszyny, a czasami to, co robił, łączyło się z długim planowaniem, myśleniem z ołówkiem w ręku i wyjazdami do wszelkich możliwych miejsc w kraju, w których ja nigdy nie byłem i których nie umiałem sobie wyobrazić, ale teraz nie figurował już na niczyjej liście płac. Często miał dużo roboty, kiedy indziej mniej, ale tak czy owak zarobił tyle, że wystarczyło, i kiedy przyjechaliśmy tu pierwszy raz rok wcześniej, chodził w koło, rozglądał się, uśmiechał chytrze, głaskał drzewa, z ręką pod brodą siadał na wielkim kamieniu na brzegu rzeki i patrzył na wodę tak, jakby wszystko wokół to sami starzy znajomi. Ale tak przecież nie mogło być.
[...]
Jon ukucnął niemal tuż przy koniach i przemawiał do nich ściszonym głosem, a one stały zupełnie nieruchomo z łbami zwróconymi w jego stronę i z nastawionymi uszami, słuchając głosu, który był niemal szeptem. Ja w każdym razie na gałęzi nie słyszałem, co Jon mówił, ale kiedy zawołałem swoje „Okej”, on nagle się poderwał i krzyknął: Hej! Wyrzucił ręce na boki, i konie poderwały się do biegu. Niezbyt szybkiego, lecz wcale nie wolnego, dwa skręciły w lewo, a dwa ruszyły prosto na moją brzozę. Bądź gotowy! - zawołał Jon, wyrzucając w powietrze trzy palce jak w skautowskim pozdrowieniu. Zawsze gotowy! - odkrzyknąłem, obróciłem się i położyłem brzuchem na gałęzi, balansując rękami dla równowagi, a nogami tnąc powietrze jak nożycami. Czułem lekkie wibracje w piersi, wywołane uderzeniami kopyt o ziemię i przenoszące się przez drzewo, ale też jakieś drżenie pochodzące z zupełnie innego miejsca, z głębi mnie, rozpoczynało się w brzuchu i przechodziło do bioder. Ale nic nie mogłem z nim zrobić i wcale o tym nie myślałem. Byłem gotowy. A potem przybiegły konie. Słyszałem ich ciężki oddech, drzewo zaczęło mocniej drżeć, tętent kopyt wypełnił mi głowę, a gdy tylko dostrzegłem zarys pyska tego najbliższego pode mną, oderwałem się od gałęzi, ześlizgnąłem się z niej z nogami rozłożonymi na boki i wylądowałem na końskim grzbiecie trochę za blisko karku, łopatki uderzyły mnie w krocze, wywołując strumień mdłości w gardle. To się wydawało takie łatwe, kiedy Zorro robił to na filmie, ale mnie z oczu popłynęły łzy, musiałem walczyć z wymiotami, jednocześnie z całych sił obiema rękami przytrzymując się grzywy, pochyliłem się więc do przodu i mocno zacisnąłem usta. Koń jak szalony rzucał łbem, grzbietem waląc o moje krocze, i zaraz przeszedł w równy galop, drugi koń zrobił to samo i razem pognaliśmy między pniakami ściętych drzew.
[...]
Na kilka sekund chyba straciłem przytomność, bo pamiętam, że kiedy otworzyłem oczy, wszystko jakby dopiero się zaczynało; nic z tego, co widziałem, nie było znajome, mózg pusty, żadnych myśli, wszystko najzupełniej czyste, a niebo przezroczyście błękitne, nie wiedziałem, jak się nazywam, i nawet nie czułem własnego ciała. Bezimienny unosiłem się w powietrzu i oglądałem świat po raz pierwszy, wydał mi się dziwnie przesycony światłem i piękny jak szkło, a potem usłyszałem parskanie i tętent kopyt, wówczas wszystko powróciło jak wirujący bumerang i z hukiem trafiło mnie w czoło, pomyślałem: cholera, jestem sparaliżowany. Patrzyłem na swoje gołe stopy wystające z wrzosu, nie łączyła mnie z nimi żadna struna. Wciąż leżałem nieruchomo, gdy zobaczyłem Jona zbliżającego się do ogrodzenia, na koniu, który miał pysk okręcony sznurem i dzięki temu Jon mógł nim kierować. Szarpnął sznurem i koń zatrzymał się dokładnie naprzeciwko mnie, po drugiej stronie drutu, ustawiając się niemal równolegle do niego. Jon popatrzył na mnie. Tak sobie leżysz? - spytał. Jestem sparaliżowany. Nie wierzę. No to nie - odparłem. Znów spojrzałem na swoje stopy. A potem wstałem. Bolało, w plecach i w jednym boku, ale w środku nic się nie uszkodziło. Krew mi leciała ze skaleczenia na przedramieniu, przesączała się przez sweter, który akurat w tym miejscu miał duże rozdarcie, ale to wszystko. Oderwałem to, co zostało z rękawa, i obwiązałem tym rękę, opierając ją o udo. Porządnie piekło. Jon przez cały czas siedział na koniu z takim samym spokojem. Teraz dostrzegłem, że trzyma w ręku moje tenisówki.
[...]
Potem jednak pomyślałem o ojcu, który tydzień wcześniej prosił, żebym skosił trawę za chatą. Wyrosła już za wysoko, wkrótce zaczęłaby się kłaść i sztywnieć, zmieniając się w zwiędłą matę, przez którą nic nie zdołałoby się przebić. Powiedział, że mogę wziąć krótką kosę, która lepiej układa się w ręku amatora. Przyniosłem kosę z szopy i zabrałem się do koszenia, wykorzystując wszystkie swoje siły i naśladując ruchy ojca, kiedy robił to samo. Kosiłem, aż mnie oblał pot, rzeczywiście nie szło mi najgorzej, chociaż nie miałem wprawy w używaniu takiego narzędzia jak kosa. Ale wzdłuż ściany chaty na sporym kawałku rosły gęste wysokie pokrzywy, omijałem je wielkim lukiem, a potem ojciec przyszedł z drugiej strony domu, stanął i patrzył na mnie. Z przekrzywioną głową pocierał dłonią brodę, wtedy ja się wyprostowałem i czekałem, co powie. Dlaczego nie kosisz pokrzyw? - spytał. Spojrzałem na krótkie kosisko, a potem na wysokie pokrzywy. Bo to boli. Popatrzył na mnie z uśmiechem i lekko pokręcił głową. Sam decydujesz, kiedy ma boleć - powiedział, nagle poważniejąc, i podszedł do ściany chaty, gołymi rękami złapał za parzące rośliny i całkiem spokojnie zaczął je wyrywać, jedną po drugiej, rzucał na stos i nie ustąpił, dopóki nie wyrwał wszystkich. Nic w jego twarzy nie świadczyło o odczuwanym bólu, a ja, podążając ścieżką za Jonem, zawstydziłem się trochę, wyprostowałem się więc i zmieniłem rytm, zacząłem iść tak, jak zwykle bym szedł, i po paru krokach nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie szedłem tak od początku.
[...]
To mysikrólik - powiedział Jon cicho. - Lęg numer dwa. - Nachylił się, sięgnął ręką do gniazda, wsunął trzy palce do zakrytego piórkami otworu i wyjął jajeczko, tak malusieńkie, że nie mogłem od niego oderwać oczu. Jon, trzymając jajeczko w koniuszkach palców, przysunął mi je do twarzy, żebym mógł mu się przyjrzeć z bliska, a mnie zakręciło się w głowie od myśli, że już za kilka tygodni ta maleńka, nieco owalna kulka zmieni się w żywego ptaka ze skrzydłami, który będzie mógł podrywać się wysoko z gałęzi, a potem opadać i mimo wszystko nigdy nie uderzać o ziemię, tylko dzięki instynktowi i własnej woli wzlatywać w górę, pokonując siłę ciążenia. Powiedziałem to na głos: Jasny gwint! Ale to dziwne, że coś tak małego jest w stanie ożyć i odlecieć. Może nie wyraziłem się zbyt dobrze i moje słowa zawierały o wiele mniej niż ten lekki ulotny szum, który poczułem w sobie. Ale w tej chwili stało się coś, czego nie miałem możności zrozumieć, kiedy bowiem podniosłem wzrok i spojrzałem w twarz Jona, była napięta i całkiem biała. Czy sprawiło to tych kilka wypowiedzianych przeze mnie słów, czy raczej jajeczko, które trzymał, tego nigdy się nie dowiem, ale coś kazało mu się tak nagle zmienić, popatrzył mi prosto w oczy, jakby nigdy wcześniej mnie nie widział, sam wyjątkowo nie mrużył oczu, źrenice miał duże i czarne. A potem otworzył dłoń i wypuścił jajeczko. Spadło wzdłuż pnia, śledziłem je wzrokiem i widziałem, jak uderza w jedną z niższych gałęzi, tłucze się i rozpada na małe jasne kawałeczki, które rozpryskują się na wszystkie strony i opadając jak płatki śniegu niemal całkowicie pozbawione ciężaru, powoli znikają. Tak przynajmniej to zapamiętałem i nie mogłem przypomnieć sobie nic, co kiedykolwiek wzbudziłoby we mnie większą rozpacz.
[...]
Dzisiaj rano, kiedy wychodziłeś, byłeś razem z Jonem? Tak. Co robiliście? Poszliśmy kraść konie. Co ty wygadujesz? - Ojciec wyglądał wręcz na wzburzonego. - Jakie konie? Barkalda. Nie zamierzaliśmy ich kraść naprawdę. Chcieliśmy tylko na nich pojeździć. Ale mówimy, że idziemy je kraść, żeby było ciekawiej - uśmiechnąłem się ostrożnie, ale on nie odpowiedział mi uśmiechem. Niezbyt dobrze mi poszło - dodałem. - Koń mnie zrzucił, przeleciałem przez ogrodzenie z drutu. - Wyciągnąłem rękę z wyraźnie widocznym skaleczeniem, ale ojciec patrzył mi prosto w twarz. A jak się czuł Jon? Jon? Normalnie. Tylko pod koniec... Chciał mi pokazać jajeczka w gnieździe mysikrólika wysoko na świerku i nagle zgniótł całe gniazdo. O tak! - Wyciągnąłem rękę i wykonałem dłonią gest, jakbym coś miażdżył; wtedy mój ojciec schował ostatnią torbę do szafki, cały czas na mnie patrząc i kiwając głową, zamknął drzwiczki i pogładził się po zarośniętej brodzie, a ja dodałem: A potem uciekł i przyszła burza.
[...]
A stało się to, że bliźniacy przez cały ranek bawili się w piwnicy starymi ubraniami i znoszonymi butami. W końcu ze śmiechem wbiegli na górę po schodach i potykając się, wypadli przez drzwi do piwnicy do sieni, a tam zobaczyli zające, które wisiały na haku, i strzelbę opartą o ścianę. Ta strzelba należała do Jona, doskonale o tym wiedzieli, a Jon, starszy brat, był ich bohaterem, i jeśli mieli takich samych idoli jak ja w tym wieku, to on był ich Davym Crockettem, Jelenią Stopą i Huckleberrym Finnem w jednej osobie. Wszystko, co robił Jon, dawało się naśladować w zabawie. Lars pierwszy dopadł strzelby i zaczął nią wywijać, wołając: Patrz teraz na mnie! I wypalił. Huk i odrzut kolby były tak silne, że przewrócił się z krzykiem na podłogę, przecież on w nic nie celował, chciał tylko potrzymać tę cudowną strzelbę i być J o n e m, i mógł trafić w skrzynię na drewno albo w to małe okienko wychodzące na schodek przed drzwiami, albo w zawieszoną na kołku fotografię dziadka z długą brodą w ramce pomalowanej lśniącą złotą farbą, albo w gołą żarówkę bez abażuru, której nigdy nie gaszono, by ktoś poruszający się na zewnątrz w ciemności dostrzegł światło w oknie i nie zabłądził. Ale nie trafił w żadną z tych rzeczy, tylko w Odda, z bliska, prosto w serce.
[...]
Ten rok to rozstaje, tak powiedział. To, że zabrał mnie ze sobą, nadawało mi status nie-będący udziałem mojej siostry, ponieważ ona zostawała w mieście razem z matką, chociaż była ode mnie o trzy lata starsza. Wcale nie chcę z wami jechać. Musiałabym ciągle zmywać, kiedy wy będziecie chodzić na ryby. Nie jestem taka głupia - powiedziała i akurat tym razem miała rację, a ja pomyślałem, że rozumiem, o co chodzi mojemu ojcu, bo nie raz słyszałem, jak powtarzał, że nie jest w stanie myśleć, kiedy w pobliżu są kobiety. Sam nigdy nie miałem tego problemu. Przeciwnie. Później doszedłem do wniosku, że on być może nie miał na myśli wszystkich kobiet.
[...]
Płotek z sianem wyglądał tak, jakby stał tam od zawsze, przecinając oświetlony słońcem krajobraz, z długim cieniem ciągnącym się za nim, wędrował śladem każdego wzniesienia na łące i w końcu zmienił się tylko w kształt, praformę, chociaż wtedy nie miałem tego słowa w głowie, i radość sprawiało mi już samo patrzenie na niego. Czuję tak i dzisiaj na widok płotka z sianem na zdjęciu w jakiejś książce, ale taki obraz już należy do przeszłości. W tej części kraju nikt już nie zbiera siana w ten sposób; dzisiaj wystarczy jeden człowiek na traktorze, suszenie na ziemi, przewracarka, maszyna belująca i plastikowobiałe okrągłe paczki z cuchnącą kiszonką. Radość więc zmienia się w poczucie minionego czasu, w bardzo odległe wspomnienia i w nagłą świadomość, że jest się starym.
[...]
Nie poznałem go na początku, gdy się kilka razy widzieliśmy, ledwie mówiłem mu dzień dobry, przechodząc z Lyrą [psem myśliwskim – przyp. aut.], bo moje myśli nie szły tym torem. Dlaczego zresztą miałbym zaprzątać sobie nim głowę, kiedy on stał przy swojej chacie i układał drewno w sągi pod okapem, a ja mijałem go, idąc drogą i myśląc o zupełnie innych sprawach. Nawet gdy podał mi swoje nazwisko, niczego sobie nie uświadomiłem. Ale dziś w nocy, kiedy wróciłem do domu i się położyłem, zacząłem się zastanawiać. Było coś w tym mężczyźnie i w jego twarzy, co dostrzegłem w migotliwym świetle latarek. I teraz nagle nabrałem pewności. Lars to Lars, chociaż gdy go widziałem ostatnio, miał dziesięć lat, a teraz przekroczył już sześćdziesiątkę; gdybym coś takiego znalazł w powieści, tylko bym się zirytował. Sporo przecież czytałem, zwłaszcza w ostatnich latach, ale i wcześniej, oczywiście, i rozmyślałem o tym, co przeczytałem, a takie zbiegi okoliczności w literaturze pięknej, w każdym razie we współczesnych powieściach, sprawiają wrażenie sztucznych i trudno mi w nie uwierzyć. Może podobna historia przeszłaby u Dickensa, ale Dickens to przecież długa ballada o świecie, którego już nie ma, w której pod koniec wszystko musi się zgodzić jak w równaniu, zachwiana raz równowaga musi się wyprostować, aby bogowie mogli się uśmiechnąć. Może to stanowić pociechę albo protest przeciwko światu, który wypadł z zawiasów, ale tak już nie jest, mój świat już nie jest taki, nigdy zresztą nie miałem zbyt dobrego mniemania o ludziach przekonanych, że naszym życiem steruje przeznaczenie. Tylko narzekają, umywają ręce i domagają się współczucia. Moim zdaniem, sami tworzymy nasze życie, ja w każdym razie sam je sobie stworzyłem, na tyle, na ile jest ono tego warte, i biorę za to pełną odpowiedzialność.
[...]
Ludzie lubią, kiedy coś im opowiadasz, w odpowiednich dawkach, oszczędnie, poufałym tonem, i wydaje im się, że cię znają, ale tak nie jest, owszem, wiedzą coś o tobie, bo poznają fakty, ale nie znają uczuć, żadnych twoich opinii, nie mają pojęcia, w jaki sposób to, co ci się przydarzyło, i to, na co się zdecydowałeś, uczyniło cię tym, kim jesteś. Wypełniają twoją opowieść własnymi uczuciami, opiniami i przypuszczeniami, komponują nowe życie, które ma bardzo mało wspólnego z twoim, a tym samym jesteś bezpieczny. Nikt cię nie dotknie, jeśli sam tego nie zechcesz. Wystarczy być uprzejmym, uśmiechać się i unikać paranoicznych pomysłów, bo oni i tak będą o tobie rozmawiać bez względu na to, jakiego wybryku się dopuścisz, tego nie da się uniknąć, sam też byś tak robił.
[...]
Był z nami ojciec Jona, a czasami też jego matka, jej całkiem jasne włosy odcinały się od ciemnozielonych iglastych gałęzi, kiedy szła z łodzi z jedzeniem w koszyku, a także mężczyzna o imieniu Franz, przez „z”. Miał potężne przedramiona z gwiazdą wytatuowaną na samym dole lewego, mieszkał w niedużym domku tuż przy moście i codziennie przez cały rok patrzył, jak rzeka płynie, wiedział wszystko, co można wiedzieć o tym, co się dzieje na wodzie. No i był też mój ojciec i ja, i Bruna. Jon się nie zjawił, powiedzieli, że kilka dni po pogrzebie pojechał do Innbygda autobusem, ale co miał tam robić, nie mówili, a ja nie pytałem, zastanawiałem się jedynie, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczę.
[...]
Minęło już ponad pięćdziesiąt lat, byliśmy wtedy zaledwie dziećmi, on miał dziesięć lat, a ja wciąż piętnaście i wciąż bałem się wszystkiego, co działo się wokół mnie, wszystkiego, czego nie rozumiałem, choć wiedziałem, że jestem blisko, że gdybym wyciągnął rękę na tyle, na ile bym potrafił, być może dotarłbym aż do końca i poczuł, co to jest. W każdym razie takie miałem wrażenie, pamiętam, że z ubraniem w ręku wybiegłem z sypialni w tę letnią noc w 1948, ogarnięty nagłą paniką, ponieważ uświadomiłem sobie, że to, co mówi mój ojciec, i to, jak jest w rzeczywistości, niekoniecznie musi sobie odpowiadać, świat przez to się rozpłynął i trudno go było uchwycić. Otworzyła się jakaś ciemność, przez którą nie mogłem spojrzeć na drugi brzeg, a gdzieś wśród nocy, mniej więcej kilometr w dół rzeki, być może Lars leżał sam w swoim łóżku i próbował uchwycić swój świat, ale strzał, którego wciąż nie umiał pojąć [z pozostawionej i niezabezpieczonej strzelby w sieni, z której beztrosko i niefrasobliwie skorzystali bawiące się dzieci-bliźnięta – przyp. aut.], i nie wiedział, skąd padł, wciąż wypełniał każdy metr sześcienny powietrza w tym domku, sprawiając, że kiedy ludzie do niego mówili, wszystko jedno co, on nie słyszał już nic innego niż tamten huk. I miała to być jedyna rzecz, jaką słyszał jeszcze przez długi, długi czas.
[...]
Łódź zniknęła ze swojego miejsca. Wszedłem kilka kroków do wody i stanąłem, nasłuchując wioseł, rzeka oblewała mi nogi, ale nic na niej nie widziałem, ani patrząc w górę, ani w dół. Sterty bali wciąż stały, w wilgotnym powietrzu bił od nich mocny zapach, była też zgięta sosna z przybitym do kory krzyżem, a także łąki po drugiej stronie ciągnące się od brzegu rzeki do drogi, poruszały się jedynie chmury na niebie, i to migotliwe światło. Stałem samotnie w nocy, a woda obmywała mi cholewki, i wtedy przepełniło mnie dziwne uczucie, niemal jak światło albo dźwięk przeszywający ciało, jak miękki księżyc lub dzwonienie dzwonków, wszystko inne wokół było takie wielkie i takie ciche, ale ja nie czułem się zagubiony, czułem się wybrany. Stałem teraz całkiem spokojny, to ja stanowiłem centrum. Bez wątpienia sprawiła to rzeka, mogłem zanurzyć się w wodzie aż po brodę, tkwić nieruchomo i czuć, jak nurt naciera i potrąca ciało, ale wciąż być tym, kim byłem, wciąż być centrum.
[...]
...w końcu wspiąłem się na górne łóżko i położyłem pod kołdrą. Nie zasnąłem od razu, tylko wpatrywałem się w sufit, studiując wzór, który ledwie mogłem dostrzec, i wydawało mi się, że wszystkie sęki poruszają się tam i z powrotem jak maleńkie zwierzątka na niewidzialnych nóżkach, ciało początkowo miałem sztywne, ale rozluźniało się w miarę upływu minut, a może godzin. Trudno to było stwierdzić, bo nie miałem poczucia mijającego czasu ani przestrzeni, w której się znajdowałem, wszystko jedynie obracało się jak szprychy ogromnego koła, na którym byłem rozpięty, z karkiem przytwierdzonym do piasty, a stopami do obręczy. Zakręciło mi się od tego w głowie, więc szeroko otworzyłem oczy, żeby powstrzymać mdłości.
[...]
Wydobywam się ze snu w stronę światła i widzę je nad sobą. To tak jakbym znalazł się pod wodą; jaśniejąca niebiesko powierzchnia w górze, tak blisko, a zarazem poza zasięgiem, bo w fioletowych warstwach tu, w dole, nic nie dzieje się szybko, byłem tu już wcześniej, ale teraz nie wiem, czy zdążę wypłynąć w porę. Wyciągam ręce na tyle, na ile starcza mi sił, w głowie mi się kręci z wycieńczenia i nagle czuję zimne powietrze na spodach dłoni, poruszam nogami, nabieram prędkości, uderzam w górną warstwę twarzą i wreszcie mogę otworzyć usta i zaczerpnąć powietrza. Potem otwieram oczy i widzę, że wcale nie jest jasno, tylko tak samo ciemno jak w głębi. Rozczarowanie ma smak popiołu w ustach, nie tutaj chciałem dotrzeć. Biorę głęboki oddech, zaciskam wargi, bo chcę zanurkować z powrotem, i dopiero wtedy pojmuję, że leżę w swoim łóżku pod kołdrą w pokoiku przy kuchni, jest wcześnie rano, wciąż całkiem ciemno i nie muszę już wstrzymywać oddechu. Wypuszczam go więc i z ulgą śmieję się w poduszkę, śmiech przechodzi w płacz, zanim zdążyłem zrozumieć dlaczego. To coś nowego, nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałem, trwa to jakiś czas, i myślę sobie: czy jeśli pewnego ranka nie wydobędę się na tę powierzchnię, będzie to oznaczało, że umieram?
[...]
Ellen [córka Tronda – przyp. aut.] uśmiecha się czysto, nie ma wilgotnych oczu ani żadnych ostrych kantów. Zawsze czytałeś Dickensa, kiedy byłeś w domu - mówi. - Dobrze to pamiętam. Siedziałeś w swoim fotelu z książką, kompletnie nieobecny, a ja podchodziłam, ciągnęłam cię za rękaw i pytałam, co czytasz, a ty w pierwszej chwili jakbyś mnie nie poznawał, a potem mówiłeś „Dickensa”, z takimi poważnymi oczami, że myślałam, że czytanie Dickensa to nie to samo co czytanie innych książek, że to coś bardzo niezwykłego, co być może nie wszyscy robią, tak mi to brzmiało. Nie rozumiałam nawet, że Dickens to nazwisko autora książki, z którą siedziałeś. Myślałam, że to szczególny rodzaj książek, który tylko my mamy. Pamiętam, że czasami czytałeś na głos.
[...]
Ellen trzyma brodę na ręce opartej łokciem o stół i cytuje: - „Czy sam zostanę bohaterem niniejszej powieści, czy też miejsce to zajmie ktoś inny, następne rozstrzygną stronice” [strofa z Dawida Copperfielda Karola Dickensa – przyp. aut.]. - Znów się uśmiecha i mówi: - Zawsze uważałam ten początek za trochę straszny, ponieważ pokazywał, że niekoniecznie musimy być głównymi bohaterami własnego życia. Nie mogłam zrozumieć, jak coś tak okropnego jest możliwe, jak można żyć trochę jak duch, jedynie patrzeć na osobę, która zajęła moje miejsce, być może głęboko jej nienawidzić i zazdrościć jej wszystkiego, lecz nie być w stanie nic z tym zrobić, ponieważ w jakimś momencie wypadłam ze swojego życia jak z fotela lotniczego, tak sobie to wyobrażałam, wyleciałam w powietrze, w którym zaczęłam się unosić, i nie zdołałam wrócić, a na siedzeniu przypięty pasami siedział już ktoś inny, chociaż to było moje miejsce i trzymałam bilet w ręku. Niełatwo mi coś na ten temat powiedzieć. Nie wiedziałem, że ona myślała w ten sposób. Nigdy mi o tym nie mówiła. To mogło wynikać z prostych przyczyn, na przykład z mojej nieobecności w domu, gdy odczuwała potrzebę rozmowy, lecz ona nie ma pojęcia, jak często myślałem o tym samym; czytałem pierwsze linijki Dawida Copperfielda i czułem się zmuszony do pochłaniania kolejnych stron niemal sztywny ze strachu, ponieważ musiałem się przekonać, czy na końcu wszystko trafia na właściwe miejsce, i tak było, lecz zawsze musiało minąć dużo czasu, zanim poczułem się bezpieczny. W książce. W rzeczywistości było inaczej.
[...]
Przepraszam, że się śmiałem, ale to wyglądało tak komicznie jak w jakimś cyrku [mówił ojciec Tronda – przyp. aut.]. Wiem, że dla ciebie to nie było zabawne. Głupio się zachowałem. Coś cię boli? Właściwie to nie - odparłem. Tylko trochę w duszy? Trochę tak. Niech to przejdzie, Trond - powiedział. - Nie rozdrapuj tego. I tak do niczego ci się nie przyda. Podał mi rękę, żeby pomóc mi wstać, a ja ją przyjąłem, ścisnął moją dłoń tak mocno, że prawie zabolało, ale nie podniósł mnie w górę. Zamiast tego nagle osunął się na kolana, objął mnie i przygarnął do piersi. Nie wiedziałem, do diabła, co mam powiedzieć, naprawdę mnie zaskoczył. Byliśmy przecież dobrymi przyjaciółmi, przynajmniej wcześniej, i z pewnością znów byśmy się zaprzyjaźnili. On był tym dorosłym mężczyzną, którego wciąż podziwiałem najbardziej ze wszystkich, a nasz pakt trwał nadal, co do tego nie miałem wątpliwości, ale na ogół się nie ściskaliśmy. Czasami walczyliśmy na niby i wtedy się obejmowaliśmy, turlając się jak dwaj wariaci po trawie na tyłach chaty, gdzie było dość miejsca na taką dziecinadę, ale teraz się nie biliśmy. Przeciwnie. Odkąd pamiętałem, on nigdy nie zrobił czegoś podobnego i wydawało mi się to nie na miejscu. Ale pozwoliłem mu na to, chociaż nie wiedziałem, co mam zrobić z rękami, bo nie chciałem go odepchnąć, a nie mogłem go objąć tak, jak on obejmował mnie, i przez to ręce po prostu zwiesiłem.
[...]
Te dni były ostatnie. Teraz, gdy siedzę tutaj, w kuchni starego domu, do którego się przeprowadziłem, żeby przygotować sobie miejsce nadające się do życia przez ostatnie lata, jakie jeszcze mi zostały, a moja córka [Ellen – przyp. aut.] odjechała po niespodziewanej wizycie, zabierając ze sobą swój głos, papierosy i żółte światło reflektorów samochodowych omiatające drogę, i patrzę wstecz, to widzę, że każde najdrobniejsze poruszenie w tamtejszym krajobrazie zabarwiało się tym, co nastąpiło później, i nie można tego od siebie oddzielić. Niektórzy mówią, że przeszłość to obca kraina, że wszystko tam robi się inaczej, ja chyba też tak czułem przez większość życia, ponieważ musiałem, ale teraz już nie muszę. Jeśli tylko się skupię, mogę wejść do magazynu pamięci i odnaleźć właściwą półkę z właściwym filmem, zniknąć w nim i całym ciałem czuć tamtą podróż z moim ojcem przez las, wysoko ponad rzeką wzdłuż grzbietu wzgórza i drugą stroną w dół przez granicę ze Szwecją, i w głąb obcego przynajmniej dla mnie kraju. Mogę się wygodnie oprzeć i znaleźć przy ognisku pod skalną ścianą, tak jak tamtej nocy, kiedy się ledwie obudziłem po raz drugi i zobaczyłem, że ojciec leży z otwartymi oczami, wpatrzony w skałę nad sobą, całkowicie nieruchomy z rękami pod głową, z czerwoną poświatą ognia na czole i zarośniętym policzku, ale chociaż bardzo chciałem, to nie zdążyłem zobaczyć, czy zamknął oczy przed nadejściem świtu.
[...]
Rower dostałem od ojca rok wcześniej, kiedy w całym kraju zdobycie bodaj jednego nowego roweru było' niemożliwe. Ten rower należał do niego od wielu lat, ale przez długi czas stał w piwnicy, ponieważ ojca prawie nigdy nie było w domu, w końcu stwierdził, że już go nie potrzebuje, mówił, że nadeszły nowe czasy, z nowymi planami, a rower nie stanowił części tych nowych planów. Na pewno tak tylko powiedział, ale cieszyłem się, że go dostałem, i dbałem o niego. Zapewniał mi swobodę i wolność, z której nie chciałem zrezygnować. Kilka razy go rozbierałem i z powrotem skręcałem, tak jak ojciec mi pokazywał. Rower był czyszczony, polerowany i smarowany na wszystkich złączach i przekładniach, a łańcuch obracał się wręcz bezszelestnie, od osi pedałów po oś tylnego koła i gdy z powrotem chował się pod wyczyszczoną do połysku osłonę, i to od momentu, gdy wsiadałem i zaczynałem toczyć się w dół zbocza przy domu, do chwili, gdy równie bezszelestnie skręcałem w okolice Dworca Wschodniego od strony morza, gdzie parkowałem przy stojakach dla rowerów [po wojnie tak czekając na przyjazd ojca – przyp. aut.]; jeszcze raz z ostrego blasku słońca wchodziłem przez wysokie drzwi w mroczne, przesycone kurzem powietrze w hali dworcowej, żeby studiować rozkłady jazdy przyjeżdżających pociągów. Szedłem wzdłuż barier wraz z wieloma innymi i patrzyłem na tablice przed peronami, gdzie brudny, szklany, łukowato wygięty dach wznosił się wysoko ponad ludźmi i wagonami kolejowymi, ale chyba jako jedyny ciągnąłem za ramię konduktora w mundurze i szczegółowo wypytywałem o każdy pociąg przyjeżdżający do Oslo przez Elverum. On długo na mnie patrzył, znał mnie już, zadawałem mu te pytania wcześniej, i to nie raz, a w odpowiedzi wskazywał tylko na tablice, które już widziałem. Nie było dostępu do żadnej tajnej informacji, nie istniała żadna zapomniana tablica. [...] Ale on nie przyjechał.
[...]
Jesienią przyszedł list. Stempel pocztowy miał z Elverum, a na kopercie widniało nazwisko mojej matki i adres na Nielsenbakken, ale list w środku skierowany był do nas trojga, z wymienieniem imion i nazwisk także, chociaż wszyscy nosiliśmy takie samo. Dziwnie to wyglądało. List był krótki. On dziękował nam za czas spędzony razem, wspominał go z przyjemnością, ale teraz nadszedł inny czas, i na to nic się nie dało poradzić. Nie zamierzał wracać do domu. W pewnym banku w Karlstad, w Szwecji, leżały pieniądze za drewno, które ścięliśmy latem i spławiliśmy rzeką. Napisał już do tego banku, a do listu dołączył pełnomocnictwo, aby matka mogła pojechać do Karlstad i po wylegitymowaniu się podjąć pieniądze. Niech wam się dobrze wiedzie. Koniec. Żadnych specjalnych pozdrowień dla mnie. Nie wiem. Właściwie uważałem, że na nie zasłużyłem.
[...]
Uświadomiłem sobie wtedy, że od maleńkiego kawałeczka bruku, na którym stoję, rozchodzą się w różne strony linie, jak starannie wyrysowany diagram, na którego środku znajdowałem się ja, a dzisiaj, ponad pięćdziesiąt lat później, potrafię zamknąć oczy i wyraźnie zobaczyć te linie, niczym jaśniejące strzałki, i chociaż nie mogłem ich widzieć z równą wyrazistością w tamten jesienny dzień w Karlstad, to jednak wiedziałem, że są, jestem o tym przekonany. Te linie były drogami, którymi mogłem pójść, a gdybym już wybrał jedną z nich, zakratowana brama opadłaby z hukiem, ktoś podniósłby zwodzony most i uruchomiłaby się reakcja łańcuchowa, której nikt nie zdołałby powstrzymać, a zawrócenie po własnych śladach byłoby niemożliwe. Jedno jest pewne: gdybym uderzył mężczyznę stojącego przede mną, dokonałbym wyboru.
[...]
Swoje stare ubranie zapakowałem do papierowej torby, którą zwinąłem i niosłem pod pachą. Kiedy wyszliśmy na chodnik i ruszyliśmy dalej w stronę dworca i być może restauracji, gdzie mieliśmy coś zjeść, matka wsunęła mi rękę pod drugą pachę i tak szliśmy pod rękę jak para, lekkim krokiem, pasując do siebie wzrostem, a ona tego dnia stukała obcasami, aż echo odbijało się od ścian domów po obu stronach ulicy. Było tak, jak gdyby część prawa ciążenia przestała obowiązywać. To niemal jak taniec, pomyślałem, chociaż nigdy w życiu nie tańczyłem.
Już nigdy nie szliśmy razem w taki sposób. Po powrocie do Oslo matka zapadła się z powrotem pod swoim ciężarem i taka już pozostała do końca życia. Ale tamtego dnia w Karlstad szliśmy razem ulicą pod rękę. Nowy garnitur był taki lekki i swobodnie towarzyszył mi przy każdym kroku. Wiatr od rzeki wciąż wpadał między domami niczym lód, moja dłoń była spuchnięta i obolała w miejscach, gdzie paznokcie przebiły skórę, gdy tak mocno ją zacisnąłem, a mimo to w tym momencie wszystko wydawało się takie przyjemne; garnitur był przyjemny, miastem przyjemnie się szło po brukowanej ulicy, no i przecież sami decydujemy, kiedy ma boleć.
Per Petterson, Kradnąc konie
Powieść obyczajowo-psychologiczna Pettersona to dziejąca się naprzemiennie w połowie i pod koniec dwudziestego wieku opowieść o nadgranicznej ze Szwecją wiosce norweskiej i o ludziach, którzy dawno temu odeszli. Porzucając kontakt z wielkomiejską rzeczywistością ponad sześćdziesięcioletni Trond pogrąża się we wspomnieniach z dzieciństwa i trudnego dorastania, ale nie jest to zastępcza pogoń za utrąconym czasem, ponieważ jego wspomnienia ruszają się jak tracący grunt pod dziąsłami ząb czasu...