05.02.2022

Ani trochę, bo śmierć oznacza nicość.
Umarła robiąc to, na co miała ochotę.
[…]
Mój ojciec, ilekroć kończył kręcić film, zarzekał się, że już nigdy w życiu w niczym nie zagra. Ale, jak większość jego oświadczeń, był to pic na wodę, wystarczało bowiem parę tygodni odpoczynku i łakoma oferta wysmażona przez agenta, żeby ojciec pędził z powrotem w światła jupiterów, na czterdziestą trzecią triumfalną maskaradę. Po czterech latach belfrowania mówiłem to samo co on. Miałem już po dziurki w nosie prac semestralnych, posiedzeń ciała pedagogicznego i trenowania szkolnej drużyny koszykarskiej dziesięcioklasistów. Dzięki spadkowi, mógłbym spokojnie robić co chcę, tylko że mówiąc szczerze, nie bardzo wiedziałem, co mógłbym robić zamiast uczyć w szkole. Poprawka - miałem jeden bardzo konkretny zamysł, ale miał on charakter mrzonki o niebieskich migdałach. Nie byłem pisarzem, nie miałem pojęcia o aparacie badawczym i nawet nie przeczytałem wszystkich jego dzieł - Chociaż nie było ich tak wiele. Moim marzeniem było napisać biografię Marshalla France'a, najbardziej tajemniczego, najwspanialszego autora najlepszych na świecie książek dla dzieci. Książek takich, jak "Kraina chichów" albo "Sadzawka Gwiazd", które przez trzydzieści lat nieraz pomogły mi zachować zdrowie psychiczne.
[…]
Byliśmy z powrotem w Gmachu Założycieli, majstersztyku architektury neonazistowskiej i zorientowałem się, że stoimy na wmontowanym w posadzkę herbie szkoły. Jej ręka zacisnęła się na moim ramieniu, kiedy również to zauważyła, pomyślałem więc, że przyszła odpowiednia chwila na zasadnicze pytanie. Może chciałabyś obejrzeć moje maski? Zachichotała, a jej chichot przypominał odgłos spływania wody w zlewie. Następnie pogroziła mi palcem w stylu "a fe, brzydki chłopiec". A nie masz znaczków pocztowych? A ja już myślałem, że jest chociaż na wpół człowiekiem - ten nieprzyzwoity odruch przekłuł balonik nadziei. Dlaczego kobieta nie może być nieskazitelna? Dlaczego musi być wyzwolona, dlaczego musi tak dobrze znać życie, dlaczego musi puszczać porozumiewawcze oko? Nie, serio, mam kolekcję masek i...
[…]
Niewiele osób odczuwało lęk w obliczu masek. Ci, którzy go odczuwali, mieli u mnie spory kredyt. Nie przeszkadzało mi, że idąc wzdłuż ściany dotyka ręką niektórych masek. Nawet byłem zadowolony że dotyka właśnie tych, a nie innych - Bawół Wodny, Pierrot, Krampus. Zacząłem je kupować jeszcze będąc studentem. Ojciec zostawił mi w spadku trochę pieniędzy, więc odbyłem wycieczkę do Europy. Podszedłem do Markizy i czule dotknąłem jej różowo - brzoskwiniowego podbródka. Ją, Markizę, zobaczyłem w sklepiku na bocznej uliczce w Madrycie. Ona była pierwsza. Moja Markiza, z szylkretowymi grzebieniami, z nazbyt białymi i nazbyt dużymi zębami, które pokazywała mi w uśmiechu od blisko ośmiu lat... Markiza.
[…]
Tak jak zdarzało mi się ze wszystkim co napisał Marshall France, wdepnąłem w tę książkę i na pewien czas opuściłem świat. Te sformułowania! Talerze nienawidziły sreber, które z kolei nienawidziły szklanek. Wyśpiewywały do siebie nawzajem okrutne piosenki. Ping. Ding. Dzyń. Te same złośliwości trzy razy dziennie. Jak to się działo, że wszystkie jego postacie były takie nowe, a z chwilą, kiedy się je poznało, człowiek nie mógł pojąć, jak sobie dotąd bez nich radził w życiu. Zupełnie jak ostatnie kawałki puzzli, które idealnie pasują w sam środek układanki.
[…]
Miała [Saxony Gardner – przyjaciółka Tomasza Abbeya - przyp. aut.] na sobie czarne poncho do kolan, z kapturem. Gdyby nie plastyk opończy wyglądałaby, wypisz wymaluj, jak kapłan Inkwizycji. Kiedy to mówiłem, była w połowie zdejmowania kaptura. Przerwała gest i uśmiechnęła się do mnie spod czoła. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jaka jest niska. Jej twarz błyszczała mokrą bielą na tle lśniącej od deszczu czerni poncha: dziwna białoróżowość, nawet ładna i jakby dziecinna zarazem.
[…]
„I tak to zrobię. Z panem to nie ma nic wspólnego. Proszę do mnie zadzwonić jak pan wróci - znalazłam coś.” Saxony Gardner. Tego tylko brakowało, żeby któryś z moich pupilów przeczytał kartkę, bez wahania przetłumaczył sobie "coś" na "narkotyki" i rozpuścił plotkę o ekscesach starego Abbeya za drzwiami mieszkanka w bursie.
[…]
Kiedy jadę do Nowego Jorku, za każdym razem przeżywam to samo uczucie. Był taki głupi kawałek o facecie, który poślubił piękną kobietę i nie mógł się doczekać nocy poślubnej, żeby się do niej dobrać. A kiedy się w końcu doczekał, panna młoda zdjęła z łysej głowy blond perukę, odkręciła drewnianą nogę i wyjęła sztuczną szczękę, dzięki której tak zniewalająco się uśmiechała, po czym odwróciła się do męża i rzekła wstydliwie: "jestem gotowa, kochanie". Tak samo jest ze mną i z Nowym Jorkiem.
[…]
Wobec tego powiem panu, to, co mówiłem [jako Dawid Louis oficjalny wydawca dzieł Marshalla – przyp. aut.] wszystkim innym. Mnie osobiście nic nie uszczęśliwiłoby bardziej niż biografia człowieka, o którym w tej chwili rozmawiamy. Niewiele o nim wiem, ale nawet to niewiele wystarczy, żeby stwierdzić, że życie miał fascynujące. Przynajmniej dopóki się nie postarzał i nie osiadł w Galen. Każda osobistość z dziedziny literatury powinna mieć swój portret. Tylko że Marshall, kiedy stał się sławny, natychmiast znienawidził uciążliwości sławy. Zawsze miałem wrażenie, że to go miedzy innymi tak wcześnie zabiło - ludzie bez przerwy deptali mu po piętach, a on nie umiał sobie z tym poradzić. Kompletnie. Tak czy owak, jego córka... Tu przerwał i oblizał się. - Jego córka Anna to bardzo dziwna kobieta. W gruncie rzeczy, nigdy nie darowała światu przedwczesnej śmierci ojca. Miał raptem czterdzieści cztery lata, wiedział pan o tym? Teraz Anna mieszka sama, w tym wielkim, okropnym domisku w Galen i odmawia wszelkich rozmów na tematy związane z ojcem.
[…]
Usłyszałem zgrzyt żwiru i oto Saxony stała koło mnie przy drzwiach samochodu. Popatrzyłem na nią, ale zajęta była rozpinaniem pasków wiklinowego kosza. Zobacz. Kosz był pełen odręcznych notatek, wycinków z gazet, czystych notatników, żółtych ołówków oraz jej ulubionych pękatych różowych gumek do wycierania. To mój bagaż roboczy. Mogę go wziąć? Sax... W worku mam wszystkie ciuchy. Posłuchaj, nie mówiłem przecież... A w walizce jest parę marionetek, nad którymi właśnie pracuję. - Uśmiechnęła się i zatrzasnęła zamki. To jedna z rzeczy; do których będziesz musiał w związku ze mną przywyknąć: gdziekolwiek jadę, zabieram ze sobą całe moje życie.
[…]
E, tam, nie przesadzaj, nie powiesz mi chyba, że nie było fajnie obracać się w towarzystwie sławnych ludzi [ojciec Tomasza był sławnym aktorem hollywoodzkim – przyp. aut.]. Nie musisz mnie za wszelką cenę podnosić na duchu. Podnosić cię na duchu? Co ma piernik do wiatraka? Ty przynajmniej miałaś normalnego ojca! A być synem mojego ojca przypominało życie w pozłacanej klatce. Człowiek nie zdążył jeszcze ust otworzyć, a już każdy się do niego mizdrzył albo opowiadał, jak przepada za filmami "Papy"! A mnie te jego filmy gówno obchodziły. Byłem mały, na litość boską! Jedyną rzeczą, na której mi naprawdę zależało, był rower!
[…]
Główna część miasta[Galen – przyp. aut.] leżała po drugiej stronie torów kolejowych. Kiedy dojeżdżaliśmy do przejazdu, szlaban zaczął się właśnie powoli opuszczać, czemu towarzyszyło ostrzegawcze brzęczenie dzwonka. Byłem uszczęśliwiony. Uradowałoby mnie wówczas wszystko, co oznaczało opóźnienie chwili spotkania z Anną France. Poza tym, od dziecka lubiłem patrzeć na przejeżdżające pociągi. Pamiętam jazdy przez cały kraj ekspresem "Dwudziesty Wiek", albo "Super Wódz", które często odbywaliśmy z matką, jeszcze zanim rodzice się rozwiedli. Kiedy zbliżyliśmy się do zamkniętego szlabanu, wyłączyłem silnik i założyłem rękę na oparcie fotela Saxony. Było gorące i lepkie. Był to jeden z tych letnich dni, podczas których powietrze przypomina rozmiękły ołów, a chmury same nie wiedzą, czy mają chlusnąć deszczem, czy tylko wisieć na niebie i straszyć.
[…]
Pożegnawszy gościa, starzy [Tomasza – przyp. aut.] przenosili się do salonu, gdzie ojciec zapalał cygaro marki Montecristo, a matka zajmowała swoje tradycyjne miejsce przy oknie, skąd, zwrócona do niego plecami, rozpoczynała potyczkę. Na początek pytała rzeczowym tonem: Czy to przypadkiem nie był ten, który bije żonę /okradł restaurację/ hoduje psy na walki psów/ przemyca Meksykanów przez granicę? Ojciec w odpowiedzi wydmuchiwał długi, szary ogon dymu i przyglądał się cygaru z miną człowieka szczęśliwego. Tak, to ten sam. Dwa tygodnie temu wypuścili go z ciupy. I całe szczęście, bo Borys już się bał, że trzeba będzie zatrudnić kogoś innego do roli burmistrza. Jego żona nie wniosła oskarżenia, dlatego go puścili. Całe szczęście, nieprawdaż? Matka próbowała dźgać ostrzem ironii, ale bez przekonania, skutkiem czego wychodziło to tak, jakby naprawdę radował ją szczęśliwy obrót sprawy Johnn`ego. Ciekawy gość. Ciekawy gość. Jakieś pięć lat temu pracowałem z nim przy jakimś filmie. Bez przerwy albo chodził pijany, albo przystawiał się do inspicjentki, która była wyjątkowo szpetna. To fantastyczne. Ty masz nosa do ludzi, Stephen. Trwało to tak długo, jak długo ojciec palił cygaro. Wtedy albo stawał za matką i obejmował ją od tyłu w pasie, albo wychodził z pokoju. Ilekroć uczynił to drugie, matka odwracała się za nim i przez dłuższą chwilę patrzyła w puste drzwi.
[…]
Prosimy bardzo, Anno. Ci państwo, zdaje się, nie marzą o niczym bardziej niż o spotkaniu z tobą. Przyjechali specjalnie aż z Connecticut. Usłyszałem, jak Saxony przesuwa się po ławce, żeby zrobić dla niej miejsce. Burknęły sobie nawzajem słowa powitania. Musiałem spojrzeć. Była to ta sama kobieta, która nosiła w pudłach bułki do hamburgerów. Miała krótkie, czarne, połyskliwe czyste włosy ostrzyżone na mnicha, tak, że opadały jej na uszy, ale nie całkiem je zasłaniały. Ładny, mały nos, lekko zadarty na końcu, i niemal orientalne oczy, szare albo szarozielone. Pełne usta miały odcień fioletu i widać było, że jest to ich naturalny kolor, chociaż chwilami ciemniały tak intensywnie, jakby ich właścicielka najadła się przed chwilą cukierków z czarnej porzeczki i winogron. Ubrana była w białe spodnie - ogrodniczki, czarny podkoszulek i czarne gumowe klapki - japonki. Żadnych ozdób. W sumie wyglądała świetnie: klasyczny typ szykownej, schludnej, całkiem jeszcze młodej pani domu ze Środkowego Zachodu. Gdzie ta postać niczym z Charlesa Adamsa, o której wspominał Dawid Louis? Kobieta, na którą patrzyłem, wyglądała jakby dopiero co umyto jej rodzinną furgonetkę campingową na stacji Shella.
[…]
Bo nie ma na świecie lepszego pisarza, panno France. Tylko przy lekturze jego książek przenosiłem się bez reszty w świat fantazji. Może to słaby argument, ale jestem nauczycielem angielskiego i literatury w gimnazjum i nawet tak zwani "wielcy" nie robili na mnie nigdy takiego wrażenia jak "Kraina chichów". Była chyba zadowolona z komplementu, a jednak zmrużyła oczy i przelotnie dotknęła mojej dłoni. - Tyle razy panu mówiłam, że nie trzeba przesadzać, panie Abbey. Uśmiechnęła się jak zachwycona sobą dziewczynka. Przez ten żarcik i uśmiech ja też się nią zachwyciłem. Co, do licha, mógł mieć na myśli Dawid Louis, odmalowując ją przede mną jako drapieżną wampirzycę, snującą się po domu w czarnych sukniach ze świecą w dłoni? Była ładna, dowcipna, nosiła spodnie z klapą i sądząc po tym, co na razie zauważyłem, wszyscy w miasteczku znali ją i lubili.
[…]
Wszyscy mieszkańcy miasteczka musieli w tym czasie albo siedzieć przy kolacji, albo powyjeżdżać za miasto, bo w drodze do Anny France nie minęliśmy żywej duszy. Było to dość niesamowite. Domki utrzymane były na ogół w stylu białej, środkowo - zachodniej solidności. Drewniane parkany z aluminiowym daszkiem a na trawnikach żeliwne posążki. Na skrzynkach pocztowych widniały nazwiska w stylu Calder i Schreiner, a wśród nich jedno, które mnie urzekło: "Twierdza Bola i Leonii Burns". Wyobraziłem sobie tę domki w grudniu, z Bożenarodzeniową iluminacją i wielkimi neonowymi Świętymi Mikołajami na dachach.
[…]
Saxony jednak pomaszerowała wprost do zawieszonej na haku pacynki. Mogę? Nie wydawało mi się, żeby to było odpowiednie pytanie na sam początek wizyty, ale Anna wyraziła zgodę. Sax już sięgała kukiełki, gdy nagle zamarła i cofnęła się o krok. To przecież Klee! Anna kiwnęła głową, ale się nie odezwała. Spojrzała na mnie, unosząc brwi. To przecież Paul Klee! Saxony, oszołomiona, patrzyła na pacynkę, to na Ansę, to na mnie. - Skąd pani...? Brawo, panno Gardner. Mało kto wie, jaka to rzadkość. Ona jest lalkarką - wtrąciłem, chcąc też uczestniczyć w spektaklu. To przecież Klee! Ciekaw byłem, czy długo jeszcze będzie powtarzała to zdanie jak jakaś papuga. Zdjęła Pacynkę ze ściany, obchodząc się z nią jak z relikwią. Coś przy tym mówiła, ale tak cicho, że chyba tylko do siebie samej albo do lalki. Co tam mówisz, Sax? Podniosła wzrok. Paul Klee zrobił ich pięćdziesiąt dla swojego synka, Felixa. Dwadzieścia oryginałów przepadło podczas bombardowania Dessau w drugiej wojnie. Reszta znajduje się rzekomo w jakimś szwajcarskim muzeum.
[…]
Którą z książek ojca lubi pan najbardziej? "Krainę chichów". A dlaczego? Podniosła z końca stołu jajowaty szklany przycisk do papieru i turlała go z ręki do ręki. Bo nikt inny nie zbliżył się tak bardzo do mojego świata. Rozprostowałem nogi i wychyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Czytanie książki jest, przynajmniej dla mnie, jak podróż po świecie drugiego człowieka. Jeżeli książka jest dobra, czytelnik czuje się w niej jak u siebie, a jednocześnie intryguje go, co mu się tam przydarzy, co znajdzie za następnym zakrętem. A jeżeli książka jest marna, przypomina przeprawę przez Secaucus w New Jersey: cała okolica cuchnie i człowiek żałuje, że w nią w ogóle zabrnął, ale skoro już tak się stało, zamyka okna i oddycha ustami, żeby jakoś dotrwać do końca.
[…]
Ojciec przepadał za Galen. Rodzice wysłali go do Ameryki przed wojną, ponieważ byli Żydami i wcześniej niż inni zaczęli obawiać się Hitlera. Brat ojca, Izaak, został zamordowany w obozie koncentracyjnym. Dawid Louis upiera się, że ojciec pani był jedynakiem. Zna pan niemiecki, panie Abbey? Nie! Szkoda, Niemcy mają takie powiedzonko, które jak ulał pasuje do Dawida Louisa: "Dreck mit zwei augen". Rozumie pan? "Śmieć z oczami". Chociaż niektórzy tłumaczyliby to raczej jako "Gówno z oczami" . Ja jestem dziś łaskawa.
[…]
Ojciec lubił ten pokój właśnie tak. Często przyłapywałam go na tym, że stał w drzwiach i przyglądał się swoim skarbom w takim kocim świetle. "Kocim świetle", tak? To ze "Smutku Zielonego Psa"? Brawo! Zna się tego France'a, co? Włączyła światło i nagle wszystkie rzeczy, które straszą w nocy, stały się z powrotem tylko rzeczami, dzięki Bogu. Nie lubię filmów grozy, opowieści z dreszczykiem, koszmarnych snów, czarnych ubrań. Prowadzę lekcje z Poego, bo tak mi każe program, ale po każdym czytaniu "Niedyskretnego Serca" przez dwa tygodnie muszę dochodzić do siebie. Owszem, lubię maski i niezwykłe przedmioty, ale upodobanie do tego, co prawie realne, a strach przed tym, co potworne, to dwie absolutnie różne rzeczy.
[…]
Biedny ojciec, nie był stworzony do opieki nad zmarłymi [pracując w domu pogrzebowym po przybyciu do Ameryki – przyp. aut.]. O nie. Wiecie, co tam robił? Gotował. Zajmował się kuchnią i sprzątaniem. I nigdy nie pomagał właścicielowi? Nawet później? Nigdy. Ojciec nie mógł patrzeć nawet na przejechane zwierzę. Ale powiem panu coś śmiesznego do pańskiej biografii. Ojciec czasami jeździł z karawaniarzami po ciało. Raz dostali wezwanie na szóste piętro bez windy. Wdrapali się na górę, otworzyli drzwi i zobaczyli nieboszczyka o wadze trzystu funtów. Trzystu funtów? I jak go stamtąd wydostali? Dźwigiem? Pomijając fakt, że i w tej sprawie na pewno kłamała, sam pomysł był frapujący. Jej z kolei przypadł do gustu mój dźwig. Roześmiała się i - autentyczne! - klepnęła w kolano. Nie, niezupełnie. Zrobili tak: wysłali ojca na parter i kazali mu pilnować, żeby nikt się nie kręcił po schodach ani nie wchodził z ulicy. Ojciec zbiegł na parter, krzyknął, że droga wolna i chciał wracać na górę. A wtedy usłyszał głośne BUMS! I zaraz potem - BUM BUMS! Popatrzył do góry: karawaniarze spokojnie turlali ciało w dół po schodach, pomagając sobie przy tym nogami. Wyobraża pan sobie? Niech pan pomyśli: wchodzi facet jakby nigdy nic do klatki schodowej, a tu prosto na niego turla się trzystufuntowy nieboszczyk - niezłe, co?
[…]
Położyłem dłoń na tyle jej [Saxony – przyp. aut.] głowy, tuż nad karkiem i poczułem czystą gładkość włosów. Tak, tylko teraz nic nie mów. Przytul mnie mocno i nic nie mów. To się już zdarzało. Czasami nocą robiła się malutka i wystraszona, przekonana, że cokolwiek ma w życiu dobrego, zaraz to straci i nie będzie mogła nic na to poradzić. Nazywałem te stany jej "nocnymi lękami". Ona sama pierwsza przyznawała, że to wszystko bzdury i czysty masochizm z jej strony, ale nic nie umiała na to poradzić. Najgorsze, mówiła, było to, że te stany przychodziły najczęściej albo wtedy, kiedy czuła się absolutnie szczęśliwa, albo kiedy była bezdennie smutna i w depresji. Tuląc ją, zastanawiałem się, czy tym razem nie ma tu przypadkiem mojej winy. Zrobiłem sobie dwusekundowy repley wieczoru u Anny. No tak: demonstracyjny chłód Anny. Parszywe jedzenie. Brak ostatecznej decyzji w sprawie biografii. Niemy flirt między Anną a mną. Co za potwór ze mnie. Tuliłem Saxony i całowałem czubek jej głowy. Całe to przypilanie, dotykanie i poczucie winy sprawiło, że gwałtownie jej zapragnąłem. Przewróciłem ją delikatnie na plecy i podsunąłem koszulę do góry.
[…]
Notatka [w albumie bibliotecznym w Galen – przyp. aut.] była opisem postaci nazwiskiem Inkler. Niektórych słów nie mogłem odcyfrować, ale ogólnie chodziło o to, że Inkler jest Austriakiem; który postanowił obejść świat dookoła. Żeby zdobyć fundusze na wyprawę, kazał sobie wydrukować pocztówki. Znajdowała się na nich jego fotografia wraz z psem bulterierem, którego zabierał w podróż do towarzystwa. Pod zdjęciem widniało nazwisko Inklera, informacja, skąd pochodzi, co zamierza, jak długą ma przed sobą podróż (60 tysięcy kilometrów), że wyprawa potrwa cztery lata i że pocztówka niniejsza jest formą zarobkowania na potrzeby rzeczonej wyprawy. Uprasza się o skromny datek na ten szlachetny cel. Dalsze notatki dotyczyły wyglądu Inklera, imienia psa, wyglądu psa, marszruty oraz niektórych przygód. Data zapisu opiewała na 13 czerwca 1947. Przepisałem całość do notesu. Po raz pierwszy doznałem uczucia, że natrafiłem na ukryty skarb.
[…]
Idziesz? Nie bój się, cmentarne krasnoludki nie gryzą. Już lecę, Proszę pani. Dopędziłem ją [Saxony – przyp. aut.] i wziąłem za rękę. Patrz - wskazała stopą nagrobek. Ha! Brian Taylor. Coś podobnego! A tutaj - Anne Megibow. Rany Julek, rzeczywiście wszyscy tu są. Zacznij spisywać nazwiska, Sax, a ja się rozejrzę. Prawdę mówiąc, nie byłem zachwycony tym odkryciem. Niezależnie od romantycznej strony zagadnienia, wolałem, żeby moi bohaterowie karmili się czystym natchnieniem. Przygody, miejsca akcji, postacie, nazwiska - wszystko to powinno wychodzić wyłącznie od autora, a nie z cmentarza, książki telefonicznej, czy gazety. France stał się nagle dla mnie nieco zbyt ludzki.
[…]
Oto cały pożytek z poznawania świata. Cholera! Już myślałem, że dokonaliśmy wiekopomnego odkrycia [z tym Inklerem – przyp. aut.], że trafiliśmy na bohatera Marshalla France'a, który nigdy nie pojawił się w żadnej z jego książek, a tu się okazuje, że to tylko jakiś sztywniak z miejscowego cmentarza! Przemawiasz jak Humphrey Bogart - "sztywniak z cmentarza"! Nie zamierzałem naśladować Humphreya Bogarta, Saxony. Wybacz mi brak oryginalności, ale nie wszyscy jesteśmy twórcami. Daj spokój, Tomaszu. Czasami szukasz dziury w całym tylko po to, żeby sprawdzić, czy się złapią na twoją przynętę. Niespójna metafora. Wstałem i otarłem dłonie o spodnie. Bardzo przepraszam, panie profesorze. Przerzucaliśmy się drobnymi złośliwościami, aż w pewnej chwili Saxony zobaczyła coś za moimi plecami i umilkła. Umilkła, to za słabo powiedziane: cała jej twarz zamknęła się w jednej chwili jak lotnisko podczas zamieci.
[…]
Wyglądało na to, że France przechowywał dosłownie wszystko, albo też ktoś robił to za mego i w odpowiedniej chwili wręczył mu komplet pamiątek. Duża, brązowa koperta pękała w szwach od mało interesujących dziecinnych rysunków przedstawiających konie i krowy. Mistrz w wieku lat czterech. Notatnik z zaprasowanymi między kartkami szczątkami polnych kwiatów i chwastów, siał je na wszystkie strony przy każdym uniesieniu, pod dowolnym kątem Wszystkie pozostałe w zielniku chwasty i pożal się Boże - petunie, opisane były w języku niemieckim chwiejnym dziecięcym pismem. Pudełko po butach zawierało stare, czarno - złote opaski od cygar pudełka od zapałek, niewykorzystany bilet na statek i na pociąg. W drugim pudełku leżało sporo starych pocztówek do których France miał wyraźny sentyment. Wiele z nich przedstawiało góry i stare schroniska turystyczne. Turyści nosili kiedyś śmieszne stroje: kobiety w długich sukniach typu Daisy Miller i w kapeluszach typu sałatka owocowa, faceci w tweedowych bryczesach, które wydymały się jak balony w okolicy kolan i w komicznych tyrolskich kapelusikach z piórkiem. Wszyscy wpatrywali się w obiektyw: jedni z kretyńskim uśmiechem, inni z tragicznym grymasem "żona - mi - się - utopiła". Żadnych pośrednich wyrazów twarzy, które tak często widuje się na fotografiach współczesnych.
[…]
No dobrze, to wszystko rozumiem, ale dlaczego po przyjeździe do Ameryki przybrał to nazwisko? Prawdę mówiąc, Tomaszu, sama tego do końca nie wiem. Pamiętaj, że ojciec był Żydem i uciekał przed faszystami. Może myślał, że kiedy w końcu Niemcy dojdą do Stanów Zjednoczonych będzie bezpieczniejszy pod godnym nazwiskiem France. Pochyliła się żeby poprawić sznurowadło. Ledwo usłyszałem dalszy ciąg jej odpowiedzi. Niezależnie od jego motywacji, dla twoich celów to świetnie, prawda? Stał się jedną ze stworzonych przez siebie postaci. To bardzo znaczące, panie doktorze.
[…]
Saxony przerwała czytanie, a ja, po chwili ciszy głębokiej jak kanion, przestałem udawać, że piszę dalej. Widzisz, o co mi chodzi? Chcę wszystko załadować w jeden nabój i od razu wystrzelić w czytelnika. Niech łapią co chcą z pierwszego strzału, a ja w następnych rozdziałach wszystko powtórzę, starannie i pomału. Powiem to jeszcze Annie, ale dlaczego ten pierwszy rozdział nie miałby chwycić czytelnika za krawat i literalnie wciągnąć go w życie France'a? Przez cały czas unikamy jak ognia pewnego stwierdzenia, Sax. Zgadzamy się, oczywiście, co do tego że France był dziwnym dzieckiem, ale on przecież i jako mężczyzna był piekielnym dziwadłem! Ideał artysty - ekscentryka Popatrz na jego dom na to miasteczko, które uwielbiał, na książki, które pisał! Przez cały czas obchodziliśmy tę prawdę wielkim łukiem, bo sami przed sobą wzdrygaliśmy się przyznać, że nasz bohater jest dziwakiem. I to jakim dziwakiem!
[…]
Od razu widać, że to pisarz. Głowa w chmurach... całkiem jak Marshall. Słyszał pan, że Anna na parę lat przed śmiercią ojca odebrała mu kluczyki do samochodu? Bez przerwy wpadał na drzewa. Marzyciel, ot co. Zwyczajny marzyciel. Każdy tu znał co najmniej tuzin anegdotek na temat France'a. Marshall za kierownicą, Marshall przy kasie w sklepie, Marshall i jego nienawiść do pomidorów. Był to istotny raj dla biografa, ale zacząłem się zastanawiać, dlaczego oni aż tak bardzo zwracali na niego uwagę i dlaczego tak gęsto się między sobą kontaktowali. Wciąż przypominał mi się Faulkner i jego Oxford w stanie Missisipi. Z tego co czytałem, wszyscy w miasteczku znali go i byli dumni, że tam mieszkał, ale nie było to dla nich żadne wielkie halo - Faulkner był po prostu ich słynnym pisarzem. A tutejsi mówili o Marshallu Fransie jak o miniaturze Boga, jakby wszyscy byli jego sługami, albo - co najmniej - jakby dla każdego był najukochańszym bratem z licznego rodzeństwa.
[…]
Jak ludzie tak mogą? Ich syn ginie w wypadku, a oni nawet nie mają ochoty czegoś rozwalić albo przynajmniej powygrażać Bogu pięścią? Chłopi i prostactwo to ludzie z innej gliny, oczywiście, oglądają śmierć na co dzień, wszyscy o tym wiemy, ale ludzkie uczucia to w końcu ludzkie uczucia, do cholery! Jak można nie opłakiwać śmierci dziecka? Miałem nadzieję, że Lee [Richard, sąsiad Anny France – przyp. aut.] tylko popisuje się stoicyzmem.
[…]
Kiedy Sharon Lee [żona Richarda Lee – przyp. aut.] ukazała się w drzwiach kuchni, zobaczyłem z początku Sharon Lee. A kiedy spojrzałem ponownie, zobaczyłem, że to Krang [jeden z bohaterów książki Marshalla France’a – przyp. aut.] wychodzi z kuchni z gorącym plackiem na czarnej metalowej tacy. Żywa ilustracja Van Walta [ilustrator książek France’a – przyp. aut.]: szeroko otwarte, puste oczy, w których czai się radość potwierdzona wesołym uśmiechem od ucha do ucha. Czerwone policzki, czerwone usta, cyrkowo żółta cera... Z początku pomyślałem że to może maska - a ja ich miałem za przygłupów? Ktokolwiek miał w domu taką maskę, a jeszcze do tego umiał ją włożyć w odpowiednim momencie, był geniuszem! Prymitywnym bo prymitywnym, ale geniuszem. Poczułem się jak w filmie Felliniego albo w komiczno - koszmarnym śnie, z którego człowiek wcale się nie chce obudzić, chociaż straszy.
[…]
Tak jest, z całą pewnością, panie Abbey. Z początku nie bardzo wiedziałam, do czego zmierzasz, ale zaraz potem całość [pierwszego rozdziału biografii Tomasza Abbey’a – przyp. aut.] otworzyła się przede mną jak te japońskie kamyki, które się wrzuca do wody, a one rozkwitają nagle jak księżycowe kwiaty. Rozumiesz?
[…]
Tymczasem Anna, w drugim końcu miasta dopuściła mnie do kartoteki France'a i spędzałem tam często całe popołudnia, siedząc przy jego biurku, pocąc się nad wczesnymi utworami, notatkami, szkicami, i tak dalej. Stopniowo, z mgły słów, zaczął się przede mną wyłaniać prawdziwy obraz tego człowieka. Fakty, które ustaliliśmy na początku, stały się teraz trywialne i nieistotne. Gdzie się urodził, co robił w roku 1927, gdzie jeździł z rodzicami na wakacje... Wszystko to notowałem z obowiązku, ale cały czas pragnąłem dobrać się głębiej, pod skórę. Chciałem go poznać tak dobrze, żeby wiedzieć, jak myślał mając lat dwadzieścia, dwadzieścia pięć, czterdzieści. Czy chciałem być nim? Czasami. To chyba normalne dla biografa. Jak można chcieć zgłębić życie drugiego człowieka, bez tajemnej choćby ochoty bycia tym człowiekiem? Co mnie tak pociągało w Marshallu Fransie? Jego wizja. Umiejętność tworzenia światów, które czarowały, przerażały, zdumiewały, rodziły podejrzenia, kazały z całej siły zaciskać powieki albo klaskać w ręce z radości. Tworzył te światy bez przerwy bez wysiłku. Wyznałem to któregoś dnia Annie, na co zapytała mnie, jaka jest różnica między książkami jej ojca, a dobrym filmem, który w gruncie rzeczy działa na odbiorcę tak samo. Niby miała rację, a jednak ja nigdy nie oglądałem filmu, który byłby tak bliski mojej wyobraźni jak dowolna książka France'a, France mógłby z powodzeniem być moim psychoanalitykiem albo najbliższym przyjacielem, albo spowiednikiem. Wiedział, jak mnie rozśmieszyć, jak przestraszyć, hak zakończyć opowieść w ten jeden jedyny właściwy sposób. Był hak kucharz, który doskonale zna moi gust w przyprawach. Jeżeli wziąć pod uwagę, że w ten sam sposób odbierały dzieła France'a setki, tysiące osób, to dokonania tego człowieka zasługiwały na najwyższy podziw.
[…]
Spojrzałem na Kulfona [psa bulteriera Pani Fletcher u której Tomasz wynajmuje mieszkanie w Galen – przyp. aut.], a on puścił do mnie oko. Kim ty właściwie jesteś? Nic nie powiedział. Szczęknął zamek u wejścia i już po chwili cały dom zapełnił się jasnobrązowymi sklepowymi torebkami, zmarzniętymi policzkami i ujadaniem Kulfona. Chciałem się komuś zwierzyć, ale ilekroć zbierałem się na odwagę wyznania wszystkiego Saxony przypominało mi się opowiadanie Jamesa Thurbera o jednorożcu w ogrodzie. Myszowaty człowieczek odkrywa w ogrodzie jednorożca. Mówi o tym swojej wielkiej jak piec żonie. Żona wyśmiewa go, jak zawsze, kiedy jej coś mówi. Jednorożec dalej odwiedza ogród, ale pokazuje się tylko mężowi. Ten z kolei zamęcza żonę opowieściami o swoim wspaniałym, nowym przyjacielu. W końcu żona ma tego dość i dzwoni po facetów w białych kitlach z kaftanem bezpieczeństwa. Opowiadanie ma dalszy ciąg, w którym to właśnie żonę odwożą do czubków ale ja zawsze pamiętam je tylko do tego miejsca, w którym mąż o jeden raz za dużo wspomniał o jednorożcu, a żona złapała za telefon i wykręciła numer domu wariatów.
[…]
W książce zmienił nazwisko Doroty z Lee na Little. Dorota Little. Anna znów umilkła. Czekałem na dalszy ciąg, ale ciszę zapełnił tylko deszcz. Napisał tę scenę w dniu jej śmierci? A to ci dopiero zbieg okoliczności. Nie, Tomaszu. Mój ojciec napisał jej śmierć. Dłonie mi skostniały. Deszcz ciął ulicę ukośnymi strugami. Napisał jej śmierć, a w godzinę później przyszły koty, żeby nas zawiadomić o śmierci swojej pani dokładnie tak, jak ojciec to napisał. W ten sposób dokonał swojego odkrycia. Usłyszałam loty i otworzyłam drzwi. Stały na dolnym stopniu ganku, a światło z holu odbijało się w ich ślepiach, nadając im barwę płynnego złota. Wiedziałam, jak ojciec nie cierpi kotów, więc próbowałam je odpędzić, ale się nie dawały. Przeciwnie, zaczęły tak głośno piszczeć i miauczeć, że ojciec zszedł na dół z gabinetu, ciekaw, co to za hałasy. Zobaczył koty w żałobie, z płonącymi ślepiami i w jednej chwili pojął wszystko. Usiadł na schodach i zapłakał, ponieważ wiedział, że to on zabił Dorotę Lee. Siedział na tych schodach, a koty właziły mu na kolana.
[…]
Ojciec przed śmiercią napisał historię miasta aż do roku trzytysięcznego... Trzytysięcznego? Tak, dokładnie do roku trzy tysiące czternastego. Umarł podczas pracy. Całkiem niespodziewanie. Zdrzemnął się po obiedzie i już nie wstał. To było coś potwornego. Wszyscy mieszkańcy miasteczka bali się, że znikną w chwili, kiedy on wyda ostatnie tchnienie, wiec kiedy już je wydał, a jednak nic się nie zmieniło, szaleliśmy z radości. Czytałaś takie opowiadanie Borgesa "Koliste ruiny"? Nie czytałam. Facet chce stworzyć w wyobraźni człowieka, ale nie człowieka marzeń, tylko prawdziwego, z krwi i kości. Autentyka. I udaje mu się? - pogładziła dłonią siedzenie kanapy. Tak. Nawet gąbka ma swój punkt nasycenia. Zbyt wiele doznań, zbyt wiele wydarzeń naraz, wszystkie nie z tej ziemi - mój mózg gotował się jak przy grze w pięciowymiarowe szachy.
[…]
Moja matka [Anny France’a – przyp. aut.] była cichą, ujmującą panienką ze Środkowego Zachodu. Kiedy byłam mała - kazała mi się zapisać do zuchów, a kiedy podrosłam - do skautów. świetnie gotowała i umilała ojcu życie na różne sposoby. Myślę, że ojciec ją kochał i był z nią szczęśliwy ponieważ stanowiła jego absolutne przeciwieństwo: wszystko w niej było przyziemne. Podziwiała ludzi obdarzonych bujną wyobraźnią i skłonnościami artystycznymi, ale - tak mi się wydaje - w głębi duszy radowała się, że sama do nich nie należy. Kiedyś wyznała mi w sekrecie, że dla niej książki ojca są głupkowate. To ci dopiero recenzja głupkowate!
[…]
Charles White napisał obszerny artykuł o twórczości France'a w "Atlantic Monthly" . Porównał go z Lewisem Carrollem i Lordem Dunsany jednocześnie. Artykuł ten dał początek sławie France'a. Anna przechowywała prawie wszystkie listy, które przyszły do jej ojca do Galen, wraz z kopiami odpowiedzi. France przez kilka miesięcy nie miał pojęcia o artykule White'a. Kiedy się o nim dowiedział, napisał do krytyka z podziękowaniem. Korespondowali przez wiele lat aż do śmierci White'a. W dwa lata po "Brzoskwiniowych cieniach" ukazał się "Smutek Zielonego Psa", który natychmiast wspiął się na szczyt listy bestsellerów. White żartował wtedy w liście do France'a: Wielce szanowny Panie France! Nigdy dotąd nie znalem osobiście sławnego pisarza. Czy Pan nim właśnie został? Jeżeli tak to czy mógłby mi pan pożyczyć sto dolarów? Jeżeli nie, to dzięki Bogu... Dwie pierwsze książki zostały gwałtownie wznowione, France otrzymał zamówienie na antologię swoich ulubionych opowiadań dla dzieci, Walt Disney wymyślił filmową wersję "Brzoskwiniowych cieni" - Marshall France stał się Kimś. Mimo to, grzecznie odpisał Disneyowi, żeby się pocałował w nos. Podobnie postąpił z wydawcą proponowanej antologii dla dzieci. Na wszystkie tego typu propozycje odpowiadał odmownie, a niebawem w ogóle przestał odpowiadać: kazał sobie wydrukować kartki z gotowym tekstem, że Marshall France uprzejmie dziękuje, ale z przykrością zawiadamia... Kartki przypominały odmowę na przyjęcie subskrypcji Czasopisma. Anna podarowała mi taką jedną na urodziny, oprawioną w ramki, z nagryzmolonym przez France'a wizerunkiem bulteriera.
[…]
Szok poznania tajemnicy Galen nie minął, ale ponieważ wiodłem tam zwykłe, codzienne życie, musiałem zaakceptować ten świat. Byłem ćmą, a miasto płomieniem świecy - krążyłem wokół niego, często nie widząc innego wyjścia, jak tylko pisać i pisać. Żyłem wewnątrz największej kreacji artystycznej w dziejach świata. Byłem skromnym kronikarzem życia jej twórcy. Czy moja biografia przywróci mu życie, czy też... Nie, nie, to wcale nieprawda. Chciałem powiedzieć, że wszystko mi jedno, czy moja biografia przywróci mu życie, czy nie, ale byłoby to łgarstwo. On sam uważał to za możliwe, a jego córka właśnie mnie wybrała na wykonawcę tego zadania.
[…]
Otworzyłem oczy i natychmiast się obudziłem. Zielono błyszcząca tarcza zegarka informowała, że jest godzina trzecia trzydzieści nad ranem. Kiedy się tak gwałtownie obudzę w środku nocy, potem długo nie mogę zasnąć. Założyłem ręce pod głowę i wbiłem wzrok w otaczającą mnie ciemność. Słychać było jedynie paniczne cykanie zegarka i wycie wiatru za oknem. Po chwili jednak poczułem, że jest coś jeszcze. Na zewnątrz. Na zewnątrz, w wichrze i niebiesko - czarnej nocy. Odwróciłem głowę do okna. Patrzył wprost na mnie, przyciskając do szyby pysk i łapy. Jego korpus jaśniał jak niezapalona biała świeca.
[…]
Bóg mi świadkiem, że trzeba było tak zrobić. Jakie to było proste! Ale należy pamiętać, co się działo nigdy w życiu ani przez moment nie podejrzewałem, że mam duszę artysty - a tu nagle stałem się kimś... kimś... nie wiem jak to nazwać... kimś w rodzaju Prometeusza czy co - wykradałem ogień bogom! Poprzez swoje dzieło, czy też raczej poprzez nasze wspólne dzieło, miało zostać odtworzone życie ludzkie. W dodatku osoba, wespół z którą teko dokonywałem, była moją ukochaną! Kobietą, z którą chciałem zostać do końca życia. Było jeszcze mnóstwo innych powodów. Zawsze są w takich chwilach. Znów byłem bożyszczem Galeńczykow, co znakomicie wpływało na moje samopoczucie. Nawet Anna robiła, co jej kazałem... Z chwilą, kiedy Saxony wróciła, wydarzenia w mieście przestały się kiełbasić. Czułem, że jestem niezwyciężony. Dopóki byliśmy razem, nie mogło nas spotkać nic złego. Bo i jakże? Byliśmy, bądź co bądź, nowymi Marshallami France'ami. Mieliśmy jego siłę. Panowaliśmy nad całym pieprzonym miasteczkiem.
[…]
Pociąg [w Galen – przyp. aut.] stanął. W absolutnej ciszy słychać było tylko syk i dzwonki parowozu. Jak przez mgłę zobaczyłem konduktora, który schodził na peron. Tłum rzucił się ławą do jednego wagonu. I wtedy nad dworcem przeszła fala niewiarygodnego gorąca. Widziałem, jak nadciąga, a kiedy mnie minęła, odczułem ją jak mocny powiew upalnego letniego powietrza. Dokładnie tak. Było to przyjemne. Pamiętam, jak pomyślałem, że to bardzo przyjemne. Ludzie coraz ciaśniej tłoczyli się koło pociągu. Harmider ożył na nowo. Nagle za plecami usłyszałem huk eksplozji. Huk rozdarł niebo, a ja mimowolnie odwróciłem głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wielka chmura płomienia barwy ochry wykwitła nad miastem i zatrzymała się na wysokości dachów i koron krzew. Pojedyncze płomienie strzelały i znikały tu i ówdzie. Spojrzałem na stację: tłum otaczał kogoś na peronie. Nikt nie zwrócił uwagi na eksplozję. Pociąg gwizdnął dwa razy i zabrał wagony w swoją stronę. Pędziłem z powrotem ulicą Hammond, pędziłem do domu. Słyszałem gwizd pociągu, widziałem płomienie na niebie.
Jonathan Carroll, Kraina chichów
Tragifarsa obyczajowa Carrolla przenosi nas w zagłębia „zapomnianych” prowincji środkowo-zachodnich „stanów” Zjednoczonych Ameryki drugiej połowy dwudziestego wieku. Młody, nauczyciel literatury angielskiej Tomasz Abbey próbując dzięki biograficznemu pisarstwu odnaleźć jakiś sens w swej monotonnej i bezpiecznej egzystencji trafia w sam środek a nawet celniej w samo oko „zapuszczonego cyklonu” wydarzeń, gdzie nie wiadomo co jest jedynie komiczne co znowu bardziej tragiczne a wszystko dopóki dopóty półprawdy nie robią sobie chichów z jego zdroworozsądkowego myślenia.