Blog

 

13.02.2022

Klan czerwonego sorga

Niebiosa mają oczy!

[…]

Ojciec lubił pływać w Rzece Czarnej Wody – był urodzonym pływakiem, a babka mówiła, że na widok wody cieszył się bardziej niż na widok własnej matki. Kiedy miał pięć lat, nurkował jak mała kaczka – jego różowe pośladki celowały w niebo, stopy wystawały wysoko nad powierzchnię. Wiedział, że dno rzeki jest czarne, lśniące i miękkie jak łój. Bagniste brzegi porastała szarozielona trzcina i zgniłozielona babka azjatycka, rosły tam też płożące się po ziemi pnącza kudzu i ziele paciorecznika. Na wilgotnej ziemi rysowały się cieniutkie ślady krabów. Kiedy zaczynały wiać jesienne wiatry, przynoszące chłody, stada dzikich gęsi odlatywały na południe, tworząc na niebie klucze w kształcie linii prostej albo znaku „człowiek”. Kiedy proso czerwieniało, całe watahy krabów wielkości końskiego kopyta wspinały się nocami na brzeg, by żerować wśród zarośli. Przepadały za świeżym krowim łajnem i rozkładającymi się  szczątkami  zwierząt.  Szum  wody  przypomniał  ojcu  pewien  jesienny wieczór, kiedy to zarządca naszej rodzinnej firmy, Liu Luohan, zabrał go nad rzekę nad rzekę, gdy szedł łowić kraby. Noc miała przydymiony odcień ciemnych dojrzałych winogron, złoty wietrzyk owiewał brzegi rzeki. Na nieskończonym, ciemnoszmaragdowym niebie lśniły zielonkawą poświatą gwiazdozbiory: Wielka Niedźwiedzica, symbolizująca śmierć, Mała Niedźwiedzica, przynosząca życie, szklana ośmiograniasta studnia Oktantu, której brakuje jednego boku, zdesperowany Pasterz, zamierzający włożyć sobie pętlę na szyję, zrozpaczona Prządka, już gotowa rzucić się do rzeki – wszystkie wisiały nad ich głowami. Wuj Liu Luohan od kilkudziesięciu lat zarządzał naszą rodzinną gorzelnią. Mój ojciec biegł ochoczo za nim, niczym za własnym ojcem.

[…]

Zwierzęta gniewnie dreptały w kółko, broniąc swego terytorium. Nie rozpoznały swojego pana. Luohan nie wiedział, że to przez świeży zapach jego zaschniętej krwi i ran wydał się mułom kimś obcym. Zdezorientowany i zmartwiony zrobił kolejny krok naprzód, a wtedy jeden z mułów wymierzył mu cios kopytem w biodro. Wuj przeleciał w powietrzu kilka metrów i runął na ziemię. Zdrętwiało mu pół ciała. Muł wciąż wiercił się i tupał, stalowe podkowy lśniły niczym księżyce. Biodro wuja spuchło, dręczył go palący ból i nieznośne uczucie ciężaru. Wstał, upadł z powrotem i znowu się podniósł. Od wsi dobiegło piskliwe pianie koguta. Ciemność powoli ustępowała, Trzy Gwiazdy świeciły coraz jaśniej, ich blask odbijał się w gładkich zadach i oczach mułów. Wuj Luohan, płonąc gniewem, kuśtykał dokoła, usiłując znaleźć jakąś broń. W miejscu, gdzie budowano rów melioracyjny, trafił na ostrą żelazną motykę, podniósł ją więc i ruszył z powrotem, międląc w ustach przekleństwa. Nie przypominał już ani trochę więźnia, nie myślał o ludziach i ich psie, którzy znajdowali się o sto kroków od niego. Był wolny – źródłem niewoli jest bowiem strach.

[…]

Gdy tak stali na brzegu, przed ich oczyma rozciągał się widok na południe: nieskończony łan zboża, równy jak osełka, stojący w absolutnym bezruchu. Każde źdźbło miało czerwoną, dojrzałą twarzyczkę, a wszystkie rośliny tworzyły ogromne ciało, złączone jedną wielkoduszną myślą. Mój ojciec był wtedy jeszcze dzieckiem i nie umiał posługiwać się tak kwiecistym językiem – ja sam to wszystko wymyśliłem. Sorgo i ludzie – wszyscy czekali, aż kwiaty czasu wydadzą owoce.

[…]

Kiedy moja babka skończyła szesnaście lat, jej ojciec wydał ją za Shana Bianlanga, syna ShanaTingxiu, znanego w całym Północno-Wschodnim Gaomi bogacza. Rodzina Shan miała gorzelnię, w której z taniego ziarna sorga wytwarzano przejrzysty trunek doskonałej jakości, słynny na sto li wokoło. Nasza wioska leży na nisko położonych wilgotnych terenach, jesienią zalewanych przez deszcze, ale wysokie źdźbła sorga są odporne na stojącą wodę, sadzono je więc wszędzie i co roku uzyskiwano doskonałe plony. Ponieważ wytwarzanie alkoholu z taniego surowca było bardzo opłacalne, rodzina Shan świetnie prosperowała. Wydanie mojej babki za Shana Bianlanga było dla jej ojca wielkim zaszczytem. Wiele rodzin marzyło wówczas o tym, by wejść do rodziny Shan, choć plotka niosła, że Shan Bianlang jest trędowaty. Shan Tingxiu był kościstym, drobnym staruszkiem, nosił lichy warkoczyk z tyłu głowy. Miał w domu skrzynie pełne złota i srebra, ale chodził w podartej i zbutwiałej odzieży, przewiązany w pasie zwykłym sznurkiem. Małżeństwo mojej babki z Shanem było jednak bez wątpienia zgodne z wolą niebios.

[…]

Chodziły słuchy, że Lingzi zakochała się w tym młodzieńcu. Mówił z pięknym pekińskim akcentem, nigdy się nie śmiał, miał wiecznie zmarszczone brwi i między nimi trzy pionowe bruzdy. Wszyscy nazywali go adiutantem Renem. Lingzi czuła, że pod tą chłodną, urodziwą powierzchnią płonie żar, który sprawiał, że nie mogła zaznać spokoju. W owym czasie oddział komen- danta Yu codziennie rano na placu przed naszą gorzelnią ćwiczył musztrę. Liu Sishan, jeden z grajków grający na trąbce, został wówczas trębaczem komendanta i ogłaszał wszelkie sygnały. Co rano przed ćwiczeniami Liu Sishan swoim graniem zwoływał oddział. Słysząc to, Lingzi wybiegała czym prędzej z domu i pędziła w stronę placu, opierała się o mur i czekała, aż pojawi się adiutant Ren. Ren był instruktorem musztry, miał szeroki skórzany pas, za którym nosił browning. Adiutant Ren z wypiętą dumnie piersią wystąpił naprzód i wydał komendę „baczność”. Stojący w dwuszeregu żołnierze wyprężyli się i stuknęli obcasami. Na komendę „baczność” – pouczał adiutant Ren – należy stanąć na wyprostowanych nogach, wciągnąć brzuch, wypiąć pierś do przodu i oczy mieć szeroko otwarte, jak pantera gotowa do ataku! A to co za pokraka? – Adiutant kopnął Wanga Wenyi. – Stoisz rozkraczony jak sikający muł. Już ja ci wbiję do głowy właściwą postawę! Lingzi lubiła patrzeć, jak Ren poszturchuje i łaje swoich ludzi. Jego władcza swoboda upajała ją. W wolnych chwilach adiutant Ren, założywszy ręce za plecami, przechadzał się po naszym placu. Lingzi wtedy chowała się za murem i ukradkiem mu się przyglądała. Jak się nazywasz? – zapytał ją pewnego razu. Lingzi. Na co tak zerkasz zza tego muru? Na pana. Umiesz czytać i pisać? Nie. A chcesz zostać żołnierką? Nie chcę. Nie to nie... Lingzi żałowała potem swojej odpowiedzi. Zwierzyła się mojemu ojcu, że gdyby adiutant Ren znowu zadał jej to pytanie, odpowiedziałaby, że tak, chce zostać żołnierką. Ale adiutant już więcej nie pytał.

[…]

Na pierwszym wozie w obłokach pyłu majaczyło dwudziestu kilku mężczyzn w beżowych mundurach i błyszczących metalowych kapeluszach na głowach. Ojciec później dowiedział się, że te czapki nazywają się hełmy – w 1958 roku, w czasie kampanii wytapiania żelaza, kiedy skonfiskowano nasz stalowy wok, mój starszy brat znalazł na stercie złomu podobny przedmiot i przyniósł do domu. Powiesiliśmy go nad paleniskiem i gotowaliśmy w nim wodę i jedzenie. Ojciec wpatrywał się w metal zmieniający barwy pod wpływem ognia i dymu, jego zielonkawe oczy spoglądały melancholijnie, niczym ślepia starego konia.

[…]

Darowałyście mi ukochanego, darowałyście mi syna, dałyście mi majątek i trzydzieści lat życia, bogatego jak sorgo. O Niebiosa, skoro dałyście mi to wszystko, czemu chcecie to teraz odebrać? Wybaczcie mi, zostawcie mnie w spokoju! Czymże wam zawiniłam, o Nieba? Czy powinnam była dzielić łoże z trędowatym i rodzić trędowate demony o gnijących ciałach? Czy zanieczyszczanie nimi tego pięknego świata byłoby właściwe? Czym wobec tego jest czystość, o Niebiosa? Czym jest właściwa droga? Czym jest dobro, a czym zło? Nigdy mi tego nie mówiłyście, więc musiałam decydować sama. Kocham szczęście, kocham siłę, kocham piękno, moje ciało należy do mnie, sama kieruję sobą, nie boję się grzechu ani kary, nie boję się wstąpić w wasze osiemnaście kręgów piekieł. Zrobiłam, co należało, postąpiłam tak, jak musiałam, i niczego się nie obawiam. Ale nie chcę umierać! Chcę żyć, o Niebiosa, chcę zobaczyć jeszcze tyle świata... […] Ostatnia nić łącząca, babkę ze światem żywych już się rwała, cały jej ból, wszystkie cierpienia, troski i smutki opadły na pole, bijąc w rośliny niczym gradowe kulki i wpadając w ziemię, gdzie zapuszczały korzenie, kwitły i rodziły gorzkie owoce dla kolejnych pokoleń. Wyzwolenie babki dokonało się: odleciała z gołębiami, a świat jej myśli, skurczony do rozmiarów pięści, wypełnił się radością, spokojem, ciepłem, wygodą i harmonią. Ukojona w pełni, zawołała żarliwie: Niebiosa! Moje Niebiosa!

[…]

W 1976 roku, kiedy dziadek umarł, mój ojciec zamknął jego szeroko otwarte oczy lewą dłonią, w której brakowało dwóch palców. Kiedy dziadek w 1958 roku wrócił  z  dzikich gór japońskiej wyspy Hokkaido,  ledwie umiał mówić – każde słowo wypluwał z trudem, jakby to był ciężki kamień. Na cześć jego powrotu w wiosce urządzono wielką uroczystość, na której był nawet na- czelnik powiatu. Miałem wtedy dwa lata. Pamiętam, jak pod drzewem miłorzębu przy wejściu do wioski ustawiono rzędem osiem stołów  „ośmiu nieśmiertelnych”, na każdym stał dzban wódki i kilkanaście białych czarek. Naczelnik powiatu podniósł dzban, napełnił jedną z czarek i trzymając oburącz, podał dziadkowi. Z szacunkiem ofiaruję panu,  naszemu staremu bohaterowi, tę oto czarkę napoju. Przyniósł pan chwałę ludowi całego naszego powiatu! – przemówił. Dziadek wstał niezdarnie i przewracając oczyma o szarawych białkach, odparł: Mój kar-karabin.

[…]

Matka mówiła, że kiedy gorzelnią zarządzali ojciec i syn rodu Shan, był to już interes na sporą skalę. Wódka miała wówczas niezły smak, brakowało jej jednak tego aromatu i miodowego posmaku, które zyskała później. Zdarzenie, które sprawiło, że produkowany przez naszą rodzinę alkohol zyskał szczególne cechy, wyróżniające go na tle wyrobów kilkudziesięciu gorzelni Północno- Wschodniego Gaomi, miało miejsce po tym, jak dziadek zabił obu Shanów, a babka po krótkim okresie zagubienia i zalęknienia doszła do siebie i otworzyła podwoje firmy na nowo, objawiając wrodzony talent w tej dziedzinie. Wiele ważnych odkryć jest dziełem przypadku, a szczególne właściwości naszego alkoholu powstały w wyniku psikusa: dziadek nasikał do jednej z kadzi z wódką. W jaki sposób odrobina moczu zamieniła zwykłą wódkę z sorga w napój o wyjątkowym aromacie i znakomitej jakości? To już sprawa dla naukowców – nie będę opowiadał bzdur na ten temat, niechaj kwestię tę zgłębią specjaliści od procesu fermentacji.

[…]

Babka domyślała się, że jest to ślad po uderzeniu pioruna. Przypomniało jej się, jak w poprzednim roku piorun zabił jej przyjaciółkę, siedemnastoletnią Qian’er – spalił jej włosy, podarł ubranie na strzępy, a na plecach wyrysował wzór – ktoś powiedział, że to starożytne „kijankowe pismo” Niebios. Chodziły słuchy, że Qian’er z chciwości spowodowała śmierć dziecka – opowieść była całkiem przekonująca. Mówiono, że pewnego dnia Qian’er, idąc na targ, usłyszała płacz. Podeszła bliżej i zobaczyła leżące koło drogi niemowlę w powijakach. Kiedy odwinęła becik, jej oczom ukazał się różowy chłopczyk. Był tam także list, na którym napisano: „Ojciec lat osiemnaście, matka lat osiemnaście, kiedy księżyc stał w zenicie, a Trzy Gwiazdy świeciły na zachodnim niebie, narodził się ich syn Lu Xi – Przydrożna Radość. Ojciec pojął za żonę wielkostopą Drugą Starszą Siostrę Zhang z Zachodniej Wioski, matka ma poślubić Bliznowate Oko ze Wschodniej Wioski. Z ciężkim sercem porzucamy ciało z naszego ciała i krew z naszej krwi, ojciec pociąga nosem, matka zalewa się łzami, ale nie śmiemy głośno płakać, bojąc się, że ktoś nas usłyszy. O Lu Xi, Przydrożna Radości, tego domu będziesz synem, który cię przyjmie. W jeden zhang jedwabiu cię owijamy, dwadzieścia srebrnych dolarów przy tobie składamy. Ludzie o miękkich sercach, wy, co tędy chodzicie, swoim dobrym uczynkiem ocalcie mu życie”. Ludzie mówili, że Qian’er zabrała jedwab i pieniądze, a małego chłopczyka rzuciła daleko w zboże i dlatego Niebiosa zesłały na nią piorun. Qian’er była zaufaną przyjaciółką babki i babka oczywiście nie uwierzyła w ani jedno słowo z tych plotek, ale ilekroć rozmyślała o życiu i zmiennych kolejach losu, w jej sercu nieodmiennie gościł smutek i nieutulony żal.

[…]

Na niebie wisiał już rosnący półksiężyc dziewiątego dnia ósmego miesiąca, lodowate promienie padały na plecy ich obu i rozświetlały wielką, ociężałą, niezdarną niczym chiński naród Rzekę Czarnej Wody. W wodzie uwijały się pobudzone zapachem krwi białe węgorze, pod powierzchnią tańczyły srebrne błyski. Chłodny, niebieskawy powiew znad rzeki mieszał się z czerwonym ciepłem wydzielanym przez pole sorga, tworząc lekką, przejrzystą mgiełkę. Ojcu przypomniała się gęsta, sprężysta jak guma mgła, która towarzyszyła im, gdy wyruszali o świcie – dzień był długi, wydawało się, że od rana minęło dziesięć lat, a jednocześnie tak krótki jak mrugnięcie okiem. Ojcu przypomniało się czekanie z babką w tej wszech- ogarniającej mgle u wejścia do wioski – był to widok tak odległy, jak daleki horyzont, a jednocześnie miał go tuż przed oczyma. Pamiętał trudy marszu przez pole i zabłąkaną kulę, która raniła Wanga Wenyi w ucho, i pięćdziesięciu kilku żołnierzy, którzy niczym garść kozich bobków wyszli na drogę i ruszyli w stronę mostu. Był też ostry nóż Niemowy, jego złe spojrzenie, głowa Japończyka szybująca w powietrzu, chudy zadek japońskiego oficera... matka wbiegająca na szczyt wału niczym szybujący feniks... „oburęczne placki”... placki toczące się po ziemi... padające na ziemię źdźbła czerwonego sorga... Czerwone sorgo, jak pokonani bohaterowie...

[…]

Twarz kobiety zmarszczyła się w płaczliwym grymasie. Nie mogąc wydobyć słowa, kobieta wybuchnęła głośnym szlochem. Naczelnik Cao zdjął kapelusz, zakręcił nim na palcu, po czym włożył z powrotem na głowę. Czym nakarmiliście kury dziś rano? – spytał Wu Trzeciego. Wu Trzeci przewrócił oczami z namysłem. Sieczką zmieszaną z otrębami – odparł. Prawdę mówi – potwierdził człowiek w mycce. – Byłem dziś u niego pożyczyć siekierę, widziałem, jak jego żona mieszała paszę dla kur. Naczelnik Cao zwrócił się do zapłakanej kobiety: Nie płaczcie, dobra kobieto! Pytam was: czym dziś karmiliście wasze kury? Sorgiem, panie naczelniku – wyjąkała kobieta. Mój Młody Yanie, poderżnij gardło tej kurze! Młody Yan błyskawicznie rozciął kurze wole i ścisnął je, wydobywając ze środka posklejane ziarna. Naczelnik Cao zaśmiał się złowieszczo. Nicponiu Wu Trzeci! Ponieważ z twojego powodu ta kura została zabita, zapłacisz za nią. Trzy srebrne dolary! Wu Trzeci, drżąc z przerażenia, wyciągnął z kieszeni dwa srebrne dolary i dwadzieścia miedziaków, mówiąc: Szanowny panie naczelniku, mam przy sobie tylko tyle! Tanio się wymigałeś! – odparł naczelnik, po czym wręczył dolary i miedziaki kobiecie. Szanowny panie naczelniku, ta kura nie była warta takich pieniędzy, nie mogę przyjąć aż tyle – powiedziała kobieta. Naczelnik przyłożył dłonie do czoła. Ach! – zakrzyknął. – Jakaż dobra, uczciwa z was kobieta! Cao Mengjiu składa wam pokłon! – mówiąc to, złączył nogi, zdjął kapelusz i skłonił się nisko przed kobietą. „Dobra kobieta” była tak wstrząśnięta, że potrafiła tylko patrzeć na Cao Mengjiu oczami pełnymi łez. Po dłuższej chwili oprzytomniała i padła przed nim na kolana z okrzykiem: Sprawiedliwy panie naczelniku! Sprawiedliwy panie naczelniku! Cao Mengjiu trącił ją laską w ramię, mówiąc: Wstańcie, wstańcie! „Dobra kobieta” podniosła się. Widzę po waszym zniszczonym ubraniu i mizernej twarzy, że jesteście cnotliwą synową, skoro przyszliście tu na targ, żeby sprzedać kurę na lekarstwa dla teściowej. Naczelnik powiatu najbardziej ze wszystkiego szanuje rodzinną troskę, która godna jest wszelkiej nagrody. Weźcie te pieniądze i dbajcie o zdrowie teściowej. Weźcie też kurę, oskubcie, wypatroszcie i ugotujcie dla niej. Kobieta schowała pieniądze i z kurą w ręku, cała w podziękowaniach, odeszła.

[…]

Gaomijskie wycinanki były kunsztownie wykrojone, pełne prostoty i wigoru, ich oryginalny styl miał w sobie nieskrępowaną moc, niczym niebiański rumak galopujący wśród przestworzy. Babka ujęła nożyczki i wycięła z czerwonego papieru kwadrat. Nagle poczuła się jak rażona gromem – jej serce ogarnęło wielkie wzburzenie. Ciałem pozostała na kangu, jej serce jednak wyfrunęło przez okno i poszybowało niczym gołąb nad rozległymi jak morze polami sorga... Od dzieciństwa jej życie upływało w zamknięciu, we wnętrzu domu, w odcięciu od świata. Kiedy dorastała, słuchała rodziców i swatki, którzy chcieli jak najszybciej wydać ją za mąż. Przez ostatnich kilkanaście dni wszystko wywróciło się do góry nogami: wicher smagał lotosy, deszcze biły w wodną rzęsę, w stawie wśród podartych liści – para kaczek mandarynek... W ciągu tych kilkunastu dni serce mojej babki zostało skąpane w miodzie, zanurzone w wodzie z lodem, gotowało się we wrzątku i moczyło w wódce z sorga – poznało setki smaków, odniosło tysiące ran. Babka miała nadzieję, czekała na coś – nie wiedziała jednak na co. Chwyciła nożyczki, niepewna, co dalej. Jej dawne marzenia i fantazje zostały zniweczone przez cały ten łańcuch zaskakujących wydarzeń. Gdy starała się przenieść w świat wyobraźni, usłyszała dobiegające znad wczesnojesiennych łąk i przepojonych alkoholową wonią pól sorga me- lancholijne cykanie świerszczy. Zobaczyła w myślach jasnozielonego, drobnego owada, który przycupnięty na jasnoczerwonym kłosie wibruje delikatnymi czułkami i porusza skrzydełkami. W jej głowie zabłysła nowa, odważna wizja: oto świerszcz wydostał się ze swojej pięknej klatki i usiadł na jej szczycie, trąc skrzydełkami i śpiewając. Kiedy babka skończyła wycinać świerszcza, który uciekł z klatki, stworzyła jelenia z kwitnącą śliwą. Zwierzę z ukwieconym drzewem na grzbiecie, z podniesioną głową i wypiętą piersią, wędruje po świecie wolności w poszukiwaniu szczęśliwego życia, pozbawionego trosk i ograniczeń. Dokonujący wielkich czynów nie dbają o drobnostki, ludzie wielkiej kultury nie obawiają się drobnych uchybień. Aspiracje babki sięgały wyżej niż niebo, a jej życie było kruchsze niż najcieńszy papier. Nie bała się buntu, nie unikała walki, wszystko przezwyciężała jej wewnętrzna jedność. W rozwoju ludzkiej osobowości bez wątpienia istotne są tak zwane warunki obiektywne. Jeśli jednak nie ma warunków wewnętrznych, żadne zewnętrzne warunki obiektywne na nic się nie zdadzą. Jak powiedział przewodniczący Mao: „Ciepło może sprawić, by kurczak wylągł się z jaja, nie może jednak spowodować, by wylągł się z kamienia”. Konfucjusz powiedział: „Nie da się rzeźbić ze spróchniałego drewna, a ściany ulepionej z gnoju nie można zabrudzić”. Sądzę, że chodziło im o to samo.

[…]

Ojciec przypomniał sobie wieczór dziewiątego dnia ósmego miesiąca 1939 roku, kiedy chowali babkę. Blask pożaru na moście i krąg pochodni oświetlały twarz zmarłej, sprawiając, że wyglądała jak żywa. Po chwili obraz ten zakryła czarna ziemia. Teraz odsłaniano go znowu i im cieńsza była warstwa gleby, tym większy niepokój odczuwał mój ojciec. Wydawało mu się, że przez ziemną zasłonę dostrzega uśmiech babki w chwili, gdy całowała się ze śmiercią.

[…]

Księżyc tamtej nocy był okrągły i czerwony jak krew, ale wojna sprawiła, że zbladł i osłabł. Wyglądał jak wyblakła, samotna, smutna wycinanka przyklejona do nieboskłonu.

[…]

W najbardziej krytycznych chwilach ojciec zawsze zachowywał się nieco przytomniej od dziadka – pewnie dlatego, że jego myśli sięgały jedynie powierzchni rzeczywistości, nie zagłębiały się w nią, dzięki czemu świetnie nadawał się na partyzanta. W takich momentach myśli dziadka skupiały się na jednym szczególe – mogła to być wykrzywiona twarz, połamana strzelba, lecący pocisk. Nie zauważał innych widoków, nie słyszał innych dźwięków. Ta wada czy też cecha dziadka pogłębiała się w ciągu następnych kilkunastu lat. Kiedy wrócił do Chin z gór Hokkaido, w jego oczach widać było niezmierzoną głębię. Gdy skupiał na czymś wzrok, wyglądało to tak, jakby chciał, by ta rzecz wybuchła. Ojcu nigdy nie udało się osiągnąć takiego stopnia filozoficznego wglądu. W roku 1957, kiedy po niewyobrażalnych trudach wydostał się z nory, którą wykopała dla niego matka, jego oczy były wciąż takie jak w młodości: żywe, zagubione, zmienne. Przez całe życie nie udało mu się zgłębić związków człowieka z polityką, społeczeństwem, wojną, mimo że sam kręcił się w jej wirze. Promień jego osobowości przebijał się z trudem przez lodowaty pancerz. Mogła w każdej chwili zaświecić wspaniałym blaskiem, ale promień ten również był zimny, skrzywiony, z domieszką brutalności i cech zwierzęcych.

[…]

Rozmyślając o historii swojej rodziny, dochodzę do wniosku, że losy wszystkich jej głównych bohaterów były w taki czy inny sposób związane z jakąś ciemną czeluścią lub jaskinią.

[…]

Kobieta wybiegła i zatrzasnęła bramę ze złością, po czym zdjęła z okapu lampion i wprowadziła ich do środka. Piątego Brata złapały i pobiły straże! – Wygięła wargi, jakby miała się rozpłakać. Przecież przysięgali sobie braterstwo z Songiem Shunem z komendy straży! Myślisz, że braterstwo kumpli od kielicha jest coś warte? Od wypadków w Qingdao siedzę tutaj jak na beczce prochu. Piąty Brat umie trzymać język za zębami, nigdy by cię nie sypnął. Cao Mengjiu nieźle go zahartował swego czasu – odparł dziadek. Po co tu przyszedłeś? Podobno pobiłeś japoński konwój, prawda to. To była klęska! Mam zamiar załatwić tego skurwysyna Ospowatego Lenga! Lepiej  z  nimi  nie  zadzieraj.  Ci  ludzie  to  zdradliwe  gady,  jeden  w drugiego. Nie dasz im rady.

[…]

Coś ci powiem. Czy to wrogowie, czy kochankowie nie spotkaliby się nigdy, gdyby nie byli sobie przeznaczeni. Ludzie umierają dla bogactwa, ptaki giną dla pożywienia. Niech młody nie śmieje się ze starca, bo żaden kwiat nie kwitnie wiecznie. Trzeba wiedzieć, kiedy ustąpić drugiemu. Ustępowanie nie oznacza głupoty. Potem może ci się to opłacić...

[…]

Nad czołem mojego ojca lśnił placek wygolonej skóry, na znak, że on także czuje się członkiem Żelaznego Stowarzyszenia. Dziadek, który również wygolił sobie brzytwą pół- księżyc na głowie, siedział obok wodza Czarnookiego za ustawionym w namiocie długim, wąskim stołem, obserwując, jak przybyły ze stolicy powiatu Jiao mistrz ceremonii, biegły w rytuałach pogrzebowych, instruuje mojego ojca w kwestii trzech przyklęknięć, sześciu pozdrowień i dziewięciu czołobitnych pokłonów. Mistrz miał około sześćdziesiątki, cienką, srebrną bródkę, perłowe zęby oraz cięty język. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie inteligentnego, rozsądnego i kompetentnego. Z niezmierzoną cierpliwością pouczał mego ojca, który serdecznie się nudził i wszystkie czynności wykonywał kompletnie na odczepnego. Douguan! – rzucił z boku dziadek surowo. – Nie wygłupiaj się, masz okazać szacunek swojej matce jak się należy! Nic ci nie zaszkodzi, jeśli się trochę zmęczysz! Ojciec pilnie wykonał kilka ćwiczeń, ale gdy tylko się zorientował, że dziadek nie patrzy i rozmawia z Czarnookim, znowu przestał się starać. Do namiotu wszedł jakiś człowiek, żeby załatwić z mistrzem sprawy finansowe. Mistrz, za pozwoleniem dziadka, wyszedł razem z nim. Na pokrycie kosztów pogrzebu babki Żelazne Stowarzyszenie wyasygnowało olbrzymie sumy. Żeby pokryć swoje wydatki, kiedy jednostki Lenga oraz Jianga odeszły, organizacja zaczęła emitować własną walutę. Pieniądze drukowali na surowym papierze czerpanym – były to banknoty o nominałach tysiąca i dziesięciu tysięcy juanów, zdobione raczej oszczędnie wizerunkiem przypominającej człowieka postaci dosiadającej tygrysa i sporządzane własnym sumptem za pomocą drewnianych klocków używanych do odbijania noworocznych obrazków. W owym czasie w Północno-Wschodnim Gaomi były w obiegu co najmniej cztery różne waluty, których wartość i siła nabywcza to rosła, to malała, w zależności od aktualnej kondycji organizacji, która je emitowała. Pieniądze emitowane przez organizacje dysponujące siłą militarną pochodziły z bezwzględnego wyzysku zwykłych ludzi. Dziadek mógł sfinansować pogrzeb babki wyłącznie dzięki tym właśnie metodom ukrytego terroru. Kiedy odparto jednostki Jianga i Lenga, drukowana przez oddział dziadka waluta stała się niezwykle mocna. Ta dobra passa jednak trwała tylko kilka miesięcy – po pogrzebie banknoty z osiodłanym tygrysem niemal zupełnie straciły wartość.

[…]

Ojciec przypomniał sobie wieczór dziewiątego dnia ósmego miesiąca 1939 roku, kiedy chowali babkę. Blask pożaru na moście i krąg pochodni oświetlały twarz zmarłej, sprawiając, że wyglądała jak żywa. Po chwili obraz ten zakryła czarna ziemia. Teraz odsłaniano go znowu i im cieńsza była warstwa gleby, tym większy niepokój odczuwał mój ojciec. Wydawało mu się, że przez ziemną zasłonę dostrzega uśmiech babki w chwili, gdy całowała się ze śmiercią.

[…]

Czym jest miłość? Na to pytanie każdy ma własną odpowiedź. To piekielne uczucie złamało i zgubiło nieskończoną liczbę mężnych i bohaterskich mężczyzn oraz szlachetnych i utalentowanych kobiet. Na podstawie analizy miłosnej historii mego dziadka, szalonych romansów ojca i bladego pustkowia mojego własnego życia uczuciowego udało mi się odkryć schemat rządzący związkami we wszystkich trzech pokoleniach naszego rodu. Pierwszy element miłości to fanatyzm, którego esencją  jest  przeszywający serce ból. Z przekłutego serca kapie podobna do żywicy ciecz. Świeża krew płynie do żołądka, a stamtąd do jelita cienkiego i grubego, po czym opuszcza ciało w postaci smołowatego stolca. Drugim elementem jest okrucieństwo, objawiające się jako bezlitosna krytyka. Obie strony związku mają ochotę obedrzeć partnera żywcem ze skóry, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, ze skóry materialnej i ze skóry duchowej. Gotowe są powyrywać sobie nawzajem żyły, obłupić się z mięśni, wydrzeć sobie wszystkie wewnętrzne organy, w tym czarne bądź czerwone serca, a potem cisnąć te serca w powietrze tak, by się ze sobą zderzyły i rozbiły. Trzeci element to oziębłość, czyli przeciągłe milczenie. Lodowate emocje zamieniają parę kochanków w słupy lodu: najpierw wystawiają ich na zimny wiatr, potem na śnieg, jeszcze potem wrzucają do zamarzającej rzeki, w końcu mrożą w nowoczesnej zamrażarce i wtrącają do chłodni, gdzie przechowuje się wieprzowinę i ryby. Twarze kochanków pokry- wają się szronem, a temperatura ich ciał spada do dwudziestu pięciu stopni. Potrafią już tylko wydawać nieartykułowane dźwięki – chcą mówić, lecz nie mogą, a inni ludzie sądzą, że stracili mowę. Podsumowując: miłość, czyli fanatyzm, okrucieństwo i oziębłość, równa się krwotok wewnętrzny plus obdarcie żywcem ze skóry, plus utrata mowy. Miłość to proces, w którym krew zamienia się w smolisty stolec, przejawia się tym, że dwoje krwawiących, poranionych ludzi kładzie się razem do łóżka, a ostatecznym wynikiem są dwie lodowe figury o białych wytrzeszczonych oczach.

[…]

Za młodu naczytałem się Opowieści o Trzech Królestwach i Opowieści znad brzegów rzek i wyciągnąłem z tego wszystkiego jeden wniosek: awantury i zamieszki przychodzą i odchodzą, po długich epokach podziału nastają długie lata zjednoczenia, ale państwo zawsze w końcu znajduje się we władzy cesarza. Kraj jest rodziną cesarza, rodzina jest jego krajem, dzięki temu może rządzić, wkładając w to całe swoje serce. Kiedy zaś krajem rządzi partia, każdy ma co innego do powiedzenia: dziadek narzeka, że mu zimno, babka marudzi, że gorąco, i robi się jeden wielki bałagan!

[…]

Po uzyskaniu okupu za zakładników Żelazne Stowarzyszenie stało się najsilniejszą organizacją w całym Północno-Wschodnim Gaomi, a Batalion Jiaogao i oddział Lenga wycofały się i przyczaiły gdzieś w ukryciu. Kiedy na równinach zapanował pokój, w głowie dziadka wykiełkowała myśl, by urządzić babce uroczysty pogrzeb. Potem nastąpiło gromadzenie funduszy, konfiskata trumny i zabijanie; sława nazwiska Yu rozkwitała bujnie i rozprzestrzeniała się niczym skropiony olejem ogień. Dziadek jednak zapomniał o oczywistej dialektyce: po każdym dniu następuje zmierzch, księżyc w pełni szybko zaczyna się kurczyć, przepełnione naczynie przewraca się, a po największym rozkwicie zawsze przychodzi kolej na rozkład. Wystawny pogrzeb babki był jednym z największych błędów, jakie w życiu popełnił.

[…]

Pełne wargi koloru ciemnych winogron, podobne do tych, jakie mają kobiety czarnoskóre, nadawały mojej drugiej babce wyjątkowy urok i powab. Jej rodowód zatarł się, przysypany pyłem mijających lat. Jej młode, gibkie i bujne ciało, pełna jak dojrzały strączek fasoli twarz i szafirowe oczy, które wyglądały, jakby miały się nigdy nie zamknąć, zostały pogrzebane w wilgotnej, żółtej, piaszczystej glebie. Jej spojrzenie, gniewne, szalone, buntownicze i nieposkromione, rzucające wyzwanie brudom tego świata, lecz zauroczone jego pięknem, przepełnione intensywną świadomością istnienia, zgasło na zawsze.

[…]

Wokół jej mogiły wznosi się czerwone sorgo. Stojąc nad jej grobem – pod warunkiem że nie jest to zabijająca wszelką roślinność zima ani wiosna z gorącym południowym wiatrem – nie zobaczysz nawet horyzontu, zarasta go bowiem, jak w sennym koszmarze, gąszcz sorga Północno-Wschodniego Gaomi. Gdy podniesiesz ziemistą twarz, podobną do kwiatu słonecznika, i spojrzysz przez puste miejsca między źdźbłami, zdołasz jednak dojrzeć wspaniałe królestwo Niebios, budzące lęk swoim błękitem. Wśród smutnego łkania Rzeki Czarnej Wody usłyszysz pieśń przybywającej stamtąd niespokojnej, zagubionej duszy.

[…]

Stary Geng [ zwany Geng Osiemnaście Bagnetów – urządził w swoim domu lisi ołtarzyk. W czasie „rewolucji kulturalnej” czerwonogwardziści chcieli go zniszczyć, lecz na widok Genga klęczącego przed ołtarzykiem z wielkim tasakiem w ręku czym prędzej wzięli nogi za pas – cyt. za aut.] krzyknął, lis stanął jak wryty, wpatrując się zmrużonymi ślepiami w groblę. Geng zadrżał na całym ciele – czająca się w spojrzeniu lisa złość sprawiła, że poczuł się nieswojo. Zwierzak pewnym krokiem ruszył dalej, w stronę kępy sitowia – tam zapewne znajdowała się jego kryjówka. Stary Geng przymknął oczy i wystrzelił. Siła odrzutu gwałtownie targnęła strzelbą, poczuł, jak od wstrząsu mrowi go w ramieniu. Lis, niczym kula ognia, wturlał się w gąszcz. Geng wyprostował się ze strzelbą w dłoni, patrząc na obłok ciemnozielonego prochu rozwiewający się w czystym powietrzu. Wiedział, że lis z ukrycia spogląda na niego nienawistnie. Sylwetka stojącego pod jarzącym się srebrzyście niebem mężczyzny była wysoka i potężna. W jego sercu wzbierało coś w rodzaju poczucia winy – już żałował swojego czynu. Przypomniał sobie, jakie zaufanie okazywał mu lis w ciągu ostatniego roku. Teraz na pewno wiedział, że Geng chowa się za groblą, przeszedł jednak po lodzie powoli, jak zwykle, tak jakby chciał przetestować jego sumienie. Oddając strzał, Geng bez wątpienia zdradził swojego zwierzęcego przyjaciela. Spuściwszy głowę, patrzył w kępę sitowia, w której zniknął lis, i nie odwrócił się nawet na dobiegający z tyłu odgłos kroków. Nagle w okolicy pasa poczuł mroźne ukłucie. Upadł do przodu, zwijając się z bólu; broń wylądowała na lodzie. Fala gorąca przepłynęła mu pod spodniami na wysokości paska. W jego stronę biegło kilkunastu ludzi w mundurach khaki,    trzymających    karabiny    z    lśniącymi    bagnetami. „Japończycy!” – mimowolnie krzyknął z przerażenia. Japońscy żołnierze zbliżyli się do niego i każdy raz ugodził go bagnetem: to w pierś, to w brzuch. Geng wydał rozpaczliwy jęk, podobny do godowych nawoływań lisów, i głowa opadła mu na lód, który pękł w zderzeniu z jego czołem. Gorąca krew z ran topiła równą taflę, tworząc w niej zagłębienia. Półprzytomny, czuł, jakby górną połowę jego ciała trawiły płomienie, siłą zdarł z siebie postrzępioną kurtkę. W zamroczeniu dostrzegł rudego lisa, który wyłonił się z gęstwiny sitowia, okrążył go, a następnie przysiadł obok, przyglądając mu się ze współczuciem. Jego sierść lśniła, lekko skośne oczy błyszczały jak zielone klejnoty. Po chwili Geng poczuł, jak ciepłe futro ociera się o jego ciało, i czekał na ukąszenie ostrych zębów. Wiedział, że człowiek, który zdradza przyjaciela, jest gorszy od zwierzęcia – gdyby więc lis postanowił go zagryźć, zginąłby bez poczucia krzywdy. Lis zaś wystawił swój chłodny język i jął wylizywać mu rany. Geng był pewien, że to ten właśnie lis uratował mu życie, odpłacając dobrocią za krzywdę. Trudno byłoby znaleźć na całym świecie drugiego człowieka, który przeżył osiemnaście ciosów bagnetem. Języczek lisa z pewnością pokryty był jakimś cudownym lekarstwem, ponieważ wylizane miejsca goiły się jak posmarowane olejkiem miętowym – opowiadał staruszek.

[…]

Doszedłem pewnego razu do dziwacznego wniosku, że degeneracja ludzkości musi mieć związek ze wzrostem dobrobytu i poprawiającymi się warunkami życia. Dążymy, z sukcesem, do pomnożenia bogactwa i powiększenia życiowego komfortu. W nieunikniony sposób jednak prowadzi to do przerażającej, głębokiej sprzeczności: ludzkość obecnie z wielką pieczołowi- tością pozbywa się swoich najlepszych elementów. Wtedy gdy ojciec poszedł z babką do Parowu Umarłych Dzieci, babka szalała na punkcie gry „loteryjka”. Gra ta, w której nie zdobywało się fortuny, ale i nie przegrywało zbyt wiele, bardzo wciągnęła mieszkańców naszej wioski, zwłaszcza kobiety. W tamtych czasach dziadek wiódł spokojne, dostatnie życie i wieśniacy uczynili go przewodniczącym towarzystwa loteryjnego. Wrzucał trzydzieści dwa losy z wypisanymi nazwami kwiatów do bambusowej rurki i każdego ranka i wieczoru publicznie wyciągał jedną nazwę, na przykład: peonia, chińska róża, dzika róża, czerwona róża... Ten, kto prawidłowo wytypował kwiat, wygrywał trzydzieści razy tyle, ile postawił. Zapalone graczki wysilały więc wyobraźnię i wynajdywały najróżniejsze metody, które miały im pomóc w zgadnięciu wyniku losowania. Niektóre upijały własne córki i usiłowały wywróżyć właściwe słowa z ich pijanego bełkotu, inne szukały wskazówek w snach... nie sposób opisać wszystkich tych dziwacznych pomysłów.

[…]

Staruszek jeszcze długo stukał w żelazne pręty bramy, ale nikt  nie zwrócił na niego uwagi. Ciepłe, żółte światło sączyło się przez szklane okna budynków wokół dziedzińca, na ich tle wielkie, miękkie jak gęsi puch płatki śniegu tańczyły bezgłośnie w powietrzu. Od strony wioski rozległ się huk fajerwerków, co przypomniało Gengowi, że nadszedł czas wyprawienia Boga  Kuchni do Niebios, by zdał tam swoje coroczne sprawozdanie. Chciał ruszyć w drogę powrotną do domu, lecz ledwie zrobił krok, padł jak długi na ziemię, jakby ktoś popchnął go od tyłu. Kiedy dotknął twarzą śniegu, poczuł, że jest dziwnie ciepły – ten śnieg przypominał mu ciepło objęć matki, a raczej ciepło jej łona. Skulony w matczynym brzuchu, z zamkniętymi oczami, pływał swobodnie jak rybka, nie martwiąc się o jedzenie ani ubranie, wolny od wszelkich trosk. Doświadczając od nowa życia płodowego, poczuł się absolutnie szczęśliwy – brak głodu, brak zimna dawał mu niewyobrażalną radość. Z oddali dobiegło szczekanie psów i Geng mgliście zdał sobie sprawę, że już opuścił matczyne ciało i znowu znajduje się na tym świecie. Złota poświata na dziedzińcu komuny i płomienista czerwień zimokwiatu opromieniły wszystko dookoła niczym żywo płonące ognisko, blask ten oślepiał Genga. Płatki śniegu, niczym skrawki złotej i srebrnej folii, z szelestem kłębiły się w powietrzu, z każdego domu Bóg Kuchni wzbijał się na papierowym rumaku w niebo i galopował przez przestworza w stronę odległego Niebiańskiego Pałacu. Skąpany w całym tym blasku staruszek poczuł gwałtowne gorąco i suchość, zupełnie jakby sam zajął się ogniem. Czym prędzej ściągnął podartą skórzaną kurtkę, lecz dalej było mu gorąco. Zdjął podbite watoliną portki – gorąco. Ściągnął ocieplane buty – gorąco, i filcowy kapelusz – gorąco. Był już całkiem nagi, tak jak wtedy, gdy jako niemowlę opuszczał łono matki – i dalej było mu gorąco. Leżał na śniegu, który teraz parzył jego skórę, zaczął więc tarzać się po ziemi – uff, jak gorąco! Otworzył usta i łykał śnieg, który parzył mu gardło niczym rozgrzane w słońcu kamyki. Gorąco! Ależ gorąco! Próbując się podnieść, łapał rękoma pręty bramy, lecz rozgrzany do czerwoności metal parzył go, dłonie przywarły do żelaza i nie dawały się oderwać. Chciał krzyczeć, krzyczeć po raz ostatni: Gorąco! Gorąco! Młodzieniec z mnóstwem wiecznych piór w kieszeni wstał wcześnie rano i wyszedł, by odgarnąć śnieg. Gdy zerknął mimochodem w stronę bramy, zbladł z przerażenia. Staruszek, który poprzedniego wieczoru przedstawił mu się jako Geng Osiemnaście Bagnetów, całkiem nagi tkwił uczepiony prętów bramy, niby ukrzyżowany Jezus. Twarz miał siną, ręce i nogi rozpostarte, wytrzeszczone oczy patrzyły na dziedziniec. Na pierwszy rzut oka nikt by nie uwierzył, że ma przed sobą zwykłego, samotnego starego człowieka, który umarł z głodu. Młodzieniec uważnie policzył blizny na jego ciele. Było ich ni mniej, ni więcej, tylko osiemnaście.

[…]

Minęło dziesięć lat, odkąd ostatni raz odwiedziłem moją rodzinną wioskę. Stoję teraz znowu nad grobem mojej babki, pełen hipokryzji, którą skaziły mnie wyższe sfery, z ciałem, które tak długo nasiąkało brudem i smrodem miejskiego życia, że teraz wydziela wszystkimi porami jego ohydny odór. Odwiedziłem wiele grobów, zanim przyszedłem tutaj, by pokłonić się duszy mojej babki, której krótkie, lecz wspaniałe i barwne życie zapisało się mocnymi pociągnięciami pędzla w historii tego „najbardziej bohaterskiego i najbardziej łajdackiego” miejsca na ziemi. Jej niezwykła śmierć obudziła w najgłębszych zakamarkach dusz mieszkańców Północno-Wschodniego Gaomi tajemnicze uczucia. Dopiero w pamięci starych ludzi, w tym przepływającym z wolna słodkim, ciemnoczerwonym syropie myśli, uczucia te zaczęły kiełkować, rosnąć, wzmacniać się, aż w końcu stały się bronią, mentalną bronią pozwalającą zmierzyć się z nowym, nieznanym światem. Za każdym pobytem w rodzinnych stronach, patrząc w pijane oczy staruszków, doznawałem olśnienia tą drzemiącą w nich, sekretną siłą. W takich momentach bardzo nie lubię czynić porównań, przemożna siła logiki wtrąca mnie jednak w ich wir. W wirze tym odkrywam z przerażeniem, że prawie wszystkie piękne oczy, jakie poznałem w ciągu dziesięciu lat spędzonych z dala od tego miejsca, osadzone były w filigranowych łebkach domowych króliczków. Nienasycone żądze zmieniały te oczy w upstrzone czarnymi punkcikami krople o jaskrawoczerwonej barwie owoców głogu. Uważam wręcz, iż można powiedzieć, że istnieją dwie całkowicie różne odmiany ludzkości, każda z nich powstała w osobnym procesie ewolucji, każda stworzyła odrębny świat według własnego systemu wartości. Boję się, że w moich oczach także pojawił się ten szczególny spryt, boję się, że i moje usta zaczęły powtarzać po innych słowa wyczytane w książkach, boję się, że sam zamieniłem się w bestsellerowy „Reader’s Digest”.

[…]

W tamtym czasie mogiłę mojej drugiej babki otaczało już inne sorgo – przywieziona z wyspy Hainan krzyżówka. Teraz już całe sorgo przykrywające gęstwiną zieleni czarną ziemię Północno-Wschodniego Gaomi należy do tej hybrydowej odmiany. Tamto, czerwone jak krew, którego piękno tak wiele razy opiewałem, zostało całkowicie unicestwione, zalała je powódź rewolucji. To, które je zastąpiło, jest niskie, grubołodygowe, całe pokryte białym pyłkiem, ma gęste liście i kłosy długie jak psie ogony Ma wysoką wydajność, cierpki smak i powoduje zaparcie. W tamtych czasach twarze wszystkich mieszkańców moich rodzinnych stron, z wyjątkiem tych na stanowiskach powyżej sekretarza lokalnej komórki partii, były koloru zardzewiałego żelaza. Z całej duszy nienawidzę tej hybrydowej odmiany sorga. Hybrydowe sorgo sprawia wrażenie, jakby nigdy nie dojrzewało. Jego szarozielone oczy nigdy się całkiem nie otwierają. Stojąc nad mogiłą drugiej babki, patrzyłem na te przebrzydłe mieszańce, które opanowały ojczyznę czerwonego sorga. Przywłaszczyły sobie nazwę „sorgo”, lecz nie mają ani jego wspaniałej postaci, ani olśniewającej barwy. Tym, czego im brak, jest prawdziwa dusza sorga, jego naturalna elegancja. Brukają czyste powietrze Północno-Wschodniego Gaomi swoimi ponurymi, nijakimi, pociągłymi twarzami.

[…]

Jestem teraz otoczony hybrydowym sorgiem, przez nie oblężony – jego podobne do węży liście owijają moje ciało, ciemnozielona trucizna zatruwa moje myśli, duszę się w okowach, których nie potrafię zrzucić. Nie mogąc uwolnić się od cierpienia, pogrążam się w otchłani rozpaczy. Wtem z najgłębszych zakątków nieogarnionej ziemi dobiega jakiś samotny głos. Wydaje mi się znajomy i obcy jednocześnie, przypomina to głos mojego dziadka, to mojego ojca, to znowu wuja Luohana. Przypomina też głosy mojej babki, drugiej babki i trzeciej babki, dźwięczne i śpiewne. To duchy członków mego klanu, wskazując mi właściwą drogę, zsyłają objawienie: O biedne, słabe dziecko, nieufne i zazdrosne, pełne uprzedzeń, z duszą zamroczoną trującą wódką, idź do Rzeki Czarnej Wody i mocz się w niej przez trzy dni i trzy noce – pamiętaj, ani dnia krócej, ani dnia dłużej – oczyść ciało i ducha. Dopiero potem możesz powrócić do swojego świata. W domenie yang Góry Białego Konia i yin Rzeki Czarnej Wody rośnie źdźbło czystej odmiany czerwonego sorga, które musisz za wszelką cenę odnaleźć. Niosąc je wysoko  nad głową, wkrocz do krainy ciernistych zarośli, rojącej się od dzikich drapieżników. Oto twój talizman, cudowny totem naszego klanu, symbol ducha tradycji Północno-Wschodniego Gaomi!

Mo Yan, Klan czerwonego sorga

Nostalgiczna opowieść chińskiego noblisty Mo Yana przenosi nas w ożywcze czasy międzywojnia dla młodej Republiki Chińskiej i w koleiny kolejnej wojny japońsko-chińskiej z czasów drugiej wojny światowej na wcale nie głuchą prowincję do wsi chińskiej w północno-wschodnim Gaomi może i w połowie drogi pomiędzy Nankinem a Pekinem. To niezwykła saga rodzinna o prostych i zwyczajnych wieśniakach, którzy z czerwonego sorga wyczarowali w swej gorzelni znamienitą wódkę, ale swoje życie częściej prowadzili czy raczej pędzili na granicy prawa parając się pospolitym podówczas bandytyzmem, a w ich rozumieniu poniekąd słuszną obroną własną…



powrót ››