19.02.2022

„Las jest dostojny
jak grobowiec mych oczu
zbolałych od wiecznej
bezsenności życia”
Comte de Lautreamont, Pieśni Maldorora
[…]
Ryby w dalszym ciągu ślizgały się smutno w przytłumionym świetle. W sali panowały taka cisza i ciemność, taki spokój, że Emanuel nie miałby nic przeciwko, by ten stan trwał całą wieczność. Przyjąłby to z rezygnacją, by pozostać jak najdłużej po drugiej stronie brutalnej prawdy, którą być może będzie musiał za kilka minut poznać.
[…]
Emanuel był zdezorientowany, nie bardzo rozumiał. W jednym z kręgów brakowało mu kawałka kości? Ale jak to się stało, że go nie ma? Zapytał lekarza. Kość jest zżarta... zżarta przez mikroby - odparł czarny człowieczek. Zupełnie spróchniała... jak ząb zżarty przez próchnicę. W kręgosłupie? Tak, ma pan zaatakowany kręg w kręgosłupie... „Więc dlaczego jeszcze nie złamałem się wpół, skoro oś, która podtrzymuje całe ciało, jest pęknięta?” - pomyślał Emanuel. Przypomniał sobie, że miał się ubrać, i wstał z niebywałą ostrożnością, podpierając się cały czas o aparaty. W piersi zrobiła mu się taka pustka, że aż słyszał jej dudnienie, wyraźne jak szum muszli przyłożonej do ucha. Serce biło w próżni wzmocnionymi uderzeniami. Czyli jego ciało mogło w każdej chwili złamać się jak zgięte drzewo, jak szmaciana lalka...
[…]
Lekarz zdjął z półki ogromnego Larousse’a [francuskie wydawnictwo wydające atlasy – przyp. aut.] i otworzył go na mapie Francji. O tutaj. Proszę spojrzeć... Tu jest kanał La Manche, a tu, poniżej Boulogne, Berck. Nie ma go na mapie. To mała plaża zagubiona wśród wydm, nadmorskie miasteczko, do którego przyjeżdżają z całego świata chorzy tacy jak pan, żeby się wyleczyć. Muszą leżeć w gipsie, ale prowadzą całkiem normalne życie. Nawet jeżdżą na przejażdżki, leżąc w specjalnych powozach ciągniętych przez konie lub osiołki.
[…]
W ten sposób znalazł się nagle na środku ulicy, w pełnym świetle dnia. Było to jak gwałtowne i ogromne rozciągnięcie się świata. A więc ciągle istniały domy, prawdziwy asfalt i dalekie niebo, zamglone i białe. Opuszczał świat zewnętrzny w takim właśnie świetle i zastawał go teraz takim samym, może tylko bardziej rozległym i pustym oraz zawierającym więcej czystego powietrza i mniej rzeczy niż ciemne izby mieszkania lekarza. Wszystko jednak wydawało się o wiele bardziej smutne i obojętne... Teraz wkraczał w ten świat chory Emanuel, z nadjedzonym kręgiem, nieszczęśnik, na którego drodze domy odsuwały się na bok ze strachu. Szedł miękkim chodnikiem, tak jakby płynął po asfalcie. W tym czasie, gdy siedział zamknięty w gabinecie lekarza, świat dziwnie się rozrzedził. Kontury przedmiotów istniały jeszcze, ale ta cienka nitka, co - jak na rysunku - otacza dom, czyniąc z niego dom, lub wyznacza obrys człowieka, ten kształt, zamykający rzeczy i ludzi, drzewa i psy, ledwie utrzymywał w swoich granicach gotową się rozpaść materię. Wystarczyłoby, aby ktoś oderwał ową nitkę z krawędzi przedmiotów, a te wspaniałe domy, pozbawione swoich form, upłynniłyby się nagle w jednolicie mętnej i szarej materii. On sam był już tylko cielesno-kostną masą podtrzymywaną przez sztywność obrysu.
[…]
Zaczął się rozbierać. Ile to już razy rozbierał się tego dnia? Przypomniała mu się historia o pewnym Angliku, który popełnił samobójstwo, pozostawiwszy list takiej treści: „Zbyt dużo guzików do zapinania i rozpinania przez całe życie”.
[…]
Emanuel był zbyt oszołomiony, aby móc skupić myśli. W samochodzie wyglądał ciągle przez okno, chcąc dojrzeć jakiegoś chorego w powozie, ale żadnego nie zobaczył. Na zakręcie między dwoma rzędami wysokich domów pojawiła się przez chwilę, w głębi, lazurowa, błyszcząca linia oceanu, spoczywająca na piasku jak płonąca szpada. W progu sanatorium czekał na nich dyrektor. Wejście było ozdobione dwiema wielkimi egzotycznymi roślinami. Fajansowe wazony oraz czarny, galowy strój dyrektora i jego białe getry nadawały temu powitaniu bardzo teatralny charakter. Dyrektor pochylił się i uścisnął najpierw dłoń ojca, a później dłoń Emanuela. Miał mocno upudrowane policzki i właśnie wyrzucił niedopałek cygara, które jeszcze przed chwilą palił. Kiedy tak trzymał cygaro w kąciku ust, na twarzy odciskały mu się długie psie zmarszczki, tak że przypominał do złudzenia ubranego w czerwony frak porcelanowego mopsa na popielniczce. „Jaka szkoda, że nie ma fraka” - pomyślał Emanuel. W sanatorium panowała przytłaczająca cisza, jednak korytarze wyglądały jak zwykłe hotelowe korytarze: białe drzwi z kolejnymi numerami. Pokój Emanuela znajdował się na trzecim piętrze. Wjechali na nie wolno windą wydającą ciche, stłumione odgłosy. Dyrektor otworzył drzwi w głębi ciemnego korytarza. Widać było wyraźnie, że to tani pokój. Całe umeblowanie składało się z szafy, stołu i żelaznego łóżka. W kącie stała toaletka z ogromnym niebieskim dzbanem z emaliowanej blachy.
[…]
Emanuel przeleżał w łóżku cały ranek. Ojciec przysunął do niego krzesło i siedząc tak w tym pogrążonym w nieładzie pokoju, przy otwartym oknie, patrzyli na ogromną jasność oceanu. Od horyzontu bił mleczny blask, pokrywający dalekie kontury wydm i cienie domów i zatapiający je w oślepiającej aureoli. Fale szumiały tak blisko, że z sanatorium nie dobiegał żaden odgłos. Tylko co jakiś czas brzęczał gdzieś dzwonek i wtedy podrywali się obaj, wytrąceni na chwilę z błogostanu. W końcu przyszedł sanitariusz, aby go ubrać. Od tej pory miał mu już pomagać codziennie. W ruchach mężczyzny widać było ogromną wprawę: najpierw, gdy Emanuel ciągle leżał, włożył mu powoli spodnie, a następnie koszulę i marynarkę - wolno, bez pośpiechu i w taki sposób, że Emanuel tylko odchylił się nieco w jedną i drugą stronę, by dało się przełożyć rękawy. „Ubiera mnie dokładnie tak, jak się ubiera trupa".
[…]
Wzdłuż ścian, po dwie osoby przy stoliku, leżeli na swych wózkach chorzy. Można to było wziąć za starożytny bankiet z gośćmi leżącymi przy stołach, gdyby zmęczone i blade twarze większości z nich nie pokazywały wyraźnie, że nie są to bynajmniej jowialni biesiadnicy na wesołej uczcie. Jakiż to mroczny umysł złożył z prawdziwych elementów tak straszny, niesamowity i obłędny obraz? W pewnej powieści sensacyjnej jeden pisarz opisał przewrotną i kapryśną królową, która mumifikowała swoich kochanków i trzymała ich trumny w okrągłej sali. Czym jednak była owa mglista wizja w zestawieniu z okrutną rzeczywistością tej jadalni pełnej żywych, a jednak martwych ludzi, zastygłych w nieruchomych pozach, rozciągniętych i zmumifikowanych, choć tętnili ciągle, życiem? Wózek Emanuela postawiono przy jednym ze stołów, obok pensjonariuszki w niebieskiej sukni. W scenach rozgrywających się we śnie najbardziej osobliwe i zdumiewające jest to, że najdziwaczniejsze zdarzenia mają miejsce w znanej i banalnej scenerii. W jadalni elementy snu i rzeczywistości przenikały się do tego stopnia, że przez kilka sekund Emanuel czuł, iż jego świadomość zupełnie się rozpadła. Stała się niesamowicie przejrzysta, a przy tym strasznie ulotna i niepewna. Co się działo? Czy to naprawdę on, Emanuel, był tym ciałem na wózku, pośrodku sali, na której wszyscy współbiesiadnicy leżeli przy stołach ozdobionych bukiecikami kwiatów? Co to wszystko znaczyło? Żył naprawdę? Śnił? W jakim świecie, w jakiej rzeczywistości działo się to wszystko?
[…]
A, to pani Wandeska, Polka, jest w sanatorium od prawie roku. Właściwie już wyzdrowiała, zaczęła nawet chodzić... Miała mocno zaatakowane kolano. Dawno już powinna była wyjechać, ale ciągle zwleka... Dlaczego? - zapytał ciekawie ojciec Emanuela. Hm! Trochę trudno to wytłumaczyć zdrowemu człowiekowi... Kolano ma już zdrowe, ale sztywne, i nie może zginać nogi. Utyka, kiedy chodzi. Wolałaby zostać tutaj, wśród chorych, gdzie wszystkim coś dolega, niż stać się obiektem niezdrowej ciekawości ze strony ludzi zdrowych. Ale nie może, będzie musiała wrócić do rodziny... Uzdrowienie jest równie bezlitosne jak choroba...
[…]
Położyli go brzuchem do dołu, na dwóch złączonych ze sobą stołach. Następnie rozdzielili stoły i Emanuel zawisł w próżni całym środkiem ciała, tworząc w ten sposób kładkę między nimi. W stojących na krzesłach miskach czekał biały proszek, ciepła woda i pasy płótna. Operacja była bardzo prosta: doktor brał po jednym pasku, obtaczał go w gipsie i zanurzał w wodzie, a następnie przykładał na całej jego długości do pleców Emanuela jak kompres. Bach! Raz... Bach! I jeszcze raz! Pasy przyklejały się do żeber, do piersi... do bioder... Przywierały do skóry jak lepkie zwierzęta, żywe i podstępne. Lekarz pracował z szybkością murarza, któremu robota pali się w rękach. Wyciskał ściekający gips otwartą dłonią, uklepywał go lekko i modelował na ciele. Paski padały wiotko jeden po drugim i zamykały Emanuela od szyi po biodra w białej tunice. Faktycznie zaczęło mu się robić cieplej; nie było to ani nieprzyjemne, ani bolesne. Wewnątrz gorsetu przylepiała się do niego letnia, nawet dość przyjemna wilgoć, ale od czasu do czasu strużka wody spływała szybko z ramion na plecy, przejmując go dreszczem delikatnej kaligrafii dotyku. Tył był już gotowy. Gips należało jeszcze pogrubić z przodu, na piersi. Zaczął już zresztą twardnieć.
[…]
I zostawił Emanuela na pastwę wilgoci, samotności i palącej niecierpliwości. Wilgoć stała się przez noc tuniką utkaną z gorączki i koszmarów. Emanuel zasypiał na chwilę i jakby zapadał się w bagnie. Był zimowy dzień, świeciło słońce i śnieg topił się na dachach. Emanuel w kaloszach brodził w wodzie, a ulica była cała zalana słońcem. Słońce! Słońce! Jak kule ognia lecące we wszystkich kierunkach! Sztuczne ognie - ale w dzień, w pełnym świetle, na śniegu! Oślepiające! Tego zawsze pragnął Emanuel: stać w słońcu z dziewczyną, w takim dniu jak ten. Z Solange [była pensjonariuszka sanatorium – przyp. aut.]. Czemu nie. Fiołki mokre jeszcze żyznością gliny. Ależ pachną! Widzisz te dwa białe ptaki latające z dachu na dach? To nasze dusze... Tama i ruina. „Lepiej poczekam w cieniu na słońce i na Solange...” W cieniu wszystko staje się niebieskie. A później bańki... Tak już musi być... Błogość zawsze pochłaniana jest przez cień i bańki... Lodowate, galaretowate bańki...
[…]
Aby być bohaterem, osiągnąć jakiś cel - ciągnął Quitonce [pensjonariusz z Berck – przyp. aut.] z lekkim zmęczeniem w głosie - potrzeba pewnej szczególnej energii i szczególnej woli, niezbędnej do pokonania najróżniejszych trudności. No dobrze, ma je każdy chory. W ciągu roku przeciętny chory zużywa dokładnie tyle energii i woli, ile potrzeba do zdobycia całego imperium... Tyle że jest to czyste marnotrawstwo. Dlatego chorzy mogą być nazwani co najwyżej bohaterami negatywnymi. Każdy z nas jest „tym, który nie był Cezarem”, mimo że spełniał wszystkie warunki, żeby nim być. Rozumiesz? Mieć wszelkie dane ku temu, żeby być Cezarem, i być... chorym. To najbardziej ironiczna forma bohaterstwa. Pocierał ręką twarz jak maskę.
[…]
Następnie Emanuel padał wycieńczony na wznak, z szeroko otwartymi oczami, zagubionymi w niewyraźnym białym niebie, jak w jasności bez znaczenia, pochodzącej z wewnętrznego poczucia spokoju tych chwil. Była to błogość o gorzkim smaku, prosta i trochę brutalna, taka jak Solange. Tak wyglądały ich wędrówki po wydmach. W niektóre popołudnia niebo się rozpogadzało i chmury złociły swoje koronkowe brzegi jak olbrzymie, wydobyte z ziemi artefakty z zachowanymi jeszcze resztkami złota na bokach. Emanuel poganiał konia w kierunku sekretnego miejsca na mostku przed zatoką, skąd zachód słońca widać było w nieskończoności odcieni krwawego kataklizmu. Cofając się, ocean pozostawiał za sobą w zatoce tysiące wypełnionych wodą, wyżłobionych głęboko w piasku bruzd. Zmierzch podpalał je swoją rudością, a wtedy jawiły się one na całej powierzchni niczym sieć krwi i ognia. Można by powiedzieć, że ziemię obdarto w tym miejscu ze skóry, aby odsłonić jej wewnętrzny krwiobieg, straszne płonące arterie, którymi spływały do środka rozpalone złoto i purpura. Była to chwila przeraźliwej, zapierającej dech wspaniałości. Zachodzące w głębi słońce rozlewało ostatnie potoki krwi. Całe powietrze zaćmiewało się nagle jak roztwór o coraz to większym stężeniu, a w jego głębokim błękicie błyszcząca sieć nabierała delikatności i precyzji stalowej konstrukcji, rozciągającej się daleko jak ogromna, dziwaczna metaliczna płaszczyzna.
[…]
Quitonce umarł dwa dni przed Bożym Narodzeniem, zanosząc się od śmiechu. Choroba kpiła sobie z niego do samego końca. Agonia była wybuchem wesołości, tak jak u innych była zazwyczaj pełna jęków i krzyków. Ale jak miał umrzeć Quitonce, który przez całe życie chodził, rzucając nogami jak pajac, jeśli nie w groteskowych konwulsjach? Był to śmiech tak straszny, że jego wybuchy słychać było w nocy aż w pokoju Emanuela. W całym sanatorium rozbrzmiewało ich głuche grobowe echo, jak wycie zwierzęcia; potem przechodziły w przeraźliwe rzężenie. Zaiste był to śmiech cierpiącego pajaca, gorzka radość ściskająca boleśnie serce. Emanuel rozmawiał o tym z lekarzem następnego dnia. Czasami ból się myli - tłumaczył mu doktor Ceriez. Zamiast wywołać krzyk, wywołuje na tym samym odcinku nerwowym napad wesołości... Można by powiedzieć, że jakaś niewidzialna ręka myli przełącznik... Prąd płynie ten sam, ale gdy dociera do końca, zamiast zamienić się w grymas bólu, zamienia się w wybuch śmiechu...
[…]
Chorym zdrowie niepotrzebne - ciągnął Ernest [pensjonariusz z Berck – przyp. aut.] tym samym tonem. Leżą sobie na wózkach, wszędzie ich wożą, jeżdżą na wycieczki powozem... Prawdziwie szczęśliwi, w pełni szczęśliwi... Tak sądzisz? - spytał sceptycznie Emanuel. Oczywiście - odparł Ernest. Bardziej tragiczna jest moja sytuacja. Wyzdrowiałem i wkrótce będę musiał wrócić do normalnego życia. Będę musiał być ciągle zdrowy, podczas gdy na wózku mogłem sobie pozwolić jednego wieczoru na gorączkę, a innego na torsje... Wypił prawie cały kieliszek wina i stał się bardzo gadatliwy. Co ja takiego mogę robić w normalnym życiu? Co zaskakującego, niezwykłego może mnie jeszcze spotkać? Będę mył codziennie zęby, jadł obiad, a wieczorem pił kawę z mlekiem, bez względu na to, czy zdarzy się gdzieś katastrofa kolejowa, czy umrze mi ktoś z rodziny. Ciągle będę mył zęby, siedział przy stole... To ciągle będę ja. Rozumiesz? Rozumiesz, jakim przeraźliwie monotonnym zwierzęciem się stanę? Milczał przez chwilę, a później podjął na nowo: Kto raz został wyrwany z życia i miał wystarczająco dużo czasu i spokoju, aby zadać sobie to jedno zasadnicze pytanie o jego sens - to jedno jedyne pytanie - pozostanie zatruty na zawsze... Oczywiście świat będzie istniał dalej, ale ktoś starł już gąbką z rzeczy ich znaczenie...
[…]
Wiesz, co to jest w medycynie „zabliźniona tkanka”? To ta sina i pomarszczona skóra, która tworzy się na zagojonej ranie. To prawie normalna skóra, tyle że niewrażliwa na zimno, na ciepło i na dotyk... Zamilkła na kilka sekund. Słychać było tylko gwizd czajnika dobiegający przez otwarte drzwi z pokoju guwernantki Następnie podjęła szeptem: Widzisz, serca nas, chorych, tyle już otrzymały w życiu ciosów nożem, że stały się taką właśnie zabliźnioną tkanką... Niewrażliwą na zimno... na ciepło... i na ból... Niewrażliwą, siną i stwardniałą...
[…]
Emanuel odkrywał jej [Solange – przyp. aut.] ciało, podnosząc całą suknię, i całował ją odurzony białością skóry. Na twoim ciele odbywam swoją kąpiel oczyszczającą - mówił, czując całe to plugastwo i pleśń tkwiące pod gipsem. Na jej ciele, w okolicy bioder, rozciągały się świeże, pachnące obszary, jak nagły powiew nowego zapachu na otwartym powietrzu, pochodzący nie wiadomo skąd. Dalej poduszki, na których opierał głowę. Jasna i ciepła łagodność krągłego łona... Delikatna, cienista czasza pępka, do której Emanuel wlewał trochę czystej wody i brzuch stawał się krajobrazem ze studnią pośrodku.
[…]
Emanuel patrzył na obrazy na ścianach. Na tych dwóch rycinach zsyntetyzowana była sytuacja, w jakiej się teraz znajdował. Staruszkiem przygotowującym się do snu był on sam, w samotności willi „Elseneur". Podobnie jak staruszek odcięty od świata, w nieznanym pomieszczeniu, spokojny, sam pośród staromodnych mebli. A obok obraz z polowaniem, od którego zgiełku staruszek zdawał się stronić, odwracając się do niego plecami; obraz ten wyobrażał dokładnie miejski gwar, od którego uciekł Emanuel. Ciężkie zasłony z wiśniowego aksamitu przypominające żałobne chorągwie z zakładów pogrzebowych kołysały się na wietrze. Emanuel zamknął zmęczony oczy. Wszystko odbyło się w cudowny wręcz sposób i między tym rankiem, kiedy spakował swoje rzeczy w hotelowym pokoju, a tą późną popołudniową godziną, kiedy znalazł się na wydmach jako pensjonariusz pani Tils, dzień zupełnie odmienił swoje oblicze, jak gdyby był dniem innego roku i innej pory roku, innej rzeczywistości... Kto by przypuszczał, że w tej kryjówce, zagubionej między falami piasku, znajdował się on, Emanuel, dawny Emanuel? Jakby zmienił swoją tożsamość...
[…]
Rozmawiał często z panią Tils. Opowiadała mu o mężu, z którym przyjechała do Berck, również chorym na gruźlicę kręgosłupa, i który zmarł osiem lat temu, właśnie w willi „Elseneur”. On również lubił samotność wydm, on również pewnego dnia przejeżdżał tędy powozem i zatrzymał się oczarowany przed willą, i nie chciał już mieszkać gdzie indziej. Kupił ją od miasta za bezcen. I on również mieszkał w salonie wychodzącym na morze. To dlatego przyjęłam cię do siebie - powiedziała. - Kiedy zobaczyłam, jak posmutniałeś, że nie możesz tu mieszkać, przypomniałam sobie melancholię mojego męża i jego ogromne pragnienie samotności. Przyjęłam cię przez wzgląd na niego... Przez wzgląd na niego i ponieważ chcę, aby w tym domu, gdzie on odszedł, jakiś młody człowiek odzyskał zdrowie...
[…]
Już od rana zaczęły się w willi „Elseneur" przygotowania do pielgrzymki na cmentarz. Emanuel nie spał dobrze tamtej nocy. Dręczyły go straszne koszmary i ich wspomnienie kładło się jeszcze cieniem na jasności poranka. Cała willa była przesiąknięta ciężkim zapachem lilii i narcyzów, przyniesionych tam już dzień wcześniej. Był to dzień ściśle przestrzeganych rytuałów; również jedzono wtedy bardzo skromnie. Pani Tils leżała zapłakana na łóżku w swoim pokoju na górze i zraszała łzami jedną chusteczkę za drugą. Kucharka wkładała czarny kostium oraz toczek i krzątając się tak po domu, wycierała kurze i podawała herbatę w śmiesznym kapelusiku na czubku głowy, a Irving zakładał psu kaganiec, aby nie szczekał. W powietrzu unosił się mdły, pogrzebowy zapach ogromnych ilości kwiatów poukładanych w bukiety. O dziesiątej wszyscy byli już gotowi do wyjścia. Pojawiła się jednak pewna trudność: cmentarz był daleko i mieli wrócić dopiero późnym popołudniem. Z kim miał zostać Emanuel? Kucharka za żadne skarby nie chciała zrezygnować z udziału w ceremonii. Na próżno Emanuel prosił ją, żeby poszła na cmentarz następnego dnia, przecież nie miało znaczenia, kiedy złoży swój bukiet na grobie. Dzisiaj jest rocznica śmierci pana, a ja miałabym tam iść jutro? Co mu po tym? Co mu po tych kwiatach, jeśli zaniosę je w inny dzień? Tak jakby niewidzialny duch nieboszczyka wyznaczył wszystkim spotkanie na swoim grobie dokładnie w rocznicę śmierci. Każdego innego dnia kwiaty stawały się zbędne, bo ducha już tam nie było.
[…]
Na próżno próbował zamknąć oczy i czekać... Nikt nie może mierzyć upływu czasu własnym pulsem. Rzeczy wokół leżały w rozkładzie i spiekocie. Cała jego szamotanina rozpływała się miękko w rezygnacji długiego, niespoistego dnia. Czuł dobrze, że wytężona uwaga, z jaką wychwytywał najmniejszy hałas na wydmach, niknęła bezużytecznie w parującym, gorącym powietrzu’ Było to dziwne uczucie, niczym wyzwolenie we śnie potężnych sił, które doskonalą się w swej własnej słabości. Krajobraz stał się pusty aż do granic rozpaczy, podczas gdy niecierpliwość kurczyła się w nim coraz bardziej, jak jądro tego irytującego dnia. Patrzył w oszołomieniu szeroko otwartymi oczami przez szybę drzwi na wąską linię błękitnej, oddzielającej piasek granicy, aż zarys wydm załamywał się jak szkło w jasnych, rażących go plamach. „Coś, na co czeka się zbyt niecierpliwie, nigdy się nie spełnia” - pomyślał. „Intensywność czekania odpędza to jak wir wodny, wyrzucający na zewnątrz wszystkie przedmioty, które wpadły w jego obręb... Póki się nie uspokoję, oni nie wrócą...” Ale na próżno próbował się uspokoić.
[…]
Bardzo dobrze cię rozumiem - powiedział głośno, z wyraźną nutą współczucia w głosie. Rozumiem cię, ale to było nieuniknione. Wiem, jak bolesne było nasze rozstanie... I skłamał spokojnie: Zresztą tak samo dla mnie, jak dla ciebie... Ja też to przeżywam, głęboko w ciele, w krwi... Przecież byłaś częścią mnie samego. Pokój rozjaśniło na chwilę światło błyskawicy, chmury tłoczyły się na zewnątrz na czarnym jak smoła niebie, grzmot rozległ się jako nagłe i ogromne rozładowanie parnego powietrza. Upał stał się jeszcze dotkliwszy; czoło Emanuela pokrywały wielkie krople potu; koliste światło abażuru zamykało pokój w hermetycznej i dusznej przestrzeni jak w szklanym kloszu pod wodą. Nasze rozstanie było dla mnie tak samo trudne... tak samo przykre jak dla ciebie - ciągnął. Ale nie chciałem, żeby nasza miłość popadła w rutynę, rozumiesz? Usiłowałem ocalić ją od nieuchronnego utonięcia w banalności. Aby to wszystko, co było tak czyste i niezwykłe, takim pozostało... Tak czyste i niezwykłe – powtórzyła Solange bezwiednie i machnęła ręką przed oczami, jakby chciała przegonić jakiś natrętny obraz, może jakieś wspomnienie. A poza tym - powiedział Emanuel - chciałem tylko przerwać tę miłość, w żadnym wypadku ją zakończyć... Uczynić w niej przerwę... Podczas której skonkretyzowałaby się i okrzepła... To, co mówił, rozbrzmiewało mu w głowie jak jakaś nudna tyrada wypowiadana przez cudze usta. Słuchał tego niemal tylko z grzeczności. Same słowa też wydawały się wycieńczone upałem. Gdzie się to wszystko działo? Najwyraźniej noc spadła wraz z całą swą ohydną, duszącą zawartością w taflę krzywego zwierciadła i upływała teraz w nietrwałym i niepewnym powietrzu po drugiej stronie lustra.
[…]
[paryskie wspomnienia Ernesta po wyjeździe z sanatorium w Bercku]
W końcu znalazłem drzwi prowadzące do reszty mieszkania. Były przykryte tapetą i prawie niewidoczne... Wszedłem do czegoś w rodzaju kuchni ze skromnymi meblami. W misce na stole były jeszcze resztki sałatki. Nawet sobie nie wyobrażasz, Emanuelu, jak dziwne i porzucone wydaje się puste pomieszczenie, w którym odkrywasz ślady ludzkiej obecności... Dojmujące uczucie pustki i osamotnienia i chyba dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że przedmioty osobistego użytku i wnętrza, gdzie ludzie spędzają najważniejsze i najbardziej intymne godziny życia, w gruncie rzeczy nie należą do nikogo... Ludzie tylko przewijają się przez nie - i tyle; tak jak ja przeszedłem teraz przez to nieznane mieszkanie: obojętny i zupełnie niezwiązany z tą masą domowej intymności zalegającej wokół mnie... Wyszedłem niezmiernie smutny, wykonawszy jednak wcześniej zupełnie absurdalny gest, który jako jedyny mógł mnie uwolnić od niezrozumienia rzeczy, w jakim byłem pogrążony. W umeblowanym jak salonik pokoju wisiał na ścianie ogromny obraz w pozłacanej ramie, przedstawiający stojącego, wspartego o szablę oficera. Zatrzymałem się przed nim, przyjąłem przepisową pozycję i zasalutowałem krótko, energicznie, po wojskowemu. Rozumiesz? Był to mój najwyższy hołd złożony temu nieznanemu pomieszczeniu i anonimowemu oficerowi, który jedyny zachowywał w tej przeraźliwej pustce domu pewną rację bytu, opierając się niefrasobliwie o szablę. Salutuję portretom nieznajomych.
[…]
Dopiero teraz rozumiał to, co pewnego dnia powiedział mu Ernest: Są takie chwile, kiedy jest cię „mniej niż samego siebie” i mniej niż czegokolwiek. Mniej niż przedmiotu, na który patrzysz, mniej niż krzesła, niż stołu i niż kawałka drewna. Jesteś pod spodem wszystkich rzeczy, w podziemiach rzeczywistości, pod swoim własnym życiem i pod tym, co się dzieje wokół... Jesteś formą bardziej efemeryczną i bardziej wątłą niż najbardziej elementarna materia nieożywiona. Musiałbyś zdobyć się wówczas na olbrzymi wysiłek, aby zrozumieć prostą bezwładność kamieni, i leżysz unicestwiony, sprowadzony do „mniej niż samego siebie” w niemożności zdobycia się na ten wysiłek.
[…]
Solange podbiegła do niego zdyszana, ledwie znajdując siły, by wyszeptać kilka słów. Zapomnij, Emanuelu - powiedziała. Zapomnij wszystko... a zwłaszcza tamtą straszną noc... Zapomnij to miasto... Zapomnij jego cierpienie... Emanuel leżał bezwładnie przez kilka minut, po czym wsparł się na łokciach i spojrzał przez okno. Miasto majaczyło w oddali niczym tonący, znikający w mroku statek.
Max Blecher, Zabliźnione serca
Powieść nieco zapomnianego rumuńskiego pisarza żydowskiego pochodzenia Maxa Blechera przenosi nas do Francji okresu międzywojnia pierwszej połowy dwudziestego wieku w środowisko pensjonariuszy sanatoryjnych, chorych na powolne biologiczne umieranie. Emanuel, młody student chemii jak również nieuleczalnie chory na gruźlicę kręgosłupa zbyt szybko dorasta do tego, że jedyną wartością człowieczą jest walka o przeżycie nominalnie „dłuższego” dnia, który w jego świadomości za „czarodziejską górę” nigdy już więcej nie zachodzi…