26.02.2022

żadna wina
nie jest zapomniana,
dopóki
pamięta ją sumienie.
[…]
Minąłbym się z prawdą, twierdząc, iż ów uprzejmy pan był człowiekiem mało obytym lub wręcz niemiłym. Należał do tego rodzaju niewymuszenie towarzyskich ludzi, którzy skwapliwie, jak dzieci zbierające znaczki pocztowe, kolekcjonują znajomości i dlatego specjalnie są dumni z każdego egzemplarza swych zbiorów. Dla tego dobrodusznego dziwaka, zdolnego i wykształconego archiwariusza, cała treść życia ograniczała się do skromnej satysfakcji, aby przy różnych nazwiskach, które się od czasu do czasu wymienia w prasie, mógł powiedzieć z zarozumiałą pewnością siebie: „Mój dobry przyjaciel” albo: „Ach, tego właśnie wczoraj spotkałem”, lub „ Mój przyjaciel A. powiedział mi, a mój przyjaciel B. sądzi”, i rzucać tak nazwiskami bez przerwy, aż do ostatniej litery alfabetu.
[…]
Nie poddawajmy się złudzeniom! Gdyby dziś w którymkolwiek kraju wzywano do wojny, choćby wybitnie egzotycznej, w Polinezji czy w jakimś zakątku Afryki – tysiące, setki tysięcy rzuciłyby się do niej, nawet nie wiedząc dokładnie dlaczego i może tylko z chęci ucieczki od siebie samych albo od nieprzyjaznych okoliczności. Faktycznego oporu w stosunku do wojny nie mogę określić wyżej niż zerem. Opór jednostki przeciwko organizacji wymaga o wiele większej odwagi niż poddanie się tłumnej egzaltacji – potrzeba odwagi indywidualnej, ta zaś zanika w naszych czasach rozwijającej się organizacji i zmechanizowania. Podczas wojny spotkałem się wyłącznie ze zjawiskiem odwagi masowej, odwagi w szeregu i gromadzie, a kto bliżej to pojęcie rozpatrzy, ten odkryje dziwne jego składniki. Wiele w nim próżności, wiele lekkomyślności i nawet znudzenia, a przede wszystkim wiele lęku, tak jest, lęku przed pozostaniem w tyle, przed kpinami, przed koniecznością samodzielnego działania, a przede wszystkim lęku przed możliwością znalezienia się w opozycji wobec masowego zapału innych. Większość tych, którzy uchodzili w polu za najodważniejszych, znałem później w cywilu jako nader wątpliwych bohaterów. Owszem – dodał z grzecznym ukłonem w stronę gospodarza – ja sam także nie jestem wyjątkiem.
[…]
Niech mi pan wierzy, to nie puste słowa, jeżeli powiem że przez długie lata nic nie przysporzyło mi tyle cierpienia, ile ten Order Marii Teresy, w ogóle za bardzo wpadający w oczy, jak na moje upodobania. Właściwie – chciałbym być uczciwy – gdy go wówczas na froncie dostałem, przejęty byłem do głębi. Ostatecznie człowiek wychowany został na żołnierza i w szkole kadetów słuchał o tym orderze jak o legendzie, o tym orderze, który nadawany bywa najwyżej dziesięć razy podczas każdej wojny, więc rzeczywiście spada jak gwiazda z nieba. Tak, tak, dla dwudziestoośmioletniego chłopca to wielka rzecz! Stoi się przed frontem, wszyscy patrzą zdumieni, na szyi zabłyszczy człowiekowi nagle coś niby małe słońce, a cesarz – ten majestat, do którego ani się zbliżyć! – ściska mu rękę i winszuje. Ale widzi pan, tego rodzaju odznaczenie miało sens i wartość jedynie w naszym świecie wojskowym, lecz po skończonej wojnie wydawało mi się śmieszne takie paradowanie przez całe życie jako patentowany bohater, ponieważ przez dwadzieścia minut postępowało się istotnie odważnie – nie odważniej zapewne niż dziesięć tysięcy innych – i miało się to tylko szczęście, że się zostało zauważonym, a co jeszcze dziwniejsze, że się powróciło żywym! Już po roku, gdy ludzie wpatrywali się w ten kawałek metalu, a potem przenosili z czcią wzrok na moją twarz, miałem dość tego chodzenia jako żywy pomnik, a przykrość, jaką sprawiało mi to ciągłe wyróżnianie się wśród innych, była jednym z powodów, dla których po zakończeniu wojny przeszedłem tak szybko do cywila.
[…]
Jednym, powiadam, z powodów, ale powód główny był osobisty i to może będzie dla pana bardziej zrozumiałe. Głównym powodem była okoliczność, że ja sam zwątpiłem gruntownie w moje uprawnienia, a w każdym razie we własne bohaterstwo. Przecież wiedziałem lepiej od tych obcych gapiów, że za tym orderem nie kryje się żaden bohater, a nawet stoi zdecydowany nie-bohater, jeden z tych, którzy tylko dlatego z taką zajadłością rzucili się w wir wojny, że chcieli się wyratować z rozpaczliwej sytuacji; raczej dezerterzy od własnej odpowiedzialności niż bohaterowie z poczucia obowiązku. Nie wiem, jak to jest u was – mnie życie w nimbie i aureoli wydaje się nienaturalne i nie do zniesienia, toteż poczułem się lepiej, gdy przestałem obnosić na mundurze moją biografię bohatera. Jeszcze teraz złości mnie, gdy ktoś odkopuje moją biografię bohatera. Dlaczego nie mam się panu przyznać, że wczoraj o mało nie zerwałem się i nie przybiegłem do was, aby wrzasnąć na tego gadułę: „Chwal się kim innym, a nie mną!” Przez cały wieczór dręczyło mnie wspomnienie pańskich oczu pełnych szacunku, a najchętniej – aby zdemaskować tego blagiera – byłbym pana poprosił, żebyś wysłuchał, jakimi drogami doszedłem w ogóle do tego bohaterstwa. Była to historia osobliwa, a mogłaby zaświadczyć, że odwaga jest często odwrotną stroną słabości. Zresztą nie zawahałbym się jeszcze i teraz opowiedzieć jej panu. Wydarzenia sprzed ćwierćwiecza nie bolą już człowieka – od dawna przecież już całkiem innego... Miałby pan czas?
[…]
Cała sprawa zaczęła się od niezręczności, od zupełnie niewinnej omyłki, une gaffe, jak mówią Francuzi. Potem była próba, aby ową niezdarność naprawić; ale gdy się chce zbyt spiesznie naprawić kółko w zegarze, psuje się zazwyczaj cały mechanizm. Nawet dziś, po latach, nie potrafię rozgraniczyć, gdzie kończyła się moja niezręczność, a zaczynała wina. Prawdopodobnie nigdy tego nie odkryję.
[…]
Wyobrażałem go sobie zupełnie inaczej; nie ma wyglądu węgierskiego, wąsatego ziemianina – pan von Kekesfalva jest otyły i ma pulchną twarz zaczerwienioną od wina. Za złotymi okularami widać lekko zamglone i nieco znużone oczy w oprawie szarych woreczków; jego ramiona wydają się trochę pochylone naprzód, głos brzmi cicho, a pokasływanie jeszcze go ścisza; można by pana von Kekesfalva wziąć za uczonego, patrząc na tę wąską, delikatną twarz, zakończoną cienką, białą bródką w klin. Wybitna uprzejmość starego pana dobrze działa na moją niepewność.
[…]
Obok siedzi owa brązowa, żwawa istota, owa ładna siostrzenica [Ilona, siostrzenica niepełnosprawnej Edyty, córki von Kekesfalva – przyp. aut.], która musiała jednak wówczas w cukierni zauważyć moje spojrzenie pełne podziwu, bo uśmiecha się do mnie przyjaźnie jak do dawnego znajomego. Oczy ma jak ziarnka kawy, doprawdy, wydaje się, że coś trzeszczy gdy się śmieje, zupełnie jak trzeszczą przypalone ziarna kawy. Uszy ma czarujące, małe, przeświecające pod gęstymi, czarnymi włosami. „Jak cyklameny w mchu” – robię porównanie. Nagie ramiona są pulchne i gładkie, przy dotknięciu pewno sprawiają wrażenie obranych brzoskwiń.
[…]
Taka to była owa nieszczęsna głupota, od której cała sprawa się zaczęła. Teraz, gdy przypominam sobie spokojnie i z odległości lat ów naiwny okres, a przede wszystkim fatalność, z jaką się zaczął, muszę przyznać, iż wpakowałem się w całe to nieporozumienie właściwie bez żadnej winy. Najmądrzejszemu, najbardziej doświadczonemu mogłaby się przytrafić gafa, że poprosi do tańca kulawą dziewczynę.
[…]
Gdy wreszcie zasnąłem, spałem snem niespokojnym i przerywanym, a pod wpływem lęku umysł mój widocznie gorączkowo pracował nadal, bo natychmiast, ledwie otworzyłem oczy, stanęła przede mną znowu gniewna, dziecięca twarz, zobaczyłem drgające wargi i kurczowo zaciśnięte na stole ręce, usłyszałem stuk spadającego drewna. Domyśliłem się teraz, iż musiały to być jej kule, i napadł mnie dziki strach, że oto nagle otworzą się drzwi i w czarnym fraku, białym gorsie i złotych okularach przyjdzie tu do mnie aż do samego łóżka jej ojciec z kozią bródką. Przerażony zerwałem się, gdy ujrzałem w lustrze moją twarz zroszoną potem ze strachu, miałem chęć wyrżnąć prosto w gębę tego błazna ukrywającego się za błyszczącym szkłem.
[…]
Za wysokim, kamiennym murem stał długi piętrowy budynek w stylu późnego baroku, według staro-austriackiej mody pomalowany na żółto; okiennice były zielone. Oddzielone podwórzem cisnęły się do siebie inne, mniejsze budynki, widocznie służbowe lub przeznaczone dla administracji i na stajnie, a dochodzące aż do dużego parku, którego podczas poprzedniej wizyty nie zauważyłem. Dopiero teraz dostrzegłem przez tak zwane „wole oczy”, owalne luki w mocnym murze, że ów pałac Kekesfalvów wcale nie jest modną willą, jak przypuszczałem sądząc po urządzeniu wewnątrz, ale typowym, prawdziwym ziemiańskim dworem, szlacheckim gniazdem starej daty, jakich wiele widywałem w Czechach i na manewrach, gdy mijaliśmy je konno. Zwracała tylko uwagę dziwaczna, czworokątna wieża, trochę przypominająca swym kształtem włoską campanillę, dość wysoka, stanowiąca może pozostałość zamku, który tu stał przed wiekami. Przypomniałem sobie dopiero teraz, że z placu ćwiczeń często widywałem dziwną wieżę, ale myślałem, że jest to wieża kościelna. Teraz zobaczyłem, że nie ma na niej tradycyjnej kopuły, a dziwaczna bryła kryta jest płaskim dachem, służącym zapewne jako taras lub obserwatorium. Im więcej przekonywałem się o starożytności i pańskości tej szlacheckiej siedziby, tym przykrzej mi się robiło, że właśnie tutaj, gdzie z pewnością bardzo zważają na formy, zadebiutowałem tak idiotycznie!
[…]
Całymi godzinami mogę [mówi Edyta Kekesfalva – przyp. aut.] patrzeć, jak tańczą... inni. Mogę tak się przyglądać, że czuję każdy cudzy ruch we własnym ciele... naprawdę, każdy ruch. Wtedy nie tańczy tamten, ale ja, ja – ja się kręcę, ja się nachylam, ja poddaję się prowadzącemu, ja wiruję... Ach, jakaż ja potrafię być niemądra, wcale pan tego nie przypuszcza. Dawniej, kiedy byłam dzieckiem, tańczyłam doskonale i bardzo chętnie... a teraz, jeżeli mi się coś śni, to zawsze o tańcu. Może to brzmi niemądrze, ale zawsze we śnie tańczę, a dla tatusia może to i lepiej, że to się stało, bo byłabym uciekła z domu i kształciła się na tancerkę. Nic mnie tak nie pasjonuje, a myślę, że musi to być wspaniałe uczucie, gdy się tak własnym ciałem, każdym ruchem, całą sobą co wieczór ludzi zachwyca, podnosi. To musi być wspaniałe. Żeby pan wiedział, jaka jestem na tym punkcie zwariowana! Pokażę panu, zbieram wszystkie fotografie wielkich artystek. Mam wszystkie – i wspaniałą Pawłową, i Karsawinę.
[…]
Oczywiście w tej samej chwili, gdy napadło mnie dziwne to zahamowanie, wiedziałem, iż tego rodzaju samobiczowanie jest głupie i bezcelowe. Wiedziałem, że nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności, tylko dlatego, że komuś innemu nie dane jest takie szczęście, tylko dlatego, że ktoś inny jest nieszczęśliwy. Wiedziałem, że w każdej chwili, gdy śmiejemy się i gadamy głupie dowcipy, gdzieś jakiś chory rzęzi i umiera w swym łóżku, że za tysiącami okien czai się nędza i głodują ludzie, że istnieją szpitale, kamieniołomy i kopalnie węgla, że w fabrykach, urzędach i więzieniach niezliczona ilość ludzi wprzęgnięta jest do ciężkich robót, a żadnemu nie będzie przez to lżej, gdy jeszcze inni bezsensownie będą się męczyli. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby ktoś zaczął wspominać całą nędzę świata, przestałby spać, a śmiech zamarłby mu na ustach. A jednak wyimaginowane cierpienia nie wywierają na człowieku tak druzgocącego wrażenia. To sprawy naocznie widziane i oglądane współczującymi oczami najbardziej wstrząsają duszą. Z bliska i namacalnie niby wizję, ujrzałem nagle wśród mego rozkosznego poczucia lekkości bladą i wykrzywioną twarz, gdy chora wlokła się o kulach przez salę... Usłyszałem stuk, szczęk i zgrzyt ukrytej maszynerii na powykręcanych stawach; właśnie wówczas, przerażony, nie namyślając się i nie zastanawiając ściągnąłem cugle. Nic nie pomogło, że sobie mówiłem: „Komu przyjdzie coś z tego, że zamiast porywającego, podniecającego galopu przejdę w ciężki kłus?” W jakieś miejsce mego serca, w pobliżu sumienia uderzył cios. Nie miałem już odwagi, aby pełnią sił, swobodnie i zdrowo cieszyć się swym ciałem. Powoli, sennie poczłapaliśmy na plac ćwiczeń; dopiero gdy pałac zniknął nam całkowicie z pola widzenia, otrząsnąłem się powtarzając sobie: „Głupstwo! Precz z tymi głupimi sentymentami!” I zakomenderowałem: „Naaaaprzód! Gaaaalop!”
[…]
Ilona zwierzyła mi się zaraz w pierwszych dniach naszej znajomości, że od dwóch lat zaręczona jest z pomocnikiem rejenta, panem Beckeretem, i czeka tylko na poprawę lub powrót do zdrowia Edyty, aby wyjść za mąż. Domyśliłem się, że Kekesfalva obiecał ubogiej krewnej posag, jeżeli do tego czasu pozostanie przy jego córce. A zresztą, jakaż byłaby to perfidia, jak brutalność, gdybyśmy za plecami tej wzruszającej, a bezwładnie przykutej do fotela naszej towarzyszki wymieniali całusy lub drobne pieszczoty bez prawdziwej miłości! Bardzo prędko więc ustał ten początkowy zmysłowy urok, a cała moja tkliwość skierowała się w jak najszczerszy sposób ku tamtej, bezradnej i pokrzywdzonej, gdyż w tajemniczej chemii uczuć litość dla chorego wiąże się niewidzialnie z czułością. Siedziałem przy sparaliżowanej, rozweselałem ją rozmową, uspokajałem jej wąskie, niespokojne wargi uśmiechem, a niekiedy – gdy poddając się jakiemuś gwałtownemu kaprysowi niecierpliwiła się – samym ujęciem za rękę wywoływałem zawstydzoną uległość wraz z wdzięcznym spojrzeniem szarych oczu.
[…]
Od czasu, gdy dzięki bezwładnej dziewczynie pojąłem mękę bezsiły, każda brutalność wywoływała we mnie nienawiść, a każda bezradność chęć pomocy. Mnóstwo drobiazgów, których dotychczas nie dostrzegałem, zauważyłem nagle od chwili, gdy mi przypadek wpuścił do oczu gorącą kroplę współczucia; były to może zwykłe drobne sprawy, ale z każdej płynął ku mnie wstrząs i naprężenie. Zwróciło na przykład moją uwagę, że właścicielka sklepu z tytoniem, u której kupowałem papierosy, zbliżała podane sobie monety zastanawiająco blisko do swych okrągłych okularów. Zaniepokoiło mnie podejrzenie, czy staruszce nie grozi katarakta, i postanowiłem wypytać ją jutro ostrożnie, a może nawet poprosić doktora Goldbauma, pułkowego lekarza, aby ją zbadał. Dostrzegłem też, że jednoroczniacy w ostatnich czasach ostentacyjnie unikali małego rudowłosego K., i przypomniałem sobie, że gazety podały, jakoby jego wuj (cóż winien biedny chłopiec?) został za jakieś malwersacje osadzony w więzieniu. Umyślnie przysiadłem się podczas obiadu do niego i nawiązałem z nim długą rozmowę, orientując się natychmiast po jego wdzięcznym spojrzeniu, że zrozumiał, iż robię to tylko dlatego, aby pokazać innym, jak niesprawiedliwie i ordynarnie względem niego postępują. Pewnego razu wybłagałem darowanie kary jednemu z żołnierzy i w ten sposób przy pomocy coraz innych, coraz nowych prób rozkoszowałem się odkrytą tak nagle chęcią pomagania. Powiedziałem sobie: „Od dzisiaj będę pomagał, ile zdołam, i to każdemu! Nie będę już tak gnuśny i obojętny! Wznosić się przez ofiarowanie siebie, wzbogacać się przez braterskie jednoczenie się w cierpieniu, rozumienie każdego bólu przez pryzmat współczucia i zapobieganie mu w miarę możności!” A moje zdziwione serce aż drżało z wdzięczności dla chorej biedaczki, którą niegdyś bezwiednie zraniłem, a która przez swe cierpienia nauczyła mnie twórczej magii współczucia.
[…]
Po raz pierwszy zrozumiałem, że prawdziwe współczucie nie da się włączać i wyłączać jak kontakt elektryczny, i że każdemu, kto bierze udział w cudzym losie, częściowo zostaje odebrana jego własna wolność.
[…]
Biedne, skrępowane stworzenie – znowu uczułem od wewnątrz napływ ciepła, owego boleśnie wyczerpującego, a zarazem okrutnie podniecającego wzlotu współczucia, które zawsze mnie ogarniało, gdy myślałem o jej nieszczęściu. Aż mi ręce drżały z chęci, by delikatnie pogłaskać ją po ramieniu, schylić się nad nią i uszczknąć z jej warg uśmiech, gdy się obudzi i pozna mnie. Potrzeba tkliwości, mimo woli wiążąca się stale z gorącym współczuciem, gdy na dziewczynę spojrzałem lub gdy o niej pomyślałem, kazała mi się do niej zbliżyć. Aby tylko nie spłoszyć snu, który odrywa ją od niej samej, od namacalnej rzeczywistości! Właśnie to jest tak błogie, że można czuć się serdecznie bliskim choremu, który śpi, kiedy wszelkie lęki są w nim poskromione, kiedy zapomniał o swym kalectwie, kiedy na jego rozchylonych wargach osiada uśmiech jak motyl na chwiejącym liściu, uśmiech obcy i wcale do niego nie należący, który przy pierwszym przebudzeniu natychmiast lękliwie pierzcha.
[…]
Nie jestem tak głupia, jak wszyscy myślicie, i doskonale mogę znieść szczerość. Wie pan, przed paru dniami przyjęliśmy nową kobietę, Czeszkę, do służby; dawna służąca umarła, a ta nowa zaraz pierwszego dnia – nikt jej tego nie powiedział – zauważyła, że wlokę się o kulach do mego fotela. Z przerażenia upuściła szczotkę do szorowania i wrzasnęła na cały głos: „O Jezu, co za nieszczęście, co za nieszczęście! Taka bogata, taka elegancka panienka... i kaleka!” Ilona rzuciła się na tę prawdomówną kobietę jak szalona i chciała biedaczkę natychmiast zwolnić ze służby. Ale mnie, mnie to ucieszyło, mnie dobrze zrobiło to jej przerażenie, bo było szczere, ludzkie, bo rzeczywiście można się przerazić, gdy się nieprzygotowanym zobaczy taką rzecz. Zaraz dałam jej dziesięć koron, a ona pobiegła do kościoła, żeby się za mnie pomodlić... Przez cały dzień cieszyłam się, faktycznie cieszyłam się, że wiem nareszcie, co obcy człowiek naprawdę o mnie myśli, gdy widzi mnie po raz pierwszy... Ale wy... wy myślicie, w waszej bezrozumnej delikatności, że musicie mnie „oszczędzać”, i sądzicie, że ta wasza przeklęta życzliwość dobrze mi robi. Czy myślicie, że nie mam oczu?
[…]
Tak, niełatwo wytłumaczyć na poczekaniu, co się w niej zmieniło. Niełatwo, bo cała ta sprawa leży gdzieś na dolnej albo górnej peryferii wytłumaczalnego. Ale jeżeli przypuszczałem początkowo, że obcy doktor wmieszał mi się do leczenia – nie, już teraz tego nie przypuszczam, panie Kekesfalva, przysięgam panu, że nie! – to dlatego, że dziś po raz pierwszy coś między mną [doktorem Condorem – przyp. aut.] a Edytą źle funkcjonowało; nie było normalnego kontaktu... Niech pan poczeka... może zdołam to wyrazić jaśniej. Otóż podczas dłuższego leczenia powstaje nieodzownie między lekarzem a pacjentem pewien kontakt... Może nazwanie tego stosunku kontaktem jest już zbyt dosadne, gdyż ostatecznie kontakt oznacza coś cielesnego, jakiś dotyk. W tego rodzaju stosunku zaufanie przedziwnie łączy się z nieufnością, jedno walczy z drugim: przyciąganie i odpychanie, a oczywiście zmienia się to za każdym razem; do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Niekiedy doktor wydaje się pacjentowi inny, a niekiedy pacjent doktorowi, niekiedy rozumieją się samym spojrzeniem, a niekiedy mówią różnymi językami...
[…]
Wie pan, najcięższą sprawą w naszym zawodzie wcale nie są chorzy, bo człowiek nauczy się wreszcie obchodzić z nimi i przyswaja sobie technikę w tym zakresie. A ostatecznie, jeżeli pacjenci skarżą się, pytają i nalegają, należy to po prostu do ich stanu – jak gorączka lub ból głowy. Liczymy z góry na ich niecierpliwość, jesteśmy przeciwko temu uzbrojeni i na to przygotowani, a każdy z nas ma w pogotowiu uspokajające słówka oraz blagi, tak samo jak środki nasenne i uśmierzające krople. Nikt jednak tak nam życia nie utrudnia jak rodzina, jak krewni, którzy nieproszeni wtłaczają się między lekarza a pacjenta i stale chcą wiedzieć „całą prawdę”. Zachowują się, jak gdyby w danej chwili tylko ten jeden jedyny człowiek na świecie był chory i tylko o tego jedynego trzeba się było troszczyć. Naprawdę nie biorę Kekesfalvie za złe tego wypytywania, ale, wie pan, gdy niecierpliwość staje się chroniczna, wówczas cierpliwość łatwo opuścić może człowieka. Sto razy mu wyjaśniałem, że mam teraz w mieście ciężki przypadek, w którym chodzi o śmierć lub życie. A chociaż wie o tym, telefonuje dzień w dzień i błaga, i nalega, i chce przemocą zdobyć nadzieję.
[…]
W takim razie rzeczywiście nie mógł pan tego zaobserwować. Ale ja, znając go od lat, przeraziłem się dziś nie na żarty, gdy przypadkiem spojrzałem na jego [Kekesfalva – przyp. aut.] ręce. Nie zauważył pan, jakie są przezroczyste i kościste? Wie pan, gdy się widziało mnóstwo rąk nieboszczyków, wówczas pewien charakterystyczny, sinawy odcień na ręku żywego człowieka zawsze sprawia przykre wrażenie. A poza tym... jego pobudliwość wcale mi się nie podoba. Najmniejsze uczucie napełnia mu oczy łzami, przy najmniejszym niepokoju twarz mu blednie. Tego rodzaju poddawanie się wrażeniom u mężczyzn, których znało się dawniej jako zapobiegliwych i energicznych, musi zastanawiać. Niestety, gdy ludzie mocni nagle miękną, nie oznacza to nic dobrego, a jeżeli w ogóle stają się nagle dobrzy... nie, to mi się wcale nie podoba.
[…]
Wpatrywał się [Kekesfalva – przyp. aut.] w siebie , widząc za szkłami okularów własne trwożliwie rozwarte oczy, i nagle przypomniał sobie tamte, niedawno oglądane, „Człowiek powinien mieć właśnie takie oczy – pomyślał wzruszony – nie takie w czerwonych obwódkach, chciwe i nerwowe! Powinno się mieć oczy niebieskie, błyszczące, uduchowione wewnętrzną wiarą. (Matka tak czasem patrzała, przypominał sobie, w piątkowe wieczory...). Tak, takim człowiekiem powinno się być; raczej niech mnie oszukują, niż żebym ja miał oszukiwać – powinno się być przyzwoitym, ufnym, prostym. I tylko takiemu Bóg błogosławi. Wszystkie moje mądrości – rozmyślał – nie uszczęśliwiły mnie; jestem zdruzgotanym, zapędzonym człowiekiem”. I poszedł dalej ulicą; poszedł obcy samemu sobie, a nigdy w życiu nie czuł się tak biedny jak właśnie w owym dniu swego największego triumfu [ nabycia przez oszustwo pałacu prawdziwej rodziny szlachecko-ziemiańskiej – przyp. aut.].
[…]
Uleczalne czy nieuleczalne, czarne czy białe. Jak gdyby to było takie proste! Dwóch tych słów „zdrowy” i „chory” powinien przyzwoity, sumienny lekarz [jak mówi doktor Condor – przyp. aut.] w ogóle nie wymawiać, bo gdzież zaczyna się choroba, a gdzie kończy się zdrowie? A cóż tu mówić o „uleczalnym” i „nieuleczalnym”! Naturalnie oba te wyrażenia są w stałym użyciu i nie można się bez nich w praktyce obejść. Ale nigdy nie zmusi mnie pan do wypowiedzenia słowa „nieuleczalny”. Mnie nigdy! Wiem, że najmędrszy człowiek ubiegłego stulecia, Nietzsche, napisał straszliwe słowa: „Nie powinno się czynić wysiłków, aby leczyć chorych nieuleczalnie”, lecz jest to właściwie najobłędniejsze zdanie wśród wszystkich innych paradoksalnych i niebezpiecznych, jakie dał nam do rozwiązania. Właśnie przeciwne stanowisko jest słuszne i twierdzę dlatego, że właśnie leczyć należy nieuleczalnie chorych, i nawet jeszcze więcej – jedynie w wypadku tak zwanej nieuleczalności lekarz może okazać swą umiejętność. Lekarz, który akceptuje z góry pojęcie nieuleczalności, dezerteruje przed swym właściwym zadaniem, kapituluje przed bitwą. […] Przypomina to też filozofa, który po raz dziewięćdziesiąty dziewiąty tłumaczy sprawę od dawna znaną, zamiast wgłębiać się w Nieznane, w zawiłość nierozwiązalną. Nieuleczalny! Nie jest to pojęcie absolutne, lecz względne; przypadki nieuleczalne są dla medycyny – jako dla wiedzy stale kroczącej naprzód – jedynie czymś chwilowym w naszych czasach, wobec poziomu nauki, a więc w zakresie naszej ograniczonej, ciasnej perspektywy... żaby! Ale nie chodzi tu przecież o chwilę obecną. W stu wypadkach, w jakich nie mamy jeszcze dzisiaj możliwości leczenia, nasza wiedza, pędząca w szalonym tempie może znaleźć terapię jutro lub pojutrze. Niechże więc pan łaskawie zapamięta – powiedział to z takim niezadowoleniem, jak gdybym go obraził – że dla mnie choroby nieuleczalne nie istnieją, że z zasady nie odstępuję żadnego chorego i że nikt nigdy nie zmusi mnie do wypowiedzenia słowa „nieuleczalny”. Mógłbym w ostateczności, w wypadku rozpaczliwym, nazwać chorobę „jeszcze nieuleczalną”, a więc nieuleczalną według stanu naszej dzisiejszej wiedzy.
[…]
Naturalnie, że Edyta czuje się lepiej! Każda kuracja, czy to będą cytryny do jedzenia, czy mleko do picia, czy woda zimna, czy gorąca, sprowadza zrazu niektóre zmiany w organizmie, dając nowe podrażnienia, które chorzy, nastrojeni zawsze optymistycznie, uważają za poprawę. Ta pewnego rodzaju autosugestia jest naszym najlepszym pomocnikiem, pomaga nawet największym osłom wśród lekarzy. Lecz jest w tym pewne „ale”: gdy podnieta nowości stępieje, nadchodzi reakcja, a wówczas trzeba jak najszybciej terapię zmienić i znaleźć nową. Tego rodzaju oszustwami manipulujemy nieraz w rozpaczliwych przypadkach tak długo, aż niespodzianie trafia się niekiedy na metodę właściwą, na dobrą. Nie, bez komplementów, sam wiem najlepiej, jak mało dotąd Edycie pomogłem! Wszystko, czegokolwiek próbowałem – niech się pan nie łudzi! – wszystkie te zawracania głowy z elektryzowaniem i masowaniem nie polepszyły jej stanu w rzeczywistym znaczeniu tego słowa.
[…]
Bardzo żałuję – medycyna nic nie ma wspólnego z moralnością, bo każda choroba jest w swej istocie objawem anarchii, rewoltą przeciwko naturze, a dlatego wolno przeciwko niej wyzyskać wszystkie środki, wszystkie. Nie, nie wolno litować się nad chorym, bo chory jest ponad prawem, obalając porządek rzeczy, a właśnie dla przywrócenia owego porządku i dla uzdrowienia pacjenta trzeba, jak przy każdej rewolcie, chwytać się środków bezwzględnych. Trzeba korzystać ze wszystkiego, co się nawinie pod rękę, gdyż przez samą dobroć i prawdę ani ludzkość, ani nawet jeden jedyny człowiek nie został jeszcze uleczony. Jeżeli oszustwo pomaga, to nie jest już ono nędznym oszustwem, lecz pierwszorzędnym medykamentem, a dopóki w danym przypadku nie mogę pomóc faktycznie, muszę dokładać starań, aby co najmniej przynieść ulgę. A i to również, panie poruczniku [Hofmiller, główny bohater opowieści – przyp. aut.], nie jest łatwą sprawą: niełatwo wynajdywać przez pięć lat coraz coś nowego, zwłaszcza wówczas, gdy się już samemu powątpiewa we własną umiejętność.
[…]
Z początku litość jest dobrodziejstwem dla chorego, jak morfina, środkiem leczniczym, środkiem pomocniczym, lecz gdy się jej nie potrafi dozować i przerwać we właściwym czasie, staje się zabójczą trucizną. Pierwsze zastrzyki sprowadzają ulgę, uspokajają, paraliżują ból. Lecz organizm ludzki, zarówno ciało, jak dusza, posiada na nieszczęście dziwną siłę przystosowywania się. Jak nerwom potrzeba coraz więcej morfiny, tak uczucie wymaga coraz większej litości, a wreszcie tyle, ile w ogóle dać nie można. I przychodzi nieunikniona chwila, gdy trzeba powiedzieć ,,nie” i nie wolno się zastanawiać, czy za tę odmowę nie będziemy bardziej znienawidzeni, niż gdybyśmy nie pomogli wcale. Tak, kochany panie poruczniku, litość należy mocno trzymać w karbach, aby nie narobiła gorszych szkód niż wszelka obojętność. Wiemy o tym dobrze my, doktorzy, wiedzą o tym sędziowie, i komornicy, i właściciele lombardów. Gdyby chcieli powodować się wyłącznie litością, świat nasz stanąłby w swym rozwoju. Litość to niebezpieczna rzecz, niebezpieczna! Sam pan widzi, co narobiła pańska słabość.
[…]
Przeczytałem niezbyt uważnie początkową bajkę o Szeherezadzie i królu, machinalnie przebiegając oczami coraz dalsze rozdziały. Nagle przestraszyłem się – trafiłem na ową dziwną bajkę o młodzieńcu, który ujrzał na drodze sparaliżowanego starca. Na słowo „sparaliżowany” drgnęło coś we mnie jakby pod wpływem nagłego bólu; skutkiem niespodziewanej asocjacji któryś nerw dotknięty został piekącym ogniem. Sparaliżowany starzec z bajki wołał do młodzieńca z rozpaczą, iż nie może chodzić, i prosi, aby go wziął na plecy i poniósł; młody człowiek z litości („Znów z litości, głupcze, po co ci ta litość?” – pomyślałem), schyla się z całą gotowością i bierze starca na ramiona. Lecz ów pozornie bezradny kaleka jest złym duchem, niegodziwym czarownikiem; dostawszy się na plecy młodzieńca niespodziewanie ściska szyję swego dobroczyńcy nagimi, owłosionymi udami, nie dając się zrzucić. W okrutny sposób zmusza swego obrońcę do pełnienia roli wierzchowca, nie ma dla niego żadnych względów, popędza nielitościwie człowieka, który mu litość okazał, i nie daję mu chwili wytchnienia. Nieborak musi nieść swego dręczyciela tam, gdzie tamten żąda, i nie ma odtąd własnej woli. Staje się jego rumakiem, staje się niewolnikiem łotra, a chociaż kolana mu drżą i wargi wyschły z pragnienia, musi teraz jako ofiara swej litości biec coraz dalej i dalej, dźwigając na sobie niegodziwego, podstępnego starca, niby własny nieuchronny los.
[…]
Gdy owej nocy na ławce w ogrodzie przedstawiłem Kekesfalvie wyzdrowienie jego dziecka jako sprawę najbliższej przyszłości, moja przesada wypływała jedynie z litości, z chęci uniknięcia prawdy, powstała bez mej woli, a nawet wbrew niej – nie była świadomym omamieniem, lecz pospolitym oszustwem. Lecz od chwili obecnej, gdy wiedziałem, iż bliskiego wyzdrowienia nie można się spodziewać, musiałem udawać, udawać chłodno, wytrwale, z wyrachowaniem i cierpliwie, musiałem z nieprzeniknioną twarzą i pewnym głosem kłamać jak wytrawny przestępca, który przez tygodnie i miesiące z całym wyrachowaniem obmyśla każdy szczegół swej zbrodni i swej obrony. Po raz pierwszy zacząłem rozumieć, że winę za najgorsze na świecie sprawy ponosi nie tylko zło i brutalność, lecz prawie zawsze słabość.
[…]
A więc to było to! To była więc tajemnica, która zbyt późno odsłoniła niepokój i niezrozumiałą dla mnie agresywność Edyty. Przerażenie moje było bezgraniczne. Czułem się jak człowiek, który bez złej myśli pochyla się nad kwiatem, a na którego niespodzianie wyskakuje zeń żmija. Gdyby mnie ta wrażliwa dziewczyna uderzyła, zwymyślała, opluła, nie przeraziłoby mnie to tak, zawsze bowiem byłem przygotowany na niepoczytalne wybryki jej rozigranych nerwów! Tylko tego jednego – że ta chora, ta nieszczęsna istota może kochać i chce być kochana, nie, tego się nie spodziewałem! Nie przypuszczałem, że dziecko, podlotek, niedorosłe i bezsilne stworzenie odważy się (nie mogę tego inaczej nazwać) kochać i pożądać świadomą i zmysłową miłością prawdziwej kobiety. Przewidywałem wszystko, lecz nie pomyślałem o jednym – że dotknięta przez los dziewczyna, nie mająca dość siły, by unieść własne ciało, może zamarzyć o człowieku kochającym, o ukochanym, że tak całkowicie mnie nie zrozumiała, mnie, który przecież wyłącznie z litości tu bywałem.
[…]
Zbliżył się do niewidomej [do swej żony – przyp. aut.] i łagodnie przesunął ręką po jej siwych, zwichrzonych włosach. Pod jego dotykiem zmienił się całkowicie wyraz jej twarzy. Lęk, który przed chwilą wykrzywiał jej duże, ciężkie usta, ustąpił pod wpływem tej lekkiej pieszczoty i zaledwie wyczuła jego bliskość, ślepa zwróciła się do niego bezradnie, zawstydzona, z uśmiechem nieomal narzeczeńskim. Jej kanciaste czoło zajaśniało czysto i jasno w refleksie światła. Nie potrafię opisać tego wyrazu nagłego upojenia i pewności po tak gwałtownym wybuchu. Pod wpływem szczęścia, że czuje obecność męża, widocznie zapomniała o mnie zupełnie. Jej ręka jakby magnetycznie pociągana wyprostowała się w powietrzu i szukające palce natrafiwszy na marynarkę doktora zaczęły głaskać jego ramię. Rozumiejąc, że całe jej ciało szuka jego bliskości, Condor przysunął się do niej, a niewidoma przytuliła się do niego jak człowiek całkowicie wyczerpany, szukający odpoczynku.
[…]
Czy pan pamięta, jak po zbadaniu jej spytałem ojca, czy ktoś inny nie zajął się leczeniem Edyty? Zastanowiło mnie nagłe, a niecierpliwe pragnienie, by jak najprędzej wyzdrowieć. Wyczułem więc zupełnie dobrze, że ktoś obcy wmieszał się w tę sprawę, ale naiwnie sądziłem, że to może jakiś cyrulik albo magnetyzer, jakiś szarlatan przewrócił jej w głowie. Nie pomyślałem tylko o rzeczy najprostszej, o najlogiczniejszej, o tym, co jasne było jak na dłoni. Przecież miłość u dorastających dziewcząt jest sprawą niemal ich organizmu [i motorem napędowym dalszej kuracji – przyp. aut.]. Przekleństwo tylko, że musiało się to zdarzyć właśnie teraz i że przyszło tak gwałtownie! O Boże, biedne dziecko!
[…]
Głos, jakim mówiła, był inny, był jak gdyby dorosły. Inne też miała oczy, znikło spojrzenie zaniepokojonego dziecka lub szarpiący i pożądliwy wzrok osoby chorej. Czułem, że kocha mnie dziś inną [narzeczeńską – przyp. aut.] miłością, że nie jest to ani poprzednie rozigranie, ani uczucie udręczone pożądliwością ostatnich dni. I ja również inaczej na nią patrzyłem; nie była to litość dla jej nieszczęścia, nie potrzebowałem już postępować bojaźliwie i ostrożnie, mogłem być serdeczny i szczery. Sam nie wiedząc dlaczego, uczułem po raz pierwszy prawdziwą czułość dla tej delikatnej dziewczyny, rozjaśnionej przebłyskiem wyśnionego szczęścia. Nie zdając sobie sprawy ze swego postępowania i nie chcąc go sobie uświadomić, przysunąłem się do niej i ująłem ją za rękę, która pod mym dotknięciem nie zadrżała dziś zmysłowo jak wówczas. Czułem w mej dłoni spoczywającą spokojnie i zezwalającą na uścisk chłodną, wąską rękę, a z radością skonstatowałem, jak równo bił w niej drobny młoteczek pulsu.
[…]
Nie spojrzałem na pierścionek; wziąłem jej rękę i podniosłem do ust. Czułem się owego wieczora Bogiem! Stworzyłem świat i oto pełen był dobroci i sprawiedliwości. Stworzyłem człowieka, którego czoło jaśniało jak poranek i w którego oczach odbijała się tęcza szczęścia. Zastawiłem stół bogactwem i obfitością, wyczarowałem owoce, wino i potrawy. Rozjaśniłem dom i zapaliłem światło w sercach człowieczych. W kieliszkach odbijało się słońce żyrandola, biały adamaszek śnieżyście błyszczał, ja zaś czułem się dumny, że ludzie kochają światło promieniejące ze mnie. Brałem ową miłość i upajałem się nią do woli. Podawano mi wino, które wychylałem kieliszek po kieliszku. Podawano mi owoce i potrawy, ja zaś cieszyłem się ich smakiem. Okazywano mi cześć i wdzięczność – ja zaś przyjmowałem je niby należny mi hołd.
[…]
Zagryzła wargi, wysunęła przed siebie jedną nogę i powoli przyciągnęła do niej drugą; gwałtowne, krótkie poruszenia jej ciała przypominały ruch marionetki. Ale mimo to szła. Szła! Szła z szeroko otwartymi oczami, wlepionymi we mnie, szła, jak gdyby ciągnąc się na niewidzialnym drucie, z zębami wbitymi w wargi, z kurczowo wykrzywioną twarzą. Szła podrywając się jak łódź na fali podczas burzy, ale szła, szła po raz pierwszy samodzielnie bez kul i bez pomocy – cud woli obudził jej martwe nogi! Żaden lekarz nie umiał mi potem nigdy wytłumaczyć, jakim sposobem sparaliżowana chora zdołała ten jeden jedyny raz wyrwać swe bezwładne nogi z drętwoty i bezruchu. Ja również nie potrafię opisać, jak to się stało, bo wszyscy jak skamieniali patrzyliśmy bez słowa w jej ekstatyczne oczy. Nawet Ilona zapomniała pospieszyć za nią i chorą podeprzeć. A Edyta zrobiła kilka chwiejnych kroków, jak gdyby ją popychał wewnętrzny wicher. Nie był to chód, lecz jakby lot tuż nad ziemią, niepewne, rozpaczliwe podlatywanie ptaka o przyciętych skrzydłach. Lecz wola, ten demon serca, pchała ją naprzód. Już była blisko, już z triumfem dokonanego czynu wyciągała do mnie tęskne ramiona utrzymujące dotąd, niby lotki, równowagę, a naprężone rysy jej twarzy rozjaśniły się w uśmiechu nadludzkiego uszczęśliwienia. Dokonała cudu – jeszcze dwa kroki, nie, jeszcze jeden, ostatni! Już nieomal czułem oddech jej roześmianych ust, gdy nagle stała się rzecz okropna. Gwałtowny, pełen tęsknoty ruch, jakim zbyt wcześnie, w pragnieniu uścisku, wyciągnęła ramiona, spowodował utratę równowagi. Kolana jej, jak podcięte kosą, ugięły się i dziewczyna upadła u mych stóp, a kule z trzaskiem uderzyły o twarde flizy.
[…]
Słowo honoru, panie pułkowniku. No, to dobrze. Wiesz, tak mi jakoś przeszło przez myśl, że w pierwszym rozpędzie zrobisz jakiś idiotyzm. Przecież z wami, narwaną młodzieżą, nic nigdy nie wiadomo... Dla was od razu wszystko jest załatwione, nawet sprawa rewolweru. Trochę później opamiętasz się. Człowiek nad takimi rzeczami jakoś przechodzi. Zobaczysz, Hofmiller, zobaczysz, że cała ta sprawa rozejdzie się po kościach. Wszystko się wygładzi, a po raz drugi już ci się takie głupstwo [jak nieszczere oświadczyny – przyp. aut.] w życiu nie zdarzy. No, teraz idź, szkoda by przecież było takiego chłopaka jak ty! Nasze postanowienia są w znacznie większym stopniu zależne od sytuacji i otoczenia, niż skłonni jesteśmy przyznać się do tego. Znaczna część naszych myśli automatycznie przekazuje dalej odebrane wrażenia i uczucia, a zwłaszcza człowiek wychowany od dzieciństwa w drylu wojskowym podlega psychozie rozkazu z przymusem niemożliwym do zwalczenia. Każda wojskowa komenda ma nad nim całkowitą, logicznie niewytłumaczalną moc, rozluźniającą wszelką wolę. Człowiek przemocą wciśnięty w mundur, chociażby zdawał sobie sprawę z bezsensu polecenia, spełni rozkaz jak lunatyk, bez oporu i prawie nieświadomie.
[…]
Gdy minęły wreszcie owe cztery nie kończące się lata [pierwszej wojny światowej – przyp. aut.], ku własnemu zdumieniu zorientowałem się, że mimo wszystko potrafię żyć nadal w świecie dawnym, gdyż dla powracającego z Hadesu wszelkie sprawy nabierają nowej wagi. Obciążająca sumienie śmierć człowieka nie miała dla żołnierza z wojny światowej tego znaczenia, jakie nadawał jej człowiek z czasów pokoju. Moja własna, prywatna wina roztopiła się w olbrzymim, powszechnym potopie krwi. To samo „ja”, te same oczy, te same ręce musiały przecież kierować karabinem maszynowym, który pod Limanową zmiótł sprzed naszych okopów pierwszą falę rosyjskiej piechoty. Przez lunetę polową sam przecież widziałem wytrzeszczone oczy zabitych i rannych z mojej winy, którzy przez długie godziny jęczeli zaplątani w druty kolczaste, zanim wreszcie skonali. Pod Gorycją strąciłem samolot; trzykrotnie przekoziołkował w powietrzu, zanim roztrzaskał się na kamieniach w słupie ognia, a zwęglone i okropnie jeszcze dymiące trupy obszukaliśmy później własnymi rękami, aby znaleźć znaki rozpoznawcze. Tysiące, tysiące żołnierzy maszerujących wraz ze mną robiło to samo bądź karabinem, bądź bagnetem, bądź miotaczami ognia, karabinem maszynowym lub wprost pięścią... Setki tysięcy, miliony ludzi z mojego pokolenia we Francji, w Rosji, w Niemczech... Cóż znaczyło jedno morderstwo, cóż znaczyła jakaś prywatna, osobista wina wśród wielotysięcznego kosmicznego, najokrutniejszego, masowego niszczenia, wśród masowego druzgotania ludzkich istnień, najstraszliwszej zbrodni, jaką dotąd znała historia?
[…]
…w świecie pozafrontowym nie było już ludzi, którzy świadczyliby przeciwko mnie. Nikt nie mógł przecież zarzucać tchórzostwa człowiekowi odznaczonemu za wybitną odwagę, nikt nic mógł już przypomnieć mi ówczesnej fatalnej słabości. Kekesfalva przeżył śmierć [samobójczą – przyp. aut.] swego dziecka zaledwie o parę dni, Ilona mieszkała jako żona skromnego rejenta gdzieś na wsi w Jugosławii, pułkownik Bubencic zastrzelił się nad Sawą, moi koledzy bądź padli na wojnie, bądź od dawna zapomnieli o błahym epizodzie [famie o FAUX-PAS porucznika Hofmillera w miasteczku garnizonowym – przyp. aut.]. Wszelkie „przedtem” było przecież wobec tych czterech apokaliptycznych lat tak samo nieważne jak dawniej pieniądze. Nikt nie mógł mnie o nic oskarżyć, nikt nie mógł mnie teraz sądzić. Byłem jak morderca, który trupa swej ofiary pogrzebał w zaroślach, a śnieg zaczyna nań padać gęsty, biały i ciężki. Miałem świadomość, że jeszcze przez długie miesiące chroniąca go powłoka przykrywać będzie zbrodnię, a potem ślad jej zniknie na zawsze. Nabrałem więc odwagi i znów zacząłem żyć. Ponieważ nikt mi nic nie przypominał, sam zapomniałem o własnej winie. Bo serce chętnie i szybko zapomina, o czym chce zapomnieć jak najprędzej...
Stefan Zweig, Niecierpliwość serca
Powieść austriackiego pisarza i poety Stefana Zweiga przenosi nas w realia „przebrzmiałego” austro-węgierskiego świata oficerskiego jak również do małomiasteczkowej węgierskiej prowincji z sadybami ziemiańskimi z okresu tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Młody porucznik Hofmiller znużony rutyną i znudzony nijakością życia przeżywa „przygodę”, która w swej pierwotnej, szlachetnej niewinności tudzież w rączym biegu pomiędzy ludzkimi odruchami litości dla pokrzywdzonej Edyty a pierwszymi zwiastunami miłości prawdziwej czyli tej co nawet filozofom się nie śniła, gryzie w pęciny jego sumienie jak nieopodal kruki swoją padlinę.