Blog

 

01.03.2022

Niepokoje wychowanka Törlessa

…linii równoległych,

które przecinają się

w nieskończoności a

zatem jednak gdzieś

się przecinają.

[…]

Mała stacyjka na trasie wiodącej do Rosji. Nieskończenie proste biegły w obie strony, między żółtym żwirem szerokiego nasypu kolejowego, cztery równoległe sznury torów; obok każdego z nich niby cień - ciemna, wyprażona w ziemi parą krecha. Za niskim, pokostowanym budynkiem stacyjnym prowadziła szeroka, wyjeżdżona droga w górą do rampy. Jej brzegi gubiły się w zdeptanej ziemi, poznawalne jedynie po dwu rzędach akacji rosnących z obu jej stron - smutne drzewa o wyschniętych, zdławionych kurzem i sadzą liściach. Czy sprawiały to owe smutne barwy, czy też blade, bezsilne, zmącone parą światło popołudniowego słońca - dość, że przedmioty i ludzie mieli w sobie coś obojętnego, martwego, mechanicznego, jakby ściągnięto ich ze sceny teatru marionetek. Od czasu do czasu, w równych interwałach, wychodził ze swego biura naczelnik stacji, zawsze z takim samym ruchem głowy spoglądał daleko w górę, na sygnały budki strażnika, wciąż jeszcze nie wskazujące zbliżania się pociągu pospiesznego, który na granicy miał znaczne opóźnienie, potem, zawsze takim samym ruchem, wyciągał z kieszeni zegarek, potrząsał głową i znikał - podobny figurkom wyskakującym i znikającym w starych zegarach wieżowych, gdy wybijają godziny.

[…]

Pisywał nieomal codziennie listy do domu i żył jedynie w tych listach. Wszystko inne, co robił, wydawało mu się tylko nieuchwytnym jak cień, nie mającym znaczenia dzianiem się - obojętne stacje niby cyfry godzin na tarczy zegara. Ale gdy pisał, czuł w sobie coś wyróżniającego i ekskluzywnego, niby wyspa pełna cudownych słońc i barw coś wyłaniało się w nim z morza szarych doznań, które codziennie napierały nań, zimne i obojętne. Kiedy podczas dnia, w trakcie lekcji czy zabawy myślał o tym, że wieczorem napisze list, miał wrażenie jakby nosił na niewidzialnym łańcuszku ukryty złoty kluczyk, którym - gdy nikt nie będzie widział - otworzy wrota cudownych ogrodów. Osobliwe było tylko to, że owa nagła, trawiąca go czułość do rodziców była dla niego samego czymś nowym i zaskakującym. Nie przeczuwał jej przedtem; poszedł z własnej chęci do instytutu, tak, śmiał się, kiedy matka podczas pierwszego pożegnania nie mogła powstrzymać łez, i dopiero później, gdy już parę dni spędził sam, czując się stosunkowo nieźle, wybuchnęła w nim ona nagle i żywiołowo. Uważał ją za nostalgię, za tęsknotę za rodzicami. W rzeczywistości jednak było to coś o wiele bardziej nieokreślonego i złożonego, bo uczucie to nie zawierało już właściwie “przedmiotu owej tęsknoty" - obrazu rodziców. Mam na myśli owo plastyczne, nie tylko utrwalone w pamięci, ale również fizyczne wspomnienie ukochanej osoby, które przemawia do wszystkich zmysłów i tkwi we wszystkich zmysłach, tak że nie można uczynić niczego, aby nie poczuć jej milcząco i niewidzialnie u swego boku. Przebrzmiało ono wkrótce niby rezonans, który wibruje jeszcze tylko krótką chwilę. Törless nie potrafił na przykład w tym czasie wyczarować sobie przed oczyma wizerunku swych “kochanych  rodziców" - w ten sposób nazywał ich przeważnie w duchu. Ilekroć usiłował to zrobić, powstawał w nim bezgraniczny ból i tęsknota, obezwładniające go, a jednak przykuwające do siebie, gdyż ich gorące płomienie bolały go i zachwycały zarazem. Myśl o rodzicach stawała się przy tym w coraz to większej mierze jedynie przypadkowym bodźcem, by stwarzać w nim owo egoistyczne cierpienie, zamykające go w pełnej rozkoszy dumie niby w zaciszu kaplicy, gdzie przed setkami płonących świec i setkami patrzących z obrazów oczu świętych rozprasza się kadzidło wśród udręk samobiczowników.

[…]

U jego kolegów radość sportu, animalność istnienia nie pozwalały odczuwać potrzeby czegoś takiego; podobną rolę w gimnazjum spełnia zabawa w literaturę. Törless jednak był dla pierwszej z tych spraw umysłowo zbyt rozwinięty, wobec drugiej wykazywał owo przenikliwe wyczucie śmieszności takich zapożyczonych sentiments, które rodzi życie, w instytucie wskutek ustawicznego przymusu gotowości do   kłótni   i   walki   na   pięści.   Tak   więc   jego   istota"   zachowała   w   sobie   coś nieokreślonego, jakąś wewnętrzną bezradność, która nie pozwalała mu odnaleźć drogi do samego siebie. Przystał do swych nowych przyjaciół, bo imponowała mu ich dzikość. Ponieważ był ambitny, od czasu do czasu próbował nawet przewyższyć ich pod tym względem Ale  za  każdym  razem  zatrzymywał  się  w  pół  drogi,  narażając  się  wskutek  tego niejeden raz na drwinę. To go na nowo onieśmielało. W tej krytycznej fazie całe jego życie składało się właściwie z ponawianych wciąż usiłowań, aby sprostać swym bardziej męskim, dzikim przyjaciołom, oraz z głębokiej wewnętrznej obojętności dla tych usiłowań.

[…]

Sądzę, że gdybym akurat miał wenę, mógłbym równie dobrze udowodnić, że dwa razy dwa jest pięć, jak to, że może istnieć tylko jeden Bóg. Zawsze istnieje pewien punkt, w którym  człowiek  przestaje  wiedzieć,  czy  jeszcze  kłamie,  czy  też  to,  co  wymyślił, nie  jest prawdziwsze od niego samego.

[…]

Byłem jeszcze dzieckiem, kiedy pewnego razu o takiej godzinie bawiłem się w lesie. Służąca oddaliła się, nie wiedziałem o tym, wydawało mi się, że czuję ją w pobliżu. Nagle coś zmusiło mnie do podniesienia oczu. Poczułem, że jestem sam. Zrobiło się nagle tak cicho. A gdy się rozejrzałem, zdawało mi się, że drzewa stoją milczącym kręgiem wokół mnie i patrzą na mnie. Rozpłakałem się. Poczułem się tak bardzo opuszczony przez dorosłych, wydany na łup martwym tworom... Co to takiego? Nieraz czuję to znowu - owo nagłe milczenie, będące jak mowa, której nie słyszymy.

[…]

Z pustego ogrodu tu i ówdzie zatańczył liść w stronę oświetlonego okna i na swym grzbiecie uniósł jasną smugę w mrok. Ciemność zdawała się rozstępować i cofać, aby w następnej chwili znowu postąpić naprzód i stanąć przed oknami, nieruchoma jak mur. Ta ciemność była światłem dla siebie. Niby rój czarnych wrogów spadła na ziemię, zabiła lub przegnała ludzi, albo uczyniła coś, co wymazało wszelki ślad po nich. I Törless miał wrażenie, że cieszy się z tego. Nie lubił w takiej chwili ludzi dorosłych i dojrzałych. Nie lubił ich nigdy, gdy nastawała ciemność. Zwykł był wówczas  myśleć,  że  ludzi  nie  ma.  Świat  zdawał  się  w  takich  chwilach  pustym, ponurym domem, a pierś przeszywał dreszcz, jak gdyby musiał błądzić od pokoju do pokoju - mroczne pokoje, gdzie nie wiadomo, co kryją kąty - po omacku przekraczać progi, których nie miała po nim więcej dotknąć stopa ludzka, aż w którymś z pokojów zamkną się nagle za nim i przed nim drzwi, a on stanie twarzą w twarz z władczynią czarnych zastępów. I w tym momencie zatrzasną się też zamki wszystkich innych drzwi, przez które przeszedł, i tylko z dala, przed murami, cienie ciemności niby czarni eunuchowie stać będą na straży i trzymać ludzi w oddali.

[…]

Upodobanie Törlessa do pewnych nastrojów było pierwszym napomknieniem duchowego rozwoju, który potem ujawnił się jako talent zdumiewania się. Później bowiem zawładnęła nim osobliwa wręcz zdolność. Coś zmuszało go do przeżywania wydarzeń, ludzi, rzeczy, tak, nieraz nawet samego siebie w taki sposób, że miewał przy tym uczucie zarówno nierozwiązalnej obcości, jak też niewytłumaczalnego, nigdy w pełni nie usprawiedliwionego powinowactwa. Wszystkie te sprawy wydawały mu się całkiem zrozumiałe, wręcz dotykalne, jednak nie dawały się bez reszty rozpuścić w słowach i myślach. Między wydarzeniami a jego “ja", nawet między jego własnymi uczuciami a jakimś najwewnętrzniejszym “ja", pożądającym ich zrozumienia, występowała zawsze linia graniczna, która niby horyzont cofała się przed jego pragnieniem, im bardziej się do niej zbliżał. Tak, im dokładniej ogarniał myślą swoje doznania, im bardziej stawały mu się znane, tym bardziej zarazem były mu obce i niepojęte, aż wydało się, że to nie one cofają się przed nim, ale że on sam oddala się od nich, a przecież nie potrafił otrząsnąć się z przywidzenia, że się do nich zbliża.

[…]

Gdyby Bożena [chłopka, prostytutka – przyp. aut.] była czysta i piękna i gdyby potrafił wtedy kochać, może gryzłby ją potęgując jej i swoją rozkosz aż do bólu. Albowiem pierwsza namiętność dorastającego człowieka nie jest miłością do jednej, lecz nienawiścią do wszystkich. Uczucie niezrozumienia przez innych i niezrozumienia świata nie towarzyszy pierwszej namiętności, lecz jest jej jedyną, nieprzypadkową przyczyną. A ona sama jest ucieczką, w której być we dwoje oznacza tylko podwójną samotność. Prawie każda pierwsza namiętność trwa krótko i pozostawia gorzki niesmak.

[…]

Miał wrażenie, jak gdyby nagle wyszedł w świeżą, spokojną aurę nocy. Na chwilę myśli jego ucichły. Potem przypłynęło przyjemne wspomnienie, dom na wsi, w którym spędzili ostatnie lato, noce w milczącym parku, drżący od gwiazd, mroczny firmament, głos matki w głębi ogrodu, gdzie spacerowała z ojcem po żwirowanych, słabo lśniących ścieżkach, piosenki, które śpiewała półgłosem. Ale nagle - zimny dreszcz nim wstrząsnął - zjawiło się znowu owo dręczące porównanie. Co tych dwoje czuło przy tym? Miłość?... Nie, ta myśl przyszła mu do głowy teraz po raz pierwszy. Miłość to było coś całkiem innego - nic dla dorosłych i dojrzałych ludzi, a co dopiero dla jego rodziców... Siedzieć nocą przy otwartym oknie i czuć się innym niż dorośli, nie zrozumianym każdym śmiechem i każdym  szyderczym  spojrzeniem,  nie  móc  nikomu  wyjaśnić,  co  się  już  znaczy,  i tęsknić do tej jednej, która to pojmie... to jest miłość! Ale na to trzeba być młodym i samotnym. U nich musiało być zgoła coś innego - coś spokojnego i zrównoważonego. Mama śpiewała po prostu wieczorem w ciemnym ogrodzie i była wesoła...

[…]

Pieszczotliwie zanurzyła rozcapierzone palce w jego włosach. Daj spokój, nie bądź głupi, daj buzi. Wytworni państwo też nie są z cukru. - Odgięła mu głowę do tyłu. Törless chciał coś powiedzieć, zdobyć się na rubaszny żart, czuł, że w tej chwili wszystko zależy od tego, by rzucić obojętne słówko bez znaczenia; ale nie wydobył z siebie dźwięku. Z zastygłym uśmiechem wlepił oczy w pustą twarz nad swoją twarzą, w te nieokreślone oczy, potem świat zewnętrzny zaczął się kurczyć, cofać coraz bardziej... Na mgnienie oka wynurzył się obraz wiejskiego chłopca, który podniósł kamień, zdawał się z niego szydzić - a potem Törless został całkiem sam.

[…]

Ochota jednak, jaką miewał niekiedy, by im [nowym kolegom w konwikcie - Beinebergowi i Reitingowi  – przyp. aut.] dorówn, kczyła się dyletanckimi próbami. Na skutek tego - ponieważ zresztą był młodszy - popadł wobec nich w pew zależność, był to jakby stosunek ucznia lub pomocnika. Zażywał ich opieki, oni zaś chętnie słuchali jego rad, umysł Törlessa bowiem był najruchliwszy. Raz skierowany na trop, okazywał niezwyą płodność w wymyślaniu najbardziej wykrętnych kombinacji. Nikt też nie umiał tak dokładnie jak on przepowiedzieć rozmaitych możliwci, jakich należało oczekiwać po zachowaniu się człowieka w danej sytuacji. Jedynie tam, gdzie chodziło o powzięcie decyzji, o to, by z istniejących psychologicznych możliwci wybrać na asne ryzyko jed i wedle tego postąp, Törless zawodził, tracił zainteresowanie i nie wykazywał należytej energii. Jego rola tajnego szefa sztabu sprawiała mu mimo wszystko uciechę. Tym bardziej że była chyba jedyną rzec, która wnosiła ożywienie w jego głęboką duchową nu.

[…]

[według Beineberga – przyp. aut.] U człowieka natura umieszcza ową twardość w jego charakterze, w jego człowieczej  świadomości,  w  poczuciu  odpowiedzialności  za  to,  że  się  jest  cząstką duszy świata. Jeśli człowiek zagubi ową świadomość, gubi zarazem siebie. Jeśli jednak sam się zgubił i zatracił, to zgubił również to coś szczególnego i istotnego, dla czego natura stworzyła go człowiekiem. I nigdy nie można być tak pewnym, jak w tym wypadku, że ma się do czynienia z czymś zbędnym, z pustą formą, z czymś, co dawno już zostało porzucone przez duszę świata.

[…]

Ja natomiast, podobnie jak ty, mam wrażenie, że Basini mimo wszystko jest jednak człowiekiem. I mnie [Beineberga – przyp. aut.] również rani popełnione okrucieństwo [kradzież pieniędzy z szuflady i z pokoju Reitinga – przyp. aut.]. Ale właśnie o to chodzi! O ofiarę! Widzisz, ja także jestem uwiązany na dwóch niciach. Na jednej, nieokreślonej, która wiąże mnie wbrew mojemu jasnemu osądowi z miłosierną bezczynnością, i na drugiej, która biegnie do mojej duszy, do najwewnętrzniejszej jaźni i zespala mnie z wszechświatem. Tacy ludzie jak Basini - mówiłem ci już - nie znaczą nic - ot, pusty, przypadkowy kształt. Prawdziwymi ludźmi są tylko ci, którzy potrafią wniknąć w siebie samych - kosmiczni ludzie, którzy potrafią pogrążyć siebie aż do zespolenia z ogromnym stawaniem się świata. Tacy mogą zdziałać cuda z zamkniętymi oczyma, gdyż umieją zużytkować całą moc świata, która tak samo jest w nich, jak poza nimi. Ale wszyscy ci, którzy do tej pory szli za tą drugą nicią, musieli najpierw zerwać pierwszą. Czytałem o straszliwych ofiarach pokutnych natchnionych mnichów, a środki hinduskich świętych i tobie również nie są całkiem nie znane. Wszystkie okrucieństwa, jakie się przy tym dzieją, mają jedynie na celu uśmiercenie nędznych, skierowanych na zewnątrz żądz, które - bez względu na to, czy to będzie próżność czy głód, radość czy współczucie - gaszą coś z żaru, jaki każdy potrafi w sobie wzniecić. Reiting zna tylko zewnętrzność, ja idę za drugą nicią. Obecnie w oczach wszystkich on wysunął się naprzód, moja droga bowiem jest powolniejsza i bardziej niepewna.  Ale  za  jednym  zamachem  mogę  go  prześcignąć  jak  robaka.  Widzisz, mówią, że światem rządzą mechaniczne prawa, które są niezachwiane. To fałsz, to dobre w podręcznikach szkolnych. Świat zewnętrzny jest oporny i na jego tak zwane prawa można wpływać, ale tylko do pewnego stopnia, byli bowiem ludzie, którym się to udało. Napisane to jest w świętych, mądrych księgach, o których większość ludzi nic nie wie. Stamtąd wiem, że byli ludzie, którzy potrafili poruszać kamienie, powietrze i wodę samym tchnieniem woli i przed modlitwą których żadna moc ziemska nie mogła się ostać. Ale i to są tylko zewnętrzne tryumfy ducha. Albowiem komu się uda całkowicie widzieć swoją duszę, dla tego kończy się cielesne życie, które jest tylko przypadkiem; napisano w księgach, że tacy ludzie wchodzą wprost do wyższego królestwa ducha.

[…]

Prosto nad nim przebłyskiwał między chmurami mały błękitny, niewypowiedzianie głęboki otwór. Zdawało mu się, że po wysokiej, bardzo wysokiej drabinie mógłby wspiąć się tam  na  górę.  Ale  im  głębiej przenikał i  wzlatywał wzrokiem, tym  dalej  umykało niebieskie dno. A jednak zdawało się, że przecież kiedyś będzie można go dosięgnąć I zatrzymać spojrzeniem. Pragnienie to stawało się gwałtowne aż do bólu. Było tak, jakby wzrok napięty do ostateczności miotał spojrzenia jak strzały pomiędzy chmury, a mimo to, im dalej mierzył, zawsze trafiał odrobinę za blisko. Törless  zastanawiał  się  nad  tym,  usiłując  zachować  rozsądek  i  spokój. “Oczywiście nie ma końca - mówił do siebie - to sięga coraz dalej, wciąż dalej, w nieskończoność". Z oczyma skierowanymi ku niebu powtarzał te słowa, jak gdyby chciał wypróbować moc magicznej formuły. Ale nadaremnie - słowa nie mówiły nic, a raczej mówiły coś całkiem innego, jak gdyby określały wprawdzie ten sam przedmiot, ale od innej, obcej, obojętnej strony. “Nieskończoność!" Törless znał to słowo z lekcji matematyki. Nigdy dotychczas jednak nie kojarzył sobie z tym słowem czegoś szczególnego. Wracało ono wciąż na nowo: ktoś niegdyś je wymyślił i od tego czasu można było traktować je jak coś stałego. Było jedynie tym, co oznaczało w matematyce; poza to pojęcie Törless nigdy nie wyszedł.

[…]

Tak więc leżał teraz, całkowicie omotany wspomnieniami, z których na kształt obcych Kwiatów wyrastały dziwne myśli. Mgnienia chwil, których się nie zapomina, sytuacje, w których zawodzą związki, pozwalające zwykle naszemu życiu odbijać się bez reszty w naszym umyśle, jak gdyby biegły równolegle i z tą samą szybkością obok siebie - zespalały się ze sobą w sposób niepokojąco ścisły. Wspomnienie straszliwego cichego, nasiąkniętego smutnymi barwami milczenia pewnych wieczorów przychodziło bezpośrednio po gorącym, rozedrganym niepokoju letniego południa, co niegdyś nawiedził żarem jego duszę niby lotne nóżki chyżego roju połyskliwych jaszczurek. Potem przyszedł mu nagle na myśl uśmiech małego księcia, jego spojrzenie I gest  -  wówczas  gdy  wewnętrznie  ze  sobą  skończyli  -  jakimi  tamten  człowiek  za jednym, choć łagodnym zamachem zerwał wszelkie więzy zadzierzgnięte wokół niego przez Törlessa, i wkraczał w nową obcą dal, która, jakby skoncentrowana w życiu tej jednej niewypowiedzianej sekundy, znienacka się otwarła. Potem naszły go znowu wspomnienia lasu i łąk... Potem milczący obraz w zmierzchającym pokoju w domu, który później przypomniał mu nagle utraconego przyjaciela... Słowa pewnego wiersza... Istnieją zresztą jeszcze inne sprawy, gdy między przeżyciem a zrozumieniem zachodzi podobna niewspółmierność. Zawsze jednak rzecz ma się tak, że to, co w jednym okamgnieniu przeżywamy niepodzielnie i bez pytań, staje się zawiłe i niepojęte, gdy chcemy je przykuć łańcuchami myśli i przyswoić sobie na własność. To zaś, co ma wygląd czegoś wielkiego i obcego, póki ludzkie słowa sięgają po nie z daleka, staje się proste i traci cechy niepokojące, gdy wkracza w czynny krąg naszego życia.

[…]

…jak wątpliwy jest pogląd na świat, którym się ludzie zadowalają. To złudzenie, szwindel, tępota, umysłowa anemia! Bo starcza im rozumu na tyle, by wysnuć z głowy naukowe wyjaśnienie, ale poza głową ono zastyga, rozumiesz [mówi Beineberg – przyp. aut.]? Ha ha! Wszystkie te najwznioślejsze subtelności, o których profesorowie nam bają, że są tak delikatne, iż teraz jeszcze nie możemy ich tknąć, są martwe, zastygłe, rozumiesz? Na wszystkie strony sterczą owe podziwiane szczyty, lodowe i nikt nie wie, co z nimi począć, tak bardzo są martwe! Wszystko, co oni twierdzą, jest niepewne. Powiadają, że wszystko w świecie dzieje się naturalnie. Jeśli spada kamień, jest to siła ciążenia. Dlaczego jednak nie miałaby to być wola boska i dlaczego ten, kto jest jej woli uległy, nie miałby kiedyś zostać wyzwolony z tego, by dzielić los kamienia? Ale po co ci to opowiadam? Ty i tak zawsze zatrzymasz się w pół drogi. Wynaleźć coś trochę dziwnego, potrząsać głową z niedowierzaniem, trochę się przerazić - to do ciebie podobne; poza to jednak nie odważasz się wyjść.

[…]

W jego skórze, wokół ciała, ocknęło się uczucie, które nagle stało się obrazem pewnego wspomnienia. Kiedy był całkiem maleńki - tak, tak, to było wówczas, kiedy chodził jeszcze w sukienkach i nie uczęszczał do szkoły - bywały okresy, w których rosła w nim niewypowiedziana tęsknota za tym, aby być dziewczynką. Ta tęsknota również nie umiejscowiła się w głowie, o nie! i nie w sercu, łaskotała go w całym ciele, krążyła wszędzie pod skórą. Bywały chwile, kiedy tak żywo czuł się małą dziewczynką, iż nie wierzył, że może być inaczej. W tym czasie bowiem nie wiedział jeszcze o znaczeniu cielesnej różnicy i nie rozumiał, czemu wszyscy mówią, że musi na zawsze pozostać chłopcem. A gdy się go pytano, dlaczego woli być dziewczynką, czuł, że nie potrafi na to odpowiedzieć. Dziś po raz pierwszy poczuł znowu coś podobnego. Znowu tak samo - wszędzie pod skórą. Coś, co zdawało się być jednocześnie ciałem i duszą. Jakaś gonitwa i pośpiech, które tysiąckrotnie, niczym aksamitne czułki motyli, łaskotały jego ciało. A zarazem owa przekora, z jaką uciekają małe dziewczątka, gdy poczują, że dorośli i tak ich nie rozumieją - owa arogancja, z jaką potem chichoczą -naśmiewając się z dorosłych, owa bojaźliwa, zawsze gotowa do szybkiej ucieczki arogancja, która wyczuwa,- że każdej chwili może się schronić w jakiejś przeraźliwie głębokiej kryjówce w małym ciałku.

[…]

“Jakie więc rzeczy mnie dziwią? Najbardziej niepozorne. Przeważnie rzeczy martwe. Co w nich budzi moje zdziwienie? Coś, czego nie znam. Ale w tym tkwi właśnie sedno sprawy. Skąd biorę owo «coś»? Czuję jego istnienie, działa ono na mnie tak, jakby chciało mówić. Jestem podniecony jak człowiek, który pragnie odczytać słowa ze skrzywionych ust porażonego i nie potrafi. Albo jak gdybym miał o jeden zmysł więcej od innych, ale nie w pełni rozwinięty, raczej zmysł, który istnieje, jest zauważalny, lecz nie funkcjonuje. Świat jest dla mnie pełen bezdźwięcznych głosów; czy zatem jestem jasnowidzącym, czy też kimś, kto ulega omamom? Ale nie tylko martwe przedmioty działają na mnie w ten sposób. Nie, również ludzie, i to pogrąża mnie w jeszcze większej rozterce.

[…]

Nagle: pewne wspomnienie... Było to w czasie podży, w małym oskim miasteczku, mieszkał z rodzicami w gospodzie nieopodal teatru. Co wieczór grali tam tę sa operę, co wieczór słyszał każde słowo i każdy ton. Ale nie znał języka. Mimo to co wieczór siedział przy otwartym oknie i słuchał. W ten sposób zakochał się w jednej z aktorek, nie widząc jej nigdy na oczy. Nigdy potem nie b już tak przejęty teatrem jak wówczas, żar melodii odczuwał niby uderzenia skrzydeł wielkich, ciemnych ptaków, niby linie, które ich lot zataczał w jego duszy. To nie były już ludzkie namiętności, to były namtności wyrwane z ludzi jak ze zbyt ciasnych i powszednich klatek. Nigdy w tym podnieceniu nie gł myśleć o osobach, które tam - niewidzialne - ucieleśniały owe namtności; gdy próbował wyobrazić je sobie, przed jego oczyma tryskały natychmiast mroczne płomienie lub wyrastały gigantyczne kształty, tak jak w ciemności ros ludzkie ciała, a oczy lśnią niby zwierciadła głębokich studzien. Te posępne płomienie, te oczy w mroku, te czarne uderzenia skrzydeł kochał wówczas pod nazwiskiem nie znanej mu aktorki.

[…]

Ml, która jedynie rejestrowała dopiero co uczynione doświadczenie: to, co z oddali wygląda na wielkie i tajemnicze, zbla się zawsze w formie prostej, nie zniekształconej, w codziennych naturalnych wymiarach. Jak gdyby dokoła człowieka rozciągała się niewidzialna granica. To, co się przygotowuje z zewnątrz i zbliża z daleka, jest niby zamglone morze, pełne olbrzymich, zmiennych kształtów; to, co do niego podchodzi, co się staje działaniem, co zderza się z jego życiem, jest małe i wyrne, posiada ludzkie rozmiary i zarysy. Pomiędzy życiem, które się przywa, a zyciem, które się czuje i przeczuwa,  które się widzi z daleka, leży niewidzialna granica niby wąska brama, gdzie obrazy zdarzeń muszą się ścieśniać.

[…]

Nie wolno Jednak sądzić, że Basini [wykorzystywany także seksualnie przez przyjaciół Torlessa i jego samego ich wspólny kolega z konwiktu – przyp. aut.] obudził w Törlessie prawdziwe - choćby przelotne i zbłąkane - pożądanie. Zbudziło się w nim wprawdzie coś w rodzaju namiętności, ale określenie ,,miłość" było tu z pewnością jedynie przypadkową, zdawkową nazwą, sam Basini zaś - niczym innym jak zastępczym i tymczasowym celem tego pożądania. Bo chociaż Törless zadawał się z nim, nie zaspokajał przy nim nigdy swej żądzy; wyrastała ona ponad Basiniego, stawała się nowym, pozbawionym celu głodem.

[…]

Wszystko, co się twierdzi o świecie, jest niepewne, wszystko  dzieje  się  inaczej.  Poznaliśmy  to  wówczas  niejako  od  drugiej  strony, szukając punktów, w których to całe naturalne wyjaśnienie potyka się o własne nogi, ale teraz mam nadzieję, że będę mógł pokazywać pozytyw - drugą stronę! Reiting roześmiał się rozweselony. A więc pamiętasz jeszcze naszą rozmowę. Sam wtedy wpadłeś na ową drobną nieścisłość w matematyce [mowa o liczbach urojonych – przyp. aut.] - przykład na to, że nasze myślenie nie ma pewnego, stałego gruntu pod nogami, lecz wiedzie poprzez dziury. Zamyka się oczy, przez chwilę przestaje  istnieć,  a  jednak  mimo  to  przechodzi  bezpiecznie  na  drugą  stronę. Właściwie od dawna powinniśmy być zrozpaczeni, bo nasza wiedza we wszystkich dziedzinach pełna jest takich przepaści - nic, tylko okruchy, miotające się na niezgłębionym oceanie. A  jednak  nie  rozpaczamy,  jednak  czujemy  się  tak  pewnie,  jak  na  stałym gruncie. Gdybyśmy nie mieli tego stałego, pewnego poczucia, zabilibyśmy się z rozpaczy nad naszym biednym rozumem. To poczucie towarzyszy nam nieustannie, podtrzymuje nas, bierze raz po raz nasz rozum opiekuńczo w ramiona niczym małe dziecko. Skoro sobie to wreszcie raz uświadomimy, nie możemy negować istnienia duszy. Jeśli zanalizujemy nasze życie duchowe i poznamy niewystarczalność rozumu, czujemy je po prostu - czujemy, rozumiesz, bo gdyby tego uczucia nie było, oklapnęlibyśmy jak puste worki.

[…]

Umieramy  codziennie  w  głębokim,  pozbawionym widzeń śnie. Umieranie jest jedynie następstwem naszego sposobu życia. Żyjemy od jednej myśli do drugiej, od jednego uczucia do drugiego. Bowiem nasze myśli i uczucia nie płyną spokojnie i równomiernie, jak rzeka, lecz “wpadają w nas", wpadają do naszego wnętrza jak kamienie. Jeśli obserwujesz siebie dokładnie, czujesz, że dusza nie jest czymś, co w powolnych przejściach zmienia barwę, lecz że myśli wyskakują jak cyfry z czarnego otworu. W tej chwili masz jakąś myśl lub uczucie i naraz pojawia się inna, jak  gdyby  wyskoczyła  z  nicości.  Jeśli  bardzo  uważnie  to  śledzisz,  możesz  nawet między dwiema myślami wyczuć moment, kiedy wszystko jest czarne. Ta chwila, raz pochwycona, jest dla nas śmiercią. Bo nasze życie nie jest niczym innym jak wbijaniem kamieni milowych i skokami od jednego do drugiego, codziennie poprzez tysiące sekund umierania. Żyjemy  poniekąd  jedynie  w  punktach  spoczynku.  Dlatego  żywimy  tak  śmieszną trwogę przed nieodwołalną śmiercią, bo jest ona po prostu brakiem kamieni milowych, jest niewymierną otchłanią, w którą wpadamy. Dla tego rodzaju życia jest to w istocie całkowite zaprzeczenie. Ale też tylko w perspektywie takiego życia, tylko dla tego, kto nie potrafi czuć siebie inaczej jak od chwili do chwili. Zowie   to   skaczącym   złem",   a   tajemnica   polega   na   tym,   aby   to   zło przezwyciężyć. Należy wzbudzić w sobie poczucie życia jako czegoś spokojnie płynącego. W chwili gdy to się uda, jest się tak samo bliskim śmierci jak życia. Według naszych ziemskich pojęć nie żyje się już, ale nie można też umrzeć, gdyż wraz z życiem zniosło się również śmierć. Jest to chwila nieśmiertelności, chwila, w której dusza wychodzi z naszego ciasnego mózgu i wkracza na cudowne niwy swego życia.

[…]

Powiedziałem, że w tych wypadkach wydaje mi s, iż samym myśleniem nie możemy przejść na dru stronę, lecz potrzebujemy jakiejś innej, wewnętrznej pewności, która nas na tamtą stronę przeniesie.

[…]

Z myślami bowiem sprawa ma się osobliwie. Często nie są niczym innym jak czymś  przypadkowym,  co  znowu  mija,  nie  pozostawiając  śladu  -  myśli  posiadają swoje martwe i żywe okresy. Można mieć genialne rozpoznanie, a mimo to więdnie nam ono powoli pod ręką niby kwiat. Pozostaje kształt, brak jednak, barw i zapachu. To znaczy, pamięta się tę myśl doskonale, słowo w słowo i logiczna wartość znalezionego pojęcia pozostaje w pełni nienaruszona, a mimo to unosi się ono jedynie na powierzchni naszej świadomości i nie czujemy się z tego powodu bogatsi. Aż dopiero - może po latach - nadchodzi nagle znowu chwila, kiedy widzimy, że przez cały ten czas nic o nim nie wiedzieliśmy, chociaż logicznie wiedzieliśmy wszystko. Tak, istnieją myśli martwe i żywe. Myślenie, które toczy się po naświetlonej powierzchni, które każdej chwili można obliczyć na łańcuchu przyczynowości, niekoniecznie musi być myśleniem żyjącym. Myśl, którą spotyka się na tej drodze, pozostaje obojętna jak pierwszy lepszy szeregowiec w kolumnie maszerujących żołnierzy. Myśl, która dawno już może prześliznęła się przez nasz mózg, staje się żywa dopiero w chwili, kiedy dołącza się do niej coś, co nie jest już myśleniem, co nie jest już logiczne, tak że czujemy jej prawdę niezależnie od wszelkiego usprawiedliwienia niby kotwicę, która wnika w pulsujące krwią, żywe ciało... Wszelkie doniosłe poznanie dokonuje się tylko w połowie w świetlnym kręgu umysłu, w połowie w mrocznej glebie naszego wnętrza, jest przede wszystkim stanem duszy, na którego ostatnim krańcu myśl zawisa tylko jak kwiat. Nie potrafię tego wyrazić inaczej, jak że widzę rzeczy w dwoistej postaci. Wszystkie rzeczy, również myśli... Dziś są one te same co wczoraj, kiedy usiłuję znaleźć różnicę, ale zaledwie zamykam oczy, odżywają w innym świetle. Może myliłem się co do liczb urojonych; kiedy myślę o nich matematycznie, wydają mi się oczywiste, a kiedy przyglądam im się wprost, w ich osobliwości, wydają mi się niemożliwe. Ale tutaj mogę się mylić. Wiem o nich zbyt mało.  Podobnie jak czuję, że myśl jakaś nabiera we mnie życia, tak czuję również, że coś żyje we mnie na widok rzeczy, kiedy myśli milczą. Jest we mnie na dnie myśli coś mrocznego, czego nie mogę wymierzyć myśleniem - jakieś życie, które nie daje się wyrazić słowami, a które jednak jest moim życiem.

Robert Musil, Niepokoje wychowanka Törlessa

Filozofująca powieść Musila przenosi nas do konwiktu-szkoły kadetów dla przyszłej, wyższej kadry urzędniczej w ostatnich latach istnienia monarchii austro-węgierskiej, czyli gdzieś w drugie dziesięciolecie dwudziestego wieku. Młody, Törless fizycznie odstawiony od sielskiego życia rodzinnego, traumatycznie przeżywa swoje dorastanie w środowisku obcych mu duchowo rówieśników. W dosadnych realiach szkolnych jego strumień rodzącej się świadomości podpowiada, że zniewalające życie “w czystości umysłowej” i moralnej alienacji przekracza granice ludzkiego poznania…     



powrót ››