Blog

 

13.03.2022

Czasy Secondhand

Szczęśliwi ludzie są

zawsze dziećmi.

Trzeba ich chronić,  

są delikatni i śmieszni.

Bezbronni.

[…]

Komunizm miał szalony plan – zmienić starego człowieka,  starotestamentowego Adama. I to się udało… Może ta jedna jedyna rzecz mu się udała. Przez siedemdziesiąt z górą lat w laboratorium marksizmu-leninizmu wyhodowano odrębny gatunek – homo sovieticus. Jedni uważają go za postać tragiczną, inni u nas mówią o nim pogardliwie „sowek” [słowo oznaczające „szufelkę”, od czasów zaś pierestrojki także pogardliwe określenie zwolennika ustroju radzieckiego]. Wydaje mi się, że znam tego człowieka,  że jest mi bliski, że jestem jego sąsiadką, przeżyłam wiele lat tuż koło niego. Ten człowiek to ja. A także moi znajomi, przyjaciele, rodzice. Kilka lat jeździłam po całym byłym Związku Radzieckim, bo przecież homini sovietici to nie tylko Rosjanie, ale także Białorusini, Turkmeni, Ukraińcy, Kazachowie… Mieszkamy teraz w różnych państwach, mówimy różnymi językami, ale nie sposób nas z nikim pomylić. Od razu się nas poznaje! My wszyscy, z socjalizmu, podobni i zarazem niepodobni do reszty ludzkości, mamy własny słownik,  własne wyobrażenia o tym,  co  dobre i złe,  o  bohaterach i męczennikach.  W opowieściach,  które zapisuję, nieustannie atakują mnie słowa: „strzelać”, „rozstrzelać”, „zlikwidować”, „wyeliminować”, albo takie radzieckie warianty zniknięcia, jak „aresztowanie”, „dziesięć lat bez prawa korespondencji”, „emigracja”. Ile może być warte życie ludzkie, kiedy w pamięci pozostaje fakt, że jeszcze niedawno ginęły miliony?  Jesteśmy pełni przesądów i nienawiści. Wszystko bierze się z tego samego źródła, co Gułag i straszliwa wojna. Kolektywizacja, rozkułaczenie, deportacje narodów… Taki był socjalizm, i takie było po prostu nasze życie. Mało o nim wówczas mówiliśmy. Teraz jednak, kiedy świat nieodwracalnie się zmienił, wszyscy się tamtym naszym życiem zainteresowali, i to niezależnie od tego, jakie było. A było po prostu nasze.  Ze   szczątków,  z   okruchów piszę,  układam  historię „domowego”, „wewnętrznego”  socjalizmu. Opisuję to, jak żył on w duszy człowieka. Zawsze pociąga mnie ta mała przestrzeń – człowiek… jeden człowiek. Tak naprawdę to w nim wszystko się dzieje.

[…]

Każdego, z kim się spotkałam, pytałam: „Co to znaczy wolność?”. Rodzice i dzieci odpowiadali rozmaicie. Ci, którzy urodzili się w ZSRR, i ci, którzy urodzili się po jego upadku, nie mają wspólnych doświadczeń. Są ludźmi z innych planet. Rodzice: wolność to brak strachu; trzy sierpniowe dni, kiedy pokonaliśmy pucz; człowiek, który wybiera w sklepie jeden ze stu gatunków kiełbasy, jest bardziej wolny niż ten, który wybiera z dziesięciu; wolność to znaczy nie być bitym, tyle że niebitych pokoleń się nie doczekamy – mieszkaniec Rosji nie rozumie wolności, musi mieć Kozaka z nahajką. Dzieci: wolność to miłość; wewnętrzna wolność to wartość absolutna; człowiek nie boi się wtedy własnych pragnień; wolność to dużo pieniędzy, wtedy można mieć wszystko; wolność jest wtedy, gdy można żyć tak, żeby się nie zastanawiać nad wolnością; wolność to rzecz normalna.

[…]

No i mamy wreszcie tę wolność! Czy takiej właśnie oczekiwaliśmy? Byliśmy gotowi umrzeć za swoje ideały. Walczyć. A zaczęło się życie „jak u Czechowa”. Bez historii. Upadły wszystkie wartości poza wartością życia. Życia w ogóle. Nowe marzenia: zbudować dom, kupić dobry samochód,  posadzić agrest… Wolność okazała się rehabilitacją mieszczaństwa, zazwyczaj w Rosji prześladowanego. Wolnością Jej Królewskiej Mości Konsumpcji. Majestatu masy. Masy pragnień, instynktów – utajonego życia człowieka, o którym mieliśmy tylko przybliżone wyobrażenie. W ciągu całej historii nie żyliśmy, tylko starali się przeżyć.  A teraz już wojenne doświadczenie nam się nie przyda, trzeba o nim zapomnieć. Tysiące nowych emocji, stanów, reakcji… Nagle wszystko dookoła całkiem się zmieniło: szyldy, przedmioty codziennego użytku, pieniądze, flaga… Sam człowiek też jest inny. Barwniejszy, bardziej odrębny… Monolit wysadzono w powietrze i życie rozpadło się na wysepki, atomy, komórki. Jak w słowniku Dahla [rosyjski leksykograf - przyp. aut.] – woluszka-razdoluszka… wolność kojarzy się z razdoljem, przestrzenią. Wielkie zło zmieniło się w opowieść o zamierzchłych czasach, w kryminał polityczny. Nikt już nie mówił o idei, mówiono o kredytach, procentach, wekslach, nie zarabiano pieniędzy, ale je „robiono”, „wygrywano”. Czy długo tak będzie? „Z duszy Rosjanina nie da się wyplenić poczucia, że pieniądze są czymś grzesznym” – pisała Cwietajewa.

[…]

W wieku XIX   cała kultura rosyjska żyła w szlacheckich dworach, w XX zaś – w kuchniach. Pierestrojka także. Całe życie szestidiesiatników,  czyli  pokolenia lat sześćdziesiątych, było właśnie takie – kuchenne. Dzięki niech będą Chruszczowowi!  To za jego czasów zrezygnowano z komunałek i wprowadzono oddzielne kuchnie, gdzie można było psioczyć na władzę, a co najważniejsze – nie bać się, bo w kuchni wszyscy byli swoi. Tam rodziły się idee, fantastyczne projekty.  Opowiadano sobie dowcipy…  Sypano nimi! Komunistą jest ten, kto czytał Marksa, antykomunistą zaś – ten, kto go zrozumiał… Wyrośliśmy w kuchniach, nasze dzieci także, razem z nami słuchały Galicza i Okudżawy. Puszczaliśmy sobie Wysockiego… Łapaliśmy BBC. Rozmowy o wszystkim: o tym, że wszystko jest do d…, o sensie życia i o powszechnym szczęściu.

[…]

Gorbaczow to amerykański tajny agent… Mason… Zdradził komunizm. Komunistów – do zsypu, komsomolców – na śmietnisko!  Nienawidzę Gorbaczowa za to, że ukradł mi ojczyznę. Paszport radziecki przechowuję jako najcenniejszą rzecz. Tak, staliśmy w kolejkach po zsiniałe kurczaki i zgniłe kartofle, ale to była nasza ojczyzna. Kochałem ją. To pani żyła w „Górnej Wolcie z rakietami”, ja żyłem w wielkim kraju. Na Zachodzie bali się Rosji, zawsze była dla nich wrogiem, kością w gardle. Oni nie chcą silnej Rosji, z komunistami czy bez nich. Patrzą na nas jak na magazyn ropy, gazu, drewna i metali kolorowych. Naftę wymieniamy na majtki. Nasza cywilizacja obywała się bez ciuchów i klamotów. Cywilizacja radziecka! Komuś na tym zależało, żeby zniknęła. To operacja CIA . Amerykanie już nami rządzą. Dobrze za to zapłacili Gorbaczowowi… Prędzej czy później stanie przed sądem. Mam nadzieję, że ten Judasz dożyje dnia gniewu ludu. Z satysfakcją strzeliłbym mu w kark na poligonie butowskim. (Wali pięścią w stół). Teraz jesteśmy szczęśliwi, tak? Mamy kiełbasę i banany. Tarzamy się w gównie i jemy wszystko, co obce. Zamiast ojczyzny mamy wielki supermarket. Jeśli to nazywa się wolnością, to ja wypraszam sobie taką wolność. Tfu! Ludzi wdeptali w ziemię, jesteśmy teraz niewolnikami.  Niewolnikami! Za komunistów, jak mówił Lenin, państwem rządziła kucharka – robotnicy, dojarki, tkaczki, a teraz w parlamencie siedzą bandyci. Dolarowi milionerzy. Powinni siedzieć w kryminale,  a nie w parlamencie. Nabrali nas z tą pierestrojką!

[…]

W czasach radzieckich wolno było mieć mnóstwo książek, ale nie drogi samochód czy dom. No więc uczyliśmy się ładnie ubierać,  smacznie gotować, rankiem pić soki i jogurty… Przedtem gardziłam pieniędzmi, bo po prostu nie wiedziałam, co to jest. W naszej rodzinie nie mówiło się o takich rzeczach. Mówić o pieniądzach to wstyd. Można powiedzieć, że wyrośliśmy w kraju bez pieniędzy. Tak jak wszyscy dostawałam swoje sto dwadzieścia rubli i to mi wystarczało. Pieniądze przyszły z pierestrojką. Z Gajdarem. Prawdziwe pieniądze. Zamiast: „Nasza przyszłość to komunizm” wszędzie wisiały transparenty „Kupujcie! Kupujcie!”. Kto chciał, mógł podróżować. Zobaczyć Paryż… Albo Hiszpanię… Fiestę… Walkę byków… Czytałam o tym u Hemingwaya,  czytałam i wiedziałam,  że nigdy tego nie zobaczę. Książki zastępowały nam życie…  Skończyły się nasze nocne czuwania w kuchniach i zaczęło się zarabianie, dorabianie.  Pieniądze stały się synonimem wolności. Wszystkich opanowała chęć posiadania. Najsilniejsi i najbardziej agresywni zaczęli robić interesy. Zapomnieliśmy o Leninie i Stalinie. Tak uchroniliśmy się od wojny domowej, bo znowu mielibyśmy „białych” i „czerwonych”. „Naszych” i „nie naszych”. Zamiast krwi – przedmioty… Życie! Wybraliśmy piękne życie. Nikt nie chciał pięknie umierać, wszyscy chcieli pięknie żyć. Inna rzecz, że słodkich pierniczków nie starczyło dla wszystkich… Epoka radziecka… Słowo miało status sakralny, magiczną moc. Tak więc siłą bezwładu w inteligenckich kuchniach rozmawiano jeszcze o Pasternaku, gotowano zupę, nie wypuszczając z rąk Astafjewa i Bykowa, ale życie cały czas udowadniało, że to się już nie liczy. Że słowa nic nie znaczą. W roku dziewięćdziesiątym pierwszym… Odwieźliśmy mamę do szpitala z ciężkim zapaleniem płuc, wróciła stamtąd jako bohaterka. Przez cały czas opowiadała ludziom o Stalinie, o zabójstwie Kirowa, o Bucharinie… Gotowi byli jej słuchać dniem i nocą. Ludzie chcieli wówczas, żeby im otwarto oczy. Niedawno mama znowu trafiła do szpitala, ale tym razem aż do końca pobytu milczała. Minęło zaledwie pięć lat, a rzeczywistość   już inaczej rozdzieliła role. Bohaterką tym razem była żona biznesmena… Ona i jej opowieści sprawiły, że wszyscy zaniemówili…  Jaki ma dom – trzysta metrów kwadratowych!  Ile służby: kucharka, niania, kierowca, ogrodnik… Wypoczywa z mężem na Zachodzie…  Tak, oczywiście, muzea, ale butiki… Butiki! Jeden pierścionek waży tyle karatów, a inny… ? wisiorki…  złote klipsy…  Publiczność zachwycona! O Gułagu albo czymś podobnym – ani słowa. Było i już, nie ma o czym gadać. Kto by się tam teraz kłócił ze starymi?

[…]

Po Stalinie inaczej traktujemy rozlew krwi… Pamiętamy, jak swoi zabijali swoich… I masowe mordy ludzi, którzy nie wiedzieli, za co ich zabijają… To zostało, to wciąż jest obecne w naszym życiu. Wyrośliśmy pośród katów i ofiar… Dla nas życie razem jest normalne. Nie ma granicy między stanem pokoju a stanem wojny.  Wojna jest zawsze. Kiedy włączy się telewizor, to wszyscy gadają jak kryminaliści – i politycy, i biznesmeni, i prezydent: „zblatowany”, „przewał”, „ustawka”… Czym jest dla nich ludzkie życie? Splunąć i rozdeptać. Jak w łagrze… Dlaczego nie osądzono Stalina? Odpowiem pani… Żeby go potępić, trzeba byłoby też potępić krewnych i znajomych.

[…]

Kim byli liderzy pierestrojki? Pisarzami, artystami… Poetami… Na Pierwszym Zjeździe Delegatów Ludowych ZSRR można było zbierać autografy. Mój mąż był ekonomistą, dostawał wtedy szału. „Co – pytał – potrafią poeci? Przepalać słowem serca ludzi i tyle. No dobrze, zrobicie rewolucję. A potem? Co będzie potem? Jak zbudujecie demokrację? Kto to będzie robił? Z góry wiadomo, co z tego wyjdzie”. Śmiał się ze mnie. Rozwiedliśmy się z tego powodu…  Okazało się, że miał rację…

[…]

Nawet według norm rosyjskich ludzie żyją tu bardzo biednie. Klną na bogatych, źli są na wszystkich.  Przeklinają państwo. Uważają, że zostali oszukani, nikt im nie mówił, że przyjdzie kapitalizm,  myśleli, że mamy tylko naprawić socjalizm. Tamto życie, które wszyscy znali, radzieckie. Tych, którzy zdzierali gardła na wiecach: „Jelcyn! Jelcyn!”, ograbiono. Bez nich rozdzielono fabryki i kombinaty. A także ropę i gaz – wszystko co, jak to się mówi, dane jest od Boga. Dopiero teraz to zrozumieli. A przecież w dziewięćdziesiątym pierwszym roku rewolucję poszli robić wszyscy. Na barykadach. Chcieli wolności,  a co dostali? Jelcynowską… bandycką rewolucję… Za socjalistyczne przekonania omal nie zabito syna mojej przyjaciółki.  Słowo „komunista”  było wyzwiskiem. Koledzy z podwórka o mało chłopaka nie zabili. Siedzieli w altance z gitarami i rozmawiali: „Niedługo – mówili – pójdziemy wszyscy na komunistów, będziemy ich wieszać na latarniach”. Miszka Słucer, którego tato pracował u nas w komitecie dzielnicowym, był oczytany, więc zacytował im Chestertona: „Człowiek bez utopii jest o wiele straszniejszy niż człowiek bez nosa…”. A tamci go za to – butami, obcasami… „Ty Żydu! A kto robił rewolucję w siedemnastym roku?!”. Pamiętam ten błysk w oczach ludzi na początku pierestrojki i nigdy go nie zapomnę. Gotowi byli linczować komunistów, wysyłać na Sybir… W koszach na śmieci poniewierały się książki Majakowskiego,  Gorkiego… Dzieła Lenina oddawano na makulaturę. A ja zbierałam… Tak! Właśnie tak! Niczego się nie wypieram! Niczego się nie wstydzę! Nie zmieniłam barw i nie przemalowałam się z czerwonej na szarą. Są tacy ludzie, którzy jak przyjdą „czerwoni”, to witają ich z entuzjazmem,  a potem z równym entuzjazmem witają przyjście „białych”. Salta robili niesamowite – wczoraj komunista, dzisiaj ultrademokrata. Przed moimi oczami „uczciwi”  komuniści zmieniali się w wierzących prawosławnych albo w liberałów. A ja kocham słowo „towarzysz”  i nigdy nie przestanę go kochać. To dobre słowo! Sowek! Niech się pani ugryzie w język! Człowiek radziecki był zawsze dobrym człowiekiem, gotów był pojechać na pustynię czy za Ural wyłącznie dla idei, nie za dolary.  Nie za obce zielone papierki.  Dnieproges,  bitwa stalingradzka, loty w kosmos – wszystko to zrobił człowiek radziecki. Wielki Sowek! Ja do tej pory z radością piszę litery Z-S-R-R . To właśnie był mój kraj. Teraz nie mieszkam w swoim kraju, mieszkam w obcym.

[…]

Przyszedł Gorbaczow… Zaczęto mówić o przywróceniu leninowskich zasad. Panował ogólny zapał. Ożywienie.  Ludzie wyraźnie oczekiwali zmian. W swoim czasie zaufali Andropowowi…  No,  owszem, kagiebista… Jak by to pani wytłumaczyć? Już nikt się nie bał KPZR . Pod budką z piwem mogli naubliżać partii, a KGB – nigdy w życiu… No co też pani! To tkwiło w pamięci… Wiedzieli, że stalową ręką, rozpalonym żelazem, jeżową rękawicą ci chłopcy zaprowadzą porządek. Nie chcę powtarzać banałów, ale to Dżyngis-chan zepsuł nam geny… I pańszczyzna…

[…]

Pani myśli, że kraj rozpadł się dlatego, że dowiedziano się prawdy o Gułagu? Tak myślą ci, którzy piszą książki. A człowiek… normalny człowiek nie żyje historią. Żyje prościej: zakochał się, ożenił, przyszły na świat dzieci. Zbudował dom. Kraj upadł przez brak damskich bucików i papieru toaletowego, przez brak pomarańcz.  I tych cholernych dżinsów! Teraz nasze sklepy są podobne do muzeów. Do teatrów. A oni chcą mnie przekonać,  że wszystko, czego człowiek potrzebuje, to fatałaszki od Versacego i Armaniego. Że to mu wystarcza. Że życie to są piramidy finansowe i weksle. Wolność to pieniądze,  a pieniądze to wolność. A nasze życie nie jest warte nawet kopiejki.

[…]

Partia to nie sztab wojskowy, ale aparat.  Machina. Biurokratyczna machina. Humanistów rzadko angażowano do pracy, partia im nie ufała jeszcze od czasów Lenina, który mówił o warstwie inteligenckiej, że to nie „mózg, ale gówno narodu”. Takich jak ja, filologów, było mało. Kadry tworzono z inżynierów, zootechników, z tych, którzy do czynienia mieli z maszynami, mięsem i ziarnem, a nie z ludźmi. Kuźniami kadr partyjnych były uczelnie rolnicze.  Potrzebne były dzieci robotników i chłopów. Z ludu. Dochodziło do śmiesznych sytuacji. Weterynarz na przykład mógł być przyjęty do pracy partyjnej,  a lekarz internista już nie. Nie widziałam tam ani fizyków, ani liryków[28].  Co jeszcze?  Subordynacja,  jak w wojsku… Powolne pięcie się w górę, szczebel po szczeblu:  lektor komitetu dzielnicowego,  potem kierownik gabinetu… instruktor…  Trzeci sekretarz… drugi sekretarz… W ciągu dziesięciu lat przeszłam wszystkie stopnie. To dzisiaj pomocniczy pracownicy naukowi i kierownicy laboratoriów rządzą krajem, a przewodniczący kołchozu albo elektryk zostają prezydentami.

[…]

Opowiadaliśmy sobie nawzajem, jak Gorbaczow w Leningradzie zatrzymał swój orszak i wyszedł do ludzi, a w jakiejś fabryce odmówił przyjęcia drogiego podarunku. W czasie tradycyjnego poczęstunku wypił tylko szklankę herbaty. Uśmiechał się. Przemawiał bez kartki. Był młody. Nikt z nas nie wierzył, że władza radziecka kiedyś się skończy i w sklepach pojawi się kiełbasa, i znikną kilometrowe kolejki po importowane biustonosze. Przywykliśmy, że wszystko dostaje się po znajomości: prenumeratę „Biblioteki Literatury Światowej”, cukierki czekoladowe i enerdowskie dresy. Że trzeba przyjaźnić się z rzeźnikiem,  żeby dostać kawałek mięsa. Władza radziecka wydawała się wieczna. Myśleliśmy, że starczy jej i dla dzieci, i dla wnuków. A ona sobie tymczasem upadła. Teraz jest jasne, że sam Gorbaczow się tego nie spodziewał, chciał coś zmienić, ale nie wiedział jak. Nikt nie był gotowy. Nikt! Nawet ci, którzy kruszyli ten mur. Jestem zwykłym technologiem. Nie bohaterką… nie… I nie komunistką… Dzięki swojemu mężowi, malarzowi, wcześnie trafiłam do środowiska cyganerii artystycznej. Poeci, malarze… Wśród nas nie było bohaterów, nikt nie był na tyle odważny, żeby zostać dysydentem,  siedzieć w więzieniu albo psychuszce za swoje przekonania.

[…]

Z pamiętników można się dowiedzieć, że Rosja carska zniknęła w ciągu trzech dni. Tak samo zniknął komunizm. W parę dni. To się nie mieściło w głowie… Byli co prawda i tacy, którzy chowali swoje czerwone książeczki, trzymali na wszelki wypadek. Niedawno w pewnej rodzinie pokazano mi trzymane na antresoli popiersie Lenina. Przechowują… Może się jeszcze przyda… Jak wrócą komuniści, to pierwsi przypną sobie czerwone wstążeczki.  (Długo nic nie mówi). Na moim stole leżały setki oświadczeń o wystąpieniu z partii… Wszystko to w krótkim czasie uprzątnięto i wyniesiono ze śmieciami. Żeby zgniło na wysypisku.  (Szuka czegoś w teczkach na stole). Ale parę kartek zachowałam… Kiedyś jakieś muzeum o nie poprosi. Będą tego szukali… (Odczytuje).

[…]

Wszyscy lubią patrzeć na śmierć. Ojoj! W ogóle… w ogóle… W naszej wsi, gdzie jako młoda dziewucha mieszkałam z rodzicami, był staruszek, który lubił przychodzić i patrzeć, jak ktoś umiera. Baby go karciły, wyganiały z chałupy: „Idź, ty diable!”, a ten siedzi. Długo żył. Może to naprawdę był diabeł? Na co tu patrzeć? W którą stronę? Po śmierci nic nie ma. Umarł, zakopali i już. A żywy, choćby i nieszczęsny, chodzi po powietrzu, po ogrodzie. Duch to duch, reszta to ziemia. Ziemia i nic więcej. Jeden umiera jeszcze w kołysce, inny doczeka się siwych włosów. Szczęśliwi ludzie nie chcą umierać…  i ci… ci, których kochają, też nie chcą. Wypraszają sobie. A gdzie oni są, ci szczęśliwi ludzie? W radiu kiedyś mówili, że po wojnie wszyscy będziemy szczęśliwi, i Chruszczow, to pamiętam, obiecywał…  że niezadługo nastanie komunizm. Gorbaczow przysięgał, mówił tak składnie… Tak pięknie. Teraz Jelcyn się zaklina, grozi, że położy się na torach…

[…]

Saszka przetyrał trzydzieści lat w fabryce mebli. Chodził przygarbiony. Rok temu żegnali go, kiedy odchodził na emeryturę. Podarowali mu zegarek.  Ale nie został bez pracy. Ludzie ciągle przychodzili z zamówieniami. Taaak… A mimo to nie był szczęśliwy. Smutny chodził, przestał się golić. Trzydzieści lat w jednym zakładzie to jak pół życia! To już był jego dom rodzinny. Nawet trumnę przywieźli mu z fabryki. Taką kosztowną! Cała się lśniła, a w środku z brokatu. Dzisiaj w takich chowają tylko bandytów i generałów. Wszyscy dotykali rękami, bo jeszcze takiej nie widzieli!  Kiedy z baraku wynosili trumnę, posypali ziarno na próg. Tak trzeba, żeby żywym łatwiej było zostać. Taki nasz stary obyczaj… Postawili trumnę na podwórzu… Ktoś z krewnych poprosił: „Wybaczcie, dobrzy ludzie”. Wszyscy im odpowiedzieli: „Bóg wybaczy”. A co tu jest do wybaczania? Żyliśmy w zgodzie, jak w rodzinie. Jak ty nie masz, to ja ci dam, jak mnie zabraknie, to ty przyniesiesz. Lubiliśmy nasze święta. Budowaliśmy socjalizm, a teraz mówią w radiu, że się skończył. Ale my… myśmy zostali…

[…]

Mój ukochany reżyser Mark Zacharow, którego mniej już teraz lubię i któremu już nie wierzę tak jak kiedyś, spalił – pokazywali w telewizji – swoją legitymację partyjną… Na oczach ludzi. To przecież nie teatr! To życie! Moje życie. Czy tak z nim można? Z moim życiem… Nie chcę tych shows… (Płacze). Nie nadążam…  Jestem z tych, którzy nie nadążają… Z pociągu, który jechał do socjalizmu, wszyscy szybko przesiadają się do tego, który pędzi w stronę kapitalizmu. Ja się spóźniam… Śmieją się z „sowka”, że bydło, że frajer. Ze mnie się śmieją… „Czerwoni” teraz to już tylko bestie,  a „biali”  – rycerze. Moje serce i umysł się czemuś takiemu sprzeciwiają, ja to odrzucam wręcz fizjologicznie. Nie dopuszczam do siebie. Nie potrafię, nie jestem zdolna… Gorbaczowa przyjęłam życzliwie, chociaż krytykowałam…  Gorbaczow był… Teraz to już jasne, że tak jak my wszyscy, był marzycielem. Budował zamki na lodzie. Tak można powiedzieć.  Ale na Jelcyna nie byłam przygotowana… Na reformy Gajdara. Jednego dnia przepadły pieniądze. Pieniądze… i całe nasze życie…  Wszystko w jednej chwili straciło wartość. Zamiast o świetlanej przyszłości zaczęto mówić: bogaćcie się, kochajcie pieniądze… Pokłońcie się temu cielcowi!  Naród nie był na to przygotowany. Nikt o kapitalizmie nie marzył – przynajmniej o sobie mogę powiedzieć bez wahania, że nie marzyłam… Podobał mi się socjalizm. To były czasy Breżniewa…  wegetariańskie… Poprzednie, ludożercze już się skończyły.  

[…]

w Duszanbe [stolica Tadżykistanu – przyp. aut.]… Wszyscy siedzieli przed telewizorem i bali się przegapić wiadomości. U nas w fabryce była załoga kobieca, przeważnie Rosjanki. Pytam: »Dziewczyny, co będzie?«. »Wojna się zaczyna, już Rosjan mordują«. Wkrótce w biały dzień został rozgrabiony jeden sklep, drugi…” „W pierwszych miesiącach płakałam, potem przestałam płakać. Łzy wysychają szybko. Najbardziej bałam się mężczyzn, znajomych czy nieznajomych. Że zaciągną do domu, do samochodu…  »Krasawyca!  Dewuszka,  poruchamy  sze…« Córkę sąsiadów zgwałcili tadżyccy koledzy z klasy. Znaliśmy tych chłopców. Matka dziewczyny poszła do rodziców jednego z nich. »A po coś tutaj przyjechała? – nakrzyczeli na nią. – Wracaj do swojej Rosji. Zaraz was tu Ruskich w ogóle nie będzie. W samych gaciach będziecie zwiewali«…” „Po cośmy tam pojechali? Dostaliśmy skierowanie z Komsomołu. Budowaliśmy elektrownię Nuriecką, hutę aluminium.  Uczyłam się tadżyckiego: czajchana, piała, aryk, arcza, czynara… Mówili na nas »Szurawi«. »Bracia Rosjanie«” „…Śnią mi się różowe góry – całe w kwitnących migdałach. A budzę się cała we łzach…”

[…]

Nie co dzień przecież upada imperium.  Nie co dzień daje taką plamę! Krwawą! I nie co dzień marszałek imperium [mowa o marszałku Achromiejewie, ministrze obrony narodowej i puczyście Janajewa – przyp. aut.] popełnia samobójstwo… Wiesza się na kremlowskim kaloryferze… Dlaczego odszedł? Bo odszedł jego kraj, odszedł więc razem z nim, tutaj już nie widział dla siebie miejsca. Bo… tak sądzę… już sobie wyobraził,  jak to wszystko będzie wyglądało. Jak rozgromią socjalizm. Gadanina zakończy się krwią. Grabieżą. Jak zaczną zwalać pomniki. Jak radzieccy bogowie pójdą na złom. Do punktu skupu. Komunistom zaczną grozić Norymbergą…

[…]

Oni twierdzą, że go zabito [marszałka Achromiejewa – przyp. aut.], ale ja w to nie wierzę. Chodzą słuchy o jakichś świadkach… o faktach… że tam szpagat nie taki, za cienki, że takim można tylko zadusić, że klucz tkwił w drzwiach na zewnątrz… Różne rzeczy mówią… Ludzie lubią plotkować o dworskich tajemnicach. Powiem pani co innego: świadkami też da się kierować. To nie są roboty. Kieruje nimi telewizja. Gazety. Przyjaciele… Korporacyjne interesy… Kto zna prawdę? Według mnie na prawdzie zależy tylko odpowiednio wykształconym ludziom: sędziom, uczonym, kapłanom. Wszyscy inni ulegają swoim własnym ambicjom, emocjom… (Pauza). Czytałem pani książki… Niepotrzebnie pani tak ufa ludziom, ludzkiej prawdzie… Historia jest ucieleśnieniem różnych idei. Nie ludzie ją piszą, ale czas. A ludzka prawda to kołek, na którym każdy wiesza swój kapelusz. Trzeba zacząć od Gorbaczowa… Bez niego do tej pory żylibyśmy w ZSRR . Jelcyn nadal byłby pierwszym sekretarzem komitetu obwodowego w Swierdłowsku, Jegor Gajdar robiłby korekty artykułów na tematy gospodarcze w „Prawdzie” i po staremu wierzył w socjalizm… a Sobczak wykładałby na uniwersytecie w Leningradzie… (Pauza). Związek Radziecki mógł jeszcze długo trwać. Kolos na glinianych nogach? Kompletna bzdura! Byliśmy potęgą, supermocarstwem, dyktowaliśmy swoją wolę wielu krajom. Nawet Ameryka się nas bała. Że brakowało rajstop i dżinsów? By zwyciężyć w wojnie jądrowej, potrzebne są nie rajstopy, ale współczesne rakiety i bombowce. Mieliśmy je i to znakomite. Zwyciężylibyśmy w każdej wojnie. Rosyjski żołnierz nie boi się umierać. Pod tym względem jesteśmy Azjatami…  (Pauza).

[…]

A ludzie? (Pauza). Ludzie chcą zwyczajnych rzeczy. Obfitości pierników. I cara! Gorbaczow nie chciał być carem. Wyrzekł się tego. A taki Jelcyn… Kiedy poczuł w 1993 roku, że fotel prezydencki pod nim się chwieje, nie stropił się, tylko wydał rozkaz strzelania do parlamentu. Komuniści w 1991 roku przelękli się strzelania… Gorbaczow oddał władzę bez rozlewu krwi…  A Jelcyn strzelał z czołgów. Urządził rzeź. Właśnie tak…  I dostał poparcie. Mentalnie, wręcz podświadomie,  nasz kraj jest monarchią.  Genetycznie.  Wszyscy potrzebują cara. Iwana Groźnego (na Zachodzie przezwano go „straszliwym”), który zalał rosyjskie miasta krwią i przegrał wojnę inflancką, wspominają ze strachem i zachwytem. Tak jak Piotra I i Stalina. Za to Aleksander II   Wyzwoliciel, car, który darował Rosji wolność, został zabity…

[…]

My w gabinetach mieliśmy meble radzieckie i jeździliśmy radzieckimi samochodami. Nosiliśmy radzieckie ubrania i buty. Chruszczow pochodził z rodziny górniczej… Kosygin był z chłopów… Wszyscy, jak już mówiłem, byli ludźmi wojny. Doświadczenia życiowe, rzecz jasna,  mieli ograniczone.  Nie tylko naród, ale i przywódcy żyli za żelazną kurtyną. Wszyscy żyliśmy jak w akwarium… (Pauza). Poza tym… wprawdzie to tylko drobna sprawa, ale… Powojenna niełaska marszałka Żukowa związana była nie tylko z zazdrością Stalina o jego sławę, ale także z liczbą wywiezionych z Niemiec dywanów, mebli, strzelb myśliwskich, które przechowywał na daczy. Chociaż cały ten majątek zmieściłby się w dwóch autach. Bolszewikowi jednak nie wypada mieć tylu gratów… Jeśli porównać to z dzisiejszym bogactwem, to pusty śmiech człowieka ogarnia… (Pauza). Gorbaczow lubił luksus… W Foros zbudowano dla niego daczę… Marmury były z Włoch, płytki z Niemiec, piasek na plażę z Bułgarii… Żaden przywódca zachodni nie miał u siebie nic podobnego. Dacza Stalina na Krymie, jeśli porównać ją z tą Gorbaczowa, przypominała raczej hotel robotniczy. Zmieniali się sekretarze generalni, a jeszcze bardziej ich żony…

[…]

Tato, co to znaczy „cud”? Chyba zrozumiałem. Posłuchaj… Żyli sobie babcia z dziadkiem, mieli kurkę Jarzębatkę.  Zniosła kurka złote jajko, aż się dziadek zdumiał… Długo tłukł jajeczko, tłukł, rozbić go nie umiał. Tłukła babcia, tłukła, rozbić nie umiała, tylko mała myszka, co tam harcowała, ogonkiem machnęła, jajeczko strąciła i całkiem rozbiła. Płacze dziadek, babcia płacze… Z punktu widzenia logiki to nie ma w ogóle sensu. Najpierw chcieli rozbić i nie mogli, a jak się rozbiło, to płaczą! Ale od wielu lat, co ja mówię… nie lat – od wieków dzieci słuchają tej bajki jak wiersza.

[…]

My wyobrażaliśmy sobie sprawiedliwe życie, bez biednych i bogatych. Umieraliśmy za rewolucję, umierali jako idealiści… ludzie bezinteresowni… Moich przyjaciół nie ma od dawna, zostałem sam. Nie mam z kim rozmawiać… Nocami rozmawiam z umarłymi… A pani? Pani nie zna naszych uczuć ani nawet słów: dostawy obowiązkowe, oddział aprowizacyjny,  komitet biedoty… defetysta, liszeniec, powtornik… Dzisiaj to dla pani sanskryt! Egipskie hieroglify! Starość to przede wszystkim samotność. Ostatni znajomy staruszek z sąsiedniej klatki schodowej umarł pięć lat temu, a może nawet jeszcze dawniej, może już siedem… Wokół są sami nieznajomi ludzie.  Przychodzą z muzeum, z archiwum…  z encyklopedii… Jestem leksykonem… żywym archiwum… A rozmówców nie mam… Z kim chciałbym rozmawiać? Mógłbym z Łazarem Kaganowiczem… Mało nas już zostało,  a tych którzy nie są zupełnymi sklerotykami – jeszcze mniej. Kaganowicz jest starszy ode mnie, ma już dziewięćdziesiątkę. Czytałem w gazetach… (Śmieje się). W gazetach piszą, że staruszkowie na podwórzu nie chcą grać z nim w domino. Ani w karty. Przeganiają go: „Ludojad!”. A on płacze, tak mu jest przykro. Kiedyś był żelaznym narkomem[komisarz ludowy – przyp. aut]. Podpisywał listy do rozstrzelania, posłał na śmierć dziesiątki tysięcy ludzi. Trzydzieści lat towarzyszył Stalinowi. A na starość nie ma z kim zagrać w karcięta… w domino… Zwykli robociarze nim gardzą… (Dalej mówi cicho. Nie mogę go zrozumieć. Wyławiam tylko kilka słów). Straszne… strasznie jest długo żyć.

[…]

Pragnęliśmy zbudować Królestwo Boże na ziemi. Piękne, ale niedające się zrealizować marzenie, bo człowiek nie jest jeszcze na to przygotowany.  Nie jest doskonały. No tak… Ale począwszy od Pugaczowa i dekabrystów,  aż do Lenina, wszyscy marzyli o równości i braterstwie. Bez idei sprawiedliwości inna będzie Rosja i inni będą w niej ludzie. To będzie całkiem inny kraj. Jeszcze się komunizmu nie wyrzekliśmy.  Próżne nadzieje. Świat też go się nie wyrzekł. Człowiek zawsze będzie marzył o Mieście Słońca [aluzja do słynnych dialogów Tomasza Campanelliego – przyp. aut.].  Jeszcze chodził w skórze, jeszcze mieszkał w jaskini, a już pragnął sprawiedliwości. Niech pani sobie przypomni radzieckie pieśni i filmy… Jakie tam są marzenia! Jaka wiara…  Bo mercedes to nie jest marzenie… Wnuk milczał w ciągu całej rozmowy. Na moje pytania odpowiedział tylko kilkoma dowcipami. Rok trzydziesty siódmy… W celi siedzą dwaj starzy bolszewicy.  Jeden mówi: „Nie, my już nie doczekamy się komunizmu, ale nasze dzieci…”. A drugi: „Biedne te dzieci”.

[…]

Wkrótce rozłożę się na fosfor, potas i tak dalej. Od kogo pani dowie się prawdy? Zostały tylko archiwa. Papiery. No tak… Pracowałem w archiwum i wiem, że papiery kłamią gorzej od ludzi.

[…]

Po ulicach chodzą gangsterzy w malinowych marynarkach, mają złote łańcuchy do pępka. To karykatura kapitalizmu, zupełnie jak na obrazkach w radzieckim „Krokodylu”. Parodia! Zamiast dyktatury proletariatu – prawo dżungli: gryź tego, kto jest słabszy od ciebie, a kłaniaj się temu, kto silniejszy. Najstarsze prawo na ziemi…  (Atak kaszlu. Potem odpoczywa).  Mój syn nosił budionówkę z czerwoną gwiazdką… Kiedyś to był najlepszy prezent urodzinowy. Od dawna nie chodzę do sklepów. Czy można tam kupić budionówkę? Noszono je długo, jeszcze za Chruszczowa. Jaka jest teraz moda? (Próbuje się uśmiechnąć). Nie jestem na bieżąco… No jasne, jestem antykiem…  Mój jedyny syn umarł… Kończę życie z synową i wnukami. Syn był historykiem i ideowym komunistą. A wnuki? (Z drwiną). Wnuki czytają Dalajlamę. Zamiast Kapitału mają Mahabharatę.  Kabałę… Teraz wszyscy wierzą w najróżniejsze rzeczy. No tak… Teraz tak jest… Człowiek zawsze pragnie w coś wierzyć. W Boga albo w postęp techniczny. W chemię, w polimery, w kosmiczny rozum. Teraz – w rynek.

[…]

Miesiąc przesiedziałem w pojedynczej celi. Taka kamienna trumna – wokół głowy jest szerzej,  a w nogach – trochę węziej. Oswoiłem kruka, który przylatywał do mojego okna, karmiłem go kaszą perłową z zupy. Od tamtego czasu kruk jest moim ulubionym ptakiem. Na wojnie, kiedy… Już po bitwie… Cisza. Rannych zabrano, leżeli tylko zabici. Wtedy przylatują kruki, innych ptaków nie było, tylko one.

[…]

Czytała pani książkę Człowiek ryba Aleksandra Bielajewa? Tam genialny uczony chciał uszczęśliwić syna i zmienił go w morskie stworzenie. Ale synowi wkrótce smutno się zrobiło,  że jest samotny w oceanie. Zapragnął być jak wszyscy – żyć na ziemi, pokochać zwykłą dziewczynę. Tyle że to już niemożliwe. No i syn zginął. A ojcu wydawało się, że zgłębił tajemnicę… Że jest Bogiem! To odpowiedź wszystkim wielkim utopistom! …Idea była piękna! Tylko co zrobi pani z człowiekiem? Człowiek nie zmienił się od czasów starożytnego Rzymu…

[…]

Moja ulubiona powieść to Co robić? Czernyszewskiego…  Teraz jej już nie czytają. Bo nudna. Znają tylko tytuł – odwieczny rosyjski problem: co robić? Dla nas to był katechizm.  Podręcznik rewolucji. Całymi stronicami uczyliśmy się go na pamięć. Czwarty sen Wiery Pawłowny… (Recytuje jak wiersz). „Domy z kryształu i aluminium… Kryształowe pałace! Cytrynowe i pomarańczowe sady w środku miasta. Starców prawie nie ma, ludzie starzeją się bardzo późno, bo życie jest piękne. Wszystko wykonują maszyny, a ludzie tylko jeżdżą i kierują maszynami… Maszyny żną zboże, wiążą w snopy… Łany zbóż są gęste, zboże obrodziło. Kwiaty wielkie jak drzewa. Wszyscy są szczęśliwi. Radośni.  Chodzą pięknie ubrani – mężczyźni i kobiety. Ich życie jest wolne, poświęcone pracy i rozkoszy. Wszyscy mają dużo miejsca, a pracy jest pod dostatkiem. Czy to rzeczywiście my? Czy to naprawdę nasza ziemia? I wszyscy tak będą żyli? Przyszłość jest jasna i piękna…”  U Dostojewskiego jest odpowiedź Czernyszewskiemu: Budujcie, budujcie swój kryształowy pałac, a ja wezmę i cisnę w niego kamieniem… I nie dlatego, że jestem głodny i mieszkam w piwnicy, ale tak zwyczajnie – z własnej woli….

[…]

Wojna! Później bałem się ją wspominać… Własną wojnę… Chciałem wstąpić do partii, ale mnie nie przyjęli. „Jaki z ciebie komunista, skoro byłeś w getcie?” Milczałem… Milczałem… W naszym partyzanckim oddziale była Rozoczka, ładna żydowska dziewczyna, woziła ze sobą książki. Miała szesnaście lat. Wszyscy dowódcy po kolei z nią sypiali… „Ma tam jeszcze dziecięce włoski… Cha, cha”. Rozoczka zaszła w ciążę… Wtedy zaprowadzili ją w głąb lasu i tam zastrzelili jak psa. Dzieci się rodziły, to oczywiste, las pełen tęgich chłopów. Praktyka była taka, że jak się urodziło dziecko, to od razu oddawano je na wieś. Do chutoru. A kto by wziął żydowskie dziecko? Żydzi nie mieli prawa mieć dzieci. Wracam po wykonaniu zadania i pytam: „Gdzie Rozoczka?”. „A co ci do tego? Nie ma tej, znajdą inną”. Setki Żydów, którzy uciekli z getta, błąkało się po lasach. Chłopi ich łapali, wydawali Niemcom za pud mąki, za kilo cukru. Niech pani napisze… Długo milczałem… Żyd przez całe życie czegoś się boi. W którąkolwiek stronę poleciałby kamień, to w Żyda zawsze trafi.

[…]

A mój… żył w obłokach, zawsze gdzieś wysoko… Córka pracuje w aptece, przyniosła kiedyś deficytowe lekarstwa, żeby sprzedać i zarobić trochę grosza. Jak on się o tym mógł dowiedzieć? Coś wywąchał? „Hańba! Co za hańba!” – krzyczał. Chciał ją wypędzić z domu. W żaden sposób nie mogłam go uspokoić. Inni weterani korzystają z przywilejów… Przecież im przysługują… „Idź – prosiłam. – Może i tobie coś dadzą”. A on się zaczął drzeć: „Walczyłem za Ojczyznę,  nie za przywileje”. Leży w nocy z otwartymi oczami i milczy. Jak się odezwę, to nie odpowiada.  Przestał z nami rozmawiać. Mocno przeżywał. Nie chodziło mu o nas, o rodzinę, tylko o wszystkich. O kraj. Taki był. Namęczyłam się z nim… Przyznaję się uczciwie – pani, jako kobiecie, nie jako pisarce… Nie rozumiałam go…

[…]

Wiersze czytał marnie, cały czas poprawiał okulary. Był jednak wzruszający.  Zrozumiałam… Zrozumiałam, co czuje… Te ruchy, te okulary, to podenerwowanie. Tylko zupełnie nie pamiętam, co czytał. I dlaczego to miałoby być takie istotne. Wtedy też zaczął padać deszcz. I padał. Pamiętam to… Niczego nie zapomniałam… Uczucia… nasze uczucia – cierpienie, miłość, czułość – to są jakieś odrębne istoty. Żyją samodzielnie, nie zależą od nas. Z jakiegoś powodu nagle wybiera się tego kogoś, a nie tamtego, chociaż tamten może byłby lepszy. Albo stajemy się częścią cudzego życia, wcale tego jeszcze nie podejrzewając. Ale już nas znaleźli… wysłali sygnał… „Tak na ciebie czekałem” – powitał mnie następnego ranka.

[…]

Tato wrócił z wojny w czterdziestym piątym roku… Zmęczony, ze zrujnowanym zdrowiem. Chorował wskutek ran. Zwycięzcy! Tylko ich żony wiedzą, co oznaczało życie ze zwycięzcą. Mama często płakała, kiedy tato wrócił. Zwycięzcy wracali do normalnego życia przez całe lata. Musieli przywyknąć. Pamiętam opowieści taty, jak początkowo szalał, słysząc słowa „napalimy w bani”, „pójdziemy na ryby”. Nasi mężczyźni byli męczennikami,  wszyscy z traumą wyniesioną z wojny albo z więzienia. Z obozu. Wojna i więzienie – dwa najważniejsze słowa w języku rosyjskim. Rosyjskim!  Rosjanka nigdy nie miała normalnego mężczyzny. Zawsze musi kogoś leczyć. Mężczyznę traktuje po części jak bohatera,  a po części jak dziecko. Ratuje go. Do dzisiejszego dnia. Ciągle gra tę samą rolę. Upadł Związek Radziecki…

[…]

Jakim cudem udało ci się przeżyć? – pytałam. Jako dziecko byłem bardzo kochany. Ratuje nas   ilość miłości,  którą otrzymaliśmy. To jest nasz „współczynnik bezpieczeństwa”. Tak… Tylko miłość nas ratuje. Miłość to taka witamina, bez której człowiek nie jest zdolny żyć, krew się ścina, zatrzymuje serce. Byłam pielęgniarką… niańką… aktorką… Wszystkim byłam.

[…]

Jestem osadniczką. Urodziłam się w rodzinie zesłanego polskiego oficera. „Osadnik” to polskie słowo, nazywano tak ludzi, którzy po wojnie polsko-radzieckiej otrzymali ziemię na wschodnich kresach Rzeczypospolitej.  W 1939 roku, kiedy na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow Białoruś Zachodnią przyłączono do ZSRR , tysiące osadników razem z rodzinami zesłano na Syberię jako „element politycznie niebezpieczny” (z notatki Berii dla Stalina). Ale to jest wielka historia, a ja mam swoją… małą… Nie znam daty swojego urodzenia… Nawet roku nie znam… Wszystko znam w przybliżeniu. Nie znalazłam żadnych dokumentów.  Jestem, a zarazem mnie nie ma. Myślę, że mama była ze mną w ciąży, kiedy ich wieźli. Dlaczego? Zawsze mnie niepokoją gwizdki parowozów… i zapach podkładów… czyjś płacz na stacji… Mogę jechać eleganckim pociągiem, ale kiedy na sąsiednim torze zadudni towarowy, z oczu płyną mi łzy. Nie potrafię oglądać wagonów bydlęcych, słuchać ryku zwierząt… W takich wagonach nas wywozili. Jeszcze mnie wtedy nie było. A zarazem byłam. W moich snach nie ma osób, historii… Wszystkie moje sny składają się z dźwięków, zapachów…

[…]

Teraz zaczęli mówić: winien jest socjalizm… Stalin… Tak jakby Stalin miał władzę równą boskiej. Każdy miał swojego Boga. Dlaczego on milczał? Moja ciocia… nasza wieś… Pamiętam jeszcze Marię Pietrownę Aristową, zasłużoną nauczycielkę, która odwiedzała naszą Władzię w szpitalu w Moskwie. Obca kobieta… To właśnie ona przywiozła ją do nas na wieś, wniosła ją na rękach… Władzia już w ogóle nie chodziła… Maria Pietrowna przysyłała mi kredki, cukierki. Pisała listy. A w tamtej izbie dziecka, gdzie mnie myli, dezynfekowali… Leżałam na wysokiej ławie, cała w pianie… Mogłam się ześlizgnąć, rozbić się o cement. Ślizgam się… spełzam… Salowa, obca kobieta, złapała mnie i przytuliła do siebie. Mówiła:  „Moje ty pisklątko”. Oglądałam Boga.

[…]

Zawsze czekałam na listy. Czekałam na koperty, koperty! Teraz też czekam… Pisuje do mnie przyjaciółka, która wyjechała do córki w Izraelu. Pyta, co u nas. Jak się żyje po socjalizmie… A jakie jest to nasze życie? Idzie się znajomą ulicą: sklep   francuski, niemiecki, polski – wszystkie nazwy obcojęzyczne. Obce skarpetki, bluzki, buty… herbatniki i kiełbasa… Nigdzie nie znajdzie się nic naszego, radzieckiego. Ze wszystkich stron słyszę tylko: życie to walka, silny zwycięża słabszego. To jest prawo natury. Trzeba się starać, by wyrosły nam rogi i kopyta, żelazny pancerz, bo słabi nikomu się na nic nie zdadzą. Wszędzie tylko łokcie, łokcie i łokcie. To jest faszyzm, to znak swastyki!  Jestem zszokowana…  zrozpaczona! To nie jest moje.

[…]

Kiedy poznaliśmy już litery, rozdano nam białe kartki i pod dyktando napisaliśmy list do naszego najlepszego,  najukochańszego  wodza. Myśmy bardzo go kochali, wierzyli, że dostaniemy odpowiedź i że przyśle nam prezenty.  Dużo prezentów! Patrzyliśmy na jego portret,  a na nim wydawał się nam taki piękny. Najpiękniejszy na świecie! Kłóciliśmy się nawet, kto ile lat życia oddałby za jeden dzień życia towarzysza Stalina. Na Pierwszego Maja wydawano nam wszystkim czerwone chorągiewki, szliśmy i wesoło nimi machali.  Ja byłam najniższa ze wszystkich, stałam na samym końcu i zawsze się denerwowałam, że nie dostanę chorągiewki. Że dla mnie zabraknie! Cały czas nam wpajano,  że Ojczyzna jest naszą matką!  Naszą mamą! A myśmy pytali każdego dorosłego, któregośmy spotkali: „Gdzie moja mama? Jaka jest moja mama?”. Nikt naszych mam nie znał. Pierwsza przyjechała do Rity Mielnikowej. Miała zdumiewający głos. Śpiewała nam kołysankę: „Kochanie,  oczęta zmruż, światełka pogasły już… Nigdzie nie skrzypią już drzwi, myszka za nimi tam śpi…”. Nie znaliśmy takiej piosenki, zapamiętaliśmy ją od razu. Prosiliśmy: jeszcze, jeszcze! Nie pamiętam, kiedy mama Rity skończyła śpiewać, bośmy zasnęli. Opowiadała, że nasze mamy są dobre, że są ładne. Wszystkie są ładne. I wszystkie śpiewają tę kołysankę. Czekaliśmy… Potem przeżyliśmy wiele strasznych rozczarowań. Mama Rity nas okłamała.  Przyjeżdżały inne mamy. Były brzydkie, chore i nie umiały śpiewać. Płakaliśmy…  Szlochaliśmy w głos… To był gorzki płacz, a nie płacz radości ze spotkania. Od tamtej pory nie znoszę nieprawdy… Nie lubię marzyć… Nie wolno nas było pocieszać kłamstwami, nie wolno było oszukiwać, mówiąc: „Twoja mama żyje, nie umarła”. Potem się okazywało,  że nie ma ładnej mamy albo nie ma żadnej mamy… Nie ma! Wszyscy byliśmy bardzo małomówni. Nie pamiętam naszych rozmów… Pamiętam dotknięcia…  Kiedy moja przyjaciółka Wala Knorina mnie dotknęła, to ja już wiedziałam, o czym myśli, bo wszyscy myśleli o tym samym. Wiedzieliśmy o wszystkich intymnych sprawach: kto sika w nocy, kto krzyczy przez sen, kto nie wymawia dobrze „r”.  Ja cały czas prostowałam sobie ząb łyżeczką. W jednej sali stało czterdzieści żelaznych łóżek… Wieczorem padała komenda: złożyć dłonie i pod policzek,  a wszyscy na prawy bok. Musieliśmy robić to razem. Wszyscy!  To była wspólnota, może zwierzęca, owadzia, ale tak nas wychowywano. Do dzisiaj taka jestem…

[…]

Pierwszy: „A mnie mówili, że gdy baraki były już puste, zamknięte, nocami wiatr przynosił z nich krzyki i jęki…”. Drugi: „To zabobony. Zaczyna się mitologia. A całe nasze nieszczęście polega na tym, że u nas kaci i ofiary to są ci sami ludzie”. I znowu: „Stalin zastał Rosję z sochą, a zostawił z bombą atomową…”. Od słowa do słowa zrozumiałam,  że jego ojciec był oficerem. Za Chruszczowa chciał… stąd wyjechać, ale mu nie pozwolili. Wszyscy podpisywali zobowiązanie do nierozgłaszania tajemnicy państwowej: i ci, którzy siedzieli, i ci, którzy wsadzali. I pilnowali. Nikogo nie wolno było wypuścić, za dużo wszyscy wiedzieli. Ten człowiek słyszał,  że nie wypuszczano nawet tych, którzy konwojowali pociągi z więźniami. Niby tak było, że tutaj ominęła ich wojna, ale z wojny mieli szansę wrócić, a stąd – żadnej. Zona… system… wciągał ich w siebie bezpowrotnie. Wyjechać z tych przeklętych miejsc po odbyciu wyroku mogli tylko kryminaliści. Bandyci. Reszta musiała potem żyć razem, niekiedy w jednym domu, na tym samym podwórzu. „Oj, to nasze życie!” – powtarzał. Przypomniał zdarzenie z dzieciństwa…  Jak dawni zekowie [recydywiści kryminalni – przyp. aut.] zmówili się i udusili byłego wartownika, bo to była prawdziwa bestia… Po pijaku się tłukli, jeden na drugiego szedł z pięściami. Ojciec pił na umór. Upijał się i płakał: „Taka wasza mać! Całe życie na uwięzi. Jesteśmy drobniutki piasek…”.

[…]

Wychowywano mnie na radzieckich książkach: „Człowiek jest ponad to…”, „człowieka nie można…”, „człowiek to brzmi dumnie”. Opowiadano o człowieku, który nie istnieje… Ktoś taki nie występuje w przyrodzie… Do dzisiaj nie mam pojęcia, dlaczego w tamtych czasach było tylu idealistów… A dzisiaj zniknęli. Jaki idealizm może wyznawać pokolenie Pepsi? To pragmatycy.

[…]

…Socjalizm to alchemia. Idea alchemiczna. Lecieliśmy do przodu, a przylecieli nie wiadomo dokąd. „Do kogo się mam zgłosić, żeby wstąpić do partii komunistycznej? Do psychiatry”. A oni… nasi rodzice… moja matka… chcieliby usłyszeć, że ich życie miało sens, że poświęcili je czemuś wielkiemu, wierzyli w to, w co warto wierzyć. A co słyszą? Słyszą ze wszystkich stron, że całe życie przeżyli w gównie i oprócz tych okropnych rakiet i czołgów nie mieli nic. Gotowi byli odeprzeć każdego wroga. I odparliby! Ale wszystko runęło bez żadnej wojny. Nikt nie potrafi zrozumieć dlaczego… Bo tu trzeba pomyśleć…  A myśleć ich nie uczono. Wszyscy pamiętają tylko strach… Czytałem gdzieś, że strach jest także formą miłości. Zdaje się, że to Stalin powiedział…

[…]

Setki książek o Hitlerze i Stalinie. Jacy byli w dzieciństwie, w gronie rodziny, jakie kobiety kochali, jakie lubili wino i papierosy… Każdy drobiazg nas   interesuje. Chciałoby się ich zrozumieć… Tamerlan, Dżyngis-chan – kim byli? Kim? Miliony ich kopii… małych kopii… Oni też robili straszne rzeczy,  a tylko jednostki popadały w obłęd. Cała reszta żyła normalnie: całowali się z kobietami, grali w szachy, kupowali dzieciom zabawki…  Każdy myślał: to nie ja. To nie ja go wieszałem za ręce i biłem tak, że wariował, nie ja wsadzałem zaostrzony ołówek kobietom w sutki. To nie ja, tylko system. Sam Stalin… Nawet on mówił: nie ja decyduję, tylko partia… Do syna mówił: „Myślisz pewnie, że jestem Stalinem? Nie! Stalin to on!”. I pokazywał mu swój portret na ścianie. Nie siebie, tylko portret! Machina śmierci… Machina pracowała bez ustanku… dziesiątki lat… Logika była genialna: ofiara – kat, a w końcu i kat stawał się ofiarą. Jak gdyby nie człowiek to wymyślił… Tak doskonale wszystko zdarza się tylko w naturze. Koło zamachowe się obraca, a winnych nie ma. Nie ma! Wszyscy chcą, żeby się nad nimi litowano. Wszyscy są ofiarami. Na końcu łańcucha są wszyscy!  Właśnie! Byłem wówczas młody, więc się przeraziłem, oniemiałem, dzisiaj więcej bym go wypytał… Muszę to wiedzieć… Po co? Boję się… Po tym wszystkim, czego się dowiedziałem o ludziach, boję się siebie. Boję. Jestem zwyczajnym człowiekiem… słabym. Jestem i czarny, i biały, i żółty… najróżniejszy… W szkole radzieckiej uczono nas, że człowiek sam w sobie jest dobry i piękny; moja matka do tej pory wierzy, że to okropna sytuacja czyni go okropnym. Bo człowiek jest dobry! A to nie jest tak… wcale nie tak! Całe życie człowiek pęta się między dobrem a złem. Albo ty ostrym ołówkiem w sutki, albo tobie… Wybieraj! Wybieraj! Tyle lat minęło,  a ja nie mogę zapomnieć tego, jak krzyczał: „Oglądam telewizję, słucham radia. Znowu są bogaci i biedni. Jedni żrą kawior, kupują wyspy i samoloty,  a innym nie wystarcza na bułkę. Długo tak u nas nie będzie!  Jeszcze będą mówili »wielki« o Stalinie… Topór leży… Topór przeżyje właściciela…  Wspomnisz moje słowa… Pytałeś mnie… (tak, pytałem), jak szybko kończy się człowiek, na jak długo go wystarcza… Odpowiem ci: nóżkę od krzesła wiedeńskiego w odbyt albo szydłem w mosznę – i nie ma człowieka. Cha, cha… Nie ma człowieka… Tylko gówno! Cha, cha…”.

[…]

Komunizm łączył się dla nas z terrorem, z Gułagiem. Z klatką. Myśleliśmy, że umarł. Umarł raz i na zawsze. Minęło dwadzieścia lat… Wchodzę do pokoju syna i patrzę: na biurku ma Kapitał Marksa, na półce z książkami Moje życie Trockiego… Nie wierzyłem własnym oczom! Marks powraca? To chyba koszmar? Jawa czy sen?  Syn studiuje na uniwersytecie,  ma wielu przyjaciół, zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowom. Piją herbatę w kuchni i spierają się o Manifest komunistyczny… Marksizm znowu na tapecie, marksizm jest modny, trendy. Noszą tiszerty z portretami Che Guevary i Lenina. (W desperacji).  Nic nie wyrosło. Wszystko poszło na marne. Dla odprężenia proszę posłuchać dowcipu… Rewolucja. W jednym kącie cerkwi piją i hulają krasnoarmiejcy,  a w drugim – ich konie żują owies i sikają. Diaczek biegnie do przeora: „Ojcze, cóż oni wyrabiają w świątyni! – To jeszcze nic strasznego. Postoją i pójdą. Strasznie będzie, jak dorosną ich wnuki”. No więc właśnie dorosły…

[…]

Rosja zawsze była, jest i będzie imperium. Nie jesteśmy tylko wielkim krajem, jesteśmy odrębną cywilizacją.  Rosyjską. Mamy własną drogę. Zachód nawet teraz boi się Rosji… Nasze bogactwa naturalne potrzebne są wszystkim, a zwłaszcza Zachodowi. Proszę otworzyć encyklopedię:  siódme miejsce pod względem zasobów ropy naftowej, pierwsze w Europie pod względem gazu. Jedno z pierwszych miejsc pod względem wielkości zasobów rud żelaza, uranu, cyny, miedzi, niklu, kobaltu… I diamentów, i złota, i srebra, i platyny… Należy do nas cała tablica Mendelejewa. Jeden Francuz tak mi oświadczył: „A dlaczego to wszystko ma należeć do was, ziemia jest przecież wspólna?”. Tak, mimo wszystko jestem imperialistą.  Chcę żyć w imperium. Putin to mój prezydent! Teraz wstyd się przyznawać, że jest się liberałem, tak jak niedawno wstyd było przyznawać się do komunizmu.

[…]

Kapitalizm u nas nie chce się przyjąć. Obcy nam jest jego duch. Nie rozprzestrzenił się poza Moskwę.  Nie ten klimat. I człowiek nie ten. Rosjanin nie jest racjonalny, nie jest merkantylny, gotów jest oddać ostatnią koszulę, ale czasem też ukraść.  Jest żywiołowy i raczej obserwuje, niż działa, zdolny jest poprzestawać na małym. Dorabianie się nie jest jego ideałem, nudzi go gromadzenie dóbr. Bardzo wyostrzone ma poczucie sprawiedliwości. Lud jest bolszewikiem. A poza tym Rosjanin nie lubi żyć ot tak sobie, chce żyć w jakimś celu. Chciałby brać udział w wielkim dziele. Prędzej znajdzie się u nas świętego niż uczciwego i człowieka sukcesu.

[…]

Rosyjscy komuniści od dawna nie są komunistami.  Prywatna własność, którą teraz uznają, nie da się pogodzić z ideą komunizmu.  Mogę powiedzieć to samo, co Marks o swoich naśladowcach: „Wiem jedno, że nie jestem marksistą”. A jeszcze lepiej powiedział to Heine: „Siałem smoki, a wylęgły się pchły”. Komunizm to przyszłość ludzkości. Nie ma alternatywy. Na bramie obozu na Wyspach Sołowieckich wisiało hasło bolszewików: „Żelazną ręką zapędzimy ludzkość ku szczęściu”. To jedna z recept na zbawienie ludzkości. Nikt nie chce wychodzić na ulice, żeby coś robić. Lepiej nic nie robić. Nie czynić ani dobra, ani zła. To co dziś jest dobrem, jutro może okazać się złem. Najstraszniejsi ludzie to idealiści…

[…]

Sto dwadzieścia lat temu Dostojewski ukończył Braci Karamazow. Pisał tam o wiecznych  „rosyjskich chłopcach”, którzy zawsze   rozprawiają „o   problemach kosmicznej wagi, a jakże: czy istnieje Bóg, czy istnieje nieśmiertelność? A ci, co nie wierzą w Boga, zaczną gadać o socjalizmie i anarchizmie, o przeróbce całego rodzaju ludzkiego wedle nowego wzorca; przecież to wszystko ten sam diabeł, ciągle te same zagadnienia, tylko od drugiego końca”.

[…]

Po upadku komunizmu ludzie od razu zrobili się inni. Wszyscy żyli za zamkniętymi drzwiami… (Milknie).

[…]

Ludzie nie są źli ani dobrzy, są ludźmi i tyle. W szkole uczyłam się z radzieckich podręczników, innych jeszcze nie było. Dowiadywaliśmy się, że „Człowiek to brzmi dumnie”. A człowiek nie brzmi wcale dumnie, brzmi różnie.  Ja też jestem różna. Jest we mnie wszystkiego po trochu… Ale jeśli zobaczę Tadżyka – oni teraz żyją u nas jak niewolnicy, ludzie drugiej kategorii – i mam akurat czas, to zatrzymam się i porozmawiam z nim. Pieniędzy nie mam, ale chociaż z nim porozmawiam. Taki człowiek… To mój człowiek, jest w moim położeniu – wiem, co to znaczy, kiedy się jest dla wszystkich obcym, całkiem samotnym. Też żyłam w bramach, spałam w piwnicach…

[…]

Zawsze była taka ostrożna,  kiedy jechał pociąg… Bardzo się bała… Chyba najbardziej ze wszystkiego bała się, że wpadnie pod pociąg. Sto razy się oglądała – jedzie czy nie? A teraz… Nie, to nie był nieszczęśliwy wypadek… Kupiła butelkę wódki, żeby to nie było takie straszne i bolesne, i rzuciła się… Była zmęczona… Po prostu nie miała sił… Zmęczona była takim życiem… „i samą sobą”…

[…]

Kiedy wyszłam ze szpitala, poszliśmy do urzędu. Zawiózł mnie do swojej mamy. A jego mama była prostą chłopką. Całe życie pracowała w polu. W domu nie mieli ani jednej książki. Ale mnie tam u nich było dobrze. Spokojnie.  Jej też wszystko opowiedziałam… Uściskała mnie. „Nie szkodzi, dziecinko. Gdzie jest miłość, tam jest i Bóg”. (Milknie).

[…]

Jednego jestem pewna: moi rodzice nie zamawiali kapitalizmu,  na bank. To było moje zamówienie, takich jak ja, tych, którzy nie chcieli tkwić w klatce. Młodych, silnych. Nas kapitalizm ciekawił, bo oznaczał przygodę, awanturę, ryzyko… Nie chodziło tylko o pieniądze. Mister dolar! Teraz zdradzę pani tajemnicę! Wolę czytać o kapitalizmie,  współczesnym oczywiście,  a nie tym z powieści Dreisera, niż o Gułagu i radzieckim ubóstwie. O kapusiach.  Ojoj! Poruszyłam świętą sprawę. Rodzicom bym o tym nawet pisnąć się bała. No wie pani! Ani słówkiem! Mój tato pozostał radzieckim romantykiem.

[…]

Miałam w nosie rówieśników,  z nimi mogłam się przyjaźnić, chodzić razem do biblioteki. To nie było poważne i niczym nie groziło. Podobali mi się mężczyźni starsi i majętni, którzy już odnieśli sukces. Z takimi spędzało się czas ciekawie, zabawnie i z pożytkiem. A ja… (Śmieje się). Długo nosiłam piętno dziewczyny z dobrego domu, gdzie jest dużo książek, a biblioteka zajmuje centralne miejsce, więc zwracałam uwagę pisarzy i artystów. Nierozpoznanych geniuszów. Ale nie zamierzałam poświęcić życia geniuszowi, który po śmierci zdobędzie uznanie i potomkowie będą go czule kochać. Poza tym wszystkie te rozmowy, których jeszcze w domu miałam dość: o komunizmie, o sensie życia, o szczęściu dla innych, o Sołżenicynie i Sacharowie…  Nie, to nie byli bohaterowie mojej powieści, to bohaterowie mojej mamy. Tych, którzy czytali i marzyli o lataniu jak mewa Czechowa, wyparli ci, którzy nie czytali, ale mogli latać. Wszystko to, co przedtem należało do zajęć dżentelmena, poszło w diabły: samizdat, rozmowy szeptane w kuchni. I cóż z tego, że nasze czołgi wjechały do Pragi! Dla kogo to nowina? Przecież do Moskwy też wjechały! Zamiast samizdatowskich wierszy – pierścień z brylantem, drogie markowe ubrania… Rewolucja chęci! Pragnień! Mnie się podobali… Lubię urzędników i biznesmenów… Zachwycał mnie ich słownik: offshore, offset, barter. Marketing sieciowy, kreatywne podejście… W redakcji na kolegiach naczelny mówił: „Potrzebni są kapitaliści. Pomagamy Jelcynowi i rządowi Gajdara w tworzeniu kapitalistów. Jak najprędzej!”. Byłam młoda, ładna… Posyłano mnie, żebym robiła wywiady z tymi kapitalistami.  Jak się wzbogacili?  Jak zarobili pierwszy milion? Jak człowiek socjalistyczny zmieniał się w kapitalistycznego?  Trzeba było to opisać… Jakoś właśnie ten milion najbardziej pobudzał wyobraźnię. Zarobić milion! Przywykliśmy do tego, że Rosjanin nie za bardzo pragnie być bogaty, nawet się tego boi. No więc czego w takim razie chce? A chce zawsze tylko jednego: żeby ktoś inny się nie wzbogacił. Nie był bogatszy od niego. Malinowe marynarki, złote łańcuchy… Tak ich pokazywano w filmach… w serialach… Ale ci, których spotykałam, mieli żelazną logikę i żelazny charakter. Myśleli systemowo.  Wszyscy uczyli się angielskiego. Menedżment. Profesorowie i doktoranci wyjeżdżali z kraju… i fizycy, i lirycy…  A ci nowi bohaterowie nie chcieli nigdzie wyjeżdżać, podobało im się życie w Rosji. To był ich czas! Ich szansa! Chcieli być bogaci, chcieli wszystkiego. Wszystkiego!

[…]

Tyle że mieszkam sama. I chcę mieszkać sama! Z nikim nie jest mi tak dobrze jak z samą sobą, lubię rozmawiać ze sobą…  Przede wszystkim o sobie… To świetne towarzystwo! O czym myślę… Co czuję… Jak się zapatrywałam na to wczoraj,   a jak dzisiaj? Wtedy podobał mi się kolor granatowy,   a teraz lila… W każdym z nas dzieje się tyle różnych rzeczy. W nas. Z nami. Tam, we wnętrzu, jest cały kosmos. A my prawie nie zwracamy na niego uwagi. Wszyscy zajęci są tym, co na zewnątrz, tym co na wierzchu…  (Śmieje się). Samotność to wolność… Codziennie teraz cieszę się, że jestem wolna: zadzwoni, nie zadzwoni, przyjedzie, nie przyjedzie, rzuci, nie rzuci… – nie, pani wybaczy, to nie moje problemy! Ee, nie… samotności się nie boję… Boję się… kogo się boję? Dentysty… (Nagle wyrzuca z siebie). Ludzie zawsze kłamią, kiedy mówią o miłości… i o pieniądzach… Kłamią zawsze i na różne sposoby.  A ja nie chcę kłamać…  Nie chcę i już! (Uspokaja się).

[…]

Nie lubię zapachu mężczyzn,  nie mówię o zapachu miłości, ale o zapachu mężczyzny. W łazience zaraz wyczuję,  że był w niej mężczyzna… choćby używał najlepszych perfum, palił drogie papierosy… Ogarnia mnie przerażenie, kiedy pomyślę, ile trzeba się napracować, żeby mieć kogoś obok siebie. Jak w kamieniołomie! Zapomnieć o sobie, wyrzec się siebie, uwolnić się od siebie. Miłość odbiera wolność. Nawet jeśli się znajdzie swój ideał, będzie używał nie takiej wody, jak lubisz, będzie lubił smażone mięso i wyśmiewał się z naszych sałatek, skarpetki i spodnie zostawiał w niewłaściwym miejscu. I zawsze trzeba wtedy cierpieć. Cierpieć?! Z powodu miłości… takiego układu… Nie chcę już tak się trudzić, łatwiej jest polegać na sobie. Z mężczyznami lepiej się przyjaźnić, mieć stosunki służbowe. Rzadko nawet miewam ochotę flirtować, nie chce mi się zakładać maski, wchodzić do gry. Salon spa, french manicure, przedłużanie i zagęszczanie włosów. Makijaż. Barwy wojenne na twarzy… O Boże! Boże! Dziewczęta z Pikutkowa… Z całej Rosji do Moskwy! Do Moskwy! Tam czekają na nie bogaci książęta! One marzą, że z kopciuszków zmienią się w księżniczki.  Czekanie na bajkę! Na cud! Ja już przez to przeszłam… Rozumiem kopciuszki, ale mi ich nie szkoda… Nie ma raju bez piekła. Sam raj – nie, to się nie zdarza… Ale one jeszcze nie rozumieją, nadal tego nie wiedzą…

[…]

Rozmawiałam z mamą… Chce odejść ze szkoły.  „Zatrudnię się jako szatniarka. Albo dozorczyni”. Bo jak opowiada dzieciom o książkach Sołżenicyna, o bohaterach, o ludziach sprawiedliwych, to jej płoną oczy, a dzieciom – nie. No a mama jest przyzwyczajona,   że dawniej dzieciom płonęły oczy, kiedy o tym opowiadała. Dzisiejsze natomiast mówią: „Nawet ciekawie się słucha o tym, jak żyliście, ale my tak żyć nie chcemy. Nie marzymy o niezwykłych czynach, chcemy żyć normalnie”. Przerabiają też Martwe dusze Gogola. Historię łajdaka… Tak nas uczyli w szkole… A dzisiaj dzieci w szkole są inne. „Niby dlaczego łajdaka? Czyczykow, tak jak Mawrodi, zbudował z niczego piramidę. To świetny pomysł biznesowy!” Czyczykow jest dla nich bohaterem pozytywnym… (Milknie). Mojej córki mama już nie będzie wychowywała… Nie pozwolę. Z tego, co mówi, wynika, że dziecko powinno oglądać tylko radzieckie kreskówki, bo są „ludzkie”. Ale jak się kreskówkę wyłączy i wyjdzie na ulicę, to wkracza się w zupełnie inny świat.

[…]

Szczęście?  Co to jest szczęście?  Świat się zmienił… Teraz samotni są ludzie sukcesu, ludzie szczęśliwi,  a nie słabi albo nieudacznicy. Zrobili karierę, mają pieniądze, mają wszystko. Samotność jest kwestią wyboru. Chcę ciągle być w drodze. Jestem myśliwym, a nie ściganą zwierzyną. Ja sama wybieram. Samotność bardzo przypomina szczęście… To brzmi jak wyznanie… Prawda? (Milknie). Nawet nie pani, ja samej sobie chciałam to wszystko opowiedzieć…

[…]

Śmierć podobna jest do miłości. Kiedy  byłem dzieckiem, na naszym podwórzu rosło drzewo… Stary klon… Rozmawiałem z nim, klon był moim przyjacielem. Kiedy umarł dziadek,  długo płakałem. Ryczałem przez cały dzień. Miałem pięć lat i zrozumiałem,  że umrę, że wszyscy umrą. Zdjęło mnie przerażenie: wszyscy umrą przede mną, zostanę sam. Potworna samotność. Mama się nade mną zlitowała,   a tato podszedł i powiedział: „Obetrzyj łzy. Jesteś mężczyzną. Mężczyźni nie płaczą”. A ja jeszcze nie wiedziałem, kim jestem. Nigdy nie lubiłem być chłopcem, nie lubiłem bawić się w wojnę. Ale nikt mnie nie pytał… Wszyscy wybrali beze mnie… Mama marzyła o dziewczynce,  a tata jak zwykle chciał, żeby usunęła ciążę.

[…]

Śmierć podobna jest do miłości. W ostatnich chwilach – mrok, straszne, niezgrabne konwulsje… Tyle że ze śmierci nie można wrócić, a z miłości się wraca. Potem można sobie przypomnieć, jak było… Czy pani kiedyś tonęła?  Ja tonąłem… Im bardziej wtedy się człowiek opiera, tym mniej ma sił. Trzeba się poddać i opaść na dno. A wtedy… Chce żyć – to niech przebija niebo wody, niech wraca. Ale najpierw musi dojść do dna. A tam? Tam nie ma żadnego światełka w tunelu… Aniołów też nie widziałem. Tylko przy czerwonej trumnie siedział mój ojciec. Trumna była pusta.

[…]

„…Człowiek bez ojczyzny jest jak słowik bez ogrodu”. O śmierci wiem dużo. Kiedyś zwariuję przez to, co wiem… Ciało jest czarą dla duszy. Jest jej domem. Zgodnie z muzułmańskim obyczajem ciało należy pogrzebać tak szybko, jak się da – najlepiej tego samego dnia, kiedy Allach zabrał duszę człowieka.  W domu zmarłego wiesza się na gwoździu kawałek białego materiału, który wisi czterdzieści dni. Dusza przylatuje w nocy i siada na tym strzępku. Słucha głosów swoich bliskich. Cieszy się. I odlatuje z powrotem.

[…]

Niedawno, kiedy w Moskwie w pewnym towarzystwie usłyszałam wypowiedź Rosjanina: „Lubię Duszanbe. Jakie to było ciekawe miasto! Tęsknię za nim” – jakże byłam mu wdzięczna! Nic prócz miłości nas nie zbawi. Allach nie wysłucha tego, kto modli się w złej intencji. Allach uczy: nie otwieraj drzwi, których potem nie będziesz umiał zamknąć… (Pauza). Zginął nasz przyjaciel… Był poetą. Tadżycy lubią wiersze, w każdym domu są książki z wierszami, choćby jedna czy dwie, poeta jest u nas świętością. Jest nietykalny.  I właśnie jego zabili! A zanim zabili, połamali mu ręce… Za to, że pisał… Niedługo potem zabito kolejnego naszego przyjaciela…  Na ciele nie miał nawet siniaka, było czyste, bo bili w usta… Za to, że mówił… Wiosna.  Jest tak słonecznie,  ciepło, a ludzie zabijają się nawzajem… Miało się ochotę uciec w góry.

[…]

Co to jest wojna? Wojna jest wtedy, kiedy się chce żyć.

[…]

Jestem człowiekiem radzieckim, moja mama też. Budowałyśmy socjalizm i komunizm. Wychowywałyśmy dzieci tak, że handel to wstyd,  a pieniądze nie dają szczęścia.  Bądź uczciwy, a życie oddaj ojczyźnie – to najcenniejsza rzecz,  jaką mamy. Całe życie byłam dumna, że jestem człowiekiem radzieckim, a teraz to jakby wstyd, jakbym była jakaś ułomna. Kiedyś były ideały komunistyczne, teraz są kapitalistyczne: „Nie lituj się nad nikim, bo nikt się nad tobą nie zlituje”.

[…]

Na Rusi od wieków lubiano katorżników – to grzesznicy, ale także męczennicy. Potrzebna im jest zachęta, pociecha.  Cała kultura litości, pielęgnowana zwłaszcza we wsiach i małych miasteczkach. Mieszkają tam proste kobiety, które nie mają internetu, ale korzystają z poczty. Po staremu. Mężczyźni piją, biją się, a one siedzą wieczorami i piszą do siebie listy; w tych kopertach są niewymyślne historie życiowe i wszelkie głupstwa – jakiś tam wykrój, recepta,  a na końcu obowiązkowo muszą być adresy więźniów. Jedna ma w więzieniu brata, który pisze o towarzyszach z celi, inna sąsiada albo kolegę z klasy. Przekazują sobie pocztą pantoflową…  Ktoś ukradł, pohulał, przymknęli go, a jak wyszedł, to znowu trafił do pudła. Zwykła historia! Na wsi, jak się tak posłucha, to połowa chłopów siedziała albo nadal siedzi. A my przecież jesteśmy chrześcijanami, powinniśmy pomagać nieszczęśnikom. Są kobiety, które wychodzą za mąż za tych częstych odsiadkowiczów,  czasem nawet morderców. Nie mam takich ambicji, żeby znaleźć wyjaśnienie, na czym to polega… Sprawa jest skomplikowana… Ale faceci mają nosa do takich panien. Najczęściej to są kobiety, którym się w życiu nie powiodło, które nie spełniły się w życiu. Samotne. A tak, to od razu stają się potrzebne, kimś się opiekują.  Jeden ze sposobów, żeby coś zmienić w swoim życiu. Jakieś lekarstwo…

[…]

Jeśli człowiek żyje tak, jak czuje jego serce, to go mają za nienormalnego. Jak mówi prawdę, to mu nie wierzą, a kiedy kłamie, to tak!

[…]

Siedziałem w pojedynce, czekałem na rozstrzelanie. Dużo myślałem…. Kto człowiekowi pomoże w czterech ścianach? Czas nie istniał, to była jakaś abstrakcja. Doświadczyłem takiej pustki…

[…]

Człowiek jednak nie zna siebie; gdyby poznał, toby się przestraszył. Czyż kiedyś pomyślałbym, że mogę… że ze mnie może wyskoczyć bestia?… Nigdy! Myślałem, że jestem porządny. Gdzieś tam u mamy powinny być zeszyty z moimi wierszami, o ile ich nie spaliła. Ale czasem… Robi się strasznie… Zbyt długo siedziałem sam, zastygłem w takim stanie. Normalne życie toczy się daleko ode mnie. Zrobiłem się dziki, zły…

[…]

Z rozmów w więzieniu. To wariactwo! Wariactwo! Paniusia powinna iść do psychologa… O takich kobietach dotąd czytałem tylko w książkach, o żonach dekabrystów… Literatura! A w życiu… Lena jest jak dotąd jedyną taką osobą, jaką spotkałem. No i oczywiście początkowo jej nie wierzyłem. Myślałem: „Może nienormalna?”. A potem coś we mnie się odmieniło… Jezusa też ludzie mieli za szaleńca. Przecież ona jest bardziej normalna niż wszyscy normalni! Kiedyś przez całą noc nie mogłem spać. Przypomniało mi się, że też miałem taką kobietę, która mnie bardzo kochała… To jej krzyż. Wzięła go i niesie. Prawdziwa rosyjska baba!

[…]

Coś jest nie w porządku ze światem, w którym żyjemy. Jak w tym dowcipie: ludzie u nas są dobrzy, tylko naród jakiś zły. Zapamiętałam: „Jestem za karą śmierci, za utylizacją ludzkich odpadków”, „Takie potwory, jak pani bohater, superman-morderca,  należy ćwiartować publicznie na placu Czerwonym,  a  w przerwach dawać reklamy snickersów”, „Tacy ludzie mogą być tylko dostarczycielami organów… niech na nich testują nowe leki i kosmetyki…”. Jeśli zajrzy się do słownika Dahla, to słowo dobroć (dobrota) pochodzi od słowa dobrować – żyć w dostatku, w obfitości dóbr… Wtedy jest i pewność, i godność… A tego wszystkiego nam brakuje.

[…]

W dziewięćdziesiątym pierwszym studiowałem w Moskwie i też latałem na demonstracje. Było nas więcej niż was. Zwyciężyliśmy [mowa o puczu Janajewa – przyp. aut.]. Marzyliśmy,  że każdy otworzy firmę i będzie bogaty. No i co? Za komunistów byłem inżynierem,  a teraz wożę ludzi taryfą. Jednych drani przegnaliśmy, drudzy przyszli. Czarni, szarzy czy pomarańczowi – wszyscy oni po jednych pieniądzach. U nas władza każdego zepsuje. Jestem realistą. Wierzę tylko w siebie i swoją rodzinę. Kiedy kolejni głupcy robią kolejną rewolucję, ja zapieprzam.

[…]

W mieście tęsknię za swoją wsią. Co prawda nie wiem, za którą. Myślę, że za tą z dzieciństwa. Tą, na której tato zabierał mnie, kiedy wyjmował z uli ciężkie ramy z miodem. Najpierw okadzał je dymem, żeby pszczoły odleciały i nas nie żądliły. Byłam małą dziewczynką… zabawną… Myślałam, że pszczoły to takie małe ptaszki… (Milknie). Czy teraz nadal kocham wieś? Tutaj ludzie żyją jak przed laty, rok za rokiem. Klęcząc, kopią motyką kartofle na swoich działkach.

[…]

Zimą nas zasypuje,  cały przysiółek w śniegu – i domy, i auta. Autobusy nie jeżdżą czasem całymi tygodniami. A my tutaj, jakeśmy żyli, tak żyjemy. I za socjalizmu, i za kapitalizmu. Dla nas czy „biali”,  czy „czerwoni” – wszyscy jednacy. Trzeba doczekać wiosny. Posadzić kartofle…  (Długo milczy). Mam sześćdziesiąt lat… Nie chodzę do cerkwi, a pogadać z kimś trzeba. Porozmawiać o czymś innym… O tym, że nikt nie ma ochoty się starzeć, tego się wcale nie chce. I żal będzie umierać. Widziała pani, jaki u mnie rośnie bez? Wychodzę czasem nocą i patrzę, jaki jasny. Postoję, popatrzę. Mogę pani nałamać gałązek… Zrobię bukiet…

Swietłana Aleksijewicz, Czasy Secondhand

Zbiór spójnych opowiadań na kształt "wywiadu-rzeki" białoruskiej noblistki Swietłany Aleksijewicz przenosi nas w realia rozpadającego się sowieckiego imperium lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i pierwszej dekady naszego stulecia. W samym środku cyklonu przemian ustrojowych i kolejnych, lawinowych zawirowań polityczno-narodowościowych w zakłamanym Związku Sowieckim pojedynczy człowiek naraz rozumie, że nadal pozostaje jedynie narzędziem przewlekłego jak bronchit strachu, a nawet mocniej przeraża go, że nagle również staje twarzą w twarz z oczywistością w której znowu staje się bezbronnym obserwatorem swego kulawego zawierzania quasi-przywódcom.    

 



powrót ››