Blog

 

25.06.2022

Gorzkie spotkanie

„Była niczym duch lisicy, przywiązany

do domów, które nawiedza.”

[…]

W noc swoich trzydziestych urodzin patrzyła na księżycowy blask, padający na łóżko. Cienie betonowych tralek balustrady na tarasie przypominały przewrócone kamienne stele skąpane w błękitnawym świetle. Księżyc świecił już tysiące lat, a jej własne trzydzieści przygniatało serce niemal grobowym ciężarem. Powtarzała sobie, że starość ma co najmniej jedną zaletę: nie trzeba już zdawać egzaminów. Mimo to ciągle wracały do niej w snach, a sny o egzaminach semestralnych zawsze były koszmarami.

[…]

Pewnego dnia Julia, przechodząc obok pokoju Audrey, zauważyła Ruby siłującą się na łóżku z Sally. Ruby miała w sobie coś z mężczyzny, lubiła się bić. Pokoje w bursie były oddzielone drewnianymi ściankami i tylko co trzeci miał okno – reszta była ciemna. Audrey mieszkała w pokoju bez okna, dlatego często trzymała drzwi uchylone, by wpuścić do środka więcej światła i świeżego powietrza. Gdy przechodziła nocą korytarzem, Julia [alter ego autorki powieści – przyp. aut.] widywała, jak Audrey czyta książkę, trzymając stale w dłoni okrągłą ludzką czaszkę, niczym futbolista, który nie daje sobie odebrać piłki, i mamrocząc coś pod nosem. Siedziała ze związanymi włosami, ubrana w szafirowy atłasowy szlafrok, a za jej plecami stał prawdziwy ludzki szkielet. Wyglądała jak czarownica.

[…]

Pani Xiang Ba mówiła w ten sposób od czasu do czasu nauczyła się tego od drugich i trzecich żon w swojej rodzinie. Taka zagniewana kokieteria była manierą kobiet z domów uciech, które w ten sposób manipulowały ludźmi.

[…]

Para zamieniła szeptem kilka słów, po czym pani Xiang Ba wyciągnęła rękę i poprawiła ambasadorowi krawat. Był sześćdziesięcio-, może siedemdziesięcioletnim mężczyzną, trzymał się prosto. Z powodu łysiny jego czoło zdawało się wyjątkowo wysokie. Nosił okulary w szylkretowej oprawie, a jego przypominająca muszlę kraba twarz była pozbawiona uśmiechu. Na widok tego intymnego gestu Julia oniemiała. Skupiając się na zachowaniu kamiennej twarzy, zerknęła na matkę. Rachel także udała, że niczego nie widzi – przyglądała się nadal wystawie sklepowej. Jej twarz odbijała się w przydymionej szybie – obraz był wyraźny i żywy. W tej chwili wyglądała naprawdę pięknie – gdy się popatrzyło uważnie, dało się dostrzec czułą łagodność w jej oczach.

[…]

Matka nie powiedziała nic więcej, ale Julia domyśliła się, że miała na myśli któregoś z mężczyzn, którzy kochali się w niej w ostatnich latach. Na przykład Lloyda, tego brytyjskiego handlowca. Młodszy od niej, wysoki, miał rumianą twarz, wydłużony podbródek i niebieskie oczy o opadających kącikach. Kiedy mówił, końcówki zdań zagłuszał chichotem, przez co nie zawsze dało się go zrozumieć – sprawiał trochę głupawe wrażenie. Pewnego razu zaprosił Rachel i Trudy na zawody water polo. Zabrali ze sobą także Julię. Ławki wokół basenu YMCA były pełne widzów. Pamiętała dobrze ten letni poranek, nieprzyjemną woń wody z basenu, falbaniastą bluzkę matki z błękitnego szyfonu, jej podekscytowany śmiech. Kiedy Rachel wspomniała o szukaniu dla siebie przystani, Julia oczyma wyobraźni zobaczyła mroczny przedpokój, w nim staroświecką czarną półkę na kapelusze, z lustrem wpasowanym między dwa skrzydła, pod nią – stojak na parasole. Zupełnie jak w którymś z domów jej lat dziecinnych, kiedy była „młodym gościem” swojej matki. Stojąc w tym przedpokoju, czuła się trochę niepewnie, ale wciąż miała właściwe dzieciństwu poczucie bezpieczeństwa. Zawsze mogła na powrót stać się „młodym gościem”.

[…]

Przy końcu długiego stołu siedziało kilka studentek ostatnich lat, Chinek z Malezji. Wszystkie Chinki z zagranicy studiowały medycynę. Inaczej nie byłoby sensu wysyłać niezamężnych dziewcząt tak daleko od domu, a wszyscy wiedzieli, że medycyna na Uniwersytecie Wiktorii jest na najwyższym poziomie. Studia medyczne zazwyczaj trwały sześć lat, a na tutejszej uczelni – siedem, do tego łatwo było zawalić rok. Na ostatnich semestrach studiowało sporo kobiet już po trzydziestce, wszystkie były egzaminacyjnymi weterankami, mimo to dziś zachowywały się wyjątkowo cicho. Zazwyczaj przy stole rozbrzmiewały rozmowy i śmiechy, a studentki w białych fartuchach laboratoryjnych opowiadały hermetyczne żarty pełne terminologii medycznej. Raz Julii udało się zrozumieć opowieść o tym, jak pewien student zgubił słój z preparatem ludzkich genitaliów na chodniku przed wydziałem anatomii – zaśmiewano się z niej do rozpuku.

[…]

Andrews również pił. Zawsze wyglądał, jakby był lekko podchmielony, a w jego czerwonej twarzy było coś nieodgadnionego, dlatego wszyscy się go bali. Miał szerokie brwi i niskie czoło, zaczynał już tyć. Gdy pewnego razu na wykładzie mówił o symbolach i herbach noszonych przez średniowiecznych rycerzy, zapytał jedną ze studentek: Gdybyś mogła wybrać sobie herb, to co byś wybrała? Yan Mingsheng, bardzo pracowita drobniutka Chinka z emigracji, poprawiła druciane okulary i odparła: Lwa. W sali rozległy się śmiechy. Andrews, nieporuszony, zadał kolejne pytanie: A jakiego lwa? Śpiącego lwa czy też groźnego lwa, takiego, które szczerzy kły i pokazuje pazury? O Chinach swego czasu mówiono, że są jak „śpiący lew”. Groźnego lwa. Znowu wybuch śmiechu. Nawet Andrews się uśmiechnął. Julia zaśmiewała się do łez.

[…]

Bibi mawiała, że to, co w pobliżu, jest ważniejsze od spraw wielkiego świata – używała porównania do perspektywy na obrazie: wazon z kwiatami na parapecie jest zawsze większy od tłumów za oknem.

[…]

Odrobina dziennego światła wpadała przez szybki w górnej połowie zasuwanych drzwi. Pogrążona w półmroku jadalnia wyglądała jak na holenderskim obrazie religijnym: kremowo otynkowane filary, tak grube, że dwie osoby ledwie mogły je objąć, ceglastoczerwona podłoga, długi stół niczym w klasztornym refektarzu, a wokół niego ludzie spożywający ostatnią wieczerzę.

[…]

Bibi uważała, że bycie hipokrytą jest całkiem niezłe, wystarczy umieć trochę udawać i idzie się do przodu. Lubiła dyskutować, ale Julia niechętnie wdawała się z nią w spory. Mieszkały naprzeciwko siebie w dwóch pokoikach, ulokowanych na końcu korytarza, o podłogach wyłożonych ceglastą mozaiką.

[…]

Tchórzliwe słowa. Wojna z Japończykami zawsze będzie naszą walką. Nacjonalizm to powszechna religia dwudziestego wieku. Ale ona nie jest religijna. Nacjonalizm to proces, który zaczął się już przed wiekami, za dynastii Han i Tang. Tego typu słowa zawsze służyły do zatuszowania wstydu. Na arenie międzynarodowej nie ma znaczenia, czy reprezentuje się kulturę o trzech, czy pięciu tysiącleciach historii – szanują cię, jeśli potrafisz się bić. Ale o czym tu mówić, gdy jest się już martwym? Trzeba przeżyć, potem można wybierać. Nie zastanawiała się zbyt głęboko. Na szczęście jej największym talentem była umiejętność pozostawiania otwartych kwestii. Być może oświecenie spłynie na nią, gdy się zestarzeje. Uważała, że można polegać tylko na zdobytych z czasem przekonaniach, bo opierają się na tym, co się przeżyło, nie na powtarzaniu cudzych słów. Odłóżmy to więc, pozwólmy sobie na odrobinę chaosu, uporządkowany system wcale nie musi być niezawodny.

[…]

Kiedyś, kiedy byliśmy mali, hodowało się u nas dużo gołębi – opowiadała ciotka. Babka mówiła, że gołębie są dobre na oczy. Twierdziła, że gdy się patrzy w dal na fruwające gołębie, nie zostanie się krótkowidzem. Ale i tak wszyscy mieli słaby wzrok, ona i rodzeństwo. Nie przewidziały, że ptak przez całą noc nie zmruży oka. Co prawda nie zmienił się w białego gołębia, niczym Wu Zixu przekraczający przełęcz Zhaoguan, ale z wyczerpania schudł o połowę. Następnego dnia wyglądał, jakby ktoś zamienił go na innego ptaka.

[…]

„Uczciwość jest inną nazwą bezużyteczności” – znasz takie powiedzenie? – rzekła Rachel do Julii.

[…]

Trudy [siostra Julii – przyp. aut.] dała jej kiedyś dużą zachodnią lalkę, ciężką i do złudzenia przypominającą prawdziwe niemowlę. Lala była ubrana w bladobłękitny strój, jak dla chłopca – spodenki, kaftanik i wełnianą czapeczkę. Trudy zrobiła dla niej też drugi komplet w kolorze jasnozielonym. Julia pomyślała, że Trudy sama chciałaby takie dziecko. Daj mi poniańczyć swoją lalę – poprosiła z uśmiechem Cuihua. Julia poszła po zabawkę, przyniosła też ubranko na zmianę. Cuihua usadziła lalkę na leżance. Kiedy Julia opowiadała o tym Trudy, ta orzekła: Twoja macocha strasznie chce mieć dziecko. Julii z początku niezbyt podobała się ta lalka. Przechodząc obok, zawsze zwracała uwagę na wyciągnięte do przodu rączki, tak jakby sztuczny chłopczyk chciał, by ktoś wziął go w ramiona, jej jednak poza ta kojarzyła się z czarownicą. „No, rzucaj swoje zaklęcie!” – mówiła do niego w myśli.

[…]

Ciotka usiadła w pobliżu przy lampie i zapadła w drzemkę. Julia zaczęła rysować jej portret ołówkiem. Mimo że kobieta miała już siwe rzadkie włosy, spomiędzy których przeświecała goła skóra, jej rysy były wciąż delikatne, a półprzymknięte oczy duże i ładne. Popatrz, Ciotko Han, narysowałam cię. Służąca przyjrzała się rysunkowi. Ale paskuda! Julia przypomniała sobie, jak w dzieciństwie brała kota na ręce i stawała z nim przed lustrem, chcąc go zmusić, by w nie spojrzał, ale on zawsze z niezadowoleniem odwracał głowę – może dlatego, że lustro było takie zimne?

[…]

Kiedy Julia miała wysoką gorączkę, śniła o tym, że ojciec zabrał ją na przejażdżkę po przedmieściach. Samochód pędził, w chłodnych podmuchach letniego wiatru czuła się wolna i beztroska. Latarni było coraz mniej, zdaje się, że jechali już wśród pól. Julii nagle przypomniała się sprawa niejakiego Yan Ruishenga i Wang Lianying – oblał ją zimny pot. Yan Ruisheng zabrał prostytutkę na podmiejską przejażdżkę, a następnie obrabował ją z biżuterii i udusił. Towarzystwo Neda sprzyjało takim skojarzeniom.

[…]

Jak wyglądają Jawajczycy? – spytała Julia. Duże, płaskie twarze, nic specjalnego. Podobały jej się makatki z aplikacjami, które Rachel przywiozła – na kremowym surowym płótnie naszyto pomarańczowoczerwone sylwetki ludzi prowadzących wielbłądy, w oddali widać było trzy trójkątne piramidy z bladoniebieskiej tkaniny, jakby zawieszone w powietrzu. Niedawno, ucząc się historii starożytnej, odkryła smukłych Egipcjan – ich twarze i figury miały w sobie piękno Wschodu. A jak wyglądają Egipcjanie? Rachel w zamyśleniu stuliła wargi w dzióbek. Nic specjalnego. Duże, płaskie twarze. Spała z Rachel w jednym łóżku – na szczęście było duże, a sprężynowy materac cudownie miękki, niczym gigantyczny puszek do pudru. Kiedy wstawała rankiem, materac drgał i bez względu na to, z jak wielką ostrożnością starała się podnosić, matka często budziła się i narzekała: Jak się za krótko śpi, to powieki źle się potem układają, o, zobacz. Nie wiedziała jeszcze, że w kącikach oczu i koniuszkach brwi czai się jesienny chłód.

[…]

Pewnego dnia Rachel wyszła, zostawiając kluczyk w zamku szuflady. To w tej, pierwszej szufladzie leżały wszystkie lotnicze koperty. Julia pomyślała: zbyt mocno już cierpię – mam prawo wiedzieć, co właściwie zrobiłam. Zebrała się na odwagę, przekręciła klucz, otworzyła szufladę i delikatnie wzięła do ręki pierwszy list. Od razu zauważyła, że nie był wysyłany. Oprócz czułego zwrotu na początku nie różnił się od przeciętnego listu jej matki – narzekała, że jest zajęta, nie ma czasu na naukę francuskiego, że zapisała się do lokalnego klubu plastycznego i uczy się rzeźby. Na końcu narysowała kilkanaście znaków „x” – Julia wiedziała, że taki krzyżyk na Zachodzie symbolizuje pocałunek i że cudzoziemskie dzieci często rysują takie w swoich listach. Czytając, miała wrażenie, że jak zwykle coś jej umyka. Przyzwyczaiła się, że w filmach wszystko jest zawsze zawoalowane i że nigdy nie dochodzi do zbliżeń – nie wiedziała, że to z powodu filmowej cenzury i że widzowie są tego, naturalnie, świadomi. W dodatku od małego wpajano jej republikańską zasadę, że podejrzliwość wobec innych to coś przestarzałego, wiejskiego i nieeleganckiego.

[…]

Nastrój mam nie najgorszy. Z braku rozrywek bawię się w wywoływanie duchów przez automatyczne pisanie. I to działa? Trudno powiedzieć. Trzeba mieć szczęście, ale od czasu do czasu zdarza się odczytać coś naprawdę sensownego. Może wpadniecie? Spotykamy się w restauracji Gongdelin na piętrze. Mamy dwoje „nieśmiertelnych”, którzy lubią z nami rozmawiać poprzez układanie wierszy.

[…]

Trudy znalazła pracę w niemieckim radiu jako spikerka w języku mandaryńskim. Codziennie wieczorem brała ze sobą małą lampkę naftową i szła zaciemnionymi ulicami do pracy. Czerwony klosz był chropowaty, po to, by szkło nie wyślizgiwało się z ręki. Po kapitulacji [Szanghaju przed Japończykami w czasie wojny światowej – przyp. aut.] ulice były w fatalnym stanie, nienaprawiane, pełne dziur i kałuż, w ciemnościach łatwo było się potknąć, rozbić lampkę i być zmuszonym do powrotu po omacku. Na sukienkę zamiast płóciennej pikowanej kurtki narzucała obszerny płaszcz z granatowej serży. To był jej nocny ubiór ochronny, strój maskujący. Próbowała nauczyć się jeździć na rowerze, nieraz stłukła sobie przy tym kolano, ale jeździć się nie nauczyła. Uczyła się także prowadzić samochód. Polski kierowca siedzący obok niej nie mógł się doczekać, aż znowu zamienią się miejscami.

[...]

W szkole średniej miała albumik pamiątkowy – wszyscy je mieli i każdego prosiło się o wpis, a ci, którym nie chciało się wysilać, pisali po prostu jakąś maksymę, w rodzaju: „Nauka jest jak płynięcie łódką pod prąd, jeśli przestajesz posuwać się naprzód, pozostajesz w tyle”. Poprosiła Brata Xu, by w jej albumiku coś narysował. Xu nauczył się tradycyjnego malarstwa od Piątego Wuja, ale Julia zażądała: „Ma być cokolwiek, oprócz tradycyjnego malarstwa”. Kiedy była mała, jedna z guwernantek próbowała uczyć ją malować. „Używaj tylko dwóch kolorów: ochry i indygo” – nakazywała. „Czy to nie tak, jakby być na półślepym?” – myślała Julia. Uczyła się przez dwa dni i przestała. Zawsze odczuwała głód i pragnienie kolorów. Nie przypominała sobie, żeby powiedziała do niego cokolwiek, oprócz tamtego zdania. On także nigdy z nią nie rozmawiał. Albumik wziął i po pewnym czasie oddał, wykonawszy zadanie. Namalował złotowłosą tańczącą kobietę – nowy trend w malarstwie końca wieku. Kobieta miała twarz w kształcie owalu ostro zakończonego z obu stron, ale jej włosy rozdzielone przedziałkiem gładko przylegały do głowy, podobnie jak u jego osobistego wroga: Trzeciej Konkubiny.

[…]

Julia chciała już wyjść. Znalazła Zhiyonga, który siedział na sofie pogrążony w rozmowie z dwojgiem ludzi. Po raz pierwszy zobaczyła w jego oczach lekceważenie – była wstrząśnięta. Darzyła go uwielbieniem – czemu nie potrafiła mu tego zakomunikować? Ponieważ przypominałoby to wręczanie komuś bukietu kwiatów, gdy się obok niego przechodzi. Byłby w tym brak nadziei, niczym w średniowiecznym europejskim romansie rycerza i księżniczki, do tego stopnia konwencjonalnym, że nawet książę nie protestował. Julia uważała, że tylko miłość nieoczekująca niczego jest prawdziwa. Oczywiście nie przemawiała do niego w średniowiecznym stylu, to on potem wspominał w liście o Poszukiwaniu świętego Graala. Kiedy wychodził, pozostawione przez niego w popielniczce niedopałki zbierała do starej koperty. Pokazała mu dwa zdjęcia, na których nie miała okularów – uważała, że tylko bez nich widać jej prawdziwe „ja”. Jedno opublikowała Wen Ji – zostało zrobione u niemieckiego artysty fotografa Sporra, który miał salon naprzeciwko, okropnie drogi – dlatego było tylko jedno. Z mroku wyłaniała się jedynie twarz, nie było widać włosów, niczym na obrazie Rembrandta. Zdjęcie było zbyt ciemne, a po wydrukowaniu w magazynie stało się jeszcze mniej wyraźne, przez co oryginał tym bardziej zyskiwał na unikalności. Spodobało mu się, więc mu je podarowała.

[…]

Oprócz historii z życia [swego, czyli Zhiyonga – przyp. aut.] przedstawiał jej także różne swoje teorie. Julia uważała, że wszystkie teorie, z wyjątkiem tych, które można poprzeć twardymi dowodami, wynikają z myślenia życzeniowego – są konstrukcjami logicznie wysnutymi z czyichś mrzonek. Jego poglądy i postawa skłaniały się trochę ku lewicy, ale „nie przepadał” za ponurym charakterem partii komunistycznej, nie podobała mu się także panująca w niej dyscyplina. Ona również nie widziała niczego pociągającego w ideach komunistycznych – nowoczesne myślenie ogólnie zakładało, że każdy człowiek powinien mieć co jeść i że są pewne sfery, na przykład edukacja, z których powinno się czerpać tyle, na ile ma się apetyt. Praktyka natomiast to oddzielny problem. Jeśli zaś chodzi o dyscyplinę, to oddać innym całą swoją wolność oznacza z pewnością pożyczkę na wieczne nieoddanie. Idee „ruchu na rzecz pokoju” nie były praktyczne, wręcz wydawały się przeciwne rozsądkowi. On idealizował chińską wieś, ona uważała, że to sentymentalizm, nie słuchała jednak zbyt uważnie jego wywodów.

[…]

Kiedy ją pocałował, silny dreszcz wstrząsnął jego ramionami i zbiegł w dół. Poczuła, jak grube są jego ręce ukryte w rękawach. Miała ochotę powiedzieć: „Ten mężczyzna naprawdę mnie kocha”. Ale gdy koniec jego języka wcisnął jej się między wargi, był suchy jak korek – musiało zaschnąć mu w ustach od mówienia. […] Jesteś pijany. Kiedy jestem pijany, czuję tylko, że dobre rzeczy są jeszcze lepsze, a złe – jeszcze gorsze.

[…]

Przedtem nieraz powtarzał: Uważam, że jesteś bardzo trudną osobą. Miało to oznaczać, że trudno jej będzie znaleźć kogoś, kto ją pokocha. Wiem – odpowiadała z uśmiechem Julia.

[…]

Odkąd przestała być dzieckiem, nigdy nie czuła się tak bezpiecznie. Czas ciągnął się w nieskończoność, jak pustynia pełna złotego piasku, ogromna, potężna i pusta. W pustce dźwięczała tylko muzyka. Wrota między przeszłością a przyszłością stały otworem – tak zapewne wygląda nieśmiertelność.

[…]

Zhiyong wyglądał na odrobinę zaskoczonego. A jakie wnętrze tobie by się podobało? Purpurowa jaskinia pomyślała. Uwielbiała wszystkie intensywne barwy, ale jeszcze nigdzie nie widziała purpurowych ścian, oprócz sal balowych. I wolałaby kolor, z którym nie wiążą się żadne wspomnienia, bo wspomnienia zawsze są trochę smutne.

[...]

Zhiyong nachylił się ku niej i pocałował ją – był jak zmrok zapadający na północnym zboczu góry. Nad jego czołem zwieszał się kosmyk włosów. Znowu powiedział kilka słów, po czym znowu machinalnie ją pocałował, niczym małe zwierzę u wodopoju, które rozgląda się wokół, od czasu do czasu zanurzając pysk w nurcie strumyka. Wiatr wydymał czerwoną zasłonę w oknie, tkanina zatrzymywała się na żelaznych prętach barwy złota – przypominała postawiony żagiel. Duże okrągłe lustro na ścianie było podobne do „księżycowej bramy” z chińskiego ogrodu. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w szkle, tworząc dwie małe tęcze. Przyglądali się im w milczeniu, jakby trochę wystraszeni. Chyba nie ma ludzi, którzy potrafią być ze sobą przez cały dzień, od rana do wieczora – powiedział z uśmiechem. – „Patrzymy na siebie bez znużenia – tylko ja i wzgórze Jingting”. Tak dobrze byłoby przespać całą noc razem, tylko się obejmując.

[…]

Kiedy zapadł zmrok i wzszedł księżyc, wyniosły ławeczkę na dziedziniec i rozkoszowały się chłodnym powietrzem. Ciociu Yu, jak myślisz, jak duży jest taki księżyc? A ty jak myślisz? Przyjrzyjcie się swoimi małymi oczkami: jak duży jest księżyc? – zwróciła się Ciotka Han do Julii. Może jak srebrna moneta? Jak jeden jiao, czy dwa jiao? Księżyc, wiszący wysoko na niebie, wydawał się malutki. Mgiełka wokół niego jaśniała blado-sinym światłem. Jak daleko trzeba sięgnąć po srebrną monetę? Im bliżej, tym wydawała się większa, im dalej – mniejsza. Skoro widniała tak wysoko na nieboskłonie, to jak wielka musiała być? Julii już kręciło się w głowie. Jeden jiao – oznajmiła Bitao. – Ciotko Han, a ty jak uważasz? Ciotka Han odparła z zawstydzonym uśmiechem: Stara już jestem, wzrok nie ten. Dla mnie zawsze wygląda jak okrągły kosz wiklinowy!

[…]

Dawno, dawno temu była wielka powódź. Cóż to była za okrutna klęska! Wszyscy ludzie poginęli, została tylko starsza siostra i jej młodszy brat. Młodszy brat chciał się ożenić ze starszą siostrą, żeby spłodzić następne pokolenie. Ale starsza siostra nie była chętna. Powiedziała tak: „Jeżeli uda ci się mnie dogonić, to zostanę twoją żoną”. „Niech i tak będzie”, młodszy brat na to. Siostra rzuciła się do ucieczki, a brat za nią. Nie mógł jej doścignąć. Aż tu niespodzianie spotkali żółwia leżącego na ziemi. Siostra potknęła się o niego i upadła, a brat ją dogonił. Chcąc nie chcąc, musiała zostać jego żoną. Siostra rozgniewała się na żółwia, wzięła kamień i rozbiła mu skorupę na trzynaście kawałków. Dlatego dzisiaj żółwie mają skorupy złożone z trzynastu części.

[…]

Kiedy Ciotka Han schylała się nad wanną, robiąc pranie, Julia zakradła się z tyłu i rozwiązała jej niebieski fartuch, który zsunąwszy się, zamoczył się w wodzie. Ojojoj! – krzyknęła Ciotka z niezadowoleniem. Próbowała go zawiązać, ale fartuch znowu się rozsupłał i wpadł do wody. Julia chichotała, ale jej samej wydawało się to głupie. Od czasu do czasu wyobrażała sobie, że wszystko wokół jest snem i że może nagle obudzi się i odkryje, że jest kimś innym, na przykład tym cudzoziemskim dzieckiem, które puszcza łódeczki na stawie w parku. To życie trwało już co prawda bardzo długo, ale zdarza się, że we śnie upływa zaskakująco dużo czasu. Wiele lat później, na pewnej cichej uliczce w Waszyngtonie zobaczyła dziewczynkę o jasnobrązowych włosach, która to wspinała się na żelazną furtkę, to z niej schodziła. Oburącz trzymała się poziomego pręta i robiła krok raz w górę, raz w dół, ani trochę nieznudzona. Julia nagle poczuła, że ta dziewczynka jest nią samą. Zawsze uważała się za obcą – cudzoziemkę w Chinach – z powodu swojej izolacji. Była jak drzewo rosnące pod oknem Zhiyonga – w świetle lampy, które padało zza szyby, na gałązkach zakwitały drobne kwiatki. Do środka mogła jednak zaglądać tylko przez to okno.

[…]

W końcu to Chiny. Bitao spędziła razem z Julią dziecinne lata na Północy. Były one jakby zapieczętowane zaklęciem, pozbawione tego okresu radosnego odurzenia, który jest normalną częścią ludzkiego życia, co na pewno nie pozostało bez wpływu na ich psychikę. Julia dopiero co śmiała się z Bitao i jej naiwności, nie rozumiejąc, że sama jest naiwna wprost nieuleczalnie.

[…]

Pewnego razu przyprowadził Arakiego. Był to wysoki mężczyzna o szczupłej, pociągłej twarzy, z wygoloną głową, nosił okrągłe okulary w czarnych drucianych oprawkach, co nadawało mu wygląd typowego Japończyka. Był w Mongolii, co bardzo ją zainteresowało. Zhiyong w związku z tym przyniósł z domu adapter i płytę z mongolską muzyką. Mongolskie pieśni były pozbawione melodii, raczej przypominały odległe wołania, ale nie miały w sobie takiej gładkiej sztuczności, jak nawoływania górali z Alp. Podobną monotonią charakteryzowały się głosy duchów w japońskim teatrze no, stłumione i mamrotliwe, niczym głosy dusz szukających zemsty. Pieśni mongolskie nie miały w sobie takiego lokalnego autentyzmu – a raczej miały go, lecz był on posunięty do granicy śmieszności: zwykły głos młodzieńca, słyszany z oddali, niczym głos pierwotnego człowieka. Przesłuchała album kilka razy, ale zwróciła im adapter i płytę.

[…]

Nagle wycofał się i podniósł. Co ty wyprawiasz? – spytała z wystraszonym uśmiechem. Jego włosy, zmierzwione niczym sierść na łbie jakiegoś zwierzęcia, musnęły jej uda. Dzikie zwierzę piło ze źródła w mrocznej jaskini, zgarniając wodę zwiniętym językiem. Ona była nietoperzem wiszącym u wejścia do groty, uciekinierem z obalonej dynastii, kryjącym się w odległych zakątkach gór. Doścignął ją i wytropił, bezbronną. Łyk za łykiem, zwierzę wysysało jej esencję. Nagi strach zmieszał się z trudnym do zniesienia pragnieniem: chciała, by wrócił, natychmiast wrócił, wrócił w jej objęcia, ukazał się jej oczom.

[…]

Jakiś amerykański żołnierz sił powietrznych siedział na szoferce, a wokół szedł tłum, czepiając się samochodu. Mężczyźni, unosząc ręce i wymieniając uściski dłoni, co chwila potrącali jego nogi. Młodzieniec żydowskiego pochodzenia czuł się wyraźnie wyróżniony, w jego oczach pod daszkiem wojskowej czapki tańczyły radosne błyski. Uśmiechał się z zadowoleniem, tak że jego duży nos wydawał się jeszcze bardziej wydatny, ale wyglądał też na zawstydzonego. Homoseksualizm był popularnym zjawiskiem w armii. Tylu Azjatów dotykających jego ud musiało wywołać u niego wzburzenie. Wśród tysięcy ludzi wokół Julia dostrzegła właśnie jego – on jednak raczej jej nie zauważył.

[…]

Tego roku lato było wyjątkowo upalne. Przylegając do siebie nawzajem, nie mogli wytrzymać z gorąca, ale ledwie się rozdzielili, musieli z powrotem się przytulać. Upał dusił ich jak dym, ale wracali do siebie raz po raz, niczym wytrwała mrówka, wspinająca się w nieskończoność na ognistą górę Huoyan. Nagle jasnoliliowa błyskawica rozświetliła pokój, a potem rozbłysła po raz drugi i trzeci. Po dłuższej chwili ogłuszający grzmot przetoczył się nad nimi, chwiejnie i niezgrabnie, jakby miał zaraz spaść z nieba na ziemię. Lunął deszcz i padał niestrudzenie, powietrze wypełniło się szumem. Strugi kropel wyglądały, jakby płynęły z dołu do góry – z ziemi wyrastały szklane drzewa, istny las deszczowy.

[…]

Julia nie wróciła do Hongkongu, żeby dokończyć studia, twierdziła, że chce dalej zajmować się pisaniem. Matka w liście beształa ją za krótkowzroczność. Trudy natomiast wcale nie zachęcała jej do zdobywania dyplomu. Twierdziła, że „pójście do pracy też jest osiągnięciem”, między wierszami zaś, że nauka nie jest jej przeznaczeniem i że zamiast inwestować w nią jeszcze więcej, lepiej, żeby poszukała szczęścia w swoim fachu. Wyjazd na studia Julia traktowała jako ostateczność. Poza tym uważała, że Brytyjczycy po wojnie są zbyt zajęci własnymi kłopotami, a do Ameryki też nie miała zaufania. Z Amerykanami nigdy nic nie wiadomo – mawiała Trudy.

[…]

Sławny aktor Errol Flynn powiedział kiedyś: „Najlepiej byłoby, gdyby mężczyźni i kobiety nie mówili tym samym językiem” – uważała, że coś w tym jest.

[…]

Na wsi nadejście nowego roku świętowano wystawieniem sztuki teatralnej. Na dziedzińcu świątyni przodków wybudowano miniaturową scenę. Wygięte krokwie jej dachu spotykały się z dachem głównej sali w taki sposób, że w przestrzenie między nimi trafiały promienie słońca i niczym reflektory sceniczne oświetlały twarze aktorów. Julia siedziała na krześle w pobliżu rogu sceny, rozmyślała i nuciła. Muzycy wybijali ogłuszający rytm. Powietrze wypełniało się napływającą falami niebieskawą mgłą, nawet starożytne słońce zasnuwał pył. Aksamitna, upudrowana twarz aktorki była nieco zbyt pulchna, a plecy wyglądały trochę jak garbate. Była ubrana w cytrynowożółtą długą kurtę, haftowaną w czerwone kwiaty i zielone liście, oraz białą jedwabną spódnicę. Na stojących po bokach sceny czarnych filarach, malowanych w złote smoki, z jednej strony wisiała drewniana tabliczka z napisem „Nie hałasować”, z drugiej – „Prosimy o ciszę”, a obok – zegar pokazujący wpół do trzeciej, co stało w sprzeczności z wysokością starożytnego słońca na niebie. Na widowni co chwila jakaś kobieta wybuchała śmiechem.

[…]

Nikt nie zwracał na nią [Julię – przyp. aut.] uwagi – czyjaś tam szwagierka, nieodznaczająca się niczym szczególnym. Tacy ludzie są jak punkt w geometrii – mają określoną pozycję w przestrzeni, ale nie mają długości ani szerokości. Tylko Julia, ubrana w swoją bardzo grubą watowaną suknię z niebieskiego płótna, miała długość i grubość – ale nie miała pozycji. Na tym złożonym z gęstych punkcików obrazie była jedyną plamą – wielką szafirową masą, przepychającą się siłą pomiędzy rzędami.

[…]

Jechaliśmy długo rykszą w okropnym zimnie, a ona włożyła mi pod stopy koszyk z żarzącymi się węgielkami i wypaliła sobie dziurę w ubraniu. Było mi przykro, ale ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała „To nic”. Czasem taka wypalona dziura potrafi bardzo ładnie wyglądać, jak księżyc z poświatą – odparła Julia z uśmiechem. Kiedyś wypaliła sobie dziurę w nogawce spodni z ciemnoniebieskiego jedwabiu – powstała delikatnie tęczowa otoczka z żółtawym środkiem, który wydarł się przy pierwszym dotknięciu, odsłaniając podszewkę. Otworek wyglądał zupełnie jak biały księżyc.

[…]

W małym miasteczku żyło się jak we wnętrzu wielkiego zegara: tykanie rozbrzmiewało niezwykle głośno, tak że wciąż czuło się upływ czasu, ale nie było wiadomo, która godzina. Na dzień przed odjazdem już nie czekał, aż poruszy temat. Nie pytaj mnie już, dobrze? Nie pytała więc. Chyba jeszcze nie zdawała sobie sprawy z faktu, że już dał jej odpowiedź. Refleksja przyszła dopiero w dwa-trzy tygodnie po powrocie. Ma czekać, aż pewnego dnia będzie mógł wyjść z ukrycia, ma czekać na gorzkie „spotkanie trzech piękności”? Jest takie angielskie powiedzenie: „mieć żelazo w duszy” – teraz dopiero zrozumiała, co właściwie oznacza. Zanim poznała to uczucie, nie była pewna, jak należy je tłumaczyć – może chodziło o to, że „dusza wypełniła się żelazem”, czyli – wzmocniła się? Była jeszcze „czarna noc duszy”. Wszystkie te konwencjonalne wyrażenia nagle wypełniły się znaczeniem. Ból przetaczał się po niej nieustannie, dniem i nocą, jak pociąg. Kiedy się budziła, był obok na poduszce, niczym zegarek, który chodził całą noc.

[…]

Julia była wyjątkowo mało sentymentalna i bardzo odporna. Właściwie tylko matka i Zhiyong przysparzali jej zgryzot. Kiedyś chciała umrzeć, ale tylko po to, by móc powiedzieć matce: „No widzisz – teraz rozumiesz?”. W związku z Zhiyongiem też pojawiała się myśl o samobójstwie, ale nie dopuszczała jej do głosu, rozumiejąc, że byłoby to zbyt głupie. Zhiyong potrafił przekonywać sam siebie. Gdyby umarła, wytłumaczyłby sobie, że to „też dobrze”, i od razu poczułby się doskonale.

[…]

Kompletnie źle mnie zrozumiała, pomyślała Julia. Krzyczała w myślach: „Przecież nigdy nikogo nie osądzałam, jak mogłabym osądzać Drugą Stryjenkę?”. Ale jak jej powiedzieć, że w to nie wierzę? Kiedy miała szesnaście lat, przeczytała wszystkie przedmowy do sztuk Bernarda Shawa. Później odkryła, że w niektórych miejscach były śmiesznie naiwne. Wywarł na nią wpływ o tyle, że w jej umyśle nie było już miejsca na „święte krowy”. Już chciała się odezwać, gdy jej „oskarżona” zaatakowała oskarżeniem: Ach, więc jest ci to obojętne! Jedno słowo, i zwycięstwo obraca się w klęskę. Zawsze hołdowała zasadzie „damy powinny milczeć” – każde słowo może oznaczać przegraną.

[…]

Pewien znany dom aukcyjny, gdzie licytowano wartościowe przedmioty dla pokrycia długów, przysłał Julii listę rzeczy matki: były na niej tylko dwa jadeitowe flakoniki. Antyki te Rachel zawsze zabierała ze sobą w podróże zagraniczne, planując, że w swoim czasie sprzeda je za przyzwoitą cenę, ale nigdy tego nie zrobiła. Spędzały razem czas tylko przy pakowaniu bagaży – Rachel była wieczną podróżniczką, ciągle gotującą się do odjazdu. Julia, odkąd skończyła cztery lata, stała z boku i przyglądała się, a potem, gdy urosła, zaczęła podawać jej rzeczy. Jedyną umiejętnością, jaką nabyła od matki, było pakowanie walizek: rzeczy musiały być poukładane starannie i miękko umoszczone, żeby się nie kolebały, ciasno stłoczone, by nic się nie stłukło ani nie zgniotło, a ubrania poskładane w taki sposób, by nie trzeba ich było prasować przed włożeniem. Pewnego razu Julia była w jakimś małym miasteczku za granicą. Nie było tam tragarzy, wynajęła więc dwóch studentów, żeby pomogli jej nieść bagaże. Walizka była za duża i za ciężka, wymknęła im się z rąk i stoczyła po schodach jak kawał litej skały, nic w niej nawet nie zagrzechotało. Jeden ze studentów orzekł z podziwem: „Świetnie zapakowana walizka!”. Rozumiał, w czym rzecz.

[…]

Kiedyś spytała go, która ze sławnych aktorek najbardziej mu się podoba – powiedział, że Bette Davis. Była, podobnie jak Cuihua, nieco starsza i miała duże smutne oczy, twarz tamtej była jednak nieco bardziej pociągła. Grała zwykle czarne charaktery, ale zdarzały się też inne role, jak rola nauczycielki kochającej młodzież albo starej panny, która poświęcała się dla szczęścia swojego nieślubnego dziecka. Dlaczego ona ci się podoba? – spytała wtedy. Bo bardzo wyraźnie mówi po angielsku. Ja czasem nie za dobrze słyszę – wyjąkał zmieszany, bojąc się, że siostra pomyśli, że za słabo zna język.

[…]

To jesteś w końcu dobra czy zła? – spytał z uśmiechem Yan Shan. Julia roześmiała się. Całkiem jak ja, kiedy byłam mała. Kiedy oglądałam film i pojawiała się jakaś nowa postać, pytałam: „On jest dobry czy zły?”. Domyślała się oczywiście, że chodzi mu o jej związek z Zhiyongiem. Słyszał o nim, ale odkąd bliżej poznał Julię, w ogóle nie było tego po nim widać. Jesteś podobna do kota – wymamrotał, siedząc obok i obejmując ją. – Bardzo dużego kota. Powiedział jeszcze: Masz bardzo wyrazistą twarz. I powtórzył: To jak w końcu, jesteś dobra czy zła? Oczywiście sądzę, że jestem dobra. Widząc w jego oczach nagły błysk nadziei, w duchu skrzywiła się. Wkrótce po tym, jak się poznali, oznajmiła: Nie chodzę już do kina. Kiedyś miałam taki zwyczaj, ale teraz, po kilku latach wojny, gdy nie grają amerykańskich filmów, ochota mi przeszła. Podziwiał ją – chyba wziął to za specyficzny wyraz lojalności. Tymczasem jej chodziło o oszczędność, a poza tym, gdy teraz patrzyła na reklamy amerykańskich filmów, wydawały jej się jakieś obce, nie pociągały jej – może czuła podświadomą niechęć do zwycięzców.

[…]

Przyszedł pan Yu. Kiedy rozmowa zeszła na temat Bibi, Zhiyong spytał: Spotkaliście się kiedyś? Yu potwierdził. Podobała się panu? Jest bardzo atrakcyjna – odparł pan Yu cicho. No to niech pan ją poderwie! – rzekł z uśmiechem Zhiyong. A cóż to za pomysł – odparł poważnym tonem pan Yu. Julii zrobiło się nieprzyjemnie. Myślisz, że jeśli ktoś ma wesołe usposobienie, znaczy to, że jest łatwy? – odpowiedziała mu w myślach. – Typowa wiejska mentalność. Pomyślała, że jest obscenicznym komediantem, który żartuje sobie cudzym kosztem, by się komuś przypodobać.

[…]

Zhiyong zaczął opowiadać o pewnym urzędniku z rządu Wanga, który zanim został aresztowany, „zamieszkał u kobiety – kobiety są jak wielki gar pełen orzeszków ziemnych, nie da się przestać ich jeść”. „Kobieta” oznaczała zapewne utrzymankę. Nie masz czasem wina? – zapytał z nagłym entuzjazmem. Czyżby wino pasowało do orzeszków ziemnych? Czy też przydałoby się dla ożywienia atmosfery?

[…]

Kiedyś powiedział: „Formalne małżeństwo można rozwiązać, a nieformalnego, zwyczajowego, rozwiązać się nie da”. I tak w to nie wierzę – myślała, ale była trochę ciekawa: czy to możliwe, żeby zwyczaj stał się „drugą naturą”? Ludzie to „zwierzęta z obyczajami”, lecz tu zwierzę wzięło górę nad obyczajem.

[…]

Czuję się, jakbym miała na twarzy pikowaną kołdrę [odczucie pudru – przyp. aut.], która nie przepuszcza ani odrobiny powietrza – powiedziała z uśmiechem. Zmieszał się nieco. Położył jej głowę na kolanach, ona gładziła jego twarz. Nie wiadomo skąd nadpłynęła fala smutku. Czuła się, jakby nabierała dłonią odbicie księżyca w wodzie, a ono przeciekało jej przez palce. W jego oczach była nieskończona głębia. Pomyślała, że być może, gdy się kogoś kocha, zawsze wydaje się on taki tajemniczy i skomplikowany.

[…]

Nie snuła wcale wspomnień o Zhiyongu, od czasu do czasu jednak, bez widocznego powodu, ból wracał. H.G. Wells napisał kiedyś powieść fantastycznonaukową Wyspa doktora Moreau, o chirurgu, który potrafił przekształcać zwierzęta domowe i dzikie w ludzi. Po jakimś czasie jednak zaczynały one wracać do pierwotnej postaci i ujawniać swoją prawdziwą naturę, musiał więc zanurzać je w kwasie siarkowym, co zwierzęta nazywały „kąpielą bólu”. Julia na zawsze zapamiętała te słowa. Rzeczywiście zdarzało się to zawsze w czasie kąpieli – być może zanurzanie się w gorącej wodzie budziło w niej skojarzenia. W wannie Julia nie czytała książek, jej umysł nie był niczym zajęty, korzystał więc z okazji i wymykał się. Nie wspominała wtedy imienia Zhiyonga, powracały tylko odczucia: jej wnętrze gotowało się, całe ciało paliło jak poparzone. Wrażenia napływały falami, które powracały dwu-, trzykrotnie, po czym ustępowały. Kiedy czytała o kamiennych budowlach Wenecji, toczonych rakiem erozji z powodu zanieczyszczenia powietrza, miała ochotę powiedzieć: W dzisiejszych czasach szybko wysychają morza i miękną skały.

[…]

Pewnego razu śniło jej się, że znalazła się w świecie Szlaku samotnej sosny – w dzieciństwie oglądała słynną filmową adaptację tej powieści, z Henrym Fondą i Sylvią Sidney. Nie pamiętała treści – tylko tyle, że nie było tam nic ciekawego, z wyjątkiem tytułowej piosenki o wzruszającej melodii. Kolorowe filmy z tamtych czasów były bardzo złej jakości – przypominały kiczowate widokówki. Na tle szmaragdowych gór – czerwonobrązowa chatynka, nad nią błękitne niebo, ziemia wokół zasłana poruszającymi się cieniami drzew. W sosnowym gaju bawiły się dzieci, to wybiegając spośród drzew, to znikając w gąszczu – wszystkie były Julią. Pojawił się Zhiyong, z uśmiechem wziął ją za rękę i pociągnął w stronę wnętrza chaty. To śmieszne, ale nagle poczuła się bardzo zawstydzona, ramiona obojga wyciągnęły się, tworząc prostą linię. W tym momencie się obudziła. Po przebudzeniu długo czuła radość. Taki sen śniła tylko raz. Za to egzaminy śniły jej się często i sny te zawsze były koszmarami. Posępny nastrój poranka przed najważniejszym egzaminem można porównać tylko do tego, co czuje żołnierz o świcie w dniu decydującej bitwy. W filmie Spartakus jest scena, w której wojska powstańców obserwują ustawiające się w szyku bojowym oddziały rzymskie. Oto najbardziej złowroga chwila w całej wojnie, gdy wszystko jest oczekiwaniem.

Eileen Chang, Gorzkie spotkanie

Autobiograficzna powieść legendarnej chińskiej pisarki Eileen Chang przenosi nas do Hongkongu, Szanghaju i na chińską prowincję lat czterdziestych ubiegłego wieku. Młoda i artystycznie uzdolniona Julia prowadzi bogate życie towarzyskie i rodzinne z dala od forteli politycznych i wojennych. W swym młodzieńczym „pędzie a rebour skrojonego w sam raz na raz życia”, którego i nie sposób i nie-po-kochać…



powrót ››