09.07.2022

„Więzieniem było moje małżeństwo”
[…]
Jej ciało [Marii das Graęas – autorka zeszytów – przyp. aut.] znaleziono ułożone na haftowanej narzucie obok jednego z czterech pieców w przestronnej kuchni wielkiego domu obciążonego hipoteką. Nie ulegało wątpliwości, że trudziła się przez cały dzień, by uszczelnić tak dużą przestrzeń, gdzie królowały warkocze cebuli, płaty suszonego mięsa i zapomniane moździerze. Zużyła ogromną ilość taśmy izolacyjnej, plastra opatrunkowego, a nawet nici, zanim odkręciła gaz. Tak przygotowane pomieszczenie nadspodziewanie dobrze sprawdziło się jako komora śmierci. Drobne, tężejące już ciało odnalazła wiekowa służąca. Na lekko zaróżowionej twarzy zmarłej zastygł wyraz ironii. Na szyi miała sznur prawdziwych pereł, dziedziczony przez wszystkie stare panny w rodzinie, z pokolenia na pokolenie. W zamkniętych dłoniach trzymała legitymacyjne zdjęcie jedynego ukochanego, jakiego miała w życiu, i bilecik z zaleceniem, by sekretne zapiski, trzymane pod kluczem w najwyższej szufladzie komody, przekazać siostrzenicy Marianie z Rio de Janeiro.
[...]
W zakrystiach i na salonach rozprawiano o tym, że niejaka Franciszka Alencar cierpi głód. Ona jednak pisała nieprzerwanie, całymi nocami, w blasku maleńkiej lampki. Duchowy przewodnik Pequeniny [matki Marii – przyp. aut.] nie zamierzał porównywać tamtych mrocznych czasów z dekadą lat trzydziestych, kiedy to walczono nawet o prawo do głosowania dla kobiet – „te bezbożnice, te sufrażystki”, w niejednym domu grało radio, a wiele dziewcząt z dobrych rodzin szykowało się do egzaminów państwowych na posady urzędnicze. Jednak ograniczenia nadal były potrzebne. Kobieta dobrze urodzona przez skromność winna powstrzymywać się od publikowania zapisków. A w szczególności o Barbarze de Alencar, która – pomijając już całą resztę – była republikanką i abolicjonistką.
[…]
Nie oczekiwała, że matka przejmie się nieszczęściem tamtej, tłumionym płaczem, uporczywą miłością, która kazała jej trzymać legitymacyjne zdjęcie w stężałych już palcach, pragnieniem pisania zdławionym z winy uprzedzeń. Bo czym była śmierć w oparach gazu, jak nie-symbolicznym końcem życia kogoś, komu nie było dane odetchnąć pełną piersią? Mimi [kuzynka Marii – przyp. aut.] nie przejmowała się nikim, więc Mariana zdołała uniknąć opowieści o skomplikowanym rytuale, który poprzedził samobójstwo: o pieczołowicie wyhaftowanych narzutach, starannie zszytych prześcieradłach, taśmach samoprzylepnych do uszczelnienia szpar. Mariana [kuzynka Marii – przyp. aut.] wspomniała jedynie o krokach, jakie podjęła, by ciotka została pochowana w poświęconej ziemi. Bez trudu przekonała arcybiskupa Fortalezy, że chodziło o „przypływ szaleństwa”.
[...]
Doktor Ivan spuścił oczy w kolorze topazu: to niestosowne odczuwać pociąg do kobiety, która praktycznie mogłaby być jego matką. A Mariana go pociągała. Jej kolana były tak samo złotawe jak kolana jego matki, które tyle razy podziwiał, kiedy jako ośmiolatek pomagał jej wkładać pończochy. Mariana roztaczała ten sam aromat ziół co ona, tak dobrze mu znany, bo zwykł zasypiać, tuląc matkę, szczególnie w ostatnim roku jej życia. Lubię szachy – odpowiedział doktor Ivan. -Mój ojciec zaciekle walczył o higienę, całymi dniami zmagał się ze zgnilizną w ubogich dzielnicach i forsował plany masowych szczepień. Ale wieczorami grywał w szachy. To on nauczył mnie grać, w ostatnich miesiącach życia matki. Zmarła w wieku trzydziestu dwóch lat. Spędzaliśmy całe noce nad szachownicą, by zagłuszyć smutek. Ojciec mawiał: „Czy gram białymi, czy czarnymi, i tak jestem przegrany, synu”.
[...]
Mariana patrzyła na nią poważnym wzrokiem. Myślała o skumulowanej niechęci, jaka drążyła od środka jej młodszą siostrę. Uważała, że nie ma większej awersji niż ta, która narasta w ciszy nieudanych małżeństw.
[...]
Mariana była wyczulona na kwietniowy tumult na ulicach, delikatnie pozłoconych dzięki drzewom migdałowym. To nie była ucieczka, ale paniczny popłoch. Tego poranka Mariana poczuła zapach kwietnia, miesiąca, który przedkładała nad wszystkie inne – uciekała od mijającego lata czy przed nadchodzącą zimą? Zapach potęgowała głośno szumiąca ulewa. Mąż nadal spokojnie spał na sąsiednim łóżku (ćwiczył co wieczór dla relaksu i pił zieloną herbatę), więc nie przejmowała się, że hałasuje, wkładając szorty i szukając pantofli. Nie nosiła peniuarów. Mariana nie cierpiała tak zwanego domowego stroju, który w okresie jej dzieciństwa stanowił oznakę niedyspozycji matki. Poproś kucharkę o kawę dla mnie i przynieś ceratę, bo chcę otworzyć paczkę i poczytać zeszyty przysłane z Fortalezy.
[...]
Pamiętnik Marii das Graęas – przyp. aut.
„Mimi chodzi cała podekscytowana plotkami o przyjeździe Tyrone'a Powera. Mimi ma całe albumy z jego zdjęciami. Roberta Taylora też. Tato mówi, że to kolejny przejaw „zamerykanienia”. Nie wie, że Mimi kocha się jedynie w mężczyznach z kinowego ekranu, a tak naprawdę to lubuje się w nekrologach i żałobnych ceremoniach. Jako dziecko pochowała swoją najładniejszą lalkę pod jaśminem w sadzie. Urządziła jej małą uroczystość pogrzebową, z trumną z pudełka po butach wypełnionego kwiatami. Kiedy zapytałam, dlaczego to zrobiła, odpowiedziała: „Ona umarła”. I poszła włożyć żałobną sukienkę, którą kazali jej nosić po śmierci babci. Pamiętam tę sukienkę farbowaną domowym sposobem jeszcze z czuwania przy dziadku Izajaszu. Mimo że byłam wtedy mała, sprzeciwiłam się zwyczajowi ubierania dzieci w żałobę, ale tato mnie nie usłuchał. Zgadzał się z opinią zakonnic ze szkoły, które mu powtarzały: „Trzeba poskromić tę dziewczynkę. Jak ona nie zapłacze, zapłaczą jej rodzice”. [...] „Mimi jest skryta, zazdrości Melbie urody, roznosi plotki o historiach zasłyszanych na mieście i w sąsiedztwie. Bierze dokładkę deseru, lubuje się w opisach chorób, agonii, tragicznych śmierci. Wierzy w zjawy z zaświatów. Mama przerywa mroczne opowieści Mimi, mówiąc, że nikt się z nią nie ożeni: „Przez te twoje albumy z fotosami artystów i opowieści o nieszczęściach skończysz jako stara panna”. Ale to tylko taki wybieg ze strony mamy. Ona wie, że to mnie wyznaczono rolę starej panny do opieki nad matką. Jak dotąd, opierałam się działaniom przyuczającym mnie w tym kierunku: moje palce sztywnieją na hafciarskim kółku, niewprawnie kreślą wzór do wyszywania. Odmówiłam już wstąpienia do Stowarzyszenia Służebnic Najświętszej Marii Panny i nie noszę cudownego medalika. Zaszywam się w bibliotece miejskiej, studiuję biografię bohaterki Konfederacji Równikowej, Barbary de Alencar, i piszę. Ale moja matka, uparta Pequenina, nie daje za wygraną. Twierdzi, że w kolczykach mi nieładnie, że korale nie pasują do mojego profilu, że nawet najlżejszy makijaż zmienia moją twarz w maskę. Kiedy otrzymuję zaproszenie na zabawę, mówi: „Gracinha nie umie tańczyć”. Za to Mimi może tańczyć do woli. Mama nawet się nie obruszyła, kiedy Mimi powiedziała, że zbiera pieniądze na podróż autobusem (Mimi nazywa go „kamionetką”) aż do Natalu, żeby zobaczyć występ Errola Flynna. Krąży plotka, że aktor wystąpi w bazie lotniczej Parnamirim ku rozrywce stacjonujących tam amerykańskich żołnierzy. Mimi zapewnia mnie, że Parnamirim Road, wspaniałą szosę, która łączy Natal z bazą Parnamirim, zbudowano dla gwiazd, a nie dla wojskowych. Tato słucha tego wszystkiego z oburzeniem i powtarza, że nie zgodzi się, żeby nasz kraj przejęli gringos [biali, obcokrajowcy – przyp. aut.]”. [...] „Małoduszny ojciec. Tato nie wie nawet, na jakim etapie postępowania sądowego jest nasz rodzinny proces. W ogóle nie reaguje, kiedy mama krzyczy, że ożenił się z nią ze względu na tę sprawę sądową, ciągnącą się od dziesiątków lat, o niepewnym przebiegu w przyszłości. Tato kręci głową w obliczu niesprawiedliwego osądu żony i mówi, że będzie płacił za swój grzech do końca życia. Grzech polegał na tym, że odważył się pokochać najpiękniejszą z sióstr Nogueira i poprosić o pozwolenie na ślub jej ojca, na wpół zdziecinniałego z powodu ruiny finansowej rodu. Gdyby dziadek Izajasz był w pełni władz umysłowych, wyrzuciłby zuchwalca, a nawet kazałby go pozbawić męskości, a jądra rozgnieść tłuczkiem. Ale w tamtym okresie życia staruszek, któremu pomieszało się w głowie, rozprawiał tylko o utraconym majątku, zamkniętej firmie eksportowej i jeszcze o zawłaszczonym przez Bank Brazylijski statku towarowym Jutrzenka. We wspomnieniach dziadka statek nie pływał po morzach z ładunkiem oleju rycynowego i bawełny w belach. Dziadek widział go podczas odświętnych okazji, kiedy z jego polecenia Jutrzenka płynęła do Recife, z kadłubem pomalowanym białą farbą, z zaproszonymi gośćmi, orkiestrą i deklamującą wiersze artystką na pokładzie.”
[...]
„...że bezustannie piszę. To jest jak otwarta arteria, przez którą uchodzi krew, przynosząc ulgę. Jest taka linia kobiet w mojej rodzinie, które muszą wyrażać siebie. Barbara de Alencar, rewolucjonistka, wyrażała siebie w walce o Republikę. Inne brazylijskie bohaterki nie dorastają jej do pięt. Anita Garibaldi po prostu podążyła za swoim mężczyzną. Joana Angelica za przebłysk odwagi zapłaciła życiem. Barbara de Alencar świadomie walczyła o wolność. Oddała się sprawie Konfederacji Równikowej myślą i ciałem (jej dzieci też przyłączyły się do rewolucji. Aż serce mi się ściska, gdy przypominam sobie historię Tristana Gongalvesa, przebitego lancą i przywiązanego do pnia gruszy, żeby sługusy Korony mogły go opluwać i znieważać). Kiedyś poszłam do tego fortu nad morzem, od którego wzięła się nazwa naszego miasta – Fortaleza. Chciałam zobaczyć dziurę wykutą w kamieniu, w której zagrzebali Barbarę de Alencar, żeby ją poskromić. Nie mogła się w niej ani położyć, ani stać. Mimo to trzymała się prosto, kiedy ją stamtąd wyciągnęli przed przewiezieniem do Bahii. Barbarze nie pozostało nic poza wiarą w słuszność walki. Bosa i odziana w kaftan – tak traktują szaleńców. Zwolennicy Cesarstwa przyszli na plażę szydzić z niej i rzucać w nią kamieniami. I nagle w tym drwiącym z Barbary tłumie pojawiła się Murzynka, niewolnica. Podeszła do niej, podała jej czystą sieć, uklękła na piasku i ucałowała jej stopy. Taką właśnie Barbarę de Alencar szydercy ujrzeli przed odjazdem: owiniętą w sieć, z płaczącą ze wzruszenia niewolnicą u jej stóp. Następna w rodzinie była moja nieszczęsna cioteczna babka, Franciszka Klotylda, pierwsza kobieta, która wydała powieść w stanie Ceará. Kiedy rozeszła się plotka o jej pisaniu, oburzony wikary skarcił ją z wyżyn ambony. Oskarżoną o tak ciężką zbrodnię Franciszkę Klotyldę porzucił mąż i zwolniono ją z posady w szkole powszechnej. Jednak ona, zdecydowana i nieugięta, związała się ze swoim nauczycielem francuskiego i wkrótce całe miasto wiedziało, że nie dochowała wierności mężowi, nie nosiła po nim żałoby i nie zamierzała kryć się w pokojach swojego opustoszałego domu. Rodzina wyrzekła się Franciszki Klotyldy, skazując na skrajną biedę ją i jej dwie małe córeczki. Cioteczna babka sprzedała wszystko, żeby dzieci nie cierpiały głodu: komody z palisandrowego drewna, dwa rzeźbione drewniane kufry, sofy salonowe w stylu francuskim. Nie rozstała się jedynie ze swoimi książkami i zeszytami. Pamiętam pewien patetyczny epizod, o którym usłyszałam jeszcze jako mała dziewczynka. Franciszka Klotylda, której brakowało nawet drewna, by rozpalić w kuchennym piecu, usiłowała sprzedać własnej matce komplet lnianej bielizny pościelowej, ostatni, jaki jej pozostał. Moja prababka zwróciła go z krótkim w treści bilecikiem: „Dopóki nie odpokutujesz za grzechy, nie licz na mnie”. Franciszka Klotylda zabrała dzieci, by spróbować szczęścia w innym mieście. Przeprowadziła się do Baturité w nadziei, że będzie mogła udzielać lekcji, ale nawet drzwi zakrystii przed nią zatrzaśnięto. Spędzała noce, usiłując oszukać wygłodniałe żołądki dzieci herbatą ze skórki pomarańczowej i pisząc przy świetle małej lampki. Mawiała, że karmi się słowami. Ratunek przyniosła jej ciekawość innej zbuntowanej kobiety, bogatej dziedziczki mieszkającej w Aracati: „Cóż z pani za kobieta, skoro odważyła się napisać książkę? Proszę do mnie przyjechać, kto wie, co zdołamy zdziałać wspólnymi siłami”.
[...]
Chcę napić się kawy – odpowiedział Alfredo [wykładowca uczelniany o skrajnych, konserwatywnych poglądach prawicowych – przyp. aut.]. Nie mam nawet prawa napić się kawy we własnym domu? Nie umiem robić kawy ani gotować jak twoja matka [Pequenina – przyp. aut.] – odparła Leonor. W mojej rodzinie ręce kobiet nie śmierdzą czosnkiem.
[...]
Cóż to za wandal dokonał tego zniszczenia? Moja kotka – odparł Beto z prostotą. Wyrzuć tę kotkę – poradziła Leonor. Nie możesz mieć kotki. To kotka mamy – wyjaśnił ponuro mężczyzna. Nie wspomniał o tym, że nieraz sam nie dojadał, żeby kupić u rzeźnika nereczkę dla Mesaliny. Jego matka, Ester, wiedziała wszystko, co tylko można wiedzieć o kotach. Koty nie powinny jeść ryb, dlatego nie kupował dla niej sardynek na targu. Koty nie zapominają ręki, która wymierzyła im karę, dlatego Beto nigdy jej nie uderzył, nawet gdy stłukła ten ręcznie malowany francuski witraż. Rozmawiając o kotach, stąpając po szmatach i fragmentach odpadłego ze ścian tynku, dotarli do domowego ołtarzyka z cedrowego drewna, wyrzeźbionego przez portugalskiego artystę. Figury świętych Ester ofiarowała kościołowi parafialnemu w trakcie choroby męża. Została jedynie samotna, za to wspaniała figura Matki Bożej Bolesnej z przebitym sercem. Następnie obejrzeli sekretarzyk ze skrytką (Leonor wyobraziła sobie, że schowano tam mapę wiodącą do skarbu). Serwantka była wysoka i półokrągła, cała z ozdobnego szkła. Połyskiwała w skąpym świetle salonu zapchanego rupieciami niczym wielki brylant pokryty kurzem.
[...]
Był wczesny ranek. Mariana nie mogła spać. Po raz pierwszy od wielu miesięcy spojrzała na łóżko obok, na którym spał jej mąż. Zadała sobie pytanie, czy atmosfera obojętności i skrywanego żalu panuje w wielu małżeństwach. Dlaczego nie może zaprzyjaźnić się z tym mężczyzną, który co prawda nie był pierwszym, ale z pewnością był jej drugim kochankiem w życiu? Nie umie nawet z nim rozmawiać. W ciągu tych kilku dni wspólnie spędzonych nad kołyską ich jedynego synka, a potem w czasie wielogodzinnej agonii dziecka w szpitalu, wydawało się, że odnajdą słowa, które ich do siebie zbliżą. Jednak każde z nich powróciło do własnego języka, własnego slangu, a łodzie, na których żeglowali z osobna, płynąc przez życie, przez moment bliskie wspólnej przystani nieszczęściu, znów zaczęły się oddalać. Kim jest ten obcy człowiek, którego nazwisko nosi? Nigdy nie było między nimi prawdziwej bliskości, nawet wtedy, gdy obejmował ją nagą. Mariana wiedziała jednak, czym jest oddanie, ponieważ doświadczyła go z Vaskiem o wiele wcześniej, zanim przespała się z Bentem. Opowiedziała Vascowi całe swoje życie, powierzyła najdrobniejsze myśli, najbardziej sekretne uczucia. Spędzali godziny na rozmowach, a kiedy Mariana wracała do domu, by rozpamiętywać wynurzenia Vasca, miała wrażenie, że on i ona stanowią jedność, jak fala i grzywa piany, jak kwiat i rosa na jego płatkach. To odczucie było tak silne, że nawet wtedy, gdy miała już pewność, że Vasco nie żyje, nadal przemawiała do niego cichutko w samotne poranki. Za to przy mężu najprostsze słowa zmieniały się w niemożliwe do rozszyfrowania hieroglify.
[...]
Siedząc w samochodzie, mimo dzielącej go od Mariany odległości, Ivan czuł bijące od niej ciepło, słyszał pulsowanie krwi w jej żyłach, jakby trzymał ją w ramionach. To dziwne, że pod wpływem zmartwień pożądanie w nim nie przygasło. „Mógłbym kochać się z nią na łóżku lekarskim w Instytucie Medycyny Sądowej”, pomyślał ponuro. „A nawet na cmentarnym nagrobku”. Muszę z panią pomówić – zagaił. – Może pani pojechać do mojego gabinetu? Zgodziła się, ale rozmowa musi być bardzo krótka. Powinna jeszcze spotkać się z matką, bo dziś czwartek, a potem popracować. Jako adwokat jestem nieustępliwa. Wspomniałam już panu o naszym rodzinnym procesie, drogi doktorze? Akta liczą dwadzieścia tomów. To jak historia powieściowa o upadku pewnej rodziny. Po drodze do Ipanemy Mariana opowiedziała lekarzowi o statku Jutrzenka, własności dziadka Izajasza. Statek zawsze stał pod parą, gotowy powieźć do Europy cenny towar – wosk z kopernicji, pochodzący z rodzinnych plantacji. Ale w okresie Bożego Narodzenia Jutrzenka zmieniała się w statek wycieczkowy: pokład szorowano piaskiem z plaży, malowano kadłub, zatrudniano komendanta, który nosił rękawiczki, i orkiestrę. A potem statek wypływał do Rio de Janeiro, uwożąc rodzinę Izajasza de Alencara. Babcia Mariinha, w kapeluszu z piór z koronkową woalką, całymi popołudniami śledziła lot mew na pokładzie. Jej córki, z wyjątkiem Pequeniny, która ciężko przechodziła chorobę morską, codziennie pokazywały się w nowych sukniach. Wieczorami odgłosy balu płoszyły delfiny płynące w ślad za statkiem. Poza orkiestrą Izajasz opłacał zawodową deklamatorkę. Maria Hemengarda budziła emocje wśród gości swoimi wieczorowymi toaletami, szalami, nausznicami.
[...]
Wiem, że nie jest pan żonaty, doktorze. Nie ma drugiej takiej nienawiści, jak między mężem i żoną. Nawet w więzieniach, wśród przestępców czy wrogów. Jedna strona szpieguje drugą. Jedno staje się obsesją drugiego.
[...]
Mariana przestraszyła się, że siostra traci zmysły. „W naszej rodzinie jest linia szaleńców. Nawet mama jest chora. Jej mąż nigdy tego nie dostrzegał. Krewni też nie”. Spóźnisz się na czuwanie – powiedziała. -Ciało Alfreda [podtruwanego i otrutego arszenikiem przez małżonkę Leeonor – przyp. aut.] już jest w kaplicy numer cztery na cmentarzu Sao Joao Batista, a ty jeszcze bez butów! Teraz żyję tak, jak dyktuje moje ciało – odparła Leonor. – Zawsze lubiłam chodzić boso. To on wybierał dla mnie ciemne ubrania – brązowe, czarne. Ja zawsze chciałam ubierać się na czerwono, nosić falbanki, cekiny! Na jego pogrzeb chcę włożyć coś czerwonego! Mariana pomyślała, że siostra ma gorączkę, więc z cierpliwością zdjęła z niej domowy szlafroczek. Z zaskoczeniem odkryła, że pod spodem Leonor jest naga. Mariana zobaczyła jej młodzieńcze piersi i nieosłonięty wzgórek łonowy. Poszła do garderoby po tailleur [z fr. kostium – przyp. aut.] w beżowym kolorze, który okazał się na Leonor nieco przyciasny. Włożyła siostrze figi i pończochy.
[...]
Bento [mąż Marianny – przyp. aut.] stał spięty, jak zawsze w sytuacjach, gdy należało okazać emocje. Mariana zauważyła w jego ręce papierosa, choć zarzucił palenie wiele lat temu. Taka nagła śmierć – powiedziała nieznana ciotka. – Co się właściwie wydarzyło? Zachorował, lekarz postawił błędną diagnozę [doktor Ivan umyślnie wystawił akt zgonu, że śmierć Alfredo nastąpiła na skutek zawału – przyp. aut.] i stało się. Jak mawia mama: „Żeby umrzeć, wystarczy żyć”.
[...]
Pamiętnik Marii das Graęas ciąg dalszy – przyp. aut.
„Rozgoryczona, piję napary z rumianku na nerwy, ze skórki pomarańczowej na rozstrojony żołądek, z liści melonowca na rozregulowane jelita. Jestem chora z gniewu i niemocy. Codziennie krążę wokół Zakładu Wychowawczego imienia Dobrego Pasterza. Widzę kraty, grube jak w klatkach dla zwierząt, i ospałego strażnika przy drzwiach. Czasem, późnym popołudniem, słyszę szelest habitów zakonnic, zbierających się w grupki: zapewne idą do kaplicy odmawiać nowennę i zdać Bogu relację z kar nałożonych na kobiety, które oddały się mężczyźnie, zaznały cielesnych rozkoszy. Nieważne, jak bardzo te kobiety zostałyby poniżone, kryły się w surowych mundurkach więźniarek, przymuszone do chodzenia przez większość dnia ze spuszczoną głową i skrzyżowanymi na piersiach rękami, jestem pewna, że obecność mężczyzny pozostawiła w nich ślad: jakiś zapach, znak, wspomnienie, od którego wilgotnieją usta i oczy. Żadna z nich się nie sprzedała, wśród podopiecznych Zakładu Wychowawczego imienia Dobrego Pasterza nie ma prostytutek. Wszystkie te tak zwane pokutnice oddały się mężczyźnie z własnej woli, idąc za głosem serca czy zewem natury. Niewiele z nich przyprowadzili tu mężowie. Większość odbywa karę nałożoną przez autorytarnych rodziców. Nie minął jeszcze tydzień, a w domu już nie mówi się o Melbie. Jej fotografia, która stała w salonie obok zdjęcia Mimi i mojego, zniknęła, podobnie jej krzesło przy stole. Na twarzy mamy znów widzę kolory. Zadaję sobie pytanie, co tak naprawdę kryje się w nastawieniu mamy do nas, jej trzech córek. Czy kocha nas równie żarliwie, jak kochałaby syna, którego nie było jej dane urodzić? Czy też kocha nas zaledwie w porywach, przez większość czasu nas nienawidząc, a kto wie, może i zwalczając w nas cząstkę tego słabego i bojaźliwego człowieka, jakim jest nasz ojciec? Tato, sympatyk nazizmu, chce, żeby uczepiono mu kulę u nogi – prosi Boga o przywódcę. Surowość ojca wobec Melby tłumaczy mi jego małoduszność. On potrzebuje potwierdzać swoją wartość wobec takich przeciętnych postaci, jak ojciec Peixoto i wuj Abilio [brazylijskie postacie polityczne o skrajnych nazistowskich poglądach – przyp. aut.]”.
[...]
Zbyt długo milczałam – powiedziała Leonor. Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie rzeczy przemilczałam. Na początku małżeństwa starałam się zadowolić tego prostaka. Czyściłam posadzki druciakiem i myłam szyby w oknach, aż detergenty zżarły mi dłonie. A on nawet tego nie dostrzegał. Któregoś dnia na kolanach pastowałam posadzkę i nagle zadałam sobie pytanie: „Co ty wyprawiasz, Leonor? Czy matka nie traktowała cię jak księżniczkę? Czy po to uczyłaś się gry na pianinie i francuskiego? Czy to nie ty jesteś najpiękniejszą kobietą w rodzinie?”. Od tamtego momentu zarzuciłam wszystko, nie kiwnęłam nawet palcem. Alfredo codziennie powtarzał: „Ożeniłem się, żeby mieć zawsze nakryty stół; ożeniłem się, żeby pościel była zawsze nieskazitelna; ożeniłem się, żeby zawsze podawano mi kawę na tacy i żeby w łóżku mieć powściągliwą i cnotliwą żonę”. A ja tylko się uśmiechałam, popijałam coca-colę w kuchni i podsycałam swoją nienawiść. Nienawiść – oto, co Alfredo zaszczepił w moim bezpłodnym brzuchu.
[…]
Pamiętnik Marii das Graęas ciąg dalszy – przyp. aut.
„Dziś odwiedziłam Melbę [skazanej przez rodziców na pobyt w Zakładzie za utratę dziewictwa z żołnierzami amerykańskimi stacjonującymi w Brazylii – przyp. aut.]. Usiłowała się uśmiechnąć, ale jest zdruzgotana. W niewielkiej salce rozmównicy, gdzie wychowanki spotykają się z rodzinami raz na miesiąc pod nadzorem dwóch zakonnic, pokazała mi swoje dłonie, podrapane i pokryte pęcherzami nabiegłymi krwią. Pracuje w warsztacie szewskim. Te rany zrobiły jej się od szydła, gwoździ i młotka. Mają tu różne inne warsztaty: tkactwa, haftu i robótek ręcznych. Dlaczego Melbę skierowano do najcięższej pracy? Przypuszczam, że mniszki nie mogą darować Melbie urody, bujności kształtów, widocznej zmysłowości. One są przeciwieństwem kobiecości. Złożyły ją na Bożym ołtarzu wraz ze ślubami zakonnymi. Czują się zagrożone przez tę piękność o kształtnych piersiach, rozłożystych biodrach i różanych ustach. Kary spadają na Melbę za nic. Zakonnice tytułują się wzajemnie „Pełna Miłosierdzia”, ale miłosierdzie jest im tak obce, jak pragnienia i przyjemności. Melba opowiedziała mi, że jedna z podopiecznych, Helena, prawie odchodzi od zmysłów, bo siłą odebrali jej dziecko. Zdołała ukryć ciążę aż do rozwiązania. Świadoma okrucieństwa, ściskała ciało bandażami, które krępowały i dławiły dziecko. Kryła się w pomieszczeniach dla służby, gdzie Indianki półkrwi, kobiety ze wsi, bez słowa odciągały mleko z jej nabrzmiałych piersi. W jednym z tych pomieszczeń – prasowalni – przy świetle maleńkiej lampki zapalonej przez pokojówkę, Helena urodziła to nieszczęsne dziecko, drobniutkiego chłopczyka, któremu chciała nadać imię Tiago. Nie udało jej się jednak ukryć oznak połogu ani kwilenia dziecka. Nie pozwolili dziewczynie nawet synka nakarmić, odebrali jej go. Nadal leżąc na plecach, wymęczona, z nieodciętą jeszcze pępowiną, Helena musiała wysłuchać przekleństw ojca. Dwa dni później zamknięto ją w Zakładzie Wychowawczym imienia Dobrego Pasterza, nie powiedziawszy jej, co zrobiono z dzieckiem. Może oddano je do sierocińca albo jakaś praczka z wiejskich dóbr rodziny wzięła je na wychowanie? Będzie żyło wśród biedaków, równie biedne jak oni, bosonogie i zawszone.”
[…]
Miltao [komisarz policji – przyp. Aut.] zobaczył grymas na twarzy Akiko [japońskiej kochanki komisarza – przyp. aut.] i zadał sobie pytanie, czy zazdrość też będzie udawała. To siostra innej kobiety, też ładnej i wykształconej, która prawdopodobnie zabiła swojego męża. Akiko zamyśliła się, a potem zapytała Miltao, jak kobieta może zabić własnego męża. Zawsze uważała, że mąż to dar boży na tym świecie pełnym niestałości, w którym dziewczyna musi toczyć ciężką walkę o talerz zupy, pieniądze na czynsz albo na buty na wysokim obcasie. Miltao odpowiedział, że nic nie może równać się z nienawiścią, jaka rodzi się z nieudanych małżeństw: narasta w ciszy, karmi się błahostkami, drobnymi gestami lekceważenia, zawiedzionymi nadziejami, niepozornymi sprzeczkami. Najpierw strona nienawidząca marzy o uśmierceniu tej drugiej, która zatruwa jej życie. Potem marzenie zmienia się w stałe pragnienie. To właśnie na nim, cegiełka po cegiełce, rośnie gmach zbrodni. Kiedy zbrodnia ma zostać wprowadzona w czyn, budowla jest już gotowa, stoi na mocnych podwalinach.
[...]
Mariana wyszła, tym razem bez ceremonialnego muśnięcia męża ustami w policzek. Zwykle tak właśnie się z nim żegnała. Pojechała taksówką do mieszkania doktora Ivana. Zastała lekarza nad tą samą szachownicą, na której rozgrywał niekończące się partie ze swoim ojcem w ostatnim okresie życia matki. Ivan grał czarnymi i Mariana – której nie były obce tajniki tej gry – dostrzegła, że wystarczy jeden ruch, żeby czarne przegrały. Zawsze przegrywam – powiedział doktor Ivan. – Tym razem gra toczy się o moje życie.
[...]
To ty sam, nikt inny, wydałeś na siebie wyrok. Jeszcze Bóg – odpowiedział. Zaśmiała się. Trzymali się za ręce jak para studentów. Przygnębienie tłumiło w nim pożądanie. A kim jest Bóg? – zapytała Mariana. – Bóg pozwolił, żeby dwudziestodwuletni chłopak umarł na torturach, a potem żeby roczne dziecko zmarło nagle na jakąś nieuleczalną chorobę – moje dziecko, bo ja miałam dziecko. Śmierć niewinnych. Powiedz mi, Ivan: wierzysz, że Bóg zwyciężył zło? Nie odpowiedział. Bał się, że Mariana bluźni, ale ona po prostu mówiła otwarcie. Obawiała się, że zło nigdy nie zostało pokonane i że od czasu do czasu opuszczało swoje szańce, by czynić spustoszenie.
[...]
Pamiętnik Marii das Graęas ciąg dalszy – przyp. aut.
Nie ma logiki w tym, co się nam przydarza. Armia Czerwona zadała klęskę Niemcom i nazizm upadł, zanim zdołał zatrzeć ślady swoich zbrodni (mówi się o sześciu milionach wymordowanych Żydów). Na każdym kroku – na murach, na słupach, w ludzkich umysłach – wypisano słowo „Wolność”. Obcy na ulicach padają sobie w ramiona, wesołe grupy świętują w barach, a marsze studenckie upamiętniają udział Brazylii w tym zwycięstwie. Tato kazał spalić kopie listów Przywódcy Narodu. Ojciec Peixoto ukrył odznakę, którą nosił przypiętą do teczki. Jednak ja wiem, że dla kobiet nadal nie ma wolności. Moja siostra Melba wciąż przebywa w zamknięciu w Zakładzie Wychowawczym imienia Dobrego Pasterza, osądzona i skazana przez własną rodzinę. Odwiedziłam ją, żeby przekazać nowinę o mojej nominacji na posadę urzędniczą i zauważyłam, że Melba bez przerwy kaszle. To zadziwiające, jak niewielkie wrażenie zrobiła na niej śmierć Cida. Wydaje się bardziej zainteresowana opowieścią o randkach Mimi z sędzią Argemirem. Mówisz, że jest mały i brzydki, bo kochałaś tamtego wspaniale zbudowanego atletę. Ale mężczyzna to mężczyzna, może sędzia zdoła przepędzić żmije z naszego rodzinnego gniazda. Wiesz bardzo dobrze, że w tym gnieździe nie mieszkają gołąbki pokoju – odpowiedziałam.
[...]
Leonor źle przyjęła propozycję ucieczki z Brazylii, pomysł szwagra. Nie dam rady pozostać anonimową postacią w innym kraju. Teraz, kiedy zaznałam tej specyficznej sławy – jedynej, jakiej dane mi było doświadczyć w życiu – nikt mi jej nie odbierze. Mariana westchnęła. Pamiętam ciebie jako małą, dziesięcioletnią dziewczynkę. Byłaś dobrym dzieckiem. Mariano, dobro nie istnieje. Lekkim i swobodnym krokiem Leonor przechadzała się tam i z powrotem po nieuporządkowanym salonie. Nikt nie może czynić dobra, wiesz o tym. To szaleństwo równe dążeniu do sprawiedliwości. Pamiętasz swojego ukochanego Vasca? On też pragnął sprawiedliwości. Podekscytowana Leonor znów opowiada o tej słodyczy, jaką czuła w żyłach od chwili, gdy zaczęła planować zbrodnię; o gorączkowych porankach, kiedy to, obgryzając paznokcie, obserwowała subtelne oznaki pogarszania się stanu zdrowia skazańca. Pewnego dnia, Mariano, rzuciłam wyzwanie Bogu: „Panie, jeśli nie chcesz, bym stała się zbrodniarką, uratuj tę kanalię. Spraw, że kropla trucizny zmieni się w kroplę olejku waniliowego”. Leonor roześmiała się.
[...]
Pamiętnik Marii das Graęas ciąg dalszy – przyp. aut.
„Przełożona, siostra Maria od Miłosierdzia Bożego, stara się zatrzymać Melbę w zakładzie. Rodzice Inés (to przybrane imię Melby, którym posługuje się w zakładzie – odebrano jej tu nawet tożsamość) stracili władzę rodzicielską nad córką? – zapytała obłudnym tonem. Nigdy jej nie mieli – odparłam sucho. – Melba jest pełnoletnia. Ale ona choruje – powiedziała zakonnica, spuszczając jasne oczy pod moim wzrokiem. Nie jest ubezwłasnowolniona – odrzekłam. – Może nawet być wariatką, ale oficjalnie za taką uznana nie jest. Tak naprawdę jest bardziej przytomna na umyśle niż pani czy ja. Siostra przełożona długo rozważała ten argument. Na przyszłość musi zalecać zdradzonym mężom i zhańbionym rodzicom, żeby starali się uzyskać ubezwłasnowolnienie tych grzesznic. Nie będzie trudno zdobyć stosowne orzeczenie, przecież grzech to rodzaj szaleństwa. Dobrze, teraz odpowiedzialność spada na panią. Ratowaliśmy tu duszę Inés.”
[...]
Nie było skandalu. To znaczy, ciebie on nie dotknął. Nie słyszałam nigdy o kimś, kto wyszedłby tak obronną ręką z historii o morderstwie. Przypisano ci tylko błąd w sztuce lekarskiej. Czy lekarz, nawet wybitny, nie ma prawa do błędu? Doktor Ivan westchnął. Ona nigdy nie pojmie tego uczucia poniżenia, które on usilnie starał się przekształcić w skruchę. Jednak nawet w bezsenne noce nie czuł się skruszony, bo to fałszywe orzeczenie pozwoliło mu wziąć ją w ramiona. Nie obchodziło go to, że spędzi lata wśród trędowatych, skoro na zawsze pozostanie mu wspomnienie tamtego gorączkowego popołudnia. Oczami wyobraźni widział siebie w brzydkim pomieszczeniu skromnego budynku na skraju tropikalnego, wiecznie żywego lasu, w morderczym upale, powracającego myślą do momentu, gdy zdejmował z niej sukienkę, dotykał tych wspaniałych piersi. Chcesz się umartwiać – powiedziała. – Skoro pragniesz zostać świętym, dlaczego nie pójdziesz do klasztoru? Możesz wstąpić do Klasztoru Świętego Benedykta, jak inni lekarze zmęczeni światowym życiem. Lekarze, inżynierzy, architekci. Nie chcę być świętym ani bohaterem. W zajmowaniu się trędowatymi nie ma nic z bohaterstwa. Trąd to dziś uleczalna choroba. Jestem synem i wnukiem specjalistów od bakteriologii sanitarnej. Mogę odkryć coś nowego o bakteriach, ich inkubacji, zakażeniach. Uśmiechał się smutno.
[...]
Pamiętnik Marii das Graęas ciąg dalszy – przyp. aut.
Badania laboratoryjne potwierdziły u mojej siostry Melby zaawansowaną gruźlicę. Lekarz nie daje wielkich nadziei na jej uratowanie. Teraz mam już pewność, że rodzina nie tylko skazała ją na więzienie w zakładzie wychowawczym. Rodzina skazała ją na śmierć.
[...]
Przez chwilę oboje milczeli. Bento przypomniał sobie dzień, kiedy zobaczył Marianę idącą po ulicy, uśmiechniętą: to był nagły, niewiarygodnie radosny uśmiech. Uśmiechała się do jakiejś zjawy albo do wspomnień. O czym myślisz, Bento? O tym, jak bardzo chciałbym, żebyś się do mnie uśmiechnęła. Mariana znów wzruszyła ramionami i wyciągnęła rękę do tego nieznanego jej mężczyzny, z którym – teraz to już pewne – spędzi resztę życia.
Heloneida Studart, Osiem zeszytów
Feministyczna powieść Heloneidy Studart akcję umieszcza w brazylijskich realiach Rio de Janeiro i Fortalezy lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Marianna dostaje w spadku po zmarłej ciotce pamiętniki, które wstrząsają naturalizmem i odważnym oraz inteligentnym sądem o despotycznym systemie rodzinnym, gdzie ciasne osądy a zwłaszcza przesądy słabych i zalęknionych rodziców Marianny stają się przyczyną nie-ludzkiej tragedii. Z kolei u pozostałych "przy życiu" dzieci Pequeniny tak wykoślawione wychowanie zmierzało w dalszym biegu ich życia ku nieuchronnemu a przez to złemu przeznaczeniu za pewnym-nie-pewnym wyjątkiem, któremu jednak udało się zintegrować swój strach...