Blog

 

15.07.2022

Rosario Tijeras

„To całe światło w tunelu

niczego nie rozjaśnia,

nie ma nic innego niż to,

co było przy wejściu.”

[…]

Popatrz uważnie tam, gdzie pokazuję. Nad tym rządkiem żółtych świateł, trochę wyżej, był mój dom. Pewnie donna Rubi teraz siedzi tam i modli się za mnie. Niczego nie widziałem, tylko jej palec wskazujący najwyższe partie wzgórz, ozdobiony pierścionkiem, jakiego wcześniej nie spodziewałaby się mieć, i jej śniade ramię, i jej zapach. Jej ramiona odsłonięte jak prawie zawsze, jej kuse koszulki i piersi, tak zadarte jak palec, którym pokazywała. A teraz umiera, choć tak długo udawało jej się wymykać śmierci. Mnie nie można – powiedziała Rosario kiedyś. - Jestem jak chwast, którego nie da się wyplenić. Skoro nikt nie wychodzi, to znaczy, że wciąż żyje. Pytałem już kilka razy, ale niczego nie mówią; nie zarejestrowaliśmy jej, nie było czasu. Dziewczyna, ta z postrzałem. Tu prawie wszyscy trafiają z postrzałem - powiedziała mi recepcjonistka w szpitalu.

[…]

Rosario Tijeras, powinienem był powiedzieć, bo tak ją znałem. Tijeras, czyli nożyczki. Ale Tijeras to nie było jej nazwisko, to była raczej jej historia. Zmienili jej nazwisko, bez jej zgody czy wręcz przy sprzeciwie, a ona nigdy nie zrozumiała, że ludzie z dzielnicy wyświadczyli jej w ten sposób wielką przysługę, bo w tym kraju bękartów zastąpili panieńskie nazwisko matki przydomkiem. Potem się przyzwyczaiła i nawet polubiła tę nową tożsamość.

[…]

Tak przyzwyczailiśmy się do tego przydomka, że nie wyobrażaliśmy sobie, by mogła nazywać się inaczej. W ciemności korytarza myślałem o niespokojnej samotności Rosario na tym świecie, bez własnej tożsamości, która stanowiłaby jej oparcie, zupełnie od nas odmiennej: bo my możemy dokopać się do naszej przeszłości nawet na końcu świata, z nazwiskami zjednującymi nam aprobatę, a nawet przynoszącymi wybaczenie naszych zbrodni. Życie dla Rosario nie było takie łaskawe; dlatego tak bardzo się kryła, otaczając się zasiekami, bronią i nożyczkami, seksem i karą, rozkoszą i bólem. Jej ciało nas oszukiwało, myśleliśmy, że można znaleźć w nim przyjemność, tak sugerowała jej cynamonowa sylwetka, miało się ochotę jej zakosztować, poczuć delikatność jej czystej skóry, zawsze miało się ochotę wejść w Rosario.

[…]

Żaden głos do niej nie należy; przepełnia mnie nadzieja, bo myślę, że Rosario już nie raz wychodziła z takich sytuacji, historii, z którymi nie miałem nic wspólnego. Opowiadała mi o nich tak, jak opowiada się jakiś dobry film, z tą różnicą, że to ona była bohaterką swoich krwawych opowieści, bohaterką z krwi i kości. Ale między historią opowiedzianą i przeżytą jest spora różnica, a w tej, której byłem świadkiem, Rosario przegrywała. Słuchać, jak opowiada o litrach krwi utoczonej innym, a widzieć ją wykrwawiającą się na chodniku - to nie to samo.

[…]

Do sali, do której ją zawieźli, wchodzą i wychodzą zabiegani lekarze i pielęgniarki, pchają innych umierających albo rozmawiają ze sobą przyciszonym głosem i z poważnymi minami. Wchodzą czyści i wychodzą z poplamionymi kitlami. Zastanawiam się, czy poznam krew Rosario; musi być inna niż pozostałe, krew, która krąży z prędkością dwieście na godzinę, krew gorąca i pełna jadu. Rosario zbudowana była z czegoś innego, Bóg nie miał nic wspólnego z jej stworzeniem.  Jeśli chodzi o mnie i Boga, to nasze stosunki są kiepskie - powiedziała kiedyś, gdy rozmawialiśmy o Bogu. Nie wierzysz w Niego? Nie - powiedziała. Generalnie nie wierzę w mężczyzn.

[…]

Od dziecka byłam bardzo zuchwała - mawiała dumnie. Nauczyciele się mnie bali. Kiedyś skaleczyłam nauczycielkę w twarz. I co się stało? Wyrzucili mnie ze szkoły. Powiedzieli mi też, że wsadzą mnie do więzienia, takiego dla dziewczynek. I cała ta afera o zwykłe skaleczenie? Skaleczenie nożyczkami - wyjaśniła. Z nożyczkami miała do czynienia na co dzień: jej matka była krawcową. Dlatego Rosario przyzwyczaiła się, że w domu zawsze były dwie, trzy pary; poza tym widziała, że mama używa ich nie tylko do cięcia materiału, ale także do krojenia kurczaka, mięsa, podcinania włosów, paznokci i że często groziła nimi mężowi. Jej rodzice, tak jak wszyscy z tej dzielnicy, przywędrowali tu ze wsi, szukając tego, czego wszyscy szukają, a ponieważ niczego nie znaleźli, zamieszkali w najwyżej położnej części miasta i żyli z dnia na dzień. Jej mama zatrudniła się jako służąca, wychodne miała w niedzielę, żeby pobyć trochę z dziećmi i mężem. Uzależniła się od telenowel i przez ciągłe ich oglądanie w domu pracodawców została zwolniona. Ale miała szczęście, w kilka dni znalazła taką pracę, że mogła spać w domu i oglądać telenowele, leżąc w łóżku. Z Esmeraldy, Zbuntowanego anioła i Luz Marli dowiedziała się, że można wyjść z nędzy, ucząc się krawiectwa; ciężko było znaleźć wolne miejsce na kursie, bo wszystkie służące w mieście miały te same marzenia. Ale krawiectwo nie wyciągnęło jej z biedy, ani jej, ani żadnej innej, i zarobiły na nim tylko właścicielki szkół szycia.

[…]

Dona Rubi to była jej matka. Ale to właśnie Rosario nie można było wierzyć. Umiała przekonywać bez potrzeby uciekania się do zbyt wielu wymysłów, jeśli jednak pojawiała się jakaś wątpliwość co do „prawdziwości" jej słów, uderzała w płacz, żeby ukryć kłamstwo pod wywołanym łzami współczuciem.

[…]

Od kiedy Rosario weszła w życie, nigdy nie przestała z nim walczyć. Czasami wygrywała ona, czasami jej przeciwnik, a czasem remisowali, ale gdyby trzeba było robić zakłady, koniec łatwo można by przewidzieć: Rosario przegra. Ona na pewno powiedziałaby mi, tak jak zawsze mówiła, że życie pokonuje nas wszystkich, że tak czy inaczej w końcu nas zabija, a ja na pewno musiałbym powiedzieć, że owszem, ale co innego przegrać walkę na punkty, a co innego przegrać przez nokaut.

[…]

Emilio miał rację. Tylko że jemu nigdy nie starczało cierpliwości, żeby usiąść i spróbować zrozumieć Rosario. Była jego, więc pewnie dlatego przyzwyczaił się, że ją ma i już; ja natomiast musiałem ją sobie wyobrażać, rozważałem każdy krok, by się do niej zbliżyć, obserwowałem ją uważnie, żeby nie popełnić jakiegoś błędu, nauczyłem się zdobywać ją po troszku, i po tych wszystkich obserwacjach udało mi się ją zrozumieć, zbliżyć do niej jak nikt inny, na swój sposób mieć ją, ale zrozumiałem też, że Rosario podzieliła się między nas: mnie przypadła jej dusza, a jemu - jej ciało. Tylko że wciąż nie wiedziałem, komu bardziej się poszczęściło.

[…]

Wyobraź sobie, że mama postanowiła zamknąć wszystko na klucz - opowiadał mi Emilio. Dziwne. Brakuje jeszcze, żeby założyła kłódkę na telefonie albo kazała mi płacić za rozmowy. Ale naprawdę ciekawa w tej sytuacji była odpowiedź Rosario. Ona dostrzegała niespójność tych dwóch powszechnie kojarzonych pojęć: miłości i małżeństwa. Przekonałem się, że jest nie tylko piękna i gwałtowna; ma także swój, całkiem rozsądny, punkt widzenia. Każda odkrywana w niej cecha zmuszała mnie, bym wciąż ją kochał, a im bardziej ją kochałem, tym bar­ dziej oddalała się ode mnie.

[…]

Zauważyłeś, że muerte - śmierć, rymuje się ze suerte - szczęście? - odezwała się Rosario. W tych dniach wzięło mnie na czytanie poezji, a ponieważ ją to zaciekawiło, opowiedziałem jej trochę o moich lekturach. Wszystko kojarzyło się jej ze śmiercią, łącznie z moimi wierszami. Takie rzeczy musi się fajnie czytać na haju - powiedziała i zabrzmiało to jak propozycja. Był taki czas, że zamykaliśmy się w niedzielę we trójkę, żeby palić trawę i czytać poezję. Znajdywaliśmy takie zdania, że wydawało się nam, że zrozumieliśmy świat, inne, które nas usypiały albo zamykały usta, inne, które doprowadzały nas do ataków śmiechu, i jeszcze inne, od których strasznie głodnieliśmy. To były spokojne dni, z muzyką i książkami i jakimiś prochami od czasu do czasu, żeby zmienić stan. Ale były też inne dni, inne niedziele i inne zamykanie się, i do dziś nie rozumiem, jak udało nam się z tego wyjść bez szwanku. Wtedy nie spotykaliśmy się we troje, robił się jakiś dziwny tłum.

[…]

Ferney znowu: „Wybacz, szefie, ale chyba mnie nie usłyszałeś. Przeszkadza nam hałas, jaki robisz torebką, może byś sobie zostawił popcorn na później?". Facet ani mrugnął - kontynuowała Rosario - ale za to Ferney nieźle się wpieprzył. Obrócił się całkiem, aż znalazł się twarzą w twarz z tym gościem, wyciągnął spluwę, wetknął mu ją w brzuch i wystrzelił. Facet prawie się nie ruszył, puścił paczkę, popatrzył na swój brzuch i tak zmarł, z wystraszoną miną, jakby tam puszczali horror. A co ludzie na to? - pytałem. Nic. Nikt nie zauważył, bo strzał Ferneya zgubił się w tej dzikiej strzelaninie na ekranie. I obejrzeliście film do końca? Nie, parcero [w kolumb. przyjaciel, towarzysz – przyp. aut.] Ferney powiedział mi: „Idziemy, znudziło mi się". Takiego rywala miał Emilio.

[…]

Stworzyliśmy z Emilio, jeszcze w czasach szkolnych, przyjaźń odporną na wszystkie próby. To była przysięga bez słów, bez paktów krwi i pijackich deklaracji. Z ziarna wzajemnej sympatii zebraliśmy plon przyjaźni na całe życie. Znalazłem w nim brakującą mi odwagę, bo ja wszystko musiałem przemyśleć dwa razy, zanim zanurzyłem się w niepewności, dokładnie na odwrót niż Emilio. A on, jak sądzę, znalazł we mnie tchórza, którego w nim nie było, ale był mu potrzebny, żeby zastanowić się dwa razy przed podjęciem jakiegoś ryzyka. Wtedy nie tylko darzyłem go przyjaźnią - również podziwiałem. Emilio zdobywał kobiety, forsę, alkohol, mocne wrażenia. Działał swobodnie, bez moralnych zahamowań, bez poczucia winy, smakując każdy dzień. Natomiast ja takiemu stylowi życia, obowiązkowemu dla młodych ludzi, lękliwie próbowałem stawić czoła. Ale w skrytości, w zupełnej samotności, zanurzałem się w egzystencjalnych lekturach i rozmyślaniach, kłócących się z moim życiem na ulicy, z planami Emilia, a później, bardzo wyraźnie, z normami społecznymi. To wtedy nalazłem w Emilio nie tylko przyjaciela, ale także ochronę przed odrzuceniem. A potem spotkałem ją, nasz największy skandal, naszą Rosario Tijeras.

[…]

Rosario i śmierć to dwa nierozdzielne pojęcia. Nie wiadomo, która uosabiała którą, ale były jedną osobą. Wiedzieliśmy, że Rosario wstawała rankiem, ale nigdy nie mieliśmy pewności, czy wieczorem wróci. Kiedy znikała na kilka dni, spodziewaliśmy się najgorsze­ go, jakiegoś telefonu o świcie ze szpitala, z kostnicy, z budki telefonicznej, zastanawiając się, czy ktoś tam znajdzie nasz numer w jej kieszeni. Na szczęście to ona zawsze dzwoniła, witając nas wesoło, „Już wróciłam" albo „Już jestem'', szczęśliwa, że wreszcie nas słyszy.

[…]

Medellin z dwóch stron otoczone jest górami. Taki topograficzny uścisk, zamykający nas wszystkich w tej samej przestrzeni. Człowiek zawsze marzy o tym, co kryje się za górami, choć ciężko nam wyrwać się z tego miejsca; to takie przemieszanie miłości i nienawiści, uczucia stosowniejsze względem kobiety niż miasta. Medellin jest jak te dawne matrony, ma pełno dzieci, jest pobożna litościwa i władcza, ale jest też uwodzicielską matką, obwieszoną błyskotkami kurwą o obfitych kształtach. Ten, kto odejdzie, wróci, kto się jej wyprze, pokaja się, kto ją obraża, przeprosi, kto jej ubliży, pożałuje. Coś bardzo dziwnego dzieje się z tym miastem, bo choć wzbudza w nas strach, chęć do ucieczki -wszyscy to kiedyś odczuwamy - choć tyle razy je zabijaliśmy, Medellin zawsze jest górą.

[…]

Moje nogi nie słuchają moich myśli. Z trudem wstaję, tylko po to, żeby przekonać się, że nic się nie zmieniło, pielęgniarka, korytarz, świt, drzemiący biedny staruszek, zegar na ścianie z tą swoją czwartą trzydzieści. Za oknem poranna mgła nie pozwala dostrzec gór, przysłania szopkę i górne dzielnice Rosario, prawdopodobnie pozbawi nas też dziś słońca i może nawet sprowadzi deszcz, jeden z tych, co ściągają lawiny błota i kamieni, ma się wrażenie, że z nieba pada gówno. Nie lubię, jak pada - powiedziała mi kiedyś Rosario. Ja też nie. - I żeby było jasne: nie powiedziałem tego, by się podlizywać. To wygląda tak, jakby tam na górze płakali zmarli, prawda? - stwierdziła.

[…]

Otuliłem ją, zaprowadziłem do łóżka, przykryłem kocami, sprawdziłem dłonią, czy nie ma gorączki, pogłaskałem po włosach, mówiłem do niej słodkim głosem, pedalskim tonem, którego tak nie znosiła, ale nie mogłem inaczej, kiedy widziałem ją taką załamaną, przybitą, wycieńczoną, a przede wszystkim taką samotną i tak blisko mnie. Jestem wyczerpana, parcero, kompletnie wy­ czerpana - z trudem wydobywała z siebie głos. Zajmę się tobą, Rosario. Rzucę to wszystko, parcero, wszystko. Rzucę to, co mnie wykańcza, zmienię to złe życie, rzucę ich wszystkich, nie będę już zła, parcero.

[…]

Jednej rzeczy byłem pewien: jej lęk nie wynikał tylko z narkotyków. Chodziło o okoliczności, które ją do nich doprowadziły i ściągnęły na sarno dno. Narkotyki stały się ostatnim sposobem na uśmierzanie bólu, jaki zadawało jej życie, fałszywą fortecą budowaną nad krawędzią przepaści. Musi być jakieś wyjście - powtarzałem. - To osławione światełko w tunelu. I okazuje się, że to prawda. Nie ma wielkiej różnicy między tym, co widać przy wejściu i przy wyjściu. Czyli jedyną możliwą motywacją do życia okazuje się kłamstwo.

[…]

Chcę, żebyś poszedł ze mną na cmentarz. Ale dlaczego, ktoś umarł? Mój brat - powiedziała bardzo smutnym głosem. Ale jak to? Przecież twój brat umarł dawno temu. Tak -- wyjaśniła - ale muszę mu zmienić muzykę. Prosiła, żebym z nią poszedł, bo właśnie mija rocznica, a ona nie jest w stanie iść tam sama. Cmentarze wzbudzają we mnie podobne emocje jak rollercoaster w lunaparku - czuję słodki zawrót głowy. Przeraża mnie miejsce, gdzie leży tylu zmarłych, ale uspokaja świadomość, że są dobrze zakopani. Nie wiem, skąd się bierze ten urok, może to ulga, że my jeszcze do nich nie dołączyliśmy, a może wręcz przeciwnie, chęć przekonania się, co człowiek czuje, kiedy tam jest. Cmentarz San Pedro jest wyjątkowo piękny, dużo tam bieli i marmuru, taki tradycyjny cmentarz, gdzie zmarli śpią jedni nad drugimi, w odróżnieniu od tych nowoczesnych, które przypominają raczej pole pretensjonalnych flakonów z kwiatami. Są też mauzolea, w których spoczywają wybitni ludzie w otoczeniu swoich rodzin, pilnowani przez olbrzymie statuy aniołów stróżów i ciszę. W stronę jednego z nich, bez posągów, ale obstawianego przez dwóch facetów, prowadziła mnie Rosario.

[…]

Wszyscy wiemy, że kiedyś umrzemy, a jednak... Co jest jeszcze dziwniejsze w przypadku Rosario, dla której śmierć to chleb powszedni, codzienność, a nawet sens życia. Wiele razy słyszeliśmy, jak mówi: „Nieważne, ile się żyje, tylko jak się żyje", i wiedzieliśmy, że to , jak'', to codzienne narażanie życia za parę groszy na telewizor, lodówkę, ·żeby dobudować drugie piętro. Ale widząc ją w takim stanie, zrozumiałem, jak demokratyczna jest śmierć przy rozdzielaniu cierpienia.

[…]

„Nawet martwa jesteś piękna, Rosario Tijeras'', tylko to przychodzi mi do głowy, kiedy widzę ją leżącą bez ruchu już na zawsze. Nie byłem w stanie odsłonić prześcieradła, zrobił to ktoś inny. I gdyby mi nie powiedzieli prawdy, myślałbym, że ona śpi, bo właśnie tak wyglądała podczas snu, spokojnie, na jawie to się nie zdarzało. „Nawet martwa jesteś piękna'', nie pamiętałem już, jaka jest ładna, czas zaczynał zamazywać jej wizerunek, być może kiedyś będę błogosławił tę chwilę, gdyby mnie tu nie było, jej twarz zatarłaby mi się w pamięci. Miałem ochotę ją pocałować, przypomnieć sobie smak jej pocałunków, „twoje pocałunki mają trupi posmak, Rosario Tijeras'', mówił mi już o tym Emilio, a potem sam mogłem się przekonać, powiedziałem jej to po tym, jak ją pocałowałem, kiedy, sam nie wiem dlaczego, zaczęliśmy wzajemnie się ranić, zaraz po tym, jak się kochaliśmy, jak gdyby płacąc za grzech, a może taki był jej sposób kochania albo taka po prostu jest miłość.

[…]

To, co działo się potem, stało się moją najpiękniejszą i najbardziej bolesną tajemnicą, a teraz, kiedy ona nie żyje, stanie się jeszcze większą tajemnicą, jeszcze głębszą i bardziej bolesną. Będę wspominał to codziennie, żeby zawsze wydawało mi się świeże, jak gdyby stało się przed chwilą, dlatego tak bardzo chciałbym ją teraz pocałować, żeby przypomnieć sobie jej usta, przecież jej pocałunki zawsze będą smakować tak samo. Pocałować ją teraz, ze świadomością, że nie zrzuci na mnie ciężaru swoich win. Emilio ma większego - powiedziała mi potem, kiedy alkohol z niej wyparował i było zbyt późno, żeby cokolwiek zmienić. Nie było już muzyki i światła, oprócz tego padającego przez okno, leżałem obok niej nagi, a ona przykryła się trochę prześcieradłem. Zamilkła, czekając na moją reakcję, ale ponieważ nie zrozumiałem tego gwałtownego przejścia z miłości do nienawiści, przez chwilę w ogóle nie odpowiadałem. Pierwsze, o czym pomyślałem, to ta kobieca mania porównywania wszystkiego; potem, już zgnębiony, pomyślałem o tym, jak żałosne stanie się moje życie napiętnowane wspomnieniem tej jednej nocy, bo w tamtej chwili nie miałem nawet cienia wątpliwości, że nasza historia ogranicza się tylko do tego, reakcja Rosario nie pozwalała żywić złudzeń. A jednak jakimś cudem wykrzesałem z siebie siłę, żeby posłać jej moją strzałę i nie pozwolić, by ona wyszła na swoje. Być może to nie jest kwestia rozmiaru - powiedziałem - tylko że ze mną robisz się tam bardziej wilgotna.

[…]

Kiedy ktoś umiera, ludzie zawsze pytają, gdzie jest Bóg. Nie wiem, co zrobię z tymi wszystkimi pytania­ mi, które teraz się pojawią, ani co zrobię z tą moją miłością, z której wiele mi nie przyszło. Nie wiem też, co zrobić z twoim ciałem, Rosario. Przepraszam, ale potrzebujemy tej sali- mówi ktoś do mnie chłodno. Muszę ją zostawić, popatrzeć ostatni raz i zostawić, mój ostatni raz, kiedy z nią jestem, ostatni raz, kiedy trzymam jej rękę, ostatni, właśnie to jest takie bolesne. Nie chcę odchodzić bez pocałunku, ostatniego, ostatni pocałunek ostatniego w szeregu. Już nie mogę, już jest za późno, jak zwykle, już ją zabierają z tego świata, na noszach, wciąż jest taka piękna, „to już koniec, Rosario Tijeras".

Jorge Franco, Rosario Tijeras

Obyczajowa powieść Jorge Franco, kolumbijskiego pisarza umiejscawia akcję stądinąd dramatycznych wydarzeń w kolumbijskich realiach świata – kartelu narkotykowego z Medellin z końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Antonio jako narrator i Emilio wraz z tytułową Rosario tworzą przyjacielską więź, która trzyma ich przy życiu w „uchodzącym z życia i nadużycia” mieście nagminnych przestępstw. W szybkim i pokrętnym życiu, w którym liczy się nie byle jakość wszyscy wiedzą, że już jutro czai się śmierć…  



powrót ››