Blog

 

01.10.2022

Dziennik zdrady

„Cieniem jesteśmy zaledwie, wiatrem, dymem”

Ajas, Sofokles

 

[…]

Na każdego ktoś czeka, z wyjątkiem samotnego mężczyzny z walizką w ręce. W koszuli i spodniach z białego lnu, w słomkowym kapeluszu, nie pasuje ani do wyspiarzy, prostych ludzi, ani do turystów, których by na palcach jednej ręki policzyć. Zostaje wreszcie sam na skraju morza niczym rozbitek rzucony przez fale na koniec świata. Rozgląda się ze zdumieniem. Wypatruje tragarza, który mu poniesie bagaż? Żałuje, że wysiadł na takim odludziu? Widać, że się waha. Jakby nie miał ochoty opuścić pirsu. Odwraca się, patrzy markotnie na niknący w oddali statek. Dziwne, bardzo dziwne – znienacka ogarnia go osobliwe uczucie, że sam nie wie, jak się tutaj znalazł, że jest postacią z książki, którą ni stąd, ni zowąd rzucił na białe stronice jakiś pisarz. Prawie niedostrzegalny, gorzki uśmiech czai się na ustach mężczyzny. Nie, takie rzeczy się nie zdarzają, nie zdarzają. On istnieje naprawdę, nie jest wytworem fantazji. Podobnie jak ludzie wokoło. Co więc tu jeszcze robi? Nie może stać cały dzień z walizką w ręce. Opuszcza molo, skręca w prawo, mija czerwony wiatrak i suchy dok z niebieskimi, białymi, czerwonymi łódkami, które wciągnięto na ląd do remontu, i zmierza ku niewielkiej osadzie z typowymi egejskimi domami.

[...]

Pokój jest miły, nic szczególnego, taki sam jak inne pokoje gościnne na wyspie. Łóżko, stół, dwa krzesła, wszystko w niebieskich barwach Egei. Niespodzianka czeka go na maleńkim balkonie, dobrym na romantyczny raj dla zakochanej pary. Winna latorośl z kiśćmi niedojrzałych gron, biała betonowa ławeczka przyklejona do ściany i blat z łupku oparty na dużym glinianym pitosie zamiast stolika. W rogach skrzynki z bodziszkami i pelargoniami, czerwonymi, różowymi, białymi, w najrozmaitszych kolorach. Można stąd podziwiać panoramę miasteczka i portu, sięgnąć wzrokiem morza. Bezkresny błękit, spienione fale, skały i wiatr. I znów wpada w zadumę, patrzy na linię horyzontu, spada w przepaść własnej duszy, przenosi się do innego życia, minionego i odległego. Oto początek człowieka, oto kres człowieka. Morze, to morze, morze.

[...]

Tu, na parterze, miał tawernę kir-Anestis. Zastyga w bezruchu, oniemiały. Tam, gdzie kiedyś stała stodoła, dziś leżą ruiny. Kamienie pomieszane z kawałkami drewna. Ruiny, ruiny, same ruiny. Dawny ogród kir-Anestisa, z dyniami, bakłażanami i pomidorami, zamienił się w nieużytek porosły zielskiem, ostem i ostropestem. Odwraca się. Ucieka jak przed złem, chce się skryć w „Wiatraku”. Wyspiarze cały czas śledzą go wzrokiem niczym szpicle – i gdy włóczy się po uliczkach w białej lnianej koszuli, i gdy siedzi w tawernie, i gdy rozgląda się na prawo i lewo jak stuknięty. Widać wyraźnie, że cokolwiek robi, myślami błądzi gdzie indziej. I nawet gdy niknie z pola widzenia, nadal mają wrażenie, że przechadza się po zaułkach, wydaje się im, że widzą kawałek białego lnu, który powiewa na wietrze i przybiera kształt jego ciała.

[...]

Zamyka za sobą drzwi. Cały świat zostaje na zewnątrz. Cichną ludzkie głosy, brzęczenie cykad, krzyki mew. Światło, ostre i nieustępliwe, naciera na zewnętrzne ściany domu, snuje się po tynku, po balkonie, szuka szczeliny, próżni, by wniknąć do pokoju. Wydaje mu się, że je słyszy – głuchy szmer przypominający szmer morskiej wody liżącej brzeg. Pogrąża się w ciszy swojej samotności, zapada w niebyt. Jedyne odgłosy to uporczywe szuranie po murze i uporczywy gwizd wiatru między okiennicami. Kładzie się w ubraniu na łóżku. Walizka rzucona na środku, tam gdzie ją zostawił o poranku, nietknięta. Ład to zazwyczaj nienaruszalna zasada jego codzienności. Tego nauczyła go archeologia: uporządkowany rozkład zajęć, klasyfikacja, typologia. Każde odstępstwo zaburza plan, fizjologię życia, niczym arytmia z objawami duszności.

[...]

Czuje, że zagubił się w labiryncie i nie potrafi, nie jest zdolny odnaleźć wyjścia. Pragnie uporządkować swoje życie, tak jak robił to dawniej, ale wciąż ma wrażenie, że za późno, że teraz na nic już nie ma wpływu. Może jedynie uporządkować zawartość bagażu. Rozkłada koszule i dwie marynarki. Z przesadnym i niepojętym smutkiem stwierdza, że są pogniecione. Umieszcza je w szafie, dopiero jutro poświęci im więcej uwagi. Książki i wyświechtane dzienniki kładzie na szafce nocnej, neseser z lekarstwami na podłodze, podkoszulki i bieliznę wrzuca do szuflad, buty stawia pod łóżkiem. Ten pokój będzie jego prywatną przestrzenią przez następne dwa, trzy, cztery, kto wie, może i więcej tygodni. Pomieszczenie ma cztery metry na cztery, mysia dziura, niewiele większa od grobu. Tyle że w grobach umarli nie mają takich luksusów jak łóżka, krzesła, toalety, prysznice czy balkony z widokiem na Morze Egejskie. Zresztą zależy, jak na to spojrzeć. On sam nie jest wcale pewien, co by wybrał: niewielkie luksusy doczesnego życia czy niezakłócony spokój „w pustelniach i wiecznych klasztorach” tamtego świata.

[…]

Ukryty w kącie, w ciemnościach, ma przed sobą widok całej osady, a dalej – morza. Księżyc prawie w pełni, brakuje kawałeczka. Wielka Niedźwiedzica rozsiadła się na niebie odległym o czterdzieści sześć lat świetlnych od Ziemi. I co dwie sekundy oddala się o 12,6 kilometra. Dukarelis ma świadomość, że tam, wysoko, widzi światło wydzielone z materii przed miliardami lat. Nie warto ich nawet dokładnie rachować, bo to dla umysłu ludzkiego rzeczy niepojęte, wydarzenia z czasów, których nie da się uściślić, tajemnica, która przywędrowała z krańców wszechświata i jawi się mu jako widzialna i prawdziwa, a jednocześnie niewidzialna i nieprawdziwa. Gdzieś wysoko stale trwa walka światła z ciemnością, śmierci z narodzinami. Przywołuje na pamięć wspomnienia, rojenia, przemyślenia sprzed wielu lat. Kiedyś zdawało mu się, że ma przed sobą czas nieskończony. Trudno mu było przyjąć, że da się pokonać tak ogromny dystans i dotrzeć do kresu. Ale klepsydra musi się kiedyś opróżnić. I proszę, myśli z nadmiernym pesymizmem, teraz jest o krok od końca… Grzbiety gór na leżącej naprzeciw wyspie Keros rysują się wyraźnie. Podobno tam urodzili się Apollo i Artemida. Patrzy przed siebie długo, uważnie, i po chwili, tam gdzie niebo styka się z ziemią, na jego oczach powstaje kształt ogromnego cykladzkiego idola, kobiecej postaci, „leniwie wylegującej się na wodach Morza Egejskiego”. Miejscowi uważają, że w czasie pierwszej pełni letniego przesilenia, około dwudziestego pierwszego czerwca, księżyc wyłania się z jej łona. Dukarelisa ogarnia zdumienie i strach, czy nie traci poczucia rzeczywistości, a jednocześnie czuje złość na samego siebie, że fantazjuje w tak pseudoromantyczny sposób.

[…]

Scenariusz nie istnieje, życie nie jest telewizyjnym serialem. W prawdziwym życiu niewidzialna ręka pisze scenariusz równocześnie z biegiem wydarzeń. Zawsze uważał się za przezornego, zawsze starał się dbać o swoje sprawy, kierować własnym losem. Teraz jest bezsilny. Pragnie jedynie uporządkować myśli, nadać kształt życiu, które ostatnio wymyka mu się z rąk, przelatuje przez palce jak ziarna piasku w klepsydrze. On, który, jak sięgnie pamięcią, zmagał się z wyjaśnianiem przedwiecznych zagadek, opisywaniem życia pradawnych ludzi, nie jest teraz zdolny ani kierować własnym życiem, ani rozwiązać zagadek własnej duszy. Przy każdej próbie ich rozszyfrowania gubi się w mrocznym labiryncie swojego umysłu. W jego głębi mnożą się tylko rozmaite „dlaczego”, ale odpowiedzi – takich, jakie potrafi znaleźć w trakcie wykopalisk czy zawrzeć w swoich książkach – nie ma. Chciałby od tego wszystkiego uciec, choć na krótko. I owszem, przyznaje, zagościła w jego mózgu myśl ulotna jak iskra, że nie byłoby źle, gdyby wypadło złożyć kości w tym zakątku Morza Egejskiego. Tylko wtedy, rozumie się, gdy nieuniknione byłoby wynikiem nieszczęśliwego wypadku lub nagłej śmierci z naturalnych przyczyn. Kto wie, może znaleźliby go archeologowie przyszłości, tysiące lat później, leżącego w ziemi, skamieniałego w prahistorycznym grobie, i określili wiek jego szczątków. Punktem odniesienia dla obliczeń byłoby pięć tysięcy siedemset trzydzieści lat, czyli czas, w którym liczba neutronów w jądrze radioaktywnego węgla 14C zmniejsza się o połowę. Jego życie zyskałoby wówczas zupełnie inny wymiar, bo teraz porównywanie kilku dziesięcioleci z pięcioma tysiącami siedmiuset trzydziestoma latami jest po prostu śmieszne. Nie mówiąc już o pięciu miliardach lat istnienia Ziemi, o 13,7 miliarda lat istnienia Wszechświata czy o wieczności.

[...]

W ciemności, pogrążony w czarnych myślach, głaszcze gęstą, posiwiałą brodę i raz po raz zaciąga się głęboko dymem z fajki. Morze wzdycha w oddali, rześki morski wiatr dociera aż na balkon i targa mu włosy. Wystawiony na jego porywy, marznie, chłód przenika do szpiku kości jak dotyk niewidzialnego anioła. Otula się kocem, który znalazł w szafie. W lipcu chłodne noce nie są nad Morzem Egejskim rzadkością. Bywają chwile, gdy każdego najść mogą myśli pesymistyczne, nieproszone, jak Dukarelisa tej nocy. Umysł chętnie oddaje się osobliwym igraszkom, puszcza w ruch najdziwaczniejsze rozważania, pcha je w mroczną poświatę; Dukarelis myśli o dniu, gdy nadejdzie nieuniknione, co będzie czuł, jakie będzie życie po śmierci. Zastanawia się, jak nierzeczywisty lub rzeczywisty jest byt człowieka, i dochodzi do wniosku, że nad rzeczywistością góruje ułuda. Na krótką chwilę poddaje się odczuciu, że i on sam nie istnieje naprawdę, że jego życie, obrazy roztaczające się przed nim tej nocy są tylko wyładowaniami elektrycznymi, substancją szarą, myślami w głowie innego człowieka.

[…]

Uniósł następnie głowę i z powagą, surowo zapytał: Kto jest waszym wykładowcą? Nie uczył was tego? Andreas stał zmieszany i zdziwiony. Zastanawiał się chwilę, po czym rzekł przepraszająco: No… pan, panie profesorze! Dukarelis zmiękł, wybuchnął śmiechem. A więc i on śmiał się czasami. Maska powagi rozpadła się na kawałki. Andreas rozluźnił się, odetchnął z ulgą. Angelika i Pawlos trzymali pręty miernicze w wykopach. Wymienili uśmiechy. Andreas wydawał się im naiwny i śmieszny. Podziwiali cierpliwość Dukarelisa. A po co się je robi? Znaczy, te pomiary? Zdziwieniom nie było końca, panie profesorze. Głos Andreasa brzmiał dziewczęco. Miejsce każdego znaleziska trzeba szczegółowo opisać, jeśli chcemy ustalić powiązania między zabytkami, co jest niezbędne do wyciągnięcia cząstkowych i końcowych wniosków. Dukarelis notował w dzienniku wartości pomiarów ze skrupulatnością entomologa. Liczby odgrywają istotną rolę w rozszyfrowywaniu informacji z odległej przeszłości. Dlatego liczby, słowa i obrazy rejestrowano bardzo szczegółowo. Już Pitagoras, jako pierwszy, twierdził, że liczba jest istotą wszystkich rzeczy. Tymczasem w wykopach osiągnięto początek drugiej warstwy. Dukarelis dobrze wiedział, że prace wykopaliskowe nie znoszą pośpiechu. Każdy dzień kopania odpowiadał pięciu dniom opracowywania i opisywania. Muszą być bardzo uważni.

[…]

Przybyliśmy tu, żeby zakłócić wieczny odpoczynek ludzi żyjących na tej ziemi pięć tysięcy lat temu. I zawsze musimy mieć na uwadze fakt, że w rzeczywistości niszczymy to, co po nich zostało, dowody minionego życia, oraz że w naszych opisach utrwalimy tylko to, co uznamy za ważne. Ale to osobna sprawa, nie będziemy teraz rozmawiać o etyce archeologii i o naszych sumieniach, więc naprzód marsz!

[...]

Wylegli znowu na drogę w świetle zachodzącego słońca – jak winniczki po deszczu. Studenci wysypali się ze stodoły, Dukarelis z asystentami, klasa uprzywilejowana, z pokoi opłaconych przez służby archeologiczne. Naczelnik gminy, panie naczelniku, otworzył kluczem drzwi pomieszczenia ze znaleziskami, „a nie mówiłem, wszystko na swoim miejscu”. Kartony wyniesiono na zewnątrz, na drogę, ustawiono na drewnianych stołach i na betonowym bruku, posegregowane znaleziska włożono do toreb, opisano jeszcze skrupulatniej: głębokość, data znalezienia, kwadrat i jego współrzędne. Andonis, ubrany w znoszoną hawajską koszulę, podśpiewując pod nosem jakąś piosenkę, rześki i rozluźniony, poddawał zabytki powtórnemu procesowi czyszczenia.

[...]

Idzie brzegiem morza, potykając się raz po raz o pokruszone kamienie. Przechodzi przez lasek jałowców, ponad Fanos, ku Platia Punda. Naprzeciw wysepki Keros siada na skale, ociera pot z czoła. Patrzy na wodę, na fale, które przypływają z otwartego morza i pełzną po piasku, na rybacką łódź przecinającą taflę wód zatoki. Zatrzymuje wzrok na przybrzeżnych grotach i przywołuje wspomnienia z czasów, gdy był jeszcze młody i prowadził wykopaliska w Pori. I znowu widzi ślady ich stóp na piasku, słyszy oddech ciężki, zdyszany, czuje słony smak potu na młodzieńczej skórze. Zatraca się we wspomnieniach, obrazach, które niczym fale napływają i rozpryskują się przed nim, obcym na pustkowiu, skamieniałym. Jego ciało oddziela się od duszy, przypomina wędrowny cień o jasnym poranku. Ma dziwne wrażenie, że w jednej chwili jest tu, a w innej gdzie indziej. Dopiero z chłodnym porywem wiatru trzeźwieje i znów widzi kamienie wokół siebie, skały, odłamki głazów, kiedyś masywnych i zwartych, piaskowce i margle, osady ilaste, plażę, groty i łódź rybacką – punkcik na horyzoncie. Gdyby miał namalować świat od początku, naniósłby na płótno skały, błękit morza i nieba.

[...]

Założyłby się, że widzi, dokładnie w tej chwili, szary cień czasu przemykający nad ruinami i nad jego własną doczesną powłoką. Ale to, o czym myśli i na co patrzy, już skończone. Przypominają mu się słowa „Mendla od książek”: „Po co żyjemy, skoro wiatr, zanim zdążymy unieść nogę, zmiecie nasz ostatni ślad”. Przeszłość nie istnieje, przyszłość – wątpliwe, czy nadejdzie. Czas powraca jak fala, wichura, która nigdy nie ustaje. Włosy mu zbielały, twarz pomarszczona, poorana bruzdami, starzeje się z każdym dniem. Ciało obwisłe, wiotkie, skazane na zagładę w wirze przemijania, niezdolne utrzymać ciężaru nowych czasów. Czuje pył na wargach i w oczach – pył, który osiada na jego ciele tak samo jak na pozostałościach z pradawnych epok, żeby pogrążyć je w zapomnieniu. Ostatecznie to czas jest największą z prawd. Czas… ten czas… czas…

[...]

Dukarelis pamięta, że w czasach, gdy udawał tu Indianę Jonesa, w osadzie nie było elektryczności, nie było gimnazjum ani lecznicy, apteki ani banku. Pamięta, że telewizja publiczna ERT2 nadawała wówczas serial Na zapomnianym szlaku, który opowiadał o życiu mieszkańców pewnej wyspy bez szkoły i przychodni lekarskiej. Jedynym łącznikiem z resztą świata był zardzewiały stary statek, który od czasu do czasu zawijał – jeśli zawijał – do portu. Kadłub trzeszczał, gdy łajba cumowała w porcie, trzeszczał, gdy odpływała i kołysała się na morzu. Naturalnie ani Dukarelis, ani mieszkańcy nie oglądali serialu, bo na wyspie nie było telewizora. Ale wiedzieli o filmie z docierających sporadycznie gazet. I chcieli wierzyć, jak mieszkańcy dziesiątków innych zapomnianych wysp na Morzu Egejskim, że nakręcono go wyłącznie dla nich. Skąd mieli wiedzieć, że państwo nie dało na film złamanego grosza? Jak ten świat się zmienia, myśli Dukarelis w przystępie melancholii. Pesymistyczny nastrój nasuwa mu spostrzeżenie, że zewnętrzne oznaki upływu czasu oraz dokonujące się wokół nas zmiany uświadamiają nam nasze własne przemijanie, przypominają o naszej śmiertelnej, kruchej naturze. Wie jednak, że zmienia się jedynie otoczka, a nie sedno, nie istota rzeczy. Czas to nic innego jak narodziny i śmierć. Wymysł człowieka, który pragnie uporządkować chaos. On akurat świetnie o tym wie. Przez całe życie sporządza pionowe i poziome przekroje – od teraźniejszości do przeszłości, od powierzchni w głąb ziemi, jak każe stratygrafia. Nadszedł czas, by sporządzić takie same przekroje we własnej duszy, sięgnąć w przeszłość, teraz gdy wszystko zaczyna przeobrażać się w cień i blaknie. Tylko w ten sposób, rozmyśla, zdoła pojąć, dlaczego fala czasu wyrzuciła marną resztkę jego dawnego ja na tę odległą wyspę.

[...]

Mój ojciec bał się tylko jednego: wiatru północnego [Boreasza – w mitologii greckiej bóg i uosobienie wiatru północnego – przyp. aut.] – zaczyna najlepiej zakonserwowany. Pewnego dnia byliśmy na otwartym morzu i widzimy, że nadchodzi. Flautą by tego nie nazwał. Ale powiedzieliśmy sobie: płyniemy dalej i wola boska. Przez całą drogę do Antikeri obaj byliśmy na pokładzie i ciągnęliśmy sieci. Fale zalewały łódź. Bóg jeden wie, jak wyszliśmy z tego cało. Pozostali kiwają głowami. Rozumieją. Wiedzą. Tak samo rozmawiali ich cykladzcy przodkowie przed pięciu tysiącami lat. I pewnie mieli taką samą cerę, spaloną, sczerniałą od słońca i morskiego wiatru. Niewidzialna płyta tektoniczna porusza się pod ich stopami leciutko, bezgłośnie, daleka przeszłość, która nagle aktywowała się jak uśpiony wulkan, prze naprzód, wyciska swe piętno na ich życiu. Inny też wspomina swoje niepowodzenia.

[...]

Archeolodzy przywiązują wielką wagę do swoich dzienników. Niektórzy są zdania, że postęp prac wykopaliskowych należy udokumentować wiernie i skrupulatnie, uwzględniając wszystkie pomiary i spostrzeżenia. Inni uważają, że koniecznie trzeba też notować wrażenia, wspomnienia, wszystko, co się przeżywa w trakcie pracy. Tak aby ostatecznie obserwator stał się obserwowanym, obiektem badania. Dukarelis optuje za pierwszym wariantem, ale nie oparł się pokusie, żeby na marginesach albo pod ostatnim wersem na stronie, między pomiarami a opisem naczyń, idoli [w archeologii: kompletne pozostałości ludzkie – przyp. aut.] i kości, utrwalić także odczucia i przemyślenia, dodać pomocnicze notatki na temat swojej „ostatecznej teorii”, zapisać zdarzenia i fragmenty dyskusji prowadzonych w gronie całego zespołu. Znalazły się tam pojedyncze słowa, wieloznaczne sformułowania i sugestie ułożone w porządku chronologicznym, jawne dowody zmian w stanie psychicznym Dukarelisa, kronika dokonywanej zdrady. Między kartkami uchowały się – przez tyle lat! – drobinki tytoniu, namacalni świadkowie prahistorii jego życia, gdy palił z dziennikiem w ręce w czasie wykopalisk, popołudniami, klasyfikując zabytki, lub wieczorami, zanim wyczerpany kładł się do łóżka. Podsuwa kartki pod nos, wącha tytoń. Zwietrzał. Tylko ślad, nikły ślad, ledwie wyczuwalna woń wanilii zmieszana z zapachem starego papieru i wilgoci, pozostał jako wspomnienie tamtych osobistych chwil. I znów ma miniony czas przed oczami, czas, przesypujący się jak piasek między palcami, czas. Znów widzi Antygonę i Makisa, pozostałych studentów, robotników, asystentów, wykopy, znaleziska. Znów słyszy ich głosy, panie profesorze, stukot uderzeń, odgłosy kopania. Czyta pożółkłe stronice jedną po drugiej, aż do zapisków z drugiego sezonu prac wykopaliskowych. Pamięta ze szczegółami wszystko, co przeżywał owego „pamiętnego” lata, jak napisał na brzegu kartki wyblakłymi literami w dzienniku własnej niewierności.

[...]

Utrudzeni całodziennym upałem, chcieli wierzyć, że ich życie nie jest aż tak prozaiczne – tak samo jak ludzie, którzy oczekują dalszego życia po doczesnym, ziemskim. Zapadł już zmrok i plaża Fanos w Kuofonissi wypełniła się ich cieniami, które przypominały dusze z Odysei krążące nad asfodelowymi łąkami pod postacią nietoperzy. Tu jednak byli ludzie z krwi i kości, gdyby ich ukłuć szpilką, krzyczeliby z bólu.

Siedzieli na plaży jedno przy drugim i słuchali szumu morza, tchnienia wiatru, oddechu sąsiada, kto wie, może i głosu Odyseusza, który zapewne przepływał kiedyś ze swymi towarzyszami przez okoliczne cieśniny.

[...]

A oto i Mała Niedźwiedzica z siedmioma lśniącymi gwiazdami i Gwiazda Polarna na północy, dawniej część gwiazdozbioru Smoka. Przypomniał im o naczyniu w kształcie patelni z wyrytą pośrodku gwiazdą, które znaleźli przed paroma dniami w prahistorycznej studni. Może to instrument nawigacyjny, astrolabium, może zwierciadło albo naczynie kultowe, nie wiadomo. Snuli rozmaite domysły, w końcu byli archeologami, puścili wodze fantazji i nawet Małą Niedźwiedzicę skłonni byli powiązać z „patelnią”. Gdyby byli religijni, widzieliby na niej kondukt pogrzebowy, w którym idą pogrążeni w żałobie krewni zmarłego, gdyby byli taksówkarzami, twierdziliby, że to pojazd, byleby złożyć hołd pradawnym kolegom po fachu. Trudno z tym wszystkim dojść do ładu, więc gwiazdę na „patelni” uznali ostatecznie za Gwiazdę Polarną, niezbędną marynarzom przemierzającym w prahistorii wody pomiędzy Ano i Kato Kufonisi, Keros, Amorgos, Naksos i Paros. Ich myśli krążyły po gwiezdnych galaktykach, w chmurach gwiazd. A to Cefeusz – dał się słyszeć głos w ciemności – z trójkątną głową, jedną nogą wspartą o północny biegun nieba i z rękoma wyciągniętymi ku Kasjopei. Cefeusz był królem Etiopii, a Kasjopeja miała czelność chełpić się, że jest piękniejsza od Hery i nereid. Z powodu jej nierozsądku omal nie stracili córki, Andromedy. Wysłany przez Posejdona potwór, „wielka ryba”, pustoszył wybrzeże kraju. Żeby go udobruchać, mieli mu ofiarować Andromedę, którą ostatecznie uratował Perseusz. Kasjopeja zamieniła się po śmierci w gwiazdozbiór. Dlatego lepiej uważajcie, kobiety… – powiedział ze śmiechem, ale zaraz pożałował, bo jego wzrok napotkał spojrzenie Antygony.

[...]

To kobiece przybory? – spytał Dukarelisa Andreas. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa kobiece. Aryballosy i pyksidy służyły do przechowywania pachnideł, kosmetyków oraz biżuterii i drobiazgów kobiecych. Igły do tatuażu. Nawet na ciałach idoli cykladzkich znajdowano ślady kropkowanych i linearnych wzorów oraz konturów oczu. Czyli kobiety zawsze były próżne – stwierdził Andonis. „Nieśmiertelnym złem koniecznym kobieta” – dodał kąśliwie, chichocząc jak starzec. Na malowidłach ściennych na Santorynie kobiety wyglądają bardzo elegancko – dodała Angelika. – Mają naszyjniki, włosy upięte w kunsztowne fryzury zdobione koralikami, usta i policzki umalowane, zapewne bielą ołowianą. Tak, znaleziono kobiece idole ze śladami barw na powiekach i ustach – wyjaśnił Dukarelis. Gdy to mówił, kątem oka dostrzegł, że Antygona znów przygląda mu się enigmatycznie. Obok niej tkwił, jak zawsze, Cefeusz w odwiecznej roli satelity. Dukarelis rzucał mu ukradkowe spojrzenia, obserwował go teraz częściej, z ciekawości. Czarny strój, glany, długie włosy. Małomówny, skryty. Klasyczny przypadek młodzieńca, który odkrywszy anarchizm, akceptuje go z żarliwością neofity. A jednak, kiedy przyszli z Antygoną do jego gabinetu na rozmowę kwalifikacyjną przed wykopaliskami, miał na sobie – Dukarelis dobrze to pamięta – marynarkę w tradycyjnym kroju i koszulę z kołnierzykiem o długich, ostro zakończonych rogach. Zdaje się, że Cykladczycy mieli bzika na punkcie kolorów. W kościanych rurkach odkrywanych w trakcie wykopalisk znajdywano resztki substancji barwiących, takich jak azuryt i cynober.

[...]

Czekali na odpowiedź Dukarelisa. Jego naukowy autorytet przesądzał w sprawach tajemnic prahistorii, które budziły ich ciekawość. Sądząc po idolach, które prawie zawsze przedstawiały postaci kobiece z uwypuklonymi zazwyczaj kobiecymi cechami: wzgórek łonowy, szpara sromu, piersi, czasami zaawansowana ciąża czy pozycja porodowa, można się domyślać, jak ważne zajmowały miejsce, i to zarówno zwykłe śmiertelniczki, jak i bóstwa, takie jak wielka bogini. Cykladczycy byli bardzo postępowi. Wszędzie podkreślali seksualną naturę kobiety – wtrącił Andonis. – Hi, hi, hi… piękne czasy. Ale Antygona nie żartowała, spojrzała na niego poważnie, więc zamilkł. Skierował wzrok na Dukarelisa i czekał, panie profesorze. Kobiety zajmowały pozycję szczególną z powodu naturalnej zdolności dawania życia. Dla człowieka prahistorycznego była to jedna z największych tajemnic. Niemniej z pewnością musiały troszczyć się o codzienne sprawy, dbały o dzieci i dom, tkały, zarabiały ciasto, uprawiały ziemię, zajmowały się garncarstwem, plecionkarstwem. Robiły to wszystko, co robi dzisiaj nowoczesna kobieta… – rzekł, patrząc Antygonie, co rzadko się zdarzało, prosto w oczy. No, cóż – pokręciła głową z wyrazem dezaprobaty – to tylko przypuszczenia, nie ma pewności. A archeologia potrzebuje pewników – stwierdziła. Makis szturchnął ją łokciem. Jak mogła podważać słowa profesora? Dukarelis znów dostrzegł lekki, tajemniczy uśmiech na jej wargach. Szydziła z niego? Zamilkł. Przypomniał sobie słowa Solona: „Milczenie niewiasty ozdobą”. Tak, szydziła z niego. Andonis wrócił do szukania gwiazd na niebie. Wyciągnął rękę ku konstelacji Orła i zlokalizował najjaśniejszą z gwiazd – Altair. Wskazał w pobliże Skorpiona, który rozciągał się imponująco na Drodze Mlecznej. To on zabił Oriona swoim śmiercionośnym żądłem. Dlatego boi się go nawet tam, wysoko. Nigdy nie są razem na niebie. Gdy jeden wschodzi, drugi zachodzi.

[...]

Dukarelis znowu zapalił fajkę i jakiś czas wpatrywał się w otaczającą go ciemność. Rozmyślał, poruszony stwierdzeniem Andonisa, że wszyscy na tej plaży, bez wyjątku, stanowią pozostałość po akcie stworzenia świata, bo noszą w sobie drobiny wyrzucone we wszystkie zakątki kosmosu w pierwszych sekundach Wielkiego Wybuchu – kwarki. I że te nieskończenie małe cząstki będą istnieć także po ich śmierci jako świadectwo – albo złudzenie – wieczności. Naprzeciw, w oddali, dostrzegał słabe światła wiosek na sąsiednich wyspach. Wiedział już, co oznaczało jej zagadkowe spojrzenie, panie profesorze. Miejsce i morze dały początek, reszta należy do ludzi.

[...]

Patrzyli podekscytowani na tę nieszczęsną istotę i milczeli. Osobliwe stworzenie, które wróciło z głębi ziemi na światło dnia po pięciu tysiącach lat. Antygona nie mogła tego zrobić wcześniej, przy wszystkich, ale teraz skorzystała z okazji – chwyciła rękę Dukarelisa, pocałowała go w usta, poczuła smak potu i pyłu, który osiadł mu na skórze, poczuła jego napięcie i lękliwe drżenie wywołane niespodziewanym i ważnym odkryciem. Makabryczny wyraz miłości w obliczu śmierci, wśród pożółkłych kostek, w ciemności. Antygona zdawała sobie sprawę, jak wielkie znaczenie miały dla niego te ludzkie szczątki, więc chciała jedynie upewnić się, czy faktycznie, choć wydawało się to niezaprzeczalne, ten prahistoryczny człowiek został zamordowany.

[...]

Antygona zaczęła się bać, bliskość ludzkich szczątków budziła grozę. Narzekała, że marznie. Siedzieli obok siebie w kącie wykopu, więc otoczył ją ramieniem, żeby się uspokoiła. Ale na łopot skrzydeł nad ich głowami aż podskoczyła, naprężyła ciało, przeraziła się, omal nie zaczęła krzyczeć. Nie ma się czego bać, to tylko sowa – uspokajał Dukarelis. Głos sowy zawsze źle wróży – powiedziała. – Spotka nas coś złego. Bzdury, niemądre przesądy – odparł. Przypomniał Antygonie, że starożytni Grecy uważali sowę za symbol bogini Ateny i że utożsamiali sowę z mądrością. Przed bitwą pod Salaminą, gdy dowódcy Greków dyskutowali na pokładzie jednego z okrętów, co dalej robić, nadleciała sowa i usiadła na takielunku. Jej obecność uznano za dobry znak i Grecy przygotowali się do bitwy morskiej.

[...]

Środki masowego przekazu od rana prześcigały się w komentowaniu doniosłego odkrycia na Kufonisi. Wiadomość o ludzkich szczątkach i zagadce zabójstwa z prahistorycznych czasów podały agencje informacyjne na całym świecie. Zadbał o to dyrektor Urzędu – wydawał oświadczenia, pokazywał się w telewizji z jedwabną chusteczką w kieszonce marynarki i z włosami przyczesanymi na mokro. Nazwisko Dukarelisa powtarzano w każdym wydaniu wiadomości. A Maria Dukarelis [pierwsza żona – przyp. aut.] siedziała jak na rozżarzonych węglach. Nie mogła pojąć zachowania męża. Dlaczego nie dzielił z nią tak ważnej chwili? Dlaczego ona dowiaduje się o czymś takim z telewizji? Czuła się odsunięta i niepotrzebna. Dukarelis nie kontaktował się z nią od tygodnia.

[...]

Gwiazdozbiory na wysokim niebie już zajmowały swoje miejsca. Czyja ręka umieściła gwiazdy tam, w górze, w taki właśnie sposób? Czy można je było ułożyć inaczej? A może są tam, gdzie są, przypadkiem? Na tle pyłu Galaktyki snuło się po niebie światło, w odległym powietrznym korytarzu, w pustce. Dukarelis wyobrażał sobie firmament jako ogromny czarny welon, sito, przez które dochodzą do nas cienkie smugi światła. Na pewno z tyłu, za tym parawanem, królowało światło nieogarnione, trudne do wyobrażenia, którego jeszcze nikt nie widział. Gdyby jego okrywa pękła, zalałoby wszechświat, oślepiło ludzi. Andonis próbował wszcząć rozmowę. Te gwiazdozbiory – powiedział, wskazując wysoko – nie są takie same jak te, które widziała dziewczyna z wykopalisk w prahistorycznych czasach, ani takie, jakie opisali starożytni Grecy. Zmieniły położenie, bo od tamtego czasu przemieściła się oś Ziemi. Północ stała się Południem, a Południe Północą.

[...]

Dukarelis rozmyślał o tamtych ostatnich dniach. Z głębi zamroczonego umysłu próbował wydobyć rozsypane w pamięci fakty. Wrócił do „teraz”, do swojego drugiego ja, do rzeczywistego świata, w ciasnym, obskurnym pokoju. Naprzeciw ma śledczego, który czeka na odpowiedź i próbuje ulżyć swojej sytuacji, machając kawałkiem papieru, żeby wywołać jakikolwiek ruch powietrza. Tak, to cały Apostolos. Ma kręćka na punkcie dowcipów. Potrafi zadzwonić nawet w środku nocy, żeby mi opowiedzieć jakiś żart. I wydaje się to panu normalne? Nie wiem, chyba tak. Opisał mi pan żonę [drugą żonę Antygonę – przyp. aut.] rozmawiającą przez telefon tamtego ranka. W dniu poprzedzającym zniknięcie wydawała się zaskoczona, gdy pojawił się pan obok niej. Zaraz… chwileczkę… Nie opisałem żony. Właśnie pan to zrobił, panie Dukarelis. Mam przed sobą tekst. Dukarelis nie zauważył, że śledczy notuje jego zeznania na służbowym papierze. Bardzo dziwne. Jaki ma zamęt w głowie… Nagle zdał sobie sprawę, że zamiast zatrzymać to wszystko wyłącznie dla siebie, we własnych myślach, od dłuższej chwili nie robił nic innego, tylko opowiadał o wydarzeniach z tamtych dni. Skrzywił się. Wspomnienia, prywatne chwile z żoną znalazły się na służbowym papierze A4, 21 × 30, 80 gr., kolor biały, u góry emblemat policji i godło Republiki Greckiej w kolorze ciemnoniebieskim. Jego słowa zyskały wymiar oficjalny. Czy to możliwe, by papier pomieścił jego życie? Włożony do stosownej teczki, wrzucony do zakurzonej metalowej szuflady, będzie dostępny dla każdego ciekawskiego policjanta, który zechce wetknąć tam nos. Z czasem papier zżółknie, zaczną go toczyć niewidzialne robaki, zacznie cuchnąć niewietrzonym pomieszczeniem, pleśnią. Takie jest jego życie?

[...]

Śledczy go zwalnia. Wystarczająco długo, powiada, już go męczy. I zachęca, żeby nie zwlekał z powiadomieniem policji, gdyby cokolwiek sobie przypomniał, „co-kol-wiek”, sylabizuje. Śledczy będzie na wyspie do popołudnia, później portową motorówką popłynie na Naksos, a stamtąd promem do Aten, panie władzo. Dukarelis zapewnia go z chłodem w głosie, że tak postąpi, niczego nie zaniecha. Wychodzi nachmurzony, ze spuszczoną głową, zatroskany. O co znowu chodzi z tymi pieniędzmi? Dlaczego je wzięła i co z nimi zrobiła? Nie wie, co myśleć i w co wierzyć. W podejrzenia śledczego czy we własną intuicję. Co go, u licha, podkusiło, żeby opowiadać o historii z Apostolosem? Niczego, naturalnie, nie można wykluczyć. Ale, do stu diabłów, myślał, że zna swoją żonę. Miewał wprawdzie czasem pewne wątpliwości. Wewnętrzny głos przypomina mu, że w niektórych przypadkach niewierność nas zaskakuje, zanim sobie cokolwiek uświadomimy, zanim ujrzymy, że wychodzi zza rogu i zmierza wprost na nas. Najpierw dowiaduje się o niej serce, dopiero potem umysł. To, co do tej pory wydawało się stabilne, zaczyna się chwiać. Ziemia usuwa mu się spod nóg. Powinien był o tym wiedzieć, takie jest życie. Tak przecież działał w nauce, bez niepodważalnych prawd, w archeologii pewniki nie istnieją. Mnóstwo pytań, niewiele odpowiedzi. A o swoim życiu, co może powiedzieć? Same tylko pytania gnieżdżą się w jego duszy. Wytęża umysł, chce sobie przypomnieć. Może rzeczywiście coś między nimi było? Przywołuje na pamięć ich twarze, wspólne spotkania.

[...]

Pamięta ją [córkę Ismenę – przyp. aut.] pierwszego dnia na porodówce… Ledwie przyszła na świat, miała oczy szeroko otwarte, szeroko otwarte. Patrzyła matce prosto w twarz. Była pokryta wodami płodowymi, zaschniętymi na pleckach w białe, gęste błocko. Płakała i płakała. A gdy pielęgniarka przecięła nożyczkami pępowinę, zbliżyła lewą rączkę do główki. Twarz miała siną, usta otwarte, cierpiała – jak ona cierpiała, choć bezgłośnie, jakby już wtedy wiedziała, że tamto minęło, skończyło się, że trzeba zostać na tym niewesołym świecie. Płakał i on, z radości, płakał z radości, łzy toczyły się po policzkach, to było szczęście, największe szczęście.

[...]

Gospodyni [mieszkania, gdzie Dukarelis trafił ponownie po latach – przyp. aut.] stawia na stoliczku filiżanki z kawą, szklanki z wodą, ciągnie bliżej dwa plastikowe foteliki. Dukarelis schodzi po schodach, stopień po stopniu, i zajmuje miejsce przy stoliku. Bugenwilla okrywa ich cieniem. Od czasu do czasu porywy wiatru rozsypują czerwone kwiaty. Pierwszy krok zrobiony, kości rzucone, lody przełamane. Ktoś stworzył scenerię jak na romantyczną randkę, mężczyzna, kobieta, kawa, bugenwilla, czerwone płatki unoszące się w powietrzu. Rzeczywiście, coś słyszałam o tych wykopaliskach. Wie pan, tutejsi ludzie są trudni we współżyciu i ciekawscy. Może nie powinnam tego mówić, ale skoro rozmowa zeszła na te tory… Zatrzymują mnie na ulicy, wypytują, różne rzeczy o panu opowiadają… Dukarelis milczy przez chwilę. Zastanawia się. Ale zżera go ciekawość, chciałby się dowiedzieć. Co na przykład? No, że pan jest dziwny, skryty, że krąży pan po ruinach, ktoś podobno widział pana przypadkiem, jak się pan chowa nagi między skałami, za Okiem Diabła. Ludzie tu są wścibscy, panie Dukarelis, niech pan uważa…

[...]

Zmierzcha. Rzadka mgła rozpełza się we wszystkie strony, okrywając świat welonem tajemnicy. Wyraziste kolory szybko tracą ostrość, nikną w mroku, blakną. O takiej porze królują cienie. Dukarelis siedzi na balkonie i patrzy w oddychającą wokół noc. Gwiazda Wieczorna, już widoczna, imponująca, zajęła miejsce na firmamencie. Odbyła niezmienną trasę, tę samą od miliardów lat, od początku świata, absolutnie oddana swemu obowiązkowi. Gdy ona przestanie istnieć, przestanie istnieć wszystko wokoło. O świtaniu powiedzą o niej Gwiazda Poranna, kiedyś zwali ją Jutrzenką, ale wszystkie te słowa są nazwami tej samej planety, Wenus, mitologicznego żeńskiego archetypu miłości i piękna. Dukarelis widzi ją wysoko i ma wrażenie, że migoce w wilgotnym egejskim powietrzu, jakby puszczała do niego oko. Maleńkie nietoperze, które wychynęły ze swych kryjówek, przemykają mu przed nosem, prawie muskają jego twarz, gdzieś w oddali słychać lament nocnego ptaka.

[...]

Maria Dukarelis, zachwycona skromnymi tradycyjnymi domami, czystą linią architektury, przystanęła przed na półzrujnowanym dworkiem. Dukarelis spytał, co o nim myśli. Odpowiedziała, że jest fantastyczny: „Zwisające belki, rozrzucone w nieładzie kamienie, ptaki gniazdujące w szparach, zielsko i krzewy wyrastające z pęknięć… Świetność w chwili upadku…”. Dukarelis zaczął wyjaśniać, jak kładło się kiedyś dachy. Warstwy trzciny, drewno jałowca fenickiego na belki i ziemia. Fenickiego? To gatunek jałowca lubiący suche środowisko Cyklad. Dawniej wszystkie wyspy pokryte były jałowcowymi lasami. A sposób, w jaki budowano te domy – dodał – nie powinien się wiele różnić od sposobu z czasów prahistorycznych. Prawie nic się nie zmieniło od tamtej pory. Świat jest wciąż taki sam. Żeby tak ktoś się zajął tym domem i go wyremontował… – rozmarzyła się żona. Uśmiechnął się. Zapytała o historię wyspy. To mu akurat dogadzało, bo unikał uczuciowych raf i pułapek. Opowiedział o starożytnym Kofon Limena, pokazał cieśninę między obiema częściami Kufonisi a wyspą Keros. Zdawało się, że i teraz słychać odgłos wioseł uderzających o wodę, i wioślarzy, jak „ze spuszczonym wzrokiem oddychają rytmicznie” [cyt. za: wierszem Argonauci, Jorgosa Seferisa – przyp. książ.].

[...]

Lilie morskie kwitły na wydmach, tam gdzie plaża kończyła się u stóp wzniesienia. Takie lilie kwitły kiedyś w całej Egei. Dla starożytnych Greków były symbolem doskonałości, dzisiejsza botanika zwie je Pancratium maritimum. Widnieją na malowidłach ściennych w Akrotiri na Santorynie, na słynnym fresku przedstawiającym wiosnę. Maria Dukarelis pospieszyła je wąchać. Uznała, że pachną ładnie. Dukarelis wyobraził ją sobie w czasach cywilizacji cykladzkiej jako zbieraczkę szafranów na fresku z Santorynu.

[...]

Pali. Siwy obłok dymu odpływa i rozprasza się wokół niego, tworząc biały przezroczysty woal. W jego środku Dukarelis widzi dziewczynę [Kasjopeję, imię nadane dziewczynie-znalezisku sprzed pięciu tysięcy lat – przyp. aut.] stojącą przy framudze drzwi jednoizbowej chaty zbudowanej z nieobrobionych płaskich kamieni, ułożonych jeden na drugim i spojonych mułem. Belki z drewna jałowcowego, gałęzie i trzcina, poprzekładane ubitą gliną, wystają na krawędziach dachu. Dziewczyna ma na sobie falbaniastą spódnicę z wełny i obcisłą tunikę odsłaniającą piersi. Sama sporządziła tkaninę z owczej wełny kościanymi igłami. Włosy ma długie, upięte z tyłu w kok, zdobne czerwonymi i żółtymi paciorkami. Na szyi – naszyjnik ze zwykłych morskich kamyków. Poniżej karku, na odsłoniętych plecach widnieje tatuaż w kształcie niebieskiej latającej ryby. Chciałby wniknąć głęboko w jej duszę i myśli. Odnosi wrażenie, że gdyby wyciągnął rękę, mógłby jej dotknąć. Ona czuje niewidzialne palce w swoich włosach, spogląda za siebie, zaskoczona, ale tylko jej się zdawało, to wiatr, nikogo nie ma. Patrzy na skraj leżącej w dole plaży, na maleńki, osłonięty od wiatru naturalny port i dalej, na otwarte morze, jakby czegoś szukała, zatrzymuje wzrok na wysuniętym w morze cyplu. Dwa statki, które dotarły tu z miejsc dalekich, nieznanych, właśnie wpływają do portu. To pierwsze statki, które przybyły tej wiosny – znak, że łodzie małe i duże znów zaczną pruć fale Morza Egejskiego, a wkrótce także mężczyźni z osady wypłyną ku odległym celom. Wioślarze siedzący w dwóch rzędach chłoszczą morze. Te statki różnią się od długich a wąskich łodzi cykladzkich. Nie mają znajomej kanciastej stępki, żeby rozwinąć prędkość, ani wysokiego drzewca odpowiadającego rufie, z wizerunkiem ryby na czubku. Przeciwnie, te mają maszty i żagle – teraz zwinięte, bo nie ma wiatru, oraz uniesione, zadarte dzioby. Załoga odpocznie na tej gościnnej ziemi, zaopatrzy się w wodę i popłynie dalej na wielkie wyspy Cyklad. Tam żeglarze wymienią swoje egzotyczne towary na sztylety, paciorki, kamienie szlachetne, ozdoby, cykladzkie naczynia, posążki. Z Santorynu zabiorą pumeks, szmergiel z Naksos, z Paros marmur, obsydian z Milos, miedź, ołów i srebro z Sifnos. Tu, na wzniesieniu, dziewczyna słyszy ich głosy, rozmawiają w nieznanym języku, rzucając kamienne kotwice w morze i brodząc po spokojnej, płytkiej wodzie.

Kasjopeja myśli, że trzeba polecieć do doliny potoku za wzgórzem, naciąć trzciny i situ do plecenia koszy, koszyków, mat, obszernych i płytkich tac. Szkoda, że nie ma nic gotowego. Mogłaby już dzisiaj wymienić plecionki na cudzoziemskie towary. Ale trudno, któregoś dnia jej towarzysz zawiezie wyroby małą drewnianą łódką na leżącą naprzeciw Naksos albo na Daskalio. Po wyłożonych kamieniami wąskich dróżkach osady Kasjopeja dociera do polnej drogi. W rękach trzyma sierp z obsydianową rękojeścią, zeszłoroczny nabytek z podróży jej towarzysza na Milos statkiem należącym do wioski.

[...]

Schodzi na drugą stronę wzgórza, przecina gaik dzikich oliwek i znika w dolinie porosłej jałowcami. Strumyk płynie żywo, szumi na kamieniach, a nad wodą fruwają niebieskie i czerwone ważki. Najpierw wybierze sit – woli łodygi grubsze, wytrzymałe. Potem zostawi go na ziemi, póki nie upora się z trzciną. Cały czas ma wrażenie, że obserwuje ją jakaś para oczu, że czyjś wzrok śledzi jej postać samotną na odludziu. To pewnie nie kto inny, tylko wielka bogini. Wszystko nosi na sobie jej piętno, wszędzie wyryte są jej ślady. To ona daje życie światu, ona wskrzesiła to, co umarło na czas krótkich dni i zimowych nocy. Dzięki niej wszystko ma sens, matuś. Młoda kobieta wie, że gdy dokona żywota na tym świecie, będzie żyła w innym, takim, jaki odkryje przed nią bogini na progu wielkiej podróży. Idzie naprzód, torując sobie drogę w trzcinowisku. Wybiera łodygi starannie. Chwyta je, pochyla ku sobie i jednym zręcznym ruchem sierpa ścina przy korzeniu, a potem układa w stos, jedną na drugiej. Nagle jakiś szelest, gdzieś z tyłu, matuś. Błękitna dzika kaczka bije powietrze skrzydłami, przysiada na oczku wodnym – wcielenie wielkiej bogini, która ukazała jej się na znak boskiej przychylności. Szelest pochodzi od welonu, który wlecze się za nią po ziemi. Dziewczyna stoi chwilę, patrzy, jak kaczka wyciąga długą szyję, jak łypie niespokojnie okiem, póki znów nie rozłoży skrzydeł i nie zniknie nad trzcinami. Dziewczynę przechodzi dreszcz, matuś, czuje przelotny ból w boku, to dotyk bogini.

[...]

Kasjopeja czuje, że jest jej pisana rola, o którą sama wcale nie zabiega, legenda, którą kiedyś wyspiarze będą opowiadali przy ogniu. Zerka w kąt na bryłę obsydianu, z którego jej towarzysz wytnie ostrza do noży, i na posążek przedstawiający wielką boginię w pozycji porodu – zdobycze z ubiegłorocznej dalekiej wyprawy. Za parę miesięcy, w czasie najdłuższych dni w roku, popłyną na Keros i kiedy pełny księżyc wysunie się z łona bogini, a jego blask odbije się w morzu, stłuką posążek o ziemię jej świętego miejsca, śpiewając psalmy ku jej czci.

[...]

A Dukarelis nie przestaje żartować. Ateny to wielkie cmentarzysko. Śmieją się. Zgodnie stwierdzają, że wino Kukulesowego syna, które, rzecz jasna, rozwiązuje im języki, jest dobre. Piją ostatni kieliszek i dyskutują dalej. O książkach i pisarzach. On preferuje trudniejszą literaturę, Dostojewskiego i Hessego, a także pisarzy latynoamerykańskich, rzekomych przyjaciół Márqueza i Llosę, ale i Saramago. Chwali się, że przeczytał W poszukiwaniu straconego czasu Prousta w całości. Ona [gospodyni lokum – przyp. aut.] obstaje przy literaturze amerykańskiej, a ogólniej, anglosaskiej, Philip Roth, Ian McEwan. Radzi mu przeczytać Czarne psy. Robi się chłodno. Niebo nad nimi to feeria sztucznych ogni, które ktoś rozpalił i zapomniał zgasić. Wiatr zabawia się liśćmi bugenwilli. Pierwsze krople rosy osiadają na stole. Rozmowa schodzi na archeologię. Ona chce posłuchać o kościach kobiety, które znaleźli przed dwudziestu laty na terenie wykopalisk. Dukarelis mówi, że była brzemienna, młodziutka, że została brutalnie zamordowana i pogrzebana w domu, przy ścianie. Makabra! – wykrzykuje gospodyni i zastanawia się, czy naruszenie spokoju ludzkich szczątków mających tysiące lat nie jest w gruncie rzeczy świętokradztwem, zakamuflowanym zbezczeszczeniem grobu. Co mam powiedzieć? Niestety, tak – przyznaje Dukarelis. Ale dodaje, że inaczej być nie może. Same znaleziska są często mniej znaczące niż nowa wiedza i nowe pytania, które można za ich sprawą sformułować. Tylko w ten sposób archeologia może robić postępy, człowiek musi poznawać swoje korzenie, dowiadywać się, jacy byli jego przodkowie, i co najbardziej interesujące, powinien starać się zrozumieć naturę ludzką, czyli samego siebie.

[...]

Przyzwyczajamy się także do zdarzeń nieoczekiwanych i zaskakujących. To jak z pierwszym zbliżeniem erotycznym. Późniejsze są już całkiem inne. Nawet się ich nie pamięta. A pierwszego razu nie zapomina się nigdy. Przytaczając słowa jednego z moich kolegów po fachu: „Dopiero po tylu latach pracy zaczynam rozumieć, że w trakcie wykopalisk nawet wielkie odkrycie może wydawać się niewiele znaczące”. A ludzka natura? Zmieniła się jakoś od czasu, gdy żyła na tej wyspie tamta nieszczęsna kobieta? Myślę, że nie. Ludzka natura okazuje się bardzo odporna na upływ czasu, jest taka sama jak przed czterema czy pięcioma tysiącami lat. Jeśli coś się zmieniło, to codzienność. Człowiek odmienił swoje środowisko, ale nie siebie.

[...]

Gdyby Dukarelis był malarzem, przedstawiłby Kasjopeję w ustronnym miejscu nad morzem. Zachowałby wizerunek jej postaci na wieczne czasy, tak jak zbieraczki szafranu uwieczniono na malowidłach ściennych na Santorynie. Na piasku zostają odciski jej stóp i palców maleńkich jak u dziecka. Pochyla się raz po raz, zbiera kamyki: żółte, zielone, niebieskie. Wrzuca je do plecionego koszyka, słyszy, jak uderzają jeden o drugi. Przed nią rozciąga się morze spokojne i tajemnicze. Słońce, żółty krąg, połyskuje na jego powierzchni. W głębi, na zielonych polanach, kotwiczą wśród glonów i skał jeżowce. Naprawdę boi się morza. Biegnie myślą do mężczyzn z osady, którzy przepadli ze swymi łódkami w jego mrocznej toni. Ilekroć jej towarzysz wiosłuje po morzu, ogarnia ją lęk, że nie wróci. Morski wiatr rozwiewa jej włosy. Płótno Dukarelisa pokrywa się z wolna barwami i kształtami. Na mokradłach opodal plaży, wśród situ i trzcin, kręcą się bociany – zatrzymały się w tym zakątku na postój przed dalszą, daleką podróżą na południe. Kasjopeja patrzy w dal na otwarte morze, gdzie woda łączy się ledwo uchwytną dla oka linią z błękitem nieba. Teraz też ma wrażenie, że spoczywa na niej wzrok wielkiej bogini. Bo ona jest wszędzie, w powietrzu, w wodzie, piasku, kamieniach. Czuje się mizerna i słaba, czuje, że jest niczym, ziarnkiem podobnym do kamyków, które trzyma w dłoni, drobiną w nieskończonym świecie.

[...]

Dukarelis był zakochany. Antygona była jego pierwszą miłością – i oby ostatnią, jak wtedy pragnął. Wpadł w miłosne szaleństwo po uszy. Każda chwila nabierała wyjątkowego znaczenia, rzeczy małe stawały się wielkie, aż do przesady. Urzeczywistniał słowa Yukio Mishimy, który w owym czasie tak demonstracyjnie odebrał sobie życie: „W każdej chwili dzieje się coś bardziej wstrząsającego niż wybuch Krakatau [słynny z wybuchu wulkan na Jawie w Indonezji – przyp. aut.]… Wystarczy byle gorzka pomarańcza [uprawianej w Grecji dla przetworów – przyp. książ.], żeby zabiły dzwony…”. Następnego lata poznał jej rodzinę. Pojechali autobusem do jej rodzinnej wsi w Macedonii. Zrobił dobre wrażenie i jeszcze przed końcem studiów postanowili związać swoje losy w obecności popa i świadków. Jej rodzice przyjechali z północy, jego matka ze swojej wsi, jedni i drudzy państwowymi autobusami KTEL. Teściowa wymusiła na nim włożenie garnituru i krawata. Jego mama nie miała w tej sprawie zdania. Wystarczyło, że żeni jedynaka i że troski o jego nieustabilizowaną sytuację rodzinną będzie miała za sobą. Siedziała w kątku dumna z syna i w kółko opowiadała krewnym jego wybranki historie ze swego życia: jak ją rodzice przewozili w beciku, niemowlę jeszcze, ze wschodniej Rumelii do wolnej Grecji, o trudnych latach wojny domowej, o głodzie, o tym, jak wychowywała samotnie swojego Jorgosa po śmierci męża.

[...]

Niżej, plażą, szła po mokrym piasku młoda kobieta. Dukarelis słyszał szmer stóp na piasku. Znowu nie potrafił odróżnić rzeczywistości od złudzeń. Zlały się w jedno. Czy to Kasjopeja dotarła tutaj z odległej prahistorii? W dłoniach trzymała zbielałe pancerze skorupiaków, jeżowce, rozgwiazdy, mątwie kości i kamyki. Fale rozbijały się o brzeg i niweczyły ślad jej ulotnego istnienia. W powietrzu niewidzialna ręka malowała niestrudzenie, by wreszcie umieścić Kasjopeję pośrodku plaży, patrzącą w zamyśleniu hen, daleko, na horyzont. Obraz był gotowy. Czas przestał istnieć, nic się nie zmieniało. Kto wie, do czego wówczas odnoszono jego upływ, teraz jest „chrześcijański”. Ale w istocie rzeczy narodziny i śmierć, początek i koniec, rozkwit i upadek pozostają niezmienne, i to one wyznaczają granice czasu. To on, czas, kieruje życiem ich obojga, jego życiem i jej życiem. Są jak dwie linie proste, które kiedyś przypadkiem przecięły się w wirze świata, a potem biegły dalej w bezkres, niosąc piętno pierwszego kontaktu w wykopie. Wtedy może nazywali ją Kasjopeją, teraz – Marią lub Antygoną.

[...]

Pomyślał, że są chwile, „kiedy sumienie nie może udźwignąć tak wielkiego ciężaru. Że tylko w grobie człowiek może się od niego uwolnić”. W jego pustym spojrzeniu nie było nic poza bolesnymi wspomnieniami. Nic więcej. Żywi i umarli wędrowali jedną wspólną drogą, ku temu samemu celowi, matuś. Wrócił myślami do ostatnich chwil życia matki w szpitalnej sali. Ściskała jego rękę w swojej dwie godziny, zanim umarła. Matuś… matuś, szeptał, chciał ją objąć, uściskać, potrzebowali tego oboje. Ale nie objął jej. Jak niewystarczające były ich słowa i uczynki. Od małego pragnął matczynych uścisków. Rzadko się zdarzały. Brała go czasem nocą do swojego łóżka, wtedy z nią spał. Myślała, że wystarczy powiedzieć „moje dziecko”, żeby wyrazić całą czułość, największą na świecie. Na więcej nie miała czasu. Jemu to nie starczało. Szukał jej obecności nawet wtedy, gdy była blisko. Pamięta, jak się uwijała, biegała tu i tam, do pracy w cudzych domach, od rana do zachodu słońca, za marne grosze, żeby go wychować, wykształcić. Pragnął matczynego uścisku w tamtej ostatniej godzinie. Pragnął matczynego uścisku także teraz. Tak, pamięta ją z tych ostatnich chwil, gdy zdążyła wyjawić mu sekret, nie zabrała go ze sobą na zawsze. Dała znak, by się pochylił, i wyszeptała mu do ucha niewyraźnym, słabnącym głosem, matuś: „Ścięta głowa, która wisiała na latarni, miotana wiatrem, tamtego kwietniowego ranka, to była głowa twojego ojca”.

[...]

I znowu Dukarelis rozwija motek od początku, szczegółowo analizuje swoje życie, jakby był pisarzem, który po raz kolejny musi się przyjrzeć narracji, postaciom, stylowi, treści. Siedzi przy łupkowym stoliku na balkonie, wśród pelargonii, pod rozgwieżdżonym niebem. Trzyma szklaneczkę białego wina, zapala fajkę, pogrążony w samotności. Ludzie wokoło śpią. A on czuwa, rozmyśla. Utkwił wzrok w Księżycu – krater Aitken o średnicy dwóch tysięcy dwustu czterdziestu kilometrów i głębokości trzynastu kilometrów, Ocean Burz, same kontury, bo wilgoć dławi wątłe światło w ciemności. Czy on, Dukarelis, istnieje naprawdę, czy jest ułudą? Ale przecież księga jego żywota ułudą być nie może. A i on sam siedzi tu przecież żywy, z krwi i kości, i wciąż na nowo rozważa to, co przez te wszystkie lata wyciskało piętno na jego życiu. Gdyby był bohaterem wymyślonym, jego życie, jego niewierność, smutek w oczach byłyby jedynie szeregiem słów wydrukowanych na książkowym papierze, włóknami celulozy, czarnym wyschniętym tuszem, drobinami pigmentu, żywicą alkidowo-ftalową, olejem lnianym, estrem kalafonii, modyfikowanym fenolem, rozpuszczalnikiem naftowym. Niczym więcej.

[...]

Dlaczego właściwie Dukarelis wrócił na to odludzie po latach? Gdyby pragnął anonimowości, gdyby chciał spędzać czas przez nikogo niezauważony, pojechałby tam, gdzie nikt go nie zna. Tu miał przeszłość. I wątpliwą teraźniejszość. O przyszłości nigdy nic nie wiadomo. Bo morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni? Bo chciał złożyć tu swoje kości, tak jak, wedle przypuszczeń, postępują słonie zmierzające na tajemne cmentarzyska, gdy wyczują, że nadchodzi koniec? Ale Dukarelis – choć jego dusza przypominała zachmurzone niebo w środku zimy – nie miał zamiaru rezygnować z życia. Ismena była tego gwarancją, a uniwersytet, praca naukowa i wykopaliska – moralnym i zawodowym obowiązkiem. Dukarelis szuka w sobie rozwiązania, końca nici Ariadny, nici, która splątała się, zamotała w jego duszy. Jest archeologiem, przyjechał kopać w swojej przeszłości, grzebać w pamięci. Wie lepiej niż ktokolwiek inny, że w myśl zasad uprawianego przez niego rzemiosła ten, kto chce dokonać odkryć w głębi dziejów, musi postawić właściwe pytania i chociaż w części na nie odpowiedzieć. Jeśli ma wysnuć wnioski, musi rozpocząć od „dlaczego?”. Tyle że w jego przypadku na większość postawionych pytań odpowiedzi nie ma. Chce pogodzić przeszłość z teraźniejszością, żeby mógł spojrzeć w przyszłość, jakakolwiek ona będzie. Ma w uszach szum klepsydry, wie, że nie jest już młody, nadeszła jesień, liście żółkną i opadają, niebawem wkroczy w zimę życia, przyszła i na niego kolej. Ale nie jest jeszcze zniszczonym przez czas staruszkiem. Tak, przyjechał tutaj, żeby powalczyć z samym sobą, uporządkować chaos. Nie wie, czy jest masochistą, który wciąż opłakuje swój los i wciąż na nowo przeżywa bolesne wspomnienia i doświadczenia, pogrążony w swoim kariotakizmie [od nazwiska Kostasa Kariotakisa, poety i prozaika greckiego – przyp. aut.]. Wie natomiast, że na tej ziemi odcisnął swój ślad, tak jak w przeszłości Kasjopeja, że jest to miejsce żywych umarłych, zjaw i cieni, które zasnuły pajęczyną skraj jego umysłu. Że to ziemia jego ruiny, jego Jerozolima, albo ziemia, na której wyrosną pędy jego nowego życia. Że to „podwóreczko Naksos”, jak nazwał kiedyś Kufonisi pewien Naksyjczyk, jest pępkiem jego świata, jego życia albo śmierci.

[...]

Dukarelis słucha ich w kafenijo [typowo grecki lokal gastronomiczny z kawą, alkoholem i zakąskami – przyp. aut.], gdzie zasiadł wczesnym rankiem, żeby wypić kawę i na dobre otworzyć oczy. Skąd mają wiedzieć, że „wariat” to on. Kolejna okazja do przeprowadzenia socjologicznych obserwacji. Ze swojego miejsca przygląda się tubylcom jak antropolog. Siedzi z nimi i pop, młody wiekiem. Ludzie są wciąż tacy sami, mimo upływu tysięcy lat. Bo co się właściwie zmieniło? Na ich twarzach widać nawarstwienie czasu. Nie zdają sobie sprawy, że ci, którzy w prahistorii stąpali po tej ziemi, nadal wpływają na ich życie. Teraz, rzecz jasna, świat wygląda zupełnie inaczej. Ale ludzie są niezmiennie tacy sami. Dukarelis pamięta, że gdy prowadził wykopaliska, przyjechała na Kufonisi ekipa zakładu energetycznego – wyspa miała zostać nareszcie zelektryfikowana. Dróg asfaltowych w tamtych czasach nie było, a i samochodów jak na lekarstwo. Narzędzia na wykopaliska przewoziło się osłami. Dzisiaj po tym skrawku ziemi jeżdżą dziesiątki pojazdów. Na co im one, nie jest pewien.

[...]

Życie toczyło się dalej, a Dukarelis pragnął zgłębiać tajemnice archeologii. Chciał jako pierwszy wydobywać z wnętrza ziemi dowody na obecność istot ludzkich, które żyły i umarły w zapomnieniu. Połączyć ukryte nici ich życia z własnym życiem, odkrywać pogrzebane i zapomniane tajemnice, historie stojące za idolami, narzędziami, naczyniami, najdrobniejszymi odłamkami ceramiki. Archeologia wabiła go osobliwą i niewyczerpaną magią, jego entuzjazm wzmagał się z każdym rokiem. Znalazł sens swego istnienia, jego marzenia nabrały kształtu. A teraz, pchany niesłabnącą archeologiczną ciekawością, chce w czasie ostatnich dni na wyspie, przed powrotem do Aten, odwiedzić najwcześniejsze cykladzkie osady, napełnić umysł ich obrazami, pejzażem Małych Cyklad, widokiem skał, jałowej ziemi, morza, świata prastarego, który przesądził też o kształcie jego życia. Także teraz, w obliczu osobistej katastrofy, archeologia jest jego azylem. Szukając prahistorii, szuka własnej przeszłości, przekopuje własną duszę. Prahistoryczne Cyklady to świat, który zamienił w mit. I chociaż poznał go od podszewki, i na wiele „dlaczego” znalazł odpowiedzi, nie udało mu się go odmitologizować.

[...]

Wiatr mierzwi włosy – Dukarelis odnosi wrażenie, że to czuły dotyk czyjejś ręki, pieszczota. Zamyka oczy. Wyobraża sobie, że za jego plecami stoi Antygona. Uśmiecha się. Obejmuje go i zakrywa mu oczy dłońmi. „Zgaduj-zgadula”. Wciąga głęboko powietrze, napełnia płuca jodem. Smutek zasnuwa jego twarz jak mroczne chmury, gdy zasłaniają słońce, kładą się czarnym cieniem na ziemi. Nad głową krążą mewy i krzyczą – wtargnął na ich terytorium. Tu łączą się w pary, tu składają jaja i je wysiadują, tu wychowują pisklęta. Po raz kolejny Dukarelis bezcześci święte miejsce. On też chciałby tu zostać, pustelnik, rozbitek, ze stadami mew, które teraz nurkują w wodzie albo siedzą na skałach i obserwują go z daleka. To dziewicza ziemia, taka sama, jaką widzieli pierwsi Cykladczycy płynący lekkimi łodziami po pustkowiu morza. Próbuje ocenić dystans krótkich morskich wypraw – podróże odbywane tam i z powrotem w ciągu jednego dnia musiały być męczące. Prawie ich widzi, jak wiosłują wokół skalistej wyspy, w palącym słońcu, wystawieni na żywioły, często w pojedynkę. Jak towarzysz Kasjopei.

[...]

Gdzie panu będzie lepiej? Miło by nam było znowu pana gościć. No i kto wie… Może po tylu latach zostanie pan naszym honorowym obywatelem, może będzie pan miał wreszcie dom, o którym pan marzy. Dukarelis kiwa głową. Faktycznie, kto wie… Życie tak różnie się toczy… Nie byłoby źle… Wcale nie byłoby źle. Ale w takim razie musi mi pani obiecać, że częściej będzie urządzała wieczory ze świeżą rybą i owocami morza. Teraz i ona uśmiecha się i mówi żartem: Wtedy dopiero by nas wzięli na języki! Każdy wieczór razem pod gwiazdami. Dopiero by plotkowali! No i co? Niech plotkują. Nie pierwszy raz – mówi w momencie, gdy księżyc pojawia się na niebie. Ale teraz się spieszy, przeprasza, naczelnik zaprosił go do siebie na kolację, weźmie tylko prysznic i wychodzi. Pogadają kiedy indziej… Jej oczy nabierają blasku. Dzisiaj ma wrażenie, że odzyskał dawną więź z tym miejscem. Po tylu latach nieobecności odkrywa je na nowo, a perspektywa kolejnej archeologicznej przygody na wodach tego morza, na niezamieszkanych wyspach, napawa go entuzjazmem. Chce znowu podążyć ku zaraniom cywilizacji, wydobyć na powierzchnię tajemnice prahistorii, zatracić się w magii czasu. Pradawni Cykladczycy postawili pytania, on musi znaleźć odpowiedzi. Przejęty i zadowolony, czuje, że mógłby dzisiaj wydać tu ostatnie tchnienie, pogodzony z otaczającym go światem.

[...]

Co się stanie, jeśli pewnego dnia znów pojawi się w jego życiu cała i zdrowa Antygona? Dukarelis przemyślał rozmaite scenariusze. Antygona wraca po latach, Odyseusz płci żeńskiej, przekręca klucz w zamku, otwiera drzwi i wchodzi. Podaje jakiekolwiek usprawiedliwienie. Padła ofiarą uprowadzenia. Przeszła piekło w rękach złoczyńców, uciekinierów z więzienia. Dodaje scenariuszowi rasistowskiego zabarwienia: albańskich złoczyńców – tak najlepiej, albo rumuńskiej mafii. Dziś udało jej się uciec w filmowym stylu. No i jest znowu tutaj, ciałem i duszą. Czy należy jej wierzyć? To nie Hollywood, a przede wszystkim to nie bajka: zła czarownica dostała za swoje, a oni żyli długo i szczęśliwie. Albo inaczej: w przypływie szczerości powie, że uciekła z kochankiem, a teraz, skruszona żona, zrozumiała swój błąd, on jest jej życiem, jego kocha, jego kochała zawsze i prosi o wybaczenie. On powściąga emocje i chociaż cierpi, przyjmuje niewierną do małżeńskiego łoża, „niewiastę, która wpadła w liczne grzechy”. Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Czy sam nie postąpił kiedyś podobnie?

[...]

Niedługo rybacy zostaną przy łodziach sami. Chlusną wodą z wiadra między kosze z sieciami, żeby się pozbyć rybiego zapachu, żeby wypłukać łuski, niech wrócą do morza. Dukarelis gapi się na nich. Wchłonęła go czarna dziura czasu. Ma przed oczyma świat prahistorycznych Cyklad, świat Homera i swój własny świat – pomieszane, splątane ze sobą, nierozdzielne. Chce być sam, chce być z dala od ludzi w takiej chwili, chwili prawdy, jakakolwiek ona jest.

[...]

Przyjeżdża czy odjeżdża, nie wie. Widzi, że na kamiennym ciele Keros powstaje w rzadkiej mgle prahistorii zagadkowa postać Antygony z archaicznym uśmiechem na ustach. Później uśmiech znika, widać grymas bólu i strachu na jej twarzy. Wyobraża sobie, jak cierpiała w ostatnich chwilach, w rękach psychopatycznego mordercy od róż [wielbiciel, który stał się katem jego drugiej żony – przyp. aut.]. A on po raz kolejny okazał się bezradny, niezdolny do przeciwdziałania, do obrony tych, których kocha. Zastanawia się, czy powinien zatelefonować do Ismeny, ale rezygnuje. Nagiej prawdzie łatwiej podołać we dwoje. Ma wrażenie, że Antygona jest przy nim, blisko. Widzi ją, jak przymierza nową suknię, poprawia bukiet z róż w wazonie, unosi kieliszek wina do ust, nawet teraz czuje na wargach smak jej szminki. Ostatni raz spogląda na Kufonisi. Nieurodzajna wyspa z jałowcami, żółtą ziemią, skałami, białymi kamieniami, które lśnią pod palącym słońcem, z domem, który chciałby mieć nad brzegiem morza. Dostrzega gospodynię stojącą na pirsie – osłania oczy ręką i patrzy, jak łódka oddala się, zamienia w ziarnko, wątły cień, wskazówkę zegara. Tik-tak, tik-tak, rozbrzmiewa mu w uszach dźwięk wahadła czasu, klepsydra się opróżnia.

Emilios Solomou, Dziennik zdrady

Obyczajowo-psychologiczna, współczesna powieść Emiliosa Solomou – cypryjskiego pisarza i dziennikarza, ale o zwięzłej tudzież greckiej tożsamości przenosi nas do rdzennej Grecji nad Morze Egejskie i na wyspę Kufonisi na Małych Cykladach Wschodnich w wydarzenia z końca ubiegłego i początku obecnego stulecia. Po 20 latach „nieobecności” na wyspę ponownie wraca Giorgios Dukarelis, teraz uznany już archeolog i entuzjasta prehistorii, wraca w samo serce bijących wspomnień, które ciążą niczym nabrzmiały wyrzut sumienia, w tamte gryzące wspomnienia co zmieniły bieg nie tylko jego życia. Gdy teraźniejszość o włos wyprzedzała zamiłowanie do przeszłości nie wiedząc o tym, że z upływem czasu i wraz z nieznaną nikomu przyszłością wszystko jest przeszłością... 



powrót ››