Blog

 

08.10.2022

Przejechał cyrk

„Czułem się bardzo nieswojo.”

[…]

Miałem wtedy osiemnaście lat, a człowiek, którego rysów twarzy nie pamiętam, spisywał moje dane, dotyczące stanu cywilnego, adresu oraz domniemanego statusu studenta, które stopniowo podawałem. Pytał, jak spędzam wolny czas. Wahałem się z odpowiedzią: Chodzę do kina i do księgarni. Chyba nie tylko do kina i księgarni pan chodzi. Wymienił nazwę kawiarni. I choć uparcie powtarzałem, że nigdy w niej nie byłem, nie uwierzył mi. Wreszcie wystukał na maszynie: „Wolny czas spędzam w kinach i księgarniach. Nigdy nie byłem w kawiarni de la Tournelle, mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie, pod numerem 61.” Znów zaczął wypytywać o mój rozkład zajęć. Pytał również o moich rodziców. Tak, uczęszczałem na wykłady z literatury. Niewiele ryzykowałem, serwując mu to kłamstwo, bo istotnie zapisałem się na wydział humanistyczny, choć jedynie po to, by odroczyć służbę wojskową. Co zaś do moich rodziców, to wyjechali oboje za granicę i nie wiem, kiedy wrócą, jeśli w ogóle zamierzają wrócić. Wymienił nazwiska jakiegoś mężczyzny i jakiejś kobiety i spytał, czy ich znam. Odpowiedziałem, że nie znam. Prosił, bym się dobrze zastanowił, bo konsekwencje mojego kłamstwa mogą być bardzo poważne. Groźba została wypowiedziana tonem chłodnym i beznamiętnym. Nie, naprawdę nie znałem tych osób. Zapisał moją odpowiedź na maszynie, po czym podsunął mi kartkę z dopiskiem: „Zapoznałem się z treścią i podtrzymuję zeznanie.”

[...]

Siedziałem tuż za szybą wychodzącą na taras, ze wzrokiem utkwionym w boulevard des Orfèvres. Przesłuchiwano ją znacznie dłużej niż mnie. Było już ciemno, gdy ujrzałem, że zmierza w kierunku kawiarni. Gdy znalazła się na wysokości tarasu, zastukałem w szybę. Zdziwiona, obrzuciła mnie spojrzeniem od stóp do głów, po czym weszła do środka. Przysiadła się do stolika, jak gdybyśmy znali się od dawna i byli ze sobą umówieni. Odezwała się pierwsza: Czy zadawali panu dużo pytań? Moje nazwisko figurowało w czyimś notesie. I nie wie pan w czyim? Nie chcieli mi powiedzieć, ale może pani będzie mnie mogła poinformować. Zmarszczyła brwi. Poinformować o czym? Sądziłem, że pani nazwisko także figuruje w tym notesie i że przesłuchiwali panią w tej samej sprawie. Nie. Miałam tylko złożyć zeznanie. Wydawała się zamyślona. Odniosłem wrażenie, że zapomniała o mojej obecności. Nie odzywałem się słowem. Uśmiechnęła się do mnie i spytała, ile mam lat. Odpowiedziałem, że dwadzieścia jeden. Dodałem sobie trzy, bo w owym czasie był to wiek, w którym osiągało się dojrzałość.

[...]

Jestem zmęczona... Zaproponowałem, żeby wyciągnęła się na kanapie. Nie zdjęła prochowca. Przypomniałem sobie, że ogrzewanie nie działa. Może jest pani głodna? Poszukam czegoś w kuchni... Siedziała na kanapie z podwiniętymi nogami. Nie trzeba. Może tylko coś do picia... W korytarzu nie było światła. Przez oszklone drzwi sączył się do kuchni blady odblask sprawiający wrażenie księżycowej poświaty. Grabley zostawił w kuchni zapaloną plafonierę. Przed dawną windą kredensową stała deska do prasowania, na której zobaczyłem jego spodnie od garnituru à la książę Walii. Grabley sam prasował swoje ubrania. Na stoliku brydżowym, przy którym jadaliśmy czasami wspólne śniadania, leżało puste opakowanie po jogurcie, skórka banana i torebka neski. Jadł więc tutaj kolację. Znalazłem dwa jogurty, plasterek wędzonego łososia, jakieś owoce i butelkę whisky, opróżnioną w trzech czwartych. Po powrocie do pokoju zastałem dziewczynę czytającą jedno z tych pism, które Grabley gromadził od wielu tygodni na kominku i do których czuł szczególny pociąg ze względu na ich „śmiałość”, jak to określał. Postawiłem tacę na podłodze. Odłożyła otwarte pismo, w którym zauważyłem czarno-białe zdjęcie nagiej kobiety sfotografowanej od tyłu. Włosy związane w koński ogon, lewa noga wyprostowana, prawa zgięta, kolanem wsparta o brzeg łóżka. Ma pan zamiłowania do dość szczególnej lektury...

[…]

Pewnie jest pani śpiąca? Zaproponowałem, że odstąpię jej sypialnię na górze, a sam położę się na kanapie w gabinecie. Szedłem przodem z walizką w ręce. Wąskie schodki prowadziły na piąte piętro. Sypialnia podobnie jak gabinet była niemal zupełnie pusta. Stało w niej jedynie łóżko przysunięte do ściany. Nie było ani nocnego stolika, ani lampki. Zapaliłem dwie jarzeniówki w oszklonych wnękach po obu stronach kominka, gdzie mój ojciec trzymał kolekcję figur szachowych. Figur nie było, podobnie jak chińskiej szafki i kopii Monticellego, po którym został jedynie ślad na jasnoniebieskiej tapecie. Wszystkie te przedmioty powierzyłem antykwariuszowi, niejakiemu Dell’Aversano, aby postarał się je sprzedać. Czy to pańska sypialnia? – spytała. Tak. Walizkę postawiłem przed kominkiem. Dziewczyna podeszła do okna, jak przedtem w gabinecie. Jeśli popatrzy pani na prawo, dostrzeże pani pomnik Henryka IV i wieżę Saint-Jacques. Przelotnym spojrzeniem objęła regał na książki, umieszczony między dwoma oknami. Potem wyciągnęła się na łóżku i nonszalanckim ruchem strząsnęła z nóg pantofle. Zapytała, gdzie będę spał. Na dole, na kanapie. Proszę zostać – powiedziała – mnie to nie przeszkadza.

[…]

Powiedziałem, chcąc zmylić ślady: Do Belgii. Tydzień wcześniej odprowadziłem ojca na Gare de Lyon. Miał na sobie swój stary płaszcz w kolorze granatowym, a skórzana torba stanowiła cały jego bagaż. Przyszliśmy na dworzec sporo przed czasem i czekaliśmy na pociąg do Genewy w dużej sali restauracyjnej na pierwszym piętrze, skąd rozciągał się widok na halę dworcową i perony. Nie wiem, czy to światło zachodzącego słońca, złocenia na suficie, czy blask żyrandoli sprawił, że ojciec wydał mi się nagle postarzały i bardzo zmęczony, jak ktoś, kto igrając z losem od zbyt dawna, postanawia wreszcie się poddać. Jedyna książka, jaką zabrał ze sobą w tę podróż, nosiła tytuł Polowanie z nagonką. Od dawna mi ją polecał, jako że autor wspomina w niej o mieszkaniu, które zajmował dwadzieścia lat wcześniej. Cóż za dziwna zbieżność... Czyż życie mojego ojca nie przypominało czasami owego polowania z nagonką, w którym on był tropioną zwierzyną? Ale jak dotąd zawsze udawało mu się jakoś zgubić pościg.

[…]

Grabley był nie ogolony i miał ściągnięte rysy. Dzień dobry, Obligado... To przezwisko zawdzięczałem przyjacielskiej sprzeczce, do jakiej doszło kiedyś między nami. Pewnego wieczoru umówiliśmy się przed kinem na avenue de la Grande-Armée. Upierał się, że to obok stacji metra Obligado. Tyle że obecnie nazywała się Argentine, czego w żaden sposób nie chciał przyjąć do wiadomości. Założyliśmy się więc i ja ten zakład wygrałem. Spałem dwie godziny tej nocy. Robiłem „obchód”. Mówiąc to muskał delikatnie blond wąsy i mrużył oczy. Tą samą trasą co zwykle? Tą samą. „Obchód” zaczynał się niezmiennie około ósmej wieczorem w kawiarni Deux Magots, gdzie wypijał aperitif. Potem szedł prawym brzegiem Sekwany na plac Pigalle, gdzie bawił aż do rana. A ty, Obligado? Gościłem u siebie znajomą. Czy ojciec wie o tym? Nie. Powinieneś zapytać go, co o tym sądzi. Będę z nim w kontakcie telefonicznym.

[...]

Siedziałem w gabinecie i czytałem, czekając na jej telefon. Gisèle powiedziała, że wróci wczesnym popołudniem. Postawiłem aparat na kanapie. Około trzeciej zacząłem odczuwać lekki niepokój, który stopniowo przerodził się w zdenerwowanie. Obawiałem się, że nie zadzwoni w ogóle. Na próżno usiłowałem zatopić się w lekturze. Wreszcie telefon zadzwonił. Nie odebrała jeszcze swoich rzeczy z Saint-Leu-la-Foret, więc umówiliśmy się o szóstej w kawiarni Tournon. Miałem czas, żeby zajrzeć do Dell’Aversana i dowiedzieć się, za ile zamierza kupić ode mnie kopię Monticellego, chińską szafkę i figury szachowe, które mu powierzyłem. Przeszedłem przez Pont-Neuf i zacząłem iść wzdłuż bulwarów. Antykwariat mieścił się przy rue François-Miron, tuż za Hôtel de Ville. Dell’Aversana poznałem dwa miesiące wcześniej, gdy przebierałem wśród tanich książek wystawionych przed sklepem. Był brunetem, lat około czterdziestu, o rzymskich rysach twarzy i jasnych oczach. Mówił po francusku z ledwo wyczuwalnym obcym akcentem. Wyjaśnił mi, że zajmuje się handlem starociami we Włoszech i we Francji, ale nie zadawałem mu zbyt wielu pytań na ten temat. Oczekiwał mnie. Poszliśmy do kawiarni w pobliżu kościoła Saint-Gervais, gdzie wręczył mi kopertę oznajmiając, że kupił ode mnie wszystko razem za siedem tysięcy pięćset franków. Podziękowałem mu. Ta suma pozwoli mi utrzymać się przez dłuższy czas. Należało przecież opuścić mieszkanie i dalej radzić sobie jakoś samemu. Jakby odgadując moje myśli, dell’Aversano zapytał, co zamierzam robić w przyszłości. Bo wie pan, moja propozycja jest nadal aktualna... Uśmiechnął się. Podczas mojej ostatniej wizyty zaproponował, że może mi załatwić pracę w Rzymie, u znajomego antykwariusza, który potrzebuje sprzedawcy władającego językiem francuskim.

[...]

Na spotkanie przyszedłem przed czasem i przechadzałem się po alejkach Ogrodu Luksemburskiego. Po raz pierwszy poczułem, że zbliża się zima. Do tej pory mieliśmy bardzo słoneczną jesień. Gdy opuszczałem ogród, zaczęło się ściemniać i dozorcy pomału zamykali bramy. Wybrałem miejsce w głębi sali. Jeszcze rok wcześniej kawiarnia Tournon stanowiła dla mnie azyl. Uczęszczałem wówczas do liceum Henryka IV, do biblioteki miejskiej w szóstej dzielnicy oraz do kina Bonaparte. Lubiłem tam przesiadywać i obserwować stałego bywalca kawiarni, pisarza Chestera Himesa w otoczeniu muzyków jazzowych i przystojnych blondynek. W Tournon zjawiłem się około szóstej. O szóstej trzydzieści nadal jej nie było. Chester Himes siedział na ławce przy oknie w towarzystwie dwóch pań. Jedna z nich nosiła słoneczne okulary. Prowadzili ożywioną rozmowę w języku angielskim. Przy bufecie stało kilka osób. Starając się opanować zdenerwowanie, próbowałem śledzić rozmowę Himesa z przyjaciółkami, ale mówili zbyt szybko, prócz jednej z kobiet, wymawiającej angielskie słowa ze skandynawskim akcentem. Tylko ją jako tako rozumiałem. Chciała zmienić hotel i pytała Himesa o nazwę tego, w którym mieszkał na początku swojego pobytu w Paryżu. Wpatrywałem się w okno. Zapadł wieczór. Przed kawiarnią Tournon zatrzymała się taksówka i ona wysiadła. Miała na sobie prochowiec. Potem wysiadł kierowca. Otworzył bagażnik i wręczył jej walizkę, mniejszą od tej wczorajszej.

[...]

Znalazła pokój w hotelu na tę noc. Prosiła tylko, bym zechciał zabrać walizkę do siebie. Wolała ją przechowywać „w pewnym miejscu”, razem z poprzednią. Ponownie zrobiłem uwagę, że te walizki muszą zawierać sztaby złota. Odpowiedziała, że są w nich tylko przedmioty posiadające wartość jedynie dla niej. Tonem pełnym łagodnej perswazji starałem się jej wytłumaczyć, że nie musi korzystać z hotelu, skoro mogę gościć ją u siebie, tak długo jak zechce. Lepiej żebym mieszkała w hotelu.

[...]

I opowiedziałem jej o propozycji DeH’Aversana, wyjeździe do Rzymu i pracy w księgarni. Po chwili wahania zdobyłem się na odwagę i zapytałem: Pojechałaby pani ze mną?... Nie wydawała się zdziwiona. Tak... To całkiem niezły pomysł. Czy wie pan, gdzie będzie tam mieszkał? Księgarz, u którego będę pracował, znajdzie mi jakieś lokum. Pociągnęła łyk grenadyny, której kolor wspaniale harmonizował z błękitem jej oczu. Kiedy pan wyjeżdża? Za miesiąc. Zapadło milczenie. I podobnie jak poprzedniego dnia w kawiarni na Cité odniosłem wrażenie, że zapomniała o mojej obecności, do tego stopnia, że gotowa była za chwilę wstać i wyjść. Zawsze marzyłam o tym, by zamieszkać w Londynie albo Rzymie – powiedziała. I znów utkwiła we mnie wzrok. W obcym mieście można żyć spokojnie... Nikt nas tam nie zna.

[...]

Walizka była lżejsza od poprzedniej. Idąc rue de Tournon i rue de Seine doszliśmy do bulwaru. W mieszkaniu nie paliło się nigdzie światło. Było około pół do ósmej. Widocznie Grabley nadal robił porządek w nie znanych mi „papierach” pod numerem 73 boulevard Haussmann. Zawsze sądziłem, że ten lokal jest tak samo pusty jak kałamarze na stole i że ojciec traktował go jako swojego rodzaju poczekalnię. Dlatego też byłem zdumiony, gdy trzydzieści lat później znalazłem namacalny dowód jego obecności na boulevard Haussmann – pod postacią tej koperty z nadrukiem Spółki Cywilnej Badań nad Wzbogacaniem Rudy. Z drugiej strony, nadruk na kopercie jeszcze niczego nie wyjaśnia: można go czytać sto razy, pozostając nadal w głębokiej nieświadomości. Chciałem jej pokazać, gdzie umieściłem pierwszą walizkę, więc weszliśmy po wewnętrznych schodach na piąte piętro. Drzwi do komórki otwierały się na lewą stronę, tuż przed wejściem do pokoju. W komórce unosił się zapach skóry i jałowca. Ustawiłem walizkę obok pierwszej i zgasiłem światło. Klucz do komórki wisiał na drzwiach. Zamknąłem komórkę, przekręcając dwukrotnie klucz w zamku. Proszę go zatrzymać – powiedziała. Zeszliśmy do gabinetu. Chciała zatelefonować. Wykręciła numer, ale nikt nie odpowiadał. Rozczarowana odłożyła słuchawkę.

[...]

A co studiuje? – spytał Ansart. Literaturę – odparł Jacques. Młoda blondynka wróciła z tacą, którą ustawiła przed nami na dywanie. Wdzięcznym gestem podała każdemu filiżankę lipowej herbaty. Kiedy pan kończy studia? – zapytał Ansart. Za dwa, trzy lata. Rozumiem, że tymczasem rodzice łożą na pańskie utrzymanie... Nadal wpatrywali się we mnie, jakbym był dziwnym okazem jakiegoś zwierzęcia. W głosie Ansarta wyczuwałem ironiczną wzgardę i pewne rozbawienie. Ma pan szczęście, że zacni rodzice chcą panu pomagać... Powiedział to z odrobiną goryczy, a jego spojrzenie stało się nagle zamglone. Co mu odpowiedzieć? Pomyślałem o moim ojcu, o jego ucieczce do Szwajcarii, o Grableyu, o ogołoconym mieszkaniu i o Dell’Aversano, o mojej matce gdzieś na południu Hiszpanii... Już chyba lepiej, żeby miał mnie za układnego młodego człowieka utrzymywanego przez rodziców. Myli się pan – oznajmiła nagle. – Nikt mu nie pomaga. Mój brat radzi sobie sam... Byłem wzruszony jej reakcją. Zupełnie zapomniałem, że byliśmy rodzeństwem, a co za tym idzie, musieliśmy mieć tych samych rodziców. Zresztą nie mamy żadnej rodziny. To upraszcza sprawę...

[...]

– Zaczeka pan? To nie potrwa długo. Zostawiła kluczyki na desce rozdzielczej. Weszła do budynku. Zastanawiałem się, czy wróci. Po chwili wysiadłem z samochodu i stanąłem przed wejściowymi drzwiami. Były oszklone i ozdobione metalowymi okuciami. Niewykluczone, że budynek miał drugie wyjście. Mogłaby po prostu zniknąć i zostawić mnie z tym niepotrzebnym samochodem. Zacząłem poważnie rozważać taką ewentualność. Jeśli rzeczywiście odejdzie bez pożegnania, to mam kilka punktów zaczepienia: kawiarnię przy rue Washington, której Jacques był stałym bywalcem, mieszkanie Ansarta, no i przede wszystkim walizki. Czemu więc obawiałem się jej zniknięcia? Znałem ją zaledwie od dwudziestu czterech godzin i niczego o niej nie wiedziałem. Dopiero przez osoby trzecie dowiedziałem się, jak ma na imię. Była nieustannie w ruchu, jakby się czegoś obawiała. Chyba nie byłbym w stanie jej zatrzymać. Spacerowałem po chodniku tam i z powrotem. W pewnej chwili usłyszałem za sobą odgłos zamykanych drzwi. Szła w moim kierunku. Nie miała już na sobie prochowca. Była w futrze, a prochowiec niosła przewieszony przez ramię. Zamierzał pan odejść? Nie chciał pan na mnie czekać? Obdarzyła mnie uśmiechem pełnym niepokoju. Nic podobnego. Sądziłem, że to pani odeszła bez pożegnania.

[...]

Leżała obok mnie w sypialni na piątym piętrze. Słyszałem muzykę i monotonny głos spikera. Na dole Grabley słuchał radia. Dziwny jest ten facet – orzekła. – Czym on się zajmuje? Wszystkim po trosze. Któregoś dnia natknąłem się w gabinecie na jego portfel. Wśród rozmaitych papierów, które zawierał, zaskoczył mnie jeden, najwyraźniej bardzo stary: zezwolenie na prowadzenie handlu nowalijkami oraz owocami na terenie hal w Reims. A twój ojciec? Jest podobnym typem człowieka? Po raz pierwszy zwróciła się do mnie per ty. Nie. Niezupełnie... Wyjechał do Szwajcarii, bo miał tu kłopoty? Tak. Nie wydawała się tym zaniepokojona. A ty? Masz rodzinę? Właściwie nie. – Uśmiechała się, patrząc mi prosto w oczy: Mam brata, który ma na imię Lucien... A czym się zajmujesz? Wszystkim po trosze. Zmarszczyła brwi, jakby szukała właściwych słów. W końcu powiedziała: Byłam nawet zamężna.

[...]

Nazajutrz była sobota. Słońce i błękit nieba kontrastowały z szarymi nisko zawieszonymi chmurami dnia poprzedniego. Na bulwarze jeden z bukinistów otworzył już stoisko. Miałem wrażenie, że jestem na wakacjach, co zdarzało mi się już wcześniej, gdy w soboty budziłem się w swoim pokoju zaskoczony, że to nie szkolna sypialnia. Tego ranka wydawała się znacznie bardziej odprężona. Pomyślałem o czekającej nas wspólnej podróży do Rzymu i postanowiłem czym prędzej wystarać się o plan miasta. Potem zapytałem ją, czy nie miałaby ochoty pójść na spacer do Lasku Bulońskiego.

[...]

Wolałem spacerować niż siedzieć w kawiarni, toteż obchodziłem kolejno sąsiednie zaułki i schodki otoczone balustradą i ulicznymi latarniami. Później nieraz wracałem w te okolice i za każdym razem schodki przy rue Alboni przypominały mi tę sobotę, gdy na nią czekałem. To było w listopadzie, ale z powodu słonecznego dnia moje wspomnienie pozostało skąpane w letnim świetle. Plamy słońca na chodniku i cień pod wiaduktem. Wąskie, ciemne przejście, będące niegdyś wiejską dróżką, pnie się między domami w kierunku rue Raynouard. Nocą latarnie u wejścia do stacji metra Passy rzucają blade światło na zeschłe liście. Któregoś dnia chciałem po raz ostatni odwiedzić to miejsce. Znalazłem się w okolicy biurowców nad Sekwaną. Część z nich wyburzano. Zwały gruzu, rozprute ściany domów jak po bombardowaniu. Buldożery powolnym ruchem usuwały resztki gruzu. Zawróciłem rue Dickens. Zastanawiałem się, gdzie była tamtej soboty. Chyba właśnie przy rue Dickens. Gdy się rozstawaliśmy, widziałem, jak skręcała w lewo, a godzinę później szedłem w stronę kawiarni na bulwarze, gdzie byłem z nią umówiony. Podążałem ulicą Frémiet w kierunku Sekwany, gdy usłyszałem, że ktoś mnie woła po imieniu. Odwróciłem się: szła w moją stronę, prowadząc na smyczy czarnego labradora.

[...]

Po obiedzie postaliśmy jeszcze chwilę na chodniku. Gisèle wyjaśniła im, że wybieramy się z psem na spacer do Lasku. Ansart chciał odwieźć Jacques’a de Bavière do domu, na rue Washington, ale wytłumaczyliśmy mu, że nie ma takiej potrzeby, bo Jacques może już zabrać samochód. On jednak upierał się, że nam go zostawi. To było bardzo miłe z jego strony. Zapytałem Ansarta, w jakim miejscu konkretnie mamy wypełnić naszą tajemniczą misję [polegającą na wyproszeniu pewnego gościa restauracyjnego do czekającego nań samochodu na zewnątrz – przyp. aut.]. Dowiedziałem się, że kawiarnia mieści się przy rue de la Ferme, na skraju Lasku. Chcecie zrobić rekonesans? Bardzo słusznie. Tak jest znacznie bezpieczniej. Lepiej poznać zawczasu wszystkie wyjścia awaryjne. Poklepał mnie po ramieniu. Twarz rozpływała mu się w uśmiechu. Minęliśmy Porte Dauphine i skierowaliśmy się w stronę jezior w Lasku Bulońskim. Samochód zaparkowaliśmy przed Pavillon Royal. Było słoneczne sobotnie popołudnie późnej jesieni, podobne do sobót mojego dzieciństwa, gdy autobusem 63 zatrzymującym się przy Porte de la Muette przyjeżdżałem w to samo miejsce o tej samej porze roku. Przy okienku, w którym wypożyczano łódki, stał już spory tłumek. Spacerowaliśmy wzdłuż jeziora. Pies spuszczony ze smyczy biegł przed nami. Gdy tylko zaczynał zbytnio się oddalać, wołała: Raymond! i pies natychmiast zawracał. Minęliśmy przystań, z której odpływa łódź motorowa, i skierowaliśmy się w stronę Châlet des Iles.

[...]

Zatrzymaliśmy się na końcu Champs-Elysées, gdzie mieliśmy niemałe trudności z zaparkowaniem samochodu. Powietrze było tak świeże jak w wiosenne wieczory sobotnie. Postanowiliśmy iść do kina, ale nie chcieliśmy zostawiać psa w samochodzie. Pomyślałem, że w kinie „Napoleon” przy Grande-Armée są bardziej wyrozumiali, jeśli chodzi o psy, niż w tych luksusowych salach kinowych. I rzeczywiście, zarówno kasjerka, jak i bileterka wpuściły psa bez protestu. Film nosił tytuł L’Aventurier du Rio Grande. Po wyjściu z kina zaproponowałem kolację w restauracji. Miałem wciąż przy sobie siedem tysięcy pięćset franków od Dell’Aversana [handlarza antykami – przyp. aut.], a do tego jeszcze dwie koperty od Ansarta, z których każda zawierała dwa tysiące franków [za posługę wyproszenia gościa z lokalu restauracyjnego – przyp. aut.]. Restauracje przy Champs-Elysées onieśmielały mnie, toteż wolałem, żeby sama wybrała odpowiedni lokal. Moglibyśmy pojechać na rue Washington – zaproponowała Gisèle.

[...]

Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma. Dlaczego od razu? Lepiej żeby Ansart i Jacques najpierw nam pomogli. Bez nich niewiele zdziałamy... Może przejdziemy na drugą stronę? Tam jest spokojniej... Istotnie, po lewej stronie było mniej ludzi. Szliśmy w kierunku Etoile, gdzie zaparkowaliśmy samochód. Dziś, gdy usiłuję sobie przypomnieć tamten wieczór, widzę dwie sylwetki z psem idące w górę ulicy. A wokół nich tłum spacerowiczów zaczyna się przerzedzać, kafejki pustoszeją, gasną neony kin. Tej nocy śniłem, że siedzę na tarasie jednej z kafejek przy Champs-Elysées wśród nielicznych zapóźnionych gości. W sali wygaszono już światła, a kelner ustawia krzesła na stołach, dając nam do zrozumienia , że pora opuścić lokal. Wychodzę. Idąc w stronę Etoile słyszę daleki głos, który do mnie mówi: „Lepiej żeby Ansart i Jacques najpierw nam pomogli” – jej głos był jak zawsze poważny i lekko zachrypnięty.

[...]

Drobna brunetka upiła łyk szampana dla nabrania kontenansu. Nie znasz „La Tomate”, Obligado? Przypomniałem sobie, że przechodziłem obok tego lokalu co niedzielę wieczór, idąc po matkę, która grała w jednym z teatrzyków dzielnicy Pigalle. Jestem tancerką – powiedziała z zakłopotaniem. – Zaangażowano mnie tam na razie na dwa tygodnie... ale nie zamierzam zostać... To niedobry spektakl... Wprost przeciwnie – zaprotestował Grabley. Zaczerwieniła się i spuściła oczy. To było idiotyczne, że odczuwała przed nami skrępowanie. Przypomniałem sobie niedzielne wieczory, gdy obchodziłem Paryż na piechotę, z lewego brzegu na Pigalle, i ten neon na rogu ulicy Notre-Dame-de-Lorette, błyskający kolejno czerwonym, zielonym i niebieskim światłem.

LA TOMATE

ŚTRIP-TEASE

NON STOP

Trochę dalej znajdował się teatr „Fontaine”, gdzie moja matka grała w wodewilu pod tytułem La Princesse parfumée. Pamiętam powroty ostatnim autobusem do mieszkania przy boulevard Conti, niemal tak samo ogołoconego jak teraz. Niech żyje „La Tomate”! – Grabley uniósł w górę kieliszek. Brunetka uniosła swój, przyjmując to jak wyzwanie. Nie zareagowaliśmy. Ani ja, ani Gisèle, ani pies. Stuknęli się kieliszkami. A potem zapadło milczenie.

[...]

Spałem niespokojnym snem. Od czasu do czasu budziłem się nagle, żeby sprawdzić, czy wciąż jest jeszcze przy mnie. Miałem gorączkę. Pokój przeobraził się w przedział kolejowy. W szybie pojawiały się sylwetki Grabley a i brunetki. Stali na peronie, czekając na odjazd pociągu. Trzymali w rękach kartonowe kubki i zwolnionym ruchem unosili je w górę. Słyszałem zduszony głos Grableya: „Jutro wieczorem w «La Tomate»„... Wiedziałem, że tam nie pójdziemy, bo przecież opuszczamy Paryż na zawsze. Pociąg ruszył. Po raz ostatni mignęły w mroku ciemne zabudowania przedmieścia. Leżeliśmy przytuleni na kuszetce, wstrząsani gwałtownymi szarpnięciami wagonów. Nazajutrz pociąg zatrzyma się na zalanym słońcem peronie.

[…]

Oczywiście teraz sytuacja była inna, spacerowałem bowiem po Lasku Bulońskim z nią, nie z ojcem czy przyjaciółmi, Charellem i Karvé. A jednak coś podobnego unosiło się w powietrzu, ten sam zapach, no i to, że była niedziela. Idziemy... – powiedziała. Wydawała się trochę przygnębiona. Unikając jej wzroku, nie spuszczałem oczu z psa, który biegł tuż przed nami. Zapytałem, czy weźmiemy samochód. Odpowiedziała, że nie warto. Poszliśmy piechotą wzdłuż rue de la Ferme. Prowadziła psa na smyczy. Minęliśmy bramę domu Charellów, potem ujeżdżalnię Howletta, która sprawiała wrażenie opuszczonej. Charellowie musieli się wyprowadzić. Należeli do tej kategorii ludzi, którzy nigdzie nie potrafią zagrzać dłużej miejsca. Ciekawe, gdzie mógł być tego wieczoru Alain Charell? Może gdzieś w Meksyku? Słyszałem daleki stukot kopyt. Odwróciłem się: na końcu ulicy pojawiło się dwóch jeźdźców, których sylwetki zaledwie mogłem rozróżnić. Czy jednym z nich był człowiek, z którym mieliśmy właśnie się spotkać? Pomału zbliżali się w naszym kierunku. Był jeszcze czas, by zawrócić z drogi, wziąć samochód i odstawić go pod dom przy rue Raffet, a potem zniknąć bez śladu razem z psem. Ścisnęła mnie mocno za ramię. To nie potrwa długo – powiedziała. Tak sądzisz? Jak tylko porozmawiamy z facetem, wychodzimy z kawiarni i niech dalej sami sobie z nim radzą.

[...]

Mężczyzna zbliżał się do nich, podczas gdy my staliśmy nieruchomo na chodniku. Mężczyzna zapomniał o nas. Wyciągnął rękę w kierunku Ansarta. Co za niespodzianka... – powiedział. Mężczyzna i Ansart rozmawiali, stojąc na środku ulicy. Docierał do nas jedynie szmer ich głosów. Moglibyśmy do nich podejść. Wystarczyło zrobić kilka kroków. Ale odniosłem wrażenie, że gdybyśmy ruszyli im naprzeciw, przekroczylibyśmy strefę bezpieczeństwa. Zresztą ani Ansart, ani Jacques de Bavière nie zwracali na nas najmniejszej uwagi. Znaleźli się nagle bardzo daleko, w zupełnie innym wymiarze. I dziś, gdy przywołuję tę scenę, która na zawsze wyryła mi się w pamięci, powiedziałbym: w innym czasie. Nawet pies, choć spuszczony ze smyczy, stał przy nas bez ruchu, jakby i on wyczuwał niewidzialną granicę między nimi i nami. Jacques de Bavière otworzył drzwi, wpuścił mężczyznę do środka i zajął miejsce obok niego. Ansart usiadł z przodu. Ten, który siedział przy kierownicy, ani na chwilę nie opuścił samochodu i nie byłem w stanie rozpoznać rysów jego twarzy. Trzasnęły drzwiczki. Wóz zawrócił i jadąc rue de la Ferme skierował się w stronę Sekwany. Śledziłem go wzrokiem, aż zniknął na zakręcie.

[...]

Ten mężczyzna zostawił dwoje przyjaciół, mówiąc im: „Na razie”. Potem wsadzono go do samochodu, który ruszył w kierunku Sekwany. Ona i ja byliśmy nie tylko świadkami, ale także przyczyniliśmy się do jego zniknięcia. Wszystko to zdarzyło się na jednej z ulic Neuilly, w pobliżu Lasku Bulońskiego, w dzielnicy, która przywodziła mi na myśl całkiem inne niedziele... Spacerowałem po Lasku w towarzystwie mojego ojca i jego przyjaciela, wysokiego szczupłego mężczyzny, po którym pozostały jedynie pelisa i blezer pochodzące z najlepszego okresu jego życia, noszone zamiennie zależnie od pory roku. Już wówczas zauważyłem, że jego ubrania były bardzo zniszczone. Wieczorem odprowadzaliśmy go do hoteliku w Neuilly, który sprawiał raczej wrażenie prywatnej kwatery. Jego pokój, jak twierdził, był niewielki, ale wygodny.

[...]

Gisèle i ja wymieniliśmy spojrzenia i omal nie wybuchliśmy śmiechem. Na szczęście nie zwracał na nas najmniejszej uwagi. Ogłupiały patrzył w kierunku schodów, jakby zniknęła na zawsze. Nie byliśmy pewni, czy nie powinniśmy zostawić go samego. Przestało mi się chcieć śmiać. Może z powodu żółtawego światła i starych pożółkłych afiszy? Ten wyblakły świat kabaretu i meksykańskiej muzyki był przecież światem starego mężczyzny w garniturze w pepitkę, którego właśnie spławiono. W powietrzu unosił się smutek. Znów pomyślałem o ojcu. Wyobraziłem go sobie w takiej samej sytuacji, gdy w swoim granatowym płaszczu wyczekuje pod drzwiami garderoby podobnego lokalu, jakiegoś „Kit Cata” czy „Karuzeli” w Genewie lub Lozannie. Przypomniałem sobie ostatnią wspólną Wigilię. Miałem wtedy piętnaście lat. Przyjechał po mnie do szkoły w Sabaudii, bo nie mogłem tam zostać przez całe ferie. W Genewie czekała na niego kobieta, młodsza o dwadzieścia lat Włoszka o bardzo jasnych włosach, i wszyscy troje polecieliśmy samolotem do Rzymu. Z tego pobytu pozostała fotografia, którą odkryłem trzydzieści lat później na dnie jakiegoś kufra pełnego papierów. Utrwaliła na zawsze obraz sylwestrowej nocy spędzanej w nocnym lokalu przy via Veneto, dokąd zaciągnęła nas owa Włoszka po okropnej scenie, jaką zrobiła mojemu ojcu. Jej krzyki słychać było w całym hotelu.

[...]

Był słoneczny jesienny dzień, równie pogodny jak poprzedni. Perspektywa wyjazdu wzbudzała we mnie uczucie lekkości i zadowolenia. Wiedziałem, że zostawiam za sobą jedynie rzeczy, których rozkład wydaje się nieuchronny: Grableya i puste mieszkanie... Musiałem odszukać formularz z minionego roku, którym posługiwałem się, wyjeżdżając do Belgii, przerobić w nim datę i kraj docelowy. W Rzymie na pewno uda mi się jakoś umknąć przed francuską biurokracją i obowiązkiem służby wojskowej. Powiedziała, że może opuścić Francję bez problemu. Usiłowałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat jej męża. Nie widziała go już od dawna – prawie od trzech miesięcy. Wyszła za mąż pod wpływem impulsu. Ale kim on właściwie był? Popatrzyła mi w oczy i z wymuszonym uśmiechem powiedziała: Dziwny facet... Zajmuje się cyrkiem...

[...]

Jechaliśmy bulwarem aż do place de la Bastille. Byliśmy niedaleko sklepu Dell’Aversana. Zaproponowałem Gisèle, byśmy do niego wpadli, by ostatecznie dopiąć sprawę naszego wyjazdu. Byłaś już kiedyś w tej kawiarni? – zapytałem. Tak. I to nie raz. Zawahała się chwilę, po czym powiedziała, jak gdyby z przymusem: Wtedy gdy mój mąż pracował w Cirque d’Hiver. Zamilkła. Pomyślałem o człowieku w granatowym garniturze. Uderzył mnie ten jego uśmiech, który będę pamiętać jeszcze dziesięć lat później, gdy przez przypadek pewnego popołudnia znajdę się w pobliżu Cirque d’Hiver. I nie będę się mógł powstrzymać, żeby nie wstąpić do tej kawiarni. Będzie to około roku 1973. Zastanę go za kontuarem, nie tak eleganckiego jak za pierwszym razem, o rysach twarzy naznaczonych przez czas i posiwiałych włosach. Na ścianach liczne fotografie artystów cyrkowych, którzy byli gośćmi tej kawiarni. Niektóre z dedykacjami. Jedna z tych fotografii, większa od pozostałych, przyciągnie moja uwagę. Grupa ludzi przed kontuarem otaczająca blondynkę w stroju woltyżerki. A wśród nich Gisèle.

[...]

Co robił jej mąż? Należał do personelu cyrku. Był znacznie od niej starszy. Odpowiedziałby na wszystkie pytania, które bym mu zadał. W tym czasie byłem jeszcze młody i wyglądałem na nieśmiałego chłopca. A on na pewno miałby ochotę z kimś pogawędzić, by wypełnić czymś senne popołudniowe godziny. Zdawał się znacznie bardziej przystępny niż przed dziesięciu laty. Zatracił całą swoją tajemniczość, a raczej tajemniczość, którą mu wówczas przypisywałem. Przystojny mężczyzna w granatowym garniturze był już tylko szefem kawiarni przy rue Amelot, nieomal zwyczajnym człowiekiem pracy. Znał pan niejakiego Pierre’a Ansarta? Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a jego twarz pokryła dawna maska uśmiechu. Czemu pan pyta? Znał pan Pierre’a? Ta młoda dziewczyna przedstawiła mi go przed dziesięciu laty.

[...]

Grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu papierosów, znalazłem dowód rejestracyjny Ansarta. Czy na tego faceta można liczyć? – spytała Gisèle. Tak. Mam wrażenie, że bardzo mnie lubi. I rzeczywiście, gdy dziś się nad tym zastanawiam, potrafię lepiej ocenić uprzejmość, jaką okazywał mi Dell’Aversano. Był poruszony moją sytuacją rodzinną, jeśli w ogóle można użyć takiego słowa w okolicznościach, gdy rodzice kompletnie zaniedbują własne dziecko. Gdy po raz pierwszy do niego przyszedłem, zadał mi kilka pytań na temat moich studiów, radząc, bym je kontynuował, przekonany widocznie, że nastolatek pozostawiony samemu sobie na pewno źle skończy. Jego zdaniem zasługiwałem na coś więcej niż pokątne wyprzedawanie mebli u pierwszego lepszego handlarza starzyzną z Saint-Paul. Wyznałem mu, że marzę o pisaniu, i był przyjemnie zaskoczony, gdy oznajmiłem, że moją ulubioną książką jest zbiór korespondencji Stendhala zatytułowany: Aux âmes sensibles. Siedział za biurkiem w głębi sklepu. Zaskoczony przyglądał się Gisèle i psu. Przedstawiłem Gisèle jako moją siostrę. Mam dla pana wszystkie informacje – oznajmił. Pracę w Rzymie u jego kolegi księgarza mogłem rozpocząć dopiero za dwa miesiące.

[...]

Nadal czytał gazetę w świetle neonu. Nim odwrócił stronę, poślinił wskazujący palec. Jeśli tam pójdziesz, będziemy zgubieni... Miałam już z nim do czynienia... [na przesłuchaniu na policji – przyp. aut.] Na jej twarzy malowało się przerażenie. Ale ja byłem spokojny. Pogładziłem delikatnie jej czoło i usta. Miałem ochotę ją całować i szeptać uspokajające słowa, ale powiedziałem po prostu: Nie bój się... Ten facet NIC NAM NIE MOŻE ZROBIĆ... Próbowała mnie jeszcze powstrzymać, ale już otworzyłem drzwi i wysiadłem z samochodu. Zaczekaj tu na mnie... A jeśli to będzie trwało zbyt długo, wracaj do domu. Po raz pierwszy w życiu czułem się pewny siebie. Moja nieśmiałość, moje nieustanne wątpliwości, zwyczaj przepraszania za wszystko, obwiniania się, przyznawania racji innym, wszystko to ze mnie opadło niczym zużyta powłoka. Byłem pogrążony w jednym z tych snów, w których unika się niebezpieczeństw i kłopotów, bo zna się przyszłość i jest się odpornym na ciosy. Pchnąłem oszklone drzwi. Uniósł głowę znad gazety. Mógł mieć około czterdziestki. Szatyn z łysiną w kształcie tonsury. Miał na sobie jasnobrązowy płaszcz.

[...]

Zapytała: Chcesz, żebyśmy wynajęli tu pokój? Bylibyśmy jedynymi gośćmi tego hotelu, który z zewnątrz zlewał się w jedno z nieczynną stacją. Czasami śni mi się, że stoję z nią w hallu recepcji. Nocny portier nosi uniform zawiadowcy. Wręcza nam klucze. Winda nie działa, więc wchodzimy po marmurowych schodach na pierwsze piętro, gdzie na próżno próbujemy odszukać nasz pokój. Przechodzimy przez wielką, ciemną jadalnię i gubimy się w labiryncie korytarzy. Wreszcie trafiamy do dawnej poczekalni dworcowej oświetlonej nagą żarówką zwisającą u sufitu. Siadamy na jedynej ławce, jaka tu pozostała. Stacja jest wprawdzie nieczynna, ale nigdy nic nie wiadomo: pociąg do Rzymu może tędy przejeżdżać przez pomyłkę i stanąć na kilka sekund, które wystarczą, by wsiąść do wagonu.

[...]

Wsadziłem gazetę do kieszeni. Skręciłem w pierwszą ulicę na lewo i szedłem nią aż do placu, pośrodku którego ciągnął się duży skwer. Był tam kiosk z płytami. Usiadłem na ławce obok kiosku, żeby przeczytać gazetę. Miałem przed sobą fasadę koszar Dupleix. Było słonecznie i bezchmurnie. Na sąsiedniej ławce siedziała brunetka lat około trzydziestu i nie spuszczała oka z chłopczyka na rowerze. Zaskoczył mnie narastający stukot końskich kopyt. Grupa jeźdźców w wojskowych mundurach wjeżdżała stępa do koszar. Przypomniałem sobie, że w niedzielne poranki mojego dzieciństwa słyszałem taki sam stukot kopyt, gdy bulwarem przejeżdżał orszak Gwardii Republikańskiej. Na stronie „Wydarzenia różne” nie znalazłem fotografii mężczyzny, który wsiadł do samochodu w niedzielę po południu. Ani słowa o Ansarcie, Jacques’u de Bavière czy Martine Gaul. Przypomniałem sobie, że którejś z poprzednich nocy byliśmy w pobliżu, i postanowiłem dojść do ulicy Desaix, nie wiedząc dokładnie, gdzie to jest. Ale wystarczyło iść wzdłuż muru koszar. Rozpoznałem budynek pod numerem 34. Tak, to właśnie tu na nią czekałem.

[...]

Idąc, odnosiłem wrażenie, że jestem w obcym mieście i staję się kimś innym. To, co przeżyłem w dzieciństwie i później aż do mojego spotkania z Gisèle, powoli odrywało się ode mnie, rozpływało do tego stopnia, że chwilami czyniłem wysiłki, by zachować bodaj kilka okruchów, nim się do reszty rozproszą: lata szkoły, sylwetkę ojca w granatowym płaszczu, moją matkę, Grableya, odblask świateł bateau-mouche na suficie sypialni... Za dziesięć druga zjawiłem się w kawiarni przy rue du Laos. Gisèle jeszcze nie było. Chciałem kupić jej bukiet róż w kwiaciarni naprzeciwko, ale nie miałem przy sobie pieniędzy. Poszedłem do hotelu. Gdy wszedłem, nocny portier stał za biurkiem w recepcji. Spojrzał na mnie i poczerwieniał na twarzy. Proszę pana... Nie znajdywał słów, ale ja je odgadłem, zanim je jeszcze usłyszałem. Pańska przyjaciółka. Wypadek. Tuż za mostem Suresnes. Znaleziono wizytówkę hotelu w kieszeni prochowca i zadzwoniono tutaj. Wyszedłem jak automat. Na zewnątrz wszystko zdawało się lekkie, jasne i obojętne – niczym zimny błękit styczniowego nieba.

Patrick Modiano, Przejechał cyrk

Obyczajowa mini-powieść Patricka Modiano, francuskiego pisarza i noblisty, przenosi nas nad Sekwanę do zawsze uroczego Paryża w lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Młody bohater powieści nie chcąc a chcąc wplątuje się w tajemniczy czy też może raczej dziwny bieg zazębiających się wydarzeń, w tym w przypadkowe, jak to w młodości, nowe znajomości i nietuzinkowe zadania za sowitą opłatę. W kafkowskim węźle z niedopowiedzeń, ale i w przeciągu narastającego napięcia wyrachowany strach oraz gorączkująca niepewność rozpływają się jak dym na porywistym wietrze...



powrót ››