15.10.2022

„Potwory nie istnieją.
Powinieneś bać się ludzi,
nie potworów”
[…]
To przeklęte lato 1978 roku zapisało się w pamięci jako jedno z najgorętszych w całym stuleciu. Upał przenikał kamienie, kruszył ziemię, wypalał rośliny i zabijał zwierzęta, rozżarzał domy. Kiedy zrywałeś w ogrodzie pomidory, nie miały soku, a cukinie były drobne i twarde. Słońce odbierało ci oddech, siły, ochotę na zabawę, na cokolwiek. A nocą też można było wyzionąć ducha. W Skośnej Wodzie dorośli nie wychodzili z domów przed szóstą po południu. Zamykali się wewnątrz, za opuszczonymi roletami. Tylko my mieliśmy odwagę włóczyć się wśród rozpalonych, opustoszałych pól.
[…]
Szkoda, byłem [w wyścigu na wysoką górę – przyp. aut.] trzeci. Pierwszy był Antonio. Jak zwykle. Antonio Natale, zwany Czachą. Dlaczego mówiliśmy na niego Czacha, nie pamiętam. Chyba dlatego, że kiedyś nakleił sobie na ramieniu trupią główkę, taką kalkomanię z tych, które kupowało się w kiosku i przyklejało wodą. Czacha był najstarszy z całej bandy. Dwanaście lat. I był szefem. Lubił rządzić i jeżeli nie słuchałeś, wpadał w złość. Nie był z niego żaden orzeł, ale był duży, silny i odważny. I pruł pod górę, do szczytu, jak jakiś cholerny buldożer.
[…]
Tego ranka zabraliśmy rowery. Zazwyczaj robiliśmy małe kółka wokół domów, dojeżdżaliśmy na skraj pól, do wyschniętego potoku i wracaliśmy urządzając sobie wyścigi. Mój rower był kupą złomu, z połatanym siodełkiem, i tak wysoki, że musiałem niemal go położyć, aby dosięgnąć z niego ziemi. Wszyscy mówili na niego Gruchot. Salvatore twierdził, że to rower dla strzelców alpejskich. Ale ja go lubiłem, należał wcześniej do mojego ojca. Kiedy nie jeździliśmy na rowerach, spędzaliśmy czas na drodze, grając w piłkę, ścigając się, bawiąc w raz-dwa-trzy Baba-Jaga patrzy, albo też pod wiatą stodoły, nie robiąc nic. Mogliśmy robić wszystko, na co mieliśmy ochotę. Samochody tamtędy nie jeździły. Nie było niebezpieczeństw. A dorośli siedzieli zaszyci w domach, jak ropuchy, które czekają, aż skończy się upał.
[…]
Salvatore miał rację, farma Melichettiego była okropnie daleko. Kiedy tam dojechaliśmy, potwornie chciało nam się pić i w głowach mieliśmy wrzątek. Melichetti siedział sobie w okularach słonecznych na starym bujaku pod krzywym parasolem. Farma rozpadała się, dach był naprawiony byle jak za pomocą blachy i smoły. Na podwórzu poniewierało się mnóstwo niepotrzebnych rupieci: koła od traktora, zardzewiały rower, krzesła bez siedzeń, stół bez nogi. Na drewnianym palu porośniętym bluszczem wisiały krowie czaszki, zbielałe od deszczu i słońca. I jedna mniejsza czaszka bez rogów. Kto wie, jakiego zwierza. Psisko, sama skóra i kości, ujadało na łańcuchu. W głębi znajdowały się blaszane baraki i zagrody dla świń, tuż przy krawędzi wąwozu. Tutejsze wąwozy to takie mniejsze kaniony, długie rozpadliny wyżłobione przez wodę w skale. Białe iglice, kamienie i zaostrzone zęby sterczą z czerwonej ziemi. Często rosną w nich rachityczne drzewka oliwne, Chróścina jagodna i ostrokrzew, bywają tam też jaskinie, w których pasterze trzymają owce. Melichetti wyglądał jak mumia. Pomarszczona skóra wisiała na nim luźno, nie miał żadnych włosów z wyjątkiem białego kosmyka, który wyrastał mu pośrodku piersi. Szyję otaczał ortopedyczny kołnierz zapięty zielonymi gumkami. Miał na sobie czarne krótkie spodenki i klapki z brązowego plastiku.
[…]
Czacha postanowił: Albo nam pokażesz, albo spadaj. I Barbara, nic nie mówiąc, rozpięła bluzkę. Nie mogłem powstrzymać się od spojrzenia na nie. To były pierwsze piersi, jakie w życiu zobaczyłem, jeżeli pominąć mamy. Może raz, kiedy zatrzymała się u nas na noc, widziałem biust mojej kuzynki Eveliny, która była dziesięć lat starsza ode mnie. Mimo to miałem już wyobrażenie piersi, które mi się podobały, i te Barbary nie spodobały mi się ani trochę. Wyglądały jak grudki sera, fałdy skórne, niespecjalnie różniące się od wałków sadła, które miała na brzuchu. Barbara wzięła sobie tę historię do serca i teraz chciała wyrównać rachunki z Czachą. Więc rozpowiadasz dokoła, że niby dałem mojego jamnika świniom do zeżarcia. Melichetti podrapał się w pierś. August, tak się nazywał ten pies. Jak cesarz rzymski. Miał trzynaście lat, kiedy zdechł. Kość z kurczaka utknęła mu w gardle. Pogrzeb miał chrześcijański, w ziemi. Wycelował palcem w Czachę. Ty, chłopczyku, założę się, jesteś najstarszy, prawda? Czacha nie odpowiedział. Nigdy nie kłam. I nie obrzucaj błotem cudzego imienia. Musisz mówić prawdę, zwłaszcza młodszym od siebie. Prawdę, zawsze. Wobec ludzi, Ojca Niebieskiego i siebie samego, rozumiesz? – Mówił jak ksiądz na kazaniu.
[…]
Ruszyliśmy w stronę starego zrujnowanego domu. Trzymał się w pionie na słowo honoru, Stał pośrodku placu z udeptanej ziemi, zasłanego dębowymi gałęziami. Głębokie pęknięcia przecinały go od fundamentów po dach. Z framug pozostały zaledwie ślady. Figowiec, cały poskręcany, wyrósł na schodach prowadzących na balkon. Korzenie rozsadziły kamienne schodki i zniszczyły balustradę. Na górze pozostały jeszcze stare drzwi pomalowane na błękitno, przegniłe na wylot i łuszczące się od słońca. W środkowej części budynku wielki łuk otwierał widok na pomieszczenie z kolebkowym sufitem. Obora. Zardzewiałe stemple i drewniane pale podtrzymywały strop, który zawalił się w wielu miejscach. Na ziemi zalegał wyschnięty nawóz, popiół, sterty płytek i gruzu. Mury, z których opadła większość tynku, ukazywały kamienie ułożone bez zaprawy.
[…]
Ale nic się nie stało. W następnym pomieszczeniu, o rozmiarach mniej więcej takich jak kuchnia, podłogi nie było w ogóle. Zawaliła się przy ścianach i teraz tylko coś w rodzaju mostu łączyło moje drzwi z tymi na drugim końcu. Z sześciu belek, które podtrzymywały kiedyś podłogę, w całości zachowały się tylko dwie środkowe. Z innych pozostały jedynie kikuty zjedzone przez komiki. Nie mogłem trzymać się ścian. Musiałem pokonać ten most. Belki, na których się wspierał, nie były pewnie w lepszym stanie od pozostałych. Tkwiłem na progu jak sparaliżowany. Nie mogłem zawrócić. Truliby mi tyłek aż do śmierci. A gdybym tak skoczył w dół? Niespodziewanie te cztery metry, które dzieliły mnie od klepiska obory, przestały wydawać mi się dużą wysokością. Mógłbym powiedzieć tamtym, że nie dało się dojść do okna. Są takie chwile, kiedy umysł płata brzydkie figle. Jakieś dziesięć lat później wybrałem się na narty na Gran Sasso. Dzień był nieodpowiedni, padał śnieg, panowało polarne zimno, wietrzysko mroziło uszy i była mgła. Miałem dziewiętnaście lat i wcześniej jeździłem na nartach tylko jeden raz. Ogromnie podekscytowany nic sobie z tego nie robiłem i choć wszyscy mnie ostrzegali, że to niebezpieczne, ja chciałem jeździć. Wsiadłem na wyciąg krzesełkowy, okutany niczym Eskimos, i ruszyłem ku trasom zjazdowym. Wichura była tak silna, że układ napędowy kolejki wyłączał się automatycznie i uruchamiał na powrót, kiedy porywy wiatru słabły. Kolejka jechała dziesięć metrów, po czym blokowała się na kwadrans, potem następne czterdzieści metrów i znowu dwadzieścia minut postoju. I tak w nieskończoność. Do zwariowania. O ile mogłem dojrzeć, kolejka była pusta. Stopniowo przestałem czuć koniuszki stóp, uszy i palce u rąk. Usiłowałem strącić z siebie śnieg, ale był to daremny wysiłek, płatki padały cicho, lekko i nieprzerwanie. Po jakimś czasie zacząłem zapadać w drzemkę, wolniej myśleć, ale zebrałem wszystkie siły i powiedziałem sobie, że jeżeli zasnę, to czeka mnie śmierć. Zacząłem krzyczeć, wołać o pomoc. Odpowiedział mi wiatr. Spojrzałem w dół. Byłem dokładnie nad trasą narciarską. Zawieszony jakieś dziesięć metrów ponad śniegiem. Przypomniałem sobie historię pewnego lotnika, który podczas wojny wyskoczył z płonącego samolotu i nie otworzył mu się spadochron, a jednak nie zginął, bo uratował go puszysty śnieg. Dziesięć metrów to nie tak dużo. Jeżeli dobrze upadnę, jeżeli się nie usztywnię, nic sobie nie zrobię, spadochroniarzowi też się nic nie stało. Jedna część mózgu powtarzała obsesyjnie: „Skacz! Skacz! Skacz!". Podniosłem barierkę bezpieczeństwa i rozhuśtałem krzesełko. Na szczęście w tej samej chwili kolejka ruszyła, a ja odzyskałem poczucie rzeczywistości. Opuściłem barierkę. Było bardzo wysoko, co najmniej połamałbym nogi. W tym domu doświadczyłem tego samego. Chciałem rzucić się w dół. Potem przypomniałem sobie, że w jakiejś książce od Salvatore wyczytałem, iż jaszczurki mogą wspinać się po ścianach, ponieważ mają idealnie rozłożony ciężar ciała. Rozkładają go na łapki, brzuch i ogon, ludzie natomiast tylko na stopy i dlatego zapadają się w ruchomych piaskach. To właśnie muszę zrobić.
[…]
Przysunąłem się i wsadziłem głowę do środka. To była noga chłopca. I łokieć wystawał spomiędzy szmat. Na dnie tej dziury był chłopiec. Leżał na boku. Głowę wtulił między nogi. Nie poruszał się. Był nieżywy. Pozostałem tak, przyglądając mu się nie wiem jak długo. Stało tam też wiadro. I garnuszek. Może spał. Wziąłem kamyczek i rzuciłem w niego. Trafiłem go w udo. Nawet nie drgnął. Był nieżywy. Całkiem nieżywy. Dreszcz ukąsił mnie w kark. Wziąłem drugi kamyk i trafiłem go w szyję. Miałem wrażenie, że się poruszył. Nieznaczny ruch ręki. Gdzie jesteś? Gdzie jesteś? Co z tobą, cioto? Tamci! Czacha mnie wołał. Chwyciłem płytę i pociągnąłem ją tak, żeby zasłonić dziurę. Potem rozrzuciłem liście i ziemię, a na wierzchu z powrotem ułożyłem materac. Gdzie jesteś, Michele? Odszedłem stamtąd, ale jeszcze odwróciłem się parę razy, żeby sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu.
[…]
Dzisiaj Skośna Woda jest osiedlem należącym do Lucignano. W połowie lat osiemdziesiątych jakiś geodeta wytyczył dwa długie szeregi betonowych domków. Kostki z okrągłymi oknami, błękitnymi balustradami i stalowymi drutami zbrojeniowymi, które sterczą z dachów. Potem pojawił się supermarket Coop i bar-tabak. I asfaltowa dwupasmowa droga, która biegnie prosto jak pas startowy, aż do Lucignano. Tymczasem w 1978 Skośna Woda była tak mała, że prawie jej nie było. Osada wiejska, jak by nazwano ją dzisiaj w jakimś magazynie podróżniczym. Nikt nie wiedział, dlaczego to miejsce nosiło taką nazwę, nawet stary Tronca. Wody tam nie było, ze wyjątkiem tej, którą dowożono co dwa tygodnie cysterną. Stała tam willa Salvatore, którą nazywaliśmy pałacem. Wielkie domostwo zbudowane w dziewiętnastym wieku, długie i szare, z dużym kamiennym portykiem i wewnętrznym dziedzińcem z palmą. Pozostałych domów było cztery na krzyż. Nie w przenośni. Wszystkiego cztery domy. Cztery nędzne domy z kamieni sklejonych zaprawą, z dachami z dachówek i małymi oknami. Nasz. Rodziny Czachy. Rodziny Rema, która dzieliła go ze starym Troncą. Tronca był głuchy, zmarła mu żona i zajmował dwie izby, które wychodziły na ogród warzywny. I jeszcze dom Pietra Mury, ojca Barbary. Angela, jego żona, prowadziła na parterze sklepik, gdzie można było kupić chleb, makaron i mydło. I można było skorzystać z telefonu. Dwa domy z jednej, dwa z drugiej strony. Pośrodku droga z ubitej ziemi, pełna dziur. Żadnego placu. Żadnych zaułków. Były za to dwie ławki pod pergolą z winorośli i pompa z kranem zamykanym na klucz, żeby nie marnować wody. Wszędzie dokoła pola pszenicy. Jedyną rzeczą, na jaką zasłużyło sobie to miejsce zapomniane przez Boga i ludzi, była piękna granatowa tablica z wypisaną wielkimi literami nazwą SKOŚNA WODA.
[…]
Owadobójczy kaganek na parapecie wydzielał dym gęsty i trujący, który zabijał komary, a i nam nie wychodził specjalnie na zdrowie. Ale w tamtych czasach nikt nie przejmował się takimi sprawami. Do naszego pokoju przylegała sypialnia rodziców. Słyszałem chrapanie ojca. Szum wentylatora. Posapywanie siostry. Monotonne wołanie sowy. Brzęczenie lodówki. Czułem smród, dolatujący z ubikacji. Ukląkłem na łóżku i oparłem się o okno, żeby zaczerpnąć powietrza. Księżyc był w pełni. Wysoki i świetlisty. Widać było daleko, jak za dnia. Pola zdawały się fosforyzować. Powietrze znieruchomiało. Domy ciemne, ciche. Być może byłem jedynym, który nie spał w całej Skośnej Wodzie. Spodobała mi się ta myśl. Chłopiec był w dziurze.
[…]
Kolejny dzień żaru. O ósmej rano słońce było jeszcze nisko, ale już zaczynało przypiekać równinę. Jechałem drogą, którą pokonaliśmy poprzedniego popołudnia, i nie myślałem o niczym, pedałowałem w kłębach pyłu i owadów i starałem się jak najszybciej dojechać. Wjechałem na drogę wśród pól, tę, która biegła u stóp wzgórza i prowadziła do doliny. Od czasu do czasu spośród łanów pszenicy wzbijały się w górę sroki z biało-czarnymi ogonami. Ścigały się, kłóciły, wymyślały sobie, wydając skrzekliwe wrzaski. Jastrząb szybował z rozpostartymi nieruchomo skrzydłami, niesiony ciepłymi prądami powietrza. Zobaczyłem też rudego zająca z długimi uszami, który śmignął tuż przede mną. Posuwałem się z trudem, dociskając pedały, koła ślizgały się po kamieniach i wyschniętych grudach ziemi. Im bliżej byłem tamtego domu, im bardziej rosło wzgórze przed moimi oczami, tym większy ciężar przygniatał mi pierś, odbierając oddech. A jeżeli przyjdę, a tam będą czarownice albo ork? Wiedziałem, że czarownice zbierają się nocami w opuszczonych domach i urządzają sobie zabawy, a orki pożerają dzieci. Musiałem uważać. Gdyby złapał mnie ork, też by mnie wrzucił do jakiejś dziury i zjadł po kawałku. Najpierw rękę, potem nogę i tak dalej. I nikt by się nie dowiedział. Moi rodzice płakaliby z rozpaczy. I wszyscy mówiliby: „Michele był taki dobry, jak nam przykro". Przyjechaliby wujkowie i kuzynka Evelina na niebieskiej damce. Czacha by nie płakał, jeszcze czego, Barbara też nie. Moja siostra i Salvatore tak. Nie chciałem umierać. Chociaż chętnie bym poszedł na swój pogrzeb.
[…]
Potem trup dźwignął się, jakby był żywy, i z zamkniętymi oczami wysunął rękę w moją stronę. Włosy zjeżyły mi się na głowie, wrzasnąłem, odskoczyłem w tył, wpadłem na wiadro z odchodami, które rozlały się dokoła. Upadłem plecami na ziemię, krzycząc. Trup też zaczął krzyczeć. Miotałem się w gównach. Potem wreszcie desperackim rzutem ciała uchwyciłem sznur i wyskoczyłem z dołu jak oszalała pchła. Pedałowałem, przemykając pomiędzy dziurami i koleinami, ryzykując, że skręcę sobie kark, ale nie hamowałem. Serce mi pękało, płuca płonęły. Wpadłem na garb i wyrzuciło mnie w powietrze. Źle wylądowałem, za szurałem stopą po ziemi i zaciągnąłem hamulce, ale to tylko pogorszyło sprawę, przednie koło zablokowało się i wpadłem do rowu przy drodze. Pozbierałem się, wstałem na drżących nogach i przyjrzałem się sobie. Na jednym kolanie skóra była otarta do krwi, koszulka cała upaprana gównem, a skórzany pasek jednego z sandałów pękł. Odetchnij, powiedziałem do siebie. Odetchnąłem i poczułem, że serce uspokaja się, oddech wraca do normy i nieoczekiwanie opanowała mnie senność. Położyłem się. Zamknąłem oczy. Pod powiekami widziałem czerwień. Wciąż czułem strach, ale teraz było to ledwie pieczenie gdzieś na dnie żołądka. Słońce rozgrzewało mi wyziębione ręce. Świerszcze ćwierkały do ucha. Kolano pulsowało. Kiedy otworzyłem oczy, maszerowały po mnie wielkie czarne mrówki. Jak długo spałem? Mogło to być równie dobrze pięć minut jak i dwie godziny.
[…]
Może był chory. Może był potworem. Wilkołakiem. Nocą zamieniał się w wilka. Trzymali go tam na łańcuchu, ponieważ był niebezpieczny. Widziałem kiedyś w telewizji film o człowieku, który w nocy przy pełni księżyca zamieniał się w wilka i napadał na ludzi. Wieśniacy zastawili pułapkę, wilk do niej wpadł, a myśliwy go zastrzelił i wtedy wilk na powrót stał się człowiekiem. To był aptekarz. A myśliwy był synem aptekarza. Tego chłopca trzymali na łańcuchu pod płytą przywaloną ziemią, żeby nie wystawiać go na promienie księżyca. Wilkołaków nie da się wyleczyć. A żeby je zabić, trzeba mieć srebrną kulę. Ale wilkołaki nie istnieją. Daj spokój z tymi potworami, Michele. Potworów nie ma. Duchy, wilkołaki, czarownice to bzdury wymyślone tylko po to, żeby straszyć takich naiwniaków jak ty. Powinieneś bać się ludzi, nie potworów, powiedział mi tato pewnego dnia, kiedy go zapytałem, czy potwory mogą oddychać pod wodą.
[…]
Nazywaliśmy go jeziorem. Nie było w nim ryb ani kijanek, tylko larwy komarów i owady biegające po powierzchni. Jeżeli wsadziłeś tam stopę, wyciągałeś ją pokrytą czarnym, cuchnącym błotem. Chodziliśmy tam z powodu chleba świętojańskiego. Drzewo było wielkie, stare i łatwo się na nie wspinało. Marzyliśmy, że zbudujemy na nim chatę. Z drzwiami, dachem, sznurową drabinką i całą resztą. Tylko że nigdy nie zdołaliśmy znaleźć tyczek, gwoździ, pomysłu. Czacha zamocował tam kiedyś siatkę z łóżka. Ale była okropnie niewygodna. Drapała. Rozdzierała ubrania. A jeżeli ktoś za bardzo się wiercił, mógł nawet spaść. Od jakiegoś czasu nikt już nie wchodził na chleb świętojański. Ja natomiast wciąż go lubiłem. Dobrze mi było siedzieć tam w górze, ukrywając się wśród liści. Widok rozpościerał się daleko, można się było czuć jak na szczycie masztu jakiegoś statku. Skośna Woda była plamką, kropką zagubioną w pszenicy. I można było obserwować drogę do Lucignano. Widziałem stamtąd zieloną plandekę ciężarówki ojca wcześniej niż ktokolwiek inny. Wdrapałem się na moje zwykłe miejsce, grubą rozwidloną gałąź, na której siedziało się okrakiem, i postanowiłem już nigdy nie wrócić do domu. Skoro tato mnie nie chce, skoro mnie nienawidzi, to trudno, nieważne, zostanę tutaj. Mogę żyć bez rodziny, jak sierota.
[…]
Kiedy tylko robiłem coś nie tak, tato zaraz chciał mnie oddać do zakonników. Salvatore jeździł czasem z matką do klasztoru św. Błażeja, gdzie jego wuj był bratem gwardianem. Zapytałem kiedyś Salvatora, jak to jest u tych zakonników. Gówniane życie – odpowiedział. – Modlisz się przez cały dzień, a wieczorem zamykają cię w celi i jak ci się chce sikać, to nie możesz, i każą ci chodzić w sandałach, nawet kiedy jest zimno. Nienawidziłem zakonników, ale wiedziałem, że do nich nie pójdę, ponieważ tato nienawidził ich jeszcze bardziej i mówił, że to świnie.
[…]
W czasach, kiedy rozgrywa się ta historia, mama miała trzydzieści trzy lata. Była jeszcze ładna. Miała długie czarne włosy, które sięgały jej do połowy pleców i nosiła je rozpuszczone. Oczy ciemne i wielkie, w kształcie migdała, duże usta, zęby mocne i białe, ostro zakończony podbródek. Wyglądała jak Arabka. Była wysoka, kształtna, z dużym biustem, cienką talią, siedzeniem, które aż kusiło, żeby je pomacać, i rozłożystymi biodrami. Kiedy szliśmy na targ do Lucignano, widziałem, jak mężczyźni wlepiają w nią wzrok. Widziałem, jak sprzedawca owoców szturchał łokciem handlarza z sąsiedniego stoiska i obaj gapili się na jej pupę, a potem wznosili głowy ku niebu. Ja trzymałem ją za rękę, czepiałem się jej spódnicy. Jest moja, zostawcie ją w spokoju, miałem ochotę zawołać.
[…]
Owoc, który ma w nazwie zwierzę. Zacząłem się zastanawiać. Ty wiesz? Nic mi nie przychodziło na myśl. Nie ma takich. Są, są. Spróbowałem. Rybaczywka. Nie ma takiego owocu. Nie zgadłeś. W głowie miałem pustkę. Powtarzałem sobie wszystkie zwierzęta, jakie znałem, i doczepiałem do nich kawałki owoców albo na odwrót, ale nic z tego nie wychodziło. Śliwkoń? Gruszakal? Nie, nie wiem. Poddaję się. Co to jest? Nie powiem ci. Musisz mi powiedzieć. Dobra, powiem. Jeżyna. Palnąłem się w czoło. Prawda! Jeżyna! Banalnie proste. Ale ze mnie kretyn…
[…]
Zbudziłem się w nocy. Nie z powodu snu. Z powodu hałasu. Pozostałem tak, z zamkniętymi oczami, nasłuchując. Zdawało mi się, że jestem nad morzem. Słyszałem je. Tyle że było to morze z żelaza, leniwy ocean śrub, śrubek i gwoździ, który muskał brzeg plaży. Powolne fale żelastwa załamywały się, tworząc ciężką kipiel, która na przemian zasłaniała i odsłaniała ich grzbiety. Z dźwiękiem tym mieszało się rozpaczliwe wycie i skowyt stada psów, ponury i fałszujący chór, który nie tłumił hałasu żelaza, ale go nasilał. Wyjrzałem przez okno. Kombajn sunął ze zgrzytaniem po grzbiecie jednego z pagórków, zalanym promieniami księżyca. Przypominał ogromnego konika polnego z metalu, z dwojgiem małych, świecących oczek i szeroką paszczą z ostrzy i kolców. Mechaniczny owad, który pożerał pszenicę i zostawiał kupy ze słomy. Pracował nocą, ponieważ za dnia było zbyt gorąco. To on wydawał odgłosy morza. Wycie. Wiedziałem, skąd pochodziło. Z psiej zagrody ojca Czachy. Italo Natale zbudował niegdyś za domem blaszany barak i trzymał w nim zamknięte psy myśliwskie. Były tam zawsze, latem i zimą, za metalową siatką. Rano, kiedy ojciec Czachy zanosił im jedzenie, szczekały. Tej nocy, kto wie dlaczego, zaczęły wyć wszystkie naraz. Spojrzałem w stronę wzgórza. Tato tam był. Zawiózł bitkę mojej siostry [która nie chciała jej zjeść na obiad – przyp. aut.] chłopcu, to dlatego udawał, że wyjeżdża i dlatego miał ze sobą torbę, żeby ją w niej schować.
[…]
Bo chłopiec był moim bratem. Jak Nunzio Scardaccione, starszy brat Salvatore. Nunzio nie był groźnym wariatem, ale ja i tak nie mogłem na niego patrzeć. Bałem się, że jego szaleństwo pomiesza mi rozum. Nunzio wyrywał sobie włosy rękami i zjadał je. Głowę miał całą w ranach i strupach i się ślinił. Jego matka zakładała mu czapkę i rękawiczki, żeby nie wyrywał sobie włosów, ale wtedy on zaczynał gryźć się do krwi po rękach. W końcu zabrali go i wywieźli do domu wariatów. Ucieszyło mnie to. Mogło być tak, że chłopiec w dziurze był moim bratem, że urodził się zwariowany jak Nunzio i tato ukrył go tam, żeby nie przestraszyć mnie i siostry. Żeby nie przestraszyć dzieci ze Skośnej Wody. Może ja i on byliśmy bliźniakami. Byliśmy tego samego wzrostu i zdawało mi się, że mamy po tyle samo lat.
[…]
Jeżeli znajdę w dziurze choćby odrobinę bitki, to znaczy, że ten chłopiec jest moim bratem.[…] Schowaj się, powiedziałem do siebie. Skręciłem gwałtownie, rower stanął dęba na jakimś kamieniu i poleciałem, jak ukrzyżowany, w pszenicę. Samochód był dwieście metrów ode mnie. Gruchot leżał przy samej drodze. Chwyciłem przednie koło i przyciągnąłem go do siebie. Przywarłem do ziemi. Bez oddechu. Nie poruszając żadnym mięśniem. Modląc się do Dzieciątka Jezus, żeby mnie nie spostrzegli. Dzieciątko Jezus wysłuchało prośby. Wyciągnięty w zbożu, z bąkami, które ucztowały na mojej skórze, i dłońmi wbitymi w rozpalone skiby, widziałem, jak przemyka przede mną brązowy fiat 127. Samochód Felice Natale. Felice Natale był starszym bratem Czachy. I o ile Czacha był zły, to Felice był tysiąc razy gorszy. Felice miał dwadzieścia lat. Kiedy mieszkał w Skośnej Wodzie, życie dla mnie i innych dzieci było piekłem. Bił nas, dziurawił nam piłkę i kradł różne rzeczy. Nieszczęsny był z niego typ. Bez jednego przyjaciela, bez kobiety. Taki, co to wyżywa się na młodszych, dusza pokutująca. I można to było zrozumieć. Żaden dwudziestolatek nie mógłby żyć w Skośnej Wodzie, chyba że chciałby skończyć jak Nunzio Scardaccione, wyrywacz włosów. Felice siedział w Skośnej Wodzie jak tygrys w klatce. Krążył pomiędzy tymi czterema domami wściekły, rozdrażniony, gotów dać ci wycisk. Całe szczęście, że od czasu do czasu wynosił się do Lucignano. Ale i tam nie znalazł sobie przyjaciół. Kiedy wychodziłem ze szkoły, widziałem go, jak siedzi samotnie na ławce w rynku. Tamtego roku modne były spodnie dzwony, obcisłe kolorowe koszulki, kożuszki i długie włosy. Felice nie, on włosy strzygł krótko i zaczesywał do tyłu, używając brylantyny, golił się dokładnie i chodził w wojskowych kurtkach i spodniach moro. I wiązał chusteczkę wokół szyi. Włóczył się tym swoim fiatem 127, lubił broń i opowiadał, że służył w brygadzie spadochronowej w Pizie i skakał z samolotów. Ale to nie była prawda. Wszyscy wiedzieli, że zaliczył wojsko w Brindisi. Rysy twarzy miał zaostrzone niczym barakuda, a do tego małe ząbki, rzadkie jak u nowo narodzonego krokodyla. Kiedyś powiedział nam, że są takie dlatego, że to jeszcze zęby mleczne. Nie zmienił ich na dorosłe. Dopóki nie otworzył ust, wydawał się prawie ładnym chłopcem, ale kiedy rozdziawił paszczę, kiedy się śmiał, aż człowieka cofało. A jeżeli cię przyłapał, że patrzysz na jego zęby, to źle było z tobą.
[…]
Jesteś aniołem stróżem? Ja… Ja, nie… Ja nie jestem aniołem… – wymamrotałem. Ty jesteś aniołem. Masz taki sam głos. Jakim aniołem? Tym, który mówi, który opowiada różne rzeczy. To nie szopy pracze mówią? – Nie mogłem znaleźć sensu w tym bredzeniu. – Sam mi tak powiedziałeś… Szopy mówią, ale czasami kłamią. Anioł zawsze mówi prawdę. Ty jesteś anioł stróż. – Podniósł głos. – Mnie możesz to powiedzieć. Było mi słabo. Smród odchodów zatykał mi usta, nos, mózg. Ja nie jestem żadnym aniołem… Jestem Michele, Michele Amitrano. Nie jestem żadnym… – wymamrotałem, oparłem się o ścianę i osunąłem na ziemię, a on wstał, wyciągnął do mnie ręce jak trędowaty, który prosi o litość i przez krótką chwilę utrzymał się na nogach, potem zrobił krok i upadł na kolana, okryty kocem, u moich stóp. Dotknął mojego palca, szepcząc. Wydałem okrzyk. Jakby dotknęła mnie jakaś obrzydliwa meduza, jadowity pająk. Tą kościstą rączką, z tymi czarnymi paznokciami, długimi i zakrzywionymi.
[…]
Według ciebie, da się ożywić umarłego, czy tylko Jezus Chrystus osobiście może to zrobić? Salvatore podrapał się w głowę. Nie wiem. Moja ciotka opowiadała mi taką prawdziwą historię. Pewnego razu jeden chłopak wpadł pod samochód i umarł, całkiem roztrzaskany. Ojciec nie mógł żyć, cierpiał, płakał całymi dniami, aż poszedł do czarownika i dał mu wszystkie pieniądze, żeby wskrzesił jego syna. Czarownik powiedział: Idź do domu i czekaj. Twój syn wróci dziś w nocy. Ojciec czekał, ale chłopak nie wracał, więc w końcu poszedł do łóżka. Właśnie zasypiał, kiedy usłyszał kroki w kuchni. Wstał szczęśliwy i zobaczył syna. Był cały zmasakrowany, bez ręki, głowę miał rozłupaną i wypływał z niej mózg, i mówił, że nienawidzi ojca, bo go zostawił na środku drogi, żeby iść zabawiać się z kobietami, i to jego wina, że on nie żyje. No i co? No i ojciec wziął benzynę i go podpalił.
[…]
W Wiadomościach pojawiła się jakaś pani. Elegancka. Jasnowłosa. Nie była ani młoda, ani stara, ale była ładna. Siedziała w wielkim skórzanym fotelu w pokoju pełnym książek. Oczy miała błyszczące. Zaciskała splecione dłonie, jakby się bała, że jej uciekną. Pociągnęła nosem i powiedziała, patrząc nam w oczy: – Jestem matką Filippa Carducci. Zwracam się do porywaczy mojego syna. Błagam was, nie zróbcie mu krzywdy. To dobre dziecko, grzeczne i bardzo nieśmiałe. Błagam was, żebyście go dobrze traktowali. Jestem pewna, że wiecie, co to miłość i współczucie. Nawet jeżeli nie macie dzieci, na pewno możecie wyobrazić sobie, co to znaczy, kiedy ktoś wam je odbierze. Okup, którego zażądaliście, jest bardzo wysoki, ale ja i mój mąż jesteśmy gotowi oddać wam wszystko, co posiadamy, żeby tylko Filippo znów był z nami. Zagroziliście, że obetniecie mu ucho. Proszę was, błagam, nie róbcie tego… – Otarła oczy, nabrała powietrza i mówiła dalej. – Robimy wszystko, co możliwe. Proszę. Bóg wam odpłaci, jeżeli zdobędziecie się na miłosierdzie. Powiedzcie Filippowi, że jego mamusia i tatuś nie zapomnieli o nim i że go kochają.
[…]
Uciekłem nad strumień i wspiąłem się na chleb świętojański. Nigdy nie pójdę spać w jednym pokoju z tym staruchem [gościem w domu rodzinnym, a w zasadzie domniemanym porywaczem „Filippa” – przyp. aut.]. Porwał Filippa. I jak tylko zasnę, porwie i mnie. Wsadzi mnie do worka i zabierze. A potem utnie mi uszy. Ale czy można żyć bez uszu? Nie umiera się? Mnie na moich uszach zależało. Filippowi tato i stary pewnie już je obcięli. Ja siedzę sobie tutaj na drzewie, a on w swojej dziurze nie ma już uszu. Ciekawe, czy mu zabandażowali głowę? Musiałem tam jechać. I musiałem powiedzieć mu o jego mamie, że wciąż go kocha i że mówiła o tym w telewizji, żeby wszyscy wiedzieli. Ale bałem się, co będzie, jeżeli w opuszczonym domu zastanę tatę i starego?
[…]
Wycofałem się. W Skośnej Wodzie bawiono się właśnie w raz-dwa-trzy Baba-Jaga patrzy. Czacha, Barbara i Remo stali nieruchomo, w pełnym słońcu, dziwnie upozowani. Salvatore ustawił się twarzą do ściany i zawołał: Raz-dwa-trzy Baba-Jaga patrzyyy! Odwrócił się i przyłapał Czachę. Czacha zawsze przesadzał, zamiast zrobić trzy kroki, robił piętnaście i dawał się złapać. Potem się nie zgadzał. Ty mu mówiłeś, że go widziałeś, a on nie chciał o tym słyszeć. Według niego cały świat szachrował. On nie, on był święty. I wystarczyło coś mu powiedzieć, zaraz rwał się do bitki. Tak czy inaczej, zawsze wygrywał. Nawet gdyby chodziło o zabawę lalkami, znalazłby sposób, żeby wygrać. Przejechałem między domami, powoli pedałując. Byłem zmęczony i zły. Nie udało mi się powiedzieć Filippowi o jego mamie.
[…]
Podałem mu butelkę. Napił się. Dobra. Chcesz? Ja też się napiłem. Mogę trochę podnieść koc? Umierałem od gorąca i smrodu. Trochę. Ściągnąłem go o tyle, ile trzeba było, żeby zaczerpnąć powietrza i spojrzeć mu w twarz. Była czarna. Brudna. Włosy, jasne i cienkie, zmieszały się z ziemią, tworząc twardą, suchą skorupę. Zakrzepła krew zapieczętowała mu powieki. Wargi były czarne i spękane. Nozdrza zatkane smarkami i strupami. Mogę umyć ci buzię? – zapytałem. Wyciągnął szyję, uniósł głowę i uśmiech rozciągnął umęczone wargi. Wszystkie zęby miał czarne. Ściągnąłem koszulkę, zmoczyłem ją wodą i zacząłem myć mu twarz. Gdzie przeciągałem szmatą, tam skóra robiła się biała, tak biała, że zdawała się przezroczysta, jak mięso gotowanej ryby. Najpierw czoło, potem policzki. Kiedy zwilżyłem mu oczy, powiedział: – Pomału, boli. Zrobię pomału. Nie udawało mi się rozpuścić strupów. Były twarde i grube. Ale wiedziałem, że to tak samo jak ze strupami, które robią się psom. Kiedy się je oderwie, psy odzyskują wzrok. Dalej moczyłem mu je, zmiękczałem, aż w końcu jedna powieka uniosła się i natychmiast zamknęła. To było mgnienie, wystarczające, aby promień światła zranił go w oko. Aaachhh! – krzyknął i schował głowę w kocu niczym struś. Potrząsnąłem nim. No widzisz? Widzisz? Nie jesteś ślepy! Wcale nie jesteś ślepy!
[…]
Gdy stary wszedł do mojego pokoju, zbierałem się właśnie, żeby załatwić potwory. Kiedy byłem mały, wciąż śniły mi się potwory. Teraz, kiedy jestem dorosły, też mi się to czasem zdarza, ale już nie potrafię ich załatwić. Czekały tylko, aż zasnę, aby mnie dręczyć. Aż kiedyś, pewnej nocy, wymyśliłem sposób, żeby nie mieć złych snów. Znalazłem miejsce, gdzie mogłem zamknąć te niekształtne, straszne istoty, co pozwalało mi spokojnie zasnąć. Odprężałem się i czekałem, aż powieki staną się ciężkie, a kiedy już miałem zapaść w sen, dokładnie w tej samej chwili, wyobrażałem sobie, że je widzę, jak idą, wszystkie razem, pod górę. Jak na procesji w święto Madonny z Lucignano. Baba-Jaga, garbata i pomarszczona. Wilkołak na czterech łapach, w łachmanach i z białymi kłami. Czarny lud, cień ślizgający się między kamieniami niczym wąż. Łazarz trupożerca, sam zżerany przez robactwo, otoczony chmarą much. Ork, gigant o maleńkich oczkach, z wolem, w ogromnych buciorach, dźwigający na ramieniu wór pełen dzieci. Cyganie, coś jakby lisy na kurzych łapach. Człowiek z kołem, typ w turkusowym kombinezonie, ze świecącym kołem, którym mógł miotać bardzo daleko. Człowiek ryba, który mieszkał w morskich otchłaniach i nosił na plecach swoją matkę. Dziecko ośmiornica, urodzone z mackami zamiast nóg i rąk. Szli wszyscy razem. W niewiadomym kierunku. Byli przerażający. I rzeczywiście, nikt się nie zatrzymywał, żeby na nich popatrzeć. Nagle pojawiał się autobus, cały złocony, z dzwonkami i kolorowymi światełkami. Na dachu miał megafon, z którego dobiegało wołanie: Panie i panowie, wsiadajcie do autobusu marzeń! Wsiadajcie do tego wspaniałego autobusu, który zawiezie was wszystkich do cyrku, nie żądając ani grosza! Dzisiaj cyrk gratis! Wsiadajcie! Wsiadajcie! Potwory, uradowane tą nieoczekiwaną okazją, wsiadały do autobusu. W tym miejscu wyobrażałem sobie, że mój brzuch się otwiera, rozwierało się długie nacięcie i one wjeżdżały do środka, całkiem spokojnie. Ci dumie wierzyli, że czekał tam na nich cyrk. Ja zamykałem ranę, a oni zostawali uwięzieni. Teraz wystarczyło zasnąć z rękoma na brzuchu, żeby nie mieć złych snów.
[…]
Moi synowie też mnie nie lubili [mówi „staruch” do Michele’a we wspólnej sypialni na jednym łóżku – przyp. aut.]. Podniósł z podłogi butelkę z wodą, którą mama postawiła tam specjalnie dla niego, i pociągnął parę łyków. Ciepła jak siki – poskarżył się. Dwóch ich miałem. Jeden żyje, ale jakby umarł. Drugi umarł, ale jakby żył. Ten żywy ma na imię Giuliano. Jest starszy od ciebie. Nie mieszka teraz we Włoszech. Wyjechał. Do Indii… Pięć lat temu. Żyje w jakiejś komunie. Nabili mu głowę pierdołami. Ogolił się na łyso. Nosi pomarańczowe szmaty i zdaje mu się, że też jest Hindusem. I wierzy, że żyje się Bóg wie ile razy. Ćpa jak pies i zdechnie tam jak pies. Ja na pewno po niego nie pojadę… Dostał ataku kaszlu. Suchego. Jakby miały mu pęknąć płuca. Odzyskał oddech i ciągnął dalej: Francesco umarł pięć lat temu. W październiku skończyłby trzydzieści dwa lata. Ten był w porządku, jego kochałem. Zapalił kolejnego papierosa. Pewnego dnia poznał taką jedną. Jak tylko ją zobaczyłem, nie spodobała mi się. Od razu. Mówiła, że jest nauczycielką gimnastyki. Kurewka… Chuda blondyneczka… pół-Słowianka. Słowianie są najgorsi. Owinęła go sobie wokół palca. To była nędzarka i jak zobaczyła Francesca, przypięła się do niego, bo Francesco był dobrym chłopcem, szczerym, takim, co to w końcu wszystkim da się nabić w butelkę. Kto wie, co ona mu zrobiła, żeby go tak otumanić. Potem opowiadali mi, że ta dziwka kręciła z takim jakby magiem. Kawał gnoja, musiał rzucić na niego jakiś urok. Ta dwójka wspólnie go załatwiła. Wyssali z niego wszystkie siły. Wychudł. Był z niego kawał chłopa, a zamienił się w szkielet, ledwie trzymał się na nogach. Jednego dnia przychodzi i mówi, że się żeni. Nic nie można było poradzić. Próbowałem mu powiedzieć, że ona go niszczy, ale w końcu to było jego życie. Pobrali się. Pojechali w podróż poślubną samochodem. Wybierali się do Positano i Amalii, na wybrzeże. Mijają dwa dni, a on nie dzwoni. Normalne, mówię, są w podróży poślubnej. Zadzwoni. A tymczasem kto dzwoni? Komisariat z Sorrento. Mówią, że muszę natychmiast przyjechać. Pytam dlaczego. Nie mogą mi powiedzieć przez telefon. Muszę przyjechać, jeżeli chcę wiedzieć. Mówią, że chodzi o mojego syna. I jak ja tam, kurwa, miałem jechać? Nie mogłem jechać. Gdyby mnie sprawdzili, byłbym skończony. Szukali mnie, bo się nie stawiłem na warunkowym. Wsadziliby mnie z powrotem. Poprosiłem jednego znajomego, żeby do nich zadzwonił. Kompana. I on mi mówi, że mój syn nie żyje. Jak to nie żyje? A on mi mówi, że się zabił, że skoczył z urwiska. Że przeleciał dwieście metrów i rozbił się o skały. Mój syn? Francesco miałby się zabić? Chcą mnie zrobić w ciula? Ja tam nie mogłem jechać. No więc wysłałem tę kretynkę, jego matkę, żeby zobaczyła, co się stało. Co się stało? – wyrwało mi się. Według nich Francesco zatrzymał się przy drodze, żeby popatrzeć na panoramę, ona siedziała w aucie, on zrobił jej zdjęcie, potem przeskoczył murek i rzucił się na dół. Facet robi zdjęcie żonie, a potem rzuca się w przepaść? Powiedzieli, że znaleźli go rozbitego, z ptaszkiem na wierzchu i aparatem fotograficznym na szyi. Według ciebie, ktoś, kto chce się zabić, robi zdjęcie, wyciąga na wierzch ptaszka i rzuca się w przepaść? Co to za bzdety? Ja wiem, jak to było… Żadna tam panorama. Francesco zatrzymał się, bo potrzebował się wysikać. Nie chciał tego zrobić na środku drogi. Był dobrze wychowanym chłopcem. Przeskoczył murek, rozpiął spodnie, a ta dziwka zepchnęła go na dół. Ale nikt mi nie wierzy. Jedno pchnięcie i już. Zamordowany.
[…]
W teczce „starucha” były też wycinki z gazet. Mówiły o śmierci Francesca. I była tam fotografia jego żony. Wyglądała jak tancerka z telewizji. Znalazłem jeszcze szkolny zeszyt w kratkę, w okładce z kolorowego plastiku. Otworzyłem go. Na pierwszej stronie było napisane: ten zeszyt należy do Filippa Carducci. Czwarta C. Początkowe kartki zostały wyrwane. Przerzuciłem zeszyt. Były w nim dyktanda, streszczenia i jedno wypracowanie.
Opowiedz, co robiłeś w niedzielę. W niedzielę wrócił tato. Mój tato mieszka przeważnie w Ameryce, ale czasami przyjeżdża. Ma willę z basenem i trampoliną i są tam szopy pracze. Żyją w ogrodzie. Ja też mam tam jechać. Mieszka w Ameryce, bo tam pracuje, a kiedy wraca, zawsze przywozi mi prezenty. Tym razem przywiózł takie jakby rakiety do tenisa, które zakłada się pod stopy i wtedy można chodzić po śniegu. Bez nich człowiek się zapada i może nawet umrzeć. Kiedy pojadę w góry, będę musiał ich używać, jeżeli będę chodził po śniegu. Tato powiedział, że takie rakiety noszą Eskimosi. Eskimosi mieszkają na biegunie północnym i mają domy z lodu. W środku nie mają lodówki, bo nie jest im potrzebna. Jedzą dużo fok i czasem pingwiny. Powiedział, że kiedyś mnie tam zabierze. Ja zapytałem, czy może pojechać z nami Peppino. Peppino jest naszym ogrodnikiem i musi przycinać wszystkie rośliny, a w zimie zbierać liście z trawnika. Peppino ma przynajmniej sto lat i kiedy tylko widzi jakąś roślinę, przycina ją. Bardzo się męczy i wieczorem musi wkładać stopy do gorącej wody. Jeżeli pojedzie z nami na biegun północny, nie będzie musiał nic robić, bo tam nie ma roślin, jest tylko śnieg, i będzie mógł odpocząć. Tato powiedział, że się zastanowi, czy Peppino może z nami jechać. Z lotniska pojechaliśmy na obiad do restauracji, ja, tato i mama. Rozmawiali o tym, gdzie będę chodził do gimnazjum. Czy mam zostać w Pawi, czy jechać do Ameryki. Ja nic nie powiedziałem, ale wolę Pawię, gdzie są wszyscy moi koledzy. W Ameryce mógłbym bawić się z szopami praczami. Po obiedzie wróciliśmy do domu, ja znowu coś zjadłem i poszedłem do łóżka. To wszystko, co robiłem w niedzielę. Lekcje odrobiłem w sobotę.
Zamknąłem zeszyt Filippa i wsunąłem go z powrotem do teczki.
[…]
Po tamtej stronie kłócili się. Przyjechał nawet mecenas Scardaccione z Rzymu. Pierwszy raz był w naszym domu. Tego popołudnia wydarzyły się straszne rzeczy. Tak straszne, tak niesamowite, że nawet nie można się było złościć. Zostawili mnie w spokoju. Nie byłem przestraszony. Czułem się bezpiecznie. Mama zamknęła nas w swojej sypialni i nikomu nie pozwoli tu wejść. Na głowie miałem guza [od uderzeń Felice’a – przyp. aut.], który bolał, kiedy go dotykałem, ale poza tym czułem się dobrze. Trochę mnie to nawet martwiło. Jak tylko odkryją, że nie jestem chory, z powrotem wsadzą mnie do jednego pokoju ze starym. A ja chciałem zostać w ich łóżku na zawsze. Żeby już nigdy nie wychodzić, żeby już nigdy nie oglądać Salvatore [który zdradził jego Michele’a tajemnice dorosłym – przyp. aut.], Felice, Filippa, nikogo. Nic by się nie zmieniło. Słyszałem głosy z kuchni. Stary, adwokat, fryzjer, ojciec Czachy, tato. Kłócili się o jakiś telefon, który muszą wykonać, i o to, co należy powiedzieć. Schowałem głowę pod poduszkę. Widziałem rozszalały ocean żelastwa, bałwany gwoździ wznosiły się w górę, a bryzgi śrub uderzały o biały autobus, który tonął bezgłośnie, unosząc pysk, a w środku były potwory, które miotały się i wywijały pięściami w przerażeniu. Nie było rady. Szyby były niezniszczalne.
[…]
Nie mogę przyjechać – oznajmiłem głośno. Ostatnim razem, kiedy u niego byłem, powiedziałem mu: Widzisz, że przyjechałem? A on mi odpowiedział, że był tego pewny. I że to nie szopy pracze go uprzedziły. Obiecałeś mi. Starczyłoby mi porozmawiać z nim przez pięć minut. Filippo, nie mogę tu więcej wracać. Jeżeli wrócę, oni zabiją cię. Przepraszam, to nie moja wina. I przynajmniej wiedziałby, jak się sprawy mają. Tymczasem myśli pewnie, że już go nie chcę widzieć i że nie dotrzymuję obietnic. A to nieprawda. Ta myśl mnie zadręczała.
[…]
Kiedy byłem na dworze miałem wrażenie, że wszyscy obserwują, co robię. Zdawało mi się, że dostrzegam za oknami matkę Barbary, która mnie szpieguje, Czachę, który wskazuje na mnie i szepcze z Remem, Barbarę, która dziwnie się do mnie uśmiecha. Ale nawet kiedy byłem sam, kiedy siedziałem na gałęzi chleba świętojańskiego, czy jeździłem na rowerze, wrażenie to mnie nie opuszczało. Nawet kiedy wciskałem się między pozostałości niedawnego morza kłosów, przeznaczone do sprasowania w bele, i wokół miałem tylko niebo, zdawało mi się, że patrzą na mnie tysiące oczu. Nie pojadę, bądźcie spokojni. Przyrzekłem. Ale wzgórze było tam i czekało na mnie. Zacząłem jeździć drogą, która prowadziła na farmę Melichettiego. I każdego dnia, nie zdając sobie z tego sprawy, jechałem kawałeczek dalej. Filippo zapomniał o mnie. Czułem to. Usiłowałem przywołać go myślą. Filippo? Filippo, słyszysz mnie? Nie mogę przyjechać. Nie mogę. Nie myślał o mnie. Może nie żył. Może go już nie było. Pewnego popołudnia, po obiedzie, położyłem się na łóżku, żeby poczytać. Światło napierało na rolety i wciskało się do rozgrzanego pokoju. W uszach grały mi świerszcze. Zasnąłem z komiksem o Człowieku Gumie w ręce. Śniło mi się, że była noc, ale ja i tak wszystko widziałem. Wzgórza poruszały się w ciemnościach. Przemieszczały się powoli, jak żółwie pod dywanem. Nagle wszystkie naraz otworzyły oczy, czerwone dziury, które rozwarły się wśród pszenicy, a potem wstały, pewne, że nikt ich nie widzi, i stały się olbrzymami ulepionymi z ziemi, pokrytymi kłosami. Szli, kiwając się przez pola i przydeptywali mnie, grzebiąc pod ziemią.
[…]
Szliśmy znowu, wszyscy w komplecie, jak poprzednim razem, w stronę wzgórza. Pedałowaliśmy jedno za drugim. Brakowało tylko mojej siostry. Powietrze było ciężkie, a niebo miało nienaturalny, szkarłatny kolor. Chmury, wcześniej stłoczone na horyzoncie, teraz przewalały się nad nami, przepychając się między sobą, niczym hordy Hunów przed bitwą. Były wielkie i ciemne. Słońce było zszarzałe i mętne, jakby przesłaniał je jakiś filtr. Nie było ani gorąco, ani zimno i wiał wiatr. Wzdłuż drogi i na polach słoma była zrolowana w bele, rozmieszczone jak pionki na szachownicy. Tam gdzie nie przejechał jeszcze kombajn, wiatr wzbudzał długie fale, czochrając pszenicę. Remo z niepokojem obserwował horyzont. Zaraz zacznie lać. Im bardziej zbliżałem się do wzgórza, tym gorzej się czułem. Jakiś ciężar uciskał mi żołądek. Resztki śniadania turlały się w brzuchu. Brakowało mi powietrza, a woal potu zalewał plecy i szyję. Co ja robię? Każdy obrót pedałów był kolejnym ukruszonym kawałeczkiem przysięgi. „Posłuchaj Michele, nie wolno ci tam jechać. Jeżeli tam pojedziesz, zabiją go. I to będzie twoja wina. Nie pojadę. Przysięgnij na moją głowę. Przysięgam. Powiedz, przysięgam na twoją głowę, że tam więcej nie pojadę. Przysięgam na twoją głowę, że tam więcej nie pojadę”. Łamałem przysięgę, jechałem do Filippa i jeżeli mnie nakryją, zamordują go. Chciałem zawrócić, ale moje nogi pedałowały i jakaś nieodparta siła przyciągała mnie do wzgórza. Daleki grzmot rozdarł ciszę.
[…]
Usiłowałem zrozumieć, o czym mówią, ale głosy mieszały się. Maria [siostra Michele’a – przyp. aut.] położyła się obok mnie. Boję się. Oni się boją. Skąd wiesz? To dlatego krzyczą. Te wrzaski były tym, czym jest sapanie u jaszczurek zielonych. Jaszczurki zielone, kiedy nie mają już dokąd uciec i wiedzą, że zaraz je złapiesz, rozdziawiają paszczę, nadymają się i sapią, próbując cię przestraszyć, ponieważ same bardzo boją się ciebie, ty jesteś ogromny, i jedyne co im pozostaje, to starać się wzbudzić w tobie strach. I jeżeli nie wiesz, że są nieszkodliwe, że nic nie mogą d zrobić, że to tylko udawanie, nie ruszysz ich.
[…]
Pędziłem znowu na starym Gruchocie. Dopingowałem się: Pędź, Tiger, pędź. Zanurzyłem się w atrament. Ledwie widziałem drogę, a kiedy nie widziałem, domyślałem się jej. Od czasu do czasu słaby blask księżyca rozświetlał pierzynę chmur, która pokrywała niebo, i wtedy przez parę chwil mogłem dostrzec pola i czarne kształty wzgórz po obu stronach drogi. Zaciskałem zęby i liczyłem obroty pedałów. Raz, dwa, trzy, wdech… Raz, dwa, trzy, wdech… Opony szurały o tłuczeń. Wiatr kleił mi się do twarzy niczym gorąca ścierka. Piskliwe wołanie sowy, ujadanie dalekiego psa. Panowała cisza. Ale ja słyszałem ich szepty w ciemnościach. Wyobrażałem ich sobie, jak stoją na skraju drogi, małe stworzenia z uszami lisa i czerwonymi oczami, obserwują mnie, rozmawiają między sobą. Patrz! Patrz, jakiś chłopiec! Co on robi nocą w tych stronach? Bierzmy go! Tak, tak, tak, dobry jest… Bierzmy go! A z tyłu byli panowie wzgórz, olbrzymi z ziemi i kłosów, którzy śledzili mnie, czekali tylko, żebym wypadł z drogi, żeby na mnie wleźć i pogrzebać żywcem. Słyszałem ich oddechy. Wydawali ten sam dźwięk co wiatr w pszenicy. Sekret polegał na tym, aby trzymać się środka drogi. Ale musiałem być gotowy na wszystko. Łazarz nie boi się niczego. Zobaczysz go, powiedziałem sobie. Nocą Łazarz świeci. Zapala się i gaśnie niczym szyld baru Perła w Lucignano. A kiedy się zapala, widać, jak mrówki łażą w jego żyłach. Nie może poruszać się prędko, tego byłem pewien, gdyby zaczął biec, rozpadłby się na kawałki. Ważne, żeby przemknąć obok niego, nie zatrzymując się, nie zwalniając. Filippo… już jadę… Filippo… jadę… – powtarzałem dysząc z wysiłku.
[…]
Farma. Byłem prawie na miejscu. Zahamowałem. Wiatr ucichł. Powietrze było nieruchome i gorące. Z niedalekiego wąwozu dobiegało cykanie świerszczy. Zsiadłem z roweru i cisnąłem go między krzaki jeżyn przy drodze. Nic nie było widać. Szedłem szybko, prawie bez oddechu i co chwila oglądałem się za siebie. Bałem się, że ostry pazur któregoś z potworów wpije się w moją szyję. Teraz, kiedy szedłem pieszo, słyszałem mnóstwo odgłosów, szmerów, kląskań, dziwnych dźwięków. Otaczała mnie czarna, zwarta masa, która napierała na drogę. Zwilżyłem językiem wyschnięte wargi, w ustach miałem gorzki smak. Serce waliło młotem, czułem je aż w przełyku. Podeszwa sandała natknęła się na coś śliskiego, odskoczyłem z tłumionym okrzykiem i upadłem na ziemię, ocierając sobie kolano. Kto tam? Kto tam? – wybełkotałem i zwinąłem się w kłębek, spodziewając się, że otoczą mnie galaretowate i piekące macki meduzy.
[…]
Indianie, kiedy wyruszali polować na bizony, smarowali się ich tłuszczem i narzucali skóry na plecy. To właśnie powinienem zrobić: wysmarować się ziemią. Nie ziemią, gnojem. Tak będzie lepiej. Kiedy będę śmierdział gnojem, nie zauważą mnie. Podszedłem jak najbliżej domu, pozostając w ciemności. Smród się nasilał. Poprzez cykanie świerszczy słychać było jeszcze coś innego. Muzykę. Dźwięki fortepianu i zachrypnięty głos, który śpiewał: Toń lodowata i znikąd ratunku. Wypadłem za burtę, wypadłem za burtę, gdy na pokładzie trwał bal. Fala za falą…
[…]
Filippo [po przenosinach wykonanych przez porywaczy w inne miejsce – przyp. aut.] mógł być wszędzie. Po mojej prawej stronie odchodziła ścieżka, która wciskała się stromo pomiędzy białe skały. Był tam pal wbity w ziemię, z przywiązanym do niego mocno zużytym sznurem, którym pewnie posługiwał się Melichetti dla ułatwienia sobie zejścia. Uczepiłem się go i zacząłem zsuwać się urwistą ścieżką. Po paru metrach trafiłem na ziemny nasyp, pokryty łajnem. Ogrodzony był barierką z powiązanych między sobą gałęzi. Na skalnym występie wisiały ubrania, sznury i sierpy. Nieco dalej leżały na stosie drewniane kołki. Przywiązane do korzenia, który wstawał z ziemi, stały trzy kózki i jedna większa koza. Przyglądały mi się. Odezwałem się do nich: – Zamiast gapić się na mnie jak kretynki, powiedzcie mi, gdzie jest Filippo. Jakiś cień, czarny i bezgłośny runął na mnie z nieba i przeleciał tuż nade mną, aż osłoniłem głowę rękami. Sowa. Wzbiła się w górę, rozpłynęła w ciemności, a potem znowu opadła w stronę nasypu i zawróciła ku niebu. Dziwne, to przecież łagodne ptaki. Dlaczego mnie atakuje? Idę już, idę – wyszeptałem. Ścieżka biegła dalej i znowu ruszyłem w dół, trzymając się sznura. Musiałem posuwać się skulony i jak ślepiec macać rękami przeszkody, które wyrastały przede mną. Kiedy dotarłem na dno wąwozu, wpadłem w osłupienie. Krzaki ostrokrzewu, osty, Chróściny jagodne, mchy i skały pokryte były świetlistymi punkcikami, które migotały w ciemności niczym maleńkie latarenki. Świetliki. Chmury przerzedziły się i półksiężyc zalewał wąwóz żółtym światłem. Grały świerszcze. Pies Melichettiego przestał ujadać. Panował spokój. Przede mną rósł mały gaj oliwny, a z tyłu, w przeciwnym zboczu wąwozu, wśród skał otwierała się szczelina. Ze środka wydobywał się kwaśny odór łajna. Ledwie przekroczyłem wejście, usłyszałem ruch i beczenie. Dywan owiec. Zamknęli je w grocie metalową siatką. Stłoczone jak sardynki. Nie było tam miejsca dla Filippa. Wróciłem na drugą stronę, ale nie znalazłem dziur ani jam, gdzie można by ukryć chłopca. Kiedy rzucałem się z okna, nawet nie przyszło mi do głowy, że być może nie uda mi się go znaleźć. Wystarczy, że przebrnę przez ciemności i nie dam się pożreć świniom, a on tam będzie. Ale tak się nie stało. Ten wąwóz był bardzo długi, a Filippa mogli ukryć w drugim jego końcu. Byłem załamany. – Filippo, gdzie jesteś? – zawołałem. Ale bardzo cicho. Melichetti mógłby mnie usłyszeć. – Odpowiedz! Gdzie jesteś? Odpowiedz. Nic. Odpowiedziała mi tylko sowa. Krzyczała dziwnie, zdawało się, że mówi: To-moje, to-moje, to-moje. Możliwe, że to ta sama, która zaatakowała mnie wcześniej. […] Tej sowie odcięli dostęp do gniazda. A sowy robią gniazda w dziurach. Dziura!
[…]
Znalazłem go. Zbierało mi się na płacz. Otarłem oczy rękami. Mmmm! Wstałem. – Idę. Już idę. Widzisz? Przyszedłem, dotrzymałem obietnicy. Widzisz? Sznur. Znalazłem zwój obok sierpów. Przywiązałem go do korzenia, przy którym stały kozy, a drugi koniec zrzuciłem do jamy. – Jestem. Spuściłem się do środka. Serce pompowało tak silnie, że drżała mi pierś i ramiona. Ciemności przyprawiały mnie o zawrót głowy. Brakowało mi powietrza. Czułem się, jakbym był zanurzony w nafcie i było mi zimno. Nie zrobiłem nawet dwóch metrów, kiedy dotknąłem dna. Zawalone było kołkami, kawałkami drewna, stosami skrzynek na pomidory. Na czworakach, wyciągając ręce do przodu, macałem ciemność. Byłem nagi i trząsłem się z zimna.
[…]
Potem zrobiło się biało. Otworzyłem oczy. Bolała mnie noga. Nie ta co wcześniej. Druga. Ból był jak pnąca roślina. Jak kolczasty drut, który oplata się wokół wnętrzności. Siła, która porywa i unosi. Czerwień. Zerwana tama. Nic nie może powstrzymać fali, kiedy pęka tama. Zbliżał się jakiś hałas. Metaliczny hałas, który narastał i zagłuszał wszystko. Łomotało mi w uszach. Byłem mokry. Pomacałem nogę. Cały byłem wysmarowany czymś gęstym i ciepłym. Nie chcę umierać. Nie chcę. Otworzyłem oczy. Otaczał mnie wir słomy i świateł. Był tam helikopter. I był tato. Trzymał mnie w ramionach. Mówił do mnie, ale go nie słyszałem. Jego włosy lśniły, szarpane wiatrem. Światła oślepiały mnie. Z ciemności wyskakiwały czarne postacie i psy. Zbliżały się w naszą stronę. Panowie wzgórza. Tato, nadchodzą. Uciekaj. Uciekaj. Poprzez ten hałas serce waliło mi w piersi. Zwymiotowałem. Znowu otworzyłem oczy. Tato płakał. Głaskał mnie. Czerwonymi rękami. Jakaś ciemna postać podeszła do nas. Tato spojrzał na nią. Tato, musisz uciekać [to ty jesteś jednym z porywaczy – przyp. aut.]. Wśród hałasu tato powiedział: – Nie poznałem go. Pomóżcie mi, błagam, to mój syn. Jest ranny. Nie pozna… Znowu zapadła ciemność. I był tato. I byłem ja.
Niccolò Ammaniti, Nie boję się
Obyczajowo-psychologiczna powieść Niccolò Ammantitiego, włoskiego pisarza i reżysera, znowu przenosi nas do słonecznej Italii tym razem na południowe jej krańce w sam raz na koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w tamte aż dziw odległe już czasy, gdy popularne były we Włoszech porwania dla okupu. Nastoletni Michele Amitrano w czasie pospolitych zabaw z dziećmi ze swej wioski odkrywa, a zasadzie „spada” w dziurę czy też raczej w zagłębienie w ziemi, gdzie ukrywa się czy może jest więziony nikomu nie znany jego rówieśnik Filippo. W poczuciu swej bezradności i niezrozumienia w interesownym świecie próbuje ratować tak siebie jak i tego - co równie jak on - samego. Dojmująca co do końcowego wyrazu, ale i metaforyczna opowieść o nieśmiertelnych mechanizmach obronnych, które z wyobraźni ludzkiej czynią najpotężniejszą z potęg, opowieść co przestrzega przed upośledzoną postawą, w której dorosłymi potworami stają się duszny automatyzm i wyrachowana rutyna.