Blog

 

22.10.2022

Notatki komiwojażera

“Poznać pana po cholewach.”

[…]

Jestem komiwojażerem. Podróżuję jedenaście miesięcy w ciągu roku. Jadę zazwyczaj pociągiem, najczęściej trzecią klasą, i prawie zawsze odwiedzam żydowskie miasta i miasteczka. Bo po cóż bym jeździł tam, gdzie nie ma Żydów? Mój Boże! Ileż to dziwolągów spotyka się po drodze! Szkoda tylko, że nie jestem pisarzem. Chociaż, prawdę mówiąc, dlaczego nie mam prawa zwać się pisarzem? Kim jest pisarz? Każdy człowiek może zostać pisarzem. Tym bardziej pisarzem żydowskim. Język żydowski - też mi sztuka! Bierze się pióro do ręki i pisze. Ale, moim zdaniem, nie każdy powinien brać się do pisania. Trzeba się trzymać swojego zawodu. Fach jest fachem. Tak myślę. Jednakże człowiek próżnujący może znaleźć rozrywkę w pisaniu. Jako komiwojażerowi zdarzają mi się w drodze całe dnie, gdy nic nie robię. Siedzę i myślę. Ot, choćby tłuc łbem o ścianę! Przyszedł mi więc dobry pomysł do głowy. Kupiłem kajet i ołówek. Wszystko, co tylko po drodze słyszę lub widzę, notuję w moim kajecie. W ten sposób, jak widzicie, zapisałem sporo stronic. Starczy pewno do czytania na cały rok!

[…]

W największym tłoku - gdy Żydzi pchają się wchodząc i wychodząc, gdy w wagonie rozgorzeje walka o miejsca jak, nie przymierzając, w bóżnicy o rodały - zjawiają się zazwyczaj oboje: on i ona. On - czarny, tęgi, rozczochrany, z bielmem na oku, ona - ruda, szczupła, krościata. Oboje obdarci i szarzy, w łatanych butach. I oboje z jednakowym towarem: on z koszem i ona z koszem. W obu koszach plecione obwarzanki, jajka na twardo, woda sodowa i pomarańcze. Zdarza się niekiedy, że on ma w koszu papierowe tutki z czerwonymi wiśniami lub zielone, kwaśne jak ocet winogrona. Wówczas zjawia się ona z takimiż wiśniami lub kwaśnymi jak ocet winogronami. Oboje przychodzą jednocześnie, przepychają się przez drzwi wagonu. Oboje mówią jednakową gwarą, ale w sposób .nieco odmienny: on głosem słabym, bez “r”, miękko i rozwlekle, jakby nie miał języka, ona zaś sepleni, jakby w ustach miała kluski. Sądzicie może, że konkurują ze sobą obniżając ceny? Nic podobnego. Ceny mają jednakowe, a cała ich konkurencja polega na tym, że pragną wzbudzić jak najwięcej litości. Oboje błagają, aby zmiłować się nad ich pięciorgiem dzieci. (On ma pięcioro sierot - ona również.) Oboje patrzą wam natarczywie w oczy, podsuwają pod sam nos towar i mielą językiem tak długo, aż chcąc nie chcąc musicie coś kupić. Oszałamiają was po prostu tą paplaniną i prośbami.

[…]

Tak jest, drogi przyjacielu! Nigdy nie uda ci się zadowolić wszystkich. Nie próbuj też wszystkich godzić, bo ci to wyjdzie bokiem! Pewnego razu - było to w dżdżysty, jesienny dzień - niebo rozpłakało się, ziemia była naga i błotnista, a na stacjach tłoczyli się ludzie. Na każdym postoju tłumy pasażerów. Wszyscy biegną, popychają się, a Żydzi bardziej niż inni. Każdy chce pierwszy wejść do wagonu. Każdy obładowany walizami, paczkami, pościelą. Zgiełk, ścisk. A wśród największej ciżby - on i ona. Oboje z pełnymi koszami i pchają się jak zazwyczaj jednym wejściem. Nagle… Co się stało? Obydwa kosze leżą na ziemi. Obwarzanki, jajka, butelki z wodą sodową i pomarańcze poniewierają się w błocie. Krzyki, piski i jęki mieszają się ze śmiechem konduktorów i wrzawą podróżnych. Dzwonek, gwizd lokomotywy. Po chwili jedziemy… Niebywałe! Wiecie, kto to zaproponował? Ten właśnie, który przed chwilą wyśmiewał “żydowskie zarobki”. Pasażer w dziwacznej czapce na głowie. Jest to rodzaj kaszkietu z błyszczącym daszkiem. Nosi przy tym niebieskie okulary, zza których nie widać mu oczu. Uwydatnia się tylko nos mięsisty, gruby, podobny do bulwy.  Niedługo myśląc zdejmuje kaszkiet, wrzuca doń kilka srebrnych monet, podchodzi po kolei do każdego pasażera i grzmi basowym głosem: - Ofiarujcie, Żydzi, ile kto może! Ziarnko do ziarnka, zbierze się miarka. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby…  Ludzie sięgają do kieszeni, otwierają portmonetki. Dzwonią srebrne i miedziane monety. Wśród pasażerów znajdował się również kacap w wysokich butach, ze srebrnym łańcuchem na szyi. Przeżegnał się i wrzucił pieniądz. Jeden tylko pasażer odmówił i nie chciał dać ani grosza. Był to ten sam, co ujął się za “żydowskimi zarobkami”. Młody inteligent o tłustych policzkach, z żółtą, spiczastą bródką, w złotych binoklach. Jeden z tych, którzy mają zamożnych rodziców i bogatego teścia, sami opływają w dostatki, a jeżdżą trzecią klasą, gdyż żałują pieniędzy.  Młodzieńcze, wrzuć coś do czapki! - mówi doń pasażer w niebieskich okularach. Młody człowiek, inteligenta poczerwieniał z gniewu. Binokle spadły mu z nosa. Zerwał się z miejsca i podszedł do pasażera w niebieskich okularach. Jesteś pan nieuk, cham, grubianin, a do tego wstrętna świnia! Bogu dzięki! Bylebyś pan trzymał ręce z daleka… Tak odpowiedział mu ów z kartoflanym nosem i o grzmiącym głosie - tym razem, jakby na przekór, łagodnym tonem - i zbliżył się do płaczącej kobiety. Ciotuchno, starczy na dziś płaczu! Psujesz sobie tylko oczy. Podaj torbę, wsypiemy ci trochę grosiwa.

[…]

Wiecie, kiedy najlepiej podróżuje się koleją? Jesienią, mniej więcej w okresie Kuczek. Na dworze ani zimno, ani też gorąco. Patrzysz na rozpłakane niebo i otuloną mgłami ziemię. Krople deszczu dzwonią w okno, spływają po szybie jak łzy, a człowiek siedzi sobie niczym dziedzic w wagonie trzeciej klasy - w towarzystwie takich samych jak on magnatów - i widzi, że w dali wlecze się wózek i grzęźnie co chwila w błocie. Na wózku siedzi okryta workiem istota ludzka i skarży się na swój los wychudłej szkapinie. A ty dziękujesz Bogu, żeś znalazł się pod dachem, wśród ludzi… Co do mnie, najchętniej jeżdżę pociągiem jesienią w okresie świąt Kuczek. Najważniejsza rzecz - to znaleźć sobie miejsce. Skoro udało mi się zdobyć miejsce, i do tego z prawej strony przy oknie, czuję się jak król. Wyjmuję papierośnicę, palę papierosa za papierosem i rozglądam się dookoła. Chcę wiedzieć, kto ze mną jedzie i z kim można wdać się w pogawędkę, zamienić kilka słów o interesach. Mnóstwo pasażerów! Stoją ściśnięci jak śledzie w beczce. Brody, nosy, czapki, brzuchy… Lecz, sza! Oto siedzi wtulony w kąt jakiś dziwny człowiek, zgoła niepodobny do innych. Bystre mam oko! W największym ścisku zauważę niezwykłego człowieka.

[…]

Dokąd jedziecie?  Zrozumiałem z jego pytania, rozglądania się i nerwowego drapania pod czapką, że nie tyle chciałby wiedzieć, dokąd jadę, ile sam się wygadać, dokąd on jedzie. Pośpieszyłem mu więc z pomocą, kwitując pytanie pytaniem:  A wy dokąd?  Ja dokąd? Do Kodni. Mieszkam tam. To niedaleko. Trzecia stacja. Właściwie mamy stąd prawie tyle co trzy stacje. A stamtąd do Kodni trzeba jeszcze jechać wozem półtorej godziny. Tak się tylko mówi: półtorej godziny. Naprawdę trwa to dwie godziny, bite dwie godziny z okładem. Oczywiście, jeśli droga jest dobra i jedzie się wolantem. Zamówiłem wolant, i to telegraficznie. Czy dla własnej wygody? Bynajmniej. Jeśli chodzi o minie, zgodzę się chętnie na szóstego pasażera do zwyczajnej furmanki. Albo biorę parasol pod jedną, torbę pod drugą pachę i jazda, prosto do miasta, pieszo. Nie stać mnie na wolanty.

[…]

Nie jadę sam. Jadę z profesorem… Skąd do mnie profesor? To długa historia. Czy słyszał pan kiedyś o Kaszewarewce? Jest sobie takie miasteczko, nazywa się Kaszewarewka. Mieszka tam Żyd, bogacz, dorobkiewicz - może słyszeliście o nim? Nazywa się Borodenko, Icek Borodenko. Podoba się wam nazwisko? Wcale nie żydowskie nazwisko. Ale co z tego? Borodenko ma pieniądze, dużo pieniędzy. U nas, w Kodniach, szacują go na pół miliona. Co do mnie, sądzę nawet, że ma okrągły milion. Zresztą taki świntuch - z przeproszeniem mówiąc - może mieć i dwa… Wprawdzie widzę pana po raz pierwszy, ale domyślam się, żeś objechał kawał świata i widział więcej ode mnie. Powiedz mi pan prawdę: czy słyszałeś gdziekolwiek, aby niejaki Borodenko ofiarował pieniądze na cel dobroczynny, dla biednych? U nas, w Kodniach, nic nie wiadomo o tym. Nie chcę się wtrącać do spraw boskich lub grzebać w cudzej kieszeni. Toteż nie mówię o jałmużnie i dobrych uczynkach. Mam na myśli jedynie człowieczeństwo.

[…]

Było to tak: dowiedziano się u nas w Kodniach (u nas wiedzą o wszystkim), że córka bogacza z Kaszewarewki, Icka Borodenki, zachorowała - nie daj Boże! - ciężko. Na czym polega jej choroba? Co tam dużo gadać: miłość. Zakochała się w chrześcijaninie, ten ją odtrącił, więc zażyła trucizny - u nas wiedzą o wszystkim. Było to wczoraj. Zawezwano natychmiast profesora, wielkiego profesora. Dla bogacza to fraszka… Dowiedziawszy się o tym wpadłem na pomysł: ponieważ profesor długo tam nie zostanie - dziś, jutro wraca do domu - a przejeżdżać będzie musiał przez naszą stację, to jest przez Kodnie, może by wstąpił po drodze do nas, to jest do mnie? Mam chore dziecko. Nieszczęście, mówię panu! Co mu dolega? Sam nie wiem. Chyba coś w środku. Kaszleć nie kaszle, bólu wewnątrz nie odczuwa. Tylko co? Nie ma w sobie kropli krwi i słabe to jak mucha. Nie je. Nic nie je. Nic - to przesada. Czasem wypije szklankę mleka. I to zmuszać trzeba, prosić, płakać! A poza tym ani łyżki rosołu, ani kęsa chleba. O mięsie lepiej nie mówić - nie może patrzeć na nie! Tak jest od czasu krwotoku. Raz jeden miał krwotok, silny krwotok… Od tego dnia, dzięki Bogu, już nie. Ale jest osłabiony, ledwie zipie. Łatwo powiedzieć: osłabiony! Ma febrę, majaczy i gorączkuje jak po ospie już od Zielonych Świąt. Trzydzieści dziewięć i pięć kresek. Lub trzydzieści dziewięć bez pięciu kresek… Nie ma na to rady. Byłem z nim nieraz u doktora. Cóż wiedzą nasi doktorzy? Kazali mu dużo jeść i używać świeżego powietrza. Jakże to? Przecież on nie chce ani słyszeć o jedzeniu. A powietrze? Skąd powietrze? W Kodniach powietrze? Cha, cha! Miłe to miasto - Kodnie. Żydowskie miasteczko. Są u nas Żydzi. jest synagoga, bóżnica, rabin… Ale od dwóch rzeczy ustrzegł nas Stwórca: od zarobków i powietrza. Trudno, z zarobkiem dajemy sobie radę, jeden zarabia u drugiego. Ale powietrze? Kto chce zaczerpnąć powietrza, musi się udać do dworu. Tam, na folwarku, widzi pan, jest dość powietrza. Kiedyś, gdy Kodnie należały do polskiego dziedzica, nie wolno było nawet zajrzeć do dworu. Dziedzic nikogo nie wpuszczał - nie tyle dziedzic, ile dworskie psy. Ale od czasu gdy Kodnie przeszły w ręce żydowskie, usunięto psy i dwór zmienił się nie do poznania. Przyjemnie tam bywać. Nowi właściciele mówią po żydowsku jak ja z panem. Przyznają się do Żydów i lubią Żyda. Jeśli już o nich mowa, to muszę nadmienić, że nie należą oni do pobożnych Żydów. Nie kwapią się zbytnio z chodzeniem do synagogi, do łaźni ani nie zajrzą, nie przestrzegają przepisów sobotnich. Sami zarzynają kurczaki, no i golą brody. Zresztą w dzisiejszych czasach golenie bród - to nie żadna nowość. I u nas, w Kodniach, niejednemu młodzieńcowi ciąży już czapka na głowie… Kodnie nie mogą się uskarżać ma nowych właścicieli. Żydowscy dziedzice są dobroczyńcami miasteczka. W jesieni przysyłają ze sto worków kartofli dla ubogich. Zimą - słomę do palenia w piecu. Niedawno ofiarowali cegły na budowę bóżnicy. Trzeba przyznać: zachowują się przyzwoicie, po gospodarsku, jak się należy. Gdyby nie te kurczaki na maśle! I trefne mięso… Niech się panu wcale nie zdaje, że ja ich, broń Boże, obmawiam! Nie mam do nich żalu. Wprost przeciwnie. Kochają mnie jak rodzonego brata. Gdy na przykład zdarzy się, że trzeba coś załatwić w miasteczku, kupić nowy lulew na Nowy Rok lub macę na Pesach [święto żydowskie – przyp. aut.], półkoszki na Kuczki i inne podobne rzeczy - wtedy wzywa się reb Altera. Żona moja w sklepiku (moja żona ma sklepik) zarabia u nich nieźle, sprzedając sól, pieprz, zapałki itd. Tacy szlachetni są nasi dziedzice. A synowie ich, studenci, opiekują się moim synem. Latem, gdy zjadą się z Petersburga, uczą go, czego dusza zapragnie. Cały dzień spędzają z nim nad książkami. A trzeba panu wiedzieć, że dla niego książka to jak powietrze dla płuc. Droższa niż ojciec i matka. Zdaje się, niestety, że ta książka wpędzi go do grobu. Od książki zaczęło się to całe nieszczęście. Żona wmawia mi, że to raczej pobór poderwał jego zdrowie.

[…]

A więc, na czym utknęliśmy? Aha… Postanowiłem tedy udać się do Kaszewarewki, do bogacza Icka Borodenki. Oczywiście, nie puściłem się w drogę z pustymi rękoma. Wziąłem ze sobą list od naszego rabina. Piękny list, brzmiał on następująco: “Ponieważ Bóg Cię uszczęśliwił bogactwem i możesz zawezwać do swego domu profesora, a u naszego Altera na łożu śmiertelnym leży syn konający - mam nadzieję, że zatli się w sercu Twoim iskra litości, wejdziesz w położenie biednego człowieka i uprosisz profesora, ażeby w drodze powrotnej (wszak wraca przez Kodnie) zatrzymał się u nas pół godziny i zajrzał do chorego chłopca. […] Od jakiego rabina? Od rabina z Kodni - mówię. - Jestem z tamtych stron i specjalnie przyjechałem z Kodni do profesora, ażeby raczył - powiadam - tym samym pociągiem wstąpić na kwadrans do mnie. Dziecko mam, nie daj Boże, chore… Tymi oto słowy przemówiłem do bogacza. Nie przesadziłem nawet o włos. Na co liczyłem? Liczyłem na to, że pod wpływem nieszczęścia, jakie go spotkało, zmięknie jego serce i ulituje się nad biednym ojcem. Jaki był rezultat? Nie odrzekł ani słowa, zerknął tylko na draba z czerwoną gębą, jak gdyby chciał powiedzieć: “Może sprzątniesz z drogi tego Żydka?”… Profesor tymczasem usadowił się z walizą w karecie. Jeszcze chwila - i zniknie bez śladu! Co czynić? Zrozumiałem, że nic tu nie wskóram, i postanowiłem: co ma być, niech będzie, muszę ratować syna! Zebrałem wszystkie siły i buch! - pod konie… Czy przyjemnie mi było pod kopytami końskimi? Nie wiem. Nie pamiętam nawet, jak długo leżałem na bruku i czy w ogóle leżałem. Wiem tylko, że to nie trwało dłużej niż moje opowiadanie. […] Prosi, abym mu wszystko opowiedział i nie drżał przed nim. Bogacz sterczał przy drzwiach i zerkał na mnie zezem, a ja mówiłem. Oprócz żydowskiego nie znam dobrze innego języka, ale wtedy jakiś duch wstąpił we mnie - i mówiłem! Opowiedziałem mu wszystko, co miałem na sercu. Powiadam: tak i tak. Słuchaj, profesorze, może ci sądzone, że masz mi dziecko uzdrowić - mojego jedynaka, który z sześciorga pozostał przy życiu… A jeśli chodzi o zapłatę, to mam w majątku całą dwudziestorublówkę… Nie moją, broń Boże, bo skąd do mnie pieniądze? To są pieniądze mojej żony na zakup towaru do sklepiku. Zabrałem je. Do licha - powiadam - z całym sklepikiem, byleby dziecko ratować…

[…]

Bądź pan zdrów! Życzę szczęśliwej drogi… A nie wygadaj się pan czasem, z kim jadę. Nie chcę, aby się dowiedzieli, że jadę z profesorem. Będzie zbiegowisko!… To wszystko szepnął mi na ucho, uścisnął rękę - i znikł. Dopiero w parę minut potem, gdy pociąg ruszył z miejsca, ujrzałem przez okno trzęsący się wehikuł zaprzężony w parę starych szkap. W wehikule siedział staruszek - maleńki, siwiutki, ze złotymi okularami i wesołą, różową twarzą. Naprzeciw niego, wciśnięty w kąt, mój sąsiad wpatrzony w twarz profesora. Przymilał się do staruszka, twarz jego jaśniała, a oczy jak gdyby chciały wyskoczyć z orbit. Żałowałem, że nie jestem fotografem i nie mam aparatu. Chciałoby się utrwalić na kliszy tego Żyda. Niechby cały świat się dowiedział, jak wygląda szczęśliwy człowiek - najszczęśliwszy człowiek w Kodniach.

[…]

Było nas ogółem kilkudziesięciu Żydów i siedzieliśmy w wagonie trzeciej klasy. Ściśle biorąc siedzieli tylko ci, którzy zawczasu zdobyli sobie miejsca. Inni stali, oparci o ścianki przedziałów, niemniej jednak - na równi z siedzącymi - brali udział w rozmowie. A rozmowa była wielce ożywiona. Wszyscy, jak zwykle, mówili jednocześnie. Działo się to z rana. Kompania się wyspała, pomodliła, zakąsiła coś niecoś i paląc papierosy zdradzała ochotę do pogawędki. O czym? O czym tylko chcecie. Każdy starał się opowiedzieć coś nowego, coś, czego by słuchano ze szczególnym zainteresowaniem. Nikomu jednak nie udało się skupić ogólnej uwagi na jednym temacie. Co chwila zmieniano przedmiot rozmowy. Przed chwilą mówiono o urodzaju, o pszenicy i owsie, aż tu wyskakuje nowy temat: wojna. Po pięciu minutach zapomniano o wojnie, rozmówcy wspominają rewolucję. Od rewolucji już tylko niewielki skok do konstytucji, a stąd do prześladowań, pogromów, hec antyżydowskich, wysiedleń ze wsi i emigracji do Ameryki…

[…]

Posłuchajcie uważnie, moi mili, tego, co wam opowiem. Nie jest to bowiem jakieś łgarstwo napisane w książce lub z palca wyssana bajka. Historia ta zdarzyła się u nas, właśnie w Kamińsku. Mój ojciec nieboszczyk sam mi powiadał, że nieraz słyszał ją z ust swego ojca nieboszczyka. Ponadto cała ta historia była opisana w starej księdze, która już dawno spłonęła. Podobno były w niej opowiadania o wiele piękniejsze od tych, które się drukuje w dzisiejszych książkach i gazetach. Krótko mówiąc - działo się to za panowania Mikołaja, w czasach ucisku. Dlaczego się śmiejecie? Czy wiecie, co to znaczy ucisk? To znaczy, że ludzi bito, męczono - a już najbardziej kalistrojem. Co to takiego ten “kalistroj”? Nie wiecie, więc wam objaśnię. Wyobraźcie sobie dwa szeregi żołnierzy trzymających w ręku żelazne szpicruty, a wy przechodzicie między nimi raz, drugi i trzeci - odziani, z przeproszeniem, jak was matka na świat wydała - i robią z wami to, co nauczyciel w chederze, gdy nie chcieliście się uczyć… Pojęliście zatem, co znaczy “kalistroj”? Teraz słuchajcie dalej.  Razu pewnego nadszedł rozkaz od gubernatora - Wasilczykow był wtedy gubernatorem - by poddać plagom Żyda imieniem Kiwka. Kim był ów Kiwka i co takiego przeskrobał, trudno powiedzieć. Wiem tylko tyle, że posiadał szynk. Człek niepozorny i do tego podeszły w latach kawaler. Licho go skusiło, że pewnej niedzieli wdał się z chłopami w pogawędkę na temat Pana Boga. Nasz Bóg, wasz Bóg - od słowa do słowa, doszło do kłótni. Zjawił się urzędnik, policja, spisali protokół. Weźże, głupcze, wiadro wódki, poczęstuj urzędnika, a z protokołu będą nici. Ale Kiwka był uparty. Powiedział: “Nie! Słowa swego nie cofnę!” Myślał, że gdy sprawa oprze się o sąd, wlepią mu trzy ruble grzywny i koniec. Kto by się spodziewał, że za niemądre słowo skażą człowieka na plagi!  Jednym słowem, schwytano Żyda i wpakowano do więzienia, gdzie miał czekać na owe dwadzieścia pięć żelaznych rózeg, wymierzonych z całą paradą, jak Bóg przykazał. Zrozumiecie sami, co działo się z tego powodu u nas w Kamińsku. A kiedy to się zdarzyło? Akurat w nocy i właśnie w noc sobotnią. A gdy w sobotę rano zeszli się Żydzi w bóżnicy, już krążyła z ust do ust wiadomość o tym, że Kiwkę aresztowano.

[…]

Teraz dowiecie się, jak postępuje mądry Żyd. Mam na myśli mego dziadka, niech imię jego będzie błogosławione! Po długim namyśle powziął decyzję. Chodziło właściwie o drobnostkę. Umówił się z władzą, że ten skazaniec na chwilkę umrze w więzieniu. I cóż to komu zaszkodzi? Dlaczego spoglądacie na mnie ze zdziwieniem? Nie rozumiecie? Czy też obawiacie się, że go tam, broń Boże, otrują? Nie bójcie się! U nas nie truje się ludzi. Cóż się tedy stało? Załatwiono sprawę o wiele sprytniej. Stanęła umowa z władzą, że skazany położy się spać zdrów jak ryba, a z rana obudzi się martwy. Miarkujecie? Czy trzeba wam to łopatą kłaść do głowy? I tak się też stało. Pewnego dnia z samego rama przychodzi do mego dziadka dozorca więzienny z papierkiem: “Ubiegłej nocy zmarł w więzieniu Żyd Kiwka.” A że dziadek mój jest przewodniczącym bractwa pogrzebowego “Ostatnia Posługa”, powinien zająć się obrządkiem pogrzebania zmarłego. Jak wam się podoba taka robota? Przyjemny obowiązek, co? Ale poczekajcie, na tym jeszcze nie koniec. Łatwiej to powiedzieć niż wykonać. Zrozumcie, że nie był to pogrzeb zwyczajnego Żyda. W sprawę byli wmieszani żołnierze… gubernator… chłosta… Bagatela! Przede wszystkim trzeba było pilnować, aby trupa nie zawieźli do prosektorium. W tym celu należało uzyskać dokument od lekarza więziennego, że oglądał zwłoki i stwierdził śmierć naturalną od udaru sercowego. Na tymże papierze znalazły się również inne niezbędne podpisy - i koniec. Nie ma Kiwki. Kiwka umarł. Domyślacie się chyba, ile pieniędzy pochłonęła ta sprawa. Życzę każdemu z was takiego zarobku miesięcznego. Może sądzicie, że przesadzam? W takim razie przyjmijcie mnie na wspólnika…

I kto to wszystko wykonał? Mój dziadek nieboszczyk. Człowiek poważny i odpowiedzialny, załatwił sprawę krótko, szybko i gładko. Tegoż wieczora udali się wysłańcy “Ostatniej Posługi” z noszami do więzienia i zabrali rzekomego trupa. Odprowadzono go z całą paradą na miejsce wiecznego spoczynku. Na przedzie szli żołnierze, a za nimi bez mała całe miasto. Kiwka na pewno nigdy nie marzył o takim pogrzebie. Kiedy kondukt doszedł do cmentarza, żołnierzy sowicie poczęstowano wódką, “zmarłego” zaś wniesiono na podwórze domu przedpogrzebowego. Tutaj stał już wóz zaprzężony w cztery ogniste rumaki. Zanim zdołał się kto obejrzeć, już nasz nieboszczyk, moi mili, gnał ku rogatkom… Przebył szczęśliwie drogę do Radziwiłłowa i stamtąd wio! - przez granicę do Brodów.

[…]

Podróż koleją nie jest bynajmniej tak nudna, jak to się niektórym, wydaje. Wszystko zależy od towarzystwa. Czasami natkniecie się na kupca, który zna się na interesach. Wtedy godziny mkną niepostrzeżenie. Innym razem sąsiadem waszym jest nie kupiec, ale zwykły sobie człowiek, za to mądry, doświadczony, obyty w świecie. Z takim podróżować to prawdziwa przyjemność. Można się czegoś nauczyć, usłyszeć coś nowego. Czasem znów waszym towarzyszem jest człowiek ruchliwy, wesoły i rozmowny. Mówi tedy, mówi bez końca. Usta mu się nie zamykają. Opowiada o sobie i znowuż o sobie…Z takim to pasażerem wypadło mi kiedyś jechać spory szmat drogi. Nasza znajomość zaczęła się tak, jak zaczynają się wszystkie znajomości w wagonie. Pada niewinne pytanie: “Czy nie wie pan, jaka to stacja?” albo: “Która godzina?”, lub: “Czy mogę prosić o ogień?” Zaprzyjaźniliśmy się bardzo prędko, jak gdyby nasza znajomość ciągnęła się od lat. Na pierwszej stacji, na której pociąg zatrzymał się kilka minut, ujął mnie mój znajomy pod ramię, zaprowadził do bufetu i nie pytając nawet, czy piję, zamówił dwa kieliszki koniaku. Potem mrugnął na mnie, żebym sięgnął po widelec. Gdyśmy spożyli przekąskę, kazał podać dwa kufle piwa, zapalił papierosa - od tej chwili przyjaźń nasza stała się serdeczniejsza. Muszę powiedzieć panu otwarcie, bez komplementów - rzekł mój nowy przyjaciel siedząc już w wagonie - spodobał mi się pan od pierwszego wejrzenia, od chwili gdy pana poznałem. Kiedy spojrzałem po raz pierwszy na pana, pomyślałem sobie w duchu: oto jest człowiek, z którym warto pomówić, albowiem nie lubię, gdy kto siedzi jak ta kukła i milczy.

[…]

A ja lubię pogadać z żywym człowiekiem. Dlatego właśnie kupiłem bilet trzeciej klasy, aby móc pogawędzić. Jeżdżę zwykle drugą klasą - a jak pan sądzi, czy mogę sobie pozwolić na pierwszą? Owszem, mogę również. Może myśli pan, że to przechwałki? Proszę zobaczyć… Wyciągnął z zanadrza portfel wypchany banknotami, uderzył nim po dłoni i schował do kieszeni. - Nie bój się pan, to nie wszystko! Patrzałem na niezwykłego pasażera i nie mogłem żadną miarą odgadnąć, ile też ma lat. Można było przypuszczać, że czterdzieści, a może dwadzieścia kilka. Ani śladu brody lub wąsów. Małe, roześmiane oczy. A sam był malutki, okrągły, ruchliwy, ubrany od stóp do głów modnie i elegancko - tak, jak ja to lubię. Biała koszula ze złotymi spinkami, piękny krawat z brylantową szpilką, granatowy garnitur z prawdziwego angielskiego szewiotu. Na nogach lakierki. Na palcu złoty pierścień z mieniącym się w słońcu brylantem. (Jeżeli jest prawdziwy, oceniam go na ładne kilkaset rubli!) Ubierać się wytwornie - powinno być ambicją każdego człowieka. Sam ładnie się ubieram i lubię eleganckich ludzi. Często wnioskuję z ubrania, kto jest chamem, a kto nie. Są wprawdzie ludzie, którzy twierdzą, że strój nie świadczy o człowieku. Można być eleganckim, a prostakiem z natury. Nie zgadzam się z nimi i rozumuję następująco: dlaczego każdy dąży do tego, żeby się ładnie ubrać? Dlaczego jeden nosi taki garnitur, a inny znów ubiera się inaczej? Dlaczego jeden kupuje sobie frak dyplomatyczny, drugi jedwabną kapotę, trzeci szary garnitur, czwarty szuka surduta, a piąty czerwonego munduru z białymi galonami?

[…]

Wysłano nas do roboty… Czy chce pan wiedzieć, jaka to była robota? Lepiej nie pytać. Nasi przodkowie w niewoli egipskiej nie pracowali tak ciężko jak my, a te męki, o których opowiada Hagada, nie są nawet cząstką tych, jakie przypadły nam w udziale. Nasi pradziadowie budowali z cegieł i wapna piramidy i posągi. Wielkie mi rzeczy! Ciekaw jestem, co by uczynili, gdyby im. kazano gołymi rękami orać stepy porośnięte kłującą trawą - do spółki z ogromnymi wołami, których jedno poruszenie może zabić człowieka. A dzikie konie, za którymi trzeba pędzić z arkanem, i to setki wiorst? Moskity po nocach tną ciało, a żywisz się sucharami twardymi jak kamienie, robakami i spleśniałą wodą… Pewnego razu przejrzałem się w stawie i - czy uwierzy pan? - przestraszyłem się swego odbicia. Oczy spuchnięte. Ręce podrapane. Nogi we krwi. Obrośnięty jak niedźwiedź. Czy to ty? Moteł z Sonmaków? - spytałem samego siebie i wybuchnąłem płaczem. Tegoż dnia porzuciłem na wieki ogromne woły, dzikie komie i wodę pełną robaków. Puściłem się piechotą do Buenos-Aires. Ale zdaje mi się, że na tej stacji powinien być bufet. Czy nie uważa pan, że pora już coś niecoś przekąsić i nabrać sił do dalszego opowiadania? Po sutym posiłku napiliśmy się piwa, zapaliliśmy cygara - dobre, wonne, prawdziwe cygara z Buenos-Aires - i wsiedliśmy z powrotem do wagonu, gdzie mój nowy znajomy ciągnął dalej: Buenos-Aires to miasto stworzone przez grzechy ludzkie. Czy był pan kiedy w Ameryce? W Nowym Jorku? Nigdy? A w Londynie? Też nie? W Madrycie? W Konstantynopolu? W Paryżu? I tam nie? Wobec tego nie mogę opisać panu, co to jest Buenos-Aires… Mogę tylko tyle o nim powiedzieć, że jest ono jak niebo i piekło. To znaczy, dla jednych jest niebem, dla drugich piekłem. Nie trzeba tylko przegapić odpowiedniej chwili, a wtedy fortuna sama ci się kładzie pod stopy. Pieniądze leżą tam ma ulicy. Chodzisz po nich i depczesz. Trzeba się tylko schylić i czerpać pełną garścią. Ale strzeż się, żeby cię nie zdeptano!  Rzecz najważniejsza: iść naprzód i nie oglądać się poza siebie. Nie namyślać się! Nie rozważać: to wypada, a tamto nie. Wszystko jest dobre. Być kelnerem w restauracji? Owszem. Chłopcem na posyłki? I to dobre. Można myć butelki w browarze, można pchać wózek, sprzedawać gazety, wykrzykiwać nowiny, kąpać psy, hodować koty, łapać myszy i ściągać z nich skórę. Wszystko jest dobre. Tam, wypada być wszystkim. I ja byłem wszystkim. A wszędzie dostrzegałem tylko jedno: nie warto pracować dla innych! Dobrze jest, gdy człowiek pracuje dla siebie. Cóż począć? Taki to już porządek na tym bożym świecie, że jeden w pocie czoła warzy piwo, aby drugi je wypił, inny znów pracuje i zwija cygara, żebym ja mógł je palić.

[…]

Nie będę się wcale przechwalał, jeżeli powiem, że u mnie słowo honoru jest święte jak u samego rabina. Nie jestem złodziejem ani bandytą, ani oszustem - proszę mi wierzyć. Daj nam, Boże, taki rok, jaki uczciwy ze mnie kupiec. Handluję rzetelnie i nie chcę nikogo okpić. Sprzedaję to, co mam. Nie sprzedaję kota w worku. Chce pan wiedzieć, kim ja jestem? Jestem właściwie dostawcą. Dostarczam światu towar, o którym się nie mówi… Dlaczego? Bo świat jest zbyt mądry, a ludzie zbyt delikatni. Nie lubią, gdy się rzeczy nazywa po imieniu. Wolą, gdy ktoś na czarne powie, że to białe, a białe nazwie czarnym. Nie ma na to rady…  Spojrzałem na mego rozmówcę z Buenos-Aires i pomyślałem: “Mój Boże! Kim jest ten człowiek? Jakim towarem handluje? I cóż to za dziwne przykłady: czarne nazywać białym, a białe - czarnym?” Miałem ochotę przerwać mu pytaniem: powiedz, bracie, jakie dostawy masz na myśli? Ale jakoś nie wypadało. Niechaj mówi dalej! Krótko i węzłowato: mój dzisiejszy interes nie mieści się w Buenos-Aires, jest on rozgałęziony po całym świecie - w Paryżu, w Berlinie, w Budapeszcie, w Bostonie, a tylko biuro główne znajduje się w Buenos-Aires. Żałuję, że nie mogę go panu pokazać. Oprowadziłbym pana po pokojach, zapoznałbym z moimi podwładnymi. U mnie pracownicy żyją niby Rotszyldowie. Osiem godzin pracy dziennie i ani minuty więcej! U mnie człowiek traktowany jest po ludzku… A wie pan dlaczego? Dlatego że sam byłem kiedyś pracownikiem. I pracowałem właśnie u moich dzisiejszych wspólników, bo interes należy do nas trzech. Dawniej było ich dwóch, a ja miałem u nich posadę. Wkrótce zostałem ich prawą ręką i cały interes spoczywał na moich barkach: zakupywałem towar i sprzedawałem go, oceniałem i sortowałem. Mam bystre oko. Spojrzę na towar, a już wiem, ile wart i dokąd należy go wysłać. Ale to mało: w naszej branży potrzebny jest również węch. Trzeba wywęszyć na odległość całych mil, gdzie towar się ukrywa. Trzeba wyczuć, gdzie można dobrze zarobić, a gdzie połamać ręce i nogi - wpaść tak głęboko w błoto, że się z niego prędko nie wydobędziesz. Zbyt wielu “opiekunów” czuwa nad naszym interesem… Zbyt wiele oczu kieruje się w naszą stronę, a my specjalnie lękamy się uroków. Jeden fałszywy krok, a nie oczyścisz się w dziesięciu wodach. Najmniejsza drobnostka - natychmiast podnosi się krzyk, hałas, artykuły w gazetach. A gazetom więcej nie trzeba. Przecież czekają tylko na taką gratkę. Z miejsca trąbią na alarm, wrzeszczą, stawiają na nogi policję… Chociaż wyznam panu szczerze, iż policję całego świata… cha, cha, cha… mamy w kieszeni. Gdybym wymienił sumę, jaką nas rocznie kosztuje sama policja, strach by pana opadł! To więcej niż dziesięć, niż piętnaście, niż dwadzieścia tysięcy!

[…]

Mnie jednak nie pozwalała rozkoszować się napojem uparta myśl: Czym handluje ten człowiek z Buenos-Aires? Dlaczego tak szasta tysiącami? I jakim to cudem ma w swej kieszeni policję całego świata? Po co, u licha, są mu potrzebni agenci i szpiedzy? Czy nie chodzi tu o kontrabandę? A może sprzedaje fałszywe brylanty, kupuje kradziony towar? Albo może to zwykły blagier, fanfaron, samochwał, jeden z tych, którym cuda rodzą się na języku… My, komiwojażerowie, nazywamy takiego pasażera “hurtownikiem”, że niby wszystko robi “hurtem”, a w gruncie rzeczy nie jest zdatny do niczego… Zapaliliśmy cygara; wracamy na swoje miejsca, a człowiek z Buenos-Aires opowiada dalej:  O kim mówiliśmy? Aha, o moich wspólnikach. Dawniej byli moimi pryncypałami. Nawet nieźli chlebodawcy. Jakże mogli być złymi w stosunku do człowieka, który służył im wiernie jak pies? Cent stanowiący ich własność był dla mnie droższy niż mój własny. Dzięki nim miałem wielu krwawych wrogów! Zdarzyło się, że z powodu mej wierności chciano mnie otruć. Słowem, służyłem im uczciwie, jak się należy…  Ale człowiek jest tylko człowiekiem. Dziś żyje, a jutro?… Nie bardzo mi się uśmiechała wieczna służba u kogoś. Czyż nie mam swoich rąk, nóg i języka? Zresztą wiedziałem, że beze mnie długo się nie obejdą… Po prostu nie mogą - są bowiem tajemnice, sekrety nad sekretami, jak to zwykle w handlu…

[…]

Jak się panu zdaje, po co ja właściwie jadę do Sonmaków? Trochę tęskno mi za miastem rodzinnym, chcę odwiedzić groby najbliższych: ojca, matki, siostry i braci, całej rodziny. Lecz przede wszystkim chcę się ożenić. Jak długo można być kawalerem? A żenić się chcę tylko z dziewczyną z Sonmaków. Z mojego miasta. Z mojej rodziny. Pisałem już o tym do przyjaciół w Sonmakach, żeby się obejrzeli za kimś odpowiednim… Odpisali mi, abym przyjechał, a na pewno znajdzie się nie jedna.  Mam na tym punkcie bzika. Proponowali mi w Buenos-Aires - czy uwierzy pan? - najpiękniejszą dziewczynę. Mógłbym urządzić sobie życie niczym sułtan turecki… Ale powiedziałem sobie: “Nie!” Ożenię się w Sonmakach. Chcę mieć za żonę porządną dziewczynę. Córkę Izraela. Niechaj będzie najbiedniejsza - obsypię ją złotem. Rodziców jej otoczę dostatkiem, całą rodzinę uszczęśliwię.  Zabiorę ją do Buenos-Aires. Kupię jej pałac - niech mieszka tam jak księżniczka. W szczęściu upłyną jej lata jak żadnej kobiecie. Pozwolę jej się zajmować jedynie gospodarstwem. Spokojne jej życie poświęcone będzie dzieciom i mężowi. Dzieci będę kształcił. Jednego na lekarza, drugiego na inżyniera, trzeciego na prawnika. Córki wyślę do pensjonatu żydowskiego - do Frankfurtu…

[…]

Czym pan handluje? Człowiek z Buenos-Aires: Czym handluję? Cha, cha, cha! W każdym bądź razie nie rajskimi jabłkami, mój przyjacielu… Wysiadłem już z pociągu, a wciąż jeszcze stał mi przed oczami człowiek z Buenos-Aires, o gładko wygolonych policzkach, z wonnym cygarem w ustach. W uszach wciąż brzmiał mi jego śmiech: “W każdym bądź razie nierajskimi jabłkami, mój przyjacielu…”.

[…]

Wracamy stamtąd. Ja i moja żona. Oto ona: leży na podłodze i śpi. Biedaczka, wylała łzy za wszystkich Żydów. Nie można jej było oderwać od cmentarza. Jak dopadła grobu, tak na nim dzień i noc przeleżała. Perswadowałem: “Dosyć, dosyć tych lamentów, twoje łzy jej nie ożywią.” Nie usłuchała mnie. I rzeczywiście - czy mogła usłuchać? Takie nieszczęście! Dziewczyna. Oczko w głowie. I jaka udana! Piękna jak anioł. I mądra. Wykształcona. Ukończyła szkołę… Dwa lata minęły już od jej śmierci. Może sądzicie, że to były suchoty? Broń Boże! Zdrowa jak orzech. Sama, sama odebrała sobie życie…

[…]

Jak dostał się do mojego domu ten robak? Przez córkę naszego sąsiada. Był on właściwie jej przyrodnim bratem. Studiował na uniwersytecie, uczył się na aptekarza, prawnika czy też na dentystę, licho go wie… Wiem tylko tyle, że dla mnie był aniołem śmierci! Ten kawaler w złotych okularach od razu nie przypadł mi do gustu. Powiedziałem to mojej żonie. A ona do mnie: “Przywidziało ci się!” Przyglądałem się i przysłuchiwałem - nie podobało mi się to wspólne czytanie i te rozmowy. Te rozpalone policzki, ten zapał… Pewnego dnia rzekłem do mojej córki: “Córeczko, o czym to tak gorąco rozprawiacie?” “To nic - rzekła. - Mówimy o pewnej książce.” Pytam się: “Jaka to książka?” A ona: “Choć ci nawet powiem, to i tak nie będziesz wiedział.” A ja na to: “Dlaczegoż bym nie miał wiedzieć?” Roześmiała się i powiada: “To nie to, co masz na myśli. To jest Sanin, powieść Arcybaszewa.” Więc ja na to: “Arce Baszes to był mełamed, ale dawno umarł.” A ona w śmiech. Pomyślałem sobie: “Śmiejesz się, a mnie krew stygnie w żyłach!” O czym myślałem? Różnie… Kto wie? Może znów zaczynają się dawne historie? Nie zastanawiając się długo, postanowiłem przeczytać tę książkę.

[…]

“O co chodzi?” “Powiedz mi - strofuję go. - Skąd wydostałeś takie bzdury?” A on zwraca ku mnie swe binokle: “Jakie bzdury?” “No, tego Arce Baszesa z tym pijakiem, który się nazywa Sanin…” “Sanin - odpowiada - nie jest pijakiem.” “A kim jest twoim zdaniem?” “Sanin to bohater…” “Czy dlatego - mówię - jest bohaterem, że żłopie wódkę, zagryza ogórkiem i rży jak koń?” Zacietrzewił się student, zdjął binokle i patrzy na mnie kaprawymi oczyma. “Słyszeliście - powiada - że dzwonią, ale nie wiecie gdzie… Sanin - to syn przyrody, człowiek wolny. Sanin mówi to, co myśli, i czyni to, co uznaje za stosowne…”  I dalej gada w tym tonie, co mu ślina na język przyniesie: wolność i miłość, i znów wolność, i jeszcze raz miłość… A mówiąc wypina swą ptasią pierś, gestykuluje i unosi arię jak kaznodzieja w synagodze. A ja wciąż stoję, patrzę na niego i myślę sobie: “Mój Boże, ten zdechlak mówi o takich rzeczach! Gdyby go tak wziąć za kark i wyrzucić za drzwi, żeby zęby pozbierał…” Lecz zastanowiłem się: co tam takie chuchro, taki idiota, niech sobie gada! Czy lepiej by było, gdyby mówił o bombach? Człowiek nie jest prorokiem. Któż zdołał przewidzieć, że istnieje coś gorszego od bomb - że przez takie bzdury stracę moje dziecko, skarb najdroższy, jedynaczkę, oczko w głowie… I że żona moja będzie bliska utraty zmysłów, a ja ze wstydu i rozpaczy będę musiał porzucić interesy i przenieść się do innego miasteczka?…

[…]

Cudem w Hoszano Rabo nazwano katastrofę kolejową, która wydarzyła się akurat w to święto. A trzeba wam wiedzieć, że miała ona miejsce u nas, w Hajsynie. Właściwie nie w samym Hajsynie, ale o parę stacji dalej, w Sobolewie. Tymi słowy rozpoczął kupiec z Hajsyna swe opowiadanie o katastrofie, jaka zdarzyła się na kolei wąskotorowej, zwanej “Próżniakiem”. Opowiedział mi tę historię właśnie wtedy, gdyśmy jechali “Próżniakiem”, któremu nigdy się nie śpieszy. Byliśmy jedynymi pasażerami w wagonie. Mój towarzysz położył się wygodnie na ławie, jak u ojca w winnicy, klepał się po brzuchu i rozkoszował własnym opowiadaniem.

[…]

A trzeba panu wiedzieć, że w naszych okolicach istnieje zwyczaj wychodzenia na spotkanie pociągu. Coś gna człowieka na dworzec - może się tam kogoś zobaczy? Kogo? Żyda z Tepliki czy Żydówkę z Oborówki? Czy też popa z Chołoniewa? Takie bywają żydowskie rozrywki. Cóż to komu szkodzi? A w owych czasach kolej była jeszcze nowością - “Próżniak” dopiero co został uruchomiony. I było na co patrzeć! Dość, że owego dnia, z samego rana w Hoszano Rabo, tak jak panu opowiadam, w nastroju na półświątecznym i na półpowszednim stał sobolewski obywatel z laską w ręku i patrzał. No, i cóż z tego? Na pozór rzecz prosta: Żyd sobolewski stoi i patrzy na odczepioną lokomotywę. Kogo to może obchodzić? Niech sobie patrzy na zdrowie! Lecz nie. Przypadek zrządził, że wśród pasażerów na peronie znajdował się pop, i - proszę sobie wyobrazić - właśnie pop z Chołoniewa, z miasteczka, które leży niedaleko od Hajsyna.

[…]

Członkowie brygady wraz z żandarmem i naczelnikiem stacji wrócili z nosami na kwintę i nie pozostało im nic innego, jak spisać protokół i nadać depeszę wzdłuż linii: “Lokomotywa ruszyła sama. Przedsięwziąć środki ostrożności. Telegrafować.” Łatwo sobie wyobrazić, jaką panikę rozpętała ta depesza na całej linii. Przede wszystkim nie rozumiano jej treści. Co to ma znaczyć: “Lokomotywa ruszyła sama”? Czy słyszał kto o czymś podobnym? A następnie: “Przedsięwziąć środki ostrożności.” Jakie środki mogą zapobiec nieszczęściu? Trzeba o to spytać. I zaczęto wysyłać depesze ze stacji do stacji. Telegraf pracował niezmordowanie. Wiadomość ta wkrótce dotarła do wszystkich miast i miasteczek leżących na linii i powstało, proszę was, straszliwe zamieszanie - istna wieża Babel. U nas w miasteczku opowiadano nawet o licznych ofiarach… I za cóż to ludzi spotkała taka kara boska? Akurat w Hoszano Rabo, po wysłaniu “kwitków”? Widocznie Bóg tak chciał…

[…]

Wtedy zakotłowało się na dobre. Jak to? Żyd z popem w lokomotywie? Dlaczego razem? I kim może być ów Żyd? Gadu - Gadu i wkrótce stało się wiadome, że ów Żyd był z Sobolewa. Skąd ta pewność? Sobolewscy Żydzi przysięgali, że widzieli na własne oczy Essigmachera rozmawiającego z popem tuż obok odczepionego parowozu.  Jak to? Co ma wspólnego fabrykant octu z popem i po co stał przy lokomotywie? Opowiadano sobie o tym na lewo i na prawo, aż wieść dotarła do Sobolewa. Chociaż miasteczko nie leżało zbyt daleko od stacji, to jednak, zanim cała ta historia przedostała się do Sobolewa, treść jej zmieniła się nie do poznania. Każdy z osobna dodawał coś swojego… Więc gdy dotarła do domu Berka, nabrała tak strasznej treści, że biedna żona Berka zemdlała dziesięć razy z rzędu i trzeba było wezwać lekarza.  Toteż wysypał się na stację tłum Żydów z Sobolewa, niczym gwiazdy na niebie, i powstał taki zgiełk, że sam naczelnik stacji musiał wydać rozkaz żandarmowi, aby oczyścił peron z sobolewskich Żydów. Jeśli tak, to możemy śmiało opuścić stację i wrócić do naszego Żyda i popa - to znaczy na pędzący parowóz. Łatwo powiedzieć: zobaczymy, co się dzieje na parowozie… Któż może wiedzieć, co tam się dzieje? Musimy zatem wierzyć na słowo sobolewskiemu fabrykantowi octu. Opowiada on takie rzeczy, że gdyby połowa z nich okazała się prawdziwą, to by człowiekowi włosy stanęły dęba ze strachu.

[…]

Po pierwsze, życie psa jest również życiem boskiego stworzenia, nad którym trzeba się litować. Według naszego Zakonu nie wolno nawet psu wyrządzić krzywdy. Po drugie, dlaczego twoje życie ma być Panu Bogu milsze od życia innego człowieka? Czyż nie pochodzimy wszyscy od jednego przodka, Adama? I czy nie wracamy wszyscy do jednego miejsca - do ziemi? A poza tym - dodał Berek - jaka zachodzi różnica między mną a tobą? Ja robię wszystko, żeby zatrzymać lokomotywę dla naszego wspólnego dobra, a ty jesteś tak rozjątrzony, że chcesz mnie wyrzucić z lokomotywy - to znaczy, chcesz zabić człowieka!

[…]

Więcej nie usłyszał Berek ani słowa, bowiem pop zakasał poły swej sutanny i puścił się na piechotę do domu, do Chołoniewa. A Berek poszedł prosto do nas, do miasteczka. Odmówił świąteczne modlitwy, a potem zasiadł w gronie przyjaciół do wieczerzy i opowiadał o swojej przygodzie, dodając za każdym razem nowe szczegóły… Następnie wszyscy po kolei zapraszali go do siebie w gości, albowiem każdy chciał z jego ust usłyszeć o cudzie w Hoszano Rabo. Możecie sobie wyobrazić, jakie radosne były w tym roku święta!

[…]

Głupcy! Jeszcze wczoraj rozkazałem sprowadzić z Tołczyna setkę kozaków… Gdyśmy usłyszeli słowo “kozacy”, to jakbyśmy ożyli na nowo! Żyd na widok kozaka nabiera pewności siebie i wtedy może całemu światu pokazać figę. Wszystko zależało od tego, kto przyjedzie wcześniej: kozacy z Tołczyna czy chuligani ze Żmerynki. Zdrowy rozsądek dyktował, że chuligani przyjadą wcześniej, jako że jechali koleją, a kozacy galopowali konno. Całą nadzieję pokładano w “Próżniaku”, który z zasady się nie śpieszy. Jest przecież Bóg w niebie! Może uczyni cud i “Próżniak” spóźni się o kilka godzin. Wszak to rzecz zwykła, zdarza się codziennie…  Ale tym razem nie było cudu. Jakby na przekór, pociąg przybywał na każdą stację punktualnie, według rozkładu jazdy. Rozumiecie chyba, ile zdrowia nam to zabrało i jaka panika ogarnęła miasto, gdy dowiedziano się - oczywiście ze “źródła” - że jest już depesza z ostatniej stacji: “Jedziemy.” I nie tylko: “Jedziemy”, lecz “Jedziemy i hura!!!”

[…]

Cóż to mnie obchodzi? Konduktor gwizdnął, że gotowe, więc puściłem w ruch maszynę. Dwóch par oczu nie posiadam. Nie patrzę za siebie… Tak odpowiedział im maszynista, I rzeczywiście, miał rację. Co tu dużo gadać? “Próżniak” jest, a pasażerów nie ma. Wesele bez grajka… Jak się później okazało, jechała do nas wcale dobrana kompania. Chłopy jak dęby, z całym aparatem pogromowym - z pałkami, kastetami i innymi narzędziami. Byli w dobrych humorach. Wódka lala się strumieniami i dzięki tym humorom na ostatniej stacji przed Hajsynem upito konduktora, palacza i żandarma. Brygada zapomniała o drobnostce: nie przyczepiono lokomotywy do wagonów i lokomotywa ruszyła o właściwej godzinie do Hajsyna, a “Próżniak” pozostał na stacji w Krzysztofówce. I co więcej! Nikt - ani miła kompania, ani konduktor, ani żaden z pasażerów nie zauważył, że lokomotywa uciekła, a wagony stoją. Dopiero później powstało zamieszanie. Zauważono pomyłkę i kompania rzuciła się na brygadę, a brygada na kompanię. Mówiono, krzyczano, aż uradzono, że nie ma innej rady: trzeba nogi wziąć za pas i pomaszerować piechotą do Hajsyna. Kompania z wielkim zapałem ruszyła w drogę do Hajsyna. Wkrótce ujrzeliśmy ich w miasteczku, przybywających ze śpiewem i gromkim “hura!”, jak Bóg przykazał. Ale przybyli za późno. Na ulicach patrolowali już kozacy z Tołczyna z nahajkami w rękach i utrzymywali porządek. W godzinę później chuligani ulotnili się z Hajsyna. Rozbiegli się jak głodne myszy, stopnieli jak śnieg latem… Pytam się tedy, czy nie zasłużył na to nasz “Próżniak”, aby go ozłocić lub co najmniej -aby go opisać?

[…]

Mówicie o nieszczęściach, o pożarach? Opowiem wam coś ciekawego o tym, jak to się wyciąga pieniądze na rzecz pogorzelców z kieszeni bogacza - skąpca, który nigdy nie dał grosza jałmużny… W te słowa odezwał się mój sąsiad w wagonie, po śniadaniu, zapalając papierosa i częstując mnie również. Zdawało się, że historia, którą chciał mi opowiedzieć, sprawiała mu wielką przyjemność. Albowiem nim zaczął ją opowiadać, roześmiał się głośno, jak gdyby sobie przypomniał coś nader zabawnego. Takiemu człowiekowi trzeba pozwolić naśmiać się do syta, w przeciwnym razie całe opowiadanie się nie uda.

[…]

Zdarzyło się, że lokatorem jego został adwokat, jeden z dawnych adwokatów. Naturalnie, że nie był nabożny, nie nosił czapki, golił brodę, palił w sobotę papierosy. Poza tym wszystko czynił, jak się należy. Nazywał się Kompaniewicz. Był to człowiek postawny, rosły, szeroki w barach, trochę przygarbiony, o pociągłej twarzy, z chytrymi oczyma. Na pozór milczący, łagodny, cicha woda, a w istocie rzeczy hulaka. Dochody swe czerpał nie tyle z adwokatury, ile z uprawiania hazardowej gry w karty. W jego mieszkaniu odbywały się wieczorki, na których zbierała się złota młodzież miasteczka. Jeśli sąsiad twój nie jest cadykiem - to co ci do tego? Najwyżej nie musisz się z nim przyjaźnić - czy tak? Naturalnie. Ale Joel Taszkier nie mógł ścierpieć, że jego lokator nastawia samowar w sobotę, że w postny dzień każe gotować mięsną, gorącą zupę, że nie uznaje bielenia naczyń na Pesach, no i popełnia inne grzechy. Pomstował tedy Taszkier na sąsiada, wygadywał co się da, opowiadał wszystkim głośno: “Czy widzieliście, do czego dochodzi bezczelność tego zaprzańca? W moim sąsiedztwie śmie w sobotę nastawiać samowar!” Gdy to usłyszał Kompaniewicz, kazał w następną sobotę nastawić dwa samowary. Joela Taszkiera o mało co szlag nie trafił. Człowieku! Wymów mu mieszkanie, a pozbędziesz się obrazy boskiej! Ale Taszkier tego nie zrobi. “Najregularniej płaci mi komorne” - powiada.

[…]

Wiecie co, reb Joel? Jestem zdania, że duszy żydowskiej nie można ocenić. Jeśli Żyd mówi o cyces [frędzle przy rogach tałesu, mające przypominać żydom o boskich przykazaniach – przyp. aut.], to z pewnością sam je nosi. Stawiam sto rubli na pogorzelców i wy też postawcie tyle - i poprośmy tego pana, aby zechciał rozpiąć marynarkę i pokazać, czy nosi cyces…  Słusznie, słusznie! - wołają pasażerowie, a w wagonie zaczyna być gwarno i wesoło.  Żydzi rozmawiają i gorączkują się. Tylko Kompaniewicz milczy, obojętny na wszystko, jak gdyby nie o niego tu chodziło. A nasz Joel Taszkier? Zimny pot oblał biedaka. W życiu swym ani razu nie założył się nawet o dwie kopiejki. I nagle ma się założyć o całe sto rubli? A co będzie, jeśli okaże się, że ten nicpoń nosi istotnie cyces? Zawahał się, lecz pomyślał po chwili: “Co tam! Kompaniewicz? Ten heretyk? Głowę swoją daję, że nie nosi…” Szybko rozpina kapotę, wyjmuje sturublówkę. Wybrali spośród pasażerów dwóch statecznych Żydów i złożyli na ich ręce pieniądze. Zwracają się teraz do Kompaniewicza, aby się rozebrał. Ani mu się śni! Cóż to, uważacie mnie za smarkacza czy za komedianta? Żądacie, abym się rozebrał wśród białego dnia - tu, w wagonie, wobec tylu Żydów?!…

[…]

Tędy - owędy, z trudem zdołano namówić Kompaniewicza do rozpięcia marynarki, kamizelki i koszuli. I proszę sobie wyobrazić, co to za typ! Okazało się, że Kompaniewicz nosi pod koszulą cyces. I to nie byle jakie! Duże, jak się patrzy, w niebieskie pasy, z podwójnie plecionymi rabinicznymi frędzlami. Cyces nad cycesami!… To tylko potrafi taki kpiarz jak Frojka Szajgec. Zresztą po pewnym czasie wyznał bogaczowi, jakiego mu spłatał figla. Odtąd nie wolno mu się Joelowi pokazywać na oczy… A jednak udało mu się wyciągnąć dla pogorzelców całe sto rubli - i od kogo? Od skąpca, liczykrupy, który nigdy jeszcze nie dał jałmużny ani kawałka chleba żebrakowi… Niechże Pan Bóg da zdrowie temu Frojce.

[…]

Opowiadał mi to w wagonie stary Żyd o wcale przyzwoitym wyglądzie - komiwojażer jak ja, a może nawet kupiec. Powtarzam tę historię tak, jak mi opowiedział, słowo w słowo. W podróży, jak wiadomo, trudno się zorientować, z kim można porozmawiać i zawrzeć znajomość. Po pierwsze, nie wszyscy pasażerowie są jednakowi. Bywają tacy, co lubią mówić dużo, niekiedy za wiele. Mielą ozorem, aż uszy puchną. I bywają tacy, którzy nie odezwą się ani słowem. Milczą jak zaklęci. Dlaczego milczą - nie wiadomo. Może ciąży im coś na sercu? Może cierpią na katar żołądka, melancholię lub ból zębów? A może uciekli z piekła domowego, od swarliwej żony, złych dzieci, podłych sąsiadów, marnych interesów? Któż może wiedzieć, co komu dolega? Wiem, odpowiecie mi: na wszystko znajdzie się rada. Gdy nie ma z kim rozmawiać, któż nam broni czytać gazetę lub przeglądać książkę? Ale co dobre w domu, to nie w podróży. W domu mam swoją gazetę. Tak się do niej przyzwyczaiłem jak na przykład do moich pantofli. Pańskie pantofle są może nowe, a moje stare, wydeptane i wyglądają - z przeproszeniem - jak rozgotowane pierogi, mają jednak zaletę, której pańskie nie posiadają: one są m o j e…

[…]

Nie odpowiedział, ale nie przestał szukać w swojej gazecie telegramów z Odessy. I mówcie tu z takim chamem! O, nie! W podróży jest stokroć lepszy sposób spędzenia czasu: partyjka kart, sześćdziesiąt sześć. Karty, jak wiecie, to pokusa. Ale w podróży karty to jedyna rozkosz. Gdy zagracie partyjkę, czas mija jak we śnie. Rzecz jasna, że przede wszystkim trzeba znaleźć odpowiednich partnerów. Albowiem, uchowaj Boże, można czasem wpaść, i to paskudnie! Musicie się pilnować, żeby się nie dostać w ręce szulerów, którzy w mig was ograją i wystrychną na dudka. A tak trudno przecież odróżnić szulera od porządnego człowieka! Bywa nawet wprost przeciwnie. Zawodowi gracze wyglądają często jak niewiniątka, gorączkują się przy każdej przegranej niczym nowicjusze - dopóty, dopóki was nie wciągną do swego grona. Potem dają wam sposobność do wygrania raz, drugi i trzeci. Następnie karta się odwraca, zaczynacie przegrywać, a wtedy już przepadliście z kretesem!

[…]

Było to zimową porą w wagonie napchanym ludźmi jak śledziami. Ciepło niczym w łaźni. Miejsc mało, a Żydów - bez uroku - sporo. Jak tych gwiazd na niebie. Głowa przy głowie. Nie ma gdzie szpilki wetknąć…A tu mi Bóg nagle zesłał partnera do sześćdziesięciu sześciu. Był to prosty Żyd, milczący, lecz taki sam amator tej gry jak i ja. Szukamy miejsca, gdzie by można rozłożyć karty. Nie ma. Co począć? Akurat na ławce naprzeciw nas wyciągnął się jak długi pop w futrzanym płaszczu, twarzą przylgnął do ławki i śpi. Chrapie w najlepsze. Spojrzałem porozumiewawczo na mego partnera, a on zerknął na mnie. Jakbyśmy się umówili! Pop był wysoki, tłusty, futro gładkie, równe - sam Bóg kazał na nim zagrać w sześćdziesiąt sześć. Nie namyślając się długo, rozłożyliśmy karty na tej części ciała, o której się zwykle nie mówi. Zaczynamy partyjkę. Pamiętam jak dziś - trzymałem w ręce karty zesłane mi chyba przez Boga: prawdziwe czterdzieści, gotowe trzy oczka. Czekam teraz, z czym też wyjdzie mój partner? “Gdyby rzucił trefle - pomyślałem sobie - jakże mądrze by postąpił. Dopieroż bym go pokochał!” I tak się stało. Mój partner długo się namyślał (mój Boże, co on tu jeszcze może wymyślić?) i rzucił naturalnie dziesiątkę trefl. Warto by go za to wycałować! Ale mam zwyczaj, że podczas gry nie gorączkuję się jak inni. Wprost przeciwnie. Rzucam kartę po namyśle, spokojnie, bez pośpiechu. Lubię się niekiedy naigrawać z partnera. Pocieram czoło, wykrzywiam twarz. Co mi to szkodzi? Niech mój partner nie traci nadziei. Niech nawet pomyśli, że przegrywam…

[…]

Działo się to w wagonie, akurat o tej samej porze roku, podczas święta Chanuka. Jechałem do Odessy i wiozłem ze sobą okrągłą sumkę - obyśmy obaj tyle zarobili w ciągu miesiąca! Mam zasadę: gdy jestem w posiadaniu większej sumy pieniężnej, staram się nie zasnąć.  Nie obawiam się wprawdzie złodzieja, gdyż pieniądze mam schowane pod koszulą w specjalnym mocno związanym woreczku. Ale wie pan - dzisiejsze czasy, chuligani, ekspropriacje… Siedzę więc tak sobie - sam jeden. Właściwie nie sam, bo byli jeszcze w wagonie pasażerowie, ale wśród nich ani jednego Żyda. Nie ma z kim zagrać w sześćdziesiąt sześć.  I gdy tak siedzę wypatrując Żyda, otwierają się nagle drzwi wagonu - a było to kilka stacji przed Odessą - i wchodzą dwaj pasażerowie, synowie Izraela. Albowiem Żyda poznaję od pierwszego wejrzenia, choćby był ubrany jak prawdziwy Rosjanin i mówił tylko po rosyjsku lub nawet po turecku.

[…]

Najgorszy wróg nie wyrządził wam w życiu tyle złego, ile człowiek może uczynić sam sobie. A najczęściej wtedy, gdy słucha rad kobiety, to jest własnej żony. Kogo mam tu na myśli? Siebie samego. Spójrzcie tylko na mnie - cóż powiecie? Ot, taki sobie Żyd, średniozamożny. Z nosa mego nie wyczytacie, ile mam pieniędzy. Może jestem biedakiem - albo też wprost przeciwnie. Może być, że kiedyś byłem bogaty… Ale nie chodzi mi o pieniądze.

[…]

Mówiłam ci już tysiąc razy - odpowiada mi na to żona - że nie zmusisz mnie, abym postępowała inaczej niż cały świat. A cały świat uważa, że dzieci należy posyłać do gimnazjum.

[…]

Ładny z ciebie ojciec! Kto cię prosił o to, żebyś go pocieszał taką głupią paplaniną?! Postaraj się raczej o lepszego nauczyciela, o prawdziwego Rosjanina do gramatyki… Czy słyszał kto coś podobnego? Mam opłacać aż dwóch nauczycieli. Jeden nauczyciel - to dla niego za mało! Koniec końców: tędy - owędy, postawiła na swoim. Albowiem nie łudźmy się, gdy ona chce czegoś, to nie ma na to rady… Jednym słowem, przyjęliśmy drugiego nauczyciela - Rosjanina, a nie jakiegoś tam Żyda… Wzięliśmy Rosjanina z krwi i kości, albowiem to nie fraszka - kurs gramatyki do pierwszej klasy. Nie takie to łatwe, oho! Gra - ma - ty - ka! Litera “jat”. Prawdę mówiąc, dostaliśmy nauczyciela, że aż wstyd wspominać. Dał on się nam we znaki! Mieszał nas z błotem, szydził i kpił z nas w żywe oczy. Gdy uczył tej gramatyki, wciąż słychać było tylko “sukinsyn” i “czosnek”. Czosnek, czosnku, czosnkowi” czosnkiem, w czosnku. Niech go diabli porwą! Gdyby nie żona, chwyciłbym go po prostu za kołnierz i dalej ze wszystkich schodów na zbity łeb wraz z całą jego przeklętą gramatyką! Ale jej to bynajmniej nie raziło. Zależało jej tylko na tym, aby chłopak wiedział, gdzie postawić literę “jat”. Męczono go tak przez całą zimę, gdyż dopiero po Zielonych Świętach miał iść na rzeź… Minęły Zielone Święta. Nadszedł dzień egzaminu. Tym razem wrócił do domu bez dwójek, a tylko z czwórką i piątką. Radość i wesele - choć nie wiadomo z całą pewnością, czy zostanie przyjęty. O tym dowiemy się dopiero w sierpniu. Dlaczego w sierpniu, a nie od razu? Cóż poczniesz? Żyd przywykł do takich rzeczy…

[…]

Skoro pan się nazywa Kac, a pański syn Mojżesz, czyli Moszek, chce wstąpić do trzeciej klasy, to przyprowadź pan syna w styczniu, a wtedy z pewnością zostanie przyjęty… Zrozumiano? Już gada inaczej! Wiadomo: kto nie posmaruje, ten nie pojedzie. Szkoda tylko, że nie można od razu pojechać. Ale co począć? Trzeba czekać. Żyd przywykł do takich rzeczy… Nadszedł styczeń. Znów rejwach, bieganina tam i z powrotem. Jutro ma się odbyć sesja, czyli narada. Dyrektor spotka się z inspektorem i wszystkimi nauczycielami. Dopiero po tej sesji będzie wiadomo, czy został przyjęty.  Przychodzę po pracy, w domu pustka. Ani łyżki ciepłej strawy, ani samowara, nic! Gdzie żona? W gimnazjum. Ściśle biorąc, nie w samym gimnazjum, tylko przed gimnazjum. Kręci się po ulicy, na mrozie, już od samego rana i czeka, aż sesja się skończy. Mróz szczypie, na dworze zawierucha, szkoda psa wypuścić z domu - a ona wciąż sterczy przed gimnazjum. Kobieta zawsze jest kobietą. Skoro mi przyrzeczone, to chyba można spać spokojnie? Lecz gadaj z niewiastą!  Słowem: czekała godzinę, dwie, trzy, cztery… Wszyscy uczniowie poszli już do domu, a ona wciąż czeka. No i w końcu doczekała się… Otwierają się drzwi i wychodzi jeden z nauczycieli. Ona podbiega, chwyta go za rękę i pyta, czy nie wie, jaki był wynik sesji. A on do niej:  Owszem, wiem. Przyjęto dwudziestu pięciu, w tym dwudziestu trzech chrześcijan i dwóch Żydów. Pyta więc, kogo przyjęto? A on na to: Jakiegoś Szepselzona i jakiegoś Kaca. Usłyszawszy to nazwisko żona moja biegnie co tchu do domu i woła stanąwszy na progu: Mazeł tow! O, dzięki ci, Boże! Przyjęty, przyjęty! I oczy jej napełniają się łzami.

[…]

Jednym słowem: Moszke czy Mordchaj - Mordchaj czy Moszke, tak długo trwała sprzeczka, aż tamten postawił na swoim. Jak się wam podoba? Dyrektor się omylił… W istocie przyjęto Kaca, ale - to ci pech! - zupełnie innego, nie naszego. Trzeba wam wiedzieć, że dwóch jest Kaców w naszym miasteczku. Cóż wy na to? Ja pościeliłem, a tamten się wyśpi! Szkoda tylko, że nie wiecie, co to za osobistość tamten Kac… Takie sobie nic, rzemieślnik. Jakiś tam introligator czy łaciarz. Podobno nawet spokojny człowiek - ale kto go zna, kto o nim słyszał? To biedak! I jego syn przyjęty, a mój nie. Powiedzcie sami, czy nie może człowieka zalać żółć?!

[…]

Krótko mówiąc, tędy - owędy, znaleźli się dobrzy ludzie. Szewc dał się udobruchać, zaproszono go do knajpy, trąciliśmy się kieliszkami raz, drugi i trzeci. Wreszcie podpisał podanie, że prosi o przyjęcie syna. O mało mi oczy na wierzch nie wylazły…  No i wybij jej to z głowy! Czy sądzicie, że nie postawiła na swoim? Uparła się i pojechała z synem. Zostałem sam w mieszkaniu. Wiodłem psie życie, interesy szły na opak, wszystko chyliło się ku upadkowi. A myśmy wymieniali liściki - ja piszę do niej, a ona do mnie. Listy tu i tam. “Na miłość boską - piszę do niej - jak to się skończy? Człowiek jest tylko człowiekiem. Czy można dać sobie w domu radę bez gospodyni?” Tyle ją to obeszło co zeszłoroczny śnieg. Zostało tak, jak ona chciała. Albowiem - po co owijać w bawełnę? - skoro ona czegoś chce, to któż na to poradzi?  Opuściłem się, zaniedbałem, zmarnowałem interesy, wyprzedałem wszystko. Prawie że zrujnowany spakowałem manatki i pojechałem do niej. Po przyjeździe jąłem się rozglądać i wreszcie utorowałem sobie jakąś dróżkę. Zawarłem spółkę z pewnym kupcem - człowiekiem nawet sympatycznym. O tak, poważny obywatel, gabe w bóżnicy - tylko że krętacz, oszust, kieszonkowiec… Niewiele brakowało, a byłby mnie unieszczęśliwił!

[…]

Zdatny – niezdatny [jako poborowy do wojska, syn narratora – przyp. aut.]! Sprzeczali się tak długo, aż sam gubernator powstał z miejsca, podszedł bliżej, przyjrzał się i rzekł: Zupełnie niezdatny. To znaczy, że jest do niczego. Natychmiast wysłałem do domu umówioną depeszę: “Szczęść Boże! Towar ostatecznie odrzucony!” Trzeba pecha, że depeszę zaniesiono nie do naszego mieszkania, lecz do mego siostrzeńca, który nazywa się tak jak ja. Jest przy tym bogaczem, czego o mnie nie można powiedzieć. Od niedawna handluje wołami. Wysłał właśnie partię wołów do kilku guberni i wypatrywał depeszy, aż mu oczy na wierzch wyłaziły… Domyślacie się, jak mu było przyjemnie, gdy otrzymał depeszę: “Towar ostatecznie odrzucony!” Gotów był po prostu mnie zabić… Rozumiecie, jak to mogło wyprowadzić z równowagi takiego bogacza! No i trudno odmówić mu racji!

[…]

Było nas tylko dziewięciu Żydów w wagonie. Brakowało dziesiątego. Bez dziesiątego nie odmówisz modlitwy za umarłych… Właściwie był również dziesiąty. Ale nie mieliśmy pewności, czy to Żyd, czy chrześcijanin. Milczący pasażer w złotych okularach. Twarz pociągła, bez brody. Nos żydowski, ale wąsy podkręcone do góry. Uszy sterczące, kark czerwony. Przez cały czas trzymał się na uboczu. Wyglądał przez okno i pogwizdywał. Siedział bez kapelusza, na kolanach trzymał rosyjską gazetę. Milczał, nie odezwał się ani słówkiem. Niewątpliwie Rosjanin, prawdziwy Moskal! - A może nie? Czy to naprawdę chrześcijanin? Tak i nie. Cóż to takiego? Żyd Żyda nie oszuka. Żyd pozna Żyda po ciemku i z daleka. Ale ten? Podobny do Żyda. I znów niepewność: a może nie Żyd? W dzisiejszych czasach trudno rozpoznać. Niejeden Żyd pragnie, by uważano go za nie-Żyda.

[…]

Po zakończeniu modlitwy ojciec przysiadł się do nieznajomego i jął opowiadać. Opowiadając gładził się po brodzie, a mówił powoli, jak człowiek, który ma dużo czasu…  Historia ta, młody człowieku, składa się właściwie z trzech opowiadań, z trzech krótkich opowiadań.  Pierwsza historia zdarzyła się u arendarza. We dworze mieszkał arendarz z żoną. Dwór był wielki, przestronny. Znalazłbyś tam wielu chrześcijan, lecz ani jednego Żyda - prócz arendarza. Tym lepiej się zarabia. Jak powiadają: mieszkać masz wśród obcych…  Przez długie lata nie mieli dzieci. Aż dopiero gdy się zestarzeli, Bóg się nad nimi zmiłował. Arendarka zaszła w ciążę i powiła arendarzowi syna. Łatwo domyślić się, jaka tam zapanowała radość! Trzeba więc odprawić chrzciny, jak przystoi Żydowi. Ósmego dnia nasz arendarz zaprzągł konia do wozu i pojechał do miasta, aby sprowadzić rabina, szocheta z szamesem i jeszcze pięciu Żydów. W domu oczekiwała gości suta wieczerza. Wszystko było przygotowane. Nagle spostrzegli się, że brak dziesiątego Żyda. Jak to się stało? Tępa, arendarska głowa! Zaliczył do grona modlących się również swoją żonę… Powstał śmiech - ale co z tego? Czas nie stoi w miejscu. Co począć? Wieś dużą, ale ani jednego Żyda. Ale. Wtem patrzą - jedzie wóz. Niech będzie woźnica, byle Żyd! Trudno opisać radość obecnych.

[…]

Nie będzie to żadna opowieść, ale pogawędka - kilka słów pożegnalnych od dobrego przyjaciela. Rozstając się z wami, drodzy Czytelnicy, chcę w dowód wdzięczności za waszą cierpliwość udzielić wam rady, która pochodzi od człowieka praktycznego, od komiwojażera. Posłuchajcie i zapamiętajcie sobie moje słowa. Gdy odbywacie dłuższą podróż koleją i chcecie uniknąć nudy, nie jedźcie nigdy ani pierwszą ani drugą klasą. Wystrzegajcie się zwłaszcza pierwszej klasy. Nie brak tam wprawdzie komfortu, jest miękko i wygodnie. Ale chodzi mi o ludzi, o pasażerów. Cóż to za przyjemność dla Żyda podróżować samemu i przez cały czas nie odezwać się do nikogo ani słowem? Można od tego, uchowaj Boże, stracić mowę. Jeśli nawet spotkasz tam pasażera, to będzie nim albo niemrawy dziedzic z nadętymi jak trębacz policzkami, lub napuszona dama, zgryźliwa jak zła teściowa, albo też milczący cudzoziemiec w kraciastych spodniach. Siedzi przylepiony do okna i nie ruszy się z miejsca, choćby w wagonie wybuchł pożar. Smutne myśli przychodzą do głowy, gdy jedziesz w towarzystwie takich osób. Zaczynasz rozmyślać o śmierci - a po cóż ci to, do kaduka! Sądzicie zapewne, że w drugiej klasie jest lepiej? Bynajmniej. Siedzicie w towarzystwie wielu osób. Zdawałoby się, tacy sami ludzie jak wy. Każdy chciałby coś powiedzieć, zasięgnąć bliższych informacji, dowiedzieć się, skąd jesteście, dokąd jedziecie i jak was zwać. Ale oni siedzą jak te mumie, jeden spogląda na drugiego, nabrali wody do ust i milczą.

[…]

Działo się to w pociągu pośpiesznym. Jechałem drugą klasą, gdyż nie było trzeciej. Naprzeciw mnie siedział jegomość, po którym trudno było poznać, czy jest Żydem, czy chrześcijaninem. Wyglądał raczej na Żyda. A zresztą, kto wie? Młodzieniec przystojny, wygolony, ubrany jak sportowiec, w białych spodniach, z czarnym pasem - no i kawaler. Dlaczego przypuszczam, że nieżonaty? Bo przez cały czas umizgał się do ładnej panienki.  Panna była modnie uczesana i nosiła binokle na małym, kształtnym nosku. Zawarli znajomość w wagonie. Ona częstowała go czekoladą, a on zabawiał ją anegdotami - najpierw ormiańskimi, później żydowskimi. Oboje pokładali się ze śmiechu. Głównie śmiali się z anegdot żydowskich, które młodzieniec ilustrował odpowiednią gestykulacją i wymową. Nie zwracał na to uwagi, że jako Żyd mógłbym się czuć dotknięty. Flirtowali coraz ogniście. Młody człowiek siedział już obok panny, zaglądał jej w oczy, a ona bawiła się dewizką jego zegarka zatkniętego za czarny pas. Nagle, nie pamiętam już na jakiej stacji, do wagonu wchodzi Żyd utykający na jedną nogę, rudy, spocony, z białym parasolem. Wyciąga rękę do mego sportowca i rzecze doń po żydowsku: Jak się pan miewa? Poznałem pana przez okno. Mam dla pana ukłony od pańskiego wuja Załmena z Monasterzysk…

[…]

Oczywiście na najbliższej stacji mój sportowiec ulotnił się, a panienka została sama. Ale nie na tym koniec. Panna była chyba bez dwóch zdań chrześcijanką - w przeciwnym bowiem razie, dla czegóż mój sportowiec miałby dać drapaka? Po pewnym czasie zaczęła układać swoje rzeczy nie odzywając się do mnie ani słowem i nie patrząc na mnie, jak gdybym w ogóle nie istniał. Na stacji, na której wysiadła, oczekiwał ją Żyd o dostojnym wyglądzie, do żywego przypominający praojca Abrahama, i Żydówka w peruce, z wielkimi kolczykami w uszach. Rywciu! Córeczko! - wołali starzy i jęli córkę całować i tulić do piersi.

Szolem Alejchem, Notatki komiwojażera

Zbiór luźnych opowiadań obyczajowych Szolema Alejchema, a właściwie Salomona Rabinowicza, żydowskiego pisarza tworzącego w jidysz, przenosi nas w spauperyzowane środowisko Żydów małomiasteczkowych tudzież w zachodnie gubernie carstwa rosyjskiego początku dwudziestego wieku. Na kolejowych szlakach Polesia i Wołynia nisko snują się jak ze mgły opowieści kolejnych narratorów, w których granice między światem realnym a magicznym są nieustannie naruszane przez słuchaczy tak jakby wciąż zasłuchanych w uciekające i dudniące im pod podeszwami życie. Dziś brzmi to wszystko może jak epitafium, a częściej jak nokturn o kameralnej mocy przekazu…



powrót ››