Blog

 

05.11.2022

Gorzki smak czekolady Lucullus

„Najdziwniejsze skojarzenia wywoływały

 ósemka, szóstka i dziewiątka.”

[…]

Mówiłem ci już, Kozioł, żebyś tego nie robił. Nie chcę nic innego niż wszyscy. Dość mam tych wielkich afer o cztery kartofle. Owa, po co ten krzyk – Kozioł był kucharzem, a więc człowiekiem rozsądnym. – Jak ja gotuję zupę dla sześćdziesięciu Francuzów i stu dwunastu Polaków, to moje najświętsze prawo jest odstawić trochę ziemniaków i parę skwarek na bok. Jeszcze nie było takiego, który by potrafił powiedzieć, że nie. Pan tego nie rozumie, panie Dollmetsch, że nikomu się tu nie dzieje krzywda, bo takie jest prawo życia. Głupstwa mówisz, Kozioł – Panhard usiadł na beczce po kapuście i wziął gorącą miskę między kolana. Jadł wolno, estetycznie i ze smakiem. – To ty nie jesteś w stanie tego nigdy zrozumieć, że równość nie polega na dokładnie jednakowym podziale dóbr, ale na jednakowo przyjętych na siebie obowiązkach i trudnościach.

[…]

Wyobrażam sobie, jak bardzo cenionym kucharzem byłeś w Warszawie. To może za dużo – rzekł skromnie Kozioł, po czym dodał z godnością – byłem kucharzem wojskowym. Kłamał, ale z wdziękiem. Z zawodu był wysoce poważnym pajęczarzem z okolic placu Kazimierza i tylko kiedyś przez tydzień, przydzielony do kuchni polowej na manewrach, zastępował kucharza, który złamał nogę.

[…]

Przez chwilę milczeli. „Wszyscy jesteście dobrzy – myślał Panhard – tylko że niestety śmierci na was nie ma...” „Te draby poderżną nam kiedyś gardła – myślał Weber – najlepiej byłoby zrobić z nimi koniec, tylko kto wtedy będzie pracować?...” Jak wstąpicie do Bahnmeisterei, to weźcie dla Polaków Bezugscheiny na obuwie robocze – rzekł Weber. Po co? Przecież nikt nie kupi tych drewniaków za swoje ciężko zapracowane fenigi. Moje dzieci chodzą do szkoły w drewniakach! – zaperzył się Weber – a tym brudnym Polakom nie wypada! Nie trzeba było zaczynać wojny! Niech pan to powie Polakom. Może dadzą panu kilka par w prezencie. Tylko niech pan uważa, żeby nie rzucali.

[…]

Gerda wysiadła z autobusu. Panhard zgasił papierosa i szybko schował niedopałek do kieszeni. Przywitali się. Dokąd idziemy? – spytał Panhard. Nie wiem – odparła rumieniąc się. Na tle ulicy, kwiatów, błękitnego wiosennego popołudnia, eleganckich białych sztachet tej dzielnicy jeszcze silniej akcentowała się harcerskość i kanciastość jej typu urody. Nie było w niej nic, ani finezji, ani wdzięku czy wytworności. Solidne półbuty na płaskim obcasie, białe wełniane pończochy, brązowa bluzka, spięta BDM-owską broszą – emblematem, i narzucona na ramiona skórzana tyrolska kurtka. „Schludność, zdrowie i uroda – pomyślał Panhard. – Jest taka inna niż Suzy, taka inna niż Pani Bovary, taka inna niż Scarlett O’Hara, taka inna nawet niż Marlena Dietrich. Podoba mi się.” Jest pan tak inny niż nasi chłopcy, że aż strach z panem chodzić – powiedziała idąc obok niego wzdłuż zielonej ulicy. Mój Boże, przecież wyrzuciłem szalik – uśmiechnął się – cóż mogę więcej uczynić? Ostatecznie jestem nieodrodnym synem Quartier, kość z kości i krew z krwi Boul’Michu. Rzeczywiście – mimo roboczych granatowych spodni drelichowych i zniszczonej wiatrówki było coś takiego w jego ubiorze, sposobie poruszania się, w rozpiętym kołnierzyku u koszuli, co tchnęło nonszalancką, niezamierzoną wytwornością, coś, co różniło go od niej i od mijanych z rzadka, dostatnio ubranych mężczyzn. „Il etait swing, swing, swing...” – pomyślał nie bez dumy słowami bulwarowej piosenki.

[…]

Usiadł na tapczanie. Czy mogę zdjąć marynarkę? Dziś gorąco. Proszę bardzo – uśmiechnęła się koleżeńsko – niech się pan czuje tu całkiem swobodnie. Stolik przy tapczanie nakryła czystą serwetką i postawiła dwie filiżanki. Kawa, niestety, zbożowa, ale za to – otworzyła szafę, wyjęła coś, co schowała niby figlarnie za siebie – ...ale czekolada prawdziwa! – wyciągnęła triumfująco rękę z tabliczką czekolady w czerwonym opakowaniu. Czary – rzekł dowcipnie Panhard – co za czarodziejka. Skąd takie skarby? Aha... – droczyła się – to tajemnica... „Tajemnica stanu zaopatrzenia aprowizacyjnego oficerów lotników na urlopie” – pomyślał dojrzale Panhard. Lubi pan czekoladę? Uwielbiam. Czekoladę i jazdę na nartach. Też zestawienie. To świetna czekolada. „Lucullus” [Lucius Licinius Lucullus – wódz rzymski i polityk, zasłynął również jako smakosz – określany niekiedy jako największy łakomczuch starożytności, który swoimi ucztami z najdroższymi i najbardziej wyszukanymi daniami wprawiał w osłupienie ówczesny Rzym - „lukullusowe uczty" stały się przysłowiowe. Jemu też przypisuje się sprowadzenie do Europy czereśni – przyp. aut.] – przeczytała na opakowaniu – dobra, przedwojenna firma – ułamała kawałek, włożyła do ust, położyła napoczętą tabliczkę przez Panhardem. Nalała kawy i usiadła obok niego na tapczanie.

[…]

Panhard wziął marynarkę. I jeszcze – rzekła Gerda – ta czekolada jest dla pana. No, nie. To byłoby za wiele... Proszę ją wziąć. Bardzo mi na tym zależy. Proszę to uczynić dla mnie i wziąć ją... Szybkim ruchem włożyła mu tabliczkę do kieszeni marynarki. „Ostatecznie – pomyślał Panhard – jestem pariasem w tym kraju i bardzo lubię czekoladę. Te dwa fakty łączą się z sobą harmonijnie, wykluczając niepotrzebne, tak zwane honorowe demonstracje. Poza tym biorąc tę tabliczkę wymierzam cios w zaopatrzenie korpusu oficerskiego armii wroga, a to się nazywa skutecznym sabotażem. Na skalę nader drobną, to prawda, ale zawsze...”

[…]

Rzeczywiście – gdzieś na sali zrodził się śpiew. Piwoszom i drobnomieszczanom zabłysły oczy, sprężyły się kręgosłupy i stwardniały klatki piersiowe – poczuli się naraz gąsienicami mocarnego pojazdu na bezmiernym trakcie historii. Radio odegrało rolę sprzęgła. „Co za magiczna skrzynka – pomyślał Panhard – przenosi atmosferę pola bitwy do cuchnącej codziennością knajpy...” Śpiew runął na salę i wraz z nim wyrósł dokoła, jakby podtrzymując go, las rąk. Zewsząd sterczały ręce, wyciągnięte ramiona, wzniesione w hitlerowskim pozdrowieniu dłonie. Panhardowi krew zbiegła do serca. Przez sekundę załomotały mu pulsy w skroniach, drgająca mgła przysłoniła oczy. „Tego nie mogę uczynić... – pomyślał z wysiłkiem, jakby gramoląc się w kopnym śniegu pod górę – tego nie mogę uczynić... a raczej: nie mogę tego nie zrobić... nie mogę przestać być sobą... nie.…nie.…” Stał prosto i niewzruszenie, trzymając ręce kurczowo przyciśnięte do boków. Naprzeciw niego Gerda śpiewała z wyciągniętym prosto przed siebie ramieniem. Twarz jej tężała i bladła jak wobec krwawego, ulicznego wypadku. Jakby spod prawego ucha Panharda wypełzł strach, ściskająca serce, mokra pięść. „Moguncja to małe miasto... – tłukło się między uszami – to piekielnie małe miasto... Już zaczynają zwracać uwagę, już, już... Unieś rękę, unieś rękę, co ci to szkodzi, unieś rękę... Ona pochodzi spod Lipska, to prawda, ale Moguncja to małe miasto, tu się wszyscy znają... W Paryżu czekają, w Paryżu czekają, w Paryżu czekają na ciebie... Unieś rękę, unieś rękę, bo w Paryżu czekają... będzie po wszystkim, wszystko na próżno... A jeśli uniesiesz rękę, to dobrze, to w porządku... Unieś rękę...” „Deutschland, Deutschland über alles” przeszło w „Horst Wessel Lied”. Wyciągnięte ramiona drgnęły wyżej z wdzięcznością dla partii za zatopione alianckie tony. Oczy Gerdy wypełniły się błaganiem. […] Nie mogę tak nie postąpić, choćby... – zawahał się chwilę przed ostatecznym sformułowaniem – ...choćby mnie tu mieli zatłuc kuflami, rozdeptać, zmiażdżyć, wgnieść w ziemię!... Mam gdzieś gestapo, paryskich szpiclów, Hitlera, wojnę, Rzeszę, hymny, Gerdę, tych drani tutaj, wszystko, co ich! Niech żyje wolność! Ja walczę...” – Zrozumiał wyraźnie, że za chwilę będzie się śmiertelnie bał, ale na ten moment śpiewu znikło wszystko, wraz z drżeniem kolan, mgłą w oczach i skurczem serca. Została walka.

[…]

Panhard zaczął jeść ze smakiem. Kozioł wyciągnął oskarżycielsko palec. To, że babina pracowała na policji, to była złota żyła, rozumie pan, złota żyła. Największy fart życiowy, jaki mógł pan tu trafić. Jak trzeba jakiś paszporcik, stempelek, papierek, coś z tych rzeczy, wie pan, ma pan od razu wszystko pod ręką. Pan mi nie wierzy. Że niby obowiązek, policja, ona pracuje, ona patriotka? U nas w Warszawie, przed wojną, jedna maszynistka z urzędu śledczego zakochała się w jednym doliniarzu. Wszystko chłopak wiedział, jeszcze mógł kolegom pomóc. I za nic, za miłość, szczęśliwa była, jak go spotkała. Mówię panu, dla zakochanej babki nie ma problemów, ona wie jedno i nic ją reszta nie obchodzi. A co pan jest gorszy od warszawskiego złodzieja? Mógł pan mieć taką samą pomoc, tu na miejscu. I coś takiego zmarnować! Trzeba być zupełnie drętwym. To trzy.

[…]

Panhard sięgnął do kieszeni wiszącej na łóżku marynarki po tytoń i bibułkę. Aha – rzekł – chcesz czekolady? Czekolady? – Kozioł zrobił wielkie oczy. Panhard wyjął tabliczkę z kieszeni, odłamał kawałek i poczęstował Kozła. Doskonała. Marka „Lucullus”. To od niej. Kozioł jadł ze smakiem. Panhard odłamał kawałek i wziął do ust. Wydała mu się gorzka jak piołun. „Gdzież jej do chleba z margaryną i marmoladą, tej czekoladzie »Lucullus«...” – pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie. Otworzył okno na oścież i szerokim zamachem ramienia wyrzucił tabliczkę w ciemną, wiosenną noc.

[…]

Nasza ówczesna pozycja społeczna była na ogół mocno skomplikowana. W przybliżeniu dałaby się określić jako pozycja cenionych i wytrawnych robotników portowych i stanowiła wynik szeregu przesłanek natury ekonomiczno-militarnej, zwanych w sumie drugą wojną światową. Byłoby szczytem zakłamania twierdzić, że przedstawialiśmy jakąś klasę w tym zawodzie. Przeciwnie, zarówno nasze możliwości fizyczne, jak i dyspozycje psychiczne sprawiały, że praca nasza dawała odwrotne od zamierzonych przez naszych zwierzchników efekty. Sam jednak fakt kompletnego braku wykwalifikowanych robotników portowych do załadunku i wyładunku czynił, iż byliśmy cenieni na wagę złota. To nic, że ledwie wchodziliśmy na pokład i stawaliśmy przy windzie pokładowej, zaraz coś się w najnowszej i najlepszej windzie psuło. To nic, że sznury, wiążące worki z cementem rozplątywały się, gdy ładunek taki wisiał jeszcze trzy metry nad dnem luku i wszystko spadało w chmurze cementowego pyłu i rozdartych worków. To nic, że ładując beczki robiliśmy zazwyczaj taki bałagan przy ustawianiu, że czasem tysiąctonowe luki trzeba było dwukrotnie przeładowywać i statek opóźniał o trzy dni termin wyjścia na morze. Tego rodzaju rozrywki stanowiły naszą urodę życia i myśli nasze nieustannie pracowały gorączkowo nad tym, co i jak zrobić, aby gruby spedytor Upmann dostał apopleksji, nie nasuwając przy tym miejscowemu gestapo żadnych przypuszczeń na temat naszych zdolności i przedsiębiorczości w dziedzinie wrogiego sabotażu. Z drugiej strony Savino był istnym geniuszem lenistwa. Włosi mają cudowne uzdolnienia w tym kierunku i nic nie jest w stanie przeszkodzić ich wyrafinowanym drzemkom w czasie największego zatrzęsienia pracy i godzinnym dywagacjom na temat wyższości makaronu nad kartoflami, przy oczywistym wciągnięciu niemieckich vorabaiterów, bosmana i rachunkowego w zapalczywą dyskusję. Savino miał dwadzieścia lat, oliwkową cerę, szeroką klatkę piersiową, mocne ramiona, ciężkie powieki i wieczną ochotę do przygód miłosnych. W dzień wylegiwał się ze mną na słońcu, brudny i uśmiechnięty, opowiadając niestworzone historie o zamożności swych rodziców. O piątej po południu, czysto ogolony i z czarnymi włosami, lśniącymi od brylantyny, biegł w zielonej koszuli i żółto – czerwonym szaliku po miłosne upojenie na ulice gdańskiego śródmieścia. Twierdził, że jest studentem medycyny mediolańskiego uniwersytetu i antyfaszystą, w rzeczywistości zaś był dobrze zapowiadającym się fryzjerem i jedynie zdrowy rozsądek zaprowadził go do Rzeszy jako robotnika portowego, zamiast do dywizji czarnych koszul i na piaski Libii. Wzgardliwa nonszalancja biła nieodparcie z całej jego postaci, gdy stawał na pokładzie przeznaczonego do ładowania statku, a na sam widok jego leniwego wdzięku Niemcy dostawali białej gorączki. Z najmniejszą skrzynką potrafił bawić się tak nieporadnie przez godzinę, że najcierpliwszy bosman płakał z wściekłości, gdy Savino, patrząc łzawo swymi czarnymi oczami gazeli, jakby przepraszał za swą niezręczność.

[…]

Ten Schilke był kiedyś marynarzem, nogę stracił w bitwie jutlandzkiej czasu zeszłej wojny, zaś przez dwadzieścia lat międzywojennych brał udział we wszystkich antypolskich awanturach na terenie Wolnego Miasta Gdańska, należał do SA, był fanatycznym hitlerowcem, a w zwycięstwo wierzył jeszcze teraz. Zaczęły się tedy ciężkie czasy. Schilke gonił nas nieustannie do roboty, stał nad nami i patrzył nam na ręce na nabrzeżu, na pokładach, a nawet na dole, w lukach, kilka razy kopnął Savina i stale wyrażał najrozmaitsze przypuszczenia na temat zajęć zawodowych naszych przodków po kądzieli. Ale znalazła się i na niego rada. Schilke lubił opowiadać o swych przygodach na morzu i na wojnie. Wystarczyło go umiejętnie sprowokować, by w locie złapać godzinę pogaduszki na workach. Cholera go tylko brała, gdy nie mógł nam zaimponować, lub gdy wiedzieliśmy coś lepiej od niego. W ten sposób wybuchła kiedyś wspaniała awantura. Zaczęło się tak: myliśmy się raz po robocie, wszyscy czterej, bo i Schilke musiał czasami zakasać rękawy niebieskiej koszuli i przyłożyć swą żylastą, tatuowaną łapę do jakiejś skrzyni, gdy naraz Savino rzekł: To niemieckie kartkowe mydło jest do kitu. Podobnego świństwa w życiu nie widziałem. To w ogóle nie jest mydło, tylko jakiś cholerny ersatz. Eskimosi na pewno by go do ust nie chcieli wziąć... A wasze włoskie to niby chcieliby – wykrzywił się ironicznie Schilke. Poczuł się urażony atakiem na niemieckie mydło. Oczywiście – odparł Savino. Eskimosi bardzo lubią mydło, a włoskie z pewnością bardzo by im smakowało. Prawdziwe włoskie toaletowe, phi?

[…]

Kajaluk to moje nazwisko – rzekł pogodnie Eskimos. Chyba się zgadza – zaopiniował w moją stronę Savino – tak samo jak „kajak”, tylko ma jedną sylabę „lu” w środku. A kajak, jak wiadomo, jest pochodzenia eskimoskiego. Pan Kajaluk uśmiechnął się i oświadczył, że rzeczywiście jest narodowości eskimoskiej, pochodzi z Ziemi Królowej Wiktorii i poprzez Wyspę Baffina, na której się wychował, i Grenlandię znalazł się w Petsamo, gdzie trzy lata temu zaokrętował się na fiński frachtowiec „Hangö”, na którym pływa po dzień dzisiejszy. Po czym spytał nas, czego sobie życzymy. Otóż to – rzekłem z namaszczeniem – panie Kajaluk, czy to prawda, że mydło jest ulubionym przysmakiem Eskimosów? Pan Kajaluk stał się naraz bardzo zły i odparł, że jeśli tylko o to chodzi, to możemy sobie pójść do jasnej cholery, bo on, Kajaluk, bardzo nie lubi tego rodzaju pytań. Spokojnie, panie Kajaluk – mitygował Savino – my pracujemy w bogatej firmie. Dla nas kilka flaszek oryginalnego alaszu z Rygi czy dobrego marchanda, to fraszka. Moglibyśmy dojść do porozumienia i zrobić transakcję na ładnych parę litrów, jeśli tylko zgodzi się pan zjeść niedużą porcję dobrze przyprawionego mydła. Pan sam zadecyduje jakie, panie Kajaluk, i z octem czy z musztardą, czy na słodko... Po tych słowach palacz Kajaluk zaczął wyraźnie bawić się jakimś podłużnym przedmiotem w kieszeni swych drelichowych spodni. Przedmiot ten wyglądał zdecydowanie na nóż sprężynowy. Kajaluk, jak sam mówił, pływał przez trzy lata z Finami, ci zaś mają szczególny pociąg do ostrych przedmiotów i produkują znakomite fińskie noże [po wojnie nóż finka uchodził za maestrię wśród noży – przyp. aut.]. Tego rodzaju rozumowanie nakłoniło nas do jak najszybszej wymiany pożegnalnych uprzejmości i rozejścia się pośpiesznie, a w spokoju. Savino wrócił do domu, ale zaraz przebrał się i poszedł na miasto.

[…]

Jadł mydło z apetytem nawet – powiedziała smutno Elli – a już myślałam, że to przez poświęcenie, dla mnie... A to jest w istocie najciekawsze – zastanowił się Nils – czy Kajaluk opędzlował to mydło dla Elli, zmuszając się do tego, aby tylko zdobyć uznanie w jej oczach, czy po prostu prawdą jest, że mydło jest narodowym przysmakiem Eskimosów?... Chwilę panowała cisza. Po czym przenieśliśmy wzrok na Elli. Twarz jej wydawała się matowa i biała wśród granatowej nocy nad seledynową wodą, księżyc lśnił w jej rudawych włosach, a usta ciemniały wyzywająco. W oczach naszych był podziw dla jej potęgi.

[…]

All right – powiedział Piotruś – da się zrobić. Od jutra szukamy statku. Popatrzyłem na niego z nietajonym podziwem. Z zawodu był absolwentem Wyższej Szkoły Handlowej i usiłował zrobić karierę w bankowości. Tego rodzaju przygotowanie profesjonalne nie dawało mu przecież prawa brania perspektywy pracy pokładowej tak optymistycznie. Ale ostatecznie! Westchnąłem, wspomniałem Jana z Kolna, Krzysztofa Arciszewskiego, Conrada i Mariusza Zaruskiego i oświadczyłem swobodnie: Jasna rzecz, do jutra jest wszystko ready, a jutro okrętujemy się na pierwszą lepszą balię. Opuszczając bar „Mexico” kołysaliśmy się, Piotruś i ja, stylowo w barach. Okazało się jednak, że nazajutrz dopiero wyłoniły się trudności. Minęły owe szczęśliwe epoki, gdy kandydat na wilka morskiego szedł do kapitana byle jakiego statku i nabazgrawszy trzy krzyżyki na podsuniętym mu kontrakcie, okrętował się jako chłopiec, majtek, marynarz, kanonier, cieśla, siadał na bocianim gnieździe, zostawał piratem i na koniec tonął bogobojnie w wielkiej filiżance słonej wody. Nawiasem mówiąc, na chłopców okrętowych byliśmy nieco za starzy, lecz to było jeszcze nic w porównaniu ze skomplikowanym procesem przemienienia się we współczesnego marynarza.

[…]

Znajdowaliśmy się już na pełnym morzu i dookoła siebie miałem wszystkie akcesoria morskiej romantyki. Pogoda była cudowna, słońce bez zarzutu, fale jak to fale i niebo jak we wszystkich opisach bałtyckiego nieba. Zresztą interesowały mnie te wspaniałości bardzo umiarkowanie, prawdziwy wilk morski nie zważa na tego rodzaju atrakcje, wprawiające w zachwyt jedynie szczury lądowe. Daleko ciekawszym przedmiotem obserwacji była sama „Charlotte Cords”. Z niejasnym uczuciem niepokoju kontemplowałem jej trzy tysiące pojemności, nieregularnie rozstawione nadbudówki, odrapaną farbę, brudny żelazny reling, chaos splątanych lin, bloków, łańcuchów i drutów. Mimo wczorajszego szorowania wszędzie leżała gruba warstwa lepkiego, zwilgotniałego od morskiego powietrza pyłu węglowego. Każde dotknięcie, krok każdy zostawiał ślady, wkoło rzęs czuło się stale osad czarnego kurzu. Mimo woli porównywałem ją do owej travenowskiej „Yorikki”, lecz brakowało tu momentu beznadziejności, jaką „Yorikka” była przepojona. „Charlotte Cords” oznaczała dla mnie nadzieję, drogę do wolności, do przyjaciół, do życia.

[…]

Na początku był duch i duch stworzył materię. Tak twierdzą idealiści! – wykładał Studemann płynnie gestykulując trzymaną w ręku, potężną pokrywą od kambuzowego kotła. – Mimo że nie posiadasz specjalnie inteligentnej twarzy, gówniarzu, powinieneś to zrozumieć. Materialiści zaś mówią: nie! Co widzę, co czuję i co słyszę, to istnieje, naprzód powstała materia i z materii wyszedł duch. Koksmat, sukinsynu, jak będziesz tak grubo obierał kartofle, skopię ci mordę na irlandzki gulasz! Ja jestem materialistą i należałem do Klubu Wolnomyślicielskiego w Rostoku. Z tego powodu miałem u siebie w domu dużo książek filozofów materialistów jak pani Ludendorff i Karol Marks, które zabrały mi te hitlerowskie świnie po swoim dojściu do władzy. Ale to wszystko jeszcze nic w porównaniu do tych czasów przed Wielką Wojną, kiedy byłem kucharzem na „Dorze Fritzen”. Jak myśmy się wtedy bawili w Libawie! Nie było to, jak bawić się w Rosji. „Ja wam skażu adin siekret”... – zanucił po rosyjsku. Niebieskie, wypłowiałe oczy przybrały rozmarzony wyraz, a cała wysoka, krzepka jeszcze postać wyprostowała się jak za dawnych, dobrych czasów.

[…]

Studemann przyjrzał się mi z uznaniem. Z ciebie taki marynarz jak z koksmata „kwiat Hawaju”. Spojrzałem na koksmata, który przyglądał mi się od kilku chwil z szacunkiem, jako człowiekowi, z którym jego pan i władca rozmawia już całe dwie minuty nie podnosząc głosu do ogłuszającego wrzasku. Samo to zjawisko przekonało biedaka, że jestem istotą wyższą i godną podziwu. Zresztą, wszystko mi jedno, kto jesteś i co tu robisz – ciągnął kucharz. Ja jestem materialistą filozoficznym i dlatego uważam, że internacjonalizm ma wielkie możliwości na przyszłość. Tylko musi być zachowana czystość rasy, bo inaczej występują objawy degeneracji jak u jednego palacza z Hamburga, z którym byłem w 1912 roku na frachtowcu „Kalliope”. Był on wynikiem skrzyżowania Malaja z Eskimoską i z tego powodu pomieszało mu się poczucie zimna i ciepła. Schodził na wachtę do kotłowni w zimowej bieliźnie i w czasie pracy ubierał się coraz cieplej, a gdyśmy byli raz w okolicach Ziemi Franciszka Józefa, przyszedł do kambuza rozebrany do naga i chciał mnie zakłuć nożem, jak mu nie dałem na deser lodów. Spojrzałem na Studemanna spod przymrużonych powiek. Czy robi ze mnie wariata? Koksmat słuchał i wierzył. „Czekaj – pomyślałem – pokażę ci”, po czym rzekłem z nonszalancją: To jest objaw zwykłej schizofrenii. Rozdwojenie jaźni o zabarwieniu kontrapunktycznym. Mówi o tym Freud w swojej „Psychoanalizie”, wspomina Adler, a także znakomity redemptorysta angielski P. G. Woodehouse.

[…]

Z początku wszyscy zachwycali się „moją ojczyzną”, piękną Francją, wesołymi portami, dziewczętami i urokiem francuskiego życia. Następnie ktoś zauważył, że gdyby Francja poszła ramię w ramię z Niemcami, to wtedy Führer z łatwością opanowałby świat. Na to ktoś inny dodał, że Francuzi to mądrzy ludzie, mają Niemcy i Führera gdzieś, dobrze zrobili, że mu, to znaczy także nam, Niemcom, pokazali tyłek, bo wiedzą, jak należy żyć i nie dać się wykorzystywać kapitalistom. Podobnie, według przemawiającego, działo się przed wojną w Czechosłowacji, o czym on wie najlepiej, bowiem zakosztował takiego życia, pochodząc z Sudetenlandu, którego największym nieszczęściem było przyłączenie do Rzeszy. Po niniejszym oświadczeniu dyskutanci podzielili się na dwa obozy. Jeden obóz utrzymywał, że wojna to „Scheisse”, powinna się jak najszybciej skończyć i to klęską Niemiec, w którą żaden nie wątpił ani na chwilę. Drugi obóz twierdził, że Hitler jest opatrznościowym mężem stanu, a wojna koniecznością obronną narodu niemieckiego przed zalewem bolszewickiego barbarzyństwa, które, według niedawnych słów Goebbelsa, ma zamiar wykastrować wszystkich młodych Niemców. Przez kilka chwil obydwa obozy wyzywały się wzajemnie od świń, zdrajców, bolszewików i kapitalistycznych pachołków, po czym jeden młodzieniec z obozu prohitlerowskiego zapytał młodzieńca z Sudetenlandu: Jak cię taka cholera bierze, to dlaczego nie spuszczasz ratowniczej łodzi w Oresundzie i nie wyrywasz do Szwecji. Wiesz przecież, że nie będziemy strzelali do ciebie.

[…]

W naszych oczach drugi szturman urósł specjalnie od czasu ostatniej nocy w Gdańsku, kiedy kontrola wojskowa zakazała sprowadzania gości na pokład, a on przyniósł sobie na noc dziewczynę w worku żeglarskim, przespał się z nią, a nazajutrz wyniósł tą samą drogą, pod okiem pilnującej straży nadbrzeżnej. Trzeciego dnia podróży wpłynęliśmy do Skagerraku. Odtąd od steuerbordu mieliśmy zielone, łagodnie wzniesione brzegi Norwegii. Oslofiord został od południo-zachodu i pod wieczór stanęliśmy na redzie Kristansand. Maszyna ucichła, ciężko wyładowana „Charlotte Cords” kołysała się lekko na kotwicy, kapitan pojechał do dowództwa portu po instrukcje. Siedziałem na przednim luku i patrzyłem na rozrzucone na stokach gór kolorowe norweskie domki. Wyglądały bardzo zachęcająco i wiele dałbym w tym momencie, aby móc znaleźć się z dala od życia morskiego, przygód i londonowskich wrażeń w takim norweskim zaciszu. Przyszła mi na myśl jedna z czytanych niegdyś, w zamierzchłym dzieciństwie, książek. „Nad dalekim, cichym fiordem” – brzmiał jej tytuł, a opowiadała o małych Norwegach, którzy mieszkali w takim właśnie ślicznym, barwnym domku nad pięknym fiordem i robili wspaniałe wystrzyganki z papieru. W domku było czysto i ciepło i wszystko tchnęło miłą, dziecięcą przytulnością. Tymczasem jednak, gdy siedziałem na przednim luku niemieckiego węglowca „Charlotte Cords”, latem 44 roku, Norwegia mało mogła mi dać ze swej idylliczności, zaś fiord bynajmniej nie był cichy. Ciszę jego rozrywały wybuchy min, eksplozje torped i syreny alarmowe atakowanych statków. Taka była sytuacja norweskiego fiordu. Moja nie przedstawiała się lepiej; prowadziłem sam zaciętą walkę z otaczającymi mnie zewsząd ludźmi, walkę i grę zarazem, w których stawki były bardzo wysokie: życie i wolność.

[…]

Znów naleli. Wypili i tym razem bosman zaatakował. Ni stąd, ni zowąd zaczął opowiadać o pewnej awarii, jaką przeżył kiedyś w Zatoce Biskajskiej. Od zatonięcia miał jego i innych wyratować jakiś polski frachtowiec o dźwięcznej nazwie „Robur” i numerze porządkowym. Opowiadał przy tym wiele pochlebnych rzeczy o polskich marynarzach i ich zawodowych umiejętnościach. Potem mówił, jak został zmobilizowany na pierwsze miesiące wojny do marynarki wojennej i brał udział w ataku na Westerplatte z pokładu jakiegoś trawlera. W oleisty sposób chwalił obronę Polaków. Powoli zaczynała mnie brać cholera. W zimny, aż za zimny sposób oświadczyłem, że aczkolwiek matka moja jest Polką, nigdy w Polsce nie byłem i mało się na Polsce i Polakach wyznaję. Studemannowi plątał się już język. Ja też zaczynałem być mętny, mimo że zostawiałem połowę zawartości kubka za każdym razem lub wylewałem sobie resztę na spodnie.

[…]

Trzeba było działać szybko i to atakować samemu. Wiedziałem, że wyładunek potrwa jeszcze dwa dni, a zatem później „Charlotte Cords” wychodzi pusta do Oslo, gdzie dostanie nowy ładunek, najprawdopodobniej cement, z kursem na jakiś niemiecki port. Wiadomości te pochodziły od Heinza, a przeciwlotnicza na ogół była dobrze poinformowana. Na powrót do Niemiec nie mogłem przystać w żadnym razie. Nie lubiłem cofać się. Należało przeto spróbować trochę zmarkierować na początek, a przyprawione dolegliwości to była moja specjalność. Kiedyś, w gimnazjum jeszcze, złamałem lewą rękę w jakimś meczu hokejowym. Ręka ta została źle złożona i zrosła się z bardzo widocznym defektem na całe życie. Postanowiłem spróbować tej szansy. Nazajutrz robota wrzała jak cholera, statek tonął w chmurze czarnego pyłu, gdy pukałem do drzwi kapitańskiej kajuty. Wejść! Wszedłem, mnąc czapkę w rękach. Obawa i nieśmiałość biły z całej mej postaci. Kapitan w pidżamie siedział w fotelu. W kajucie gorąco nie do wytrzymania. Pogoda była duszna i ciepła, zaś wszystkie iluminatory szczelnie zamknięto ze względu na kurz węglowy, unoszący się z luków nad pokładem. Wszechmocny wydawał się jeszcze ciężko zamroczony po jakimś wczorajszym pijaństwie. Przymrużył swoje świńskie gały i warknął: Czego? Panie kapitanie – zacząłem cicho i łamiącym głosem. Przestępowałem z nogi na nogę i gniotłem czapkę niemiłosiernie, a w najwidoczniejszy sposób. – Przyszedłem prosić o odokrętowanie i zwolnienie z pracy. To jest za ciężkie dla mnie. Byłem głupi i przeliczyłem się. To jest ponad moje siły.

[…]

Pewnie wsiadam do pociągu. Przedtem jeszcze informuje mnie norweski kolejarz, że pociąg do Bergen odejdzie za cztery godziny. Doskonale. W tamtym będą mnie szukali. W przedziale jest tylko kilku Norwegów. Siedzę jak na węglach aż do gwizdu i ruszenia pociągu. Gdy rusza, podchodzę do otwartego okna i zwisam bezwładnie. Chce mi się tylko spać. W dole niknie Stavanger, małe miasteczko, pełne drewnianych domków z desek, o oknach jak na Alasce. Leży, zalane czerwcowym słońcem niedzielnego popołudnia. Patrzę nań z wdzięcznością. Właśnie za tę niedzielę. Ostatni dzień wielkiej gry. Daleko widać błyszczący fiord. Jeszcze dalej – morze. Mam dosyć morza. Dosyć pływania, przygód morskich, Londona, pokładu, Zaruskiego, wantów i buntów na oceanie. Sercem wiszę raczej przy tych norweskich skałach, na które wspina się pociąg. Mam wiele teraz do zrobienia, ale na lądzie, na twardej norweskiej ziemi, w barze „Rio Rita” w Oslo albo na przełęczach nadgranicznych Szwecji. Niemniej jednak pływałem jeszcze w charakterze siły roboczej. I muszę przyznać, bez specjalnej awersji. Zacząłem nawet rozumieć tych, co kochają morze. Ale to już całkiem inna historia – jak mawiał Kipling.

[…]

Hasłem dnia było tedy: za żadną cenę na morze! Co za przedziwna, niezbadana, tajemnicza siła sprawia, że ludzie się ze sobą spotykają lub rozmijają? Kto potrafi odkryć jej prawa, zbadać jej mechanizm, wyjaśnić elementy jej działania, wykryć ogólne prawidłowości ją cechujące? Nikt – rzecz jasna i jak świat stary i szeroki przywykliśmy do niej nie przywiązywać większej wagi, co w konsekwencji mści się na nas okrutnie lub szyderczo. Uważamy spotkania z ludźmi za normalność, zdaje nam się, że krzyżówki i plątanina dróg ludzkich to zwykły układ rzeczy i tylko kiedy spotkanie jakieś ma zgoła wstrząsające bytem naszym, złe, dobre, lub dziwaczne skutki, wtedy decydujemy się nazwać je złym, dobrym lub dziwnym przypadkiem. W tym naszym stosunku do zagadnienia tkwi jakaś bezradna, bierna naiwność i dopiero, kiedy przychodzą na nas chwile olśnienia, korzymy się przed zupełną niepoznawalnością owej siły i wpadamy w drugą krańcowość, bąkając nieśmiało o wszechwładnym, absolutnym Przypadku, rządzącym światem i życiem. Popadamy wtedy w bałwochwalstwo absurdu i nonsensu, zapominając o tym, że nasza niezdolność poznania i wymierzenia tej siły nie oznacza jej ślepoty. Wspomniane olśnienia przychodzą do nas najczęściej w kinie, kiedy najbzdurniejsza nawet komedia omyłek zdolna nam jest objawić syntezę działania owej tajemniczej siły; oglądaliśmy już nieraz jakże absurdalnie smutne, a zarazem realistyczne fakty, gdy poszukujący się od wielu lat i tęskniący za sobą ludzie mijają się w drzwiach obrotowych wielkiego hotelu, otarłszy się niemal łokciami i nie spostrzegłszy się wzajemnie. Czasami nazywamy idiotycznym przedstawiony nam artystycznie fakt, z którego wynika, że w milionowym skupisku miejskim ktoś znalazł czy spotkał kogoś najbardziej sobie potrzebnego i koniecznego; i ta ocena jest najdalej posuniętą naiwnością, realizm bowiem takiego zdarzenia jest najcodzienniejszego gatunku. Musimy sobie tedy jasno powiedzieć: istnieje jakaś potężna moc, stykająca ze sobą ludzi, której zbadać ani wyjaśnić nie możemy, której za ślepą i bezmyślną uważać nam nie wolno – a która posiada nie ulegającą żadnej wątpliwości własną, wewnętrzną logikę działań. Jedyną postawą, godną człowieka, jest tedy uznać w tej sile swego sprzymierzeńca, zaufać jej, uwierzyć w nieskończone bogactwo jej możliwości i bezgraniczną, nie liczącą się z niczym potęgę.

[…]

Panie Schmitz – zacząłem poważnie i z uczuciem – przepraszam, że pozwalam sobie nazwać pana jego nazwiskiem, które przypadkiem dane mi było usłyszeć; otóż panie Schmitz, czyż nie zdaje pan sobie sprawy z tego, kogo ma pan przed sobą? Czy ja wyglądam na zejmana albo trymera? Jestem ofiarą wojny, pomyłką, nieporozumieniem, wrakiem ludzkim. Muszę to panu powiedzieć, gdyż wyczuwam w panu bratnią duszę, artystę tak jak ja, tylko uwięzionego za biurkiem, jak ja jestem przykuty do trymerskiej szufli. Efekt tego nieprzytomnego strzału był piorunujący. Oczy Schmitza zaszły autentycznymi łzami.

[…]

Chwileczkę, kolego Kluge – powiedział Schmitz – zabieram z sobą tego człowieka. To jest steward, a na „Harvestehude” prosili o stewarda. Dotychczasowy zachorował ciężko i został odesłany do kraju. Schmitz wznosił się na wyżyny poświęcenia i bohaterstwa w imię kultu Apollina. Sprawiało mu to widoczną przyjemność, twarz mu się ożywiła, oczy zabłysły. W moim seebuchu [karta morska – przyp. aut.] stało jak byk „trimmer”, a nie „steward”, zaś gigantyczne kłamstwo Schmitza otwierało przede mną wonne i lazurowe perspektywy, podobne do wizji muzułmanina odurzonego peyotlem i śniącego właśnie o rozkoszach ogrodu Allacha. Proszę bardzo, kolego Schmitz – rzekł Kluge z uśmiechem, który mówił wyraźnie, że sprawia mu to czystą przyjemność odstąpić ten brudny łach, to znaczy mnie, swemu drogiemu koledze, gdyby bowiem chodziło o niego, to wpakowałby mnie natychmiast na pierwszy lepszy frachtowiec z cementem. Cement oznaczał koniec, czyli nieuchronną śmierć w razie storpedowania; ładunek cementu to był wyrok, a Kluge wyglądał na takiego od wyroków.

[…]

Poznałem jeszcze pierwszego mechanika o wyglądzie podstarzałego amanta filmowego w roli oficera marynarki i marynarza Kowalskiego, który miał wygląd warszawskiego łobuza i zapowiedział mi z miejsca: Tylko nie myśl, że ja jestem Polak. Ja z miasta, z Królewca. Jak ja mogę być Polak, kiedy urodziłem się w mieście. U nas Polacy są tylko ze wsi.

[…]

Widziałem w życiu różnych żołnierzy: bohaterskich żołnierzy i tchórzliwych żołnierzy, smutnych i rozbawionych, brutalnych i rycerskich, upojonych zwycięstwem, obojętnych abnegatów i przygniecionych klęską, tępych i sprytnych, pełnych krzepy i przesiąkłych defetyzmem – ale nigdy w życiu nie widziałem tylu na raz szczęśliwych, zadowolonych z życia i z siebie żołnierzy jak w owym pociągu z Arendal do Stavanger. Pociąg nabrzmiały był szczęściem i radością, pękał wprost od piosenek, piwa i butterbrotów ze sztucznym serem. Wszyscy wszystkich klepali po plecach, wołali „prosit”, winszowali sobie wzajemnie jak na chrzcinach i to podobno tak od trzech dni bez przerwy. Tajemnica tej euforii była prosta: oto 117. pułk strzelców heskich, przygotowany do wyjazdu na front wschodni, dostał naraz rozkaz obsadzenia baz w środkowej Norwegii. Było to coś jakby przeniesienie z ogarniętego dżumą miasta do zacisznego pensjonatu dla bogatych starców w idyllicznej, górskiej okolicy. Oczywiście – przyjęty zostałem z wszelkimi rewerencjami, mowy nawet nie było o jakichkolwiek prześladowaniach. W wagonie toczyła się właśnie wartko rozmowa na tematy sportowe, do której natychmiast włączyłem się z całą energią i oddaniem, jakie zaimponowało moim rozmówcom. Byli to przeważnie faceci w średnim wieku, taki wybrakowany landsturm, świeżo oderwany od sklepów kolonialnych i stacji benzynowych, z dużym sentymentem wspominaliśmy więc stare mecze Schalke 04 z wiedeńską Admirą czy Rapidem oraz przewagi Harbiga na bieżni i von Cramma na kortach. Myśli moje krążyły jednak nieustannie wokół możliwego spóźnienia, należało przeto coś przedsięwziąć, aby takiej ewentualności uniknąć. Ni stąd, ni zowąd w nagłym natchnieniu opowiedziałem więc zebranym równie sportową, jak bezsensowną historię o zakładzie, jaki zawarłem z pewnym facetem, siedzącym w tej chwili w pociągu osobowym z Oslo do Stavanger. Zakład miał jakoby polegać na tym, że podjąłem się osiągnąć Stavanger w tym samym czasie co tamten, dając mu jeden pociąg fory. Opowiadanie to podziałało na sportsmenów z Hessen-Nassau jak waleriana na kota. Wszyscy zgodnie orzekli, iż z chwilą, kiedy znalazłem się w ich pociągu, mój honor sportowy stał się ich honorem sportowym, że nasze losy są wspólne i odtąd razem będziemy walczyć o nasz wspólny sportowy sukces. Poczęto tworzyć różne koncepcje przyśpieszenia biegu pociągu, jeden z najbardziej zapalonych sportowców poszedł przez tender do lokomotywy, skąd wrócił niebawem, donosząc, że maszynista Norweg słyszeć nie chce o zwiększeniu tempa.

[…]

Wszedłem więc z grzecznym uśmiechem na ustach i pogwizdując z cicha, lecz z uczuciem „Pattendrai” usadowiłem się obok dziewczyny, a naprzeciw pana, który był najwidoczniej pastorem – na co wskazywał okrągły, biały kołnierzyk, wieńczący pod marynarką czarny, pastorski gors – jednym z tych zażywnych, czerstwych na twarzy pastorów w pumpach, którzy chodzą na dalekie turystyczne wycieczki, z plecakiem i w podkutych butach, a których chłopięce, błękitne oczy tak otwarcie spoglądają na świat spod przyprószonej siwizną czupryny. Jeśli zaś chodzi o dziewczynę, to wyglądała ona ze swymi niebieskimi oczami, czerwonymi ustami i bladą cerą jak norweski sztandar narodowy. Przez chwilę przyglądaliśmy się sobie wszyscy we troje wzajemnie, przy czym zauważyłem ślady jakiegoś zmęczenia na twarzy dziewczyny, wreszcie wtuliłem się w kąt, aby odespać wczorajszą noc, a pastor wyjął z walizki książkę, której tytuł postarałem się ze starego przyzwyczajenia odczytać. Wszelki duch Pana Boga!... – zawołałem na widok tego tytułu – to pan... pastor... znaczy się, rozumie po polsku? Jasne, chłopięce oczy spojrzały na mnie spokojnie, jakby fakt ten był najnormalniejszym zjawiskiem w środkowej Norwegii. Cieszę się, że spotikam polakka – odparł poprawnie, ale chłodno i z rezerwą – ja rozumie po polsku. Polski jezyk to moje... if you understand, it is my hobby, how do you say that in polish? Nie wiem jak to być po polski.

[…]

Ja jestem przesądny i wcale się z tym nie kryję. Wierzę w kabałę, horoskopy, trzynastkę, czarne koty, linię życia na lewej dłoni, swędzenie nosa i ręki, odpukiwanie w suche drzewo, talizmany i przynoszące szczęście przedmioty, spluwanie trzy razy, złe sny (niemowlęta, wypadające zęby etc.), szczęśliwe i nieszczęśliwe cyfry, wróżby z drobnych przypadków, zakaz podawania ręki przez próg, lusterko, dzwonienie w uchu, wstawanie z łóżka prawą nogą, kominiarza, garbusa, piątek i poniedziałek oraz mnóstwo innych rzeczy całkiem już intymnej natury. Wydaje mi się, że gdybym w to wszystko nie wierzył, życie – to zwykłe tuż – obok – życie – byłoby uboższe i nudniejsze. Nie twierdzę pyszałkowato, że wszystkie wróżby się sprawdzają, co to, to nie, lecz z radością i pokorą witam każde pieniądze, jeśli dzień przedtem odczuwałem swędzenie lewej dłoni, co – jak wiadomo – oznacza liczenie monet lub banknotów. Czuję się wtedy podwójnie zadowolony i podniesiony na duchu; jeżeli zaś przychodzi mi po znaczącym swędzeniu dłoni prawej coś płacić – wtedy przygnębienie me rozjaśnia płomyk mądrej i pełnej wiedzy melancholii, dzięki któremu wiem, że nie jestem przedmiotem ślepych i nie awizowanych igraszek losu.

[…]

Nasze brudne z grzebania w starzyźnie ręce i chciwe, nigdy niesyte wrażeń oczy pasowały nas na ludzi sobie bliskich; byliśmy jednej krwi – jak mawiał Kipling – z tej samej dżungli przeżyć i doznań. W chwilach odpoczynku rozprawialiśmy o pływaniu, albowiem mój antykwariusz był krzepkim staruszkiem, kąpiącym się codziennie latem, w bardzo pasiastym kostiumie, w Wiśle. Karierę swą rozpoczął jako rzeźbiarz, zdobył sobie nawet w swoim czasie ogólnokrajowy rozgłos, po czym utrzymywał salon sztuki w dobie moderny. Kiedyś był pozytywistą, hołdował postępowi, i z czasów tych pozostała mu niezachwiana wiara w nauki ścisłe i całkowitą możność wyjaśnienia świata oraz członkostwo honorowe Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, którego był współzałożycielem jako jeden z pionierów ruchu fizycznego na świeżym powietrzu. Stopniowo przemienił się w rasowego, rdzennego antykwariusza, który najbardziej znienawidził wyzbywania się nagromadzonych rupieci w drodze naturalnej sprzedaży. Była jakaś antynomia pomiędzy jego jasną, utylitarną filozofią a ciemnymi siłami fanatycznego przywiązania do swej sklepowej starzyzny, której to sprzeczności nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić. Być może, że ona to właśnie sprowadziła nas kiedyś na ścieżkę rozmowy o talizmanach.

[…]

Najciemniejsi mistycy każą się panu kłaniać – uśmiechnął się ironicznie antykwariusz. Jego rzadka, siwa bródka i szare oczy były samą złośliwą radością i triumfem nad mą ciemnotą. – Dziecinnieje pan, młodzieńcze, radzę wrócić do Andersena, który miał przynajmniej dar poetyckiej lekkości w traktowaniu tych zagadnień, wzbudzających w panu już tylko bezsensowną zapalczywość. Ostatnia wojna winna była pana nauczyć, że człowiek zależy wyłącznie od człowieka, a nie od przedmiotów czy innych rzeczy, i że decydująca o życiu jest przede wszystkim wikłanina tych międzyludzkich zależności, która powinna być ciągle rozplątywana i naprawiana, a nie jakieś metafizyczne błąkanie się w mrocznym, martwym i niewiadomym.

[…]

Pańska historia ma dla mnie dwojaki sens: jeden nader moralny, drugi – wręcz optymistyczny, przy czym oba mają pozytywne znaczenie. Nie ulega wątpliwości, że bohater pańskiej opowieści to przestępca, oszust, złodziej, voleur du grand chemin [bandyta atakujący ludzi na drogach – przyp. aut.], a w najlepszym razie jakiś aferzysta lub hochsztapler. Otóż dla pana moce tajemne, utajone w posążku, o ile takowe istniały, są czymś amoralnym, wyzbytym jakiejkolwiek orientacji pomiędzy dobrem i złem. W tym tkwi błąd, bo cóż nas właściwie uprawnia do takiego sądu? Dla kogoś, kto przyjmuje istnienie tych mocy, nie może być obojętne i pozbawione znaczenia, w jakim kierunku mają one działać i na jakie sprawy wpływać. Z losów posiadacza Imhotepa wynika niedwuznacznie, że ów kawałek diorytu, o ile nosił w sobie jakąś moc wpływania na sprawy ludzkie, to bynajmniej nie zamierzał popierać swymi możliwościami przestępstwa, kradzieży lub rozboju – co przecież bardzo dobrze o nim świadczy. Znam śliczną średniowieczną opowieść o talizmanie wykutym przez szatana, który to talizman pomagał zbrodniarzowi we wszystkim, niemniej jednak ściągał go na dno upadku i nie uchronił od kary ostatecznej; stąd morał, że nie ma talizmanu, który przynosiłby szczęście, służąc celom wszetecznym. Brak panu wiary w moralność nadprzyrodzoną, stąd trudności w pojmowaniu tych rzeczy, podczas gdy – jak widać ze zdarzeń – pański kapłan musiał być mędrcem cnotliwym, miał daleko głębszą świadomość tych spraw niż pan, wyboru dokonał konsekwentnie i jasno, nie bawiąc się w skomplikowane działania. Ale spójrzmy na to wszystko od strony optymistycznej i budującej; ostatecznie nie uważam, aby Imhotep przyniósł pańskiemu klientowi zdecydowaną klęskę, aby go zniszczył. Zmusił go do porzucenia pewnego sposobu życia poprzez szereg jakichś dotkliwych porażek, to prawda, lecz tym samym ukazał mu chyba niskość pewnych postępków i nicość pewnych dążeń. Możemy sobie pozwolić na próbę konstrukcji dalszego ciągu: porzucone dokumenty wskazują na chęć zerwania z dotychczasowym życiem, pieniądze, zwrócone przez pana, umożliwiają skromny, lecz uczciwy start, rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Pewnego dnia rozpłynięty w deszczu, mgle i ciemnościach nędzarz, skatowany przez przeciwności losu przestępca, wynurza się w słoneczne przedpołudnie na tej samej ulicy już jako uczciwy, szanowany obywatel, sumienny referent lub magazynier, otoczony gromadką jasnowłosych dziatek i szukający u pana kryształowego wazonu dla żony na rocznicę ślubu. Stanowiłoby to niezgorszą robotę zacnego Imhotepa, któremu trudno byłoby wtedy odmówić udanej i celowej operacji, mimo drastyczności i mylnych początkowo pozorów podjętych środków. W tym ujęciu przypisywałbym tej statuetce wręcz błogosławiony wpływ na losy jednego z ludzi – po prostu przyniosła szczęście, była dobrym amuletem...

[…]

W rodzinie Jonathana Millera katolicyzm i polskość wkorzenione były od wieków, zaś rozsądek i umiar pozwalały je przez wieki przenosić. Nie było w Millerach nigdy żarliwej wiary ani heroicznego patriotyzmu, chętnie obcowali ze swym niemieckim i protestanckim otoczeniem, przejmując odeń zapobiegliwość i twardość. Ale w domu, na własny użytek, mówili i myśleli coś innego. Nie gnili po więzieniach za sprawę ani nie demonstrowali bezużytecznie, lecz swego trzymali się i nie puścili. Dziadek Millera był pruskim urzędniczyną miejskim, głosował za Bismarckiem, ale w domu gościł czas dłuższy powstańca z 63 roku, któremu udało się zbiec przez granicę i uniknąć internowania. Ojciec utrzymywał doskonałe stosunki z niemieckimi sąsiadami. Jonathan nie płonął ogniem wiary, ani nie konspirował, ale abonował pisma Związku Polaków, póki były legalne. Później miał licznych niemieckich przyjaciół, bardzo dobrą posadę i nie odczuwał potrzeby narodowych manifestacji. Sprawy polskości i katolicyzmu nie były dlań w życiu najważniejsze, ale były, istniały i nie nastręczały żadnych wewnętrznych konfliktów. Gdy przyszedł Hitler, Jonathan przestał abonować gazety, lecz nie przestał myśleć po swojemu i wiedzieć swoje.

[…]

Mijając go zajrzałem z bliska w spokojne, nieco tępe, jasne oczy. Chyba nie poznał mnie, lecz w oczach tych dostrzegłem płytką życzliwość. Tak zresztą patrzył na każdego, prawdziwa bowiem natura człowieka najlepiej jest uchwytna w oczach mijanego na ulicy przechodnia. Na dworcu, owym niepowtarzalnym, a tak typowym dla tych ziem dworcu, stawał się dopiero pełnym, dźwięczącym kontrastem. Dworce były pierwsze naprawdę polskie na Ziemiach Odzyskanych i dlatego tam Miller odcinał się od otoczenia w sposób zasadniczy. Nikt na to jednak nie zwracał uwagi. Dla kolejarzy, żołnierzy, repatriantów, pionierów, milicjantów, szabrowników Miller nie przedstawiał nic odrębnego. W tej magmie, komponowanej z niewiadomej – x elementów, nie mogło być odrębności, zawierała ona w sobie wszystkie możliwe możliwości i sylwetka cichego, nic nieczyniącego człowieka nie ściągała niczyich zdziwionych spojrzeń. Dla mnie sylwetka ta stała się po tygodniu obsesją. Kim jest ten człowiek i czego szuka? Codziennie stał o tej samej godzinie wieczornej w tym samym miejscu i codziennie opuszczał dworzec z niczym.

[…]

Wybuch wojny – zaczął – zastał mnie w Gdyni, gdzie stałem na czele pewnego, doskonale prosperującego przedsiębiorstwa. Nie twierdzę, iż przedsiębiorstwo to miało większe znaczenie ekonomiczne niż społeczne, i to społeczne w bardzo określonym kierunku. O nie, bądźmy szczerzy, gospodarczy ciężar gatunkowy mojego interesu był nikły, cóż bowiem może znaczyć mały, czysty i leniwie prowadzony sklepik tytoniowy w skali obrotów wielkiego portu. Nawet fakt, że w sklepie tym można było zawsze otrzymać przemycany z całego świata tytoń, nie stanowił istotnej jego treści. Szmugiel tytoniowy, a więc drobny mankament w stosunku do obowiązujących praw, był niewinną, pełną wdzięku fasadą. Wszyscy wyżsi oficerowie gdyńskiej policji portowej zaopatrywali się w moim sklepie w ukryte pod ladą „Camele” i „Abdullahy”, klepiąc mnie przy tym porozumiewawczo po ramieniu. „Gdybyśmy mieli do czynienia tylko z takimi, jak pan...” – mawiali z pobłażliwym uśmiechem, w chwili gdy ja celebrowałem misterium sprzedaży przemyconej paczki papierosów najgroźniejszym przedstawicielom władzy.

[…]

Niebawem też opuściłem dom rodzinny i zasłynąłem jako jeden z najzręczniejszych złodziei w Warszawie. Pracowałem sam i wkrótce znał mnie cały świat przestępczy stolicy. Warszawscy jubilerzy drżeli na wspomnienie mego pseudonimu, byłem nieuchwytny, tropiącą mnie policję uważałem za przeciwników, których celem jest nie ochrona własności innych, lecz zniszczenie mnie jako swego konkurenta w walce. Zachłystywałem się poczuciem indywidualnej mocy. Z czasem porzuciłem kradzież i zająłem się oszustwem w wielkim stylu. Doszedłem do wniosku, że stanowi ono jeszcze wyższy stopień rozwojowy, matematyczną antytezę uczciwości, pełną pasjonującego, myślowego wysiłku. Spekulatywność współczesnych wielkich afer wydała mi się równorzędną czystej filozofii, wyżywałem się w niej umysłowo i twórczo. Osiadłem w Gdyni jako drobny kupiec i cichy epikurejczyk. Mój tryb życia, naturalny zresztą i niewymuszony, spokojne wieczory nad książką i wykwintne przyjęcia dla niewielu przyjaciół, ładny zbiór antyków i niewinne, opanowane rozrywki urobiły pozytywną o mnie opinię w mieście. Niebawem przedsiębiorstwo me rozrosło się do gigantycznych rozmiarów. Mały sklepik tytoniowy stał się centralą sieci, obejmującej Rotterdam i Lulea, Bahia-Blanca, Sajgon i Marsylię. Rzecz jasna, stałem się człowiekiem bardziej niż bogatym, mogłem sobie pozwolić na luksus nieposiadania żony i częstego oddawania się rozmyślaniom w wygodnym fotelu przy butelce łagodnego sherry.

[…]

Wojna zburzyła to wszystko. Czułem głęboki wstręt do polityki i do polityków. Ich działalność uważałem za rodzaj najprymitywniejszego przestępstwa. Wszelka przemoc budziła we mnie odrazę, była zaprzeczeniem postępu cywilizacji, której przecież najwyższym wcieleniem była dla mnie zręczność i finezja złodzieja czy oszusta. Polityka niosła ze sobą zbrodnię, zaś zbrodnia to regresja, to pochód wsteczny w kierunku ery kamienia łupanego. Zbrodnią, przemocą, morderstwem gardziłem zawsze i strzegłem przed nimi czystości swoich rąk. Wszystko się we mnie burzyło na widok Niemców, którzy uosabiali idealnie politykę zbrodni. W nowych warunkach, gdybym rozpoczął działalność przeciwko Niemcom, musiałbym z czasem zejść do roli Janosika, taka zaś rola wydawała mi się zawsze tania i melodramatyczna. Z łatwością tedy przeniosłem się do Szwecji.

[…]

Po przybyciu na miejsce postawiłem rower na placyku przy zbiegu ulic Królowej i Apelbergsgatan i z rękami w kieszeniach wyszedłem na główną ulicę. Otworzyłem drzwi sklepu i wszedłem do środka po to, aby wyjść stamtąd w towarzystwie dwóch policjantów. Tak, tak, wtedy dopiero przekonałem się o względności wszelkich wartości. Poczciwy, różowy i matołkowaty mieszczuszek, trzeciorzędny jubiler sztokholmski, okazał się pierwszym mym pogromcą. Zauważył gest – błyskawicę, gest niklejszy od tchnienia wietrzyka i szybszy od światła, gest, o dostrzeżeniu którego marzyli najwytrawniejsi tropiciele. Następnie wymógł na mnie podniesienie obu rąk do góry za pomocą zręcznie dobytego rewolweru, zamknął wprawnie sklep i szybko skontaktował się z policją. Te pięć minut zmienności losów kosztowały mnie w sumie półtora roku więzienia, nauczyły zaś potęgi relatywizmu. Czas odosobnienia, którym płaciłem za porażkę, wykorzystałem na rozmyślania zasadnicze. Raz jeszcze, w dokładnej analizie mego życia i mych czynów, upewniłem się w ich słuszności i słuszności ich założeń. Przypomniałem sobie chwile mej wczesnej młodości, kiedy odkrywałem oszałamiający smak przestępstwa. Odżywały dawno zapomniane momenty pierwszych nadużyć i pierwszych kradzieży. Przypomniałem sobie, że już jako dziecko cieszyłem się, gdy nie zauważony przez nikogo mogłem wytrzeć usmarkany nos w czysty cudzy ręcznik lub oczyścić buty najpiękniejszymi firankami na wizycie u znajomych. Wywoływałem w sobie wspomnieniami ową niezastąpioną radość, jaka napływała mi do serca po zręcznym przywłaszczeniu sobie jakiegoś przedmiotu, bez względu na to, czy był to krawat przygodnego towarzysza w rozbieralni basenu pływackiego, czy złota bransoletka z lady jubilerskiego magazynu. Przez każdy z tych kilkuset dni więzienia umacniałem w sobie wiarę we własną moc, wyższość i niezależność, każdego zaś wieczoru zasypiałem na więziennej pryczy w błogim przeświadczeniu, że mam rację, i z czystym sumieniem człowieka, który obrał właściwą drogę życia. Toteż gdy wyszedłem z więzienia i przekonałem się, że w międzyczasie służący mój sprzedał willę i zniknął bez śladu, nie czułem doń żalu. Uważałem go za dzielnego człowieka, który wiedząc o mnie wiele i nie chcąc informować policji o mym prawdziwym nazwisku i pozycji, wykorzystał swoją szansę w sposób najwłaściwszy. Co do mnie, musiałem zaczynać od nowa. Byłem jednak pełen energii i radości wewnętrznej, jaką daje wyraźny życiowy cel.

[…]

Jakby dla małego treningu w terenie, przed rozpoczęciem akcji właściwej, postanowiłem okraść niewielki sklep jubilerski przy jednej z głównych ulic Sztokholmu. Muszę tu pana poinformować, iż w swoim czasie byłem niedoścignionym mistrzem kradzieży sklepowej, zwanej popularnie w Warszawie szopenfeldem. Moje wyczyny w kraju i na gościnnych występach za granicą, w największych stolicach Europy, pasjonowały wówczas całą prasę i powodowały napady melancholii szefów zainteresowanych policji. Moim dziełem było wyniesienie z paryskiej firmy Duval et Duval czterech pereł, od którego to czynu zachwiało się kilka jubilerskich dynastii przy rue Rivoli. Technika szopenfeldu znalazła we mnie owego męża, którego przeznaczeniem było uczynić z niej Wielką Sztukę. Słynna akademia złodziejska w Wilnie przy ulicy Straszuna, której absolwenci trzęsą światem przestępczym trzech kontynentów, ofiarowała mi katedrę teorii szopenfeldu, z płacą 1000 dolarów za cykl wykładów. Odmówiłem, lecz wygłosiłem jedną prelekcję w gronie profesorskim, za co zostałem doktorem honoris causa tej, dziś już nie istniejącej, uczelni. Prezydent policji belgijskiej wystosował do mnie prywatny list, pełen słów podziwu, po okradzeniu przeze mnie kilku najbogatszych szlifierzy diamentów w Antwerpii. Po zagwarantowaniu mi absolutnej nietykalności odbyłem z nim dwugodzinną rozmowę, w czasie której ofiarował mi swą fotografię z dedykacją: „Arcymistrzowi – stary detektyw” i zostaliśmy trwałymi przyjaciółmi.

[…]

Odtąd przychodziłem na róg ulicy Królowej i Apelbergsgatan codziennie. Byłem niezdolny do jakiegokolwiek przedsięwzięcia. Utraciłem sens istnienia, a co za tym idzie – zaufanie we własne siły. Bałem się, że zawiodą mnie nerwy, gdy przystąpię do jakiejkolwiek akcji, i załamię się jak nowicjusz. Godzinami wystawałem na ulicy, wpatrując się w rower jak zahipnotyzowany. Zacząłem go nienawidzić. Wywiązała się pomiędzy nami jakby milcząca walka, straszliwe zmaganie pomiędzy rowerem a mną. Lżyłem go, jak lży się w myślach osobistego wroga, stojąc odeń oddalony o kilka kroków. „Ty świnio – powtarzałem – mógłbym cię zgruchotać na drobną kupkę starego żelastwa, ale nie, nie jestem przecież głupcem, twoim przeznaczeniem jest być ukradzionym wraz z forsą, jaka tkwi w twojej torbie...” Drżałem na myśl, że może być w końcu sprzątnięty przez służbę uprzątania miasta i że ogłoszą o nim w gazetach, w rubryce rzeczy zagubionych. Z przerażeniem otwierałem poranne dzienniki i z niezmierną ulgą stwierdzałem codziennie, że tak się nie stało. Po nocach śniłem niezmiennie, że widzę, jak do roweru skrada się skulona postać ludzka, szybkimi, ukradkowymi ruchami wyjmuje z torby pieniądze, ogląda się na wszystkie strony, wskakuje na siodełko, i odjeżdża pędem, w obawie przed pościgiem. Budziłem się, pełen błogiej radości, że wszystko jest w normalnym rzeczy porządku, że znów świat kręci się wokół słońca, a nie na odwrót, jak to czynił przez ostatnie kilka dni. Zrywałem się i biegłem na ulicę Królowej, aby stwierdzić, że rower jest, stoi, i przeczy najcudniejszym sennym marzeniom. Usiłowałem odeń uciec. Uciekałem na najdalsze krańce miasta, do odległych, pustawych parków, siadałem na ławkach i układałem precyzyjne, niezawodne plany wspaniałych kradzieży. Podrywałem się z ławki pełen nowych sił i optymizmu i biegłem do miasta. Wtedy nogi poczynały same zmierzać ciągle tą samą drogą, u kresu której sterczał w ulicznym stojaku samotny, zardzewiały, sczerniały rower. Raz zdecydowałem się na wyjazd ze Sztokholmu. Kupiłem bilet i wsiadłem do pociągu. Na minutę przed odjazdem wypadłem jak oszalały z dworca i pobiegłem na ów nieszczęsny róg. Zdało mi się naraz, że już jest po wszystkim, że roweru nie ma, że nie mogę wyjeżdżać, nie wiedząc o tym wielkim zwycięstwie. Ale rower był. I były pieniądze, i papierośnica, i zapalniczka.

[…]

Proszę pana – rzekłem nieśmiało – a czy nigdy nie wziął pan pod rozwagę okoliczności, że ludzie mogą być uczciwi, no, powiedzmy – ze względów całkowicie altruistycznych, ot tak, z poczucia równowagi moralnej, z prostej świadomości złego i dobrego albo nawet z popędu serca? Spojrzał na mnie przeciągle. W jego oczach ustępowała wyraźnie rozpacz, a pozostawała sama ironia. To dobre, co pan powiedział. Przecież pan sam w to nie wierzy. Pan chce tylko w to uwierzyć. Zbiera pan bukiecik komunałów, którymi chce mnie pan przekonać, odnosząc przy tym skutek całkiem odwrotny od zamierzonego. Czy uważa pan, że uczciwość ludzką można jakoś uzasadnić? Czy sądzi pan, że gdyby nie było strachu przed karą, to jakakolwiek gromada ludzka mogłaby w ogóle zrozumieć pojęcie uczciwości?

[…]

Siedziałem właśnie o tej porze w małym pokoiku kierownika ośrodka, który był moim starym, dobrym przyjacielem i którego odwiedzałem od czasu do czasu. Opowiadał mi o swych pracach i swych bolączkach, o swym spokojnym, chłodnym oddaniu młodości, sportowi i wzajemnym tychże powiązaniom, o swym nie gasnącym, wytrwałym zapale dla tych spraw. Z tym zapałem było dość dziwnie: kierownik należał do ludzi, którzy dobrze znali podszewki życia, a już na pewno te wszystkie – brudne, postrzępione i wytarte – jakimi sport był podszyty. A jednak zapał jego nie gasł, nie płonął fanatycznie i gorączkowo – to prawda – ale tlił się ciepłym, ogrzewającym wszystko dokoła płomykiem. Człowiek ten nie miał nigdy dosyć atmosfery sali treningowej i małych, cichych dramatów, jakie w niej się codziennie rozgrywały. Tak było od jego wczesnej młodości, tak już chyba w nim pozostanie do końca życia i żadne przeciwności – w rodzaju nie dostarczonych na czas desek parkietowych czy kozłów gimnastycznych, intryg zazdrosnych o stanowisko konkurentów albo grzyba, który pojawił się nagle w ścianach rozbieralni – nie były w stanie nadwątlić zapasu jego opanowanej, stanowczej energii.

[…]

Widzisz – ciągnął zapaliwszy się w sposób widoczny do tematu – wszystkie niemal filmy i powieści o boksie rozpoczynają się z reguły od takiej historii: jakiś trener, menażer czy inny fachowiec natyka się na chłopaka, który błyska w jego olśnionych oczach nadzwyczajnym talentem. Ten talent polega zawsze, ale to zawsze, na tak zwanym ciosie „kończącym”, ścinającym, zwalającym z nóg, jedynym w swoim rodzaju, rasowym, klasycznym, przeczystym ciosie pięściarskim w szczękę, „na punkt”, porażającym rdzeń pacierzowy, po którym uderzony traci przytomność i wali się, jak worek z mąką, na ziemię. O takich chłopcach z dynamitem w pięści śnią powieściowi i filmowi fachowcy, marzą w czasie bezsennych nocy, spotykają ich przypadkowo na ulicy, w knajpie, w czasie ulicznej bójki, a potem wiodą ich poprzez ringowe batalie wprost na tron mistrza świata wszechwag. Tymczasem talent w boksie to nie tylko taki cios, to jeszcze coś więcej, czego nikt nigdy na pierwszy rzut oka nie stwierdzi, a co tylko można przeczuć, domyślać się i najczęściej – całkowicie omylić. Słyszałeś moją rozmowę z tym Stolarkiem, widziałeś go, na pewno sam też masz jakieś o nim zdanie. Otóż ja ci teraz dopowiem to, czego on nie powiedział, czego nie chciał powiedzieć, co skłamał lub zataił. Urodził się w Warszawie, na Karolkowej; czy ty wiesz, co to była Karolkowa przed wojną? To była dżungla. Dla małego, pięcioletniego pętaka to była dżungla, dzika i pełna niebezpieczeństw, w której panowało prawo silniejszego, kształtujące się w jego małej, nierozumnej świadomości jako prawo najwyższe i najwartościowsze. Na ulicy Karolkowej stały domy i leżały bruki jak wszędzie gdzie indziej w Warszawie, być może domy były brudniejsze i bruki bardziej chropowate, ale nie to było istotne. Ważnym było, że Karolkowa stanowiła centralną arterię warszawskiej przestępczości; oflankowana placem Kazimierza, Towarową, Dziką, stanowiła rezerwat Urke Nachalników i Szpicbródek, których legendy rozpłomieniały wyobraźnię. Czy znaczy to, że kształtowały pokolenie na nieodwołalnych przestępców? Nie, tego nie twierdzę. Różne przyczyny składały się na to, że tak nie było, nie chodzi mi jednak o społeczną stronę zagadnienia – raczej o psychologiczną. Chłopcy z tych ulic wychowywali się w cichym kulcie dla nie liczących się z prawem przestępców, rodzice ich – biedni straganiarze, robotnicy, tragarze, nędzni rzemieślnicy – nic nie czynili skutecznego, aby ten kult rozwiać, żyjąc sami w atmosferze najróżniejszych zazębień zawodowych, środowiskowych i towarzysko – rodzinnych o sprawy złodziei, włamywaczy, paserów.

[…]

Chłopcy wychodzili z kina i realizowali swe ideały za najbliższym rogiem słabo oświetlonej ulicy. W ten sposób narastała tradycja pięści, bójki i nieprzytomnego zawadiactwa, w ten sposób Ogród Saski i inne parki warszawskie stały się z czasem istną chłopięcą dżunglą, gdzie ten tylko grał w piłkę, kto miał mężne serce i dostatecznie silne kończyny, aby sobie wywalczyć miejsce. Hegemonia polska w boksie europejskim w latach trzydziestych nie jest rzeczą przypadku, w żadnym bowiem innym kraju pięściarstwo nie natrafiło na tak podatny grunt jak u nas. Polacy mają jakby rozluźnione w przegubach i stawach ręce, a te chodzące lekko ręce wraz z naszą zapalczywością, kłótliwością i nieprawdopodobnymi pojęciami o honorze powodują, że skłonność do bijatyki stanowi u nas coś w rodzaju cechy narodowej. Znamienne jest ponadto, że Polacy lubią bijatykę dla samej radości bicia się, co stanowi raczej unikat w dzisiejszym świecie, i chyba tylko Irlandczycy są pod tym względem do nas podobni.

[…]

Rasowego warszawskiego łobuza cechuje w pierwszym rzędzie zaczepność, zawadiackość i szaleńcza odwaga, płynąca z impulsywności, z pasji. Prawdziwy łobuz, cwaniak, „kozak” zaczepia i bije się przede wszystkim dla samego bicia, potem dla swej mołojeckiej sławy, a na dalszym planie dopiero dla innych, ubocznych celów. Przy tym łobuz w czasie bijatyki nie myśli, lecz kombinuje, najczęściej zaś daje się ponieść instynktom. Są to wszystko mało przydatne cechy w pięściarstwie, stanowiącym zdyscyplinowaną sztukę, w której cenne zalety bitności i odwagi muszą być podporządkowane woli zwycięstwa, będącego jedynym i ostatecznym celem walki. Droga zaś do zwycięstwa wiedzie poprzez myślenie, i pięściarz, który nie myśli, nie ocenia, nie wybiera metody taktycznej, nie rozpoznaje przeciwnika, taki pięściarz nigdy nie osiągnie większych sukcesów. Łobuz pokazuje z dumą własne podbite oko i mówi: „Dołożył mi, ale jak ja mu dałem...” Pięściarz stara się pobić przeciwnika, inkasując jak najmniej, a otrzymanych cięgów nie poczytuje za tytuł do chwały. Mieliśmy znakomitych pięściarzy, rekrutujących się z mętów ulicznych, to prawda, ale chłopcy ci pozbyli się wszelkich przywar łobuzerki, zachowując z niej tylko bojowość i odwagę. Mieliśmy natomiast świetnych, słynnych w świecie bokserów, którzy w chłopięcym wieku uchodzili za spokojniaków i łamagi i nigdy nie mieli w dzieciństwie guza na głowie ani podbitych oczu.

[…]

Ja wiem, co to jest fighting. Wiedziałem o tym wcześniej niż ty. Każdy łobuz uważa, że jest fighter, ale nie każdy fighter na ringu jest łobuz i w tym tkwi zasadnicza różnica. Jeśli facet idzie na siłę i bez przerwy do przodu dlatego, że cała metoda jego treningu i cała taktyka nastawione są na ten sposób walki – to jest fighting. Ale jeśli ktoś pruje przez trzy rundy „na ura”, bo wierzy, że furia, zajadłość i własne mięśnie stanowią dostateczne dane do młócki, której przebiegu i wyniku nie stara się nawet przewidzieć – to taki jest dla mnie łobuz i na ringu wielkiej kariery nie zrobi. Spójrz tylko na oczy twego Stolarka w trzeciej rundzie, a będziesz wszystko wiedział. Część warszawskiej prasy była jednak zdania Gniotka i nazajutrz wyrażała się raczej pochlebnie o Stolarku, którego nazwała „fighterem w stylu Antkiewicza” i „ujawnionym przez pierwszy krok, godnym zainteresowania talentem pięściarskim”.

[…]

Pan... jak to powiedzieć... pan mi się nie zgadza z tym wszystkim, co ja myślę, że jest dobre, że tak powinno być. Gdybym ja miał pana siłę, gdybym ja wiedział o biciu to, co pan wie, i umiał to, co pan umie, to dla mnie nie byłoby mocnych na świecie. A tymczasem pan ma żonę, dzieci, dom, jeździ pan codziennie do pracy tramwajem i gdyby pana milicjant zatrzymał za nieprawidłowe przejście przez ulicę, to pan by mu na pewno zapłacił mandat. Jak wszyscy ludzie. Zamiast jechać gdzieś daleko w świat, być wolnym od rodziny i obowiązków, pokazywać ludziom, co się znaczy i jak się ma ich wszystkich gdzieś, to pan taki zwykły, normalny...

[…]

Gdybym ci teraz powiedział jak, wszystko poszłoby na marne. Rzekłbyś sobie w duszy: „Co tam stary ględzi. Taka mowa to do wiatru...” I za pięć minut nie pamiętałbyś ani jednego słowa. Tacy ludzie jak ty muszą sami przegryźć się przez pewne rzeczy. Pamiętaj tylko o tym, że długo można kozakować, ale w końcu zawsze znajdą się tacy faceci jak Cichoń, którzy będą szybsi o dziesiątą część sekundy i zablokują to, co się nie zgadza z prawidłami. A także tacy jak ja, którzy będą na ciebie czekać przed wyjściem, jakim będziesz chciał wyjść, nie zauważony przez nikogo. Ci ludzie będą wiedzieć, że chcesz właśnie tym wyjściem wyjść, to jest potęga myśli i na tym właśnie polega życie w społeczeństwie. Pomyśl sobie nad tym, a jak to zrozumiesz – przestaniesz mnie chyba nienawidzić...

[…]

Spacerowały wtedy długo po Marszałkowskiej i Zuza, choć bardzo ją bolały stopy, wcale się do tego nie przyznała. Rozważały wtedy żarliwie problem kobiecej wytworności, który dla nich dopiero co zaistniał, i oceniały krytycznie, pewne swego świeżutkiego znawstwa, przechodzące warszawskie elegantki i piękności, bez względu na wiek. Doszły przy tym do wniosku, że kobieta powinna być ładna i wzbudzająca podziw, że to chyba bardzo w życiu pomaga, chociaż nie jest jedynym celem kobiety, i wprawdzie Zuza upierała się przy tym, że to może być jedynym celem, to jednak Hanka i Basia miały swoje zdanie. Natomiast uroda i wytworność słabo kojarzyły się dla nich jeszcze z faktem istnienia na świecie mężczyzn i wydawały się im raczej konieczne dla imponowania innym kobietom.

[…]

We wrześniu 1945 roku znajdował się w Y, na francuskiej Riwierze, pewien młody człowiek nazwiskiem Kłuzda i imieniem Anatol. Czasownik „znajdował się” jest w danym wypadku jedynym precyzyjnym określeniem stanu rzeczy, aczkolwiek brzmi nieszczególnie zręcznie. Kłuzda nie mieszkał w Y ani nie przejeżdżał tamtędy; po prostu znajdował się w punkcie mapy, zwanym Y, akurat w tym czasie, i to było wszystko. Z punktu widzenia zagadnień migracyjnych epoki był to zresztą fakt pozbawiony głębszego znaczenia. Y tętniło swym pierwszym powojennym sezonem. Robotnicy francuscy w granatowych kombinezonach rozbijali za pomocą młotów pneumatycznych niemieckie bunkry i betonowe stanowiska karabinów maszynowych; nikt z tych stanowisk nie strzelał, wszystko przeszło tu gładko i teraz, wśród radosnego pyłu resztek wojny, krążył już tłum gości. Goście byli niemal wszyscy w mundurach, niemniej jednak byli gośćmi – stosunek miejscowej ludności do tych Amerykanów, Brytyjczyków, Nowozelandczyków i innych aliantów był z miejsca niemal stosunkiem komercyjnym. Zwycięstwo zwycięstwem, wyzwolenie wyzwoleniem, a stali mieszkańcy Y ani przez chwilę nie przestali być sobą. Od pokoleń obowiązuje na Riwierze zasada, że wszyscy przyjezdni są nabywcami morza, powietrza, słońca, klimatu, które należą bez reszty do autochtonów i dane im są w odwieczny pacht. Toteż ciepłe uczucia Francuzów do wyzwolicieli spod hitlerowskiego jarzma ochłodły mocno, gdy kwatermistrze różnych armii podzielili pomiędzy sobą luksusowe hotele, zainstalowali kantyny, magazyny i mesy oficerskie i rozpoczęli zaopatrywanie gości z własnych zapasów. Początkowo wydawało się to koniecznością wojenną, ale gdy wojna się skończyła, kiedy z Paryża, Londynu i Skandynawii napłynęli prawdziwi cywilni goście, a kwatermistrze nie zwalniali gmachów i nie likwidowali mes – wtedy serca obywateli Y wezbrały głuchą niechęcią. Inna rzecz, że sytuacja aprowizacyjna Francji nie należała do różowych, tak że problemy turystyczne wikłały się w skomplikowany sposób. Z jednej strony trzeba było zarabiać, aby żyć, z drugiej zaś zarobkowanie, gdy brak jest mięsa i jarzyn, stawało się kwadraturą koła. Właściciele pensjonatów i barów, dyrektorzy biur podróży i wielkich hoteli, kierownicy przedsiębiorstw rozrywkowych i pośrednicy wynajmu, stali wobec poważnych zagadnień. Jedynie fryzjerzy i czyściciele obuwia nie narzekali, gdyż nie robiło im różnicy, czy w Y są wojskowi, czy cywile.

[…]

Przy czym wskazał na widniejącą po drugiej stronie ulicy fasadę potężnego hotelu. Mieściły się tam mesy oficerskie 63. dywizji generała Smitha, o czym zawiadamiały tablice parkingowe dla aut i co potwierdzał masywny żołnierz Military Police w białym hełmie i białych getrach. Ma pan rację – uśmiechnął się Kłuzda. Był to zmęczony i roztargniony uśmiech zdezorientowanego podróżnego lub nałogowego pijaka przed pierwszą, dzienną dawką alkoholu – wobec tego proszę mi dać to świństwo, które nazywa się u was Martini. Tylko double... – dodał wskazując palcami żądaną objętość. Francuz skrzywił się z pogardą i nalał. Nie był pewny, czy otrzyma należność za ten płyn, ryzykował, jak to w handlu. Rzeczywiście – wygląd Kłuzdy wzbudzał mało zaufania. Nie ogolony, o zapadłych policzkach i zaczerwienionych powiekach, miał na sobie tandetną i przykrótką amerykańską marynarkę, narzuconą na kolorową trykotową koszulkę. Nosił z pewnym wdziękiem ten mundur epoki i manifest zwycięstwa, tchnący na milę unrowskim punktem rozdziału odzieży; co zaś do pozycji społecznej samego Kłuzdy, to po przewędrowaniu wzdłuż i wszerz całych Niemiec nie mogłem mieć, w tych miesiącach radości i zmęczenia, żadnych wątpliwości.

[…]

Usiedliśmy z Kłuzdą na szezlongach. Kiedy spojrzałem na mego towarzysza, uderzyła mnie w nim jakaś dziwna przemiana: znikła gdzieś jego nonszalancka rezygnacja, owa abnegacka obojętność, zaprawiona trochę goryczą, a trochę ironią, wiejąca z jego wyblakłych oczu i przesiąkłego dobroczynnością ubrania. Siedział oto z wdziękiem wciśnięty w fotel, człowiek tego świata kortów, leżaków, pięknej pogody, klubowych domków, pryszniców, nowych piłek „Dunlopa”, oryginalnych pulowerów, wytwornych szortów z drogiej flaneli i kolorowych szalików – należący i pasujący do tego jedynego dla siebie kontekstu każdym fibrem swej osobowości, znajdujący doń drogę w każdym cywilizowanym punkcie ziemi – w Warszawie i Kopenhadze, w Salonikach, Buenos Aires i na Riwierze. Inna droga dlań nie istniała, nie mogła istnieć, prowadziłaby tylko w dół, w upadek, w istnienie bez twarzy i bez nazwiska, a więc w wegetację. Jego szlachectwo było z tego świata, chociaż był synem szewca z Bednarskiej ulicy. Tu, w złotobłękitnym powietrzu, wśród dźwięcznych odgłosów rakietowych uderzeń i krótkich okrzyków, w zapachu głogu, lawendowej wody i dobrego tytoniu dostrzegłem naraz modną, współczesną urodę jego twarzy, opalonej, ściągłej, mocnej, ujrzałem smukłość i siłę jego ręki, związanej żelaznym przegubem z muskularnym przedramieniem, dojrzałem go takim, jaki był w swej istocie – Anatolem Kłuzdą, znakomitym tenisistą, popularnym przedstawicielem specyficznej kasty wielkich dnia dzisiejszego, jaką wyprodukował nasz świetny wiek XX, jego tęsknoty i jego prasa.

[…]

Nabzdyczył się pan w tak rozbrajający, nadwiślański sposób, że nie sposób jest się na pana gniewać. Panu wydaje się, że powiedział pan coś mądrego, że wnikliwie zwątpił pan w coś, co jest według pana niemożliwością. Co za bzdura! A tak, proszę sobie wyobrazić, że mistrz Polski, obrońca barw, defensor tenisowej ojczyzny i chwały, człowiek cytowany przez nauczycieli gimnastyki jako wzór dla młodocianych, rycerz niezłomny spod Wimbledonu i Roland Garros – był nałogowcem. Zwiódł opinię i wyprowadził w pole najbardziej lisich reporterów, omamił kierowników klubów, trenerów, menażerów i kapitanów narodowej reprezentacji. Pił wódkę masami, litrami, rurociągami i nikt o tym nie wiedział. Bo nałóg, mój panie, nałogowi nierówny, trzeba go tylko oderwać od społecznego szablonu, a natychmiast wpływa się na nim, jak na upiornym żaglowcu, na wody nieznanego i na odmęty własnych tajemnic. Czymże jest pijaństwo w Polsce? Jest to ogólnonarodowe błazeństwo z tragicznymi skutkami, tak samo jak tragicznym błazeństwem jest spacer po rynnie na szóstym piętrze, zakończony rozbiciem sobie czaszki o bruk. Wie pan, jeden z francuskich pisarzy stworzył niegdyś pojęcie „rejouissance nationale” – „narodowego ubawiania się”. Co to jest? W Hiszpanii to walki byków, we Francji – licytacje, w Nowym Orleanie i Harlemie – muzyka jazzowa, w Niemczech – Prademarsch, a w Polsce – pijaństwo. Na żadnej ulicy świata nie patrzy się z tak obojętną zgodą na zataczającego się pijaka, jak na warszawskiej, przy tym zgoda ta jest powszechna i niezmiernie łatwo zmienia się w objawy źle pojętej solidarności. Oto korzenie zła. W Europie patrzy się na wesołego pijaka z sympatią, w Polsce jest się solidarnym w stosunku do każdego obrzydliwego, zatruwającego powietrze, spitego jak bela bydlęcia. Narodową dewizą jest, że każdemu to się może zdarzyć. Znak równania stawia się u nas nie pomiędzy alkoholem a rozrywką, lecz pomiędzy zabawą a upiciem się, stąd pijaństwo jest naszą „rejouissance nationale”. Przy tym ta nasza idiotyczna megalomania: wydaje nam się, że jesteśmy najtęższymi pijakami pod słońcem, mając wyjątkowo słabe głowy. Na wytrzymałość i odporność przegrywamy do większości europejskich narodów, nie darmo mówi się we Francji: „saoul comme un Polonais” – pijany jak Polak – a nie mówi się w żadnym języku: pije jak Polak. Pijemy dużo, lecz bez żadnej klasy; ilość, ilość i jeszcze raz ilość – oto norma naszego pijackiego honoru i heroizmu, naszej pijackiej moralności. Brrr... aż mdli mnie, kiedy to wspomnę...

[…]

Może jest pan psychologiem, policjantem lub pisarzem i potrzebne są panu doświadczenia, notaty. „The strange case of mr. Kluzda, the famous tennis-player”, podoba się panu taki tytuł, co? Nadaje się równie dobrze do kryminalnego dossiers, kartoteki lekarskiej, jak i do noweli. Ja służę, właśnie dziś mam na to ochotę. Pyta pan, dlaczego piłem? To proste. Przeciwko mnie sprzęgły się złe moce. Pan nie wierzy w złe moce, rozumiem, większość ludzi dziś w nic nie wierzy; ja też nie wierzyłem w ich istnienie, dopóki nie zagnały mnie one w nałóg. Zagadnienie moje jest problemem nadprzyrodzonym i moralnym. Widzę, że pan tłumi uśmiech, mogłem się tego spodziewać, skoro jednak wysłucha mnie pan do końca, zmuszę pana przynajmniej do zastanowienia się nad sensem tego sformułowania. Tymczasem proszę zamówić butelkę jakiegoś taniego koniaku i dbać o zawartość kieliszków.

[…]

Mój ojciec miał warsztat szewski na ulicy Bednarskiej, nie najbiedniejszy, uchowaj Boże, ze sklepem, wąskim, niskim i położonym nieco poniżej poziomu ulicy, ale zaopatrującym w modne obuwie co elegantsze przekupki, dozorczynie i pokojówki z całej dzielnicy, a zatem przynoszącym niezłe dochody. Moja wczesna młodość związana była nierozłącznie z Bednarską i jej czarującymi, biegnącymi w dół ku Wiśle rynsztokami, jezdnią z kocich łbów, podwórkami, wśród których pełno było skrawków warszawskiej przeszłości – jakieś fragmenty starych murów, ukryte przejścia na zapuszczone pałacowe ogrody na skarpie, labirynt i chaos małych zeszłowiecznych podwórek, królestwo dzieci, handlarzy starzyzną i żebraków. Widzę w oczach pana błyski zrozumienia, znaczy to, że wie pan, czym była ulica Bednarska, jakie miała uroki, za co i jak można było ją kochać. Zapewne zna pan podniosłą emocję biegania za fajerką, kierowaną za pomocą zagiętego żelaznego pręta. Do tego rodzaju imprez Bednarska ulica była niezastąpiona – wyścig fajerek w rozedrgane majowe popołudnie trasą od skweru Hoovera w dół aż do nadwiślańskiego bulwaru sprawiał, że przechodnie chronili się do bram i małych sklepików z włoszczyzną, których właścicielki miotały w nas zepsutą cebulą.

[…]

Siedział wśród nich doktor Manel – wysoki, srebrnowłosy gentleman w białych flanelowych spodniach i granatowej marynarce – słynny w Europie kibic i koneser, który w życiu nie odbił piłki, a do którego zwracała się o rady jeszcze Zuzanna Lenglen i pisywał ciągle listy Austin. Patrząc wtedy spod przymrużonych powiek na moją szesnastoletnią sylwetkę, powiedział do kapitana teamu tenisowego „Legii”: – Ten smarkacz to wielki talent. Ma on w czubkach palców bezwiedną, instynktowną wiedzę o tenisie. Nie wolno wam wypuścić go z rąk, nawet za cenę wielkich ingerencji w jego młode życie. […] Omotał mnie siecią treningów, zapraw, meczów sparringowych, w której poczułem się szczęśliwy. Kiedy jasnym się stało, że nie zrobię matury, w domu wybuchła piekielna awantura – myślałem, że ojciec rzuci się na mnie. Ale gdy w trzy dni później zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów, mój biedny ojciec usiadł na starej pluszowej kanapie, cisnąc oburącz skronie i wpatrując się tępo w numer „Przeglądu Sportowego” z moją fotografią na pierwszej stronie. Przestał się orientować, stracił busolę swych ojcowskich zamiarów. Byłem tym szczerze zmartwiony, lecz uspokoiłem się nazajutrz, słysząc, jak ojciec krzyczy w sklepie do kogoś przez telefon: – Kłuzda. To moje nazwisko. K-ł-u-z-d-a, do licha, czy nie czytuje pan gazet!?

[…]

Zwróć uwagę – odezwał się naraz doktor Manel, chociaż zadawałem sobie pytanie, czy w ogóle zauważył moje przybycie – na nieporównany wdzięk ruchów Zenona. Oceń należycie ów pełen harmonii, zręczności i siły skręt ciała przy serwie, kiedy linia nóg, przechył klatki piersiowej i rozrzut ramion są samym rytmem zwinnej, błyskotliwej radości życia, muzyką i porywającym rysunkiem gestu zarazem. Tu nie trzeba dodatków ani ornamentyki, tu celowość i umiejętność są zarazem pięknem i doskonałością formy. Widzisz – tenis jest jedyną grą w sporcie, w której nie ma walki wręcz; przeciwnik jest od ciebie oddzielony siatką i przestrzenią kortu, nabierając dzięki temu cech nieco abstrakcyjnych. Stąd w czasie gry zdany jesteś na większą refleksyjność, na lepsze uświadamianie sobie własnych myśli i miotających tobą uczuć. Stąd też cięższe brzemię nerwów w czasie ciężkich meczów, stąd łatwiejsze załamania i uleganie pokusom. Jest w tym czar wielkiej różnorodności przeżyć, ale i większe niebezpieczeństwo skrzywień, których i ty ostatnio padłeś ofiarą. Patrz, chłopcze, jak Zenon pięknie gra, nie zamierzając wcale tego piękna, nie wiedząc o nim i nie myśląc o niczym innym, jak tylko o pokonaniu przeciwnika, patrz i zrozum to, w przeciwnym bowiem razie jesteś stracony dla tenisa.

[…]

To była najbardziej imponująca walka talentu i instynktu przeciw rutynie i wiedzy. Twoja wrodzona żywiołowość, mój chłopcze, nie potrafi się jeszcze uwolnić od nieśmiałości i niedoświadczenia. Kiedy je pokonasz, żyjąc jednocześnie jak mnich, odsuwając od siebie wszystko poza tenisem, wtedy pojawią się przed tobą laury Wimbledonu i najbardziej ekskluzywnych kortów Kalifornii i wystarczy, że wyciągniesz po nie rękę, a będą twoje. Zapamiętałem sobie te słowa.

[…]

Bo, widzi pan, ja się znam na tenisie. Kiedyś sam grałem, ale krótko. Zabłysłem jak meteor i rokowano mi największą karierę w dziejach tenisa. Nie zrobiłem tej kariery – lecz to inna historia. W każdym razie pan i ja jesteśmy jednej krwi, jak mawiał Kipling. Gdy tylko pana ujrzałem na korcie, wzruszenie ścisnęło mi gardło. To byłem ja sprzed dwudziestu lat – jeżeli kiedykolwiek urodzili się dwaj ludzie z szóstym zmysłem do odbijania piłek, którego narządem jest rakieta, to ludźmi tymi jesteśmy my dwaj. Pan ma tenis w żyłach, we krwi, w stawach, ścięgnach i korze mózgowej. Piłka sama szuka pana na korcie, a nie pan goni piłkę, jak to czynią wszyscy inni. Instynkt najkorzystniejszego ustawienia się jest tak panu właściwy jak to, co jest dane gołębiowi pocztowemu, aby go wieść właściwą drogą. Niebawem dojdzie pan do przekonania, że na pańskim szczeblu tenisowej potęgi umiejętność, kondycja i rutyna nie znaczą nic, że są to atrybuty tenisowych rzemieślników, bez względu na to, jakie mistrzowskie tytuły byłyby ich udziałem. Na pańskim stopniu wtajemniczenia rządzi już tylko instynkt i wszystkie nadprzyrodzone siły, skrystalizowane w przypadku. Mój Boże, jak łatwo się stać ich igraszką, a im wyżej wzbije się pan na poziomy tenisowego geniuszu, tym łatwiej spowodują one pana upadek. Pan jest Polakiem, młody człowieku, strzeż się pan tedy rozpaczy i alkoholu, bowiem z tymi rzeczami Polacy słabo na ogół dają sobie radę.

[…]

Popadłem w dziwny stan duszy: bałem się gry, a nie mogłem bez niej żyć. W ciągu bezsennych, topionych w alkoholu nocy przysięgałem sobie tysiąckrotnie, że nie wezmę więcej rakiety do ręki – rano wymykałem się chyłkiem, jakby tropiony przez kogoś, na korty, na które wchodziłem pełen obrzydzenia do samego siebie, jak do palarni opium. Wódka niosła ze sobą nieoczekiwane skutki, pod jej wpływem zacząłem czytać książki. Zacząłem od Claude Farrere’a i Choromańskiego, ale już wkrótce zapędziłem się w Norwida i świętego Augustyna. Dziwne, co? Te przesycone wódką noce miały w sobie jakąś orgiastyczność najbardziej nieoczekiwanego gatunku: spirytusowy płomień, który rozpalał mi mózg, rozjaśniał jednocześnie stronice książek. Leżałem w kręgu lampy na tapczanie, piłem i czytałem. Czy szukałem w książkach jakichś odpowiedzi? Raczej nie – zresztą, nie wiem. Dość, że kiedy przeczytałem w jednej z rozpraw filozoficznych te słowa: „A jednak musimy sobie powiedzieć, że człowiek nie jest Bogiem i że bez uznania tajemnicy mowy być nie może o obiektywizmie...” – poczułem się nieco uspokojony i podniesiony na duchu. Niedługo trwała ta ulga, gdyż niebawem zabiłem człowieka.

[…]

Ta rakieta jest zaczarowana. To ona gra, a nie ja – rzekł spokojnie i poważnie. Oczy miał przytomne i smutne. Poczułem naraz przypływ strachu i chęć ucieczki jak człowiek wplątany w tajemnicę, której nie chciał znać i której się bał. Kłuzda odszedł na kort i zostałem sam ze swoją wiedzą, jedyny wśród tego tłumu, widzącego tylko najzewnętrzniejszą stronę rzeczy, przykuty niewidzialnym nitem do krzesła. […] Co się z panem dzieje, na litość boską, niech pan skończy raz na zawsze z tymi fanaberiami, Kłuzda... – schwyciłem go za ramię, ale odepchnął mnie silnie. Przeciągnął lekko palcami po naciągu. Struny wydały niebywały, niesamowity jęk, zupełnie jak płacz złego dziecka. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Skończę – powiedział Kłuzda z nieprzytomnym uśmiechem – zaraz skończę z tym piekielnym narzędziem nieszczęścia, z tym diabelskim prezentem. Niech pan będzie spokojny, zaraz... Schwycił nagle rakietę oburącz i zaczął tłuc nią z potworną siłą o muszlę pisuaru. Trzask pękającego drzewa zmieszał się z ohydnym jękiem jakiegoś mordowanego stworu. Ogarnął mnie lepki, wstrętny lęk, nie mogłem się jednak ruszyć z miejsca. To potworne skomlenie dartych strun zdawało się doprowadzać Kłuzdę do szału. Mełł w ustach jakieś obelżywe, polskie i francuskie przekleństwa, kopał i deptał strzępy drzewa i naciągu.

[…]

Mimo świetnych kontaktów z elitą znawców i specjalistów nikt tam nic nie wiedział o takiej postaci, w konsekwencji czego on, Fraise, zaczyna się skłaniać ku przypuszczeniu, że spora część mego opowiadania o Kłuździe była owocem mej narratorskiej fantazji. Nie odpisałem na ten list, poczułem się urażony, aczkolwiek w tym czasie sam już zbyt dobrze nie wiedziałem, co wtedy, w Y, należało do świata rzeczywistości, a dziś nie dałbym nawet głowy za to, czy kiedykolwiek w życiu rozmawiałem z Anatolem Kłuzdą, znakomitym tenisistą. W każdym razie pewien jestem realności jednej rzeczy: owego potwornego uczucia strachu w klubowej toalecie. Dziś, wspominając to, czuję zimny dreszcz przerażenia, paraliżujący mi ruchy, identyczny lęk, jaki schwycił mnie za serce i mózg wtedy, kiedy uciekłem z toalety, bojąc się panicznie nawet spojrzeć w stronę leżących na klinkierowej podłodze połamanych kawałków drzewa.

Leopold Tyrmand, Gorzki smak czekolady Lucullus

Zbiór „przypadkowych” opowiadań Leopolda Tyrmanda ze sztambucha autobiograficznego i redaktorskiego polskiego pisarza oraz publicysty, przenosi nas do wojennej i powojennej Polski, Francji, Niemiec i do krajów skandynawskich, we wczesne i późne lata czterdzieste oraz pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Anty-bohaterowie tyrmandowskiej narracji to najczęściej ludzie przeciętni czy nawet mocniej nie-przeciętnie-nie-spełnieni niemniej jednak o wyrazistych i zawadiackich charakterach, w tym zwłaszcza o wolitywnym przez co niebanalnym spojrzeniu na świat, któremu w oczy nie patrzy nuda i zwątpienie. Może też dlatego w opowiadaniach roi się od przygód, a przeżywanie nie jest przygodne.



powrót ››