Blog

 

14.02.2019

Gra w klasy cz.6

[…]

Jej ręka natknęła się na rękę Oliveiry, gdy oboje równocześnie pochylili się, aby odrzucić kapę. Przez całe to popołudnie znów asystował - ironiczny i wymuszony świadek własnego ciała, asystował raz jeszcze, asystował po raz nie wiem który niespodziankom, zachwytom i rozczarowaniom ceremonii. Przyzwyczajony, jakkolwiek nie wiedząc o tym, do rytmu Magi, nagle znalazł się w innym morzu, odmienne falowanie wyrwało go z automatyzmu, skonfrontowało z nim samym, niejasno zdemaskowało jego samotność pośród widm. Urok i rozczarowanie zamiany jednych ust na inne, szukanie z zamkniętymi oczami znajomego wgłębienia na szyi, którą zwykł otaczać ramieniem, i stwierdzenie, że wygięcie jest inne, podstawa trochę szersza, mięsień szybciej kurczy się w wysiłku, by się unieść do pocałunku lub ukąszenia. Cielesna świadomość tego pełnego rozkoszy mijania się, niespotykania, trzeba trochę się wyciągnąć, trzeba pochylić głowę, aby natknąć się na usta, które dawniej bywały tu, obok, pogładzić linię biodra, trochę bardziej zaznaczoną, prowokować odpowiedź, która nie następuje, czekać z roztargnieniem aż do chwili, gdy się zrozumie, że wszystko trzeba wymyślać od nowa, że kod dopiero się ustali, klucze i szyfry raz jeszcze się narodzą, że będą odmienne, czemu innemu będą odpowiadały. Ciężar, zapach, ton każdego uśmiechu, każdej prośby, czasokresy i przyspieszenia, wszystko jest inne, choć wszystko pozornie jednakie, wszystko raz jeszcze się rodzi znowu nieśmiertelne, miłość ciągle wymyśla się od nowa, sama przed sobą ucieka, aby powrócić do swej nieuchronnej spirali, inny jest śpiew piersi, usta całują może głębiej, a może jakby bardziej z oddali, i w chwili, w której przedtem czuło się jakąś pasję i lęk, teraz jest czysta gra i poryw nieznanej radości; lub może, na odwrót, w chwili, w której przedtem zapadało się w sen i w czuły bełkot, teraz czuje się napięcie, coś niekomunikatywnego, lecz obecnego, coś podobnego do nieuchwytnej wściekłości. Tylko rozkosz w swym ostatnim uderzeniu skrzydłem jest taka sama. Przedtem i potem świat rozpada się w kawałki i trzeba nazywać go od początku, palec po palcu, warga po wardze, cień po cieniu.

[…]

Jedyna moja, nie kocham cię dla ciebie, dla siebie ani dla nas obojga - nie kocham cię też z nakazu krwi, kocham cię, bo nie jesteś moja, bo jesteś na tamtym brzegu i wzywasz mnie, bym skoczył, ale nie mogę skoczyć, gdyż w momencie najgłębszego posiadania nie ma cię we mnie, nie dosięgam do ciebie, nie przekraczam twego ciała, twego śmiechu i są chwile, kiedy męczy mnie, że mnie kochasz (jakże lubisz używać tego czasownika „kochać”, z jakimś brakiem umiaru upuszczasz go na talerze, prześcieradła, siedzenia autobusów), męczy mnie twoja miłość, która nie jest dla mnie żadnym pomostem, bo nie istnieją pomosty umocowane z jednej tylko strony ani Wright, ani Le Corbusier nie zbudowaliby nigdy takiego pomostu i nie patrz na mnie tymi ptasimi oczami, dla ciebie operacja miłość jest taka prosta... wyzdrowiejesz wcześniej niż ja, jakkolwiek kochasz mnie bardziej niż ja ciebie. Jeszcze jak wyzdrowiejesz, ty żyjesz w zdrowiu, po prostu po mnie będzie ktoś inny, zmienia się to jak biustonosze. Taka smutna, słuchając cynicznego Horacia, który szuka miłości-paszportu, miłości--przepustki, miłości-klucza, miłości-rewolweru, miłości, która by mu dała tysiąc argusowych oczu, wszechobecność, ciszę, od której poczynałaby się muzyka, korzenie, od których można by zacząć splatać nowy język. Głupio się składa, bo wszystko to po trochu drzemie w tobie, wystarczyłoby zanurzyć cię w szklance wody, abyś niby japoński kwiatek niepostrzeżenie zaczęła wypuszczać kolorowe płateczki, nabierać form, obrastać w piękność. Dawczyni nieskończoności, przebacz mi, nie umiem brać. Podajesz mi jabłko, a ja zostawiłem zęby na nocnym stoliku.

Julio Cortazar, Gra w klasy

 

W obu fragmentach cortazarowej pieśni nad pieśniami – tej corridy w poszukiwaniu pełni człowieczeństwa a zawsze w odmiennych stanach świadomości, tudzież właśnie u tych bohaterów, czyli Oliveiry i Horacia czai się to Wielkie Przyzwyczajenie co przekracza sofistykę u-słowie-ni-a, nazywaniem które też trudno pojąć „szóstym zmysłem” bo znowu za-nosi (się) na wrażenie antropomorficzne.



powrót ››