Blog

 

28.01.2023

Anna In w grobowcach świata

„Czas nie lubi dawać się rozciągać

w nieskończoność. Lubi małe kroki,

tykanie zegarków, drobne krople,

detale.”

„sztywny język nie potrafi

obrócić słów na prawą stronę.”

[…]

Gwiazdom te budowle są obojętne. Gwiazdy są obojętne. Mrugają z hukiem, który grzęźnie i schnie w kosmosie. Mają kamienne powieki. Świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich. Będę opowiadać, opowiadać o nich; istoty takie jak oni nie potrafią same mówić za siebie, o mało nie umarły przez to milczenie. Nie obchodzi mnie czas, tyle już razy wywiódł nas w pole. W języku, w którym piszę, przeszłość i przyszłość różnią się tylko jedną samogłoską. „E” przechodzi w „y”, i brzmi to jak zawołanie.

[…]

Bo Anna In nagle zbladła, potrząsnęła głową, nadsłuchiwała, jakby próbowała szerzej otworzyć uszy. Tak właśnie powiedziała - „otworzyć uszy”. Co się wtedy usłyszy, co? - pytałam. Wybrała swoją najlepszą   sukienkę,    obwiesiła    się    biżuterią,    najpiękniejszą.    Wzięła wszystkie amulety, zrobiła makijaż. W końcu mapę, ten hologram; nie wiem, skąd ją ma. Mijają nas pospieszni podróżni, nikt nie zwraca uwagi na dwie kobiety. Widać, że każdy z nich porusza się w swoim czasie - zapewne wykupili różne abonamenty - jedni śmigają tak, że ich twarze rozmywają się w nieczytelną wstęgę, inni wloką się, odkrywając bezwstydnie wszystkie szczegóły fizjonomii. Tym właśnie Anna In przygląda się z dołu, jak dziecko. Wiem, ona to lubi - patrzeć na ludzi. Są krusi i żyją bardzo krótko; ledwie się czegoś nauczą, a już zapominają; ledwie pochwycą sens, a już popadają w demencję. Mijają ją obojętnie, przyzwyczaiła się do tego; może jej nie widzą, gdy tak kuca pod ścianą. Jest tłok. Mają torby i plecaki, zrobili zakupy. Ich myśli są o krok przed nimi, ułożone w punktach, listy zakupów i prac do wykonania; dymki w komiksie.

[…]

Dokąd my idziemy, co to za wyprawa? - pytam ją, pytam Annę In. Ale ona wzrusza ramionami. Nie martw się - mówi. Zobaczysz. O, tak, znam takie odpowiedzi. Zawsze robi, co chce, nikomu się nie tłumaczy, przyzwyczaiłam się. Jedyne, co mi pozostaje,  to  iść za nią kilka kroków w tyle, jest dla mnie za szybka; patrzeć na jej smukłą postać, na jej włosy splecione w wiele warkoczy. Widzieć, jak wymija ludzi. Otwierać jej drzwi, żeby niczego nie dotykała, dość mam marudnych gadających furtek, onieśmielonych szklanek, poręczy, które nagle przeciągają się i ziewają. Nawet bilet do windy, wieloprzejazdowy, będzie chciał mieć coś do powiedzenia, gdy ona go dotknie.

[…]

Widzę ją w lustrze, widzę Annę In. Jest wysoka i smukła, ma ciemną skórę, oliwkową; ma długie włosy splecione w setki warkoczy, są jak ogon komety. Ubrała się odświętnie: ma rogatą czapkę, zabawną, wkłada ją tylko na wielkie okazje. Na nagiej szyi zapięła ciężki naszyjnik z niebieskich kamieni. I ma błyszczące klejnoty na piersi, a na palcu wielki pierścień, wygląda jak kastet, chyba złoty, czystej próby. Ma srebrny stanik, czy też kamizelkę, na jaskrawej sukience wyszywanej w dobronie, miniaturowe, oswojone lewki, tak kochane przez ludzi w mieście. W ręku trzyma kompas i mapę. Lubię jej dłonie - całe w tatuażach, drobny misterny wzór oplata jej palce i przeguby wężowym ruchem. Dzięki małym diodom skrzy się i migocze. Oczy wymalowała grafitową szminką, więc wydają się duże i ciemne, błyszczą. To modna i droga szminka, wszędzie ją reklamują. Ja obok. Sięgam jej zaledwie do ramienia, przy niej jestem mała i drobna, jej krok to moje dwa. Przy jej skórze moja jest blada, ludzka; jej opalizuje i lśni, moja chłonie mdłe światło miasta. Piękną jest kobietą Anna In, In Anna. Znam ją od zawsze. Pamiętam jej wszystkie szaleństwa, wszystkie podróże i awantury. Gdy ma randki, usuwam się w cień, siadam gdzieś przy barze i spokojnie czekam. Mieszkam w jej domu, piję z jej kieliszków. Ja, Nina Szubur, ja, która opowiadam, ja każda. Zawsze jednak gdy zaczyna mi się wydawać, że znam ją lepiej niż siebie, ona robi coś, czego nie rozumiem. Tak jest i teraz.

[…]

Oto jest brama, raczej drzwi, raczej furtka, wejście do obory, dwie stalowe płyty z przerdzewiałą klamką, dawno nieruszane. Odrzwia zarosły szarym mchem, szczeciną, suchą trawą. Tu mieszka siostra Anny In, jej bliźniacza siostra. Pusto, nikt tutaj nie przychodzi z własnej woli; gwar wind został daleko w tyle i głosy ucichły, nie dochodzą tu wibracje rozedrganych strun miasta. Nikt nie odwiedza siostry Anny In dobrowolnie, dlatego podziemny wiatr nawiał pod bramę suchych patyczków i śmieci. Główne wejście dla klientów jest gdzie indziej, o wiele większe. Drzwi obrotowe kręcą się zawsze w jedną stronę, w recepcji wydaje się klucze o nieskończonych numerach. Ona mnie wzywa - mówi Anna In. Mówi, że od kilku dni słyszy jej głos, odbity i zwielokrotniony przez szkielet miasta, przez labirynty własnego ucha, młot na kowadle dźwięczy jak dzwon. Głos jest zniekształcony; nie może odróżnić słów. Potrząsa głową, ale głos nie daje jej spokoju. To jest lament, to jest wyzwanie, raz krzyk, a potem tylko szept. Czego chce? - pytam ostrożnie, chcąc ukryć przerażenie. Nie wiem. To okrzyki bólu. Lament.

[…]

Siostry muszą czuć przecież jakąś więź, powinny się rozumieć, obejmowały się kiedyś czule w brzuchu matki, przez dziewięć miesięcy miały otwarte oczy, patrzyły na siebie z bliska; znają się dobrze. Jedna drugiej ssała nos, tak były blisko. Trzymały się w kleszczach, tańczyły powoli w płodowych wodach, w tym ciemnym i ciepłym oceanie. Mózgi przędły wspólne nici, tkały z niego świat. Potem, gdy nadszedł czas rozwiązania, ta, która wyszła pierwsza, dostała więcej. Przeznaczono dla niej domy śmierci, lamenty, ból,  ciemność  i kurz. Zabrała najważniejsze - fundament świata, jego wilgotne piwniczne jaskinie, wnętrze ludzkiego ciała, ostateczny wyrok. Wieczność, niepodległość, sanacja, dokumenty zwalniające od działania czasu, chłodna neutralność, przywilej nieistnienia na mapach świata. Paszporty pisane niewidzialnym pismem, pieczątki z wody. Lecz w końcu każdy odwiedzi ten kraj. Przez dziurę w ziemi ta siostra wczołgała się do swojego nowego domu i tam jest do dziś. Nie pieściła jej żadna matka, nie tulił żaden ojciec. Nie bawiła się z dziewczynkami w dom, w gotowanie, choć mogłaby je przebić w pomysłach na dania z piasku, błota i kurzu. Nie wiązała na głowie wstążek, nie przymierzała za dużych pantofli swojej matki, nie oglądała się ciekawie za chłopcami. Nie dane jej były żadne wesele ani żadna noc poślubna. Miała kochanków, a jakże, ale który zniósłby jej towarzystwo w tej ponurej podziemnej garsonierze. Odchodzili, znużeni jej pożądaniem, którego nikt jeszcze nie zaspokoił, choć wielu próbowało. Niektórych udało jej się zatrzymać. Jednych trzyma w formalinie, drugich wypchała suchą trawą. Dlatego teraz, gdy Anna In uderza pięścią w bramę, wiem, że ogarnia ją strach. Tamta jej nienawidzi.

[…]

Gdy jej stopa przestępuje próg, gdy wsuwa się w ciemność jak w czarną skarpetę, przez chwilę mam ochotę złapać tę dziewczynę, wykręcić jej ręce i wyrzucić stąd precz. Krzyknąć: Won! Poszła stąd! Ale umiem się opanować, mam już swoje lata. Pytam tylko, nie licząc specjalnie na żadną odpowiedź: Czy wiesz, co robisz? Wiem - mówi. To mi się podoba. Czasem przychodzą tu tacy wyczerpani, zmęczeni śmiertelnie, oklapli. Dobijają się, pewnie myślą, że to sanatorium. Jest tu dla nich malutkie pięterko, słodka kwarantanna, nim dojdą do siebie. Mam dość awantur. Jestem urzędnikiem, wykonuję polecenia, pracuję tu na zleconą wieczność. Szepczę z naganą: Tu nie wolno ci nic mówić, zapomnij o słowach.  Nie wolno ci odtąd powiedzieć ni słowa, zresztą gadanie na nic się tu nie zda. Będzie się tylko echem odbijać od ścian. Słowa wrócą pokiereszowane, jak z wojny, słowa inwalidzi. Gdybyśmy mogli sobie tutaj mówić tak swobodnie jak wy tam, na górze, wszystko byłoby inne.

[…]

Siostry podchodzą do siebie blisko, lustrują swoje twarze, wymieniają pocałunki. Nie będą nic mówić - pewnie znają swoje myśli. Usta jednej są suche i ciepłe, drugiej - zimne i wilgotne, porośnięte mchem kamienie. Pomyśleć by można, że są dwiema stronami tej samej monety - orzeł i reszka. Ta jaśniejsza to orzeł. A moja - to reszka, Pani Druga Strona. Moja dobra landlady zdejmuje ciemne okulary i patrzy w oczy siostry. Każdy przybysz z góry pod tym wzrokiem kamienieje. Ale teraz - nic. Nic się nie dzieje, na siostrę jej wzrok nie działa. Jakżeby miał działać, skoro wpatrywały się w siebie przez dziewięć miesięcy, nawet nie mrugnąwszy okiem? Sędziowie wzdychają z podziwem. To jednak prawda, to musi być siostra, ta prawdziwa, z góry. Dobrała sobie szczególne towarzystwo ta moja pani - psy i koty, świnie i miniaturowe krowy, genetycznie zmienione na bardziej poręczne, praktyczne, lisy, gęsi i kury. Jedne mają na grzbietach zgrabny uchwyt, inne da się spakować kilkoma ruchami. Kurczaki na przykład składają się z samych udek. I ja, ochmistrz tego dworu, zmęczony nad życie. To one są sędziami przysięgłymi w naszej instytucji; to one po naradzie oznajmiają wyrok. Ja tu tylko jestem za dozorcę,  drzwi  otwieram,  drzwi zamykam, podsądnych sprowadzam. Sędziowie! - myślę - a niewiele rozumieją. Stępieli od mroku i chłodu. Cały czas powtarzają to samo. Nigdy się nie zdarzyło, by ktoś był niewinny. Z powodu wszędobylskiej wody ich łapy poprzerastały błonami, gdzieniegdzie spod sierści i piór przebijają łuski, nogi ptaków podobne są raczej do płetw niż pazurów. Owce mają już małe skrzela, mogłyby paść się na podwodnych pastwiskach.

[…]

Tych czujnych sędziów bardzo niepokoi gość z góry, suchy jak trzcina. Spoglądają po sobie,  jej  doradcy - psy o wielkich oczach,  rasa  rzadka, podziemna, stworzona raz na zawsze; nie muszą się już rozmnażać. Łypią na Annę In. Podziemne psy północy, takie co nigdy nie szczekają. Nie skomlą, nie machają ogonem. Mają oczy jak spodki. Pamiętają wszystko, co zobaczyły. Naga kobieta, choć zziębnięta, to jakoś bezczelnie jasna, gładka. Dlaczego tu przyszła ta kobieta z góry, ta biała pieczarka z miasta, czego chce, chcieliby pewnie zapytać sędziowie. Czy wie, jaka ją czeka za to kara? Czy wie, że stąd nie ma wyjścia, że już umarła, ta głupia istota? Gdyby mówiły. Wiem, co je niepokoi, bo i dla mnie teraz staje się jasne to podobieństwo sióstr. Ja, Neti, ja odźwierny, ja każdy, który opowiadam, przysięgam, że mogłyby sobie służyć za lustra, gdyby tę jasną trochę zmaltretować, przybrudzić, obłożyć mułem, poczernić jej wargi i palce... Pies na dwóch nogach, w liberii zapinanej na dwa rzędy sutek, serwuje im popołudniową herbatę,  mętny  płyn  z  podziemnych  rzek,  który  paruje niecierpliwie, zanim pozwoli się przełknąć. Oto piasek do osłody. Oto ciasteczka z wyrobionej gliny, posypane kurzem.

[...]

Mokre wyniosłe ołtarze, stoły ofiarne, granit zastygły w kształty bez twarzy i bez imion; ludzie, zwierzęta, bogowie - ma tu towarzystwo. Nagie ściany, na których zacieki rysują piękne akwarele, brunatne i szare; rzeźby słonych stalagmitów, systemy sal, gdzie na sufitach niewprawną ręką zmarli malują uparcie rozgwieżdżone niebo, ale żółta farba z gwiazd łuszczy się i odpada do wody. Kłapią znudzone kroki mieszkańców, ulubiona rozrywka to kręcić się w kółko, po własnych śladach, a na koniec pod wieczór zastygnąć bez ruchu, co za rozkosz. Nikt się tu nie spieszy. Piękna jest moja pani, landlady. Ją wolę. Wolimy tutaj łagodny mrok niż oślepiające światło słońca, ordynarne, dla hołoty. Wolimy spokojne trwanie. Życie jej nie chciało, więc i ona nie chce życia. Wielka jest nasza odpowiedzialność, pilnujemy świata, który został stworzony na samym początku. Być tam na górze, ścigać się i walczyć, zakładać rodziny i rodzić, obsiewać pola, budować miasta, kopać kanały - to nie dla nas, tak bym jej powiedział, tej In Annie, Annie In. Każdy, kto ma trochę rozumu, będzie pytał: Po co? Po co to, skoro i tak wszystko się straci? My mamy Nic od razu, od świętego początku, a więc Nic nie tracimy. Dlatego lepsze jest Nic niż jakieś Coś, drodzy miejscy filozofowie. Żadnych traum z dzieciństwa ani żadnych miłości, ani rozczarowań, strat na giełdzie, chorób, ortopedów, telegramów z czarnym paskiem, koszmarów, żadnego poczucia winy, żadnych listów w uściskach wstążki, machania chusteczką. Nic nam tu nie trzeba, wszystko mamy, a niektórych rzeczy - wyraźnie w nadmiarze: wody, czasu, gliny i kurzu, mroku, rdzy. Czasem z nieznanych mi bliżej powodów wszystko na dole pokrywa się pleśnią, która świeci w ciemnościach i pachnie. Robi się cicho, mój ból ustaje, i moja landlady, Pani Druga Strona, uspokaja się znacznie. Jej ból także mija.

[…]

Klawiatura zrobiona jest z ptasich kosteczek, to na niej siostra wypisuje wyrok na siostrę. Moja pani, landlady, pisze szybko i sprawnie, używa do tego tylko szóstych palców. Sędziowie muszą mieć wszystko czarno na białym. To jest rutynowy wyrok: wszystko, co masz, co osiągnęłaś i zdobyłaś na górze, wszystko, kim byłaś, każdy dzień, każda minuta - są przeciwko tobie. To dowody winy. Żaden ekspert ich nie podważy. To koniec, procedura skończona, można wietrzyć salę. Jeden z sędziów czyta wyrok skrzeczącym głosem i, niestety, z niesmakiem zauważam ten sam co u innych wyraz twarzy dziewczyny, „Jak to?”. Przykro na to patrzeć. Każde skrzekliwe słowo sędziego zabija jedną część ciała. Chciałaby oczywiście odwołać się i podważyć wyrok, protestować, zwrócić się o pomoc do trybunału, gdyby jakiś istniał, wyznaczyć inny termin rozprawy z powodu choroby. Chciałaby przywołać na świadków swoje zasługi, przyjaciół na wysokich stanowiskach. Pospiesznie znaleźć precedensy, błędy w procedurze. W końcu - grozić. Ale język zawsze umiera pierwszy, więc dziewczyna tylko porusza oczami, ale i one za chwilę gasną, jak ekrany. Dopiero potem martwieją ręce, a na końcu, gdy staną wątroba i serce - nogi. Taki jest niechybny koniec ciała. Anna In, In Anna, przewraca się bezradnie u stóp siostry. Ludzki manekin, żaden ktoś.

[…]

Słońce i księżyc wędrują na zmianę po dalekim niebie, ledwie je tu widać. Rzadko pada tutaj słoneczny blask, brzydki, posiekany, rumsztyk ze światła, sznyty. Księżyc stopniał, stał się obrzynkiem paznokcia. Wreszcie zniknął. Lecz wydaje mi się, że słyszę jego czarne światło, odbija się ono od stalowych konstrukcji i dźwięczy mi w uszach: dziwna to muzyka, kilka tonów, które przechodzą w szelest, szmer. Myszy przystają w swoich wędrówkach i patrzą na mnie zdziwione - co tutaj robi ta drobna kobieta, ten człowiek, na kogo czeka? Nawet one to wiedzą - kto tam wszedł, już nie wyjdzie, wszak to oczywiste, więc czego się spodziewa ta biedna istota. Plotkują między sobą, kumoszki. Rzucam im okruchy, cieszą się ze zdobyczy. Oglądają ją dokładnie. Rysuję na ziemi linie, gram w klasy. Piekło, czyściec, niebo, potem obrót i z powrotem.  Popychany stopą kamień odwiedza różne krainy.  Mogłam zatrzymać Annę In, mogłam ją przekonać, żeby nie prowokowała losu. Czy rzeczywiście mogłam? Ale czy ktoś może zatrzymać Annę In, czy komuś się udało? Rebeliantka, wojowniczka, zawsze strzela w dziesiątkę. Pani największego serca. Ja Nina Szubur martwię się, obgryzam paznokcie, lakier się z nich złuszczył, nie dbam o to. W mieszkaniu mam jej zdjęcia wycięte z gazety, wklejam je w albumy. Niektóre już wyblakły, niektóre są jeszcze sprzed moich narodzin. Jaka ona zmienna. Raz jest małą dziewczynką, twarz ujęta w ramę z warkoczy, duże białe zęby, piegi. Ale już na następnym zdjęciu to prawdziwa panna o czerwonych wargach, twarde piersi ściśnięte gorsetem. A tutaj znowu - chyba utyła - to kobieta w pełni kształtów, piękne są jej duże biodra. Błysk flesza posrebrza jej włosy. Anna In tu, Anna In tam.

[…]

Miłość zajmuje im całkiem sporo czasu. Wymaga wyrzeczeń, wymaga wysiłku.  Trzeba na przykład długo spacerować,  dziennie   zrobić   kilka kilometrów. Pić nawzajem ze swoich kubków, oczekuje się prezentów, listów, kłótni, nocnych rozstań, żeby rano zaraz spotkać się na powrót. Lecz teraz Anna In, In Anna, jest młodą kobietą i pragnie mężczyzny. Dostaje w posagu małżeńskie łoże, łoże z drzewa, które rosło w jej ogrodzie, gdy była młodą dziewczyną. Jest wiosna, kwitną kwiaty w doniczkach, zieleni się trawa między płytami chodników. Mizerne gołębie drepczą wkoło, strosząc swoje pióra. Zawsze lepiej jest we dwoje niż samemu. Teraz każde zdanie należy zaczynać od „zawsze”. Całe miasto bawi się na ich weselu. Miasto - to jej posag. Wesele napędza podaż i popyt. Rosną dzięki ich weselu wskaźniki produkcji. Zwyżkują ceny spółek, zwłaszcza zaś tych, które produkują lampiony, chorągiewki, konfetti i fajerwerki. Wzrasta znacznie zatrudnienie w manufakturach ciasteczek i cukierków w złotkach. Jaka piękna to para - ona i Ogrodnik. Gdy suną głównym chodnikiem miasta, chciałoby się przed nimi uklęknąć.

[…]

Trzeba konsekwentnie odmieniać życie przez przypadki, pilnować końcówek. A jak się nie jest pewnym, sprawdzić w słownikach, pisali je mędrcy. Najpierw pomyśleć, potem działać. Gdy wybiera się w podróż, trzeba mieć bilet powrotny, zarezerwować miejsce w windzie, wykupić ubezpieczenie - mówi ze złością. Co sobie myślisz? Nie mam swojego przedstawicielstwa w tym kraju na dole, nie mam tam ambasady ani nawet agentów. Mam się tam sam udać? Śmieje się ironicznie. Jestem niemożliwie zajęty... I zajmujący - dodaje po chwili zastanowienia. Bierny i czynny imiesłów, bardzo zgrabnie to wymyśliłem. Wraca do tematu: Zbyt dużo nam ona przysparza kłopotów. Od dawna. Właściwie powiem szczerze, że ona jest kłopotliwa jak brzydkie słowo. Próbuje dać przykład, międli w ustach przekleństwo, ale rezygnuje. Nie mogę jej pomóc - mówi wreszcie.

[…]

Unosi brwi, bawi się ołówkiem. Co można zrobić? - zastanawia się, patrząc w szklany sufit. Niestety to koniec historii. Wielka szkoda, bo dobrze się zapowiadała. Co za głupota, co za brak wyobraźni. Miała tu wszystko, dostała, na co miała ochotę, a czego nie dostała, to wzięła sobie sama, niewdzięcznica. Kiedy ktoś sam robi sobie kłopoty, to czy powinien liczyć na innych? Powiedz, moja dobra kobieto - pyta, lecz wcale na żadną odpowiedź nie czeka. Ciągle idę za nią i naprawiam jej błędy, zbieram za nią trupy. Jestem już za stary, żeby coś zrobić. Staram się utrzymać w porządku ludzkie zasoby. Tyram jak wół. Och, to prawda, tyra jak wół. Czasem nawet przypomina byka.

[…]

Jego wielkie laboratorium nazywa się Ekwiwalent. Ekwiwalent Niech Każdy Istnieje. Wymyślił je, kiedy ludzie zaczęli się buntować. Uśmierzył tym rewolucje. Teraz każdy za życia może się zeskanować i zapisać na dysku, trwa to cztery sekundy. Potem Ekwiwalent wgrywa go do raju. Zaiste - mówi - piękny to program. Wskazuje mi ręką na okna, które tutaj pełnią funkcję ekranów. Widać tam ludzi brodzących w trawie wokół pięknych fontann, białe ich koszule są niczym stokrotki, a niebo błękitne i czyste, woda w rzekach słodka. Niech bowiem istnienie będzie tak samo demokratycznie dystrybuowane jak inne dobra. Dlatego od dzieciństwa każdy z mieszkańców miasta płaci składki na swój przyszły żywot, wykupuje abonament (z niewielkimi zniżkami) na wieczność, czyli do końca istnienia przedsiębiorstwa. Ale to jest wieczność. Istnieje wiele innych opcji dla bardziej wybrednych klientów. Są hurysy w mozaikowych wnętrzach wiecznych haremów. Mają jabłczane piersi i biodra o linii łagodnej jak misy. I hurysowie, wąsaci mężczyźni o wielkich członkach dla spragnionych przyjemności kobiet. Są cysterny z winem, i można go wypić nieskończenie wiele, bo nigdy nie szkodzi. Są fajki wodne napełnione najlepszym haszyszem. Istnieją także nieba zdrowej żywności, w nich środowisko jest tylko w najlepszym gatunku, zawsze naturalne. Na błękitnych polach klienci ćwiczą tai-chi i popijają sok z brzozy. Młodnieją z każdym dniem: za dodatkową opłatą odwraca się dla nich czas, leci teraz na wstecznym biegu. Oferta jest bogata, dla każdego coś się znajdzie. I są takie raje, w których ludzie mieszkają w przezroczystych kulach, jak żabie zarodki, i podróżują w nich po lądach i morzach, odbijając się od siebie miękko i radośnie; powietrze przepełnia tam perlisty śmiech. Są raje rodzinne, dla tych wszystkich spragnionych czułości, tam ludzkie rodziny, w czystych ubraniach i o białych zębach, spacerują po fiołkowych wzgórzach. Każdy mówi: „Kocham cię”, i każdy słyszy w odpowiedzi: „Ja też cię kocham”. I to właściwie wystarcza. Zresztą można wybrać sobie opcję zmienną: trochę tego, trochę tego, za dodatkową opłatą, bo podobno to, czego najbardziej boją się ludzie, gdy umierają, to nuda. Czy więc zostawiła skan? - pyta powtórnie. Dałbym jej najlepsze niebo. Byłaby tam boginią, czystą i niewinną. Przechadzałaby się wśród rozmodlonych do niej ludzików, nosiłaby niebieską szatę, cienkimi obcasami rozgniatałaby głowy wężom. Z jej ust sypałyby się kwiaty, płatki róż. A wokół niej tylko alabaster i kość słoniowa. Jadeit i perły.

[…]

Ja, Nina Szubur, ja jej przyjaciółka, ja jednoosobowa wyprawa ratownicza ruszam w noc. Nie chcą mi pomóc, nawet księżyc wycofał się tchórzliwie. Noc jest całkiem ciemna, a dachy nocą zdradliwe, pełne anten i kabli, małych, śliskich lotnisk i ślepych pasów startowych. Pod nogami przez przezroczyste świetliki widzę nocne życie miasta - wygląda jak żywe ciało, składa się z tętnic komunikacyjnych ciągów i żył szybów windowych, w komórkach ciała mrowi się ludzki rodzaj. Tam, gdzie ktoś umrze, zaraz ktoś się urodzi. Tam, gdzie ktoś się cieszy, zaraz ktoś będzie musiał płakać. Gdzieś się ktoś pokłóci, gdzie indziej będą się godzić. Gdzie się zejdą, w innym miejscu się zaraz rozstają. Plus znosi się z minusem. Wibruje wielkie rozdęte zero. Efemeryczna Natura Kadry Integrującej trzyma to wszystko w ustalonym żelaznym porządku.

[…]

Miała drzewo w domu. Marzyła o nim, wierciła dziurę w brzuchu swojej matce. Rzadkie drzewo, nie karłowate, nie takie, jakie ludzie trzymają w doniczkach na balkonach,  lecz  duże,  wielkości  człowieka,  może  jeszcze większe. Sadzonkę przyniosła jej matka, z daleka, zza miasta. Wyłowiła je z wody. Pomógł jej Ogrodnik, przygotował najlepszą ziemię, specjalne nawozy, które robi się z czystych minerałów. Zbierała wodę z deszczu, filtrowała z rdzy. Ojcowie, jej dobrzy ojcowie, dali jej piękne mieszkanie prawie na najwyższych poziomach. Słońce wpadało tam przez świetliki, prawdziwy blask słoneczny, mokre plamy światła. Kochała to drzewo. W dalekiej przyszłości, gdy będzie już stare, zrobi z niego łoże i fotel, może wystruga czółno albo łuk i strzały. Jego drewno nie pójdzie na marne, nie spróchnieje w ziemi... Ale ona hołubiła swoje dziwne zwyczaje, jej dom był otwarty, drzwi nie zamykała, i nie miała kluczy. Każdy tam wchodził. W końcu w jej domu rozgościli się niechciani goście, przybłędy, moczymordy, kloszardzi i odmieńcy, obleźli wszystkie pomieszczenia, zajęli łóżka, okupowali łazienki, zgromadzili sterty brudnych naczyń w kuchni, stosy śmieci. Na podłodze rozłożyli maty, bo ktoś puścił plotkę, że sen w jej mieszkaniu zawsze jest proroczy.

[…]

Twoja Anna In wydaje się silna, a nie umie poradzić sobie z tak prostym porządkiem. Tam gdzie trzeba siły i jasnej decyzji, jej moc zawodzi. Jest w niej coś, co mnie przeraża, mimo jej urody i szlachetności. Jest w niej mroczny gniew, zacięte szaleństwo. Nie takich sobie szukałem narzeczonych. To, co było proste, zawikłała, to, co zawikłane, jeszcze zawiązała w supeł. To suchy lód, na wpół wykończone drzwi, które nie chronią przed wiatrem, nie dają bezpieczeństwa, to smoła, która brudzi ubranie, but, który uciska nogę. Przykro tak mówić o zmarłym. Bo co to oznacza, że nie wróciła z grobowców? Piękna metafora! Ona umarła, moja Nino Szubur. Temu prawu nic już nie zaradzi, żadna najcięższa siekiera, żaden bohater. Nie znajdziesz nikogo, kto ci pomoże. Nie, nie umarła, zeszła nieopatrznie do podziemi, a jej siostra... - zaczynam swoje, jedyna odpowiedź na jego okrucieństwo. Łzy płyną mi do gardła, dławią.

[…]

Zawija mnie w czyste płótno i prowadzi do pokoju, gdzie w centralnym miejscu stoi fajka wodna, wielkie ozdobne nargile. Dym już się zbiera w szklanej kuli. Pod ścianami leży mnóstwo glinianych tabliczek, tysiące, wszystkie zapisane. Te ledwie narodzone, jeszcze gładkie, jeszcze ślepe, czekają na rylec. Czy znasz matkę Anny In? Czy znasz jej matkę? Kim ona jest? Dlaczego nigdy o niej nie słyszałam, czy byłam głucha? Opowieść Anny Enhudu: Jest starsza, niż myślisz - zaczyna Anna Enhudu. Mówią, że jest matką ich wszystkich, ale to niemożliwe; to są istoty,  których  nie dotyczy żadne pokrewieństwo. Ojciec, matka, córka, syn, brat i siostra: to wydeptane ścieżki, którymi chodzi ludzki umysł. Oni mają autostrady. W ich krwi nie znajdziesz hemoglobiny ani chromosomów. Nie dotyczą ich prawa czterech zasad. Ich krew to skroplona wieczność, jest czarna jak smoła. Kiedy była młoda, kiedy wszyscy oni byli młodzi, kiedy bogowie byli ludźmi i świat dopiero się narodził, pracy mieli wiele. Ojcowie projektowali i obmyślali budowy, a pracowali ci najmłodsi, którzy rodzili się całymi miotami, boskie szczenięta. Świat to wielki plac budowy, boska firma budowlana. Wybierali ziemię, szykując zbiorniki wodne, morza, jeziora i kanały, kopali długie koryta rzek. Nosili kamienie w wielkich koszach i usypywali z nich góry. Wybierali z ziemi glinę i rudy żelaza. Równali miejsca pod pustynię, nanosili na nie piach i skały. Obsadzali wybrzeża dziką oliwką i tamaryszkiem. Wydeptywali plaże. To była praca nawet ponad ich boskie siły. Ci najmłodsi z nich, ci najbardziej niecierpliwi, w końcu podnieśli bunt. Któregoś dnia podpalili kosze, motyki i kilofy, podpalili swoje narzędzia. Wzburzeni, przyszli do niej, do Ninmy, stanęli przed nią, przestępowali z nogi na nogę. Zobacz, powiedzieli. My pracujemy tak ciężko, lecz tamtych trzech błąka się gdzieś bez celu po obrzeżach budów, rysuje plany, coraz bardziej przemyślne, skomplikowane. Ich pomysły są ze sobą sprzeczne, trudne do wykonania, czasem niemożliwe. Gubią się w szczegółach. Albo śpią i śnią jeszcze bardziej szalone plany. To oni są przyczyną naszego nieszczęścia. Mają pokręcone w głowach. Zwróć się do nich w naszej sprawie, niech coś zrobią, niech negocjują z nami. Nie możemy tak ciężko pracować. Po co nam ten cały świat? Jaka z niego korzyść? Chcemy mieć spokój. Tak powiedzieli.

[…]

Zawsze wymyślał dziwne stworzenia. Kiedy po raz pierwszy naszkicował jeża, cała reszta wybuchnęła śmiechem. Co za szalona wyobraźnia, krzyczeli. Połączenie ostrego z miękkim, bezbronnego z groźnym, chwalili, pocierając brody z podziwem. Jakie to oryginalne! Albo mrówkojad, czy wiesz, jak wygląda? - pyta Anna Enhudu i dorzuca do fajki suszonej kocimiętki. - Albo nasiona w owocu granatu: każde w osobnym żelowym futerale. Ażury nasion dmuchawca, które podróżują w powietrzu, szukając lepszych światów. Widziałaś kiedy stonogę? Albo meduzę? O tak, trzeba przyznać, że miał wyobraźnię. To on wymyślił sprytny porządek, zawór bezpieczeństwa: wszystkie istoty będą się wzajemnie likwidować, w ten sposób nigdy światu nie będzie grozić tłok. Z ołówkiem w ręku wyrysował schemat, kto kogo zaatakuje, zabije, pożre, wyprze, wytrzebi; piękny hierarchiczny porządek. Można go podziwiać do dziś, niezwykle inteligentne logistyczne dzieło. Wisi w jego gabinetach, powielone w tysiącach rycin, pieczętuje jego schematem swoje dekrety. Drzewo Życia.

[…]

Powiedziała: Byliśmy szczęśliwi z twarzami w cieniu, wycofani. Byliśmy spokojni. Nie trzeba było zaczynać. To niezbyt dobry pomysł, ten świat. Przynosi nam trud i zmęczenie. Lepiej by było niczego nie stwarzać, nie poruszać, nie zmieniać. Zostawić, jak jest. Trudno, wszystko, co możliwe, już istnieje, po co jeszcze tworzyć niemożliwe? Po co poruszać, kiedy może zostać nieruchome? Po co zmieniać, kiedy może być niezmienne? Skoro już narobiliśmy tyle złego, zostawmy świat w spokoju. Słońce niech wschodzi raz dziennie i raz dziennie zachodzi. To, co za dnia się ogrzewa, niech chłodzi się nocą. Ziemia będzie niebieskim koralem, będzie sama sobie wystarczać, wisieć w czerni, lśnić. Jej lądy porosną łąki i lasy, nie będzie upraw ani miedzy. Z chmur spadnie deszcz, który wsiąknie w ziemię. Bezruch jest łagodny, piękny i dostojny. Trudno już znieść cierpienia zwierząt, po co nam jeszcze to stworzenie, ta płaska, biedna istota? Nie, powiedziała. Nie tworzyć jest lepsze niż tworzyć.

[…]

Od stu lat rikszarze są zrośnięci ze swoimi rikszami. Dyszle wychodzą im prosto z łopatek, drewniane skrzydła. Ten jest biały, pewnie wyrastał w piwnicy bez światła. Jego riksza pokryła się już białym delikatnym naskórkiem. Ja, Nina Szubur, ja, która opowiadam, zapamiętam go, bo biegnie szybciej niż inne pojazdy, sprawnie bierze zakręty i przeskakuje kałuże. Pędzimy poziomami wprost na peryferie. To daleka droga, bo miasto jest wielkie, rozległe niczym metalowa grzybnia. Słońce wznosi się obojętnie, zmienia wachtę z księżycem. Na peryferiach istnieją wielkie szklarnie i magazyny, w których gromadzi się rzeczy. Otaczają miasto lśniącym, parującym pierścieniem. Grzeją i żywią. To jest gospodarstwo tej starej kobiety, matki Anny In. Ten adres podała mi Anna Enhudu, właścicielka mlecznych łaźni.

[…]

Tych robię ze światła i najczystszych ziemskich minerałów, z rtęci i srebra -mówi czule ta stara kobieta. Są lekcy, ale potrafią zapuścić korzenie. Są spokojni, ufni, jak rośliny, ale nie są głupi. Są wolni, ale nie lgną ślepo do siebie. Są niezależni, ale nie samotni. Nie walczą ze sobą, nie zjadają innych stworzeń. Zaopatrzyłam ich w mały śmieszny instynkt - wspierają się nawzajem. Im więcej sobie dają, tym stają się silniejsi. Próbowałam urządzić im zawody, lecz nie dało się rozstrzygnąć biegu, bo czekali na siebie przed metą. W meczu uczynnie podawali sobie piłki do bramki, chcieli zawsze remisu, grając w szachy, uprzedzali o następnych ruchach. Ninma uśmiecha się i na jej twarzy pojawia się czułość. Wysadzam ich za miastem, w ruinach, w ukryciu, wynoszę ich w koszach poza granice miasta i wypuszczam na wolność, po trochu, ci będą inni, będą wiedzieć więcej, ich miasta będą szczęśliwe, rozległe i czyste, będą szli dalej - mówi Ninma z dumą. Nie mów o nich ojcom. Rozboli ich głowa.

[…]

Anna In, In Anna. Ciało Anny In, zdjęte z haka i rzucone na ziemię - straszny to widok. Moja pani nie pozwoliła go sprzątnąć, leży tu trzy dni. Jest sine i sztywne, twarz nie przypomina już twarzy, lecz bladą maskę, i piękne włosy straciły swój blask - stały się matowymi postronkami, lnianymi sznurkami splecionymi w warkocze. Paznokcie są czarne, skóra ma kolor popiołu. Nawet psy o wielkich oczach, które przecież widziały już wszystko, odwracają wzrok od tego ścierwa. Muchy lądują na tej martwej twarzy, dwa czarne punkty, nacierają martwe powieki kurzem, łapki mają jeszcze mokre od czarnych łez mojej pani, mojej landlady; robią to cierpliwie, jakby namaszczały Annę In różanymi olejkami, najdroższym balsamem, który cofnie czas, przywróci jej skórze gładkość i rumieńce, nowy rodzaj liftingu, robią to z całą miłością, jaka może się zmieścić w ich małych, owadzich, nieprawdziwych ciałach. Wtedy Anna In mruga, a jej ciało drży. Niebywałe, niebywałe, szepczę, ja, Neti, odźwierny. Chowam się za mokrą kolumnę, wyglądam zza niej z szydełkiem w ustach. Patrzę i nie wierzę własnym oczom! Nigdy nie widziałem takiego cudu - żeby to, co umarłe, mogło ożyć. I psy o błoniastych łapach usuwają się w najgłębszy cień, zbite w stadko spoglądają na to przedstawienie ze zgrozą, z niepokojem patrzą na swoją panią. Jakże to? Pozwoliła złamać najsroższe prawo?

[…]

Przykry to widok, skóra Anny In obwisa, pęka przetarta na łokciach i ramionach, widać tam szare kości, jej twarz jest prawie czarna, obrzmiała, jej piersi, kiedyś podobne do twardych jabłek z hodowli jej ukochanego, teraz wyglądają jak popsute owoce. Muchy kręcą się wokół jej głowy - oto ma swoją aureolę - wchodzą jej do oczu. Wstań, Anno In, wstań, Inanno. Podnosi się z wysiłkiem i chwieje, słaba. Trudno jest wyrwać śmierci wszystkie kawałeczki życia od razu, trzyma je jak sznurek, ciągnie w swoją stronę. Ale Inanna z każdą chwilą jest silniejsza, każdy oddech napełnia ją mocą. Gdy otwiera oczy, one są barwy popiołu, wyblakłe, coś ją oślepiło tam, gdzie była; jej oczy to meduzy wyrzucone na brzeg morza. Ja, Neti, ja, który opowiadam, ze ściśniętym sercem niosę jej wilgotny kawałek płótna, owijam jej nagie ciało. Nie wiem, dlaczego to robię. Może i mnie się udzieliła ta nowa choroba - to współczucie. Wieści rozchodzą się po grobowcach jak woda, przesiąkają przez grube mury, spływają strumykami na wszystkie poziomy, grobowce wibrują, słychać wzburzone głosy, walą w ściany martwe pięści, to bunt. Kościane palce grzebią przy ryglach i zamkach, próbują zamienić się w klucze.

[…]

Zgrzyt moich kluczy odbija się echem po lochach grobowców i zaraz słychać walenie w drzwi, wycie i zawodzenie. A gdy zamki odskakują, rozlega się radosny chichot, słychać podniecone szepty i tupot nóg:  idziemy, idziemy. Jestem kustoszem w grobowcach świata, w tym największym muzeum zmarłych. Podziemnym.  Zgromadziliśmy tutaj wszystkie klęski,  grzechy, katastrofy, złe myśli, obsesje, koszmary i lęki. Choroby i deformacje. Mamy tu w formalinie wszelkie ludzkie potworności. Na żywo, na specjalnych wybiegach trzymamy ludzkie demony, te opętane jedną myślą albo te we władzy afektu, z klapkami na oczach, demony głupie, nieuważne, złe, zachłanne, zazdrosne; egoistów, sybarytów, leniów, kłamców i oszustów. Lubieżników, maniaków, szczwane lisy, despotów, idiotów. Byłoby co zwiedzać - niestety nikt tu nie przychodzi. Ja, Neti, ja każdy, który opowiadam, otwieram kolejne piętra, tak, teraz nawet sprawia mi to radość - proszę bardzo - wypuścić to, co tak długo było starannie skrywane, popsuć dobre obyczaje więzienne, złamać dane słowo, postawić wszystko na głowie, kota obrócić ogonem. Proszę bardzo, jak chaos, to chaos, jedne drzwi i następne - niech dół wejdzie na górę, a góra zejdzie na dół, niech się prawe zamieni na lewe, czarne zaś w białe.

[…]

Czekam na nią u bram grobowców, przed bramą więzienia, wierna jak jej walizka, zmęczona i szczęśliwa, ja, Nina Szubur, Ninszubur. Ale i boję się - kto z nas pójdzie na wymianę, kogo wskaże jej przebudzona ręka. I nawet walizka się boi, choć nie ma czego, rzeczy nie mogą być przedmiotem targu. W tej umowie liczy się tylko ten, kto żywy i wolny, komu czerwona krew krąży w ciepłym ciele. Nie przedmioty. Ile ich trzeba by było, żeby odkupić śmierć boga? Góry butów, hałdy usypane z okularów, tony złotych małżeńskich obrączek, wzgórza ze złotych zębów, kość słoniowa, której ciężar liczy się w megatonach, kamienie nagrobne ułożone w trakt dookoła świata. Ile trzeba by całej materii w kosmosie, tej jasnej i tej ciemnej? Gwiazd, wszystkich słońc i wielokrotnie zliczanych galaktyk. A ludzi? Ilu trzeba oddać ludzi, żeby wybawić boga od śmierci, żeby pozwolić mu zmartwychwstać? Stu, a może setki tysięcy, a może sześć milionów? Dwudziestu? Albo wszystkich tych, którzy już dawno się narodzili, i tych, którzy teraz żyją, i jeszcze tych, którzy się dopiero narodzą. Jak wielki jest ciężar boskiego ciała na szalach wag? A jak spojrzy na mnie - co powiem ja, Ninszubur, jej przyjaciółka, ja, która opowiadam? Co zrobię, gdy spojrzy na mnie spopielonym wzrokiem, gdy mnie przeszyje nim na wylot, jak igłą, gdy mnie przyszpili? Czy zgodzę się na zejście tą samą drogą, na zostawienie przy kolejnych bramach swoich pierścieni, swoich cennych sukien, butów z jaszczurczej skóry, na zmycie makijaży? Gdyby spojrzała, to co zrobię?

[…]

Jak mógłby się ukryć przed takim snem, myślę. Przytulam go do siebie i czuję pod piżamą jego kości, drobne kości, wcale nie mocarne, ludzkie - nasze kości, nasz stelaż; w tym jesteśmy podobni do miasta - zbudowani z kolumn, ażurów i klatek. Na tym nas rozpięto, kruchy namiot. Myślę jeszcze: dokąd ona przyjdzie, jak nie tu? Inanna. Przyjdzie tu na pewno po tego, którego kochała, i nie uda jej się zwodzić prześladowców w nieskończoność. Będzie jak kula ognia, która tocząc się ku wodzie, żeby ugasić płomienie, podpala wszystko wokół; będzie jak zarażona wirusem szukająca pociechy w cudzych ramionach i przekazująca go innym; będzie jak ścigane zwierzę, które w panice ucieka do nory i tym samym wydaje oprawcy swoje dzieci. Tak myślę i czuję pod piżamą kruche ciało mojego brata. Jak mam go ukryć? Gdzie? W mieście nie ma takiego miejsca, w którym by go nie znalazła. Musi zamienić się z kimś na twarz, na ciało, udać kogoś innego, zmienić skórę jak wąż i rozpłynąć się w tłumie i całe dnie jeździć windami, żeby zgubić ślady, pachnieć inaczej, mieć inne ruchy, stać się kim innym. Przestać być sobą, zapomnieć o sobie.

[…]

Ja, Anna Geszti, ja każda, która tłumaczę sny, wiem, że to jest koszmar wszystkich ludzi, wszystkich mieszkańców miasta - że tropi ich coś, przed czym nie ma ucieczki. Cały świat jest kryjówką, miejscem ukrycia są pola, jaskinie, lasy i strumienie, klatki schodowe i strychy, przejścia podziemne i piwnice. Własne szafy, własne ubrania; zamknięcie powiek. I dopóki człowiek ucieka, dopóty jest ścigany. Moimi narzędziami pracy są fotel i paczka chusteczek, gdy tłumaczę sny, mówię ludziom, mówię tym ściganym - zatrzymaj się i odwróć twarz do swojego prześladowcy, pozwól przystawić sobie lufę do czoła, wystaw pierś na ostrze strzały, odsłoń szyję błyskowi noża - wtedy przestaniesz się bać.

[…]

Myślę: szkoda Ogrodnika. Dobry był z niego przyjaciel. Bawił dzieci, rozśmieszał ludzi, rozkładał swoje wiszące ogrody jak kramy, miły z niego gość. Wokół niego zawsze tyle ruchu, słodka wata, baloniki. Lizaki, piłeczki na gumkach, wiatraczki z cynfolii. Jego lekki krok, gdy skakał z przęsła na przęsło. Jego zgrabny tors opasany liną. Zarządzał święta i zabawy, dni wolne od pracy. Teraz lampiony namokły od śniegu, wypaliły się światła. Kolory z bibułkowych festynowych kwiatów farbują śnieg na sztuczne kolory - róż i fiolet, cytrynową żółć i martwą zieleń neonów. Nie ma nic do roboty w tym zimnie, szwendam się tam i z powrotem, ale pod wieczór zaczyna tu przychodzić coraz więcej ludzi, jakoś się tu dostają, choć windy nie chodzą, zapewne podróżują zsypami na śmieci,  może  wiszą bezpośrednio na zimnych trakcjach - podobno można się podczepić, mając zaledwie kółko i skórzany pasek - może znają przejścia między przęsłami, przez dziurawy szkielet. Skąd sypie śnieg, z jakich nieb opada, przez jakie się tutaj przeciska szczeliny?

[…]

Powraca do swojej pierwotnej postaci, staje się ciałem z gliny, z prochu. Zejdę tam i wszystkiego się dowiem. Przeprowadzę badania, wykreślę tabele. Cóż to znaczy umrzeć - zrobię wywiady. Będę potem chyłkiem wynosić te wszystkie ważne informacje, zaszyte w rękawach, grypsy, szyfry śmierci. Co to znaczy umrzeć? Wreszcie się dowiemy. Moja hipoteza brzmi: Nie może być tak, żeby nas nie było. Dlatego pójdę. Zanim wejdę w ciemny wilgotny otwór grobowców, w towarzystwie much, oglądam się jeszcze za siebie i widzę, że go rozwiązali. Zdjęli mu z rąk i nóg postronki. Masuje przeguby, w podartej brudnej koszuli patrzy spod oka, jakby go obudzili, wyrwali z najgłębszego snu. Widok, który oglądam na koniec, jest, niestety, banalny. Ona podchodzi do niego, obejmują się i przytulają. Najbardziej wzruszony jest tłumek niewolników, którzy tu zeszli w poszukiwaniu sensacji: rikszarze, służący na płozach i kółkach, jakieś stare zdezelowane sekretarki, niedługo już pójdą na szmelc. Nasi bohaterowie są tak sobą przejęci, że szybko o mnie zapomną. Ale nie, ona odwraca się i patrzy. Trwa to dłużej, niż jestem w stanie znieść. Śnieg zniknie, a oni wrócą na górę, znowu rozbłysną lampiony, nie wszystkie zmokły. Przygotowania do festynu tylko na chwilę zostały wstrzymane; teraz dopiero jest prawdziwy powód do świętowania. Piwo chłodzi się w lodówkach, przegryzają się sałatki, oddychają wina, dochodzą do siebie rozpłomienione placki, puchną z podniecenia drożdżowe bułeczki. Tuż na granicy ciemności, tuż przed zniknięciem, o krok za muchami, ja, Gesztianna, Anna Geszti, oglądam się jeszcze za siebie, jak każdy, kto umiera i pod moim wzrokiem ta radosna scena, godna pędzla mistrza, kamienieje.

[…]

Tak cię zobaczyłam, Anno In, In Anno, Inanno, z ramionami wzniesionymi wysoko w geście tryumfu. Tak cię widziałam - rosnącą z żelaza, ze stali, z kamiennych pustyń, z rozgrzanych piasków, wielką i radosną pannę o nagich piersiach, smagłoskórą matkę, śmiejącą się siostrę, nastolatkę w jej różowym pokoju pełnym lalek, mądrą córkę o włosach ciasno splecionych w warkocze, żonę dumną z mocy swoich bioder, mocną i czułą, opiekuńczą, i małą dziewczynkę. Starą kobietę, która karmi stada dzikich kotów pod domami, która mówi do roślin. Widziałam twój gniew, twoją gwałtowność. Widziałam, jak śpiewasz, jak płaczesz, jak krzyczysz i szepczesz, widziałam, jak burzysz. Widziałam, jak zbierasz to, co rozsypane, i to, co zmieszane z popiołem -nasiona grochu, korale, które potoczyły się z zerwanego sznurka. Widziałam, jak wyruszasz w drogę i zostawiasz na poboczu drogi kolejne pary zdartych butów. Jak wędrujesz przez lodowe pałace w poszukiwaniu ukochanego. Widziałam, jak szukasz i jak odnajdujesz, jak upadasz i jak się podnosisz, ścierasz się w proch i odradzasz w twardym kamieniu.  Widziałam,  jak  niesiesz pochodnię,  jak niesiesz żałobę. Jak drzesz płótno na bandaże. Widziałam, jak prowadziłaś do walki, jak łamałaś strzały ze stali jednym ruchem ręki, jak bali się twojego krzyku. Widziałam, jak podtrzymywałaś za ramiona rodzące kobiety,  jak  ścierałaś noworodkom krew z czoła,  jak obdarowywałaś nowo narodzone dzieci. Twoje domy z kości w lasach Północy, twoje piece chlebowe, twoje samotne ślady w piasku na pustyni, twoje szczyty gór, twoje doliny, twoje strumienie, mętne stawy, lepianki, miotły, twój taniec brzucha, odkryte piersi, twoja krew, twoja ciemna twarz z blizną biegnącą przez środek policzka.

[…]

Biec, uciekać, uciszać i uspokajać - są twoje. Wędrować, spieszyć, wstawać i upadać - są twoje. Rozpinać na ziemi drogi i ścieżki, wytyczać miejsca odpoczynku w podróży, spokojne - wszystko to jest twoje. Poruszać ziemię i na powrót czynić ją stabilną - są twoje. Niszczyć, budować, wymazywać z map i projektować miasta - są twoje. Zmieniać mężczyznę w kobietę i kobietę w mężczyznę - są twoje. Pożądanie i podniecenie, dobra i mienie - są twoje. Zysk, profit, bogactwo i bankructwo - są twoje. Patrzenie, podejmowanie decyzji, przyzwolenie i kontrola - są twoje. Analizowanie i na powrót składanie w jedno - są twoje. Miłosierdzie i litość - są twoje. Cnoty męskie i kobiece, godności, aniołowie stróżowie, bóstwa opiekuńcze, kościoły i świątynie - są twoje. Skwery i parki, uczelnie i biblioteki. Zapisane strony, te, które czekają na zapisanie, i te, które spłonęły, nieodczytane. Litery, słowa, zdania i akapity. Ludzkie pary, przyjaźnie, siostrzeństwo i braterstwo - są twoje. Zejście się i rozejście - są twoje. Budowanie domu, kobiecy pokój, zawartość szaf, szuflad, całowanie dzieci w policzek. Zaniedbanie i troska. Prostowanie się i zginanie. To, co pełne nadziei, i to, co daremne. Zamiana tego, co silne i brutalne, w słabe i bezsilne - są twoje. Odwrócenie tego, co słabe i bezsilne, w to, co mocne i brutalne - są twoje. Ścigać się, pożądać i zdobywać - są twoje. Zmniejszać, zwiększać, zniżać, poszerzać, zwężać - są twoje; nadawać godności, pisać instrukcje obsługi, zniesławiać, kłamać i przeinaczać, drwić, przedrzeźniać, przesadzać - są twoje. Prawdziwa i fałszywa odpowiedź, mądre i głupie pytania. Brak odpowiedzi. Szyderstwo, groźby, gwałtowny uczynek, rozśmieszanie i zasmucanie, zły fart i żałoba. Oświecanie i zaciemnianie, konflikt i pokój, strach i splendor, tryumf i choroba, bezsenność i zmęczenie, poddanie się i zwycięstwo, walka, ta wygrana i ta przegrana.

[…]

Nic nie zachowa swojego kształtu. Każdy porządek okaże się nietrwały - i boski, i ludzki. Miasto w końcu skruszeje, rozpadnie się w drobne fragmenty, cząstki, okruchy, z których nie da się już odczytać całości; przysypie je piasek pustyń, miliardy nasion przyszłości. Ludzie, jacy z nich wykiełkują, na nowo nawiążą czułą zależność od świata - od pogody, wiatru, słońca, księżyca i mgieł. Zaczną na Północy wznosić inne miasta. Znowu ocknie się rozum, ten przemądrzały, ten zupełnie wyłączony ze wszelkiego szeptania, i - niczym głuchy jak pień senior rodziny - z osobliwą pewnością siebie stworzy nowe teorie i wymyśli tabletki, na strach i niepokój, lecz nie na śmierć, Inanno.

Olga Tokarczuk, Anna In w grobowcach świata

Mitologiczna powieść Olgi Tokarczuk, polskiej pisarki, eseistki, poetki a w końcu i noblistki przenosi nas do samego początku Początków świata literalnego, do tamtego miasta Uruk w serce leżącej kiedyś nad rzeką Szatt al-Arab (dziś wspólne koryto dla dwóch irakijskich części rzek: Tygrysu i Eufratu) cywilizacji niezależnych miast sumeryjskich, generalnie zaś w trzecie tysiąclecie przed naszą erą. Liryczna opowieść osnuta na kanwie zapisów pisma klinowego wykonanego rylcem na tabliczkach glinianych i utrwalonego przez tysiąclecia we wszędobylskim piasku jest udaną próbą ukazania świata pierwszych ludzi-bogów w głównej odsłonie z Anną In, która schodząc do świata umarłych za głosem-lamentem swej siostry-bliźniaczki tudzież władczyni podziemnego świata boskiego przeżywa zawistną z jej zimnych rąk śmierć, a jednak i rychłe potem cudowne zmartwychwstanie.

„Czas nie lubi dawać się rozciągać

w nieskończoność. Lubi małe kroki,

tykanie zegarków, drobne krople,

detale.”

„sztywny język nie potrafi

obrócić słów na prawą stronę.”

[…]

Gwiazdom te budowle są obojętne. Gwiazdy są obojętne. Mrugają z hukiem, który grzęźnie i schnie w kosmosie. Mają kamienne powieki. Świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich. Będę opowiadać, opowiadać o nich; istoty takie jak oni nie potrafią same mówić za siebie, o mało nie umarły przez to milczenie. Nie obchodzi mnie czas, tyle już razy wywiódł nas w pole. W języku, w którym piszę, przeszłość i przyszłość różnią się tylko jedną samogłoską. „E” przechodzi w „y”, i brzmi to jak zawołanie.

[…]

Bo Anna In nagle zbladła, potrząsnęła głową, nadsłuchiwała, jakby próbowała szerzej otworzyć uszy. Tak właśnie powiedziała - „otworzyć uszy”. Co się wtedy usłyszy, co? - pytałam. Wybrała swoją najlepszą   sukienkę,    obwiesiła    się    biżuterią,    najpiękniejszą.    Wzięła wszystkie amulety, zrobiła makijaż. W końcu mapę, ten hologram; nie wiem, skąd ją ma. Mijają nas pospieszni podróżni, nikt nie zwraca uwagi na dwie kobiety. Widać, że każdy z nich porusza się w swoim czasie - zapewne wykupili różne abonamenty - jedni śmigają tak, że ich twarze rozmywają się w nieczytelną wstęgę, inni wloką się, odkrywając bezwstydnie wszystkie szczegóły fizjonomii. Tym właśnie Anna In przygląda się z dołu, jak dziecko. Wiem, ona to lubi - patrzeć na ludzi. Są krusi i żyją bardzo krótko; ledwie się czegoś nauczą, a już zapominają; ledwie pochwycą sens, a już popadają w demencję. Mijają ją obojętnie, przyzwyczaiła się do tego; może jej nie widzą, gdy tak kuca pod ścianą. Jest tłok. Mają torby i plecaki, zrobili zakupy. Ich myśli są o krok przed nimi, ułożone w punktach, listy zakupów i prac do wykonania; dymki w komiksie.

[…]

Dokąd my idziemy, co to za wyprawa? - pytam ją, pytam Annę In. Ale ona wzrusza ramionami. Nie martw się - mówi. Zobaczysz. O, tak, znam takie odpowiedzi. Zawsze robi, co chce, nikomu się nie tłumaczy, przyzwyczaiłam się. Jedyne, co mi pozostaje,  to  iść za nią kilka kroków w tyle, jest dla mnie za szybka; patrzeć na jej smukłą postać, na jej włosy splecione w wiele warkoczy. Widzieć, jak wymija ludzi. Otwierać jej drzwi, żeby niczego nie dotykała, dość mam marudnych gadających furtek, onieśmielonych szklanek, poręczy, które nagle przeciągają się i ziewają. Nawet bilet do windy, wieloprzejazdowy, będzie chciał mieć coś do powiedzenia, gdy ona go dotknie.

[…]

Widzę ją w lustrze, widzę Annę In. Jest wysoka i smukła, ma ciemną skórę, oliwkową; ma długie włosy splecione w setki warkoczy, są jak ogon komety. Ubrała się odświętnie: ma rogatą czapkę, zabawną, wkłada ją tylko na wielkie okazje. Na nagiej szyi zapięła ciężki naszyjnik z niebieskich kamieni. I ma błyszczące klejnoty na piersi, a na palcu wielki pierścień, wygląda jak kastet, chyba złoty, czystej próby. Ma srebrny stanik, czy też kamizelkę, na jaskrawej sukience wyszywanej w dobronie, miniaturowe, oswojone lewki, tak kochane przez ludzi w mieście. W ręku trzyma kompas i mapę. Lubię jej dłonie - całe w tatuażach, drobny misterny wzór oplata jej palce i przeguby wężowym ruchem. Dzięki małym diodom skrzy się i migocze. Oczy wymalowała grafitową szminką, więc wydają się duże i ciemne, błyszczą. To modna i droga szminka, wszędzie ją reklamują. Ja obok. Sięgam jej zaledwie do ramienia, przy niej jestem mała i drobna, jej krok to moje dwa. Przy jej skórze moja jest blada, ludzka; jej opalizuje i lśni, moja chłonie mdłe światło miasta. Piękną jest kobietą Anna In, In Anna. Znam ją od zawsze. Pamiętam jej wszystkie szaleństwa, wszystkie podróże i awantury. Gdy ma randki, usuwam się w cień, siadam gdzieś przy barze i spokojnie czekam. Mieszkam w jej domu, piję z jej kieliszków. Ja, Nina Szubur, ja, która opowiadam, ja każda. Zawsze jednak gdy zaczyna mi się wydawać, że znam ją lepiej niż siebie, ona robi coś, czego nie rozumiem. Tak jest i teraz.

[…]

Oto jest brama, raczej drzwi, raczej furtka, wejście do obory, dwie stalowe płyty z przerdzewiałą klamką, dawno nieruszane. Odrzwia zarosły szarym mchem, szczeciną, suchą trawą. Tu mieszka siostra Anny In, jej bliźniacza siostra. Pusto, nikt tutaj nie przychodzi z własnej woli; gwar wind został daleko w tyle i głosy ucichły, nie dochodzą tu wibracje rozedrganych strun miasta. Nikt nie odwiedza siostry Anny In dobrowolnie, dlatego podziemny wiatr nawiał pod bramę suchych patyczków i śmieci. Główne wejście dla klientów jest gdzie indziej, o wiele większe. Drzwi obrotowe kręcą się zawsze w jedną stronę, w recepcji wydaje się klucze o nieskończonych numerach. Ona mnie wzywa - mówi Anna In. Mówi, że od kilku dni słyszy jej głos, odbity i zwielokrotniony przez szkielet miasta, przez labirynty własnego ucha, młot na kowadle dźwięczy jak dzwon. Głos jest zniekształcony; nie może odróżnić słów. Potrząsa głową, ale głos nie daje jej spokoju. To jest lament, to jest wyzwanie, raz krzyk, a potem tylko szept. Czego chce? - pytam ostrożnie, chcąc ukryć przerażenie. Nie wiem. To okrzyki bólu. Lament.

[…]

Siostry muszą czuć przecież jakąś więź, powinny się rozumieć, obejmowały się kiedyś czule w brzuchu matki, przez dziewięć miesięcy miały otwarte oczy, patrzyły na siebie z bliska; znają się dobrze. Jedna drugiej ssała nos, tak były blisko. Trzymały się w kleszczach, tańczyły powoli w płodowych wodach, w tym ciemnym i ciepłym oceanie. Mózgi przędły wspólne nici, tkały z niego świat. Potem, gdy nadszedł czas rozwiązania, ta, która wyszła pierwsza, dostała więcej. Przeznaczono dla niej domy śmierci, lamenty, ból,  ciemność  i kurz. Zabrała najważniejsze - fundament świata, jego wilgotne piwniczne jaskinie, wnętrze ludzkiego ciała, ostateczny wyrok. Wieczność, niepodległość, sanacja, dokumenty zwalniające od działania czasu, chłodna neutralność, przywilej nieistnienia na mapach świata. Paszporty pisane niewidzialnym pismem, pieczątki z wody. Lecz w końcu każdy odwiedzi ten kraj. Przez dziurę w ziemi ta siostra wczołgała się do swojego nowego domu i tam jest do dziś. Nie pieściła jej żadna matka, nie tulił żaden ojciec. Nie bawiła się z dziewczynkami w dom, w gotowanie, choć mogłaby je przebić w pomysłach na dania z piasku, błota i kurzu. Nie wiązała na głowie wstążek, nie przymierzała za dużych pantofli swojej matki, nie oglądała się ciekawie za chłopcami. Nie dane jej były żadne wesele ani żadna noc poślubna. Miała kochanków, a jakże, ale który zniósłby jej towarzystwo w tej ponurej podziemnej garsonierze. Odchodzili, znużeni jej pożądaniem, którego nikt jeszcze nie zaspokoił, choć wielu próbowało. Niektórych udało jej się zatrzymać. Jednych trzyma w formalinie, drugich wypchała suchą trawą. Dlatego teraz, gdy Anna In uderza pięścią w bramę, wiem, że ogarnia ją strach. Tamta jej nienawidzi.

[…]

Gdy jej stopa przestępuje próg, gdy wsuwa się w ciemność jak w czarną skarpetę, przez chwilę mam ochotę złapać tę dziewczynę, wykręcić jej ręce i wyrzucić stąd precz. Krzyknąć: Won! Poszła stąd! Ale umiem się opanować, mam już swoje lata. Pytam tylko, nie licząc specjalnie na żadną odpowiedź: Czy wiesz, co robisz? Wiem - mówi. To mi się podoba. Czasem przychodzą tu tacy wyczerpani, zmęczeni śmiertelnie, oklapli. Dobijają się, pewnie myślą, że to sanatorium. Jest tu dla nich malutkie pięterko, słodka kwarantanna, nim dojdą do siebie. Mam dość awantur. Jestem urzędnikiem, wykonuję polecenia, pracuję tu na zleconą wieczność. Szepczę z naganą: Tu nie wolno ci nic mówić, zapomnij o słowach.  Nie wolno ci odtąd powiedzieć ni słowa, zresztą gadanie na nic się tu nie zda. Będzie się tylko echem odbijać od ścian. Słowa wrócą pokiereszowane, jak z wojny, słowa inwalidzi. Gdybyśmy mogli sobie tutaj mówić tak swobodnie jak wy tam, na górze, wszystko byłoby inne.

[…]

Siostry podchodzą do siebie blisko, lustrują swoje twarze, wymieniają pocałunki. Nie będą nic mówić - pewnie znają swoje myśli. Usta jednej są suche i ciepłe, drugiej - zimne i wilgotne, porośnięte mchem kamienie. Pomyśleć by można, że są dwiema stronami tej samej monety - orzeł i reszka. Ta jaśniejsza to orzeł. A moja - to reszka, Pani Druga Strona. Moja dobra landlady zdejmuje ciemne okulary i patrzy w oczy siostry. Każdy przybysz z góry pod tym wzrokiem kamienieje. Ale teraz - nic. Nic się nie dzieje, na siostrę jej wzrok nie działa. Jakżeby miał działać, skoro wpatrywały się w siebie przez dziewięć miesięcy, nawet nie mrugnąwszy okiem? Sędziowie wzdychają z podziwem. To jednak prawda, to musi być siostra, ta prawdziwa, z góry. Dobrała sobie szczególne towarzystwo ta moja pani - psy i koty, świnie i miniaturowe krowy, genetycznie zmienione na bardziej poręczne, praktyczne, lisy, gęsi i kury. Jedne mają na grzbietach zgrabny uchwyt, inne da się spakować kilkoma ruchami. Kurczaki na przykład składają się z samych udek. I ja, ochmistrz tego dworu, zmęczony nad życie. To one są sędziami przysięgłymi w naszej instytucji; to one po naradzie oznajmiają wyrok. Ja tu tylko jestem za dozorcę,  drzwi  otwieram,  drzwi zamykam, podsądnych sprowadzam. Sędziowie! - myślę - a niewiele rozumieją. Stępieli od mroku i chłodu. Cały czas powtarzają to samo. Nigdy się nie zdarzyło, by ktoś był niewinny. Z powodu wszędobylskiej wody ich łapy poprzerastały błonami, gdzieniegdzie spod sierści i piór przebijają łuski, nogi ptaków podobne są raczej do płetw niż pazurów. Owce mają już małe skrzela, mogłyby paść się na podwodnych pastwiskach.

[…]

Tych czujnych sędziów bardzo niepokoi gość z góry, suchy jak trzcina. Spoglądają po sobie,  jej  doradcy - psy o wielkich oczach,  rasa  rzadka, podziemna, stworzona raz na zawsze; nie muszą się już rozmnażać. Łypią na Annę In. Podziemne psy północy, takie co nigdy nie szczekają. Nie skomlą, nie machają ogonem. Mają oczy jak spodki. Pamiętają wszystko, co zobaczyły. Naga kobieta, choć zziębnięta, to jakoś bezczelnie jasna, gładka. Dlaczego tu przyszła ta kobieta z góry, ta biała pieczarka z miasta, czego chce, chcieliby pewnie zapytać sędziowie. Czy wie, jaka ją czeka za to kara? Czy wie, że stąd nie ma wyjścia, że już umarła, ta głupia istota? Gdyby mówiły. Wiem, co je niepokoi, bo i dla mnie teraz staje się jasne to podobieństwo sióstr. Ja, Neti, ja odźwierny, ja każdy, który opowiadam, przysięgam, że mogłyby sobie służyć za lustra, gdyby tę jasną trochę zmaltretować, przybrudzić, obłożyć mułem, poczernić jej wargi i palce... Pies na dwóch nogach, w liberii zapinanej na dwa rzędy sutek, serwuje im popołudniową herbatę,  mętny  płyn  z  podziemnych  rzek,  który  paruje niecierpliwie, zanim pozwoli się przełknąć. Oto piasek do osłody. Oto ciasteczka z wyrobionej gliny, posypane kurzem.

[...]

Mokre wyniosłe ołtarze, stoły ofiarne, granit zastygły w kształty bez twarzy i bez imion; ludzie, zwierzęta, bogowie - ma tu towarzystwo. Nagie ściany, na których zacieki rysują piękne akwarele, brunatne i szare; rzeźby słonych stalagmitów, systemy sal, gdzie na sufitach niewprawną ręką zmarli malują uparcie rozgwieżdżone niebo, ale żółta farba z gwiazd łuszczy się i odpada do wody. Kłapią znudzone kroki mieszkańców, ulubiona rozrywka to kręcić się w kółko, po własnych śladach, a na koniec pod wieczór zastygnąć bez ruchu, co za rozkosz. Nikt się tu nie spieszy. Piękna jest moja pani, landlady. Ją wolę. Wolimy tutaj łagodny mrok niż oślepiające światło słońca, ordynarne, dla hołoty. Wolimy spokojne trwanie. Życie jej nie chciało, więc i ona nie chce życia. Wielka jest nasza odpowiedzialność, pilnujemy świata, który został stworzony na samym początku. Być tam na górze, ścigać się i walczyć, zakładać rodziny i rodzić, obsiewać pola, budować miasta, kopać kanały - to nie dla nas, tak bym jej powiedział, tej In Annie, Annie In. Każdy, kto ma trochę rozumu, będzie pytał: Po co? Po co to, skoro i tak wszystko się straci? My mamy Nic od razu, od świętego początku, a więc Nic nie tracimy. Dlatego lepsze jest Nic niż jakieś Coś, drodzy miejscy filozofowie. Żadnych traum z dzieciństwa ani żadnych miłości, ani rozczarowań, strat na giełdzie, chorób, ortopedów, telegramów z czarnym paskiem, koszmarów, żadnego poczucia winy, żadnych listów w uściskach wstążki, machania chusteczką. Nic nam tu nie trzeba, wszystko mamy, a niektórych rzeczy - wyraźnie w nadmiarze: wody, czasu, gliny i kurzu, mroku, rdzy. Czasem z nieznanych mi bliżej powodów wszystko na dole pokrywa się pleśnią, która świeci w ciemnościach i pachnie. Robi się cicho, mój ból ustaje, i moja landlady, Pani Druga Strona, uspokaja się znacznie. Jej ból także mija.

[…]

Klawiatura zrobiona jest z ptasich kosteczek, to na niej siostra wypisuje wyrok na siostrę. Moja pani, landlady, pisze szybko i sprawnie, używa do tego tylko szóstych palców. Sędziowie muszą mieć wszystko czarno na białym. To jest rutynowy wyrok: wszystko, co masz, co osiągnęłaś i zdobyłaś na górze, wszystko, kim byłaś, każdy dzień, każda minuta - są przeciwko tobie. To dowody winy. Żaden ekspert ich nie podważy. To koniec, procedura skończona, można wietrzyć salę. Jeden z sędziów czyta wyrok skrzeczącym głosem i, niestety, z niesmakiem zauważam ten sam co u innych wyraz twarzy dziewczyny, „Jak to?”. Przykro na to patrzeć. Każde skrzekliwe słowo sędziego zabija jedną część ciała. Chciałaby oczywiście odwołać się i podważyć wyrok, protestować, zwrócić się o pomoc do trybunału, gdyby jakiś istniał, wyznaczyć inny termin rozprawy z powodu choroby. Chciałaby przywołać na świadków swoje zasługi, przyjaciół na wysokich stanowiskach. Pospiesznie znaleźć precedensy, błędy w procedurze. W końcu - grozić. Ale język zawsze umiera pierwszy, więc dziewczyna tylko porusza oczami, ale i one za chwilę gasną, jak ekrany. Dopiero potem martwieją ręce, a na końcu, gdy staną wątroba i serce - nogi. Taki jest niechybny koniec ciała. Anna In, In Anna, przewraca się bezradnie u stóp siostry. Ludzki manekin, żaden ktoś.

[…]

Słońce i księżyc wędrują na zmianę po dalekim niebie, ledwie je tu widać. Rzadko pada tutaj słoneczny blask, brzydki, posiekany, rumsztyk ze światła, sznyty. Księżyc stopniał, stał się obrzynkiem paznokcia. Wreszcie zniknął. Lecz wydaje mi się, że słyszę jego czarne światło, odbija się ono od stalowych konstrukcji i dźwięczy mi w uszach: dziwna to muzyka, kilka tonów, które przechodzą w szelest, szmer. Myszy przystają w swoich wędrówkach i patrzą na mnie zdziwione - co tutaj robi ta drobna kobieta, ten człowiek, na kogo czeka? Nawet one to wiedzą - kto tam wszedł, już nie wyjdzie, wszak to oczywiste, więc czego się spodziewa ta biedna istota. Plotkują między sobą, kumoszki. Rzucam im okruchy, cieszą się ze zdobyczy. Oglądają ją dokładnie. Rysuję na ziemi linie, gram w klasy. Piekło, czyściec, niebo, potem obrót i z powrotem.  Popychany stopą kamień odwiedza różne krainy.  Mogłam zatrzymać Annę In, mogłam ją przekonać, żeby nie prowokowała losu. Czy rzeczywiście mogłam? Ale czy ktoś może zatrzymać Annę In, czy komuś się udało? Rebeliantka, wojowniczka, zawsze strzela w dziesiątkę. Pani największego serca. Ja Nina Szubur martwię się, obgryzam paznokcie, lakier się z nich złuszczył, nie dbam o to. W mieszkaniu mam jej zdjęcia wycięte z gazety, wklejam je w albumy. Niektóre już wyblakły, niektóre są jeszcze sprzed moich narodzin. Jaka ona zmienna. Raz jest małą dziewczynką, twarz ujęta w ramę z warkoczy, duże białe zęby, piegi. Ale już na następnym zdjęciu to prawdziwa panna o czerwonych wargach, twarde piersi ściśnięte gorsetem. A tutaj znowu - chyba utyła - to kobieta w pełni kształtów, piękne są jej duże biodra. Błysk flesza posrebrza jej włosy. Anna In tu, Anna In tam.

[…]

Miłość zajmuje im całkiem sporo czasu. Wymaga wyrzeczeń, wymaga wysiłku.  Trzeba na przykład długo spacerować,  dziennie   zrobić   kilka kilometrów. Pić nawzajem ze swoich kubków, oczekuje się prezentów, listów, kłótni, nocnych rozstań, żeby rano zaraz spotkać się na powrót. Lecz teraz Anna In, In Anna, jest młodą kobietą i pragnie mężczyzny. Dostaje w posagu małżeńskie łoże, łoże z drzewa, które rosło w jej ogrodzie, gdy była młodą dziewczyną. Jest wiosna, kwitną kwiaty w doniczkach, zieleni się trawa między płytami chodników. Mizerne gołębie drepczą wkoło, strosząc swoje pióra. Zawsze lepiej jest we dwoje niż samemu. Teraz każde zdanie należy zaczynać od „zawsze”. Całe miasto bawi się na ich weselu. Miasto - to jej posag. Wesele napędza podaż i popyt. Rosną dzięki ich weselu wskaźniki produkcji. Zwyżkują ceny spółek, zwłaszcza zaś tych, które produkują lampiony, chorągiewki, konfetti i fajerwerki. Wzrasta znacznie zatrudnienie w manufakturach ciasteczek i cukierków w złotkach. Jaka piękna to para - ona i Ogrodnik. Gdy suną głównym chodnikiem miasta, chciałoby się przed nimi uklęknąć.

[…]

Trzeba konsekwentnie odmieniać życie przez przypadki, pilnować końcówek. A jak się nie jest pewnym, sprawdzić w słownikach, pisali je mędrcy. Najpierw pomyśleć, potem działać. Gdy wybiera się w podróż, trzeba mieć bilet powrotny, zarezerwować miejsce w windzie, wykupić ubezpieczenie - mówi ze złością. Co sobie myślisz? Nie mam swojego przedstawicielstwa w tym kraju na dole, nie mam tam ambasady ani nawet agentów. Mam się tam sam udać? Śmieje się ironicznie. Jestem niemożliwie zajęty... I zajmujący - dodaje po chwili zastanowienia. Bierny i czynny imiesłów, bardzo zgrabnie to wymyśliłem. Wraca do tematu: Zbyt dużo nam ona przysparza kłopotów. Od dawna. Właściwie powiem szczerze, że ona jest kłopotliwa jak brzydkie słowo. Próbuje dać przykład, międli w ustach przekleństwo, ale rezygnuje. Nie mogę jej pomóc - mówi wreszcie.

[…]

Unosi brwi, bawi się ołówkiem. Co można zrobić? - zastanawia się, patrząc w szklany sufit. Niestety to koniec historii. Wielka szkoda, bo dobrze się zapowiadała. Co za głupota, co za brak wyobraźni. Miała tu wszystko, dostała, na co miała ochotę, a czego nie dostała, to wzięła sobie sama, niewdzięcznica. Kiedy ktoś sam robi sobie kłopoty, to czy powinien liczyć na innych? Powiedz, moja dobra kobieto - pyta, lecz wcale na żadną odpowiedź nie czeka. Ciągle idę za nią i naprawiam jej błędy, zbieram za nią trupy. Jestem już za stary, żeby coś zrobić. Staram się utrzymać w porządku ludzkie zasoby. Tyram jak wół. Och, to prawda, tyra jak wół. Czasem nawet przypomina byka.

[…]

Jego wielkie laboratorium nazywa się Ekwiwalent. Ekwiwalent Niech Każdy Istnieje. Wymyślił je, kiedy ludzie zaczęli się buntować. Uśmierzył tym rewolucje. Teraz każdy za życia może się zeskanować i zapisać na dysku, trwa to cztery sekundy. Potem Ekwiwalent wgrywa go do raju. Zaiste - mówi - piękny to program. Wskazuje mi ręką na okna, które tutaj pełnią funkcję ekranów. Widać tam ludzi brodzących w trawie wokół pięknych fontann, białe ich koszule są niczym stokrotki, a niebo błękitne i czyste, woda w rzekach słodka. Niech bowiem istnienie będzie tak samo demokratycznie dystrybuowane jak inne dobra. Dlatego od dzieciństwa każdy z mieszkańców miasta płaci składki na swój przyszły żywot, wykupuje abonament (z niewielkimi zniżkami) na wieczność, czyli do końca istnienia przedsiębiorstwa. Ale to jest wieczność. Istnieje wiele innych opcji dla bardziej wybrednych klientów. Są hurysy w mozaikowych wnętrzach wiecznych haremów. Mają jabłczane piersi i biodra o linii łagodnej jak misy. I hurysowie, wąsaci mężczyźni o wielkich członkach dla spragnionych przyjemności kobiet. Są cysterny z winem, i można go wypić nieskończenie wiele, bo nigdy nie szkodzi. Są fajki wodne napełnione najlepszym haszyszem. Istnieją także nieba zdrowej żywności, w nich środowisko jest tylko w najlepszym gatunku, zawsze naturalne. Na błękitnych polach klienci ćwiczą tai-chi i popijają sok z brzozy. Młodnieją z każdym dniem: za dodatkową opłatą odwraca się dla nich czas, leci teraz na wstecznym biegu. Oferta jest bogata, dla każdego coś się znajdzie. I są takie raje, w których ludzie mieszkają w przezroczystych kulach, jak żabie zarodki, i podróżują w nich po lądach i morzach, odbijając się od siebie miękko i radośnie; powietrze przepełnia tam perlisty śmiech. Są raje rodzinne, dla tych wszystkich spragnionych czułości, tam ludzkie rodziny, w czystych ubraniach i o białych zębach, spacerują po fiołkowych wzgórzach. Każdy mówi: „Kocham cię”, i każdy słyszy w odpowiedzi: „Ja też cię kocham”. I to właściwie wystarcza. Zresztą można wybrać sobie opcję zmienną: trochę tego, trochę tego, za dodatkową opłatą, bo podobno to, czego najbardziej boją się ludzie, gdy umierają, to nuda. Czy więc zostawiła skan? - pyta powtórnie. Dałbym jej najlepsze niebo. Byłaby tam boginią, czystą i niewinną. Przechadzałaby się wśród rozmodlonych do niej ludzików, nosiłaby niebieską szatę, cienkimi obcasami rozgniatałaby głowy wężom. Z jej ust sypałyby się kwiaty, płatki róż. A wokół niej tylko alabaster i kość słoniowa. Jadeit i perły.

[…]

Ja, Nina Szubur, ja jej przyjaciółka, ja jednoosobowa wyprawa ratownicza ruszam w noc. Nie chcą mi pomóc, nawet księżyc wycofał się tchórzliwie. Noc jest całkiem ciemna, a dachy nocą zdradliwe, pełne anten i kabli, małych, śliskich lotnisk i ślepych pasów startowych. Pod nogami przez przezroczyste świetliki widzę nocne życie miasta - wygląda jak żywe ciało, składa się z tętnic komunikacyjnych ciągów i żył szybów windowych, w komórkach ciała mrowi się ludzki rodzaj. Tam, gdzie ktoś umrze, zaraz ktoś się urodzi. Tam, gdzie ktoś się cieszy, zaraz ktoś będzie musiał płakać. Gdzieś się ktoś pokłóci, gdzie indziej będą się godzić. Gdzie się zejdą, w innym miejscu się zaraz rozstają. Plus znosi się z minusem. Wibruje wielkie rozdęte zero. Efemeryczna Natura Kadry Integrującej trzyma to wszystko w ustalonym żelaznym porządku.

[…]

Miała drzewo w domu. Marzyła o nim, wierciła dziurę w brzuchu swojej matce. Rzadkie drzewo, nie karłowate, nie takie, jakie ludzie trzymają w doniczkach na balkonach,  lecz  duże,  wielkości  człowieka,  może  jeszcze większe. Sadzonkę przyniosła jej matka, z daleka, zza miasta. Wyłowiła je z wody. Pomógł jej Ogrodnik, przygotował najlepszą ziemię, specjalne nawozy, które robi się z czystych minerałów. Zbierała wodę z deszczu, filtrowała z rdzy. Ojcowie, jej dobrzy ojcowie, dali jej piękne mieszkanie prawie na najwyższych poziomach. Słońce wpadało tam przez świetliki, prawdziwy blask słoneczny, mokre plamy światła. Kochała to drzewo. W dalekiej przyszłości, gdy będzie już stare, zrobi z niego łoże i fotel, może wystruga czółno albo łuk i strzały. Jego drewno nie pójdzie na marne, nie spróchnieje w ziemi... Ale ona hołubiła swoje dziwne zwyczaje, jej dom był otwarty, drzwi nie zamykała, i nie miała kluczy. Każdy tam wchodził. W końcu w jej domu rozgościli się niechciani goście, przybłędy, moczymordy, kloszardzi i odmieńcy, obleźli wszystkie pomieszczenia, zajęli łóżka, okupowali łazienki, zgromadzili sterty brudnych naczyń w kuchni, stosy śmieci. Na podłodze rozłożyli maty, bo ktoś puścił plotkę, że sen w jej mieszkaniu zawsze jest proroczy.

[…]

Twoja Anna In wydaje się silna, a nie umie poradzić sobie z tak prostym porządkiem. Tam gdzie trzeba siły i jasnej decyzji, jej moc zawodzi. Jest w niej coś, co mnie przeraża, mimo jej urody i szlachetności. Jest w niej mroczny gniew, zacięte szaleństwo. Nie takich sobie szukałem narzeczonych. To, co było proste, zawikłała, to, co zawikłane, jeszcze zawiązała w supeł. To suchy lód, na wpół wykończone drzwi, które nie chronią przed wiatrem, nie dają bezpieczeństwa, to smoła, która brudzi ubranie, but, który uciska nogę. Przykro tak mówić o zmarłym. Bo co to oznacza, że nie wróciła z grobowców? Piękna metafora! Ona umarła, moja Nino Szubur. Temu prawu nic już nie zaradzi, żadna najcięższa siekiera, żaden bohater. Nie znajdziesz nikogo, kto ci pomoże. Nie, nie umarła, zeszła nieopatrznie do podziemi, a jej siostra... - zaczynam swoje, jedyna odpowiedź na jego okrucieństwo. Łzy płyną mi do gardła, dławią.

[…]

Zawija mnie w czyste płótno i prowadzi do pokoju, gdzie w centralnym miejscu stoi fajka wodna, wielkie ozdobne nargile. Dym już się zbiera w szklanej kuli. Pod ścianami leży mnóstwo glinianych tabliczek, tysiące, wszystkie zapisane. Te ledwie narodzone, jeszcze gładkie, jeszcze ślepe, czekają na rylec. Czy znasz matkę Anny In? Czy znasz jej matkę? Kim ona jest? Dlaczego nigdy o niej nie słyszałam, czy byłam głucha? Opowieść Anny Enhudu: Jest starsza, niż myślisz - zaczyna Anna Enhudu. Mówią, że jest matką ich wszystkich, ale to niemożliwe; to są istoty,  których  nie dotyczy żadne pokrewieństwo. Ojciec, matka, córka, syn, brat i siostra: to wydeptane ścieżki, którymi chodzi ludzki umysł. Oni mają autostrady. W ich krwi nie znajdziesz hemoglobiny ani chromosomów. Nie dotyczą ich prawa czterech zasad. Ich krew to skroplona wieczność, jest czarna jak smoła. Kiedy była młoda, kiedy wszyscy oni byli młodzi, kiedy bogowie byli ludźmi i świat dopiero się narodził, pracy mieli wiele. Ojcowie projektowali i obmyślali budowy, a pracowali ci najmłodsi, którzy rodzili się całymi miotami, boskie szczenięta. Świat to wielki plac budowy, boska firma budowlana. Wybierali ziemię, szykując zbiorniki wodne, morza, jeziora i kanały, kopali długie koryta rzek. Nosili kamienie w wielkich koszach i usypywali z nich góry. Wybierali z ziemi glinę i rudy żelaza. Równali miejsca pod pustynię, nanosili na nie piach i skały. Obsadzali wybrzeża dziką oliwką i tamaryszkiem. Wydeptywali plaże. To była praca nawet ponad ich boskie siły. Ci najmłodsi z nich, ci najbardziej niecierpliwi, w końcu podnieśli bunt. Któregoś dnia podpalili kosze, motyki i kilofy, podpalili swoje narzędzia. Wzburzeni, przyszli do niej, do Ninmy, stanęli przed nią, przestępowali z nogi na nogę. Zobacz, powiedzieli. My pracujemy tak ciężko, lecz tamtych trzech błąka się gdzieś bez celu po obrzeżach budów, rysuje plany, coraz bardziej przemyślne, skomplikowane. Ich pomysły są ze sobą sprzeczne, trudne do wykonania, czasem niemożliwe. Gubią się w szczegółach. Albo śpią i śnią jeszcze bardziej szalone plany. To oni są przyczyną naszego nieszczęścia. Mają pokręcone w głowach. Zwróć się do nich w naszej sprawie, niech coś zrobią, niech negocjują z nami. Nie możemy tak ciężko pracować. Po co nam ten cały świat? Jaka z niego korzyść? Chcemy mieć spokój. Tak powiedzieli.

[…]

Zawsze wymyślał dziwne stworzenia. Kiedy po raz pierwszy naszkicował jeża, cała reszta wybuchnęła śmiechem. Co za szalona wyobraźnia, krzyczeli. Połączenie ostrego z miękkim, bezbronnego z groźnym, chwalili, pocierając brody z podziwem. Jakie to oryginalne! Albo mrówkojad, czy wiesz, jak wygląda? - pyta Anna Enhudu i dorzuca do fajki suszonej kocimiętki. - Albo nasiona w owocu granatu: każde w osobnym żelowym futerale. Ażury nasion dmuchawca, które podróżują w powietrzu, szukając lepszych światów. Widziałaś kiedy stonogę? Albo meduzę? O tak, trzeba przyznać, że miał wyobraźnię. To on wymyślił sprytny porządek, zawór bezpieczeństwa: wszystkie istoty będą się wzajemnie likwidować, w ten sposób nigdy światu nie będzie grozić tłok. Z ołówkiem w ręku wyrysował schemat, kto kogo zaatakuje, zabije, pożre, wyprze, wytrzebi; piękny hierarchiczny porządek. Można go podziwiać do dziś, niezwykle inteligentne logistyczne dzieło. Wisi w jego gabinetach, powielone w tysiącach rycin, pieczętuje jego schematem swoje dekrety. Drzewo Życia.

[…]

Powiedziała: Byliśmy szczęśliwi z twarzami w cieniu, wycofani. Byliśmy spokojni. Nie trzeba było zaczynać. To niezbyt dobry pomysł, ten świat. Przynosi nam trud i zmęczenie. Lepiej by było niczego nie stwarzać, nie poruszać, nie zmieniać. Zostawić, jak jest. Trudno, wszystko, co możliwe, już istnieje, po co jeszcze tworzyć niemożliwe? Po co poruszać, kiedy może zostać nieruchome? Po co zmieniać, kiedy może być niezmienne? Skoro już narobiliśmy tyle złego, zostawmy świat w spokoju. Słońce niech wschodzi raz dziennie i raz dziennie zachodzi. To, co za dnia się ogrzewa, niech chłodzi się nocą. Ziemia będzie niebieskim koralem, będzie sama sobie wystarczać, wisieć w czerni, lśnić. Jej lądy porosną łąki i lasy, nie będzie upraw ani miedzy. Z chmur spadnie deszcz, który wsiąknie w ziemię. Bezruch jest łagodny, piękny i dostojny. Trudno już znieść cierpienia zwierząt, po co nam jeszcze to stworzenie, ta płaska, biedna istota? Nie, powiedziała. Nie tworzyć jest lepsze niż tworzyć.

[…]

Od stu lat rikszarze są zrośnięci ze swoimi rikszami. Dyszle wychodzą im prosto z łopatek, drewniane skrzydła. Ten jest biały, pewnie wyrastał w piwnicy bez światła. Jego riksza pokryła się już białym delikatnym naskórkiem. Ja, Nina Szubur, ja, która opowiadam, zapamiętam go, bo biegnie szybciej niż inne pojazdy, sprawnie bierze zakręty i przeskakuje kałuże. Pędzimy poziomami wprost na peryferie. To daleka droga, bo miasto jest wielkie, rozległe niczym metalowa grzybnia. Słońce wznosi się obojętnie, zmienia wachtę z księżycem. Na peryferiach istnieją wielkie szklarnie i magazyny, w których gromadzi się rzeczy. Otaczają miasto lśniącym, parującym pierścieniem. Grzeją i żywią. To jest gospodarstwo tej starej kobiety, matki Anny In. Ten adres podała mi Anna Enhudu, właścicielka mlecznych łaźni.

[…]

Tych robię ze światła i najczystszych ziemskich minerałów, z rtęci i srebra -mówi czule ta stara kobieta. Są lekcy, ale potrafią zapuścić korzenie. Są spokojni, ufni, jak rośliny, ale nie są głupi. Są wolni, ale nie lgną ślepo do siebie. Są niezależni, ale nie samotni. Nie walczą ze sobą, nie zjadają innych stworzeń. Zaopatrzyłam ich w mały śmieszny instynkt - wspierają się nawzajem. Im więcej sobie dają, tym stają się silniejsi. Próbowałam urządzić im zawody, lecz nie dało się rozstrzygnąć biegu, bo czekali na siebie przed metą. W meczu uczynnie podawali sobie piłki do bramki, chcieli zawsze remisu, grając w szachy, uprzedzali o następnych ruchach. Ninma uśmiecha się i na jej twarzy pojawia się czułość. Wysadzam ich za miastem, w ruinach, w ukryciu, wynoszę ich w koszach poza granice miasta i wypuszczam na wolność, po trochu, ci będą inni, będą wiedzieć więcej, ich miasta będą szczęśliwe, rozległe i czyste, będą szli dalej - mówi Ninma z dumą. Nie mów o nich ojcom. Rozboli ich głowa.

[…]

Anna In, In Anna. Ciało Anny In, zdjęte z haka i rzucone na ziemię - straszny to widok. Moja pani nie pozwoliła go sprzątnąć, leży tu trzy dni. Jest sine i sztywne, twarz nie przypomina już twarzy, lecz bladą maskę, i piękne włosy straciły swój blask - stały się matowymi postronkami, lnianymi sznurkami splecionymi w warkocze. Paznokcie są czarne, skóra ma kolor popiołu. Nawet psy o wielkich oczach, które przecież widziały już wszystko, odwracają wzrok od tego ścierwa. Muchy lądują na tej martwej twarzy, dwa czarne punkty, nacierają martwe powieki kurzem, łapki mają jeszcze mokre od czarnych łez mojej pani, mojej landlady; robią to cierpliwie, jakby namaszczały Annę In różanymi olejkami, najdroższym balsamem, który cofnie czas, przywróci jej skórze gładkość i rumieńce, nowy rodzaj liftingu, robią to z całą miłością, jaka może się zmieścić w ich małych, owadzich, nieprawdziwych ciałach. Wtedy Anna In mruga, a jej ciało drży. Niebywałe, niebywałe, szepczę, ja, Neti, odźwierny. Chowam się za mokrą kolumnę, wyglądam zza niej z szydełkiem w ustach. Patrzę i nie wierzę własnym oczom! Nigdy nie widziałem takiego cudu - żeby to, co umarłe, mogło ożyć. I psy o błoniastych łapach usuwają się w najgłębszy cień, zbite w stadko spoglądają na to przedstawienie ze zgrozą, z niepokojem patrzą na swoją panią. Jakże to? Pozwoliła złamać najsroższe prawo?

[…]

Przykry to widok, skóra Anny In obwisa, pęka przetarta na łokciach i ramionach, widać tam szare kości, jej twarz jest prawie czarna, obrzmiała, jej piersi, kiedyś podobne do twardych jabłek z hodowli jej ukochanego, teraz wyglądają jak popsute owoce. Muchy kręcą się wokół jej głowy - oto ma swoją aureolę - wchodzą jej do oczu. Wstań, Anno In, wstań, Inanno. Podnosi się z wysiłkiem i chwieje, słaba. Trudno jest wyrwać śmierci wszystkie kawałeczki życia od razu, trzyma je jak sznurek, ciągnie w swoją stronę. Ale Inanna z każdą chwilą jest silniejsza, każdy oddech napełnia ją mocą. Gdy otwiera oczy, one są barwy popiołu, wyblakłe, coś ją oślepiło tam, gdzie była; jej oczy to meduzy wyrzucone na brzeg morza. Ja, Neti, ja, który opowiadam, ze ściśniętym sercem niosę jej wilgotny kawałek płótna, owijam jej nagie ciało. Nie wiem, dlaczego to robię. Może i mnie się udzieliła ta nowa choroba - to współczucie. Wieści rozchodzą się po grobowcach jak woda, przesiąkają przez grube mury, spływają strumykami na wszystkie poziomy, grobowce wibrują, słychać wzburzone głosy, walą w ściany martwe pięści, to bunt. Kościane palce grzebią przy ryglach i zamkach, próbują zamienić się w klucze.

[…]

Zgrzyt moich kluczy odbija się echem po lochach grobowców i zaraz słychać walenie w drzwi, wycie i zawodzenie. A gdy zamki odskakują, rozlega się radosny chichot, słychać podniecone szepty i tupot nóg:  idziemy, idziemy. Jestem kustoszem w grobowcach świata, w tym największym muzeum zmarłych. Podziemnym.  Zgromadziliśmy tutaj wszystkie klęski,  grzechy, katastrofy, złe myśli, obsesje, koszmary i lęki. Choroby i deformacje. Mamy tu w formalinie wszelkie ludzkie potworności. Na żywo, na specjalnych wybiegach trzymamy ludzkie demony, te opętane jedną myślą albo te we władzy afektu, z klapkami na oczach, demony głupie, nieuważne, złe, zachłanne, zazdrosne; egoistów, sybarytów, leniów, kłamców i oszustów. Lubieżników, maniaków, szczwane lisy, despotów, idiotów. Byłoby co zwiedzać - niestety nikt tu nie przychodzi. Ja, Neti, ja każdy, który opowiadam, otwieram kolejne piętra, tak, teraz nawet sprawia mi to radość - proszę bardzo - wypuścić to, co tak długo było starannie skrywane, popsuć dobre obyczaje więzienne, złamać dane słowo, postawić wszystko na głowie, kota obrócić ogonem. Proszę bardzo, jak chaos, to chaos, jedne drzwi i następne - niech dół wejdzie na górę, a góra zejdzie na dół, niech się prawe zamieni na lewe, czarne zaś w białe.

[…]

Czekam na nią u bram grobowców, przed bramą więzienia, wierna jak jej walizka, zmęczona i szczęśliwa, ja, Nina Szubur, Ninszubur. Ale i boję się - kto z nas pójdzie na wymianę, kogo wskaże jej przebudzona ręka. I nawet walizka się boi, choć nie ma czego, rzeczy nie mogą być przedmiotem targu. W tej umowie liczy się tylko ten, kto żywy i wolny, komu czerwona krew krąży w ciepłym ciele. Nie przedmioty. Ile ich trzeba by było, żeby odkupić śmierć boga? Góry butów, hałdy usypane z okularów, tony złotych małżeńskich obrączek, wzgórza ze złotych zębów, kość słoniowa, której ciężar liczy się w megatonach, kamienie nagrobne ułożone w trakt dookoła świata. Ile trzeba by całej materii w kosmosie, tej jasnej i tej ciemnej? Gwiazd, wszystkich słońc i wielokrotnie zliczanych galaktyk. A ludzi? Ilu trzeba oddać ludzi, żeby wybawić boga od śmierci, żeby pozwolić mu zmartwychwstać? Stu, a może setki tysięcy, a może sześć milionów? Dwudziestu? Albo wszystkich tych, którzy już dawno się narodzili, i tych, którzy teraz żyją, i jeszcze tych, którzy się dopiero narodzą. Jak wielki jest ciężar boskiego ciała na szalach wag? A jak spojrzy na mnie - co powiem ja, Ninszubur, jej przyjaciółka, ja, która opowiadam? Co zrobię, gdy spojrzy na mnie spopielonym wzrokiem, gdy mnie przeszyje nim na wylot, jak igłą, gdy mnie przyszpili? Czy zgodzę się na zejście tą samą drogą, na zostawienie przy kolejnych bramach swoich pierścieni, swoich cennych sukien, butów z jaszczurczej skóry, na zmycie makijaży? Gdyby spojrzała, to co zrobię?

[…]

Jak mógłby się ukryć przed takim snem, myślę. Przytulam go do siebie i czuję pod piżamą jego kości, drobne kości, wcale nie mocarne, ludzkie - nasze kości, nasz stelaż; w tym jesteśmy podobni do miasta - zbudowani z kolumn, ażurów i klatek. Na tym nas rozpięto, kruchy namiot. Myślę jeszcze: dokąd ona przyjdzie, jak nie tu? Inanna. Przyjdzie tu na pewno po tego, którego kochała, i nie uda jej się zwodzić prześladowców w nieskończoność. Będzie jak kula ognia, która tocząc się ku wodzie, żeby ugasić płomienie, podpala wszystko wokół; będzie jak zarażona wirusem szukająca pociechy w cudzych ramionach i przekazująca go innym; będzie jak ścigane zwierzę, które w panice ucieka do nory i tym samym wydaje oprawcy swoje dzieci. Tak myślę i czuję pod piżamą kruche ciało mojego brata. Jak mam go ukryć? Gdzie? W mieście nie ma takiego miejsca, w którym by go nie znalazła. Musi zamienić się z kimś na twarz, na ciało, udać kogoś innego, zmienić skórę jak wąż i rozpłynąć się w tłumie i całe dnie jeździć windami, żeby zgubić ślady, pachnieć inaczej, mieć inne ruchy, stać się kim innym. Przestać być sobą, zapomnieć o sobie.

[…]

Ja, Anna Geszti, ja każda, która tłumaczę sny, wiem, że to jest koszmar wszystkich ludzi, wszystkich mieszkańców miasta - że tropi ich coś, przed czym nie ma ucieczki. Cały świat jest kryjówką, miejscem ukrycia są pola, jaskinie, lasy i strumienie, klatki schodowe i strychy, przejścia podziemne i piwnice. Własne szafy, własne ubrania; zamknięcie powiek. I dopóki człowiek ucieka, dopóty jest ścigany. Moimi narzędziami pracy są fotel i paczka chusteczek, gdy tłumaczę sny, mówię ludziom, mówię tym ściganym - zatrzymaj się i odwróć twarz do swojego prześladowcy, pozwól przystawić sobie lufę do czoła, wystaw pierś na ostrze strzały, odsłoń szyję błyskowi noża - wtedy przestaniesz się bać.

[…]

Myślę: szkoda Ogrodnika. Dobry był z niego przyjaciel. Bawił dzieci, rozśmieszał ludzi, rozkładał swoje wiszące ogrody jak kramy, miły z niego gość. Wokół niego zawsze tyle ruchu, słodka wata, baloniki. Lizaki, piłeczki na gumkach, wiatraczki z cynfolii. Jego lekki krok, gdy skakał z przęsła na przęsło. Jego zgrabny tors opasany liną. Zarządzał święta i zabawy, dni wolne od pracy. Teraz lampiony namokły od śniegu, wypaliły się światła. Kolory z bibułkowych festynowych kwiatów farbują śnieg na sztuczne kolory - róż i fiolet, cytrynową żółć i martwą zieleń neonów. Nie ma nic do roboty w tym zimnie, szwendam się tam i z powrotem, ale pod wieczór zaczyna tu przychodzić coraz więcej ludzi, jakoś się tu dostają, choć windy nie chodzą, zapewne podróżują zsypami na śmieci,  może  wiszą bezpośrednio na zimnych trakcjach - podobno można się podczepić, mając zaledwie kółko i skórzany pasek - może znają przejścia między przęsłami, przez dziurawy szkielet. Skąd sypie śnieg, z jakich nieb opada, przez jakie się tutaj przeciska szczeliny?

[…]

Powraca do swojej pierwotnej postaci, staje się ciałem z gliny, z prochu. Zejdę tam i wszystkiego się dowiem. Przeprowadzę badania, wykreślę tabele. Cóż to znaczy umrzeć - zrobię wywiady. Będę potem chyłkiem wynosić te wszystkie ważne informacje, zaszyte w rękawach, grypsy, szyfry śmierci. Co to znaczy umrzeć? Wreszcie się dowiemy. Moja hipoteza brzmi: Nie może być tak, żeby nas nie było. Dlatego pójdę. Zanim wejdę w ciemny wilgotny otwór grobowców, w towarzystwie much, oglądam się jeszcze za siebie i widzę, że go rozwiązali. Zdjęli mu z rąk i nóg postronki. Masuje przeguby, w podartej brudnej koszuli patrzy spod oka, jakby go obudzili, wyrwali z najgłębszego snu. Widok, który oglądam na koniec, jest, niestety, banalny. Ona podchodzi do niego, obejmują się i przytulają. Najbardziej wzruszony jest tłumek niewolników, którzy tu zeszli w poszukiwaniu sensacji: rikszarze, służący na płozach i kółkach, jakieś stare zdezelowane sekretarki, niedługo już pójdą na szmelc. Nasi bohaterowie są tak sobą przejęci, że szybko o mnie zapomną. Ale nie, ona odwraca się i patrzy. Trwa to dłużej, niż jestem w stanie znieść. Śnieg zniknie, a oni wrócą na górę, znowu rozbłysną lampiony, nie wszystkie zmokły. Przygotowania do festynu tylko na chwilę zostały wstrzymane; teraz dopiero jest prawdziwy powód do świętowania. Piwo chłodzi się w lodówkach, przegryzają się sałatki, oddychają wina, dochodzą do siebie rozpłomienione placki, puchną z podniecenia drożdżowe bułeczki. Tuż na granicy ciemności, tuż przed zniknięciem, o krok za muchami, ja, Gesztianna, Anna Geszti, oglądam się jeszcze za siebie, jak każdy, kto umiera i pod moim wzrokiem ta radosna scena, godna pędzla mistrza, kamienieje.

[…]

Tak cię zobaczyłam, Anno In, In Anno, Inanno, z ramionami wzniesionymi wysoko w geście tryumfu. Tak cię widziałam - rosnącą z żelaza, ze stali, z kamiennych pustyń, z rozgrzanych piasków, wielką i radosną pannę o nagich piersiach, smagłoskórą matkę, śmiejącą się siostrę, nastolatkę w jej różowym pokoju pełnym lalek, mądrą córkę o włosach ciasno splecionych w warkocze, żonę dumną z mocy swoich bioder, mocną i czułą, opiekuńczą, i małą dziewczynkę. Starą kobietę, która karmi stada dzikich kotów pod domami, która mówi do roślin. Widziałam twój gniew, twoją gwałtowność. Widziałam, jak śpiewasz, jak płaczesz, jak krzyczysz i szepczesz, widziałam, jak burzysz. Widziałam, jak zbierasz to, co rozsypane, i to, co zmieszane z popiołem -nasiona grochu, korale, które potoczyły się z zerwanego sznurka. Widziałam, jak wyruszasz w drogę i zostawiasz na poboczu drogi kolejne pary zdartych butów. Jak wędrujesz przez lodowe pałace w poszukiwaniu ukochanego. Widziałam, jak szukasz i jak odnajdujesz, jak upadasz i jak się podnosisz, ścierasz się w proch i odradzasz w twardym kamieniu.  Widziałam,  jak  niesiesz pochodnię,  jak niesiesz żałobę. Jak drzesz płótno na bandaże. Widziałam, jak prowadziłaś do walki, jak łamałaś strzały ze stali jednym ruchem ręki, jak bali się twojego krzyku. Widziałam, jak podtrzymywałaś za ramiona rodzące kobiety,  jak  ścierałaś noworodkom krew z czoła,  jak obdarowywałaś nowo narodzone dzieci. Twoje domy z kości w lasach Północy, twoje piece chlebowe, twoje samotne ślady w piasku na pustyni, twoje szczyty gór, twoje doliny, twoje strumienie, mętne stawy, lepianki, miotły, twój taniec brzucha, odkryte piersi, twoja krew, twoja ciemna twarz z blizną biegnącą przez środek policzka.

[…]

Biec, uciekać, uciszać i uspokajać - są twoje. Wędrować, spieszyć, wstawać i upadać - są twoje. Rozpinać na ziemi drogi i ścieżki, wytyczać miejsca odpoczynku w podróży, spokojne - wszystko to jest twoje. Poruszać ziemię i na powrót czynić ją stabilną - są twoje. Niszczyć, budować, wymazywać z map i projektować miasta - są twoje. Zmieniać mężczyznę w kobietę i kobietę w mężczyznę - są twoje. Pożądanie i podniecenie, dobra i mienie - są twoje. Zysk, profit, bogactwo i bankructwo - są twoje. Patrzenie, podejmowanie decyzji, przyzwolenie i kontrola - są twoje. Analizowanie i na powrót składanie w jedno - są twoje. Miłosierdzie i litość - są twoje. Cnoty męskie i kobiece, godności, aniołowie stróżowie, bóstwa opiekuńcze, kościoły i świątynie - są twoje. Skwery i parki, uczelnie i biblioteki. Zapisane strony, te, które czekają na zapisanie, i te, które spłonęły, nieodczytane. Litery, słowa, zdania i akapity. Ludzkie pary, przyjaźnie, siostrzeństwo i braterstwo - są twoje. Zejście się i rozejście - są twoje. Budowanie domu, kobiecy pokój, zawartość szaf, szuflad, całowanie dzieci w policzek. Zaniedbanie i troska. Prostowanie się i zginanie. To, co pełne nadziei, i to, co daremne. Zamiana tego, co silne i brutalne, w słabe i bezsilne - są twoje. Odwrócenie tego, co słabe i bezsilne, w to, co mocne i brutalne - są twoje. Ścigać się, pożądać i zdobywać - są twoje. Zmniejszać, zwiększać, zniżać, poszerzać, zwężać - są twoje; nadawać godności, pisać instrukcje obsługi, zniesławiać, kłamać i przeinaczać, drwić, przedrzeźniać, przesadzać - są twoje. Prawdziwa i fałszywa odpowiedź, mądre i głupie pytania. Brak odpowiedzi. Szyderstwo, groźby, gwałtowny uczynek, rozśmieszanie i zasmucanie, zły fart i żałoba. Oświecanie i zaciemnianie, konflikt i pokój, strach i splendor, tryumf i choroba, bezsenność i zmęczenie, poddanie się i zwycięstwo, walka, ta wygrana i ta przegrana.

[…]

Nic nie zachowa swojego kształtu. Każdy porządek okaże się nietrwały - i boski, i ludzki. Miasto w końcu skruszeje, rozpadnie się w drobne fragmenty, cząstki, okruchy, z których nie da się już odczytać całości; przysypie je piasek pustyń, miliardy nasion przyszłości. Ludzie, jacy z nich wykiełkują, na nowo nawiążą czułą zależność od świata - od pogody, wiatru, słońca, księżyca i mgieł. Zaczną na Północy wznosić inne miasta. Znowu ocknie się rozum, ten przemądrzały, ten zupełnie wyłączony ze wszelkiego szeptania, i - niczym głuchy jak pień senior rodziny - z osobliwą pewnością siebie stworzy nowe teorie i wymyśli tabletki, na strach i niepokój, lecz nie na śmierć, Inanno.

Olga Tokarczuk, Anna In w grobowcach świata

Mitologiczna powieść Olgi Tokarczuk, polskiej pisarki, eseistki, poetki a w końcu i noblistki przenosi nas do samego początku Początków świata literalnego, do tamtego miasta Uruk w serce leżącej kiedyś nad rzeką Szatt al-Arab (dziś wspólne koryto dla dwóch irakijskich części rzek: Tygrysu i Eufratu) cywilizacji niezależnych miast sumeryjskich, generalnie zaś w trzecie tysiąclecie przed naszą erą. Liryczna opowieść osnuta na kanwie zapisów pisma klinowego wykonanego rylcem na tabliczkach glinianych i utrwalonego przez tysiąclecia we wszędobylskim piasku jest udaną próbą ukazania świata pierwszych ludzi-bogów w głównej odsłonie z Anną In, która schodząc z mapą do świata umarłych za głosem-lamentem swej siostry-bliźniaczki tudzież władczyni podziemnego świata boskiego przeżywa zawistną z jej rąk zimną śmierć, a jednak i rychłe potem cudowne zmartwychwstanie. No, właśnie potem i znowu potem czy to w politeizmie greckim czy też w monoteizmach żydowskim, judeochrześcijańskim czy arabskim kolejni bogowie stawali się nam już tylko dalsi a mniej po ludzku prometejscy... coraz to i bardziej jeszcze kosmo-logicznie nieprzystępni…



powrót ››