11.02.2023

„Oto rzeczy, których nie powinnam zapomnieć”
„To tylko zabobony,
a zabobon to zupełnie niepotrzebny lęk.
Jedyne klątwy to zgryzoty,
których nie potrafisz się pozbyć.”
„Jesteśmy jak bogowie,
czas nas nie zmieni”
[…]
Byłam jeszcze na tyle mała, by wierzyć, że źródłem piękna są rzeczy, i chciałam, żeby Matka była jej bardziej przychylna. Droga Ciocia [piastunka, a tak naprawdę rodzona matka LuLing – przyp. aut.] pokręciła jednak głową. Zdjęła szal, pokazała na swoją twarz i ściągnęła brwi. Po co mi piękność? - mówiła w ten sposób. Grzywka, opadała jej do samych brwi, tak samo jak mnie. Włosy z tyłu były związane i spięte srebrną szpilką. Miała brzoskwiniowe czoło, szeroko osadzone oczy i pełne policzki, zwężające się ku pulchnemu nosowi. Tak wyglądała górna część jej twarzy. Była jeszcze dolna. Jej poczerniałe opuszki migały jak skaczące płomienie. Zobacz, co zrobił ogień.
[…]
Koniec z opowiadaniem, oświadczyła Droga Ciocia, poruszając szybko dłońmi. Już prawie czas na śniadanie, a wcześniej musimy się pomodlić. Wzięła z szafki tamten skrawek papieru, złożyła go na pół i wsunęła za wyściółkę buta. Włożyłyśmy ocieplane zimowe ubrania i wyszłyśmy na zimny korytarz. W powietrzu unosiła się woń palonego węgla z innych skrzydeł domu. Zobaczyłam Starego Kucharza, który wytężał siły, żeby obrócić korbę przy studni. Słyszałam, jak jeden z lokatorów wrzeszczy na leniwą synową. Minęłam pokój, który z Matką dzieliła moja siostra, GaoLing - obie jeszcze spały. Pobiegłyśmy do wychodzącego na południe pokoiku, naszej kapliczki przodków. Na progu Droga Ciocia posłała mi ostrzegawcze spojrzenie. Zachowuj się przyzwoicie. Zdejmij buty. W samych pończochach stanęłam na zimnych szarych płytach. Lodowaty chłód natychmiast przeszył moje stopy, pomknął w górę po nogach, przebiegł przez całe ciało i na koniec kapnął z nosa. Zaczęłam drżeć. Ściana naprzeciw mnie była zawieszona zwojami z wypisanymi dwuwierszami - podarunkami od różnych uczonych, którzy używali naszego tuszu od dwustu lat. Nauczyłam się kiedyś czytać jeden wymalowany wiersz: „Cienie ryb mkną w dół rzeki”, co oznaczało, że nasz tusz jest ciemny, piękny i łagodnie spływa na papier. Na długim stole ołtarza stały dwie figurki, Boga Długowieczności, z długą, białą jak wodospad brodą, i Bogini Miłosierdzia, o spokojnej, pozbawionej trosk twarzy. Jej czarne oczy były utkwione w moich. Droga Ciocia mówiła, że tylko ona wysłuchiwała żalów i życzeń kobiet. Wokół figurek umieszczone były tablice przodków rodu Liu z wyrzeźbionymi w drewnie imionami. Droga Ciocia powiedziała, że nie ma tu wszystkich moich przodków, lecz tylko ci, których rodzina uważała za najważniejszych. Tablice tych mniej znaczących oraz kobiet spoczywały w kufrach albo zupełnie o nich zapomniano. Droga Ciocia zapaliła kilka kadzidełek. Zdmuchnęła z nich płomyki, by zaczęły się tlić. Wkrótce unosiły się nad nami gęste kłęby dymu - para naszych oddechów, dym ofiarny - gęste obłoki, które, jak mi się wydawało, były duchami próbującymi porwać mnie do Świata Jin. Droga Ciocia mówiła mi kiedyś, że martwe ciało robi się zimne. Tego ranka przemarzłam do szpiku kości, więc bardzo się bałam.
[…]
Od ośmiu lat zawsze dwunastego sierpnia Ruth Young [córka LuLing – przyp. aut.] traciła głos. Pierwszy raz zdarzyło się to po przeprowadzce do mieszkania Arta [mąż Ruth – przyp. aut.] w San Francisco. Przez kilka dni Ruth potrafiła tylko wydawać piski niczym pozostawiony na ogniu czajnik. Doszła do wniosku, że to wirus, a może uczulenie na szczególny rodzaj pleśni w budynku. Drugi raz straciła głos w pierwszą rocznicę wspólnego mieszkania i Art żartował, że jej zapalenie krtani musi mieć podłoże psychosomatyczne. Ruth zastanawiała się, czy to prawda. Kiedy złamała rękę, jeszcze jako mała dziewczynka, straciła głos. Dlaczego? W ich drugą rocznicę oglądali gwiazdy w parku Grand Teton. Według wydanej przez park narodowy broszury informacyjnej: „Podczas maksimum perseidów, około 12 sierpnia, co godzina na niebie widać setki smug «spadających gwiazd». Są to fragmenty meteorów, które płoną, wchodząc w atmosferę ziemską”. Ruth wraz z Artem w milczeniu podziwiała świetlny spektakl rozgrywający się na czarnym jak aksamit niebie. Nie wierzyła, by jej kłopoty z krtanią miały być zapisane w gwiazdach ani by deszcz meteorów mógł mieć coś wspólnego z jej utratą mowy. Kiedy jednak Ruth była mała, matka często mawiała, że spadające gwiazdy są w rzeczywistości „topniejącymi ciałami duchów”, a ich widok zwiastuje nieszczęście. Jeżeli ktoś zobaczył spadającą gwiazdę, oznaczało to, że stara się z nim porozumieć jakiś duch. Dla matki Ruth prawie wszystko stanowiło znaki od duchów: stłuczone miseczki, szczekanie psów, a także głuche telefony, gdy po drugiej stronie panowała cisza albo słychać było tylko czyjś ciężki oddech.
[…]
Dochodziła północ i za kilka godzin Ruth miała odzyskać mowę. Stała w Kąciku, dawnej spiżarni, która pełniła funkcję jej gabinetu. Weszła na podnóżek, by otworzyć małe okno. I ujrzała skrawek cudownego widoku: czerwone wieże mostu Golden Gate, które zdawały się wyznaczać granicę między zatoką a oceanem. Na twarzy poczuła dotyk wilgoci i oczyszczającego chłodu. Przyjrzała się niebu, lecz było za jasno i zbyt mglisto, by mogła dojrzeć płonące „ciała duchów”. Zaczęły porykiwać syreny mgłowe. Po minucie Ruth zobaczyła biały opar, który niby zwiewna kołderka przykrył ocean, sunąc wolno w stronę mostu. Matka mawiała, że mgła to para wydzielana przez walczące ze sobą smoki, wodę i ogień. Ogień i woda razem robią parę - mówiła LuLing swoim dziwnym brytyjskim akcentem, który przyswoiła sobie w Hongkongu. Wiesz, jak wygląda. Jak z czajnika. Dotykasz, parzysz się w palec.
[…]
Wyciągnęła z dna szuflady plik spiętych ze sobą arkuszy i przyszło jej do głowy, że właściwie mogłaby wyrzucić rzeczy, które przez zaniedbanie leżały tam najdłużej. Kartki były zapisane po chińsku, ręką jej matki. Ruth dostała je od LuLing pięć czy sześć lat temu. Takie tam stare historie o rodzinie - mówiła matka z niezręczną nonszalancją, która w jej wypadku niezbicie świadczyła, że papiery te są dla niej bardzo ważne. - O moim życiu, od małej dziewczynki. Piszę dla siebie, ale może przeczytasz, zobaczysz, jak dorastałam, przyjechałam do tego kraju. Ruth słyszała co nieco o życiu matki, ale wzruszyła ją nieśmiałość, z jaką prosiła o przeczytanie wspomnień, nad którymi musiała się ciężko napracować. Na każdej stronie widniały równiutkie kolumny liter, bez żadnych skreśleń, dlatego Ruth domyślała się, że matka przepisała na czysto wszystkie wcześniejsze próby. Usiłowała już rozszyfrować treść tych zapisków. Matka wtłaczała jej kiedyś do opornej głowy chińską kaligrafię i Ruth nadal umiała rozpoznać niektóre znaki: „rzecz”, „ja”, „prawda”. Jednak aby odcyfrować resztę, musiałaby dopasować ozdobione zakrętasami ideogramy LuLing do standardowych znaków w słowniku chińsko-angielskim. Pierwsze zdanie brzmiało: „Oto rzeczy, które na pewno są prawdziwe”. Ruth tłumaczyła je przez godzinę. Postanowiła odczytywać jedno zdanie dziennie, więc trzymając się planu, następnego dnia wieczorem przetłumaczyła drugie zdanie: „Nazywam się LuLing Liu Young”. To było proste, przekład trwał nie dłużej niż pięć minut. Potem w tekście pojawiły się nazwiska mężów LuLing, z których jeden był ojcem Ruth. Mężów? Ruth z zaskoczeniem przeczytała, że w życiu matki był ktoś inny. Co to znaczy: „odeszli, zabierając ze sobą nasze tajemnice”? Musiała się natychmiast dowiedzieć, ale nie mogła zapytać o to matki. Z doświadczenia wiedziała, co się będzie działo, gdy poprosi ją o tłumaczenie chińskich znaków na angielski. Najpierw matka zacznie ją besztać za to, że w dzieciństwie nie przykładała się do nauki chińskiego, a później, żeby wyjaśnić ideogramy, będzie wracała do przeszłości, roztrząsając najdrobniejsze niuanse znaczeniowe chińskich słów: Tajemnica nie znaczy tylko nikomu nie mówić. Są tajemnice, co ranią albo rzucają klątwę, czasem robią na zawsze krzywdę i taka jak dawniej nigdy nie będziesz ...
[…]
Ruth pomyślała o książce, którą kilka lat temu pomagała pisać, „Fizyka natury ludzkiej”. Autor wykorzystał prawa fizyki do zilustrowania podstawowych nauk życiowych, przypominając o nieskutecznych wzorcach zachowań. „Relatywistyczna teoria grawitacji”: nie przywiązuj wagi do wszystkiego. Ciężar każdego problemu zależy tylko od tego, jak ty go traktujesz. „Zjawisko Dopplera w komunikacji”: zawsze istnieje rozdźwięk między tym, co ktoś mówi, a tym, jak słuchacz chce rozumieć wypowiedziane słowa. „Siła odśrodkowa argumentów”: im dalej odsuwasz się od istoty problemu, tym szybciej sytuacja wymyka się spod kontroli. Ruth uważała wówczas takie rady i analogie za zbytnie uproszczenie. Nie sposób zredukować życia do jednozdaniowych maksym. Ludzie są przecież bardziej złożeni. W każdym razie ona na pewno. A może jest zbyt skomplikowana? Złożona, skomplikowana, co za różnica?
[…]
Pewnego dnia przy bezkofeinowym cappuccino dowiedziała się, że Art wychował się w Nowym Jorku i zrobił doktorat z językoznawstwa na Uniwersytecie Berkeley. W ilu językach mówisz? - zapytała. Właściwie nie jestem poliglotą - odrzekł. - Większość lingwistów, których znam, też nie jest. Na Berkeley specjalizowałem się w amerykańskim języku migowym. Teraz pracuję w ośrodku głuchych na Uniwersytecie San Francisco. Zostałeś ekspertem od ciszy? - zażartowała. Nie jestem ekspertem od niczego. Ale podoba mi się język w każdej postaci - dźwięki i słowa, wyraz twarzy, gesty rąk, postawa, rytm ciała - wszystko, co ludzie chcą wyrazić, niekoniecznie słowami. Zawsze podobała mi się siła słów. A jakie jest twoje ulubione słowo? Doskonałe pytanie. - Zamilkł, gładząc w zamyśleniu brodę. Ruth poczuła dreszczyk emocji. Szukał zapewne jakiegoś wielosylabowego słowa, znanego tylko wtajemniczonym, które można znaleźć jedynie w wielkim słowniku oksfordzkim. Opar - powiedział w końcu. Opar? Ruth pomyślała o przejmującym chłodzie, mgle i duchach samobójców. Ona na pewno nie wybrałaby takiego słowa. Przemawia do wszystkich zmysłów - wyjaśnił. - Może nie być przezroczysty, ale nie ma stałej formy. Można go poczuć, ale nie ma trwałego kształtu. Może być gorący albo zimny. Niektóre opary mają okropny zapach, inne wspaniały. Niektóre są niebezpieczne, inne nieszkodliwe. Niektóre są jaśniejsze od innych, na przykład płonącej rtęci i sodu. Opar może człowiekowi wejść przez nos i przeniknąć do płuc. A brzmienie tego słowa, układ warg i języka - oparrrr - doskonale pasuje do jego znaczenia. Rzeczywiście - zgodziła się Ruth. - Oparrrr - powtórzyła, rozkoszując się wibrowaniem języka. I jeszcze prężność oparu - pary wodnej - ciągnął Art. Kiedy osiąga stopień równowagi między dwoma stanami, sto stopni Celsjusza. - Ruth skinęła głową, posyłając mu inteligentne w jej mniemaniu spojrzenie, które miało sugerować skupienie. Czuła się głupia i niedouczona. - Raz masz wodę - mówił Art, wykonując rękami faliste ruchy. Ale pod wpływem ciśnienia temperatury woda zmienia się w parę. - Jego palce gwałtownie zatrzepotały. Ruth energicznie kiwała głową. Woda zmienia się w parę, to mniej więcej rozumiała. Matka opowiadała jej o ogniu i wodzie, które łącząc się, tworzą parę, a para wygląda na niegroźną, lecz potrafi obedrzeć cię ze skóry. Jak jin i jang? - zaryzykowała. Dwoistość natury. Oczywiście, że tak. Ruth wzruszyła ramionami. Czuła się jak oszustka. A ty? - spytał. - Jakie jest twoje ulubione słowo? Przybrała kretyńską minę. Ojej, czy ja wiem, tyle ich jest! Zaraz. „Wakacje”. „Wygrana”. Poza tym jeszcze „gratis”. „Wyprzedaż”. „Promocja”. Normalnie.
[…]
Kiedyś zajmowałam się komunikacją zbiorową. Potem zostałam niezależnym wydawcą, a kilka lat temu zaczęłam na większą skalę współpracować przy tworzeniu książek, głównie na temat inspiracji i samodoskonalenia. Jak poprawić własne zdrowie, jak lepiej uprawiać seks, jak mieć lepszą duszę i tak dalej. Czyli jesteś lekarzem książek. Ruth spodobało się to określenie. Lekarz książek. Nigdy tak nie powiedziała o sobie ani o innych. Większość ludzi nazywała ją po prostu murzynem, wykonującym pracę za kogoś. Tak - powiedziała do Arta. Chyba rzeczywiście można mnie nazwać lekarzem książek. Chociaż sama uważam się za kogoś w rodzaju tłumacza, który pomaga ludziom przelać na papier ich myśli. Niektórym książkom trzeba pomóc bardziej niż innym.
[…]
Prawdopodobnie pod koniec tygodnia zaczniesz wydzwaniać do Harper San Francisco i przekonywać ich, żeby zmienili plany wydawnicze. Dlaczego tak twierdzisz? Spójrz prawdzie w oczy, skarbie, jesteś bardzo uczynna. Chętnie się sprężysz. Poza tym masz talent i potrafisz wmówić każdemu palantowi, że jest najlepszy w tym, co robi Uważaj - rzekła Ruth. Opisujesz przymioty dziwki. Ale to prawda. Jesteś wymarzonym współpracownikiem - ciągnął Gideon. Słuchasz tych bredni klientów, a ci, nie przejmując się niczym, robią z tobą, co chcą. Jesteś łatwym celem.
[…]
Kiedy Ruth dorastała, matka dorabiała do pensji młodszej nauczycielki, imając się innych zajęć, wśród których była dwujęzyczna kaligrafia, chińska i angielska. Robiła wywieszki z cenami dla supermarketów i sklepów jubilerskich w Oakland i San Francisco, transparenty z dwuwierszami na otwarcie restauracji, szarfy na wieńce pogrzebowe oraz zawiadomienia o narodzinach i ślubach. Ludzie przez wiele lat mówili Ruth, że kaligrafia matki jest na prawdziwie artystycznym poziomie, klasyczna pod każdym względem. LuLing zyskała sobie wspaniałą reputację, a w jej sukcesie pewną rolę odegrała córka, sprawdzając pisownię angielskich słów. To są „ziemniaki” - powiedziała kiedyś zniecierpliwiona ośmioletnia Ruth. Nie „zimniaki”. Rosną w ziemi, a nie w zimnie. Tego samego dnia wieczorem LuLing zaczęła ją uczyć techniki pisania po chińsku. Ruth wiedziała, że ma to być kara za to, co jej wcześniej powiedziała. Patrz - rozkazała jej po chińsku matka. Roztarta kamieniem pałeczkę tuszu i za pomocą kroplomierza dodała słoną wodę jak kilka łez. Patrz - powtórzyła, wybierając pędzelek spośród kilkudziesięciu zawieszonych włosiem w dół. Ruth starała się śledzić sennymi oczyma ruchy matki, gdy ta zwilżyła pędzelek, a potem przyłożyła go do papieru prawie prostopadle, trzymając w powietrzu nadgarstek i łokieć. Wreszcie zaczęła pisać, lekko potrząsając nadgarstkiem, tak że jej dłoń trzepotała niby ćma nad białą plamą papieru. Po chwili zjawiły się pajęcze napisy: „Za pół ceny!”, „Niewiarygodne obniżki!”, „Ostatnia okazja!”. Pisanie chińskich znaków - wyjaśniła LuLing - to zupełnie co innego niż pisanie angielskich słów. Inaczej się myśli. Inaczej się czuje. - Rzeczywiście, pisząc albo malując, matka była inna. Spokojna, zorganizowana i pewna. Pisać nauczyła mnie Bao Bomu - powiedziała pewnego wieczoru LuLing. Nauczyła mnie, jak myśleć. Kiedy piszesz, mówiła, musisz zebrać w jeden strumień wszystkie swobodne prądy serca. - Aby to zademonstrować, namalowała ideogram oznaczający „serce”. Widzisz? Każda linia ma swój rytm, równowagę i swoje miejsce. Bao Bomu mówiła, że wszystko w życiu powinno tak wyglądać. Kto to jest Bao Bomu? - zapytała Ruth. Opiekowała się mną, kiedy byłam mała. Bardzo mnie kochała, jak matka. Bao znaczy „drogi”, a razem z Bomu znaczy „Droga Ciocia”. Ach, ta Bao Bomu, szalony duch. LuLing zaczęła malować prostą poziomą linię. Ale jej ruchy wcale nie były proste. Dotykała papieru tylko czubkiem pędzelka, który przypominał przez to tancerkę na puentach. Czubek lekko przegiął się w dół, dygnął, a potem, jakby niesiony podmuchem kapryśnego wiatru, śmignął w prawo, przystanął, obrócił się o pół kroku w lewo i poderwał w górę. Ruth westchnęła. Po co w ogóle miałaby próbować? Matka mogłaby się tylko zdenerwować, że ona nic nie potrafi. W niektóre wieczory LuLing znajdowała sposób, by pomóc Ruth zapamiętywać chińskie ideogramy. Każdy znak pochodzi od starego obrazu sprzed bardzo dawna. Namalowała poziomą linię i spytała Ruth, czy widzi, co to jest. Ruth zmrużyła oczy i pokręciła głową. LuLing zrobiła identyczną linię. Powtarzała ją kilkakrotnie, za każdym razem pytając Ruth, co przedstawia. Wreszcie matka prychnęła, wyrażając w zwięzłej formie rozczarowanie i niesmak. Ta linia wygląda jak promień światła. Widzisz to czy nie? Ruth uważała, że raczej ogryzione do czysta żeberko. Każdy znak jest wszystkim naraz - ciągnęła LuLing. Myślą, uczuciem, sensem, historią. Namalowała jeszcze kilka linii - kropek i kresek, pałeczek i ogonków, zakrętasów i haczyków. Widzisz to? - pytała co chwila. Ta linia, ta i ta - kształt boskiej świątyni. A kiedy w odpowiedzi Ruth wzruszyła ramionami, matka dodała: Świątyni w dawnym stylu. Jak gdyby słowo „dawny” miało przestawić umysł córki na myślenie po chińsku. Ping! Aha! Później LuLing poleciła Ruth, by spróbowała namalować ten sam znak, wciąż wtłaczając w jej oporną głowę chińską logikę: Trzymaj nadgarstek w ten sposób, pewnie, ale luźno, jak gałąź młodej wierzby - aj, nie tak bezwładnie jak żebrak leżący na ulicy... Maluj linię z wdziękiem, jak ptak lądujący na gałązce, nie jak kat, który odrąbuje diabłu głowę. Namalowałaś tę linię... jakby cały znak miał się za chwilę przewrócić. Zrób to tak... najpierw światło, potem świątynia. Widzisz? Razem oznacza to „wieści od bogów”. Widzisz, że wiedza zawsze przychodzi z góry? Widzisz, jaki sens mają chińskie słowa?
[…]
Znów usłyszała mówiącą po chińsku matkę LuLing. Droga Ciociu, wcale nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam przed twoją śmiercią. I kiedy umarłaś, próbowałam odnaleźć twoje ciało. Ruth otworzyła raptownie oczy. Duch w jej wyobraźni zaczął chodzić w kółko. Weszłam do wąwozu. Szukałam i szukałam. Och, oszalałam z rozpaczy. Gdybym cię znalazła, zabrałabym twoje kości do jaskini i urządziła ci stosowny pogrzeb. Ruth poczuła dotyk na ramieniu i podskoczyła. Zapytaj, czy zrozumiała wszystko, co powiedziałam - poleciła LuLing. Zapytaj, czy odmieniło się moje szczęście. Czy klątwa przestała już działać? Jesteśmy bezpieczne? Napisz odpowiedź. Jaka klątwa? Ruth utkwiła spojrzenie w piasku, prawie wierząc, że za chwilę ukaże się tam twarz umarłej kobiety w kałuży krwi. Jakiej odpowiedzi oczekiwała matka? Czy Tak oznaczało, że klątwa już nie działa? Czy odwrotnie? Zanurzyła pałeczkę w piasku i nie wiedząc, co napisać, zrobiła kreskę, a pod nią następną. Dorysowała jeszcze dwie kreski i kwadrat. Usta! - wykrzyknęła matka, śledząc zarys kwadratu. To znak „usta”! Spojrzała na Ruth. Napisałaś to, chociaż nie wiesz, jak się pisze po chińsku! Czułaś, jak Droga Ciocia kieruje twoją ręką? Jakie to uczucie? Powiedz. Ruth pokręciła głową. Co się działo? Chciała się rozpłakać, lecz nie śmiała. Przecież nie mogła wydać żadnego dźwięku. Droga Ciociu, dziękuję, że pomogłaś mojej córce. Wybacz mi, że mówi tylko po angielsku. Na pewno trudno ci było porozumiewać się z nią w tym języku. Ale już wiem, że mnie słyszysz. I wiesz, o czym mówię. Chcę zabrać twoje kości do Ust Góry, do Małpiej Szczęki. Nie zapomniałam. Gdy tylko będę mogła pojechać do Chin, dopełnię obowiązku. Dziękuję, że mi przypomniałaś.
[…]
Fala przyboju łagodnie omywała kostki idącej plażą Ruth i kusiła. Chodź do morza, zdawała się mówić, jest wielkie i wolne. Gdy Ruth miała kilkanaście lat, matka podczas kłótni pobiegła kiedyś do morza, grożąc, że utopi się w oceanie. Woda sięgała już jej ud i dopiero błagania i krzyki córki zdołały sprowadzić ją z powrotem. Ruth zastanawiała się teraz, czy gdyby nie jej prośby, LuLing pozwoliłaby oceanowi zdecydować o swoim losie? Od dzieciństwa Ruth myślała o śmierci co dzień, czasem wiele razy dziennie. Sądziła, że wszyscy w sekrecie robią to samo, lecz nikt poza jej matką nie mówi o tym otwarcie. Rozważała w swym młodym umyśle, co właściwie oznacza śmierć. Czy ludzie znikają? Stają się niewidzialni? Dlaczego umarli stają się silniejsi, smutniejsi albo bardziej złośliwi? Tak zapewne myślała matka. Gdy Ruth była starsza, próbowała wyobrazić sobie moment, w którym przestanie oddychać, mówić i widzieć, kiedy nie będzie już nic czuła i przestanie się nawet bać, że nie żyje. A może będzie jej towarzyszyć wielki strach i niepokój, złość i żal, tak jak duchom, z którymi rozmawiała matka? Śmierć niekoniecznie musi być bramą do czystej rozkoszy absolutnej nicości. To skok w nieznane. Pociągający ze sobą wszystkie najgorsze możliwości. Właśnie z lęku przed nieznanym Ruth postanowiła, że bez względu na to, jak okropne i beznadziejne będzie jej życie, nigdy nie odbierze go sobie z własnej woli. Choć dobrze pamiętała moment, w którym podjęła taką próbę.
[…]
Ruth zamyśliła się. Czy mama kiedykolwiek zdała sobie sprawę, że żądając, abym nie miała przed nią tajemnic, sama doprowadziła do tego, że ukrywałam coraz więcej? Może jednak matka coś wyczuła. Może dlatego sama ukrywała przed Ruth pewne prawdy o sobie. Takie złe rzeczy, że lepiej nie mówić. Nie potrafiły sobie zaufać. Tak zaczęła się między nimi nieuczciwość i zdrada. Nie od wielkich kłamstw, lecz od drobnych sekretów. Ruth przypomniała sobie ostatnie miejsce, w którym schowała pamiętnik. Przez wiele lat w ogóle o nim nie pamiętała. Poszła do kuchni i wgramoliła się na blat z mniejszą zręcznością niż wtedy, gdy miała szesnaście lat. Szukając po omacku, znalazła wreszcie swój pamiętnik w serduszka na szczycie górnej szafki. Niektóre z serduszek były zapaćkane różowym lakierem do paznokci, którym mazała imiona różnych chłopców, jakich chciała wcześniej upamiętnić jako największą miłość życia. Zeszła z blatu i przetarta czerwono-złotą okładkę zakurzonego reliktu. Poczuła słabość w nogach i niepewność, jak gdyby w pamiętniku była zawarta nieodwracalna przepowiednia tego, co miało się wydarzyć w przyszłości. Znów miała szesnaście lat. Odpięła zatrzask i przeczytała słowa wypisane wielkimi literami na wewnętrznej stronie obwoluty: STOP!!! TAJNE!!! CZYTAJĄC TO, WKRACZASZ W CUDZĄ PRYWATNOŚĆ!!! TAK! TO DOTYCZY CIEBIE! Ale matka przeczytała, przeczytała i wzięła sobie do serca to, co Ruth napisała na przedostatniej stronie. Słowa, które omal nie zabiły ich obu.
[…]
I tak wróciły do dawnych kłótni, które zdawały się Ruth obce i zarazem znajome. Atakowały się z coraz większą siłą i pewnością siebie, burząc tymczasowe mury, jakie zbudowały między sobą w zeszłym miesiącu, i znów broniły dawnych przyczółków. Zadawały sobie jeszcze więcej bólu niż przedtem, dobrze wiedząc, że najgorsze mają już za sobą. Później Ruth zastanawiała się, czy wyrzucić pamiętnik. Wydostała tę okropną książeczkę, nadal spoczywającą w głębi szuflady z bielizną. Przewracała strony, czytając wyrywkowo zapiski i płacząc nad sobą. Uważała, że zanotowała tu prawdę, przynajmniej w części. Na tych kartkach była część niej samej, której nie chciała zapomnieć. Ale gdy doszła do ostatniego zapisu, ogarnęło ją przerażające poczucie, że Bóg, matka i Droga Ciocia wiedzieli, że prawie popełniła morderstwo. Starannie wykreśliła ostatnie zdania, wodząc po nich długopisem, dopóki wszystkie słowa nie stały się czarną plamą. Na ostatniej stronie napisała: „Przepraszam. Chciałabym, żebyś czasem też przepraszała”. Mimo że nie mogła pokazać tych słów matce, dobrze je było napisać. Była to prawda, ani dobra, ani zła. Potem Ruth zaczęła się zastanawiać, gdzie matka nie znajdzie pamiętnika. Wspięła się na blat w kuchni, sięgnęła jak najwyżej i wrzuciła dziennik na szafkę, gdzie był tak dobrze schowany, że sama z czasem o nim zapomniała. Ruth pomyślała, że przez wszystkie minione lata nigdy nie rozmawiały z matką o tym, co się stało. Odłożyła pamiętnik. „Na zawsze” nie znaczyło tego samego co kiedyś. „Na zawsze” nieuchronnie zmieniało się z czasem. W pewnym sensie współczuła sobie sprzed lat i wstydziła się z ich perspektywy, że była taka głupia i egocentryczna. Gdyby miała dziecko, jej dorastająca córka unieszczęśliwiałaby ją tak samo, jak ona swoją matkę. Miałaby teraz piętnaście albo szesnaście lat i krzyczałaby, że nienawidzi Ruth. Ciekawe, czy matka powiedziała kiedykolwiek swojej matce, że jej nienawidzi.
[…]
Ruth spojrzała na starannie namalowany u góry pierwszej strony duży znak. Niemal słyszała karcący głos matki: „Powinnaś więcej uczyć się”. Owszem, powinna. Duży znak wyglądał znajomo, łuk u dołu, wyżej trzy znaczki - „serce”! Pierwsze zdanie było prawie takie samo jak na arkuszu, który miała w domu. „Oto rzeczy, które ...”. Dalej było coś innego. Następnym słowem było ying-gai, „powinnam”. Matka bardzo często go używała. Następne było bu, używane przez matkę równie często. A dalej... nie wiedziała. „Oto rzeczy, których nie powinnam...”. Ruth próbowała odgadnąć, jak może brzmieć kolejne słowo: „Oto rzeczy, których nie powinnam mówić”. „Oto rzeczy, których nie powinnam pisać”. Poszła do swojego pokoju, gdzie na półce matka trzymała słownik angielsko-chiński. Sprawdziła znaki „mówić” i „pisać”, ale nie pasowały do tego, co wykaligrafowała matka. Matka dała jej tamte kartki jakieś pięć czy sześć lat temu. Czy w tym samym czasie zapisała te? Wiedziała, że traci pamięć? Kiedy matka zamierzała jej przekazać resztę zapisków, jeśli w ogóle miała taki zamiar? Kiedy w końcu dałaby jej pierścionek na zawsze? Kiedy miałaby pewność, że Ruth jest gotowa uważnie przeczytać? Ruth przyjrzała się kilku następnym znakom. Żaden poza „ja” nie wyglądał znajomo, a po „ja” mogły się pojawić tysiące słów.
[…]
Bez kłopotów przypominam sobie potoczną nazwę, jaką określano naszą wioskę: Czterdzieści Sześć Kilometrów od Mostu Trzcinowej Fosy. To ten sam most, który ludzie nazywają teraz Mostem Marco Polo, prowadzący do i z Pekinu. GaoLing pewnie nie pamięta już dawnej nazwy, ale ja nie zapomniałam. W latach mojego dzieciństwa ludzie radzili, że aby trafić do Nieśmiertelnego Serca, należy „najpierw znaleźć Most Trzcinowej Fosy, a potem cofnąć się o czterdzieści sześć kilometrów”. Słuchając tego żartu, ktoś mógłby pomyśleć, że mieszkaliśmy w jakiejś maleńkiej osadzie, liczącej dwudziestu czy trzydziestu mieszkańców. Było inaczej. Kiedy dorastałam, mieszkały tam prawie dwa tysiące ludzi. Pomiędzy ścianami doliny było nam ciasno. Mieliśmy ceglarza, tkacza worków i farbiarnię. Mieliśmy dwadzieścia cztery dni targowe, sześć świątecznych jarmarków i szkołę podstawową, do której chodziłyśmy z GaoLing, kiedy nie musiałyśmy pomagać rodzinie w domu. Od domu do domu chodzili handlarze sprzedający świeże tofu, parujące bułeczki, słodkie plecionki i kolorowe cukierki. Dużo ludzi chętnie kupowało. Wystarczyła garść miedziaków, żeby każdy sprawił swojemu brzuchowi radość znaną tylko bogaczom. Klan Liu mieszkał w Nieśmiertelnym Sercu od sześciu stuleci. Przez cały ten czas synowie w rodzinie wyrabiali pałeczki tuszu, które sprzedawali przejezdnym. Mieszkali w tym samym domostwie, któremu przybywało pokoi, a potem skrzydeł, ponieważ czterysta lat temu matki rodziły po ośmiu chłopców, co roku jednego. Dom rodzinny rozrastał się ze skromnego budynku z trzema filarami w rezydencję, której każde skrzydło rozciągało się na pięć filarów. W następnych pokoleniach synów było już mniej, więc dodatkowe pokoje popadały w ruinę i wynajmowano je lokatorom, którzy ciągle się kłócili. Kiedy się śmiali z grubiańskich żartów i kiedy krzyczeli z bólu, wydawali tak samo odrażające odgłosy. Właściwie naszej rodzinie dobrze się wiodło, lecz nie aż tak, by wzbudzać wielką zazdrość. Na prawie każdy posiłek jedliśmy mięso albo tofu. Co zima mieliśmy ocieplane kurtki, bez dziur. Mieliśmy też pieniądze na świątynię, operę, jarmark. Lecz mężczyźni w naszej rodzinie mieli także ambicje. Chcieli czegoś więcej. Mówili, że w Pekinie więcej ludzi pisze ważne dokumenty. Ważne dokumenty wymagały więcej dobrego tuszu. W Pekinie było dużo pieniędzy. Około roku 1920 Ojciec, wujowie i ich synowie pojechali do Pekinu sprzedawać tusz. Odtąd mieszkali głównie tam, w pokoju na zapleczu sklepu w starej Dzielnicy Glazurowania Naczyń. W naszej rodzinie tusz robiły kobiety. Zostałyśmy w domu. Pracowałyśmy wszystkie - ja, GaoLing, moje ciotki i kuzynki, wszystkie. Nawet dzieci i Prababcia miały zajęcie, polegające na wybieraniu kamyczków z prosa, które gotowałyśmy na śniadanie. Co dzień zbierałyśmy się w pracowni. Według słów Prababci, pracownia na początku była szopą na zboże, stojącą wzdłuż frontowej ściany naszego domu z podwórkiem. W ciągu lat jedno pokolenie synów zbudowało ściany z cegły i pokryło dach dachówką. Kolejne wzmocniło belki i przedłużyło budynek o dwa filary. Następcy wyłożyli podłogi płytkami i wykopali wgłębienia do przechowywania składników. Ich potomkowie zbudowali piwnicę, w której przechowywano pałeczki, by uchronić je przed ciepłem i zimnem.
[…]
Wraca do mnie widok naszego domostwa, gdzie mieszkaliśmy i pracowaliśmy, tak wyraźny, jak gdybym stała przed bramą. Dom stał przy Zaułku Świńskiej Głowy. Droga brała początek na wschodzie, niedaleko rynku, gdzie sprzedawano świńskie głowy. Potem biegła na północ, obok miejsca, gdzie niegdyś rosło słynne Nieśmiertelne Drzewo. Następnie zwężała się w krętą alejkę, gdzie stały stłoczone domy. Zaułek Świńskiej Głowy kończył się wąskim pagórkiem, wznoszącym się nad najgłębszą częścią wąwozu. Droga Ciocia powiedziała mi, że pagórek usypał tysiące lat temu pewien władca. Roiło mu się, że wnętrze góry jest z nefrytu. Rozkazał więc wszystkim kopać, kopać bez wytchnienia. Aby spełnić jego marzenie, w ziemi ryli mężczyźni, kobiety i dzieci. Zanim władca umarł, połowa góry leżała na boku, a dzieci zestarzały się i zgarbiły. Za naszym domem pagórek przechodził w urwisko. Daleko, daleko w dole, gdyby rzucić się głową naprzód, było dno wąwozu. Kiedyś rodzina Liu miała dwadzieścia mu ziemi za domem. Jednak w ciągu wieków po każdym ulewnym deszczu ściany osuwały się z hukiem, a wąwóz stawał się szerszy i głębszy. Z każdym dziesięcioleciem ziemi ubywało i urwisko ukradkiem zbliżało się do tylnej ściany naszego domu. Przez to wędrujące urwisko mieliśmy wrażenie, że musimy oglądać się za siebie, żeby wiedzieć, co jest przed nami. Nazywaliśmy je Końcem Świata.
[…]
Nasza rodzina czasami jeździła do Ust Góry na świąteczne jarmarki i opery. Drogą mieliśmy z Nieśmiertelnego Serca dziesięć kilometrów. Jeśli szliśmy przez Koniec Świata, odległość była o połowę mniejsza, ale podróż bardziej niebezpieczna, zwłaszcza latem. Wtedy przychodziły wielkie deszcze. Suchy wąwóz wypełniał się wodą i zanim zdążyło się dobiec do stromych ścian, wspiąć się na nie i zawołać na pomoc Boginię Miłosierdzia, wartki nurt, przemykając jak złodziej, porywał człowieka i wszystko, co nie sięgało głęboko korzeniami w ziemię. Kiedy deszcz ustawał, woda szybko odpływała, a usta jaskiń połykały błoto i drzewa, ciała i kości. Płynęły do gardła góry, potem do żołądka, jelit i wreszcie kiszek, gdzie wszystko się zatrzymywało. Zaparcie - tłumaczyła mi kiedyś Droga Ciocia. Teraz rozumiesz, dlaczego tak dużo tu kości i wzgórz: Wzgórze Kurzej Kości, Wzgórze Starej Krowy, Wzgórze Smoczej Kości. Oczywiście, we Wzgórzu Smoczej Kości są nie tylko kości smoka, ale też zwykłych stworzeń: niedźwiedzia, słonia, hipopotama. - Droga Ciocia rysowała każde z tych zwierząt na mojej tablicy, bo nigdy wcześniej o nich nie rozmawiałyśmy. Mam taką kość, prawdopodobnie żółwia - powiedziała mi. Wyciągnęła ją z zakładki rękawa. Kość wyglądała jak suszona rzepa pokryta bliznami po ospie. Mój ojciec o mały włos nie zrobił z niej lekarstwa. Wcześniej zobaczył napis. Odwróciła kość i zobaczyłam na niej dziwne znaki. Do niedawna takie kości nie były cenne z powodu zarysowań. Poszukiwacze kości wygładzali je pilnikiem i dopiero potem sprzedawali do sklepów z lekami. Teraz uczeni nazywają je kośćmi wróżebnymi i dlatego kosztują dwa razy tyle, co wcześniej. A jakie słowa na nich wyryto? To pytania do bogów. Co oznaczają? - zapytałam. Kto to wie? Wtedy słowa były inne. Ale na pewno coś wartego zapamiętania. W przeciwnym razie po co bogowie by mówili, po co ktoś by to zapisywał? Gdzie są odpowiedzi? Te pęknięcia są odpowiedziami. Wróżbita przykładał do kości rozgrzany gwóźdź i kość pękała jak uderzone przez piorun drzewo. Potem interpretował kształt pęknięć. Schowała z powrotem wróżebną kość. Pewnego dnia, kiedy już nauczysz się pamiętać, dam ci to na zawsze. Dzisiaj pewnie byś zapomniała, gdzie ją położyłaś. Później pójdziemy poszukać smoczych kości i jeżeli znajdziesz jakąś z napisem, będziesz mogła ją sobie zatrzymać. Wszyscy biedacy, kiedy tylko mieli okazję, zbierali kości smoka w Ustach Góry. Kobiety także, ale kiedy udało im się jakąś znaleźć, musiały mówić, że znalazł ją mężczyzna, wówczas bowiem kość była więcej warta. Potem po domach chodził pośrednik, kupując kości smoka, które później zawoził do Pekinu i sprzedawał aptekarzom po wysokich cenach, a apteki sprzedawały je chorym ludziom za jeszcze wyższą cenę. Kości były znanym lekiem na wszystko, od wyniszczających chorób po głupotę. Sprzedawało je wielu lekarzy. Ojciec Drogiej Cioci również. Używał kości, aby leczyć kości.
[…]
Tak więc Droga Ciocia krok w krok chodziła za swoim ojcem w pracowni i w aptece. Moczyła łubki i zrywała mech. Polerowała wagę i sprawdzała rachunki. Gdy klient wskazał jakiś słój, umiała odczytać nazwę zawartości, nawet trudne naukowe słowa, oznaczające zwierzęce organy. Gdy była starsza, nauczyła się puszczać krew za pomocą ostrego gwoździa, oczyszczać skaleczenia własną śliną, nakładać warstwę robaków, by odsączyć ropę, oraz opatrywać sterczące kości plecionym papierem. Zanim przestała być dzieckiem i wkroczyła w wiek dziewczęcy, zdążyła usłyszeć wszystkie rodzaje krzyków i przekleństw wydawanych przez cierpiących. Dotykała tylu ciał, żywych, umierających i martwych, że niewiele rodzin widziało w niej żonę dla swych synów. Nigdy nie zawładnęło nią uczucie do mężczyzny, ale za to potrafiła rozpoznać drgawki przedśmiertne. Gdy uszy robią się miękkie i przylegają płasko do głowy, jest już za późno - powiedziała mi kiedyś. Kilka sekund później słychać ostatni świszczący oddech. Ciało zaczyna stygnąć. Nauczyła mnie wielu takich rzeczy. W najtrudniejszych przypadkach pomagała ojcu kłaść rannego na lekkiej macie, wyplecionej z rattanu. Ojciec podnosił i opuszczał konstrukcję za pomocą sznura i bloków, a ona pilnowała, by mata cała zanurzyła się w wannie ze słoną wodą. W unoszonym na powierzchni ciele połamane kości wracały na swoje miejsce. Potem Droga Ciocia przynosiła ojcu paski rattanu, wcześniej namoczone, aby zmiękły. Wyginał z nich łubki, aby kończyna mogła oddychać, ale była unieruchomiona. Pod koniec wizyty otwierał słój z kośćmi smoka i wąskim dłutkiem odłupywał skrawek cienki jak kawałek obciętego paznokcia. Droga Ciocia ucierała go srebrną kulą na proszek. Proszek dosypywano do maści albo mikstury, którą chory miał pić. Potem szczęśliwy pacjent wracał do domu. Niedługo znów mógł chodzić na cały dzień do kamieniołomu.
[…]
I tak się stało. Droga Ciocia została w domu. Ja byłam powodem, jedynym powodem, dla którego nadal żyła. Pięć miesięcy po moich narodzinach w roku 1916 Matka urodziła GaoLing, a wcześniej Prababcia zmusiła ją, by mnie uznała za swoje dziecko. Jak Matka mogła twierdzić, że miała dwójkę dzieci w odstępie pięciu miesięcy? Przecież to niemożliwe. Tak więc Matka postanowiła czekać. Dokładnie dziewięć miesięcy po moich narodzinach, w 1917 roku i w bardzo szczęśliwym dniu urodziła się GaoLing [siostra przyrodnia LuLing – przyp. aut.], tym razem oficjalnie. Dorośli znali prawdę o naszych narodzinach. Dzieci wiedziały tylko tyle, ile miały udawać, że wiedzą. I choć byłam rozgarnięta, w rzeczywistości byłam głupia. Nigdy nie wątpiłam w prawdę, jaką słyszałam. Nie dziwiłam się, dlaczego Droga Ciocia nie ma imienia. Dla innych była Piastunką. Dla mnie Drogą Ciocią. Nie wiedziałam, kim naprawdę jest, dopóki nie przeczytałam, co napisała. Jestem twoją matką, brzmiały te słowa. Przeczytałam to dopiero po jej śmierci. Pamiętam jednak, jak mówiły mi to jej ręce, widziałam, jak mówi to oczyma. Gdy jest ciemno, mówi to do mnie wyraźnym głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Mówi językiem spadających gwiazd.
[…]
Pewnego dnia - pamiętam, że jeszcze przed Świętem Wiosny - z rynku wrócił Stary Kucharz, przynosząc nowiny krążące po Nieśmiertelnym Sercu. Chang, trumniarz, stał się bardzo znany i wkrótce zostanie bogaczem. Podobno przez smocze kości, które dał uczonym. Okazało się, że były ludzkie [słynny potem archeologiczny idol, czyli tzw. Człowiek z Pekinu – przyp. aut.]. Nie było jeszcze wiadomo, ile mają lat, ale wszyscy przypuszczali, że co najmniej milion, może nawet dwa miliony lat.
[…]
Wkrótce w Pekinie zobaczyłam w oddali wielki pomnik - łuk ze złotymi literami, błyszczącymi w słońcu. Minęliśmy go, wjeżdżając w ulicę szeroką jak najpotężniejsza z rzek. Przemykały obok nas riksze, których było więcej, niż kiedykolwiek w życiu widziałam. Nagle ujrzałam automobil, taki sam jak tamten z papieru, który Matka spaliła w ofierze Prababci. Zaczęłam porównywać wszystko, co dookoła widziałam, ze swoim dotychczasowym życiem. Rynki były większe i bardziej hałaśliwe. Ulice bardziej zatłoczone. Widziałam mężczyzn w długich kaftanach z grubo tkanego materiału, ale i w zachodnich garniturach. Ci wydawali się bardziej niecierpliwi, ważniejsi. Wiele dziewcząt miało na sobie zwiewne sukienki i nosiło fryzury jak sławne aktorki, z grzywką karbowaną niby suszony makaron. Wydawało mi się, że są ładniejsze od wszystkich dziewcząt z Nieśmiertelnego Serca. Mijaliśmy chodniki, na których stali handlarze sprzedający wszelkie rodzaje ptactwa, owadów i jaszczurek na patyku, dziesięć razy drożej niż najlepsze przekąski w naszym miasteczku. Nieco dalej zobaczyłam śliwodaktyle bardziej złote niż u nas, grubsze fistaszki, kandyzowane owoce głogu, lśniące i czerwone. Usłyszałam głośny trzask i ujrzałam smakowite wnętrze świeżo rozłupanego melona. Ci, którzy skusili się na plaster, wygląda- b na najbardziej zadowolonych z jedzenia melona ludzi, jakich w życiu widziałam.
[…]
GaoLing mówiła, że później Matka przypadła do ciała Drogiej Cioci, które wciąż opierało się o ścianę pracowni. Tak mi się odpłacasz? - wołała. Traktowałam cię jak siostrę. Twoją córkę traktowałam jak własną. Zaczęła kopać ciało za tysiące niewypowiedzianych słów podziękowań i przeprosin. Matka oszalała z gniewu - powiedziała GaoLing. Mówiła do ciała Drogiej Cioci: „Jeżeli nas będziesz straszyć, sprzedam LuLing do domu publicznego”. Później kazała Staremu Kucharzowi położyć ciało na taczkach i zrzucić z urwiska. Leży tam teraz - powiedziała GaoLing. Twoja Droga Ciocia leży na Końcu Świata. Po wyjściu GaoLing nadal nie rozumiałam wszystkiego, o czym mówiła, jednak już wiedziałam. Znalazłam kartki zapisane przez Drogą Ciocię. Przeczytałam je do końca. I nareszcie znalazłam te słowa. Twoją matką. Jestem twoją matką. Twoją matką. Tego dnia poszłam na Koniec Świata poszukać jej. Ześlizgując się w dół, czułam, jak gałęzie i kolce ranią moją skórę. Zeszłam na dno urwiska, gorączkowo pragnąc ją odnaleźć. Słyszałam granie cykad i łopot skrzydeł sępów. Skierowałam się w stronę gęstych zarośli, gdzie sięgały rosnące ukośnie drzewa, opadając wraz z brzegiem urwiska. Zobaczyłam mech - a może to były jej włosy? Wysoko na gałęziach widziałam gniazdo - a może to jej ciało zawisło na konarze? Natknęłam się na kupkę gałęzi - a może to jej kości, rozrzucone już przez wilki? Skręciłam i poszłam w inną stronę, kierując się linią ściany urwiska. Mignęły mi strzępki materiału - jej ubranie? Ujrzałam wrony, które niosły w dziobach jakieś kawałki - jej ciała? Doszłam do bezdrzewnej połaci ziemi, poznaczonej kopczykami kamieni - tysięcy kawałków jej czaszki i kości. Gdziekolwiek spojrzałam, widziałam jej roztrzaskane i porozrywane ciało. Ja to zrobiłam. Przypominałam sobie klątwę wiszącą nad jej rodziną, moją rodziną, smocze kości, które nie zostały zwrócone na miejsce pochówku. Chang, ten okropny człowiek, chciał, abym wyszła za jego syna tylko po to, żebym mu powiedziała, gdzie znaleźć więcej tych kości. Jak w swojej głupocie mogłam się wcześniej nie domyślić? Szukałam jej aż do zmierzchu. Oczy miałam zapuchnięte od pyłu i łez. Nie znalazłam jej. Wspinając się z powrotem na skarpę, byłam już dziewczyną, która zgubiła na Końcu Świata kawałek siebie.
[…]
Wóz wytoczył się z Zaułka Świńskiej Głowy, a pan Wei zaczął śpiewać wesołą piosenkę o jesiennej pełni księżyca. A ja pomyślałam o tym, co Droga Ciocia kazała napisać żebraczce.
Wyje pies, wschodzi księżyc.
Gwiazdy wiecznie przeszywają ciemność.
Pieje kogut, wschodzi słońce.
Za dnia zda się, że gwiazdy nigdy nie istniały.
Spojrzałam w niebo, czyste i jasne, a moje serce wyło.
[…]
Sierociniec mieścił się w opuszczonym klasztorze niedaleko Wzgórza Smoczej Kości, do którego prowadziła stroma i kręta droga od stacji kolejowej. Aby oszczędzić osła, pan Wei kazał mi ostatni kilometr przejść pieszo. Kiedy mnie wysadził z wozu i się pożegnał, rozpoczęło się moje nowe życie. Była jesień i bezlistne drzewa wyglądały jak armia szkieletów strzegących wzgórza i ogrodzonego budynku na jego szczycie. Gdy mijałam bramę, nikt mnie nie witał. Zobaczyłam przed sobą wyschnięte drewno i odpadający lakier świątyni, a na nagim otwartym placu stały w rzędach dziewczynki w białych bluzach i niebieskich spodniach, równo jak oddział wojska. Przeginały się w pasie - w przód, na bok, w tył i znów na bok - jak gdyby posłuszne wiatrowi. Ujrzałam jeszcze jeden dziwny widok: byli tam dwaj mężczyźni, cudzoziemiec i Chińczyk. Dopiero drugi raz w życiu widziałam cudzoziemca z tak bliska. Przeszli przez podwórko, niosąc mapy, za nimi szła grupa ludzi z długimi kijami. Przestraszyłam się, że natknęłam się na tajną armię komunistów. Przekraczając próg, omal nie wyskoczyłam ze skóry ze strachu. Zobaczyłam dwadzieścia albo trzydzieści martwych ciał okrytych całunami. Stały pośrodku korytarza, po bokach, wysokie i niskie. Natychmiast pomyślałam, że to Powracający Zmarli. Droga Ciocia opowiadała mi kiedyś, że w jej dzieciństwie rodziny wynajmowały kapłana, który rzucał na ciało zaklęcie, przez co zmarły mógł wrócić do domu swych przodków. Mówiła, że kapłan prowadził ich tylko w nocy, aby zmarli nie spotykali żywych ludzi, których mogliby opętać. Za dnia odpoczywali w świątyniach. Droga Ciocia nie wierzyła w te opowieści, dopóki nie usłyszała, jak późną nocą kapłan walił w drewniany dzwon. I zamiast uciec jak reszta mieszkańców wsi, schowała się za ścianą, żeby popatrzeć. Kwak, kwak, a potem ich ujrzała - sześć postaci niby gigantyczne robaki, skaczących wysoko na dziesięć stóp. Nie jestem pewna, czy naprawdę to widziałam - mówiła Droga Ciocia. Wiem tylko, że przez długi czas potem byłam inną dziewczyną.
[…]
Dowiedziałam się, że misjonarki nie są w tym samym wieku. Panna Grutoff, ta z kręconymi włosami, miała trzydzieści dwa lata, dwa razy mniej niż druga. Była pielęgniarką i dyrektorką szkoły. Panna Towler była dyrektorką sierocińca i błagała o datki ludzi, którzy powinni się nad nami litować. Prowadziła także naszą niedzielną kaplicę, urządzała przedstawienia na temat historii chrześcijaństwa i grała na fortepianie, ucząc nas śpiewać „jak anioły”. Wówczas, oczywiście, nie wiedziałam, kim jest anioł. Nie potrafiłam także śpiewać. Cudzoziemcy natomiast nie byli komunistami, ale naukowcami, którzy pracowali w kamieniołomach, gdzie znaleziono kości Człowieka z Pekinu. Dwóch cudzoziemskich i dziesięciu chińskich uczonych mieszkało w północnym skrzydle klasztoru, a poranne i wieczorne posiłki jadało z nami w głównej sali świątyni. Kamieniołomy były niedaleko, dwadzieścia minut drogi krętą ścieżką. Wszystkich dzieci było około siedemdziesięciorga: trzydzieści starszych dziewcząt, trzydzieści młodszych i dziesięcioro zupełnie małych dzieci - mniej więcej, w zależności od tego, ile dorastało i ile umierało. Sytuacja większości dziewcząt była podobna do mojej - były nieślubnymi dziećmi samobójczyń, nieobyczajnych dziewczyn i niezamężnych panien. Niektóre z nich wyglądały jak kuglarze z Zaułka Żebraków, których widziałyśmy z GaoLing - nie miały rąk albo nóg, były cyklopami lub karłami. Były też dziewczęta-mieszańce, których ojcami byli cudzoziemcy - Anglik, Niemiec i Amerykanin. Uważałam, że są osobliwie piękne, ale Siostra Yu zawsze z nich kpiła. Mówiła, że z zachodnią krwią odziedziczyły wyniosłość, którą trzeba rozcieńczyć pokorą. Można być dumnym z tego, co się co dzień robi - mówiła. - Ale nie można gardzić tym, co mamy od urodzenia. Często nam przypominała, że nie wolno się nad sobą rozczulać. Traktowała to jak słabość.
[…]
Czasem myślałam o dziewczynkach, które nie uwierzą. Dokąd pójdą po śmierci? Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłam dziecko, które, nawet zdaniem misjonarek, nie miało Nowego Przeznaczenia, dziewczynkę, której ojcem był jej własny dziadek. Ujrzałam ją w sali dla najmłodszych, gdzie co rano pracowałam. Nikt nie dał dziewczynce imienia, a Matka Wang powiedziała mi, żebym nie brała jej na ręce, nawet gdyby płakała, bo coś jest nie tak z jej szyją i główką. Dziecko nie wydawało żadnych dźwięków. Miało płaską i okrągłą twarz jak duży półmisek, dwoje wielkich oczu, mały nosek i usteczka. Dziewczynka miała skórę białą niczym ryżowy makaron, a ciało, za małe w porównaniu z głową, nieruchome jak kwiat z wosku. Poruszały się tylko jej oczy, tam i z powrotem, jak gdyby obserwowały latającego pod sufitem komara. Któregoś dnia zobaczyłam jej łóżeczko puste. Panna Grutoff powiedziała, że dziewczynka jest już dzieckiem Boga, wiedziałam więc, że umarła. W ciągu lat spędzonych w sierocińcu widziałam sześcioro dzieci, które wyglądały tak samo i ojcami wszystkich byli dziadkowie. Wszystkie urodziły się ze „wspólną twarzą”, jak mówiła Matka Wang. Jak gdyby przez czyjś błąd ta sama osoba wracała w to samo ciało. Za każdym razem witałam takie dziecko jak dobrą przyjaciółkę. I za każdym razem płakałam, gdy znów opuszczało świat. Ponieważ pochodziłam z rodziny wyrabiającej tusz, byłam najlepszą uczennicą kaligrafii, jaka kiedykolwiek chodziła do tej szkoły. Tak powiedział Nauczyciel Pan. Często wspominał czasy dynastii Qing, gdy wszystko uległo zepsuciu, nawet system egzaminów. Jednak wracał do dawnych czasów z sentymentem. Mówił do mnie: LuLing, gdybyś wtedy urodziła się jako dziewczynka, mogłabyś zostać uczonym.
[…]
Od czasu do czasu na stromej drodze pojawiała się riksza, z której wysiadał palący fajkę cudzoziemiec w grubych okularach i pytał, czy znaleziono coś nowego. Zazwyczaj naukowcy wskazywali jakieś miejsce, a człowiek z okularach kiwał głową, lecz wydawał się rozczarowany. Kiedy indziej bywał bardzo ożywiony i mówiąc, coraz szybciej ssał swoją fajkę. Potem wsiadał do rikszy i zjeżdżał ze wzgórza, u stóp którego czekał na niego lśniący czarny samochód, by zawieźć go z powrotem do Pekinu. Biegłyśmy do punktu obserwacyjnego na szczycie wzgórza, skąd można było zobaczyć drugi koniec kotliny i jadący wąską drogą czarny samochód, który wzbijał słupy kurzu. Gdy nadchodziła zima, naukowcy musieli się śpieszyć, zanim ziemia stanie się zbyt twarda i skończy się sezon kopania. Pozwalali niektórym dziewczętom schodzić na dno dołu i pomagać sypać wykopaną ziemię do skrzyń albo malować na nowo białe linie, albo uważnie przesiewać to, co przesiano już dziesięć razy. Nie wolno nam było wchodzić w miejsca, gdzie były sznury - to tam znaleziono ludzkie kości. Niewprawne oko mogło pomylić kości z kamieniami lub kawałkami glinianych naczyń, ale ja umiałam je rozróżnić. Nauczyłam się tego, zbierając kości z Drogą Ciocią. Wiedziałam również, że kości Człowieka z Pekinu w rzeczywistości nie pochodzą od jednej osoby, lecz od wielu - mężczyzn, kobiet i dzieci. Były to małe kawałeczki, z których nie udałoby się złożyć nawet jednej osoby. Nie mówiłam o tym innym dziewczętom. Nie chciałam się popisywać. Pomagałam więc tak jak one, tylko tam, gdzie pozwalali nam chodzić naukowcy, czyli w miejscach, w których były przede wszystkim kości zwierząt, rogi jeleni i skorupy żółwi.
[…]
Oczywiście, do tej pory zmienili się nawet bogowie w klasztorze. Z biegiem lat panna Towler zdejmowała jedną po drugiej zasłony z posągów, ponieważ materiał był potrzebny na ubrania lub kołdry. W końcu ukazały się wszystkie posągi, szydząc z panny Towler, jak twierdziła, czerwonymi twarzami, trojgiem oczu i gołymi brzuchami. Było tu mnóstwo posągów, buddyjskich i taoistycznych, ponieważ klasztor w różnych wiekach zajmowali mnisi obu tych religii, w zależności od tego, jaki generał rządził tą ziemią. Pewnego dnia przed Bożym Narodzeniem, gdy było za zimno, żeby dokądkolwiek iść, panna Grutoff postanowiła, że powinnyśmy zmienić chińskich bogów w chrześcijan. Miałyśmy ich ochrzcić za pomocą farby. Dziewczęta, które od najwcześniejszego dzieciństwa wychowywały się w sierocińcu, uważały, że to będzie świetna zabawa. Ale niektóre z uczennic przybyłych tu później nie chciały szpecić bogów, lękając się ich gniewu. Były tak przerażone, że kiedy przyciągnięto je do posągów, krzyczały z pianą na ustach, a potem padły na ziemię, jak gdyby zostały opętane. Ja się nie bałam. Sądziłam, że jeśli szanuję i chińskich bogów, i chrześcijańskiego Boga, żaden z nich nie zrobi mi krzywdy. Rozumowałam tak: Chińczycy są uprzejmi i o życiu myślą praktycznie. Chińscy bogowie rozumieją, że mieszkamy w zachodnim domu, który prowadzą Amerykanki. Gdyby bogowie mogli przemówić, na pewno także twierdziliby, że chrześcijańskie bóstwa są tu w uprzywilejowanej pozycji. Chińczycy, w przeciwieństwie do cudzoziemców, nie starają się narzucać innym swoich przekonań. Niech więc cudzoziemcy zachowują się po swojemu, choćby dziwnie, tacy już są. Dotykając pędzelkiem czerwono-złotych twarzy bogów, mówiłam: Przepraszam, Nefrytowy Cesarzu, wybacz mi, Pierwszy z Ośmiorga Nieśmiertelnych, robię wam tylko przebranie na wypadek, gdyby przyszli tu komuniści albo Japończycy i wybierali posągi na ognisko. Byłam prawdziwą artystką. Niektórym bogom doklejałam brody z owczych włosów, długie włosy z makaronu, skrzydła z piór. W ten sposób Budda zmienił się w tłustego Jezusa, Bogini Miłosierdzia została Marią z szopki, Trzech Czystych, głównych bogów taoistów, stało się Trzema Królami, a Osiemnastu Luohanów Buddy przedzierzgnęło się w Dwunastu Apostołów i ich sześciu synów. Małe posągi z piekła awansowały do roli aniołów. W następnym roku panna Grutoff postanowiła, że powinnyśmy również pomalować małe rzeźby Buddy w całym klasztorze. Były ich setki.
[…]
W każdej formie piękna są cztery poziomy zdolności. Tak jest w malowaniu, kaligrafii, literaturze, muzyce, tańcu. Pierwszy poziom to Biegły. Patrzyliśmy oboje na umieszczone na jednej stronicy dwa identyczne obrazki, przedstawiające bambusowy gaj, typowe i bardzo udane, realistyczne, z ciekawymi szczegółami w postaci podwójnych linii, dobrze oddające siłę i długowieczność lasu. Biegłość - ciągnął - to umiejętność rysowania tej samej rzeczy taką samą kreską, z taką samą siłą, w takim samym rytmie i z taką samą wiernością. Taki rodzaj piękna jest jednak zwykły. Drugi poziom - mówił dalej Kai Jing - to Doskonały. - Spojrzeliśmy na następny obrazek, na którym było kilka bambusowych źdźbeł. - Coś więcej niż zwykła wprawa - rzekł. - Piękno tego malunku jest wyjątkowe. Mimo że jest prostszy, z mniej widoczną łodygą i o bardziej zaznaczonych liściach. Oddaje siłę i osamotnienie. Gorszy malarz potrafiłby uchwycić tylko jedną z tych cech, ale nie obie naraz. Odwrócił stronę. Tym razem ukazało się pojedyncze źdźbło bambusa. Trzeci poziom to Boski - powiedział. Tu liście są cieniem poruszanym przez niewidzialny wiatr, a źdźbło istnieje przede wszystkim dzięki sugestii, że czegoś brakuje. A jednak cienie są bardziej żywe niż prawdziwe liście, które przysłoniły światło. Widz nie potrafiłby znaleźć słów, by opisać, jak to się dzieje. Mimo usilnych starań ten sam malarz nie byłby w stanie jeszcze raz uchwycić nastroju tego obrazu, tylko cień cienia. Jak piękno może być więcej niż boskie? - spytałam cicho, wiedząc, że za chwilę otrzymam odpowiedź. Czwarty poziom - rzekł Kai Jing - jest jeszcze wspanialszy i odnalezienie go leży w naturze każdego śmiertelnika. Możemy go wyczuć tylko wówczas, gdy nie staramy się tego robić. Pojawia się bez przyczyny, bez pragnienia i znajomości skutków. Jest czysty. Mają go niewinne dzieci. Starzy mistrzowie mogą go odzyskać, kiedy postradają zmysły i na powrót staną się dziećmi. Odwrócił stronicę. Na następnej widniał owal. Obraz nosi tytuł „Wewnątrz środka źdźbła bambusowego”. Gdy będąc w środku, spojrzy się w górę lub w dół, zobaczy się ten owal. Chodzi o prostotę bycia wewnątrz, nie o powód czy tłumaczenie tego faktu. Naturalny cud istnienia każdej rzeczy we wzajemnym związku z inną, jak namalowany tuszem owal i kartka papieru, osoba i źdźbło bambusa, widz i obraz. Kai Jing długo milczał. Czwarty poziom nazywa się Bez Wysiłku - powiedział wreszcie. Schował książeczkę w kieszeni i popatrzył na mnie w zamyśleniu. Ostatnio czuję piękno Bez Wysiłku we wszystkim - rzekł. - A ty? Tak samo - powiedziałam i zaczęłam płakać. Oboje wiedzieliśmy bowiem, że mówimy o tym, że można się zakochać bez wysiłku, niezależnie od własnej woli, jak gdybyśmy byli dwoma bambusowymi źdźbłami, które przez kaprys wiatru nachyliły się ku sobie. Nachyliliśmy się więc ku sobie i pocałowali, zatracając się w nieświadomości i sobie nawzajem.
[…]
Pewnego dnia Kai Jing opowiedział dziewczętom, jak (o się stało, że ludzie zaczęli się różnić od małp. Prehistoryczny Człowiek z Pekinu umiał stać i chodzić na dwu nogach. Widać to w uformowaniu jego kości i śladach, jakie pozostawiał na błocie. Używał narzędzi. Stwierdziliśmy to, oglądając jego kości i kamienie, którym nadał taki kształt, żeby mogły ciąć i rozbijać. Człowiek z Pekinu prawdopodobnie zaczął też wymawiać słowa. W każdym razie jego mózg był w stanie stworzyć język. Jakie słowa? - spytała jedna z dziewczynek. - Chińskie? Nie mamy pewności - rzekł Kai Jing - bo wypowiedziane słowa nie mogą przetrwać. W tamtych czasach nie istniało pismo. Pisać zaczęto dopiero kilka tysięcy lat temu. Jeżeli jednak mówili jakimś językiem, to musiał to być dawny język, który prawdopodobnie istniał tylko wtedy. Możemy jedynie przypuszczać, co Człowiek z Pekinu próbował powiedzieć. Pomyślcie, jakie mógł mieć potrzeby. Co musi mówić człowiek? Do kogo musi mówić, do jakiego mężczyzny, kobiety i dziecka? Jak sądzicie, jaki był pierwszy dźwięk, który stał się słowem i zyskał znaczenie? Chyba każdy powinien modlić się do Boga - powiedziała inna dziewczynka. Powinien dziękować wszystkim, którzy są dla niego dobrzy.
[…]
Nauczyciel Pan okazał się bardzo dobrym sprzedawcą. Miał maniery i charakter pisma starego uczonego, co pomagało przekonać klientów o doskonałej jakości naszego błyskawicznego tuszu, choć w rzeczywistości wcale nie był tak wyśmienity. Jednak aby zademonstrować jego walory, Nauczyciel Pan musiał bardzo uważać, żeby nie pisać niczego, co mogło zostać zinterpretowane jako antyjapońskie lub profeudalne, chrześcijańskie lub komunistyczne. Nie było to proste zadanie. Kiedyś postanowił pisać o jedzeniu. Na pozór nie kryło się w tym żadne niebezpieczeństwo. Napisał więc „Rzepy smakują najlepiej z marynaty”, GaoLing jednak niepokoiła się, czy nie zostanie to odczytane albo jako obelga dla Japończyków, albo przymilanie się Japończykom, ponieważ rzepa jest podobna do rzodkwi, japońskiego przysmaku. Nauczyciel Pan napisał więc: „Ojciec, Matka, Brat, Siostra”. Siostra Yu powiedziała, że wygląda to jak Usta osób, które zginęły, i dlatego może oznaczać protest przeciw okupacji. To może być także przejaw sentymentu wobec konfucjańskich zasad rodzinnych - dodała GaoLing. Chęć powrotu do czasów cesarskich. Wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo, w słońcu, gwiazdach, kierunkach wiatru, bo każdego z nas niepokoiły różne skojarzenia. Każda liczba, kolor i zwierzę miały złe znaczenie. Każde słowo mogło brzmieć podobnie do innego. W końcu wpadłam na najlepszy pomysł, który został zaakceptowany. Napis brzmiał: „Proszę wypróbować nasz tusz błyskawiczny. Tani i łatwy w użyciu”.
[…]
Co wieczór po powrocie do wynajmowanego pokoju w Hongkongu kładłam się w łóżku z mokrymi ręcznikami na piersi. Na ścianach były krople wilgoci, nie mogłam bowiem otworzyć okien, żeby wpuścić świeże powietrze. Budynek stał przy rybnej ulicy na półwyspie Koulun. Nie mieścił się tu jednak targ rybny. Tam, gdzie sprzedawano ryby, unosiła się woń porannego morza, słona i ostra. Mieszkałam w Otoczonym Murem Mieście Koulun przy kanale rynsztoka, gdzie gromadziły się łuski, krew i wnętrzności, które wieczorem wylewali tam razem z wiadrami wody handlarze ryb. Gdy wdychałam to powietrze, czułam opary śmierci, duszący kwaśny odór, który jak silną ręką sięgał prosto do wnętrza mojego żołądka, wywlekając na zewnątrz trzewia. Zapach Pachnącego Portu na zawsze pozostał w moich nozdrzach. Brytyjczycy i inni cudzoziemcy mieszkali na wyspie Hongkong. Ale w mieście Koulun byli prawie sami Chińczycy, bogaci i obdarci, biedni i możni, każdy był inny, ale wszystkich łączyło jedno: i silni, i słabi byli tak zdesperowani, że pragnęli na zawsze zostawić ojczyznę i swoje rodziny. Byli tam także tacy, którzy zarabiali na ludzkiej rozpaczy. Chodziłam do wielu ślepych jasnowidzów, wenmipo, którzy twierdzili, że mają kontakt z duchami. Mam wiadomość od dziecka! - wołali. - Wiadomość od syna. Od męża. Od rozgniewanego przodka. Usiadłam przed jedną z takich wróżbiarek, która mi powiedziała: Twoja Droga Ciocia żyje już w innym wcieleniu. Pójdź trzy przecznice na wschód, potem trzy przecznice na północ. Tam zobaczysz żebrzącą dziewczynkę, która zawoła do ciebie: „Ciociu, zlituj się, daj mi nadzieję”. Wtedy będziesz wiedziała, że to ona. Daj jej monetę i klątwa straci moc. Postąpiłam dokładnie według tych wskazówek. I dziewczynka powiedziała do mnie słowo w słowo to, co mówiła wróżbiarka. Byłam uradowana. Potem te same słowa wypowiedziała inna dziewczynka, następna i następna, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści dziewczynek, każda chciała nadziei. Dawałam każdej monetę, na wszelki wypadek. I litowałam się nad każdą. Następnego dnia ujrzałam następną ślepą kobietę, która potrafiła rozmawiać z duchami. Ona także powiedziała mi, gdzie znajdę Drogą Ciocię. Pójdziesz tu i tu. Nazajutrz było to samo. Wydawałam swoje oszczędności, ale nie zważałam na to.
[…]
Punktualnie o siódmej zjawił się pan Tang z zapiskami LuLing i swoim przekładem. Był szczupłym mężczyzną o siwych włosach i miłej twarzy, poznaczonej głębokimi zmarszczkami od częstego uśmiechania się. Przyniósł torbę pomarańczy dla LuLing. To bardzo uprzejmie - powiedziała odruchowo, sprawdzając, czy owoce są twarde. Zganiła Ruth po chińsku: Weź jego płaszcz. Poproś, żeby usiadł. Podaj coś do picia. Proszę sobie nie robić kłopotu - rzekł pan Tang. Och, mówi pan w pekińskim dialekcie, bardzo wytwornie - powiedziała LuLing. Zachowywała się jak nieśmiała dziewczyna, co rozbawiło Ruth. Pan Tang był z kolei czarujący: odsuwał krzesło dla LuLing, by usiadła, nalewał jej pierwszej herbaty, napełniał filiżankę, gdy była w połowie opróżniona. Matka i pan Tang rozmawiali po chińsku i przysłuchując się im, Ruth odniosła wrażenie, że LuLing mówi logiczniej, jak gdyby jej myśli były bardziej uporządkowane. Z której części Chin pan pochodzi? - pytała LuLing. Z Tianjinu. Później pojechałem studiować na Uniwersytecie Yenching. Och, mój pierwszy mąż uczył się tam, bardzo mądry chłopiec. Pan Kai Jing. Znał go pan? Słyszałem o nim - odparł pan Tang. - Studiował geologię, prawda? Zgadza się! Pracował nad wieloma ważnymi sprawami. Słyszał pan o Człowieku z Pekinu? Oczywiście, Człowiek z Pekinu jest słynny na cały świat. Na twarzy LuLing odmalowała się melancholia. Zginął, pilnując tych starych kości. Był wielkim bohaterem. Inni podziwiali jego odwagę, ale pani na pewno cierpiała. Ruth słuchała zafascynowana. Rozmawiali, jakby pan Tang znał matkę od lat. Bez kłopotów naprowadził ją na dawne wspomnienia, których choroba jeszcze nie naruszyła. Nagle usłyszała, jak matka mówi: Moja córka Luyi też z nami pracowała. Chodziła do tej samej szkoły, gdzie mieszkałam po śmierci Drogiej Cioci. Ruth odwróciła się, zaskoczona, a potem wzruszona, że matka włączyła ją do przeszłości. Tak, z przykrością dowiedziałem się o losie pani matki. To była wspaniała kobieta. Wielkiej mądrości. LuLing przechyliła głowę i zdawała się walczyć ze smutkiem. Była córką nastawiacza kości.
[…]
Gdy parkowali przed trzypiętrowym krytym gontem budynkiem, Ruth z ulgą stwierdziła, że dom wcale nie wygląda jak przytułek [osobliwy Dom Późnej Starości dla matki Ruth - LuLing – przyp.]. LuLing pojechała na weekend do siostry, a Art wpadł na pomysł, żeby odwiedzili Dworek Mira Mar bez niej, aby móc przewidzieć jej ewentualne zastrzeżenia. Wychodzący na ocean budynek otaczały drzewa cyprysowe, osłaniające go przed wiatrem. Na ogrodzeniu z kutego żelaza umieszczono tablicę, która głosiła, że dom jest zabytkiem San Francisco, został wzniesiony po wielkim trzęsieniu ziemi w 1906 roku i mieścił się w nim kiedyś sierociniec.
[…]
Cóż, nie będą państwo pierwsi - powiedział Patel [kierownik Ośrodka – przyp. aut.]. O różnych oryginalnych podstępach, jakich ludzie używają, chcąc tu umieścić rodziców, można napisać grubą książkę. Na przykład? - spytała Ruth. Mamy tu kilka osób, które są przekonane, że ich pobyt tutaj nic nie kosztuje. Doprawdy? - wykrzyknął Art, mrugając do Ruth. Tak jest. Ich pojęcie o ekonomii zatrzymało się na czasach wielkiego kryzysu. Płacenie czynszu to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Są przyzwyczajeni do własnego domu, nieobciążonego żadnymi spłatami. Ruth skinęła głową. Dom jej matki został spłacony w zeszłym roku. Wrócili alejką do holu i skierowali się w stronę jadalni. Jednym z naszych pensjonariuszy jest dziewięćdziesięcioletni były profesor socjologii - dodał Patel. - Wciąż bardzo sprawny umysłowo. Ale sądzi, że uczelnia przysłała go tu na stypendium, żeby badał efekty starzenia się. Inna kobieta, dawna nauczycielka gry na fortepianie, jest przekonana, że zatrudniono ją, aby co wieczór grała po kolacji. Zresztą gra całkiem nieźle. Zwykle wystawiamy rachunki rodzinom, więc rodzice nie wiedzą nawet, ile wynoszą opłaty.
[…]
Odpowiadając na pani pytanie - nasi pensjonariusze są ludźmi „kruchymi i starszymi”, jak mówimy. Zdarzają się im kłopoty ze wzrokiem czy słuchem, niektórzy nie potrafią się poruszać bez laski lub balkoniku. Jedni mają umysł bardziej przenikliwy niż państwo czy ja, inni są bardziej rozkojarzeni i zdradzają oznaki demencji spowodowanej chorobą Alzheimera czy inną przypadłością. Czasami zapominają wziąć tabletki, dlatego też my wydajemy wszystkie leki. Ale zawsze wiedzą, jaki jest dzień, czy czas na niedzielny film, czy poniedziałkowe zbieranie ziół. A jeżeli nie pamiętają, który mamy rok, po co właściwie mają to wiedzieć? Niektóre pojęcia dotyczące czasu są zupełnie nieistotne. Może zdradzimy panu nasz fortel - rzekł Art. Pani LuLing Young myśli, że przyjedzie tu z powodu wycieku radonu w jej domu. Pokazał kopię spreparowanego przez siebie listu.
[…]
Jestem ci wdzięczna za intencje, ale... To nie tylko intencje, ale mój podarunek dla ciebie. Musisz się nauczyć je czasem przyjmować, Ruth. Odmawiając, wyrządzasz sobie samej krzywdę. O czym ty mówisz? O tym, że chcesz od ludzi jakiegoś dowodu miłości, lojalności albo wiary w ciebie. Spodziewasz się jednak, że niczego takiego nie dostaniesz. A kiedy ktoś daje ci dowód, nie rozumiesz tego. Albo się opierasz i odmawiasz przyjęcia. Wcale nie... Jesteś jak chory na kataraktę, który bardzo chce widzieć, ale sprzeciwia się operacji, bo boi się oślepnąć. Wolisz powoli ślepnąć niż podjąć ryzyko. A potem nie widzisz, że odpowiedź masz przed sobą, na wyciągnięcie ręki. To nieprawda - zaprotestowała. Jednak wiedziała, że w tym, co mówi Art, tkwi ziarno prawdy. Może nie miał do końca racji, lecz część z tego, co mówił, wydawała się znajoma jak potężna fala z jej snów. Odwróciła się do niego. Zawsze tak o mnie myślałeś? Może nie ujmowałem tego zbyt precyzyjnie. Tak naprawdę zacząłem nad tym rozmyślać przed kilkoma miesiącami, kiedy się wyprowadziłaś. Zastanawiałem się, czy to, co o mnie mówiłaś, jest prawdą. I zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście jestem egocentryczny i przyzwyczaiłem się stawiać siebie na pierwszym planie. Jednocześnie zdałem sobie sprawę, że ty zwykle stawiasz siebie na drugim. Jak gdybyś wyraziła zgodę, żebym był mniej odpowiedzialny. Nie twierdzę, że to twoja wina. Ale musisz się nauczyć przyjmować, brać to, co ci proponują. Nie broń się przed tym. Nie napinaj się jak struna, myśląc, że to zbyt skomplikowane. Po prostu bierz, a jeżeli chcesz być uprzejma, podziękuj.
[…]
Zamiast ucieszyć się z pieniędzy Arta, Ruth z bólem uświadomiła sobie, że matka odmawiała sobie szczęścia i przyjemności. Z miłości została w Hongkongu, aby GaoLing pierwsza mogła skorzystać z wolności. Jednak nie potrafiła przyjąć miłości od innych. Skąd to się u niej wzięło? Czy powodem było samobójstwo Drogiej Cioci? Przy okazji - przypomniała sobie Ruth. - Jak brzmiało prawdziwe imię Drogiej Cioci? Drogiej Cioci? Bao Bomu. Och, Bao Bomu! Tylko twoja matka tak ją nazywała. Wszyscy inni mówili do niej Bao Mu. Jaka jest różnica między „Bao Bomu” a „Bao Mu”? Bao może znaczyć „drogi” albo „chronić”. Obydwa słowa wymawia się w trzecim tonie: baaaaooo. Sylaba mu znaczy „matka”, ale kiedy jest napisane bao mu, przed sylabą mu jest dodatkowy element, więc słowo oznacza kogoś w rodzaju służącej. Bao mu to „opiekunka” albo „piastunka”. A bomu znaczy „ciocia”. To chyba matka nauczyła ją mówić i pisać o sobie w ten szczególny sposób. Jak więc brzmiało jej prawdziwe imię? Mama nie pamięta i bardzo się tym dręczy. Ja też nie pamiętam... nie wiem.
[…]
Czasem czuję się jak para oczu i uszu, staram się tylko pilnować, żeby nie stało mi się nic złego, i zrozumieć, co się dzieje. Wiem, czego unikać, a o co się martwić. Przypominam dzieci, wokół których trwa ciągła strzelanina. Nie chcę bólu. Nie chcę umrzeć. Nie chcę patrzeć, jak inni wokół mnie umierają. Ale nie potrafię już ustalić, gdzie jest moje miejsce ani czego chcę. Jeżeli czegoś chcę, to wiedzieć, czego mogłabym chcieć.
[…]
Pan Tang kreślił w powietrzu chińskie znaki. Takie gu? Czy takie? Matka zrobiła strapioną minę. Nie pamiętam. Ja też nie - odrzekł szybko pan Tang. - Cóż, nieważne. Co oznacza napis na kości? - zmienił temat Art. To pytania, jakie cesarze zadawali bogom - odparł pan Tang. - Jaka jutro będzie pogoda, kto wygra wojnę, kiedy należy obsadzić pola. Chcieli uzyskać wiadomości jak w serwisie radiowym, tylko z dużym wyprzedzeniem. I otrzymywali prawdziwe odpowiedzi? Kto może wiedzieć? Odczytywano je z tych pęknięć, które widać obok czarnych plamek. Wróżbici robili je rozgrzanym gwoździem. Przykładali go do kości i - trach! Potem interpretowali pęknięcia jako odpowiedzi z nieba. Jestem pewien, że najlepsi wróżbici umieli udzielić odpowiedzi, jakie cesarze chcieli usłyszeć. Wielka zagadka językoznawcza - powiedział Art. Ruth myślała o tacy z piaskiem, której przez wiele lat używały z matką. Ona także starała się odgadnąć, co mogło uspokoić matkę, szukając słów, które zdołają rozwiać jej obawy i nie od razu wyjdzie na jaw, że są zmyślone. Czasem decydowała się na odpowiedzi korzystne dla siebie. Ale bywały okazje, gdy naprawdę próbowała napisać to, co matka chciała usłyszeć. Pocieszała ją, że mąż za nią tęskni, że Droga Ciocia się nie gniewa. Skoro mowa o zagadce - powiedziała Ruth - wspominał pan kiedyś, że nigdy nie odnaleziono kości Człowieka z Pekinu. LuLing ożywiła się. Nie Człowieka, kobiety też. Masz rację, mamo - Kobiety z Pekinu. Ciekawe, co się z nią stało? Czy kości zostały rozjechane przez pociągi na torach prowadzących do Tianjinu? A może zatonęły razem z łodzią? Nikt nie wie, czy kości jeszcze istnieją - odparł pan Tang. - Chociaż co parę lat czyta się o nich w gazetach. Ktoś umiera, żona amerykańskiego żołnierza, były oficer japoński, jakiś archeolog na Tajwanie albo w Hongkongu. Potem czytamy w artykule, że kości znaleziono w drewnianej skrzyni, takiej samej jak te, do których spakowano je w 1941 roku. Potem rozpuszcza się plotkę, że są to kości Człowieka z Pekinu. Ustala się wszystkie szczegóły, płaci okup czy co tam jeszcze. Ale potem kości okazują się ogonami wołowymi. Albo gipsowymi odlewami oryginałów. Albo znikają przed ich zbadaniem. W jednej z wersji osoba, która ukradła kości, wiozła je na wyspę, by sprzedać handlarzowi, ale samolot wpadł do oceanu. Ruth rozmyślała nad klątwą duchów, które rozgniewały się, że oddzielono kości od reszty ich śmiertelnych ciał.
[…]
Najpierw musisz wiedzieć, jakie miałam kłopoty z jego ustaleniem. Kiedy mnie poprosiłaś, napisałam do Jiu Jiu do Pekinu. Nie wiedział, ale odpisał, że spyta żonę kuzyna, którego rodzina nadal mieszka tam, gdzie urodziła się twoja babcia. Trochę to musiało potrwać, bo ludzie, którzy mogli wiedzieć, w większości już nie żyją. Ale wreszcie odnaleźli starą kobietę, której dziadek był wędrownym fotografem. Wciąż miała wszystkie jego stare szklane płytki. Leżały w piwniczce i na szczęście niewiele uległo zniszczeniu. Jej dziadek doskonale prowadził księgi, dokładnie zapisywał, kto za co płacił, miał nazwiska osób, które fotografował. Tysiące płytek i zdjęć. W każdym razie starsza pani przypomniała sobie, jak dziadek pokazywał jej fotografię pięknej dziewczyny w ładnym czepku i kaftanie z wysokim kołnierzem. Zdjęcie Drogiej Cioci, które ma mama? Pewnie to samo. Starsza pani mówiła, że to było bardzo smutne, bo niedługo po zrobieniu zdjęcia dziewczyna okaleczyła sobie twarz i miała blizny do końca życia, umarł jej ojciec, zginęła cała rodzina. Ludzie we wsi powiadali, że dziewczynę od początku prześladował pech... Ruth nie mogła dłużej wytrzymać. Jak brzmi to nazwisko? Gu. Gu? - Ruth poczuła ogromny zawód. Znów ten sam błąd. - Gu to po chińsku „kość” - powiedziała. - Pewnie ta kobieta myślała: „lekarz kości” czyli „doktor Kość”. Nie, nie - odrzekła GaoLing. - Gu jak „wąwóz”. To inne gu. Brzmi tak samo jak gu „kość”, ale inaczej się pisze. Gu w trzecim tonie może oznaczać wiele rzeczy: „stary”, „wąwóz”, „kość”, a także „udo”, „ślepy”, „ziarno”, „kupiec”, wiele rzeczy. Znak „kość” może też oznaczać „charakter”. Stąd wyrażenie: „Masz to w kościach”. Znaczy to: „Taki masz charakter”. Ruth myślała kiedyś, że chiński ma tak niewiele dźwięków, że trudno go zrozumieć. Teraz zdawało jej się, że dzięki wielości znaczeń jest bardzo bogaty. Ślepy lekarz kości z wąwozu naprawił udo starego handlarza ziarna. Jesteś pewna, że to jest Gu? Tak było napisane na płytce ze zdjęciem. Było też imię? Liu Xin. Spadająca Gwiazda? Nie, to liu xing, brzmi prawie tak samo, xing to „gwiazda”, a xin - „prawda”. Liu Xin oznacza „pozostać prawdziwym”. Ale słowa brzmiały podobnie, więc ludzie, którzy jej nie lubili, nazywali ją Liu Xing. „Spadająca gwiazda” może mieć złe znaczenie. Dlaczego? Trudno powiedzieć dlaczego. Uważa się, że widok miotlastej gwiazdy źle wróży. To inna gwiazda, z długim i wolnym ogonem, krążąca. Kometa? Tak, kometa. Kometa oznacza, że zdarzy się wyjątkowe nieszczęście. Niektórzy ludzie mylą jednak miotlastą gwiazdę ze spadającą gwiazdą, więc choć spadająca gwiazda nie przynosi pecha, myślą, że przynosi. Ta też nie jest dobra - szybko płonie, jednego dnia jest, drugiego nie ma po niej śladu, tak jak stało się z Drogą Ciocią. Ruth przypomniała sobie, że matka o tym pisała. Gdy LuLing była mała, Droga Ciocia opowiedziała jej, że patrzyła w nocne niebo i ujrzała spadającą gwiazdę, która wpadła jej do otwartych ust. Ruth zaczęła płakać. Jej babcia miała imię i nazwisko. Gu Liu Xin. Istniała. Nadal istniała. Droga Ciocia należała do rodziny. LuLing należała do tej samej rodziny, a Ruth należała do nich obu. Nazwisko rodziny nigdy nie przepadło, przypominało kość, która utknęła w skalnej szczelinie wąwozu. LuLing wywróżyła je, patrząc na kość w muzeum. I nazwisko rozbłysło przed nią na króciutką chwilkę, jak spadająca gwiazda, która weszła w ziemską atmosferę, pozostawiając w duszy Ruth wyraźny, nieusuwalny ślad.
[…]
Piszą o przeszłości, którą można zmienić. Czymże w końcu jest przeszłość, mówi Bao Bomu, jeśli nie tym, co sami postanawiamy pamiętać? Postanawiają nie ukrywać przeszłości, dotknąć bolesnych miejsc i cierpieć, wiedząc, że ból przeminie. Wiedzą, gdzie szukać szczęścia - nie w jaskini ani kraju, lecz w miłości, swobodzie dawania i brania tego, co jest i było zawsze. Ruth pamięta o tym, pisząc opowieść. Pisze dla babci, dla siebie, dla małej dziewczynki, która stała się jej matką.
Amy Tan, Córka nastawiacza kości
Obyczajowa powieść Amy Tan, amerykańskiej pisarki o chińskim rodowodzie przenosi nas do niemalże współczesnego nam San Francisco w koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia oraz retrospekcyjnie do dalekich nie tylko geograficznie Chin, a konkretnie do Pekinu i w jego najbliższe wiejskie okolice, generalnie w okres republikański aż po czasy tuż przedkomunistyczne pierwszej połowy dwudziestego wieku. Konfliktową i popadającą w coraz bardziej rozpaczliwą demencję LuLing na nowo "odkrywa" córka Ruth, w której to ręce dostają się pamiętniki matki. Matki, która kiedyś sama nie doczytawszy z kolei pamiętników jej matki-piastunki Gu Liu Xin staje się świadkiem dojmującego samobójstwa „Drogiej Cioci”, a ono wspomnienie jak nic w niebycie przeszłości staje się klątwą-traumą gdzie z nią pozostaje się już przez całe życie. To wstrząsająca opowieść o niekaligraficznej sile upadającego słowa, którego zdrobniałych liter potem nie da się już poUkładaĆ.