17.02.2023

„Kiedy byłem mały,
byłem szczęśliwy, ale
nie zdawałem sobie z tego sprawy...”
„In girum imus nocte
et consumimur igni
(W kółko idziemy nocą
i jesteśmy trawieni ogniem
– tłum. własne)”
[…]
Na pewno kiedyś nocą widzieliście, jak ćma, obojętnie, mała czy duża, odruchowo kieruje się w stronę latarni przyciągana jej blaskiem. Ten biedny nocny motyl ma do wyboru: albo się oddali, zaintrygowany czymś, co zwróci jego uwagę, i ocali życie, albo się przybliży i zacznie krążyć wokół latarni, jak w amoku, na helikoidalnej trajektorii, im bliżej żarówki lub płomienia, tym szybciej, a kiedy już zanurzy się w tym świetle, natychmiast zginie spalony. Tak jakby złożył samego siebie w ofierze bogu ognia. Jeżeli światło pochodzi z żarówki albo jest za szkłem, ćma kieruje się do niego z takim entuzjazmem, że nie zastanawia się nad niebezpieczeństwem czy ofiarą. I zderza się z osobnikami tego samego gatunku, które wcześniej wpadły na podobny pomysł, a teraz orbitują, podekscytowane, w kontredansie wokół latarni. Aż jakiś delikatny, pokojowo nastawiony gekon, który się przyczaił na ścianie tej latarni na mocy dawnych układów, niepodważalnych, otworzy pyszczek i połknie ćmę, którą zwabił sen o blasku latarni. Ten teren myśliwski za latarnią, przy ścianie, to prawdziwy fart, ale gekon musi się nim dzielić z trzema kolegami, którzy również odkryli korzyści polowania z zasadzki, pozwalającego oszczędzić sobie trudu kłopotliwego biegania po ścianach budynku i ryzyka, że apetyczne zwierzątko zdąży uciec. Jeżeli gekon ma szczęście, pod koniec sezonu podwoi wielkość i wagę. A ilość ciem, chwała Bogu, nie zmniejszyła się ani razu, aż dziw, skąd światło tyle ich wywabia. No dobrze: myślałem, że w tej historii, którą chcę wam opowiedzieć, jestem takim delikatnym, pokojowo nastawionym gekonem, a tymczasem okazuje się, że nie, że byłem szarym nocnym motylem oślepionym ową jasnością, nieświadomym wielu niebezpieczeństw, jakie czyhają w pobliżu latarni, i okrutną, śmiertelną skutecznością światła, nawet jeśli jego źródłem jest tylko skromna świeczka. Tak, to jest moja historia. I historia innych też, tak. Aha, mówcie mi Ismael.
[…]
A pewnego dnia posadził go przed sobą i powiedział synu mój, musisz wiedzieć, że urodziłeś się z zimna i że przez odczuwane zimno twoja biedna matka, a moja małżonka zachorowała na zapalenie płuc, które niemal nam ją zabrało do nieba. Z twojej winy. Ależ, tato... Nie miałem o niczym pojęcia. Nie trzeba mieć pojęcia – powiedział ojciec tym przemądrzałym tonem, który pozwalał mu czuć się kimś ważnym – żeby ponosić odpowiedzialność za nieszczęście innych. Chłopiec przez chwilę się zastanawiał, że łzami w oczach, i myślał tak intensywnie, że słychać było zgrzytanie śrubek w mózgu. I w końcu powie? dział przecież mama nie umarła z zimna, tato. Pod tym względem masz rację: nie umarła z zimna. Ale na zimno cierpiała. A ja miałem dziewięć lat, kiedy umarła. Dziewięć? To było w ubiegłym roku. W ubiegłym roku? Tak. Nieważne, ale odkąd się urodziłeś, stała się taka delikatna, że śmierć była tylko kwestią czasu. I zapamiętaj sobie, że to twoja wina.
[…]
Dwa tygodnie później Ismael miał już za sobą lekturę książki, którą mu pożyczył Simó, i tak jakby to stanowiło rytuał przejścia, dał się zaprowadzić Simónowi i Àlexowi do dzielnicowej biblioteki. Simó wskazał mu miejsce, gdzie stał gruby tom, otworzył na pierwszej stronie i przytknął pa? lec do pierwszej linijki. To początek powieści. Przeczytaj głośno. „Imię moje: Izmael” – przeczytał Ismael. I przerwał przestraszony. Àlex dyskretnie uśmiechnął się z satysfakcją, a Simó zapytał, czy mogą wy? pożyczyć książkę do domu. Jakim cudem Ismael znalazł się w tym mieszkaniu, gdzie prawie nikt się nie kłócił i skąd wszyscy chcieli odejść, ale bez pośpiechu, bo życie w domu rodzinnym, jeżeli jeszcze coś z niego zostało, było drogą niemal samobójczą? Przez przypadek. To prawda, że Ismael przeczytał pierwszą stronę powieści ze trzydzieści razy. Ale nie potrafił doczytać książki do końca, co to, to nie; nie wydaje ci się, że to strasznie nudne, tyle dziwnych rzeczy na żaglowcu, nic tylko morze i morze, i... Nie przejmuj się. Nie masz obowiązku przeczytania całej książki. Czy? taj do końca jedynie tę, która na to zasługuje. Chcesz powiedzieć, że Moby Dick to zła książka? Nie. Chcę powiedzieć, że nie jesteś jeszcze na nią gotowy... A ty niby kim jesteś, żeby mi mówić, że nie jestem gotowy? Dobrze, dobrze. Jak sobie chcesz. I Simó skoncentrował się na lekturze książki nie tak grubej jak ta Ismaela. A Ismael potrzebował paru dni, żeby spuścić z tonu, poprosić Àlexa o zgodę na wyjście do biblioteki i wymienić książkę na inną, tylko żeby nie była taka gruba, proszę pani. I przekonał się, że lepiej się nie kłócić z Simónem; nie miał pojęcia, czemu ten zrównoważony chłopiec trafił do mieszkania dla dzieci wykolejeńców. To znaczy wiedział: jego rodzice siedzieli w więzieniu pod fałszywymi zarzutami.
[…]
Jak ci się to podoba, mały? zapytał ojciec, jakby widzieli się ostatnio parę dni temu. I pokazał mu nieczytelne bazgroły, które wychodziły poza pięciolinię, czort wie, gdzie, jakby to była radosna twórczość. Ismael dostrzegł na twarzy ojca dumę i satysfakcję. Miał przygotowane przemówienie zaczynające się od słów przeklęty ojcze, całkiem ci odbiło, to ostatni raz, kiedy cię odwiedzam, bo do trzech poprzednich zostałem zmuszony przez moich opiekunów. Teraz wiem, że mogłeś mnie unieszczęśliwić na całe życie. Na szczęście jestem tylko nieszczęśnikiem, który próbuje leczyć się z ran przez ciebie zadanych, chociaż pewnie nie wiesz, co znaczy zadawać rany. Znalazłem dobrych ludzi, którzy mi ciebie zastąpili, podczas gdy ty chciałeś spalić mnie żywcem. Słuchaj: to ci jeszcze wybaczam. Ale nie wybaczę ci, że obciążałeś mnie winą za śmierć matki. Całymi nocami zastanawiałem się, czemu mi to robisz. Bo matki naprawdę mi brakowało. Na? wet teraz, choć jestem dorosły, za nią tęsknię. No więc żegnaj, zrywam więzy, chwytaj wiatr w żagle, a o twojej śmierci na pewno mnie zawiadomią. A właśnie, nie uczyłem się gry na klarnecie ani na flecie, ani na mandyndze. Będę studiował na wydziale humanistycznym: łacina i niemiecki, coś, o czym ty nie masz pojęcia. Jednym słowem, spieprzaj, dziadu. I dostałem pracę w szkole. Mało płacą, ale przynajmniej nie umrę z głodu. Ale zamiast wygłosić to kazanie, siedział bez słowa, wziął do ręki kartkę, którą ojciec mu podsunął, i oglądał, udając zainteresowanie, jakby z tych bazgrołów dało się cokolwiek wyczytać. Dobra robota, ojcze. Przynajmniej jednego postanowienia dotrzymał: nie odwiedził go, do? póki nie został zawiadomiony o jego śmierci.
[…]
Przez kilka lat wykorzystywał spokój ducha na naukę niemieckiego i szwedzkiego. Zakochał się w nauczycielce szwedzkiego, ale musiał wybić ją sobie z głowy, kiedy wychodząc z klasy, zobaczył ją pod rękę z jakimś odrażającym typem. To rozczarowanie zbiegło się w czasie ze świadomością, że jeżeli nie zacznie szukać pracy, może mieć problemy. Bez trudu znalazł uczniów nieco opóźnionych w rozwoju, którzy potrzebowali korepetycji, i czasem sobie myślał, że dla niego jedyną pociechą jest czytanie. Lata upływały bez hałasu. Nie porzucił lektury poetów aktualnych ani średniowiecznych, chociaż na korepetycjach musiał się ograniczyć do wyjaśniania pasjonującej struktury sonetu czy decymy. Albo trudnego do wyjaśnienia szaleństwa strambotto. I samotny jak palec wracał do domu, czytał, budził się w nocy, patrzył, jak czas beztrosko upływa, a jego nie stać na marzenia. Kraj przeżywał transformację, i ludzie też, a on ciągle był samotnym wilkiem. Wtedy jakimś cudem, o ironio, przyjęto go do Instytutu Josepa Carnera. Wiele bezsennych nocy później zauważył brak dwóch guzików przy koszuli. Kiedy wszedł do pasmanterii po guziki, nici i igły, wyznał ekspedientce, że nigdy w życiu nie musiał przyszywać żadnego guzika i nie bardzo wie, od czego zacząć. Potrzebny ci będzie naparstek. Na pewno? Jeśli nie chcesz pokaleczyć palców, to tak. To poproszę również naparstek. Proszę; zaraz przymierzymy. To był pierwszy raz, kiedy Leo [przyjaciółka z wczesnych lat dzieciństwa – przyp. aut.] ujęła jego dłoń, przymierzyła naparstek, stwierdziła, że potrzebny jest większy, i przeszukała pudełko, nie wypuszczając ręki, która służyła za miarę, a następnie włożyła jego palec do naparstka i zadowolona powiedziała tak, to jest twój rozmiar. Widzisz?
[…]
Niby jak miał odpowiedzieć na to pytanie. Jak się czuję pod jakim względem. Co się ze mną dzieje. I zapytał głośno co mi jest. Miałeś wypadek. Ale biorąc pod uwagę okoliczności... miałeś szczęście. Wypadek? Nie pamiętasz? Na pewno boli cię noga. Ale miałeś szczęście. Milczał dłuższą chwilę, jakby trudno mu było przetrawić to, co usłyszał od lekarki. Miałeś dużo szczęścia. Na wszelki wypadek powiedział sam nie wiem. Jak się nazywasz? Spać mi się chce. Będziesz miał dużo czasu na odpoczynek. Gdzie jestem? W szpitalu. – Uśmiechnęła się. – Jesteś w dobrych rękach. A co mi jest? Już ci mówiłam. Jestem... zdezorientowany. Głowa cię nie boli, prawda? A powinna boleć? No wiesz... Nieźle oberwałeś. Wiesz, gdzie mieszkasz? Za każdym razem, kiedy pytanie było konkretne, zwlekał z odpowiedzią, jak gdyby dużo wysiłku kosztowało go zrozumienie, o co jest pytany. Albo intuicyjnie czegoś się obawiał. Wiesz, gdzie mieszkasz? – nalegała lekarka. – Pamiętasz jakiś numer telefonu? Odwrócił wzrok w stronę ściany, jakby unikał odpowiedzi. Imię kogoś, kto mógłby cię rozpoznać? Znów cisza, może nawet z delikatną warstwą strachu. Dlaczego nie miałeś przy sobie żadnego dokumentu, który pozwoliłby cię zidentyfikować? Nie wiem, o czym pani mówi. Spać mi się chce. Jak się nazywał ten, który był z tobą? Nie mam pojęcia! Teraz zaczął sobie uświadamiać, że odczuwa nie tylko senność, ale też coś jakby lęk. Śpij spokojnie – powiedziała lekarka. A jemu się wydało, że te dwa słowa były czymś w rodzaju groźby. Ale sen okazał się silniejszy niż jakakolwiek nieufność.
[…]
Na zewnątrz, w korytarzu, było ciemno. Tylko tu i tam w dużych odstępach połyskiwały maleńkie lampki alarmowe. Wziął do ręki torebkę z płynem fizjologicznym i pozostawił stojak na środku korytarza. Postąpił parę kroków naprzód, boso, starając się nie hałasować, bo pod żadnym pozorem nie chciał się narazić personelowi. W tej części szpitala było mało sal, wszystkie po jednej stronie korytarza. Doszedł do dwuskrzydłowych drzwi. Uchylił jedno skrzydło, żeby spojrzeć, co jest dalej. Za drzwiami też panował półmrok. Ismael zatrzymał się. Przez dłuższą chwilę stał jak wryty, przełykał ślinę i starał się zrozumieć, co zobaczył. Przeszedł go dreszcz, trochę z zimna, trochę z lęku. Nie wiedział, co się dzieje i coraz bardziej się bał. Ogarnęła go panika, prawdziwy strach, bo teraz przestał już cokolwiek rozumieć. Wreszcie do niego dotarło, że miejsce jego hospitalizacji to żaden szpital, tylko coś w rodzaju magazynu. Kim byli Bovary i Juri? O co im chodziło? Co chcieli z niego wyciągnąć, zadając mu tyle pytań? I czemu tak ich interesował Tomeu [kolega, który zabrał go z sobą samochodem w czasie ulewy – przyp. aut.]? Co robiłeś w samochodzie? Dokąd jechaliście? W co grali ci policjanci, którzy udawali lekarzy? Dlaczego go nie aresztowali? Byłoby po sprawie. Ismael był rozbitkiem jak jego słynny poprzednik, ale bez przeszłości, bez deski, której mógłby się uchwycić na falach, bez wieloryba, którego mógłby ścigać, natomiast osaczały go rekiny o miłej powierzchowności, które z jakiegoś powodu jeszcze go nie pożarły. Ale najbardziej przerażało go to, że nie wie, jaki jest kontekst. Trzymał się jeszcze drzwi, usiłując zasymilować to, co widział. Przed sobą miał ogromny magazyn pogrążony w półmroku. Szedł przed siebie, boso, w tym idiotycznym wdzianku, które trochę go osłaniało z przodu, ale już nie z tyłu, z torebką płynu fizjologicznego w ręce, przez halę pełną pudeł, całych gór skrzyń. A w głębi paliło się światło. Jak trzmiel, który przyciągany światłem świecy zbliża się tak bardzo, aż zginie w jej płomieniu, Ismael szedł w kierunku słabego światła i wolał nie zastanawiać się, czy to rozsądne czy nie. W przeciwieństwie do pierwszej lepszej ćmy samobójczyni on chciał uciec.
[…]
Co ci jest, dziewczyno? – powtórzył głos. – Co się stało? – nalegał. Ona, zamiast się przestraszyć, przestała płakać, wysmarkała się w chusteczkę, którą wyciągnęła z kieszeni szerokiej spódnicy, i powiedziała nic, nic mi nie jest. A kiedy wypowiedziała te słowa, zerwała się przestraszona i rozejrzała się, skąd dochodził głos. Dostrzegła nieruchomy ciemny cień, który ją uspokajał nie bój się, ja cię nie skrzywdzę. Jeśli chcesz, to sobie pójdę. A ona na to tak, proszę odejść, błagam, proszę odejść! Więc Ismael wstał, powiedział auf Wiedersehen i wtopił się w gęstwinę parku, zdumiony, bo o ile mu wiadomo, teraz, pierwszy raz w życiu, zrobiło mu się żal kogoś, kto czegoś żałował, żal jakiejś nieznajomej, na pewno zranionej cierpieniem miłosnym. A kiedy dotarł do anemicznego światła latarni przy stawie w centrum parku, zobaczył duże przerażone oczy, oczy kogoś, kto na moment oderwał się od picia wody ze stawu. Wydawało mu się, że to dzik, młody, ale już nie warchlak, bez pasków, dziwnie samotny, jakby zabłądził. Patrzyli jeden na drugiego, nieruchomo, uważnie, może zastanawiając się, zaatakować czy uciekać. Dzik po przemyśleniu wybrał to drugie i pogalopował w ciszy, najprawdopodobniej do swego stada. Kiedy patrzył na wodę spływającą powoli po skałach na środku stawu, myślał, że ryby muszą być szczęśliwe, bo jest im obojętne, gdzie są, a ich krótka rybia pamięć nie po? zwala im się przejmować tym, kim są, gdzie mieszkają, z kim się łączą w pary, jeżeli to robią, i czy w którymś momencie popełniły jakieś morderstwo. Albo czy były wspólnikami zbrodni. O mój Boże. Albo czy goniła je jakaś wielka ryba, żeby je pożreć. I kiedy usłyszał, że dziewczyna płacze, wzruszył się, bo uświadomił sobie, że nie tylko on ma problemy. I prawdopodobnie w tym momencie się obudził. Wszystko spowijała ciemność. Po zapachu rozpoznał mieszkanie Marleny [osoba, która dała mu schronienie po ucieczce ze szpitala – przyp. aut.]. Spojrzał na mały damski zegarek, który mu podarowała pani domu. Była trzecia nad ranem. Wstał i zaświecił nocną lampkę. Na łóżku obok spała Marlena, albo tylko udawała, że śpi. Nie miałby nic przeciw temu, by wejść do jej łóżka, przytulić się i wyznać jestem sam, zagubiony. Ale ta kobieta, czy spała, czy czuwała, pozostawała czujna. Niech mi Leo wybaczy.
[…]
Wrzucił monetę do dziurki i wybrał kilka cyfr. Nie: odłożył słuchawkę, odzyskał monetę. Uspokoił się i powtórzył to samo. Wyciągnął z kieszeni tajemny papier i coś sprawdził. Zadrżała mu ręka. I zaczął od nowa. Moneta do dziurki, sygnał w słuchawce i dziewięć cyfr. Gdzieś daleko stamtąd albo całkiem blisko ktoś szybko odebrał i powiedział słucham. Głos kobiety. Tak? – odezwał się Ismael, żeby zyskać na czasie, patrząc ukradkiem na przechodniów, którzy nie zwracali na niego uwagi. Tak. Kto mówi? – odezwała się kobieta nie wiadomo skąd. Tak... – I po przedłużającym się milczeniu: – Jestem Ismael. Mówi pan, że kim jest? Co? Powiedziałeś, że kim jesteś? To nie był głos Leo. Głos spanikowany. Albo wkurzony jak wszyscy diabli. To była szefowa pasmanterii. Odczekał jeszcze kilka długich sekund i powtórzył jestem Ismael. Słyszy mnie pani? – nalegał Ismael, bo milczenie tej kobiety wydało mu się groźne. Odległy oddech stawał się coraz głośniejszy. I chrapliwy głos zapytał mówisz, że ty jesteś Ismael? Tak. Czy Leo może podejść do telefonu? Ludzie mówią, że jesteś martwy i pochowany!... Ja? Cisza. Jeszcze nigdy nie oskarżono go o bycie martwym. Nie wiedział, jak zareagować. I policja cię szuka. Co takiego? Zapadła cisza. Docierał do niego szum na zewnątrz akwarium. Dlaczego mnie szukają? Nie wiem. Byli w twoim mieszkaniu i ten z drugiego piętra mówi, że wyważyli drzwi i przewrócili wszystko do góry nogami. Mój Boże, to jakaś pomyłka... Muszę kończyć. Ciężko mi o tym mówić...
[…]
Tomeu, nie zatrzymując się, wściekły, odwrócił się i powiedział przecież mówię, co robimy; cholera, spóźniliśmy się! I żadnych nazwisk. Chcę wiedzieć, co mam robić. I chcę przywitać się z panią domu. Musisz dobrze zapisać sobie w głowie, co ci powie tamta pani. Żadnych zapisków na papierze: wszystko w głowie. To będą cyfry i jakieś litery. Jaka pani?! Tomeu się do niego odwrócił i mówił dalej, idąc przed siebie cholera, co z ciebie za maruda, no pani domu, a kogo byś chciał? Ismael stanął jak wryty i powiedział, jeśli mi nie wyjaśnisz, o co tu chodzi... Tomeu pokonał trzy stopnie schodów, stanął przed głównymi drzwiami i zadzwonił. Zamiast dzwonka odezwały się szlachetne dzwony. Ja odchodzę – powiedział Ismael. Dziesięć tysięcy euro, zgoda? – zaproponował Tomeu, nie odwracając się. Ty masz zapamiętać cyfry, które poda pani. I w tym momencie otworzyły się drzwi i zamiast sztywnego kamerdynera czy służącej z czepkiem na głowie stanęła przed nimi pani, elegancka i uśmiechnięta. Stara, ale ładna, zadbana. Panowie w sprawie przeprowadzki? Tak, proszę pani – odpowiedział Tomeu. Najwyższy czas... Proszę pani – odezwał się Ismael. – Wydaje się, że tu się organizuje sympozjum poliglotyczne. Prawda? Co? Ismael wyciągnął do niej rękę i przedstawił się nazywam się Ismael Godall [w jęz. katalońskim znaczy warchlak – przyp. narratora], a pan Tomeu poinformował mnie, że może być pani zainteresowana moimi poliglotycznymi umiejętnościami. Pani przez parę sekund przyglądała mu się ze zdziwioną miną. W końcu zareagowała. Będzie pan uprzejmy wejść do środka? Już jesteśmy spóźnieni. Zaraz przyjedzie ciężarówka.
[…]
Tomeu zaczął zaciskać palce wokół szyi starszej pani, patrząc na Ismaela, jakby chciał mu powiedzieć widzisz, gówniarzu, do czego mnie zmuszasz? Zabijesz ją! Jak nie zacznie mówić, to jaki z niej pożytek. Ismael zwrócił uwagę na oczy kobiety: teraz już nie była oburzona: była przerażona. W tych oczach dało się wyczytać lęk, śmierć, koniec. I kiedy zaczęła wypluwać pojedyncze słowa, Tomeu rozluźnił uścisk, a ona wzięła oddech i zaczęła recytować jedno zdanie, na pozór bezsensowne albo w ja? kimś dziwnym języku, jakby to była litania, i Tomeu się wkurzył co do cholery bredzi ta baba? Ponieważ wydawało się, że kobieta powtarza jakąś modlitwę, Tomeu pstryknął palcami i stuknął się w czoło, żeby profesorek się skupił; Ismael słuchał jej z uwagą, a kiedy skończyła, tylko wzruszył ramio? nami, a Tomeu, z oczami jak spodki, zapytał co, tak czy nie? a Ismael gestem dał do zrozumienia, że być może tak, ale... I Tomeu, zamieniony w kłębek nerwów, powiedział no już, dość tego, zbieramy się. I posadził starszą panią, uderzył ją w grdykę kantem dłoni i kobieta osunęła się łagodnie, cichutko, na dywan, na stłuczone talerzyki i porcelanowe filiżanki, na dzióbek dzbanka do herbaty, bez jęku, i leżała na pobojowisku.
[…]
Nie tak się umawialiśmy! Jechaliśmy na jakieś pieprzone sympozjum poliglotów!! Myślałeś, że miałem zamiar ją zabić, co?! To jej wina! Zatrzymaj samochód. Nie miałem takiego zamiaru, rozumiesz? Wyskoczę przez okno. Żeby mu wybić ten pomysł z głowy, Tomeu wcisnął gaz do dechy. I włączył długie światła, co tylko pogorszyło sytuację, bo delikatna mgła zaczęła zamazywać pejzaż. Co, chcesz, żebyśmy teraz się rozbili? Cisza, samochodem zarzucało na każdym zakręcie, a Ismael powtarzał zwariowałeś, zwariowałeś. Pozwól mi wysiąść. Dobrze? Nie, ty jesteś papierem i atramentem. I piórem. I zgarniesz grubą kasę. Daj mi kawałek papieru, zapiszę i spieprzam. Zapiszesz pół zdania, a szefowie poderżną gardło nam obu. Ismael wybuchł gniewem i powtarzał gówno, gówno, czemu dałem się w to wciągnąć? I za samobójczym zakrętem krzyknął zatrzymaj samochód, nie chcę żadnych pieniędzy. Zatrzymaj natychmiast! Tomeu jechał za szybko, teraz, kiedy już znaleźli się za miastem, zlany potem, zdenerwowany, mocno dzierżył kierownicę. Już wjeżdżali w las polną drogą, pustą, zapomnianą przez Boga i ludzi. Byli już ponad pół godziny od miejsca zbrodni. Tomeu odezwał się cicho, ale głosem nabrzmiałym wściekłością ty nie napiszesz ani jednego pieprzonego słowa, dopóki nie dojedziemy, wtedy tak, wyrzygasz wszystko, co ci stara powiedziała. I na cały głos dotarło?! To zdanie nie ma sensu. A co mnie to obchodzi! Trzymaj je w głowie, aż ci każą je wyrzygać, zapłacą nam i żegnaj! Nie zobaczymy się nigdy więcej. Gówno, gówno, gówno... Ale ze mnie idiota... Tomeu krzyknął, ile sił w płucach zrozumiałeś czy nie, ty pieprzony imbecylu? I żeby się trochę uspokoić – łudził się, że mu to pomoże – powtórzył na cały głos słyszałeś, co do ciebie mówię, ty pieprzony imbecylu? A Ismaelowi chciało się płakać, bo jego straszny sen, w którym popełniał przestępstwo, właśnie się spełnił. Teraz do końca życia będzie musiał ukrywać panikę, nigdy nie będzie mógł spać spokojnie, będzie myślał zaraz przyjdą, zaraz przyjdą, będzie unikał ciemnych ulic, zawsze będzie uciekał, stanie się Ismaelem tułaczem, nie dla niego spokój ducha, bo w każdej chwili będzie mógł usłyszeć dzwonek albo puk, puk do drzwi mieszkania i on, zanim się upewni, że tym, kto puka, jest tylko uśmiechnięty świadek Jehowy, już wyskoczy przez okno. I nie miał ochoty żyć z tym ciężarem na sumieniu. Nie chciał uciekać od siebie samego. Kiedy zaczął płakać, nie zauważył, że Tomeu nie zauważył, że dzika świnia i cztery urocze warchlaki zdecydowały się przejść przez mgłę na drodze i las wypełnił się hukiem, który przedarł się przez gęstą mgłę i efektem nieszczęścia była jedna martwa sztuka dorosłej lochy i cztery rozszarpane warchlaki, a najmniejszy z nich, piąty, który dreptał na końcu, bo zawsze był najwolniejszy i zawsze musieli go poganiać chodź, Warchlaczku, nie gap się, zamarudził w zaroślach i jeszcze nie dotarł do asfaltu; bardzo go wystraszył huk, ale nie bardzo rozumiał, co się wydarzyło, skąd ten hałas, i skierował się do matki; ona jeszcze oddychała, ale szklanym wzrokiem nie mogła już zobaczyć Warchlaczka, który mówił mamo, co się dzieje, co to wszystko znaczy. Czy nie zamierzaliśmy wykąpać się w błocie? Co, mamo? A ten, który krzyczał na cały głos słyszałeś codociebiemówiętyzasranyimbecylu, postanowił roztrzaskać sobie czaszkę o kierownicę, bo przez pośpiech i nerwy źle zapiął pasy. Pasażer, zasrany imbecyl, wyleciał jak pocisk przez przednią szybę, bo nie w głowie mu były pasy bezpieczeństwa, i nie wiedział, że kiedy wylądował, Warchlaczek podszedł do niego, licząc na to, że od niego się dowie, co z tą obiecaną kąpielą w błocie. Ale pasażer nie miał do tego głowy, bo właśnie nastały dla niego ciemne godziny. I zaczęło się ściemniać.
[…]
Ismael też usnął w jadalni na krześle z głową opartą o stół i przyśniło mu się, że nie chciał nikogo zabić, nawet dzików, ja tylko wyszedłem po chleb. Kiedy pogrążył się we śnie, przypomniał sobie, że ktoś mu mówił o strzale. To śmiercionośna broń, która wypuszczona z łuku (nie wiem dokładnie, co to takiego), może nam zrobić dużo złego, zwłaszcza jeśli wymierzono ją w ciebie z niewielkiej odległości. Widziałem matki i samców, jak całowali ryjem suche liście pokrywające nasze lasy i już więcej się nie podnieśli. Albo zabierały ich osoby ludzkie. Prawdę mówiąc, nie wiem po co, skoro byli martwi. To znaczy: sam tego nie widziałem, tylko tak mi mówiono. Mama, kiedy zamiast mnie strofować, że ciągle się rozpraszam, ostrzegała przed niebezpieczeństwem samotnego błądzenia po lesie, opowiadała jakieś dawne historie, żeby mnie przestraszyć. Ale zastanawiając się nad strzałami, przypomniałem sobie o czymś, co nazwałem strzałą czasu. Strzała powiązana z czasem sprawia, że gęste lasy oglądane z szybkością strzały mogą ukazać dawne obrazy: suszy, pożarów, a nawet powodzi. I pomyślałem również, że mogłaby istnieć strzała pamięci o czasie, która leciałaby wstecz i zamiast przypominać nam okres, kiedy byliśmy małymi, bezbronnymi warchlakami, przypominałaby nam to, czego jeszcze nie przeżyliśmy. To by było naprawdę interesujące, gdybym mógł się dowiedzieć, jak to będzie, kiedy stanę się odyńcem wagi ciężkiej (chociaż Warchlak i Loszka powtarzają, że jak będę dorosły, nadal będę chudy, ale gdy tylko poruszam ten temat, mama się denerwuje i każe im się zamknąć). Widzisz? Choćby tylko po to, żeby wiedzieć, czy osiągnę osiemdziesiąt funtów żywej wagi, chciałbym móc wspominać przyszłość. I czy podobnie jak to robią dorośli, będę się oglądał za ładnymi lochami i robił inne rzeczy, o których rozmawiają odyńce, kiedy są same, a ja ich podsłuchuję. Dzięki strzale przyszłości wie? działbym, czy znów będę miał rodzeństwo, małe pasiaki. No ale wtedy byłoby tak, że nie mógłbym przypomnieć sobie tego, co minęło, jak byłem mały, bo strzała czasu zmieniłaby kierunek. Nie wiem, czy to jest możliwe, ale mogłoby się okazać zabawne. Teraz się zgubiłem. Nie wiem, gdzie jestem. Tej części lasu nie znam: choćbym wąchał i wąchał, żadnych znajomych tropów. Kiedy zaczynam rozmyślać, idąc przez las, odkrywam nieznane zakątki i chyba musiałby się stać jakiś cud, żebym znalazł drogę. Gdyby mama tu była, powiedziałaby mi, czy to, o czym myślę, jest możliwe. Bo mama wie wszystko. Wiedziała wszystko. A może by na mnie na? krzyczała, że tracę czas na myślenie o głupotach, które nikogo nie interesują. A ja na to, że lepiej myśleć o strzałach czasu niż nie myśleć o niczym. A ona by mi odpowiedziała cicho, Warchlaczku, nie nudź, głowa mnie przez ciebie rozbolała. I w końcu bym się zamknął. A teraz muszę się zastanowić, gdzie trafiłem. To jest wąwóz... Tędy pójdę, tu łatwiej nie zwracać na siebie uwagi. A przed nim latarnia oświetliła sylwetkę kobiety i podszedł zafascynowany do latarni, do światła, i zatrzymał się przed kobietą pełną słodyczy, która podobnie jak Rahn śpiewała vor dem grossen Tor, stand eine Laterne, i powiedział kochana Marleen, prawdziwą trudnością nie jest odgadywanie przyszłości. Dlaczego, mój miły? Ja chciałabym wiedzieć, czy zawsze mnie będziesz kochał. Zgoda. Ale przyszłości nikt nie zna. Ja z wielkim trudem wspominam przeszłość. Marleen spojrzała na niego, wyciągnęła chusteczkę z kieszeni, otarła zapłakane oczy chłopca i zapytała co wiesz o sobie? Że siebie nie lubię. Że boję się, że kogoś zabiłem.
[…]
Ismael podniósł palec jak ktoś, kto stojąc przy tablicy, zwraca uwagę profesorowi, że potrzebna mu kreda. Mogę zapisać? Wydaje mi się, że już wiem, o co chodzi [sentencja łacińska jako hasło do konta bankowego - przyp. aut.]. Przejęty: Mogę zapisać? Jeśli chcesz mnie oszukać, to pamiętaj, że pocisk zawsze będzie szybszy niż jakiś szwindel. Nawet szybszy niż długopis, zapamiętaj to sobie. In girum imus nocte. Ismael pokazał kartkę drżącą ręką. A pod spodem zapisał, litera po literze: et consumimur igni. Kurwa mać. Nie – ożywiony, niemal z animuszem, wskazał palcem: – ...i spalamy się w ogniu. Trzeba czytać od lewej do prawej i od prawej do lewej. A my przeczytaliśmy tylko z lewej do prawej. I tak jakby był w klasie, twarzą do tablicy, przeczytał raz jeszcze: In girum imus nocte et consumimur igni. Ale jaja... To o jajach też? Nie... I nie prosząc o pozwolenie, usiadł i podał kartkę swemu przyszłemu mordercy. Niech pan przekaże cały tekst i zobaczycie, że działa. Tak jakby chciał zdobyć jego sympatię, wycedził przez zęby co za sprytna kobieta. Mężczyzna wziął do ręki pełny tekst i zaczął powoli sylabizować, jakby go przeżuwał. I takie czytanie od lewej do prawej i od prawej do lewej nazywa się pal... co? Palindrom. Mimo że nie miał pewności, oświadczył tak dobitnie, że aż sam się zdziwił, i to jest to, czego szukacie... Minęły dwie czy trzy nieskończenie długie, ciężkie minuty. Ismael od? dałby całą swoją dolę, żeby się dowiedzieć, co myśli ten człowiek. A jeśli ty mnie nabierasz? To mnie pan zabije i po krzyku. Sam się przeraził, że powiedział to z takim spokojem. Lepiej niech pan to uważnie przeczyta, żeby się nie po? mylić. Co ty sobie wyobrażasz? Nic. Chciałbym stąd odejść... żywy. A gdyby tego nie zrozumieli, proszę im powiedzieć, że w tym zdaniu jest mowa o ćmach! A co to za cholerstwo te ćmy? – zmęczony, wkurzony. Już to panu wcześniej wyjaśniłem! – wkurzył się, że jego uczeń nie uważa. No to powtórz. To nocne motyle, które krążą wokół latarni coraz bliżej światła, aż się spalą. Teraz kumam.
[…]
Moje życie stanie się udręką. Ja jej nie zabiłem. Ale nie umiałem temu przeszkodzić, mea culpa. Przeklinam z całego serca Tomeu, tego skurwysyna i jego kłamstwa na przynętę. I przeklinam swoją głupotę. Jak tylko to będzie możliwe, wyspowiadam się i powiem ja grzesznik spowiadam się przed Leo; żałuję, że zgrzeszyłem w sposób idiotyczny i możliwy do uniknięcia, amen. Zobaczymy, czy ona udzieli mi rozgrzeszenia. A karą za grzechy będzie lęk w sercu, bo widzisz? tamta kobieta na peronie, kiedy zauważyła, że na nią spojrzałem, poszła w inne miejsce. I wtedy wjeżdża następny pociąg, hałaśliwy, pełen oskarżycieli, a oni, gdy tylko wysiądą, zaczną mówić albo krzyczeć na cały głos patrzcie na tego mężczyznę z brodą, który zabił bezbronną staruszkę; a ja wtedy powiem to nie byłem ja, musicie mi uwierzyć; to był Tomeu. Tak, tak, odezwie się chór możesz sobie gadać, co chcesz, ty bandyto. Dlaczego mu w tym nie przeszkodziłeś, co? Dlatego że się go bałem. Tchórz, podły morderca. My cię skazujemy na obowiązek myślenia, że wszyscy wiedzą o tym, żeś morderca. I już zawsze będziesz się bał, za każdym razem, kiedy ktoś zadzwoni do drzwi. Albo kiedy cię zaczepi ktoś z mapą miasta. Morderca... Kiedy przejechało trzecie czy czwarte metro, zdecydował się na długie schody, które go wyniosą na górę i wystawią na oskarżenia wszystkich przechodniów: morderca. Wiedział, że jest skazany na skradanie się po cichu do drzwi i po cichu zajrzy przez judasza, wstrzymując oddech, i będzie musiał natychmiast ocenić, czy to przerażający listonosz, chłopiec z drogerii z miną mordercy, sprzedawca encyklopedii czy przebrany policjant. Zwątpił w sens życia z lękiem w sercu, dniami i nocami; nie wykluczał, że najlepszym rozwiązaniem byłby skok przez okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec. Jakim trzeba być idiotą, żeby posłuchać nieznajomego, który mu mówi wsiadaj do samochodu, profesorku! A on, skończony idiota, posłuchał i wsiadł, bo tamtego typa znał z widzenia. I wtedy zaczęły się wszystkie problemy, których nigdy wcześniej nie miał i mieć nie powinien.
[…]
Spojrzała na niego zdziwiona i po chwili ciężkiego milczenia zapytała a ty, gdzie się podziewałeś, co się z tobą działo, dlaczego uważają cię za martwego i... To o mojej śmierci to przesada. No to musiałbyś wyjaśnić wiele rzeczy. To właśnie chcę zrobić dla Leo [która po wpływem szokujących informacji o Ismaelu trafiła do sanatorium-lecznicy – przyp. aut.]. Chcę jej wszystko wyjaśnić. I policji. No, zobaczymy. Jak to: zobaczymy? Zaginąłeś, jesteś zamieszany w jakiś wypadek, zostałeś uznany za martwego... Masz jeszcze jakieś tajemnice? Zgoda: obiecuję, że się nad tym zastanowię. Teraz muszę jechać do Vallvidrery. Ucałuj ją [Leo – przyp. aut.] ode mnie. Jest wtorek. Dziś mamy wtorek. Lata całe nie wybierał się do górnej części miasta, do Vallvidrery, a już do kolejki nie wsiadał chyba całe wieki. Według mapy umieszczonej w tylnej części wagonika sanatorium miało być po prawej. A w oknie na dole fragment panoramy Barcelony. Wykorzystał jakiś wolny zakątek pamięci, żeby przemyśleć sobie, jak o tym wszystkim miałby rozmawiać z policją. O wszystkim? Może o części. Na przykład tak: porwano mnie i mieliśmy wypadek.
[…]
O kogo chodzi? Leo Ferris. Oj, nie wiem, czy można ją odwiedzać. Co też pani mówi! Specjalnie przyjechałem z daleka, z Portbou... Ucieszy się na mój widok. Och, jak mi przykro... A kim pan jest? Kuzynem. Kiedy byliśmy młodzi i smarkaci, byliśmy ze sobą bardzo blisko. No, właściwie zawsze. Ale później pracowaliśmy w różnych miastach i przestaliśmy się widywać, a teraz, kiedy się dowiedziałem, że... przyjechałem z Portbou. Ucieszy się na mój widok. Pokazał plik banknotów. Mam u niej dług, a teraz na pewno jej się przyda... W pokojach nie wolno trzymać pieniędzy. Coś takiego... Poczuł się głupio, wymachując plikiem gotówki. Może pan wpłacić te pieniądze na jej konto do kasy sanatorium. A ona dostanie potwierdzenie... Ona i pan, jeśli pan sobie życzy. Mogę ją zobaczyć? Późno już... Sprawdzę, co da się zrobić. Jedyne, co mogła zrobić tamta pielęgniarka, to zaprowadzić go do pokoju, w którym Leo patrzyła przez duże okno na panoramę Barcelony. Bar? celony w półmroku, zatopionej w setkach świateł, które spływały z gór jak robaczki świętojańskie. Jaka piękna ta panorama, prawda, Leo? Cała dla ciebie. Leo nie zareagowała, jakby nie dotarły do niej jego słowa. Wpatrywała się w pejzaż światła i mroku i jak echo ciągle powtarzała to niemożliwe, to niemożliwe, drugi raz tego nie przeżyję. Leo... Biedactwo, tak bardzo cię skrzywdziłem. Ona skoncentrowała się na robaczkach świętojańskich rozproszonych po całej Barcelonie. I na latarniach w roli robaczków... Była smutna, jakby miała się roztopić w cierpieniu. Zimno ci? Leo, kocham cię. Słyszysz mnie? Nie wiedział, czy go słyszy. Nie słyszy pana... – odezwała się pielęgniarka. – Jest... Ismael się odwrócił. Pielęgniarka, która cały czas stała w drzwiach, po? stukała w zegarek. Zaraz wracam, kochanie... Nie... – uświadomiła mu cichutko pielęgniarka. – Będzie pan mógł tu wrócić dopiero jutro. Takie mamy zasady...
[…]
Zbiegł po schodach, przeświadczony, że w jego chaotycznym życiu może zapanować niemożliwy dotąd porządek. Zrobiło się już całkiem ciemno. Przyjrzał się ostatniej latarni, zanim wszedł do ciemnego lasu. Światło samotnej latarni przyciągało tuziny zdesperowanych ciem, które krążyły wokół, sprawiając wrażenie, jakby miały chęć w nim spłonąć. Nie mógł się po? wstrzymać przed wygłoszeniem półgłosem in girum imus nocte et consumimur igni. Recytował to tak, jak mnich recytuje modlitwę. Nie mógł wiedzieć, że to był koniec tej historii. I jego życia. Postąpił jeszcze parę kroków w stronę latarni. Warchlaczek cofnął się o krok, bo człowiek za bardzo się zbliżył. Za sobą wyczuł jakiś szelest i schował się w lesie: w tym samym momencie banda hałaśliwych myśliwych wynurzyła się z gęstej ciemności na drogę i jakiś pies zaczął szczekać podniecony zapachem, który roztaczał Warchlaczek. I zaatakował Ismaela, jakby był cieniem dzika. A najmniej rozgarnięty z myśliwych wystrzelił w pustkę, gdzie jeszcze parę sekund temu znajdował się dzik, jak wynikało z zachowania psa. Kula za jednym zamachem uwolniła Ismaela od wszelkich dylematów i kilku marzeń. Już nie musiał iść na policję ani rozmawiać z niewidzialną panią sierżant. I tylko muzeum cierpień Leo jeszcze się powiększy. O ile zachowała po nim jakieś wspomnienie. Ale tego Ismael nigdy się nie dowie. Błądzimy ciemną nocą i spalimy się w ogniu. Nawet gdybyśmy tego nie chcieli.
Jaume Cabré, Spaleni w ogniu
Metaforyczna powieść Jaume Cabré, hiszpańsko-katalońskiego pisarza, filologa i scenarzysty znowu umiejscawia kalambur akcji w sercu zawsze uroczej Barcelony i we współczesne nam granice chronologiczne dwudziestego pierwszego wieku. Ismael, którego życie już za młodu zostaje obarczone przez paranoicznego ojca krzywdzącym poczuciem winy za późniejszą śmierć przedwcześnie zmarłej matki wikła się jak ryba w sieci morderczych intryg wśród nieznanych mu bliżej osób z półświatka przestępczego. W ucieczce przed samym sobą, a i przed jaskrawym światłem tego złego przeznaczenia do samego końca też nie wie, że na prawdziwą miłość może być i już a jednak za późno.