Blog

 

11.03.2023

Planeta Pana Sammlera

«  Qu’est-ce que cela prouve »

(z fr. czego to dowodzi?)

„Człowiek musiał się nauczyć rozróżniać.

Rozróżniać, rozróżniać i jeszcze raz rozróżniać.

Ważne było rozróżnianie, a nie wyjaśnianie.”

[…]

Wkrótce po świcie albo czymś, co na normal­nym niebie byłoby świtem, pan Artur Sammler przyjrzał się uważnie spod krzaczastej brwi książ­kom i papierom w swej sypialni na West Side, po­dejrzewając mocno, że są to niewłaściwe książ­ki, niewłaściwe papiery. W zasadzie nie miało to większego znaczenia dla człowieka po siedem­dziesiątce, swobodnie rozporządzającego czasem. Trzeba mieć bzika, żeby się upierać przy posia­daniu we wszystkim racji. To, czy się ma rację, jest w dużej mierze sprawą wyjaśnień. Człowiek ery intelektu stał się istotą wyjaśniającą. Ojcowie dzieciom, żony mężom, mówcy słuchaczom, spe­cjaliści laikom, koledzy kolegom, lekarze pacjen­tom, człowiek własnej duszy — wyjaśniają. Ko­rzenie tego, przyczyny czegoś innego, źródła wy­darzeń, historię, strukturę, powody. I zwykle wszystko to jednym uchem wlatuje, drugim wy­pada. Dusza chce, czego chce. Ma własną przy­rodzoną wiedzę. Siedzi nieszczęśliwa na ruszto­waniach wyjaśnień, biedny ptak, który nie wie, dokąd polecieć. Oko zamknęło się na chwilę. Holenderska ha­rówka, przemknęło Sammlerowi przez myśl, pom­pować i pompować, żeby utrzymać kilka akrów suchego lądu. Wdzierające się morze jako meta­fora mnożących się faktów i wrażeń. Bo ziemia jest ziemią idei.

[…]

Autobusy były znośne, metro go zabijało. Czy musi zrezygnować z autobusu? Wtykał nos w nie swoje sprawy, czego siedemdziesięciolatek w No­wym Jorku nie powinien robić. Wiecznym pro­blemem pana Sammlera było to, że zapominał o  swoim wieku, niewłaściwie oceniał swą sytua­cję, on, którego nie chroniła tutaj żadna pozycja, żadne dystansujące go przywileje — członkostwo klubu, taksówki, portierzy, strzeżone wejścia — jakie zapewniało w Nowym Jorku pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznego dochodu. Dla niego były autobusy albo zgrzytliwe metro, lunch w sa­moobsługowym barze. Żadnych powodów do po­ważniejszych narzekań, lecz jego „angielskie” la­ta, dwie dekady w roli korespondenta warszaw­skich gazet i czasopism w Londynie, wyrobiły w nim postawę niezbyt przydatną dla uchodźcy na Manhattanie. Przywykł do sposobu wysławia­nia się stosownego w oksfordzkim pokoju profe­sorskim, miał twarz czytelnika z biblioteki Mu­zeum Brytyjskiego. Przed pierwszą wojną świa­tową, jako uczeń w Krakowie, Sammler zakochał się w Anglii. Bzdurę tę w dużej mierze wybito mu do tej pory z głowy. Przemyślał na nowo ca­ły problem anglofilstwa, snując sceptyczne roz­ważania o Salvadorze de Madariaga, Mario Prazie, Andre Maurois i pułkowniku Bramble. Roz­poznał zjawisko. A jednak, w obliczu eleganckie­go łotra, którego widział przy opróżnianiu toreb­ki — torebka wciąż jeszcze zwisała otwarta — przybrał angielską pozę. Sucha, zadbana, niedo­stępna twarz oznajmiała, że nie przekroczono niczyich granic, zadowalano się własnymi spra­wami. Lecz wysoko, pod pachami pana Sammlera, panowało dotkliwe gorąco, wilgoć; wisząc na skórzanym uchwycie, oblepiony ciałami, czuł na sobie ich ciężar i składał na nich swój własny, podczas gdy grube opony zataczały potężny za­kręt przy Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy z po­mrukiem ślamazarnej siły. Istotnie sprawiał wrażenie, jakby nie znał swo­jego wieku ani nie wiedział, w jakim punkcie ży­cia się znajduje. Widoczne to było w jego cho­dzie. Na ulicy był szybki, napięty, nieobliczalnie zwinny i zuchwały, posiwiałe włosy falowały mu na karku. Przechodząc przez jezdnię, podnosił zwinięty parasol, wskazując samochodom, auto­busom, pędzącym ciężarówkom i sunącym na niego taksówkom drogę, którą zamierzał pójść. Mogły go nawet przejechać, lecz on nie potrafił zmienić swego zwyczaju chodzenia na oślep.

[…]

Pan Sammler mełł kawę w kwadratowym młyn­ku, kręcąc korbką między długimi kolanami w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek ze­gara. Codzienne obowiązki wypełniał ze szcze­gólną nieporadną pedanterią. W Polsce, Francji, Anglii za jego czasów studenci, młodzi panicze, nie mieli styczności z kuchnią. Teraz wykonywał czynności, które niegdyś należały do kucharek i służących. Wykonywał je z pewną kapłańską sztywnością. Jakby w uznaniu społecznego upad­ku. Historycznej ruiny. Przemiany społecznej. Nie miało to nic wspólnego z osobistym upoko­rzeniem. Wyzbył się tych przesądów w czasie wojny w Polsce — zupełnie się wyzbył, zwłaszcza idiotycznego bólu z powodu utraty przywilejów klasowych. Na ile to było możliwe przy jednym oku, cerował sobie skarpetki, przyszywał guziki, szorował zlew, wiosną spryskiwał wełniane kale­sony środkiem antymolowym. Były oczywiście i panie: jego córka Shula, jego siostrzenica (po­przez małżeństwo) Margotte Arkin, u której mie­szkał. Pomagały mu, kiedy im to przyszło do gło­wy. Czasem pomagały dość znacznie, lecz nie na stałe, nie było to zasadą. Prace bieżące załatwiał sam. Być może stanowiło to nawet część jego mło­dzieńczości — młodzieńczości zachowywanej z pewnymi wstrząsami. Sammler znał te wstrząsy. To było zabawne — Sammler dostrzegał u sta­rych kobiet noszących wzorzyste rajstopy, u sta­rych lubieżnych mężczyzn tę drżącą żywotność, z jaką okazywali posłuszeństwo wszechwładne­mu młodzieńczemu stylowi. Potęgi są potęgami —władcy, królowie, bogowie. I oczywiście nikt nie wiedział, kiedy odejść. Nikt nie potrafił rze­czowo i przyzwoicie ułożyć się ze śmiercią.

[…]

Sammler, któremu własna głowa wydawała się mała, skurczona z napięcia, wciąż z zaciśniętymi zębami przyglądał się toreb­ce z lakierowanej skóry, która zwisała splądrowa­na na biodrze kobiety, i stwierdzał, że ta go iry­tuje. Że niczego nie poczuła. Co za idiotka! Mu­si mieć sieczkę w głowie. Zerowy instynkt, zielo­nego pojęcia o Nowym Jorku. Tymczasem męż­czyzna odwrócił się od niej, barczysty, w płasz­czu z wielbłądziej wełny. Ciemne okulary, orygi­nalny model Christiana Diora, potężna szyja oto­czona oficerskim kołnierzykiem, z którego wybu­chał wiśniowy jedwabny krawat. Pod afrykań­skim nosem przystrzyżony wąs. Sammlerowi wy­dawało się, choć stał bardzo nieznacznie pochy­lony w jego stronę, że czuje francuskie perfumy unoszące się znad gorsu płaszcza z wielbłądziej wełny. Czy mężczyzna go wtedy zauważył? Może poszedł za nim do domu? Tego Sammler nie był pewien. Kpił sobie ze splendoru, stylu, kunsztu prze­stępców. Nie byli dla niego bohaterami społecz­nymi. Kilkakrotnie rozmawiał na ten temat z jed­ną ze swoich młodych kuzynek, Angelą Gruner, córką doktora Arnolda Grunera z New Rochel­le, który sprowadził go w 1947 roku do Stanów, wydobywszy z obozu dla przesiedleńców w Salz­burgu. Bo Arnold (Elya) Gruner posiadał euro­pejskie uczucia rodzinne. I przeglądając listy uchodźców w żydowsko-języcznych gazetach, od­nalazł nazwiska Artura i Shuli Sammlerów. Angela, która kilka razy w tygodniu bywała w są­siedztwie Sammlera, gdyż tuż za rogiem mieszkał jej psychiatra, często wpadała z wizytą. Była jed­ną z tych ładnych, namiętnych, bogatych dziew­cząt, które zawsze stanowiły ważną kategorię ludzką i społeczną. Kiepskie wykształcenie. Z li­teratury — głównie francuska. W Sarah Lawren­ce College. I pan Sammler musiał się mocno wy­silać, żeby sobie przypomnieć Balzaka czytanego w 1913 roku w Krakowie. Vautrin, zbiegły prze­stępca. Z galer. Nie, nie pociągała go romantyka bezprawia. Angela wysyłała pienią­dze na fundusze obrony czarnych morderców i gwałcicieli. Była to oczywiście jej sprawa.

[…]

Wujek Sammler miał pełne policzki, cerę niezłą jak na siedemdziesięciolatka, skórę niezbyt po­marszczoną. Po lewej stronie jednak, ślepej stro­nie, przebiegały cienkie, długie bruzdy, jak rysy na pękniętym szkle albo bryle lodu. Odpowiadać nie miało sensu. Wywołałoby to jedynie nową dyskusję, nowe wyjaśnienia. A jed­nak zwracała się do niego inna istota ludzka. Był staroświecki. Grzeczność wymagała udzielenia odpowiedzi. Pomysł, żeby wytworzyć wokół największej zbrodni wieku atmosferę nudy, nie jest banalny. Politycznie, psychologicznie Niemcy mieli ge­nialny pomysł. Banalność była jedynie kamufla­żem. Czy istnieje lepszy sposób, żeby zdjąć z mor­derstwa klątwę, aniżeli sprawiając, by wydawało się zwyczajne, nudne albo błahe? Z przerażającą intuicją polityczną znaleźli sposób na zamasko­wanie sprawy. Intelektualiści tego nie rozumie­ją. Czerpią swoje wyobrażenia o takich rzeczach z literatury. Oczekują nikczemnego bohatera w rodzaju Ryszarda III. Lecz czy sądzisz, że nazi­ści nie wiedzieli, czym jest morderstwo? Wszy­scy (oprócz pewnych sawantek) wiedzą, czym jest morderstwo. To bardzo stara ludzka wiedza. Najlepsi i najczystsi ludzie jak świat światem rozumieli, że życie jest święte. Urągać tej starej prawdzie nie jest banałem. Istniała zmowa prze­ciw świętości życia. Banalność jest przybraną ma­ską bardzo potężnej woli unicestwienia sumienia. Czy taki plan jest błahy? Tylko wówczas, jeśli ludzkie życie jest błahe. Wrogiem tej pani profe­sor jest sama nowoczesna cywilizacja. Niemcami posługuje się jedynie po to, żeby zaatakować dwu­dziesty wiek, żeby go potępić w kategoriach wy­myślonych przez Niemców. Wykorzystując tragi­czną historię dla lansowania szalonych idei wei­marskich intelektualistów.

[…]

Cała stara stęchlizna musi oczywi­ście zostać zdmuchnięta, abyśmy mogli zbliżyć się do natury. Zbliżenie do natury jest konieczne dla utrzymania w równowadze zdobyczy nowo­czesnej Metody. Niemcy byli gigantami tej Me­tody w przemyśle i wojnie. Dla wytchnienia od racjonalności i kalkulacji, maszyn, planów, tech­niki, mieli romantykę, mitomanię, szczególny estetyczny fanatyzm. One również przypomina­ły maszyny — maszyna estetyczna, maszyna filo­zoficzna, maszyna od mitomanii, maszyna kultu­ry. Maszyna w sensie podporządkowania się sy­stemowi. System wymaga przeciętności, nie wiel­kości. System opiera się na pracy. Praca w połą­czeniu ze sztuką jest banałem. Stąd wrażliwość kulturalnych Niemców na wszelką banalność. Banał demaskował zasadę, potęgę Metody oraz ich uległość wobec Metody. Sammler wszystko to dobrze przemyślał. Wyczulony na niebezpie­czeństwo i hańbę wyjaśnień, sam posiadł niezgo­rzej ich sztukę. I nawet w dawnych czasach, w czasach, kiedy był „Brytyjczykiem”, w pięknej epoce lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy mieszkał przy Great Russell Street, kiedy prze­stawał z Maynardem Keynesem, Lyttonem Stracheyem i H.G. Wellsem i wielbił „brytyjskie” poglądy, przed wielkim dokręceniem śruby, ludz­ką fizyką wojny, z jej objętościami, jej próżniami, jej pustkami (tym okresem dynamiki i bezpośred­niego oddziaływania na jednostkę, biologicznie porównywalnym do narodzin), nigdy nie dowie­rzał zbytnio swemu sądowi, gdy chodziło o Niem­ców. Republika weimarska nie pociągała go w żaden sposób. Nie, był jeden wyjątek — podzi­wiał jej Plancków i Einsteinów. I chyba nikogo więcej.

[…]

Według wersji Shuli jej ojciec prowadził z H.G. Wellsem ciągnące się przez kilka lat roz­mowy. Zabrał notatki do Polski w 1939 roku, są­dząc, że znajdzie trochę wolnego czasu na pisa­nie książki wspomnieniowej. Właśnie wtedy kraj ten eksplodował. W gejzerze, który wytrysnął na kilka kilometrów w górę, znajdowały się również zapiski papy. Lecz (ze swoją pamięcią!) ma to wszystko w głowie i wystarczy go tylko zapytać, co Wells mówił mu o Leninie, Stalinie, Mussolinim, Hitlerze, światowym pokoju, energii ato­mowej, jawnej konspiracji, kolonizacji planet —* papa przypomina sobie całe ustępy. Oczywiście musi się koncentrować. Tak długo obracała na wszystkie strony jego przeprowadzkę do Margotte, aż uznała ten pomysł za własny. Wyprowa­dził się, żeby móc się lepiej koncentrować. Mówi, że nie pozostało mu już wiele czasu. Lecz oczywi­ście przesadza. Tak dobrze wygląda. Jest takim urodziwym człowiekiem. Podstarzałe wdowy za­wsze ją o niego pytają. Matka rabina Ipsheimera. Już prędzej babka Ipsheimera. W każdym ra­zie (wciąż według relacji Angeli) Wells przeka­zał Sammlerowi rzeczy, o których świat nie wie. Gdyby je w końcu opublikowano, wywołałyby powszechne zdumienie. Książka miałaby formę dialogów, w rodzaju tych z A.N. Whiteheadem, które Sammler tak bardzo podziwia. Cichym, zachrypniętym głosem, z nutką me­talicznej ironii w tonie, Angela (kobieta piękna na samej granicy wulgarności) mówiła: Ten jej numer z Wellsem jest wspaniały. Czy byłeś z H.G. tak blisko, wujku? Byliśmy dobrymi znajomymi. Ale kumplami? Czy byliście serdecznymi przyjaciółmi? Mhm? Moja droga, pomimo moich lat je­stem człowiekiem nowoczesnej epoki. Nie spoty­ka się już dzisiaj nierozłącznych przyjaciół w ro­dzaju Dawida i Jonatana, Rolanda i Oliwiera. Był bardzo miły w obejściu. Myślę, że on również lu­bił rozmowy ze mną. Jeśli chodzi o jego poglą­dy, to był po prostu kopalnią inteligentnych po­glądów. Wypowiadał ich tyle, ile tylko mógł, i o każdej porze. Wszystko, co mówił, znajdowałem ostatecznie w druku. Był, jak Wolter, grafoma­nem. Miał niezwykle aktywny umysł, uważał, że powinien wszystko wyjaśnić, i rzeczywiście kilka rzeczy świetnie sformułował. Na przykład: „Nau­ka jest umysłem gatunku”. To jest prawda, wiesz? To zasługuje na uwypuklenie bardziej niż inne fakty zbiorowe, jak choroba albo grzech. I kiedy widzę skrzydło odrzutowca, to widzę nie tylko metal, lecz metal zahartowany przez wspólny wy­siłek wielu umysłów znających ciśnienie, pręd­kość i ciężar, wyliczających je na suwaku, czy to w Indiach, czy w Chinach, w Kongo albo Brazy­lii. Tak, w sumie był rozumnym, inteligentnym człowiekiem, zajmującym niewątpliwie właściwe stanowisko w wielu kwestiach.

[…]

Jako gimnazjalista Sammler przetłumaczył kie­dyś ze świętego Augustyna: „Diabeł założył swe miasta na północy”. Często o tym myślał. W Kra­kowie przed pierwszą wojną światową doświad­czył innej tego wersji — rozpaczliwa ciemność, ponure, wodniste, żółte błoto, okrywające kilku­centymetrową warstwą kocie łby żydowskich ulic. Ludzie potrzebowali swoich świec, lamp i mie­dzianych imbryków, plasterków cytryny jako wi­zerunków słońca. W ten sposób odnoszono zwy­cięstwo nad posępnością, zawsze z pomocą śród­ziemnomorskich symboli. Mroczne otoczenie po­konane przez importowane znaki religijne i lokal­ny, rodzimy powab. Bez potęgi północy, jej ko­palń, rzemiosła, świat nigdy by nie osiągnął swej zdumiewającej nowoczesnej postaci. I nie zważa­jąc na Augustyna, Sammler zawsze kochał swe północne miasta, zwłaszcza Londyn, dobrodziej­stwa jego mętnego światła, węglowego dymu, sza­rych deszczów, a także możliwości, jakie otwiera­ło przed człowiekiem, przed jego duchem, mrocz­ne, przytłumione środowisko. Tak układano się z półmrokiem, z przygaszonymi barwami, nie żą­dano pełnej jasności umysłu czy motywu. Lecz osobliwe stwierdzenie Augustyna wymagało te­raz nowej interpretacji. Uważnie przysłuchując się Angeli, Sammler dostrzegał odmienne zjawi­ska. Mozół purytanizmu dobiegał końca. Mrocz­ne szatańskie fabryki zmieniały się w jasne szatań­skie fabryki. Potępieńcy przeistaczali się w dzieci szczęścia, wyzwolone masy Nowego Jorku, Am­sterdamu, Londynu przejmowały zwyczaje sek­sualne seraju i kongijskiego buszu. Stary Samm­ler ze swoimi zbzikowanymi wizjami! Widział narastający triumf Oświecenia — Wolność, Bra­terstwo, Równość, Cudzołóstwo! Oświecenie, po­wszechne nauczanie, powszechne prawo wybor­cze, prawa większości uznawane przez wszystkie rządy, prawa kobiet, prawa dzieci, prawa prze­stępców, potwierdzenie jedności odmiennych ras, ubezpieczenia społeczne, medycyna społeczna, godność osoby ludzkiej, prawo do sprawiedli­wości — walki trzech rewolucyjnych stuleci u- wieńczone sukcesem, podczas gdy feudalne wię­zy Kościoła i rodziny rozluźniły się, a przywile­je arystokracji (bez żadnych obowiązków) upo­wszechniły się, udemokratyzowały, zwłaszcza lu­bieżne przywileje, prawo do zupełnej swobody, spontaniczności, wydalania, czkania, parzenia się we wszystkich pozycjach, w trójkę, we czworo, wielopostaciowe, szlachetne w naturalności, pry­mitywizmie, łączące bezczynność i zmysłową in­wencję Wersalu z porosłą hibiskusem erotycz­ną beztroską Samoa. Do głosu dochodził teraz mroczny romantyzm. Co najmniej tak stary jak dziwny orientalizm templariuszy i zapełniony od tamtego czasu paniami Stanhope, Baudelaire’a- mi, de Nervalami, Stevensonami i Gauguinami.

[…]

Protest w sty­lu bohemy wyrządzał im ogromną krzywdę. Za­sadniczą sprawą wśród zadań i problemów cywili­zacji, myślał pan Sammler, jest to, że pewne ob­szary natury wymagają większej kontroli niż in­ne. Kobiety z natury rzeczy łatwiej popadają w wulgarność, wydzielają więcej zapachów, wyma­gają częstszego mycia, przystrzygania, przewią­zywania, przycinania, pielęgnacji, perfumowania i treningu. Te biedne dzieciaki postanowiły być może wspólnie cuchnąć na znak buntu przeciw spodlonej tradycji, zbudowanej na nerwicy i kłam­stwie, lecz pan Sammler sądził, że nieprzewidzia­nym wynikiem ich stylu życia jest utrata kobieco­ści, szacunku dla własnej osoby. W swej pogar­dzie dla autorytetu nie szanowały już nikogo. Na­wet siebie. Zresztą miał już dość tych lektorów w wielkich zabłoconych buciorach, z ich bezradnym pato­sem witalnym młodych psów z pierwszymi czer­wonymi erekcjami, i z pryszczami wyskakującymi im na policzkach spod spienionych bród — zma­gających się w jego pokoju z trudnymi słowami i myślami, które trzeba im było tłumaczyć, prze­dzierających się z wysiłkiem przez Toynbeego, Freuda, Burckhardta, Spenglera. Bo czytywał historyków cywilizacji — Karola Marksa, Maxa Webera, Maxa Schelera, Franza Oppenheimera. Zbaczając czasem w stronę Adomo, Marcusego, Normana O. Browna, których uznał za pozbawio­nych wartości. Jednocześnie przerabiał Doktora Faustusa, Les Noyers de VAltenburg, Ortegę, eseje Valéry’ego o historii i polityce. Lecz po czte­rech czy pięciu latach takiej diety chciał czytać już tylko pewnych pisarzy religijnych z trzynastego wieku — Suso, Taulera i Mistrza Eckharta. Po przekroczeniu siedemdziesiątki interesowało go już niewiele rzeczy poza Mistrzem Eckhartem i Biblią. Do tego nie potrzebował lektorów. Łaci­nę Eckharta czytywał z mikrofilmu w bibliotece. Czytał kazania i nauki moralne — po kilka zdań na posiedzenie akapit w staroniemieckim umiesz­czony w niewielkiej odległości od sprawnego oka.

[…]

W swym ograni­czonym polu widzenia dostrzegł wielką, rozlaną, kudłatą, różnorodną ludzką masę. Wydzielała przykry zapach, dziwnie jełki, siarczany. Amfi­teatr był zapełniony. Pozostały jedynie miejsca stojące. Czyżby był to jakiś nowy kant Feffera? Czy zamierzał przywłaszczyć sobie pieniądze za wstęp? Sammler stłumił i odrzucił to podejrze­nie, przypisując je zaskoczeniu i nerwowości. Był bowiem zaskoczony, wystraszony. Lecz wziął się w garść. Spróbował rozpocząć żartobliwie, opo­wiadając o prelegencie, który zwracał się do nie­uleczalnych alkoholików w przekonaniu, że mó­wi do członków abstynenckiego Browning Socie- ty. Lecz nikt się nie zaśmiał i Sammler przypom­niał sobie, że Towarzystwo Browninga od dawna już nie istnieje. Na piersi zawieszono mu mikro­fon. Zaczął mówić o klimacie duchowym w An­glii przed drugą wojną światową. O imperialnej awanturze Mussoliniego we wschodniej Afryce. Hiszpanii w 1936 roku. Wielkich czystkach w Ro­sji. Stalinizmie we Francji i Wielkiej Brytanii. Blumie, Daladierze, Froncie Ludowym, Oswal­dzie Mosleyu. Nastrojach wśród angielskich in­telektualistów. Nie potrzebował do tego notatek, z łatwością przypominał sobie, co ludzie mówili i pisali. Przypuszczam — powiedział — że znają państwo ogólne tło, wydarzenia roku 1917. Wie­dzą państwo o zbuntowanych armiach, rewolu­cji lutowej w Rosji, całkowitym załamaniu się au­torytetu. We wszystkich krajach europejskich starzy przywódcy zostali zdyskredytowani przez Verdun, Flandrię i Tannenberg. Może mógłbym rozpocząć od upadku Kiereńskiego. Albo od po­koju w Brześciu nad Bugiem. Podwójny cudzoziemiec, polski oksfordczyk, z nastroszonymi siwymi włosami z tyłu głowy, zmarszczkami wybiegającymi spod przydymio­nych okularów, wyciągał z kieszeni na piersi chu­steczkę, rozkładał ją i składał, dotykał twarzy, wy­cierał dłonie z miękką delikatnością starego czło­wieka. Nie znajdował przyjemności w swoim wy­stąpieniu, nie zachęcała go postawa publiczności (panował spory hałas); pewną satysfakcję sprawia­ło mu jedynie mizerne widmo dumy, jaką jego i je­go żonę napawały niegdyś ich brytyjskie sukcesy. Jego sukces, polskiego Żyda, tak świetnie usto­sunkowanego, tak pochlebnie ocenianego przez śmietankę, przez H.G. Wellsa. Włączono go na przykład wraz z Geraldem Heardem i Olafem Stapledonem do programu Cosmopolis budowy Państwa Światowego i Sammler pisywał artyku­ły do „News of Progress” i tej drugiej publikacji, „The World Citizen”. Jak wyjaśniał głosem, w którym pomimo jego imponującej głębi wciąż jeszcze pobrzmiewały polskie głoski trące i noso­we, program polegał na upowszechnieniu biolo­gii, historii i socjologii oraz praktycznym zasto­sowaniu zasad naukowych do ulepszenia życia ludzkiego; budowie planowego, uporządkowane­go i pięknego społeczeństwa światowego: znoszą­cego suwerenność narodową, zakazującego woj­ny, podporządkowującego pieniądz i kredyt, wy­twarzanie, dystrybucję, transport, zaludnienie, produkcję broni i tak dalej ogólnoświatowej zbio­rowej kontroli, zapewniającego bezpłatne po­wszechne nauczanie, wolność osobistą (dającą się pogodzić z dobrem ogółu) w najwyższym możli­wym zakresie — społeczeństwa na usługach czło­wieka, opartego na racjonalnej, naukowej posta­wie wobec życia.

[…]

Ach, była to arty­styczna rozrywka, jakiej dostarczały panu Sammlerowi ulice, kiedy ożywiło go jakieś silne wra­żenie. Był namiętnym czytelnikiem, był molem książkowym i najlepsi pisarze nauczyli go bawić się obserwacjami. Kiedy wychodził z domu, nie otaczała go pustka. Tymczasem zdecydowani, agresywni, goniący za interesem, zmysłowi lu­dzie zachowywali się tak, jak ludzie normalnie się zachowują. Jeśli większość chodziła jak pod działaniem uroku, lunatycy usidleni, owładnięci przez drobne, neurotyczne, banalne cele, to in­dywidua w rodzaju Sammlera znajdowały się za­ledwie o krok dalej, nastawione nie na osiągnię­cie celu, lecz na estetyczny odbiór otaczającego świata. Nawet kiedy je obrażono, zraniono, kiedy gdzieś krwawiły, nie wybuchały gniewem, nie wydawały okrzyków przygnębienia, lecz przekła­dały cierpienie na język wnikliwej, niemal boles­nej obserwacji. Drobiny unoszone porywistym wiatrem, lecące na południe, uderzały w twarz jak szmergiel. Słońce świeciło, jakby nie istniała śmierć. Było tak przez całą minutę, kiedy posapując ciężko, nadjeżdżał autobus. Potem pan Samm­ler wsiadł i przesunął się jak dobry obywatel do tyłu, z nadzieją, że nie zostanie przepchnięty poza tylne drzwi, gdyż miał do przejechania jedynie piętnaście przecznic, a autobus był przepełniony. Zwykły zapach długo spoczywających na fotelach siedzeń, przepoconych butów, śluzu tytoniowe- go, cygar, wody kolońskiej, pudru. A jednak nad rzeką budziła się wiosna, prześwitywały pierw­sze żółcie i brązy — kilka tygodni słońca, ciepła i Manhattan połączy się (na krótko) z północno­amerykańskim kontynentem w dniu niegdysiej­szej zieleni, aksamitnego przepychu, blasku tej pory roku, lśniącej i połyskującej, dereniowej bieli, różu, kwitnącej dzikiej jabłoni. Wówczas stopy będą ludziom obrzmiewać od ciepła, a pod Centrum Rockefellera spacerowicze będą przy­siadali na wygładzonych kamiennych płytach obok rządków tulipanów i trytonów, nad wodą, w powszechnym nastroju brzemienności. Isto­ty ludzkie w ciepłym cieniu drapaczy chmur, od­czuwające głęboką radość płynącą z ich własnej natury i ulegające jej. Sammler również będzie się cieszył wiosną — jedną z tych przedostatnich. Oczywiście był wzburzony. Bardzo. Oczywiście cała ta gadanina o pokoju brzeskim, wszystkie te stare nowiny o opozycji rewolucyjnych intelek­tualistów wobec niemieckiego kierownictwa woj­skowego były w tym kontekście po prostu śmiesz­ne. Pozbawione związku. Oczywiście ci studenci byli również komiczni. A co było ze wszystkiego najgorsze (poza grubiaństwem)? Istnieją odpo­wiednie sposoby uciszenia starego nudziarza. Bar­dzo możliwe, że ze swoimi wywodami o Cosmopolis, zwłaszcza w trakcie publicznej manifesta­cji, był starym nudziarzem. Najgorsze, z punktu widzenia samych tych młodych ludzi, było to, że zachowywali się bez godności. Nie dostrzegali nobilitacji zawartej w przynależności do inteli­gencji i sędziów porządku społecznego. Jaka szko­da! - myślał stary Sammler. Człowiek ceniący samego siebie dla słusznych powodów nosi w so­bie i zaprowadza wokół siebie porządek, autory­tet. Kiedy wewnętrzne elementy są uporządkowa­ne. Muszą być uporządkowane.

[…]

Dostarczał czegoś nowego. Oczywiście wciąż je­szcze powinno być możliwe poszukiwanie prawdy na drodze wewnętrznej, bez skomplikowanych przygotowań, komputerów, telemetrii, całej tej wiedzy technicznej, nakładów i złożonej organiza­cji, niezbędnych do odbycia podróży na Marsa, Wenus czy na Księżyc. A jednak być może te sa­me ludzkie działania, które nas tak uwięziły, mia­ły nas znowu wypuścić. Siły, które uczyniły Zie­mię zbyt małą, mogły nas uwolnić z zamknięcia. Wedle zasady homeopatycznej. Przez doprowa­dzenie do końca biegu rewolucji purytańskiej, która narzuciła swe panowanie światu material­nemu, oddała całą siłę procesom materialnym, przekształcając i wyczerpując w ten sposób uczu­cia religijne. Albo, według druzgoczącego pod­sumowania Maxa Webera, które Sammler znał na pamięć: „Specjaliści bez ducha, sensualiści bez serca, ta nicość sobie wyobraża, że wzniosła się na poziom cywilizacji nigdy przedtem nie osiągnię­ty”. Może więc nie było innego wyboru, jak tylko brnąć dalej w tym samym kierunku, czekając, aż pozostawiona z tyłu, zlekceważona siła wystrzeli znowu do przodu i odzyska dominację. Być może poprzez coraz pełniejsze porozumienie najlep­szych umysłów, przypominające trochę „jawną konspirację” H. G. Wellsa. Może staruszek (za­stanawiał się Sammler, sam będący teraz starusz­kiem) miał mimo wszystko rację. Odłożył jednak szmaragdowy zeszyt w tekturo­wej okładce, połyskujące złociście zdania V. Go- vindy Lala zapisane sztywną, po edwardiańsku pe­dantyczną hinduską angielszczyzną, by powrócić - w istocie pod wewnętrznym przymusem — do kieszonkowca i rzeczy, którą ten mu pokazał. Co to miało oznaczać? Wywołało to wstrząs. Wstrzą­sy pobudzały świadomość.

[…]

Lubił także parodiować pogrzeby z łaciną i muzyką, Monteverdim, Pergolesim, mszą c-moll Mozarta; śpie­wał falsetem „Et incamatus est”. W pierwszych latach uchodźstwa on i jeszcze jeden Żyd niemie­cki, zatrudniony w domu towarowym Macy’ego, wzajemnie odprawiali za siebie msze, przy czym jeden z nich leżał w skrzyni pakunkowej ze sznur­kami tanich paciorków okręconymi wokół nad­garstków, drugi zaś prowadził nabożeństwo. Bruchowi nadal sprawiało to przyjemność, uwielbiał odgrywać trupa. Sammler dość często to oglądał. Wraz z innymi błazeństwami. Wiece nazistow­skie w Sportpalaście. Bruch używał pustego garn­ka jako rezonatora, trzymał go przy ustach, by uzyskać pogłos, wrzeszczał jak Hitler i przerywał sobie, żeby krzyczeć „Sieg Heil”. Sammlera ni­gdy nie bawiły te wygłupy. Prowadziły wkrótce do wspomnień Brucha z Buchenwaldu. Całej tej strasznej, komicznej, absurdalnej, bezsensownej historii. Jak to ni stąd, ni zowąd, w 1937 roku, zaproponowano więźniom kupno patelni. Setek tysięcy, nowych, prosto z fabryki. Czemu? Bruch kupił ich tyle, ile się dało. Po co? Więźniowie pró­bowali sprzedawać patelnie sobie nawzajem. A potem jakiś człowiek wpadł do latryny. Nikomu nie pozwolono mu pomóc, i utopił się tam, pod­czas gdy inni więźniowie siedzieli bezradnie przy­kucnięci na deskach. Tak, udusił się w odcho­dach!

[…]

Sammler nie przejmował się zbytnio, że zo­stanie zapomniany, zwłaszcza gdy myślał o tych, którzy mieliby go wspominać. Wydawało mu się, że odkrył mizantropię całej idei „najbardziej god­nych pamięci”. Było oczywiście możliwe, że per­spektywa historyczna ułatwiała wyeliminowanie większości przypadków. Innymi słowy, wyrzuce­nie za burtę większości z nas. Lecz oto siedział przed nim Walter Bruch, który przyszedł do jego pokoju, gdyż miał uczucie, że może z nim poroz­mawiać. I przypuszczalnie Walter, kiedy prze­stanie płakać, będzie urażony aluzją do Kraffta-Ebinga, stwierdzeniem, że jego dewiacja nie jest niczym nadzwyczajnym. Wydawało się, że nic tak nie rani jak to, że wyniszcza nas przywara, która nie jest najgorszą przywarą. Przywiodło to Sammlerowi na myśl komiczną relację Kierkegaarda o ludziach, którzy podróżują po świecie, żeby zo­baczyć rzeki i góry, nowe gwiazdy, ptaki o nie­zwykłym upierzeniu, dziwacznie zdeformowane ryby, niedorzeczne rasy ludzkie — turystach od­dających się zwierzęcemu otępieniu, w którym człowiek gapi się na otaczającą go rzeczywistość i wydaje mu się, że coś widział. To nie mogło in­teresować Kierkegaarda. On szukał Rycerza Wia­ry, prawdziwie cudownej istoty. Ta prawdziwie cudowna istota, ułożywszy swe stosunki z tym, co nieskończone, czuła się zupełnie swojsko w skończoności. Zdolna do noszenia klejnotu wiary i do symbolicznej realizacji nieskończoności, nie po­trzebowała w rezultacie niczego poza tym, co skończone i zwyczajne. Podczas gdy inni szukali w świecie niezwykłości. Albo chcieli być tym, na co się gapiono. Sami chcieli być ptakami o nie­zwykłym upierzeniu, dziwacznie zdeformowany­mi rybami, niedorzecznymi rasami ludzkimi.

[…]

Za inny przykład mogłaby posłużyć ostat­nia wystawa Picassa. Angela zabrała go ze sobą na otwarcie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Była to ekshibicja również w sensie czysto seksualnym. Stary Picasso miał dziką obsesję na tle seksualnych szczelin, fallusów. W gorączkowym i zabawnym bólu swego pożegnania tworzył or­gany tysiącami, może nawet dziesiątkami tysię­cy. Linga i joni. Sammler pomyślał, że przywo­łanie sanskryckich słów może tu coś rozjaśnić. Użyczyć perspektywy. Lecz nie mogło to zbyt wiele pomóc w przypadku tak obciążonego tema­tu. A był on bardzo obciążony. Sammler przypo­minał sobie na przykład stwierdzenie Angeli Gruner, które wyrzuciła z siebie po kilku kieliszkach, kiedy się śmiała, była wesoła i najwyraźniej czuła się swobodnie (do granic brutalności) w towa­rzystwie starego wujka Sammlera. „Żydowski umysł, murzyński członek, nordycka uroda — po­wiedziała — oto czego chce kobieta”. Kompleto­wała idealnego mężczyznę. Cóż, miała otwarty kredyt w najelegantszych nowojorskich sklepach i dostęp do wszystkiego, co najlepsze w świecie. Jeśli Pucci nie miał tego, czego chciała, zamawia­ła to u Hermesa. Wszystko, co można kupić za pieniądze, co ma do zaoferowania luksus, co mo­że dać własna uroda, a wyrafinowanie seksualne odwzajemnić. Gdyby zdołała znaleźć idealnego mężczyznę, swą boską syntezę — cóż, była pew­na, iż potrafiłaby sprawić, żeby nie miał czego żałować. Najlepsze nie było dla niej za dobre.

[…]

Dla każdego, kto ma oczy pozwalające mu czytać gazety albo oglądać telewi­zję, dla każdego, kto uczestniczy z innymi w zbio­rowej ekstazie wiadomości, kryzysów, władzy. Każdemu według jego pobudliwości. Lecz może chodziło tu o coś jeszcze głębszego. Ludzkość obserwuje i opisuje samą siebie na zakrętach swego przeznaczenia. Sama jest podmiotem żyją­cym lub tonącym w nocy, sama przedmiotem przeżywającym albo ginącym i odczuwającym w sobie porywy siły i napady paraliżu — gdyż własne namiętności rodzaju ludzkiego są zara­zem jego wielkim widowiskiem, obiektem głębo­kiego i osobliwego uczestnictwa, na wszystkich poziomach, od melodramatu i zwykłego zgiełku aż po najgłębsze pokłady duszy i najsubtelniej­sze obszary milczenia, gdzie spoczywa nie od­kryta wiedza. Ten rodzaj doświadczeń mógł, w opinii pana Sammlera, dostarczyć niektórym ludziom fascynujących możliwości duchowych i umysłowych, lecz po pierwsze ktoś taki musiał­by być nadzwyczaj inteligentny, a ponadto nie­zwykle giętki i przenikliwy. Nie sądził nawet, by on sam spełniał stawiane przez siebie wymagania. Ze względu na wielkie tempo wszystkiego, dzie­sięciolecia, wieki, epoki zagęszczają się do miesięcy, tygodni, dni, a nawet zdań. Tak więc, żeby nadążyć, trzeba biec, pędzić, szybować, lecieć ponad lśniącymi wodami, trzeba umieć dostrzec, co wypada z ludzkiego życia, a co w nim pozosta­je. Nie można być staroświeckim mędrcem sie­dzącym w swoim kącie. Trzeba trenować. Trzeba być dość silnym, żeby się nie przerażać miejsco­wym działaniem przemiany, żyć wśród rozpadu, oszalałych ulic, plugawych koszmarów sennych, zbudzonych do życia potworności, narkomanów, pijaków i zboczeńców, publicznie celebrujących swą rozpacz w centrum miasta. Trzeba umieć znosić splątanie duszy, widok okrutnego rozkła­du. Trzeba mieć cierpliwość dla idiotyzmów wła­dzy, nieuczciwości w świecie interesów.

[…]

Ale nie taki doktor Cosbie. Były gwiazdor ame­rykańskiego futbolu, słynny w Georgii. Jego twarz była ta­jemniczo milcząca i bardzo biała. Górna warga była stroma i wysunięta do przodu. Same usta wąskie i proste. Wydawał się trochę nieprzystęp­ny z rękami złożonymi na plecach. Miał w sobie coś z generała, którego myśli zwrócone są ku za­stępom uwikłanym w krwawą walkę, niewidocz­nym za pobliskim wzgórzem. Cywilnemu natrę­towi, który zbliżał się do niego w tym momencie, nie miał nic do powiedzenia. Jak miewa się doktor Gruner? Jego stan się poprawia. To bardzo dobry pacjent. Doktor Gruner był widziany tak, jak chciał być widziany. Każda sytuacja miała swoją propagan­dę. Demokracja była propagandą. Biorąc począ­tek we władzy, propaganda wkraczała w każdy przejaw życia. Człowiek miał pragnienie, pogląd, przewodnią ideę i rozpowszechniał je. I przyjmo­wały się one, wszyscy mówili o wydarzeniach we właściwy sposób, pod jego wpływem. W tym wy­padku Elya, lekarz, pacjent, oznajmił światu, że jest pacjentem doskonałym. Niewinna słabostka, chłopięca, ale jakie to miało znaczenie? Było w tym coś zastanawiającego.

[…]

Tylko do tego miejsca Sammler był w stanie śledzić rozmowę. Poczekał chwilę przy oknie, obserwując ruch uliczny, kobiety z psami, na smyczy albo bez. Opustoszały dom naprzeciw, przeznaczony do rozbiórki. Wielkie białe iksy na szybach. Na oknie wystawowym pustego sklepu widoczne były dziwne figury albo anty-figury na­malowane grubą białą kreską. Większość boho­mazów nie zasługiwała na uwagę. Te z jakiegoś powodu wydały się panu Sammlerowi znaczące. Wiele mówiące. O czym? O przyszłym niebycie. (Elya!) Lecz również o ogromie wieczności, któ­ra wydźwignie nas z obecnej płycizny. Dzisiaj si­ły, energie, które mogłyby wynieść ludzkość ku górze, ściągały ją w dół. Istniało niewiele środ­ków do realizacji szlachetniejszych celów życia. Strach przed wzniosłością mącił wszystkie umys­ły. Zdolności, wrażenia, wizje, które narastały w ludziach od prapoczątku, być może od momen­tu, gdy materia po raz pierwszy rozbłysła okru­chem świadomości, były w wielkiej mierze zwią­zane z próżnością, negacją i objawiały się jedy­nie w bezkształtnych aluzjach czy symbolach na- bazgranych na oknach sklepów przeznaczonych do likwidacji. Wszyscy oczywiście bali się przy­szłości. Nie śmierci. Nie tej przyszłości. Innej przyszłości, w której dusza skoncentruje się bez reszty na bycie wiecznym. Pan Sammler w to wie­rzył. A na razie można się było tłumaczyć szaleń­stwem. Cały naród, być może cała cywilizowana ludzkość szukała nieskażonego stanu szaleństwa. Uprzywilejowanego, niemal arystokratycznego stanu szaleństwa. Tymczasem przemawiały te grube pętle i szerokie łuki na starym oknie wy­stawowym sklepu krawieckiego. To w Polsce, podczas wojny, zwłaszcza w ciągu trzech lub czterech miesięcy, które spędził ukryty w mauzoleum, Sammler po raz pierwszy zaczął się zwracać ku światu zewnętrznemu w poszuki­waniu dziwnych szyfrów i znaków. Martwe życie tamtego lata i wczesnej jesieni, gdy był obserwa­torem znaków, i to bardzo dziecinnym, gdyż wie­le okazalszych form znaczenia zostało wykorze­nionych i trzeba było interpretować źdźbło sło­my albo nitkę pająka, albo plamę, żuka czy wrób­la. Wszędzie symbole i przesłania metafizyczne.

[…]

Wszystko wydaje się oczywiście ludzkim wy­nalazkiem. Łącznie z szaleństwem. Które może być jeszcze jednym wytworem tej udręczonej wy­nalazczości. Na obecnymi szczeblu ewolucji ludz­kiej stawiano tezy (i Sammler po części pozosta­wał pod ich wpływem), które zawężały wybór do świętości i szaleństwa. Jesteśmy szaleni, jeśli nie jesteśmy święci, święci tylko wówczas, gdy wzno­simy się ponad szaleństwo. Siła ciążenia szaleń­stwa ściąga świętego ku upadkowi. Być może co poniektórzy rozumieją, że to siła codziennego i sprawnego wypełniania swych obowiązków czy­ni z ludzi świętych i bohaterów. Niewielu. Więk­szość oddaje się rojeniom o wznoszeniu się w wyż­sze stany i czuje się akurat dostatecznie szalona, by się do tego kwalifikować.

[…]

Tymczasem również w świadomości Sammle­ra pojawiła się czerwona plama. Być może w związ­ku ze stanem Elyi Grunera. Przybrała ona osob­liwy kształt, olbrzymiej szkarłatnej koperty, jed­wabnej materii wypełniającej niebo, o klapce za­piętej na czarny guzik. Zapytywał siebie, czy tego właśnie mistycy nie określają jako widzenie mandali, i sądził, że wyobrażenie to mogło mu się na­sunąć przez skojarzenie z Govindą, który był Azjatą. Ale on sam, Żyd, niezależnie od tego, jak zbrytanizowany czy zamerykanizowany, rów­nież był Azjatą. Kiedy ostatnim razem odwiedził Izrael, a miało to miejsce całkiem niedawno, za­stanawiał się, jak europejscy są w istocie Żydzi. Kryzys, którego był tam świadkiem, wydobył na światło dzienne pewien głębszy orientalizm. Na­wet wśród niemieckich i holenderskich Żydów, jak sądził. Co się zaś tyczy czarnego guzika, czy był to powidok białego księżyca? Piętnastą Ulicą szedł ciepły wiosenny powiew. Bez i ścieki. Na razie nie było jeszcze bzów, lecz jakiś składnik morderczego gazu był aksamitny i słodki i przypominał kwitnący bez. Wokół pano­wała jakaś miękkość, być może rozkładającej się sadzy albo powietrza, które przeszło przez wiele ludzkich piersi albo zostało spalone w licznych mózgach, albo wypuszczone z równie wielu jelit, i zapadało w człowieka — och, jak głęboko! Od czasu do czasu doznawało się pełnej podziwu albo kapryśnej przyjemności, z pozoru pozbawionej związku, wywołanej przez rdzawy brąz piaskow­ca, chłodne zakątki wśród ciepła. Rozkosz płyną­ca z otoczenia! Przez pewien okres pan Sammler opierał się takim cielesnym wrażeniom — gdy do człowieka niemal komicznie umizga się ulotna i przypadkowa słodycz. Przez całkiem długi czas wydawało mu się, że niekoniecznie jest człowie­kiem. Nie miał w owym czasie zbyt wiele serca 'dla większości stworzeń. Bardzo mało intereso­wał się sobą. Chłodnym pozostawiała go nawet myśl o powrocie do sił. Do czego miałby wracać? Odczuwał niewielki szacunek dla wcześniejszych form samego siebie. Zobojętniały. Jego władza sądzenia niemal wyczerpana. Ale potem, dziesięć lub dwadzieścia lat po wojnie, uświadomił sobie, że to także się zmienia. W ludzkiej scenerii, wraz ze wszystkimi innymi, wśród wydarzeń życia co­dziennego był człowiekiem — i, mówiąc krótko, znów wśliznął się biologizm. Jego niskie sztucz­ki, jego psi urok — psów obwąchujących się pod ogonem. Tak że teraz Sammler naprawdę nie wiedział, jaki mieć do siebie stosunek. Chciał, wraz z Bogiem, być wolny od więzów tego, co zwyczajne i skończone. Być duszą uwolnioną od Natury, od wrażeń i życia codziennego. Na wyda­rzenie się tego z pewnością musi czekać sam Bóg. A człowieka, który został zabity i pogrzebany, nie powinno nic innego interesować. Powinien być całkowicie odosobniony. Eckhart powiedział nie­dwuznacznie, że Bóg kocha odosobnioną czystość i jedność. Samego Boga pociąga odosobniona du­sza.

[…]

Pan Artur Sammler, powiernik nowojorskich ekscentryków, opiekun duchowy zwariowanych mężczyzn i prokreator zwariowanej córki, reje­strator szaleństwa. Wystarczy, że człowiek raz zajmie stanowisko, wykreśli linię końcową, a opa­dają go przeciwieństwa. Opowiedz się za normal­nością, a rzucą się na ciebie dewiacje. Wszystkie postawy są wyszydzane przez swe odwrotności. To właśnie się dzieje, kiedy człowiek zaczyna być wyciągany z odosobnienia z powrotem do uwa­runkowań biologizmu. Odżywają elementy lub aspekty jego wcześniejszego „ja”. Dawny charak­ter domaga się swoich praw, i to czasami w sposób nieprzyjemny, wątły, upokarzający. To wcześ­niejszy Sammler, krakowski i londyński, wysia­dał z autobusu na Columbus Circle, wypełnio­ny głupim pragnieniem ujrzenia czarnego prze­stępcy. Teraz musiał unikać autobusu w obawie przed kolejnym spotkaniem. Został ostrzeżony, wyraźnie pouczony, by nie pokazywał się więcej.

[…]

Luksus nieodczuwania lęku przed przeznacze­niem — tak można by opisać jego stan. Ponieważ Ziemia była teraz w istocie peronem, rampą zała­dowczą, można było myśleć o odjeździe z absolut­nym minimum przerażenia. Nie żeby w ten spo­sób za kogoś innego rozprawiać się z jego przera­żeniem (myślał o Elyi z nacechowanym metalo­wym narzędziem tortur w gardle). Ale sam często czuł się niemal zupełnie od niego wolny. A wkrót­ce wszystko musi się zmienić. Ludzie będą nasta­wiali zegarki według innych słońc niż to. Albo sam czas zniknie. Nie będziemy potrzebować oso­bistych imion w gwiezdnej przyszłości, gdzie nie będzie nic stałego. Będziemy oznaczani innymi rzeczownikami. Dnie i noce staną się ekspona­tami muzealnymi. Ziemia będzie parkiem wspo­mnieniowym, wirującym jak karuzela cmenta­rzem. Morza będą ucierać nasze kości jak kwarc, tworząc piasek, mieląc dla nas nasz spokój przez eony. Tak, to byłoby dobre — na melancholijny sposób dobre.

[…]

Rozpoznał po tych myślach, że przygotowuje się na spotkanie z Govindą Lałem. Może będą rozmawiać o takich rzeczach. Doktor Lal, które­go specjalnością wydawała się być biofizyka i któ­ry mógł, jak większość ekspertów, okazać się wy­zbyty osobowości, dawał, przynajmniej w swoim tekście, dowody głębszej refleksyjności. Bo po każdym fragmencie technicznym snuł rozważa­nia o ludzkich aspektach przyszłych wydarzeń. Wydawał się na przykład dostrzegać, że odkrycie Ameryki obudziło w grzesznym Starym Świecie nadzieje na Nowy Eden. „Wspólna świadomość —      pisał Lal — może się z powodzeniem okazać nową Ameryką. Dostęp do centralnych mecha­nizmów danych może zrodzić nowego Adama”. To, na robieniu czego pan Sammler się przyłapy­wał, leżąc w swoim pokoju, w starym budynku, było jednak bardzo dziwne. Podczas osiadania budynku popękał tynk i wzdłuż tych ukośnych rys Sammler zapisał w myślach pewne twierdze­nia. Według jednego z nich on osobiście stał poza wszelkimi wydarzeniami. Z poczucia uległości, z racji wieku i posiadania dobrych manier czasem stwierdzał, że jest na zewnątrz wszystkiego, że nie jest człowiekiem tego czasu. Nie będąc siłą natury, nie mając w sobie niczego pa­radoksalnego czy demonicznego, nie odczuwał pędu do przebijania się przez maski pozorów. Żadnego „Ja i Wszechświat”. Nie, w swoim oso­bistym ujęciu postrzegał istotę ludzką jako uwa­runkowaną przez inne istoty ludzkie i wiedzącą, że teraźniejsze ustalenia nie są, sub specie aeternitatis [z łac. z punktu widzenia wieczności – przyp. aut.], prawdą, lecz że człowiek powinien zado­walać się taką prawdą, jaką można osiągnąć na drodze kolejnych przybliżeń. Usiłując żyć z nie­skażonym sercem. Z bezinteresowną wielkodusz­nością. Z poczuciem mistycznej potencji ludzko­ści. Ze skłonnością do wiary w archetypy dobro­ci. Pragnienie cnoty nie było przypadkiem.

[…]

O parę kroków od swego „ja” w lustrze naprzeciw. A dla pośredniej warstwy społeczeństwa była zawiść i uwielbienie dla tej potęgi zabijania. Jakże ci Sorele i Maurrasowie z klasy średniej ją wielbili — rękę, która w poczuciu władzy chwytała za nóż. Jakże kochali człowieka dość silnego, by wziąć na siebie winę za przelaną krew. Elita musiała według nich wy­kazać się tą zdolnością do mordowania. Według takich ludzi święty musiał być rozumiany jako ktoś, kto sprosta w duchu palącej tęsknocie za zbrodnią, drzemiącej w najgłębszych zakątkach jego serca. Nadczłowiek poddający się próbie z siekierą, rozłupujący czaszki starych kobiet. Rycerz Wiary zdolny do poderżnięcia gardła swe­mu Izaakowi na ołtarzu Boga. A teraz pogląd, że można odzyskać albo ustanowić własną tożsamość przez zabijanie, stając się przez to równym komu­kolwiek innemu, równym największym. Człowiek żyjący wśród ludzi wie, jak mordować. Patrycjusz. Klasa średnia nie wykształciła niezależnego ko­deksu honorowego. Dlatego nie była odporna na splendor zabójców. Klasie średniej, która nie zdo­łała stworzyć własnego życia duchowego, gdyż inwestowała wszystko w ekspansję materialną, groziła katastrofa. Ponieważ jednocześnie świat doznawał rozczarowania, duchy i demony wypę­dzone z powietrza zostały teraz przyjęte do wnę­trza. Rozum wysprzątał i przystroił dom, lecz ostatnie stadium mogło być gorsze od pierwsze­go. No więc, co zabrałoby się z sobą na Księżyc?

[…]

Nie miało sensu być wraż­liwym obserwatorem, turystą (czy istniał jakiś kraj dość stabilny, by po nim podróżować?), fi­lozoficznym wędrowcem na Broadwayu, badają­cym zjawisko. Zjawisko w jakiś sposób uzyskało świadomość własnej ciekawości i oglądalności. Zdawało sobie sprawę, że jest sceną perwersji, znało własną rozpacz. I strach. Zawarte w nim przerażenie. Tutaj można było zobaczyć duszę Ameryki, zmagającą się z problemami historycz­nymi, walczącą z pewnymi niemożliwościami, doświadczającą w sposób gwałtowny stanów ze swej istoty statycznych. Duszę, która jest urze­czywistniana, lecz sama również usiłuje urzeczy­wistniać, działać. Próbuje budzić zainteresowa­nie. Ta próba budzenia zainteresowania była dla pana Sammlera jedną z przyczyn pogoni za sza­leństwem. Szaleństwo budzi zainteresowanie. Szaleństwo jest usiłowaniem wyzwolenia się lu­dzi, którzy czują się przytłoczeni gigantycznymi siłami zorganizowanej kontroli. Którzy szukają magii skrajności. Szaleństwo jest niską formą ży­cia religijnego. Ale poczekaj — Sammler przestrzegł siebie sa­mego. Nawet to szaleństwo jest w znacznej mie­rze sprawą gry, udawania. Pod spodem utrzymu­je się, i to z wielką mocą, solidne poczucie tego, co jest normalne dla ludzkiego życia. Wypełnia się obowiązki. Podtrzymuje się związki. Jest pra­ca. Ludzie stawiają się do niej. To nadzwyczaj­ne. Przyjeżdżają autobusem do fabryki. Otwie­rają sklep, zamiatają, pakują, myją, naprawiają, obsługują, liczą, czuwają nad komputerami. Co dzień, co noc. I jakkolwiek by byli zbuntowani w głębi duszy, jakkolwiek zrozpaczeni, przerażeni albo zmordowani, zabierają się do swoich zajęć. Jeżdżą w górę i w dół windą, siadają do swoich biurek, za kierownicą, obsługują maszyny. U ta­kiego żywotnego i niespokojnego zwierzęcia, ta­kiego nadwrażliwego, osobliwego zwierzęcia, małpy podatnej na tak wiele chorób, na lęk, nudę, taka dyscyplina, taki dryl, tak silna skłonność do regularności, takie poczucie obowiązku, taki sza­cunek dla porządku (nawet wśród nieporządku) jest również wielką tajemnicą. Och, jest to tajem­nica. Nie można więc tego mylnie brać za totalne szaleństwo. Jedno tylko: zdyscyplinowani niena­widzą niezdyscyplinowanych tak bardzo, że mog­liby ich zamordować. W ten sposób klasa pracują­ca, zdyscyplinowana, jest wielkim rezerwuarem nienawiści. W ten sposób urzędnikowi w okien­ku trudno jest wybaczyć tym, którzy przychodzą i odchodzą, ich pozorną wolność. A biurokrata jest zadowolony, kiedy nieporządni ludzie są za­bijani. Wszyscy zabijani.

[…]

Jeśli mamy wkrótce zakończyć nasze ziemskie urzędowanie ^ a przynajmniej jego pierwszy wielki etap — to lepiej podsumujmy to wszystko. Ale krótko. Najkrócej jak można. Zwięzłe poglądy, na miłość boską! A zatem: szalony gatunek? Tak, być może. Chociaż szaleństwo jest również maskaradą, pro­jekcją głębszego powodu, wynikiem rozpaczy, ja­ką odczuwamy w obliczu nieskończoności i wiecz­ności. Szaleństwo jest diagnozą albo werdyktem niektórych spośród naszych największych leka­rzy i geniuszów oraz ich rozczarowanych człowiekiem umysłów. Ach, człowiek oszołomiony na­głym odrodzeniem się ludzkich sił. I co robić? W kwestii odgrywania ról zobacz na przykład, co zrobił ten wściekły podgrzewacz świata Marks, utrzymujący, że rewolucje były dokonywane w kostiumach historycznych: cromwellczycy jako starotestamentowi prorocy, Francuzi w 1789 odziani w rzymskie szaty. Lecz proletariat, jak mó­wił, twierdził, zapewniał, dokona pierwszej nieprzebieranej rewolucji. Nie będzie potrzebował narkotyku historycznych wspomnień. Ze zwykłej ignorancji, nieznajomości wzorów, po prostu do­kona rzeczy w czystej postaci. Był równie zbzikowany na punkcie oryginalności jak wszyscy inni. A tylko klasa robotnicza była oryginalna. W ten sposób historia miała się oderwać od zwykłej poe­zji. Wówczas życie ludzkości miało uwolnić się od naśladownictwa. Miało być wolne od Sztuki. Och, nie. Nie, nie, nie tak, myślał Sammler. Za­miast tego Sztuka rosła w siłę, i jakiś rodzaj chao­su. Więcej możliwości, więcej aktorów, małp, imitatorów, więcej pomysłów, więcej fikcji, iluzji, więcej fantazji, więcej rozpaczy. Życie okradające Sztukę z jej bogactwa, a także niszczące Sztukę przez swe pragnienie zostania samą rzeczą. Wtła­czające się w obrazy. Rzeczywistość wciskająca samą siebie we wszystkie te kształty. Spójrz tylko (Sammler spojrzał) na tę naśladowczą anarchię ulic — te chińskie bluzy rewolucyjne, te podlotki w uniseksowej krainie zabawek, ci surrealistyczni wodzowie wojenni, woźnice dyliżansów z wester­nu —wśród nich doktorzy filozofii (Sammler ta­kich spotykał, dyskutował z nimi). Poszukiwali oryginalności. W oczywisty sposób byli wtórni. I wobec kogo — Pajutów, Fidela Castro? Nie, wobec hollywoodzkich statystów. Odgrywali sce­ny mityczne. Rzucali się w chaos, mając nadzieję, że przylgną do wyższej świadomości, że zostaną zmyci przez fale na brzegi prawdy. Lepiej, po­myślał Sammler, uznać nieuchronność imitacji, a następnie imitować dobre rzeczy. Starożytni mieli w tym względzie słuszność. Wielkość bez wzorów? Nie do pomyślenia. Nie można być sa­mą rzeczą — Rzeczywistością. Trzeba się zado­wolić symbolami. Uczynić celem imitacji osiąg­nięcie i wyzwolenie najlepszych cech. A zatem zawrzeć pokój z zapośredniczeniami i przedsta­wieniami. Lecz wybierać przedstawienia wyższe­go rzędu. Inaczej człowiek musi być nieudaczni­kiem, jakim się teraz widzi i którym wie, że jest. Pan Sammler, pełen współczucia dla wszystkich i z bólem w sercu.

[…]

Zarów­no USA, jak i ZSRR były dla Sammlera utopij­nymi projektami. Tam, na Wschodzie, kładziono nacisk na dobra pierwszej potrzeby, buty, czapki, spłuczki toaletowe i blaszane wanny dla chłopów i    robotników. Tutaj akcentowano pewne przywileje i radości. Tutaj brodzenie nago w rajskich wodach, i tak dalej. Ale zawsze przyjemność pod­szyta była jakąś rozpaczą, śmierć siedziała w kap­sule zdrowia i kierowała nią, a ciemność mrugała do człowieka ze złotego słońca utopii.

[…]

Zamknął oczy. Westchnął, usuwając z duszy coś złego i wdychając coś dobrego. Nie, dziękuję, Wallace, nie chcę whisky. Wallace nalał sobie. W jaki sposób pozbawiony wiedzy niespecjalista mógł posiadać siłę wystarczającą, by stawić czoło tym technicznym cudom, które czyniły go czymś w rodzaju bezrozumnego dzikusa z Kon­go? Za sprawą wizji, za sprawą archaicznej, przedpiśmiennej wewnętrznej czystości, za spra­wą naturalnej siły stanowiącego szlachetną całość? Dzieci podpalały biblioteki. I wkładały perskie spodnie, zapuszczały bokobrody. To była ich symboliczna całość. Oligarchia techników, inży­nierów, ludzi obsługujących wspaniałe maszyny, nieskończenie bardziej wymyślne niż ten samo­chód, nadejdzie, by rządzić ogromnymi slumsa­mi pełnymi ocyganionych niedorostków, znarkotyzowanych, przystrojonych w kwiaty i stanowią­cych „całość”. Pan Sammler rozumiał, że on sam jest fragmentem. I miał szczęście, że tak było. Pełnia tak samo przerastała jego możliwości, jak wykonanie rolls-royce’a, kawałek po kawałku, własnymi rękami. Więc być może, być może! kolonie na Księżycu zmniejszą tutejszą gorączkę i opuchliznę, a namiętność do nieograniczoności i całości dozna bardziej materialnego uśmierze­nia. Ludzkość, pijana przerażeniem, uspokoi się, otrzeźwieje. Pijana przerażeniem? Tak, i fragmenty (frag­ment taki jak pan Sammler) rozumiały: ta Ziemia jest grobem, nasze życie zostało jej wypożyczone przez jej żywioły i musiało zostać zwrócone: nad­chodził czas, kiedy proste żywioły zdawały się tęsknić za wyzwoleniem ze skomplikowanych form życia, kiedy każdy element każdej komórki mówił: „Dosyć!” Ta planeta była naszą matką i naszym cmentarzem. Nic dziwnego, że duch ludzki pragnął to miejsce opuścić. Opuścić ten płodny brzuch. Opuścić również ten wielki grób. Namiętność do nieskończoności wywołana przez przerażenie, przez timor mortis, wymagała ma­terialnego uśmierzenia. Timor mortis conturbat me. Dies irae. Quid sum miser tunc dicturus. [z łac. Niepokoi mnie starch przed śmiercią. Gniew Boży. Cóż mam nędzarz, ku obronie – wątki z Requiem Mozarta - przyp. aut.].

[…]

Jak gdyby H.G. Wells nie był kimś specjalnym. Może dla ciebie nie, ale dla bardzo wielu ludzi H.G. Wells jest wciąż kimś ważnym i bardzo, bardzo specjalnym. Czekałam, aż ją skończysz i będziesz miał recenzje w gaze­tach. Chciałam zobaczyć w księgarniach fotogra­fię mojego ojca zamiast wszystkich tych tępych twarzy i nieważnych, głupich książek. Brudne klucze do schowków w kopertach. Pan Sammler obejrzał je. Shula była nie tylko irytują­ca i uciążliwa, ale oczywiście również na swój sposób zabawna. Jeśli skrytki zawierały rękopi­sy, a nie pliki papieru w aktówkach. Nie, nie są­dził, aby tak było. Była tylko trochę szalona. Jego biedne dziecko. Istota powołana przez niego do życia, zagubiona w bezładnym, nieograniczonym świecie. W jaki sposób stała się taka? Być może wewnętrzne, intymne, drogie życie — to, czym się jest od najwcześniejszych dni — często popa­da w szaleństwo, kiedy po raz pierwszy dowiadu­je się o śmierci. Muszą tutaj dopomóc siły magicz­ne, ukoić, pocieszyć, a dla kobiety tymi cudownymi siłami są często siły mężczyzny. Jak wów­czas, gdy umierał Antoniusz, Kleopatra krzycza­ła, że nie pozostanie na tym nędznym świecie, który „bez ciebie nie lepszy jest od chlewu”. A dalej? Chlew i co dalej? Przypomniał sobie teraz dokończenie, pasujące do tej nocy. „I nie zostało nic nadzwyczajnego pod wędrującym księży­cem”.

[…]

Człowiek jest zabójcą. Człowiek ma naturę moralną. Anomalię tę można rozwią­zać jedynie poprzez szaleństwo, przez szalone sny, w których rojenia świadomości są podtrzy­mywane przez organizację, w stanach obłąkane­go zatracenia czepiając się form gospodarczej ad­ministracji. Czyniąc z tego „działalność rządową”. Z tego wszystkiego! Ale na tym świecie on, właś­nie on, dobry Boże! miał dostarczać swej po­strzelonej, niezrównoważonej psychicznie córce szczytnych celów! Przy czym oczywiście w oczach Shuli stawał się zbyt delikatny do ziemskiego życia, zbyt zaangażowany w nie dzielone z nikim problemy uniwersalne, które ją wykluczały. I po­przez ekstrawagancję, przez zwierzęce sztuczki aktorskie, przez podkradanie dokumentów, przez głupawe historie z torbami na zakupy, nerwice na tle koszy na śmieci, egzotyczną kuchnię spod znaku zgagi pragnęła go uwikłać i sprowadzić z powrotem, uwiązać i zatrzymać w świecie obok siebie. Ładny świat! I ona także! Ich wzloty byłyby wspólnymi wzlotami. Ona by go wspiera­ła, a on dokonywałby wspaniałych rzeczy w świe­ci e kultury. Gdyż była ona kultumaja. Shula była taka kultumają. Żadne określenie nie było bar­dziej odpowiednie niż to filisterskie rosyjskie słowo: Kultumyj. Mogła padać na kolana i modlić się jak chrześcijanka; mogła robić ojcu ten kawał; mogła się wślizgiwać do ciemnych konfesjonałów; mogła biegać do księdza Roblesa i błagać o chrze­ścijańską ochronę przed jego żydowskim gnie­wem; lecz ze swym zwariowanym nabożeństwem do kultury nie mogłaby być bardziej żydowska.

[…]

To spra­wia, że życie duchowe ludzkości staje się niesterowalne. Ale rozmyślałem o sprawie Wellsa, spra­wie Shawa i o ludziach takich, jak Marks, Jean- -Jacques Rousseau, Marat, Saint-Just, potężnych mówcach, pisarzach, którzy zaczynali bez żad­nego kapitału poza kapitałem duchowym i osiąga­li ogromne wpływy. I o wszystkich innych, drob­nych adwokatach, lektorach, blagierach, pamflecistach, naukowcach amatorach, artystycznych cyganach, librecistach, wróżbitach, szarlatanach, wyrzutkach, klaunach. Obłąkany prowincjonal­ny prokurator żądający głowy króla i otrzymują­cy ją na dodatek. W imieniu ludu. Albo Marks, student, słuchacz uniwersytetu, piszący książ­ki, które podbijają świat. Był naprawdę znako­mitym dziennikarzem i publicystą. Sam byłem dziennikarzem, więc potrafię ocenić jego zdolno­ści. Jak wielu innych dziennikarzy, kompilował rzeczy z rozmaitych artykułów gazetowych, z eu­ropejskiej prasy, lecz kompilował je nadzwyczaj zręcznie, pisząc o Indiach albo o amerykańskiej wojnie domowej, sprawach, o których właściwie nic nie wiedział. Lecz był człowiekiem fantastycz­nie przenikliwym, geniuszem intuicji, potężnym polemistą i retorykiem. Jego ideologiczny haszysz był bardzo skuteczny. Tak czy owak, rozumie pan, co mam na myśli: ludzie stają się autorytatyw­ni, a genialni plebejusze wznoszą się wpierw do szlachectwa, a potem do uniwersalnej chwały, a wszystko dlatego, że mieli to, co wszystkie bied­ne dzieci uzyskują z piśmienności: abecadło, słow­nik, elementarze, klasyków. Aż w końcu, wydo­stawszy się ze swoich slumsów albo drobnomieszczańskich bawialni, zaczęli się zwracać do milio­nów na całym świecie. To są ludzie, którzy ustala­ją pojęcia, którzy kształtują dyskurs, a potem hi­storia przebiega wedle ich słów. Niech pan pomy­śli o wojnach i rewolucjach, w które zostaliśmy wbazgrani.

[…]

Powi­nienem powiedzieć, że pracowałem dla World- Wide Technics w Connecticut. Moje zadania są bardzo intelektualne i teoretyczne, ponieważ do­tyczą porządku w systemach biologicznych, oraz tego, w jaki sposób reprodukują się złożone me­chanizmy. Chociaż niewiele to panu powie, jestem związany z hipotezą bang-bang, zajmującą się wystrzeliwaniem jednoczesnych impulsów, ato­mowymi teoriami przewodnictwa komórkowego. Ponieważ wspomniał pan Rousseau: człowiek mógł urodzić się wolny albo nie. Lecz ja mogę stwierdzić z całą pewnością, że nie istniałby bez swoich łańcuchów atomowych. Mam nadzieję, że podobają się panu moje żarty. Mnie bardzo odpowiada pańskie poczucie humoru. Byłoby przykre, gdyby to nie było wzajemne. Mówię o tamtych strukturach łańcuchowych komórki. Są to problemy porządku, panie Sammler. Cho­ciaż nie jestem w stanie przedstawić pełnego pla­nu. Nie jestem jeszcze tym uniwersalnym geniu­szem. Cha, cha! Mówiąc jednak poważnie, nauki biologiczne znajdują się w stanie nadzwyczajne­go rozwoju. Och, są takie cudowne, takie piękne! Zajmować się nimi jest przywilejem. Ów porzą­dek chemiczny, będący fundamentalną zasadą życia, jest wielkiej urody. O tak, bardzo wielkiej, cóż za wielki przywilej! Przyszło mi do głowy, kiedy mówił pan o czymś innym, że pragnąć żyć bez porządku to pragnąć odwrócić się od funda­mentalnej biologicznej zasady rządzącej. O któ­rej powszechnie się sądzi, że istnieje tylko po to, by nas uwolnić, że jest platformą dla impulsów. Jesteśmy szaleni, czy co? Istota ludzka może się oderwać od porządku, od rządzącej zasady, by wyrazić swój ogromny przywilej absolutnej wol­ności impulsów i braku odpowiedzialności za nie. Fundamentalne zasady biologiczne są jak chłop­stwo, pełna osoba uważa się za księcia. To cigale i fourmi. Mrówka była kiedyś bohaterem, ale te­raz konik polny zajmuje środek sceny. Mój ojciec uczył mnie matematyki i francuskiego. Głównym lękiem w życiu mego ojca było, że jego uczniowie potną brzytwami Encyclopaedia Britannica i za­biorą z sobą jej artykuły, żeby zapoznać się z nimi w domu. Był prostolinijnym człowiekiem. Za je­go sprawą zawsze kochałem literaturę francuską. Najpierw w Kalkucie, a potem w Manchesterze studiowałem ją do czasu, aż dojrzały moje zainte­resowania naukowe. Ale wracając do pańskiego pytania o kosmos. Istnieje oczywiście wiele obiek­cji wobec tych wypraw. Naturalnie wysuwane jest oskarżenie, że są to pieniądze odebrane szko­łom, slumsom i tak dalej. Tak samo jak pieniądze Pentagonu są wydatkowane kosztem poprawy sy­tuacji socjalnej. Co za bzdura! To propaganda biurokratów od nauk społecznych. To on i chęt­nie zagarnęliby fundusze. Poza tym, same pienią­dze niczego jeszcze nie zmieniają, prawda? Myślę, że nie. Amerykanie zawsze byli rozrzutni. To bez wątpienia niedobrze, ale istnieje coś takiego jak owocny gaspillage. Marnotrawstwo może być usprawiedliwione, jeśli zezwala na pomysłowość, oryginalność, przygodę. Niestety, rezultaty są w większości i zwykle skażone zepsuciem, gdyż polegają na czerpaniu nieczystych zysków, orga­nizowaniu rozrywek dla playboyów i zbijaniu re­akcyjnych fortun. Z punktu widzenia Waszyng­tonu wyprawa na Księżyc to niewątpliwie wspa­niałe public relations. To show-biznes.

[…]

Cyrk. Sypanie piaskiem w oczy. Stany Zjednoczone jako największy dostawca rozrywek z gatunku science-fiction. Z punktu widzenia organizato­rów i inżynierów jest to ogromna szansa, lecz nie posiada to wielkiej wartości teoretycznej. Jedno­cześnie coś ważnego wydarza się jednak we wnę­trzu. Dusza z całą pewnością odczuwa wspaniałość tego osiągnięcia. Nieudanie się tam, gdzie można się udać, może hamować rozwój. Sądzę, że dusza to czuje, i dlatego jest to konieczność. Może to sprowadzić nową trzeźwość. Naturalnie techno­logia będzie robiła na umysłach większe wraże­nie niż osobowości. Astronauci mogą się nie wy­dawać tak wielkimi herosami. Raczej czymś w ro­dzaju superszympansów. Zwłaszcza jeśli się pięk­nie nie wysławiają. Lecz w końcu jest to funkcja poetów. Jeśli w ogóle jakąś mają. Lecz nawet technicy, śmiem przypuszczać, dostąpią nobilita­cji. Ale czy zgadza się pan, że powinniśmy wyru­szyć w kosmos? No cóż, dlaczego nie? Do pewnego stopnia tak. Choć nie uważam, by dało się to racjonalnie uzasadnić. Czemu nie? Ja potrafię sobie wyobrazić liczne uzasadnienia. Widzę to jako racjonalną ko­nieczność. Powinien pan był doczytać do koń­ca moją książkę. Wówczas znalazłbym nieodparty dowód? Sammler uśmiechnął się przez przyciemnione okulary, a ślepe oko usiłowało w tym uczestni­czyć. Miał na sobie swój stary czarny, schludny garnitur, jego sztywne i szczupłe ciało było wy­prostowane, a palce, drżące mocno z napięcia, luźno oplatały kolana. Między niezdarnymi, owłosionymi kostkami palców jarzył się papieros (palił zaledwie trzy albo cztery dziennie). Chodzi mi jedynie o to, że zapoznałby się pan z moją argumentacją, którą opieram po czę­ści na historii Stanów Zjednoczonych. Po roku 1776 istniał kontynent otwarty dla ekspansji i przestrzeń ta wchłaniała wszelkie błędy. Oczywiś­cie nie jestem historykiem. Ale jeśli nie moż­na wysuwać śmiałych domysłów, pozostawia się wszystko ekspertom. Europa po 1789 roku nie miała przestrzeni na swoje błędy. Rezultat: woj­ny i rewolucje, przy czym rewolucje kończyły w rękach szaleńców. De Maistre to powiedział. Naprawdę? Nie wiem o nim zbyt wiele. Może wystarczy wiedzieć, że się z tym zga­dza. Rewolucje rzeczywiście kończą w rękach szaleńców. Naturalnie zawsze jest wystarczająco wielu szaleńców do każdego celu. Poza tym, jeśli władza jest dostatecznie potężna, stwarza włas­nych szaleńców przez swoje ciśnienie. Władza z pewnością korumpuje, lecz stwierdzenie to jest po ludzku niekompletne. Czy nie jest zbyt ab­strakcyjne? Tym, co z pewnością należałoby do­dać, jest ta szczególna prawda, że posiadanie wła­dzy niszczy zdrowie psychiczne władców. Pozwa­la, by ich irracjonalne pomysły opuściły sferę snów i wkroczyły do realnego świata. Ale tutaj... niech mi pan wybaczy. Nie jestem psychologiem. Jak pan jednak mówi, człowiek musi mieć prawo do snucia domysłów. Być może to naturalne, że Hindus jest prze­czulony na punkcie nadmiaru ludzi. Kalkuta jest taka przeludniona, taka wybuchowa. Chińczyk byłby podobnie wyczulony. Każdy naród o nie­przeliczonych masach. Jesteśmy teraz stłoczeni, upchnięci, i ludzie muszą czuć, że istnieje wyjście, że potęga intelektualna i talenty ich własnego gatunku stwarzają to wyjście. Zaproszenie do podróży, Baudelaire’owskie pragnienie wydosta­nia się — wydostania się z ludzkich uwarunkowań —         albo tęsknota, by stać się statkiem pijanym albo duszą, której życzeniem jest otworzyć zamknięty wszechświat, są wciąż realne, tyle że impuls nie musi być przypisywany nudzie i pustce życia i że nie musi to być koniecznie podróż śmierci. Prob­lem polega na tym, że jedynie wyszkoleni specja­liści będą mogli odbyć tę wyprawę. Tęskniąca dusza nie może polecieć na mocy doraźnego im­pulsu tylko dlatego, że odczuwa bezgraniczną potrzebę lub pragnienie tego albo że posiada zdolność do cierpienia. Będzie musiała znać inży­nierię i wkładać te dziwaczne skafandry, i znosić krępujące fizjologiczne niedogodności. Być może problem radiacji okaże się nie do pokonania albo w innych światach dotkną nas dziwne choroby. Jednakże istnieje wszechświat, w który możemy się przelać. Najwidoczniej nie możemy się ograni­czyć do jednej planety. Ani odrzucić wyzwania nowego typu doświadczenia. Musimy przyjąć do wiadomości ekstremizm i fanatyzm natury ludz­kiej. Nieskorzystanie ze sposobności sprawiłoby, że ta Ziemia wydawałaby się coraz bardziej wię­zieniem. Gdybyśmy mogli odlecieć i nie zrobili tego, wydalibyśmy na siebie wyrok. Bylibyśmy bardziej niż kiedykolwiek rozdrażnieni życiem. W obecnym stanie rzeczy gatunek pożera sam siebie. A Przyszły Świat jest teraz wprost nad nami i czeka na przyjęcie resztek ostatniej eks­plozji. O wiele lepszy jest Księżyc.

[…]

No cóż, jeśli jesteśmy, jak pan mówi, tego rodzaju istotami, które są zmuszone do robienia tego, do zrobienia czego są zdolne, to wynikało­by stąd, że musimy samych siebie unicestwić. Ale czy nie zależy to od uznania gatunku? Czy mog­libyśmy powiedzieć, że na tym etapie polityka jest wszystkim innym raczej niż czystą biologią? W Rosji, w Chinach i tutaj bardzo pośledni lu­dzie posiadają moc położenia ostatecznego kresu życiu. Ci przedstawiciele — nie przedstawiciele najlepszych, lecz Kalibanowie albo, mówiąc po­tocznie, gnoje — będą decydować za nas wszyst­kich, czy będziemy żyć, czy nie. Człowiek odgry­wa teraz dramat powszechnej śmierci. Czy wszys­cy nie powinni umrzeć jednocześnie, razem, jak gdyby jedną wielką pojedynczą śmiercią, wyraża­jąc swobodnie wszystkie ludzkie namiętności wo­bec własnego fatum? Wielu mówi, że pragnęli­by to skończyć. Oczywiście może to być zwykła retoryka.

[…]

Niech pan weźmie na przykład mój temperament. Wyznam panu, panie Sammler (i jakże jestem zadowolony, że osobliwości pańskiej córki zetknęły nas ze sobą —;- myślę, że zostaniemy przyjaciółmi)... wyznam, że jestem z urodzenia — z urodzenia, rozumie pan — człowiekiem o melancholijnym, depresyjnym usposobieniu. Jako dziecko nie mogłem znieść rozłączenia z matką. Zresztą również z ojcem, który był, jak mówiłem, nauczycielem fran­cuskiego i matematyki. Ani z domem, ani z to­warzyszami zabaw. Kiedy goście musieli wyjść, robiłem potworne sceny. Byłem płaczliwym chłop­czykiem. Każde rozstanie stanowiło taką emocjonalną udrękę, że chorowałem od tego. Musiałem wewnętrznie odczuwać rozłączenie aż po swoje elementarne molekuły i dygotałem w miliardach jąder atomów. Przesada? Być może, drogi panie Sammler, ale od czasu moich wczesnych prac nad biofizyką łożysk naczyniowych (nie będę pana nu­dził szczegółami) byłem przekonany, że natura ma w sobie więcej z artysty niż z inżyniera. Za­chowanie jest poezją, jest metaforycznym porząd­kiem, jest metafizyką. Począwszy od trwających dziesiąte części mikrosekund reakcji mózgowych o wysokiej częstotliwości w sieciach kortykotalamicznych aż po najbardziej banalne zjawiska ekologiczne, wszystko to jest wydrukiem, w taje­mniczym kodzie, wzniosłej metafory. Mówię o moich własnych dziecięcych namiętnościach, a ciało człowieka jest pod względem elektronicz­nym bardziej gęste, niż las tropikalny jest gęsty od organizmów. A wszystkie te istnienia są, co często samo się nasuwa, poematami. Nawet nie usiłuję już przezwyciężyć tego wrażenia uniwer­salnej poezji. Ale wracając do kwestii mojej wła­snej osobowości, widzę teraz, że postawiłem so­bie zadanie utrzymywania dystansu wobec obiek­tów, do których jestem najbardziej przywiąza­ny. Pod tym zaś względem, panie Sammler, kos­mos stanowi przeciwieństwo — dla mnie osobiś­cie emocjonalny biegun. Człowiek rodzi się mię­dzy nogami matki, po czym wytrwale dąży na zewnątrz. Widzieć syderalne archipelagi to jed­no, lecz rzucić się w nie, we wszechświat bez dnia i nocy, otóż to, widzi pan, sprawia, że głębia mo­rza wydaje się znikoma, a lewiatan nie większy od kijanki...

[…]

Wszyscy kartografo­wie powinni lokować Missisipi w tym samym miejscu i unikać oryginalności. To może być nudne, ale człowiek musi wiedzieć, gdzie się znaj­duje. Nie możemy pozwolić Missisipi dla od­miany płynąć w stronę Gór Skalistych. Otóż, jak wszystkim wiadomo, dopiero w ciągu ostat­nich dwóch stuleci większość ludzi w cywilizowa­nych krajach zgłosiło pretensje do przywileju by­cia indywiduami. Uprzednio byli niewolnikami, chłopami, robotnikami, nawet rzemieślnikami, ale nie osobami. Jest jasne, że ta rewolucja, będą­ca pod wieloma względami triumfem prawa — niewolnicy powinni być wolni, mordercza praca powinna się skończyć, dusza powinna mieć swo­bodę — przyniosła również nowe rodzaje zgryzo­ty i cierpienia i, jak dotąd, na najszerszą skalę, nie była pełnym sukcesem. Nie będę nawet mówił o krajach komunistycznych, gdzie nowoczesna rewolucja została w największym stopniu pokrzy­żowana. Dla nas wyniki są potworne. Pomyślmy tylko o naszej części świata. Pogrążyliśmy się głęboko w brzydocie. Jest oszołamiające, jak bar­dzo te nowe indywidua cierpią, ze swoim nowym wolnym czasem i swobodą. Choć niekiedy czuję się zupełnie odcieleśniony, jest we mnie niewiele złości i cała masa współczucia. Często pragnę coś zrobić, lecz niebezpiecznym złudzeniem jest są­dzić, że można uczynić wiele dla więcej niż bardzo nielicznych. Co powinno się zrobić? Może najlepszą rzeczą jest zaprowadzić po­rządek we własnym wnętrzu. To lepsze od tego, co wielu nazywa miłością. Być może - to - właśnie jest miłość.

[…]

Kiedy ja nie chcę. To, co mówiłem... widzi pan, starzeję się. Mówiłem, że to wyzwolenie w indywidualność nie było wielkim sukcesem. Ogromnie interesujące dla historyka, ale przera­żające dla kogoś dostrzegającego cierpienie. Ser­ca nieotrzymujące prawdziwej zapłaty, dusze nieznajdujące pożywienia. Kłamstwa, bez ograni­czeń. Pragnienia, bez ograniczeń. Możliwości, bez ograniczeń. Niemożliwe do spełnienia wyma­gania wobec złożonych rzeczywistości, bez ogra­niczeń. Odrodzenie w dziecinnej i wulgarnej formie starożytnych idei religijnych, tajemnic, oczy­wiście całkowicie nieświadome — to zdumiewają­ce. Orfizm, mitraizm, manicheizm, gnostycyzm. Kiedy moje oko jest w formie, czytuję czasem hasła w Encyklopedii religii i etyki Hastingsa. Pojawia się wiele fascynujących podobieństw. Ale najczęściej można dostrzec osobliwe aktor­stwo, wyszukany i czasami bardzo artystyczny sposób przedstawiania siebie jako indywiduum oraz dziwne pragnienie oryginalności, wyrazi­stości, zainteresowania — tak, zainte­resowania! Dramatyczne wywodzenie siebie z wzorów, połączone z odrzucaniem wzorów. Sta­rożytność akceptowała wzory, średniowiecze rów­nież — nie chcę się na pańskich oczach zmienić w podręcznik historii — lecz człowiek ery nowo­żytnej, być może z powodu kolektywnego modelu życia, jest ogarnięty gorączką oryginalności. Ideą niepowtarzalności duszy. To wspaniała idea. Pra­wdziwa idea. Ale w tych formach? W tych nędz­nych formach? Dobry Boże! Z włosami, ubrania­mi, lekami i kosmetykami, z genitaliami, z podró­żami tam i z powrotem przez zło, potworności i orgie, gdy nawet zbliżenie do Boga następuje poprzez wszeteczeństwa? Jakże przerażona musi być dusza w tym rozgardiaszu, jak niewiele z tego, co naprawdę jest jej drogie, może dostrzec w tych sade’owskich ćwiczeniach. Ale nawet markiz de Sade na swój zwariowany sposób był oświecenio­wym filozofem. Jego głównym celem było bluźnierstwo. Lecz tym, którzy (nieświadomie) stosu­ją zalecane przez niego praktyki, nie chodzi już o bluźnierstwo, lecz raczej o higienę, przyjem­ność, która również jest higieną, oraz czarowne i interesujące życie. Interesujące życie jest najwyższym ideałem tępaków.

[…]

Ale odsuwając to na chwilę na bok, sądzę, że możemy streścić moją myśl w następujący sposób: że wie­lu przedarło się do przodu w nowożytnej histo­rii, po długich epokach bezimienności i gorzkiego zapoznania, by upomnieć się o imię, godność oso­by, życie takie, jakie w przeszłości było jedynie przywilejem szlachty, arystokracji, książąt albo mitycznych bogów, i cieszyć się nimi (tak jak ludzie cieszą się dzisiaj rzeczami). I że to przedar­cie się, jak wszystkie takie wielkie ruchy, sprowa­dziło cierpienie i rozpacz, że jego sukcesy nie są wyraźnie widoczne, lecz że ból serca, jakiego przy­sparza wielu ludziom, jest niezmierzony, że więk­szość form osobistego istnienia wydaje się zdy­skredytowana i że występuje szczególna tęsknota za niebytem. Jak długo nie istnieje życie etyczne i wszystko jest w tak barbarzyński i lekkomyślny sposób przelewane w osobisty gest, trzeba to znosić. A występuje szczególna tęsknota za nieby­tem. Może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że ludzie chcą doświadczyć wszystkich innych stanów istnienia w stanie rozrzedzonej świadomo­ści, nie pragnąc być żadną określoną rzeczą, lecz zamiast tego stać się zdolnymi do nieograniczo­nej przemiany, wchodząc i wychodząc wedle upo­dobania. Czemu mieliby być ludzcy? W większo­ści oferowanych form niewiele jest miejsca dla wielkich sił natury w jednostce, bogatych, szczod­rych sił. W biznesie, w wolnych zawodach, w kla­sie robotniczej, jako członek społeczeństwa, jako mieszkaniec wielkich miast, tych osobliwych ot­chłani, jako istota doświadczająca przymusów, manipulacji, jako ofiara napięć, jako ojciec, mąż oddający przysługę ogółowi przez wykonywanie swej porcji czynności — poszczególny osobnik wydaje się coraz mniej i mniej odczuwać te siły. Dlatego jestem przeświadczony, że chce wziąć rozbrat ze wszystkimi znanymi sobie stanami. Zarzucano chrześcijaninowi, że chce się po­zbyć samego siebie. Ci, którzy wysunęli ten zarzut, nalegali na niego, by dokonał transcendencji poza swe niezadowalające człowieczeństwo. Ale czy transcendencja nie jest takim samym zamętem? Czy ona również nie oznacza pozbywania się isto­ty ludzkiej? No cóż, być może człowiek powinien pozbyć się siebie. Oczywiście. Jeśli może. Lecz ma on w sobie również coś, czego kontynuacja wydaje mu się ważna. Coś, co zasługuje na trwa­nie. Jest to coś, co musi trwać, i wszyscy to wie­my. Duch czuje się oszukany, zhańbiony, splugawiony, zepsuty, rozczłonkowany, zraniony. Wciąż jednak wie to, co wie, i tej wiedzy nie można się pozbyć. Duch wie, że jego wzrost jest prawdzi­wym celem istnienia. Tak mi się wydaje. Poza tym ludzkość nie może być czymś innym. Nie może pozbyć się samej siebie inaczej niż poprzez akt powszechnej autodestrukcji. Ale nie jesteśmy nawet powołani do tego, żeby głosować Tak lub Nie. A ja nie przedstawiłem swoich argumen­tów, bo niczego nie chcę udowodnić. Przedstawi­łem jedynie swoje myśli. Zapytano o nie, a ja chcia­łem je wypowiedzieć. Stwierdziłem, że najlepiej jest być odosobnionym. Nie tak jak mizantropi, którzy odcinają się od świata poprzez osądzanie, lecz poprzez nieosądzanie.

[…]

Przypuszczalnie przez swój powrót spośród zmarłych. Margotte miała wiele do powiedzenia. Nie za­uważyła jego milczenia. Przez swój powrót, zaabsorbowanie tematem, umieraniem, tajemnicą umierania, stanem śmier­ci. Również przez to, że był kiedyś wewnątrz śmierci. Że dano mu łopatę i kazano kopać, że kopał obok swej kopiącej żony. Kiedy opadła z sił, usiłował jej pomóc. Tym kopaniem, nie mó­wieniem, usiłował coś jej przekazać i ją wzmoc­nić. Lecz jak się okazało, przygotował ją na śmierć, nie dzieląc jej z nią. Ona została zabita, nie on. Ona zdała swój egzamin, a on nie. Dół stawał się coraz głębszy, piaszczysta glina i kamienie Pol­ski, ich kraju urodzenia, otworzyły się. Przed chwilą został oślepiony, miał odrętwiałą twarz i nie zdawał sobie sprawy, że krwawi, dopóki nie rozebrał się i nie zobaczył krwi na swoim ubra­niu. Kiedy byli nadzy jak dzieci wprost z łona matki, a dół widocznie dość głęboki, karabiny zaczęły szczekotać, a potem rozległ się inny od­głos — ziemi. Ciężkie opadanie ziemi. Tona, dwie tony, wrzucane do środka. Metaliczny odgłos łopat, zgrzytanie. Co nadzwyczaj osobliwe, pan Sammler zdołał się wydostać na wierzch. Rzadko przychodziło mu do głowy poczytywać to sobie za osiągnięcie. Na czym miało polegać osiągnię­cie? Wygrzebał się na zewnątrz. Gdyby znajdo­wał się na spodzie, udusiłby się. Gdyby nad nim znajdowało się jeszcze pół metra ziemi. Być może inni zostali pogrzebani żywcem w tym dole. Nie było żadnej specjalnej zasługi, żadnych czarów. Było jedynie uniknięcie uduszenia. A gdyby woj­na potrwała parę miesięcy dłużej, zginąłby jak reszta. Żaden Żyd nie uszedłby śmierci.

[…]

Czuję się bardzo niespokojny, Angelo. Istnieją pewne uszkodzone nerwy, które nie odzywają się latami, a potem nagle ożywają, wybuchają ogniem. Teraz płoną, bardzo boleśnie. Chciałbym teraz powiedzieć coś o twoim ojcu, kiedy tu na niego czekamy. Sądząc z pozoru, nie mam wiele wspólnego z Elyą. On jest sentymentalnym człowiekiem. Przywiązuje wagę, przesadną wagę do pielęgnowania pewnych starych uczuć. Należy do starego systemu, do którego ja zawsze byłem nastawiony sceptycznie. Można by zapytać, gdzie jest nowy system? Ale nie musimy się w to zagłębiać. Nigdy nie żywi­łem naturalnej skłonności do ludzi czyniących otwarte deklaracje uczuć. Bycie „Brytyjczykiem” stanowiło jedną z moich słabostek. Chłodny? Ale wciąż cenię sobie pewną powściągliwość. Nie podobał mi się sposób, w jaki Elya zabiegał o względy wszystkich, usiłował nawiązywać kon­takt z ludźmi, podbijając ich serca, wzbudzając ich zainteresowanie, spoufalając się nawet z kelner­kami, laborantkami, manikiurzystkami. Zawsze zbyt łatwo przychodziło mu mówienie „kocham cię”. Wciąż mówił to przy ludziach do twojej matki, wprawiając ją w zakłopotanie. Nie zamie­rzam rozprawiać z tobą o niej. Miała swoje dobre strony. Lecz podobnie jak ja snobowałem się na brytyjskość, ona była niemiecką Żydówką kul­tywującą biały, anglosaski, protestancki styl ży­cia (który zresztą wyszedł już dzisiaj z mody), a ja to wyraźnie dostrzegałem. Zamierzała nadać ogładę twemu ojcu, który był Ostjude. To on miał być tym bezpośrednim, tym z sercem. Czy tak nie było? Więc twemu ojcu wyznaczono zada­nie bycia bezpośrednim. Twoja matka dokładnie przykroiła mu pracę. Myślę, że łatwiej byłoby kochać twierdzenie geometryczne niż twoją bied­ną matkę.

[…]

Zjechali windą, szara kobieta i pan Sammler, poszli dolnymi korytarzami o nakrapianej posadzce, tunelami, w górę i w dół pochylniami, obok laboratoriów i magazynów. Cóż, ta sławetna praw­da, której tak bardzo pragnął, miał ją teraz, albo ona miała jego. Czuł, że jest niszczony — to, co z niego pozostało. Płakał w duchu. Szedł swoim zwykłym szybkim, posuwistym krokiem, czeka­jąc na przecięciach korytarzy na eskortującą go pielęgniarkę. W poruszającym się powietrzu, prze­siąkniętym zapachem cielesności, choroby, le­ków. Czuł, że się rozpada, że nieregularne wiel­kie fragmenty w jego wnętrzu topnieją, iskrzą się bólem, odpływają w dal. Tak, Elya odszedł. Zno­wu został czegoś pozbawiony, okradziony z jesz­cze jednej istoty. Zniknął jeszcze jeden powód, by żyć. Na chwilę stracił oddech. Potem dogoni­ła go kobieta. Kolejne setki metrów w tych krę­tych podziemiach pachnących surowicą, organi­czną zupą, grzybem, odwarem komórkowym. Pielęgniarka odebrała kapelusz Sammlera i po­wiedziała: — Tam. — Na drzwiach widniały li­tery: PM. To musiało oznaczać post mortem. Byli gotowi wykonać sekcję, kiedy tylko Angela podpisze dokumenty. A ona je oczywiście pod­pisze. Dowiedzmy się, co poszło nie tak. A po­tem kremacja. Zobaczyć doktora Grunera. Gdzie? Strażnik wskazał wózek, na którym leżał Elya. Sammler odsłonił jego twarz. Nozdrza, bruzdy na skórze były bardzo ciemne, zamknięte oczy blade i pełne, łysa głowa pocięta poziomicami zmarszczek. Na ustach rozgoryczenie mieszało się z wyrazem posłuszeństwa. Sammler wyszeptał w myślach: „Ach, Elya. Ach, ach, Elya”. A potem w ten sam sposób po­wiedział: „Pamiętaj, Boże, o duszy Elyi Gruñe­ra, który tak chętnie, jak to było możliwe, i tak dobrze, jak potrafił, i aż do granic wytrzymało­ści, nawet dusząc się i nawet kiedy zbliżała się śmierć, usiłował, być może nawet dziecinnie (niech mi to będzie wybaczone), nawet z pewną służalczością, robić to, czego od niego wymaga­no. W swoich najlepszych chwilach był człowie­kiem o wiele większej dobroci, niż ja w swoich najlepszych byłem lub mogłem być. Miał świado­mość, że musi dotrzymać, i dotrzymał — w ca­łym zamęcie i niegodnym błazeństwie tego życia, przez które pędzimy — dotrzymał warunków swej umowy. Warunków, o których w najgłęb­szych pokładach serca wie każdy człowiek. Bo taka właśnie jest prawda — że wszyscy wiemy, Boże, że wiemy, że wiemy, wiemy, wiemy”.

Saul Bellow, Planeta Pana Sammlera

Introwertyczno-filozoficzna powieść Saula Bellowa, amerykańskiego pisarza i noblisty żydowskiego pochodzenia przenosi nas znowu w niby serce Ameryki Północnej, czyli do Nowego Yorku, na Manhattan, a zasadniczo w lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte ubiegłego stulecia. U schyłku swego życia Artur Sammler, polski emigrant dokonuje rozrachunku z własnym życiem i snuje a kiedy indziej artykułuje swoje marzenia o „lepszej” niezbrutalizowanej zwierzęco ludzkości zdolnej do założenia nowego „gniazda” na sąsiedniej wobec Ziemi srebrzystej planecie. W podówczas modnej egzystencjalistycznej pozie intelektualnej jego tkliwy humanizm sięga o niebo wyżej, gdzie nie ma już żadnych sufitów…  



powrót ››