11.03.2023

« Qu’est-ce que cela prouve »
(z fr. czego to dowodzi?)
„Człowiek musiał się nauczyć rozróżniać.
Rozróżniać, rozróżniać i jeszcze raz rozróżniać.
Ważne było rozróżnianie, a nie wyjaśnianie.”
[…]
Wkrótce po świcie albo czymś, co na normalnym niebie byłoby świtem, pan Artur Sammler przyjrzał się uważnie spod krzaczastej brwi książkom i papierom w swej sypialni na West Side, podejrzewając mocno, że są to niewłaściwe książki, niewłaściwe papiery. W zasadzie nie miało to większego znaczenia dla człowieka po siedemdziesiątce, swobodnie rozporządzającego czasem. Trzeba mieć bzika, żeby się upierać przy posiadaniu we wszystkim racji. To, czy się ma rację, jest w dużej mierze sprawą wyjaśnień. Człowiek ery intelektu stał się istotą wyjaśniającą. Ojcowie dzieciom, żony mężom, mówcy słuchaczom, specjaliści laikom, koledzy kolegom, lekarze pacjentom, człowiek własnej duszy — wyjaśniają. Korzenie tego, przyczyny czegoś innego, źródła wydarzeń, historię, strukturę, powody. I zwykle wszystko to jednym uchem wlatuje, drugim wypada. Dusza chce, czego chce. Ma własną przyrodzoną wiedzę. Siedzi nieszczęśliwa na rusztowaniach wyjaśnień, biedny ptak, który nie wie, dokąd polecieć. Oko zamknęło się na chwilę. Holenderska harówka, przemknęło Sammlerowi przez myśl, pompować i pompować, żeby utrzymać kilka akrów suchego lądu. Wdzierające się morze jako metafora mnożących się faktów i wrażeń. Bo ziemia jest ziemią idei.
[…]
Autobusy były znośne, metro go zabijało. Czy musi zrezygnować z autobusu? Wtykał nos w nie swoje sprawy, czego siedemdziesięciolatek w Nowym Jorku nie powinien robić. Wiecznym problemem pana Sammlera było to, że zapominał o swoim wieku, niewłaściwie oceniał swą sytuację, on, którego nie chroniła tutaj żadna pozycja, żadne dystansujące go przywileje — członkostwo klubu, taksówki, portierzy, strzeżone wejścia — jakie zapewniało w Nowym Jorku pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznego dochodu. Dla niego były autobusy albo zgrzytliwe metro, lunch w samoobsługowym barze. Żadnych powodów do poważniejszych narzekań, lecz jego „angielskie” lata, dwie dekady w roli korespondenta warszawskich gazet i czasopism w Londynie, wyrobiły w nim postawę niezbyt przydatną dla uchodźcy na Manhattanie. Przywykł do sposobu wysławiania się stosownego w oksfordzkim pokoju profesorskim, miał twarz czytelnika z biblioteki Muzeum Brytyjskiego. Przed pierwszą wojną światową, jako uczeń w Krakowie, Sammler zakochał się w Anglii. Bzdurę tę w dużej mierze wybito mu do tej pory z głowy. Przemyślał na nowo cały problem anglofilstwa, snując sceptyczne rozważania o Salvadorze de Madariaga, Mario Prazie, Andre Maurois i pułkowniku Bramble. Rozpoznał zjawisko. A jednak, w obliczu eleganckiego łotra, którego widział przy opróżnianiu torebki — torebka wciąż jeszcze zwisała otwarta — przybrał angielską pozę. Sucha, zadbana, niedostępna twarz oznajmiała, że nie przekroczono niczyich granic, zadowalano się własnymi sprawami. Lecz wysoko, pod pachami pana Sammlera, panowało dotkliwe gorąco, wilgoć; wisząc na skórzanym uchwycie, oblepiony ciałami, czuł na sobie ich ciężar i składał na nich swój własny, podczas gdy grube opony zataczały potężny zakręt przy Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy z pomrukiem ślamazarnej siły. Istotnie sprawiał wrażenie, jakby nie znał swojego wieku ani nie wiedział, w jakim punkcie życia się znajduje. Widoczne to było w jego chodzie. Na ulicy był szybki, napięty, nieobliczalnie zwinny i zuchwały, posiwiałe włosy falowały mu na karku. Przechodząc przez jezdnię, podnosił zwinięty parasol, wskazując samochodom, autobusom, pędzącym ciężarówkom i sunącym na niego taksówkom drogę, którą zamierzał pójść. Mogły go nawet przejechać, lecz on nie potrafił zmienić swego zwyczaju chodzenia na oślep.
[…]
Pan Sammler mełł kawę w kwadratowym młynku, kręcąc korbką między długimi kolanami w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Codzienne obowiązki wypełniał ze szczególną nieporadną pedanterią. W Polsce, Francji, Anglii za jego czasów studenci, młodzi panicze, nie mieli styczności z kuchnią. Teraz wykonywał czynności, które niegdyś należały do kucharek i służących. Wykonywał je z pewną kapłańską sztywnością. Jakby w uznaniu społecznego upadku. Historycznej ruiny. Przemiany społecznej. Nie miało to nic wspólnego z osobistym upokorzeniem. Wyzbył się tych przesądów w czasie wojny w Polsce — zupełnie się wyzbył, zwłaszcza idiotycznego bólu z powodu utraty przywilejów klasowych. Na ile to było możliwe przy jednym oku, cerował sobie skarpetki, przyszywał guziki, szorował zlew, wiosną spryskiwał wełniane kalesony środkiem antymolowym. Były oczywiście i panie: jego córka Shula, jego siostrzenica (poprzez małżeństwo) Margotte Arkin, u której mieszkał. Pomagały mu, kiedy im to przyszło do głowy. Czasem pomagały dość znacznie, lecz nie na stałe, nie było to zasadą. Prace bieżące załatwiał sam. Być może stanowiło to nawet część jego młodzieńczości — młodzieńczości zachowywanej z pewnymi wstrząsami. Sammler znał te wstrząsy. To było zabawne — Sammler dostrzegał u starych kobiet noszących wzorzyste rajstopy, u starych lubieżnych mężczyzn tę drżącą żywotność, z jaką okazywali posłuszeństwo wszechwładnemu młodzieńczemu stylowi. Potęgi są potęgami —władcy, królowie, bogowie. I oczywiście nikt nie wiedział, kiedy odejść. Nikt nie potrafił rzeczowo i przyzwoicie ułożyć się ze śmiercią.
[…]
Sammler, któremu własna głowa wydawała się mała, skurczona z napięcia, wciąż z zaciśniętymi zębami przyglądał się torebce z lakierowanej skóry, która zwisała splądrowana na biodrze kobiety, i stwierdzał, że ta go irytuje. Że niczego nie poczuła. Co za idiotka! Musi mieć sieczkę w głowie. Zerowy instynkt, zielonego pojęcia o Nowym Jorku. Tymczasem mężczyzna odwrócił się od niej, barczysty, w płaszczu z wielbłądziej wełny. Ciemne okulary, oryginalny model Christiana Diora, potężna szyja otoczona oficerskim kołnierzykiem, z którego wybuchał wiśniowy jedwabny krawat. Pod afrykańskim nosem przystrzyżony wąs. Sammlerowi wydawało się, choć stał bardzo nieznacznie pochylony w jego stronę, że czuje francuskie perfumy unoszące się znad gorsu płaszcza z wielbłądziej wełny. Czy mężczyzna go wtedy zauważył? Może poszedł za nim do domu? Tego Sammler nie był pewien. Kpił sobie ze splendoru, stylu, kunsztu przestępców. Nie byli dla niego bohaterami społecznymi. Kilkakrotnie rozmawiał na ten temat z jedną ze swoich młodych kuzynek, Angelą Gruner, córką doktora Arnolda Grunera z New Rochelle, który sprowadził go w 1947 roku do Stanów, wydobywszy z obozu dla przesiedleńców w Salzburgu. Bo Arnold (Elya) Gruner posiadał europejskie uczucia rodzinne. I przeglądając listy uchodźców w żydowsko-języcznych gazetach, odnalazł nazwiska Artura i Shuli Sammlerów. Angela, która kilka razy w tygodniu bywała w sąsiedztwie Sammlera, gdyż tuż za rogiem mieszkał jej psychiatra, często wpadała z wizytą. Była jedną z tych ładnych, namiętnych, bogatych dziewcząt, które zawsze stanowiły ważną kategorię ludzką i społeczną. Kiepskie wykształcenie. Z literatury — głównie francuska. W Sarah Lawrence College. I pan Sammler musiał się mocno wysilać, żeby sobie przypomnieć Balzaka czytanego w 1913 roku w Krakowie. Vautrin, zbiegły przestępca. Z galer. Nie, nie pociągała go romantyka bezprawia. Angela wysyłała pieniądze na fundusze obrony czarnych morderców i gwałcicieli. Była to oczywiście jej sprawa.
[…]
Wujek Sammler miał pełne policzki, cerę niezłą jak na siedemdziesięciolatka, skórę niezbyt pomarszczoną. Po lewej stronie jednak, ślepej stronie, przebiegały cienkie, długie bruzdy, jak rysy na pękniętym szkle albo bryle lodu. Odpowiadać nie miało sensu. Wywołałoby to jedynie nową dyskusję, nowe wyjaśnienia. A jednak zwracała się do niego inna istota ludzka. Był staroświecki. Grzeczność wymagała udzielenia odpowiedzi. Pomysł, żeby wytworzyć wokół największej zbrodni wieku atmosferę nudy, nie jest banalny. Politycznie, psychologicznie Niemcy mieli genialny pomysł. Banalność była jedynie kamuflażem. Czy istnieje lepszy sposób, żeby zdjąć z morderstwa klątwę, aniżeli sprawiając, by wydawało się zwyczajne, nudne albo błahe? Z przerażającą intuicją polityczną znaleźli sposób na zamaskowanie sprawy. Intelektualiści tego nie rozumieją. Czerpią swoje wyobrażenia o takich rzeczach z literatury. Oczekują nikczemnego bohatera w rodzaju Ryszarda III. Lecz czy sądzisz, że naziści nie wiedzieli, czym jest morderstwo? Wszyscy (oprócz pewnych sawantek) wiedzą, czym jest morderstwo. To bardzo stara ludzka wiedza. Najlepsi i najczystsi ludzie jak świat światem rozumieli, że życie jest święte. Urągać tej starej prawdzie nie jest banałem. Istniała zmowa przeciw świętości życia. Banalność jest przybraną maską bardzo potężnej woli unicestwienia sumienia. Czy taki plan jest błahy? Tylko wówczas, jeśli ludzkie życie jest błahe. Wrogiem tej pani profesor jest sama nowoczesna cywilizacja. Niemcami posługuje się jedynie po to, żeby zaatakować dwudziesty wiek, żeby go potępić w kategoriach wymyślonych przez Niemców. Wykorzystując tragiczną historię dla lansowania szalonych idei weimarskich intelektualistów.
[…]
Cała stara stęchlizna musi oczywiście zostać zdmuchnięta, abyśmy mogli zbliżyć się do natury. Zbliżenie do natury jest konieczne dla utrzymania w równowadze zdobyczy nowoczesnej Metody. Niemcy byli gigantami tej Metody w przemyśle i wojnie. Dla wytchnienia od racjonalności i kalkulacji, maszyn, planów, techniki, mieli romantykę, mitomanię, szczególny estetyczny fanatyzm. One również przypominały maszyny — maszyna estetyczna, maszyna filozoficzna, maszyna od mitomanii, maszyna kultury. Maszyna w sensie podporządkowania się systemowi. System wymaga przeciętności, nie wielkości. System opiera się na pracy. Praca w połączeniu ze sztuką jest banałem. Stąd wrażliwość kulturalnych Niemców na wszelką banalność. Banał demaskował zasadę, potęgę Metody oraz ich uległość wobec Metody. Sammler wszystko to dobrze przemyślał. Wyczulony na niebezpieczeństwo i hańbę wyjaśnień, sam posiadł niezgorzej ich sztukę. I nawet w dawnych czasach, w czasach, kiedy był „Brytyjczykiem”, w pięknej epoce lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy mieszkał przy Great Russell Street, kiedy przestawał z Maynardem Keynesem, Lyttonem Stracheyem i H.G. Wellsem i wielbił „brytyjskie” poglądy, przed wielkim dokręceniem śruby, ludzką fizyką wojny, z jej objętościami, jej próżniami, jej pustkami (tym okresem dynamiki i bezpośredniego oddziaływania na jednostkę, biologicznie porównywalnym do narodzin), nigdy nie dowierzał zbytnio swemu sądowi, gdy chodziło o Niemców. Republika weimarska nie pociągała go w żaden sposób. Nie, był jeden wyjątek — podziwiał jej Plancków i Einsteinów. I chyba nikogo więcej.
[…]
Według wersji Shuli jej ojciec prowadził z H.G. Wellsem ciągnące się przez kilka lat rozmowy. Zabrał notatki do Polski w 1939 roku, sądząc, że znajdzie trochę wolnego czasu na pisanie książki wspomnieniowej. Właśnie wtedy kraj ten eksplodował. W gejzerze, który wytrysnął na kilka kilometrów w górę, znajdowały się również zapiski papy. Lecz (ze swoją pamięcią!) ma to wszystko w głowie i wystarczy go tylko zapytać, co Wells mówił mu o Leninie, Stalinie, Mussolinim, Hitlerze, światowym pokoju, energii atomowej, jawnej konspiracji, kolonizacji planet —* papa przypomina sobie całe ustępy. Oczywiście musi się koncentrować. Tak długo obracała na wszystkie strony jego przeprowadzkę do Margotte, aż uznała ten pomysł za własny. Wyprowadził się, żeby móc się lepiej koncentrować. Mówi, że nie pozostało mu już wiele czasu. Lecz oczywiście przesadza. Tak dobrze wygląda. Jest takim urodziwym człowiekiem. Podstarzałe wdowy zawsze ją o niego pytają. Matka rabina Ipsheimera. Już prędzej babka Ipsheimera. W każdym razie (wciąż według relacji Angeli) Wells przekazał Sammlerowi rzeczy, o których świat nie wie. Gdyby je w końcu opublikowano, wywołałyby powszechne zdumienie. Książka miałaby formę dialogów, w rodzaju tych z A.N. Whiteheadem, które Sammler tak bardzo podziwia. Cichym, zachrypniętym głosem, z nutką metalicznej ironii w tonie, Angela (kobieta piękna na samej granicy wulgarności) mówiła: Ten jej numer z Wellsem jest wspaniały. Czy byłeś z H.G. tak blisko, wujku? Byliśmy dobrymi znajomymi. Ale kumplami? Czy byliście serdecznymi przyjaciółmi? Mhm? Moja droga, pomimo moich lat jestem człowiekiem nowoczesnej epoki. Nie spotyka się już dzisiaj nierozłącznych przyjaciół w rodzaju Dawida i Jonatana, Rolanda i Oliwiera. Był bardzo miły w obejściu. Myślę, że on również lubił rozmowy ze mną. Jeśli chodzi o jego poglądy, to był po prostu kopalnią inteligentnych poglądów. Wypowiadał ich tyle, ile tylko mógł, i o każdej porze. Wszystko, co mówił, znajdowałem ostatecznie w druku. Był, jak Wolter, grafomanem. Miał niezwykle aktywny umysł, uważał, że powinien wszystko wyjaśnić, i rzeczywiście kilka rzeczy świetnie sformułował. Na przykład: „Nauka jest umysłem gatunku”. To jest prawda, wiesz? To zasługuje na uwypuklenie bardziej niż inne fakty zbiorowe, jak choroba albo grzech. I kiedy widzę skrzydło odrzutowca, to widzę nie tylko metal, lecz metal zahartowany przez wspólny wysiłek wielu umysłów znających ciśnienie, prędkość i ciężar, wyliczających je na suwaku, czy to w Indiach, czy w Chinach, w Kongo albo Brazylii. Tak, w sumie był rozumnym, inteligentnym człowiekiem, zajmującym niewątpliwie właściwe stanowisko w wielu kwestiach.
[…]
Jako gimnazjalista Sammler przetłumaczył kiedyś ze świętego Augustyna: „Diabeł założył swe miasta na północy”. Często o tym myślał. W Krakowie przed pierwszą wojną światową doświadczył innej tego wersji — rozpaczliwa ciemność, ponure, wodniste, żółte błoto, okrywające kilkucentymetrową warstwą kocie łby żydowskich ulic. Ludzie potrzebowali swoich świec, lamp i miedzianych imbryków, plasterków cytryny jako wizerunków słońca. W ten sposób odnoszono zwycięstwo nad posępnością, zawsze z pomocą śródziemnomorskich symboli. Mroczne otoczenie pokonane przez importowane znaki religijne i lokalny, rodzimy powab. Bez potęgi północy, jej kopalń, rzemiosła, świat nigdy by nie osiągnął swej zdumiewającej nowoczesnej postaci. I nie zważając na Augustyna, Sammler zawsze kochał swe północne miasta, zwłaszcza Londyn, dobrodziejstwa jego mętnego światła, węglowego dymu, szarych deszczów, a także możliwości, jakie otwierało przed człowiekiem, przed jego duchem, mroczne, przytłumione środowisko. Tak układano się z półmrokiem, z przygaszonymi barwami, nie żądano pełnej jasności umysłu czy motywu. Lecz osobliwe stwierdzenie Augustyna wymagało teraz nowej interpretacji. Uważnie przysłuchując się Angeli, Sammler dostrzegał odmienne zjawiska. Mozół purytanizmu dobiegał końca. Mroczne szatańskie fabryki zmieniały się w jasne szatańskie fabryki. Potępieńcy przeistaczali się w dzieci szczęścia, wyzwolone masy Nowego Jorku, Amsterdamu, Londynu przejmowały zwyczaje seksualne seraju i kongijskiego buszu. Stary Sammler ze swoimi zbzikowanymi wizjami! Widział narastający triumf Oświecenia — Wolność, Braterstwo, Równość, Cudzołóstwo! Oświecenie, powszechne nauczanie, powszechne prawo wyborcze, prawa większości uznawane przez wszystkie rządy, prawa kobiet, prawa dzieci, prawa przestępców, potwierdzenie jedności odmiennych ras, ubezpieczenia społeczne, medycyna społeczna, godność osoby ludzkiej, prawo do sprawiedliwości — walki trzech rewolucyjnych stuleci u- wieńczone sukcesem, podczas gdy feudalne więzy Kościoła i rodziny rozluźniły się, a przywileje arystokracji (bez żadnych obowiązków) upowszechniły się, udemokratyzowały, zwłaszcza lubieżne przywileje, prawo do zupełnej swobody, spontaniczności, wydalania, czkania, parzenia się we wszystkich pozycjach, w trójkę, we czworo, wielopostaciowe, szlachetne w naturalności, prymitywizmie, łączące bezczynność i zmysłową inwencję Wersalu z porosłą hibiskusem erotyczną beztroską Samoa. Do głosu dochodził teraz mroczny romantyzm. Co najmniej tak stary jak dziwny orientalizm templariuszy i zapełniony od tamtego czasu paniami Stanhope, Baudelaire’a- mi, de Nervalami, Stevensonami i Gauguinami.
[…]
Protest w stylu bohemy wyrządzał im ogromną krzywdę. Zasadniczą sprawą wśród zadań i problemów cywilizacji, myślał pan Sammler, jest to, że pewne obszary natury wymagają większej kontroli niż inne. Kobiety z natury rzeczy łatwiej popadają w wulgarność, wydzielają więcej zapachów, wymagają częstszego mycia, przystrzygania, przewiązywania, przycinania, pielęgnacji, perfumowania i treningu. Te biedne dzieciaki postanowiły być może wspólnie cuchnąć na znak buntu przeciw spodlonej tradycji, zbudowanej na nerwicy i kłamstwie, lecz pan Sammler sądził, że nieprzewidzianym wynikiem ich stylu życia jest utrata kobiecości, szacunku dla własnej osoby. W swej pogardzie dla autorytetu nie szanowały już nikogo. Nawet siebie. Zresztą miał już dość tych lektorów w wielkich zabłoconych buciorach, z ich bezradnym patosem witalnym młodych psów z pierwszymi czerwonymi erekcjami, i z pryszczami wyskakującymi im na policzkach spod spienionych bród — zmagających się w jego pokoju z trudnymi słowami i myślami, które trzeba im było tłumaczyć, przedzierających się z wysiłkiem przez Toynbeego, Freuda, Burckhardta, Spenglera. Bo czytywał historyków cywilizacji — Karola Marksa, Maxa Webera, Maxa Schelera, Franza Oppenheimera. Zbaczając czasem w stronę Adomo, Marcusego, Normana O. Browna, których uznał za pozbawionych wartości. Jednocześnie przerabiał Doktora Faustusa, Les Noyers de VAltenburg, Ortegę, eseje Valéry’ego o historii i polityce. Lecz po czterech czy pięciu latach takiej diety chciał czytać już tylko pewnych pisarzy religijnych z trzynastego wieku — Suso, Taulera i Mistrza Eckharta. Po przekroczeniu siedemdziesiątki interesowało go już niewiele rzeczy poza Mistrzem Eckhartem i Biblią. Do tego nie potrzebował lektorów. Łacinę Eckharta czytywał z mikrofilmu w bibliotece. Czytał kazania i nauki moralne — po kilka zdań na posiedzenie akapit w staroniemieckim umieszczony w niewielkiej odległości od sprawnego oka.
[…]
W swym ograniczonym polu widzenia dostrzegł wielką, rozlaną, kudłatą, różnorodną ludzką masę. Wydzielała przykry zapach, dziwnie jełki, siarczany. Amfiteatr był zapełniony. Pozostały jedynie miejsca stojące. Czyżby był to jakiś nowy kant Feffera? Czy zamierzał przywłaszczyć sobie pieniądze za wstęp? Sammler stłumił i odrzucił to podejrzenie, przypisując je zaskoczeniu i nerwowości. Był bowiem zaskoczony, wystraszony. Lecz wziął się w garść. Spróbował rozpocząć żartobliwie, opowiadając o prelegencie, który zwracał się do nieuleczalnych alkoholików w przekonaniu, że mówi do członków abstynenckiego Browning Socie- ty. Lecz nikt się nie zaśmiał i Sammler przypomniał sobie, że Towarzystwo Browninga od dawna już nie istnieje. Na piersi zawieszono mu mikrofon. Zaczął mówić o klimacie duchowym w Anglii przed drugą wojną światową. O imperialnej awanturze Mussoliniego we wschodniej Afryce. Hiszpanii w 1936 roku. Wielkich czystkach w Rosji. Stalinizmie we Francji i Wielkiej Brytanii. Blumie, Daladierze, Froncie Ludowym, Oswaldzie Mosleyu. Nastrojach wśród angielskich intelektualistów. Nie potrzebował do tego notatek, z łatwością przypominał sobie, co ludzie mówili i pisali. Przypuszczam — powiedział — że znają państwo ogólne tło, wydarzenia roku 1917. Wiedzą państwo o zbuntowanych armiach, rewolucji lutowej w Rosji, całkowitym załamaniu się autorytetu. We wszystkich krajach europejskich starzy przywódcy zostali zdyskredytowani przez Verdun, Flandrię i Tannenberg. Może mógłbym rozpocząć od upadku Kiereńskiego. Albo od pokoju w Brześciu nad Bugiem. Podwójny cudzoziemiec, polski oksfordczyk, z nastroszonymi siwymi włosami z tyłu głowy, zmarszczkami wybiegającymi spod przydymionych okularów, wyciągał z kieszeni na piersi chusteczkę, rozkładał ją i składał, dotykał twarzy, wycierał dłonie z miękką delikatnością starego człowieka. Nie znajdował przyjemności w swoim wystąpieniu, nie zachęcała go postawa publiczności (panował spory hałas); pewną satysfakcję sprawiało mu jedynie mizerne widmo dumy, jaką jego i jego żonę napawały niegdyś ich brytyjskie sukcesy. Jego sukces, polskiego Żyda, tak świetnie ustosunkowanego, tak pochlebnie ocenianego przez śmietankę, przez H.G. Wellsa. Włączono go na przykład wraz z Geraldem Heardem i Olafem Stapledonem do programu Cosmopolis budowy Państwa Światowego i Sammler pisywał artykuły do „News of Progress” i tej drugiej publikacji, „The World Citizen”. Jak wyjaśniał głosem, w którym pomimo jego imponującej głębi wciąż jeszcze pobrzmiewały polskie głoski trące i nosowe, program polegał na upowszechnieniu biologii, historii i socjologii oraz praktycznym zastosowaniu zasad naukowych do ulepszenia życia ludzkiego; budowie planowego, uporządkowanego i pięknego społeczeństwa światowego: znoszącego suwerenność narodową, zakazującego wojny, podporządkowującego pieniądz i kredyt, wytwarzanie, dystrybucję, transport, zaludnienie, produkcję broni i tak dalej ogólnoświatowej zbiorowej kontroli, zapewniającego bezpłatne powszechne nauczanie, wolność osobistą (dającą się pogodzić z dobrem ogółu) w najwyższym możliwym zakresie — społeczeństwa na usługach człowieka, opartego na racjonalnej, naukowej postawie wobec życia.
[…]
Ach, była to artystyczna rozrywka, jakiej dostarczały panu Sammlerowi ulice, kiedy ożywiło go jakieś silne wrażenie. Był namiętnym czytelnikiem, był molem książkowym i najlepsi pisarze nauczyli go bawić się obserwacjami. Kiedy wychodził z domu, nie otaczała go pustka. Tymczasem zdecydowani, agresywni, goniący za interesem, zmysłowi ludzie zachowywali się tak, jak ludzie normalnie się zachowują. Jeśli większość chodziła jak pod działaniem uroku, lunatycy usidleni, owładnięci przez drobne, neurotyczne, banalne cele, to indywidua w rodzaju Sammlera znajdowały się zaledwie o krok dalej, nastawione nie na osiągnięcie celu, lecz na estetyczny odbiór otaczającego świata. Nawet kiedy je obrażono, zraniono, kiedy gdzieś krwawiły, nie wybuchały gniewem, nie wydawały okrzyków przygnębienia, lecz przekładały cierpienie na język wnikliwej, niemal bolesnej obserwacji. Drobiny unoszone porywistym wiatrem, lecące na południe, uderzały w twarz jak szmergiel. Słońce świeciło, jakby nie istniała śmierć. Było tak przez całą minutę, kiedy posapując ciężko, nadjeżdżał autobus. Potem pan Sammler wsiadł i przesunął się jak dobry obywatel do tyłu, z nadzieją, że nie zostanie przepchnięty poza tylne drzwi, gdyż miał do przejechania jedynie piętnaście przecznic, a autobus był przepełniony. Zwykły zapach długo spoczywających na fotelach siedzeń, przepoconych butów, śluzu tytoniowe- go, cygar, wody kolońskiej, pudru. A jednak nad rzeką budziła się wiosna, prześwitywały pierwsze żółcie i brązy — kilka tygodni słońca, ciepła i Manhattan połączy się (na krótko) z północnoamerykańskim kontynentem w dniu niegdysiejszej zieleni, aksamitnego przepychu, blasku tej pory roku, lśniącej i połyskującej, dereniowej bieli, różu, kwitnącej dzikiej jabłoni. Wówczas stopy będą ludziom obrzmiewać od ciepła, a pod Centrum Rockefellera spacerowicze będą przysiadali na wygładzonych kamiennych płytach obok rządków tulipanów i trytonów, nad wodą, w powszechnym nastroju brzemienności. Istoty ludzkie w ciepłym cieniu drapaczy chmur, odczuwające głęboką radość płynącą z ich własnej natury i ulegające jej. Sammler również będzie się cieszył wiosną — jedną z tych przedostatnich. Oczywiście był wzburzony. Bardzo. Oczywiście cała ta gadanina o pokoju brzeskim, wszystkie te stare nowiny o opozycji rewolucyjnych intelektualistów wobec niemieckiego kierownictwa wojskowego były w tym kontekście po prostu śmieszne. Pozbawione związku. Oczywiście ci studenci byli również komiczni. A co było ze wszystkiego najgorsze (poza grubiaństwem)? Istnieją odpowiednie sposoby uciszenia starego nudziarza. Bardzo możliwe, że ze swoimi wywodami o Cosmopolis, zwłaszcza w trakcie publicznej manifestacji, był starym nudziarzem. Najgorsze, z punktu widzenia samych tych młodych ludzi, było to, że zachowywali się bez godności. Nie dostrzegali nobilitacji zawartej w przynależności do inteligencji i sędziów porządku społecznego. Jaka szkoda! - myślał stary Sammler. Człowiek ceniący samego siebie dla słusznych powodów nosi w sobie i zaprowadza wokół siebie porządek, autorytet. Kiedy wewnętrzne elementy są uporządkowane. Muszą być uporządkowane.
[…]
Dostarczał czegoś nowego. Oczywiście wciąż jeszcze powinno być możliwe poszukiwanie prawdy na drodze wewnętrznej, bez skomplikowanych przygotowań, komputerów, telemetrii, całej tej wiedzy technicznej, nakładów i złożonej organizacji, niezbędnych do odbycia podróży na Marsa, Wenus czy na Księżyc. A jednak być może te same ludzkie działania, które nas tak uwięziły, miały nas znowu wypuścić. Siły, które uczyniły Ziemię zbyt małą, mogły nas uwolnić z zamknięcia. Wedle zasady homeopatycznej. Przez doprowadzenie do końca biegu rewolucji purytańskiej, która narzuciła swe panowanie światu materialnemu, oddała całą siłę procesom materialnym, przekształcając i wyczerpując w ten sposób uczucia religijne. Albo, według druzgoczącego podsumowania Maxa Webera, które Sammler znał na pamięć: „Specjaliści bez ducha, sensualiści bez serca, ta nicość sobie wyobraża, że wzniosła się na poziom cywilizacji nigdy przedtem nie osiągnięty”. Może więc nie było innego wyboru, jak tylko brnąć dalej w tym samym kierunku, czekając, aż pozostawiona z tyłu, zlekceważona siła wystrzeli znowu do przodu i odzyska dominację. Być może poprzez coraz pełniejsze porozumienie najlepszych umysłów, przypominające trochę „jawną konspirację” H. G. Wellsa. Może staruszek (zastanawiał się Sammler, sam będący teraz staruszkiem) miał mimo wszystko rację. Odłożył jednak szmaragdowy zeszyt w tekturowej okładce, połyskujące złociście zdania V. Go- vindy Lala zapisane sztywną, po edwardiańsku pedantyczną hinduską angielszczyzną, by powrócić - w istocie pod wewnętrznym przymusem — do kieszonkowca i rzeczy, którą ten mu pokazał. Co to miało oznaczać? Wywołało to wstrząs. Wstrząsy pobudzały świadomość.
[…]
Lubił także parodiować pogrzeby z łaciną i muzyką, Monteverdim, Pergolesim, mszą c-moll Mozarta; śpiewał falsetem „Et incamatus est”. W pierwszych latach uchodźstwa on i jeszcze jeden Żyd niemiecki, zatrudniony w domu towarowym Macy’ego, wzajemnie odprawiali za siebie msze, przy czym jeden z nich leżał w skrzyni pakunkowej ze sznurkami tanich paciorków okręconymi wokół nadgarstków, drugi zaś prowadził nabożeństwo. Bruchowi nadal sprawiało to przyjemność, uwielbiał odgrywać trupa. Sammler dość często to oglądał. Wraz z innymi błazeństwami. Wiece nazistowskie w Sportpalaście. Bruch używał pustego garnka jako rezonatora, trzymał go przy ustach, by uzyskać pogłos, wrzeszczał jak Hitler i przerywał sobie, żeby krzyczeć „Sieg Heil”. Sammlera nigdy nie bawiły te wygłupy. Prowadziły wkrótce do wspomnień Brucha z Buchenwaldu. Całej tej strasznej, komicznej, absurdalnej, bezsensownej historii. Jak to ni stąd, ni zowąd, w 1937 roku, zaproponowano więźniom kupno patelni. Setek tysięcy, nowych, prosto z fabryki. Czemu? Bruch kupił ich tyle, ile się dało. Po co? Więźniowie próbowali sprzedawać patelnie sobie nawzajem. A potem jakiś człowiek wpadł do latryny. Nikomu nie pozwolono mu pomóc, i utopił się tam, podczas gdy inni więźniowie siedzieli bezradnie przykucnięci na deskach. Tak, udusił się w odchodach!
[…]
Sammler nie przejmował się zbytnio, że zostanie zapomniany, zwłaszcza gdy myślał o tych, którzy mieliby go wspominać. Wydawało mu się, że odkrył mizantropię całej idei „najbardziej godnych pamięci”. Było oczywiście możliwe, że perspektywa historyczna ułatwiała wyeliminowanie większości przypadków. Innymi słowy, wyrzucenie za burtę większości z nas. Lecz oto siedział przed nim Walter Bruch, który przyszedł do jego pokoju, gdyż miał uczucie, że może z nim porozmawiać. I przypuszczalnie Walter, kiedy przestanie płakać, będzie urażony aluzją do Kraffta-Ebinga, stwierdzeniem, że jego dewiacja nie jest niczym nadzwyczajnym. Wydawało się, że nic tak nie rani jak to, że wyniszcza nas przywara, która nie jest najgorszą przywarą. Przywiodło to Sammlerowi na myśl komiczną relację Kierkegaarda o ludziach, którzy podróżują po świecie, żeby zobaczyć rzeki i góry, nowe gwiazdy, ptaki o niezwykłym upierzeniu, dziwacznie zdeformowane ryby, niedorzeczne rasy ludzkie — turystach oddających się zwierzęcemu otępieniu, w którym człowiek gapi się na otaczającą go rzeczywistość i wydaje mu się, że coś widział. To nie mogło interesować Kierkegaarda. On szukał Rycerza Wiary, prawdziwie cudownej istoty. Ta prawdziwie cudowna istota, ułożywszy swe stosunki z tym, co nieskończone, czuła się zupełnie swojsko w skończoności. Zdolna do noszenia klejnotu wiary i do symbolicznej realizacji nieskończoności, nie potrzebowała w rezultacie niczego poza tym, co skończone i zwyczajne. Podczas gdy inni szukali w świecie niezwykłości. Albo chcieli być tym, na co się gapiono. Sami chcieli być ptakami o niezwykłym upierzeniu, dziwacznie zdeformowanymi rybami, niedorzecznymi rasami ludzkimi.
[…]
Za inny przykład mogłaby posłużyć ostatnia wystawa Picassa. Angela zabrała go ze sobą na otwarcie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Była to ekshibicja również w sensie czysto seksualnym. Stary Picasso miał dziką obsesję na tle seksualnych szczelin, fallusów. W gorączkowym i zabawnym bólu swego pożegnania tworzył organy tysiącami, może nawet dziesiątkami tysięcy. Linga i joni. Sammler pomyślał, że przywołanie sanskryckich słów może tu coś rozjaśnić. Użyczyć perspektywy. Lecz nie mogło to zbyt wiele pomóc w przypadku tak obciążonego tematu. A był on bardzo obciążony. Sammler przypominał sobie na przykład stwierdzenie Angeli Gruner, które wyrzuciła z siebie po kilku kieliszkach, kiedy się śmiała, była wesoła i najwyraźniej czuła się swobodnie (do granic brutalności) w towarzystwie starego wujka Sammlera. „Żydowski umysł, murzyński członek, nordycka uroda — powiedziała — oto czego chce kobieta”. Kompletowała idealnego mężczyznę. Cóż, miała otwarty kredyt w najelegantszych nowojorskich sklepach i dostęp do wszystkiego, co najlepsze w świecie. Jeśli Pucci nie miał tego, czego chciała, zamawiała to u Hermesa. Wszystko, co można kupić za pieniądze, co ma do zaoferowania luksus, co może dać własna uroda, a wyrafinowanie seksualne odwzajemnić. Gdyby zdołała znaleźć idealnego mężczyznę, swą boską syntezę — cóż, była pewna, iż potrafiłaby sprawić, żeby nie miał czego żałować. Najlepsze nie było dla niej za dobre.
[…]
Dla każdego, kto ma oczy pozwalające mu czytać gazety albo oglądać telewizję, dla każdego, kto uczestniczy z innymi w zbiorowej ekstazie wiadomości, kryzysów, władzy. Każdemu według jego pobudliwości. Lecz może chodziło tu o coś jeszcze głębszego. Ludzkość obserwuje i opisuje samą siebie na zakrętach swego przeznaczenia. Sama jest podmiotem żyjącym lub tonącym w nocy, sama przedmiotem przeżywającym albo ginącym i odczuwającym w sobie porywy siły i napady paraliżu — gdyż własne namiętności rodzaju ludzkiego są zarazem jego wielkim widowiskiem, obiektem głębokiego i osobliwego uczestnictwa, na wszystkich poziomach, od melodramatu i zwykłego zgiełku aż po najgłębsze pokłady duszy i najsubtelniejsze obszary milczenia, gdzie spoczywa nie odkryta wiedza. Ten rodzaj doświadczeń mógł, w opinii pana Sammlera, dostarczyć niektórym ludziom fascynujących możliwości duchowych i umysłowych, lecz po pierwsze ktoś taki musiałby być nadzwyczaj inteligentny, a ponadto niezwykle giętki i przenikliwy. Nie sądził nawet, by on sam spełniał stawiane przez siebie wymagania. Ze względu na wielkie tempo wszystkiego, dziesięciolecia, wieki, epoki zagęszczają się do miesięcy, tygodni, dni, a nawet zdań. Tak więc, żeby nadążyć, trzeba biec, pędzić, szybować, lecieć ponad lśniącymi wodami, trzeba umieć dostrzec, co wypada z ludzkiego życia, a co w nim pozostaje. Nie można być staroświeckim mędrcem siedzącym w swoim kącie. Trzeba trenować. Trzeba być dość silnym, żeby się nie przerażać miejscowym działaniem przemiany, żyć wśród rozpadu, oszalałych ulic, plugawych koszmarów sennych, zbudzonych do życia potworności, narkomanów, pijaków i zboczeńców, publicznie celebrujących swą rozpacz w centrum miasta. Trzeba umieć znosić splątanie duszy, widok okrutnego rozkładu. Trzeba mieć cierpliwość dla idiotyzmów władzy, nieuczciwości w świecie interesów.
[…]
Ale nie taki doktor Cosbie. Były gwiazdor amerykańskiego futbolu, słynny w Georgii. Jego twarz była tajemniczo milcząca i bardzo biała. Górna warga była stroma i wysunięta do przodu. Same usta wąskie i proste. Wydawał się trochę nieprzystępny z rękami złożonymi na plecach. Miał w sobie coś z generała, którego myśli zwrócone są ku zastępom uwikłanym w krwawą walkę, niewidocznym za pobliskim wzgórzem. Cywilnemu natrętowi, który zbliżał się do niego w tym momencie, nie miał nic do powiedzenia. Jak miewa się doktor Gruner? Jego stan się poprawia. To bardzo dobry pacjent. Doktor Gruner był widziany tak, jak chciał być widziany. Każda sytuacja miała swoją propagandę. Demokracja była propagandą. Biorąc początek we władzy, propaganda wkraczała w każdy przejaw życia. Człowiek miał pragnienie, pogląd, przewodnią ideę i rozpowszechniał je. I przyjmowały się one, wszyscy mówili o wydarzeniach we właściwy sposób, pod jego wpływem. W tym wypadku Elya, lekarz, pacjent, oznajmił światu, że jest pacjentem doskonałym. Niewinna słabostka, chłopięca, ale jakie to miało znaczenie? Było w tym coś zastanawiającego.
[…]
Tylko do tego miejsca Sammler był w stanie śledzić rozmowę. Poczekał chwilę przy oknie, obserwując ruch uliczny, kobiety z psami, na smyczy albo bez. Opustoszały dom naprzeciw, przeznaczony do rozbiórki. Wielkie białe iksy na szybach. Na oknie wystawowym pustego sklepu widoczne były dziwne figury albo anty-figury namalowane grubą białą kreską. Większość bohomazów nie zasługiwała na uwagę. Te z jakiegoś powodu wydały się panu Sammlerowi znaczące. Wiele mówiące. O czym? O przyszłym niebycie. (Elya!) Lecz również o ogromie wieczności, która wydźwignie nas z obecnej płycizny. Dzisiaj siły, energie, które mogłyby wynieść ludzkość ku górze, ściągały ją w dół. Istniało niewiele środków do realizacji szlachetniejszych celów życia. Strach przed wzniosłością mącił wszystkie umysły. Zdolności, wrażenia, wizje, które narastały w ludziach od prapoczątku, być może od momentu, gdy materia po raz pierwszy rozbłysła okruchem świadomości, były w wielkiej mierze związane z próżnością, negacją i objawiały się jedynie w bezkształtnych aluzjach czy symbolach na- bazgranych na oknach sklepów przeznaczonych do likwidacji. Wszyscy oczywiście bali się przyszłości. Nie śmierci. Nie tej przyszłości. Innej przyszłości, w której dusza skoncentruje się bez reszty na bycie wiecznym. Pan Sammler w to wierzył. A na razie można się było tłumaczyć szaleństwem. Cały naród, być może cała cywilizowana ludzkość szukała nieskażonego stanu szaleństwa. Uprzywilejowanego, niemal arystokratycznego stanu szaleństwa. Tymczasem przemawiały te grube pętle i szerokie łuki na starym oknie wystawowym sklepu krawieckiego. To w Polsce, podczas wojny, zwłaszcza w ciągu trzech lub czterech miesięcy, które spędził ukryty w mauzoleum, Sammler po raz pierwszy zaczął się zwracać ku światu zewnętrznemu w poszukiwaniu dziwnych szyfrów i znaków. Martwe życie tamtego lata i wczesnej jesieni, gdy był obserwatorem znaków, i to bardzo dziecinnym, gdyż wiele okazalszych form znaczenia zostało wykorzenionych i trzeba było interpretować źdźbło słomy albo nitkę pająka, albo plamę, żuka czy wróbla. Wszędzie symbole i przesłania metafizyczne.
[…]
Wszystko wydaje się oczywiście ludzkim wynalazkiem. Łącznie z szaleństwem. Które może być jeszcze jednym wytworem tej udręczonej wynalazczości. Na obecnymi szczeblu ewolucji ludzkiej stawiano tezy (i Sammler po części pozostawał pod ich wpływem), które zawężały wybór do świętości i szaleństwa. Jesteśmy szaleni, jeśli nie jesteśmy święci, święci tylko wówczas, gdy wznosimy się ponad szaleństwo. Siła ciążenia szaleństwa ściąga świętego ku upadkowi. Być może co poniektórzy rozumieją, że to siła codziennego i sprawnego wypełniania swych obowiązków czyni z ludzi świętych i bohaterów. Niewielu. Większość oddaje się rojeniom o wznoszeniu się w wyższe stany i czuje się akurat dostatecznie szalona, by się do tego kwalifikować.
[…]
Tymczasem również w świadomości Sammlera pojawiła się czerwona plama. Być może w związku ze stanem Elyi Grunera. Przybrała ona osobliwy kształt, olbrzymiej szkarłatnej koperty, jedwabnej materii wypełniającej niebo, o klapce zapiętej na czarny guzik. Zapytywał siebie, czy tego właśnie mistycy nie określają jako widzenie mandali, i sądził, że wyobrażenie to mogło mu się nasunąć przez skojarzenie z Govindą, który był Azjatą. Ale on sam, Żyd, niezależnie od tego, jak zbrytanizowany czy zamerykanizowany, również był Azjatą. Kiedy ostatnim razem odwiedził Izrael, a miało to miejsce całkiem niedawno, zastanawiał się, jak europejscy są w istocie Żydzi. Kryzys, którego był tam świadkiem, wydobył na światło dzienne pewien głębszy orientalizm. Nawet wśród niemieckich i holenderskich Żydów, jak sądził. Co się zaś tyczy czarnego guzika, czy był to powidok białego księżyca? Piętnastą Ulicą szedł ciepły wiosenny powiew. Bez i ścieki. Na razie nie było jeszcze bzów, lecz jakiś składnik morderczego gazu był aksamitny i słodki i przypominał kwitnący bez. Wokół panowała jakaś miękkość, być może rozkładającej się sadzy albo powietrza, które przeszło przez wiele ludzkich piersi albo zostało spalone w licznych mózgach, albo wypuszczone z równie wielu jelit, i zapadało w człowieka — och, jak głęboko! Od czasu do czasu doznawało się pełnej podziwu albo kapryśnej przyjemności, z pozoru pozbawionej związku, wywołanej przez rdzawy brąz piaskowca, chłodne zakątki wśród ciepła. Rozkosz płynąca z otoczenia! Przez pewien okres pan Sammler opierał się takim cielesnym wrażeniom — gdy do człowieka niemal komicznie umizga się ulotna i przypadkowa słodycz. Przez całkiem długi czas wydawało mu się, że niekoniecznie jest człowiekiem. Nie miał w owym czasie zbyt wiele serca 'dla większości stworzeń. Bardzo mało interesował się sobą. Chłodnym pozostawiała go nawet myśl o powrocie do sił. Do czego miałby wracać? Odczuwał niewielki szacunek dla wcześniejszych form samego siebie. Zobojętniały. Jego władza sądzenia niemal wyczerpana. Ale potem, dziesięć lub dwadzieścia lat po wojnie, uświadomił sobie, że to także się zmienia. W ludzkiej scenerii, wraz ze wszystkimi innymi, wśród wydarzeń życia codziennego był człowiekiem — i, mówiąc krótko, znów wśliznął się biologizm. Jego niskie sztuczki, jego psi urok — psów obwąchujących się pod ogonem. Tak że teraz Sammler naprawdę nie wiedział, jaki mieć do siebie stosunek. Chciał, wraz z Bogiem, być wolny od więzów tego, co zwyczajne i skończone. Być duszą uwolnioną od Natury, od wrażeń i życia codziennego. Na wydarzenie się tego z pewnością musi czekać sam Bóg. A człowieka, który został zabity i pogrzebany, nie powinno nic innego interesować. Powinien być całkowicie odosobniony. Eckhart powiedział niedwuznacznie, że Bóg kocha odosobnioną czystość i jedność. Samego Boga pociąga odosobniona dusza.
[…]
Pan Artur Sammler, powiernik nowojorskich ekscentryków, opiekun duchowy zwariowanych mężczyzn i prokreator zwariowanej córki, rejestrator szaleństwa. Wystarczy, że człowiek raz zajmie stanowisko, wykreśli linię końcową, a opadają go przeciwieństwa. Opowiedz się za normalnością, a rzucą się na ciebie dewiacje. Wszystkie postawy są wyszydzane przez swe odwrotności. To właśnie się dzieje, kiedy człowiek zaczyna być wyciągany z odosobnienia z powrotem do uwarunkowań biologizmu. Odżywają elementy lub aspekty jego wcześniejszego „ja”. Dawny charakter domaga się swoich praw, i to czasami w sposób nieprzyjemny, wątły, upokarzający. To wcześniejszy Sammler, krakowski i londyński, wysiadał z autobusu na Columbus Circle, wypełniony głupim pragnieniem ujrzenia czarnego przestępcy. Teraz musiał unikać autobusu w obawie przed kolejnym spotkaniem. Został ostrzeżony, wyraźnie pouczony, by nie pokazywał się więcej.
[…]
Luksus nieodczuwania lęku przed przeznaczeniem — tak można by opisać jego stan. Ponieważ Ziemia była teraz w istocie peronem, rampą załadowczą, można było myśleć o odjeździe z absolutnym minimum przerażenia. Nie żeby w ten sposób za kogoś innego rozprawiać się z jego przerażeniem (myślał o Elyi z nacechowanym metalowym narzędziem tortur w gardle). Ale sam często czuł się niemal zupełnie od niego wolny. A wkrótce wszystko musi się zmienić. Ludzie będą nastawiali zegarki według innych słońc niż to. Albo sam czas zniknie. Nie będziemy potrzebować osobistych imion w gwiezdnej przyszłości, gdzie nie będzie nic stałego. Będziemy oznaczani innymi rzeczownikami. Dnie i noce staną się eksponatami muzealnymi. Ziemia będzie parkiem wspomnieniowym, wirującym jak karuzela cmentarzem. Morza będą ucierać nasze kości jak kwarc, tworząc piasek, mieląc dla nas nasz spokój przez eony. Tak, to byłoby dobre — na melancholijny sposób dobre.
[…]
Rozpoznał po tych myślach, że przygotowuje się na spotkanie z Govindą Lałem. Może będą rozmawiać o takich rzeczach. Doktor Lal, którego specjalnością wydawała się być biofizyka i który mógł, jak większość ekspertów, okazać się wyzbyty osobowości, dawał, przynajmniej w swoim tekście, dowody głębszej refleksyjności. Bo po każdym fragmencie technicznym snuł rozważania o ludzkich aspektach przyszłych wydarzeń. Wydawał się na przykład dostrzegać, że odkrycie Ameryki obudziło w grzesznym Starym Świecie nadzieje na Nowy Eden. „Wspólna świadomość — pisał Lal — może się z powodzeniem okazać nową Ameryką. Dostęp do centralnych mechanizmów danych może zrodzić nowego Adama”. To, na robieniu czego pan Sammler się przyłapywał, leżąc w swoim pokoju, w starym budynku, było jednak bardzo dziwne. Podczas osiadania budynku popękał tynk i wzdłuż tych ukośnych rys Sammler zapisał w myślach pewne twierdzenia. Według jednego z nich on osobiście stał poza wszelkimi wydarzeniami. Z poczucia uległości, z racji wieku i posiadania dobrych manier czasem stwierdzał, że jest na zewnątrz wszystkiego, że nie jest człowiekiem tego czasu. Nie będąc siłą natury, nie mając w sobie niczego paradoksalnego czy demonicznego, nie odczuwał pędu do przebijania się przez maski pozorów. Żadnego „Ja i Wszechświat”. Nie, w swoim osobistym ujęciu postrzegał istotę ludzką jako uwarunkowaną przez inne istoty ludzkie i wiedzącą, że teraźniejsze ustalenia nie są, sub specie aeternitatis [z łac. z punktu widzenia wieczności – przyp. aut.], prawdą, lecz że człowiek powinien zadowalać się taką prawdą, jaką można osiągnąć na drodze kolejnych przybliżeń. Usiłując żyć z nieskażonym sercem. Z bezinteresowną wielkodusznością. Z poczuciem mistycznej potencji ludzkości. Ze skłonnością do wiary w archetypy dobroci. Pragnienie cnoty nie było przypadkiem.
[…]
O parę kroków od swego „ja” w lustrze naprzeciw. A dla pośredniej warstwy społeczeństwa była zawiść i uwielbienie dla tej potęgi zabijania. Jakże ci Sorele i Maurrasowie z klasy średniej ją wielbili — rękę, która w poczuciu władzy chwytała za nóż. Jakże kochali człowieka dość silnego, by wziąć na siebie winę za przelaną krew. Elita musiała według nich wykazać się tą zdolnością do mordowania. Według takich ludzi święty musiał być rozumiany jako ktoś, kto sprosta w duchu palącej tęsknocie za zbrodnią, drzemiącej w najgłębszych zakątkach jego serca. Nadczłowiek poddający się próbie z siekierą, rozłupujący czaszki starych kobiet. Rycerz Wiary zdolny do poderżnięcia gardła swemu Izaakowi na ołtarzu Boga. A teraz pogląd, że można odzyskać albo ustanowić własną tożsamość przez zabijanie, stając się przez to równym komukolwiek innemu, równym największym. Człowiek żyjący wśród ludzi wie, jak mordować. Patrycjusz. Klasa średnia nie wykształciła niezależnego kodeksu honorowego. Dlatego nie była odporna na splendor zabójców. Klasie średniej, która nie zdołała stworzyć własnego życia duchowego, gdyż inwestowała wszystko w ekspansję materialną, groziła katastrofa. Ponieważ jednocześnie świat doznawał rozczarowania, duchy i demony wypędzone z powietrza zostały teraz przyjęte do wnętrza. Rozum wysprzątał i przystroił dom, lecz ostatnie stadium mogło być gorsze od pierwszego. No więc, co zabrałoby się z sobą na Księżyc?
[…]
Nie miało sensu być wrażliwym obserwatorem, turystą (czy istniał jakiś kraj dość stabilny, by po nim podróżować?), filozoficznym wędrowcem na Broadwayu, badającym zjawisko. Zjawisko w jakiś sposób uzyskało świadomość własnej ciekawości i oglądalności. Zdawało sobie sprawę, że jest sceną perwersji, znało własną rozpacz. I strach. Zawarte w nim przerażenie. Tutaj można było zobaczyć duszę Ameryki, zmagającą się z problemami historycznymi, walczącą z pewnymi niemożliwościami, doświadczającą w sposób gwałtowny stanów ze swej istoty statycznych. Duszę, która jest urzeczywistniana, lecz sama również usiłuje urzeczywistniać, działać. Próbuje budzić zainteresowanie. Ta próba budzenia zainteresowania była dla pana Sammlera jedną z przyczyn pogoni za szaleństwem. Szaleństwo budzi zainteresowanie. Szaleństwo jest usiłowaniem wyzwolenia się ludzi, którzy czują się przytłoczeni gigantycznymi siłami zorganizowanej kontroli. Którzy szukają magii skrajności. Szaleństwo jest niską formą życia religijnego. Ale poczekaj — Sammler przestrzegł siebie samego. Nawet to szaleństwo jest w znacznej mierze sprawą gry, udawania. Pod spodem utrzymuje się, i to z wielką mocą, solidne poczucie tego, co jest normalne dla ludzkiego życia. Wypełnia się obowiązki. Podtrzymuje się związki. Jest praca. Ludzie stawiają się do niej. To nadzwyczajne. Przyjeżdżają autobusem do fabryki. Otwierają sklep, zamiatają, pakują, myją, naprawiają, obsługują, liczą, czuwają nad komputerami. Co dzień, co noc. I jakkolwiek by byli zbuntowani w głębi duszy, jakkolwiek zrozpaczeni, przerażeni albo zmordowani, zabierają się do swoich zajęć. Jeżdżą w górę i w dół windą, siadają do swoich biurek, za kierownicą, obsługują maszyny. U takiego żywotnego i niespokojnego zwierzęcia, takiego nadwrażliwego, osobliwego zwierzęcia, małpy podatnej na tak wiele chorób, na lęk, nudę, taka dyscyplina, taki dryl, tak silna skłonność do regularności, takie poczucie obowiązku, taki szacunek dla porządku (nawet wśród nieporządku) jest również wielką tajemnicą. Och, jest to tajemnica. Nie można więc tego mylnie brać za totalne szaleństwo. Jedno tylko: zdyscyplinowani nienawidzą niezdyscyplinowanych tak bardzo, że mogliby ich zamordować. W ten sposób klasa pracująca, zdyscyplinowana, jest wielkim rezerwuarem nienawiści. W ten sposób urzędnikowi w okienku trudno jest wybaczyć tym, którzy przychodzą i odchodzą, ich pozorną wolność. A biurokrata jest zadowolony, kiedy nieporządni ludzie są zabijani. Wszyscy zabijani.
[…]
Jeśli mamy wkrótce zakończyć nasze ziemskie urzędowanie ^ a przynajmniej jego pierwszy wielki etap — to lepiej podsumujmy to wszystko. Ale krótko. Najkrócej jak można. Zwięzłe poglądy, na miłość boską! A zatem: szalony gatunek? Tak, być może. Chociaż szaleństwo jest również maskaradą, projekcją głębszego powodu, wynikiem rozpaczy, jaką odczuwamy w obliczu nieskończoności i wieczności. Szaleństwo jest diagnozą albo werdyktem niektórych spośród naszych największych lekarzy i geniuszów oraz ich rozczarowanych człowiekiem umysłów. Ach, człowiek oszołomiony nagłym odrodzeniem się ludzkich sił. I co robić? W kwestii odgrywania ról zobacz na przykład, co zrobił ten wściekły podgrzewacz świata Marks, utrzymujący, że rewolucje były dokonywane w kostiumach historycznych: cromwellczycy jako starotestamentowi prorocy, Francuzi w 1789 odziani w rzymskie szaty. Lecz proletariat, jak mówił, twierdził, zapewniał, dokona pierwszej nieprzebieranej rewolucji. Nie będzie potrzebował narkotyku historycznych wspomnień. Ze zwykłej ignorancji, nieznajomości wzorów, po prostu dokona rzeczy w czystej postaci. Był równie zbzikowany na punkcie oryginalności jak wszyscy inni. A tylko klasa robotnicza była oryginalna. W ten sposób historia miała się oderwać od zwykłej poezji. Wówczas życie ludzkości miało uwolnić się od naśladownictwa. Miało być wolne od Sztuki. Och, nie. Nie, nie, nie tak, myślał Sammler. Zamiast tego Sztuka rosła w siłę, i jakiś rodzaj chaosu. Więcej możliwości, więcej aktorów, małp, imitatorów, więcej pomysłów, więcej fikcji, iluzji, więcej fantazji, więcej rozpaczy. Życie okradające Sztukę z jej bogactwa, a także niszczące Sztukę przez swe pragnienie zostania samą rzeczą. Wtłaczające się w obrazy. Rzeczywistość wciskająca samą siebie we wszystkie te kształty. Spójrz tylko (Sammler spojrzał) na tę naśladowczą anarchię ulic — te chińskie bluzy rewolucyjne, te podlotki w uniseksowej krainie zabawek, ci surrealistyczni wodzowie wojenni, woźnice dyliżansów z westernu —wśród nich doktorzy filozofii (Sammler takich spotykał, dyskutował z nimi). Poszukiwali oryginalności. W oczywisty sposób byli wtórni. I wobec kogo — Pajutów, Fidela Castro? Nie, wobec hollywoodzkich statystów. Odgrywali sceny mityczne. Rzucali się w chaos, mając nadzieję, że przylgną do wyższej świadomości, że zostaną zmyci przez fale na brzegi prawdy. Lepiej, pomyślał Sammler, uznać nieuchronność imitacji, a następnie imitować dobre rzeczy. Starożytni mieli w tym względzie słuszność. Wielkość bez wzorów? Nie do pomyślenia. Nie można być samą rzeczą — Rzeczywistością. Trzeba się zadowolić symbolami. Uczynić celem imitacji osiągnięcie i wyzwolenie najlepszych cech. A zatem zawrzeć pokój z zapośredniczeniami i przedstawieniami. Lecz wybierać przedstawienia wyższego rzędu. Inaczej człowiek musi być nieudacznikiem, jakim się teraz widzi i którym wie, że jest. Pan Sammler, pełen współczucia dla wszystkich i z bólem w sercu.
[…]
Zarówno USA, jak i ZSRR były dla Sammlera utopijnymi projektami. Tam, na Wschodzie, kładziono nacisk na dobra pierwszej potrzeby, buty, czapki, spłuczki toaletowe i blaszane wanny dla chłopów i robotników. Tutaj akcentowano pewne przywileje i radości. Tutaj brodzenie nago w rajskich wodach, i tak dalej. Ale zawsze przyjemność podszyta była jakąś rozpaczą, śmierć siedziała w kapsule zdrowia i kierowała nią, a ciemność mrugała do człowieka ze złotego słońca utopii.
[…]
Zamknął oczy. Westchnął, usuwając z duszy coś złego i wdychając coś dobrego. Nie, dziękuję, Wallace, nie chcę whisky. Wallace nalał sobie. W jaki sposób pozbawiony wiedzy niespecjalista mógł posiadać siłę wystarczającą, by stawić czoło tym technicznym cudom, które czyniły go czymś w rodzaju bezrozumnego dzikusa z Kongo? Za sprawą wizji, za sprawą archaicznej, przedpiśmiennej wewnętrznej czystości, za sprawą naturalnej siły stanowiącego szlachetną całość? Dzieci podpalały biblioteki. I wkładały perskie spodnie, zapuszczały bokobrody. To była ich symboliczna całość. Oligarchia techników, inżynierów, ludzi obsługujących wspaniałe maszyny, nieskończenie bardziej wymyślne niż ten samochód, nadejdzie, by rządzić ogromnymi slumsami pełnymi ocyganionych niedorostków, znarkotyzowanych, przystrojonych w kwiaty i stanowiących „całość”. Pan Sammler rozumiał, że on sam jest fragmentem. I miał szczęście, że tak było. Pełnia tak samo przerastała jego możliwości, jak wykonanie rolls-royce’a, kawałek po kawałku, własnymi rękami. Więc być może, być może! kolonie na Księżycu zmniejszą tutejszą gorączkę i opuchliznę, a namiętność do nieograniczoności i całości dozna bardziej materialnego uśmierzenia. Ludzkość, pijana przerażeniem, uspokoi się, otrzeźwieje. Pijana przerażeniem? Tak, i fragmenty (fragment taki jak pan Sammler) rozumiały: ta Ziemia jest grobem, nasze życie zostało jej wypożyczone przez jej żywioły i musiało zostać zwrócone: nadchodził czas, kiedy proste żywioły zdawały się tęsknić za wyzwoleniem ze skomplikowanych form życia, kiedy każdy element każdej komórki mówił: „Dosyć!” Ta planeta była naszą matką i naszym cmentarzem. Nic dziwnego, że duch ludzki pragnął to miejsce opuścić. Opuścić ten płodny brzuch. Opuścić również ten wielki grób. Namiętność do nieskończoności wywołana przez przerażenie, przez timor mortis, wymagała materialnego uśmierzenia. Timor mortis conturbat me. Dies irae. Quid sum miser tunc dicturus. [z łac. Niepokoi mnie starch przed śmiercią. Gniew Boży. Cóż mam nędzarz, ku obronie – wątki z Requiem Mozarta - przyp. aut.].
[…]
Jak gdyby H.G. Wells nie był kimś specjalnym. Może dla ciebie nie, ale dla bardzo wielu ludzi H.G. Wells jest wciąż kimś ważnym i bardzo, bardzo specjalnym. Czekałam, aż ją skończysz i będziesz miał recenzje w gazetach. Chciałam zobaczyć w księgarniach fotografię mojego ojca zamiast wszystkich tych tępych twarzy i nieważnych, głupich książek. Brudne klucze do schowków w kopertach. Pan Sammler obejrzał je. Shula była nie tylko irytująca i uciążliwa, ale oczywiście również na swój sposób zabawna. Jeśli skrytki zawierały rękopisy, a nie pliki papieru w aktówkach. Nie, nie sądził, aby tak było. Była tylko trochę szalona. Jego biedne dziecko. Istota powołana przez niego do życia, zagubiona w bezładnym, nieograniczonym świecie. W jaki sposób stała się taka? Być może wewnętrzne, intymne, drogie życie — to, czym się jest od najwcześniejszych dni — często popada w szaleństwo, kiedy po raz pierwszy dowiaduje się o śmierci. Muszą tutaj dopomóc siły magiczne, ukoić, pocieszyć, a dla kobiety tymi cudownymi siłami są często siły mężczyzny. Jak wówczas, gdy umierał Antoniusz, Kleopatra krzyczała, że nie pozostanie na tym nędznym świecie, który „bez ciebie nie lepszy jest od chlewu”. A dalej? Chlew i co dalej? Przypomniał sobie teraz dokończenie, pasujące do tej nocy. „I nie zostało nic nadzwyczajnego pod wędrującym księżycem”.
[…]
Człowiek jest zabójcą. Człowiek ma naturę moralną. Anomalię tę można rozwiązać jedynie poprzez szaleństwo, przez szalone sny, w których rojenia świadomości są podtrzymywane przez organizację, w stanach obłąkanego zatracenia czepiając się form gospodarczej administracji. Czyniąc z tego „działalność rządową”. Z tego wszystkiego! Ale na tym świecie on, właśnie on, dobry Boże! miał dostarczać swej postrzelonej, niezrównoważonej psychicznie córce szczytnych celów! Przy czym oczywiście w oczach Shuli stawał się zbyt delikatny do ziemskiego życia, zbyt zaangażowany w nie dzielone z nikim problemy uniwersalne, które ją wykluczały. I poprzez ekstrawagancję, przez zwierzęce sztuczki aktorskie, przez podkradanie dokumentów, przez głupawe historie z torbami na zakupy, nerwice na tle koszy na śmieci, egzotyczną kuchnię spod znaku zgagi pragnęła go uwikłać i sprowadzić z powrotem, uwiązać i zatrzymać w świecie obok siebie. Ładny świat! I ona także! Ich wzloty byłyby wspólnymi wzlotami. Ona by go wspierała, a on dokonywałby wspaniałych rzeczy w świeci e kultury. Gdyż była ona kultumaja. Shula była taka kultumają. Żadne określenie nie było bardziej odpowiednie niż to filisterskie rosyjskie słowo: Kultumyj. Mogła padać na kolana i modlić się jak chrześcijanka; mogła robić ojcu ten kawał; mogła się wślizgiwać do ciemnych konfesjonałów; mogła biegać do księdza Roblesa i błagać o chrześcijańską ochronę przed jego żydowskim gniewem; lecz ze swym zwariowanym nabożeństwem do kultury nie mogłaby być bardziej żydowska.
[…]
To sprawia, że życie duchowe ludzkości staje się niesterowalne. Ale rozmyślałem o sprawie Wellsa, sprawie Shawa i o ludziach takich, jak Marks, Jean- -Jacques Rousseau, Marat, Saint-Just, potężnych mówcach, pisarzach, którzy zaczynali bez żadnego kapitału poza kapitałem duchowym i osiągali ogromne wpływy. I o wszystkich innych, drobnych adwokatach, lektorach, blagierach, pamflecistach, naukowcach amatorach, artystycznych cyganach, librecistach, wróżbitach, szarlatanach, wyrzutkach, klaunach. Obłąkany prowincjonalny prokurator żądający głowy króla i otrzymujący ją na dodatek. W imieniu ludu. Albo Marks, student, słuchacz uniwersytetu, piszący książki, które podbijają świat. Był naprawdę znakomitym dziennikarzem i publicystą. Sam byłem dziennikarzem, więc potrafię ocenić jego zdolności. Jak wielu innych dziennikarzy, kompilował rzeczy z rozmaitych artykułów gazetowych, z europejskiej prasy, lecz kompilował je nadzwyczaj zręcznie, pisząc o Indiach albo o amerykańskiej wojnie domowej, sprawach, o których właściwie nic nie wiedział. Lecz był człowiekiem fantastycznie przenikliwym, geniuszem intuicji, potężnym polemistą i retorykiem. Jego ideologiczny haszysz był bardzo skuteczny. Tak czy owak, rozumie pan, co mam na myśli: ludzie stają się autorytatywni, a genialni plebejusze wznoszą się wpierw do szlachectwa, a potem do uniwersalnej chwały, a wszystko dlatego, że mieli to, co wszystkie biedne dzieci uzyskują z piśmienności: abecadło, słownik, elementarze, klasyków. Aż w końcu, wydostawszy się ze swoich slumsów albo drobnomieszczańskich bawialni, zaczęli się zwracać do milionów na całym świecie. To są ludzie, którzy ustalają pojęcia, którzy kształtują dyskurs, a potem historia przebiega wedle ich słów. Niech pan pomyśli o wojnach i rewolucjach, w które zostaliśmy wbazgrani.
[…]
Powinienem powiedzieć, że pracowałem dla World- Wide Technics w Connecticut. Moje zadania są bardzo intelektualne i teoretyczne, ponieważ dotyczą porządku w systemach biologicznych, oraz tego, w jaki sposób reprodukują się złożone mechanizmy. Chociaż niewiele to panu powie, jestem związany z hipotezą bang-bang, zajmującą się wystrzeliwaniem jednoczesnych impulsów, atomowymi teoriami przewodnictwa komórkowego. Ponieważ wspomniał pan Rousseau: człowiek mógł urodzić się wolny albo nie. Lecz ja mogę stwierdzić z całą pewnością, że nie istniałby bez swoich łańcuchów atomowych. Mam nadzieję, że podobają się panu moje żarty. Mnie bardzo odpowiada pańskie poczucie humoru. Byłoby przykre, gdyby to nie było wzajemne. Mówię o tamtych strukturach łańcuchowych komórki. Są to problemy porządku, panie Sammler. Chociaż nie jestem w stanie przedstawić pełnego planu. Nie jestem jeszcze tym uniwersalnym geniuszem. Cha, cha! Mówiąc jednak poważnie, nauki biologiczne znajdują się w stanie nadzwyczajnego rozwoju. Och, są takie cudowne, takie piękne! Zajmować się nimi jest przywilejem. Ów porządek chemiczny, będący fundamentalną zasadą życia, jest wielkiej urody. O tak, bardzo wielkiej, cóż za wielki przywilej! Przyszło mi do głowy, kiedy mówił pan o czymś innym, że pragnąć żyć bez porządku to pragnąć odwrócić się od fundamentalnej biologicznej zasady rządzącej. O której powszechnie się sądzi, że istnieje tylko po to, by nas uwolnić, że jest platformą dla impulsów. Jesteśmy szaleni, czy co? Istota ludzka może się oderwać od porządku, od rządzącej zasady, by wyrazić swój ogromny przywilej absolutnej wolności impulsów i braku odpowiedzialności za nie. Fundamentalne zasady biologiczne są jak chłopstwo, pełna osoba uważa się za księcia. To cigale i fourmi. Mrówka była kiedyś bohaterem, ale teraz konik polny zajmuje środek sceny. Mój ojciec uczył mnie matematyki i francuskiego. Głównym lękiem w życiu mego ojca było, że jego uczniowie potną brzytwami Encyclopaedia Britannica i zabiorą z sobą jej artykuły, żeby zapoznać się z nimi w domu. Był prostolinijnym człowiekiem. Za jego sprawą zawsze kochałem literaturę francuską. Najpierw w Kalkucie, a potem w Manchesterze studiowałem ją do czasu, aż dojrzały moje zainteresowania naukowe. Ale wracając do pańskiego pytania o kosmos. Istnieje oczywiście wiele obiekcji wobec tych wypraw. Naturalnie wysuwane jest oskarżenie, że są to pieniądze odebrane szkołom, slumsom i tak dalej. Tak samo jak pieniądze Pentagonu są wydatkowane kosztem poprawy sytuacji socjalnej. Co za bzdura! To propaganda biurokratów od nauk społecznych. To on i chętnie zagarnęliby fundusze. Poza tym, same pieniądze niczego jeszcze nie zmieniają, prawda? Myślę, że nie. Amerykanie zawsze byli rozrzutni. To bez wątpienia niedobrze, ale istnieje coś takiego jak owocny gaspillage. Marnotrawstwo może być usprawiedliwione, jeśli zezwala na pomysłowość, oryginalność, przygodę. Niestety, rezultaty są w większości i zwykle skażone zepsuciem, gdyż polegają na czerpaniu nieczystych zysków, organizowaniu rozrywek dla playboyów i zbijaniu reakcyjnych fortun. Z punktu widzenia Waszyngtonu wyprawa na Księżyc to niewątpliwie wspaniałe public relations. To show-biznes.
[…]
Cyrk. Sypanie piaskiem w oczy. Stany Zjednoczone jako największy dostawca rozrywek z gatunku science-fiction. Z punktu widzenia organizatorów i inżynierów jest to ogromna szansa, lecz nie posiada to wielkiej wartości teoretycznej. Jednocześnie coś ważnego wydarza się jednak we wnętrzu. Dusza z całą pewnością odczuwa wspaniałość tego osiągnięcia. Nieudanie się tam, gdzie można się udać, może hamować rozwój. Sądzę, że dusza to czuje, i dlatego jest to konieczność. Może to sprowadzić nową trzeźwość. Naturalnie technologia będzie robiła na umysłach większe wrażenie niż osobowości. Astronauci mogą się nie wydawać tak wielkimi herosami. Raczej czymś w rodzaju superszympansów. Zwłaszcza jeśli się pięknie nie wysławiają. Lecz w końcu jest to funkcja poetów. Jeśli w ogóle jakąś mają. Lecz nawet technicy, śmiem przypuszczać, dostąpią nobilitacji. Ale czy zgadza się pan, że powinniśmy wyruszyć w kosmos? No cóż, dlaczego nie? Do pewnego stopnia tak. Choć nie uważam, by dało się to racjonalnie uzasadnić. Czemu nie? Ja potrafię sobie wyobrazić liczne uzasadnienia. Widzę to jako racjonalną konieczność. Powinien pan był doczytać do końca moją książkę. Wówczas znalazłbym nieodparty dowód? Sammler uśmiechnął się przez przyciemnione okulary, a ślepe oko usiłowało w tym uczestniczyć. Miał na sobie swój stary czarny, schludny garnitur, jego sztywne i szczupłe ciało było wyprostowane, a palce, drżące mocno z napięcia, luźno oplatały kolana. Między niezdarnymi, owłosionymi kostkami palców jarzył się papieros (palił zaledwie trzy albo cztery dziennie). Chodzi mi jedynie o to, że zapoznałby się pan z moją argumentacją, którą opieram po części na historii Stanów Zjednoczonych. Po roku 1776 istniał kontynent otwarty dla ekspansji i przestrzeń ta wchłaniała wszelkie błędy. Oczywiście nie jestem historykiem. Ale jeśli nie można wysuwać śmiałych domysłów, pozostawia się wszystko ekspertom. Europa po 1789 roku nie miała przestrzeni na swoje błędy. Rezultat: wojny i rewolucje, przy czym rewolucje kończyły w rękach szaleńców. De Maistre to powiedział. Naprawdę? Nie wiem o nim zbyt wiele. Może wystarczy wiedzieć, że się z tym zgadza. Rewolucje rzeczywiście kończą w rękach szaleńców. Naturalnie zawsze jest wystarczająco wielu szaleńców do każdego celu. Poza tym, jeśli władza jest dostatecznie potężna, stwarza własnych szaleńców przez swoje ciśnienie. Władza z pewnością korumpuje, lecz stwierdzenie to jest po ludzku niekompletne. Czy nie jest zbyt abstrakcyjne? Tym, co z pewnością należałoby dodać, jest ta szczególna prawda, że posiadanie władzy niszczy zdrowie psychiczne władców. Pozwala, by ich irracjonalne pomysły opuściły sferę snów i wkroczyły do realnego świata. Ale tutaj... niech mi pan wybaczy. Nie jestem psychologiem. Jak pan jednak mówi, człowiek musi mieć prawo do snucia domysłów. Być może to naturalne, że Hindus jest przeczulony na punkcie nadmiaru ludzi. Kalkuta jest taka przeludniona, taka wybuchowa. Chińczyk byłby podobnie wyczulony. Każdy naród o nieprzeliczonych masach. Jesteśmy teraz stłoczeni, upchnięci, i ludzie muszą czuć, że istnieje wyjście, że potęga intelektualna i talenty ich własnego gatunku stwarzają to wyjście. Zaproszenie do podróży, Baudelaire’owskie pragnienie wydostania się — wydostania się z ludzkich uwarunkowań — albo tęsknota, by stać się statkiem pijanym albo duszą, której życzeniem jest otworzyć zamknięty wszechświat, są wciąż realne, tyle że impuls nie musi być przypisywany nudzie i pustce życia i że nie musi to być koniecznie podróż śmierci. Problem polega na tym, że jedynie wyszkoleni specjaliści będą mogli odbyć tę wyprawę. Tęskniąca dusza nie może polecieć na mocy doraźnego impulsu tylko dlatego, że odczuwa bezgraniczną potrzebę lub pragnienie tego albo że posiada zdolność do cierpienia. Będzie musiała znać inżynierię i wkładać te dziwaczne skafandry, i znosić krępujące fizjologiczne niedogodności. Być może problem radiacji okaże się nie do pokonania albo w innych światach dotkną nas dziwne choroby. Jednakże istnieje wszechświat, w który możemy się przelać. Najwidoczniej nie możemy się ograniczyć do jednej planety. Ani odrzucić wyzwania nowego typu doświadczenia. Musimy przyjąć do wiadomości ekstremizm i fanatyzm natury ludzkiej. Nieskorzystanie ze sposobności sprawiłoby, że ta Ziemia wydawałaby się coraz bardziej więzieniem. Gdybyśmy mogli odlecieć i nie zrobili tego, wydalibyśmy na siebie wyrok. Bylibyśmy bardziej niż kiedykolwiek rozdrażnieni życiem. W obecnym stanie rzeczy gatunek pożera sam siebie. A Przyszły Świat jest teraz wprost nad nami i czeka na przyjęcie resztek ostatniej eksplozji. O wiele lepszy jest Księżyc.
[…]
No cóż, jeśli jesteśmy, jak pan mówi, tego rodzaju istotami, które są zmuszone do robienia tego, do zrobienia czego są zdolne, to wynikałoby stąd, że musimy samych siebie unicestwić. Ale czy nie zależy to od uznania gatunku? Czy moglibyśmy powiedzieć, że na tym etapie polityka jest wszystkim innym raczej niż czystą biologią? W Rosji, w Chinach i tutaj bardzo pośledni ludzie posiadają moc położenia ostatecznego kresu życiu. Ci przedstawiciele — nie przedstawiciele najlepszych, lecz Kalibanowie albo, mówiąc potocznie, gnoje — będą decydować za nas wszystkich, czy będziemy żyć, czy nie. Człowiek odgrywa teraz dramat powszechnej śmierci. Czy wszyscy nie powinni umrzeć jednocześnie, razem, jak gdyby jedną wielką pojedynczą śmiercią, wyrażając swobodnie wszystkie ludzkie namiętności wobec własnego fatum? Wielu mówi, że pragnęliby to skończyć. Oczywiście może to być zwykła retoryka.
[…]
Niech pan weźmie na przykład mój temperament. Wyznam panu, panie Sammler (i jakże jestem zadowolony, że osobliwości pańskiej córki zetknęły nas ze sobą —;- myślę, że zostaniemy przyjaciółmi)... wyznam, że jestem z urodzenia — z urodzenia, rozumie pan — człowiekiem o melancholijnym, depresyjnym usposobieniu. Jako dziecko nie mogłem znieść rozłączenia z matką. Zresztą również z ojcem, który był, jak mówiłem, nauczycielem francuskiego i matematyki. Ani z domem, ani z towarzyszami zabaw. Kiedy goście musieli wyjść, robiłem potworne sceny. Byłem płaczliwym chłopczykiem. Każde rozstanie stanowiło taką emocjonalną udrękę, że chorowałem od tego. Musiałem wewnętrznie odczuwać rozłączenie aż po swoje elementarne molekuły i dygotałem w miliardach jąder atomów. Przesada? Być może, drogi panie Sammler, ale od czasu moich wczesnych prac nad biofizyką łożysk naczyniowych (nie będę pana nudził szczegółami) byłem przekonany, że natura ma w sobie więcej z artysty niż z inżyniera. Zachowanie jest poezją, jest metaforycznym porządkiem, jest metafizyką. Począwszy od trwających dziesiąte części mikrosekund reakcji mózgowych o wysokiej częstotliwości w sieciach kortykotalamicznych aż po najbardziej banalne zjawiska ekologiczne, wszystko to jest wydrukiem, w tajemniczym kodzie, wzniosłej metafory. Mówię o moich własnych dziecięcych namiętnościach, a ciało człowieka jest pod względem elektronicznym bardziej gęste, niż las tropikalny jest gęsty od organizmów. A wszystkie te istnienia są, co często samo się nasuwa, poematami. Nawet nie usiłuję już przezwyciężyć tego wrażenia uniwersalnej poezji. Ale wracając do kwestii mojej własnej osobowości, widzę teraz, że postawiłem sobie zadanie utrzymywania dystansu wobec obiektów, do których jestem najbardziej przywiązany. Pod tym zaś względem, panie Sammler, kosmos stanowi przeciwieństwo — dla mnie osobiście emocjonalny biegun. Człowiek rodzi się między nogami matki, po czym wytrwale dąży na zewnątrz. Widzieć syderalne archipelagi to jedno, lecz rzucić się w nie, we wszechświat bez dnia i nocy, otóż to, widzi pan, sprawia, że głębia morza wydaje się znikoma, a lewiatan nie większy od kijanki...
[…]
Wszyscy kartografowie powinni lokować Missisipi w tym samym miejscu i unikać oryginalności. To może być nudne, ale człowiek musi wiedzieć, gdzie się znajduje. Nie możemy pozwolić Missisipi dla odmiany płynąć w stronę Gór Skalistych. Otóż, jak wszystkim wiadomo, dopiero w ciągu ostatnich dwóch stuleci większość ludzi w cywilizowanych krajach zgłosiło pretensje do przywileju bycia indywiduami. Uprzednio byli niewolnikami, chłopami, robotnikami, nawet rzemieślnikami, ale nie osobami. Jest jasne, że ta rewolucja, będąca pod wieloma względami triumfem prawa — niewolnicy powinni być wolni, mordercza praca powinna się skończyć, dusza powinna mieć swobodę — przyniosła również nowe rodzaje zgryzoty i cierpienia i, jak dotąd, na najszerszą skalę, nie była pełnym sukcesem. Nie będę nawet mówił o krajach komunistycznych, gdzie nowoczesna rewolucja została w największym stopniu pokrzyżowana. Dla nas wyniki są potworne. Pomyślmy tylko o naszej części świata. Pogrążyliśmy się głęboko w brzydocie. Jest oszołamiające, jak bardzo te nowe indywidua cierpią, ze swoim nowym wolnym czasem i swobodą. Choć niekiedy czuję się zupełnie odcieleśniony, jest we mnie niewiele złości i cała masa współczucia. Często pragnę coś zrobić, lecz niebezpiecznym złudzeniem jest sądzić, że można uczynić wiele dla więcej niż bardzo nielicznych. Co powinno się zrobić? Może najlepszą rzeczą jest zaprowadzić porządek we własnym wnętrzu. To lepsze od tego, co wielu nazywa miłością. Być może - to - właśnie jest miłość.
[…]
Kiedy ja nie chcę. To, co mówiłem... widzi pan, starzeję się. Mówiłem, że to wyzwolenie w indywidualność nie było wielkim sukcesem. Ogromnie interesujące dla historyka, ale przerażające dla kogoś dostrzegającego cierpienie. Serca nieotrzymujące prawdziwej zapłaty, dusze nieznajdujące pożywienia. Kłamstwa, bez ograniczeń. Pragnienia, bez ograniczeń. Możliwości, bez ograniczeń. Niemożliwe do spełnienia wymagania wobec złożonych rzeczywistości, bez ograniczeń. Odrodzenie w dziecinnej i wulgarnej formie starożytnych idei religijnych, tajemnic, oczywiście całkowicie nieświadome — to zdumiewające. Orfizm, mitraizm, manicheizm, gnostycyzm. Kiedy moje oko jest w formie, czytuję czasem hasła w Encyklopedii religii i etyki Hastingsa. Pojawia się wiele fascynujących podobieństw. Ale najczęściej można dostrzec osobliwe aktorstwo, wyszukany i czasami bardzo artystyczny sposób przedstawiania siebie jako indywiduum oraz dziwne pragnienie oryginalności, wyrazistości, zainteresowania — tak, zainteresowania! Dramatyczne wywodzenie siebie z wzorów, połączone z odrzucaniem wzorów. Starożytność akceptowała wzory, średniowiecze również — nie chcę się na pańskich oczach zmienić w podręcznik historii — lecz człowiek ery nowożytnej, być może z powodu kolektywnego modelu życia, jest ogarnięty gorączką oryginalności. Ideą niepowtarzalności duszy. To wspaniała idea. Prawdziwa idea. Ale w tych formach? W tych nędznych formach? Dobry Boże! Z włosami, ubraniami, lekami i kosmetykami, z genitaliami, z podróżami tam i z powrotem przez zło, potworności i orgie, gdy nawet zbliżenie do Boga następuje poprzez wszeteczeństwa? Jakże przerażona musi być dusza w tym rozgardiaszu, jak niewiele z tego, co naprawdę jest jej drogie, może dostrzec w tych sade’owskich ćwiczeniach. Ale nawet markiz de Sade na swój zwariowany sposób był oświeceniowym filozofem. Jego głównym celem było bluźnierstwo. Lecz tym, którzy (nieświadomie) stosują zalecane przez niego praktyki, nie chodzi już o bluźnierstwo, lecz raczej o higienę, przyjemność, która również jest higieną, oraz czarowne i interesujące życie. Interesujące życie jest najwyższym ideałem tępaków.
[…]
Ale odsuwając to na chwilę na bok, sądzę, że możemy streścić moją myśl w następujący sposób: że wielu przedarło się do przodu w nowożytnej historii, po długich epokach bezimienności i gorzkiego zapoznania, by upomnieć się o imię, godność osoby, życie takie, jakie w przeszłości było jedynie przywilejem szlachty, arystokracji, książąt albo mitycznych bogów, i cieszyć się nimi (tak jak ludzie cieszą się dzisiaj rzeczami). I że to przedarcie się, jak wszystkie takie wielkie ruchy, sprowadziło cierpienie i rozpacz, że jego sukcesy nie są wyraźnie widoczne, lecz że ból serca, jakiego przysparza wielu ludziom, jest niezmierzony, że większość form osobistego istnienia wydaje się zdyskredytowana i że występuje szczególna tęsknota za niebytem. Jak długo nie istnieje życie etyczne i wszystko jest w tak barbarzyński i lekkomyślny sposób przelewane w osobisty gest, trzeba to znosić. A występuje szczególna tęsknota za niebytem. Może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że ludzie chcą doświadczyć wszystkich innych stanów istnienia w stanie rozrzedzonej świadomości, nie pragnąc być żadną określoną rzeczą, lecz zamiast tego stać się zdolnymi do nieograniczonej przemiany, wchodząc i wychodząc wedle upodobania. Czemu mieliby być ludzcy? W większości oferowanych form niewiele jest miejsca dla wielkich sił natury w jednostce, bogatych, szczodrych sił. W biznesie, w wolnych zawodach, w klasie robotniczej, jako członek społeczeństwa, jako mieszkaniec wielkich miast, tych osobliwych otchłani, jako istota doświadczająca przymusów, manipulacji, jako ofiara napięć, jako ojciec, mąż oddający przysługę ogółowi przez wykonywanie swej porcji czynności — poszczególny osobnik wydaje się coraz mniej i mniej odczuwać te siły. Dlatego jestem przeświadczony, że chce wziąć rozbrat ze wszystkimi znanymi sobie stanami. Zarzucano chrześcijaninowi, że chce się pozbyć samego siebie. Ci, którzy wysunęli ten zarzut, nalegali na niego, by dokonał transcendencji poza swe niezadowalające człowieczeństwo. Ale czy transcendencja nie jest takim samym zamętem? Czy ona również nie oznacza pozbywania się istoty ludzkiej? No cóż, być może człowiek powinien pozbyć się siebie. Oczywiście. Jeśli może. Lecz ma on w sobie również coś, czego kontynuacja wydaje mu się ważna. Coś, co zasługuje na trwanie. Jest to coś, co musi trwać, i wszyscy to wiemy. Duch czuje się oszukany, zhańbiony, splugawiony, zepsuty, rozczłonkowany, zraniony. Wciąż jednak wie to, co wie, i tej wiedzy nie można się pozbyć. Duch wie, że jego wzrost jest prawdziwym celem istnienia. Tak mi się wydaje. Poza tym ludzkość nie może być czymś innym. Nie może pozbyć się samej siebie inaczej niż poprzez akt powszechnej autodestrukcji. Ale nie jesteśmy nawet powołani do tego, żeby głosować Tak lub Nie. A ja nie przedstawiłem swoich argumentów, bo niczego nie chcę udowodnić. Przedstawiłem jedynie swoje myśli. Zapytano o nie, a ja chciałem je wypowiedzieć. Stwierdziłem, że najlepiej jest być odosobnionym. Nie tak jak mizantropi, którzy odcinają się od świata poprzez osądzanie, lecz poprzez nieosądzanie.
[…]
Przypuszczalnie przez swój powrót spośród zmarłych. Margotte miała wiele do powiedzenia. Nie zauważyła jego milczenia. Przez swój powrót, zaabsorbowanie tematem, umieraniem, tajemnicą umierania, stanem śmierci. Również przez to, że był kiedyś wewnątrz śmierci. Że dano mu łopatę i kazano kopać, że kopał obok swej kopiącej żony. Kiedy opadła z sił, usiłował jej pomóc. Tym kopaniem, nie mówieniem, usiłował coś jej przekazać i ją wzmocnić. Lecz jak się okazało, przygotował ją na śmierć, nie dzieląc jej z nią. Ona została zabita, nie on. Ona zdała swój egzamin, a on nie. Dół stawał się coraz głębszy, piaszczysta glina i kamienie Polski, ich kraju urodzenia, otworzyły się. Przed chwilą został oślepiony, miał odrętwiałą twarz i nie zdawał sobie sprawy, że krwawi, dopóki nie rozebrał się i nie zobaczył krwi na swoim ubraniu. Kiedy byli nadzy jak dzieci wprost z łona matki, a dół widocznie dość głęboki, karabiny zaczęły szczekotać, a potem rozległ się inny odgłos — ziemi. Ciężkie opadanie ziemi. Tona, dwie tony, wrzucane do środka. Metaliczny odgłos łopat, zgrzytanie. Co nadzwyczaj osobliwe, pan Sammler zdołał się wydostać na wierzch. Rzadko przychodziło mu do głowy poczytywać to sobie za osiągnięcie. Na czym miało polegać osiągnięcie? Wygrzebał się na zewnątrz. Gdyby znajdował się na spodzie, udusiłby się. Gdyby nad nim znajdowało się jeszcze pół metra ziemi. Być może inni zostali pogrzebani żywcem w tym dole. Nie było żadnej specjalnej zasługi, żadnych czarów. Było jedynie uniknięcie uduszenia. A gdyby wojna potrwała parę miesięcy dłużej, zginąłby jak reszta. Żaden Żyd nie uszedłby śmierci.
[…]
Czuję się bardzo niespokojny, Angelo. Istnieją pewne uszkodzone nerwy, które nie odzywają się latami, a potem nagle ożywają, wybuchają ogniem. Teraz płoną, bardzo boleśnie. Chciałbym teraz powiedzieć coś o twoim ojcu, kiedy tu na niego czekamy. Sądząc z pozoru, nie mam wiele wspólnego z Elyą. On jest sentymentalnym człowiekiem. Przywiązuje wagę, przesadną wagę do pielęgnowania pewnych starych uczuć. Należy do starego systemu, do którego ja zawsze byłem nastawiony sceptycznie. Można by zapytać, gdzie jest nowy system? Ale nie musimy się w to zagłębiać. Nigdy nie żywiłem naturalnej skłonności do ludzi czyniących otwarte deklaracje uczuć. Bycie „Brytyjczykiem” stanowiło jedną z moich słabostek. Chłodny? Ale wciąż cenię sobie pewną powściągliwość. Nie podobał mi się sposób, w jaki Elya zabiegał o względy wszystkich, usiłował nawiązywać kontakt z ludźmi, podbijając ich serca, wzbudzając ich zainteresowanie, spoufalając się nawet z kelnerkami, laborantkami, manikiurzystkami. Zawsze zbyt łatwo przychodziło mu mówienie „kocham cię”. Wciąż mówił to przy ludziach do twojej matki, wprawiając ją w zakłopotanie. Nie zamierzam rozprawiać z tobą o niej. Miała swoje dobre strony. Lecz podobnie jak ja snobowałem się na brytyjskość, ona była niemiecką Żydówką kultywującą biały, anglosaski, protestancki styl życia (który zresztą wyszedł już dzisiaj z mody), a ja to wyraźnie dostrzegałem. Zamierzała nadać ogładę twemu ojcu, który był Ostjude. To on miał być tym bezpośrednim, tym z sercem. Czy tak nie było? Więc twemu ojcu wyznaczono zadanie bycia bezpośrednim. Twoja matka dokładnie przykroiła mu pracę. Myślę, że łatwiej byłoby kochać twierdzenie geometryczne niż twoją biedną matkę.
[…]
Zjechali windą, szara kobieta i pan Sammler, poszli dolnymi korytarzami o nakrapianej posadzce, tunelami, w górę i w dół pochylniami, obok laboratoriów i magazynów. Cóż, ta sławetna prawda, której tak bardzo pragnął, miał ją teraz, albo ona miała jego. Czuł, że jest niszczony — to, co z niego pozostało. Płakał w duchu. Szedł swoim zwykłym szybkim, posuwistym krokiem, czekając na przecięciach korytarzy na eskortującą go pielęgniarkę. W poruszającym się powietrzu, przesiąkniętym zapachem cielesności, choroby, leków. Czuł, że się rozpada, że nieregularne wielkie fragmenty w jego wnętrzu topnieją, iskrzą się bólem, odpływają w dal. Tak, Elya odszedł. Znowu został czegoś pozbawiony, okradziony z jeszcze jednej istoty. Zniknął jeszcze jeden powód, by żyć. Na chwilę stracił oddech. Potem dogoniła go kobieta. Kolejne setki metrów w tych krętych podziemiach pachnących surowicą, organiczną zupą, grzybem, odwarem komórkowym. Pielęgniarka odebrała kapelusz Sammlera i powiedziała: — Tam. — Na drzwiach widniały litery: PM. To musiało oznaczać post mortem. Byli gotowi wykonać sekcję, kiedy tylko Angela podpisze dokumenty. A ona je oczywiście podpisze. Dowiedzmy się, co poszło nie tak. A potem kremacja. Zobaczyć doktora Grunera. Gdzie? Strażnik wskazał wózek, na którym leżał Elya. Sammler odsłonił jego twarz. Nozdrza, bruzdy na skórze były bardzo ciemne, zamknięte oczy blade i pełne, łysa głowa pocięta poziomicami zmarszczek. Na ustach rozgoryczenie mieszało się z wyrazem posłuszeństwa. Sammler wyszeptał w myślach: „Ach, Elya. Ach, ach, Elya”. A potem w ten sam sposób powiedział: „Pamiętaj, Boże, o duszy Elyi Gruñera, który tak chętnie, jak to było możliwe, i tak dobrze, jak potrafił, i aż do granic wytrzymałości, nawet dusząc się i nawet kiedy zbliżała się śmierć, usiłował, być może nawet dziecinnie (niech mi to będzie wybaczone), nawet z pewną służalczością, robić to, czego od niego wymagano. W swoich najlepszych chwilach był człowiekiem o wiele większej dobroci, niż ja w swoich najlepszych byłem lub mogłem być. Miał świadomość, że musi dotrzymać, i dotrzymał — w całym zamęcie i niegodnym błazeństwie tego życia, przez które pędzimy — dotrzymał warunków swej umowy. Warunków, o których w najgłębszych pokładach serca wie każdy człowiek. Bo taka właśnie jest prawda — że wszyscy wiemy, Boże, że wiemy, że wiemy, wiemy, wiemy”.
Saul Bellow, Planeta Pana Sammlera
Introwertyczno-filozoficzna powieść Saula Bellowa, amerykańskiego pisarza i noblisty żydowskiego pochodzenia przenosi nas znowu w niby serce Ameryki Północnej, czyli do Nowego Yorku, na Manhattan, a zasadniczo w lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte ubiegłego stulecia. U schyłku swego życia Artur Sammler, polski emigrant dokonuje rozrachunku z własnym życiem i snuje a kiedy indziej artykułuje swoje marzenia o „lepszej” niezbrutalizowanej zwierzęco ludzkości zdolnej do założenia nowego „gniazda” na sąsiedniej wobec Ziemi srebrzystej planecie. W podówczas modnej egzystencjalistycznej pozie intelektualnej jego tkliwy humanizm sięga o niebo wyżej, gdzie nie ma już żadnych sufitów…