Blog

 

18.03.2023

Możliwość wyspy

„Kierujemy nasze spojrzenia ku niebiosom,

a niebiosa są puste”

„Nigdy nie jesteśmy tak oddaleni,

 jak nam się wydaje”

„Wciąż jednak pośrodku

Czasu Możliwość

Wyspy Istnieje”

[…]

Po maturze zapisałem się na studia aktorskie; dalej przyszły mało chwalebne lata, kiedy stawałem się coraz gorszym człowiekiem, a w konsekwencji coraz złośliwszym; w tych okolicznościach sukces sam do mnie przyszedł - i to o zasięgu, który mnie zaskoczył. Zacząłem drobnymi skeczami o współczesnym modelu rodziny, dziennikarzach „Le Monde”, krótko mówiąc o przeciętniactwie klasy średniej - udało mi się świetnie pokazać kazirodcze zakusy intelektualistów w pełnym rozkwicie kariery zawodowej wobec własnych córek bądź synowych, które chodziły z pępkami na wierzchu i wystającymi ze spodni stringami. Podsumowując, byłem uszczypliwym obserwatorem współczesności; porównywano mnie często z Pierre’em Desproges’em. Poświęcając się całkowicie karierze one man show, przyjmowałem czasem zaproszenia do programów telewizyjnych, które wybierałem ze względu na ich dużą oglądalność i ogólną miałkość. Nie omieszkałem podkreślać tej miałkości, jednak subtelnie: trzeba było, żeby prezenter czuł się lekko, ale nie za bardzo zagrożony. Krótko mówiąc, byłem dobrym profesjonalistą; po prostu trochę przecenionym. Nie byłem jedyny. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje skecze nie były śmieszne; śmieszne z pewnością były. Nie na darmo byłem uszczypliwym obserwatorem współczesności; jednak wydawały mi się banalne, tak mało dawało się zaobserwować we współczesnej rzeczywistości: zdołaliśmy tyle uprościć, odciąć tyle gałęzi, obalić tyle barier, tabu, błędnych nadziei, fałszywych dążeń, tak naprawdę niewiele zostało. Na planie społecznym istnieli bogaci, istnieli biedni i kilka nietrwałych pomostów - ostała się jeszcze drabina społeczna, na której temat zwykło się ironizować, i zwiększona możliwość bankructwa. Na planie seksualnym istnieli ci, którzy wywoływali pożądanie, i ci, którzy go nie wywoływali: w istocie był to ciasny mechanizm z kilkoma modalnościami (homoseksualizm etc.), dający się łatwo sprowadzić do próżności i narcystycznej rywalizacji, dobrze opisanych przez francuskich moralistów trzy stulecia wcześniej. Istnieli oczywiście tu i ówdzie poczciwi ludzie, ci, którzy pracowali, zawiadywali efektywną produkcją towarów spożywczych, a także ci, którzy -cokolwiek komicznie bądź patetycznie, jeżeli tak wolimy spoglądać na sprawy (jednak ja byłem przede wszystkim komikiem) - poświęcali się dla swoich dzieci; którzy ani nie byli obdarzeni urodą w młodości, ani ambicją później, nigdy też bogactwem; którzy za to całym sercem wyznawali - i to jako pierwsi, i to z większą mocą niż ktokolwiek - takie wartości, jak: piękno, młodość, bogactwo, ambicja, seks; ci, którzy tworzyli w pewnym sensie spoiwo sosu. Ci jednak nie stanowili dla mnie, żałuję, że muszę to stwierdzić, żadnego tematu. Wprowadzałem ich czasem do moich skeczy, żeby je urozmaicić, stworzyć efekt rzeczywistości; ale w końcu zaczynało mnie to poważnie nudzić. Najgorsze, że byłem uznawany za humanistę; co prawda zgorzkniałego humanistę, ale jednak humanistę.

[…]

Gdzieś w Ośrodku Centralnym kształtowana jest istota podobna do mnie; ma przynajmniej moje rysy i moje wewnętrzne organy. Kiedy moje życie się zatrzyma, brak sygnału zostanie uchwycony w kilku nanosekundach; natychmiast zostanie uruchomiona produkcja mojego następcy. Od jutra, najpóźniej od pojutrza, bariera ochronna ponownie się otworzy, mój następca zamieszka w tych murach. Dla niego przeznaczona jest ta książka. Pierwsze prawo Pierce’a, utożsamia osobowość z pamięcią. Nie ma w osobowości niczego poza tym, co utrwalone przez pamięć (czy będzie to pamięć kognitywna, proceduralna czy afektywna); to dzięki pamięci na przykład sen nie likwiduje poczucia tożsamości. Według drugiego prawa Pierce’a nośnikiem pamięci kognitywnej jest język. Trzecie prawo Pierce’a definiuje uwarunkowania języka niekazuistycznego. Trzy prawa Pierce’a kładły kres ryzykownym próbom pamięciowego downloadingu za pośrednictwem nośnika informatycznego, z jednej strony na rzecz bezpośredniego transferu molekularnego, z drugiej zaś na rzecz tego, co dzisiaj znamy pod nazwą opowieści życia, początkowo pomyślanej jako zwykły dodatek, rozwiązanie przejściowe, które jednak w kolejnych pracach Pierce’a nabierało coraz większego znaczenia. Tak oto ta postępowa logika doprowadziła paradoksalnie do przywrócenia godności pradawnej formie, w gruncie rzeczy dosyć bliskiej temu, co nazywano niegdyś autobiografią. Jeżeli chodzi o opowieść życia, nie ma precyzyjnych wskazówek. Początek może wystąpić w dowolnym punkcie czasowości, podobnie jak pierwsze spojrzenie może spocząć na dowolnym punkcie obrazu; ważne, że pomału wyłania się z tego wszystkiego całość.

[…]

W początkowej fazie wspinania się ku sławie i fortunie smakowałem czasami przyjemności konsumpcji, którymi nasza epoka przewyższa wszystkie poprzednie. Można w nieskończoność sprzeczać się, czy ludzie byli, czy też nie byli bardziej szczęśliwi w ubiegłych stuleciach; można komentować zanik praktyk religijnych i uczuć miłosnych, dyskutować wady i zalety tej sytuacji; przywołać narodziny demokracji, utratę poczucia sacrum, rozpad więzi społecznych. Zresztą wszystko to robiłem w większości skeczy, aczkolwiek w żartobliwym tonie. Można nawet podać w wątpliwość postęp technologiczny i naukowy, odnosić na przykład wrażenie, że ceną za udoskonalenie technik medycznych był wzrost kontroli społecznej i całkowity spadek radości życia. Tyle tylko, że jeśli chodzi o konsumpcję, wyższość XX stulecia była nie do podważenia: nic, w żadnej innej cywilizacji, w żadnej innej epoce, nie mogło się równać z jaskrawą doskonałością współczesnego centrum handlowego funkcjonującego pełną parą. Konsumowałem tedy z radością głównie buty; potem powoli zacząłem odczuwać znużenie i zrozumiałem, że moje życie bez tego codziennego gorsetu przyjemności, prymitywnych i zarazem powtarzalnych, nie byłoby takie proste. Kiedy poznałem Isabelle, miałem chyba około sześciu milionów euro. Bohater balzakowski na tym etapie kupuje luksusowy apartament, który zapełnia dziełami sztuki, i rujnuje się dla tancerki. A ja zajmowałem trzypokojowe mieszkanie w czternastej dzielnicy i nigdy nie spałem z top modelką - nawet nie miałem na to ochoty. Uznałem za właściwe przynajmniej raz odbyć stosunek z modelką podrzędnej klasy; nie pozostawiło to we mnie niezatartych wspomnień. Dziewczyna była w porządku, miała dosyć duże piersi, ale w końcu nie lepsze niż wiele innych; biorąc wszystko pod uwagę, ja byłem mniej przereklamowany niż ona. […] To nie są tak naprawdę lolity... - zauważyłem w końcu. Mają po szesnaście, siedemnaście lat. Tak - przyznała - Nabokow pomylił się o pięć lat. To, co się podoba większości mężczyzn, to nie moment, który poprzedza dojrzewanie, ale ten, który bezpośrednio po nim następuje. Tak czy owak, nie jest to zbyt dobry pisarz. Ja również nie cierpiałem tego przeciętnego i zmanierowanego pseudopoety, tego nieudolnego imitatora Joyce’a, który nie miał szczęścia posiadać rozmachu, jaki u szalonego Irlandczyka pozwala czasami przeskoczyć nad kumulacją ciężkości. Nieudane francuskie ciasto, oto co zawsze mi przywodził na myśl styl Nabokowa. No właśnie - podjęła - ale jeżeli książka, tak źle napisana, okaleczona ponad miarę przez pospolity błąd dotyczący wieku bohaterki, jest mimo wszystko bardzo dobrą książką, i to do tego stopnia, że stworzyła trwały mit, który przedostał się do myślenia potocznego, oznacza to, że autorowi udało się dotrzeć do sedna. Gdybyśmy byli we wszystkim zgodni, wywiad mógłby wyjść dosyć płasko. […] Jeżeli faceci, którzy wchodzą na scenę, pociągają seksualnie dziewczyny, to nie tylko dlatego, że są one łase na sławę; dzieje się tak, ponieważ przeczuwają one, że osobnik występujący na scenie ryzykuje własną skórą, bo publiczność to wielkie, niebezpieczne zwierzę, które może w każdej chwili unicestwić swojego ulubieńca, przepędzić go, zmusić do ucieczki, okrywając go wstydem i obsypując kpinami. Rekompensatą, jaką mogą ofiarować facetowi, który ryzykuje własną skórą na arenie, jest ich ciało; dokładnie tak się rzeczy miały w przypadku gladiatorów czy toreadorów. Byłoby głupotą utrzymywać, że te prymitywne mechanizmy zaniknęły: znam je i wykorzystuję, tak zarabiam na życie. Mogę dokładnie oszacować siłę przyciągania erotycznego rugbisty, gwiazdy rocka, aktora teatralnego i rajdowca: wszystko to działa według utartych schematów, z niewielkimi wariacjami w zależności od mody i epoki. Dobra gazeta dla młodych dziewczyn to taka, która umie antycypować te wariacje.

[…]

Producenci spektaklu poprosili mnie, żebym wyciął jeden fragment z krótkiego metrażu, fragment w rzeczy samej niezbyt śmieszny; kręciliśmy go we Franconville w budynku, który był przeznaczony do rozbiórki, ale rzecz niby miała się odbywać we wschodniej Jerozolimie. Chodziło o dialog między terrorystą Hamasu a niemiecką turystką, który już to przybierał formę pascalowskiej medytacji nad fundamentem ludzkiej tożsamości, już to rozważań ekonomicznych - w rodzaju Schumpetera. Terrorysta palestyński zaczynał od stwierdzenia, że na płaszczyźnie metafizycznej wartość zakładnika jest żadna - gdyż chodzi o niewiernego; nie jest jednak negatywna, jak byłoby na przykład w przypadku Żyda; jego zagłada nie jest więc pożądana, lecz po prostu obojętna. Na płaszczyźnie ekonomicznej natomiast wartość zakładnika jest znaczna - ponieważ należy do bogatego narodu, o którym wiadomo, że solidarnie staje w obronie swoich rodaków. Po tym wstępie terrorysta palestyński przystępował do serii doświadczeń. Najpierw wyrwał jeden ząb zakładnikowi - gołymi rękoma - stwierdziwszy uprzednio, że jego wartość negocjacyjna się nie zmieni. Następnie dokonał podobnej operacji na paznokciu - pomagając sobie tym razem obcęgami. W tym momencie pojawił się drugi terrorysta i między dwoma Palestyńczykami odbyła się krótka dyskusja o, by tak rzec, darwinowskich przesłankach. W efekcie wyrwali jądra zakładnikowi, nie zapominając o porządnym opatrzeniu ran, by uniknąć przedwczesnego zgonu. Zgodnie wyciągnęli wniosek, że wartość biologiczna zakładnika jako jedyna ulega zmianie w efekcie operacji; jego wartość metafizyczna jest żadna, a jego wartość zbytu bardzo wysoka. Krótko mówiąc, stawało się to coraz bardziej pascalowskie - a wizualnie coraz bardziej nie do zniesienia; byłem zresztą zaskoczony, jak mało kosztowne są efekty wykorzystywane w filmach gore. Pełna wersja mojego krótkiego metrażu została pokazana kilka miesięcy później w ramach Festiwalu Dziwności i wtedy właśnie zaczęły napływać kolejne propozycje filmowe. Co ciekawe, ponownie skontaktowano mnie z Jamelem Debbouze’em, który chciał wyjść ze swoich komediowych ról i zagrać bad boya, kogoś naprawdę podłego. Jego agent szybko dał mu do zrozumienia, że byłoby to błędem, i w rezultacie do niczego nie doszło, ale historyjka wydała mi się godna zapamiętania. Żeby lepiej zrozumieć cały kontekst, trzeba pamiętać, że w tych latach - ostatnich latach niezależności finansowej kina francuskiego - jedyne filmy produkcji francuskiej, które odniosły wyraźny sukces i mogły jeżeli nie rywalizować z produkcją amerykańską, to przynajmniej starać się o pokrycie własnych kosztów, należały do gatunku komedii -subtelnej bądź wulgarnej: obie funkcjonowały nieźle. Z drugiej strony artystyczne uznanie -które dawało dostęp do ostatnich pieniędzy z budżetu państwa i zasługiwało na przychylne recenzje w popularnych mediach - zdobywały w kinie, podobnie jak w innych sferach kultury, produkcje będące apologią zła, a przynajmniej te, które poważnie podawały w wątpliwość wartości moralne określane przez językową konwencję jako „tradycyjne”, gdyż propagowały swego rodzaju zinstytucjonalizowaną anarchię utrwaloną w minipantomimach, których powtarzalny charakter nie osłabiał w niczym, zdaniem krytyków, ich uroku, tym bardziej że ułatwiało im to pisanie klasycznych i oczywistych recenzji, uchodzących jednakże za nowatorskie. Uśmiercenie moralności stało się swego rodzaju rytualną ofiarą, która uświęcała wartości dominujące w grupie - od kilku dziesięcioleci skoncentrowane na rywalizacji, innowacyjności i raczej na sile niż na wierności i obowiązku. Jeżeli płynność zachowań wynikająca z wysoko rozwiniętej ekonomii była nie do pogodzenia z normatywnym katalogiem dopuszczalnych obyczajów, to wpasowywała się ona doskonale w nieustające zachłystywanie się wolną wolą i własnym ego. Każda forma okrucieństwa, cynicznego egoizmu czy przemocy była więc mile widziana - niektóre tematy, jak ojcobójstwo czy kanibalizm, przynosiły nawet trochę więcej. Fakt, że komik, i to znany komik, może swobodnie przenieść się w regiony zła i okrucieństwa, musiał być zatem dla branży elektrowstrząsem. Mój agent to, co spokojnie można określić jako szturm - nie minęły dwa miesiące, a dostałem czterdzieści propozycji różnych scenariuszy - przyjął z umiarkowanym entuzjazmem. Z pewnością zarobiłbym dużo pieniędzy, powiedział, a tym samym on również; ale jeżeli chodzi o renomę, dużo stracę. Scenarzysta może sobie być niezbędnym elementem w tworzeniu filmu, ale pozostaje absolutnie nieznany szerokiej publiczności; a pisanie scenariuszy to, bądź co bądź, ciężka praca, która może mi zawadzać w karierze showmana.

[…]

Moim największym sukcesem jako głównego scenarzysty był z całą pewnością Diogenes cynik; w przeciwieństwie do tego, co sugerował tytuł, nie był to film kostiumowy. Cynicy -jest to element ich doktryny na ogół zapominany - zalecali dzieciom zabijać i jeść własnych rodziców, w chwili gdy ci, niezdolni już do pracy, stawali się jedynie gębami do wykarmienia; współczesna adaptacja mająca przedstawić problemy stwarzane przez czwarty wiek nie była trudna do wymyślenia. W pewnym momencie wpadłem na pomysł, żeby zaproponować główną rolę Michelowi Onfrayowi, który rzecz jasna podszedł do sprawy z entuzjazmem; ale ten nędzny grafoman swobodnie czujący się przed prezenterami telewizyjnymi albo mniej lub bardziej głupimi studentami dostał takiego pietra przed kamerą, że niemożliwością było cokolwiek z niego wyciągnąć. Produkcja słusznie wróciła do rozwiązań bardziej sprawdzonych i jak zawsze w roli głównej obsadzono Jean-Pierre’a Marielle’a.

[…]

Isabelle słabła. Rzecz jasna, dla kobiety, której ciało zostało naruszone przez czas, praca dla takiego magazynu jak „Lolita”, gdzie każdego miesiąca lądowały nowe laski, wciąż młodsze, wciąż bardziej sexy i aroganckie, nie była łatwa. To ja, o ile sobie przypominam, podjąłem temat jako pierwszy. Szliśmy brzegiem wzgórz Carboneras, których ciemne zbocza tonęły w lśniącym błękicie morza. Nie szukała wymówek ani wykrętów: to prawda, to prawda, w jej pracy należało podsycać atmosferę konfliktu, narcystycznej rywalizacji, do czego z każdym dniem czuła się coraz bardziej niezdolna. Życie poniża, zauważył Henri de Regnier; życie przede wszystkim zużywa, z pewnością istnieje u niektórych jakieś niedewaluujące się jądro, jądro istnienia; ale czym jest to rezyduum wobec ogólnego zużywania się ciała? Będę musiała wynegocjować warunki odprawy... - powiedziała. - Nie wiem, jak się na to zdobędę. Trzeba przyznać, że magazyn coraz lepiej funkcjonuje; nie wiem, jaki podać pretekst dla swojego odejścia. Umów się na spotkanie z Lajoinie i mu wytłumacz. Powiedz po prostu to, co mi powiedziałaś. Jest już stary, więc myślę, że zrozumie. Oczywiście jest to człowiek kochający pieniądze i władzę, a to są pasje, które wygasają powoli; jednak z tego wszystkiego, co o nim wiem, myślę, że potrafi pojąć, czym jest wypalenie.

[…]

Analogiczną ewolucję, chociaż bardziej powolną, zaobserwowano w przypadku łez, innej charakterystycznej cechy rodzaju ludzkiego. Daniel9 sygnalizuje, że płakał przy ściśle określonej okazji (nagłej śmierci swojego psa Foksa, porażonego prądem przez barierę ochronną); począwszy od Daniela1O, nie znajdujemy już o tym wzmianki. Tak jak śmiech jest słusznie oceniany przez Daniela1 jako przejaw ludzkiego okrucieństwa, tak łzy u tego gatunku wydają się wiązać ze współczuciem. Nigdy nie płaczemy wyłącznie nad sobą, zapisał gdzieś anonimowy ludzki pisarz. Te dwa uczucia, okrucieństwo i współczucie, nie mają oczywiście większego sensu w warunkach absolutnej samotności, w jakich przebiega nasze życie. Niektórzy z moich poprzedników, na przykład Daniell3, ujawniają w swoich komentarzach osobliwą nostalgię za tą podwójną stratą; później ta nostalgia zanika, by ustąpić miejsca ciekawości coraz bardziej sporadycznej; i dziś możemy ją uznać, co potwierdzają wszystkie moje kontakty w sieci, za praktycznie wygasłą. Odprężyłem się dzięki odrobinie hiperwentylacji; niemniej, Barnabę, nie mogłem się powstrzymać, by nie myśleć o wielkich jeziorach rtęci na powierzchni Saturna.

[…]

Myślałem o tym całą noc, opróżniając dwie butelki dosyć obrzydliwej hiszpańskiej brandy: przejrzałem w pamięci wszystkie nasze akty miłosne, nasze uściski, wszystkie chwile, które nas połączyły; za każdym razem widziałem ją odwracającą wzrok lub zamykającą oczy, i zacząłem płakać. Isabelle pozwalała sobie na rozkosz, dawała rozkosz, ale nie lubiła rozkoszy, nie lubiła oznak rozkoszy; nie lubiła ich u mnie, a z pewnością jeszcze mniej u siebie. Wszystko się zgadzało: za każdym razem, gdy zachwycała się jakimś malarskim przedstawieniem piękna, na przykład Rafaelem, a zwłaszcza Botticellim: był to czasami obraz czuły, na ogół jednak zimny, i zawsze niezwykle spokojny; nigdy nie rozumiała absolutnego podziwu, jakim darzyłem El Greca, nigdy nie potrafiła docenić ekstazy; wiele wypłakałem, ponieważ owa zwierzęca część mojej natury, owo oddanie się bez granic rozkoszy i ekstazie było tym, co najbardziej lubiłem w sobie; dla własnej inteligencji, bystrości i humoru żywiłem wyłącznie pogardę. Nigdy nie będziemy patrzeć tym podwójnym, nieskończenie tajemniczym spojrzeniem pary połączonej szczęściem i akceptującej z pokorą istnienie narządów płciowych oraz granice radości; nigdy nie będziemy prawdziwymi kochankami.

[…]

Jedna z autostrad przebiegała, faktycznie, o kilka kilometrów od mojej posiadłości [w Andaluzji – przyp. aut.], i był tam bar w podobnym stylu. Wychodząc z Diamond Nights, nabrałem zwyczaju, by iść na plażę Rodaląuilar. Mój dwudrzwiowy mercedes 600SL jechał po piasku; wciskałem guzik otwierający dach: w dwadzieścia dwie sekundy przekształcał się w kabriolet. To była wspaniała plaża, prawie zawsze pusta, idealnie płaska, o nieskazitelnym piasku, otoczona falezami o pionowych, połyskujących czernią ścianach; człowiek obdarzony prawdziwym temperamentem artystycznym mógłby z pewnością wyciągnąć korzyści z tego piękna i swojej samotności. Jeżeli chodzi o mnie, czułem się wobec tej nieskończoności niczym pchła na wywoskowanym płótnie. Całe to piękno, cała ta geologiczna wzniosłość -w gruncie rzeczy nie miałem czego tu szukać - wydawały mi się nawet niejasno złowrogie. „Świat nie jest panoramą” - notuje sucho Schopenhauer. Prawdopodobnie przywiązywałem zbyt dużą wagę do seksualności, bezsprzecznie; ale jedynym miejscem na świecie, gdzie czułem się dobrze, było schronienie w ramionach kobiety, schronienie w jej waginie; i nie widziałem żadnego powodu, by w moim wieku miało się to zmienić. Istnienie cipki samo w sobie było błogosławieństwem, prosty fakt, że mogłem w niej być i czuć się w niej dobrze, stanowił już wystarczający powód, by przedłużyć tę uciążliwą podróż. Inni nie mieli takiego szczęścia. „Prawda jest taka, że nic mi nie mogło przypaść do gustu na tej ziemi” - zapisał Kleist w swoim dzienniku, zanim popełnił samobójstwo nad brzegiem Wannsee. Często myślałem o Kleiście w tamtym czasie; kilka jego wersów zostało wygrawerowanych na grobie, w którym spoczywał:

Nun

O Unsterblichkeit

Bist du gam mein

[Dobrze

O nieśmiertelność

czy jesteś mój?

– tłum. z niem - przyp. aut.]

[…]

Oboje byli elohimitami, co znaczy, że należeli do sekty, która czciła Elohim, pozaziemskie istoty odpowiedzialne za stworzenie ludzkości, i że czekali na ich powrót. Nigdy wcześniej nie słyszałem tych głupot, toteż podczas kolacji przysłuchiwałem się im z niejaką uwagą. Reasumując, według nich, wszystko polegało na błędzie transkrypcji w Księdze Rodzaju: Stwórcy, Elohim, nie należy rozumieć w liczbie pojedynczej, lecz mnogiej. Nasi stworzyciele nie mieli w sobie nic boskiego, nic nadprzyrodzonego; byli po prostu materialnymi istotami, bardziej niż my zaawansowanymi w procesie ewolucji, które opanowały podróże w przestrzeni i proces tworzenia życia; przezwyciężyli również starzenie się i śmierć i nie chcieli niczego ponadto, jak podzielić się swoimi tajemnicami z najbardziej zasłużonymi spośród nas. „Mhmm - pomyślałem sobie - to dopiero cygaństwo”. Żeby Elohim powrócili i objawili nam, jak uniknąć śmierci, my (to znaczy ludzkość) musimy najpierw wybudować im ambasadę. Nie kryształowy pałac o hiacyntowych i berylowych ścianach, nie, nie, coś bardzo prostego, nowoczesnego i przyjemnego, i z całą pewnością komfortowego; prorok utrzymywał, że lubią jacuzzi (bo był też prorok, który pochodził z Clermont-Ferrand). Jeżeli chodzi o miejsce stworzenia ambasady, myślał najpierw dosyć klasycznie o Jerozolimie; ale były z tym pewne problemy, waśnie sąsiedzkie, krótko mówiąc, nie był to korzystny moment. Rozmowa z rabinem, przewodniczącym Komisji Mesjańskiej (specjalistycznej instytucji izraelskiej, która badała podobne przypadki), pokazała mu nową drogę. Żydzi w sposób oczywisty byli nie najlepiej usytuowani. W czasie powstawania Państwa Izrael myślano oczywiście o Palestynie, ale także o innych miejscach jak Teksas albo Uganda - również niebezpiecznych, jednak nie tak bardzo. Reasumując, zakończył poczciwie rabin, nie trzeba się nadmiernie koncentrować na geograficznym aspekcie sprawy. Bóg jest wszędzie, wykrzyknął, jego obecność wypełnia wszechświat (chcę powiedzieć, poprawił się, dla was Elohim). W rzeczywistości dla proroka było inaczej, Elohim zamieszkiwali planetę Elohim, czasami jedynie podróżowali, to wszystko; ale powstrzymał się od komentarza, nie chciał wejść w kolejny spór geograficzny, jaki raz już wywołała rozmowa. Jeżeli Elohim przenieśli się aż do Clermont-Ferrand, rozumował, musieli mieć ku temu jakieś powody, prawdopodobnie związane z geologiczną strukturą miejsca; w strefach wulkanicznych nieźle pulsuje, wszyscy to wiedzą. Oto dlaczego, stwierdził Patrick, wybór proroka padł po krótkich badaniach na wyspę Lanzarote w archipelagu Wysp Kanaryjskich. Teren był już kupiony, budowa miała ruszyć niebawem.

[…]

Jeżeli po cichu nazywałem elohimitów Bardzo Zdrowymi, to dlatego, że faktycznie byli niezwykle zdrowi. Nie chcieli się starzeć; dlatego też zabraniali sobie palić, faszerowali się preparatami zwalczającymi wolne rodniki i innymi rzeczami, które generalnie można znaleźć w aptekach. Narkotyki były raczej źle widziane, a alkohol dozwolony w postaci czerwonego wina - w ilości dwóch kieliszków dziennie. Można właściwie powiedzieć, że byli na kreteńskiej diecie. Te wszystkie instrukcje nie miały, jak podkreślał prorok, żadnego znaczenia moralnego. Zdrowie - to był cel. Wszystko, co zdrowe, a zwłaszcza co seksualne, było dozwolone. Człowiek od razu się domyślał, o co chodzi, kiedy przeglądał ich stronę internetową albo ulotki: przyjemny kicz erotyczny, odrobinę niesmaczny, prerafaelickie upodobanie do dużych piersi a la Walter Girotto. Homoseksualizm męski bądź kobiecy również był reprezentowany na ilustracjach, aczkolwiek w ograniczonych dawkach: prorok stricte heteroseksualny absolutnie nie był homofobem.

[…]

Następnego dnia prorok we własnej osobie pojawił się po raz pierwszy na konferencji. Ubrany cały na biało skakał po scenie w światłach reflektorów i pośród sążnistych oklasków; od samego początku była to standing ovation. Widziany z daleka przypominał trochę małpę - chodziło zapewne o proporcję między długością kończyn przednich i kończyn tylnych, a może ogólną posturę, sam nie wiem, to było bardzo ulotne. Nie chcę jednak powiedzieć, że sprawiał wrażenie złej małpy: była to po prostu małpa ze spłaszczoną czaszką, lubieżna, nic więcej. Przypominał również, bezsprzecznie, pewnego Francuza: z ironicznym spojrzeniem iskrzącym drwiną i szyderstwem doskonale można go było sobie wyobrazić w sztuce Feydeau. Zupełnie nie wyglądał na swoje sześćdziesiąt pięć lat. Jak wielka będzie liczba wybranych? - zaatakował na samym początku prorok. Czy będzie to 1729, najniższa liczba naturalna, którą można przedstawić w postaci sumy dwóch sześcianów na dwa różne sposoby? Czy będzie to 9240, która ma 64 podzielniki? Czy będzie to 40 755, jednocześnie trójkątna, pięciokątna i sześciokątna? Czy 144 000, jak chcą nasi przyjaciele, świadkowie Jehowy - prawdziwie niebezpieczna sekta, niech to wreszcie zostanie w tym miejscu powiedziane? Czy będzie to 698 896, kwadratowy palindrom? - kontynuował. - Czy będzie to 12 960 000, druga liczba geometryczna Platona? Czy 33 550 336, piąta liczba doskonała, która wyszła spod pióra pewnego anonima w średniowiecznym manuskrypcie?

[…]

Od jakichś kilku tygodni Vincent27 próbuje nawiązać kontakt. Z Vincentem26 utrzymywałem jedynie sporadyczne stosunki, nie poinformował mnie o zbliżającym się zgonie ani o swoim przejściu do stadium pośredniego. Wśród neoludzi fazy przejściowe są na ogół krótkie. Każdy może do woli zmieniać swój adres numeryczny i stać się niewykrywalny; jeżeli o mnie chodzi, nawiązałem tak mało kontaktów, że nigdy nie uznałem tego za konieczne. Całe tygodnie zdarza mi się nie wchodzić do sieci, co doprowadza do rozpaczy Marie22, moją najbardziej wytrwałą interlokutorkę. Jak stwierdzał już Smith, oddzielenie podmiotu od przedmiotu dokonuje się na drodze procesów kognitywnych, na skutek konwergencji porażek. Nagel notuje, że to samo dotyczy oddzielenia się dwóch podmiotów (z tą tylko różnicą, że porażka tym razem nie należy do porządku empirycznego, lecz afektywnego). To w porażce i przez porażkę konstytuuje się podmiot, i przejście ludzi do neoludzi wraz z zanikiem wszelkiego kontaktu fizycznego -które jest korelatem tego procesu - w niczym nie zmieniło tej podstawowej danej ontologicznej. Podobnie jak ludzie nie uwolniliśmy się od statusu indywiduum i od głuchego osamotnienia, które mu towarzyszy; ale w przeciwieństwie do nich wiemy, że status ów jest jedynie konsekwencją percepcyjnej porażki, innym określeniem nicości, nieobecnością Słowa. Przeniknięci przez śmierć i przez nią ukształtowani nie mamy już siły, by zakorzenić się w Teraźniejszości. Dla niektórych ludzkich istot samotność mogła mieć pozytywne znaczenie ucieczki od grupy; jednak wówczas owi samotnicy chcieli się wyzbyć swojej pierwotnej przynależności, by odkryć inne prawa w innej grupie. Dzisiaj, kiedy wszystkie grupy osłabły, wszystkie plemiona się rozproszyły, jesteśmy osamotnieni, jednak wciąż podobni, tyle że straciliśmy chęć, żeby się łączyć.

[…]

Jest taka znana fraza, która dzieli artystów na dwie kategorie: rewolucjonistów i dekoratorów. Powiedzmy, że wybrałem obóz dekoratorów. W gruncie rzeczy nie miałem wyboru, świat zdecydował za mnie. Pamiętam swoją pierwszą wystawę w Nowym Jorku, w galerii Saatchi, FEED THE PEOPLE. ORGANIZE THEM - tak przetłumaczyli tytuł mojej akcji. Byłem dosyć wzruszony, po raz pierwszy od dawna francuski artysta wystawiał w renomowanej nowojorskiej galerii. Poza tym w owym czasie czułem się rewolucjonistą i byłem przekonany o rewolucyjnej wartości mojej pracy. W Nowym Jorku panowała wówczas bardzo mroźna zima, każdego ranka znajdowano na ulicach zamarzniętych na śmierć włóczęgów; byłem przekonany, że zaraz po obejrzeniu ekspozycji ludzie zmienią swoją postawę: wyjdą na ulice i będą dokładnie wypełniać hasło wypisane na telewizorze. Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło: ludzie przychodzili, kiwali głowami, wymieniali inteligentne uwagi, po czym odchodzili. Sądzę - ciągnął - że rewolucjoniści to ci, którzy są gotowi przyjąć brutalność świata i odpowiedzieć na nią z jeszcze większą brutalnością. Po prostu nie miałem tego typu odwagi. Byłem jednak ambitny, zresztą możliwe, że dekoratorzy są w gruncie rzeczy bardziej ambitni niż rewolucjoniści. Przed Duchampem artysta uważał, że jego najwyższym celem jest zaproponowanie jakiejś wizji świata, osobistej, a zarazem trafnej, to znaczy poruszającej; już wtedy miał wielkie ambicje. Po Duchampie artysta przestał się zadowalać proponowaniem wizji świata, próbuje stworzyć własny świat; ściślej mówiąc, rywalizuje z Bogiem. Jestem Bogiem w mojej piwnicy. Postanowiłem stworzyć łatwy, przyjemny świat, w którym spotyka nas tylko szczęście. Jestem absolutnie świadom regresywnego charakteru mojej pracy; wiem, że można ją porównać do postawy nastolatków, którzy zamiast zmagać się z problemami dorastania, uciekają w kolekcjonowanie znaczków, zielniki, jakikolwiek inny mieniący się barwami ograniczony świat. Nikt nie ośmieli się mi tego powiedzieć prosto w twarz, zbieram bardzo dobre recenzje w „Art Presse”, podobnie jak w większości prasy europejskiej; ale wyczytałem pogardę w spojrzeniu dziewczyny, która przyszła tu ze Stowarzyszenia Artystów Plastyków. Była szczupła, ubrana w białą skórę, o cerze niemal śniadej, emanowała erotyzmem; bardzo szybko zrozumiałem, że uważa mnie za niedorozwinięte chore dziecko. Miała rację: jestem niedorozwiniętym chorym dzieckiem, które nie potrafi żyć. Nie mogę zgodzić się na brutalność świata; po prostu nie potrafię.

[…]

Wiem już teraz, że nie skończę mojego komentarza. Opuszczę bez żalu istnienie, które nie przyniosło mi żadnej rzeczywistej radości. Zważywszy na nasze podejście do zgonu, osiągnęliśmy stan ducha, jakiego według mnichów z Cejlonu poszukiwali buddyści Małego Wozu; nasze życie w chwili, gdy się kończy, „przypomina świeczkę, którą się zdmuchuje”. Możemy również powiedzieć, przywołując słowa Najwyższej Siostry, że nasze pokolenia następują po sobie „jak strony książki, którą się przegląda”. Marie23 przysyła mi kolejne wiadomości, które zostawiam bez odpowiedzi. Rolą Daniela25 będzie, jeżeli tego zechce, przedłużenie kontaktu. Lekki chłód opanowuje moje członki; to znak, że wchodzę w ostatnie godziny. Fox to przeczuwa, cicho pojękuje, liże mi palce u stóp. Wiele razy widziałem, jak Fox umierał, zanim został zastąpiony przez swojego następcę; wiedziałem, co oznaczają opadające powieki, rytm serca, który się zatrzymuje, nie burząc wcale głębokiego, zwierzęcego spokoju pięknych, brązowych oczu. Nie mogę posiąść tej wiedzy, żaden neoczłowiek tego nie zdoła; mogę jedynie się do niej zbliżyć, świadomie zwolnić rytm oddechu i projekcji myślowych. Słońce jeszcze wschodzi, dochodzi do zenitu; zimno tymczasem staje się coraz bardziej dokuczliwe. Mgliste wspomnienia pojawiają się na chwilę, by zaraz zniknąć. Wiem, że moja asceza nie była bezużyteczna; wiem, że będę miał swój udział w naturze Przyszłych. Projekcje myślowe również powoli nikną. Prawdopodobnie zostało mi jeszcze kilka minut. Nie odczuwam niczego poza lekkim smutkiem.

[…]

Piękna w rzeczywistości miała na imię Esther. Nigdy nie nazywałem jej Piękną - nigdy w jej obecności. To była dziwna historia. Bolesna, bardzo bolesna, moja Piękna. A najdziwniejsze było to, że tak naprawdę mnie nie zaskoczyła. Z całą pewnością miałem skłonność w moich kontaktach z ludźmi (o mały włos nie napisałem: „w moich oficjalnych kontaktach z ludźmi”; bo w zasadzie utrzymuję tylko takie) do wyolbrzymiania mojej depresji. Coś we mnie zatem wiedziało, wiedziało od zawsze, że odnajdę w końcu miłość - mówię o miłości odwzajemnionej, jedynej, która tak naprawdę jest coś warta, jedynej, która może nas przenieść w inny porządek percepcji, gdzie rozszczepia się jednostkowość, kondycja świata jawi się odmieniona, a jego dalsze istnienie jest uzasadnione. Nie miałem w sobie jednak nic z naiwniaka; wiedziałem, że większość ludzi rodzi się, starzeje i umiera, nigdy nie poznawszy miłości. Wkrótce po tym, jak wybuchła epidemia zwana „chorobą wściekłych krów”, ogłoszono nowe normy w dziedzinie identyfikowalności mięsa wołowego. W działach mięsnych w supermarketach, a także w barach szybkiej obsługi można było dostrzec niewielkie etykietki ze sformułowaniem na ogół następującym: „Urodzone i wyhodowane we Francji. Ubite we Francji”. Jednym słowem: samo życie.

[…]

Ta noc miała mi pokazać, że się myliłem, i doprowadzić mnie do bardziej elementarnego spojrzenia na rzeczy. Nazajutrz, po powrocie do San Jose, zszedłem na Playa de Monsul. Obserwując morze i niknące za horyzontem słońce, napisałem wiersz. Fakt ten był już sam w sobie bardzo dziwny: nie tylko nigdy wcześniej nie tworzyłem poezji, ale praktycznie nigdy wcześniej jej nie czytałem, z wyjątkiem Baudelaire’a. Poezja zresztą, z tego, co o niej wiedziałem, była martwa. Kupowałem dosyć regularnie kwartalnik literacki o tendencjach raczej ezoterycznych - choć nie parałem się tak naprawdę literaturą, była mi bliska; pisałem mimo wszystko swoje skecze i nawet jeżeli nie aspirowałem do niczego więcej niż parodii słowa mówionego, byłem świadom trudności, jakie wiążą się z ustawianiem słów i organizowaniem zdań, tak żeby całość nie popadała w niespójność ani nie grzęzła w nudzie. W tym kwartalniku dwa lata wcześniej przeczytałem długi artykuł poświęcony zanikowi poezji - zanikowi, który osoba podpisana pod tekstem uważała za nieuchronny. Według niej poezja jako język niekontekstualny, poprzedzający rozróżnienie przedmiot-własności, definitywnie opuściła świat ludzi. Sytuowała się po stronie pierwotności, do której nigdy już nie będziemy mieli dostępu, gdyż stan ten istniał przed ustanowieniem przedmiotu i języka. Niezdolna do przekazywania informacji bardziej precyzyjnych niż zwykłe cielesne i emocjonalne doznania, ściśle związana z magicznym stanem ludzkiego umysłu, na skutek pojawienia się wiarygodnych procedur obiektywnej atestacji nieodwołalnie stała się przeżytkiem.

[…]

Jedyna możliwość przetrwania, kiedy jesteśmy prawdziwie zakochani, polega na tym, by ukryć przed kobietą, że się ją kocha, i za wszelką cenę udawać lekką obojętność. Jakiż smutek kryje się w tej prostej konstatacji! Jakież oskarżenie przeciwko człowiekowi!... Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, by sprzeciwiać się temu prawu ani rozważać uchylenie się od niego: miłość czyni słabym, a słabszy z dwóch jest uciskany, dręczony i w końcu mordowany przez drugiego, który z kolei uciska, dręczy i morduje, nie mając niczego złego na myśli, nie odczuwając żadnej przyjemności, całkowicie obojętnie; oto, co ludzie na ogół rozumieją przez miłość.

[…]

Wytłumaczyłem jej, opróżniając duszkiem szklankę tequili z lodem, że całą swoją karierę i fortunę zbiłem na komercyjnej eksploatacji negatywnych instynktów, na tym absurdalnym pociągu Zachodu do cynizmu i zła, czułem się więc specjalnie uprawniony do stwierdzenia, że pośród wszystkich handlarzy złem Larry Clark jest jednym z najbardziej pospolitych i najbardziej ordynarnych po prostu dlatego, że bez przerwy wykorzystuje motyw spisku młodych przeciwko starym, że wszystkie jego filmy nie mają innego celu niż podburzać dzieci, by zachowywały się wobec swoich rodziców nieludzko, bez odrobiny współczucia, i że nie ma w tym nic oryginalnego ani nowego, to samo dzieje się we wszystkich dziedzinach kultury od pięćdziesięciu lat, ta rzekomo kulturalna tendencja nie kryje zresztą, że pragnienie powrotu do pierwotnego stanu, kiedy młode osobniki bezwzględnie i bezdusznie pozbywają się starszych po prostu dlatego, że są one zbyt słabe, by się bronić, jest jedynie typowym dla nowoczesności brutalnym cofnięciem się do wcześniejszego stadium cywilizacji, ponieważ każda cywilizacja może być sądzona ze względu na los, jaki rezerwuje dla najsłabszych, dla tych, którzy nie są już ani produktywni, ani godni pożądania, krótko mówiąc, Larry Clark i jego podły wspólnik Harmony Korinę są jedynie dwoma wzorcowymi egzemplarzami, najbardziej aroganckimi -a pod względem artystycznym najlichszymi - tej nietzscheańskiej hołoty, która rozmnaża się na polu kultury od zbyt długiego już czasu i nie może w żaden sposób być ustawiona na tym samym planie, co ludzie tacy jak Michael Haneke albo ja sam na przykład, któremu zawsze zależało, by wprowadzić pewien rodzaj wątpienia, niepewności i niepokoju do spektaklów, nawet jeżeli w całości (rozpoznałem to jako pierwszy) były one odpychające.

[…]

Esther z całą pewnością nie była dobrze wychowana w potocznym rozumieniu tego pojęcia, nigdy nie przyszła jej do głowy myśl, by opróżnić popielniczkę albo sprzątnąć po sobie talerze i bez najmniejszego skrępowania zostawiała zapalone światło we wszystkich pomieszczeniach, które właśnie opuszczała (w mojej rezydencji w San Jose zdarzało się, że idąc za nią krok po kroku, wyłączałem siedemnaście kontaktów); nie było również mowy, by pomyślała o jakichkolwiek zakupach czy poszła do sklepu, by uczestniczyć w zakupach nieprzeznaczonych do jej własnego użytku - ogólnie rzecz biorąc, nie było mowy, by poprosić ją o jakąkolwiek przysługę. Jak wszystkie bardzo ładne młode dziewczyny nadawała się w gruncie rzeczy jedynie do pieprzenia i byłoby głupie używać jej do czegokolwiek innego i widzieć ją inaczej niż jako luksusowe zwierzę, wypielęgnowane i wypieszczone, chronione tak przed każdą troską, jak przed każdym nudnym i przykrym obowiązkiem, by tym lepiej mogła się poświęcić swoim wyłącznie seksualnym usługom. Nie była tak odległa od bycia potworem arogancji, absolutnego egoizmu i zimna, albo, żeby użyć terminu bardziej baudelaire’owskiego, bycia szatańską dziwką, czym jest większość bardzo ładnych młodych dziewczyn; miała świadomość choroby, słabości i śmierci. Jakkolwiek piękna, bardzo piękna, nieskończenie seksowna i budząca pożądanie, Esther nie pozostawała obojętna na cierpienia zwierząt, ponieważ dobrze je znała; tego wieczoru zdałem sobie z tego sprawę i zacząłem ją naprawdę kochać. Pożądanie fizyczne, niezależnie jak byłoby gwałtowne, nigdy nie wystarczało, by doprowadzić mnie do miłości, nie mogło osiągnąć tego ostatecznego stadium, jeżeli nie towarzyszyło mu, przedziwnie się z nim łącząc, współczucie dla pożądanej istoty; każda żyjąca istota zasługuje oczywiście na współczucie ze względu na prosty fakt, że żyje i przez to jest wystawiona na liczne cierpienia, ale wobec istoty młodej i cieszącej się zdrowiem stwierdzenie to wydaje się czysto teoretyczne. Z powodu swojej choroby, przez swoją fizyczną słabość, niewidoczną, niemniej realną, Esther mogła wzbudzić we mnie niekłamane współczucie za każdym razem, kiedy przyszła mi ochota, by to właśnie względem niej odczuwać. Sama, współczująca i od czasu do czasu mająca odruchy dobroci, mogła również wzbudzić u mnie szacunek, co wieńczyło całość, gdyż nie byłem człowiekiem namiętności, nie przede wszystkim, i jeżeli mogłem pożądać kogoś absolutnie godnego pogardy, jeżeli wielokrotnie zdarzało mi się pieprzyć dziewczyny w tym tylko celu, by utwierdzić się co do władzy, jaką mam nad nimi, i w gruncie rzeczy, by je posiąść, jeżeli posuwałem się nawet do tego, by wykorzystać to mało chwalebne uczucie w swoich skeczach, aż do zamanifestowania niepokojącego zrozumienia dla gwałcicieli, którzy zabijali swoje ofiary natychmiast po tym, jak wykorzystali ich ciała, to zawsze jednak musiałem szanować, żeby kochać; nigdy w zasadzie nie czułem się całkiem swobodnie w relacji seksualnej opartej na czystym pociągu erotycznym i obojętności wobec drugiej istoty, a w konsekwencji nie czułem się seksualnie spełniony, zawsze potrzebowałem -jeżeli nie miłości - to przynajmniej minimum sympatii, szacunku, wzajemnego porozumienia; ludzkość, o nie, nie wyrzekłem się jej. Esther była nie tylko współczująca i miła, ale również wystarczająco inteligentna i subtelna, by postawić się w mojej sytuacji. Pod koniec dyskusji, kiedy broniłem z uciążliwą i głupią zresztą - ponieważ w żaden sposób nie zaliczała mnie do tej kategorii -zapalczywością prawa do szczęścia dla osób starszych, wyciągnęła wniosek, że porozmawia o mnie ze swoją siostrą i że wkrótce nas sobie przedstawi.

[…]

W nocy, która nastąpiła po moim pierwszym kontakcie z Marie23, miałem dziwny sen. Stałem pośród górskiego krajobrazu, powietrze było tak przejrzyste, że mogłem rozróżnić najmniejszy szczegół na skałach, nawet kryształki lodu; widok rozciągał się daleko, poza chmury, poza lasy, aż do linii urwistych szczytów, pokrytych lśniącym wiecznym śniegiem. Niedaleko mnie, kilka metrów poniżej, staruszek niewielkiego wzrostu, okryty futrami, o twarzy pomarszczonej niczym twarz kałmuckiego trapera, kopał cierpliwie wokół stojącego w śniegu palika, potem uzbrojony w swój niepozorny nóż zaczął piłować przezroczysty sznur, spleciony z włókien optycznych. Wiedziałem, że sznur jest jednym z tych, które prowadzą do znajdującej się pośród śniegów przezroczystej sali, gdzie zbierali się przywódcy świata. Spojrzenie starego człowieka było czujne i okrutne. Wiedziałem, że mu się uda, ponieważ miał dużo czasu, a podwaliny świata miały się zawalić; nie był powodowany żadną szczególną motywacją, ale zwierzęcym uporem; przypisywałem mu intuicyjne poznanie i szamańską moc. Tak jak sny ludzi, podobnie i nasze są prawie zawsze rekombinacją różnych elementów rzeczywistości, z którymi zetknęliśmy się dzień wcześniej; doprowadziło to niektórych do upatrywania w tym dowodu na nieciągłość rzeczywistości. Według nich nasze sny byłyby wglądem w inne istniejące odgałęzienia wszechświata, w rozumieniu Everetta-de Witta, to znaczy dającymi się zaobserwować bifurkacjami, które pojawiają się przy okazji różnych wydarzeń w ciągu dnia; nie byłyby więc w żaden sposób ekspresją pragnień czy obaw, ale myślową projekcją sekwencji spójnych elementów, zgodnych z globalną ewolucją funkcji Fali Wszechświata, niedającymi się jednak bezpośrednio udowodnić. Nic w tej hipotezie nie wskazywało na to, co pozwala snom wymykać się użytkowym ograniczeniom funkcji kognitywnej, która broni danemu obserwatorowi dostępu do sekwencji zdarzeń nieznajdujących poświadczenia w jego własnym odgałęzieniu wszechświata; zresztą nie potrafiłem dostrzec w żaden sposób, co w moim życiu mogło dać początek odgałęzieniu wszechświata równie odmiennemu. Według innych interpretacji niektóre z naszych snów należą do innego porządku niż te, które mogli znać ludzie; będąc sztucznego pochodzenia, są spontaniczną produkcją półform myślowych powstałych przez ulegający modyfikacjom splot elektronicznych elementów sieci. Gigantyczny organizm prosił się o narodziny, o ukształtowanie wspólnej świadomości elektronicznej, ale nie mógł na razie zamanifestować się inaczej niż przez produkcję ciągów onirycznych fal generowanych przez rozwijające się podzespoły sieci i ograniczonych do rozpowszechniania się przez kanały transmisyjne, otwierane przez neoludzi; dlatego też próbował objąć kontrolę nad otwarciem tych kanałów. My sami byliśmy niepełnymi bytami, bytami przejściowymi, których przeznaczeniem było przygotować przyjście cyfrowego przyszłego. Cokolwiek miałoby wynikać z tej paranoicznej hipotezy, jest pewne, że prawdopodobnie na początku Drugiej Redukcji wystąpiła mutacja oprogramowania i że atakując najpierw system kodowania, powoli objęła całość sieci; nikt nie znał dokładnie jej zasięgu, ale musiała być bardzo duża i niezawodność naszego systemu transmisji stała się w najlepszym wypadku niezwykle przypadkowa.

[…]

Miałem postój na Gran Canarii i podczas gdy samolot krążył, czekając, aż zwolni się rękaw, z zaciekawieniem przyglądałem się wydmom Maspalomas. Gigantyczne piaszczyste formacje zanurzały się w lśniącym, błękitnym oceanie; lecieliśmy bardzo nisko i mogłem dostrzec kształty, które dzięki ruchom wiatru rysowały się na piasku, przypominając czasem litery, czasem sylwetki zwierząt albo ludzkie twarze; trudno było się powstrzymać, by nie widzieć w tym znaku, nie dać temu jakiejś wróżbiarskiej interpretacji, i poczułem się przytłoczony pomimo albo z powodu jednostajności błękitu.

[…]

Apartamenty proroka były również umeblowane w stylu lat siedemdziesiątych. Gęsty pomarańczowy dywan w fioletowe zygzaki pokrywał podłogę. Niskie kanapy, przykryte futrami, były nieregularnie rozstawione po całym pomieszczeniu. W głębi małe schodki prowadziły do dużego relaksacyjnego fotela z różowej skóry, z doczepionym podnóżkiem; fotel był pusty. Z tyłu rozpoznałem obraz, który wisiał w jadalni proroka w Zwork w ogrodzie, który miał przypominać Eden, dwanaście młodych dziewczyn w przezroczystych tunikach patrzyło na proroka z podziwem i pożądaniem. Można powiedzieć, że było to śmieszne, ale jedynie w tej mierze - zasadniczo niewielkiej - w jakiej czysta seksualność może wydawać się śmieszna; humor i poczucie śmieszności (byłem opłacany, a nawet bardzo dobrze opłacany, żeby dobrze o tym wiedzieć) nie mogą odnieść pełnego zwycięstwa, jeżeli nie atakują celów już rozbrojonych, takich jak religia, sentymentalizm, poświęcenie, poczucie honoru etc.; okazują się natomiast całkowicie bezsilne, jeżeli mają ugodzić w głębokie, egoistyczne, zwierzęce uwarunkowania ludzkiego zachowania. Ten obraz, cokolwiek o nim myśleć, był tak źle namalowany, że dopiero po chwili w przedstawionych na nim młodych dziewczynach rozpoznałem rzeczywiste osoby, które siedziały na stopniach i próbowały naśladować pozycje z obrazu - musiały wiedzieć o naszym przybyciu - ale ofiarowywały jedynie przybliżoną reprodukcję płótna: niektóre miały na sobie takie same przezroczyste tuniki mgliście przypominające greckie, uniesione aż do pasa, inne wybrały gorsety i podwiązki z czarnego lateksu, wszystkie w każdym razie miały odsłonięte cipki. „To narzeczone proroka”, oznajmił Patrick z szacunkiem. Wówczas dowiedziałem się, że owe wybranki miały przywilej stałego przebywania w obecności proroka; każda z nich miała własny pokój w jego kalifornijskiej rezydencji. Reprezentowały wszystkie rasy Ziemi i ze względu na swoją urodę zostały wybrane do wyłącznego użytku Elohim: mogły zatem mieć stosunki seksualne tylko z nimi -oczywiście, kiedy tamci zaszczycą już Ziemię swoim przybyciem - oraz z prorokiem; mogły również, jeżeli prorok wyraził takie pragnienie, mieć stosunki seksualne między sobą. Rozmyślałem przez jakiś czas nad tym widokiem, usiłując je jeszcze raz policzyć: zdecydowanie było ich tylko dziesięć. […] W końcu wyszedł, natychmiast został owinięty przez jedną dziewczynę w szlafrok, podczas gdy druga uklękła, by wytrzeć mu stopy; wówczas spostrzegłem, że był wyższy, a przede wszystkim potężniejszy niż w moim wspomnieniu, z pewnością musiał ćwiczyć mięśnie, dbać o formę. Podszedł do mnie z szeroko rozwartymi ramionami, uściskał mnie. „Jestem szczęśliwy... - powiedział głębokim głosem - jestem szczęśliwy, że cię widzę...”. Wiele razy w czasie podróży zadawałem sobie pytanie, czego tak właściwie ode mnie chciał; być może miał wyolbrzymione pojęcie o mojej popularności. Scjentologia, na przykład, z całą pewnością skorzystała na obecności wśród jej adeptów Johna Travolty czy Toma Cruise’a; ale daleko mi było do ich rangi. Chociaż, prawdę mówiąc, jego przypadek był taki sam i może to było najprostszym wyjaśnieniem: brał to, co miał pod ręką. Prorok zasiadł w fotelu relaksacyjnym, my na pufach poniżej. Na jedno skinienie dziewczyny się rozproszyły, by powrócić z kamionkowymi czarkami, pełnymi migdałów i suszonych owoców; niektóre niosły też amfory wypełnione po brzegi czymś, co miało się okazać sokiem ananasowym. Trzymał się więc greckiej tonacji; reżyseria jednak nie była dopięta na ostatni guzik, z niejakim zażenowaniem dostrzegłem na jednym z pomocniczych stoliczków opakowania po mieszance orzeszków Benenuts.

[…]

Po trzydziestu minutach poświęconych kodowi genetycznemu - bardzo dobrze zbadanemu w chwili obecnej - i odmianom - jeszcze niezbyt dobrze znanym - jego ekspresji w syntezie białek zadbał jednak o mały sceniczny efekt. Dwóch asystentów wniosło na stole i ustawiło przed Uczonym, nie bez wysiłku, kontener mniej więcej wielkości worka z cementem, składający się z nachodzących na siebie kieszeni nierównej wielkości, wykonanych z przezroczystego plastiku i zawierających różne produkty chemiczne -największa, jak się wydawało z daleka, była wypełniona wodą. Oto człowiek!... - wykrzyknął Uczony, niemal z emfazą, później dowiedziałem się, że prorok, licząc się z uwagami Gliny, poprosił Miskiewicza, żeby trochę udramatyzował swoje wykłady, zapisał go nawet na przyspieszony kurs komunikacji oralnej, z treningiem wideo i pracą z zawodowymi aktorami. - Pojemnik stojący na tym stole - kontynuował - ma ten sam skład chemiczny co dorosły człowiek o wadze siedemdziesięciu kilogramów. Jak widzicie, składamy się przede wszystkim z wody... - Złapał za sztylet i przekłuł przezroczystą kieszeń; powstał niewielki strumień. Oczywiście, są duże różnice... - Spektakl się skończył, on wracał do swojego poważnego tonu; kieszeń z wodą coraz bardziej wiotczała, spłaszczając się powoli. Te różnice, chociaż są bardzo istotne, można podsumować jednym słowem: informacja. Istota ludzka to materia plus informacja. Składniki tej materii są nam dzisiaj znane co do grama: chodzi o zwykłe pierwiastki chemiczne, obecne w dużych ilościach w przyrodzie nieożywionej. Informacja także jest nam znana, w każdym razie w swojej istocie: zawiera się całkowicie w DNA, zarówno jąder, jak i mitochondriów. DNA zawiera nie tylko informację konieczną do konstrukcji całości, czyli embriogenezy, ale również tę, która steruje i zawiaduje funkcjonowaniem organizmu. W takim razie dlaczego mamy się zmuszać do przechodzenia przez embriogenezę? Dlaczego nie stworzyć bezpośrednio dorosłego ludzkiego osobnika, wychodząc od koniecznych pierwiastków chemicznych i schematu dostarczonego przez DNA? Takie są, oczywiście, cele poszukiwań, do których będziemy zmierzać w przyszłości. Ludzie przyszłości będą się rodzić bezpośrednio w dorosłym ciele, ciele osiemnastoletnim, i to ten model będzie następnie reprodukowany, i to w tej idealnej formie osiągną, wy i ja osiągniemy, jeżeli moje badania będą postępowały tak szybko, jak się tego spodziewam, nieśmiertelność. Klonowanie to prymitywna metoda, skopiowana bezpośrednio z naturalnego sposobu modelu reprodukcji; rozwój embriona przynosi co najwyżej możliwość wad rozwojowych i błędów; odkąd będziemy dysponować planem budowy i koniecznymi materiałami, stanie się zbędnym etapem. […] Później poprosił ich, by zdjęli tuniki, by wystawili swoje nagie ciała na słońce, i tutaj także wyobrazili sobie kolosalną energię, składającą się z milionów jednoczesnych reakcji termonuklearnych, energię, która jest energią słońca i wszystkich gwiazd. Poprosił ich, by zanurzyli się jeszcze bardziej w głąb swoich ciał, pod skórę, by medytując, spróbowali zwizualizować sobie własne komórki, a dalej jądro tych komórek, gdzie zawiera się DNA, w którym jest zdeponowana ich informacja genetyczna. Poprosił ich, by poczuli swoje DNA, gdyż informacja w nim zawarta, w przeciwieństwie do materii, jest nieśmiertelna. Poprosił ich, by wyobrazili sobie tę informację przemierzającą stulecia w oczekiwaniu na Elohim, którzy będą mogli odtworzyć ich ciała dzięki technologii, jaką rozwinęli, oraz informacji zawartej w DNA. Poprosił ich, by wyobrazili sobie chwilę powrotu Elohim i moment, w którym oni sami, po okresie oczekiwania podobnym do długiego snu, powrócą do życia.

[…]

Nie tylko nigdy nie należałem do żadnego wyznania religijnego, ale nigdy nawet nie brałem pod uwagę takiej możliwości. Dla mnie rzeczy były dokładnie takie, jakimi się wydawały: człowiek był gatunkiem zwierzęcym powstałym z innych gatunków zwierzęcych w procesie pokrętnej i trudnej ewolucji; był złożony z materii kształtującej jego organy, które po śmierci ulegały rozkładowi, przekształcając się w prostsze cząsteczki; wtedy nie istniał już żaden ślad mózgowej aktywności, myśli ani oczywiście niczego, co mogłoby być podobne umysłowi lub duszy. Mój ateizm był tak monolityczny, tak radykalny, że nigdy nie udało mi się brać tych tematów całkiem na serio. W czasie szkolnych lat, kiedy dyskutowałem z jakimś chrześcijaninem, muzułmaninem albo żydem, miałem zawsze uczucie, że ich wiarę należy brać w pewnym sensie w cudzysłowie; że z pewnością nie wierzyli bezpośrednio i w dosłownym rozumieniu w rzeczywistość przedłożonych im dogmatów, ale że chodziło o jakiś znak rozpoznawczy, rodzaj hasła umożliwiającego im dostęp do wspólnoty wierzących - coś takiego, czym mogło być grunge musie lub Doom Generation dla amatorów tej gry. Poważne znaczenie, jakie czasem przypisywali debatom teologicznym nad równie absurdalnymi stanowiskami, wydawało się wychodzić naprzeciw tej hipotezie; to samo w gruncie rzeczy dotyczyło wszystkich prawdziwych amatorów gier: dla gracza w szachy czy kogoś prawdziwie zaangażowanego w jakąś grę ról, fikcyjna przestrzeń gry jest ze wszech miar poważna i realna, możemy nawet powiedzieć, że nic innego dla nich nie istnieje przynajmniej, dopóki gra się nie skończy. Ta męcząca zagadka, jaką stanowiła wspólnota wiernych, znajdowała więc, według mnie, takie samo rozwiązanie, jeżeli chodzi o elohimitów. Dylemat był w pewnych przypadkach łatwy do rozstrzygnięcia. Uczony na przykład nie mógł brać na poważnie tych banialuk i miał bardzo dobre powody, żeby zostać w sekcie; zważywszy na nieprawowierny charakter swoich badań, nigdy nie mógłby otrzymać tak znaczących nakładów finansowych ani laboratorium o równie nowoczesnym wyposażeniu. Inni przywódcy - Glina, Żartowniś i oczywiście prorok - również ciągnęli korzyści materialne ze swojego uczestnictwa. Przypadek Patricka był najciekawszy. Z całą pewnością sekta elohimicka pomogła mu znaleźć kochankę o wybujałym erotyzmie i prawdopodobnie równie gorącą, na jaką wyglądała - co mogłoby mu się inaczej nie zdarzyć: życie seksualne bankowców i kierowników przedsiębiorstw, pomimo całych ich pieniędzy jest na ogół godne pożałowania, muszą się zadowalać krótkimi, kosztującymi krocie randkami z escort girls, które nimi pogardzają i na każdym kroku okazują im odrazę fizyczną, jaką je napawają. Tyle tylko, że Patrick wydawał się mieć realną wiarę i szczerą nadzieję w wieczność rozkoszy, którą przepowiadał prorok; u faceta, którego zachowanie skądinąd odznaczało się mieszczańską racjonalnością, było to niepokojące.

[…]

W chwili, kiedy promień zachodzącego słońca, przebijając chmury, oświetlił je, pojawił się Vincent [syn proroka Patricka, który po gwałtownej śmierci ojca został w ten sposób jego następcą w sekcie Elohim – przyp. aut.] i zaczął kroczyć po nasypie: to właśnie ujęcie, uchwycone przez jednego z fotografów BBC, obiegło wszystkie telewizje świata. Wyraz adoracji wystąpił na twarze, niektórzy wznieśli ku niebu otwarte ramiona; ale nikomu nie wyrwał się krzyk, najmniejszy szept. Vincent rozłożył ręce i po kilku sekundach, w czasie których poprzestał na oddychaniu do mikrofonu, chwytającego każdy z jego oddechów, przemówił: „Oddycham jak każdy z was... -powiedział cicho. - Tymczasem nie należę do tego samego gatunku. Ogłaszam wam początek nowej ludzkości... - kontynuował. - Od swojego powstania wszechświat oczekuje narodzin wiecznej istoty, współistniejącej z nim, by się odbijać w niej jak w czystym lustrze, niesplamionym skazą czasu. Ta istota narodziła się dzisiaj, kilka minut po siedemnastej. Jestem Parakletem i realizacją obietnicy. Jestem na razie sam, ale moja samotność nie potrwa długo, gdyż dołączycie do mnie. Jesteście moimi pierwszymi towarzyszami, w liczbie trzystu dwunastu; jesteście pierwszym pokoleniem nowego gatunku, powołanym do tego, by zastąpić człowieka; jesteście pierwszymi neoludźmi. Jestem momentem zero, wy jesteście pierwszą falą. Dzisiaj wejdziemy w nową erę, w której upływ czasu nie ma już tego samego znaczenia. Dzisiaj wkraczamy w życie wieczne. Ta chwila zostanie zapamiętana”.

[…]

Vincent nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Mówił, nie patrząc na mnie, nie sprawdzając nawet, czy go słucham, głosem jednocześnie zamyślonym i nieobecnym, jakby mówił do magnetofonu albo zeznawał przed komisją śledczą. W miarę jak wyjaśniał mi swoją ideę, zaczynałem sobie uświadamiać, że coraz bardziej oddala się od początkowego zamysłu, że projekt staje się coraz bardziej ambitny, że zależy mu teraz na zupełnie czymś innym niż daniu świadectwa temu, co pionierski autor XX wieku uznał za stosowne nazwać „kondycją ludzką”. Jeżeli chodzi o ludzkość, kazał mi zauważyć, to istnieje już wiele świadectw, które są zbieżne w swoich rozdzierających konstatacjach: krótko mówiąc, temat jest oklepany. Spokojnie, ale bez możliwości odwrotu opuszczał ludzki brzeg, by żeglować ku absolutnemu gdzie indziej, tam, gdzie nie mogłem za nim podążyć, ale bez wątpienia była to jedyna przestrzeń, gdzie mógł oddychać, bez wątpienia jego życie nigdy nie miało innego celu i dlatego był to cel, do którego musiał podążać samotny; równie samotny jak zawsze. Nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, naciskał szeptem, staliśmy się wieczni; z pewnością potrzeba czasu, żeby oswoić się z tą myślą, zanim będzie nam bliska; nie zmienia to jednak faktu, że już teraz rzeczy fundamentalnie się zmieniły. Po opuszczeniu Lanzarote przez wyznawców Uczony został na wyspie z kilkoma laborantami i nadal prowadził badania; bez wątpienia zakończą się one powodzeniem. Człowiek ma mózg ogromnych rozmiarów, mózg nieproporcjonalny w stosunku do prymitywnych wymagań, jakie stawia podtrzymanie gatunku przez elementarne poszukiwanie pożywienia i seksu; wreszcie będziemy mogli zacząć go używać. Żadna umysłowa kultura, przypomniał mi, nie może się rozwinąć w społeczeństwach o silnej przestępczości po prostu dlatego, że bezpieczeństwo fizyczne jest warunkiem wolnego myślenia; żadna refleksja, żadna poezja, żadna myśl, choć odrobinę twórcza, nie może się narodzić u osobnika, który musi się troszczyć o przetrwanie, który musi nieustannie trzymać się na baczności. Skoro konserwacja naszego DNA została zapewniona - jako potencjalnie nieśmiertelni - znajdziemy się, kontynuował, w warunkach absolutnego bezpieczeństwa fizycznego, w warunkach bezpieczeństwa fizycznego, którego żadna istota ludzka nigdy nie zaznała; nikt nie może przewidzieć, co z tego wyniknie z punktu widzenia myśli.

[…]

Niewiarygodne znaczenie, jakie ludzie przywiązywali do seksualnych gierek, od zawsze pozostawiało ich neoludzkich komentatorów w pełnym przerażenia osłupieniu. Było jednak przykre widzieć Daniela1, jak powoli przybliża się do tego, co Najwyższa Siostra określiła mianem Złej Tajemnicy; było przykre czuć, jak stopniowo uświadamia sobie prawdę, która mogła, gdy już wyjdzie na światło dzienne, jedynie go przygnębić. Na przestrzeni dziejów większość ludzi, osiągnąwszy pewien wiek, uznawała za słuszne robić aluzje do spraw seksu, jakby były nieistotnymi wybrykami, i uznawać, że prawdziwe tematy, tematy godne uwagi dojrzałego człowieka, to polityka, interesy, wojna etc. W epoce Daniela1 prawda zaczęła wychodzić na jaw; coraz wyraźniej było widać i stawało się to coraz trudniejsze do ukrycia, że prawdziwe cele ludzi, jedyne, do jakich dążyli spontanicznie, jeżeli zachowali taką możliwość, należały wyłącznie do sfery seksu. Dla nas, neoludzi, jest to prawdziwa zagwozdka. Nie potrafimy, ostrzegała nas Najwyższa Siostra, mieć o tym zjawisku wystarczającego wyobrażenia; możemy jedynie przybliżyć się do jego zrozumienia, pamiętając nieustannie o pewnych ideach regulacyjnych, z których najważniejsza jest ta, że w gatunku ludzkim, jak we wszystkich gatunkach zwierzęcych, które go poprzedzały, indywidualne przeżycie w ogóle się nie liczyło. Darwinowska fikcja „walki o życie” długo zaciemniała podstawowy fakt, że wartość genetyczna jednostki, jego zdolności przekazywania potomkom własnych cech, mogła się sprowadzać, bardzo brutalnie, do jednego tylko parametru: liczby potomstwa, jakie był w stanie spłodzić. Nie należało się więc w żaden sposób dziwić, że zwierzę, każde zwierzę, było gotowe poświęcić swoje szczęście, dobre samopoczucie fizyczne, a nawet życie, w nadziei na zwykły stosunek seksualny: wola gatunku (by wyrazić się w terminach finalistycznych), system hormonalny o silnej kontroli (jeżeli trzymać się ujęcia deterministycznego) niemal nieuchronnie musiały go prowadzić do tego wyboru. Mieniące się barwami ozdoby i upierzenie, hałaśliwe i widowiskowe tańce godowe pozwalały drapieżcom łatwo namierzyć samców i ich pożreć; temu rozwiązaniu również sprzyjała systematycznie genetyka, jeżeli tylko umożliwiało ono bardziej skuteczną reprodukcję. To podporządkowanie się jednostki gatunkowi, opierające się na niezmiennych mechanizmach biochemicznych, było równie silne u ludzkiego zwierzęcia, a nawet wzmożone, gdyż popęd seksualny, nieograniczony wyłącznie do okresu rui, był przez nie odczuwany nieustająco - ludzkie opowieści życia pokazują na przykład w sposób oczywisty, że troska o wygląd mający uwodzić przedstawicieli płci przeciwnej była jedynym prawdziwym powodem dbania o zdrowie i że skrupulatna pielęgnacja ciała, czemu współcześni Daniela1 poświęcali coraz większą część wolnego czasu, nie miała innego celu. Seksualna biochemia neoludzi - i to bez wątpienia była prawdziwa przyczyna uczucia duszności i niepokoju, jakie mnie opanowywały, w miarę jak postępowałem w lekturze opowieści Daniela1 i przemierzałem wraz z nim kolejne etapy jego męki - pozostała niemal identyczna.

[…]

Nawet jeżeli Marie23, nawet jeżeli wszyscy neoludzie i jeżeli ja sam, jak zdarzało mi się przypuszczać, byliśmy fikcjami komputerowymi, samo poczęcie tych fikcji dowodzi istnienia jednego albo wielu IGUS-ów (Information Gathering and Utilizing Systems), czy ich natura była biologiczna, numeryczna czy pośrednia. Istnienie IGUS-u samo w sobie wystarcza, by w ramach pola niezliczonych możliwości wywołać ubytek w pewnym momencie trwania; ten ubytek jest warunkiem paradygmatu istnienia. Przyszli, jeżeli w końcu mieli zaistnieć, musieli uzgodnić swój status ontologiczny z ogólnymi warunkami funkcjonowania IGUS-u. Hartle i Gell-Mann ustalili już, że funkcja kognitywna IGUS-u zakłada warunki niezmienności i wzajemnego wykluczania się sekwencji zdarzeń. Dla IGUS-u obserwującego, czy byłby naturalnego, czy sztucznego pochodzenia, tylko jedno odgałęzienie wszechświata może być obdarzone realną egzystencją; jeżeli ten wniosek nie wyklucza w żaden sposób istnienia innych gałęzi wszechświata, to broni do nich dostępu jakiemukolwiek obserwatorowi; żeby powtórzyć dosyć tajemniczą formułę Gell-Manna, „na każdą gałąź jedynie ta gałąź jest zachowana”. Obecność wspólnoty obserwatorów, nawet jeżeli zostaje sprowadzona do dwóch IGUS-ów, dostarcza dowodu na istnienie rzeczywistości. Aby trzymać się obiegowej hipotezy, mówiącej o ciągłości ewolucji w ramach linii wywodzącej się z „biologii węgla”, nie ma żadnego powodu, by myśleć, że ewolucja dzikich została przerwana przez Wielką Suszę; nic nie wskazuje jednak na przypuszczenia Marie23, która sądzi, że ponownie mieli oni dostęp do języka i że powstały wspólnoty inteligentne, formujące nowe społeczeństwa na podstawach przeciwnych do tych, jakie ustanowili Założyciele.

[…]

W gruncie rzeczy miałem dwie ważne kobiety w moim życiu - podsumowałem -pierwsza to ty, która nie lubiłaś wystarczająco seksu; a druga to Esther, która nie lubiła wystarczająco miłości. Tym razem zaśmiała się szczerze. To prawda... - powiedziała odmienionym głosem, dziwnie przekornym i młodzieńczym - nie miałeś szczęścia... -Zastanowiła się, po czym dodała: - Zresztą, mężczyźni nigdy nie są zadowoleni ze swoich kobiet... Tak, rzadko. To dlatego że chcą rzeczy sprzecznych. Zresztą dzisiejsze kobiety również, ale to coś nowego. W gruncie rzeczy poligamia była niezłym rozwiązaniem... Upadek cywilizacji jest zjawiskiem smutnym, to smutne widzieć, jak przepadają najpiękniejsze umysły - zaczynamy czuć się w życiu niedobrze i w końcu dążymy do ustanowienia republiki islamskiej. Zresztą, powiedzmy, że jest to odrobinę smutne, są smutniejsze rzeczy, to oczywiste. Isabelle zawsze lubiła teoretyczne dyskusje, w pewien sposób to właśnie przyciągnęło mnie do niej; o ile praktyka ta jest jałowa i może okazać się szkodliwa, kiedy jest sztuką dla sztuki, o tyle jest głęboka, twórcza i wypełniona czułością, bezpośrednio po seksie - bezpośrednio po prawdziwym życiu. Popatrzyliśmy sobie prosto w oczy i wiedziałem, czułem, że coś się wydarzy, odgłosy kawiarni wydawały się zacierać, tak jakbyśmy wkroczyli w strefę ciszy, tymczasową albo ostateczną, nie byłem jeszcze pewien, i w końcu, nadal patrząc mi prosto w oczy, głosem czystym i nieodpartym, powiedziała mi: „Wciąż cię kocham”.

[…]

Szybkość jej reakcji mnie zaskoczyła i to od tego momentu, jak mi się zdaje, zacząłem mieć intuicję, że powstanie nowe zjawisko. To, że na Zachodzie może się narodzić nowa religia, było już samo w sobie zaskakujące, wszakże historię europejską ostatnich trzydziestu lat naznaczył masowy upadek tradycyjnych wierzeń, który nabrał zadziwiającej prędkości. W krajach takich jak Hiszpania, Polska, Irlandia głęboka, jednolita, zbiorowa wiara katolicka kształtowała życie społeczne i ogół zachowań od stuleci, determinowała moralność, podobnie jak relacje w rodzinie, warunkowała całość wytworów kulturalnych i artystycznych, hierarchie społeczne, zwyczaje, reguły postępowania. W czasie kilku lat, a więc krótszym niż jedno pokolenie, okresie niewiarygodnie szybkim, wszystko to zniknęło, rozwiało się w nicość. W tych krajach nikt już dzisiaj nie wierzy w Boga, nie przywiązuje do niego najmniejszej wagi, nie pamięta nawet, że kiedyś wierzył; i wszystko to przeszło bez najmniejszych trudności, bez konfliktu, bez przemocy ani protestów z jakiejkolwiek strony, nawet bez żadnej prawdziwej dyskusji, tak łatwo, jak ciężki przedmiot podtrzymywany przez pewien czas zewnętrznymi więzami powraca, gdy je popuszczamy, do początkowej pozycji równowagi. A może duchowe wierzenia ludzi wcale nie były masywną i solidną bryłą, którą nie sposób obalić; może wręcz przeciwnie, były tym, co w człowieku najbardziej ulotne i kruche, najbardziej skore do narodzin i śmierci. Większość świadectw to potwierdza: począwszy od tego momentu, Kościół elohimicki zaczął zyskiwać coraz większą liczbę wyznawców i rozszerzać się bez najmniejszego oporu na całą kulturę Zachodu. Po tym, jak ruch elohimicki w niecałe dwa lata wygrał w ultraszybkim tempie przetarg na wszystkie zachodnie odłamy buddyzmu, z równą łatwością pochłonął ostatnie rezydua po upadku chrześcijaństwa, aż w końcu zwrócił się w stronę Azji, której podbój, rozpoczęty od Japonii, również dokonał się z zaskakującą prędkością, biorąc pod uwagę, że kontynent ten przez stulecia stawiał zwycięski opór wszelkim misjonarskim zakusom chrześcijan. To prawda, że czasy się zmieniły i elohimizm szedł w pewnym sensie łeb w łeb z konsumpcyjnym kapitalizmem, który czynił z młodości wartość najbardziej pożądaną, niszcząc pomału szacunek do tradycji i kultu przodków, obiecywał bowiem nieograniczone zachowanie młodości i rozkoszy, jakich ta pierwsza była źródłem. Islam, co ciekawe, był najtrwalszym bastionem oporu. Dzięki masowej i nieustającej emigracji religia muzułmańska wzmacniała się w krajach zachodnich praktycznie w tym samym tempie co elohimizm; zwracając się przede wszystkim do ludności pochodzącej z Maghrebu i czarnej Afryki, cieszyła się również wzrastającym sukcesem u „rdzennych” Europejczyków, sukcesem dającym się jedynie przypisać jej maczyzmowi. Bo jeżeli rezygnacja z maczyzmu faktycznie uczyniła mężczyzn nieszczęśliwymi, to również w żaden sposób nie uszczęśliwiła kobiet. Coraz liczniejsi byli ci, a przede wszystkim te, którzy marzyli o systemie, gdzie kobiety byłyby skromne i podporządkowane, a ich dziewictwo chronione. […] Elohimizm z kolei był doskonale przystosowany do cywilizacji rozrywki, w której łonie został poczęty. Nie stawiając żadnych ograniczeń moralnych, redukując ludzką egzystencję do kategorii interesu i przyjemności, zyskiwał również wiele dzięki fundamentalnej obietnicy, która była obietnicą wszystkich religii monoteistycznych: obietnicy zwycięstwa nad śmiercią. Usuwając jakikolwiek duchowy czy niejasny wymiar, ograniczył po prostu zasięg tego zwycięstwa i naturę obietnicy do nieograniczonego przedłużania materialnego życia, to znaczy do nieograniczonego zaspokajania pragnień fizycznych. Pierwszy podstawowy obrządek oznaczający konwersję każdego nowego adepta polegał na pobraniu DNA, czemu towarzyszył podpis pod oświadczeniem, w którym postulant powierzał Kościołowi po śmierci cały swój majątek. Kościół natomiast, rezerwując sobie prawo do inwestycji, obiecywał jednocześnie, że po zmartwychwstaniu zwróci delikwentowi wszystko co do grosza. Rzecz nie wydawała się tak szokująca, ponieważ cel, do jakiego się dążyło, zasadzał się na eliminacji jakiegokolwiek naturalnego pokrewieństwa, a więc także całego systemu dziedziczenia, i śmierć była przedstawiana jako neutralny etap, zwykły postój w oczekiwaniu na odmłodzone ciało. Po intensywnej kampanii w amerykańskich środowiskach biznesowych pierwszym nawróconym był Steve Jobs - poprosił on o częściowe zwolnienie na rzecz swoich dzieci, które spłodził, zanim odkrył elohimizm, i je otrzymał. W ślad za nim poszli Bill Gates, Richard Branson, po czym wzrastająca liczba prezesów największych światowych koncernów. W ten sposób Kościół stał się niezwykle bogaty i kilka lat po śmierci proroka stanowił, zarówno jeżeli chodzi o zainwestowany kapitał, jak i o liczbę wyznawców, pierwszą religię europejską.

[…]

To prawdziwa ironia losu, kiedy się pomyśli, że SRG, wymyślone początkowo ze zwykłych przyczyn artystycznych, pozwoliło neoludziom przeżyć bez większych kłopotów katastrofy klimatyczne, które później miały nastąpić i których w tamtym czasie nikt nie mógł przewidzieć, podczas gdy ludzie dawnej rasy zostali niemal zupełnie zdziesiątkowani. W tym kluczowym punkcie opowieść życia Daniela1 po raz kolejny znajduje potwierdzenie w opowieściach Vincenta1, Slotana1 i Jeróme’a1, chociaż poświęcają temu zdarzeniu nierówną ilość miejsca. Podczas gdy Vincent1 robi do niego aluzje w akapitach rozproszonych po całej opowieści, a Jeróme1 właściwie pomija je milczeniem, Slotan1 poświęca dziesiątki stron koncepcji SRG i pracom, które miały kilka miesięcy później pozwolić na jej faktyczną realizację. Najogólniej mówiąc, opowieść życia Daniela1 często uważana jest przez komentatorów za centralną i kanoniczną. Podczas gdy Vincent1 często przywiązuje nadmierną wagę do estetycznego znaczenia obrządków, Slotan1 poświęca się prawie wyłącznie przywoływaniu swoich prac naukowych, a Jeróme1 kwestiom dyscypliny i organizacji materialnej, Danieli jest jedynym, który daje wyczerpujący, a jednocześnie neutralny opis Kościoła elohimickiego od jego początków; podczas gdy pozostali w codziennej krzątaninie, myśleli wyłącznie o rozwiązywaniu praktycznych problemów, którym musieli stawiać czoło, on jako jedyny nabrał pewnego dystansu i rzeczywiście zrozumiał znaczenie tego, co działo się na jego oczach. Taki stan rzeczy obciąża mnie podobnie jak wszystkich moich poprzedników z serii Daniela szczególną odpowiedzialnością: mój komentarz nie jest, nie może być zwykłym komentarzem, ponieważ bezpośrednio dotyczy okoliczności powstania naszego gatunku i naszego systemu wartości. Jego kapitalne znaczenie jest tym większe, że mój odległy przodek był w oczach Vincenta1, a z pewnością i w swoich, typową ludzką istotą, reprezentantem gatunku, człowiekiem jednym z wielu. Według Najwyższej Siostry zazdrość, pożądanie i chęć prokreacji mają jedno i to samo źródło: ból istnienia. To ból istnienia każe nam szukać bliźniego niczym paliatywu; musimy przekroczyć to stadium, by dojść do stanu, kiedy sam fakt istnienia jest nieustającym powodem do radości; kiedy intermediacja jest już jedynie dobrowolnie kontynuowaną zabawą, a nie konstytuantą istnienia. Jednym słowem, musimy osiągnąć wolność obojętności, która stanowi warunek możliwości idealnej równowagi.

[…]

Przed oczami rysowała mi się cosa mentole, ostateczna udręka, i w tym momencie mogłem wreszcie powiedzieć, że zrozumiałem. Przyjemność seksualna z tych wszystkich, jakie niosło nam życie, nie była najwyższa jedynie dzięki swojemu wyrafinowaniu i gwałtowności; nie była wyjątkowa tylko dlatego, że jako jedyna nie pociągała za sobą żadnych szkód dla organizmu, a wręcz przeciwnie, utrzymywała go w zdrowiu i dodawała energii; tak naprawdę była to jedyna przyjemność, jedyny cel ludzkiego istnienia, a wszystkie inne - czy było to wystawne jedzenie, tytoń, alkohol bądź narkotyki - były tylko śmiesznymi i desperackimi kompensacjami, mini-samobójstwami, zbyt tchórzliwymi, by nazwać siebie po imieniu, próbami szybkiego zniszczenia ciała, dla którego jedyna przyjemność była już niedostępna. Tak oto życie ludzkie było ukonstytuowane w przerażająco prosty sposób, a ja przez dwadzieścia lat w licznych scenariuszach i skeczach krążyłem wokół rzeczywistości, którą mógłbym wyrazić w kilku zdaniach. Młodość była czasem szczęścia, jego jedynym sezonem, młodzi ludzie, prowadząc próżniacze i pozbawione zmartwień życie, częściowo zajęci mało pochłaniającymi studiami, do woli mogli się poświęcać radosnym uniesieniom ciała. Mogli bawić się, tańczyć, kochać, oddawać się wszelkim przyjemnościom. Mogli wychodzić z imprezy bladym świtem w towarzystwie partnerów seksualnych, jakich sobie wybrali, i kontemplować posępne szeregi urzędników jadących do pracy. Stanowili sól ziemi, wszystko było im dane, wszystko dozwolone i wszystko możliwe. Później, założywszy rodzinę i tym samym wchodząc w świat dorosłych, poznawali kłopoty, mozół, obowiązki, trud istnienia; musieli płacić podatki, podporządkować się wymogom administracyjnym, a jednocześnie być bezradnym i zawstydzonym świadkiem z początku powolnej, a potem coraz szybciej postępującej degradacji własnego ciała; przede wszystkim zaś musieli opiekować się dziećmi, niczym śmiertelnymi wrogami mieszkającymi w tym samym domu, musieli je dopieszczać, karmić, martwić się ich chorobami, zapewnić środki na ich edukację oraz przyjemności, a w przeciwieństwie do tego, co dzieje się u zwierząt, nie trwa to tylko przez jeden sezon, na zawsze już pozostają niewolnikami własnego potomstwa, dla nich czas radości kończy się na dobre, potem będą już tylko zmagać się z bólem i wzrastającymi kłopotami zdrowotnymi, aż do czasu, kiedy nie będą już się nadawać do niczego i ostatecznie zostaną potraktowani jak odpadki, niepotrzebni i zawadzający starcy. Dzieci w odpowiedzi za nic nie będą im wdzięczne, wręcz przeciwnie, ich wysiłki, jakkolwiek usilne, nigdy nie będą uznane za wystarczające; z tej prostej przyczyny, że są rodzicami, zawsze będą uznani za winnych. Z tego cierpiętniczego wypełnionego wstydem życia zostanie bezwzględnie wygnana wszelka radość. Jeżeli tylko zapragną zbliżyć się do młodych ciał, będą prześladowani, odrzuceni, okryci śmiesznością i hańbą, a w naszych czasach coraz częściej skazani na więzienie. Cielesność młodych, z pewnością najbardziej godna pożądania ze wszystkiego, co świat mógł zaoferować, była zarezerwowana wyłącznie dla młodych, przeznaczeniem starych było pracować i cierpieć. Taki był prawdziwy sens międzypokoleniowej solidarności: zasadzał się po prostu na holokauście każdej kolejnej generacji na rzecz tej, która miała ją zastąpić, holokauście okrutnym, rozciągniętym w czasie, nieprzynoszącym żadnego pocieszenia, żadnej otuchy, żadnego wynagrodzenia zarówno materialnego, jak i uczuciowego.

[…]

Zrozumiałem wtedy zakłopotanie, w jakie w mniejszym lub większym stopniu wszystkich wprawiłem: moje odkrycie dotyczące szczęścia zarezerwowanego wyłącznie dla młodości, a także ofiary pokoleniowej, nie było w rzeczywistości żadnym odkryciem, wszyscy tutaj doskonale to rozumieli; Vincent to rozumiał, Lucas to rozumiał i większość adeptów również. Bez wątpienia Isabelle także już dawno to sobie uświadomiła i popełniła samobójstwo bez emocji, pod wpływem racjonalnej decyzji niczym ktoś, kto prosi o kolejne rozdanie, kiedy partia źle się zaczęła - w kartach niewielu na to pozwala. „Czy byłem głupszy niż przeciętna?” - zapytałem Vincenta jeszcze tego samego wieczoru, kiedy piliśmy u niego aperitif. „Nie” - odpowiedział beznamiętnie, w wymiarze intelektualnym sytuowałem się nawet lekko powyżej średniej, a w wymiarze moralnym byłem jak wszyscy: trochę sentymentalny, trochę cyniczny, jak większość. Ale byłem bardzo szczery, w tym tkwiła moja szczególność; w porównaniu do zwykłych ludzkich norm cechowała mnie wręcz niewiarygodna szczerość. Nie powinienem czuć się dotknięty tymi uwagami, dorzucił, wszystko to daje się wywnioskować z mojego wielkiego publicznego sukcesu; właśnie szczerość stanowi o niezrównanej wartości mojej opowieści życia. To, co powiem ludziom, zawsze będzie odbierane jako autentyczne, prawdziwe; a przez to, co przeszedłem, wszyscy mogliby przejść przy niewielkim wysiłku. Jeżelibym się nawrócił, oznaczałoby to, że wszyscy ludzie za moim przykładem mogliby się nawrócić.

[…]

„Faktycznie było raczej niemożliwe - powiedziałem Vincentowi nieco później - pozostać przy życiu w takim miejscu dłużej niż dziesięć minut”. „Nazywam to miejsce miłością -odparł. Człowiek nigdy nie potrafił kochać, nigdzie poza nieśmiertelnością; bez wątpienia dlatego kobiety były bliższe miłości, gdyż ich misją było dawanie życia. Odnaleźliśmy nieśmiertelność i współistnienie ze światem, świat nie ma już mocy, by nas zniszczyć, wręcz przeciwnie, to my mamy moc tworzenia go naszym spojrzeniem. Jeżeli pozostaniemy niewinni i uznani przez jedno choćby spojrzenie, pozostaniemy również w miłości”.

[…]

Gdzieś w okolicach dwunastego pokolenia neoludzi narodziły się pierwsze wątpliwości dotyczące nadejścia Przyszłych - to znaczy jakiś tysiąc lat po wydarzeniach opowiedzianych przez Daniela1; w tym właśnie czasie doszło do pierwszych odstępstw. Upłynął kolejny tysiąc lat, a sytuacja pozostała stabilna, proporcja odstępstw niezmienna. Otwierając tradycję dezynwoltury wobec danych naukowych, która miała doprowadzić filozofię do zguby, ludzki myśliciel Friedrich Nietzsche widział w człowieku „gatunek, którego typ nie został jeszcze określony”. Tak jak ludzie w żaden sposób nie odpowiadali temu osądowi - mniej w każdym razie niż większość gatunków zwierzęcych - podobnie nie stosuje się on do neoludzi, którzy zajęli ich miejsce. Można wręcz powiedzieć, że tym, co najlepiej nas charakteryzuje, w porównaniu z naszymi poprzednikami, z całą pewnością jest swego rodzaju konserwatyzm. Ludzie, a w każdym razie ludzie z ostatniego okresu, jak się zdaje, lgnęli do każdego nowego projektu, i to niezależnie od proponowanego im kierunku; zmiana, sama w sobie, była w ich oczach wartością. My, wręcz przeciwnie, przyjmujemy każdą innowację z jak największą rezerwą i czynimy to tylko wtedy, gdy wydaje się nam bezdyskusyjną zmianą na lepsze. Od czasu Standardowej Rektyfikacji Genetycznej, która uczyniła z nas pierwszy autotroficzny gatunek zwierząt, nie zrealizowano żadnej zmiany o porównywalnym zasięgu. Różne projekty zostały poddane naszej ocenie przez naukowe władze Ośrodka Centralnego, proponujące na przykład rozwinięcie naszej zdolności do latania lub wytrzymałości w środowiskach podwodnych; debatowano nad nimi, długo debatowano, zanim w końcu zostały odrzucone. Jedynymi cechami genetycznymi, które odróżniają mnie od Daniela2, mojego pierwszego neoludzkiego poprzednika, są drobne poprawki, podyktowane zdrowym rozsądkiem, dotyczące na przykład podwyższenia efektywności metabolizmu, jeżeli chodzi o zużycie minerałów, lub lekkiego zmniejszenia wrażliwości włókien nerwowych na ból. Nasza zbiorowa historia, podobnie zresztą jak indywidualne losy, jawi się więc w porównaniu z historią ludzi ostatniego okresu jako wyjątkowo spokojna. Czasami w nocy wstaję, by obserwować gwiazdy. Klimatyczne i geologiczne zmiany o ogromnym zasięgu w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat przekształciły wygląd tego regionu, podobnie jak większości regionów na świecie; blask i pozycja gwiazd, ich ułożenie w konstelacjach są zapewne jedynymi elementami natury, które od czasów Daniela1 nie uległy żadnym transformacjom. Przypatrując się uważnie nocnemu niebu, zdarza mi się myśleć o Elohim, o tej dziwnej wierze, która okrężnymi drogami doprowadziła do Wielkiej Transformacji. Danieli odżył we mnie, jego ciało odnalazło nowe wcielenie, jego myśli, jego wspomnienia są moimi; jego istnienie faktycznie przedłuża się we mnie, i to znacznie bardziej, niż marzył o tym jakikolwiek człowiek, przedłużając swoje życie przez potomstwo. Moje życie jednak, często o tym myślę, jest odległe od tego, jakim pragnąłby żyć mój przodek.

[…]

Ludzie coraz bardziej będą chcieli być wolni, nieodpowiedzialni i uganiać się za rozkoszą; będą chcieli żyć tak, jak dzisiaj żyją dzieciaki, a kiedy poczują już ciężar wieku i prowadzenie walki stanie się niemożliwe, skończą ze sobą; wcześniej jednak przystąpią do Kościoła elohimickiego, ich kod genetyczny dostanie się pod ochronę i będą umierać w nadziei na nieograniczoną kontynuację życia poświęconego przyjemnościom. Taki był sens zmian historycznych, ich długoterminowy kierunek, i bynajmniej nie ograniczą się one jedynie do Zachodu. Zachód po prostu użyźni i przygotuje glebę, jak czyni to od schyłku średniowiecza. Wówczas zniknie gatunek w obecnej formie; pojawi się natomiast coś innego, czemu nie można jeszcze nadać nazwy, co może będzie gorsze lub lepsze, ale z pewnością będzie bardziej ograniczone w swoich ambicjach, a w każdym razie spokojniejsze; należy właściwie ocenić wagę niecierpliwości i szaleństwa w historii ludzkości. Może ten prymitywny imbecyl Hegel miał słuszność, może w gruncie rzeczy byłem jedynie chytrością rozumu. Zdawało się mało prawdopodobne, by gatunek, który miał po nas nastąpić, był w tym samym stopniu gatunkiem społecznym; od czasu mojego dzieciństwa myśl, która kończyła wszelkie dyskusje i uśmierzała spory, myśl, wokół której bez awantur tworzył się na ogół absolutny i spokojny konsens, streszczała się mniej więcej w słowach: „Tak naprawdę rodzimy się sami, żyjemy sami i umieramy sami”. Zdanie to, zrozumiałe dla najbardziej powierzchownych umysłów, służyło również za konkluzję najbardziej subtelnym myślicielom; we wszelkich okolicznościach spotykało się z jednogłośnym uznaniem i każdemu wydawało się, gdy tylko padły te słowa, że nigdy nie słyszał nic równie pięknego, głębokiego i słusznego - niezależnie od wieku, płci czy pozycji społecznej rozmówców. Było to już uderzające w moim pokoleniu, a jeszcze bardziej w pokoleniu Esther. Takie nastawienie umysłu nie sprzyja na dłuższą metę rozwojowi bogatego życia społecznego. Życie społeczne miało swój czas, odegrało już historyczną rolę; było niezbędne w pierwszym okresie pojawienia się ludzkiej inteligencji, jednak obecnie stanowiło bezużyteczną i zawadzającą ruinę. To samo będzie dotyczyć seksualności, od kiedy upowszechni się sztuczna prokreacja. „Masturbacja to uprawianie miłości z kimś, kogo naprawdę kochamy”: zdanie to przypisywane było różnym osobowościom, od Keitha Richardsa po Jacques’a Lacana; w każdym razie w epoce, w której zostało wypowiedziane, wyprzedzało swój czas i w konsekwencji nie mogło mieć realnego oddziaływania. Stosunki seksualne utrzymają się jeszcze przez jakiś czas jako wsparcie dla reklamy i zasada narcystycznej dyferencjacji, będą jednak coraz bardziej zarezerwowane dla specjalistów, dla tworzących erotyczną elitę. Walka narcystyczna trwać będzie tak długo, jak długo będzie podtrzymywana przez dobrowolne ofiary, gotowe, by szukać w niej swojej dawki upokorzeń, prawdopodobnie utrzyma się tak długo jak życie społeczne, będzie to jego ostatni przeżytek, który w końcu również się wypali. Jeżeli chodzi o miłość, również należy o niej zapomnieć: zapewne byłem ostatnim człowiekiem swojego pokolenia, który kochał siebie wystarczająco niewiele, by pokochać kogoś innego, i to też nie zdarzało mi się tak często, dokładnie dwa razy w życiu. Nie ma miłości tam, gdzie jest indywidualna wolność i niezależność, to po prostu kłamstwo, i to najbardziej ordynarne, jakie można sobie wyobrazić; miłość istnieje tylko w pragnieniu unicestwienia, stopienia się, indywidualnego zniknięcia, w swego rodzaju, jak to dawniej określano, bezbrzeżnym uczuciu, w czymś, co tak czy owak w najbliższej przyszłości miało być skazane na zagładę.

[…]

Na początku została poczęta Najwyższa Siostra, ona była pierwsza. Następnie poczęto Siedmiu Założycieli, którzy stworzyli Ośrodek Centralny. Tak jak nauki Najwyższej Siostry są podstawą naszych pojęć filozoficznych, tak polityczna organizacja wspólnot neoludzkich zawdzięcza niemal wszystko Siedmiu Założycielom; chociaż ich zdaniem jest ona jedynie nieistotną wypadkową, która została uwarunkowana ewolucją biologiczną, zwiększającą funkcjonalną autonomię neoludzi, jak również zmianami historycznymi zapoczątkowanymi już w poprzednich społeczeństwach i prowadzącymi do zaniku funkcji integracyjnych. Skądinąd motywy, które doprowadziły do radykalnej separacji między ludźmi, nie mają w sobie nic definitywnego i wszystko wskazuje na to, że separacja ta następowała stopniowo, prawdopodobnie na przestrzeni kilku pokoleń. Całkowita separacja fizyczna stanowi, prawdę mówiąc, możliwą konfigurację społeczną, zgodną z naukami Najwyższej Siostry i podążającą w wyznaczonym przez nią kierunku, ale nie jest ścisłą konsekwencją tych nauk. Gdy kontakt zanika, ulatnia się i pożądanie. Nie odczuwałem do Marie23 żadnego pociągu fizycznego - podobnie jak do Esther31, która zresztą i tak przekroczyła już wiek, by wzbudzać tego rodzaju reakcje. Byłem przekonany, że ani Marie23, mimo swojego odejścia, ani Marie22, mimo poprzedzającego jej koniec dziwnego epizodu, jaki został zrelacjonowany przez mojego poprzednika, również nie zaznały pożądania. Doznały jednak, i to w sposób szczególnie dotkliwy, tęsknoty za pożądaniem, chęci doświadczenia go na nowo; podobnie jak ich odlegli przodkowie pragnęły być napromieniowane ową siłą, która zdawała się tak potężna. Chociaż Danieli, jeżeli idzie o temat tęsknoty za pożądaniem, jest szczególnie elokwentny, mnie do tej pory zjawisko to oszczędziło, toteż z największym spokojem omawiam z Esther31 szczegóły wzajemnej relacji naszych poprzedników; ona wykazuje równą obojętność, toteż rozstajemy się bez żalu i zakłopotania pod koniec naszych epizodycznych intermediacji, by powrócić do spokojnego, kontemplacyjnego życia, które prawdopodobnie ludziom z epoki klasycznej wydawałoby się nieznośnie nudne.

[…]

Przed wszelkim smutkiem, żalem czy jasno rysującym się brakiem, jest coś innego, co można nazwać czystym lękiem przestrzeni. Czyżby to właśnie było ostatnie stadium? Co takiego uczyniłem, by sobie zasłużyć na ten los? I co takiego, bardziej ogólnie, uczynili ludzie? Nie czuję już w sobie nienawiści, niczego, czego mógłbym się chwycić, żadnego punktu odniesienia, żadnej wskazówki; pozostał strach, prawda o rzeczach, kładąca się cieniem na wszystkim. Nie ma już świata rzeczywistego, świata odczuwanego, świata ludzkiego, wyszedłem poza czas, nie mam już przeszłości ani przyszłości, wyzbyłem się smutku i planów, nie ma we mnie tęsknoty, rezygnacji, nadziei; pozostał strach. Przestrzeń podchodzi, zbliża się, chce mnie pożreć. Z pomieszczenia rozlega się cichy odgłos. Upiory są tutaj, tworzą przestrzeń, osaczają mnie. Żywią się zdechłymi spojrzeniami ludzi.

[…]

„Nie wiem, czy Pani wie... - napisałem jej (od dawna przeszliśmy na tryb niewizualny) -że czuję się bardzo oddalony od mojego przodka...”. „Nigdy nie jesteśmy tak oddaleni, jak nam się wydaje”, odpisała brutalnie. Nie rozumiałem, co kazało jej myśleć, że ta stara, dwutysiącletnia historia dotycząca ludzi dawnej rasy może jeszcze dzisiaj mieć jakieś znaczenie. „A jednak ma znaczenie, i to znaczenie głęboko negatywne...” - odpowiedziała enigmatycznie.

Michel Houellebecq, Możliwość wyspy

Paraleliczna powieść Michela Houellebecq ’a, francuskiego pisarza, eseisty, poety i tekściarza, a co jakiś czas także domorosłego skandalisty przenosi nas w dwa wymiary czasowe: w czas linearnie realny głównie do Paryża, Madrytu i Andaluzji generalnie w czasy z przełomu ostatnich wieków oraz w przeszło dwa tysiące lat później, a zatem w czasy tzw. neoludzi, którzy jako neoczłowiecze klony z kolejnych swych wersji (generacji) bytują i komunikują się jedynie w świecie wirtualnym. Daniel1 po murowanym sukcesie w świecie filmowym pędzi życie utracjusza w którym panicznym ekwiwalentem wciąż pozostaje strach przed… starością. Z kolei neoludzie przyszłości odczytują poruszającą opowieść z życia swego praprzodka Daniela1 z niekłamaną zazdrością w nużącej się im perspektywie tego wirtualnego bytu co rzeczywistym staje się jedynie przez jednorodne wszystkim upowszechnienie. Czy zatem mogą w ogóle istnieć jakieś doskonalsze nam jeszcze czasy bardziej współistniejące od tego naszego zegara czaso-chwil co jest i tu i teraz? 



powrót ››