01.04.2023

„Świat jest jak ostryga, nie otworzysz jej, jeżeli będziesz spał.”
„Bo on jest jak mała łódeczka szukająca przystani”
[…]
Z prawej wchodzi Willy Loman, komiwojażer. Dźwiga dwie duże walizki z próbkami towaru. Flet ciągle gra. Willy słyszy muzykę, ale nie reaguje na nią. Ma ponad sześćdziesiąt lat, ubrany zwyczajnie. Kiedy tak idzie przez scenę do drzwi domu, widać, jak bardzo jest zmęczony. Otwiera drzwi z klucza, wchodzi do kuchni, z wyrazem ulgi odstawia ciężar. Dotyka obolałych dłoni. Coś jakby westchnienie wyrywa mu się z ust: „O Boże, o Boże…” Zamyka za sobą drzwi i uchylając kotarę wychodzi z walizkami do saloniku. Linda, jego żona, poruszyła się na łóżku z prawej. Wstaje, wkłada szlafrok, słucha. Najczęściej wydaje się pogodna. Potrafi tłumić wszelkie urazy spowodowane zachowaniem się Willy’ego. Bo ona go nie tylko kocha – podziwia go, jak gdyby właśnie jego zmienne usposobienie, porywczość, jego przyciężkie marzenia i drobne okrucieństwa przypominały jej o istnieniu tych gwałtownych tęsknot, które ich łączą, a których ona nie potrafi ani wyrazić, ani urzeczywistnić.
[...]
WILLY
Pomyśl tylko. Pracujesz całe życie, żeby spłacić dom. I kiedy wreszcie jest już twój na własność, nie ma kto w nim mieszkać.
LINDA
No cóż, kochanie, w życiu ciągle ktoś odchodzi. Zawsze tak jest.
[...]
Światło podniosło się na pokój chłopców. Niewidoczny już Willy mówi do siebie: „Osiemdziesiąt tysięcy mil”, i śmieje się. Biff wychodzi z łóżka, przesuwa się ku przodowi i stoi nasłuchując. Biff jest o dwa lata starszy od swego brata Happy’ ego. Jest dobrze zbudowany, ale ostatnio zbiedzony i mniej pewny siebie. Gorzej mu się powiodło, a przecież marzenia jego są i śmielsze, i trudniejsze niż marzenia brata. Happy jest wysoki, atletyczny. Zmysłowość emanuje z niego, jakby to było dodatkowe ubarwienie czy zapach, co odkryło już wiele kobiet. I on nie znalazł sobie w świecie właściwego miejsca. Jednak nigdy nie pozwolił uznać się za pokonanego, toteż stał się bardziej gruboskórny i, mimo pozornego zadowolenia z siebie, bardziej zagubiony niż brat.
[...]
BIFF [syn Lomanów – przyp. aut.]
No więc sześć czy siedem lat po szkole starałem się coś z siebie zrobić. Urzędnik spedycyjny, sprzedawca, takie czy inne zajęcie. Ale to jest parszywe życie. Ta kolejka podziemna co rano latem, kiedy już jest żar. Całe życie strawić na spisywaniu towarów albo na rozmowach telefonicznych, albo na sprzedawaniu czy kupowaniu. Mordować się przez pięćdziesiąt tygodni w roku dla dwóch tygodni urlopu, gdy jedynym marzeniem jest zrzucić koszulę i być pod gołym niebem. I ten ciągły wyścig, żeby prześcignąć tego drugiego. A jednak… tak się buduje przyszłość.
HAPPY
Więc naprawdę dobrze się czujesz na farmie? Jesteś zadowolony?
BIFF
Happy, miałem już dwadzieścia czy trzydzieści różnych zajęć od czasu, kiedy wyjechałem z domu przed wojną, i wszystko kończy się tak samo. Dopiero ostatnio zdałem sobie z tego sprawę. W Nebrasce, gdzie pilnowałem bydła, i w Dakocie, i w Arizonie, a teraz w Teksasie. Dlatego chyba powróciłem do domu, że zdałem sobie z tego sprawę. Ta farma, na której pracuję, teraz tam jest wiosna, wiesz? Mają około piętnastu małych źrebaków. Trudno o coś bardziej wzruszającego czy… piękniejszego jak widok klaczy i małego źrebaka. I tam jest teraz nie za gorąco, wiesz? W Teksasie jest teraz świeżo i jest wiosna. Kiedy wiosna przychodzi tam, gdzie akurat jestem, nagle zdaję sobie sprawę, o mój Boże, ja przecież do niczego w ten sposób nie dojdę! Cóż ja, u diabła, robię zajmując się końmi za dwadzieścia osiem dolarów tygodniowo! Mam już trzydzieści cztery lata i powinienem myśleć o przyszłości. Wtedy na gwałt wracam do domu. A jak już tu jestem, nie wiem, co mam ze sobą robić.
[…]
BIFF
Biff, to jest to, o czym marzę. Czasem wprost mam ochotę zedrzeć ze siebie ubranie na środku sklepu i zboksować tego cholernego kierownika handlowego. Rozumiesz, w całym tym sklepie mógłbym zwyciężyć każdego w boksie, w bieganiu, w podnoszeniu ciężarów, a muszę słuchać rozkazów tych byle jakich psubratów, prostaków. Aż cholera mnie bierze.
BIFF
Mówię ci, stary, gdybyś ty był ze mną, byłbym tam szczęśliwy.
BIFF
Widzisz, Biff, wszyscy naokoło są tacy fałszywi, że ciągle obniżam swoje ideały…
[…]
BEN [syn Lomanów – przyp. aut.]
Ojciec był wielkim człowiekiem i miał nieposkromione serce. Na przykład: ładuje w Bostonie rodzinę na wóz i gna zaprzęg przez cały kontynent, przez Ohio, Indianę, Michigan, Illinois i wszystkie zachodnie Stany. Zatrzymujemy się w różnych miastach i sprzedajemy flety, które w drodze zrobił. Ojciec był wielkim wynalazcą. Byle czym i z byle czego potrafił zrobić więcej w ciągu tygodnia, niż taki jak ty zrobi przez całe życie.
WILLY
Właśnie tak wychowuję ich, Benie. Trochę szorstcy, ale przez wszystkich lubiani.
[…]
LINDA
To sobie weź Charleya za ojca, Biff. Tego nie możesz uczynić. prawda? Nie mówię, że jest wielkim człowiekiem. Willy Loman nigdy dużo nie zarabiał. Nie pisano o nim w gazetach. Nie jest nadzwyczajnym człowiekiem. Ale jest człowiekiem i spotyka go straszliwe nieszczęście. To trzeba wziąć pod uwagę. Nie rzucimy go do dołu jak starego psa. Tym człowiekiem trzeba, trzeba się wreszcie zająć. Nazwałeś go wariatem…
BIFF
Nie chciałem przez to powiedzieć…
LINDA
Nie. Są ludzie, którzy uważają, że stracił… równowagę. Ale nie trzeba wiele rozumu, żeby wiedzieć, co mu dolega. Jest wyczerpany.
HAPPY [syn Lomanów – przyp. aut.]
Właśnie.
LINDA
Mały człowiek może być równie wyczerpany jak wielki człowiek. W marcu upływa trzydziesty szósty rok jego pracy dla firmy. Zdobył dla ich znaku handlowego najzupełniej nie znane tereny, a oni mu na stare lata zabierają pensję.
[…]
LINDA
Czyż są gorsi od jego własnych synów? Kiedy przynosił zamówienia, kiedy był młody, mile go przyjmowali. Ale teraz jego starzy przyjaciele, starzy nabywcy, którzy go tak lubili i zawsze dawali jakieś zamówienie, nawet gdy było krucho, poumierali albo poszli na emeryturę. Dawniej udawało mu się jednego dnia odwiedzić w Bostonie sześciu czy siedmiu klientów. Teraz wyciąga walizki z wozu i wstawia je z powrotem, i znowu je wyciąga. Jest wyczerpany. Zamiast chodzić z towarem – gada. Jedzie siedemset mil, a kiedy już dojedzie, nikt go nie zna, nikt go nie wita. O czym może myśleć człowiek, który wraca do domu, jedzie siedemset mil, a nie zarobił ani centa? Dlaczego nie ma gadać do siebie? Dlaczego? Kiedy musi chodzić do Charleya i pożyczać pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, i udawać przede mną, że to jego pensja? Jak długo może to jeszcze trwać? Jak długo? Teraz wiecie, na co czekam, kiedy tu siedzę. I wy mówicie, że jest bez charakteru! Człowiek, który każdy dzień swojego życia przepracował dla was! Kiedy dostanie za to medal?
[…]
BIFF
Nie zależy mi na Ich opinii! Wyśmiewali się z ojca przez całe lata, a wiesz dlaczego? Bo my nie pasujemy do tego miasta, to dom wariatów! My powinniśmy mieszać cement pod gołym niebem albo być cieślami. Cieśla ma prawo gwizdać!
[…]
WILLY
Tak. Mój ojciec przez wiele lat żył na Alasce. To był człowiek, który lubił przygody. Nasza rodzina ma samodzielność we krwi. Miałem ochotę pojechać razem z moim starszym bratem, żeby odnaleźć ojca i może osiąść z nim na Północy. I już prawie zdecydowałem się wyjechać, kiedy spotkałem u Parkera pewnego komiwojażera. Nazywał się Dave Singleman. Miał osiemdziesiąt cztery lata i jeździł po trzydziestu Stanach z towarem. Otóż stary Dave pracował tak: szedł do swojego pokoju, rozumiesz, nakładał zielone, aksamitne ranne pantofle – nigdy tego nie zapomnę – brał słuchawkę telefoniczną, dzwonił do nabywców i w osiemdziesiątym czwartym roku życia zarabiał na życie nie wychodząc z pokoju. Więc kiedy to zobaczyłem, zrozumiałem, że sprzedawanie to najwspanialsza kariera, jaką sobie można wymarzyć. No bo cóż może być lepszego, jak w osiemdziesiątym czwartym roku życia móc sobie pojechać do dwudziestu czy trzydziestu różnych miast, wziąć do ręki słuchawkę… wszyscy cię lubią, pamiętają o tobie, pomagają ci. I wiesz, kiedy umarł, a umarł śmiercią komiwojażera, w swoich zielonych, aksamitnych pantoflach, w przedziale dla palących, jadąc z Nowego Jorku, przez New Haven i Hartford do Bostonu – kiedy umarł, setki komiwojażerów i klientów poszło na jego pogrzeb. Przez wiele miesięcy było potem smutno w pociągach. Wstaje. Howard nie spojrzał na niego. W tamtych czasach komiwojażer był kimś, Howardzie. Zdobywał szacunek, istniała solidarność i poczucie wdzięczności. Dziś wszystko to są tuzinkowi faceci. Nie ma się okazji, żeby wykorzystać przyjacielskie stosunki, nie ma się okazji, żeby być kimś. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Nie znają mnie już.
[…]
CHARLEY [przyjaciel Willy’ego – przyp. aut.]
Willy, kiedy wreszcie zrozumiesz, że te rzeczy nic nie znaczą? Dałeś mu imię, ale tego nie można sprzedać. Na tym świecie tylko to się liczy, co się nadaje na sprzedaż. Zabawne, że właśnie ty, który jesteś sprzedawcą, nie wiesz tego.
WILLY
Chyba zawsze starałem się myśleć inaczej. Zawsze mi się wydawało, że jeżeli ktoś robi dobre wrażenie i jest łubiany, to nie…
CHARLEY
A dlaczego by cię wszyscy mieli lubić? Kto lubił J. P. Morgana? Czy on robił dobre ważenie? W łaźni tureckiej wyglądałby jak rzeźnik. Ale kiedy miał przy sobie swój portfel, wtedy wszyscy bardzo go lubili. Posłuchaj, Willy, wiem, że mnie nie lubisz, i trudno powiedzieć, żebym ja ciebie kochał, ale dam ci pracę, dlatego że… bo tak mi się podoba, powiedzmy. Cóż ty na to?
[…]
WILLY
Zabawne, co? Po tym, jak się człowiek wyjeździł samochodami, pociągami, po tych rozmaitych spotkaniach handlowych, po tylu latach w końcu więcej jest wart jako umarły niż jako żywy.
CHARLEY
Willy, nikt nic nie jest wart jako umarły.
[…]
BIFF
Nie wiedział, kim był naprawdę.
CHARLEY
Niech nikt nie potępia tego człowieka. Nie rozumiesz: Willy był komiwojażerem. A komiwojażer nie ma w życiu stałych punktów oparcia. Nie nakłada nakrętki na śrubę, nie udziela porad prawnych, nie przepisuje leków. Jest człowiekiem, który wisi w powietrzu, jedzie przez życie na uśmiechu i fantazji. A kiedy nagle przestają odpowiadać na jego uśmiech, wówczas wali się wszystko. Człowiek się zaniedbuje i to już koniec. Niech nikt nie potępia tego człowieka. Komiwojażer musi umieć marzyć, chłopcze. Jego marzenia zrodzone są z wielkich przestrzeni.
BIFF
Charley, ten człowiek nie wiedział, kim był naprawdę.
Arthur Miller, Śmierć komiwojażera
Dramat w dwóch aktach Arthura Millera, amerykańskiego z pochodzenia żydowskiego dramaturga, scenarzysty i eseisty dzieje się w mieszkaniu Willy’ego Lomana oraz w rozmaitych miejscach Nowego Jorku i Bostonu, generalnie w po-drugo-wojennych realiach nowej amerykańskiej prosperity. Akcja dramatu kręci się w ostatnim dniu życia głównego bohatera, w kręgu jego bliższej i nieco dalszej rodziny, także wśród długoletnich przyjaciół ze świata biznesu. Przede wszystkim jednak dramat w swej osnowie obnaża w uniwersalnym a i w codziennym wymiarze wiarę w kuriozalne mity cywilizacyjne i zakłamane kłamstwa na jakich buduje się swoją pozycję w świecie w którym liczy się gra błyskotliwych pozorów. Choć ligatury tak uwspólnionego przekazu każą myśleć jak kruchym dobrem jest każde najdrobniejsze życie, w którym kolejno wcielane przez nas próby odmian prześcigają się z wielkimi i małymi w nich improwizacjami.