Blog

 

08.04.2023

Ostatni król Szkocji

"Lud Kakwa nie zna pytania: Kim jesteś?.

U nich pytanie to brzmi: Czym jesteś?, Jakim człowiekiem?,

 Czy jesteś wielkim człowiekiem?, Czy jesteś niewolnikiem?"

„Ryby nigdy nie biorą, jak się za bardzo chce je złapać.”

„To była długa walka i właśnie dlatego,

że to była walka, jestem tym, kim jestem.”

[…]

Wtedy akurat zderzył się z krową - jakiś biedny małorolny pewnie tuczył ją na rzeź - wpadł w poślizg, a kontrując kierownicą, nadwerężył sobie rękę w nadgarstku. Żołnierze, który podążali za nim w powolnym dżipie pomalowanym w barwy ochronne, przyjechali po mnie. Musiałem udać się tam i udzielić mu pomocy przy drodze. Jęcząc w trawie, Idi był przekonany, że złamał rękę, a kiedy go opatrywałem, przeklął mnie w języku suahili. Musiałem jednak zrobić coś jak należy, ponieważ kilka miesięcy później otrzymałem od ministra zdrowia, Jonaha Wasswy list z mianowaniem na osobistego lekarza prezydenta Amina - czyli Lekarza Jego Ekscelencji. Miałem się przeprowadzić do State House, jednej z jego rezydencji. Tak właśnie robił Idi, proszę państwa. Albo karał, albo nagradzał. Nie można było odmówić. A przynajmniej wtedy nie sądziłem, że można odmówić. Zresztą może w ogóle nie przyszło mi to do głowy.

[…]

Amin dźwignął się do pozycji stojącej, wyprostował swoją imponującą sylwetkę, a światło migotało na jego lśniącym czole i ostro zarysowanych policzkach. Dziewczynę w różu usadzono przy nim. Przyjaciele, muszę to zrobić, bo jeśli nie zabiorę głosu teraz, będziecie zbyt pijani, by mnie usłyszeć. Zauważyłem, że w Ugandzie, a w zasadzie i na całym świecie, można się straszliwie upijać piwem i innymi alkoholami. Ta prawda dotyczy zwłaszcza sił zbrojnych. Patrzę na przykład na twarze członków Zespołu Jazzowego Sił Powietrznych Entebbe i od razu widzę, że ci ludzie lubią sobie wypić. Biesiadnicy zachichotali, kierując wzrok na zespół, ustawiony na podium w ciemnym kącie i czekający na swoją kolej. Muzycy najpierw wyglądali smętnie, potem na zmartwionych uwagą Idiego, w końcu roześmiali się z całego serca. Tak, niektórzy wyglądają jak pomalowani kosmetykami, a tymczasem oni po prostu piją alkohol. A i kosmetyki same w sobie mogą być niedobre, i peruki również: nie chcę, żeby Ugandyjczycy nosili włosy zmarłych imperialistów albo Afrykanów zabitych przez imperialistów. Poklepał po głowie różową księżniczkę. Na chwilę przerwał, mrugając oczyma, jakby był zmieszany albo niepewien tego, co widzi - wiedziałem z jego dokumentacji, że ma problemy ze wzrokiem. Potem pociągnął nosem i podjął przemowę. Żadna osoba z mojej rodziny nie może nosić peruki, a jeśli będzie ją nosić, przestanie należeć do mojej rodziny. Ponieważ wszyscy jesteśmy jedną szczęśliwą rodziną w Ugandzie, tak jak wszyscy się tu zebraliśmy przy stole w naszym jednym domu. Ja osobiście zacząłem porządki w swoim domu, i tak długo sprzątałem, aż udało mi się umieścić rdzennych Ugandyjczyków na wszystkich ważnych stanowiskach. Pamiętacie, że nawet kucharze w hotelach byli biali? Tylko ja nie byłem biały. Jako chłopak sprzedawałem słodkie ciastka przy drodze, a jak poszedłem do wojska, to najpierw mieszałem w kotle, zanim zostałem generałem. Poza tym wcześniej panowała niepewność. Teraz jeśli pojedziecie na wieś, przekonacie się, że mamy dość żywności. Produkujemy żywność na eksport i importujemy wyroby zagraniczne. Mam tu również raport od Parastatal Food and Beverages Ltd. Mówi on, że sprzedajemy produkty Blue Band, Cowboy, Kimbo Sugar, sól, ryż, Colgate, Orno i pastę do butów. Widzicie więc, nie usłyszycie nigdzie, że Uganda ma długi. Tak mówi tylko oszczercza kampania brytyjskiej prasy. […] Poszedłem kiedyś na obiad do premiera Wielkiej Brytanii, pana Edwarda Heatha, do jego oficjalnej rezydencji na Downig Street numer dziesięć. A nawet on mógłby upaść z wielkiej wysokości. Gdyby tak się zdążyło i tak pozostałby moim dobrym przyjacielem. Nie musimy chyba zbyt głęboko w to wierzyć - mruknął Perkins [ambasador brytyjski w Ugandzie – przyp. aut.]. Jego żona bawiła się swoimi sztućcami, wkładając łyżeczkę deserową w łyżkę do zupy A potem zmieniła układ całej reszty. Ale prawda jest taka, że chciałbym się przyjaźnić z wami wszystkimi. Jak ciągle podkreślam, w Ugandzie nie ma miejsca na nienawiść i wrogość. Powtarzałem zawsze, że nie będę nikogo ani karać, ani faworyzować. Naszym celem musi być jedność i miłość. I dobre maniery. Więc partyzanci przeciwni państwu spotkają się z przeciwdziałaniem. Wybaczcie mi, proszę, że skończę na tym swoje przemówienie. Powiedziałem już wcześniej: nie jestem politykiem, tylko zawodowym żołnierzem. Jestem więc człowiekiem oszczędnym w słowach i byłem zwięzły przez całą swoją zawodową karierę. Pozostaje mi jeszcze zwrócić waszą uwagę na jedną rzecz: na dobre jedzenie, które zaraz pojawi się przed wami na stołach. Człowiek to człowiek i, jak samochód, potrzebuje paliwa oraz świeżego powietrza po ciężkiej pracy. A więc jedzcie! Z tą ostatnią deklamacją wyrzucił w górę ramiona i stał tak bez ruchu przez chwilę, jak kapłan albo celebrant na mszy Jego podniesione ramiona odbiły się niewyraźnie w złotej tarczy na ścianie, zmieniając świetlny wzór padający na obrus.

[…]

To wszystko wydaje się takie odległe. Dziwne czasy w dziwnym miejscu. Ale tutejsze sprawy też wydają się dziwne, na swój sposób. Na przykład w ostatnim tygodniu wybuchła bomba. „Ładunek", jak to określono, został zdalnie zdetonowany na stałym lądzie. Zwalił się słup trakcji elektrycznej i zginęła jedna osoba. W telewizji pokazywali jej pogrzeb. Było tam ujęcie wieży kościelnej i dało się słyszeć podzwonne - jego brzęk - a to mi o czymś przypomniało. Skojarzyłem to mianowicie z marnym dowcipem, który kiedyś krążył w mojej rodzinie. Nie pytaj, komu bije dzwon, bije on tobie. Tak właśnie mawiał mój ojciec, kiedy sięgał po szklaneczkę czegoś mocniejszego, a zwykle była to właśnie whisky Bells. Nie robił tego często, ale że za każdym razem powtarzał ten dowcip, stał się on nużący. Może na początek powinienem rzetelnie wyjaśnić, jak doszło do tego, że to piszę, moją tyrańską opowieść, moją smętną rapsodię. Zamiast szwendać się jak pijak. Przyznaję zresztą, że nim jestem. A może raczej jestem drobnym pijaczkiem. Mieszkanie, które obecnie zajmuję, też nie jest za duże. Moja tropikalna opowieść zaczyna się, paradoksalnie, dość daleko od tropików. Kiedy bowiem biorę pióro do ręki, śnieg pada od kilku godzin i do rana najpewniej droga stanie się nieprzejezdna. Znam już dobrze swoje nowe siedlisko, nauczyłem się miejscowych mądrości. Wiem, że jutro wszyscy będą powtarzać wieść, że droga do wioski jest nieprzejezdna, a Nicholasowi Garriganowi kończy się mleko. A naprawdę godzien rozmów temat jest, oczywiście, zupełnie inny. „Napiszę to w swojej książce. Napiszę, co zrobiłem źle, a co zrobiłem dobrze". To są słowa człowieka - Jego Ekscelencji, Idiego, numeru jeden - którego czyny zamierzam opisać. On nigdy swojej książki nie napisał, więc oto ja przystępuję do dzieła. To jest historia różnych dziwnych wydarzeń, które rozegrały się w Afryce Środkowej i zaangażowały autora, Nicholasa Garrigana, prywatnie i zawodowo. Zdecydowałem się opublikować to nie w celu usprawiedliwienia się, jak zapewne niektórzy będą uważać, ale by przedstawić prawdziwą relację naocznego świadka. Bo chociaż gazety nieustannie odsądzają mnie od czci i wiary, jestem zobowiązany zachować dla potomności sprawiedliwy osąd historii krwi, nieszczęścia i głupoty.

[…]

Nawet wtedy jednak nie okazywałem za bardzo swych emocji: o ile odziedziczyłem po matce zdolność do ciężkiej pracy i do frasunków, od ojca nauczyłem się, że uczucia, jeśli człowiek chce odnieść w życiu sukces, trzeba ściśle kontrolować. Nikt z naszej rodziny nie miał mentalności zasługującej na miano ekspresyjnej, które to słowo jest dzisiaj na ustach wszystkich. O ile więc jako chłopiec w ogóle byłem szalony, to tylko w swojej wyobraźni, przepełnionej tęsknotami za wędrówką: miałem fioła na punkcie map, znaczków pocztowych i powieści przygodowych. Zatoki i wioski rybackie, wzgórza i pola golfowe - różnorodny, szacowny pejzaż Fife nudził mnie, a w swojej przegrzanej wyobraźni odgrywałem historie z Dzikiego Zachodu Hickoka, Afryki Tarzana i Arktyki Pearyego i Nansena. O dziwo, zawsze byłem czerwonoskórym, Zulusem, Eskimosem...

[…]

Oczekiwanie na wynik egzaminu okupiłem, oczywiście, wielkimi nerwami - wszystko we mnie zamierało, kiedy każdego ranka z łomotem zbiegałem po pocztę i niepocieszony podnosiłem tylko kolejny numer „Scotsmana". Koperta przyszła w końcu tego dnia, kiedy zastrajkowali elektrycy Pamiętam, że wieczorem jak szalony czytałem raz za razem to pismo przy świecy. Przyjęli mnie. Byłem jednym z wybranych, choć mój ojciec, który chciał, bym praktykował w Fossiemuir, uważał inaczej. Posprzeczaliśmy się o to, więc wyjechałem w niełasce. W takich to właśnie okolicznościach przybyłem do Ugandy - w niedzielę, 24 stycznia 1971 roku - by objąć posadę lekarza przy Ministerstwie Zdrowia. Chociaż oddelegowała mnie do tej pracy brytyjska agencja rządowa Overseas Development Agency, miałem podlegać bezpośrednio urzędnikom ministerstwa. Zakres moich obowiązków określono jako praktykę kliniczną w odległym rejonie wiejskim i prowadzenie niezbyt szczegółowo określonych, wskazanych przez zwierzchników badań zmierzających do polepszenia stanu zdrowia społeczeństwa. Gdybym wtedy, w chwili przybycia, znał zakres działań wiążących się z tym ostatnim obowiązkiem, bez wahania wróciłbym do samolotu.

[…]

Wszystkie te myśli nachodzą mnie trzeciej nocy pisania. Kiedy patrzę w dal, ponad zarysem zalesionych wydm i skalnych wychodni, ciągnących się do nabrzeża i dalej, do niemilknącej nigdy Inner Sound, przytłacza mnie straszliwe poczucie żalu. Ponieważ teraz dobre rzeczy wydają mi się złe - nawet światło jest dla mnie udręką. W lampach wiszących w oknach moich sąsiadów, w obwiedzionym mrokiem skupisku złota, które oznacza portową wioskę, w lśniących trawersach nielicznych przepływających tędy statków widzę obraz tylko i wyłącznie swojego odosobnienia. Chociaż wiem, że te światła wioski zapowiadają towarzystwo, tak jak białe grzywy fal w zatoce obiecują inny rodzaj pocieszenia, pogrążam się w skłębionych wspomnieniach. Tak jak wycie Inner Sound, nie daje mi spokoju pytanie: Czy można powiedzieć prawdę, kiedy rozmawiasz sam ze sobą? Jaka jest prawda o człowieku na wyspie?

[…]

Rządy brytyjskie w formie protektoratu trwały aż do odzyskania niepodległości w roku 1962, ale w 1903 roku nastąpił dziwny zwrot w ugandyjskiej historii. Wtedy to brytyjski sekretarz do spraw kolonii, Joseph Chamberlain, zaproponował Theodorowi Herzlowi i Światowej Organizacji Syjonistycznej, by ustanowili w Ugandzie państwo żydowskie. Oferta została odrzucona, gdyż syjoniści nie chcieli zrezygnować z dążeń do zajęcia Palestyny [...].

[…]

I myślałem. Jako nastolatek cierpiałem na straszliwą bezsenność, ale nigdy z powodu karaluchów. Leżałem po prostu, nie śpiąc i martwiąc się o siebie. A kiedy już spałem, nękały mnie straszliwe koszmary: że wpadam w płomienie albo pomiędzy lodowate kry jakiejś styksowej rzeki. Trwałem w błędnym przeświadczeniu, że popełniłem jakąś niewybaczalną zbrodnię. W niektóre noce myślałem nawet, że jestem samym diabłem, że wcielił się we mnie, że jego łuskowate rogi stały się moimi ciemnymi lokami. Ale miałem też sny całkowicie odmienne. W inne noce posuwałem się do wyobrażeń, że jestem nowym Chrystusem - że mam do wypełnienia misję na ziemi i że wszystkie te szatańskie identyfikacje to są zwykłe pokusy. Każdy z tych snów rozgrywał się w zmysłowej geografii świątyń, dżungli i tym podobnych. Wszystko to było bardzo erotyczne - i wszystko zniknęło nagle, kiedy po raz pierwszy zaznałem wytrysku. To zaś nastąpiło w zagajniku za naszym domem, w rękach Lizzie Walters, wspominanej już córki sąsiada. Młodo wyszła za mąż i - o ile wiem - mieszka nadal w Fossiemuir. Ilekroć podczas studiów jeździłem do domu i widywałem ją na ulicy, jak szła z wózkiem i torbami pełnymi zakupów, myślałem tylko o tej jednej cudownej chwili: gałęzie wgniatające mi się w plecy, niebiańskie światło w mojej głowie, jej filuterny chichot - a potem wilgoć na moim brzuchu.

[…]

Ludzie zbierali się na ulicy, rozmawiając w małych grupkach przy zaparkowanych samochodach. Nie wydawali się zbytnio zaniepokojeni. Wielu najwyraźniej zajmowało się codziennymi obowiązkami: sprzedawcy żywności układali stosy zielonych bananów i wystawiali pordzewiałe metalowe wiadra z grochem i fasolą. Rękodzielnicy ustawiali hebanowe figurki na jutowych matach. Waluciarze w swoich wyświeconych garniturach rozglądali się, wsparci o ściany. Kobiety w kolorowych sukienkach z wizerunkiem prezydenta Obote zajmowały się dziećmi i robiły zakupy. Inni przejeżdżali na ogromnych czarnych rowerach, niektórzy mieli przymocowane do bagażników bele bawełny lub kanki z mlekiem albo jechali w starych samochodach z okrągłymi dachami i drewnianymi okładzinami na błotnikach. To właśnie widziałem. Żaden z tych elementów nie wydawał się dziwny, jeśli wziąć pod uwagę wiadomości w radiu. Zdałem sobie jednak sprawę, stojąc tam i popijając kawę, że trafiłem do Ugandy w przełomowej chwili. I nie byłem do końca pewien, co o tym myśleć. Pamiętałem coś, co powiedział Swanepoel, ten mężczyzna poznany w barze: „Przewroty w Afryce są na porządku dziennym, po prostu nadchodzą regularnie, jak pora deszczowa i pora suszy". Patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że bardzo się mylił - przecież na tym wielkim kontynencie jest mnóstwo spokojnych miejsc, prawda? A z drugiej strony, często przychodziło mi do głowy, że na mapie Afryka wygląda jak wielka kabura.

[…]

Zgadza się - powiedziałem. Pochodzę z Fossiemuir. Jego nazwisko! To ono właśnie poruszyło we mnie jakąś strunę. Mgliście przypomniała mi się stara powiastka ludowa, którą mój ojciec lubił opowiadać, coś o ognisku, małpie i wędrującym patyku. Nie mogłem sobie przypomnieć, o co dokładnie chodzi. Dobrze wiedzieć. Powodzenia, w każdym razie. Takich jak pan właśnie tu potrzebujemy Musi pan wiedzieć, że wszystkich wielkich rzeczy w tym kraju dokonali Szkoci: Speke, Grant i cała reszta. Tak, Uganda została zbudowana dzięki Szkocji. Cóż - powiedziałem, uśmiechając się z zakłopotaniem - przypuszczam, że musieliśmy się wydostać spod ucisku Anglików. Weir [attache dyplomatyczny przy ambasadzie brytyjskiej w Ugandzie – przyp. aut.] wstał i posłał mi dziwne spojrzenie, szarość włosów zlała się z szarością oczu. W rzeczy samej - powiedział powoli, jakby myślał o czymś innym, a potem ku mojemu zdumieniu wydeklamował: „Żeby znaleźć jaki senes, jalapę albo rumbarbarum [odpowiednio nazwy botaniczne byliny, krzewu i korzenia rabarbaru – przyp. aut.], co by stąd wyparł tych Anglików!" - Makbet - wyjaśnił i gwałtownie odwrócił się do wyjścia.

[…]

Kiedy czekaliśmy, wyjrzałem przez okno. Na ziemi nieopodal, ignorując ludzki rozgardiasz dookoła, siedziała wrona i dziobała coś, rozdzierając to i przytrzymując nogą. Przyjrzałem się uważniej temu czemuś. To było ścierwo brązowego zwierzęcia. Zdałem sobie sprawę, że to jeden z wielkich szczurów, które widziałem baraszkujące pod ścianą, gdy wracałem do Speke'a poprzedniego wieczoru. Wyobraziłem sobie wtedy, że tańczą szkockie tańce ludowe, świętując Noc Burnsa, bo nagle zdałem sobie sprawę, że jest właśnie ta noc: pierwsza noc panowania Amina. Powiedziałem, że szczury, ale one poruszały się raczej jak króliki, jeden siadł na tylnych łapkach, by posłać mi ciekawskie spojrzenie. Przyglądając się wronie, która dziobem szarpała sierść i różowe mięso padliny, poczułem mdłości. To mnie zdumiało, ponieważ zawsze miałem w miarę odporny żołądek, kiedy uczestniczyłem w sekcji. Podejrzewałem, że różnica polega na tym, że w czasie sekcji, kiedyś tam, na studiach, zapach formaldehydu na moich dłoniach ukrywał istotę rzeczy.

[…]

Przez resztę dnia zaznajamiałem się dalej z kliniką i obowiązującymi procedurami. Potem, przed kolacją, wyszedłem na samotny spacer po terenie ośrodka. Stąpałem ostrożnie po trawiastych ścieżkach, ale i tak byłem trochę zdyszany, nim dotarłem na szczyt największego wzgórza. Stałem tam - w wieczornym powietrzu, w pierwotnym świetle pradawnych gwiazd - i słuchałem świerszczy i żab ryczących, kiedy śpiewały w swoim szczególnym kontrapunkcie. Patrząc na dolinę, która wyglądała, jakby mogła trwać wiecznie, w wyobraźni brałem w posiadanie ciemniejące papirusowe moczary, zbocza porośnięte bananowcami i kawą i brązową smugę rzeki Rwizi - i czułem się wspaniale. Nie wiem, jak długo tam byłem, mogło to być pół godziny, może godzina. W jednym miejscu uklęknąłem i na trawie przed sobą zobaczyłem świerszcza, walczącego w jakiejś piance - wyglądała jak plwocina - a jego doskonałe ząbkowane nogi poruszały się żałośnie tam i z powrotem w gęstych białych banieczkach. Zastanawiałem się, czy to nie żaby plują jakimś pociskiem znieczulającym, by przytępić zmysły ofiary. Szukałem dookoła w poszyciu, ale nie mogłem nic znaleźć, chociaż rechot, który nieustannie słyszałem w czasie całych moich poszukiwań, wydawał się tak bliski. Dopiero kiedy usłyszałem trzask pioruna, zdałem sobie sprawę, że powinienem wrócić do Merritów, ponieważ noc zapada szybko. Moje oczy stopniowo przyzwyczajały się do zmiany światła, więc nic nie zauważyłem.

[…]

Dni mijały. Posadziłem kilka roślin w starych pojemnikach na farbę i powiesiłem je na belce stropowej werandy. To na werandzie właśnie zacząłem wieczorami prowadzić swoją dokumentację i dziennik. Nie każdego wieczoru, bo prąd nie należał do stale dostępnych dóbr. Prawdę mówiąc, tutaj nic nie było pewne. Były poranne mgły i przytłaczające upały, a czas mijał w piekielnej huśtawce rozleniwienia i szaleńczego pośpiechu. Jak trzaski i piski w zakłóceniach radiowych. Albo jak dźwięki potężnej świerszczowej orkiestry, które zdają się rozrywać tkankę ziemi. To wysoko, to nisko. Zaraz na początku ktoś umarł na pełzakowy ropień wątroby i wkrótce zacząłem leczyć pasożyty jelitowe, o których istnieniu kiedyś nawet nie śniłem. Jak również inne okropieństwa: stopy zniekształcone zgorzelinowym tyfusem odkleszczowym, frambezję wyglądającą jak oparzenie lub piętno, kwiecistą wysypkę odry na skórze niedożywionych dzieci. Innym razem zająłem się zainfekowanym ugryzieniem psa na nosie dziewczynki. Ropa pulsowała pod skórą jak podziemne źródło. Wstrzymując oddech, naciąłem to i opatrzyłem, a Sara  [izraelitka, a zarazem koleżanka-lekarz placówki medycznej w Ugandzie – przyp. aut.], przytrzymywała wrzeszczące dziecko na plastikowej kozetce. Jej ręka jest silna i brązowa, paznokcie twarde i jasne jak brylanty. Zostawiliśmy ranę otwartą na całą noc, by wyschła. Niektórym chorobom pasożytniczym towarzyszy słoniowacizna, a obrzmiałe nogi wyglądają wyjątkowo straszliwie. Pamiętam jedną biedną kobietę, która się zgłosiła do leczenia. Zupełnie jakby ktoś ukląkł przed nią i wdmuchnął powietrze w jej wielki palec u nogi. Wygląda jak karykatura - powiedziałem do Sary kiedy się umyliśmy.

[…]

Kiedy wracałem do landrowera, na mojej koszuli usiadł jeden z największych motyli, jakie w życiu widziałem. Wielkością dorównywał mojej ręce. Patrzyłem, jak powoli otwiera i zamyka niebiesko-czerwone skrzydła. Był naprawdę przepiękny, ale oglądany z bliska, z czułkami kołyszącymi się w powietrzu tuż pod kieszonką na mojej piersi, był również nieco groźny. Ekwihuguhugu - powiedział cicho Waziri [szofer w placówce medycznej – przyp. aut.]. Co takiego? - szepnąłem, bo to słowo zabrzmiało jak „Chattanooga Choo-Choo". Motyl. W górskim dialekcie Kinjankole Luchiga nazywamy je Ekwihuguhugu. Znaczy to: on jest bardzo delikatny. To największe motyle na świecie. Spojrzałem na owada i powtórzyłem to słowo. I jakbym wypowiedział tajemne polecenie, motyl odleciał, trzepocząc skrzydłami ponad zwietrzałą czerwoną ziemią na poboczu drogi i zniknął w buszu. Prawdopodobnie przyciągnął go zapach twojego moczu - powiedział Waziri, kiedy wsiedliśmy do landrowera. - Albo benzyny Zazwyczaj nie widuje się ich tak daleko od gór.

[…]

To jest mój kraj, Nicholasie. To właśnie im odpowiada. Wierzą, kiedy im pasuje, tak jak w wypadku każdej innej religii. Czasami jest to jednak pożyteczne: do wyjaśnienia rzeczy niepojętych. A to, co w tym przerażające, działa jak psychoterapia. Terapia wstrząsowa. I jeśli tak to rozumieć, jest to coś interesującego. Zależy, jak na to spojrzeć. Doszedłem do tego wniosku przy szeleście spódniczki z suchych liści. To jest taka mglistość, wieloznaczność, dzięki której możesz sobie wyobrażać różne rzeczy, które widzisz tylko ty. No i oczywiście są również maski. Mają maskę wielkiego lwa, naprawdę imponującą. I tam-tamy? Naturalnie. I tykwy z ziarnami i wielkiego niebieskiego koguta, którego krew się wylewa w kurz. Czego tylko zapragniesz. Wyganiają złe duchy i wszyscy turyści stoją, pstrykają zdjęcia, a potem człowiek w masce lwa chodzi dookoła i zbiera datki. Wiesz, że to Nestor, nasz strażnik nocny? Nie! Nie przyszłoby mi do głowy, że on ma tyle energii, by w ogóle podskoczyć. Owszem, skacze, kiedy rośnie w nim gorączka i jakaś młoda dziewczyna podskakuje w pobliżu. Wtedy wywija nogami jak młody kozioł. Ale on też pomaga ludziom. Przychodzą do niego, a on wciera w ich ciała takie coś, magiczną substancję, muti. I to niekiedy też działa. Nie często, ale od czasu do czasu.

[…]

Widzisz góry. Widzisz mgłę. Dlatego właśnie tak nazywa się Kasese. To znaczy poranek. Potem popędził mnie z powrotem do mapy. Kumam to znaczy „poszedł na tańce, ale tam nie dotarł". Kololo pochodzi od wodza, który oszalał i tam właśnie został odizolowany. To oznacza „sam jeden". Muhavara - „to, co wskazuje drogę", ponieważ tam postawiliśmy znacznik. Mbale pochodzi od króla Omumbale. Według legendy latał on do tego miejsca z wysp Ssese na Jeziorze Wiktorii i lądował tam na drzewach. Ojcze, musisz już zostawić Nicholasa - przerwał Boniface. - On wcale nie chce tego wszystkiego wiedzieć. Jeszcze tylko trochę. To bardzo ważne, żeby wszyscy ludzie znali naszą historię. Ona jest ukrywana. Popatrz na to. Namagasali. Kiedy tu pojawiły się koleje ugandyjskie, ludzie się zdziwili na widok pociągu. Chodzili tam i mówili „Namusa gali", co znaczy ,Witam pociąg". Semuliki: „rzeka bez ryb". Kiedy przyszli biali ludzie, myśleliśmy, że chcą nam ukraść ryby, więc taką właśnie nazwę podaliśmy! Znalazł błękit na mapie. Nakiripiripirit. Jest tam jezioro. Kiedy wieje wiatr, woda się porusza i stąd ta nazwa, która znaczy „ruchome lśnienie". Migotanie - powiedział głośno Bonney. Jego ojciec zaczął mówić głośniej i szybciej, jakby chciał zatrzeć tę pomyłkę. Mubende, tam jest pałac na wzgórzu. Bardzo, bardzo stromym. Kiedy więc poddani króla przychodzili z ciężkimi paczkami prezentów dla niego, opadali na kolana. Stąd słowo kubendabena, od angielskiego bend down double, czyli „zgięty wpół aż do ziemi". Widzi więc pan, nawet język angielski się dołożył. A co z Mbararą? - zapytałem z uśmiechem. Och, to akurat jest bardzo nudne. To od zielonej trawy, która tu rośnie dookoła. Lepsze jest Koboko, miasto Amina. Jest tam wzgórze o nazwie kobuko, o którym mówi historia, że zostało przyniesione przez tajemniczą siłę z Maya w Sudanie. Ta dziwna siła wepchnęła je do Ugandy i tam, gdzie wylądowało, zabici zostali wszyscy ludzie, którzy tam byli. Dlatego kobuko w języku Kakwa oznacza rzecz, która dusi albo zakrywa tak, że nie można oddychać. Mówię ci, Nicholasie, wszystko, co ci tu teraz opowiadam, to prawda. Na przykład maya znaczy wzgórze również w języku Sudańczyków...

[…]

Kościelne dzwony, kobiety w wiosce tłukące proso w moździerzach. Łup, łup, łup. Przez cały tydzień czułem się samotny i nie robiłem nic. Niewiele było do zapisania, prócz tego, że widziałem w ogrodzie węża. Nikt mi nigdy nie mówił, jak nudna może być Afryka: po prostu powolny upływ czasu. Weranda, dolina, ja. Dolina Bacwezi. Waziri mówi, że Bacwezi to plemię, które żyło tu dawno temu - około roku 1350, a przywędrowało z Etiopii albo Sudanu. Stracili całe swoje bydło w zarazie, a po najeździe Luo sami zostali wybici. Tamci też już stąd odeszli, a zastąpili ich Ankole, którzy odziedziczyli część tradycji Bacwezi: przekonanie o narodowej jedności - teraz najwyraźniej straconej - i o tym, że bydło to podstawa życia. Na pewno mają setki krów rasy długorogiej. Na rondzie w mieście jest nawet betonowy posąg takiej krowy. Prawdę mówiąc, utożsamienie jest tak silne, że każdego czterodniowego chłopca, ubranego w delikatną, podobną do zamszu skórę przedwcześnie urodzonego cielęcia, kładzie się na grzbiecie krowy i obdarowuje miniaturowym łukiem ze strzałą, żeby jej bronił. Oprócz krów, Bacwezi czcili drzewa figowe, i gdzieś tu w pobliżu znajduje się ich święty gaj. Waziri mówi, że miejscowi uważają, że jest on pełen duchów I że kiedyś mnie tam zabierze. Potem mówi mi, że sami Bacwezi właściwie wygnali Batembuzi, którzy rządzili od 1100 roku. Isuza był ich ostatnim królem, ale zakochał się w księżniczce z zaświatów. Poszedł tam za nią i nie mógł znaleźć drogi powrotnej. Ale to jego wnuk, Ndahura - .Wysiedlony" - założył Bacwezi. I teraz Ankole uważają tę dynastię za swoje dziedzictwo. Do dzisiaj są tu jeszcze osoby oddające cześć Bacwezi. Rozrzucają oni monety i muszelki porcelanki na ziemię pod świętymi drzewami. Nie mogłem jakoś w to uwierzyć.

[…]

Widziałem go [Amina – przyp. aut.] tam na podium, tak jak widziały go setki ludzie wokół mnie. Niewątpliwie było w nim coś fascynującego: jakiś surowy, prymitywny urok, który nakazywał uwagę, wymuszał aprobatę, pokonywał opór, kazał się zatracić już w samej modulacji jego głosu. Dlatego właśnie musimy pracować razem i powstrzymać korupcję - powiedział. - Nieustanne czerpanie opróżnia tykwę z miodem, a jeśli chcemy, żeby Uganda dalej była rajem, musimy budować ule i fabryki, i gospodarstwa rolne. Musimy działać. Bo ten, kto pragnie, a nie działa, rodzi zarazę. A my tego w Ugandzie nie chcemy, prawda? Tłum zawył. W przeciwnym razie - mówił dalej - znowu się znajdziemy pod władzą białych ludzi. Albo ich afrykańskich sług. Nie można odpłacać pięknym za nadobne. Dlatego właśnie musimy znać powód niesnasek politycznych w Ugandzie i zlikwidować je. Tak jak lekarze, musimy najpierw poznać przyczynę choroby. Ja sam wiem, co ma się wydarzyć. Te rzeczy muszą się wydarzyć. Ale nie wiem jak. Jestem tylko człowiekiem, jak wy wszyscy Dlatego właśnie muszę was prosić, byście byli lekarzami Ugandy w codziennym życiu. To konieczne. Musimy dalej uzdrawiać swój kraj z choroby Obote i imperializmu.

[…]

 A w klinice rzeczywiście działo się coraz gorzej. Odkryliśmy, że Waziri po prostu zniknął. Nie wrócił już z urlopu. Nigdy nie udało mi się zobaczyć gaju Bacwezi. Merrit był wściekły - na Waziriego i ogólnie na wszystko. Coraz trudniej było utrzymać klinikę. Pieniądze z Kampali przychodziły coraz rzadziej i było ich coraz mniej. Tymczasem docierały do nas dziwne wiadomości o Aminie. Serwis zagraniczny BBC informował, w swój zwykły cierpki sposób, że Amin wysłał do królowej depeszę, kopię zaś do sekretarza generalnego ONZ, doktora Kurta Waldheima, sowieckiego sekretarza Breżniewa i Mao TseTunga, o następującej treści: „Jeśli Szkoci nie odzyskają niepodległości na drodze pokojowej, wówczas chwycą za broń, by walczyć z Anglikami, dopóki nie odzyskają wolności. Wielu Szkotów już uważa mnie za ostatniego króla Szkocji. Jestem pierwszym człowiekiem, który prosi rząd brytyjski o zaprzestanie ucisku szkockiego narodu. Jeśli Szkoci zechcą, abym został ich królem, zostanę nim". […] Mniej więcej w tym samym czasie pewien ekscentryczny szkocki oficer ubiera część żołnierzy armii afrykańskiej w kilty koloru khaki. Decyzja ta, a także późniejsze kontakty z żołnierzami szkockimi miały na Idiego znaczący wpływ. Wiele lat później, na pytanie kanadyjskiego dziennikarza, dlaczego zażądał od królowej brytyjskiej szkockich ochroniarzy, miał odpowiedzieć: „Oficerowie, którzy awansowali mnie do stopnia majora, wszyscy byli Szkotami. Jeden z nich, jak mi się zdaje, jest obecnie głównodowodzącym w Szkocji i byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś stamtąd przyjechał tu do mnie, by zostać członkiem mojej ochrony albo mojej wojskowej eskorty... I mógłbym z nimi rozmawiać o ich tradycjach, ponieważ spędziłem ze Szkotami wiele czasu i są to ludzie wyjątkowo odważni w boju. Dobrze pamiętam, jak którejś nocy szli do walki, dmuchając w swoje dudy i wykazali ogromną odwagę. Z wielką radością wspominam to, co wspólnie z nimi przeżyliśmy podczas drugiej wojny światowej".

[…]

Tak samo jak królowa Anglii mówi Amin Szkotom, posadźcie uprawy tutaj, a mury postawcie tutaj. Żeby trzymać antylopy Szkoci jedzą antylopy codziennie. Patrzcie, jacy są silni! Wskazał na mnie. Wszyscy spojrzeli. Pokiwali głowami. Uśmiechnęli się. Ja sam. Musicie wiedzieć, że ja sam w głębi serca, jak już mówiłem wcześniej, jestem królem. To dlatego lubię te maszyny. Maszyny są dla królów. Tupnął w metalową płytę. Nad wodą rozniosło się trumienne dudnienie. Przypomniałem sobie, jak ojciec wznosił toast whisky Belfs, a potem przyszedł mi do głowy stary toast jakobitów: „Za króla za wodą!". Bo to także wypływa z mojej natury, że kocham rządzić. Tylko moje słowo się liczy! Ale lud Ugandy jest dobry i dlatego zasługuje, by mieć tak dobrego przywódcę, jak ja. Gdyby był zły, zasługiwałby na złego przywódcę. To logiczne. Bóg zesłałby złego człowieka, żeby ich dręczył. Zaiste byłoby to dla nich straszne.

[…]

Jak tylko znaleźliśmy sobie miejsce do siedzenia, Swanepoel [brytyjski pilot lotniczy – przyp. aut.] zaczął gadać o odkryciu z Semuliki. Zrozumiałem więc, że to właśnie miał na myśli, mówiąc o kolebce ludzkości. Tak. To oficjalnie ogłoszone. Stąd właśnie wszyscy pochodzimy. Oglądałeś wiadomości? To była twoja część kraju. Oglądałem. Nad granicą z Zairem w masywie Ruwenzori, na północ od Mbarary, odnaleziono prehistoryczne szczątki ludzkie. Telewizja ugandyjska pokazała udo, szczękę i kilka innych szczątków kości, ułożonych na brudnej tkaninie. Brakujące ogniwo? - ciągnął Swanepoel. A wydawałoby się, że uczeni skończyli już swoją układankę. Sprawa jest raczej skomplikowana - wtrącił Peter. Wszystko jedzie teraz do Nowego Jorku, gdzie ustalą wiek znaleziska metodą węglową. Westchnął ciężko i pokiwał głową. Ludzie mówią, że Amin wydał pięćset milionów dolarów na muzeum w Ameryce i chce te kości tam wystawiać.

[…]

Padało, gdy wychodziliśmy. Zanim dotarłem do domu, deszcz przeszedł w prawdziwą burzę z piorunami. Od piwa zaschło mi w gardle, zrobiłem więc sobie przed snem filiżankę herbaty Postanowiłem, że wypiję ją na ganku. Oparty o framugę drzwi, obserwowałem niebieskie i purpurowe błyski nad jeziorem. Przyglądałem się, jak wiatr szarpie złotymi lampionami na drzewie grejpfrutowym. Hałas był tak potężny, że nie potrafię tego opisać, najdziwniejsze jednak było to, że miał wyraźną woń i smak: w powietrzu czułem zapach wyładowań atmosferycznych. I ostry, metaliczny smak spatynowanych sztućców, zacisków akumulatora, albo tabletek cynku bez powłoczki.

[…]

Na drzewie nad nami usiadła sowa, strosząc swoje brązowo-miodowe pióra. Wcale nie zwracała na nas uwagi. Siedziała na gałęzi przez minutę, może dwie, przekręcając głowę to w lewo, to w prawo, jakby chciała się dobrze rozejrzeć, zanim poleci dalej. Na pewno zrobiła sobie krótką przerwę w podróży na drugą stronę jeziora. Na odpoczynek - zawyrokowała Marina. Sowa Minerwy wzlatuje po zmierzchu. Co takiego? Mądrość zyskuje się dopiero po fakcie. Starożytni Grecy sądzili, że sowy są służkami bogini mądrości. Zdaje się że oni o wszystkim myśleli w taki sposób, prawda? - powiedziała, strzepując z siebie jakieś okruszki. Wszystko było w ich świecie pełne magii i działo się według określonego wzorca.

[…]

Właśnie pokazali egzekucję księżniczki w Arabii Saudyjskiej. Wyobrażam sobie Amina z bułatem. W programie o księżniczce padło sformułowanie „zgubne przeznaczenie". Uznałem, że doskonale pasuje do mnie, do lat spędzonych w Ugandzie i tego wszystkiego, co mi się tam przydarzyło. Doskonale przy tym zdawałem sobie sprawę, dlaczego w ogóle się tam znalazłem: pognało mnie moje stare wyobrażenie o sobie samym. Kłopot w tym, że nie chcę pogodzić się z faktami, bo świat nie daje mi tego, czego szukam. A to nie jest dobry sposób na życie. To straszne, jak człowiek się łudzi, że czas go zmieni. Ze w przyszłości wszystko się jakoś ułoży. A potem nie dzieje się nic, tylko wpadamy znów w dawny strumień czasu, który zamyka się nad nami.

[…]

W długich, krytych strzechą chatach składano na wieczny spoczynek kabaków, czyli królów Bugandy. Pieczę nad grobowcami sprawował urzędnik, piastujący tytuł Kustosza Pępowiny Króla. Według legendy pępowina jest bliźniakiem żyjącego monarchy i każde jej uszkodzenie wyrządza mu fizyczną krzywdę. Jak w religii wudu, albo w medycynie ludowej. Ale, jak już pisałem, król nie żył, a jego młody syn przebywał na wygnaniu w Anglii. Jak przypuszczam, to właśnie on zostanie nowym królem. Jeśli można być królem bez ziemi.

[…]

Kim jest ten... Bóg? - zapytałem nieśmiało Amina. Choć wciąż trochę się bałem, zaczynałem czerpać satysfakcję z tej poufałości. To Pan Jezus Chrystus, to Allah i małpa abisyńska, która przez białe futro wygląda jak kapłan. To rzeka Nil i pszczoła mopani, która spija pot z pańskiego karku. To bardzo wiele rzeczy. Wskazał na portrety gubernatorów. Tak, to nawet oni. Pamięta pan, co mówił o swojej śmierci? - zapytałem badawczo. Ze zna pan jej datę? Tak - odpowiedział. A wierzy pan w życie po śmierci? Amin zamyślił się na chwilę. Przyszedł mi do głowy Stone i jego plan. Poczułem wyraźnie, że żadną miarą nie mógłbym podawać temu człowiekowi środków uspokajających. Pod wpływem alkoholu miałem nawet wrażenie, że nieśmiało kiełkuje we mnie jakieś ciepłe uczucie do niego. Nie wiem - stwierdził w odpowiedzi na moje pytanie. Mam oczywiście synów, może więc jest tak, że jak umierają usta, rozpryskuje się ślina.

[…]

Cieszę się, że dzisiaj możemy porozmawiać sam na sam. Poprzednio, niestety, nic nie mogłem poradzić na obecność tamtych dwóch. Dlaczego nie ma z nami ambasadora? - dopytywałem się. Jeśli chce pan ze mną rozmawiać na ten sam temat, co podczas mojej poprzedniej wizyty, chcę, żeby przy tym był pański szef. Właściwie to on nie jest moim szefem - odparł Stone słodko. To znaczy jest tylko formalnie. Powinien pan wiedzieć, jak funkcjonuje świat, Nicholasie. Powiem więc panu, że mamy tu teatr w teatrze. Ludzie tacy jak ja muszą ponownie uruchamiać tryby, które się zacięły. I czasem ludzie tacy jak ja muszą prosić o pomoc ludzi takich jak pan. Bob Perkins to tylko ceremoniał. Znów odwrócił głowę do okna. Może się bał, że ktoś podsłuchuje? Okno było otwarte. Uchylne okno, jedna duża szyba w drewnianej ramie. Ustawiono je pod takim kątem, który przedziwnie zniekształcił odbicie ogrodu, wyginając drzewa i trawniki tak nieprawdopodobnie, że nie potrafiłem odtworzyć ich prawdziwego wyglądu. Co się stało z Weirem? - zapytałem. Mówiono mi, że został odwołany do Londynu, bo zbytnio się zbliżył z Aminem. Chociaż raz udało mi się go zaskoczyć. Powiedzmy... powiedzmy, że to nadmierna gadatliwość. Z przyjemnością odnotowałem punkt dla siebie. Jakoś nie odniosłem wrażenia, żeby był zbyt rozmowny - dorzuciłem. I chyba przesadziłem, bo Stone popatrzył spod oka. Wróćmy jednak do tego, o czym rozmawialiśmy ostatnim razem. Przypuszczam, że nie podjął pan żadnych kroków... Nie - odparłem szorstko. Nie podjąłem. Bałem się. Nie możecie znaleźć innego sposobu? Westchnął i rozparł się na krześle. Uprzytomniłem sobie, że ten dziwny zapach to jego woda po goleniu. Moja praca to ciągłe przymiarki, Nicholasie. Nie ma żadnej stałej linii. Musimy robić to, co każe sytuacja, dostosowywać się do konkretnego przypadku. Teraz Londyn też ma swoje zdanie na temat sytuacji w Ugandzie i koniecznych posunięć. Gdy zaczęła się sprawa z Hindusami, wstrzymaliśmy dwanaście milionów funtów pożyczki. A obecnie potrzebujemy pana, Nicholasie. Dlaczego muszę to być ja? - zapytałem. Jestem lekarzem, a nie tajnym agentem. Właśnie dlatego, że jest pan lekarzem. Ma pan obowiązek jako lekarz. I poddany brytyjski. Musiał pan widzieć i słyszeć, co się dzieje. Panuje przemoc. Mnóstwo Brytyjczyków już stąd wyleciało. Kazał obstawić nawet Kampala Club. Na następnym etapie jego ekonomicznej wojny wylecimy stąd wszyscy, także i pan. Jestem tego pewien. Nie wchodzę nikomu w drogę - ripostowałem. Ja tylko wykonuję swoją pracę, nic poza tym. A powinien pan. Powinien pan powstrzymać zabijanie ludzi. Premier mówi, że trzeba go powstrzymać. To, co się dzieje, jest potworne. Nie ma mowy ani o prawie, ani o porządku. Ludzie giną codziennie. Ciągle otrzymujemy doniesienia o wojskowych masakrach. Żołnierze wrzucają ciała do jeziora. Albo do masowych mogił gdzieś w lesie. Zupełnie jak za Hitlera.

[…]

 Drzwi do kabiny pilota otworzyły się i automatycznie opuściły się niewielkie, składane schodki. Zupełnie jak w magicznej sztuczce. Po schodkach zszedł Swanepoel. Co ty, u diabła, tutaj robisz? - zapytał, przekrzykując hałas śmigieł. To z twojego powodu musieliśmy czekać? Pomyślałem o jego szerokiej dłoni na kolanie Mariny Perkins i poczułem przypływ zazdrości. Musiałem przyjechać - odkrzyknąłem. Amin kazał mi to przywieźć dla was. Postawiłem przed nim karton. Co to? - zapytał. Dlaczego musiałeś to przywieźć? Jesteś teraz jego chłopcem na posyłki? Wsadził mnie do więzienia. To głowa lwa. Co? Jego brodą targał wiatr. Głowa lwa. Na cokole. Mówi, że to prezent. Obłąkany sukinsyn - rzucił, pochylając się po karton. Już nieraz to robił. Przymilał się. Ostatnim razem dał nam stojak na parasole w kształcie nogi słonia. Poczułem ulgę, że najwyraźniej uczestniczę w czymś codziennym i że nie zostałem wplątany w nikczemną siatkę przemytniczą, w której Amin gra rolę złowieszczego ważniaka. Przyglądałem się, jak samolot startuje, z drżeniem odrywa się od ziemi i kieruje się w stronę zachodzącego słońca. Niewielkie skrzydła przechyliły się lekko na jedną stronę, samolotem trochę szarpnęło - a potem schował się za wzgórzem i tyle go było widać. I wtedy sobie uświadomiłem z obezwładniającym poczuciem własnej głupoty, że mogłem do niego wsiąść i stąd uciec [nie wiedząc nawet że ów prezent wkrótce eksploduje na pokładzie samolotu – przyp. aut.].

[…]

Jak już mówiłem - co miałem robić w obliczu czegoś takiego? Ogarniała mnie po prostu cicha rozpacz. Nie znosiłem dwuznaczności tej całej sytuacji. Wiedziałem, że poprzez utrzymywanie z nim kontaktów coraz głębiej zapadam się w przerażającym bagnie - nie wiedziałem jednak, jak mogę dalej tam żyć bez tych kontaktów. Tak naprawdę zabicie go nie było żadnym wyjściem. Oznaczałoby jedynie narażenie się na niebezpieczeństwo. Ale była taka chwila, jedna tylko, kiedy kusiło mnie, by wykonać zabójcze instrukcje Stone’a. […] Nagle dotarło do mnie, że mógłbym po niego sięgnąć - że mógłbym sięgnąć po rewolwer i strzelić mu w głowę, gdy tak leżał rozwalony. Po trochu tego pragnąłem. Nie uczyniłem tego tylko z jednego powodu. Nie chciałem mianowicie, by wyszło na to, że przekonały mnie argumenty Stone'a. To, że w ogóle myśl o morderstwie przemknęła mi przez głowę, wynikało z czegoś znacznie głębszego i ciemniejszego: przyznaję, że rzeczywiście przyłapałem się na analizowaniu, jak przyjemne byłoby zabić go, przyłożyć ciężki pistolet do jego skroni i poczuć szarpnięcie, a potem zobaczyć jego świński mózg na ścianie.

[…]

Malachi, mój znajomy rybak mówi, że przybyli tutaj z powodu ruin Maelrubha. To stary klasztor na grzbiecie góry W pobliżu znajduje się także kamienny krąg i w broszurach dla turystów przypisuje mu się oczywiście pogańskie bzdury. Składanie ofiar, pradawne obrzędy... Co roku rzeczywiście odbywa się tu święto i Malachi uważa, że właśnie dlatego przyjechali hipisi. Mówi, że jeśli o to naprawdę im chodzi, nie będą tu mile widziani. Jedna z zasad tych obrzędów mówi, że żaden obcy nie może wziąć w nich udziału ani dotykać narzędzi do nich używanych. Malachi to najbardziej przyjacielski ze wszystkich ludzi, których poznałem od czasu przyjazdu tutaj. Pozwala mi korzystać z jednej ze swoich łodzi: jest urocza i stara, ciemnobrązowa, nitowana, a szerokie, zachodzące na siebie deski są zabezpieczone na brzegach smołą. Malachi mówi, że została zbudowana na wzór dawnych łodzi wikingów. Wiele wieków temu najechali na tę ziemię i wielu miejscowych uważa siebie bardziej za Skandynawów niż Szkotów. Wydaje mi się tylko, że wikingowie nie mieli na rufach swoich statków wielkiej lampy do nocnych połowów, tak jak Malachi. Jest podłączona do akumulatora samochodowego. Nie wypływam na tej łodzi w nocy, oczywiście, ale widziałem, jak on to robi: żółte światło lampy wcina się w ciemne zakamarki Sound. Ja jedynie pływam sobie po zatoce podczas weekendów. Tylko wtedy czuję się oczyszczony i pełen życia. Głos morza, owodniowe kołysanie, haust słonego powietrza w płucach - to one właśnie dają to uczucie. Tak jakby dawna dusza, zła dusza, przemieniła się w maleńkie krople wody, a te spadły do oceanu, by zagubić się na wieki.

[…]

Kiedy ta surrealistyczna wizja zniknęła z mojej rozgorączkowanej głowy, poczułem - w tej ciemnej, stęchłej przestrzeni z owalnym otworem, przez który wpadało światło - jak coś pełznie mi po kostce. Sięgnąłem ręką i ścisnąłem to coś. Poczułem, jak między kciukiem a palcem wskazującym rozgniata się mrówka. Przypomniałem sobie wtedy innego owada, ćmę - z zakurzonymi skrzydłami w kolorze zaschniętej krwi - która sfrunęła niedaleko nas w ogródku piwiarni, gdzie odbyłem z ojcem moją ostatnią rozmowę. Cóż, niezupełnie rozmowę: siedzieliśmy tam po prostu nad kuflami z piwem i kawałkami sera, dzień przed moim wyjazdem, i prawie w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Kiedy ćma przysiadła na drewnianym stole, na surowej twarzy ojca pojawił się uśmiech. Zdjął okulary - widzę je teraz, zaciśnięte w pergaminowej skórze jego dłoni - i odezwał się, a w jego oczach pojawiło się coś zbliżonego do gwałtownych emocji: Najważniejsze - wyszeptał, jakby przekazywał mi jakieś herezje - to zminimalizować krzywdy, które się wyrządza innym. Gdy ponownie zaczęło mnie ogarniać ogromne zmęczenie, starałem się zachować w głowie obraz jego twarzy - oczy zasnute szarawą mgiełką czegoś niedopowiedzianego, wysokie czoło, przechodzące w łysinę między dwiema kępkami siwych włosów, usta, których kąciki miały tendencję do opadania - ale nie udało mi się to zbyt długo. Przeklinałem się za to, że nie pojechałem na jego pogrzeb; być może ona by... „Nie uczyniłem żadnej krzywdy" - wymamrotałem na głos, tak jakby siedział obok mnie w półmroku chaty - „nie uczyniłem żadnej krzywdy". O, mój ojcze...

[…]

W tym samym czasie, gdy rozgrywało się to wszystko, odbył się swego rodzaju zwycięski wiec. Tłum wznosił okrzyki na cześć oddziałów żołnierzy tanzańskich, którzy przeczesywali miasto w poszukiwaniu wojsk i funkcjonariuszy popierających Amina. Ludzie podążali za żołnierzami w sporych grupach, biegnąc powoli i głośno, miarowo tupiąc nogami. Niektórzy walili w bębny, inni wydawali okrzyki. Zatrzymałem się na chodniku i przyglądałem im i wtedy zobaczyłem coś, co sprawiło, że zacząłem się obawiać o własne życie. Tłum nagle się odwrócił. Gubiąc rytm powolnego biegu, zaczął się przemieszczać i zagęszczać. Widziałem tylko plątaninę ubrań. Żołnierze tanzańscy odwrócili się i próbowali to powstrzymać. Ale było już za późno. Nagle ponad tłuszczą pojawiła się wyrzucona w powietrze ręka. Obróciła się niczym laska, po czym opadła z powrotem na masę ciał. Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że ktoś jest właśnie pozbawiany kończyn. To człowiek Amina - powiedziała dziewczyna, stojąca obok mnie na chodniku.

[…]

Ja, Idi Amin, jestem w Holyrood. Idę przez rozbrzmiewający echem korytarz. Moje myśli krążą między przeszłością a teraźniejszością, podczas gdy światła na ścianach trzeszczą i syczą. To odgłos elektryczności, odgłos elektryczności zderzającej się z wilgocią. Moje kroki odbijają się echem przede mną i za mną. W zielonej podomce wyglądam niczym duch.

Wieża północnozachodnia. Ja, Idi Amin, stoję triumfująco, podczas gdy Rizzio umiera. Jestem Idi, gdzie Mary Stuart, Królowa Szkotów, rodzi tego, kto zjednoczy królestwo. Ja, Idi, kroczę po żwirze, patrzę, jak to wszystko się oddala. Patrzę tam, gdzie Kuba Szósty obserwuje to ze swego powozu, wyjeżdżając do Londynu. Szyba jest oszroniona... w Musselburgh zatrzymamy się na pogrzeb Lorda Setona, w Berwick będą strzelać na naszą cześć, w Buckinghamshire niejaki Oliver Cromwell, właściciel ziemski, po królewsku nas ugości...

Ja, Idi, kroczę razem z Cromwellem przez pałacowe stajnie. To się dzieje kilka lat później. Wszędzie czuć krew, ekskrementy i stal. To zapach okupacji. To zapach elektryczności.

Tak, ja, Idi Amin, jestem w Holyrood Palące w Edynburgu. Ja, Idi, tak jak książę Karol Edward, oddaję się hulankom pod tymi wysokimi dachami. Kilka nocy przyjemności. Jego okrągłe plecy masywne niczym Skała. Jestem Idi Amin jako prześladowca Cumberland, szabla srebrząca się w jego dłoni.

Biegnę. Oddalam się od świateł z ich zapachem krwi. Ja, Idi, biegnę drogą w Meadowbank. Powinniście wiedzieć, że jestem w stanie przebiec 100 jardów w 9,8sekundy. Jestem Idi, przyciśnięty do metalowych bram wjazdowych w Musselburgh. Jadę na koniu zwanym Afrykańska Pantera i to ja przebiegnę całą drogę. Ponieważ biegnę. Ja, Idi, biegnę z lwem i słoniem w Ogrodach Botanicznych. Potykam się o melony. Agawa i araukaria, lilie i ciężkie, lepkie płatki anielskich trąbek dotykają mojej twarzy i rąk. Podnoszę je. Podnoszę je, ponieważ ja, Idi Amin, boksuję się w Sparta Club na McDonald Road. Ja, Idi Amin, odbywam sparing z Kennym Buchananem. Musicie wiedzieć, że w boksie, kiedy sędzia jest przeciwko wam, pozostaje wam jedynie wygrana przez nokaut.

[…]

Na drewnianym stole we wnęce stał brązowy, fajansowy półmisek. Obok niego znajdował się worek z szorstkiej wełny. Na półmisku leżała, czy też spoczywała, głowa. Widać było wyraźnie jej kłębuszki nerwowo-naczyniowe, połyskujące i porozrzucane na brzegach półmiska. Włosy były oszronione. Za stołem siedział Idi Amin. Na głowie miał wielki kapelusz brytyjskiego admirała. Jego trójgraniasty kształt sprawiał, że na ścianie z tyłu rozgrywał się dziwny teatr cieni. Policzki obwisały mu bardziej niż wcześniej, a pod oczami miał szare worki. Trzymał coś niewielkiego - laseczkę noszoną do munduru galowego. Stałem tam w chirurgicznym fartuchu, niewidoczny za przepierzeniem, i wtedy, rozbrzmiał ponownie głos, który słyszałem na korytarzu. To Idi przemawiał do głowy. Przepraszam - rzekł. Teraz wiem, że zbyt wiele czasu czciłem niewłaściwe rzeczy. Ze powinienem się teraz tutaj wyspowiadać. W twojej wierze. Choć muszę ponownie podkreślić, że kocham wszystkie trzy religie w Ugandzie: katolicką, muzułmańską i protestancką. Ale taki jest właśnie problem z dzisiejszą Afryką. Wszystko jest kompletnie podzielone. Nawet w mózgu w mojej głowie. To prawda, że raz po raz atakują mnie tam żołnierze. Atakują mnie, atakują mnie w moich snach i na jawie, i popełniają zbyt wiele złych uczynków. Dlatego właśnie musiałem cię skrzywdzić. Dlatego właśnie musiałem ci odciąć głowę. Także dlatego właśnie musieliśmy zabić dla mięsa Pana Lwa i Pana Słonia w Mweya i Paraa. I dlatego musieliśmy wydalić w całości Jezusa z Ugandy Ponieważ cały czas jest tutaj niebezpieczeństwo - niebezpieczeństwo głodu i niebezpieczeństwo strzałów i niebezpieczeństwo choroby Niebezpieczeństwo... Nawet jeśli się sądzi, że otrzymuje się dobry podarunek, może to być niebezpieczna trucizna. Mówię do muzungu - przynieście mi banana, a oni odpowiadają: „Tak, szefie", i przynoszą mi go i on nie jest dobry Jest zgniły. Więc wpadam w irytację. Dlatego właśnie są ciała. Mówię: „Dokładnie je spalcie", ale wciąż nie jest dobrze. Ach, mówię ci: nie zawsze tak było, ale zawsze było ciężko. Dlatego właśnie musiałem objąć całkowitą kontrolę nad Ugandą... […] Widzisz, pochodzę z bardzo biednej rodziny. Chcę ci o tym opowiedzieć. Tam, skąd pochodzę, mój ojciec nie miał pieniędzy Mam pracować przy kopaniu i niektórzy ludzie dają mi pieniądze na jedzenie. A potem dużo się uczyłem. Ale wtedy siłą zostałem wcielony do armii i znalazłem się w Kenii w czasie II wojny światowej i gdy był problem z Mau Mau. Po tym, jak wylądowałem w Birmie z regimentem szkockim i pokonałem wiele trudności, otrzymałem stopień starszego szeregowego i piąłem się coraz wyżej aż do teraz, kiedy zostałem generałem i prezydentem. To była długa walka i właśnie dlatego, że to była walka, jestem tym, kim jestem.

[…]

Idi był człowiekiem potężnej postury, ale czasami na jego obliczu pojawiała się pewna delikatność. Tak jak teraz. To nie był Idi furiat, ze ściągniętymi brwiami i zgrzytający zębami, mocno uderzający pięścią w biurko. To było coś innego. Podszedł i pochylił się nade mną. Proszę, pomóż mi - powtórzył, nachylając się niżej. Czułem w uchu jego oddech. Jego głos był tym razem powolny, słowa skapywały niczym miód. Kręciło mi się w głowie. Miękkość jego głosu obudziła we mnie uczucie, którego prawie nie byłem w stanie pojąć. Czułem oszołomienie, a jednocześnie moje myśli były tak czyste jak świeża źródlana woda. W tej długiej chwili moja wyobraźnia pracowała gorączkowo, ale nie straciłem też zdolności analizy i wnioskowania. Wiedziałem, że od jakiegoś czasu czuję się jak potępieniec z powodu zażyłości z nim, a teraz - po wielomiesięcznym taplaniu się w grzęzawisku tchórzostwa i braku zdecydowania - teraz otrzymałem szansę odwrócenia tego. Nie poprzez wydanie go Tanzańczykom (choć zauważyłem, że o ścianę obok niego opiera się pistolet maszynowy), ale w inny sposób. Uczuciem, które do niego żywiłem, była litość, i wiedziałem, że sposobem na wydostanie się z ciemności, w którą pozwoliłem sobie wpaść, jest udzielenie mu pomocy. Tak jest. Ścieżka mego odejścia była wolna. Dobrze - rzekłem. Pomogę.

[…]

Stone stukał palcami w stolik. Nieprawda. Kiedy przyjąłeś obywatelstwo ugandyjskie, zrzekłeś się brytyjskiego. To niedorzeczne - oświadczyłem, wstając. Nie zgadzam się, by traktowano mnie jak... Urzędnik imigracyjny, który stał za mną, położył dłoń na moim ramieniu i pchnął mnie z powrotem na krzesła. Chyba czegoś nie rozumiesz - stwierdził Stone. Nie możesz ot tak sobie przyjechać do tego kraju, bez paszportu, bez obywatelstwa, i jeszcze stawiać warunki. Trzeba pozałatwiać formalności. Pozostaje także pytanie, czy w ogóle jesteś osobą, którą chcielibyśmy przyjąć w Wielkiej Brytanii. Dlaczego? - zapytałem. Moje ręce nie są splamione krwią. Stone machnął własną ręką. Jeśli chcesz wiedzieć, to za barierką w hali przylotów czeka cała grupa reporterów, którzy pragną usłyszeć twoją historię. Oni mają chyba odmienne zdanie. […] Powiedz mi coś. Dlaczego zostałeś? Dlaczego po prostu nie wyjechałeś? Na to pytanie nie bardzo umiałem odpowiedzieć. Sam nie znałem odpowiedzi. Zawahałem się, a po chwili, kiedy się odezwałem, mówiłem powoli, tak jakbym był robotem. Jednocześnie wpatrywałem się w orzechową deskę rozdzielczą, a jej mrugające światełka nieprzyjemnie przypominały to pomieszczenie komunikacyjne w podziemiach Nakasero. Zostałem, ponieważ to był najwłaściwszy krok. A poza tym przez pewien czas i tak nie mogłem wyjechać. I niebezpiecznie było odmawiać mu czegokolwiek. W Afryce tak się po prostu nie robi. A poza tym autentycznie czułem, że przebywając tam, mogę wpłynąć na złagodzenie jego okrucieństw.

[…]

 Niezwykle trudno było mi przypomnieć sobie wszystko, zapisać to tak, jak się wydarzyło, zmierzyć się uczciwie ze sobą, jednocześnie unikając wątpliwych korzyści, które daje patrzenie na wszystko z perspektywy czasu. Jest już po wszystkim, wstrętna maska opadła, ale nadal prześladuje mnie obraz Amina. Wydaje się, że za każdym razem, gdy włączam radio lub telewizję, przypomina mi się on. Rząd ugandyjski (dalej toczy się tam walka pomiędzy różnymi frakcjami) wystosował oficjalną skargę do Arabii Saudyjskiej w związku z ukrywaniem go, oświadczając, że powinien wrócić na proces. Za każdym razem, gdy próbuję teraz o nim myśleć, ogarnia mnie rodzaj psychicznej oniemiałości. Amina cechowała giętkość wypowiadanych słów, i to właśnie najbardziej pamiętam w związku z nim: jego gangsterską sofistykę, jego niewiarygodny język. Potrafił sprawić, że tańczyliśmy, jak nam zagrał, tak, i pozwalaliśmy mu na to. A zarazem jedynie częściowo zdawał sobie sprawę ze swego czaru. Źle go rozumiał. Według mnie jest w tym wszystkim, w miejscu, w którym zetknęliśmy się ja, Idi Amin i świat, coś, czego nie umiem rozgryźć. Za każdym razem, gdy się temu przyglądam, wszystko się zmienia. Zmienność. Może odpowiedzią jest uświadomienie sobie tego.

[…]

Jeden z pojemników na kraby turla się po dnie łodzi. Wszędzie walają się łuski od ryb, których Malachi używa na przynętę. Wyglądają jak dziecięce paznokcie. Wiem, kim się stałem. Wiem, co widziałem. Wiem o wszystkich tych ludziach, którzy zginęli - a jednocześnie nie wiem o nich. I wiem także, że mam już za sobą większość życia, tak jak i Amin. Ciekawi mnie, jak długo będzie żył, jak będzie wyglądać to życie. Osobiście nie byłem w stanie cofnąć się do normalności życia. Widziałem tych wszystkich ludzi na przystankach autobusowych w Londynie, czekających na pojazd, który zabierze ich do pracy. Już wolałbym jeszcze raz spróbować szczęścia w Ugandzie, niż jeździć każdego dnia autobusem do pracy. Tak, większość życia mam za sobą, moja moc - ta niegdysiejsza - jest roztrwoniona, osłabiona, tak jak warkot tego silnika, gdy zanurza się w wodzie, której kręgi wybiegają daleko poza słoneczne światło i brzeg lądu, muskając srebrzyste makrele, śliskie zielone wodorosty i przypominające koronkę płatki anemonów. Silnik terkoce, milknie, znowu staje się głośniejszy... podczas gdy ponad tym wszystkim zarówno mały narybek, jak pokaźne kształty głębszego oceanu zamykają uszy na jego wcześniejsze ruchy, odpływają na oślep od swojej groźby, swojej obietnicy. Albo płyną w jej kierunku.

[…]

Widzę, jak w pobliżu okna łopoczą brązowe skrzydła wydrzyka, wspaniałego wydrzyka z białą plamką, który żywi się, zmuszając inne ptaki do wypluwania. A jeśli już jesteśmy przy temacie szturmów, to oglądałem z uwagą film fabularny o wizycie Izraelczyków w Entebbe. Mówię, że to głupie i absurdalne, by karmić opinię publiczną fikcyjnymi wydarzeniami i oszukiwać ludzi w imię pieniędzy Wiesz, że jeden z aktorów zmarł na planie filmowym? To była kara zesłana przez Allaha i powinna stanowić nauczkę dla tych, którzy chcą naśladować feldmarszałka Amina... Kiedy tak mówi i mówi, moje spojrzenie wędruje ku urwisku spadającemu do morza. Całość wygląda bardziej bajkowo i romantycznie niż - muszę przyznać, że moje myśli biegną tym torem - cokolwiek dane mi było widzieć poza teatrem. To doskonałe miejsce, by zbójcy lub zwolennicy jakiejś fanatycznej idei, wędrując od jednego skalistego zbocza do drugiego, mogli tu się gromadzić wokół swego przywódcy. ... co o tym sądzisz? Doktorze Nicholas? A skoro pytasz, jestem bardzo szczęśliwy tutaj, w Jeddah. Mam chevy caprice, ładny dom na plaży i przekonałem się, że łatwiej mieć jedną żonę. Noszę białe szaty i niezwykle uważnie studiuję Koran. I każdego dnia pływam. W Morzu Czerwonym... W końcu kończę tę rozmowę, a im dalej odsuwam słuchawkę od ucha, tym jego głos staje się bardziej odległy.

Giles Foden, Ostatni król Szkocji

Obyczajowo-polityczna i sfilmowana powieść Gilesa Fodena, brytyjskiego pisarza, dziennikarza i nauczyciela akademickiego przenosi nas tym razem w serce równikowej Afryki, do państwa ugandyjskiego powstałego z dawnego królestwa Bugandy, generalnie w „burzliwe” czasy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Młody lekarz pochodzenia szkockiego Nicholas Garrigan przeżywa swoistą „fascynację” ówczesnym dyktatorem i feldmarszałkiem republikańskiej Ugandy - Idim Aminem Dada Oumee’em, w historii a zatem post factum zaliczanym do niechlubnego grona najbardziej brutalnych i krwawych dyktatorów świata. Nie da się przy tym ukryć, że powieść stanowi próbę złagodzenia tego nacechowanego przemocą wizerunku dyktatora, w którym maniakalne okrucieństwo osamotnionego człowieka korzy się przed strachem o nieznane przecież nikomu jutro…



powrót ››