Blog

 

22.04.2023

Stiller

„…kiedy się ludzie nie widzą,

tak łatwo

rodzą się upiory.”

„…czy można pisać, nie grając jakiejś roli?

Człowiek chce być obcy sobie samemu.”

„nie mogę kochać sam

nie jestem święty…”

[…]

Nie jestem Stillerem! Dzień w dzień od chwili zamknięcia mnie w tym więzieniu, które później opiszę, powtarzam to, przysięgam i żądam whisky, bez której odmawiam dalszych zeznań. Wiem bowiem z doświadczenia, że bez whisky nie jestem sobą samym, lecz skłaniam się do tego, by ulegać wszelkim dobrym wpływom i grać rolę, która by tamtym odpowiadała, ale nie ma ze mną nic wspólnego. A ponieważ teraz, w mojej absurdalnej sytuacji (uważają mnie za zaginionego obywatela tego miasteczka!) chodzi jedynie i wyłącznie o to, żeby się nie dać zagadać i mieć się na baczności przed wszystkimi ich uprzejmymi próbami ubrania mnie w cudzą skórę oraz o to, by pozostać nieprzekupnym, oświadczam z całą brutalnością: wobec tego, że chodzi jedynie i wyłącznie o to, żebym nie był nikim innym, niż tym, kim – niestety – jestem naprawdę, nie przestanę domagać się głośno whisky, ilekroć ktoś zbliży się do mojej celi. Nawiasem mówiąc, kazałem już cztery dni temu zameldować, że może to nie być najprzedniejsza marka, ale w każdym razie nadająca się do picia. W przeciwnym wypadku pozostanę trzeźwy i mogą mnie przesłuchiwać, ile chcą, nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej nic prawdziwego. Na próżno! Dziś przynieśli mi ten zeszyt pełen czystych kartek: mam opisać swoje życie! Chyba po to, żebym dowiódł, iż posiadam je i jest inne niż życie ich zaginionego Stillera.

[…]

Cela moja – zmierzyłem ją właśnie butem, którego długość wynosi niespełna trzydzieści centymetrów – jest mała, jak wszystko w tym kraju, czysta, że człowiek ledwie dyszy od higieny, i przygniatająca, właśnie dlatego, że wszystko jest na miejscu, odpowiednie i wystarczające. Ani mniej, ani więcej! Wszystko ma w tym kraju przytłaczającą dostateczność. Zmierzyłem: długość trzy metry dziesięć, szerokość dwa metry czterdzieści, wysokość dwa metry pięćdziesiąt. Humanitarne więzienie, nie można narzekać, i w tym właśnie tkwi cała nikczemność. Ani śladu pajęczyn na ścianach, ani pleśni, nic, co mogłoby usprawiedliwić oburzenie! Są więzienia, które lud, słysząc o nich, bierze szturmem; tu nie ma nic do szturmowania. Wiem, że miliony ludzi mieszkają gorzej ode mnie. Prycza ma sprężyny. Zakratowane okno przepuszcza ranne słońce, o tej porze roku mniej więcej do jedenastej. Stół ma dwie szuflady, leży na nim Biblia i stoi lampa. Jeżeli chcę się załatwić, wystarczy nacisnąć biały guzik, a prowadzą mnie do ubikacji, gdzie nie ma starych gazet, które się już czytało, tylko miękki papier toaletowy. A jednak jest to więzienie i są chwile, w których chciałoby się wyć. Człowiek nie robi tego, tak samo jak nie zrobiłby tego w domu towarowym, tylko wyciera ręce ręcznikiem, chodzi po linoleum, mówi: dziękuję, kiedy go znowu zamykają w celi. Oprócz jesiennych już liści kasztana nie widzę nic, nawet wtedy, kiedy włażę na sprężynową pryczę, co zresztą (w butach) jest zabronione.

[…]

Ma, niestety, osiem cel do sprzątania, więc czas jego jest ograniczony. I tak przebywa tu dłużej niż u tamtych ludzi honoru. To naprawdę anioł. Za każdym razem, kiedy pasą więźniów serem szwajcarskim, przynosi mi kiełbasę serdelową (piwną), i to za własne pieniądze. Choć co prawda za kiełbasą serdelową również nie przepadam, zwłaszcza bez piwa – ma w sobie trochę czosnku, którego zapach czuje się przez długie godziny, kiedy myśli się już zupełnie o czym innym – odruch jego wzrusza mnie. Pani Julika Stiller-Tschudy, małżonka zaginionego, zażądała lepszych zdjęć, żeby sobie oszczędzić zbędnej podróży z Paryża tutaj. Trzy kwadranse obstawiali mnie swoimi lampami. Oczywiście spociłem się jak ruda mysz. I te ciągłe pouczania! – Proszę zachować pozę zupełnie swobodną! Siedząc naprzeciw ściany mojej celi widzę pustynię. Na przykład pustynię Chihuahua. Widzę ogromne pustkowie, pełne kwitnących kolorów tam, gdzie nic już nie kwitnie, widzę barwy rozpalonego południa, zmierzchu, nocy nie do opisania. Kocham pustynię. Nie ma ani jednego ptaka w przestworzach, ani szemrzącej wody, ani owada. Dookoła nic prócz ciszy, piachu i piachu. Piach ten nie jest gładki, lecz wyczesany przez wiatr i falisty, lśni w słońcu jak matowe złoto lub mączka kostna. Są w nim zagłębienia pełne cieni, niebieskawe jak ten atrament, jakby wypełnione atramentem. Nigdy nie ma chmury, żadnej, ale to żadnej mgiełki ani szmeru wywołanego przez uciekające zwierzą. Tu i ówdzie pojedyncze kaktusy, prostopadłe, podobne do piszczałek organowych lub siedmioramiennych świeczników, ale wysokie jak domy. Rośliny, ale nieruchome jak architektura, właściwie nie zielone, raczej brązowe jak bursztyn, dopóki świeci słońce, i czarne jak cięcia nożyc w siną noc. Wszystko to widzę otwartymi oczyma, nie śniąc, na jawie, choć nigdy nie potrafiłbym tego opisać, i za każdym razem, kiedy to widzę, uderza mnie niewiarygodność naszego istnienia. Dawniej nie wiedziałem, ile jest pustyń na tej planecie, której gośćmi jesteśmy, czytałem tylko o tym; nigdy nie uświadamiałem sobie, że wszystko, z czego żyjemy, jest darem wąskiej oazy, niewiarygodnym jak łaska.

[…]

Siedzę w celi ze wzrokiem utkwionym w mur, widzę Meksyk, pływające ogrody Meksyku, gondole na brunatnych wodach, lśniących odbiciem błękitu. Gondole, które suną niemal bezgłośnie, wszystkie ozdobione świeżym kwieciem, korso na kanałach, dookoła ogrody pełne wiecznej wiosny, Arkadia, ale indiańska. W wąskiej łodzi, której brzeg ledwie wystaje ponad brązową wodę falującą pod wiosłami, podpływa stara Indianka z uwiązanym do pleców niemowlęciem. Miękkim, cichym głosem proponuje bukiecik orchidei. Nigdy takich nie widziałem, są ułożone z mistrzowskim smakiem, odziedziczonym po dawnych pokoleniach. Aztekowie nie uznawali święta bez kwiatów. Inny mieszaniec chciałby sprzedać pulque, popularną meksykańską wódkę, robioną z soku agaw; zanurza kubek w mętnym płynie i podaje mi napój. Ma smak fermentu, dusznego gorąca i słodyczy tropiku. Dokoła siedzą w gondolach rodziny z całym przychówkiem. Jest niedziela (jak dzisiaj), wszyscy jedzą, piją, są zadowoleni. Para miłosna w stadium początkowym, siedzą wyprostowani obok siebie, trzymając się za ręce. Wynajęli gondolę, zapełnioną muzykantami, gitarami, olbrzymimi meksykańskimi kapeluszami, ciemne zbójeckie oblicza, głosy jak miód. To korso ludowe, na półautentyczne, na półkiczowate. Wracam myślami do pustyni: to właśnie robią na ziemi ludzie! Młoda dziewczyna leży na dziobie gondoli na brzuchu, zanurzyła obie ręce w leniwie płynącej wodzie, milczy, gdzie indziej wybuchają głośne śmiechy. Większość jednak jest, jak mówiłem, cicha, prawie otępiała, senna. Widzę twarze, piękne, jakby pochodziły z utraconego raju, obce, ostatnia pozostałość wielkiego miasta Azteków. Otoczone jeziorem, prawdziwa Wenecja indiańska – tak je nazywali kronikarze hiszpańscy – dostępne było tylko przez dwie tamy. Dla Indian, którzy przecież nie znali koła, woda stanowiła najdogodniejszą drogę, a jezioro musiało być rajskie. Mówią, że część jego brzegów oderwała się i pływała jako ukwiecona wyspa. Indianie, lud kwiatów, wyplatali tratwy z trzciny, pokrywali je ziemią i morszczynem, a nawet sadzili na nich małe drzewka i pływali dookoła na tych kwitnących wyspach. Stąd nazwa pływające ogrody. Jezioro zabagniło się, później wyschło, pozostała z niego tylko niewielka kałuża, na której niedzielne gondole, na pół autentyczne, na pół kiczowate, przypominają upadek cudownego narodu, a nowoczesny Meksyk, centrum handlowe z brzydkimi i ładnymi drapaczami chmur, stoi dosłownie na grzęzawisku, widać, jak budowle dosłownie zapadają się w ziemię, niepowstrzymanie, co roku o kilka centymetrów głębiej... Widzę czerwonawy krajobraz dookoła, piramidy, lawę, martwego węża na ulicy, rozgniecionego przez oponę samochodową, oraz sępy, które czekają. Widzę orchidee oblepiające druty telefoniczne, widzę wielkie, podobne do grzybów kapelusze Meksykanów, ich białe, bawełniane bluzy, czerwonawą skórę twarzy. Targ w Meksyku! Przypomina filmy kolorowe. Jest dokładnie taki jak one, bardzo malowniczy, a jednak naprawdę bywają momenty, kiedy człowieka nagle ogarnia strach. Cuchnie psie ścierwo. Dzieciaki siedzą nagimi tyłkami na kupach śmieci, na gnijących przejrzałych owocach. Towary leżą na ziemi. Widzę je jeszcze dzisiaj: fasola i groch, orzechy, owoce, które widzę po raz pierwszy, gdzieniegdzie słodycze, nad którymi uwijają się roje much, oraz ryby psujące się w skwarnym słońcu. Obok cieśla zbija dziecinne trumienki, całe stosy, nie oheblowane i tanie. Wieśniaczki przysiadły na bruku, sprzedają garnki – wspomnienie indiańskich wzorów, ale prymitywne i tanie. Cudowna jest ta masa kwiatów, których zapachu jednak nie czuć. Tam, gdzie nie cuchnie straszliwie mięsem, psującym się na słońcu, śmierdzi kloaką i trzeba mocno wziąć się w karby, żeby swego obrzydzenia nie przenosić na ludzi. To, co widzę, nie jest slumsem, lecz targiem pod gołym niebem, a osada, zdaje mi się, zwie się Amecameca; piękny to targ, nie smutny, ale jakiś niesamowity. To niechlujstwo ma w sobie coś demonicznego, coś z klątwy, która wszystko, co mogłoby tutaj kwitnąć i pachnieć, zamienia w smród, zgniliznę i rozkład. Człowiek zaś już się nie broni. Nikt nie usuwa z ulicy martwego psa; tylko od czasu do czasu odpędza się zmęczonym ruchem muchy, zanim się wsunie do ust tortillę. A do tego kuternogi i kaleki – słońce i błękit robią wrażenie szyderstwa. Uczucie: co tu się dzieje? budzi się we mnie rzadko. Nic się nie dzieje! Wszystko jest bardzo malownicze, łagodne bursztynowe lśnienie pod wielkimi chustami, pod nimi twarze obcych kobiet, nad tym rozsypujący się barok hiszpańskiego kościoła, krzyż pokryty grynszpanem i wszędzie orchidee. A poprzez zielone liście palm bananowych, które zwisają jak wielkie, postrzępione chorągwie, widzę wieczny śnieg na Popocatepetl, dymiącej górze, która już nie dymi, cudowny biały namiot. Gdzie tkwi ta niesamowitość? Ile razy zatrzymujemy samochód, aby nabrać benzyny, widzę ślepca, który wyciąga rękę. Na plantacjach kawy są muchy, których ukłucie wywołuje z początku tylko napełniony ropą bąbel; dałoby się go usunąć, ale nie ma lekarza, nie ma pieniędzy na lekarza. Więc czerwie dostają się do krwi, później do oczu, które rozpływają się jak sadzone jaja w białożółtawą maź. Stoją tak obok siebie starcy i dzieci, ślepi, z pustymi rękami. Jeden śpiewa przy akompaniamencie katarynki. Na dachach przysiadły sępy, ogromne, śmierdzące ptaki; kiedy się jedzie po samotnych drogach, wzlatują chmarami znad ścierwa rozgniecionej żmii, rozkładającego się osła lub znad zamordowanego człowieka, którego zniknięcia nikt jeszcze nie spostrzegł. Wszędzie widać te ptaki; czarne, paskudne, ociężałe tkwią na dachach ponad malowniczym targiem. To ścierwniki, ptactwo Meksyku.

[…]

W stosunku do Anatola Ludwika Stillera, rzeźbiarza, ostatnio zamieszkałego w swoim atelier w Zurychu przy Steingartengasse, zaginionego od stycznia 1946 roku, istnieje jakieś podejrzenie. Szczegóły nie mogą mi być podane do wiadomości, dopóki nie zostanie dowiedzione, kim jestem. Jak się zdaje, nie chodzi tu o drobiazg. Szpiegostwo? Nie wiem, co moje domysły pcha właśnie w tym kierunku, a zresztą mnie to nie obchodzi; nie jestem Stillerem. Jak bardzo oni pragnęliby tego! Czy jestem winien, czy nie, brak im wyraźnie, jak w partii szachów, małego pionka, żeby skończyć z całą tą aferą. Handel narkotykami? Mam wrażenie, że pachnie tu raczej polityką, przy czym podejrzenie ze strony policji federalnej (tak to przynajmniej odczytuję z miny mego prokuratora) oparte jest na słabych podstawach. Sam fakt, że pewien człowiek nagle zaginął, zachęca oczywiście do spekulacji myślowych.

[…]

Mam wrażenie, że nikt nie stracił życia. Z płaczącymi dziećmi na ręku albo na plecach, objuczeni tobołkami, których zawartość niewiele była warta, mieszkańcy wioski pędzili przed sobą przerażone bydło, osły ryczały i stawiały tym większy opór, im bardziej je bito. Lawa płynęła spokojnie między domami, wypełniała je, połykała. Nie miałem do ratowania bydła, stałem więc na wzgórzu i przyglądałem się napływowi lawy; syczała jak żmija, wszystko, co zawierało w sobie wodę, zmieniała w parę, miała skórę jak pewnej odmiany węże, metalicznie szarą, chropowatą, pokrywającą miękkie, gorące, ruchliwe wnętrze. Dotarła wreszcie do kościoła. Pierwsza wieża padła na kolana i została pochłonięta wraz z gruzami. Druga pozostała i stoi jeszcze dzisiaj, wieża o hiszpańskich kopułach, jedyna pozostałość wioski... Wioska nazywała się Paricutin. Dziś jest to nazwa nowego wulkanu – kończę moją opowieść. Gdyby pan, drogi doktorze, zawędrował kiedyś do Meksyku, proszę pojechać do tego Paricutin. Drogi są wprawdzie podłe, ale jazda opłaci się, zwłaszcza w nocy. Rozżarzone kamienie wylatują na wysokość pięciuset metrów, rozlega się huk, jak gdyby pędziły lawiny, raz po raz wydobywa się z krateru dym na kształt olbrzymiego kalafiora, czarny i czerwony od żaru buchającego z dołu. Jeszcze do niedawna wybuchy następowały po sobie dosyć szybko. Sześć minut, dziesięć, trzy, każdy z nową chmarą rozżarzonych kamieni, które zazwyczaj gasły przed spadnięciem na ziemię. Niech mi pan wierzy, fajerwerk pierwszej klasy! Ale przede wszystkim lawa! Pośród ciemności martwej szlaki, oświetlonej przez księżyc, który nie potrafi usunąć jej czerni, wystrzela w górę jasnopurpurowa, jak krew z cielska czarnego byka. Lawa ta musi być bardzo rzadka i płynna, jak błyskawica wystrzela w górę i powoli opada tracąc blask, dopóki nie nastąpi nowy wybuch. Żar bucha jak z wielkiego pieca, lśni jak słońce, oświetla noc śmiertelną, pochodzącą z samego wnętrza naszej planety spiekotą, której zawdzięczamy wszelkie życie. Powinien pan to zobaczyć! Przypominam sobie bardzo dokładnie, że w duszy budzi to radosny szał, który potrafi rozpętać się tylko w tańcu, najdzikszym ze wszystkich tańców, w ekstazie przerażenia i zachwytu, jakie zapewne ogarniały tych niepojętych ludzi, wykrawających sobie z ciała gorące serca.

[…]

Włosy ma rude, zgodnie z obecną modą nawet bardzo rude, ale nie jak konfitura z głogu, raczej jak minia w proszku. Bardzo oryginalne. Do tego niezwykle delikatna cera: alabaster w piegi. Także bardzo oryginalne, ale ładne. A oczy? Powiedziałbym: lśniące, można by rzec wodniste, także wtedy, kiedy nie płacze, niebieskawozielone jak brzegi bezbarwnej szyby, oczywiście uduchowione, a więc nieprzejrzyste. Niestety goli brwi, tak że tworzą cienką linię, wskutek czego twarz jej ma w sobie pełną wdzięku surowość, ale i coś z maski – zastygłe zdziwienie. Bardzo szlachetnie wygląda z boku jej nos, nozdrza mają swój wyraz. Wargi na mój smak nieco za wąskie, jest w nich zmysłowość, która jednak musiałaby być dopiero rozbudzona, figura (w czarnym kostiumie) ma w sobie coś zwartego, chłopięcego. Wierzy się, że to tancerka; może lepiej byłoby powiedzieć, że jest w niej coś z efeba, co kobiecie w jej latach dodaje nieoczekiwanego wdzięku. Pali bardzo dużo. Jej bardzo wąska ręka, kiedy gasi nie dopalonego jeszcze papierosa, nie jest pozbawiona siły, ma w sobie sporo nieświadomej gwałtowności, choć mam wrażenie, że ona sama wydaje się sobie wątła i słaba. Mówi bardzo cicho, żeby partner nie wrzeszczał. Liczy na to, że się ją będzie oszczędzało. Sądzę, że i ten fortel jest podświadomy. Pachnie oszałamiająco, jak już o tym meldował Knobel [strażnik więzienny – przyp. aut.]; musi to być jakaś dobra marka, zaraz przychodzi na myśl Paryż, perfumerie przy placu Vendóme. Jak się czujesz? – pyta [Julika – żona Stillera – przyp. aut.].

[…]

Nie ma ucieczki. Wiem o tym i powtarzam to sobie codziennie. Nie ma ucieczki. Uciekłem, żeby nie mordować, i przekonałem się, że właśnie moja próba ucieczki jest morderstwem. Pozostaje mi jedno: wziąć na siebie tę świadomość, nawet jeśli tej świadomości, że zamordowałem czyjeś życie, nikt ze mną nie podziela. Urojenia! Mam opowiedzieć swoje życie, a kiedy próbuję uczynić to w sposób zrozumiały, powiadają: urojenia! (Wiem teraz przynajmniej, skąd mój obrońca wziął to określenie wraz z pobłażliwym uśmiechem!) Słucha, dopóki mówię o moim domu w Oakland, o Murzynach i o różnych faktach; kiedy przechodzę do prawdy i staram się opisać to, co się nie daje udokumentować zdjęciami, na przykład, co się dzieje, kiedy sobie człowiek wpakuje kulę w skroń, mój obrońca zaczyna czyścić sobie paznokcie i czeka tylko na to, żeby mi przerwać byle jakim głupstwem.

[…]

Przez życie pozostawiające po sobie jakiś osad, nie to z pożółkłego albumu, życie, które jak mi Bóg miły, może nawet nie być wspaniałe, historyczne, niezapomniane. Pan rozumie, doktorze, chodzi mi o prawdziwe życie. Może to być życie zupełnie prostej matki albo życie wielkiego myśliciela, pioniera, który pozostawia jakiś osad w historii świata, sądzę jednak, że może tak nie być, że nie chodzi tu o nasze znaczenie. Trudno powiedzieć, od czego zależy, żeby życie było prawdziwym życiem. Nazywam to rzeczywistością, ale cóż to znaczy! Może pan również powiedzieć: żeby ktoś był identyczny z samym sobą. Bo inaczej nigdy go nie było! Widzi pan, panie doktorze, właśnie to mam na myśli, że istnienie, nawet w najnędzniejszy sposób, może się w końcu okazać naszą winą; to przykre, jeżeli nasze życie pozostawia jakiś osad tylko w postaci winy, na przykład morderstwa, to się zdarza i nie trzeba, żeby nad nim krążyły sępy. Ma pan rację, panie doktorze, to są tylko omówienia. Pan mnie rozumie? Mówię bardzo niejasno, jeśli dla odprężenia po prostu nie kłamię. Osad to także tylko słowo, wiem o tym i może w ogóle mówimy tylko o rzeczach, których nam brak, których nie rozumiemy. Bóg jest takim osadem! On jest sumą prawdziwego życia, przynajmniej tak mi się czasami zdaje. Czy słowo jest osadem? Może życie, to prawdziwe, jest po prostu nieme i również nie pozostawia obrazów, panie doktorze, w ogóle nic martwego!... Ale mojemu obrońcy wystarcza to, co martwe.

[…]

Pewnego razu, zobaczywszy jej odbicie w wystawie sklepowej, nie mogłem się powstrzymać; odwróciłem się, ujmuję Julikę pod brodę i całuję. Słuchaj no – mówi – jesteśmy w Zurychu! Przede wszystkim zachwyca mnie położenie jej miasteczka, które po obu stronach otaczają łagodne wzgórza oraz lasy kuszące do wędrówek. Pośrodku lśni zielona rzeczka, która zdradza kierunek ku wielkim oceanom (jak zresztą każda woda płynąca) i wskutek tego budzi stale w człowieku coś żywego, tęsknotę za światem, za wybrzeżami. Spędzenie w Zurychu, o tej porze roku, trzech tygodni musi być, jeżeli się nie mieszka w więzieniu, czymś cudownym. Pełno tu też cudzoziemców, co się słyszy na ulicach. Nie na próżno ma Zurych niebiesko-białe godło. W oślepiającym świetle swojej błękitności, wśród bieli mew i powiewów ciepłego wiatru, który podobno nawet tubylców przyprawia o ból głowy, Zurych ma istotnie swój własny urok, którego raczej szukać należy w powietrzu niż gdzie indziej, jakieś lśnienie w atmosferze, pozostające w dziwnej sprzeczności z ponurymi fizjonomiami tubylców, coś wręcz odświętnego, dźwięcznego, coś ozdobnego i zręcznego jak jego godło, coś niebiesko-białego bez wielu znaków szczególnych. Można by zapewne powiedzieć, że jest to miasto, którego czar tkwi przede wszystkim w krajobrazie. W każdym razie rozumie się cudzoziemców, którzy wysiadają na brzegu i robią zdjęcia, zanim pojadą dalej do Włoch. I można zrozumieć tubylców, którzy są dumni z tego, że się tu tyle fotografuje. Ich wąskie jezioro, mniej więcej szerokości Missisipi, błyszczy w zielonej pagórkowatej okolicy jak zakrzywiony sierp. Również i w dni powszednie pełno na nim małych żaglówek. Przy całej skrzętności ma w sobie ten Zurych, miejsce spotkań świata kupieckiego, coś z uzdrowiska. Alpy nie są na szczęście tak blisko, jak na widokówkach; w odpowiedniej odległości wieńczą podgórze, podobne do piany z białego śniegu górskiego i sinawych obłoków. Może Julika nie pokazała mi odpowiednich dzielnic; wspominając te, które widziałem, stwierdzam, że nie spotkaliśmy ani jednego żebraka, ani jednego kaleki. Ludzie nie są wprawdzie elegancko ubrani, ale odzież ich jest w dobrym gatunku, nigdy nie ma powodu do litości, ulice są czyste od rana do wieczora. Nie nagabywani przez żebraków, nie prowokowani przez jakieś niezwykłe zabytki budowlane, które mogłyby nam przerywać rozmowę, spacerujemy prawie godzinę.

[…]

Pochłania mnie myśl, że zwykle właśnie mądrzy ludzie nie mogą doczekać się śmierci. Kiedy myślę o jego oczach, nie tylko mądrych, lecz również świadomych tajemnic, wydaje się niewiarygodne, żeby człowiek ten nie wiedział, co go teraz czeka. Teraz nawet wmawiam w siebie, że był on jedyną osobą, której mógłbym przekazać swoje przeżycie – spotkanie z aniołem, o czym właściwie trudno komuś opowiadać. Znowu znane mi uczucie: muszę latać, stoję na framudze okna (w płonącym domu?), ratunek może przynieść tylko możność ulecenia. Przy tym pewność: nic nie pomoże, jeśli runę na ulicę, samobójstwo to złudzenie. Oznacza to: konieczność latania w przeświadczeniu, że właśnie pustka będzie mnie niosła, a więc skok bez skrzydeł, po prostu w nicość, w życie, którego nigdy nie przeżywałem, w winę z powodu zaniedbania, w pustkę, jako w coś jedynie rzeczywistego, co do mnie należy, co może mnie nieść...

[…]

Julika miała wówczas dwadzieścia trzy lata. Każdy mężczyzna o jakim takim doświadczeniu – Stiller widocznie nie miał go wcale – stwierdziłby bez trudu, że fascynująca osóbka jest w najwyższym stopniu zimna; w każdym razie byłby to od razu wyczuł i dostosował do tego swoje oczekiwania. W owym czasie w balecie powszechnie łączono z Juliką wielkie nadzieje. Ilu mężczyzn, mieszkańców Zurychu, osobistości cieszących się dobrą opinią, poślubiłoby bez namysłu Julikę, gdyby tej dziwnej i przez to samo tak fascynującej dziewczynie nie chodziło ponad wszystko o sztukę (balet), tak że wszelkie sprawy wykraczające poza tę dziedzinę uważała za przeszkodę. Taniec był jej życiem! Z chichotem, który był niejednemu niemiły albo przynajmniej uniemożliwiał wszelką poważną rozmowę, trzymała mężczyzn z daleka od siebie; czy chcieli wierzyć, czy nie, piękna Julika żyła wówczas jak mniszka, choć pogłoski na jej temat przedstawiały ją jako wampa. Ale i z ich powodu tylko chichotała.

[…]

Potrafią mówić tylko o dzieciach, o swoich dzieciach, nawet wtedy, kiedy mówią o innych, wyrzekają się pieszczot, by tym bardziej odczuwać je pieszcząc swoje dzieci. Uważają to później za matczyną miłość, oddanie, ofiarę i wreszcie nawet za wychowanie dzieci. Rzecz oczywista, że jest to czysty narcyzm. Można by powiedzieć, że u pięknej Juliki ten narcyzm kobiety z natury zimnej miał przynajmniej tę zaletę, że nie nadużywał ludzi, tylko sztuki – Czajkowskiego i Rimskiego-Korsakowa, czasami Ravela, na pewno, i Strawińskiego, ale nie dzieci, mających tylko jedną jedyną matkę. Sądzę, że pani Julika Stiller-Tschudy wybuchnęłaby, gdybym jej szczerze powiedział, że kobieta w sztuce wydaje mi się przeważnie podejrzana. Na próżno zapewniałbym ją, że nie ma w tym lekceważenia kobiety ani też z drugiej strony lekceważenia sztuki. Może podświadomie zaginiony Stiller (poza tym nie zależy mi specjalnie, żeby się z nim zgadzać) odczuwał to podobnie jak i ja. Wydaje się tylko, iż zarzucał Julice, choć pokrywał to czułością, że nigdy z nim nie przeżyła rozkoszy. Był to głupi zarzut w stosunku do Juliki i równie głupi w stosunku do siebie samego. Jak gdyby każda kobieta była stworzona do tego, żeby i pod tym względem być towarzyszką swego męża. Jak już mówiliśmy, jest rzeczą uderzającą i znamienną, że człowiek ten wciąż czuł się zmuszony prosić o przebaczenie. Uważał to zapewne za klęskę swej męskości, że piękna baletnica, może tylko odrobinę uczciwsza od innych dziewcząt, nie rozpływała się pod jego pocałunkiem. Jej oschłość była może przerażająca, ale prawdziwa. Nie udawała oschłej, żeby podniecać, przeciwnie, raczej próbowała ustępować, aby ograniczyć wszystko, co mogło podniecać. Ale ilekroć ustępowała, doznawała wstrętu, owego samotnego wstrętu, z którym za wszelką cenę musiała się kryć. Przecież nie chciała go urazić. Nie chciała go stracić. Stiller był bliższy jej sercu niż którykolwiek inny mężczyzna. Z drugiej strony wszystko buntowało się w niej po prostu przeciw udawaniu szału rozkoszy i błogiej niemocy, w które mężczyzna w swej próżności wierzy prawie zawsze, choćby było najbardziej nieudolne, w tę pozę zgwałconej, potrzebną mu nieodzownie, aby mógł wierzyć w miłość kobiety, a przede wszystkim w swoją męskość.

[…]

Dzięki niemu Julika nabrała najogólniejszego pojęcia o współczesnej fizyce, objaśnionej w sposób naprawdę porywający, z naukową dokładnością, której Stiller nigdy nie posiadał, nawet wtedy, kiedy wracał prosto z jakiegoś odczytu, niezmiernie rozentuzjazmowany, ale niezdolny wyjaśnić Julice choćby budowy atomu. Tutaj po raz pierwszy rozumiała wszystko, prawie wszystko. Albo dowiadywała się, jak to jest z Matką Boską, z uświęceniem kobiecości, o czym protestant nie ma najmniejszego pojęcia. Wszystko to było, mimo znacznego zapasu wiedzy, podawane w ten sposób, że nawet ona, nic nie wiedząca, mogła nadążać i orientować się przynajmniej w zasadniczych zwrotach biegu myśli. Po raz pierwszy, choć jej poczciwy Stiller walczył swego czasu w Hiszpanii po stronie komunistów, Julika została pouczona, czym jest właściwie idea komunistyczna, co w niej pochodzi od Hegla, a co jest niezrozumieniem Hegla, co należy rozumieć przez dialektykę, co jest w komunizmie elementem chrześcijańskim, co antychrześcijańskim, sekularyzacją, transcendencją. Wydawało się, że po prostu nie ma rzeczy, której by ten młody jezuita, o wąskiej twarzy i oczodołach przypominających trupią czaszkę, nie potrafił z łatwością zrozumieć i w sposób zwięzły, niegadatliwy, beznamiętny przekazać komuś. Czynił to przy tym tak zabawnie, że Julika często musiała się śmiać, bez względu na to, czy chodziło o Matkę Boską, czy o absolutną prędkość światła. Ponadto zdawał się swoim beznamiętnym wykładem nigdy nie narzucać innym własnego poglądu. Julika rozkoszowała się tym, że nic nie musi. Stiller zawsze jej coś narzucał, przeważnie poglądy, którym później sam przeczył; w okresach jednak, kiedy go entuzjazmowały, zwykł był wygłaszać je w ten sposób, że Julika nie ważyła się przeciwstawiać. Zupełnie inaczej było z młodym katolikiem! Julika wcale nie odczuwała potrzeby przeciwstawiania się. Leżała na swojej werandzie i wchłaniała jego słowa jak powietrze pobliskiego lasu.

[…]

Powstaje oczywiście pytanie, czy nikt tego Stillera (skoro biedna Julika sama nie mogła tego napisać) nie poinformował kiedyś w cztery oczy, co przeżywa w Davos jego żona, bądź co bądź jeszcze żona, którą mimo tej innej kobiety kochał przynajmniej na tyle, że chciał, aby odczuwała jego brak. Ale Stiller nie był skłonny do przyjmowania informacji w cztery oczy. Dawni znajomi zrezygnowali po nieudanych próbach, nowi zaś, których miał zapewne, równie mało jak on wiedzieli o straszliwych nocach Juliki... Kto o nich w ogóle wiedział? Biedna Julika nie zwierzała się nikomu. Zdaje się, że jeden tylko człowiek się orientował: młody weteran sanatoryjny. Ale i o tym mówił tak pogodnie i lekko jak o swoich Ojcach Kościoła, o absolutnej prędkości światła (która nie daje się podwoić, jeżeli dwa promienie świetlne pędzą naprzeciw siebie), o klasycznym prawie sumowania i odejmowania prędkości, które przy świetle nie obowiązuje, i o buddyzmie. Znowu siedział pewnego razu u jej nóg pełen wiedzy, a wyczerpana Julika usiłowała go słuchać. Przeczytał właśnie w jakimś czasopiśmie zdanie profesora Scherrera z Zurychu, które go zachwyciło: masa to energia na zablokowanym koncie.

[…]

Żyjemy w epoce reprodukcji. Znacznej części obrazu świata, jaki w sobie wytwarzamy, nie widzieliśmy własnymi oczyma. Dokładniej: może nawet widzieliśmy, ale nie w danym miejscu. Z daleka oglądamy, słuchamy, dowiadujemy się. Nie trzeba opuszczać tego miasteczka, żeby jeszcze dzisiaj mieć w uszach głos Hitlera, żeby poznawać szacha perskiego z odległości trzech kroków, wiedzieć, jak monsun wyje nad Himalajami albo jak wygląda dno tysiąc metrów pod powierzchnią morza. Każdy może to dzisiaj wiedzieć. Czy z tego wynika, że byłem kiedyś na dnie morskim albo choćby prawie na szczycie Mount Everest (jak Szwajcarzy)? Zupełnie tak samo jest z życiem wewnętrznym. Dziś każdy je może znać. Do diabła, jak mam udowodnić mojemu obrońcy, że poznałem własne mordercze instynkty nie przez CG. Junga, zazdrość nie przez Marcela Prousta, Hiszpanię nie przez Hemingwaya, Paryż nie przez Ernsta Jungera, Szwajcarię nie przez Marka Twaina, Meksyk nie przez Grahama Greena, śmiertelny strach nie przez Bernanosa, absolutną niemożność osiągnięcia celu nie przez Kafkę, a wszystko inne nie przez Tomasza Manna? To prawda, że można tych panów nigdy nie czytać, ma się ich niejako w sobie już dzięki znajomym, którzy ze swej strony przeżywają wszystko jako plagiaty. Cóż to za epoka! W ogóle nic już nie znaczy, że ktoś widział mieczniki, że kochał Mulatkę; wszystko to można mieć na poranku filmów popularno-naukowych. A mieć własne myśli, mój Boże, w naszym stuleciu jest już rzadkością znalezienie kogoś, kto nie byłby plagiatem jakiegoś określonego profilu. Patrzenie na świat tylko i wyłącznie poprzez Heideggera świadczy już o wybitnej indywidualności, my pozostali bowiem pływamy w cocktailu zawierającym nieomal wszystko, w szlachetny sposób zmieszanym przez Eliota, mamy na wszystko radę i nawet nasze opowiadania o świecie widzialnym, jak mówiłem, nic nie znaczą. Dziś (z wyjątkiem Rosji) nie istnieje już terra incognita.

[…]

Prawdopodobnie wolność w ogóle nie istnieje, przynajmniej nie ta, którą jakoby mają tutaj. Są tylko różnice w braku wolności; chętnie przyznaję, że tutaj mają stosunkowo łagodną formę tego braku wolności. Nie rozstrzelają mnie. Jestem i za to bardzo wdzięczny, ale nie mam obowiązku lubić ich zakłamania. Wiem, że mój obrońca inaczej nazywa to zakłamanie w formie najbardziej niebezpiecznej, występujące pod sztandarem, z pretensją do nietykalności i świętości. On to nazywa miłością ojczyzny. Głupio z mojej strony, że się tym ciągle zupełnie poważnie przejmuję. Nie można z tymi Szwajcarami mówić o wolności, ponieważ po prostu nie znoszą tego, by ją kwestionowano, by rozpatrywano nie jako monopol szwajcarski, lecz jako problem. W ogóle boją się każdego szczerego pytania. Zawsze myślą tylko na odległość odpowiedzi praktycznej, pożytecznej dla nich, właściwie więc w ogóle nie myślą, tylko się usprawiedliwiają. Pod żadnym pozorem nie ważą się mieć wątpliwości co do samych siebie. Czy nie jest to właśnie dowodem braku duchowej wolności? Potrafią wyobrazić sobie, że Francja lub Wielka Brytania kiedyś upadnie. Ale nie Szwajcaria, do tego Bóg, o ile nie stanie się komunistą, nigdy nie dopuści, bo przecież Szwajcaria to uosobienie niewinności. Zwróciłem uwagę, jak często mój obrońca na usprawiedliwienie Szwajcarii powołuje się na występki w Rosji, przemilcza zaś zbrodnie Hitlera; jak mu jako Szwajcarowi pochlebia potworny fakt istnienia gdzie indziej obozów koncentracyjnych.

[…]

Należałoby umieć myśleć. Należałoby umieć wypowiedzieć się tak, żeby im nie pozostało nic innego prócz prawdy. Widzę tylko, że nawet w państwie burżuazyjnym z wolnością, którą się tak szczycą, jak gdyby była po prostu wolnością człowieka, jest dosyć kiepsko. Mogę sobie obliczyć, że jako kraj, jako państwo między państwami, są tak samo pozbawieni wolności jak każdy twór mały wśród wielkich. Tak już jest i tylko dzięki swej niewielkiej roli, swemu dzisiejszemu brakowi własnej historii, mogą łudzić się od czasu do czasu pozorami niezależności. Również dzięki kupieckiemu rozsądkowi, który ze względu na handel zmusza ich do uprzejmości wobec potężnych; ten kto nie ma nic do zarzucenia potężnym, ponieważ z nich żyje, będzie się zawsze czuł wolny i niezależny. Co to ma jednak wspólnego z wolnością? Oglądam przecież ich twarze – czy są wolne od przymusu? A ich chód, sam ich paskudny chód, czy jest to chód człowieka wolnego? A ich strach, strach przed przyszłością, strach, że kiedyś mogą stać się biednymi, strach przed życiem, strach, że mogliby umrzeć bez ubezpieczenia na życie, wreszcie ich strach przed tym, że świat mógłby się zmienić, ich po prostu paniczny strach przed ryzykiem duchowym. Nie, nie są wolniejsi ode mnie, siedzącego na tej pryczy ze świadomością, że krok ku wolności (żadni przodkowie nie mogą go nam odebrać) jest krokiem olbrzymim, krokiem, przez który człowiek opuszcza wszystko, co dotychczas wydawało mu się pewnym gruntem, krokiem, który jeśli raz się na niego zdobędę, nie da się przez nikogo powstrzymać: krokiem w wiarę. Wszystko inne nie jest wolnością, lecz paplaniną. Ale mój obrońca może właśnie dlatego ma rację: po co miałbym to mówić zebranej prasie? Po co psuć im krew? Obrażać ludzi? Ostatecznie to tylko moja sprawa, czy będę kiedykolwiek wolny, wolny także od nich; sprawa człowieka bardzo samotnego.

[…]

Jak wszyscy ludzie czynu, kiedy nie mogą uporać się z jakąś trudną częścią swego życia wewnętrznego, Rolf [prokurator, mąż kochanki Stillera - Sybilli – przyp. aut.]nie rzucił się w wir rozmyślań nad sobą samym, lecz w wir pracy, pożytecznej i rzeczowej pracy, której oczywiście w objętej właśnie przez niego prokuraturze nie brakowało. Załatwiał wszystko, co w zakresie jego kompetencji w ogóle można było załatwić, pracował od rana do późnego wieczora, aż ostatnia sekretarka padała ze zmęczenia, a potem dalej sam w stylu Orlanda Szalonego. Koledzy uważali go wtedy pewno za nieprawdopodobnego karierowicza. Nie mieli oczywiście pojęcia, co tego człowieka, zawsze opanowanego, zawsze bardzo rozważnego, znanego z chłodnego rozumowania, skłania do takiej aktywności. Powszechnie panowała niezachwiana opinia, że prowadzi egzystencję bardzo uregulowaną, a więc szczęśliwą, opinia, której on ze swej strony nie starał się podtrzymywać, bynajmniej. Potrafił na przykład w towarzystwie jakiejś kobiety przed Pałacem Dożów karmić gołębie, a mimo to w jego miasteczku nie krążyły żadne plotki na ten temat. Bywają tacy mężczyźni, fenomeny dobrej opinii, której nie można niczym zachwiać, tak jak nie można zamoczyć skrzydeł mewy.

[…]

Dzisiejsza impreza, zaaranżowana przez mojego zapobiegliwego obrońcę, który w dalszym ciągu broni zaginionego Stillera, całkowicie się nie udała. Była to konfrontacja przy aperitifie z czołowymi krytykami miasteczka. O dziwo, było po prostu bardzo miło. Prośba pewnego młodzieńca, żebym nie brał na serio pewnych uwag, napisanych przed siedmioma laty, była wzruszająca w swej zbędności. W konfrontacji brała również udział jakaś kobieta, osoba dojrzała, indywidualność przypominająca strażniczkę świątyni, przy tym o widocznej na pierwszy rzut oka czysto ludzkiej skromności. Moje zapewnienie, że wcale nie jestem rzekomym Stillerem, przyniosło niewielkiej gromadce krytyków wyraźną ulgę, po czym podano whisky. Zapytałem panią, o której już była mowa, dlaczego przedtem odmówiła mi podania ręki. Nagle znowu zapanował kłopotliwy nastrój, ale tylko na chwilę. Gdyby wiedziała, że chodzi o Stillera, wcale by się do tego stolika nie przysiadła. Stiller musiał się wobec niej zachować plugawo. Obrońca mój spojrzał na mnie, mnie również ogarnęło zaciekawienie; sposób, w jaki ta dama zasłaniała się milczeniem, pozwalał na wiele przypuszczeń. Doszło do moich uszu, że Stiller kiedyś napisał do niej list, w którym napiętnował ją jako belferkę, ponieważ z miłości dla ducha, z najgorętszego poczucia obowiązku wobec sztuki była i będzie zawsze zmuszona odmawiać mu prawdziwego artyzmu.

[…]

Zdjęcie, podane mi z lękliwą skwapliwością przez matkę – z początku raczej milczącą i przy całej ujmującej nobliwości pełną jakiegoś hamowanego niepokoju – żebym go sobie przypomniał, ukazuje Alexa w wieku lat jakichś dwudziestu pięciu, w czarnym fraku, z rogowymi okularami w prawej ręce, podczas gdy jego lewa ręka, niezwykle delikatna, spoczywa na czarnym fortepianie koncertowym; Alex robi krótki, trochę nieśmiały ukłon. Jest to zdjęcie wzruszające już choćby dlatego, że widać zawstydzony ukłon, a nie słychać oklasków; fotografia ma w sobie przez to coś zastygłego, wypchanego, martwego w jakimś żałosnym sensie. Twarz jego, choć nieco spłaszczona przez błysk światła, jest niezwykła, również delikatna, bardzo podobna do twarzy matki i nieco kobieca, choć bynajmniej nie miękka. Nasuwa się przypuszczenie, że to homoseksualista. Twarz jego ma dziwną radość, która zdaje się płynąć nie z niego samego, lecz z zewnątrz, nie wiadomo skąd, jak błysk światła, który go zaskoczył. Jakieś niewidoczne wydarzenie przekonało go ku jego własnemu zdumieniu, że ma powód do radości. Zapewne jest to pierwszy sukces odniesiony w sali koncertowej. Człowiek odnosi wrażenie, że w twarzy młodzieńca kryje się ten sam wyraz zmieszania, który ma również jego matka i który utrudnia patrzenie w oczy tej zresztą miłej i niewątpliwie bardzo wykształconej pani. Nie znosi ona, żeby patrzono na jej syna własnymi oczyma. Ciągle czegoś chce. Łaknie porozumienia za wszelką cenę.

[…]

Rezygnacja z odwagi, jeśli staje się przyzwyczajeniem, oznacza zawsze w dziedzinie ducha śmierć, łagodny i niewidoczny, a jednak niepowstrzymany rodzaj śmierci; istotnie (o ile wolno mi sądzić z perspektywy mojej celi i na podstawie pojedynczych wypadków) uważam, że atmosfera szwajcarska ma dziś w sobie coś martwego, bezdusznego, podobnie jak człowiek, który zawsze staje się bezduszny, kiedy przestaje dążyć do doskonałości. Ich wyraźną pogoń za doskonałością materialną, przejawiającą się w ich dzisiejszej architekturze i gdzie indziej, oceniam jako podświadomą działalność zastępczą; potrzebują tej doskonałości materialnej, ponieważ w dziedzinie idei nigdy nie są czyści, bezkompromisowi. Żeby mnie z gruntu fałszywie nie zrozumiano: nie kompromis polityczny, będący istotą demokracji, budzi zastrzeżenia, lecz okoliczność, że lwia część Szwajcarów nie jest już w ogóle w stanie cierpieć z powodu duchowego kompromisu. Pomagają sobie, bezwarunkowo potępiając potrzebę wielkości. Czy jednak nie jest tak, że zgodna z przyzwyczajeniem, a więc tania rezygnacja z wielkości (z tego, co doskonałe, pełne, radykalne) prowadzi w końcu nawet do impotencji fantazji? Niezdolność entuzjazmowania się, uderzająca nas w tym kraju osowiałość, stanowią chyba wyraźne symptomy, jak bardzo już ludzie tutejsi są tej impotencji bliscy...

[…]

Widzę teraz ich zaginionego Stillera dosyć dokładnie: musi być bardzo kobiecy. Wydaje mu się, że nie ma woli, a w pewnym sensie ma i wykazuje jej o wiele za dużo; nie chce być sobą. Inteligencję ma przeciętną, całkowicie nie wyszkoloną; woli zdawać się na pomysły i zaniedbuje swoją inteligencję, inteligencja bowiem stawia człowieka w obliczu decyzji. Chwilami wyrzuca sobie tchórzostwo, kiedy indziej podejmuje decyzje, które się później okazują niewykonalne. Jest moralistą. Jak prawie wszyscy ludzie nie akceptujący samych siebie. Czasami naraża się na niebezpieczeństwo niepotrzebne, a nawet śmiertelne, aby dowieść sobie samemu, że jest człowiekiem walczącym. Ma bujną wyobraźnię. Cierpi na klasyczny kompleks niższości, płynący z przesadnych wymagań wobec siebie samego; uczucie zasadnicze, że jest wciąż czemuś winny, uważa za swoją głębię, może nawet za religijność. Jest człowiekiem miłym, ma wdzięk, nie sprzecza się. Jeżeli nie może czegoś osiągnąć wdziękiem, chroni się pod skrzydła melancholii. Pragnie być szczery. Niezaspokojone dążenie do szczerości płynie u niego również z zakłamania szczególnego rodzaju; ludzie posuwają się wówczas w szczerości aż do ekshibicjonizmu, aby przeskoczyć jedyny punkt zapalny ze świadomością, że są wyjątkowo szczerzy, szczersi od innych. Stiller nie wie dokładnie, gdzie się ten punkt, ta ustawicznie pojawiająca się czarna otchłań znajduje, odczuwa strach nawet wtedy, kiedy tego punktu nie ma. Żyje w ciągłym oczekiwaniu. Lubi pozostawiać wszystko w zawieszeniu. Należy do ludzi, którym wszędzie, gdziekolwiek się znajdują, narzuca się myśl, jak pięknie musi być teraz gdzie indziej. Unika pojęć: tutaj i dzisiaj, przynajmniej w duchu. Nie znosi lata, nie znosi w ogóle żadnego stanu teraźniejszości, kocha jesień, zmrok, melancholię, przemijanie. To jego żywioł.

[…]

Zgodnie z tym, co opowiada pani Sybilla, żona mego prokuratora, pracownia zaginionego Stillera musiała być pomieszczeniem jasnym i obszernym; jakieś poddasze na Starym Mieście, wskutek braku mebli, nawet najpotrzebniejszych, na których Sybilla mogłaby położyć kapelusz i torebkę, sprawiające wrażenie jeszcze obszerniejszego, niż było naprawdę. Zdaniem Sybilli miało mniej więcej dziesięć na piętnaście metrów! Chyba to przesada, mimo że Sybilla tak dobrze sobie tę pracownię przypomina. Chodziło się po starych, skrzypiących, wydeptanych deskach jodłowych, pełnych sęków, pod skośnym sufitem, o który nieraz uderzało się głową, musiało tam być coś w rodzaju kuchenki ze zlewem z czerwonej terakoty, z płytką gazową i szafką pełną różnych kolorowych naczyń. Był tam zapewne również i tapczan, bo przecież Stiller mieszkał w pracowni. Poza tym półka z książkami, na której Sybilla, pochodząca z rodziny mieszczańskiej, po raz pierwszy zobaczyła „Manifest komunistyczny”, „Annę Kareninę” Tołstoja, kilka tomów głośnego Karola Marksa, książki Holderlina, Hemingwaya i Gide’a. Sybilla wzbogaciła jeszcze ten księgozbiór o to i owo, co przyczyniło się do barwności biblioteki. Dywanu chyba nie było. Natomiast Sybilla pamięta pięć wygięć długiej rury od pieca; miało to wyglądać bardzo romantycznie, ale najpiękniejsze było to, że robiąc jeden odważny krok (Sybilla musiała przy tej okazji podciągać nieco wąską spódnicę) można było wydostać się na dach, na tarasik o zardzewiałej barierce, o podłodze z porośniętego mchem żwiru i smoły przylepiającej się do białych pantofli. I tu było bardzo romantycznie: gruchające w rynnie gołębie, wokoło szczyty dachów, okienka ze strychów, kominy, czerwone mury, koty, odgłos zaciekle trzepanych na podwórkach dywanów, gderanie, powiewająca na wietrze bielizna, bicie dzwonów katedry. Fotel kupiony kiedyś w sklepie ze starzyzną, prowadzonym przez Armię Zbawienia, był niestety już wtedy nie do użycia; materiał zbutwiał i bezpieczniej było usiąść na wiadrze ze śmieciami, co dla Sybilli, małżonki mego prokuratora, zdawało się mieć również szczególny wdzięk. W każdym razie mam wrażenie, że mimo wszystko chętnie przypomina sobie ową pracownię. W pokoju stał staromodny fotel bujany, w którym można się było kołysać, co niezaprzeczalnie wytwarza nastrój swawolny. Wszystko, co się tutaj znajdowało, miało dla Sybilli, przychodzącej ze swego porządnie zagospodarowanego mieszkania, urok czegoś prowizorycznego. Rurka gumowa założona na kran była zawsze przymocowana sznurkiem, kotara wisiała na pluskiewkach, za nią stał stary kufer o ciężkich okuciach, służący obecnie jako skrzynia na bieliznę. Gdziekolwiek się spojrzało, miało się w tej pracowni podniecające uczucie, że można w każdej chwili wyjść i rozpocząć zupełnie inne życie.

[…]

Stali [Sybilla i Stiller – przyp. aut.] teraz, jak gdyby byli tu tylko i jedynie po to, żeby delektować się cinzano, oboje o kilka szczebli głupsi, niż byli w rzeczywistości, a wszystko to zapewne ze zrozumiałego strachu, że przy najprzelotniejszym zetknięciu znowu poniosą ich zmysły, zanim zdążą się nawzajem dobrze poznać. Dlaczego ta sprawa z karabinem rosyjskim tak cię interesuje? – zapytał Stiller. Nie interesowało to Sybilli ani mniej, ani więcej niż jakikolwiek inny szczegół z jego nieznanej przeszłości. Zdaje się, że to właśnie Stiller nie mógł oderwać się od Hiszpanii, od wyblakłych, pstrych banderillas, zakończonych ostrymi hakami. Żeby nie być zmuszonym do opowiedzenia historii z rosyjskim karabinem [który się nieprawdziwie „zaciął”, gdy nadchodzili żołnierze Franco nad Tagiem przy przeprawie promowej– przyp. aut.], która mu wyraźnie sprawiała przykrość, Stiller zaczął dokładnie opisywać hiszpańską walkę byków, przy czym postawił gdzieś swój kieliszek z cinzano, żeby mieć wolne ręce. Dwóch skrzyżowanych banderillas nie zdjął jednak ze ściany, jakby się ich bał.

[…]

Stiller trzymał w prawej ręce kieliszek, z którego popijał, w lewej długi, dawno zgasły papieros; opowiadał o tej Polce [w Hiszpanii, pierwszej swej kochance – przyp. aut.], opisał ją jako osobę, która może nie była piękna, ale niezwykle mu imponowała: żywy umysł, gorący temperament, trochę krwi tatarskiej, urodzona bojowniczka, a przy tym miała poczucie humoru, co wedle słów Stillera jest u rewolucjonistów rzadkością; pochodziła z kulturalnego domu, pierwsza komunistka w rodzinie, samarytanka, której kule zdawały się nie imać; poza tym niezwykle zdolna do języków, tłumaczyła z hiszpańskiego, rosyjskiego, francuskiego, angielskiego, włoskiego i niemieckiego. Każdym z tych języków mówiła z tym samym akcentem, ale bezbłędnie pod względem gramatycznym, operując bogatym zasobem słów. No i cudownie tańczyła. Taka była Ania – zakończył Stiller. Mnie nazywała niemieckim marzycielem.

[…]

Nie wypada mi opisywać szczęścia miłosnego, jakie Sybilla, żona mego prokuratora Rolfa, przeżywała lub miała nadzieję przeżyć w ciągu następnych tygodni. Wydaje mi się wątpliwe, czy szczęście to było tak wielkie, jak przypuszczali nękani swą tajoną zazdrością zainteresowani małżonkowie: z jednej strony pani Julika Stiller-Tschudy, z drugiej mój przyjaciel i prokurator. Miłość bez dachu nad głową, znamy to, miłość bez podstaw codzienności, miłość zdana na godziny uniesienia, jak wiadomo, prędzej czy później staje się rozpaczliwym przedsięwzięciem, jest skazana na zagładę. Uściski wśród łanów zboża albo w mrocznym lesie z początku są romantyczne, podniecające, potem zaczynają być śmieszne, poniżające, wręcz niemożliwe, nie pomaga tu nawet obustronne poczucie humoru. Bo przecież nie byli już oboje szczeniakami, lecz parą dorosłych ludzi, mężczyzną i kobietą, i każde miało już za sobą małżeństwo... Sybilla (jak powiada) rozumiała jego opory co do przyjmowania jej w pracowni, gdzie mu wszystko przypominało chorą Julikę. Bolała nad tym, ponieważ jego jasna i przestronna pracownia bardzo jej się podobała, ale nie dziwiła się. Ileż dałaby za to, żeby rywalką jej była kobieta zdrowa, o równych szansach, której można by zaproponować przyjaźń albo otwartą walkę. Niechby to był nawet demon zazdrości, który w każdym towarzystwie zakłada swoje moralne miny albo śmieszna histeryczka grożąca odkręceniem kurka gazowego, albo po prostu przedsiębiorcza gęś, która natychmiast rewanżuje się zdradą małżeńską. Wszystko byłoby lepsze niż ta chora, która usunęła się do sanatorium w Davos, stawiając w każdym razie zdrowych w sytuacji ludzi krzywdzących ją, w dodatku kobieta, z którą Sybilla nigdy nie zetknęła się twarzą w twarz, upiór! Ale tak już było i pracownia Stillera nie wchodziła w rachubę. Jako jedyne miejsce spotkań pozostały im łono natury i kilka gospód.

[…]

Sybilla chodziła czasem do dzielnicy włoskiej, jak się jej wydawało, po jarzyny; w istocie szła tam po to, żeby zaspokoić głód czegoś godnego widzenia. A może tkwiło to w niej samej? Mniej więcej po upływie pół roku miała gorzkie uczucie, że wszystkim sprawiła zawód. Choć w notesie jej zapisane były liczne adresy, nie miała odwagi zatelefonować do kogokolwiek. Czymże to rozczarowała wszystkich tych przyjaźnie usposobionych przyjaciół? Nie wiedziała i nigdy się tego nie dowiedziała. Poważnie ją to przygnębiało. Bo w gruncie rzeczy, i to gnębiło ją jeszcze bardziej, niczego, ale to absolutnie niczego nie zaniedbała. Kiedy przypadkowo kogoś spotykała, powitanie było zupełnie takie samo, jak przy pierwszym spotkaniu: „Halo, Sybilla!” I po tamtej stronie nie wyczuwało się cienia rozczarowania. Wszyscy ci szczerzy, nieskomplikowani znajomi wyraźnie nie oczekiwali od stosunków między ludźmi niczego więcej; nie widzieli potrzeby, żeby ten przyjazny stosunek miał się rozrastać. I to chyba odczuwała Sybilla jako objaw najsmutniejszy: po dwudziestu minutach łączy nas z tymi ludźmi tyle samo co po pół roku, co po wielu latach, nic już nie przybywa. Kończy się na szczerym życzeniu, żeby drugiemu dobrze się wiodło. Ma się przyjaciół, żeby było przyjemniej, a poza tym istnieją przecież psychiatrzy, coś w rodzaju mechaników życia wewnętrznego, na wypadek gdyby ktoś miał defekt i nie mógł sam dziury załatać. Tak czy inaczej, nie należy obarczać przyjaciół smutnymi historiami; a wtedy i oni odpowiadają tylko równie ogólnym i nie obowiązującym optymizmem. Lepiej już leżeć na słońcu w ogródku. A jednak, choć Sybilla wyraźnie cierpiała nad tym poprawnym brakiem bliższego kontaktu z większością Amerykanów, była daleka od myśli o powrocie do Szwajcarii...

[…]

Większość istnień ludzkich niszczeje z powodu nadmiernych wymagań stawianych sobie – oświadcza prokurator i tłumaczy to w sposób następujący: Świadomość nasza bardzo się w ciągu kilku stuleci zmieniła, natomiast nasze życie uczuciowe uległo o wiele mniejszym zmianom. Stąd niewspółmierność między naszym poziomem intelektualnym i emocjonalnym. Większość z nas posiada taką paczkę z materiałem cielistego koloru, mianowicie uczucia, których z wyżyn swego poziomu intelektualnego nie chce zauważać. Istnieją dwa wyjścia, które nigdzie nie prowadzą: albo zabijamy nasze prymitywne, a więc niegodne uczucia, tak dalece, jak to jest możliwe, ryzykując, że przez to w ogóle zostanie w nas zabite całe życie uczuciowe, albo dajemy naszym niegodnym uczuciom po prostu inną nazwę. Stwarzamy dla nich otoczkę kłamstwa. Przyklejamy im etykietkę, jakiej sobie życzy nasza świadomość. Im bardziej giętka jest nasza świadomość, im bardziej oczytana, tym liczniejsze i szlachetniejsze są nasze tylne drzwi, tym pomysłowsze jest samookłamywanie się; można się tak bawić przez całe życie, i to doskonale, nie można tylko osiągnąć w ten sposób pełni życia i człowiek staje się nieuchronnie sam sobie obcy. Możemy na przykład nasz brak odwagi, by paść na kolana, interpretować jako należytą postawę, a strach przed urzeczywistnieniem siebie samego za bezinteresowność itd. Większość z nas wie doskonale, co powinniśmy odczuwać w tej lub owej sytuacji albo czego nam odczuwać nie wolno, i nawet przy najlepszej woli ustalenie, jakie są nasze prawdziwe uczucia, wymaga ogromnego wysiłku. To jest zły stan. Sarkazm w stosunku do każdego uczucia jest jego klasycznym objawem... z nadmiernymi wymaganiami wobec siebie łączą się nieodzownie fałszywe wyrzuty sumienia. Jeden ma do siebie pretensję, że nie jest geniuszem, inny, że mimo dobrego wychowania nie jest święty, a Stiller miał sobie za złe, że nie jest bojownikiem o sprawę hiszpańską... Dziwne, jak wiele rzeczy narzuca się nam jako głos sumienia, kiedy zaczniemy stawiać sobie wygórowane wymagania, stając się w ten sposób obcymi wobec samych siebie. Głos wewnętrzny, ten słynny głos wewnętrzny, zmienia się często w kokieteryjny głos jakiegoś „pseudo – ja”, które nie chce dopuścić, żebym wreszcie dał spokój, żebym rozpoznał samego siebie, i podstępnie działając na moją próżność, a w razie potrzeby posługując się fałszywymi meldunkami z nieba, próbuje przykuć mnie do moich zabójczych wymagań wobec siebie samego. Widzimy nasze klęski, ale nie dostrzegamy w nich sygnałów, konsekwencji naszego opacznego dążenia, oddalającego nas od nas samych. Rzecz charakterystyczna, że nasza próżność nie zbliża nas, jak się zdaje, do naszego „ja”, lecz oddala nas od niego.

[…]

Akceptowanie samego siebie wymaga ogromnych sił żywotnych... Przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego – zakłada jako fakt sam przez się zrozumiały, że człowiek kocha samego siebie, że akceptuje samego siebie takim, jakim został stworzony. Ale nawet akceptacja samego siebie to jeszcze nie wszystko! Dopóki chcę przekonać otoczenie, że nie jestem nikim innym, tylko sobą, boję się z konieczności mylnej interpretacji i ten strach czyni mnie więźniem otoczenia... Bez pewności, że poza ludzkim rozumieniem istnieje instancja absolutna, że istnieje rzeczywistość absolutna, nie mogę sobie wyobrazić – mówi mój prokurator – żebyśmy kiedykolwiek mogli osiągnąć wolność.

[…]

Czy to jest samotność? Może byłem sam, kiedy zaczynałem zajmować się sztuką, może potrafiłem być sam w istotnym tego słowa znaczeniu w nadziei, że będą mógł wypowiedzieć się w glinie lub w gipsie. Nadzieja ta nie trwała jednak długo, zaraz bowiem zjawiała się ambicja, radość w oczekiwaniu uznania, troska w oczekiwaniu lekceważenia. Miesiącami całymi nie widziałem spoza gliny, ambicji i gipsu żywej duszy, pochłonięty moją sztuką, która nigdy nie mogła się stać sztuką prawdziwą, zagrzebany w czterech ścianach pracowni bez radia jak średniowieczny pustelnik, niemy jak wioślarz przykuty do galery, mnich także wobec dziewcząt, ale radosny jak psotny skrzat na myśl o tym, że nikt nawet nie przeczuwa mego geniuszu. Pracowałem jak zwierzę pod groźbą bata, a batem była dla mnie moja ambicja. Nie byłem więc sam.

[…]

Nie mam tu przyjaciół. Ale jeżeli na serio nie chce pan być dla mnie prokuratorem, a wierzę w to z całego serca, Rolfie... wtedy mogę chyba oczekiwać od pana tego, czego powinno się oczekiwać od przyjaciela: żeby pan uwierzył w to, czego nie mogę ani wytłumaczyć, ani tym bardziej dowieść. Tylko o to teraz chodzi. Jeżeli jest pan moim przyjacielem, to musi pan objąć tym również mojego anioła. Musi pan uwierzyć, że nie jestem człowiekiem, za którego mnie uważają i za którego uważa mnie również pan jako prokurator. Nie jestem Stillerem – mówię, Bóg mi świadkiem, nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy z nadzieją, że ktoś to usłyszy – nie jestem nim, poważnie, i nie mogę złożyć zeznania, którego mi zakazał mój anioł.

[…]

W ciągu kilku sekund, podczas których jeszcze z zapalniczką w ręku przyglądam się mojej Julice, wydaje mi się, że wybuchnę gorącymi łzami, a potem padnę na kolana, zasłaniając twarz rękami, aż Julika oswobodzi to moje szlochające paskudne, śmieszne oblicze. Chciałbym tego, ale nic się nie dzieje, łzy płyną jak gdyby do wewnątrz, również i ja stoję nie zmieniając pozy jak ona. Jej pycha (jej pobłażliwość) jest taka uparta i niewzruszona; robi wrażenie zwyciężczyni, która nic nie może poradzić na to, że raz po raz zostaję przez nią pokonany, albo też matki, raczej nawet matki, która mimo wszystko kocha swego niepoprawnego chłopaka; uśmiecha się i przewaga jej wydaje mi się taka bezgraniczna, beztroska tak niepojęta, obojętność tak zabójcza, jej nie wrażliwość tak idiotyczna, że ciągle jeszcze gapię się na nią pełen niedowierzania, jak pierwszego dnia. Nigdy nie zapomnę jej urody, rudawych włosów, alabastrowej cery, dziewczęcych warg, może niebieskich, może zielonych, a może nawet bezbarwnych oczu, ach, jaka jest wielka i jak niezwykle piękna, i jaka czysta, szczera, a ten wytworny nos o nieco za dużych nozdrzach, te zachwycające uszy, smukła szyja, z której wydobywa się tak delikatny głos! Nigdy tego nie zapomnę!

[…]

Jak należało oczekiwać, wyrok sądowy brzmi następująco: Jestem (dla nich) identyczny z zaginionym przed sześciu laty dziewięcioma miesiącami i dwudziestu jeden dniami Anatolem Ludwikiem Stillerem, obywatelem Zurychu, rzeźbiarzem, zamieszkałym ostatnio w Zurychu na Steingartenstrasse numer 11, ożenionym z panią Juliką Stiller-Tschudy, zamieszkałą obecnie w Paryżu, i zostaję skazany na szereg grzywien z powodu spoliczkowania kantonalnego urzędnika celnego oraz niedopełnienia rozlicznych obowiązków obywatelskich wobec państwa, jak zaniedbanie obowiązku wymeldowania się (wskutek czego nagromadziło się sto siedem upomnień różnych urzędów); na zapłacenie zaległych podatków (państwowego i wojskowego) oraz ubezpieczeń na starość i ubezpieczeń rodzinnych.

[…]

Nasz Stiller [po wyjściu z więzienia – przyp. aut.]został istnym garncarzem! – powiedziałem, na co skinęła głową. Przedtem, w suterenie, uderzyły mnie słowa Stillera: „Te płaskie wazy jeszcze najbardziej podobają się Julice”. Wskazywało to na skąpe uznanie ze strony jego żony, na niewielkie zainteresowanie, nawet na sceptyczny stosunek do jego prób; zdawało się, że poczciwy Stiller odczuwa brak choćby odrobiny otuchy, krytyki w granicach entuzjazmu; tam na dole, w suterenie, można było przypuszczać, że pani Julika uważa całe jego garncarstwo za zachciankę. Teraz powiedziała do mnie: Czy nie uważa pan, że to wprost nie do wiary, czego on w ciągu dwóch lat dokonał? Byłem tego samego zdania. Powinna mu pani powiedzieć – odparłem – ucieszyłby się. Czy mu tego nie mówię? Przecież pani wie – rzekłem wymijająco – jacy my, mężczyźni, jesteśmy. Chcemy zrobić wrażenie na człowieku, którego kochamy, a kiedy się to nie udaje, wychodzimy na forum publiczne.

[…]

Pewien facet hodował świnie, nie wiem już gdzie, ale to mu się nie opłacało, nie wiem dlaczego. Męczył się i harował, ale nie mógł nic poradzić, a przy tym wpakował w ten interes wszystkie pieniądze i pół życia, całą swoją ambicję. Krótko mówiąc, interes się nie opłacał, a do tego przyszła katastrofalna susza. Bywa tak, prawda? Jakaś rzeka wyschła, nie pamiętam jej nazwy, a wtedy podobno krokodyle wyruszają na przełaj przez pola na wędrówkę do najbliższej wody. Pewnego dnia zjawiło się takie stado krokodyli, ciągnące prosto na ową hodowlę świń. Co robić? Nieszczęśnik mógł na przykład wdrapać się na dach i powystrzelać krokodyle. Ale nie zrobił tego! Pozwolił, żeby zżarły wszystkie świnie, które i tak nie chciały mu przynosić zysków, wzmocnił natomiast płot dokoła całego terenu i nagle stał się właścicielem fermy krokodylej, dostawcą surowca na damskie torebki i człowiekiem, któremu dopisało szczęście.

[…]

…długo miałem przy tym wrażenie, że mnie pani Julika słucha. Niewątpliwie, raczej mnie udawało się „rozumieć” Stillera niż pani Julice i po jej ostatnim pytaniu widziałem w tym moje chwilowe zadanie. Mówiąc kreśliłem coś gałązką na piasku. Kiedy w pewnej chwili podniosłem wzrok, żeby w związku z jakąś myślą, z pytaniem, którego nie mogłem rozstrzygnąć jako mężczyzna, wyczytać z miny Juliki, co o tym myśli, ujrzałem jej twarz całkowicie zniekształconą; nigdy tej twarzy, która już nią właściwie nie była, nie zapomnę. Usta miała otwarte, jak to się widuje w maskach antycznych. Na próżno próbowała zagryźć wargi. Usta pozostawały nadal otwarte, jakby zastygłe, drżące. Widziałem jej łkanie, a przy tym wydawało mi się, że jestem głuchy. Oczy rozwarte, ale nie widzące, wilgotne od bezdźwięcznych łez, dwie małe pięści na kolanach, drżące ciało – tak oto siedziała, zmieniona nie do poznania, nie do osiągnięcia żadnym okrzykiem, nie było w niej nic osobistego, nie miała głosu, pozostało tylko zrozpaczone ciało, ciało krzyczące bezgłośnie w śmiertelnej trwodze.

[…]

Poza tym interesował mnie oczywiście sam Stiller. Wydawało mi się, że się z nim coś stało. Umilkło w nim przykre pytanie, za kogo go uważamy, umilkł strach przed tym, że brany jest za kogo innego. W obcowaniu z nim czułem się jak gdyby uwolniony od ledwie dotąd uświadamianego sobie przymusu i sam stałem się swobodniejszy. Dopóki człowiek nie akceptuje siebie samego, dopóty będzie odczuwał ów strach, że otaczający go świat albo go nie zrozumie, albo zrozumie fałszywie; zbyt ważną jest dla niego sprawa, jak my go widzimy, i właśnie pod wpływem niemądrego strachu, że będzie przez nas zmuszony do fałszywej roli, automatycznie czyni z nas ludzi niemądrych. Chciałby, żebyśmy mu zostawili swobodę, ale sam jej nam nie zostawia. Nie pozwala, żebyśmy go brali za kogoś innego. Kto na kim dopuszcza się gwałtu? Można by na ten temat wiele powiedzieć. Samopoznanie, które człowieka powoli albo też nagle wyobcowuje z jego dotychczasowego życia, jest przecież tylko pierwszym, nieodzownym, lecz bynajmniej nie wystarczającym krokiem. Iluż ludzi zatrzymuje się właśnie na tym stopniu, zadowala się melancholią czystego samopoznania i nadaje mu pozór dojrzałości! Sądzę, że Stiller wyszedł poza to stadium już z chwilą swego zniknięcia. Był na drodze do zrobienia drugiego kroku, jeszcze o wiele trudniejszego: do przejścia od stanu rezygnacji z tego powodu, że nie jest się tym, kim by się bardzo chciało być, do stanu, w którym jest się tym, kim się jest. Nie ma nic trudniejszego od akceptowania samego siebie! Właściwie udaje się to jedynie ludziom naiwnym, ale w moim świecie spotkałem dotychczas niewielu, których w tym pozytywnym sensie można by określić jako naiwnych. Moim zdaniem Stiller, kiedyśmy się spotkali w areszcie śledczym, dokonał już w poważnym stopniu tego bolesnego pogodzenia się z sobą samym. Dlaczegóż więc bronił się tak dziecinnie przed całym swoim otoczeniem, przed swoimi dawnymi przyjaciółmi? Na szczęście nie znałem bezpośrednio owego dawnego Stillera; ułatwiało to w znacznym stopniu wytworzenie właściwego stosunku; spotkaliśmy się dopiero teraz. Przy całej gotowości akceptacji siebie samego, przy całej dobrej woli stanięcia wreszcie oko w oko z własną rzeczywistością, przyjaciel nasz nie osiągnął jeszcze w najmniejszym stopniu jednego: nie zrezygnował z uznania przez otoczenie. Słusznie czuł się inny, był inny niż ów Stiller, którego w nim zaraz rozpoznano, i chciał o tym każdego przekonać; to właśnie było dziecinne z jego strony. Jakże jednak możemy rezygnować z tego, żeby przynajmniej nasi najbliżsi poznali nas w naszej prawdziwej rzeczywistości, której sami nie znamy, lecz w której w najlepszym razie potrafimy chociaż żyć? Nigdy nie będzie to możliwe bez pewności, że życie nasze kierowane jest przez instancję ponadludzką, lub przynajmniej bez gorącej nadziei, że instancja ta istnieje. Stiller doszedł do tego bardzo późno. Czy w ogóle doszedł? Wrażenie to odniosłem podczas owej pierwszej wizyty jesienią, choć on nie powiedział na ten temat ani słowa; może właśnie dlatego. Sam Stiller, i to chyba ma bardzo istotny związek z jego zamilknięciem, wcale nie odczuwał potrzeby tłumaczenia komukolwiek swojej przemiany. Również i jego nowa praca nie szła w tym kierunku, żeby coś sobą wyrażać; fabrykował talerze, filiżanki i miseczki, wyłącznie przedmioty użytkowe, moim zdaniem z wielkim smakiem, ale nie było to już odzwierciedlanie siebie samego. Uwolnił się od strachu, że nie zostanie poznany, wskutek tego otoczenie czuło się w jego obecności swobodniejsze, jakby wyzwolone z ciasnego kręgu. Zrozumiałem również, dlaczego, przy całej sympatii dla Stillera, odczuwałem nieco lęku przed spotkaniem z nim. „Zamilknięcie”, to słowo może niestosowne, wprowadzające w błąd. Stiller nie był bynajmniej lakoniczny. Jak każdy jednak, kto dotarł do samego siebie, spoglądał na ludzi i sprawy spoza siebie, to, co go otaczało, zaczynało stawać się światem, czymś innym niż projekcjami jego samego, czymś, czego nie musiał szukać w świecie lub niszczyć. On sam zaczynał być w świecie.

[…]

Chwiał się nawet w pozycji siedzącej, brał do ręki zapałki za odwrotny koniec, wreszcie zrezygnował, trzymając nadal zgaszony, pognieciony papieros w ustach. Nigdy nie jest za późno – zacząłem, ale od razu wiedziałem, że sformułowałem to niezręcznie, a tymczasem uciekła mi myśl, którą chciałem wyrazić. Nigdy nie jest za późno! – odparł z bladym uśmiechem. Trzeba po prostu rozpocząć na nowo. Cóż jednak, jeżeli to nie wychodzi, po prostu nie wychodzi, ponieważ jest za późno?! Wydało mi się, że Stiller nagle się ożywił.

[…]

Dlaczego nie rozstaliście się? – zapytałem. Przecież tak robi większość ludzi, kiedy im się życie nie układa. Dlaczego swego czasu wróciłeś? Moim zdaniem dlatego, że ją kochasz. I dlatego, że kiedy nam się coś nie udaje, nie umiemy tak po prostu przestawić się na inne życie. To przede wszystkim. Przecież to nasze własne życie się nie udaje. Nasze najwłaśniejsze i niepowtarzalne życie. A potem... Stiller chciał mi przerwać, ale kiedy zamilkłem, milczał również. Nie wiem – powiedziałem – co nazywasz winą. W każdym razie doszedłeś do tego, że już nie doszukujesz się jej w innych. Ale może, tego nie wiem, sądzisz, że można jej było uniknąć. Masz na myśli winę jako sumę własnych błędów, których można było uniknąć, prawda? Moim zdaniem wina to coś trochę innego. My sami jesteśmy winą [będąc pokalanymi – przyp. aut.]...

[…]

Byłoby lepiej, gdybyś pokochał kogo innego. Wiem. Ona wie o tym również! Może Anię, czy jak tam się nazywała ta twoja Polka w Hiszpanii, albo Sybillę... Ale to nie wina Juliki, że nie jest tą kobietą, którą może potrafiłbyś uszczęśliwić. Tak, to nie jej wina. Kochasz, nie mogąc uszczęśliwić istoty, którą kochasz. Na tym polega twoje cierpienie. Cierpienie prawdziwe, niezależne od naszej próżności, bo człowiek chciałby także zabawić się trochę w Pana Boga, mieć świat we własnej kieszeni i robić hokus pokus z życiem. A przy tym, zapewne, chciałby być sam szczęśliwy, jeśli kocha... Nie zawsze tak bywa! – powiedziałem, a ponieważ Stiller się nie uśmiechnął, dodałem: Takie jest mniej więcej moje stanowisko i jeśli mnie pytasz, co masz robić...

[…]

W każdym razie wiesz rzecz najważniejszą – powiedziałem między innymi – wiesz, że niczego nie załatwia fakt, że jedna ze stron pakuje sobie na przykład kulę w łeb. Któż to potrafi opisać, jak się o tym dowiedziano! Ale ty wiesz, choć sobie tego nie można wyobrazić. Może masz śmieszne pojęcie o tym, co to znaczy być wierzącym; może przypuszczasz, że jeśli człowiek wierzy, to jest pewny, mądry, ocalony i tak dalej. A ty wcale nie czujesz się pewny, więc nie wierzysz, że jesteś wierzący. Czy nie tak? Nie możesz sobie wyobrazić Boga, więc wmawiasz w siebie, żeś go nigdy nie doznał... Wydawało mi się, jakby Stiller był rad, że mówię. O ile znam twoje życie, rzucałeś zawsze wszystko dlatego, że jesteś niepewny. Nie jesteś prawdą. Jesteś człowiekiem gotowym często do zrezygnowania z nieprawdy, z niepewności. Czyż nie oznacza to, że wierzysz w prawdę? W prawdę, której nie możemy zmienić, a nawet zabić – która jest życiem.

[…]

W każdym razie polecono starszej siostrze zaprowadzić mnie do zmarłej Juliki. „Włosy ma rude, zgodnie z obecną modą, nawet bardzo rude, ale nie jak konfitura z głogu, raczej jak minia w proszku. Bardzo oryginalne. Do tego niezwykle delikatna cera; alabaster w piegi. Także bardzo oryginalne, ale ładne. A oczy? Powiedziałbym: lśniące, można by rzec wodniste, niebieskawozielone jak brzegi bezbarwnej szyby. Niestety goli brwi, tak że tworzą cienką linię, wskutek czego twarz jej ma w sobie pełną wdzięku surowość, ale i coś z maski – zastygłe zdziwienie. Bardzo szlachetnie wygląda z boku jej nos, nozdrza mają swój wyraz. Wargi na mój smak nieco za wąskie, jest w nich zmysłowość, która jednak musiałaby być dopiero rozbudzona. Jej rozpuszczone włosy są cudowne, pachnące, lekkie jak jedwab. Ma wspaniałe zęby, niektóre plombowane, ale o pięknym perłowym połysku. Spoglądałem na nią jak na przedmiot, nagle zupełnie trzeźwo, jak na obcą, na jakąś tam kobietę...” Tak właśnie ujrzałem ją na łożu śmiertelnym i nagle doznałem potwornego uczucia, że Stiller od początku widział ją tylko jako martwą, po raz pierwszy również ogarnęła mnie głęboka, bezwzględna świadomość jego winy, której nie mogło wymazać żadne ludzkie słowo.

Max Frisch, Stiller

Obyczajowo-psychologiczna powieść Maxa Frischa, szwajcarskiego architekta, pisarza i dramaturga przenosi nas do Szwajcarii, w niektórych wątkach także do Francji, a nie raz nie dwa do Stanów Zjednoczonych Ameryki czy Meksyku, generalnie w okres tuż po-drugo-wojenny dwudziestego wieku. Na stacji granicznej francusko-szwajcarskiej legitymuje się swym paszportem obywatel meksykański, którego tożsamość zostaje podważona, a w zasadzie a rebour uznana za nieautentyczną przez jednego z pasażerów międzynarodowego pociągu. W toku nadzwyczajnego śledztwa okazuje się, że nowa tożsamość Meksykanina jest dziwnie zgodna z tożsamością poszukiwanego w Szwajcarii - za wykroczenia sądowo-skarbowe, a może nawet i morderstwo - Anatola Ludwika Stillera, francuskiego artystę-rzeźbiarza. W swych zeznaniach spisywanych w kolejnych zeszytach nie-Stiller (jedynie wobec siebie samego) ujawnia swą wypełnioną poczuciem winy przez co też i bogatą przeszłość od której tak czy inaczej uciec mu nie sposób. Powieść przez to staje się kolejnego próbą etycznego rozrachunku z własnym człowieczeństwem, w którym to zaniżona samoocena w człowieku przestaje walczyć z daremnym poczuciem winy, gdzie w zamian do głosu dochodzą atawistyczne poglądy na temat roli i szczęścia drugiego człowieka w świecie.



powrót ››