Blog

 

06.05.2023

Doktor Bluthgeld

„Kiedy zadaje się głupie pytania,

 otrzymuje się równie głupie odpowiedzi.”

 

„Tego właśnie nie lubię u sprzedawców:

wierzą we własne kłamstwa.”

 

„jeżeli człowiek traci kontakt ze środowiskiem,

w którym żyje,

i z jego wartościami,

to czy to

czasem nie schizofrenia?”

[…]

Cały świat jest pełen świrów, myślał Stuart. Psychiatrzy zarabiają masę pieniędzy. Gdybym musiał kiedyś pójść do psychiatry, to wszedłbym tylnymi drzwiami. Nikt by mnie nie widział i nie mógłby się ze mnie nabijać. Może niektórzy tak właśnie robią, pomyślał, może Stockstill ma tylne wejście dla co bardziej chorych pacjentów, a raczej – poprawił się – dla tych, którzy nie chcą robić z siebie widowiska, to znaczy mają po prostu jakiś problem, na przykład martwią się Akcją Policyjną na Kubie, i nie są nienormalni, tylko zwyczajnie się przejmują. On sam też się przejmował, ponieważ ciągle jeszcze istniała spora szansa, że zostanie powołany do wojska i weźmie udział w wojnie kubańskiej, która ostatnio ugrzęzła w górskich błotach, mimo użycia nowych, małych bomb przeciwpiechotnych, które trafiały tych żółtych śmierdzieli, choćby nie wiem jak głęboko byli okopani. Stuart nie miał pretensji do prezydenta – to w końcu nie jego wina, że Chińczycy zdecydowali się dotrzymać ustaleń zawartego przez siebie paktu. Chodziło tylko o to, że prawie wszyscy przyjeżdżali stamtąd z wirusowym zakażeniem kości. Trzydziestoletni żołnierz wracający do domu wyglądał jak jakaś mumia wietrząca się od stu lat na świeżym powietrzu... a Stuart McConchie nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby jeszcze raz zacząć od początku, wrócić do zawodu sprzedawcy stereofonicznych telewizorów i kontynuować karierę w handlu detalicznym.

[…]

Doktor Stockstill spojrzał na niego pytająco. Zna mnie cały świat – wyjaśnił pan Tree. – Dziwię się, że pan mnie nie rozpoznał, jest pan pustelnikiem czy jak? Trzęsącą się ręką przegarnął długie czarne włosy. Na świecie są tysiące, a może miliony ludzi, którzy mnie nienawidzą i chcieliby mnie zniszczyć. Wobec tego jestem oczywiście zmuszony podejmować odpowiednie działania i musiałem podać panu zmyślone nazwisko. – Chrząknął i szybko zaciągnął się papierosem, którego trzymał tak jak Europejczycy: żarzący się czubek w zwiniętej dłoni nieomal dotykał skóry. O mój Boże, pomyślał doktor Stockstill. Teraz go poznaję. To Bruno Bluthgeld, ten fizyk. Oczywiście ma rację, wielu ludzi i tutaj, i na Wschodzie miałoby ochotę dostać go w swoje ręce z powodu błędu w obliczeniach, który popełnił w 1972 roku. Z powodu straszliwego opadu radioaktywnego po wybuchu w stratosferze, który nie miał nikomu wyrządzić krzywdy. Poczynione przed detonacją obliczenia Bluthgelda dowodziły niezbicie, że nic się nikomu nie stanie.

[…]

Jednak było tu coś jeszcze. Już przedtem Stockstill zauważył, że z tym człowiekiem jest coś nie tak. Kiedy oglądał w telewizji przeprowadzane z nim wywiady, słuchał tego, co mówił, i czytywał jego nieprawdopodobne antykomunistyczne przemówienia, nasunęła mu się niejasna myśl, że Bluthgeld głęboko nienawidzi ludzi; tak mocno i obsesyjnie, że gdzieś w jego podświadomości czai się pragnienie, by popełnić błąd, by wystawić życie milionów na niebezpieczeństwo. Nic dziwnego, że dyrektor FBI, Richard Nixon, tak zdecydowanie występował przeciwko „agresywnym antykomunistom amatorom wśród wybitnych naukowców”. Także Nixon zaniepokoił się na długo przed tragiczną omyłką, do której doszło w 1972 roku. Elementy paranoi, złudnego widzenia nie tylko zakresu swoich kompetencji, ale i swej wielkości były u Bluthgelda oczywiste; Nixon, przenikliwy znawca ludzi, zauważył je, podobnie jak wielu innych. Najwyraźniej wszyscy ci ludzie mieli rację. Do Ameryki uciekłem przed komunistycznymi agentami, którzy chcieli mnie zamordować – mówił pan Tree. Już wtedy chcieli mnie dostać w swoje ręce... no i oczywiście hitlerowcy też. Wszyscy chcieli mnie dostać w swoje ręce.

[…]

To znaczy teraz, kiedy tu pracuje ta foka... właściwie sam zaczynam wyglądać na ofiarę promieniowania, tak jakby ciemna skóra była czymś w rodzaju wczesnej formy poparzenia. Zrobiło mu się smutno, kiedy o tym pomyślał. Dawno, dawno temu, zadumał się, wszyscy ludzie na Ziemi byli biali, aż pewnego dnia, powiedzmy, że było to mniej więcej dziesięć tysięcy lat temu, jakiś dupek zdetonował bombę w stratosferze i niektórzy z nas zostali osmaleni wybuchem, który pozostawił trwałe ślady i zmienił kod genetyczny. No i dzisiaj wyglądamy, tak jak wyglądamy.

[…]

W dole chude ciało fokomelika [od fokomelii - wady rozwojowej kończyn, polegająca na niedorozwoju lub braku kości długich z obecnością stóp lub dłoni połączonych bezpośrednio z tułowiem – przyp. aut.] trzęsło się i kołysało w przód i w tył; kościstą, ptasią twarz wykrzywiał smutek. Ciekawe, co powiedziałby o tym nasz miejscowy lekarz, doktor Stockstill? – zastanowił się nauczyciel. Ostatecznie przed Katastrofą był psychiatrą. Ma całą masę teorii na temat Harringtona i jego sprawnego działania. Pan Austurias dotknął dwóch grzybów leżących w koszyku. Przez cały czas ocieramy się o śmierć, pomyślał. No, ale czy przedtem było lepiej? Środki owadobójcze wywołujące raka, smog zatruwający całe miasta, wypadki drogowe i lotnicze... wtedy też nie było bezpiecznie i nasze życie nie było wcale łatwe. I wtedy, tak jak teraz, trzeba było czasem uskoczyć w bok. Z tego, co mamy, musimy wycisnąć ile tylko się da i cieszyć się życiem, na ile można. Jeśli można się cieszyć życiem, pomyślał. Jeszcze raz wyobraził sobie patelnię smakowitych kurek na prawdziwym maśle, z czosnkiem, imbirem i domowym rosołem na wołowinie... jaka wspaniała kolacja. Kogo mógłby na nią zaprosić? Kogoś, kogo bardzo lubi, albo kogoś ważnego. Gdyby tylko udało mu się znaleźć jeszcze jedną kurkę... Mógłbym zaprosić George’a Kellera, pomyślał. George’a, kierownika szkoły, mojego szefa. Albo kogoś z rady szkolnej, może nawet samego Oriona Strouda, tego wielkiego, okrągłego, grubego mężczyznę.

[…]

Gdyby nas tego nauczył – powiedział doktor Stockstill – to zjedlibyśmy wszystkie grzyby od razu. Zdawał sobie sprawę, że pytanie Bonny było czysto retoryczne. Mimo że im się to nie podobało, wszyscy szanowali to, że Austurias zachowuje sekretną wiedzę dla siebie – miał prawo nie dzielić się z nikim swoimi wiadomościami na temat grzybów. Każdy z nich miał jakiś własny zasób wiadomości, z którego korzystał. Inaczej by nie przeżyli, pomyślał. Dołączyliby do olbrzymiej większości leżących pod ich stopami, milczących zmarłych; do milionów ludzi, których można było uważać za szczęściarzy lub pechowców – w zależności od punktu widzenia. Czasami odczuwał potrzebę pesymizmu i w takie dni myślał, że zmarli mieli szczęście. Pesymizm jednak nie gościł nigdy długo w duszy doktora Stockstilla, a już na pewno nie w tej chwili, kiedy stał w cieniu obok Bonny Keller, tak blisko, że wystarczyło tylko wyciągnąć rękę żeby jej dotknąć... tego jednak nie mógł zrobić. Dostałbym od niej prztyczka w nos, pomyślał. I to mocnego. A na dodatek usłyszałby ich George, jakby prztyczek od Bonny nie wystarczył.

[…]

Sądzę, że June potrzebuje psychoanalityka – orzekła Bonny. Jest taka agresywna, taka męska; to nie jest normalne. Powinieneś pogadać z nią w cztery oczy i poświęcić jej parę godzin. Znowu podsyłasz mi pacjenta? Ciągle nie mogę zapomnieć tego ostatniego. – Stockstillowi niełatwo było o nim zapomnieć, ponieważ spotkał się z nim tego dnia, kiedy nad zatoką zrzucono bombę. To już tyle lat, pomyślał. W innym życiu, jakby powiedział Hoppy Harrington. Mogłeś mu pomóc – rzekła Bonny – gdybyś miał okazję go leczyć, ale po prostu nie było na to czasu. Miło, że mnie podnosisz na duchu – powiedział z uśmiechem. A właśnie, doktorze – wtrącił się Austurias. Miałem dzisiaj okazję zaobserwować, jak nasz mały fokomelik zachowywał się w bardzo dziwny sposób. Chciałem zasięgnąć pana opinii na jego temat, skoro nadarza się okazja. Nie wiem, co o nim sądzić, muszę przyznać... a jednocześnie zaciekawia mnie... Hoppy z całą pewnością ma zdolność przetrwania w pozornie beznadziejnym położeniu. To dla nas bardzo pocieszające, jeśli pan wie, co mam na myśli. Jeżeli udaje się to Hoppy’emu... – Nauczyciel przerwał. Ale musimy już wejść.

[…]

Opinia publiczna zdawała sobie sprawę, że z tym człowiekiem jest coś nie w porządku. W wystąpieniach Bluthgelda czuło się chorobliwą obsesję, a na jego twarzy odbijała się wyraźnie wewnętrzna udręka, która sprawiała, że nie mówił, lecz bełkotał. Opowiadał o wrogach, o infiltrowaniu społeczeństwa, o systematycznym niszczeniu jego instytucji, szkół i organizacji, a nawet życia prywatnego. Wrogiej działalności dopatrywał się wszędzie: w książkach, filmach, w ludziach i w organizacjach politycznych, które miały poglądy odmienne od jego własnych. Oczywiście propagował swoje idee w sposób inteligentny; nie był przecież jakimś agresywnym krzykaczem z zapadłego miasteczka na południu. Nie, Bluthgeld przemawiał w sposób wyszukany, posługując się naukowym stylem i starannie dobierając słowa. A jednak, kiedy poddało się jego wypowiedzi głębszej analizie, okazywało się, że nie były one bardziej rozsądne, racjonalne i wyważone niż pijackie ględzenie tego bawidamka Joego McCarth’ego czy jemu podobnych. Kiedy pan Austurias był jeszcze studentem, spotkał kiedyś Joego McCarthy’ego, który wydał mu się nawet sympatyczny. W Brunonie Bluthgeldzie nie było niczego sympatycznego. Pan Austurias miał również okazję poznać słynnego fizyka, a właściwie ich znajomość była nawet bliższa. Obaj pracowali w tym samym czasie na Uniwersytecie Kalifornijskim, chociaż oczywiście Bluthgeld pełnił funkcję dyrektora instytutu, a Austurias był tylko zwykłym asystentem. Mimo to spotykali się i toczyli spory. Ścierali się zarówno prywatnie – na korytarzu po zajęciach – jak i na płaszczyźnie publicznej. W końcu właśnie Bluthgeld doprowadził do usunięcia Austuriasa z uniwersytetu. Nie było to trudne, ponieważ Austurias popierał radykalne grupki studentów angażujące się w działania na rzecz pokoju ze Związkiem Radzieckim oraz Chinami i inne, podobne sprawy, a na dodatek wypowiadał się przeciwko popieranym przez Bluthgelda, nawet po katastrofie 1972 roku, eksperymentom z bombą. Pewnego razu skrytykował publicznie przeprowadzony w tymże roku test i nazwał go przykładem psychotycznego sposobu myślenia pewnych wybitnych naukowców – wypowiedź ta była skierowana przeciw Bluthgeldowi i tak też z pewnością została przez niego zrozumiana. Kto drażni węża, ryzykuje, że zostanie ukąszony, pomyślał pan Austurias...

[…]

Pomyślał, że przyczyna tej strasznej choroby, która zmusiła go w końcu, by poszedł do doktora Stockstilla, leży gdzieś na zewnątrz, poza nim samym. Czy psychiatra po ich dzisiejszym spotkaniu ma już na ten temat jakąś przekonującą teorię? Bruno Bluthgeld w to powątpiewał. Potem spostrzegł nagle, że wszystkie odchodzące w lewo przecznice są pochylone, jakby miasto zapadało się w tamtym kierunku, jak gdyby stopniowo przewracało się na lewy bok. Wydało mu się to zabawne, bo natychmiast zrozumiał przyczynę tego zjawiska – to astygmatyzm, który zaostrzał się pod wpływem napięcia nerwowego. Czuł się tak, jakby szedł po pochyłym, podniesionym z jednej strony chodniku, i zdawało mu się, że wszystko osuwa się na bok. Miał wrażenie, że z nim też dzieje się to samo. Z trudnością stawiał stopy, szedł chwiejnym krokiem i dryfował w lewo razem z ulicą. Jakże istotne są dane dostarczane przez zmysły, pomyślał. Ważne jest nie tylko to, co się odbiera, ale i to, w jaki sposób się to dzieje. Zaśmiał się cicho. Łatwo stracić równowagę, kiedy ma się ostry astygmatyzm, pomyślał. Jak bardzo zmysł równowagi może wpłynąć na nasze widzenie otaczającego świata... słuch jest pochodną zmysłu równowagi – niedocenianego fundamentu innych zmysłów. Niewykluczone, że dostałem lekkiego zapalenia błędnika. Powinienem dać się przebadać.

[…]

A potem, wśród kawałów betonu i gruzów, dostrzegł małe, jakby uschnięte kształty. To byli ludzie, przechodnie, którzy zniknęli na jakiś czas. Teraz pojawili się znowu, tym razem jednak wszyscy byli skurczeni i patrzyli na niego niewidzącymi oczami, nie mówiąc ani słowa, tylko kręcąc się w kółko bez celu. Co to jest? – zapytał, tym razem na głos. Usłyszał, jak jego słowa odbiły się głuchym echem. Wszystko zniszczone, całe miasto jest kompletnie zniszczone. Ale co je zburzyło? Co się stało? Zszedł z chodnika i zaczął się przeciskać między rozrzuconymi, rozbitymi kawałkami Berkeley. To nie złudzenie, zrozumiał. Wydarzyła się jakaś ogromna, straszliwa katastrofa. Nagle usłyszał grzmot i płatki sadzy zawirowały, poruszone tym dźwiękiem. Gdzieś z daleka, bardzo słabo, zabrzmiał samochodowy klakson. Stuart McConchie stał w sklepie z telewizorami i oglądał transmisję ze startu rakiety Dangerfieldów. Nagle, ku swemu zdumieniu, zauważył, że ekran zgasł.

[…]

A potem Bonny Keller znów szła, tym razem wąską drogą, wzdłuż której rosły dęby. Po obu stronach miała stare, sękate dęby, które tak bardzo lubiła. Niebo było szaroblade, zasłonięte ciężkimi chmurami, które wlokły się monotonną procesją na północ. To na pewno droga na ranczo w Bear Valley, pomyślała. Bolały ją stopy, a kiedy się zatrzymała, zobaczyła, że idzie boso: gdzieś po drodze zgubiła buty. Ciągle miała na sobie zachlapane farbą dżinsy, te same, w które była ubrana, kiedy zaczęło się trzęsienie ziemi i kiedy przestało działać radio. Czy to w ogóle było trzęsienie ziemi? Mężczyzna w samochodzie, wystraszony i bełkoczący jak niemowlę, twierdził co innego, ale był tak przerażony, a to, co mówił, było tak zagmatwane, że nie mogła nic zrozumieć. Chcę wrócić do domu, powiedziała w myśli. Chcę znaleźć się w domu i chcę włożyć buty. Daję głowę, że zabrał je ten facet. Założę się, że są w jego samochodzie. Nigdy ich już nie zobaczę. Powlokła się z trudem dalej, krzywiąc się z bólu. Myślała o tym, że bardzo by chciała kogoś spotkać, zastanawiała się nad dziwnym kolorem nieba i z każdą mijającą chwilą była coraz bardziej samotna.

[…]

Odjeżdżając volkswagenem furgonetką, Andrew Gill spojrzał po raz ostatni na ubraną w sweter i zaplamione farbą spodnie kobietę, którą właśnie wysadził z samochodu; patrzył, jak wlecze się na bosaka drogą, aż wreszcie stracił ją z oczu, kiedy samochód minął zakręt. Nie wiedział, jak się nazywa, ale był przekonany, że rudowłosa nieznajoma o delikatnych stopach to najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział, a potem pomyślał ze zdumieniem, że przecież dopiero co kochał się z nią z tyłu volkswagena. Wydawało mu się, że jest świadkiem parady cudownych zdarzeń: teraz ta kobieta, a przedtem potężne eksplozje na południu, które rozdarły krajobraz i zakryły niebo szarą zasłoną. Zdawał sobie sprawę, że to wojna albo przynajmniej jakaś katastrofa, której świat jeszcze nigdy nie widział i której on sam nie potrafił zrozumieć.

[…]

Nowe życie zaczęło się od chwili, kiedy spotkał tę kobietę. Stare się skończyło. Może tytoń i wino nabiorą teraz wielkiej wartości. Może mam w furgonetce prawdziwą fortunę. Nie muszę już wracać do Petalumy. Mogę zniknąć, a Barbara nigdy mnie nie znajdzie. Teraz poczuł się raźniej i weselej. Ale to by oznaczało – co nie daj Boże – że będzie musiał zrezygnować ze sklepu, i ta przerażająca myśl przepełniła go uczuciem zagrożenia i samotności. Przez dwadzieścia lat Andrew Gill stopniowo nawiązywał kontakty z klientami, uczył się, czego ludzie potrzebują, i zaspokajał te potrzeby. Z drugiej strony, pomyślał, oni wszyscy pewnie nie żyją, podobnie jak moja rodzina. Muszę spojrzeć prawdzie w oczy: wszystko uległo zmianie, a nie tylko to, co nic mnie nie obchodzi. Jadąc wolno drogą, próbował rozważyć w myślach wszystkie możliwości, lecz im dłużej się zastanawiał, tym bardziej czuł się skonfundowany i niepewny. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas mógł przeżyć, uznał. Najprawdopodobniej wszyscy zostaliśmy wystawieni na działanie promieniowania, a ta historia z rudowłosą kobietą była ostatnim ważnym wydarzeniem w moim życiu; również w jej życiu – ona także na pewno jest skazana na śmierć. Chryste, pomyślał z goryczą, za to wszystko jest odpowiedzialny jakiś zakuty łeb w Pentagonie. Powinniśmy byli zostać ostrzeżeni dwie do trzech godzin przed faktem, a dano nam pięć minut. Najwyżej! Teraz nie odczuwał już nienawiści do wroga, lecz tylko wstyd i rozczarowanie. Ci głupcy w mundurach siedzą pewnie zdrowi i cali w betonowych bunkrach, jak Adolf Hitler pod koniec wojny, pomyślał. A nas wystawili na pewną śmierć. Na myśl o tym poczuł zakłopotanie. Przecież to okropne. Nagłe spostrzegł, że na siedzeniu obok leży para butów – dwa znoszone pantofle. To tej kobiety. Poczuł znużenie i westchnął. Niezłe memento, pomyślał z przygnębieniem, a potem ożywił się: to nie memento, lecz znak, znak, że powinienem zostać w West Marin i zacząć na nowo. Jeśli tu zostanę, na pewno ją spotkam. Na pewno. Wystarczy uzbroić się w cierpliwość. To, dlatego zostawiła buty w samochodzie – wiedziała już, że zacznę tu nowe życie, że po tym, co się stało, nie wyjadę, nie będę mógł wyjechać. Do diabła ze sklepem, do diabła z żoną i dziećmi w Petalumie.

[…]

Przez ostatnie kilka dni, które spędził, ukrywając się w ruinach domu przy Cedar Street, miał masę czasu, żeby się nad sobą zastanowić. Zdał sobie sprawę, że zawsze sprawiało mu trudności zorientowanie się w tym, co robią inni ludzie; z największym wysiłkiem udawało mu się postępować i zachowywać jak inni. To nawet nie to, że był Murzynem, bo podobne problemy miał zarówno z czarnymi, jak i z białymi. To nie była sprawa społecznej adaptacji w zwykłym znaczeniu tego słowa: jego problem sięgał głębiej. Na przykład Ken, ten umierający człowiek, który leżał tu naprzeciw niego. Stuart nie rozumiał go, czuł, że coś ich rozdziela. Może to dlatego, że Ken umierał, a on nie. Może stąd ten mur między nimi. Świat podzielił się najwyraźniej na dwa nowe obozy: na tych, którzy słabną z każdą chwilą i mają odejść, i na takich jak on sam – ludzi, którzy mają przeżyć. Porozumienie między nimi było niemożliwe, ponieważ ich światy zbytnio się od siebie różniły.

[…]

Wyszedł na zewnątrz i spostrzegł czysty, nieskażony strumień. Na jego brzegu stało jakieś mechaniczne urządzenie przypominające wózek. Przyjrzał mu się uważnie: wystające na zewnątrz protezy pracowicie napełniały wiadra wodą ze strumienia. W wózku siedział człowiek bez rąk i nóg. Mężczyzna ten kiwał głową, jakby dyrygował orkiestrą, a otaczające go urządzenia poddawały się jego woli. Eldon zrozumiał, że to fokomelik siedzący w fokomobilu, urządzeniu będącym połączeniem wózka i zastępujących kończyny protez... Ale co on tu robi? Czyżby podkradał Raubom wodę? Ej, ty – odezwał się Eldon. Fokomelik natychmiast odwrócił głowę i spojrzał w jego stronę z przestrachem, a potem Eldon poczuł uderzenie w pierś. Coś pchnęło go do tyłu, a kiedy, chwiejąc się, usiłował odzyskać równowagę, spostrzegł, że nie może oderwać ramion od boków. Druciana siatka wyrzucona w jego kierunku z fokomobila zupełnie go unieruchomiła. Fokomelik bronił się.

[…]

Dekret dotyczy tylko upośledzonych, którzy mogliby stać się finansowym obciążeniem dla wspólnoty – odparł Eldon. – Wiem, bo sam pomagałem opracowywać ten przepis. Hoppy Harrington nie byłby obciążeniem, lecz cennym nabytkiem. Dekret go nie dotyczy, a ja nie zamierzam się poddać pani Wallace. Jestem przekonany, że uda mi się uzyskać oficjalne zezwolenie; przemyślałem też dokładnie, jak przeprowadzić uprowadzenie. Zaprosili nas, żebyśmy przyszli na ich teren i posłuchali satelity. I tak też zrobimy: pójdziemy do nich, ale nie po to, żeby słuchać Dangerfielda. Kiedy oni będą zajęci audycją, my uprowadzimy Hoppy’ego: unieruchomimy fokomobil, ściągniemy go do nas, a oni nigdy się nie zorientują, co się stało. Kto znalazł, niech ma, kto zgubił, niech płacze. Poza tym mamy policję, która nas obroni. Boję się fokomelików – powiedziała Patricia. – Oni mają szczególne, nadnaturalne umiejętności. Wszyscy o tym wiedzą. Prawdopodobnie zbudował swój fokomobil, używając magii. Tym lepiej – odparł Eldon, śmiejąc się z żony. A może tego właśnie nam potrzeba: magii, zaklęć, własnego czarodzieja? Ja jestem za.

[…]

Stuart sprzedawał (robił je kto inny) małe elektroniczne pułapki. Szkodniki uległy mutacji i teraz potrafiły omijać lub bronić się przed tradycyjnymi pasywnymi pułapkami. W szczególności zmieniły się koty, a pan Hardy zbudował znakomitą pułapkę na koty, lepszą nawet od zapaści na szczury i psy. Niektórzy twierdzili, że w ciągu tych lat, które minęły od wojny, koty wykształciły własny język. Nocami słychać było, jak porozumiewają się w ciemności, wydając serie szybkich, nienaturalnych, niskich dźwięków, tak różnych od kociego miauczenia, do którego wszyscy byli przyzwyczajeni. Koty zbierały się w niewielkie grupki i – to przynajmniej było pewne – gromadziły pożywienie na zapas. To właśnie ta żywność, sprytnie zgromadzona i zamaskowana, była pierwszym alarmującym sygnałem, bardziej nawet istotnym niż nowy rodzaj miauczenia. W każdym jednak razie koty, podobnie jak szczury i psy, były niebezpieczne. Zabijały i pożerały małe dzieci właściwie tylko dla kaprysu, przynajmniej tak się mówiło. No i oczywiście, kiedy to tylko było możliwe, one też były łapane i zjadane. Za szczególny przysmak uważano psy nadziewane ryżem. W „Tribune”, niewielkiej lokalnej gazecie wychodzącej w Berkeley, można było znaleźć przepisy na różne potrawy z psów: zupę, gulasz, a nawet pudding.

[…]

Oczywiście widywał i potem fokomelików, prawie wszystkich, jak Hoppy, na wózkach, a każdy z nich siedział w centrum swojego pojazdu jak we własnym wszechświecie, którym władał niby bezręki i beznogi bóg. Ich widok ciągle jeszcze napawał Stuarta obrzydzeniem, no ale ostatnio nie brakowało odrażających widoków... ten był tylko jednym z wielu i z pewnością jeszcze nie najgorszym. Największy sprzeciw budzili w nim wlokący się ulicą symbiotycy: ludzie zrośnięci ze sobą jakąś częścią ciała i mający wspólne organy. Była to jakby ulepszona przez Bluthgelda wersja bliźniąt syjamskich... z tym, że w tym wypadku ludzi było więcej niż dwoje. Widywał już nawet po sześć zrośniętych ze sobą osób. Połączenie następowało jednak nie w macicy, lecz wkrótce po urodzeniu. W ten sposób ratowano życie ludziom pozbawionych istotnych organów – symbiotyczny związek pozwalał im przeżyć. Jedna trzustka służyła kilku ludziom – triumf nauk biologicznych. Stuart był jednak zdania, że dzieciom z wrodzonymi wadami powinno się pozwolić umrzeć.

[…]

Pod molo, tam gdzie mieszkam, mam oswojonego szczura. Jest sprytny, potrafi grać na flecie. Nie chcę pana nabierać, to prawda. Zrobiłem mu z drewna mały flecik, a on na nim gra przez nos... to taki azjatycki flet nosowy, jakich używają w Indiach. No cóż, trzeba raczej powiedzieć, że miałem tego szczura, bo parę dni temu został przejechany. Widziałem dokładnie, jak to się stało. Nie mogłem go zatrzymać ani nic. Przebiegał przez molo, żeby coś złapać, może kawałek materiału... zrobiłem mu takie łóżeczko, ale ciągle się zaziębia, to znaczy zaziębiał, bo kiedy szczury uległy mutacji, to akurat ten gatunek wyłysiał. Już je widziałem – rzekł Stuart, myśląc o tym, jak sprytnie nagi brązowy szczur potrafi unikać nawet elektronicznych pułapek Hardy’ego. – Nie mówię, że panu nie wierzę. Znam się dobrze na szczurach. Ale szczury to jeszcze nic w porównaniu z tymi małymi szarobrązowymi kotami w paski... na pewno flet zrobił pan sam, bo ten szczur tego by nie potrafił. Fakt – odparł weteran. – Ale to był artysta. Musiałby pan usłyszeć, jak grał. Wieczorem, kiedy kończyliśmy łowić, zbierał się cały tłum ludzi. Próbowałem go nauczyć Chaconne na strunie D Bacha. Złapałem kiedyś takiego kota – powiedział Stuart – i trzymałem przez miesiąc, dopóki mi nie uciekł. Potrafił robić z wieczek od puszek takie malutkie szpiczaste przedmiociki. Zdaje się, że zginał jakoś te wieczka czy coś; nigdy nie widziałem, jak je robi, ale były niesamowite.

[…]

Jack [tak naprawdę doktor Brunon Bluthgeld – przyp. aut.] jest tylko hodowcą owiec. Wiem, że nie wolno hodować owiec na terenach, które nadają się pod orkę... ale jak pan widzi, niewiele można tu zaorać, w większości to kanion. Może Austurias mu zazdrościł. Nie wierzę jej, pomyślał pan Barnes. Właściwie niewiele go to wszystko obchodziło. Chciał tylko uniknąć pomyłki, którą popełnił jego poprzednik. Kimkolwiek czy czymkolwiek był pan Tree, Barnes miał wrażenie, że ten człowiek stał się już częścią naturalnego środowiska, że zatracił cechy ludzkie i nie ma pełnej swobody przenoszenia się z miejsca na miejsce. Obraz pana Tree, który powstał w jego umyśle, nie był przyjemny, była to raczej niepokojąca wizja.

[…]

Zwierzę zaskomlało i zaczęło kręcić się w kółko z radości. Barnes poczuł do niego coś w rodzaju sympatii. Tak, to było prawdziwe osiągnięcie. A jednak pies napawał go odrazą, podobnie jak pan Tree. Zarówno w człowieku, jak i w zwierzęciu było coś nienaturalnego, jakby samotne przebywanie w tym lesie odcięło ich od rzeczywistości. Nie zdziczeli i nie dostrzegł w nich nic barbarzyńskiego. Obaj byli po prostu nienaturalni. Zwyczajnie ich nie polubił. Ale lubił Bonny i nie mógł się nadziwić, jakim cudem ta kobieta poznała takiego cudaka jak pan Tree. Czy to, że miał tyle owiec, czyniło z niego figurę w tutejszej społeczności? A może było coś jeszcze: coś, co mogło wytłumaczyć podjętą przez poprzedniego, nieżyjącego już nauczyciela próbę unicestwienia pana Tree?

[…]

Bluthgeld odetchnął nieco spokojniej; opanował się i pomyślał, że dobrze będzie pokazać Barnesowi nowo narodzone jagnię rasy suffolk. Jednak prędzej czy później ktoś mnie tu odnajdzie i zabije, pomyślał. To tylko sprawa czasu, przecież oni wszyscy mnie nienawidzą, a nie poddadzą się nigdy. Cały świat szuka człowieka odpowiedzialnego za to, co się stało, i trudno tych ludzi winić. Słusznie czynią. Ostatecznie dźwigam na barkach odpowiedzialność za śmierć milionów, za zniszczenie trzech czwartych świata i ani oni, ani ja nie możemy o tym zapomnieć. Tylko Bóg byłby w stanie przebaczyć i zapomnieć tak straszliwą zbrodnię przeciwko ludzkości. Nie zabiłbym pana Austuriasa, pomyślał; pozwoliłbym, by on zabił mnie. No, ale Bonny i pozostali... to oni zadecydowali.

[…]

Ja też się zmieniłem, pomyślał, odwracając się po raz ostatni w stronę zwierzęcia, na wypadek gdyby chciało rzucić się na niego od tyłu. Mój umysł jest o wiele sprawniejszy niż kiedyś: jestem w stanie ci sprostać w każdej sytuacji, lepiej więc daj sobie spokój. Zwierzę było najwyraźniej tego samego zdania, bo nie wyszło nawet ze swojej kryjówki. Zmieniłem się, ale mimo to jestem sentymentalny, pomyślał. Było mu naprawdę żal konia. Żeby szlag trafił tych cholernych weteranów. Pewnie rzucili się całą chmarą na Edwarda, ledwo tylko tratwa odbiła od brzegu. Chciałbym wynieść się z miasta. Chciałbym wyprowadzić się na wieś, tam, gdzie nie ma tego brutalnego okrucieństwa i bandytyzmu. Psychiatra tak zrobił. Stockstill natychmiast po Katastrofie wyniósł się ze wschodniego brzegu zatoki; widziałem, jak odchodzi. Mądry facet. Nie próbował wracać na stare śmieci i ciągnąć dalej tego, co zostało przerwane, a ja tak zrobiłem.

[…]

Kiedy przypomniał sobie tę piosenkę i świat sprzed Katastrofy, łzy zakręciły mu się w oczach. Tego wszystkiego już nie ma, pomyślał. Wszystko zbluthgeldowane z powierzchni ziemi, jak to się mówi... a w zamian mamy szczura grającego na flecie, chociaż właściwie to nawet i tego nie mamy, bo szczur został przejechany. Była jeszcze jedna stara piosenka, która mu się podobała, coś o facecie z nożem. Próbował sobie przypomnieć, jak to leci. Coś o rekinie, który miał zęby, czy też ostre zęby. Nie bardzo mógł sobie przypomnieć. Matka puszczała mu tę płytę. Słuchał chrapliwego głosu piosenkarza i to było cudowne. Założę się, że szczur nie potrafiłby tego zagrać, pomyślał. Nawet gdyby ćwiczył przez milion lat. Ta muzyka jest święta. To muzyka naszej przeszłości, naszej świętej przeszłości, i żadne inteligentne zwierzę ani żaden pokręcony człowiek nie dzielą z nami tego doświadczenia. Przeszłość należy tylko do prawdziwych ludzi. Chciałbym (ta myśl zaniepokoiła go) mieć taki dar jak Hoppy. Chciałbym wejść w trans, lecz nie widzieć tego, co będzie, lecz to, co było.

[…]

Wysłał rodziców do innego pokoju, ponieważ dziewczynka była w ich obecności onieśmielona. Bo to jest mój brat bliźniak – oświadczyła Edie w typowy dla siebie uroczysty i spokojny sposób. A jak inaczej mógłby się znaleźć wewnątrz mnie? Podobnie jak kura hiszpańskiego brzuchomówcy, powiedziała to z przekonaniem i pewnością siebie. Ona też znała się na swojej robocie. W ciągu tych wszystkich lat, które upłynęły od wybuchu wojny, doktor Stockstill przebadał tysiące ludzi z uszkodzeniami: wiele dziwnych i egzotycznych egzemplarzy ludzkiego gatunku, które mnożyły się pod znacznie bardziej niż kiedyś tolerancyjnym, choć przysłoniętym welonem dymu niebem. Nie można go było już zadziwić. A jednak... ta dziewczynka, której brat żył w jej ciele, gdzieś u dołu w okolicach pachwiny... Bill Keller mieszkał tam od siedmiu lat, a doktor Stockstill, słuchając tego, co mówiła Edie, uwierzył jej. Wiedział, że to możliwe. To nie był pierwszy przypadek tego rodzaju. Gdyby miał rentgen, mógłby zobaczyć maleńkie, pomarszczone stworzonko, nie większe pewnie od małego króliczka. Właściwie to nawet rękami wyczuwał kształt... dotknął jej boku i poczuł twardy, przypominający cystę twór. Głowa w pozycji normalnej, ciało całkowicie w jamie brzusznej, ręce i nogi, wszystko normalnie. Pewnego dnia Edie umrze, a ktoś rozetnie jej ciało i zrobi sekcję.

[…]

Dobrze się nim opiekujesz, prawda? – rzekł Stockstill, głęboko wzruszony. Dla dziewczynki ta sytuacja była normalna: żyła tak od urodzenia i nie znała innej możliwości. Stockstill po raz kolejny przekonał się, że nie ma niczego, co byłoby „nienaturalne”, że to logiczna sprzeczność. Tak naprawdę nie istnieją dziwolągi ani odchylenia od normy, a jeśli istnieją, to tylko w sensie statystycznym. Ta sytuacja jest nienormalna, ale nie jest to nic, co mogłoby nas przerażać; właściwie powinna być nawet powodem do radości. Życie jest dobre z samej definicji, a to jest jedna z form, jakie ono przybiera. Nie ma tu bólu, okrucieństwa ani cierpienia. Jest za to opiekuńczość i delikatność.

[…]

Eldon Blaine, sprzedawca szkieł z Bolinas, zobaczył, jak fokomelik kładzie na podłodze kilkanaście stóp od wózka monetę. Protezy cofnęły się, a Hoppy, ciągle mrucząc coś pod nosem głosem Dangerfielda, skoncentrował całą swoją uwagę na monecie, która nagle zaczęła się przesuwać z brzękiem w jego stronę. Zgromadzeni w sali zaczęli klaskać. Fokomelik pokraśniał z zadowolenia, ukłonił się i ponownie ułożył monetę na podłodze, tym razem jeszcze dalej. Czary, pomyślał Eldon. Tak, jak powiedziała Pat: fokomelicy potrafią robić takie rzeczy dlatego, że rodzą się bez rąk i nóg. W ten sposób natura pomaga im przeżyć.

[…]

Fokomelik spojrzał na niego uważnie. Na pewno tak – rzekł sprzedawca szkieł. – Za pomocą tego nadajnika zamierzasz odpalić ostatni człon rakiety: spowodujesz, że zadziała on jak silnik hamujący, satelita wejdzie w atmosferę i w końcu wyląduje. Nie potrafiłbym czegoś takiego zrobić – powiedział Hoppy. – Nawet gdybym chciał. Potrafisz poruszać przedmioty na odległość. Powiem ci, co tutaj robię, sprzedawco szkieł. – Fokomelik przejechał obok Eldona i wysunął protezę, która podniosła z warsztatu jakiś przedmiot. – Poznajesz? To jest szpula taśmy magnetofonowej. Jej zawartość zostanie przekazana do satelity z szybkością tak olbrzymią, że transmisja całych godzin nagrań zajmie zaledwie kilka chwil. W tym samym czasie wszystkie informacje, które zebrał satelita, zostaną przekazane tutaj z równie wielką szybkością. Tak właśnie miało to kiedyś działać, sprzedawco szkieł. Tak miało to działać przed Katastrofą, zanim zaginęła aparatura nadawczo-odbiorcza.

[…]

Eldon Blaine złapał radio z warsztatu i popędził do drzwi. Fokomelik spojrzał na niego ze zdziwieniem. Eldon zdążył jeszcze dostrzec wyraz jego twarzy, a potem znalazł się w panujących na zewnątrz ciemnościach i pobiegł w kierunku policyjnego wozu. Wykołowałem go, pomyślał. Biedny skurczybyk nie miał pojęcia, co chciałem zrobić. I to całe jego gadanie... co to miało znaczyć? Nic. Mrzonki o wielkości. Chciałby siedzieć sobie tutaj i przemawiać do całego świata, słuchać całego świata, chciałby, żeby wszyscy słuchali tego, co ma do powiedzenia... ale czegoś takiego nie może zrobić nikt poza Dangerfieldem. Nikt nie może sterować z Ziemi zamontowaną w satelicie aparaturą. Fokomelik musiałby znaleźć się tam, w górze, a to jest niemożliwe... Coś złapało go za szyję. Jakim cudem? – zdziwił się Eldon, kiedy upadł na twarz, wciąż trzymając kurczowo radio. Przecież on jest w domu, a ja tutaj. Działanie na odległość... złapał mnie. Pomyliłem się przedtem? Czy on naprawdę potrafi działać na taką odległość? To coś, co trzymało go za szyję, zaczęło się zaciskać.

[…]

Teraz spojrzał na drugi co do ważności artykuł. CZY DANGERFIELD RZECZYWIŚCIE JEST CHORY? Osoby, które słuchały wieczornej transmisji z satelity, twierdzą, że Walt Dangerfield przebywający nań powiedział, iż jest „chory, najprawdopodobniej na chorobę wrzodową lub na serce” i potrzebuje porady lekarskiej. Jak się dowiadujemy, oświadczenie to wywołało zaniepokojenie wśród zebranych w Foresters’ Hall mieszkańców. Pan Cas Stone, który poinformował „News & Views” o tym wydarzeniu, powiedział, że gdyby zawiodły inne rozwiązania, zwróci się do swojego osobistego lekarza specjalisty w San Rafael. Wysunięto również projekt, co do którego nie udało się jednak osiągnąć porozumienia, by Fred Quinn, właściciel apteki w Point Reyes Station, wyruszył do Dowództwa Sił Lądowych w Cheyenne i przekazał lekarstwa dla Dangerfielda.

[…]

Murzyn pokiwał głową. To i jeszcze wynaturzenia. Dziwadła wśród ludzi i zwierząt. A teraz jeszcze Hoppy... Hoppy nie jest stąd – powiedział Gill. Zjawił się tutaj po wojnie, kiedy daliśmy ogłoszenie, że szukamy rzemieślnika. Ja też stąd nie pochodzę. Kiedy zaczęło się bombardowanie, właśnie tędy przejeżdżałem, no i postanowiłem zostać. Kawa była już gotowa, więc zaczęli ją popijać. Przez jakiś czas żaden z nich się nie odzywał. Jakiego rodzaju pułapki produkuje pańska firma? – zapytał w końcu Gill. To nie są zwykłe pułapki pasywne – odparł McConchie. Ponieważ są homeostatyczne, to znaczy samouczące, potrafią zejść za szczurem... albo za kotem czy psem... do sieci nor, takiego chociażby jak pod Berkeley... Łapią tam szczury po kolei, zabijają jednego po drugim, dopóki nie skończy im się paliwo albo nie zostaną przypadkiem zniszczone przez szkodniki. Niektóre szczury są naprawdę bardzo inteligentne... wie pan, są mutanty, które zaszły tak daleko na drodze ewolucji, że potrafią unieszkodliwić nawet homeostatyczną pułapkę Hardy’ego. Ale takich jest niewiele.

[…]

Jego głos przeszedł w bełkot i Bonny nie zrozumiała już reszty; słyszała tylko, jak jej obcasy stukają o porośnięte zielskiem resztki chodnika. My wszyscy też powariowaliśmy, pomyślała. Moja córka ma wyimaginowanego brata, Hoppy przesuwa monety siłą woli i naśladuje głos Dangerfielda, Andrew Gill kręci ręcznie od lat jednego papierosa za drugim... tylko śmierć potrafi nas od tego wybawić, a kto wie, może i nawet ona nie. Może jest już za późno i zabierzemy tę degrengoladę ze sobą w przyszłe życie.

[…]

W perspektywie drogi wysoka antena koło domu Hoppy’ego Harringtona buczała, iskrzyła się i pulsowała. Bruno Bluthgeld zauważył ją ze zdziwieniem, kiedy szedł w stronę miejsca, gdzie uwiązał swojego konia. Co ten fokomelik wyczynia? W oknach obitego papą domu płonęło światło. Hoppy był zajęty pracą. O nim też trzeba pomyśleć, powiedział do siebie Bluthgeld. Musi przestać istnieć, jak inni, bo jest zły tak samo jak oni. Kiedy przechodził obok domu Hopp’ego, posłał w tamtym kierunku promień – gwałtowną, niszczycielską myśl. Światła jednak nie zgasły, a antena nie przestała buczeć. Będę potrzebował więcej siły umysłu, zrozumiał Bluthgeld, lecz w tej chwili nie mam czasu. Trochę później. Poszedł dalej, zatopiony w myślach.

[…]

Niebo było czarne jak sadza. Pamiętała tę barwę, która nigdy do końca nie zniknęła. Nieco tylko zblakła. Nasz mały, kruchy świat, który mozolnie próbujemy odbudować po Katastrofie, pomyślała. Słabiutkie społeczeństwo, te nasze podarte podręczniki, papierosy „deluxe”, ciężarówki na gaz drzewny – to społeczeństwo nie jest w stanie znieść surowej kary. Nie jest w stanie wytrzymać tego, co robi czy też próbuje robić Bruno. Jeszcze jeden wymierzony w nas cios i przestaniemy istnieć – zginą inteligentne zwierzęta, nowe, dziwne gatunki znikną równie szybko, jak się pojawiły. Szkoda, pomyślała ze smutkiem. To niesprawiedliwe. Terry, ten gadający pies, też zginie. Może byliśmy zbyt ambitni, może nie powinniśmy byli próbować niczego odbudowywać ani normalnie żyć. Wydaje mi się, że w sumie całkiem nieźle się nam udało. Żyliśmy, kochaliśmy się, piliśmy „pięciogwiazdkową” Gilla, uczyliśmy dzieci w szkole z dziwnymi oknami, wydawaliśmy „News & Views”, poskładaliśmy do kupy stare radio samochodowe i słuchaliśmy codziennie powieści Somerseta Maughama. Czego jeszcze można od nas wymagać? Chryste, pomyślała, to, co się dzieje, jest niesprawiedliwe. To jest złe. Mamy konie, które trzeba chronić, i zbiory, i życie...

[…]

Świetnie, panie Dangerfield – powiedział natychmiast Stockstill do mikrofonu. Chciałem z panem porozmawiać o tych bólach, które ostatnio panu dokuczają. Ma pan tam jakąś papierową torebkę? Spróbujemy terapii dwutlenkiem węgla. Niech pan weźmie papierową torebkę i ją nadmucha. Niech pan ją nadmuchuje, a potem wdycha to samo powietrze tak, żeby w końcu wciągać do płuc czysty dwutlenek węgla. Zrozumiał pan? To niby nic, ale rzecz jest poparta rozsądną teorią. Polega to na tym, że zbyt duża ilość tlenu powoduje reakcje międzymózgowiowe, które z kolei uruchamiają nie kończący się cykl w autonomicznym systemie nerwowym. Jednym z objawów spowodowanych przez nadmiernie pobudzony system autonomiczny jest hiperperystaltyka i możliwe, że to właśnie panu dolega. W gruncie rzeczy to objaw lęku. Izolacja w przestrzeni kosmicznej – przerwał Dangerfieldowi psychiatra – powoduje specyficzne szkodliwe zjawiska, podobne do tego, co kiedyś nazywano „syndromem zamknięcia w domu”. Specyficzne jest tutaj sprzężenie zwrotne lęku wolno płynącego, które niesie ze sobą skutki somatyczne. – Kiedy to mówił, pomyślał, że wszystko robi źle, że już poniósł klęskę. Chodzi mi o to, żeby przerwać to sprzężenie zwrotne, i ta sztuczka z dwutlenkiem węgla temu właśnie ma służyć. I wtedy, kiedy ustąpią objawy napięcia, będziemy mogli rozpocząć formę psychoterapii, która będzie polegała na przywoływaniu zapomnianych zdarzeń traumatycznych. Ja żadnych zdarzeń traumatycznych nie zapomniałem, doktorze – odparł sucho Dangerfield. Właśnie je przeżywam. Otaczają mnie ze wszystkich stron. To rodzaj klaustrofobii, i to bardzo, bardzo ostrej klaustrofobii.

[…]

Mówię tu o Hoppym Harringtonie, przyjaciele. Nic wam nie mówi to nazwisko? A powinno, bo gdyby nie Hoppy, bylibyście teraz martwi. Hardy, trąc podbródek i marszcząc brwi, rzucił żonie pytające spojrzenie. Hoppy Harrington – ciągnął Dangerfield – zmiażdżył doktora B. z odległości dobrych czterech mil, i to z łatwością. Z wielką łatwością. Wydaje się wam, że to niemożliwe dopaść kogoś z odległości czterech mil? To ci dopiero długachne ręce, prawda kochani? I bardzo silne ręce. I powiem wam coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Głos stał się tajemniczy, przycichł prawie do porozumiewawczego szeptu. Hoppy w ogóle nie ma rąk. A potem Dangerfield zamilkł.

[…]

Powolne umieranie Dangerfielda było wynikiem zamierzonego działania, pomyślała Bonny. Miało swoje źródło nie w kosmosie, nie nad ich głowami, lecz tu, na Ziemi, wśród znajomych krajobrazów. Dangerfield nie umarł dlatego, że całe lata był samotny: zadawano mu starannie wymierzone ciosy stąd, z tego świata, z którym usilnie próbował nawiązywać kontakt. Gdyby się od nas odizolował, teraz by żył, pomyślała. Wtedy właśnie, gdy nas słuchał, gdy odbierał nasze sygnały radiowe, coś go zabijało, a on nic o tym nie wiedział. Nawet teraz nic nie wie, pomyślała. Pewnie jest zdziwiony, jeśli rozumie jeszcze, co się naokoło niego dzieje, jeżeli w ogóle jest jeszcze świadomy.

[…]

Wiesz, co mu powiedzą [mówi Bill w ciele Edie – przyp. aut.]? „Otrzymaliśmy straszliwą nauczkę za nasze szaleństwa. W ten właśnie sposób Bóg sprawił, że przejrzeliśmy”. Wiesz, kto tak powiedział? Pastor na mszy. Hoppy był wtedy małym dzieckiem i ojciec nosił go na plecach do kościoła. Przypomni to sobie, chociaż minęło już bardzo wiele lat. To była najgorsza chwila w jego życiu, a wiesz dlaczego? Bo ten pastor sprawił, że wszyscy w kościele zaczęli patrzeć na Hoppy’ego, i to była bardzo zła rzecz, i ojciec Hoppy’ego potem już nigdy nie poszedł do kościoła. Ale w dużej części to właśnie dlatego Hoppy jest teraz taki: to wina tego pastora. Więc strasznie się go boi, a kiedy znowu usłyszy jego głos... […] W mdłym świetle księżyca podskakiwało przed jej oczami coś, czego jeszcze nigdy nie widziała. To coś podnosiło się urywanymi ruchami, a jego jasne, długie włosy wisiały jak koński ogon. Wznosiło się tak długo, aż zawisło dokładnie naprzeciw jej twarzy. Miało malutkie, martwe oczy, otwarte usta i składało się tylko z małej, kościstej głowy przypominającej piłkę do baseballa. Z ust stworzonka wydobył się pisk, a potem wyrwało się jeszcze raz w górę, jakby przestała działać jakaś przytrzymująca je siła. Patrzyła, jak nabiera wysokości, wznosi się płynnym ruchem ponad drzewa, jak wzbija się w niebo, którego dotychczas nie znało. Bill – powiedziała. – On cię wyciągnął. Wydobył cię na zewnątrz. A ty odchodzisz, zrozumiała. Hoppy cię do tego zmusza. Wróć – poprosiła, ale to i tak nie miało znaczenia, ponieważ Bill nie mógł żyć poza jej ciałem. Wiedziała o tym. Doktor Stockstill jej powiedział. Bill nie mógł się urodzić. Hoppy usłyszał go i sprawił, że się urodził, bo wiedział, że przez to Bill umrze.

[…]

Zobaczył za to dębowe lasy pełne zwierząt, zobaczył też ptaka o wielkim dziobie i bystrych oczach, który płynął bezgłośnie w powietrzu. Bill pisnął ze strachu, kiedy wielki, brunatnopióry ptak skierował się w jego stronę. Ptak wydał z siebie straszny dźwięk, oznaczający głód i pragnienie rozerwania ofiary na strzępy. Wszyscy! – krzyknął Bill, uciekając przez ciemność i chłód. Wszyscy musicie napisać listy protestacyjne! Błyszczące oczy ptaka śledziły w bladym świetle księżyca jego lot nad drzewami. Sowa dopadła go. I natychmiast połknęła.

[…]

Wyciągnął w stronę psychiatry protezę, a ten podał mu homunkulusa. Ta sowa mnie połknęła – powiedział. Nie bardzo mi się to podobało, ale trzeba przyznać, że miała dobre oczy. Bardzo dobrze mi się patrzyło. Tak – rzekł Stockstill z roztargnieniem. – Sowy mają wyjątkowo ostry wzrok... to rzeczywiście musiało być wspaniałe przeżycie. – Ta rzecz, którą trzymał w ręce... to wszystko wydawało mu się niemożliwe. A jednak nie było wcale dziwne. Fokomelik przesunął Billy’ego tylko o kilka cali – to wystarczyło. A zresztą czym był ten wyczyn w porównaniu z tym, co Hoppy zrobił z doktorem Bluthgeldem. Najwyraźniej fokomelik stracił ślad Billa po tym, jak ten wyszedł z ciała siostry i połączył się najpierw z jedną, a potem drugą substancją. Znalazł fokomelika i z nim także się połączył, a w końcu wyparł go i przeniósł do swojego ciała. To była nieuczciwa wymiana. Hoppy zrobił wyjątkowo zły interes: ciało, które otrzymał w zamian, żyło najwyżej kilka minut dłużej. Wiedział ppan o tym, że Hoppy przez jakiś czas kkontrolował satelitę? – zapytał Bill Keller, zacinając się, jakby ciągle jeszcze miał kłopoty z ciałem fokomelika. Wszyscy się strasznie zdenerwowali. Obudzili mnie w nocy, żeby mi o tym powiedzieć, a ja obudziłem Edie. I tak się tutaj znalazłem – dodał z napiętym, poważnym wyrazem twarzy.

[…]

Nigdy nie można być niczego do końca pewnym – rzekł Andrew. I to właśnie powoduje, że życie jest takie trudne, nie sądzisz? Spójrzmy prawdzie w oczy: on jest tylko śmiertelnikiem; pewnego dnia go nie będzie. Tak jak nas wszystkich. – Spojrzał na nią z góry. Ale jeszcze nie teraz – odparła. Gdyby to miało się stać za kilka lat, potrafiłabym to znieść. Ujęła go za ręce i pocałowała go. Czas, pomyślała. Miłość, którą kiedyś darzyliśmy się wzajemnie, miłość, którą czujemy do Dangerfielda teraz i którą czuć będziemy w przyszłości. Szkoda, że to taka bezsilna miłość; szkoda, że nie potrafi sama postawić go na nogi – to uczucie, które żywimy do siebie i do niego.

[…]

Bonny stała przy oknie i patrzyła uważnie, jednak krótkonogie zwierzęta już się nie pojawiły. Chciała się właśnie odwrócić, kiedy kątem oka zauważyła, że coś jeszcze rozpoczyna nowy dzień. Ujrzała pomalowaną na błotnisty kolor metalową obudowę, która dodatkowo zamaskowana była kawałkami liści i gałązek. To coś zatrzymało się i wysunęło w stronę porannego słońca dwie delikatne, drżące anteny. Co to, u licha, może być? – zastanowiła się. A potem zrozumiała, że patrzy na homeostatyczną pułapkę Hardy’ego w akcji. Powodzenia, pomyślała. Pułapka najpierw stała w miejscu, jakby się wahając, i rozglądała się uważnie we wszystkie strony, aż w końcu ruszyła niepewnie śladem dwóch buldogowatych zwierząt. Zniknęła za pobliskim domem, poważna, uroczysta i o wiele za wolna, by pościg mógł się jej udać. Bonny nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Zaczynał się zwykły dzień. Dookoła niej miasto budziło się kolejny raz do normalnego życia.

Phillip Kindred Dick, Doktor Bluthgeld

Powieść katastroficzno-fantastyczna Philipa Dicka – amerykańskiego pisarza science fiction przenosi nas do post-nuklearnej, a może nadal amerykańskiej Kalifornii w lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. U wezgłowia akcji także i tej narracji leży nadejście końca świata, które w wyobrażeniu autora czasem przybiera bardziej przyziemne dlań a zatem codzienne troski takie choćby jak kryzys paliwowy czy użyteczna inflacja w państwie amerykańskim końca tamtych lat sześćdziesiątych. Dlatego też tego rodzaju zmartwienia właśnie trapią bohaterów Doktora Bluthgelda, bohaterów żyjących w świecie, który pojawił się po trzeciej wojnie światowej. Więc są tam konie, które ciągną samochody. Okulary co są trudno dostępne, a zatem drogie. A, człowiek, który wyrabia papierosy, jest przyjmowany z honorami, gdziekolwiek się pojawi. Z kolei ktoś, kto potrafi naprawiać różne rzeczy, jest cenionym szczególnie wysoko specjalistą. Chociaż ukazane w książce społeczeństwo tak jakby uwstecznia się, ale także nie aż tak, jak moglibyśmy się spodziewać. Staje się ono raczej bardziej wiejskie w swojej powszechnej istocie. Toteż znikają wielkie miasta, a w ich miejsce pojawia się coś w rodzaju wsi, która wcale nie jest nikomu straszna. Choć od razu trzeba jednak dodać, że realia tej „nowej” wsi nie-sielskiej i w niczym też anielskiej w żadnym razie nie przypominają tego dobrze nam znanego świata, w którym akurat dziś żyjemy. Jedną z kluczowych postaci Doktora Bluthgelda jest Hoppy Harrington, który mając protezy miast cielesnych rąk czy nóg a rebour w post-nuklearnej rzeczywistości pnie się niby ukradkiem w górę, aż zagraża nawet człowiekowi, który orbituje poza Ziemią – Waltowi Dagerfieldowi, którego wszyscy słuchają i uwielbiają za jego niekłamane i ciekawe narracje okołoziemskie. W międzyczasie "nowy" Hoppy tak jakby przepoczwarza się, ale nie staje się przez to motylem, a raczej półbogiem i do tego ze skomplikowanym na tyle charakterem, że w głowie mu pozostaje jedynie władza co nadużywa swej stechnicyzowanej i magicznej wręcz siły jako pierwszego już argumentu w niczym nie do odrzucenia. Nie jest to-to pragnienie złem wcielonym, a raczej nadużywaniem swych zdolności do celów niegodnych człowieka. Być może w przeciwieństwie do Walta Dangerfielda, który z początku uosabia u ludzi na zgliszczach ziemskich poczucie jedności, daje nadzieję i wiarę w lepsze jutro, aby potem wraz z „dziwnie” słabnącym w nim organizmem więcej oczekiwać od ludzi na Ziemi niż im tak naprawdę dawać w istocie. W taką samotność i utratę witalności Walta wkracza Hoppy z ucieleśnioną bestią – głodnego siebie samego człowieka. Głodnego nie pożywienia, lecz władzy nad wszystkimi innymi. Ta żądza ma swe źródło w jego fizycznym upośledzeniu, gdzie staje się próbą rekompensaty za to, czego mu od urodzenia naturalnie brakowało, rekompensaty co chce kosztem całego świata wyrównać zaległe rachunki; w czym chce świat niemal pożreć oczywiście w psychologicznym tego nurtu aspekcie. W Doktorze Bluthgeldzie pożywia się jeszcze jedna podstawowa prawda o człowieku. Ta jego namiętna wręcz umiejętność czy wola przetrwania co wiedzie ponad wszystko, przetrwania, ale nie jako zwierzę, lecz jako „wolna” istota, która zawsze zachowuje się prawdziwie na ludzki jakichś sposób wśród wszystkich zrozumiale. W powieści nie ma ani nadludzi ani bohaterskich czynów, a samych w swej samotności ludzi co ledwie przeżyli kolejny kataklizm nuklearny przedstawia się jako tych, co nie dość, że usilnie nieustępliwi to wciąż pozostają dozgonnie żywotni.



powrót ››