Blog

 

20.05.2023

Morze, morze

„Każde trwałe małżeństwo opiera się na lęku”

„Taki czysty, taki cholernie czysty”

„Jesteśmy istotami skrytymi,

 ta nasza skrytość naj­bardziej zdumiewa,

bardziej nawet niż nasz rozum.”

„Bo w tym śnie śmierci jakież sny mogą nas nawiedzać...”

[…]

Morze, które widzę przed sobą, kiedy piszę, raczej się jarzy, niż migoce w łagodnych promieniach majowego słońca. W czasie odpływu wspiera się spokojnie o ląd, jego powierzchni nie zakłóca ani jedna zmarszczka, ani odrobina piany. W pobliżu horyzontu jest wspaniale fioletowe, poprzecinane symetrycznymi pasami szmaragdowej zieleni. Na samym horyzoncie zaś ma kolor indygo. Przy brzegu, gdzie widok ograniczają mi garby żółtych skał, ciągnie się pas jaśniejszej, zimnej, czystej zieleni, woda jest jednak mniej świetlista, mętna, nieprzezroczysta. Znajdujemy się na północy i jasne promienie słońca nie docierają w głąb morza. Tam, gdzie spokojna woda uderza o skały, widać jeszcze naskórek koloru. Bezchmurne niebo jest bardzo jasne w miejscu zetknięcia z ciemnym błękitem horyzontu, który jakby posrebrza. Swój wibrujący błękit osiąga dopiero w zenicie. Ale niebo sprawia wrażenie zimnego, nawet słońce wydaje się zimne.

[…]

Teatr jest bez wątpienia miejscem, gdzie człowiek może sobie uświadomić, jak szybko przemija ludzka sława. Ach, te cudowne, wspaniałe, całkowicie zapomniane widowiska. Teraz wyrzeknę się magii i zostanę pustelnikiem. Zacznę żyć tak, żebym mógł uczciwie powiedzieć: nie mam nic do roboty poza uczeniem się, jak być dobrym. Schyłek życia słusznie uważany jest za okres medytacji. Czy będę żałować, że nie rozpocząłem ich wcześniej? Muszę zacząć pisać, to wiem na pewno, i to pisać w sposób całkiem odmienny niż dotychczas. To, co pisałem do tej pory, było zwykłym pisaniem palcem po wodzie, całkiem zresztą zamierzonym. Te zapiski natomiast mają przetrwać, nie mogę się oprzeć uczuciu, że pragną trwać.

[…]

Nazywam się Charles Arrowby i w chwili kiedy to piszę, jestem mężczyzną, powiedzmy, po sześćdziesiątce. Nie mam żony ani dzieci, braci ani sióstr. Jestem dobrze znanym osobnikiem, którego sława rozbłysła i zgasła. Już dawno podjąłem decyzję, że rozstanę się z teatrem i przejdę na emeryturę, kiedy ukończę sześćdziesiąt lat. („Nigdy nie odejdziesz — powiedział Wilfred. — Nie zdobędziesz się na to,” Mylił się.) Naprawdę czuję się zmęczony teatrem, mam go dosyć. I właśnie tego nikt, kto mnie dobrze znał—ani Sidney, ani Peregrine, ani Fritzie, ani Wilfred, ani Klementyna, kiedy jeszcze żyli — nie potrafił przewidzieć ani sobie wyobrazić. I nie chodzi tu wcale o rozsądne wycofanie się „w pełni sił twórczych”. (Iluż aktorów i dyrektorów przedłuża w sposób żałosny swoją działalność, choć już dawno przestali być mile widziani!) Mnie już to wszystko zmęczyło. Dokonała się we mnie jakaś duchowa przemiana.

[…]

Dziś przed zapaleniem lamp spędziłem trochę czasu po prostu przy oknie, obserwując księżyc. Księżyc zawsze zadziwia i cieszy wzrok mieszczucha. Teraz świeci tak jasno ponad skałami, że mógłbym czytać przy jego blasku. Zauważyłem jednak, (co wydaje mi się dosyć dziwne), że od czasu gdy tu przyjechałem, nie mam ochoty na czytanie. To dobry znak. Chyba pisanie zastępuje mi lekturę. Stale odwlekam także chwilę, kiedy zacznę naprawdę spisywać swoje dzieje. („Urodziłem się na przełomie wieku, w mieście...”, coś w tym rodzaju.) Przyjdzie i na to czas i znajdzie się wystarczający powód, bym zaczął przelewać na papier prozę swego życia, Muszę jednak zgromadzić dość refleksji. Jak dotąd, ciągle jeszcze niemal się wstydzę swoich uczuć, wstyd mi, że tak bardzo żywe są niektóre z moich wspomnień. Samym opisem lat spędzonych z Klementyną mógłbym zapełnić cały tom.

[…]

Nie mogę określić tego w żaden inny sposób. Ujrzałem, jak z całkiem spokojnego, pustego morza w odległości może ćwierci mili (albo bliżej) od brzegu wyłania się i wygina ku górze jakiś potężny stwór. Z początku przypominał czarnego węża, ale potem za długą szyją wynurzyło się z wody czarne cielsko o prążkowanym, kolczastym grzbiecie. Zobaczyłem też coś, co mogło być płetwą lub odnóżem pływnym. Nie widziałem potwora w całości, zanurzona w wodzie reszta jego tułowia, albo może długi ogon, burzyła spienioną wodę wokół miejsca, w którym wynurzyła się górna część na wysokość, jak mi się wydawało, dwudziestu, może trzydziestu stóp. Potem stwór zwinął się tak, że długa szyja utworzyła podwójne koło, a rzucająca się w oczy głowa znalazła się tuż nad powierzchnią wody. Przez te zwoje przezierało niebo. Widziałem całkiem wyraźnie głowę potwora z czymś w rodzaju grzywy, zielone oczy, a w otwartej, różowej wewnątrz paszczy ogromne zęby. Głowa i szyja połyskiwały niebiesko. I nagle w jednej chwili wszystko znikło — zwinięte cielsko opadło, falisty grzbiet jeszcze przez chwilę wystawał ponad wodą, już po kilku sekundach jednak nie było nic oprócz spienionego wiru, w którym zanurzył się potwór. Doznałem takiego szoku i tak się przeraziłem, że przez jakiś czas nie mogłem się poruszyć. Miałem ochotę uciec, obawiałem się przede wszystkim, że zwierzę wypłynie znowu, tym razem bliżej lądu, być może wynurzy się tuż u moich stóp. Lecz nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a serce waliło tak mocno, że jakikolwiek wysiłek mógł mnie przyprawić o utratę przytomności. Morze znowu stało się spokojne i nic nie mąciło jego powierzchni. W końcu podniosłem się i wolno ruszyłem do domu. Wszedłem po schodach na górę i po prostu usiadłem w saloniku; oddychałem miarowo, przyciskając ręką kołaczące serce. Nie miałem odwagi zająć zwykłego miejsca przy oknie, siedziałem więc przy stoliku w „wewnętrznym pokoju” z głową opartą o ścianę i dopiero po jakichś trzydziestu minutach zdołałem napisać to, co stanowi drugi akapit tych notatek.

[…]

Było to koszmarne przeżycie pod względem moralnym i duchowym; czułem się tak, jak gdyby całe moje cuchnące wnętrze wydostało się na wierzch i stało wszechświatem. Jakaś falująca emanacja ponurego, na pól ukształtowanego duchowego zła, coś, przed czym człowiek nigdy, przenigdy nie zdoła uciec. „Przypisane na wieki” – takie określenie przyszło mi do głowy, kiedy to przeżywałem. Doznania wizualne, które temu towarzyszyły, były tak wyraziste i przekonujące, że teraz, kiedy o tym piszę, widzę to wszystko jeszcze przed sobą. Nie będę tego naturalnie opisywał. Oczywiście nigdy już potem nie zażywałem LSD. Nie zauważyłem żadnych dalszych przykrych następstw i wkrótce zacząłem szczęśliwie zapominać o tym, co przeżyłem, w jakiś dziwny, szczególny sposób – tak jak się zapomina sen. A więc można uznać za prawdopodobne, całkiem wiarygodne, że morski potwór, którego „zobaczyłem”, był po prostu halucynacją wywołaną przez mój idiotyczny eksperyment z tym strasznym narkotykiem. Wynurzający się z morza zwinięty potwór nie przypominał wprawdzie bardziej tego, co ujrzałem po raz pierwszy w stanie narkotycznego upojenia, niż owego czerwonawego robaczka w skalnym jeziorku, ale uczucie przerażenia, jakie mnie ogarnęło, było w obu wypadkach zbliżone, w każdym razie teraz lęk przed potworem zaczynał mi się wydawać podobny do tego, który mnie ogarnął tuż po zażyciu LSD. W obu przypadkach ogarnęło mnie równie silne pragnienie, żeby jak najprędzej zapomnieć o tym, co przeżyłem. Mówiono mi, że „nieprzyjemna podróż” może właśnie w ten sposób powracać. Czytelnicy, ostrzegam was. Jednakże muszę dodać, że kiedy tak się w tej chwili nad tym wszystkim zastanawiam, najbardziej przemawia za takim właśnie wytłumaczeniem owego zjawiska całkowite nieprawdopodobieństwo wszystkich innych wyjaśnień. Serce zaczęło mi znowu walić. Muszę się położyć. Może powinienem był zaczekać do jutra z opisem tej historii? Wezmę proszek nasenny.

[…]

Dziadek ze strony ojca miał dwóch synów, Adama i Abla. Nigdy nie robił na mnie wrażenia człowieka obdarzonego wyobraźnią, a jednak w tych imionach jest odrobina poezji. Bardzo wcześnie stało się dla mnie całkiem jasne, że stryj (Abel) był bardziej kochany i miał więcej szczęścia niż mój ojciec (Adam). Jak to się dzieje, że dziecko potrafi do- strzec takie rzeczy, albo raczej jak to się dzieje, iż dostrzega je tak łatwo, że stają się dla niego tak oczywiste? Być może, podobnie jak pies, dostrzega pewne oznaki nie zauważone wśród konwenansów przez dorosłych, którzy je przeoczają w tej oszukańczej batalii, jaką jest życie. Wiedziałem, że mój ojciec, nieco starszy od brata, to swego rodzaju niedojda, zanim jeszcze zrozumiałem znaczenie słowa „niedojda”, zanim jeszcze dowiedziałem się czegokolwiek o pieniądzach, pozycji, władzy, sławie czy jakiejkolwiek innej z tych upragnionych zdobyczy, które w tysiącu złudnych form wiodły mnie przez cale życie. Mam nadzieję, że ten taniec derwiszów już się zakończył. Oczywiście, mówiąc, że mój drogi ojciec to niedojda, mam na myśli najbardziej pospolity sens tego słowa. Był to bowiem człowiek inteligentny, dobry i szlachetny. Dziadkowie ze strony matki mieszkali w Carlisle i prawie ich sobie nie przypominam. Pamiętam bardzo wyraźnie siostry mojej matki, dwie bladolice ciotunie z Carlisle. Matka mego ojca umarła młodo i w moich wspomnieniach z „Shaxton” widzę ją tylko na fotografii. Jeśli zaś chodzi o dziadka, którego nie lubiłem i którego się bałem, to pamiętam jedynie jego wysokie buty z cholewami i donośny głos. Adam i Abel wypełniali całkowicie świat mojego dzieciństwa, dominowali nad nim jak dwaj bogowie-bliźniacy. Matka moja stanowiła odrębną kartę, całkowicie odrębną. No i był jeszcze oczywiście mój kuzyn James, jedynak podobnie jak ja.

[…]

 Urodziłem się w Stratfordzie nad Avonem. A raczej, żeby być dokładnym, w pobliżu tego miasta, a jeszcze bardziej precyzując: w Lesie Ardeńskim. Dorastałem w pełnej zieleni środkowej Anglii, najbardziej, jak to jest możliwe w tym wyspiarskim kraju, oddalonej od morza. Morze zobaczyłem po raz pierwszy, gdy ukończyłem czternaście lat. Całe moje życie zawdzięczam oczywiście Szekspirowi. Gdybym nie mieszkał tak blisko wielkiego teatru, właśnie tego wielkiego teatru, nie udałoby mi się obejrzeć ani jednego przedstawienia. Moi rodzice nigdy nie chodzili do teatru. Matka po prostu nie uznawała takich rozrywek. Za mało mogliśmy zaoszczędzić pieniędzy, żeby się dokądś wybrać, więc nie chodziliśmy nigdzie. Do chwili ukończenia szkoły nie byłem w restauracji. Próg hotelu przekroczyłem jeszcze później. Na wakacje jeździliśmy do „Shaxton” albo do „Ramsdens”, albo na farmę, gdzie matka pracowała kiedyś jako sekretarka. Nigdy bym nie poszedł do teatru, gdyby Szekspir nie należał do moich „zajęć szkolnych”. Jeden z moich nauczycieli miał fioła na punkcie Szekspira. Ten człowiek właśnie pokierował moim życiem. Nazywał się McDowell. Często chodziliśmy z nim do teatru, oglądaliśmy wszystkie przedstawienia. Czasami pan McDowell płacił za mój bilet. Oczywiście wystawialiśmy także różne sztuki w szkole. Pan McDowell miał bzika na punkcie teatru, był to aktor niedoszły, ja zaś stałem się jego ulubieńcem zbzikowanym na punkcie teatru. (To właśnie pan McDowell zabrał mnie i jeszcze kilku chłopców na tydzień do Walii, nad morze. Myślę, że to chyba najszczęśliwsze i najbardziej znaczące tygodnie mego życia. Przymiotnik „szczęśliwy” nie jest tu może całkiem adekwatny. Przez cały czas byłem nieomal nieprzytomny ze szczęścia.) […] Ojciec był spokojnym, wiecznie pogrążonym w książkach człowiekiem, najłagodniejszą istotą, jaką spotkałem w życiu. Nie chcę przez to powiedzieć, że był nieśmiały, choć przypuszczam, że w istocie był nieśmiały. Cechowała go szlachetność połączona z surowymi zasadami moralnymi. Widzę go teraz wy raźnie, jak się pochyla z tym goszczącym mu bez przerwy na ustach nerwowym uśmiechem, żeby podnieść jakiegoś pajączka, położyć ostrożnie na kawałku papieru, na parapecie za oknem albo gdzieś w kącie pokoju, gdzie nikt go nie skrzywdzi. Stanowiliśmy i ojcem nierozłączną parę. Razem czytywaliśmy książki; byłem pewnie jedyną osobą, z którą rozmawiał poważnie. Zawsze czułem, że znajdujemy się w jednej łodzi i wspólnie1 płyniemy na spotkanie wielkiej przygody. Czytaliśmy te same książki, a potem dyskutowaliśmy o nich; zaczęliśmy od książeczek dla dzieci, potem przyszły książki przygodowe, powieści, prace historyczne, biografie, poezje, dramaty Szekspira. Bardzo nam było ze sobą dobrze i łaknęliśmy swego towarzystwa. O czym to świadczyło? O czymś więcej niż o oddaniu, podziwie, miłości. Jeśli tak bardzo tęsknisz za czyimś towarzystwem, to znaczy, że tego kogoś kochasz. W późniejszych latach mego życia zrozumiałem, że nikt oprócz mnie nie zdawał sobie sprawy, jak dobry był mój ojciec. Wątpię nawet, czy uświadamiała to sobie moja matka. Oczywiście matkę także kochałem, ale ona była twarda i surowa, podczas gdy ojciec nie miał żadnej z tych cech. Matka wierzyła jedynie w sprawiedliwość boską. Może ta wiara stanowiła właśnie dla niej oparcie przez całe życie, które nie szczędziło jej rozczarowań?

[…]

Myślę, że nie będzie mi zbyt łatwo pisać o teatrze. Jest to tak obszerny temat, że refleksji starczyłoby na oddzielną książkę. Najlepiej chyba zacząć od razu od Klementyny Makin. W końcu to dzięki niej się tu znalazłem. To są jej rodzinne strony. Wychowywała się właśnie tutaj, na tym odludnym wybrzeżu. Nigdy w te okolice nie przyjeżdżaliśmy. Czyżbym był przesądny? Klementyna była moją pierwszą kochanką. Kiedy się poznaliśmy, ja miałem lat dwadzieścia, a ona trzydzieści dziewięć (tak w każdym razie twierdziła). Zachowałem niewinność do tej chwili (gdy spotkałem Klementynę) częściowo dlatego, że kogoś kochałem i utraciłem, częściowo zaś z powodu purytańskiego wychowania, jakie otrzymałem. Klementyna runęła na mnie jak orzeł. Czy była wielką aktorką? Tak, chyba tak. Oczywiście, kobiety grają nieustannie. Łatwiej osądzić mężczyznę. (Wilfreda na przykład.) Będę musiał napisać co nieco o teatrze, po prostu żeby ukazać Klementynę w jej środowisku, przygotować scenerię, w której ją przedstawię. Nie była wcale taka, jak ludzie myśleli. Ani wielbiciele, ani wrogowie nie oddali Klementynie sprawiedliwości, choć jej właśnie zawdzięczali lwią część swych osiągnięć. Zawsze walczyła do upadłego o tych, których kochała, przestawała się liczyć z jakimikolwiek zasadami moralnymi, dla nich kłamała, oszukiwała, deptała prawa i ludzkie uczucia. Kochała mnie i jestem gotów przyznać, że to ona mnie ukształtowała, jakkolwiek sam zrobiłbym to też. Wieczny odpoczynek daj. Panie, jej niespokojnej duszy.

[…]

Prawdziwe uczucia rodzą się wtedy, kiedy człowiek się znajdzie na dnie albo u szczytu powodzenia, w normalnych warunkach jedynie je gramy. 1 właśnie dlatego cały świat to scena, a teatr cieszy się taką popularnością. W gruncie rzeczy dlatego tylko istnieje: właśnie dlatego, że przypomina życie, jest samym życiem, nawet jeśli bywa horrendalnie sztuczny i najbardziej wulgarny ze wszystkich dziedzin sztuki. Nawet średniej miary powieściopisarz potrafi powiedzieć sporo prawdy. Jego skromne możliwości służą prawdzie. Natomiast teatr, nawet ten najbardziej „realistyczny", pozostaje na tym samym poziomie, posługuje się takimi metodami, jakimi my głosimy nasze codzienne kłamstwa. W tym właśnie sensie „zwykły” teatr przypomina życie, a dramaturdzy to kłamcy, chyba że są naprawdę wybitni. Z drugiej strony, w sensie czysto formalnym, teatr jest tak bliski poezji jak żadna inna dziedzina sztuki. Dawniej często myślałem, że gdybym potrafił pisać wiersze, nie zawracałbym sobie w ogóle głowy teatrem. Ale to oczywiście nonsens. Moja wygłodzona, milcząca dusza musiała znaleźć właśnie ten sposób, by wykrzyczeć wszystko światu. Teatr jest atakiem na ludzkość przeprowadzonym za pomocą magii: pastwi się nad widownią, każe się jej śmiać, płakać, cierpieć, spóźniać na pociąg. Naturalnie, aktorzy uważają widzów za swych wrogów, których należy oszukiwać, narkotyzować, więzić, oszałamiać. A dzieje się tak po części dlatego, że widownia stanowi także sąd, od wyroku którego nie ma odwołania. W teatrze odbiorca styka się ze sztuką w sposób najbardziej bezpośredni, jego reakcje są natychmiastowe. W innych dziedzinach możemy odbiorcy zarzucać, że jest głupi, naiwny, nieuważny, tępy, teatr zaś musi, jeśli chce się ostać, zdobywać widownię szturmem aż do chwili, gdy osiągnie powszechny i bezpośredni kontakt, o jaki inni artyści mogą zabiegać spokojnie, w sposób mniej natarczywy. Stąd ten atak, ten hałas i ta charakterystyczna niecierpliwość. Wszystko to stanowiło część mojego odwetu.

[…]

Chociaż opisywano mnie jako „eksperymentatora”, jestem zdecydowanym zwolennikiem łukowatego proscenium. Jestem za iluzją, nie alienacją. Nienawidzę ciągłego zamieszania na okrągłej scenie, gdyż to zakłóca klarowność akcji. Nie znoszę również bezsensownego „współudziału widowni” w przedstawieniu. Wszelkie za-' mieszanie i inne zbiorowe działania może mają swoją wartość, ale nie wolno ich mieszać ze sztuką dramatyczną. Sztuka musi tworzyć sztucznie urzekającą teraźniejszość i uwięzić w niej na czas przedstawienia widza. Teatr wyraża tę głęboką prawdę, że jesteśmy istotami, które mogą żyć jedynie teraźniejszością. Jest to teraźniejszość sztuczna, gdyż brak w niej swobodnej atmosfery osobistej refleksji i ma swoje tajemne granice i konkluzje. Życie może mieć aspekty komiczne, bywa czasem straszne, ale nigdy tragiczne: tragedia należy do przebiegłych sztuczek sceny. Oczywiście teatr jest przeważnie niewybredną efemeryczną banialuką i jedynie sztuki napisane przez wielkich poetów mogą być czytane. Z wyjątkiem notatek reżyserów. Napisałem: „wielkich poetów", przypuszczam jednak, że w istocie miałem na myśli tylko Szekspira. To paradoksalne, ale spośród poważnych sztuk większość najbardziej frywolnych i bezsensownych napisali najwięksi z pisarzy. To, że Szekspir jest całkiem inny niż wszyscy pozostali, nie tylko primus inter pares, lecz całkiem odmiennej klasy, odkryłem sam, kiedy byłem jeszcze w szkole. I tą swoją tajemnicą karmiłem się przez wiele lat. Inne sztuki po prostu się nie liczą, z wyjątkiem oczywiście dramatów greckich. Nie znam greki, a James twierdzi, że te sztuki są nieprzetłumaczalne. Przejrzałem trochę przekładów i upewniłem się, że James miał rację.

[…]

Lubiłem, kiedy mnie określano mianem „dzikusa”. Inne popularne określenia były brzydsze i mniej trafne. Nigdy nie wykorzystywałem swej władzy, by wciągać dziewczęta do łóżka. Oczywiście, teatr odpowiada wyobrażeniu, jakie miała o nim moja matka; jest jeszcze gorszy, czego biedaczka nie mogła sobie wyobrazić. Trzeba także pamiętać o tym, że teatr to swego rodzaju profesja i wielu „typowych” aktorów to osoby w średnim wieku, które mają zapewnioną stałą pracę i żyją sobie uczciwie z żonami i rodzinami gdzieś na przedmieściach. Ci ludzie stanowią główny trzon tej profesji. Teatr to jednak przede wszystkim seks, seks i jeszcze raz seks, ale w jakim stopniu dotyczy ten aspekt zawodowców? Moja matka niepokoiła się, że gram „złych ludzi” i że to wypaczy mi charakter. (W istocie prawie nigdy nie widziała mnie na scenie, z wyjątkiem przedstawień wystawianych jeszcze w szkole.) Zastanawiam się, czy rola, jaką gra aktor, może wypaczyć mu charakter. Warto się zająć tą kwestią. Aktor musi się do pewnego stopnia „identyfikować” z granymi przez siebie „czarnymi charakterami”, aby wiernie ich sportretować, lecz są granice takiej identyfikacji, częściowo dlatego, że niegodziwość ta jest ograniczona. (Jest pewien próg, na którym aktor nie potrafi sportretować bohatera. Może wykorzystać swoje możliwości jedynie poniżej lub powyżej tego progu.) Jesteśmy postaciami w maskach: w warunkach idealnych maski tej prawie nie czujemy. (To jest mój pogląd. Niektórzy głupcy nie zgadzają się ze mną.) Przypominam sobie, jak kiedyś poproszono pewnego starego aktora, by zagrał starca. Powiedział wtedy przerażony: „Ależ ja nigdy nie grałem starego człowieka!” Oto profesjonalizm.

[…]

W miarę upływu lat James coraz wyraźniej jawił mi się jako groźna postać. Kiedyś pewien mój przyjaciel (był to Wilfred), poznawszy przypadkowo Jamesa, powiedział: „Twój kuzyn sprawia wrażenie człowieka zawiedzionego.” Rozwidniło się, i od razu poczułem się lepiej. Kiedy byłem młody, nie mogłem się nigdy zdecydować, czy to James jest postacią nierealną, a ja realną — czy vice versa. W każdym razie wydawało mi się w jakiś sposób oczywiste, że obaj nie możemy być realni ; jeden z nas musi zamieszkiwać świat rzeczywisty, drugi zaś krainę cieni. Jamesa zawsze cechowała jakaś nieludzka niewrażliwość. Datuje się to od najwcześniejszych lat. Jak już wspomniałem wcześniej, uświadomiłem sobie dzięki jakiejś psychologicznej osmozie, do której tak często zdolne są dzieci* że stryj Abel zawarł „korzystniejsze” małżeństwo niż mój ojciec i że państwo Abelostwo Arrowby dochrapali się lepszej pozycji niż państwo Adamostwo Arrowby.

[…]

Z kuzynem Jamesem sprawa wyglądała całkiem inaczej. James i ja od najwcześniejszych lat byliśmy wobec siebie czujni, podejrzliwi, nieustannie świadomi swego istnienia. W milczeniu obserwowaliśmy się nawzajem, ale jakoś instynktownie utrzymywaliśmy to wzajemne zainteresowanie w tajemnicy przed naszymi rodzicami. Nie mogę powiedzieć, że baliśmy się siebie; bałem się tylko ja. I nie był to lęk przed Jamesem, tylko przed czymś, co on reprezentował. Chodziło, jak przypuszczam, o prorocze, niejasne przeczucie, że moje życie okaże się fiaskiem, całkowitą klęską. Nasze wzajemne stosunki cechował niepokój i wzajemne skrępowanie. Naturalnie w skrytości ducha. Nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą na temat tego dziwnego napięcia, być może nie potrafilibyśmy znaleźć odpowiednich słów, by je określić. Wątpię, czy nasi rodzice domyślali się tego choć trochę. Nawet mój ojciec, który wiedział, że zazdroszczę Jamesowi, o tym nie miał pojęcia. Jak już wspomniałem, moje skrępowanie wobec kuzyna częściowo powodowała obawa, że jemu się w życiu powiedzie, ja zaś poniosę klęskę. Po bolesnych przeżyciach związanych z kucykami Jamesa tego już byłoby za wiele. Trudno niemal, określić, w jakim stopniu moja „żądza władzy” wywodziła się z owego dawnego pragnienia, żeby przyćmić Jamesa, zaimponować mu. Nie sądzę, żeby James tak bardzo pragnął imponować mnie; może wiedział, że nie potrzebuje się zbytnio wysilać, żeby to osiągnąć. Miał po swojej stronie wszystkie atuty. Otrzymał — z tego powodu naprawdę zacząłem już zgrzytać zębami — lepsze ode mnie wykształcenie; ja uczęszczałem do miejscowej średniej szkoły (była to przeciętna, całkiem przyzwoita szkoła, teraz przestała już istnieć), James uczył się w Winchesterze. (Może było to w pewnej mierze błogosławieństwem. Mówią, że pobyt w tej szkole pozostawia trwałe ślady w psychice uczniów.) Ja otrzymałem rozsądne, solidne wykształcenie, a przede wszystkim rozmiłowałem się w Szekspirze. James, jak mi się wówczas wydawało, uczył się wszystkiego naraz. Znał grekę, łacinę, kilka języków nowoczesnych, ja zaś słabo francuski, a jeszcze mniej łacinę. Wiedział dużo o malarstwie i regularnie odwiedzał różne galerie sztuki w Europie i Ameryce. Rozprawiał ze swadą o różnych miejscowościach na świecie. Był dobry z matmy i zdobywał nagrody na konkursach historycznych. Pisywał wiersze, które zamieszczano w gazetce szkolnej. Błyszczał. I chociaż nie chełpił się wcale tymi swoimi osiągnięciami, w jego towarzystwie czułem się coraz większym prostakiem. Wiedziałem, że pogłębia się coraz bardziej dzieląca nas przepaść, a zgłębiając ją czułem, jak przepełnia mnie rozpacz. To jasne, mojemu kuzynowi los przeznaczył sukces, mnie zaś klęskę. Ciekaw jestem, do jakiego stopnia był tego świadom mój ojciec.

[…]

Odkąd zacząłem pisać tę książkę, czy jak też nazwiemy te zapiski, czuję się tak, jakbym błądził po jakiejś ciemnej pieczarze, w której tu i ówdzie widać przeróżne „światełka” przenikające przez szyby czy szczeliny łączące ją ze światem zewnętrznym. (Cóż za posępny opis mego stanu ducha; wcale nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak posępnie.) Pośród tych światełek jarzy się jedno wielkie światło i ku niemu przez cały czas podświadomie się kieruję. Może to wielki otwór, przez który przenika światło dzienne, albo czeluść, przez którą bucha ogień z wnętrza ziemi. Nadal nie jestem pewny, którą z tych hipotez uważać za słuszną, i muszę się teraz przybliżyć do owego światła, żeby się o tym przekonać. Ten obraz nasunął mi się tak nagle, że nie wiem, co z nim zrobić. Kiedy zdecydowałem pisać o sobie, nasunęło mi się pytanie: czy mam pisać i o Hartley? Oczywiście, pomyślałem, muszę napisać o Hartley, przecież to najważniejsza osoba w moim życiu. Ale czy potrafię? Jaki styl mam wybrać i czy zdołam go na tyle opanować, aby był godzien tak świętego tematu, a jednocześnie żeby opisywane wydarzenia nie szarpały mi zanadto nerwów. A może będzie to po prostu świętokradztwo? Albo może wpadnę w nieodpowiedni ton i to, co było takie cudowne, zabrzmi groteskowo. Czy nie lepiej opowiedzieć historię swego życia nie wspominając o Hartley, nawet jeżeli pominięcie jej oznaczałoby, że cała ta książka to jedno wielkie kłamstwo? Czy można, kreśląc taki autoportret, opuścić coś, co wywarło tak ogromny wpływ na całą moją osobowość, kogoś, o kim się myślało codziennie przez cale życie? „Codziennie” to może przesada, ale niezbyt duża. Nie potrzebuję sobie przypominać Hartley, ona jest tutaj, w moim sercu, jest moim początkiem i końcem, alfą i omegą mego życia.

[…]

Rodzice nie podejrzewali, by Hartley jakoś specjalnie mnie interesowała, ponieważ uważali wtedy, że jestem za młody, żeby mieć w ogóle jakieś specjalne zainteresowania. Rodzice Hartley równie mało wiedzieli o mnie, tak samo nie interesowali się naszymi sprawami, z tą tylko różnicą, że chyba mnie nie lubili. Hartley miała starszego brata, który gardził zarówno siostrą, jak i mną. Nasz świat był jak gdyby zapieczętowany i trzymany przez nas w tajemnicy. Uważaliśmy, że oficjalnie poinformujemy rodziców o wszystkim później, kiedy będziemy zamierzali się pobrać; oczywiście byliśmy pewni, że się pobierzemy, gdy ukończymy osiemnaście lat. (Byliśmy w jednym wieku.) Nie szczędziliśmy sobie pieszczot, ale nie sypialiśmy ze sobą. Proszę pamiętać, że są to bardzo odległe czasy. Muszę spróbować opisać Hartley. O moja najdroższa, jak wyraźnie widzę cię teraz. Oczywiście nie działa tu moja wyobraźnia, widzę cię naprawdę. Światło w tej jaskini to światło dzienne, nie blask ognia. Może jest to jedyne prawdziwe światło w moim życiu, światło, które ukazuje prawdę. Nic dziwnego, że tak się bałem, by nie utracić tego światła i nie pogrążyć się na zawsze w mroku. Był to ten ślepy dziecięcy lęk, który tak wcześnie obudziła we mnie matka, kiedy mi odmawiano pocałunku i zabierano wieczorem świecę. Hartley, moja Hartley. Tak, widzę ją wyraźnie, jak skacze przez sznur, który podnoszą coraz wyżej i wyżej. Hartley pokonuje każdą wysokość. To ją obserwują, za każdym razem oddychają z ulgą, a moje serce bije tak mocno, taki jestem dumny. Hartley była najlepsza w skokach, w biegach, zdobyła mistrzostwo swojej szkoły, potem mistrzostwo międzyszkolne. Zawsze była pierwsza, a ja biłem brawo wraz z innymi i cieszyłem się w głębi serca z jej sukcesów. Widzę ją, jak stoi zdyszana, oparta o poręcze, jej nagie uda lśnią od potu. Trener mówił o olimpiadzie.

[…]

Nigdy nie widziałem Hartley całkiem rozebranej. Była szczupła, bardzo szczupła, długonoga, zgrabna i bardzo silna. Nigdy mnie do siebie nie przytuliła, ale czasami nagle sztywniała i tak mocno wpijała palce w moje ramiona, że pozostawały na nich wyraźne ślady. Gdy ją całowałem, nie zamykała oczu, wpatrywała się we mnie z dziwnym zakłopotaniem, które oznaczało jednocześnie namiętność. Te spokojne, milczące, niemal sztywne uściski okazały się najbardziej namiętne ze wszystkich zaznanych w życiu. Szanowaliśmy się nawzajem i uwielbialiśmy się — ale zachowaliśmy niewinność. Ta nasza namiętność i miłość były takie czyste, jakich nigdy już nie spotkam i jakie, jestem tego pewien, rzadko się w ogóle zdarzają. Od tych wspomnień bije ku mnie taki blask jak od żadnego dzieła sztuki, są dla mnie żywsze i cenniejsze niż Szekspir czy Piero della Francesca. Jakaś część mojej istoty nie uległa wpływowi czasu i zmianom, które zaszły w moim życiu, pozostała na wieki przy Hartley, w tym cudownym miejscu, gdzie kiedyś przebywaliśmy razem.

[…]

Pojechaliśmy na rowerach nad kanał naszą zwykłą drogą. Rowery leżały splątane ze sobą, tak jak zawsze, w wysokiej trawie obok ścieżki służącej do holowania łodzi. Spacerowaliśmy patrząc na znajome miejsca, które uważaliśmy za swoje własne. Była jesień. Nad łąką unosiło się mnóstwo motyli. Odtąd motyle zawsze przypominają mi te straszne chwile. Nagle Hartley zaczęła płakać. To nie może trwać dłużej, nie może trwać. Nie mogę wyjść za ciebie. Nie bylibyśmy razem szczęśliwi. Nie zostałbyś ze mną, uciekłbyś, nie dochowałbyś mi wierności. Tak cię kocham, ale nie mogę ci zaufać, nie potrafię cię zrozumieć. Oboje byliśmy bliscy obłędu, oboje płakaliśmy z żalu. W końcu zrozpaczony i śmiertelnie przerażony krzyknąłem: Zostańmy przynajmniej na zawsze przyjaciółmi, nie możemy się rozstać, nie możemy się nawzajem utracić, to niemożliwe, umrę bez ciebie. Potrząsnęła przecząco głową. Dobrze wiesz, że teraz nie możemy już być przyjaciółmi.

[…]

Chodzi o Lizzie i o mnie. Charles, proszę cię, traktuj to poważnie i nie patrz tak na mnie, bo się rozpłaczę! Coś się naprawdę zrodziło między nami, nie mam na myśli tych rzeczy, no wiesz, to wygląda na prawdziwą miłość. O Boże, na tym parszywym świecie nieczęsto spotyka się takie szczęście, ze sprawami płci są oczywiście zawsze kłopoty, ale gdyby człowiek szukał w drugim człowieku jedynie bratniej duszy... Duszy? Gdyby ludzie po prostu się rozumieli, kochali spokojnie i czule i szukali wspólnie szczęścia, no cóż, sprawy seksualne są także ważne, ale tylko w sensie „kosmicznym”, kiedy w grę nie wchodzą jedynie organy... Organy? Między mną i Lizzie istnieje naprawdę głęboka więź, jesteśmy sobie bliscy jak brat i siostra, przestaliśmy się błąkać, stworzyliśmy sobie dom. Do chwili pojawienia się Lizzie czekałem tylko na następnego drinka; dżin, potem mleko, dżin, mleko i tak w kółko, wiesz, jak to bywa. Myślę, że trwałoby to dalej, dopóki bym się nie wykończył. i Teraz wszystko się zmieniło, nawet przeszłość wydaje się inna. Opowiedzieliśmy sobie nawzajem cale nasze życie z najdrobniejszymi szczegółami, wszyściuteńko, i odzyskaliśmy jak gdyby naszą przeszłość, odkupiliśmy ją.

[…]

Kiedy się tak wpatrywałem w Rosinę, wydało mi się nagle, że jej twarz znikła, a zamiast niej pojawiła się d z i u r ą, i przez tę dziurę ujrzałem jakby głowę węża, zęby i różową otwartą .paszczę mojego potwora morskiego. Trwało to sekundę. Przypuszczam, że wcale tego nie zobaczyłem, że chodziło po prostu o obraz utrwalony w myślach. Nerwy miałem nadal straszliwie napięte. Znowu usłyszałem szum morza, teraz głośniejszy. Trudno jednak było przypuszczać, żeby Rosina wymyśliła jakiegoś potwora morskiego i straszyła mnie nim, więc postanowiłem o nim nie wspominać.

[…]

Nigdy nie miałeś za grosz wyobraźni, nic dziwnego, że nie potrafiłeś pisać sztuk. Zimna ryba z ciebie. Potrzebujesz kobiet, ponieważ jednak nigdy n i e i n t e r e s u j ą cię ludzie, których potrzebujesz, niczego się nie nauczyłeś. Miałeś romanse, ale jakimś cudem pozostałeś niewinny, nie, nie jesteś niewinny, jesteś do gruntu zepsuty, tylko taki jakiś niedojrzały. Twoją pierwszą kochanką była matka, Klementyna porwała cię od niej. Czy ty nie rozumiesz, że to wszystko było mirażem. Te kobiety kochały cię dla twojej władzy, twojej magii, tak, bo ty jesteś czarodziejem. Teraz to się skończyło. Ja jestem jedyną kobietą, która kochała cię dla ciebie samego, a nie dla twoich pięknych oczu. […] Osobą, której Rosina omal nie przejechała, była owa stara kobieta z wioski, tak dziwnie przypominająca mi Hartley. Ale dopiero teraz, w chwili kiedy oświetliły ją reflektory samochodu, uprzytomniłem sobie, że ta stara kobieta nie przypomina mi Hartley... to jest Hartley.

[…]

Później dopiero uświadomiłem sobie, że zasnąłem. A kiedy otworzyłem oczy, ze zdziwieniem stwierdziłem, że niebo jest już całkiem inne; przestało być ciemne, zrobiło się teraz złote, jakby przysypane złocistym pyłem, jakby za gwiazdami, które widziałem przedtem, podniosły się jedna za drugą kurtyny. Teraz wpatrywałem się w bezkresne wnętrze świata, który jak gdyby powoli wywracał się na drugą stronę. Gwiazdy i gwiazdy, gwiazdy za gwiazdami, same gwiazdy. Pojawiały się wciąż nowe i nowe, aż w końcu nie było już nic między nimi, za nimi, ani skrawka przestrzeni, żadnego światła, same gwiazdy i zamglony gwiezdny pyl. Księżyc już zaszedł. Woda chlupotała teraz gdzieś wyżej, bliżej, muskając skałę tak delikatnie, że jej ruch wydawał mi się jakąś wibracją. Morze pociemniało z pokorą w obliczu gwiazd, które płynęły teraz tak, jak gdyby oglądało się rotację niebios jako rodzaj gigantycznej krepitacji. Tyle że teraz tam, w górze, już nic się nie działo, żadna z gwiazd nie. roziskrzała się nagłym blaskiem, żadna nie spadała, nie działo się nic, co człowiek może pojąć czy choćby sobie wyobrazić. Wszystko znajdowało się w ruchu, wszystko się zmieniało, było jednocześnie dostrzegalne i niepojęte. A ja przestałem być sobą, zostałem uwięziony niby atom, cząsteczka atomu, niezbędny, uwięziony obserwator, maleńkie lusterko, w którym odbija się obojętnie wszystko to, co w istocie nieustannie się gotuje, kipi. Złoto, złoto, samo złoto...

[…]

Potem zacząłem gorączkowo szukać fotografii matki i wkrótce znalazłem jedną, na której twarz mamy nie wyraża niepokoju; matka uśmiecha się do mnie z tego zdjęcia szczerze, szeroko, z jakimś łagodnym, a jednocześnie wszechwładnym, tak dobrze mi znanym wyrazem twarzy. Gładko sczesane do tyłu włosy odsłaniają wysokie, wypukłe czoło, szeroko rozstawione oczy patrzą władczo prosto przed siebie. Intelektualistką to ona nie była, ale na pewno w wielu zawodach osiągnęłaby sukces. Często bywała wesoła, lecz wesołością wywodzącą się, a w każdym razie jakoś związaną i niemal ostentacyjnie demonstrowaną jako efekt, z prostego, ascetycznego, nienagannego życia, jakie wiodła. Burzliwe lata młodości ominęły moich rodziców. Znalazłem także, choć wcale go specjalnie nie szukałem, wzruszające (aż nadto wzruszające) zdjęcie ojca. Jest na nim jeszcze bardzo młody, w mundurze oficera piechoty z czasów pierwszej wojny światowej. Jak, u licha, udało mu się wyjść cało z tej masakry i dlaczego nigdy nie wypytałem go o to dokładnie. Ojciec także patrzy prosto na mnie, ale się nie uśmiecha, w jego nieśmiałych oczach czai się niepokój. Jakie miękkie i młode miał usta! Jakież ten łagodny, nieśmiały człowiek radził sobie jako żołnierz? To moja matka podejmowała w naszej rodzinie wszelkie decyzje i wykłócała się z dostawcami. Być może dzięki tej odporności typowej dla ludzi północy, jaką częściowo po niej. odziedziczyłem, zmusiłem świat, żeby przyjął mnie takim, jakim jestem, i zaakceptował moje własne kryteria oceny.

[…]

Każde trwałe małżeństwo opiera się na lęku — powiedział Peregrine. Lęk jest sprawą zasadniczą. Człowiek grzebie w ludzkiej duszy i co znajduje na dnie? Nędzny, uporczywy, okrutny, egoistyczny lęk, który zmusza nas do włażenia z butami do duszy bliźnich albo do kulenia się ze strachu. Ludzie w małżeństwie albo starają się zdominować partnera, albo mu ulegają. Oczywiście czasami Jakoś się docierają” lub „osiągają harmonię”, gdyż trzeba sobie poczynać rozsądnie ze źródłem terroru w naszym życiu. Podejrzewam, że tak naprawdę to jest strasznie mało szczęśliwych małżeństw, tylko że ludzie ukrywają swoje nieszczęście i rozczarowanie. Ile my znamy szczęśliwych par? No tak, Sid i Rosemary. Mają przemiłe dzieciaki, rozmawiają ze sobą, właściwie nie przestają szczebiotać. Tak, to swego rodzaju cud, ale czy my wiemy, jak tam u nich jest naprawdę i jak długo to będzie trwać? Nie przychodzi mi do głowy żadna inna szczęśliwa para, chociaż znam kilka, które wyglądają tak, jakby wszystko było między nimi OK, tak się jednak akurat składa, że wiemy, jak to wygląda za kulisami. O Boże, Charles, mądry byłeś, że się nie ożeniłeś. Pozostałeś wolnym człowiekiem. Tak jak Wilfred Dunning. Nigdy nie nałożono ci uzdy, nie krępował cię żaden łańcuch.

[…]

Jeśli sądzisz, że miałem słodkie życie z Klementyną… Kłopot, Charles, polega na tym, że ty w gruncie I rzeczy gardzisz kobietami, podczas gdy ja, mimo pozorów, I wręcz przeciwnie... Wcale nie gardzę kobietami. Kochałem się we wszystkich Szekspirowskich heroinach, zanim ukończyłem dwanaście lat. Ale one nie istnieją, mój drogi, w tym rzecz. One zamieszkują nierealny świat sztuki, są tworami Szekspirowskiego umysłu, jego geniuszu, i kpią sobie z nas, budzą w nas złudne nadzieje, nieziszczalne marzenia. Realne są tylko kłamstwa, złość i awantury o pieniądze.

[…]

Część pozostałego czasu postanowiłem spędzić w galerii sztuki. Nie jestem wielkim znawcą obrazów, ale oglądanie ich uspokaja mnie i sprawia mi pewną przyjemność. Lubię atmosferę panującą w galeriach, natomiast nie znoszę na przykład atmosfery sal koncertowych. Muszę przyznać, że czerpię wiele zmysłowej przyjemności oglądając portrety kobiet. Malarze też najwidoczniej czerpali podobną przyjemność z ich malowania, więc czemu ja nie mogę? Po chwili wahania postanowiłem pójść do Wallace Collection, gdzie nie byłem już dość dawno. Mój ojciec, który znał się na obrazach jeszcze mniej niż ja, zabrał mnie tam, kiedy byłem małym chłopcem, podczas jednej z naszych rzadkich wizyt w Londynie, żebym zobaczył Śmiejącego się kawalera Fransa Halsa. Ta galeria kojarzy mi się z ojcem. Myślę, że lubił to miejsce, bo panował tam taki spokój i tyle było mebli i obrazów, że galeria przypominała jakąś wspaniałą prywatną rezydencję. Szczególną przyjemność sprawiało mojemu ojcu oglądanie bogatej kolekcji zegarów (bardzo lubił zegary), które podczas naszej wizyty wybijały godziny na różne sposoby, choć nie o jednej porze. Kiedy wszedłem do galerii, było tam niemal pusto, zacząłem więc wędrować po salach w dziwnym oszołomieniu; oglądałem obrazy i myślałem o Hartley. Tak wiele miałem kobiet, tyle wspaniałych kobiet... a jednak porzuca się schronienie. Z Hartley było całkiem inaczej. Ona towarzyszyła mi wszędzie i nigdy nie szukałem u niej ucieczki, stała się jak gdyby cząstką mojej osobowości, istniała we mnie jako część mnie samego, jak krew, jak nerwy. Ale widziałem te inne kobiety, chodząc po salach galerii, mrużąc oczy, ślizgając się po parkiecie, poruszając się niepewnie. Były tu wszystkie: Lizzie namalował Terborch, Jeanne — Nicolaes Maes, Ritę Domenichino, Rosinę Rubens, wspaniałe, cudowne studium Klementyny pędzla Greuze’a; tak właśnie wyglądała, kiedy ją poznałem. Biedna, piękna Klementyna, tak bardzo bała się starości. Znalazłem tu nawet portret mojej matki, dzieło Reynoldsa, trochę zbyt pochlebny, ale z zachowanym podobieństwem. Ja jednak wciąż szukałem Hartley. Który z mistrzów potrafiłby ją namalować? Może Campin, Memling albo Van Eyck. Ale Hartley nie było tutaj... I nagle wszystkie zegary zaczęły wybijać godzinę czwartą. Gdzieś na dole pracowali robotnicy, walili głośno młotkami, rozbłyskiwało i gasło jakieś światło w rytmie pulsującego mi w głowie bólu. Nagle się zorientowałem, że staram się przypomnieć sobie coś ważnego, co chciałem zapamiętać, coś, co miało jakiś związek z ową nocą, kiedy leżałem na skałach i wpatrywałem się w przepastne pieczary nieba pełne gwiazd, i wydawało mi się, że wszechświat wywraca się na drugą stronę. Właśnie ten widok przypomniał mi coś, tylko nie wiedziałem co. I dopiero teraz kiedy wydawało mi się, że znów widzę rozlegle, powoli zmieniające się, przepastne sklepienie niebios usiane gwiazdami, lśniącymi złotymi gwiazdami, tyle, tyle tych gwiazd, dopiero teraz uświadomiłem sobie, co mi to wtedy przypominało. Przypominało mi to migające światła kina „Odeon”, do którego chodziliśmy z Hartley jako dzieci. Znajdowałem się teraz w głównej sali galerii, w tej, do której przyprowadził mnie kiedyś ojciec, żeby mi pokazać Śmiejącego się kawalera. Światło było tu trochę przyćmione, jakieś gęste, jakby ziarniste, brązowawe, mimo że na dworze świeciło słońce. A może tak mi się tylko wydawało przez tego mojego kaca? Galeria była pusta. I nagle spostrzegłem coś, co mi się wydało dziwnym zbiegiem okoliczności: ujrzałem przed sobą obraz Tycjana przedstawiający Perseusza i Andromedę. Wpatrywałem się w niego zamglonym wzrokiem i podziwiałem pełną wdzięku postać nagiej dziewczyny, która niemal tanecznym ruchem próbuje się uwolnić z łańcuchów i dzięki temu zdaje się unosić w powietrzu, tak samo jak jej wybawca. I nagle dostrzegłem, chociaż nigdy tego dawniej nie zauważyłem, a oglądałem ten obraz wiele razy, okropną otwartą paszczę i zęby smoka dosiadanego przez Perseusza. Ten smok niezupełnie przypominał mojego potwora morskiego, ale paszczę miał bardzo podobną. Wspomnienie tego przywidzenia, czy co to tam było, zaczęło mnie teraz bardziej niepokoić niż kiedykolwiek od czasu szoku doznanego wtedy na skalach. Odwróciłem się szybko i nagle znalazłem się na wprost Rembrandtowskiego Tytusa. A więc Tytus [adoptowany syn Hartley – przyp. aut.] był tu także. I Tytus, i potwór morski, i gwiazdy, i wspomnienie dłoni Hartley w mojej dłoni w kinie „Odeon” przed przeszło czterdziestu laty.

[…]

Była piąta po południu. Siedziałem w mieszkaniu Jamesa w Pimlico. Mieszkanie mego kuzyna przypomina orientalny bazar. Zawsze gardziłem nim aż do czasu, gdy sobie uświadomiłem, że wielu tych Buddów w wysokich stożkowych nakryciach głowy, a także posążków pełnego wdzięku Siwy jest ze złota, a nie, jak myślałem, z mosiądzu. Przypomniało mi się, że Toby Ellesmere powiedział mi kiedyś, że mój kuzyn to bardzo bogaty człowiek. (Często się zastanawiam, dlaczego mnie się nie udało zbić majątku.) James musiał odziedziczyć mnóstwo pieniędzy po rodzicach. Prawdopodobnie Ellesmere zainwestował je na jego prośbę. Teraz dopiero widzę w tym mieszkaniu wiele wartościowych rzeczy, chociaż nie cenię zbyt wysoko Jamesa jako kolekcjonera i znawcy. Niema on chyba żadnej koncepcji, jeśli chodzi o selekcję i eksponowanie tych skarbów. Wszystko leży jedno na drugim, cenne przedmioty. Czy to wynik sentymentalizmu, rozpaczy, oderwania od świata? Wszystko to łatwiej wyliczyć niż opisać. W pokojach pełno jest różnych drobiazgów, które nazwałbym fetyszami (wiem, że Jamesowi nie podobałoby się takie określenie), różnego rodzaju kamyków, laseczek, muszli, do których (dlaczego? przez kogo?) zostały przymocowane inne przedmioty: pióra, kawałki drewna z wyrzeźbionymi twarzami; są tu wielkie zęby, a nawet kości opatrzone dziwnymi znakami (pismo?). Ściany zasłonięte są książkami na regałach lub makatami, a raczej błyszczącymi niebieskimi tkaninami, na których wiszą maski o dość niepokojącym wyglądzie. Jest tu także mnóstwo naszyjników (różańców?), jedne leżą splątane w różnych miseczkach, inne wiszą na malowanych zwojach albo na wyobrażeniach świętego kręgu, „mandali”, bądź też na fotografiach o malowniczej nazwie Kumbum. Są tu też nadzwyczaj cenne, prześliczne figurki zwierzątek z jadeitu - niejedną miałem często ochotę wsunąć do kieszeni - a także talerzyki i miseczki z cudownej chińskiej porcelany w kolorze szarej, morskiej zieleni, na których pod grubą warstwą szkliwa, po strzepaniu z nich chusteczką kurzu, można dostrzec rysunki chryzantem i kwiatów lotosu. Na maleńkich ołtarzykach z laki — zakładam, że są to ołtarzyki — siedzą lub stoją Buddy. Są tu, jak sądzę, również młynki tybetańskie, miniaturowe pagody i jakieś dziwne pudełeczka z misternie wykonanymi wieżyczkami na wieczkach, niektóre wysadzane koralami, turkusami i innymi kamieniami półszlachetnymi. Na konsoli znajduje się ozdobna drewniana szkatułka w kształcie pagody, jak twierdzi James, przypominająca te, w których lamowie trzymają na uwięzi demony. (Kiedy zapytałem swego kuzyna, czy i on trzyma w niej demona, tylko się zaśmiał.) Klejnotami zdobione są także pochwy i rączki sztyletów, których jeden, o złotej rzeźbionej rękojeści, leży zwykle na biurku Jamesa. Raz spostrzegłem go na łóżku. Czasem mi się wydaje, że mój kuzyn jest trochę dziecinny.

[…]

Jesteśmy istotami skrytymi, ta nasza skrytość najbardziej zdumiewa, bardziej nawet niż nasz rozum. Ale nie można wejść do pieczary duszy i rozejrzeć się dookoła. Większość tego, co nam się wydaję, że wiemy o naszym umyśle, to jedynie pseudowiedza. Jesteśmy wszyscy takimi pozerami, tak potrafimy wyolbrzymiać znaczenie tego, co nam się wydaje cenne! Bohaterowie trojańscy walczyli za widmo Heleny, jak twierdzi Stesichoros. Daremne wojny o widmowe trofea. Mam nadzieję, że pozwolisz sobie na wiele refleksji nad ludzką próżnością. Ludzie tak kłamią! Nawet my, starzy, nie mówimy prawdy. Chociaż jeśli robimy to z artyzmem, nie ma to większego znaczenia, gdyż w sztuce obowiązuje inny rodzaj prawdy. Proust to dla nas autorytet, jeśli chodzi o francuską arystokrację, a kogo obchodzi, jaka ona była naprawdę. I cóż to znaczy? Uważam, że znaczy coś prostego i oczywistego, ale w końcu ja nie jestem filozofem. Uważam, że to ma znaczenie. Dla historyków, nawet dla krytyków. Nie troszczyłbym się też o „nas, starych”. Mów za siebie, kuzynie. Czy to, co naprawdę przydarzyło się Lawrence’owi w Dara, ma jakieś znaczenie? Nawet psi ząb jarzy się światłem, jeśli naprawdę mu się oddaje cześć. Czczony przedmiot posiada cudowną moc, taki oto jest sens dowodu ontologicznego. Kłamstwo może nas oświecić tak samo jak prawda, jeśli posłużymy się sztuką. Co to jest zresztą prawda? Wiemy, że jesteśmy fałszywymi obiektami, fikcją, kłębkami iluzji. Czy potrafisz określić dokładnie, co czujesz, co myślisz, co czynisz? Musimy udawać w sądach, że coś takiego można zrobić, ale to tylko kwestia wygody. Dobrze, dobrze, to nie ma znaczenia. Muszę przyjechać i zobaczyć ten twój dom nad morzem i twoje ptaki. Czy tam są głuptaki białe? Nie wiem, jak wyglądają głuptaki białe. James umilkł, zaskoczony. Morze, morze, no tak... - ciągnął James. Czy wiedziałeś, że Platon wywodzi się od Posejdona, ze strony ojca? Czy są tam u ciebie morświny albo foki? Foki podobno są, ale ja nie widziałem ani jednej.

[…]

Na niektórych zdjęciach byliśmy oboje. Kto je robił? Nie mogłem sobie przypomnieć. Z pożółkłych zdjęć z bezgrzesznego świata patrzyły jasne, pogodne, jeszcze nieokrzepłe młode twarze. Był to niezepsuty świat naprawdę prostych i czystych przyjemności; szczęśliwy świat, bo miałem do Hartley bezgraniczne zaufanie i nie myśleliśmy o sypianiu ze sobą, hołdując dziecięcej, staromodnej skromności. Mimo to czuliśmy się chyba szczęśliwsi niż dzieci w naszych czasach. Blask tej czystej miłości i czystego, pozbawionego niepokoju romansu opromieniał nasze wspólnie spędzane dni i oddzielnie spędzane noce. To nie jest absurdalna idealizacja jakiejś młodzieńczej Arkadii. Byliśmy zwykłymi dziećmi żyjącymi w zwykłym świecie, kochaliśmy i słuchaliśmy naszych rodziców i naszych nauczycieli. Cierpienia, jakie każdy człowiek przeżywa podczas swej życiowej wędrówki, konieczność dokonywania wyboru, nieuniknione zbrodnie — to wszystko czekało nas w odległej przyszłości. Mogliśmy sobie pozwolić na miłość.

[…]

Ale widzisz, kiedy zobaczyłam, jaki Ben [mąż Hartley – przyp. aut.] jest zazdrosny, i zrozumiałam, jaki to zły, zazdrosny człowiek, ogarnęło mnie przerażenie, pomyślałam: a co się stanie, jeśli pewnego dnia ty się pojawisz... I pojawiłem się... Musiałam się jakoś zabezpieczyć, przynajmniej wspominając o tobie. Rozumiesz, bałam się, że ktoś może mu coś powiedzieć albo że ty odkryjesz, gdzie jestem... tak bardzo się starałam, żeby nikt się nie dowiedział, nikt, kto mógłby tobie powiedzieć... pozrywałam wszystkie znajomości, moi rodzice się przeprowadzili... myślałam, że będziesz próbował mnie odnaleźć i... No proszę, pozrywałaś wszystkie znajomości! Ależ, Hartley, jeśli się go tak bałaś od samego początku, to dlaczego wyszłaś za tego nicponia? Myślałam, że wszystko się jakoś później ułoży. Mnie się nigdy nie bałaś, prawda? Nie, nie. Ale bałam się, że się dowiesz, gdzie jestem, i napiszesz do mnie. On zawsze przeglądał moje listy. Przez lata całe zawsze wstawałam pierwsza i każdego ranka biegłam na dół, żeby zabrać pocztę i zdążyć ukryć list od ciebie, gdybyś napisał. Robiłam to i wtedy, kiedy mu już o tobie powiedziałam. Zawsze przerażała mnie poczta, bałam się, że znajdzie się w niej coś, co on mógłby przejąć i źle zrozumieć. Zycie w ciągłym lęku, że on coś wykryje, było takie straszne, więc mu powiedziałam. Nie chciałam ryzykować. I to okazało się... okropne. Był wściekły, zazdrosny? To okazało się okropne. Widzisz, on nie mógł uwierzyć, że łączyło nas całkiem niewinne uczucie.

[…]

Kiedy, znalazłem się na szczycie mojego niewielkiego „urwiska”, ogarnął mnie lęk, który wydał mi się znajomy; przede wszystkim poczułem zawrót głowy, jakby morze znajdowało się sto stóp pode mną, a nie dwanaście, jak zwykle przy przypływie. Musiałem usiąść. I nagle odczułem nerwową potrzebę, żeby zbadać dokładnie przez lornetkę powierzchnię morza. Ale nie szukałem fok. W ciągu mijających dni uświadamiałem sobie oczywiście, że to coś, co mnie przeraża, zbliża się coraz bardziej. Czułem, że nadszedł już czas, bym zaczął myśleć o jakimś ocaleniu, a w każdym razie zareagował na to okropne milczenie Hartley. Nad jego przyczynami nie chciałem się jeszcze zastanawiać. Kiedy pędzicie do domu, żeby uwolnić zakładnika od bandyty uzbrojonego w rewolwer, nie wiecie, jak się zachowa bandyta ani jak się zachowa zakładnik. Może to właśnie taka obawa pojawiła się nagle na wielkiej, pustej scenie mojej wyobraźni? Dzień wstał słoneczny, chłodny, wiał wiatr. Morze było wzburzone, granatowe, niebo blade, tuż nad horyzontem płynęła płowożółta chmura przypominająca długi strzęp jedwabiu. Miałem na sobie irlandzki jersejowy sweter od Doris. Zacząłem obserwować morze przez lornetkę. Przepatrywałem ze wzrastającym niepokojem wzburzoną powierzchnię wody poznaczoną pasmami białych grzyw. Wiedziałem: szukam mojego morskiego potwora o wężowej szyi, oczekując, że pojawi się w każdej chwili.

[…]

Jeśli chodzi o Tytusa i Gilberta, to jeśli tylko udało im się uniknąć towarzystwa Hartley i mojego, zachowywali się tak, jak gdyby byli na wakacjach. Tytus nie chciał rozmawiać na temat matki ani ojca. Wolał się wyłączyć. Kąpał się codziennie, czasem nawet dwa albo trzy razy, i zawsze skakał do wody z mojego „urwiska”. Wysmarowany olejkiem do opalania, nago wylegiwał się na skałach. Pozbył się wszelkich skrupułów co do „żebraniny” i korzystał z mojej gościnności, jak gdyby miał do niej pełne prawo, nie dając nic w zamian: nie okazywał mi żadnej pomocy ani serca. Oczywiście jest to niesprawiedliwy sąd. Nie mogę potępiać Tytusa za to, że „nie chciał wiedzieć”, co się dzieje na górze. Myślę, że się nawet nad tym nie zastanawiał, i rzeczywiście trudno było się nad tym zastanawiać. Muszę przyznać, że poświęcałem mu bardzo mało czasu, więc mógł się czuć dotknięty. Doszedłem do wniosku, że Tytus jest osobnikiem mniej skomplikowanym, bardziej naiwnym, niż z początku myślałem, albo też wobec tych wszystkich okropności wybrał ową naiwność.

[…]

Naprawdę? Czy ból może ustąpić? Hartley umilkła nagle, zakłopotana. I kiedy tak się wpatrywała we mnie szeroko otwartymi oczami, pomyślałem: Czy ona jest zupełnie obłąkana, czy całkiem pomieszało się jej w głowie? A może jest tylko nieszczęsnym rozbitkiem życiowym albo uduchowioną istotą, którą wysubtelniło cierpienie? Czy ten dziwny, dziki wygląd w czasach jej młodości, z czasów gdy była tak piękna, który tak kochałem, tak uwielbiałem, był pierwszą proroczą zapowiedzią niesamowitego uduchowienia? Są utajeni święci i dziwne bywają ich losy. Lecz Hartley nie była chyba rozbitkiem życiowym, biedną złamaną gałązką; jej osobowość i ostateczną tożsamość zniszczyła ta sama okrutna siła, która jej kazała opuścić Tytusa. Czymkolwiek jednak była, kochałem ją, kocham i będę kochał zawsze, tu, na ziemi, i tam za tymi gwiazdami i jeszcze dalej, za kolejnymi konstelacjami gwiazd, za tymi milionami gwiazd, które widziałem owej nocy, kiedy leżałem na skałach, a wyzłocone niebo powoli odwracało cały wszechświat na drugą stronę. Tak, kochanie, moja królowo, mój aniele, ból może ustąpić.

[…]

.To jest zastraszona, sterroryzowana kobieta, która nigdy nie była z tym człowiekiem szczęśliwa. Sama mi to powiedziała. Może jej małżeństwo nie było szczęśliwe, ale jednak przetrwało wiele lat. Za dużo rozmyślasz o szczęściu, Charles. Ono nie jest w sumie takie ważne. Ona też tak mówi. No widzisz. Tytus — zapytałem — czy szczęście jest ważne? Oczywiście, że tak — odparł i wreszcie spojrzał na mnie. No widzisz — uśmiechnąłem się do Jamesa. Typowa odpowiedź dla młodego człowieka - odparował James. — No a teraz przejdźmy do następnego punktu. Twój kłopot, Charles — odezwał się Peregrine popijając wciąż whisky —jak już powiedziałem wcześniej, polega na tym, że gardzisz kobietami, uważasz je za coś w rodzaju sprzętu, tę kobietę również tak traktujesz. Następny punkt: Ten dramat rozwija się bardzo szybko i jest kłębowiskiem uczuć i ideałów. Twierdzisz, że zachowałeś w pamięci obraz swej pierwszej czystej miłości przez te wszystkie lata. Możesz uważać ją nawet za najwyższą wartość, jakiś standardowy wzorzec, przy którym inne miłości traciły na znaczeniu. Tak. Czy moglibyście nie krytykować tej wiodącej idei. Nie nazwałbym jej fikcją. Nazwijmy ją marzeniem. Oczywiście, żyjemy marzeniami i dzięki nim, i nawet w naszym zdyscyplinowanym życiu duchowym, czasem właśnie w nim, trudno jest odróżnić marzenie od rzeczywistości. W zwykłych ludzkich sprawach przychodzi z pomocą zdrowy rozsądek. Dla większości ludzi zdrowy rozsądek jest tożsamy z zasadami moralności. Ale zdaje się, że ty rozmyślnie wykluczyłeś to skromne źródło światła. Zapytaj samego siebie, co się naprawdę wydarzyło przed laty. Zbudowałeś z tego całą historię, a historie bywają fałszywe.

[…]

Czas może sprawić, że przestajemy widzieć ludzi takimi, jacy są w istocie, może nas od nich jakoś oddzielić i przemienić w duchy. Chociaż to my sami raczej zamieniamy ich w duchy. Niepotrzebne odgrzebywanie przeszłości może stworzyć takie pozory, doprowadzić do takiej sytuacji, w jakiej się znaleźli bohaterowie trojańscy, którzy walczyli o widmo Heleny. Więc uważasz, że ja walczę o widmo Heleny? Tak. Hartley jest dla mnie czymś realnym. Bardziej realnym niż ty. Jak możesz znieważać nieszczęśliwą, cierpiącą kobietę nazywając ją duchem. Ja jej nie nazywam duchem. Ona jest realna, tak jak realne są istoty ludzkie, ale jej realność polega na czym innym. Ona nie odpowiada postaci z twoich marzeń. Nie zdołałeś jej przemienić. Musisz przyznać, że ci się nie udało, choć próbowałeś.

[…]

Twoja miłość do tej dziewczyny, z czasów kiedy ona była jeszcze dziewczyną, w efekcie szoku doznała chwilowego zaniku funkcji żywotnych. Kolejny szok związany ze spotkaniem jej po latach uaktywnił wszystkie twoje dawne uczucia do niej. To psychiczna szarada, konieczna, być może, lecz nie w takim stopniu, jak myślisz. Oczywiście, nie możesz przejść nad tym tak od, razu do porządku. Za kilka tygodni albo za kilka miesięcy będziesz musiał jednak to wszystko przeanalizować, przeżyć to jeszcze raz i uwolnić się od tego. To nie będzie trwało wiecznie, nic, co ludzkie, nie jest wieczne. Dla nas wieczność to iluzja. Jak w bajce. Kiedy zegar wybije dwunastą, wszystko się rozpadnie i zniknie. I stwierdzisz nagle, że się od niej uwolniłeś, uwolniłeś na zawsze, i będziesz mógł pozwolić temu biednemu duchowi odejść. Pozostaną jedynie zwykłe zobowiązania i zwykłe zainteresowania. Odczujesz ulgę, poczujesz się wolny. W tej chwili jesteś po prostu jak opętany, jak zahipnotyzowany. James mówił to wszystko pochylony nad wodą, rzucając płaskie kamyki w taki sposób, że odbijały się kilkakrotnie od powierzchni. Ale morze było wzburzone i nie mogły się odbijać zbyt długo. Pamiętam, że bawiliśmy się w ten sposób z Hartley; puszczaliśmy takie „kaczki” na stawie koło naszego domu. Ona robiła to o wiele lepiej ode mnie. To, co mówisz, brzmi rozsądnie — odparłem. Tylko że nic nie daje. Miłość odbiera sens takiej marnej psychologii. Ty nie możesz uwierzyć, że miłość może przetrwać tyle lat, jak mi się wydaje. Ale to właśnie trwałość jest jej cudowną cechą. Może nigdy nikogo tak bardzo nie kochałeś.

[…]

Leżałem na wznak na skale. Otworzyłem oczy i zobaczyłem gwiazdę. Miałem dziwny sen. Wydawał mi się znajomy, a jednak nie śniło mi się nigdy nic takiego. W tym śnie kuzyn James całował mnie w usta. Widziałem gwiazdę i myślałem: To cud, oddycham. Mój oddech wydał mi się czymś wspaniałym, jakimś kosmicznym ruchem, naturalnym, a mimo to cudownym. Był wolny, spokojny, głęboki. Naprawdę oddychałem. Gdzieś pode mną rozlegał się monotonny, jednostajny ryk fal, tymczasem ja leżałem i patrzyłem na gwiazdę. Czułem ból, a mimo to byłem spokojny, wolny od niego. Leżałem odprężony, jak gdybym się obudził z jakiegoś wspaniałego snu, i teraz pewno zasnę z powrotem. Zamknąłem oczy. Oddychałem.

[…]

Będziemy żyli z Hartley samotnie, w ukryciu, incognito, gdzieś na prowincji w Anglii, w małym domku nad morzem. Ona będzie szyła, chodziła na zakupy, a ja będę się zajmował ogrodem i malował sień naszego domku. I będę wreszcie miał to wszystko, za czym tęskniłem całe życie. I będziemy dla siebie bardzo dobrzy, będziemy się nawzajem hołubić i żyć sobie wygodnie, spokojnie, z dala od wszelkiego zepsucia i degrengolady. Będę obcował z prostymi ludźmi i sam się stanę prostym człowiekiem, i wreszcie sobie odpocznę. Boże, jak ja pragnę wreszcie odpocząć. I tak połączę koniec mego życia z początkiem, tak jak mi było przeznaczone i w sposób należyty. Właśnie tego szukałem instynktownie, kiedy ku zdumieniu wszystkich rzuciłem pracę i przyjechałem tutaj, właśnie tutaj. Hartley i ja będziemy żyć razem, sami, nie widując prawie nikogo, i znów będziemy sobie wierni tak jak dawniej, odrodzi się wokół nas dawny niewinny świat.

[…]

Niektórzy Tybetańczycy wierzą — rzekł James. Wierzyli. Poprawił się. Zawsze mówił teraz o tym kraju w czasie przeszłym, jako o cywilizacji, która zanikła. Wierzyli, że dusze zmarłych, czekając na odrodzenie, błąkają się po jakiejś otchłani przypominającej trochę Homerowy Hades. Nazywają tę otchłań bardo. Może to być dosyć nieprzyjemne. Spotyka się tam różne rodzaje demonów. A więc jest to miejsce kary? Tak, ale tylko jakiś automatyczny rodzaj kary. Wykształceni uważają, że te postacie są subiektywnymi wizjami zależnymi od tego, jakie życie prowadził zmarły. „Bo w tym śnie śmierci jakież sny mogą nas nawiedzać...” Właśnie. Ale co z Bogiem albo bogami? Czy dusza nie spotyka się z nimi? Bogowie? Bogowie też są snem. Oni też są tylko subiektywnymi wizjami. No cóż, w takim razie człowiek może mieć przynajmniej nadzieję na jakieś przyjemne iluzje w przyszłym życiu! Być może — powiedział James ze spokojem, jakby rozważał możliwość złapania pociągu. — Ale niewielu ludziom... nie towarzyszą demony. Czy każdy przechodzi przez bardo? Nie wiem. Mówią, że każdy ma szansę w chwili śmierci. Szansę? Żeby się uwolnić. W chwili śmierci człowiek sobie przypomina całe życie, ta wizja jest jednym krótkim błyskiem. Dla większości z nas będzie to... no cóż... właśnie tylko taki nagły błysk, jak wybuch bomby atomowej; coś przerażającego i oślepiającego, i niepojętego. Ale jeśli potrafisz to pojąć i uchwycić... wtedy jesteś wolny. A więc dobrze jest wiedzieć, że się umiera. To znaczy człowiek zyskuje wolność, by... Po prostu staje się wolny... osiąga się nirwanę... poza kręgiem. Kręgiem wcieleń? Tak, kręgiem przywiązań, pragnień, tęsknot, które wiążą nas z nierealnym światem. Przywiązań? Masz na myśli... nawet miłość? To, co nazywamy miłością. Czy egzystujemy wtedy gdzie indziej? To są wyobrażenia — powiedział James. Niektórzy twierdzą, że nirwana jest i może być tylko tu i teraz. Wyobrażenia mają wyjaśnić wyobrażenia, a obrazy mają wyjaśnić obrazy. Prawda leży dalej.

[…]

Myślę, że już wkrótce będziesz miał to za sobą. Wykaraskałeś się. Zbudowałeś klatkę ze swoich potrzeb i zainstalowałeś Hartley w środku na pustej przestrzeni. Otaczają ją ze wszystkich stron silne uczucia: próżność, zazdrość, chęć zemsty, twoje rozkochanie we własnej młodości, ale te uczucia nie ogniskują się w Hartley, nawet jej nie dotykają. Ona wydaje się ich więźniem, lecz w gruncie rzeczy nie czynisz jej żadnej krzywdy. Używasz jej wyobrażenia, lalki, wizerunku, to swego rodzaju egzorcyzmy. Już wkrótce zaczniesz w niej widzieć złą czarodziejkę. I wtedy nie pozostanie ci nic innego jak tylko jej przebaczyć, i będziesz do tego zdolny. Dziękuję ci... ale widzisz... tak się składa, że ja nie kocham jej wyobrażenia, tylko ją samą, a nawet to, co jest w niej straszne. To, że woli jego niż ciebie? To byłby wprost wyczyn! Nie, szczątki, jatkę, to, co zaprząta jej myśli. A cóż takiego może zaprzątać jej myśli? Może po prostu nie mogła zapomnieć o tobie, gdyż nękało ją poczucie winy? Kiedy uwolniłeś ją od tego, poczuła do ciebie wdzięczność, ale wtedy odżyła jej własna uraza. Może przypomniała sobie, jak bardzo byłeś męczący, i znów stałeś się jej obojętny.

[…]

Morze wcale nie jest takie czyste — stwierdził James. Czy wiesz, że delfiny popełniają czasem samobójstwo wyskakując na ląd, ponieważ tak bardzo dręczą je pasożyty? Żałuję, że mi o tym powiedziałeś. To takie poczciwe stworzenia. Nie przypuszczałem, że i one mają swoje demony.

[…]

Czciciel obdarza przedmiot swej czci prawdziwą, nie wyimaginowaną mocą; taki jest sens dowodu ontologicznego, jedna z najbardziej niejasnych idei, jakie światły człowiek kiedykolwiek wymyślił; lecz ta moc jest czymś strasznym. Bóg składa się z naszych namiętności i naszych przywiązań. Kiedy jedna więź zostanie zerwana, zjawia się inna na pocieszenie. Nigdy nie rezygnujemy całkowicie z jakiejś przyjemności, zamieniamy ją tylko na inną. Każda duchowość zawsze ulega degeneracji i przeistacza się w magię, a stosowanie magii pociąga za sobą automatycznie odpłatę, nawet jeśli umysł został oczyszczony z bardziej prymitywnych praktyk. Biała magia jest czarną magią. Każde nieumiejętne mieszanie się do świata duchów może zrodzić demony, które będą nękać innych. Demony użyte do czynienia dobra mogą się kręcić w pobliżu i potem wyrządzać krzywdę. Ostatnim osiągnięciem jest absolutne poddanie się samej magii, koniec tego, co ty nazywasz przesądem. Ale jak to się dzieje? Bóg rezygnuje ze swej mocy i zaczyna oddziaływać na świat w sposób negatywny. Dobro sobie trudno wyobrazić.

[…]

Ten Szerpa, o którego pytasz — przerwał mi James — nazywał się Milarepa. Nie było to jego prawdziwe imię. Ja go tak nazwałem na cześć... na cześć pewnego poety, którym się zachwycam. Milarepa był moim służącym. Musieliśmy gdzieś razem wyruszyć. Było to zimą i wysoko położone górskie szlaki zasypał śnieg, co prawie uniemożliwiało wyprawę... Musieliśmy się przedostać przez przełęcz. Wiesz pewnie, że w Indiach, w Tybecie, ludzie znają różne sztuczki... prawie każdy może się ich nauczyć, jeśli ma dobrego nauczyciela i jest dosyć wytrwały. Sztuczki? Tak. Wiesz chyba, o co mi chodzi... na przykład ta indiańska sztuczka z lassem i różne inne... Ach, o takie sztuczki ci chodzi. Na czym polega taka sztuczka? Jak już powiedziałem, wszyscy ludzie mogą się ich nauczyć, choć czasem jest to bardzo męczące... ale zapewniam cię, że to nie ma nic wspólnego z.… z... Z czym? Jedna z takich sztuczek polega na podniesieniu ciepłoty ciała dzięki koncentracji umysłowej. Jak to się robi? Jest to bardzo pożyteczna umiejętność w prymitywnym kraju, podobnie jak umiejętność marszu przez czterdzieści osiem godzin, pięć mil na godzinę, bez jedzenia, picia i odpoczynku. Nikt czegoś takiego nie potrafi! A umiejętność utrzymania ciepłoty ciała siłą woli oczywiście bardzo się przydaje podczas zimowej wyprawy. Przypomina mi to dobrego króla Wacława! Musiałem przebyć tę przełęcz, więc postanowiłem zabrać Milarepę ze sobą. Wiedziałem, że będzie trzeba spędzić noc na śniegu. Miałem go nie brać, ale doszedłem do wniosku, że potrafię wytworzyć wystarczającą ilość ciepła, by utrzymać przy użyciu nas obu. No i...? Dostaliśmy się na przełęcz i tam zaskoczyła nas zadymka śnieżna. Sądziłem, że nic nam nie grozi. Niestety stało się inaczej. Za mało było tego ciepła dla nas obu. Milarepa umarł w nocy. Umarł w moich ramionach.

[…]

Przypominam sobie wyraźnie, że James sam wyglądał w tym momencie jak topielec: przemoczony do suchej nitki, woda spływała mu strumieniami z włosów. Przypominam też sobie, że pomyślałem wtedy (o ile w ogóle byłem wówczas zdolny do myślenia): a więc James także tonie. Tylko że ta myśl, nie wiem czemu, nie napełniła mnie rozpaczą. A potem, kiedy spełzł już na dół, do tej kipieli, James oderwał się nagle od skały niczym gąsienica. Efekt był taki, jak gdyby coś lepkiego i przylegającego odkleiło się nagle od ściany skalnej. James nie chwycił mnie za rękę, którą do niego wyciągałem, ale pochylił się nade mną, wsunął mi dłonie pod pachy, tak jak to opisałem na tej kartce. Przypominam sobie teraz, że czułem dotyk jego dłoni, a potem ogarnęło mnie to niezwykłe uczucie, które już też opisywałem: wydawało mi się, że się unoszę do góry „w windzie". Nie przypominam sobie, żeby James mnie ciągnął albo wlókł, nie wyczuwałem żadnego wysiłku. Unosiłem się ku górze, aż moja głowa znalazła się na poziomie głowy Jamesa, a moje ciało przywarło do jego ciała. Nagle zrobiło mi się ciepło iw tym właśnie momencie straciłem przytomność. Czy w takim razie nikt mnie nie uderzył w głowę i nie doznałem wstrząsu? Dotknąłem tyłu głowy: czułem wyraźną i wciąż jeszcze bolesną wypukłość. Oczywiście, mogłem się uderzyć w głowę wcześniej, zanim jeszcze straciłem przytomność. A kiedy zobaczyłem węża, jeśli go w ogóle widziałem? Czy James także widział tego węża? A dlaczego w mnemotechnicznej notatce nie wspomniałem o wężu? I co chciałem jeszcze dodać w miejscu, gdzie moje zapiski się urywały? Oczywiście, jeśli uderzyłem głową o skałę tuż po zobaczeniu tego węża, mogłem o nim nie pamiętać, kiedy zaczynałem pisać, chociaż zapamiętałem, że to James mnie uratował. Dlaczego więc o tym również zapomniałem i dopiero teraz nagle sobie przypomniałem?

[…]

Niewątpliwie tak właśnie powinna się zakończyć ta opowieść: foki, gwiazdy, wyjaśnienie, rezygnacja i pojednanie. Wszystko razem nabierające jakiegoś promiennego, kojącego sensu teraz, w spokoju ducha, bez namiętności. Jednakże życie, inaczej niż sztuka, ma irytujący zwyczaj doprowadzania do zderzeń, utykania, niwelowania przemian, narzucania wątpliwości w przypadku rozwiązanych problemów i w ogóle demonstrowania, że nie można żyć godnie i szczęśliwie. Więc pomyślałem sobie, że mógłbym właściwie kontynuować jeszcze przez jakiś czas tę swoją opowieść w formie pamiętnika, tak jak dotychczas, chociaż przypuszczam, że jeśli ma być z tego książka, to powinienem ją już wkrótce — niewątpliwie arbitralnie — zakończyć. Wydawało mi się, że powinienem kontynuować pisanie głównie dlatego, żeby opisać jeszcze pogrzeb Jamesa, chociaż w istocie był on tak cichy i skromny, że właściwie nie ma co opisywać. Potem pomyślałem także, że mógłbym skorzystać z okazji, żeby powiązać kilka luźnych wątków, tylko że luźne wątki nie dają się nigdy właściwie powiązać, bo człowiek zawsze wprowadza jakieś nowe. Czas, podobnie jak morze, rozwiązuje wszystkie supły. Osądy ludzi nigdy nie są ostateczne; wyłaniają się one z podsumowań, ale zwykle od razu nasuwa się potrzeba ponownego ich rozpatrzenia. Układy ludzkie są niczym innym jak właśnie takimi luźnymi wątkami, spiesznymi obliczeniami, choć sztuka, by nas pocieszyć, może stwarzać pozory, że jest inaczej. Piszę to w sierpniu. Nie jest to taki złocisty prowansalski sierpień, jaki się jawi w naszej angielskiej wyobraźni, ale zwyczajny, chłodny londyński sierpień; z wiatrem chłoszczącym Tamizę u wylotu ulicy. Tak, zainstalowałem się w mieszkaniu Jamesa. Z prawnego punktu widzenia jest to teraz moje mieszkanie, ale pozostało naprawdę jego własnością. Nie mam odwagi czegokolwiek tu zmieniać i czegokolwiek ruszać. Otaczają mnie idole „zabobonu”. Zaryzykowałem jednak i pochowałem niektóre, co dziwniejsze, „fetysze” do szafy; mam nadzieję, że nie wezmą mi tego za złe. Zdjąłem także ze ściany w przedpokoju szklane wisiorki, ponieważ dzwoniły nie dając mi spać, Ale ozdobna drewniana szkatułka z uwięzionym w środku demonem nadal stoi na konsoli. (James nigdy nie zaprzeczał, że znajduje się w niej demon. Kiedy go o to pytałem, po prostu się uśmiechał.) Niezliczone posążki Buddy pozostały na swych miejscach; z wyjątkiem jednego, który dałem Toby’emu Ellesmere, ponieważ wydawało mi się, że czuje się zawiedziony, bo James nie wspomniał o nim w testamencie. Zgodnie z wolą mego kuzyna wszystko dziedziczyłem ja, a gdybym umarł wcześniej od niego, Brytyjskie Towarzystwo Buddyjskie. Ono także otrzymało ode mnie jednego Buddę.

[…]

Klementyna [druga w kolejności miłość Charlesa – przyp. aut.] umierała długo, od tygodni w gazetach mieli przygotowane nagłówki o jej śmierci. Leżałem przy niej na łóżku, głaskałem ją po twarzy, którą ból i lęk pod koniec tak bardzo pomarszczył. Czuję jeszcze pod palcami miękkie bruzdy cicho wypełniające się łzami. Klementyna powiedziała, że chce umierać w burzy dźwięków, więc bez przerwy był włączony magnetofon, słuchaliśmy Wagnera, piliśmy whisky i czekaliśmy. Było to najdziwniejsze oczekiwanie, jakie pamiętam — takie czekanie i nieczekanie jednocześnie. W tym wzajemnym dotrzymywaniu sobie towarzystwa była jakaś usilna bezczasowość, jak gdyby czas się zatrzymał przed tym, co się miało stać. Dzielił nas lęk, jej lęk i mój lęk, musieliśmy przezwyciężać dwa ostre lęki, bezustannie okazując sobie wzajemne uczucie, kładąc ręce na sercu drugiej osoby. Kiedy czuliśmy się zmęczeni, wyłączaliśmy muzykę, zaczynaliśmy płakać i dalej czekaliśmy. Ach, łzy Klementyny! Mój Boże, ileż ja się na nie napatrzyłem już przedtem, jakże mi obrzydły. Teraz widzę, że uczyniłyby mnie chyba świętym, ale i tak przez blisko miesiąc byłem niemal święty. W końcu Klementyna umarła, gdy ja spałem. Każdego ranka myślałem, że ona już nie żyje, potem jednak widziałem, że oddycha, dostrzegałem lekkie, rytmiczne unoszenie się i opadanie kołdry, pod którą spoczywało jej ciało, takie skurczone, takie maleńkie.' Aż pewnego dnia nie dostrzegłem żadnego ruchu, zobaczyłem otwarte oczy Klementyny, jej zmienioną twarz.

[…]

Od czasu, kiedy skreśliłem powyższe uwagi, zauważyłem kilka osób o orientalnym wyglądzie kręcących się po pobliskich ulicach. Mam nadzieję, że nie są to „tamci i nie biorą mnie za Jamesa. Jeśli chodzi o tamtego Tulpę, to był to na pewno agent wywiadu, i dlatego James tak się zdenerwował, że go zobaczyłem. Właśnie dotarła do mnie okropna wiadomość, że Peregrine został zamordowany w Londonderry [ jako orędownik pokoju między katolikami a protestantami – przyp. aut.] przez terrorystów. Trudno mi w to uwierzyć. Teraz zdałem sobie sprawę, że ta jego działalność wydawała mi się po prostu komiczna. Niektórzy ludzie przez całe życie grają komedię. Jedynie śmierć nie bywa komiczna, lecz nie bywa też tragedią. Ów koszmar znów stał się moim udziałem; ze zgryzotą, która jest w istocie lękiem, zdaję sobie jednak sprawę, że właściwie nie opłakuję Perry’ego, lecz inne śmierci, może swoją własną. Biedny Perry. Był dzielnym człowiekiem. Nie potrafię udawać, że go kiedykolwiek naprawdę kochałem, ale rzeczywiście zaimponował mi, kiedy mnie usiłował zabić [spychając ze skały w odmęty „zawirowanego” morza – przyp. aut.], i gdyby nie ta niezwykła fala, pewnie by mu się to udało. Ta przedziwna wizja Jamesa w „Kotle Minna”, która wydawała mi się tak ważna, musiała być wynikiem uderzenia w głowę. Uniknąłem śmierci, bo miałem po prostu szczęście.

[…]

To smutne, lecz prawdziwe: Hartley nie była w istocie zbyt inteligentna. Kiedy tak patrzę na nas teraz z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że musieliśmy być tępawą, smętną, pozbawioną ikry, stylu i poczucia humoru parą. Wszystkiego tego nauczyłem się dopiero od Klementyny.- Czyżbym w końcu pomylił tępotę umysłową z dobrocią, dlatego że moja matka nienawidziła stryjenki Estelli? Dlaczego nagle powypisywałem wszystkie te bluźnierstwa? Takie bzdury przychodzą człowiekowi do głowy późną nocą. Jakże długo odkładałem pisanie o Hartley, chociaż myślę o niej przez cały czas. I może w końcu naprawdę niewiele jest do powiedzenia. Kilka dni temu stało się dla mnie nagle jasne (chociaż nie zanotowałem tego), że cała ta historia z wyjazdem do Australii była po prostu oszustwem. Dlaczego Hartley nie powiedziała mi wcześniej, że wyjeżdża do Australii? Bo wcale nie miała zamiaru wyjechać! Ben wymyślił to w ostatniej chwili. Czyż to nie dziwne, że kupili sobie psa właśnie w chwili, kiedy mieli opuścić kraj? Ta pocztówka z Sydney, tak ochoczo mi pokazana przez współspiskowczynię z bungalowu obok, mogła z łatwością być napisana przez jakiegoś mieszkającego w Australii przyjaciela. Ben po prostu podrobił pismo Hartley. Postanowił zbić mnie z tropu na dobre, nawet posłać mnie zbytecznie na antypody, a potem wywieźć swą uległą żonę do Bournemouth albo do Lytham-St-Anne’s. Mogą nawet wrócić do „Nibletts” po pewnym czasie, kiedy się dowiedzą od Arkwrightów, że wyjechałem. Co powinienem w takim wypadku uczynić?

[…]

Kiedy to piszę, drugą ręką dotykam brązowego kamyka o niebieskich liniach, który James wybrał sobie z mojej kolekcji w „Shruff End”. Zastałem go na biurku Jamesa, pewnie często, brał go do ręki. Kiedy go teraz dotykam, to tak jakbym dotykał dłoni swego kuzyna. (Cóż za sentymentalna bzdura!) Trzymam ten kamyk, bawię się nim i czuję, jak ogarnia mnie wzruszenie, którego staram się do siebie nie dopuszczać. Czy kochając kogoś nie narzucamy sobie więzi? Nie chcę cierpieć na próżno. Ogarnia mnie żal i dręczą wyrzuty sumienia, że nigdy nie starałem się poznać Jamesa lepiej. Nigdy nie byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi. Przez wiele lat mego życia głupio mu zazdrościłem, nerwowo go obserwowałem i robiłem wszystko, żeby mu dorównać, z czego on zapewne nigdy nie zdawał sobie sprawy. Cieszyłem się, kiedy mu się coś nie udało, i ceniłem wysoko swoje własne sukcesy, ponieważ wtedy mi się wydawało, że zdołałem go prze-ścignąć. James napawał mnie lękiem, niepokojem, budził we mnie zawiść, chciałem mu wiecznie czymś imponować; Czyż w takim stosunku można się doszukać miłości, czy może on być jej składnikiem? Rozmijaliśmy się z Jamesem, bo nie mieliśmy do siebie zaufania, brak nam było odwagi, wspaniałomyślności, z powodu źle pojmowanej godności oraz typowo angielskiej małomówności. Czuję się teraz tak, jak gdybym wraz ze śmiercią Jamesa stracił jakąś cząstkę siebie samego, jakby część mostu porwaną przez wodę podczas powodzi.

[…]

Los bez wątpienia ciężko doświadczył Hartley i na pewno, jak przypuszczałem na początku, czasami żałowała, że mnie utraciła. Przecież przyszła do mnie, przybiegła, to nie był sen. To nie ducha trzymałem w ramionach owej nocy. Owej nocy powiedziała, że mnie kochała. Moja teoria o powrocie do „dawnej urazy” jest nader pomysłowa. Człowiek potrafi być nader pomysłowy, kiedy próbuje dotrzeć do prawdy. Czasem musimy jednak po prostu respektować jej zawoalowane oblicze. Oczywiście, to jest opowieść o miłości; Hartley nie mogła się stać moją Beatrycze, a ja nie mogłem zostać przez nią ocalony; mimo to sam pomysł nie był ani bezsensowny, ani bezwartościowy. Litość wobec niej odczuwana przeze mnie nie musi być fantazją czy też niewłaściwością, ostatecznie może przetrwać jako czyste, nieświadome, spokojne, bezinteresowne wspomnienie, nie stanowiące teraz istotnej części mego życia, niemniej trwałe. Przeszłość grzebie przeszłość i spowić ją musi milczenie, ale musi to być milczenie świadome, z otwartymi oczami. Może to właśnie jest ostateczne przebaczenie, o którym mówił James?

[…]

Czasami siedzę i zastanawiam się, komu mam zostawić swoje pieniądze. Może lepiej zacząć je rozdawać już teraz? Wysłałem jeden czek Towarzystwu Buddyjskiemu, drugi Fundacji Pokojowej Imienia Arbelowa, a wkrótce wprawię w zdumienie swoją szczodrobliwością Erasmusa Blicka, który się żeni. Jego Hamlet wciąż jeszcze jest grany, aleja go do tej pory nie widziałem. Wszystkie przedmioty orientalne pozostawię Muzeum Brytyjskiemu, właściwie książki mogą sobie zabrać już teraz. A wiersze Jamesa zostawię Toby’emu. Skąd ten nagły pośpiech, żeby wszystko uporządkować? Czyżbym uważał, że wkrótce umrę? Chyba nie, czuję się jednak tak, jakby przygoda w „Kotle Minna” wykończyła mnie nie tyle fizycznie, ile psychicznie. Może James umarł dlatego, że był wykończony psychicznie? Cieszę się doskonałym zdrowiem i nie wydaje mi się, bym się stawał wapniakiem, ale zauważyłem, że ludzie zaczynają mnie tak traktować, ¡.zapewne musi to być odbicie mojego własnego stosunku do siebie. Dostaję teraz różne prezenty: rośliny doniczkowe, puszki kurcząt w galarecie i wszyscy wypytują mnie, czy dobrze się czuję. A czy dobrze się czuję? Rosemary dała mi kilka ceramicznych miseczek do zupy. Wczoraj wieczorem jeden z uczestników quizu BBC nie wiedział, kim jestem.

[…]

Mój Boże! Ta cholerna szkatułka upadła na podłogę. Ktoś przybijał coś młotkiem w sąsiednim mieszkaniu i wtedy szkatułka spadła ze swej konsoli. Wieczko odskoczyło i jeśli coś było w środku, wydostało się z pewnością na zewnątrz. Co mnie jeszcze spotka w czasie tej pielgrzymki po drodze pełnej demonów, jaką jest ludzkie życie?

Iris Murdoch, Morze, morze

Obyczajowa powieść Iris Murdoch anglo-irlandzkiej pisarki i filozofki przenosi nas do dominium Wysp Brytyjskich, a konkretnie do samej Anglii, zwłaszcza za kulisy londyńskiego teatru szekspirowskiego, choć przede wszystkim na południowe czy skaliste jej wybrzeże, generalnie w lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Emerytowany dyrektor teatru londyńskiego Charles Arrowby, będąc po sześćdziesiątce, szuka swego „odosobnionego” miejsca na rodzimej ziemi, ale też i z dala od demonów przeszłości, uciekając od siebie samego, w zasadzie od tego „innego życia” jawno-grzesznie uwikłanego w dyktatorskie życie teatralne i rozliczne często niechlubne miłostki. Czy to zrządzeniem losu, czy też lepiej może na chybił trafił, a zatem przypadkiem odkrywa, że na końcu świata u wrót bezkresnego morza, niemal tuż obok niego pomieszkuje wraz z mężem Hartley — jego pierwsza szkolna tudzież niewinna miłość? Jest to liryczna opowieść o tęsknocie za utraconym rajem młodości, z którego zostaliśmy wygnani niestety na zawsze.



powrót ››