Blog

 

27.05.2023

Pianistka

„Dla większości

zasadniczy urok sztuki

po­lega na rozpoznawaniu

w niej czegoś,

co wydaje im się, że znają.”

„W przeciętności człowiek z ni­czym

 nie bywa samotny, a już na pewno

nie sam ze sobą.”

„Mężczyzna patrzy na Nicość,

patrzy na czysty Brak.”

[…]

Nauczycielka gry na fortepianie, Erika Kohut, wpada jak wicher do mieszkania, które dzieli z matką. Matka lubi nazywać Erikę swoim małym wicherkiem, ponieważ często tak bywa, że córeczka śmiga jak fryga. Stara się jakoś ujść matce. Erika dobija do czterdziest­ki. Jeśli idzie o wiek, matka zupełnie spokojnie mogła­by być jej babką. Erika przyszła swego czasu na świat dopiero po wielu latach trudnego małżeństwa. Ojciec natychmiast przekazał pałeczkę córce i ustąpił. Erika wstąpiła, ojciec ustąpił. Dzisiaj Erika stała się szybka z konieczności. Podobna tumanowi jesiennych liści wdziera się przez drzwi mieszkania, starając się dotrzeć do swego pokoju niezauważona. Lecz oto już staje przed nią mamuśka i stawia ją do raportu. Do raportu i pod ścianę, inkwizytor i pluton egzekucyjny w jednej osobie, przez państwo i przez rodzinę uznana jedno­głośnie w prawach matki. Matka dopytuje się, dlaczego Erika zjawia się w domu dopiero teraz, o tak póź­nej porze? Ostatni uczeń poszedł do domu już trzy godziny temu, obsypany przez Erikę szyderstwami. Pewnie ci się zdaje, że się nie dowiem, gdzie byłaś? Dziecko z własnej woli udziela matce odpowiedzi, której jednak ta nie daje wiary, ponieważ dziecko lubi kłamać. Matka czeka jeszcze chwilę, ale tylko tak dłu­go, ile trwa liczenie do trzech.

[…]

Matkę bardzo często opada niepo­kój, albowiem każdy właściciel uczy się jako pierwszej rzeczy i uczy się boleśnie: zaufanie to dobra rzecz, ale kontrola jest wskazana. Główny problem mamy polega na tym, by możliwie skutecznie unieruchomić swoją własność w jednym miejscu, tak aby nie uciekła. Temu celowi służy telewizor, który przesyła do domu piękne obrazki, piękne melodie, prefabrykowane i opakowane. To z jego powodu Erika prawie zawsze jest, a kiedy zdarzy jej się wyjść, wiadomo dokładnie, gdzie ją nosi. Czasami Erika idzie wieczorem na koncert, lecz robi to coraz rzadziej. Albo siedzi przy fortepianie, katując kla­wisze na poczet dawno już pogrzebanej definitywnie kariery pianistki, albo unosi się niby zły duch nad jakąś próbą ze swoimi uczniami. Tam też można w razie potrzeby do niej zadzwonić. Albo też siedzi ku swemu zadowoleniu, muzykując i podśpiewując, na muzycz­nym wieczorze z kolegami, jej podobnymi. Tam też można do niej zadzwonić. Erika walczy z matczynymi więzami i po raz kolejny prosi, żeby do niej nie dzwo­nić, co matka może ignorować, bo to ona sama ustala zasady. Matka ustala też popyt na swoją córkę, co koń­czy się tym, że coraz mniej osób chce się z córką zo­baczyć czy z nią porozmawiać. Zawód Eriki jest jedno­cześnie jej ukochaniem: niebiańska potęga – muzyka. Muzyka bez reszty wypełnia czas Eriki. Na żaden inny czas nie ma już tam miejsca. Nic nie sprawia tak wiel­kiej radości, jak najwyższej klasy muzyczne wykonanie, autorstwa najlepszych z najlepszych.

[…]

Córka wraca zapłakana ze zdenerwowania. Wyzywa matkę od perfidnych kanalii, mając jednocześnie na­dzieję, że matka zaraz się z nią przeprosi. Pełnym czu­łości pocałunkiem. Matka grozi, że Erice ręka odpad­nie, bo uderzyła matkę i szarpała ją za włosy. Erika szlocha coraz głośniej, bo nagle zaczyna być jej żal, bo przecież mamusia całe życie poświęca się dla niej bez reszty. Cokolwiek Erika zrobi przeciwko matce, bardzo szybko zaczyna tego żałować, ponieważ kocha swoją mamusię, którą zna już od najwcześniejszego dzieciń­stwa. W końcu, tak jak można się tego było spodzie­wać, Erika mięknie, wybuchając gorzkim szlochem. Ochoczo, aż nazbyt ochoczo, matka ustępuje, przecież nie może się serio gniewać na swoją córeczkę. Teraz zaparzę nam kawki i sobie razem wypijemy. Podczas sjesty Erice robi się jeszcze bardziej żal matki, a ostatki gniewu rozpływają się przy kawałku babki. Sprawdza dziury w owłosieniu matki. Nie wie jednak, co powie­dzieć, podobnie jak przedtem nie wiedziała, co zrobić z kępkami wyrwanych włosów. Znowu pochlipuje troszkę w nawrocie żalu, bo matka jest już stara i kie­dyś przecież umrze. I dlatego, że jej, Eriki, młodość też już minęła. No i w ogóle dlatego, że wciąż coś przemi­ja, a rzadko kiedy przychodzi coś nowego. Matka wyjaśnia teraz swemu dziecku, dlaczego śliczna dziewczyna nie musi się sztafirować. Dziecko przyznaje jej rację. Tyle tych sukienek, które Erika trzyma w sza­fie, po co to komu? Nigdy żadnej nie włożyła. Sukienki wiszą tylko niepotrzebnie, żeby przyozdabiać szafę.

[…]

Matka wykazuje Erice, że ona, Erika, nie jest jedną z wielu, tylko tą jedną jedyną, niepowtarzalną. Ten ra­chunek zawsze się matce zgadza. Dziś już Erika mówi o sobie, że jest indywidualistką. Udaje, że nie potrafi się niczemu i nikomu podporządkować. Z trudem też udaje jej się włączyć w jakikolwiek porządek. Ktoś taki jak Erika trafia się tylko raz i nigdy więcej. Jeśli coś jest szczególnie wyjątkowe i niepowtarzalne, to na pewno ma na imię Erika. Gardzi unifikacją w każdej formie, także w formie reformy szkolnej, nieuwzględniającej cech indywidualnych. Erika nie daje się ująć tak jak in­ni, żeby nawet byli nie wiedzieć jak podobnie myślący. Natychmiast by odstawała. Ona to ona. Jest po prostu taka, jaka jest, i niczego w tym nie potrafi zmienić. Matka wietrzy złe wpływy wszędzie tam, gdzie nie mo­że jej mieć na oku i stara się uchronić Erikę przede wszystkim przed uformowaniem w coś innego przez mężczyznę, Erika bowiem to istota indywidualna, jak­kolwiek pełna sprzeczności. Te wewnętrzne sprzecz­ności zmuszają Erikę do zdecydowanego sprzeciwu wobec roztapiania się w masie.

[…]

Matka, za każdym razem bez uprzedzenia, odkręca pokrywę JEJ czaszki, zuchwale sięga ręką od góry do środka, szpera i grzebie. Przewraca wszystko do góry nogami i nie odkłada niczego na dawne miejsce. Po krótkim zastanowieniu wybiera coś, ogląda przez lupę, a potem wyrzuca. Coś innego z kolei bierze ostrożnie i pucuje szczotką, gąbką i ściereczką do kurzu. Potem energicznie wyciera do sucha i przykręca z powrotem. Zupełnie jak nóż w maszynce do mielenia mięsa. Ta staruszka właśnie wsiadła, nie zgłaszając tego kon­duktorowi. Myśli sobie, że uda jej się zataić swoje wej­ście tu, do wagonu. W zasadzie dawno już wysiadła ze wszystkiego i ma tego świadomość. Nie wiadomo, za co miałaby płacić. Bilet na tamten świat ma już prze­cież w torebce. A taki bilet musi być ważny także na tramwaj.

[…]

Erika [Erika to po niemiecku zarówno imię żeńskie, jak i wrzos - przyp. tłum.], polny kwiatek. Od tego kwiatka wzięła swoje imię. Jej matce marzyło się przed porodem coś nieśmiałego i delikatnego. Kiedy potem spojrzała na grudkę gliny, która wyskoczyła z jej łona, natychmiast przystąpiła do bezwzględnego jej formowania, by uzy­skać coś czystego i subtelnego. Tu urwać kawałek, a tam jeszcze trochę. Każde dziecko instynktownie idzie tam, gdzie brud, jeśli się go w porę nie odciągnie. Dla Eriki matka bardzo wcześnie przeznacza dowolny artys­tyczny zawód, aby z mozolnie wywalczonej subtelności dało się wycisnąć jakieś pieniądze, podczas gdy prze­ciętni ludzie będą stać w zachwycie wokół artystki i bić brawo. Teraz Erika jest już nareszcie wydelika­cona jak należy, teraz powinna ustawić swój muzyczny wóz na właściwym pasie ruchu i zacząć uprawiać sztu­kę. Taka dziewczynka nie jest przecież stworzona do robienia byle czego, do ciężkiej pracy fizycznej, do prac domowych. Jej przeznaczeniem są od urodzenia subtelności tańca klasycznego, śpiewu, muzyki. Świato­wej sławy pianistka, to by był ideał matki, aby więc dziecko mogło odnaleźć drogę wśród intryg, na każ­dym rogu matka wbija w ziemię drogowskazy i Erikę razem z nimi, jeśli nie chce ćwiczyć. Matka ostrzega Erikę przed zawistną hordą, która bezustannie usiłuje zniszczyć to, co się właśnie zdobyło, i która prawie bez wyjątku jest płci męskiej. Nie pozwól się rozpraszać! Na żadnym stopniu, jaki osiągnęła Erika, nie wolno jej od­począć, nie wolno ciężko dyszącej wesprzeć się na alpi­nistycznym czekanie, bo trzeba od razu iść dalej. Do następnego stopnia.

[…]

Matka opowiada Erice o sąsiedzkich zachwytach z powodu jej znakomi­tych wykonań artystycznych. Wątły strumyczek matczy­nego zachwytu niesie Erikę ze sobą jak plwocinę. Póź­niej Erika dziwi się, kiedy jakiś sąsiad się skarży. O żadnych skargach matka nigdy jej nie wspominała! Z upływem lat Erika zaczyna nawet przewyższać matkę w patrzeniu na innych z góry. W końcu ci laicy zupeł­nie się nie liczą, mamo, ich oceny są niekompetentne, ich wrażliwość także jest niedojrzała, w moim zawo­dzie liczą się tylko specjaliści. Matka powiada: nie drwij z pochwał zwykłych ludzi, którzy słuchają muzyki ser­cem i odczuwają przy tym większą radość niż ci przerasowani, rozpieszczeni, zblazowani. Sama matka nie ma pojęcia o muzyce, ale swojemu dziecku siłą zakłada jarzmo muzyki. Powstaje uczciwa konkurencja niena­wiści między matką a córką, ponieważ córka już wkrótce wie, że muzycznie przerosła swoją matkę. Cór­ka staje się złotym cielcem matki, która żąda za to od swego dziecka ledwie drobnej opłaty: jego życia. Matka chce sama decydować o wartości życia swego dziecka. Erice nie wolno przestawać ze zwyczajnymi ludźmi, wolno jej natomiast zawsze słuchać ich pochwał. Spe­cjaliści niestety Eriki nie chwalą. Dyletancki, niemuzy­kalny los wybrał sobie takiego Guldę i Brendela, taką Argerich, Polliniego i innych.

[…]

Myśli Eriki radośnie schodzą na Waltera Klemmera, ład­nego blondynka, który ostatnio przychodzi z rana jako pierwszy, a wieczorem wychodzi jako ostatni. Pilny z niego uczeń, sama Erika musi to przyznać. Jest stu­dentem politechniki, gdzie zgłębia tajniki prądu elek­trycznego i związanych z nim dobrodziejstw. Ostatnimi czasy asystuje przy wszystkich uczniach, i to od pierw­szych, pełnych wahania uderzeń w klawisze po ostatni kiks w Fantazji f-moll op. 49 Chopina. Wygląda tak, jakby miał mnóstwo zbędnego czasu, co u studenta w ostatniej fazie studiów wydaje się nieprawdopodob­ne. Erika zapytała go pewnego dnia, czy nie wolałby poćwiczyć Schönberga, zamiast siedzieć tu bezproduk­tywnie. Czy nie ma nic do nauki na swoich studiach? Żadnych wykładów, ćwiczeń, nic? Dowiaduje się, że jest przerwa semestralna, o której nie pomyślała, cho­ciaż ma wielu studentów. Przerwy w klasie fortepianu nie pokrywają się z przerwami w zajęciach na innych uczelniach, ściśle mówiąc, w sztuce nie ma nigdy urlo­pu, ona towarzyszy nam wszędzie i artyście jak najbar­dziej to odpowiada.

[…]

Jastrząb matka i myszołów babka zabraniają powierzo­nemu sobie dziecku opuszczania gniazda. Grubymi paj­dami odcinają JEJ życie, a sąsiadki pracują nad stopnio­wym uszczuplaniem jej czci. Każda warstwa, w której tli się choćby odrobina życia, zostaje uznana za prze­gniłą i ciachnięta. Zbyt długie przechadzki szkodzą stu­diom muzycznym. Tam, przy jazie, młodzi chłopcy chlapią wodą, tam JĄ ciągnie. Śmieją się w głos i nur­kują jeden przez drugiego. Tam mogłaby brylować po­śród wiejskich ślicznotek. Wytresowano ją właśnie do brylowania. Została nauczona, że jest słońcem, wokół którego wszystko się kręci, wystarczy tylko, aby się nie ruszała, a już niezwłocznie pojawią się satelity i zaczną ją adorować. Ona wie: jest lepsza, bo wszyscy bez przerwy jej to mówią. Lepiej tego jednak nie spraw­dzać.

[…]

Także Erika chce tylko patrzeć. Tu, w tej kabinie [w peep-shopie – przyp. aut.], staje się niczym. Nic nie wchodzi w Erikę, za to ona ideal­nie wchodzi w tę pustelnię. Erika to zwartej budowy urządzenie w ludzkiej postaci. Wygląda na to, że natu­ra nie zostawiła w niej żadnych otworów. Tam, gdzie u prawdziwej kobiety cieśla zostawił dziurę, Erika czuje drzewo, i to masyw. Jest to gąbczaste, spróchniałe, sa­motne drzewo w wysokopiennym lesie, a zgnilizna postępuje. Za to jednak Erika chodzi dumnym krokiem władczyni. Rozkłada się wewnętrznie, ale Turków od­pycha spojrzeniami. Turcy chcą ją obudzić do życia, odbijają się jednak od jej wyniosłości. Erika, władczyni całą gębą, wkracza do groty bogini Wenus. Turcy nie zdobywają się na żadną uprzejmość, ale też nie ma nieuprzejmości. Po prostu pozwalają Erice wejść do środka z teczką pełną nut. Nawet wolno jej się bezkar­nie przepchnąć bez kolejki. Ma rękawiczki. Człowiek przy wejściu odważnie tytułuje ją szanowną panią. Pro­szę, niech pani wejdzie, prosi ją od razu niejako do sa­lonu, gdzie nad biustami i cipami refleksyjnie płoną lampki. Mają rozbłyskami akcentować krzaczaste trójką­ty, bo to jest to, na co najpierw mężczyzna patrzy, ta­ka jest reguła. Mężczyzna patrzy na Nicość, patrzy na czysty Brak. Najpierw patrzy na Nicość, dopiero potem dochodzi do tego reszta mamuśki.

[…]

Drodzy miłośnicy muzyki i goście. Goście rzucają się do stołu i mlaszczą, pochłaniając barokowe ragout. Uczniowie od samego początku szurają nogami [tak niemieccy studenci okazują dezaprobatę wykładowcy - przyp. tłum.], szyku­jąc się do czegoś niemiłego, ale na wykonanie braknie odwagi. Nie uciekają z tego kurnika artystycznej podniosłości, chociaż jego deszczułki są wystarczająco cien­kie. Erika ma na sobie skromną, sięgającą ziemi spód­nicę z czarnego atłasu i jedwabną bluzkę. Przy tym mierzy tego i owego ucznia wzrokiem, który mógłby przeciąć szkło, jednocześnie z lekka kręci głową. Jest to dokładnie ten sam gest, z jakim matka strzeliła Erikę w twarz po spapranym przez nią koncercie. Ci dwaj uczniowie przeszkadzali już swoim gadaniem w słowie wstępnym wygłaszanym przez gospodarza. Drugiego upomnienia nie będzie. W pierwszym rzędzie, obok małżonki gospodarza, siedzi matka Eriki w specjalnie dostawionym fotelu i jako jedyna napawa się pudeł­kiem cukierków oraz szacunkiem, jaki otacza jej córkę. Światło zostaje na siłę przytłumione przez zasłonięcie lampy przy fortepianie poduszką, przez którą przebiega drżenie pod smagnięciami szydełkowanej w splecione wzory kontrapunktycznej materii. Poduszka otula grają­cych demoniczną czerwoną poświatą. Poważnie szem­rze Bach. Uczniowie mają odświętne ubrania lub coś, co rodzice za takowe uważają. Rodzice wtłaczają to, co kiedyś wydali na świat, do tej polskiej sieni, żeby mieć spokój od dzieci i aby dzieci nauczyły się zostawać w spokoju. Sień Polaków przyozdobiona jest ogrom­nym secesyjnym lustrem, przedstawiającym nagą dziew­czynę z liliami wodnymi, przed którym zawsze przysta­ją mali chłopcy.

[…]

W czasie lekcji Erika siedzi zawsze obok niego przy drugim fortepianie. Obok matczynej fregaty przycupnę­ła jej mikroskopijna łódka ratunkowa w postaci synusia w czarnych spodniach, białej koszuli i czerwonej musz­ce w białe groszki. Dziecko już teraz zwisa z krzesła jak pasażer samolotu, któremu zrobiło się niedobrze i który marzy tylko o jak najszybszym lądowaniu. Erika unosi się na skrzydłach sztuki w wyższych korytarzach powietrznych i niemalże wyfruwa gdzieś poza eter. Walter Klemmer patrzy na nią lękliwie, ponieważ się od niego oddala. Nie tylko on mimo woli po nią sięga, także matka śpieszy uchwycić linkę latawca o imieniu Erika. Żeby tylko nie wypuścić linki! Także matka zo­staje zmuszona do stanięcia na palcach. Wicher wyje głośno, jak zwykle na tych wysokościach.  Przy ostatniej części Bacha na lewym i prawym policz­ku pana Klemmera wykwitają czerwone rozety. W dło­ni trzyma pojedynczą czerwoną różę, aby ją przekazać na zakończenie. Bezinteresownie podziwia technikę gry Eriki oraz to, jak jej plecy poruszają się w rytm muzyki. Przygląda się, jak przechyla głowę, ważąc jakieś niuan­se, które przychodzi jej wygrywać. Widzi grę mięśni ramion i to zderzenie ciała i ruchu go podnieca. Ciało jest posłuszne wewnętrznemu ruchowi poprzez muzykę i Klemmer modli się, aby jego nauczycielka zechciała być kiedyś posłuszna jemu. Kręci się na krześle. Jedna z jego dłoni mimowolnie wyrywa się w stronę obrzyd­liwego oręża jego męskości.

[…]

Erika wznosi się ponad każdego z nich, lecz oni już tłoczą się przy niej, ocierają się o nią, gadają jakieś nieskładne brednie. Tę młodocianą publiczność sama wyhodowała w swoim inkubatorze. Przygnała ją tutaj nieczystymi środkami szantażu, ciężkiego przymusu, niebezpiecznych gróźb. Z własnej woli przyszedłby je­dynie pan Klemmer, pilny, dokształcający się uczeń. Reszta wolałaby coś w telewizji, mecz tenisowy, książ­kę i inne bzdury. Wszyscy muszą przyjść. Sprawiają wrażenie, jakby wręcz cieszyli się swoją przeciętnością! Ale na Mozarta, na Schuberta to mają śmiałość! Rozsia­dają się, tłuste wyspy pływające na wodach płodowych dźwięków. Chwilowo żywią się nimi, ale nie mają po­jęcia, co piją. Instynkt stadny w ogóle przecież najwy­żej ceni przeciętność. Wychwala to jako coś cennego. Uważają, że są silni, bo tworzą większość. W warstwie średniej nie ma żadnych obaw, żadnych lęków. Tłoczą się dla złudzenia ciepła. W przeciętności człowiek z ni­czym nie bywa samotny, a już na pewno nie sam ze sobą. A do tego jacy oni są z tym szczęśliwi! Nic w ich istnieniu nie jest dla nich powodem jakiegokolwiek za­rzutu, nikt też nie może im uczynić zarzutu z ich istnie­nia. Nawet zarzuty Eriki, że jakaś interpretacja jest nie­udana, odbiłyby się od tej cierpliwej, miękkiej ściany. Ona, Erika, stoi bowiem samotnie po drugiej stronie i zamiast być z tego dumna, mści się.

[…]

Jeszcze zdawkowa rozmowa przed początkiem ostatniej rundy. Klemmer jest ciekaw, a zarazem żałuje, że takie eleganckie domowe koncerty z wolna stają się instytu­cją zamierającą. Najpierw wymarli mistrzowie, potem umrze muzyka, bo wszyscy chcą słuchać już tylko szla­gierów, popu i rocka. Takich rodzin jak ta dzisiaj już nie ma. Dawniej były liczne. Całe pokolenia laryngolo­gów syciły się późnymi kwartetami Beethovena, że­by nie powiedzieć, że się na nich zdzierały. Za dnia pędzlowali pozdzierane gardła, wieczorami przychodzi­ła zapłata i sami zdzierali siebie na Beethovenie. Dzisiaj akademicy co najwyżej tupią w takt monstrualnych trąb Brucknera i wychwalają tego trochę lepszego rzemieśl­nika rodem z Górnej Austrii. Pogardzać Brucknerem to młodzieńcza głupota, która stała się już udziałem nie­jednego, panie Klemmer. Jego zaczyna się rozumieć dopiero znacznie później, niech mi pan wierzy. Radzę powstrzymać się od modnych osądów do czasu, aż będzie pan więcej rozumieć, drogi kolego Klemmer. Ad­resat tych słów jest szczęśliwy z powodu formy „kolego” z tak kompetentnych ust i natychmiast zaczyna rozpra­wiać z użyciem barwnych fachowych określeń o mrocznieniu Schumanna i późnego Schuberta. Mówi o subtel­nych odcieniach ich brzmień, a sam brzmi przy tym w molowatym odcieniu szarego w szarym. Następuje duet Kohut-Klemmer w jadowitej cytrynowej żółci, krajowym życiu koncertowym. Molto vivace. Ten duet dobrze wyćwiczyli. Obydwoje w żaden sposób w tym życiu nie uczestniczą. Mogą w nim uczestniczyć jedynie jako konsumenci, lecz przecież ich kwalifikacje są o wiele wyższe! Pozostają jednak tylko słuchaczami i żywią złudzenia co do swojej wiedzy. O mały włos część z nich mogła stać się częścią tego życia: Erika. Ale do tego nie doszło.

[…]

W każdym czasie ONA jest ponad innymi. W tym cza­sie matka zawsze odrywa ją od innych. ONA pozosta­wia ich daleko za sobą i daleko pod sobą. Z biegiem lat JEJ niewinne marzenia przekształcają się w destrukcyjną żądzę, żądzę niszczenia. To, co mają inni, ona też musi koniecznie mieć. Czego mieć nie może, pragnie to zniszczyć. Zaczyna kraść drobiazgi. Z atelier na strychu, gdzie odbywają się zajęcia z ry­sunków, znikają całe armie farb wodnych, kredek, pę­dzelków, linijek. Znikają też całe okulary przeciw­słoneczne z plastiku, których szkła – modna nowinka – mienią się kolorowo! Ze strachu, wyrzuca natychmiast na ulicy zrabowany łup, który nigdy niczemu dobremu nie służy, do pierwszego kosza na śmieci, żeby nie znaleziono go wśród jej rzeczy. Matka szuka i zawsze coś udaje się jej znaleźć; coś, co wiąże się z potajem­nie kupioną czekoladą czy potajemnie wygospodarowa­nym z pieniędzy na bilety tramwajowe lodem.

[…]

Tęskni za mężczyzną, który dużo wie i gra na skrzyp­cach. Ale on zacznie ją głaskać dopiero wówczas, gdy ona położy go trupem. Ten gotowy do natychmias­towej ucieczki kozioł wspina się już wprawdzie po kamienistym zboczu, nie ma jednak dość energii, by wyczuć jej pogrzebaną pod gruzami kobiecość. Jest zdania, że kobieta to kobieta. Następnie pozwala sobie na mały żarcik na temat znanej chwiejności uczuciowej kobiet, mówiąc: ach, te kobiety! Kiedy daje jej sygnał, żeby zaczęła grać, że teraz JEJ wejście, patrzy na nią, nie widząc jej tak naprawdę. On nie decyduje wbrew NIEJ, on decyduje bez NIEJ. ONA nigdy nie wdałaby się w sytuacje, w których mogłaby sprawiać wrażenie słabej czy wręcz gorszej. Dlatego zostaje tam, gdzie jest.

[…]

Tak się sie­bie trzymają, słodziutkie. Z pewnością natychmiast roz­luźniłyby swoje sploty, gdyby podszedł do nich chło­pak jednej czy drugiej. Natychmiast wyrwałyby się z przyjacielskiego uścisku, aby skierować swoje przy­ssawki w jego stronę i wwiercić mu się pod skórę jak miny talerzowe. Kiedyś później głośno eksploduje nie­chęć i kobieta odejdzie od mężczyzny, aby rozwinąć późny talent, który dotąd leżał odłogiem. Samodzielnie ludzie prawie nie umieją iść czy stać, występują stadami, jakby pojedynczo nie stanowili do­statecznego obciążenia powierzchni ziemi, myśli sobie indywidualistka Erika. Bezkształtne, nagie ślimaki bez oparcia i kręgosłupa, niczego się niedomyślające! Nigdy niemuśnięte ani nieowładnięte żadnym czarem, czarem muzyki. Kleją się do siebie futerkami, których włosem nie porusza żaden wiew.

[…]

Porównuje róż­nych wykonawców i niszczy uczniów swoją miarą osiągnięć, której tylko najwięksi sięgnąć mogą swoją sztuką. Śledzi, będąc poza zasięgiem wzroku ucznia, zawsze jednak mając go w zasięgu swego wzroku; ob­serwuje samą siebie w szybach wystawowych idącą obcym śladem. Potocznie można by ją określić mianem dobrej obserwatorki, lecz Erika nie ma nic wspólnego z potocznością, nic wspólnego z ludem. Należy do tych, którzy ludem kierują i mu przewodzą. Choć jest wessana w próżnię absolutnej bezwładności swego cia­ła, to otwarcie butelki z hukiem wyrywa ją na zewnątrz i rzuca w sam środek wybranego wcześniej lub poja­wiającego się niespodzianie obcego istnienia. Jej szpie­gowania nigdy nie da się zdemaskować jako zamierzo­nego.

[…]

Później, w czasie lekcji fortepianu, Erika rozmyślnie omija tego ucznia wzrokiem, trędowatą ofiarę żądzy. Już przy Bachu, zaraz po gamach i palcówkach, powszechnie przeważa niepewność. Ta misterna, wielowątkowa materia znosi jedynie pewną rękę mistrza, subtelnie operującego cuglami. Temat główny został zamazany, głosy towarzyszące za bardzo się narzucają, całość da­leka od jakiejkolwiek przejrzystości. Zamazana olejem szyba samochodu. Erika szydzi z Bacha w interpretacji ucznia, bo ze strumienia przemienił się w wątły stru­myczek, który niepewnie, wstrzymywany przez kamien­ne i ziemne wały, sączy się pełnym zanieczyszczeń ko­rytem. Erika wyjaśnia teraz dokładniej dzieło Bacha: to dzieło cyklopa, jeśli idzie o Pasje, i dzieło lisa, jeśli idzie o Das wohltemperierte Klavier i inne formy kontrapunktyczne na instrumenty klawiszowe. Erika, w świa­domym zamiarze poniżenia ucznia, wynosi dzieło Ba­cha w niebotyczne sfery; twierdzi, że Bach, gdziekol­wiek rozbrzmi, muzycznie wznosi od nowa gotyckie katedry. Erika czuje mrowienie między nogami, które dane jest tylko komuś wybranemu przez sztukę i dla sztuki, kiedy mówi o sztuce, i kłamie, stwierdzając, że faustyczna tęsknota do Boga powołała do istnienia za­równo katedrę w Strasburgu, jak i wstępne partie chó­ralne w Pasji według świętego Mateusza. A to, co on przed chwilą zagrał, niezbyt przypominało katedrę. Eri­ka nie może sobie darować aluzji, że w końcu Bóg stworzył także kobietę. Pozwala sobie na drobny męski dowcip, że uczynił to, kiedy już nic lepszego nie przy­chodziło mu do głowy. Zaraz jednak wycofuje się z te­go dowcipu, jak najpoważniej pytając ucznia, czy on wie, jak należy patrzyć na zdjęcie kobiety? Otóż z sza­cunkiem, bo także jego mamusia, która go nosiła pod sercem i wydała na świat, jest kobietą, ni mniej, ni wię­cej. Uczeń przyrzeka to i owo z tego, czego domaga się od niego Kohutowa. W zamian dowiaduje się, że kunszt Bacha to triumf rzemiosła w jego najrozmait­szych kontrapunktycznych formach i sztuczkach.

[…]

Uczeń postanawia, że w miarę możności nigdy więcej nie da się przyłapać na oglądaniu zdjęcia nagiej ko­biety. Palce Eriki chodzą jak pazury dobrze wychowanego drapieżnika. W czasie lekcji łamie wolę za wolą. W głę­bi siebie jednak czuje gwałtowną potrzebę bycia po­słuszną. Od tego ma matkę w domu. Lecz stara kobieta jest coraz starsza. Co będzie, jeśli kiedyś całkiem się rozpadnie i stanie się przygnębiającym przypadkiem chorobowym, który będzie musiał słuchać jej, Eriki? Erika cała płonie pragnieniem, by postawiono przed nią trudne zadania, które potem źle wypełni. Wtedy trzeba ją za to ukarać. Ten zdominowany przez własną krew młody człowiek nie jest żadnym przeciwnikiem, zawiódł już przecież w konfrontacji z cudownym dzie­łem Bacha. A jak bardzo dopiero by zawiódł, gdyby dano mu do grania żywego człowieka! Nie będzie miał nawet odwagi wziąć go twardym chwytem; branie fał­szywych tonów za bardzo stało się dlań wstydliwą teraźniejszością. Jedną uwagą, jednym pogardliwym spojrzeniem jest w stanie natychmiast rzucić go na ko­lana, tak że będzie się wstydził i podejmował różne postanowienia, których później nie będzie potrafił zre­alizować. Gdyby komuś udało się osiągnąć tyle, że posłuchałaby jego rozkazu – musiałby to być rozkazo­dawca inny niż jej matka i wyorane przez nią piekące bruzdy w woli Eriki – ten mógłby dostać od niej WSZYSTKO.

[…]

Erika przemaga się tak długo, aż nie czuje już żadnego popędu. Wyłącza swoje ciało, ponie­waż nikt nie śpieszy do niej skokiem pantery, aby szarp­nąć to ciało ku sobie. Ona czeka i niemieje. Stawia te­mu ciału surowe zadania i może jeszcze dowolnie zwiększać stopień trudności, wmontowując w nie ukry­te pułapki. Erika przysięga przed sobą samą, że za po­pędem może iść każdy, nawet człowiek pierwotny, jeśli nie waha się rozładować go na wolnym powietrzu. Erika K. poprawia Bacha, łata różne miejsca. Jej uczeń spuszcza wzrok na splecione dłonie. Nauczycielka pa­trzy na przestrzał przez niego, za nim jednak widzi tyl­ko ścianę, na której wisi pośmiertna maska Schumanna. Przez przelotną chwilę czuje chęć złapania głowy ucz­nia za włosy i ciśnięcia jej we wnętrze ciała fortepianu, żeby krwawe kiszki strun z jękiem wybryznęły spod wieka. Bósendorfer nie wyda już potem z siebie ani dźwięku. Pragnienie to zwiewnie, na czubkach palców, przemyka przez czaszkę nauczycielki i rozpływa się bez żadnych konsekwencji.

[…]

Erika mówi w obcym języku o grzechach przeciwko duchowi Schuberta – Koreańczycy mają się wczuwać, a nie tępo imitować płytę Alfreda Brendela. Bo w ten sposób Brendel zawsze będzie o ten porządny kawałek lepszy! Klemmer wypowiada się niewzywany i niepro­szony na temat duszy dzieła muzycznego, którą bardzo trudno z niego wypędzić. Ale jednak są tacy, którym się to udaje! Powinni zostać w domu, skoro nie potra­fią jej wyczuć. W kącie sali tej duszy się nie znajdzie, szydzi z Koreańczyka Klemmer, wzorowy uczeń. Uspo­kaja się powoli i stwierdza słowami Nietzschego, z któ­rym się utożsamia, że nie jest dość szczęśliwy i dość zdrowy, jak na muzykę romantyzmu (włącznie z Beethovenem, którego dodaje do kompletu). Klemmer za­klina swoją nauczycielkę, aby zechciała wyczytać jego nieszczęście i jego chorobę z jego cudownej gry. Po­trzebna byłaby muzyka, przy której zapomina się o cier­pieniu. Animalizm życia! powinno się je ubóstwiać. Chce się tańczyć, triumfować. Lekkie, swobodne rytmy, złote, delikatne harmonie, tego ni mniej, ni więcej żąda filozof wybuchającego z powodu małości gniewu, a Walter Klemmer przyłącza się do tego żądania. Kie­dy pani właściwie żyje, Eriko, pyta uczeń, sugerując, że wieczorem byłoby dość czasu na życie, gdyby się umiało ten czas znaleźć. Jedna połowa czasu należy do Waltera Klemmera, drugą rozporządza sama.

[…]

Klemmer, żywa reklama zapewniającego zdrowie spor­tu kajakowego, taksuje nauczycielkę wzrokiem, jakby miał ją zaraz zapakować i zabrać ze sobą albo nawet zjeść na miejscu, jeszcze w sklepie. Może to już ostatni, który mnie pożąda, myśli sobie Erika z wściekłością, niedługo umrę, jeszcze trzydzieści pięć lat, myśli Erika z gniewem. Trzeba wskoczyć do tego pociągu, póki się da, bo jak umrę, to nic już nie będę słyszała, nie będę czuła zapachów ani smaków! Jej szpony drapią klawisze. Jej stopy bezsensownie i z zakłopotaniem szurają po podłodze, niepewnie sku­bie i poprawia coś na sobie, mężczyzna budzi w ko­biecie nerwowość i odbiera jej oparcie, odbiera muzy­kę. Matka w domu zaczyna już czekać. Spogląda na kuchenny zegar, to niezmordowane wahadło, które naj­później za pół godziny sprowadzi córkę swoim tyka­niem. Lecz matka, która nie ma żadnych innych trosk, woli już teraz czekać na zapas. Może któregoś dnia Erika niespodziewanie wróci wcześniej, bo jakiś uczeń nie przyjdzie, a wtedy mogłoby się okazać, że matka nie czekała.

[…]

Klemmer nerwowo rujnuje czubkiem buta parkiet i niby kółka papierosowego dymu wydmuchuje z siebie małe, niezwykle ważne fakty pianistycznej kultury uderzenia, podczas kiedy kobieta wewnętrznie zmierza już do sie­bie. Pyta, co stanowi o brzmieniu, i sam sobie odpowia­da: kultura uderzenia. W bogactwie słów wypływa z je­go ust cała ta niejasna, niepojęta reszta utworzona z dźwię­ków, barw, światła. Nie, to o czym pan tutaj mówi, to nie jest muzyka, jak ja ją rozumiem, gdacze Erika, domo­wa kurka, i pragnie znaleźć się w końcu w swoim ciep­łym domku. A właśnie że to i tylko to, wyrywa się mło­demu człowiekowi. To, co niemierzalne, niewyrażalne stanowi dla mnie kryterium sztuki, mówi Klemmer, od­mawiając racji nauczycielce. Erika zamyka wieko forte­pianu, sprząta różne rzeczy. Ledwie ten mężczyzna przy­padkowo napotkał ducha Schuberta w jednej ze skrytek swego wnętrza, a już próbuje to wykorzystać. Im bar­dziej duch Schuberta przechodzi w zapach, barwę, myśl, tym bardziej jego wartość przenosi się poza zasięg opisywalnego. Wartość staje się gigantycznie wielka, nikt już nie pojmuje tej wielkości. Pozór jest zdecydowanie ważniejszy od bytu, mówi Klemmer. Tak, rzeczywistość to zapewne jedna z największych pomyłek w ogóle. A zatem kłamstwo jest ważniejsze od prawdy, wnioskuje mężczyzna ze swoich własnych słów. Nierealne jest waż­niejsze od realnego. A sztuka zyskuje dzięki temu na ja­kości.

[…]

Erika nie chce dopuścić do wybuchu milczenia i mówi jakąś powszedniość. Sztuka to dla Eriki chleb powszed­ni, ponieważ ona żywi się sztuką. O ileż łatwiej artyś­cie, mówi kobieta, wyrzucić z siebie uczucie czy na­miętność. Zwrot ku dramatyzmowi, który pan tak ceni, panie Klemmer, oznacza przecież, że artysta sięga po środki pozorne, zaniedbując te prawdziwe. Erika mówi, aby nie wybuchło milczenie. Jako nauczycielka jestem za sztuką niedramatyczną, za Schumannem na przy­kład, dramat jest zawsze łatwiejszy! Uczucia i namięt­ności to zawsze tylko namiastka, surogat czegoś udu­chowionego. Za trzęsieniem ziemi, za hukiem wiatru spadającego na nią w dzikim podmuchu tęskni nauczy­cielka. Oszalały Klemmer z gniewu niemal wwierca głowę w ścianę, klasa klarnetu obok, do której ostatnio uczęszcza raz w tygodniu jako posiadacz drugiego ins­trumentu, z pewnością byłaby zdumiona, gdyby nagle rozsierdzona twarz Klemmera wychynęła ze ściany obok pośmiertnej maski Beethovena. Ta Erika, ta Erika nie czuje, że tak naprawdę mówi tylko o niej i oczy­wiście o sobie! Wprowadza siebie i Erikę we wspólny zmysłowy kontekst, wypierając tym samym umysł, tego wroga wszelkich zmysłów, tego arcywroga ciała. Ona myśli, że on mówi o Schubercie, a on ma na myśli sie­bie, tak jak zawsze ma na myśli siebie, gdy mówi.

[…]

 Ktoś, kto przyjdzie z wizytą, ujrzy tylko zabejcowane palisandrowe zasieki, chaosu za nimi nie dostrzeże. Zobaczy może – i o to chodzi – mały domo­wy barek, pełen kolorowych butelek oraz pasujące do nich, gniewnie błyszczące, bez końca polerowane kie­liszki. Które przynajmniej w pierwszych latach małżeń­stwa starannie się poleruje. Potem pobiją je dzieci albo umyślnie zapomni się o polerowaniu, bo mąż zawsze tak późno wraca i chleje poza domem. Zwierciadlany bar z wolna zaczyna pokrywać się kurzem. Jugosłowia­nin, a także Turek, z natury pogardza kobietą, ślusarz pogardza nią tylko wtedy, kiedy jest niechlujna albo bierze za bzykanie pieniądze. Te pieniądze lepiej wy­dać na coś innego, co na dłużej starczy. Nie widzi po­trzeby płacenia za coś, co trwa tak krótko jak wytrysk, bo przecież w końcu kobieta ma z nim przyjemność, jakiej z innymi nie zaznała. Swoim własnym życiem długo i mozolnie wytwarzał spermę. Kiedy umrze, i tak już nie będzie więcej produkował żadnych soków, ku utrapieniu kobiet. Ślusarz nie może zbyt często robić takich numerów, bo będą go już tutaj znali i bezlitoś­nie prześladowali. Lecz w momencie gwałtownej mize­rii finansowej, bo trzeba spłacić raty, ryzykuje, że mu spuszczą lanie albo nawet zrobią coś gorszego. Jego tęsknota za odmianą, jeśli idzie o damską waginę, nie zawsze idzie w parze z jego finansowymi aspiracjami i możliwościami.

[…]

Ziemia jest czarna. Niebo odcina się od niej tylko od­robinę jaśniejszą barwą, ale na tyle, że wiadomo, gdzie kończy się ziemia, a zaczyna niebo. Na horyzoncie lek­ko zarysowane sylwetki drzew. Erika dopuszcza do głosu ostrożność. Staje się cicha i lekka jak piórko. Sta­je się miękka i nieważka. Staje się niemal niewidoczna. Niemalże rozpuszcza się w powietrzu. Cała zamienia się we wzrok i słuch. Przedłużeniem jej oka jest lornet­ka. Unika ścieżek, którymi chodzą inni wędrowcy. Wy­szukuje punkty, w których inni wędrowcy się zabawia­ją – zawsze we dwoje. Przecież nie popełniła niczego, co mogłoby spłoszyć ludzi. Za pomocą urządzenia optycz­nego wypatruje par, przed którymi płoszyliby się inni ludzie. Nie może teraz badać gruntu pod stopami, porusza się więc na ślepo. Kieruje się tylko i wyłącznie słuchem, tak jak przywykła do tego z racji zawodu. Czasem podwija jej się noga, czasem o mało się nie przewraca, ale cały czas prze mniej więcej prosto do przodu. Idzie i idzie i idzie. Odpadki wtulają się w protektory jej sportowych podeszew i wygładzają je. Ale ona idzie dalej po podatnym gruncie błonia. Wreszcie ich ma. Z jakiegoś zagłębienia wyrastają przed Eriką Kohut niby płomień wielkiego ogniska krzyki kochającej się pary. Nareszcie coś swojskiego dla patrzącej.

[…]

Uchwyciła obraz wyprostowanego, stoją­cego bez ruchu cudzoziemca w mikrometr źrenic i tam go trzyma, cały czas oddając mocz na ziemię. Jest przygotowana zarówno na jedno rozwiązanie, jak i na inne, obydwa jej odpowiadają. Pozostawia to losowi w po­staci przypadku, czy Turek jest dobrotliwy, czy nie. Spódnicę w szkocką kratę starannie zebrała nad ugięty­mi kolanami, żeby jej nie zamoczyć. Spódnica nie jest niczemu winna. Swędzenie wreszcie ustaje, zaraz bę­dzie mogła zakręcić kranik. Turek nadal jeszcze stoi wbity w ziemię jak posąg. To­warzyszka Turka natomiast, wydając z siebie głośne okrzyki, odchodzi, podskakując przez rozległą prze­strzeń murawy. Od czasu do czasu odwraca się, poka­zując ordynarny międzynarodowy gest. W ten sposób przełamuje barierę językową. Coś ciągnie mężczyznę raz w jedną, raz w drugą stronę. Oswojone zwierzę między dwoma panami. Nie wie, co może oznaczać ciche ciurkanie i szelest, żadnego strumyka przedtem nie zauważył. Jedno już tymczasem wie na pewno: jego towarzyszka zmysłów umyka mu.

[…]

Instytut Urania wypuszcza z wykładu gromadę żądnych wiedzy uczniów, którzy stadnie sku­piają się i tłoczą wokół wykładowcy. Chcą się dowie­dzieć jeszcze więcej na temat budowy Drogi Mlecznej, chociaż właśnie usłyszeli wszystko, co było do usłysze­nia. Erika przypomina sobie, że już kiedyś publicznie wygłaszała tu przed zainteresowanymi referat o Fran­ciszku Liszcie i jego zapoznanym dziele, luźnym splo­tem o dużych oczkach. A dwa czy trzy razy regularnym splotem dwa lewe/dwa prawe na temat wczesnych so­nat Beethovena. Zeznała wówczas, że w sonatach Beethovena, tych późniejszych czy, jak w tym przypadku, wcześniejszych panuje taka rozmaitość, że trzeba sobie zadać przede wszystkim pytanie, co właściwie oznacza to wielokrotnie wyszydzane słowo sonata. Być może to, co Beethoven określał tym mianem, to w ogóle już nie są sonaty w ścisłym znaczeniu tego słowa. Trzeba tam odkryć nowe zasady, w tej jakże wysoce drama­tycznej formie muzycznej, w której niejednokrotnie uczucie ucieka formie. U Beethovena tak się nie dzieje, tutaj jedno i drugie idzie ramię w ramię; uczucie ost­rzega formę przed dziurą w ziemi i odwrotnie.

[…]

Matka gryzie zębami starą suknię, noszoną przez Erikę na koncertach, która kryje jeszcze w fałdach nadzieję, że będzie należała do czołowej gwiazdy europejskiej pianistyki. Suknia została swego czasu zakupiona za pieniądze odejmowane od ust matki oraz ojca wariata. Teraz te same usta z wściekłością wgryzają się w suk­nię. W tamtym czasie ta próżna smarkula Erika prędzej by umarła, niżby założyła taftową spódniczkę i białą bluzkę, jak inne. Wtedy ładny wygląd córki w czasie koncertu uważała jeszcze za inwestycję. Skończyło się, wszystko na darmo. Matka depcze suknię kapciami, które są tak czyste, jak podłoga pod nimi, tak że nie mogą zhańbić sukni, zwłaszcza że w dodatku podesz­wy są miękkie. W rezultacie suknia wygląda tylko na trochę pogniecioną. Matka bierze kuchenne nożyczki leżące na stole i udaje się z nimi na niesławy pole, aby nadać ostatni szlif temu tworowi na wpół ślepej kraw­cowej z przedmieścia, która przystępując do szycia su­kienki, już od co najmniej dziesięciu lat nie widziała na oczy żurnala. Sukience i tak już nic nie pomoże. Może tylko pokazywałaby nieco więcej ciała, gdyby Erika miała odwagę nosić tę nową rozcinaną kreację z dużą ilością wolnej przestrzeni między poszczególnymi wąs­kimi paskami materiału. Wraz z sukienką matka kanceruje nożyczkami własne marzenia. Jak ta Erika ma spełnić marzenia matki, skoro nie potrafi porządnie wy­pełnić swoich własnych? Erika nie ma nawet odwagi domyśleć do końca swoich marzeń, zawsze tylko ogłu­piała spogląda ku nim w górę. Matka zdecydowanym ruchem ciacha teraz bordiurę przy dekolcie i urocze bufiaste rękawki, przed którymi swego czasu Erika bro­niła się zajadle. Potem odcina resztki pomiętego dołu od góry sukienki. Dręczy się. Wcześniej musiała się zarzynać, żeby w ogóle doszło do powstania sukien­ki. Zaoszczędziła na nią z pieniędzy na dom, a teraz zadręcza się dziełem zniszczenia. Leży przed nią kilka osobnych części, które należałoby wrzucić do niszczarki, której nie ma.

[…]

Ta flecistka, uszminkowana jak klaun, rozpaliła jej Wal­tera Klemmera swoimi wysoko odsłoniętymi udami. Eri­ka wie, że ta dziewczyna, której wszyscy zazdroszczą, uczy się projektowania mody. Kiedy Erika umieszcza w kieszeni jej płaszcza szkło z umyślnie potłuczonej szklanki, przez głowę przebiega jej myśl, że za żadną cenę nie chciałaby jeszcze raz przeżyć młodości. Jest zadowolona, że ma już tyle lat i że we właściwym cza­sie mogła zamienić młodość na doświadczenie. Przez cały czas nikt nie wszedł, chociaż ryzyko było duże. Wszyscy z zapałem oddają się muzyce w sali. Radość, czy też to, co Bach uważał za radość, wypełnia wszystkie kąty i wspina się po drabinkach. Finał jest już bliski. W samym środku granego z zapałem frag­mentu Erika otwiera drzwi i skromnie wraca do sali. Pociera ręce, jakby je właśnie wymyła, i bez słowa wtula się w jakiś kąt. Ona, jako osoba ucząca, ma oczywiście prawo otworzyć drzwi, chociaż Bach jeszcze płynie pieniście. Pan Klemmer przyjmuje ten powrót do wiadomości błyskiem swoich już z natury błyszczących oczu. Erika ignoruje go. Klemmer próbuje ją powitać, jak dziecko wita wielkanocnego zajączka. Szukanie ko­lorowych pisanek sprawia większą przyjemność niż sa­mo ich znalezienie, i to samo Walter Klemmer ma z tą kobietą. Polowanie jest dla mężczyzny większą przy­jemnością niż nieuchronne zespolenie. Kiedy, to tylko kwestia czasu. Onieśmielenie czuje Klemmer tylko z powodu tej cholernej różnicy wieku. Ale fakt, że jest mężczyzną, z łatwością wyrównuje te ponad dziesięć lat przewagi, jaką ma nad nim Erika. Poza tym, w mia­rę przybywania lat i inteligencji, wartość kobiety spada. Technicznie wykształcona połowa Klemmera szybko to wszystko przelicza i suma tych kalkulacji daje pod kreską wynik, że Erice wcale nie zostało tak znowu du­żo czasu, nim pójdzie do piachu. Walter Klemmer na­biera śmiałości, kiedy dostrzega zmarszczki na twarzy i ciele Eriki. Z kolei nabiera nieśmiałości, kiedy ona demonstruje mu coś na fortepianie. Lecz w ostatecz­nym rozrachunku liczą się tylko zmarszczki, rozstępy, cellulitis, siwe włosy, powiększone woreczki łzowe, po­większone pory, sztuczne szczęki, okulary, deformacja figury.

[…]

Anarchia nie jest chyba pana mocną stroną, Klemmer. Na to przedstawiciel sportów wodnych zbyt sztywno trzyma się konwencji. Walter Klemmer ma chęć pocałować ją w szyję. Nigdy jeszcze tego nie robił, ale często o tym słyszał. Erika ma chęć, żeby uczeń pocałował ją w szyję, ale nie syg­nalizuje mu jego wejścia. Czuje narastające w sobie od­danie, a w jej głowie oddanie to napotyka skawalającą się dawną i nową nienawiść, głównie do kobiet, które przeżyły mniej życia od niej i dlatego są młodsze. Od­danie Eriki w żadnym punkcie nie przypomina odda­nia, jakim darzy matkę. Jej nienawiść w każdym pun­kcie przypomina jej zwykłą, normalną nienawiść. Aby zamaskować te odczucia, kobieta nerwowo zaprze­cza wszystkiemu, co dotychczas publicznie głosiła na temat muzyki. Mówi: W interpretacji utworu muzyczne­go dochodzi się do pewnego punktu, w którym kończy się dokładność odtwarzania i zaczyna się niedo­kładność właściwego tworzenia. Wykonawca już nie służy, on bierze! Bierze sobie od kompozytora wszyst­ko, co jest do wzięcia. Może jeszcze nie jest dla Eriki za późno, by rozpocząć nowe życie. Nie zaszkodzi już teraz zacząć głosić nowe tezy. Erika mówi z cienką ironią, że Klemmer osiągnął już taki poziom umiejęt­ności, kiedy uzasadnione może być stawianie przez niego nastrojów i uczuć obok tych umiejętności. Na­tychmiast rzuca uczniowi w twarz, że nie ma powodu przyjmować milczącego założenia, że on dysponuje już odpowiednimi umiejętnościami. Rozczarowała się, cho­ciaż jako nauczycielka powinna się tego spodziewać. Klemmer lepiej zrobi, kiedy pójdzie sobie powiosłować, ale jak najstaranniej powinien schodzić z drogi ducho­wi Schuberta, gdyby zdarzyło mu się spotkać go w la­sach. Ten okropny Schubert. Najlepszy uczeń zostaje zwyzywany od przystojnych i młodych, przy czym Eri­ka dokłada z lewej i prawej strony kolejny krążek do swoich obciążonych nienawiścią hantli. Z trudem udaje jej się unieść nienawiść do wysokości piersi. Zapatrzo­ny w tę swoją dumną średniznę męskiej urody, nie dostrzega pan przepaści nawet wówczas, kiedy właśnie pan w nią wpada, powiada Erika do Klemmera. Nigdy się pan nie angażuje do końca! Przeskakuje pan przez kałuże, żeby nie zamoczyć sobie butów.

[…]

Erika czuje się zżerana niesprawiedliwością, że nikt nie kochał tego małego tłustego pijaczka Franusia Schuberta. Kiedy patrzy na ucznia Klemmera, szczególnie gwał­townie odczuwa to coś nie do pogodzenia: Schubert i kobiety. Ponury rozdział pornograficznego pisma sztu­ki. Schubert ani jako twórca, ani jako wirtuoz nie od­powiadał obrazowi geniusza, jaki mają masy. Klemmer pozostaje w zgodzie z masami. Te masy tworzą sobie jakiś obraz i są zadowolone dopiero wtedy, gdy spoty­kają takie obrazy na swobodzie. Schubert nie miał na­wet fortepianu, widzi pan, jak panu dobrze, panie Klemmer! Jakie to niesprawiedliwe, że Klemmer żyje i nie ćwiczy dostatecznie intensywnie, podczas kiedy Schubert leży w grobie. Erika Kohut obraża mężczyznę, od którego pragnie przecież miłości. Niemądrze rzuca się na niego z pięściami, pełne złości słowa huczą pod membraną rezonansową jej podniebienia, na napiętej skórze języka. Nocą twarz jej puchnie, podczas gdy niedomyślająca się niczego matka leży obok i chrapie. Ran­kiem Erika ledwie potem widzi w lustrze swoje oczy w udrapowaniu fałdów skóry. Długo trudzi się nad swo­im obrazem, lecz obraz się nie poprawia. Kobieta i męż­czyzna znowu zastygają naprzeciw siebie w kłótni.

[…]

W każdej chwili możemy do siebie zadzwonić, kłamie kobieta bezczelnie. W dwóch kierunkach prze­pływa przez nią prąd. Klemmer szeleści tajemniczym listem wiele mówiącym gestem i formułuje tezę, że Erika z pewnością nie chciała, żeby to zabrzmiało tak nieprzyjemnie, jak te nieprzemyślane słowa, które z siebie wyrzuciła. Nie zostawiać mężczyzny tak nie­przyzwoicie długo w zawieszeniu, oto nakaz chwili. Erika nie powinna zapominać, że każdy rok, który dla Klemmera liczy się normalnie, w jej wieku liczy się co najmniej potrójnie. Erika powinna szybko łapać tę oka­zję, radzi jej Klemmer dobrotliwie, mnąc list w wilgotnej od potu dłoni, drugą dłonią z wahaniem wodząc po Erice, jak po kurze, którą ewentualnie zamierza na­być, ale musi jeszcze sprawdzić cenę, czy aby jest od­powiednia, zważywszy wiek kury. Klemmer nie wie, po czym poznać u kury na zupę czy u kurczaka do upieczenia, czy są młode, czy stare. Za to jeśli idzie o jego nauczycielkę, to widzi bardzo dokładnie, prze­cież ma oczy, że nie jest już dość młoda, ale za to sto­sunkowo dobrze utrzymana. Można by niemal powie­dzieć, że jest apetyczna, gdyby nie to nieco rozwodnio­ne spojrzenie jej oczu. No ale jest jeszcze ta niesłabną­ca podnieta, że jednak jest jego nauczycielką! Podnieca perspektywa, że zrobi z niej uczennicę, przynajmniej raz w tygodniu.

[…]

Klemmer opowiada ukochanej kobiecie, w jaki sposób inni zrzucali jarzmo traktatów i zwycza­jowych praw. Przytacza Pierścień Nibelunga Wagne­ra jako jeden z licznych tego przykładów. Podaje Erice sztukę jako przykład wszystkiego i przykład niczego. Jeśli tylko gruntownie przeczesać sztukę, ten wilczy dół najeżony wpuszczonymi w beton ostrzami kos i sierpów, znajdzie się mnóstwo przykładów anarchicznych zachowań. Na przykład Mozart, ów przykład WSZYSTKIEGO, który zrzucił jarzmo książęco-arcybiskupie. Skoro uwielbiany przez wszystkich Mozart, któ­rego my obydwoje nieszczególnie cenimy, potrafił, to i pani chyba zdoła tego dokonać, Eriko. Jakże często zgadzaliśmy się już, że każdy, kto uprawia sztukę, obo­jętnie, czynnie czy biernie, niezbyt dobrze znosi wszel­kie ograniczenia. Artysta lubi schodzić z drogi bolesne­mu uciskowi prawdy czy zasady. Dziwię się też, nie gniewaj się, że to mówię, jak przez te wszystkie lata możesz znosić przy sobie obecność tej swojej matki. Albo tak naprawdę nie jesteś artystką, albo nie odczu­wasz jarzma jako jarzma nawet wówczas, gdy się już pod nim dusisz, zwraca się Klemmer na ty do swojej nauczycielki, zadowolony, że jest matka Kohut, która na szczęście wyrasta między nim a Eriką jak bufor.

[…]

Pierwszy raz w ciągu tych wszystkich lat Erika zwalnia uczennicę bez uczenia. Matka ostrzega przed stromymi trasami. Kiedy matka nie macha drabinką sukcesu, która prowa­dzi w górę, maluje na ścianie odstraszający obraz zjaz­du w dół, spowodowanego moralnym upadkiem. Lep­sze szczyty sztuki niźli niziny płci. O tej płci artysta, wbrew pokutującemu powszechnie mniemaniu o jego rozwiązłości, ma zapomnieć, uważa matka; jeśli tego nie potrafi, jest po prostu człowiekiem, a tym mu być nie wolno. Nie jest wtedy boski! Niestety, biografie ar­tystów, które są w ogóle ważniejsze nawet od samych artystów, aż nazbyt często roją się od pożądliwości i przebiegłości ich artystycznych mości. Stwarzają myl­ne wrażenie, jakoby dopiero na kompoście płciowości pojawić się mogła ogórkowa grządka czystego i pięk­nego tonu.

[…]

Idąc, Erika nienawidzi tego porowa­tego, zjełczałego owocu, który wyznacza zakończenie jej podbrzusza. Tylko sztuka daje obietnicę nieskończo­nej słodyczy. Erika odchodzi. Wkrótce ta zgnilizna po­sunie się dalej i obejmie większe partie ciała. Wtedy człowiek umiera w męczarniach. Erika z przerażeniem odmalowuje sobie, jak leży w trumnie jako długa na metr siedemdziesiąt pięć niewrażliwa dziura i rozpusz­cza się w ziemi; ta dziura, którą pogardzała, którą za­niedbywała, wzięła ją oto całkowicie w posiadanie. Jest Nicością. I nic już dla niej nie ma.

[…]

Klemmer nie jest w stanie pożądać tej kobiety, lecz od dłuższego czasu pragnie się w nią wedrzeć. Niech go to kosztuje, co chce, a na pewno miłosne wyznania. Erika kocha młodego człowieka i czeka, by ją wybawił. Nie daje żadnej oznaki miłości, żeby nie być podleg­łą. Erika chciałaby okazać słabość, lecz zarazem sama określać formę swojej podległości. Wszystko spisała. Gotowa jest pozwolić temu mężczyźnie dosłownie się wyssać, aż w ogóle jej nie będzie. Zarówno niedotykalność, jak i namiętne dotknięcie muszą znaleźć kry­jówkę pod jej kowbojskim kapeluszem. Kobieta chce rozmiękczyć wieloletnie skamieniałości, nawet jeśli mężczyzna ją przy tej okazji połknie! bardzo jej to od­powiada. Chce się całkiem się w tym mężczyźnie zagu­bić, ale tak, żeby on tego nie dostrzegł. Czy nie do­strzegasz, że jesteśmy sami na świecie, pyta mężczyznę, nie wydając głosu. Na górze czeka już matka. Zaraz otworzy drzwi. Drzwi nie otwierają się jeszcze, bo mat­ka jeszcze nie spodziewa się córki.

[…]

Matka wyzna Erice miłość i ewentualne błędy uspra­wiedliwi tąż miłością. Przy okazji zacytuje Boga i in­nych przełożonych, którzy także wynosili miłość pod niebiosa, lecz nigdy nie była to miłość egoistyczna, któ­rej zarodek tkwi w tym młodym człowieku. Za karę matka nie wypowie ani słowa pochwały pod adresem filmu i ani słowa krytyki. Nie odbędzie się dziś dosko­nale zadomowiona wymiana myśli, ponieważ matka zdecydowała się jej nie podejmować. Dzisiaj córka bę­dzie musiała kierować się tym, czego życzy sobie mat­ka. Sama ze sobą córka nie może rozmawiać. Żadnych dyskusji, ty już wiesz dlaczego. Matka, nie zjadłszy nic, idzie do dużego pokoju i wy­jątkowo głośno włącza nieustającą pokusę kolorowego telewizora, żeby córka żałowała tam w tej swojej dziupli, że z dwóch przyjemności wybrała bardziej mdłą. Matka rozpaczliwie szuka pocieszenia i w końcu znajduje je w tym, że córka przyszła z tym mężczyzną tutaj, zamiast iść z nim gdzie indziej. Matka obawia się, że za zastawionymi drzwiami do głosu dochodzi ciało. Matka boi się, że temu młodemu człowiekowi chodzi głównie o pieniądze. Matka potrafi sobie wyobrazić tyl­ko, że ktoś chce pieniędzy, nawet jeśli bardzo sprytnie maskuje to tym, że chce jej córki. Niech sobie bierze wszystko, tylko nie pieniądze, decyduje rodzinna pani minister finansów, która zaraz jutro pójdzie zmienić hasło książeczki oszczędnościowej. Hasło nie będzie już brzmiało Erika. Córka ładnie się zblamuje, kiedy bę­dzie próbowała powierzyć młodemu człowiekowi jej majątek.

[…]

Erika nie mówi, tylko pisze, że jej tępe stadko pobiera­jących lekcje zażąda być może wyjaśnień, ale żadnych nie otrzyma. Erika grubo się myli co do swoich ucz­niów, nie zgadza się z nią Klemmer. On nie ma zamia­ru całkiem się obnażać przed ludźmi, którzy wszyscy razem są głupsi od niego. Tego się po naszym związku nie spodziewałem, Eriko. Klemmer czyta w liście, któ­rego przy najlepszej woli nie może brać poważnie, że nie wolno mu przychylić się do żadnej prośby. Jeśli zwrócę się do ciebie, mój kochany, z prośbą, abyś nie­co poluzował moje więzy, to jeśli zadośćuczynisz tej prośbie, będę miała ewentualnie możliwość uwolnienia się od nich. Dlatego, bardzo proszę, w żadnym razie nie przychylaj się do moich błagań, to bardzo ważne! Wprost przeciwnie, kiedy będę cię o to błagała, to rób tak, jakbyś chciał mnie posłuchać, ale w rzeczywistości zaciśnij te pęta jeszcze mocniej, jeszcze bardziej je naciągnij, a pasek zapnij co najmniej o 2-3 dziurki ciaśniej, im bardziej, tym będzie to dla mnie przy­jemniejsze, a oprócz tego wciśnij mi w usta moje stare nylonowe pończochy, które będą przygotowane, tak głęboko, jak tylko się da, i zaknebluj mnie w tak wy­rafinowany sposób, żebym nie mogła wydać z siebie najmniejszego dźwięku. Klemmer mówi nie, i że czas z tym wszystkim skoń­czyć. Pyta Erikę, czy ma uderzyć ją w twarz. Erika nie udziela sobie zezwolenia na mówienie. Klemmer grozi, że jeśli w ogóle będzie dalej czytał, to tylko z cieka­wości dla klinicznego przypadku, jakim ona jest. Mówi: kobieta taka jak ty tego nie potrzebuje. Przecież nie jest brzydka. Nie ma żadnych widocznych usterek na ciele, wyjąwszy wiek. Jej zęby są z prawdziwych zębów. Tu jest napisane, tym gumowym wężem zamocuj mi, pokażę ci jak, ten knebel w ustach tak mocno, jak tyl­ko potrafisz, żebym nie mogła go wypchnąć językiem. Wąż jest już przygotowany! Dla wzmocnienia mojej przyjemności obwiąż mi też całą głowę halką i zrób to tak mocno i sprytnie, żebym nie mogła jej ściągnąć. I każ mi cierpieć w tej pozycji przez całe godziny, że­bym nie mogła kompletnie nic zrobić, żebym była cał­kowicie zostawiona w sobie i sama sobie. A gdzie w tym wszystkim moja zapłata, kpi sobie Klemmer. Pyta tak, bo cierpienia drugiej osoby nie sprawiają mu żadnej przyjemności. Cierpienia sportowe, którym dob­rowolnie się poddaje, to zupełnie co innego: wtedy cierpi tylko on sam. „Syberyjska" parówka w saunie po najbardziej lodowatych górskich wodach. Sam to na siebie biorę i wyjaśnię ci, co ja rozumiem przez warun­ki ekstremalne.

[…]

W obliczu takiej władzy dysponowania drugą osobą Klemmer nerwowo przejeżdża językiem po wargach. Zupełnie jak w telewizorze otwierają się przed nim mi­niaturowe światy. Noga prawie nie ma miejsca, żeby dać kopniaka. Ta mała figurka skacze mu w mózgu. Kobieta przed nim kurczy się do miniaturowych wy­miarów. Można ją podrzucić jak piłkę, nie łapiąc. Moż­na też spuścić z niej powietrze. Ona umyślnie robi się taka mała, chociaż wcale nie musi. On przecież szanuje jej umiejętności. Ona nie chce już mieć przewagi, bo inaczej nie znajdzie nikogo, kto będzie mógł czuć prze­wagę nad nią. Erika zamierza później dokupić nieco dodatków, aż zbierzemy sobie całe małe instrumenta­rium udręczeń. Na tych prywatnych organach będziemy potem grać we dwoje. Żaden dźwięk tych organów nie może się jednak przedostać na forum publiczne. Uczniowie nie mogą nic zauważyć, martwi się Erika. Pod drzwiami matka szlocha cicho i z wściekłością. A w aparacie telewizyjnym nieoglądana rodzina szlo­cha bezgłośnie, ponieważ ściszono głos odpowiednim regulatorem. Matka jest zdolna i jak najbardziej gotowa pozwolić tej kobiecie z telewizyjnej rodziny szlochać tak głośno, że mieszkanie zadrży. Jeśli już ona, własna matka, nie może wkroczyć i dokonać przeszkodzenia, to ta ondulowana teksańska imitacja kobiety na pewno zdoła przeszkodzić, i to wskutek prostego przyciśnięcia guzika na pilocie.

[…]

Klemmer ponownie pyta, co on z tego będzie miał. Klemmer śmieje się. Matka drapie. Telewizor ryczy. Drzwi są zamknięte. Erika milczy. Matka śmieje się. Klemmer drapie. Drzwi ryczą. Telewizor jest zamknięty. Erika jest. Abym nie mogła skowyczeć z bólu, z rozkoszą we­pchaj mi, bardzo proszę, pończochy i rajstopy i temu podobne jako knebel do ust. Przymocuj mi ten knebel gumowym wężem (do nabycia w specjalistycznych sklepach) i kolejnymi pończochami, z rozkoszą i zgod­nie z zasadami sztuki, w ustach i wokół ust, żebym nie mogła się go pozbyć. Miej przy tym na sobie małe slip­ki z dwóch trójkącików materiału, które więcej odkry­wają, niż zakrywają. Nikomu nie pisnę ani słowa!

[…]

Erika siedzi twardo na sofie. Stopy w nowych butach ustawiła jedną obok drugiej. Dłonie spoczywają każda na jednym kolanie. Bez nadziei czeka na coś w rodzaju przypływu miłości u Klemmera. Czuje nieod­wołalne: tej miłości grozi przeminięcie! Przecież jego miłość nie może przeminąć, tęskni. On jeszcze tu jest, na razie żyje nadzieja. Ona liczy przynajmniej na na­miętne pocałunki, bardzo proszę. Klemmer odpowiada na to pytanie za pomoc: dziękuję nie. Ona pragnie naj­goręcej, żeby on, zamiast ją dręczyć, zrealizował z nią miłość według norm austriackich. Gdyby zamierzał wy­ładować na niej swoją namiętność, odepchnęłaby go słowami: na moich warunkach albo w ogóle. Od ucz­nia, który jest niedoświadczony, spodziewa się zalotów ustami i dłońmi. Ona mu pokaże. Ona mu pokaże. Siedzą naprzeciwko siebie. Bliskie jest zbawienie przez miłość, lecz kamień na grobie jest zbyt ciężki. Klemmer nie jest aniołem, kobiety też nie są aniołami. Odwalić kamień. Erika jest surowa wobec Waltera Klemmera, jeśli idzie o swoje pragnienia, które mu opisała. Poza listem nie ma w zasadzie żadnych pragnień. Dziękuję pięknie! Co tu więcej mówić, pyta Klemmer. Przynaj­mniej nie bije.

[…]

Złośliwy karzeł miłości sunie po terenie nocnego parku rozrywki, który właściwie pomyślany był jako miejsce użytkowane za dnia, i szuka okazji, by odreagować na niewinnych zwierzętach. Szuka jakiegoś kamienia, któ­rym mógłby cisnąć, ale nic takiego nie znajduje. Podnosi krótki kij, który spadł z jakiegoś drzewa, ale drew­no jest zmurszałe i lekkie. Ponieważ pewna kobieta za­żądała rzeczy okrutnych od niego, który oferował jej miłość, musi się teraz pilnie nachylać, żeby znaleźć broń lepszą od zmurszałego drewna. Ponieważ nie mógł zapanować nad tą kobietą, musi teraz zginać ple­cy i niezmordowanie zbierać drewno. Z takim paty­kiem każdy flaming go wyśmieje. To nie kij, tylko cien­ka gałązka. Klemmer, który nie ma doświadczenia, ale chce przeżyć coś nowego, nie ma pojęcia, gdzie prze­bywają nocą ptaki, aby ujść swoim prześladowcom. Może mają jakiś domek tylko dla siebie! Klemmer w żadnym razie nie chce wypaść gorzej od chuliga­nów, którzy zatłukli już mnóstwo ptaków. Coraz silniej wietrzy wodę, znajomy mu żywioł. Jak opisano w ga­zetach, tam gdzieś właśnie trzyma się różowa zdobycz. Różności szumią na wietrze i nie przestają. Jasne ser­pentyny ścieżek wiją się we wszystkie strony. Skoro już tak daleko zaszedł, chętnie zmierzy się nawet z ła­będziem, zwierzęciem, które łatwo da się zastąpić. Już po tej myśli Klemmer orientuje się, jak bardzo potrzeb­ny mu jest wentyl, żeby upuścić trochę gotującego się w nim gniewu. Jeśli ptaki odpoczywają bezczyn­nie na wodzie, postara się je przywabić. Jeśli odpoczy­wają spokojnie na brzegu, nie będzie się musiał mo­czyć. Zamiast głosów ptactwa słychać tylko szum rzeki jadą­cych w oddali samochodów. Tak późno i ciągle jadą? Aż tutaj miasto prześladuje swoim hałasem szukającego wytchnienia człowieka, aż po miejskie tereny zielone, zielone płuca Wiednia. Klemmer, zanurzony w szarej strefie gniewu, szuka kogoś, kto nareszcie chociaż raz mu się nie sprzeciwi. Dlatego szuka kogoś, kto go nie zrozumie. Taki ptak może i ucieknie, ale nie będzie sprzeciwiał się słowem. Klemmer wydeptuje w trawie swoje własne nocne ścieżki. Czuje wewnętrzne pokre­wieństwo z nocnymi samotnikami, którzy również gdzieś się tu kręcą. Nad nocnymi markami, którzy prze­chadzają się, trzymając w swoich dłoniach dłonie pań, czuje przewagę, ponieważ jego gniew jest o wiele sil­niejszy niż płomień miłości. Aż dotąd młodemu człowie­kowi udało się uniknąć bliskości kobiet. Od niewielkie­go źródła dźwięku we wszystkie strony rozchodzi się koliście jakiś krzyk, tak niemelodyjny, że mógł go wy­tworzyć tylko ptasi dziób albo początkujący adept gry na jakimś instrumencie, A więc jest jakiś ptak! Już wkrótce pojawią się informacje o kolejnym akcie wan­dalizmu i z pachnącą świeżą farbą gazetą w ręku bę­dzie można stanąć przed niedoszłą kochanką, bo znisz­czyło się jakieś życie. A wtedy równie brutalnie można będzie zniszczyć życie kochanki. Można przeciąć nici życia. Ta pani Kohut permanentnie wyśmiewała jego uczucia, jego miłość niezasłużenie spadała na nią mie­siącami! Jego namiętność sypała się na nią z rogu obfi­tości jego serca, a ona wetknęła mu ten słodki deszcz z powrotem do gardła. A teraz, i sama jest temu win­na, dostanie rachunek w formie okrutnego dzieła znisz­czenia.

[…]

Walter Klemmer stoi w swojej niszy i zastanawia się, jak daleko mógłby się posunąć. Czuje wyraźnie dwie chęci, głód i pragnienie, jedno i drugie naraz. Lecz do chęci na tę kobietę ustosunkowuje się, dokonując masturbacji. Przekonuje się na własnym ciele, a ona ma się przekonać na własnym, czym to się kończy, kiedy się z nim próbuje zabawy dla wprawy. Kiedy się mu wcis­ka opakowania bez zawartości. Jej miękka cielesna po­włoka musi go w siebie przyjąć! Wydrze ją z jej letnie­go łóżka, od boku matki. Nikt nie przychodzi. Nikt nie otwiera mu szeroko bramy. W tym podlegającym zmia­nom świecie, w którym zrobiła się już noc, Klemmer zna tylko stałą swoich uczuć i idzie w końcu zatelefo­nować. Pomijając dyskretne obnażenie, zachowywał się przy bramie spokojnie i zdyscyplinowanie. W oczeki­waniu na powracających późno do domu. Od zewnątrz sprawiał wrażenie kogoś spokojnego i bez gniewu. W środku zmysły kopią jego ciało. Powracający nie mogą go takim zobaczyć, nie mogą powziąć podejrzeń. Jest owładnięty uczuciami. Jest poruszony sobą. Ta ko­bieta zaraz zsiądzie z wysokiego rumaka sztuki i wstą­pi w rzekę życia. Stanie się częścią sprzedajności i hań­by. Sztuka to nie koń trojański, mówi Klemmer bez­głośnie do tej kobiety na górze, która grzebie tylko w sztuce w poszukiwaniu treści. Budka telefonicz­na stoi całkiem niedaleko. Zaraz ktoś z niej skorzysta. Klemmer czuje pogardę dla wandala, który powyrywał z zamocowań książki telefoniczne, może się teraz zda­rzyć, że nie da się uratować jakiegoś życia, bo ktoś bę­dzie szukał jakiegoś numeru i go nie znajdzie.

[…]

Nowy dzień zastaje Erikę samą, ale przez troskliwość matki poklejoną, zaplastrowaną [pobitą i zgwałconą przez Klemmera w jej własnym domu i w obliczu sterroryzowanej matki – przyp. aut.]. Ten dzień Erika rów­nie dobrze mogła zacząć wspólnie z mężczyzną. Nie­dostatecznie przygotowana kobieta wychodzi na spot­kanie dnia. Nikt nie występuje do organów ścigania z wnioskiem o aresztowanie Klemmera. Natomiast po­goda jest ładna. Matka milczy, jak nigdy. Od czasu do czasu próbuje jakiejś wrzutki, ale nie trafia do kosza, który ze względu na córkę zawiesiła za wysoko. Z ro­ku na rok kosz był wieszany odrobinę wyżej. Teraz nieomal go nie widać. Matka odzywa się, że córka powinna bardziej wychodzić między ludzi, żeby poznać nowe twarzy i nowe tapety! W jej wieku to już najwyż­szy czas. Matka skrupulatnie pokazuje swemu milczące­mu dziecku, że ciągłe przebywanie ze starą kobietą to czysta strata, ty moja smarkata. Nieznajomość ludzi, ja­kiej Erika całkiem niedawno dowiodła, może sprawić, że drugi raz w ciągu roku spotka nie tego, co trzeba. Matka mówi o tym, co dla Eriki dobre. To, żeby Erika zrozumiała, stanowi pierwszy krok do poznania samej siebie. Są jeszcze inni mężczyźni, pociesza matka, lęk­liwie wskazując jakąś mglistą przyszłość. Erika milczy nie całkiem nieprzyjaźnie. Matka obawia się, że Erika się zastanawia, i daje tym obawom wyraz. Kto nie mó­wi, może sobie coś myśleć. Matka domaga się otwarte­go wypowiadania myśli, a nie gryzienia się w środku. Trzeba mówić matce, o czym się myśli, żeby była po­informowana. Matka obawia się ciszy. Czy córka jest żądna zemsty? Czy odważy się na jakieś bezwstydne słowa? Słońce wschodzi, pod nim pokryte kurzem pustynie. Zmywa czerwienią fasady. Drzewa okryły się zielenią. Decydują się służyć za ozdobę. Kwiaty wypuszczają pączki, żeby dodać swoje. Wśród nich chodzą ludzie. Z ust wypływają im słowa.

[…]

W cu­kierni „Aida" matki spoglądają w oczy seksualnym za­chowaniom swoich córek, które od samego początku wydają się im niebezpiecznie uwodzone. Wychwalają wyniki swoich synów w szkole i w sporcie. Erika Kohut obejmuje dłonią zabłąkanie prawdziwego noża w swojej torebce. Czy to nóż uda się w podróż, czy też Erika wyruszy do Canossy po męskie wybacze­nie? Jeszcze tego nie wie i zdecyduje dopiero na miej­scu. Jak na razie nóż jest faworytem. Niech sobie zatań­czy! Kobieta steruje w stronę pawilonu Secesji i swo­bodnie unosi głowę, patrząc w stronę kopuły z liści wawrzynu. Pod nią znany w mieście artysta wystawia coś, po czym sztuka nie będzie już taka sama jak do­tychczas. Z tego miejsca widać już w oddali technikę, przeciwny biegun sztuki. Erika musi jeszcze tylko prze­mierzyć skrzyżowanie i przejść przez park. Chwilami powiewa wiatr. Już tutaj gęstnieją głosy młodocianej żą­dzy wiedzy. Spojrzenia prześlizgują się po Erice, która stawia im czoło. Nareszcie i na mnie spoczywają czyjeś spojrzenia, raduje się Erika. Takim spojrzeniom całe la­ta schodziła z drogi, trzymając się domu. Ale co długo rośnie, w końcu przecież musi ostro rzucić się w oczy. Erika nie wystawia się na te spojrzenia bezbronnie, mój ty dzielny nożyku. Ktoś wybucha śmiechem. Nie wszys­cy śmieją się tak głośno. Większość się nie śmieje. Nie śmieją się, ponieważ poza samymi sobą niczego nie wi­dzą. Nie zauważają Eriki.

[…]

Okna rozbłyskują w słońcu. Ich skrzydła nie rozwierają się dla tej kobiety. Nie dla każdego się rozwierają. Nigdzie dobrego człowieka, choć się go wzywa. Wielu chce pomóc, ale tego nie robią. Kobieta wykręca szyję daleko w bok i obnaża uzębienie, jak chory koń. Nie spoczywają na niej niczyje ręce, nikt niczego z niej nie zdejmuje. Erika słabowicie ogląda się przez ramię. Niech ten nóż wejdzie jej w serce i tam się obróci! Resztki niezbędnej do tego siły zawodzą, jej spojrzenia nie padają na nic, i bez porywu gniewu, wściekłości, namiętności Erika Kohut wbija sobie nóż w ramię, z którego natychmiast tryska krew. Niegroźna to rana, byle tylko nie dostały się do niej brud i ropa. Świat, niezraniony, nie zatrzymał się. Młodzi ludzie z pewnoś­cią na długo zniknęli w budynku. Domy graniczą jedne z drugimi. Nóż zostaje schowany z powrotem do to­rebki. Na ramieniu Eriki zieje cięcie, miękka tkanka rozdzieliła się, nie stawiając oporu. Wniknęła w nią stal i Erika ruszyła przed siebie. Nie wnika dlaczego. Przy­kłada sobie dłoń do rany. Nikt za nią nie idzie. Wielu idzie z naprzeciwka, rozdzielając się na niej, jak woda na tępym dziobie statku. Nie pojawia się żaden spo­dziewany w każdej sekundzie straszny ból. Rozbłyskuje szyba jakiegoś samochodu. Erika czuje ciepło na plecach, gdzie zamek błyska­wiczny sukienki nie jest podciągnięty do końca. Plecy Eriki lekko ogrzewa coraz silniejsze słońce. Erika idzie i idzie. Jej plecy rozgrzewają się na słońcu. Wycieka z niej krew. Ludzie przenoszą spojrzenia z ramienia na twarz. Niektórzy nawet się odwracają. Nie wszyscy. Erika zna kierunek, w którym trzeba iść. Erika idzie do domu. Idzie i z wolna przyśpiesza kroku.

Elfriede Jelinek, Pianistka

Obyczajowo-psychologiczna powieść Elfiede Jelinek, austriackiej pisarki i feministki, także i w końcu noblistki została umiejscowiona w samym Wiedniu, w tej wysokooktanowej stolicy muzyki klasycznej, ogólnie rzecz biorąc w latach 70. a może i następnych ubiegłego wieku. Jej bohaterka, Erika Kohut, średniej klasy wirtuozka, a potem i nauczycielka gry na fortepianie coraz silniej, przez co też usilnie popada w zwodniczy obłęd z rozstępami masochistycznymi i seksualnymi, które niechybnie doprowadzają ją do autodestrukcji. Opowieść daje nam przestrogę, że jednak wciąż istnieją cienkie jak włos granice własnego samouwielbienia, przez niektórych nazywanego niby spełnieniem się władzy nad sobą i nad tymi, którzy akurat staną nam na drodze w poprzek, czy wzdłuż.



powrót ››