Blog

 

13.06.2023

Człowiek, który śpi

„Dotknięty utratą pamięci,

wędrowałbyś

do Krainy Ślepców.”

„Nie umarłeś ani nie jesteś

mądrzejszy.”

„Przestań mówić jak człowiek,

który śni.”

[…]

Z chwilą, gdy zamykasz oczy; rozpoczyna się przygoda snu. Znajomy półmrok pokoju - ciemny masyw porozcinany detalami, w którym twoja pamięć bez trudu rozpoznaje szlaki przemierzane tysiące razy i odtwarza je, wędrując od mglistego kwadratu okna, wskrzeszając umywalkę, na którą pada odblask, półkę, na której jaśnieje zarys książki, wyodrębniając ciemniejsze kształty powieszonych ubrań - po dłuższej chwili zostaje wyparty przez dwuwymiarową przestrzeń, przez obraz bez wyraźnych linii ,granicznych, ustawiony pod nieznacznym kątem do płaszczyzny twoich oczu, jakby spoczywał, niezupełnie prostopadle, na krawędzi twojego nosa, i obraz ten w pierwszej chwili może ci się wydać jednostajnie szary czy też nijaki, pozbawiony barw i kształtów, ale za­ pewne dosyć szybko ujawni przynajmniej dwie właściwości: po pierwsze, zaciemnia się zależnie od tego, jak mocno zaciśniesz powieki, zupełnie jakby skurcz sięgający poprzeczki twoich brwi w chwili gdy zamykasz oczy, miał w efekcie zmienić nachylenie ich płaszczyzny wobec ciała, jakby poprzeczka twoich brwi wyznaczała oś zawiasów, skutkiem czego, jakkolwiek tę oczywistość trudno byłoby wykazać, miałaby zmienić się gęstość czy też jakość postrzeganej ciemności; po drugie zaś, powierzchnia owej przestrzeni nie jest całkiem gładka, a ściśle mówiąc, rozmieszczenie, podział ciemności nie dokonuje się w sposób równomierny: strefa wyższa jest wyraźnie mroczniejsza, strefa niższa, która wydaje się zupełnie bliska - chociaż oczywiście pojęcie tego, co bliskie a co dalekie, co wysokie a co niskie, co z przodu a co z tyłu, zatraciło swoją ostrość - jest bardziej poszarzała, to nie znaczy, że bardziej nijaka, niż sądzisz, lecz jest faktycznie dużo bielsza, a do tego kryje w sobie czy też unosi coś jakby woreczek lub woreczki, dwa albo i więcej, takie swego rodzaju kapsułki - bo właśnie w ten sposób wyobrażasz sobie gruczoł łzowy, o krawędziach cienkich i pokrytych rzęsami, w którego wnętrzu wibrują, krążą, kłębią się rozbielone błyski, czasami równie nikłe, jak najdrobniejsze prążki, czasami zaś znacznie grubsze, prawie tłuste, niczym robaki. Błyski te, chociaż słowo błyski jest tu całkiem nie na miejscu, mają tę szczególną właściwość, że nie można na nie patrzeć. Kiedy za bardzo skupisz na nich uwagę, a prawie nie sposób tego uniknąć, bo one tańczą przed tobą i wtedy cała reszta prawie nie istnieje, odczuwalna jest sama oś zawiasów twoich brwi i owa zamazana dwuwymiarowa przestrzeń mniej lub bardziej wyraźna, gdzie mrok ścielę się równo, ale kiedy tylko na nie spojrzysz, jakkolwiek to słowo nic już nie znaczy, kiedy tylko je odszukasz, aby na przykład choć trochę rozpoznać ich kształt lub substancję czy jakiś szczegół, możesz być pewien, że na powrót znajdziesz się z otwartymi oczami na wprost okna; tego zamglonego prostokąta, który znów staje się kwadratem, jakkolwiek ów woreczek czy te woreczki! w niczym go nie przypominają.

[…]

Siedzisz z nagim torsem, ubrany zaledwie w spodnie od pidżamy, w swojej służbówce, na wąskiej ławce, która służy ci za łóżko, na kolanach trzymasz książkę Raymonda Arona, »Wykłady o społeczeństwie industrialnym", otwartą na stronie sto dwunastej. Z początku to tylko znużenie, zmęczenie, jak­ byś nagle spostrzegł, że już od dawna, od wielu godzin, jesteś ofiarą podstępnej dolegliwości, otępiającej, w małym stopniu bolesnej, a jednak nieznośnej; ogarnia cię mdłe i dławiące uczucie, że jesteś pozbawiony mięśni i kości, że jesteś workiem gipsu pośród innych worków gipsu. Słońce nagrzewa blachę cynkową dachu. Na wprost ciebie, na wysokości twoich oczu, na półce z jasnego drewna stoi kubek neski, do połowy opróżniony i niedomyty, torebka cukru, który się kończy, papieros dopalający się w reklamowej popielniczce ze sztucznego białawego szkła. W sąsiednim pokoju ktoś chodzi tam i z powrotem, pokasłuje, szura nogami, przestawia meble, otwiera szuflady. Kropla wody wciąż skapuje z kranu na korytarzu. Hałasy z rue Saint-Honore dochodzą na samą górę. Dzwon z Saint-Roch wybija drugą. Podnosisz oczy, przestajesz czytać, chociaż nie czytałeś już od dłuższego czasu. Kładziesz otwartą książkę obok siebie, na ławce. Wyciągasz rękę, gasisz papierosa, który sam dopala się w popielniczce, kończysz swoją neskę: jest letnia, przesłodzona, gorzkawa. Jesteś mokry od potu. Wstajesz, podchodzisz do okna, zamykasz je. Odkręcasz kran mikroskopijnej umywalki zwilżoną myjką przecierasz sobie czoło, kark, barki. Skulony, kładziesz się na boku na wąskiej ławce. Zamykasz oczy.

[…]

Wstajesz za późno. A tam, nad pulpitami, pochylają się w zamyśleniu głowy uczone lub znudzone. Niespokojne, być może, spojrzenia przyjaciół biegną do twojego miejsca, które jest puste. Nie wypowiesz na czterech, ośmiu lub dwunastu kartkach tego, co umiesz, co sądzisz, co wiesz, że należy sądzić o alienacji, o robotnikach, o nowoczesności i o rozrywkach, o białych kołnierzykach lub o automatyzacji, o poznaniu innego, o Marksie, rywalu Tocqueville'u, o Weberze, wrogu Lukacsa. I w każdym razie nie wypowiedziałbyś się na żaden temat, bo niewiele wiesz i nic nie sądzisz. Twoje miejsce pozostaje puste. Nie zdobędziesz licencja­ tu, nigdy nie rozpoczniesz studiów magisterskich. Nie będziesz już studiował. Szykujesz sobie, jak co dzień, neskę; jak co dzień, dodajesz parę kropli słodkiego mleczka w koncentracie. Nie myjesz się, ledwie się ubierasz. Do małej miski z różowego plastiku wkładasz trzy pary skarpetek do namoczenia. Nie idziesz pod salę, aby dowiedzieć się, j akie tematy poddano kandydatom pod rozwagę. Nie idziesz, wbrew swoim zwyczajom, do kawiarni, aby spotkać się z przyjaciółmi, jak co dzień, chociaż ten dzień jest szczególnie ważny. Jeden z twoich kolegów pokona nazajutrz sześć pięter, wiodących do twojego pokoju. Rozpoznasz jego kroki na schodach. Pozwolisz, aby zastukał do drzwi, odczekał, znowu zastukał, trochę moc­ niej, aby nad futryną drzwi poszukał klucza, który często zostawiałeś tam na parę minut, kiedy schodziłeś na dół po chleb albo po kawę, po papierosy, po gazetę albo po listy, pozwolisz, aby on jeszcze chwilę odczekał, zastukał już słabiej, zawołał cię szeptem, zawahał się i zaczął schodzić ciężkim krokiem. Powrócił nieco później, przez szparę pod drzwiami wsunął słówko. Potem zjawili się inni, przyszli nazajutrz, i jeszcze nawet trzeciego dnia, stukali, szukali klucza, wołali, wsuwali kartki. Czytasz te liściki i zgniatasz je, robiąc z nich kulki. Ich autorzy -wyznaczają ci spotkania, na które nie idziesz. Leżysz wyciągnięty mi swojej wąskiej ławce, z rękami pod karkiem, z uniesionymi kolanami. Wpatrujesz się w sufit i odkrywasz na nim rozmaite szczeliny, odpryski, plamy, wypukłości. Nie masz ochoty nikogo widzieć, z nikim rozmawiać ani też myśleć, wychodzić, ani ruszać się z miejsca.

[…]

A przecież nie jesteś jednym z tych, którzy po nocach zadają sobie pytania, czy istnieją i dlaczego, skąd pochodzą, kim są, dokąd zmierzają. Ty nigdy nie zastanawiałeś się poważnie nad tym, co było pierwsze, jajko czy kura. Metafizyczne niepokoje nie przeorały rysów twojej szlachetnej twarzy. Ale też nic nie pozostało z owej trajektorii wykreślonej lotem strzały, z tego parcia do przodu, z ruchu, w którym wszystko dotąd nakazywało ci rozpoznawać swoje życie, jego sens, jego prawdę, jego siłę: przeszłość obfitującą w płodne doświadczenia, w dobrze zapamiętane nauki, w promienne wspomnienia z dzieciństwa, w radosne wiejskie uciechy, w ożywcze wiatry wiejące na pełnym morzu; teraźniejszość gęstą, spoistą, zwartą ni­ czym sprężyna; przyszłość hojną, kwitnącą, bezchmurną. Twoja przeszłość, teraźniejszość, przyszłość zlewają się teraz w jedno: są bezwładem twoich członków, twoją podstępną migreną, zniechęceniem, upałem, goryczą i prawie wystygłą neską. Twoje życie potrzebuje jakiejś oprawy, nie będzie nią jednak wspaniała esplanada (spektakularna zazwyczaj iluzja perspektywy), gdzie dokazują lub skąd ulatują pyzate dzieci zwycięskiej ludzkości, ale, niezależnie od podejmowanych wysiłków, od złudzeń, jakimi się jeszcze karmisz, za pokój służy ci ta kiszka na poddaszu, ta nora długa na dwa metry dziewięćdziesiąt dwa, szeroka na metr siedemdziesiąt trzy, o powierzchni ledwie przekraczającej pięć metrów kwadratowych, ta mansarda, z której nie ruszyłeś się od wielu godzin, od wielu dni: siedzisz na ławce nazbyt krótkiej, abyś mógł się w nocy porządnie wyciągnąć, nazbyt wąskiej, abyś mógł się swobodnie przekręcić. Wpatrujesz się, teraz już niemal z fascynacją, w miskę z różowego plastiku, która mieści nie mniej niż sześć skarpetek. Siedzisz w swoim pokoju bez jedzenia, bez czytania, niemal bez ruchu. Wpatrujesz się w miskę, w półkę, w swoje kolana, w swoje spojrzenie w pękniętym lustrze, w kubek, w wyłącznik. Wsłuchujesz się w uliczne hałasy, w kroplę wody na korytarzu, w odgłosy sąsiada, w jego chrząkania, w otwierane i zamykane szuflady, w jego napady kaszlu, w gwizdanie jego czajnika. Śledzisz na suficie krętą linię wąskiej szczeliny, daremną wędrówkę muchy, niemal dostrzegalny przyrost cienia.

[…]

Współczesność na ogół niezbyt poważa takie usposobienie: wokół siebie zawsze widziałeś, jak nagradzano działanie, wielkie plany, entuzjazm: w cenie jest człowiek zmierzający do przodu, człowiek ze wzrokiem utkwionym w horyzont, człowiek patrzący prosto przed siebie, Jasne spojrzenie, silny podbródek, stanowczy krok, wciągnięty brzuch. Upór, inicjatywa, przebojowość, triumf wytyczają nazbyt świetlisty szlak nazbyt modelowej egzystencji, kreślą uświęcone obrazy walki o przetrwanie. Pobożne kłamstwa, zwodnicze sny tych wszystkich, którzy drepczą i grzęzną, stracone złudzenia tysięcy ludzi pozostawionych własnemu losowi, tych, którzy przybyli za późno, tych, którzy postawili walizkę na chodniku i usiedli, aby obetrzeć z potu czoło. Ale ty nie potrzebujesz wymówek, nie masz czego żałować, za niczym nie tęsknisz. Niczego nie odrzucasz, niczego nie odmawiasz. Przestałeś zmierzać do przodu, ale ty już nie szedłeś do przodu, nie zaczynasz niczego od nowa, ty już doszedłeś, bo nie wiesz, co mógłbyś robić dalej: wystarczyło, niemalże wystarczyło, aby pewnego majowego dnia, kiedy panował zbyt nieznośny upal, doszło do niefortunnego spotkania książki, której wątek zgubiłeś, neski o zbyt gorzkim nagle smaku i miski z różowego plastiku wypełnionej czarniawą wodą, w której pływało sześć skarpetek, aby coś pękło, coś się zepsuło, coś się rozpadło i aby w pełnym świetle dnia - chociaż w służbówce przy Saint-Ronore nigdy nie ma pełnego światła - objawiła się ta prawda gorzka, smutna i śmieszna jak ośle uszy, przytłaczająca niczym słownik Gaffiota: ty nie masz ochoty ciągnąć tego dalej, nie chcesz się bronić ani atakować.

[…]

Najpierw pojawiają się obrazy, znajome lub natrętne; odkryte karty, które bierzesz raz za razem, chociaż nigdy nie udaje ci się ułożyć ich we właściwym porządku i masz nieprzyjemne wraże­ nie, że odczuwasz taką potrzebę i musi ci się udać, jakby od tego zależało ujawnienie jakiejś zasadniczej prawdy, ale ty bierzesz wciąż tę samą kartę, wykładasz ją raz za razem, i raz za razem przymierzasz; tłumy, które maszerują ulicą w górę i w dół, nadchodzą i odchodzą; mury, które cię opasują, a ty szukasz w nich tajemnego wyjścia, ukrytego guzika, który by sprawił, że zachwieją się ściany i uleci sufit; rozmaite kształty, które zarysowują się, umykają, powracają, nikną, napływają, ulega­ ją zatarciu, roztańczone płomienie lub kobiety, gra cieni. Później są wspomnienia, które nie mogą utorować sobie drogi, dowody, które niczego już nie do­ wodzą, może z jednym wyjątkiem - w Obserwatorium w Aberdeen, w Inverness, udało się złowić sygnały pochodzące z odległych gwiazd: czyżby z mgławicy Andromedy, czyżby z konstelacji Golla i Burdacha? A może z mostu Varola? Natychmiastowe, oczywiste rozwiązanie łamigłówki, która nigdy nie przestała cię trapić: jeździec nigdy nie zrzuci figury kier, jeśli nie pokieruje rzutem figuranta. Kołaczą ci się po głowie słowa bez dalszego ciągu, nośniki zagmatwanego sensu. Kogo więzi domek z kart? Jaka nić? Jakie Prawo? Potrzeba tutaj precyzji, logiki. I metody działania. W pewnej chwili za wszelką cenę należy przy­ stopować, skupić się, dobrze rozważyć sytuację. Jeśli masz w głowie jezioro, co jest nie tylko prawdopodobne, ale i całkiem zwyczajne, jakkolwiek nie można tego stwierdzić zbyt pochopnie, potrzebujesz trochę czasu, aby do niego trafić. Nie ma tam żadnej ścieżki, ścieżki nigdy nie ma, a przy samym brzegu musisz uważać na chwasty, zdradzieckie o tej porze roku. Łodzi też nie będzie, rzecz jasna, prawie nigdy nie ma tam łodzi, ale możesz przepłynąć wpław.

[…]

Wielkie drzewa drżą. Natura zaprasza cię, jest ci przychylna. Żujesz źdźbła trawy, które zaraz wypluwasz: krajobraz nie krzepi cię zbytnio, spokój pól cię nie wzrusza, wiejska cisza nie drażni cię ani nie koi. Czasami tylko zaciekawi cię jakiś owad, kamień, opadły liść lub drzewo: bywa, że godzinami wpatrujesz się w drzewo, opisujesz je sobie, badasz każdy szczegół: korzenie, pień, konary, liście, każdy pojedynczy liść, każdą żyłkę, i znów każdą gałąź, i nieskończoną grę obojętnych kształtów, o które dopomina się lub przywołuje twój zachłanny wzrok: oto czyjaś twarz, jakieś miasto, labirynt lub droga, tarcza herbu lub grupa jeźdźców. W miarę jak twoje postrzeganie się wyostrza, staje się cierpliwsze i swobodniejsze, drzewo wybucha i powraca do życia w tysiącu zielonych odcieni, w tysiącu liści jednakowych, a jednak odmiennych. Wydaje ci się, że mógłbyś spędzić całe życie pod tym drzewem, nie wyczerpując jego zasobów, nie rozumiejąc go, bo nie musisz tu niczego rozumieć, masz jedynie patrzeć: o tym drzewie możesz powiedzieć tylko to, że jest drzewem; drzewo zaś może ci powiedzieć tylko to, że jest drzewem, ma korzeń, pień, gałęzie i liście. Nie możesz oczekiwać innej prawdy. Drzewo nie ma dla ciebie żadnej nauki ani przesłania. Jego siła, jego dostojeństwo, jego życie - jeśli spodziewasz się jeszcze, że te stare metafory dodadzą ci jakoś otuchy, że wydobędziesz z nich jakiś sens - to tylko obrazy, widoczki równie bezużyteczne jak spokój pól, jak zdradliwość uśpionej wody, nieustraszoność ścieżek, które nie pną się za wysoko, ale za to pną się samodzielnie, jak uśmiech zboczy, na których dojrzewają w słońcu winne grona. Właśnie dlatego drzewo tak cię fascynuje, zadziwia i daje odprężenie; dlatego że jego kora, gałęzie, liście są bezsporne bezspornością nieoczekiwaną i wolną od wszelkich oczekiwań. Może właśnie dlatego nigdy nie zabierasz na spacer żadnego psa, bo pies na ciebie patrzy, o coś cię blaga, coś do ciebie mówi. Jego oczy pełne wilgotnej wdzięczności, jego miny zbitego psa, skoki radosnego psa, nieustane zmuszają cię do nadawania mu podłego statusu domowego zwierzęcia. Wobec psa nie możesz być obojętny, nie bardziej niż wobec człowieka. Za to nigdy nie wdasz się w dialog z drzewem. Nie mógłbyś żyć obok psa, ponieważ pies w każdej chwili będzie się domagał, abyś dał mu żyć, abyś go karmił, głaskał, był dla niego człowiekiem, stał się jego panem, gromowładnym bogiem, którego jedno piesie słowo psa ukorzy. A drzewo o nic nie prosi. Możesz być sobie bogiem psów, b0giem kotów, bogiem biedaków, wystarczy ci smycz, płucka, trochę grosza, ale nigdy nie będziesz panem drzewa. Sam zechcesz stać się drzewem.

[…]

Twój pokój jest samym centrum świata. Ta komórka, ta nora na poddaszu, która na zawsze zachowa twój zapach, to łóżko, do którego wślizgujesz się sam, ta półka, to linoleum, ten sufit, którego szczeliny, odpryski, plamy i wypukłości przeliczałeś tysiące razy, ta umywalka tak mała, że przypomina mebelek lalki, ta wanienka, to okno, ta tapeta, na której rozpoznajesz każdy kwiatek, każdą łodygę, każdy splot, i jedynie ty możesz stwierdzić, że mimo prawie. niezawodnej doskonałości metod drukarskich motywy te ni­ gdy nie są identyczne; te gazety, niejeden raz czytane, które jeszcze niejeden raz przeczytasz, to pęknięte lustro, co odbija twoją twarz w trzech kawałkach, w trzech nierównych powierzchniach nakładających się nieznacznie na siebie, chociaż ty z przyzwyczajenia prawie tego nie widzisz i zapominasz o konturze oka na czole, o złamanym nosie, o wiecznie wykrzywionych ustach, i dostrzegasz jedynie pręgę w kształcie litery Y, widniejącą niczym zapomniane piętno, prawie zatarte, po dawno odniesionej ranie, po cięciu szablą lub uderzeniu bata; te ustawione książki, ten że­ berkowy grzejnik, ten kuferek-gramofon w obudowie z ciemno-czerwonego pegamoidu: od tego się zaczyna i na tym się kończy twoje królestwo, wokół którego rozchodzą się koncentryczne kręgi zawsze obecnych, przyjaznych lub nieprzyjaznych hałasów, a tylko one łączą cię ze światem: kropla wody, skapująca z kranu na korytarzu, odgłosy są­ siada, jego chrząkania, otwierane i zamykane szuflady, jego napady kaszlu, gwizdanie czajnika, hałasy z Rue Saint-Honore, niemilknący pomruk miasta.

[…]

Twój pokój jest najpiękniejszą z bezludnych wysp, Paryż zaś pustynią, której nikt nigdy nie przemierzył. Potrzebujesz tylko tego spokoju, te­ go snu, tej ciszy, tego odrętwienia. Niechaj dni zaczynają się i kończą, niechaj czas płynie, niechaj twoje usta pozostaną zamknięte, niechaj mięśnie karku, szczęki, podbródka całkiem ci się rozluźnią, niechaj poruszenia twojej klatki piersiowej, uderzenia serca świadczą jeszcze o tym, że cierpli­ wie utrzymujesz się przy życiu. Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów. Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas. Porzucić wszelkie plany, zawiesić wszelką niecierpliwość. Być bez pragnień, bez urazy, nie odczuwać buntu. Przed tobą, w miarę jak upływa czas, otwiera się życie w bezruchu, bez kryzysów, bez nieładu: żadnych wybojów, żadnego zachwiania. Minuta za minutą, godzina za godziną, dzień po dniu, sezon po sezonie, rozpoczyna się coś, co nigdy nie zazna końca: twoje życie roślinne, twoje życie odwołane.

[…]

Człowiek obojętny nie jest ignorantem ani wrogiem świata. Nie masz zamiaru odkrywać na nowo zdrowych radości analfabetyzmu, ale swoim lekturom nie nadajesz żadnych przywilejów. Nie masz zamiaru chodzić nago, ale twój ubiór nie będzie świadczył o wyszukaniu czy o niedbałości; nie masz zamiaru się głodzić, lecz tylko odżywiać. Nie abyś miał spełniać te czynności całkiem niewinnie, niewinność jest słowem o zbyt dużej mocy: chcesz je tylko, po prostu, jeśli tutaj wyrażenie "po prostu" może mieć jakiś sens, osadzić na gruncie neutralnym, oczywistym, pozbawionym jakiegokolwiek wartościowania, zwłaszcza zaś nie na gruncie funkcjonalnym, gdyż funkcjonalność jest najgorszą z wartości, najbardziej podstępną, kompromitującą, ale zarazem widoczną, bezsporną, niepokonaną; chcesz, aby nie było nic innego do powiedzenia, jak tylko to, że czytasz, że jesteś ubrany, że jesz, śpisz, idziesz; aby to były czynności, same gesty, a nie żadne dowody, nie moneta wymienna: twoje ubranie, twoje pożywienie, twoje lektury nie będą przemawiały zamiast ciebie, nie będziesz już dłużej próbował ich przechytrzyć. Nie powierzysz im wyczerpującej, niemożliwej, morderczej misji wyrażania ciebie.

[…]

Wracasz do swojego pokoju i osuwasz się na zbyt wąską ławkę. Śpisz z szeroko otwartymi oczami, jak śpią idioci. Przeliczasz rysy na suficie i wynajdujesz wciąż nowe. Skojarzenia plam i cieni, zmienna akomodacja twoich oczu i twoje wędrujące spojrzenie, bez trudu, pomału, wywołują z niebytu dziesiątki powstających kształtów, kruchych tworów, które możesz uchwycić tylko przez chwilę, nadając im nazwę: wirus, miasto, wioska, twarz, zanim się rozpłyną i wszystko zacznie się od nowa: zarys gestu, ruchu, sylwetki, kontur pustego znaku któremu pozwalasz się rozrosnąć, przypadku, który się ukonkretnia: oko, które cię przewierca człowiek, który śpi, fala, lekkie rozkołysanie żaglowców, kawałek drewna, wybuchający konar, odnaleziony potem i zachowany, z którego wnętrza wynurza się, pomału się wykształcając, zaczątek twarzy, niezbyt różniącej się od tej sprzed chwili, może trochę ciemniejszej lub bardziej skupionej, twarzy, w której szukasz, zrazu ich nie dostrzegając, uszu, oczu, szyi, czoła; zapamiętujesz przy tym, odnajdując je tylko po to, aby natychmiast je utracić, refleks dwuznacznego uśmiechu, cień nozdrza, który jest być może prze­ dłużeniem śladu - hańbiącej lub zaszczytnej, kto to wie - blizny. Często grywasz w karty sam ze sobą. Rozdajesz do brydża, usiłujesz rozwiązać zadania publikowane co tydzień w "Le Monde", ale jesteś miernym graczem i twoim zagraniom brakuje elegancji: żadnej wiedzy o przymusowych zrzutkach, o pozbywaniu się złych kart, o przechodzeniu na rękę. Wyobraziłeś sobie kiedyś takie nadzwyczajne rozdanie, w którym para graczy, mając razem tylko dwa honory, asa i waleta, mogła zrobić, przy całej daremności obrony, szlema, dzięki wspaniałemu rozkładowi wice-renonsów i longierów; potem, rozważając to szczegółowo orzekłeś, że ów szlem przestał cię bawić, jest bowiem niemożliwy do zalicytowania, że cała ta rozgrywka nie wymagałaby żadnej finezji, i przestałeś spodziewać się po brydżu Bóg wie czego.

[…]

Wraz z upływem godzin, dni, tygodni, pór roku wyzbywasz się wszystkiego, od wszystkiego się odrywasz. Czasami, nawet w niejakim upojeniu uprzytamniasz sobie, że jesteś wolny, że nic ci nie ciąży, nic ci się nie podoba ani nic cię nie drażni. W tym życiu, które się nie zużywa i pozbawione jest innych dreszczy ponad owe chwile zawieszenia, jakich dostarczają ci karty, znajome odgłosy oraz widowiska, które sam sobie fundujesz, odnajdujesz szczęście niemal idealne, fascynujące, czasem nabrzmiałe nowymi wzruszeniami. Zaznajesz całkowitego odprężenia, każda chwila cię chroni i oszczędza. Żyjesz w błogosławionym nawiasie, w pustce pełnej obietnic, wyzbytej oczekiwań. Jesteś niewidzialny, przejrzysty, kryształowy. Już nie istniejesz w owym ciągu godzin i dni, w przemijaniu pór roku, w upływie czasu, utrzymujesz się przy życiu bezradności czy smutku, bez przyszłości czy przeszłości, ot tak sobie, po prostu, zwyczajnie, niezawodnie, jak kropla wody, która skapuje z kranu na korytarzu, jak sześć skarpetek namoczonych w miednicy z różowego plastiku jak mucha lub jak ostryga, jak krowa, jak ślimak, jak dziecko lub jak starzec, jak szczur.

[…]

Żadnej hierarchii, żadnych upodobań. Twoja obojętność jest nieugięta: szary człowiek, które­ mu szarość nie przywodzi na myśl szarzyzny. Nie­ pozbawiony wrażliwości, lecz obojętny. Przyciąga cię woda, ale i kamień; ciemność, ale i światło; upał, ale i chłód. Nie ma nic poza twoją wędrówką i twoim spojrzeniem, które na coś pada i po czymś się prześlizguje, nieczułe na piękno, na brzydotę, na to, co znane, co niespodziewane i zwraca jedynie uwagę na połączenie kształtów i świateł, które powstają i znikają, bezustannie, wszędzie, w twoim oku, na sufitach, u twoich stóp, w wodzie, na kamieniu, pośród tłumów. Place, ale­ je, skwery i bulwary, drzewa i ogrodzenia, mężczyźni i kobiety, dzieci i psy, nadzieja, wrzawa, pojazdy i witryny, budynki, fasady, kolumny, kapitele, chodniki, rynsztoki, bruk z piaskowca lśniącego w drobnym deszczu, bruk, który jest szary albo niemal czerwony, albo niemal biały, albo niemal czarny, albo niemal niebieski, cisza, wrzask, zgiełk, dworcowy tłum, sklepy, bulwary, ulice poczerniałe od ludzkiego mrowia i poczerniałe nabrzeża, puste ulice w sierpniowe niedziele, ranki, wieczory, noce, świty i zmierzchy. Jesteś teraz bezimiennym panem świata, tym, nad którym historia nie ma już władzy, który nie słyszy, jak pada deszcz, który nie widzi, jak zapada noc. Znasz tylko to, co jest dla ciebie oczywiste: swoje życie, które toczy się dalej swój oddech, swój krok, swoje starzenie się. Widzisz, jak ludzie nad­ chodzą i odchodzą, jak tłumy i rzeczy gromadzą się i rozpraszają. Na maleńkiej wystawie pasmanterii dostrzegasz karnisz, który niespodziewanie przykuwa twój wzrok: idziesz dalej, jesteś niedostępny.

[…]

Jesteś zaledwie okiem.  Okiem ogromnym i znieruchomiałym, które widzi wszystko, zarówno twoje wyrzucone na brzeg ciało, jak i ciebie, patrzącego widza, zupełnie jakby oko wywróciło się w swojej orbicie i wpatrywało się w ciebie bez słowa, w ciebie, w twoje wnętrze, wnętrze czarne, puste, posępne, wystraszone, bezsilne. Patrzy na ciebie i cię przygważdża. Nigdy nie przestaniesz siebie widzieć. Nic nie możesz zrobić, nie możesz się wymknąć, nie możesz wymknąć się swojemu spojrzeniu i nigdy nie zdołasz: choćbyś potrafił zasnąć tak głęboko, że żaden wstrząs, żadne wezwanie, żadna rana nie potrafiłyby cię obudzić, to oko wciąż jeszcze by tam. tkwiło, twoje oko, które nigdy się nie zamknie, które nigdy nie zaśnie. Widzisz siebie, widzisz siebie widzącego, patrzysz na siebie patrzącego. Nawet gdybyś się przebudził, twoje widzenie pozostałoby takie samo, niezmierzone. Nawet gdybyś zdołał przyprawić sobie tysiące, miliardy powiek, za nimi wciąż jeszcze tkwiłoby to oko, aby cię widzieć. Nie śpisz, ale sen już nie nadejdzie. Nie jesteś rozbudzony i nigdy się nie obudzisz. Nie jesteś martwy i nawet śmierć nie zdoła cię wyzwolić...

[…]

Nie rozerwiesz zaklętego kręgu samotności. Jesteś sam i nie znasz nikogo; nie znasz nikogo i jesteś sam. Widzisz, jak inni gromadzą się, ściskają, osłaniają, obejmują. Ale ty ze swoim. martwym spojrzeniem jesteś zaledwie przezroczystym duchem, trędowatym koloru ściany, zarysem postaci już startej w proch, zajętym. miejscem, do którego nikt nie podchodzi. Rozbudzasz w sobie nadzieję na nieziszcza1ne spotkania. Ale to nie dla ciebie błyszczą skóry, miedz i drewno, nie dla ciebie przyćmiewają się światła, wytłumiają hałasy. Jesteś sam, pomimo gęstniejącego dymu, pomimo obecności Lestera Younga czy Coltrane'a, sam w dusznym wyciszeniu barów, na pustych ulicach, gdzie rozbrzmiewają twoje kroki, w niezbyt rozbudzonym poczuciu wspólnoty bistr, których jeszcze nie zamknięto. Są wrogowie, których spotykasz tylko raz i trwa to tyle, abyś poznał, abyś rozpoznał zimny syk straszliwych węży, abyś umknął w ostatniej chwili, zmrożony samotnością i napięciem, zagubiony, zdradzony własnym spojrzeniem, coraz bardziej wyostrzonym i zbytecznym, zajętym wyłapywaniem naj drobniejszych szczegółów: dostrzegasz kosmyk włosów, cień szklanki, chwiejny zarys porzuconego papierosa, drżenie dwuskrzydłowych drzwi, które się zatrzaskują. Nic ci nie umyka, ale ty niczego nie chwytasz, chyba że za późno, zawsze za późno, widzisz cienie, odbicia, pęknięcia, uniki, uśmiechy, ziewnięcia, zmęczenie lub rezygnację.

[…]

Przestałeś mówić i jedynie cisza ci odpowie­ działa. Lecz kiedy wreszcie odnajdziesz te słowa, te tysiące, miliony słów, które utknęły ci w gardle, słowa bez dalszego ciągu, okrzyki radości, słowa miłosne, głupie wybuchy śmiechu? Żyjesz teraz w grozie milczenia. Ale czyż jest ktoś bardziej milczący od ciebie? Do twojego życia wtargnęły potwory, szczury, twoi bliźni, twoi bracia. Dziesiątki, setki, tysiące potworów. Wykrywasz je, rozpoznajesz po nieuchwytnych znakach, po ich milczeniu, po ukradkowych zniknięciach, niepewnym wzroku, zagubionym, wystraszonym, który odwraca się, gdy napotyka twoje spojrzenie. Światło jaśnieje w samym środku nocy w mansardowych oknach ich odrażających pokoi. Ich kroki rozbrzmiewają nocą, szczury mijają się bez słowa, nie patrząc na siebie, Ale o każdej porze czujesz obecność tych twarzy bez wieku, tych pochylonych, cherlawych postaci, tych zgarbionych, szarych pleców, idziesz za ich cieniem, jesteś ich cieniem, nawiedzasz ich kryjówki i ustronia, masz te same azyle i schroniska, dzielnicowe kina śmierdzące środkami dezynfekcyjnymi, skwery, muzea, kawiarnie, dworce, stacje metra, hale. Ci nieszczęśnicy wysiadują na ławkach podobnie jak ty, bezustannie wykreślają na zakurzonym piasku to samo nieforemne koło i je zamazują, czytelnicy gazet znalezionych w koszu na papiery, wędrowcy, których nie powstrzymają żadne kaprysy pogody. Mają te same trasy co ty, równie daremne, równie leniwe, równie rozpaczliwie zagmatwane. Tak samo niepewni, przystają przed planem metra, jedzą swój chleb i piją mleko, siedząc na skraju nabrzeży. Banici, pariasi, wykluczeni, nosiciele niedzielnych gwiazd. Idą, ocierając się o mury, mają spuszczone głowy, opadłe ramiona, zaciśnięte ręce, czepiają się kamiennych fasad, mają znużone gesty ludzi pokonanych, gryzących proch. Idziesz za nimi, śledzisz ich, nienawidzisz: potwory przyczajone w swoich służbówkach, potwory powłóczące nogami w szmacianym obuwiu w pobliżu gnijących bazarów, potwory o wodni­ stych oczach minogi, potwory o mechanicznych gestach, potwory rozględzone. Mijasz ich, towarzyszysz im, torujesz sobie pośród nich drogę: są tam lunatycy, nędznicy, starcy, debile, głuchoniemi w beretach naciśniętych na oczy, pijacy, niedorozwinięci, którzy charczą i starają się pohamować urywane drganie policzków i powiek, wieśniacy zagubieni w wielkim mieście, wdowy, ponuracy, ramole, ciekawscy.

[…]

Na próżno nasłuchujesz, nadstawiasz uszu, przykładasz je do działowej ścianki, w gruncie rzeczy nic nie wiesz. Wydaje się, że im bardziej wzrasta precyzja twojego postrzegania, tym bardziej maleje niezawodność twoich interpretacji. Z pewnością on wciąż otwiera i zamyka szuflady, ale nawet na to nie ma dowodu, bo równie dobrze mógłby na przykład, W niewiadomym ci celu, może choćby po to, aby wprowadzić cię w błąd, pocierać o siebie dwie deski; albo też faktycznie jest tak, że on otwiera i zamyka szufladę lub parę szuflad bez celu, nie po to, aby coś włożyć czy wyjąć, lecz by narobić trochę hałasu czy też dlatego, że lubi odgłos otwieranych lub zamykanych szuflad. Na pewno każdego dnia wychodzi z pokoju późnym rankiem, ale ty nie zawsze jesteś na miejscu, aby to sprawdzić, zresztą czasami sam wychodzisz o zmroku, nim on zdąży wrócić; a może on tylko udaje, że wychodzi, pokonuje parę schodków i wraca tak cicho, że choćbyś Bóg wie, jak się wysilał, nie dosłyszysz j ego obecności. Na pewno nabiera wodę z kranu na korytarzu, na pewno jego czajnik gwiżdże, kiedy woda dochodzi do wrzenia: ale może to gwiżdże on sam, kto wie? A jednak czasami jego życie należy do ciebie, jego odgłosy są twoje, bo ty ich słuchasz, czekasz na nie, bo one utrzymują cię przy życiu, podobnie jak kropla wody, jak dzwony z Saint-Roch, jak hałasy dochodzące z ulicy; z miasta. Nieważne, że się mylisz, interpretujesz lub zmyślasz. Wystarczy, że zrobiłeś z niego sprzedawcę artykułów pasmanteryjnych, aby nim się stał wraz z tą swoją składaną walizką, w której umieszcza grzebienie, zapalniczki, słoneczne okulary. On żyje tylko tym marnym życiem, jakim pozwalasz mu żyć, ulatnia się, znika z twojego pola widzenia, umiera, kiedy tylko zmorzy cię sen, skazany przez resztę czasu na to, aby napełniać wodą własny czajnik, kaszleć, szurać nogami, zamykać i otwierać swoje szuflady.

[…]

Czasami śnisz, że sen jest powolną śmiercią, która cię dosięga, słodką i straszną narkozą, szczęśliwą zamartwicą: zimno bierze w posiadanie twoje nogi, twoje ręce, narasta powoli, otępia cię, unicestwia. Twój wielki palec u nogi jest daleką górą, noga rzeką, policzek jest twoją poduszką, mieścisz się cały we własnym kciuku, topisz się, wyciekasz jak piasek, jak rtęć. Jesteś już ledwie ziarenkiem piasku, skulonym człowieczkiem, czymś małym i niespoistym, pozbawionym mięśni, kości, nóg, rąk, szyi, jesteś sczepieniem dłoni i stóp, wielkimi ustami, które cię połykają. Rozrastasz się niepomiernie, wybuchasz, umierasz, rozdarty i skamieniały: twoje kolana są twardymi kamieniami, twoje piszczele prętami ze stali, twój brzuch polem lodowym, twoje przyrodzenie łaźnią, twoje serce kotłem. Twoja głowa jest ugorem, który pokrywa mgła, lekka zasłona, gruba narzuta, ciężki płaszcz...

[…]

Niczego się nie nauczyłeś z wyjątkiem może tej prawdy, że samotność niczego nie uczy, że obojętność niczego nie uczy: to była oszukańcza przynęta, fascynująca i podstępna ułuda. Byłeś sam, to wszystko i chciałeś siebie osłonic; chciałeś, aby pomiędzy światem a tobą mosty na zawsze zerwano. Ale ty jesteś czymś tak niepozornym, a świat jest tak wielkim słowem: zawsze tylko błądziłeś w wielkim mieście, kilometrami maszerowałeś wzdłuż fasad, wystaw, parków i nabrzeży. Obojętność jest bezużyteczna. Możesz czegoś chcieć albo nie chcieć to bez znaczenia. Możesz zagrać w elektryczny bilard albo też nie zagrać i tak znajdzie się ktoś kto wsunie dwadzieścia centymów w szparę aparatu. Może ci się wydawać) że zjadanie codziennie takiego samego posiłku jest jakimś rozstrzygającym gestem. Ale twoja odmowa jest bez­ użyteczna. Twoja neutralność nic nie znaczy. Twój bezwład jest równie daremny jak twój gniew. Wydaje ci się, że obojętnie kroczysz alejami) że dryfujesz po mieście) podążasz za tłumem, przenikasz grę cieni i szczelin. Tymczasem nic się nie wydarzyło: nie było żadnego cudu, nie nastąpił żaden wybuch. Każdy odliczany dzień nadgryzał tylko twoją cierpliwość) obnażał obłudę twoich śmiesznych wysiłków. Należało wstrzymać czas) ale nikt nie ma takiej mocy, aby walczyć z czasem. Mogłeś oszukiwać, zgarniać okruchy, zyskiwać sekundy: ale dzwony Saint-Roch, światła na skrzyżowaniu Rue des Pyramides i Rue Saint-Honore, przewidywalne kapanie wody z kranu na korytarzu nigdy nie przestawały odmierzać godzin, minut, dni ani pór roku. Mogłeś udawać, że o nich zapominasz, mogłeś wędrować nocą) odsypiać w dzień. Nigdy ich całkiem nie zmyliłeś.

[…]

Żadne przekleństwo nad tobą nie ciąży. Jesteś potworem, być może, ale nie potworem z Piekieł. Nie musisz się wić, nie musisz krzyczeć. Nie czeka cię żadna próba, żaden głaz Syzyfa, żaden kielich nie zostanie ci odebrany, nim po niego sięgniesz, żaden kruk nie czyha na źrenice twoich oczu, żaden sęp nie odrabia niestrawnego pensum, wyjadając ci wątrobę rano, w południe i wieczór. Nie musisz pełzać przed swoimi sędziami, wołając o łaskę, błagając o litość. Nie ciąży na tobie żaden wyrok ani żadna wina. Nikt na ciebie nie patrzy tylko po to, aby z miejsca odwrócić się z odrazą. Czas, który czuwa nad wszystkim, znalazł rozwiązanie, na przekór tobie. Czas, który zna odpowiedź, nie przestał upływać, Takiego dnia jak ten, może trochę później, może trochę wcześniej, wszystko rozpoczyna się od nowa, wszystko się zaczyna, wszystko dalej trwa. Przestań mówić jak człowiek, który śni. Patrz! Patrz na nich. Są tam, tysiące milczących wartowników, ustawionych wzdłuż bulwarów, nabrzeży i zalanych deszczem chodników placu Clichy, tysiące nieporuszonych Ziemian, pogrążonych. w oceanicznych marzeniach, czekających na mżawkę, na rozpryśnięte fale, na chrapliwe krzyki morskich ptaków. Nie. Nie jesteś już bezimiennym panem świata, tym, nad którym historia nie miała władzy, tym, który nie słyszał, jak pada deszcz, który nie widział, jak zapada noc. Już nie jesteś kimś niedostępnym, kryształowym, przezroczystym. Boisz się i czekasz. Przeczekujesz deszcz na placu Clichy.

Georges Perec, Człowiek, który śpi

Psychologiczna i sfilmowana niebawem minipowieść Georgesa Pereca – francuskiego pisarza i filmowca eksperymentalnego, a nawet zawodowego archiwisty przenosi skromną akcję do wielkomiejskiego Paryża i do sielskich, choć raczej małomiasteczkowych okolic burgundzkiego i średniowiecznego Auxerre, ogólnie rzecz mówiąc w burzliwe podówczas lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku. Student, alter ego pisarza, jak to przystoi temu wiekowi, eksperymentuje z własnym życiem, stawiając w sobie znak równości między skrajną obojętnością wobec ludzi i świata a płytkim zaangażowaniem w cokolwiek, co miałoby skalowaną wartość; stawiając również i pytajnik pomiędzy wolą przeżycia dnia za dniem i za wszelką cenę a polegującym na antypodach instynktu samozachowawczego bezowocnym unicestwieniem swego się; stawiając w końcu i sam wykrzyknik pośrodku tożsamości człowieczej w samym epicentrum swoich pozornie odizolowanych czterech ścian. Wobec takiego egzystencjalizmu jawi mu się człowiek, który już nie boi się drugiego człowieka podobnie zawieszonego pomiędzy niechcianym życiem a nieuniknioną śmiercią.  



powrót ››