Blog

 

21.06.2023

Na Syberię

„…albo mózg mi się popsuł

i widzę rzeczy, które nie istnieją”

„To nie miało żadnego znaczenia,

bo byłam pewna,

czego chcę i co powiem…”

…z plamkami czerwieni

ciężkich kiści jarzębiny

wyglądających jak dekoracje,

które ktoś porozwieszał…”

[…]

Kiedy byłam małą dziewczynką, siedmioletnią albo mniejszą, zawsze oblatywał mnie strach, gdy po drodze z miasta przejeżdżaliśmy obok lwów. Uważałam, że Lucyfer boi się tak samo jak ja, bo właśnie w tym miejscu przyspieszał. Dopiero dużo później zrozumiałam, że to dziadek porządnie smagał go batem na łagodnym zboczu, gdy mijaliśmy wjazd, przy którym leżały lwy, a to z kolei dlatego, że dziadek był człowiekiem niecierpliwym. Wiedzieli o tym wszyscy. Lwy były żółte, a ja siedziałam z tyłu bryczki i machałam nogami, sama albo ze swoim bratem Jesperem, odwrócona do dziadka plecami, i patrzyłam, jak lwy na szczycie wzgórza coraz bardziej maleją. Odwracały łby i wpatrywały się we mnie żółtymi ślepiami. Były z kamienia, kamienne były też cokoły, na których leżały, a mimo to świdrowały mnie spojrzeniem, tak że aż paliło w piersi i czułam narastającą pustkę w środku. Nie potrafiłam jednak oderwać od nich oczu. Kiedy próbowałam zamiast na lwy patrzeć na żwirową drogę, robiło mi się niedobrze i miałam wrażenie, że spadam. Idą! Idą! – wołał mój brat, który wiedział, jak się ma sprawa z lwami, a ja podnosiłam głowę i widziałam, że nadbiegają. Odrywały się od kamiennych bloków i rosły, zeskakiwałam wtedy z bryczki bez względu na prędkość, kaleczyłam kolana na żwirze i wybiegałam na najbliższe pole. W lesie za polem były sarny i jelenie; biegnąc, myślałam właśnie o nich.

[…]

We Vrangbæk są cztery zagrody i wszystkie nazywają się Vrangbæk, to cała nieduża wioska. Mieszka tam sporo dzieci, chodzą do szkoły Vangen w Understed. Mogłabym być jednym z nich, ale nie jestem i jak mawia Jesper, powinnam się z tego cieszyć. Skręcamy w lewo na krzyżówce, z której droga prosto biegnie przez pola do Gærum, a ta w prawo prowadzi ku Nørre Vrangbæk. Mijamy pierwszą stodołę z kamienia i cegieł; ojciec, jeśli to w ogóle możliwe, idzie jeszcze wolniej i sztywniej, mocno trzyma mnie za rękę. Droga wije się ciasno przy stromym zboczu, obłożono ją od tej strony okrągłymi kamieniami; wygląda to jak kamienne ogrodzenie, ale rzecz w tym, by po deszczu ziemia się nie obsunęła i nie zatarasowała przejścia. Idziemy do ostatniego gospodarstwa, wszystkie położone są blisko siebie i tuż przy drodze, więc od razu wchodzi się na duże wybrukowane podwórze, na środku leży kupa gnoju. Wszystko jest zmrożone, pokryte warstwą lśniącej glazury. Na kamieniach bruku można się poślizgnąć.

[…]

Ja się nie boję, po prostu robię to co on, a to wcale nie jest trudne, kiedy robimy to w takt, on pierwszy, ja za nim, jak w tańcu, który znamy tylko my dwoje, i tak tańczymy wzdłuż dachu, aż wreszcie dochodzimy do końca, tam, gdzie brzoza wyciąga w górę mocne gałęzie, i po drzewie spuszczamy się na ziemię. Jesper pierwszy, ja za nim. Trzymamy się z dala od drogi i od skrzydła budynku z sypialniami dorosłych, w blasku księżyca idziemy przez chiński ogród, by wyjść na pola. W ogrodzie są wąskie ścieżki, zlodowaciałe krzewy ozdobne i martwe kwiaty, wije się też sztuczny strumyk, w którym woda zamarzła, nad nim jest kilka drewnianych mostków. W strumyku latem pływają karpie, może teraz też tam są, pod lodem. Kiedy przechodzimy przez mostki, drewno głośno trzeszczy; boję się, że pobudzą się w domu. Nagle księżyc chowa się za chmurę, a ja przystaję. Zaczekaj, Jesper! – wołam cicho, ale on zatrzymuje się dopiero po przejściu przez ogród, po dotarciu do pierwszego pola. Tam się odwraca. Księżyc znów wyłania się zza chmury, a ja czym prędzej biegnę za Jesperem. Najpierw okrążamy pola szerokim łukiem, pod górkę na drugą stronę, aż widzimy morze. Idąc, rzucamy cienie. Jeszcze nigdy nie wychodziłam na dwór o tej porze, nigdy nie miałam cienia nocą. Mój płaszcz jest oświetlony z przodu, a plecy Jespera zupełnie ciemne. Zatrzymujemy się i patrzymy na lód, na początku jest biały, potem błyszczący, a dalej widać otwarte morze. Jesper wyjmuje coś z kieszeni, wkłada do ust i zapala zapałkę. Wydmuchuje dym. Pachnie cygarem. Niedługo zrobię to, co Ernst Bremer – mówi. – Załatwię sobie motorówkę, popłynę do Szwecji i przywiozę stamtąd tyle alkoholu, że wystarczy dla wszystkich, którzy będą chcieli się upić do nieprzytomności. Będę zarabiał duże pieniądze i palił cygara. Ale pił będę tylko w soboty. I tylko dwa kieliszki. Jesper ma dwanaście lat. Ernst Bremer to przemytnik. Największy ze wszystkich, każdy go zna. To niski mężczyzna z Göteborga, ma dom na ulicy sąsiadującej z naszą, mieszka tam, kiedy nikt go nie ściga. Widziałam, jak przechodził w szarym płaszczu i baskijce, miał ciemne włosy uczesane z przedziałkiem. Wiele razy pisano o nim w gazecie, na rysunku satyryka Storma P. grał na nosie celnikom, a kiedy chłopcy wychodzą wieczorami, nie bawią się w policjantów i złodziei, tylko w Ernsta Bremera i celników. On jest lepszy od Robin Hooda. Mój ojciec pewnego lata kupił od niego butelkę, ale kiedy matka zorientowała się, skąd pochodzi, musiał ją wylać na rabatkę z kwiatami. Kwiatki nie zwiędły, chociaż matka twierdziła, że to trucizna.

[…]

Stoję w środkowym przejściu, słyszę spokojny oddech Jespera, patrzę na Dorit w boksie, jej szeroki grzbiet staje się wreszcie wyraźny, robię więc krok przez rów z gnojówką, noga trochę mi się obsuwa, ale wcale się tym teraz nie przejmuję, tak mi się chce spać. Nachylam się i gładzę Dorit po grzbiecie. Musisz coś powiedzieć, musisz do niej mówić – odzywa się Jesper zza ścianki. Ale ja nie wiem, co mam powiedzieć, nic z tego, co przychodzi mi do głowy, nie nadaje się do wymówienia na głos. W boksie jest ciasno, jeśli Dorit się obróci, wciśnie mnie w ścianę. Gładzę ją po karku, wychylam się jeszcze mocniej i zaczynam jej prosto do ucha opowiadać bajkę o dzielnym ołowianym żołnierzu. Dorit słucha i wiem, że słucha też Jesper za ścianą. Kiedy dochodzę do końca i ołowiany żołnierz roztapia się w płomieniach, kładę się, obejmuję Dorit od tyłu za szyję i opowiadam, jak powiew wiatru z okna uniósł tancerkę przez pokój i rzucił w ogień, gdzie rozbłysła jak gwiazda i zgasła.

[…]

Miasto, w którym mieszkaliśmy, było wtedy prowincjonalną mieściną, położoną daleko na północy kraju, prawie najbardziej oddalonym od Kopenhagi miejscem, w którym wciąż dało się chodzić po ulicach. Ale mieliśmy szaniec Tordenskjolda, a także stocznię z ponad setką pracowników i syreną, którą o dwunastej w południe słychać było w całym mieście. Mieliśmy port z łodziami rybackimi, w którym nigdy nie milkł warkot wpływających i wypływających kutrów, przybijały też promy ze stolicy, ze Szwecji i z Norwegii. Kiedy się weszło krętymi drewnianymi schodami prowadzącymi od młyna na szczyt Pikkerbakken i stanęło na tarasie widokowym, morze przypominało ogromne malowidło, na którym wielkie statki skręcały ku dwóm latarniom na falochronie. Ze szczytu Pikkerbakken morze wyglądało tak, jakby wisiało, a nie leżało. Pamiętam, jak staliśmy na kei i przyglądaliśmy się eleganckim pasażerom, schodzącym po trapie z promu z Kopenhagi. Podróżowali pierwszą klasą, a wybierali się albo do sanatorium Frydenstrand, albo dalej do Skagen pociągiem, żeby wynająć tam dom lub zatrzymać się na letnie tygodnie w hotelu. Mężczyźni nosili słomkowe kapelusze, a panie miały suknie mieniące się w słońcu. Skagen odkryła niedawno kopenhaska klasa wyższa, z portu biegły więc tory kolejowe, którymi letnicy jechali na stację, chociaż położona była zaledwie kilka kwartałów dalej. Patrzyłam, jak mężczyźni w uniformach zanoszą walizki do pociągu, i myślałam sobie, że może to właśnie jest celem w życiu: nie dźwigać własnych walizek.

[…]

Spodobała mi się natomiast podróż pociągiem. Trwała godzinę, ale to wystarczyło, żebym mogła odchylić się na siedzeniu z zamkniętymi oczami, czuć przenikający ciało stukot kół na złączeniach szyn, a chwilami patrzeć zmrużonymi oczami przez okno, widzieć smagane wiatrem wrzosowiska i wyobrażać sobie, że jadę Koleją Transsyberyjską. Czytałam o niej, oglądałam zdjęcia w książce, i podjęłam decyzję, że bez względu na to, co przyniesie życie, pojadę kiedyś z Moskwy do Władywostoku tym pociągiem. Uczyłam się nazw: Omsk, Tomsk, Nowosybirsk, Irkuck, wszystkie trudno było wymówić, miały twarde spółgłoski, ale od czasu tej podróży do Skagen każdy wyjazd pociągiem był możliwym początkiem mojej własnej wielkiej podróży. Jesper wybierał się do Maroka. Dla mnie było tam za gorąco. Pragnęłam otwartego nieba, chłodnego i przejrzystego, pod którym łatwo będzie oddychać i łatwo patrzeć daleko, a na czarno-białych zdjęciach Jespera, tajemniczych i kuszących, były nagie szczyty w najdalszej oddali, spalone słońcem twarze i spalone słońcem miasta otoczone zębatymi murami, zwiewne szaty i palmy wyrastające nieoczekiwanie z ziemi niczyjej. Pojadę tam, jeśli zechcę – mówił Jesper. A chcę pojechać. Patrzył na zdjęcia, na mapy w książkach i czytał głośno: Marrakesz, Fez, Meknes, kazba. Układał usta wokół samogłosek i przytrzymywał je, aż słowa stawały się w jego głosie zaklęciami. Obiecaliśmy sobie, że na pewno nam się uda. Jesper poszedł po nóż, nacięliśmy dłonie i zmieszaliśmy naszą krew, która już wcześniej była zmieszana, ale teraz, powiedział Jesper, koło się zamknęło. Staliśmy w komórce za domem, trzymaliśmy się za ręce w nastroju niemal zbyt podniosłym. Jesper nie śmiał się jak zwykle, mnie piekła ręka, słyszałam deszcz bębniący o blaszany dach i szeleszczący w drzewach, a za tym deszczem zapadła cisza tak wielka, że wypełniła całą Danię.

[…]

Deszcz nadciągnął nagle ze wszystkich stron i nie padał na nas, tylko w nas, wiatr siekł nim prosto w twarze, próbowaliśmy się odwracać, iść bokiem, żeby nie utonąć, aż Jesper w końcu zrezygnował, wybiegł na środek ulicy i zaczął tańczyć z rękami podniesionymi do góry. Chodźcie zobaczyć! Chodźcie zobaczyć! Ludzie z nieba przybyli podbić nowy świat! Chodźcie zobaczyć! Chodźcie zobaczyć! – wołał, głośno się śmiejąc. Z włosów ściekała mu woda, a w kilku oknach odciągnięto na bok zasłony. Stanęli w nich tubylcy, gapili się na nas, kręcili głowami i poruszali wargami, mówiąc do kogoś skrytego w cieniu. Chodźcie zobaczyć swoich najeźdźców! – wołał Jesper. Mamy szklane koraliki i stalowe miecze! Zamknij się, chłopcze! – wrzasnął mój ojciec. Wracaj tutaj! Ojciec miał wodę w oczach i w głosie, a Jesper odpowiedział mu „hau, hau” i dysząc jak pies, wrócił do stada. Poszliśmy dalej ulicą w stronę dworca. Sini z zimna wtoczyliśmy się do budynku stacji, mężczyzna w okienku powiedział nam, że pociąg odjeżdża dopiero za trzy godziny. Patrzył na nas z ukosa spod czapki, nawykły do elegantszych podróżnych. Cały plan wycieczki runął jak domek z kart. Stłoczyliśmy się razem pod daszkiem na peronie, ojciec zaciskał szczęki, aż kości mu wystawały, patrzył przed siebie i nie miał nic do powiedzenia. Sam wszystko zaplanował, ale nie wyszło tak, jak chciał i teraz byliśmy tu uwięzieni. Matka mocniej owinęła się szalem, a ja pomyślałam, że nic nie szkodzi, że jestem rozczarowana. Jedyną złą stroną tej podróży mimo wszystko było to, że trwała za krótko.

[…]

Może mam mroczne zdolności. Może potrafię przewidzieć nadciągające zło jak Sara z Lasu. Ale Sara z Lasu to staruszka, która mieszka w wiekowej chałupie na skraju lasu przy drodze do Vrangbæk, a Jesper wcale nie jest taki jak ona. Sara potrafi wróżyć z fusów, czytać z linii na dłoni, zna nazwy wszystkich gwiazd i roślin, wie, do czego można ich użyć, a niektórzy mówią, że zabiła własne dziecko, bo nie miało ojca. Nigdy nie żyła z mężczyzną, dlatego dziecko, które urodziła, nie było ludzkim dzieckiem. Jest ulubionym straszydłem Jespera. On zawsze woła: „Sara idzie! Sara idzie!”, kiedy wieczorem przejeżdżamy tamtędy na rowerach, a ja z całych sił naciskam wtedy na pedały. Jesper uważa, że Sara widzi po ciemku. Ty tego nie potrafisz. Masz tylko bujną wyobraźnię. Wszyscy wiedzą, że tak jest.

[…]

Moja matka miała pianino, które ojciec kupił po zamknięciu starego kina i odnowił. Zachowało dźwięk niemych filmów, więc gdy matka na nim grała i śpiewała, wychodziła z tego mieszanka Chaplina i religii, która mnie wydawała się nieprzyzwoita, sądzę jednak, że ona w ten sposób nie myślała. Siedziała na zydlu, wypróbowywała tony klawiszy, a w wielkich brązowych księgach zapisywała zdania i rymujące się słowa. Pianino towarzyszyło jej do końca życia. Kiedy u jego schyłku trafiła do domu opieki, pianino poszło tam razem z nią. Chociaż przeważnie była daleka od tego świata, potrafiła zasiąść do instrumentu, grać i śpiewać, a potem nagle przerwać, żeby powiedzieć: Ach, jaki to piękny psalm! Ciekawe, kto go ułożył? Po kilku minutach uśmiechała się, dotykała własnej twarzy i szeptała do siebie: Ależ to przecież ja! – Śmiała się wtedy z dumą, która mnie wydawała się tak samo nieprzyzwoita. Wiele osób uważało, że matka była równie zdolna jak Kingo, ale swoich pieśni nigdy nigdzie nie wysyłała, słuchała ich jedynie rodzina i najbliżsi z parafii. Osobiście ich nie znosiłam. Jesper ją kochał. Pamiętał o jej urodzinach, nazywał Małą Mateczką, ponieważ była taka niska, i nie przestawał się z nią z tego powodu droczyć. Trzepała go wtedy ścierką, ale czerwieniła się i nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Ja za podobne próby obrywałam ścierką na poważnie. Matka opowiadała o Sarze z Lasu i o Danzigmannie, Gdańszczaninie. Siedziała na krześle przy drzwiach, a Jesper i ja leżeliśmy w łóżkach, wtedy w naszym pokoju pojawiał się mężczyzna, który przed ponad stu laty wypłynął swoim statkiem z miasta należącego wówczas do Niemiec, samotnie stał za sterem, miał czerwone oczy i wiatr we włosach, a płynął z ładunkiem do Norwegii. Było ciemno, pogoda zła, widoczność bardzo słaba. Zamierzał przepłynąć między Szwecją a Danią w pobliżu wyspy Læsø, wypatrywał latarni morskich i kierował się ich światłem. Nagle światła pojawiły się wszędzie. Zakręcił sterem na sterburtę, zrozumiał, że popełnił błąd, skręcił więc na bakburtę, a światła cały czas świeciły ze wszystkich stron, z hukiem wpadł na mieliznę, utknął i statek zaczął nabierać wody. Nagle w ciemności wśród szumu fal usłyszał plusk wioseł i stuknięcia uderzających o kadłub łódek, które podpłynęły do statku, i dziękował już Bogu za ocalenie.

[…]

Mój ojciec, kiedy nikt nie słyszy, zgrzyta zębami. Ale ja słyszę i tak. Pokazuję mu książkę ze zdjęciami z Syberii i tamtejszymi domami. Trzyma ją z daleka i dopiero po dłuższej chwili mówi: To dobre rzemiosło. Ale na dworze tam zimno, strasznie zimno. Bardzo lubię lato, ciepły wiatr pod sukienką na gołych nogach, ale nie wierzę, by ten mróz mi dokuczał. Na Syberii mają inne ubrania, nauczyłabym się je nosić, nie chodziłabym tak jak teraz jedynie w tym cienkim płaszczyku, który ma mnie chronić przed wiatrem nadciągającym od morza między Danią a Szwecją i przenikającym wszystko. Na Syberii mają czapki z wilczej skóry, grube kurtki i buty na futrze. Wielu tamtejszych mieszkańców przypomina Eskimosów, może bym i do nich pasowała, gdybym obcięła włosy na krótko. A poza tym będę przecież siedzieć w pociągu, wyglądać przez okno i rozmawiać z nieznajomymi. Oni będą mi opowiadać o tym, jak żyją, co myślą i pytać, dlaczego wybrałam się w tak daleką drogę aż z Danii. A ja im wtedy odpowiem: Czytałam o was w książce. Będziemy pić gorącą herbatę z samowara, razem milczeć i tylko patrzeć.

[…]

Pewnego razu matka Lone wyjmuje tom z półki i czyta na głos Jeppego Aakjæra. Trzyma książkę w lewej ręce, a prawą podnosi do góry. Czyż to nie piękne? – mówi pełnymi wargami i odstawia tomik na właściwe miejsce w alfabetycznym szeregu. Kiwam głową i przytakuję. Matka Lone wierzy w poezję. Jej ojciec, kierownik szkoły, wierzy w nauki przyrodnicze, opowiada o owadach i ich świecie. Kiedy ma czas, wybiera się na pola z torbą przewieszoną przez ramię i siatką na motyle, łapie owady, nakłuwa je na szpilkę i umieszcza w gablotce na ścianie, a pod spodem pisze ich łacińskie nazwy. Studiując owady, można się wiele nauczyć o ludziach – mówi. – Ich świat jest taki jak nasz w mikroformacie, tyle że podział pracy jest o wiele lepszy. W rodzinie Lone musi być jasność i kontrasty, ale mnie owady nie interesują. Owady gryzą i łaskoczą, wpełzają pod sukienkę i żądlą.

[…]

Jadę przed siebie. Wzdłuż pomalowanych na biało sztachet rosną żywopłoty i róże, w cieniach skrywają się garnitury i suknie, dalej są niebieskie dywany chabrów, kępy dzikich bratków i maki na skraju łąki. Na końcu drogi wiatr przynosi z północy zapach pól i krowiego łajna. Wyobrażam sobie opary mleka w powietrzu, a przed sobą widzę morze połyskujące między drzewami przy uzdrowisku. Słońce świeci mi w twarz, gdy na krzyżówce przy dworze Frydenstrand skręcam na drogę wzdłuż wybrzeża, którą wiatr niesie smród mączki rybnej z portu i z fabryki. Jadę z Dittą na bagażniku, od czasu do czasu jej dotykam, a Lone znika wśród domów i ogrodów, w końcu zapominam o jej istnieniu. Przy szańcu Tordenskjolda kwitną dzikie róże, rozrastają się coraz bardziej z każdym rokiem, w zaroślach brzęczą pszczoły i trzmiele. Kiedy staję na pedałach, widzę ponad krzakami morze, sunące ku brzegowi fale z białymi grzywami, długie pasma piany daleko jak okiem sięgnąć i jeszcze dalej na północ aż do Skagen. Jadę na rowerze i myślę o moim ojcu chodzącym wieczorem po ulicach, o tym, jak się zatrzymuje i rozgląda na każdym skrzyżowaniu, myślę o Jesperze na dnie basenu portowego, o jego zaciśniętych w pięści dłoniach, o zielonej twarzy, która nie chciała oddychać, o świni, która utonęła bezgłośnie. Wysepka na wschodzie znika w ciemnej smudze na krańcu świata, jest gorąco, a niebo przypomina błękitną błonę zawieszoną nad całą Danią, nikt nie wie, co za nią może być. Czasami nocą na leżąco patrzę przez okno na niebo, zmuszam myśli, by przedarły się przez firmament, żeby się przekonać, co spotkają po drugiej stronie, ale mimo tego, czego uczę się w szkole, wszystko rozpada się na drobne kawałeczki i muszę spać, bo inaczej będzie mnie bolała głowa.

[…]

Za dużo myślisz – mówi moja matka, jakby zamierzała ze mną porozmawiać, ale wpada na zamknięte drzwi z obydwiema rękami we włosach i szpilkami do włosów w ustach, mamrocze i rozgniata sobie nos. Ojej – wzdycha. Zamyśla się przy kasie, z ręką w szufladce w poszukiwaniu reszty i tak stoi. Klient może jej szeleścić banknotami przed oczami, a źrenice się nie poruszają. Przepadła dla tego świata, jedną nogą jest w niebie, jednym kolanem klęczy na stołku przy komunii ze smakiem opłatka w ustach. Stoję w pokoju i wyglądam przez okno między dwiema roślinami doniczkowymi; matka twierdzi, że tkwię tak od pół godziny. Na co ty patrzysz? Wyglądam przez okno, jakby to był pierwszy raz.

[…]

Na Danmarksgade gazowe latarnie palą się jasno. Mają dwa kółka wysoko pod lampami, za które latarnik pociąga haczykiem umocowanym na długim drągu; jedno kółko do zapalania, drugie do gaszenia. Jakiś czas temu ulubioną rozrywką Jespera było zakradanie się za latarnikiem z podobnym, własnoręcznie zrobionym drągiem. Kiedy człowiek w czarnym uniformie pociągnął za jedno kółko i przeszedł do następnej latarni, Jesper prędko wyskakiwał z cienia i pociągał za drugie. I tak przez całą drogę aż do Nytorv. Latarnik, dotarłszy tam, zawsze się odwracał, żeby podziwiać swoje dzieło, bo przecież był panem światła i ciemności, tymczasem cała ulica potrafiła być ciemna jak grób.

[…]

Niemcy [podczas inwazji niemieckiej w 1940 roku – przyp. aut.] na granicy zabili pięciu duńskich żołnierzy. Wyobraziłam sobie pięć ciał leżących na linii, na której miałam się obejmować z Helgą. Ta linia była teraz niewidoczna, bo ciała całkiem ją zakrywały. Strumyczki krwi jakby ze szczytu spływały na obie strony do obydwu krajów, a być może jednym z tych, którzy strzelali, był Walter. To znaczy, że jesteśmy w stanie wojny? Wojny? W tym kraju, do cholery, nikt nie walczy! Nie słyszałaś premiera Stauninga w radiu? „Zachowujcie się naturalnie!”. Tych pięciu zostało złożonych w ofierze dla pozoru. To było morderstwo. A my mamy się zachowywać naturalnie!

[…]

Dla ojca Lone nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo on wybrał inny kraj niż nasz [duński – przyp. aut.], więc mijając go, wołam: Wir sehen uns niemals, Herr Oberhauptbahnhof [z niem. nigdy się nie zobaczymy, panie dyrektorze kolei – przyp. aut.]. Myślę, że dostał za swoje, ale nie sprawia mi to radości, bo chętnie spotkałabym się z nim w liceum w Hjørring jesienią, a kiedy się odwracam, widzę na drodze smutnego nazistę z sekatorem w ręku, który wspiera Niemców, ponieważ oni mają naukowy pogląd na życie i dostrzegają możliwość przeniesienia zasad świata mrówek do świata ludzi.

[…]

Pewnego dnia rano z jednego z domów na Søndergade wyszło dwóch niemieckich żołnierzy i wsiadło do samochodu. Głowy mieli ciężkie od snu, wzrok zamglony. Uruchomili silnik, żeby odjechać, ale samochód nie chciał ruszyć, chociaż wciskali gaz, a motor ryczał. Kiedy wysiedli, zobaczyli, że auto nie ma kół, stoi na czterech stosach cegieł. Zaczęli wtedy strzelać na oślep z pistoletów maszynowych, bo wróg czaił się wszędzie. Strzałami wytłukli wszystkie szyby w całym kwartale. Pewna starsza pani trafiła do szpitala z kulą w udzie, krzyczała, że wszystkich Niemców osobiście powiesi na strunach z fortepianu. Wcześniej byliśmy „kanarkiem Hitlera”, ale teraz zaczęła się wojna. Miało być inaczej niż w wierszu, którego się uczyliśmy:

Z damami po francusku,

z psem po niemiecku,

tylko ze służbą po duńsku

rozmawialiśmy.

Z wystaw sklepowych poznikały napisy: Man spricht Deutsch [z niem. tutaj mówi się po niemiecku – przyp. aut.]. Po niemiecku już się nie mówiło. W ciągu jednej doby prawie całe miasto straciło pamięć.

[…]

Mam dwadzieścia dwa lata. On trzydzieści sześć, rudawe kręcone włosy i wydaje się onieśmielony, ale chętnie mówi. Opowiada o Jotunheimen i o Valdres. Nie wiem, co o tym myśleć. Błyszczący autobus mruga światłami, przejeżdżając przez Uelandsgate, wypełnia całe okno kawiarni. Odwracam się i wyglądam, a on dalej mówi o śniegu i lodzie, które stale leżą w tych miejscach, jak tam pięknie z tą białością sięgającą do nieba i dolinami w głębi, i o tym, że daje się tam nawet jeździć na rowerze, jeśli się tylko znajdzie właściwe ścieżki. Mówi o Helgem Ingstadzie. Nie bardzo to wszystko śledzę, nie wiem, czym są doliny w głębi, ani kto to jest Helge Ingstad. Jestem przyzwyczajona do jazdy na rowerze – mówię – ale nie po Jotunheimen. Podoba mu się, że jestem Dunką. Staję się przez to inna, ciekawsza. Od dawna nie było tu cudzoziemców oprócz Niemców; ein, zwei, drei, links – links [z niem. raz, dwa, trzy, lewa-lewa – przyp. aut.]. On nie jest zbyt wysoki, ale wyższy ode mnie i wygląda na mniej niż trzydzieści sześć lat, bo jest pełen zapału jak chłopiec, a dłonie ma twarde i suche. Podoba mi się to, podobają mi się jego ręce. Uprawia wszelkie rodzaje sportu, boks, biegi na nartach, piłkę nożną.

[…]

Ze Sztokholmu wcale nie wybierałam się tutaj, tylko do Londynu, ale nie miałam dość pieniędzy, pojechałam więc do ciotki Kari, żeby poznać nowe miasto w czasie, gdy będę zbierać na bilet i czekać na papiery. Dokumenty potrzebne są teraz do wszystkiego, jest rok 1947 i powinien już przyjść list od Jespera. Nie widziałam go od czterech lat, ale on wie, gdzie jestem. Wyjechał do Maroka, a ja znalazłam się w tym mieście nad fiordem, gdzie wszystko było szarozielone, kiedy płynęłam promem, a później całymi dniami i tygodniami już tylko szare. Wciąż wszędzie widać ślady tych, których przepędzono i trudno oddychać, kiedy nie wieje. Jedynie wieczorem podrywa się kurz i śmieci z rynsztoków, siadam wtedy przy otwartym oknie w autobusie i jadę na Galgeberg, bo wiem, że on mieszka w pobliżu. Idę Vålerenggata, mijam duży żółty drewniany dom z szyldem „Pierwszy Zbór Ebenezer” na parterze, przypominają mi się baptyści za ścianą na Asylgade i myślę sobie, że zamierzałam dojechać dalej niż tutaj. Na piętrze stoi w oknie jakaś pani, włosy ma upięte w siwy węzeł na karku i spogląda w dół na ulicę z miną zwycięzcy. Królowa u Ebenezera, myślę, i uświadamiam sobie, że to jego matka, bo on właśnie tutaj mieszka, zresztą rozpoznaję go w niej. Wygląda na silną i być może piękną, nasze spojrzenia się spotykają i to ja muszę ustąpić.

[…]

Nie znam żadnych komunistów. Może Jesper jest komunistą [na jego ścianie w pokoju wszak wisiał plakat Lenina – przyp. aut.], ale nie chce mi się w to wierzyć. Wuj Peter też nie jest komunistą, chociaż w jego domu odbywały się czasem długie śniadania, podczas których dziesięciu czy nawet piętnastu lokatorów dyskutowało godzinami. Sześćdziesięcioletni mężczyzna, który nie był moim wujem, tylko wujem mojej matki, siedział na kacu ze zniszczonymi płucami u szczytu stołu i bardziej przypominał przewodniczącego zebrania niż gospodarza. Dyskutowali o wojnie w Hiszpanii, a nie o tej wielkiej, która właśnie się skończyła. Johannes z klapką na oku stał na ulicach Barcelony z kręcącym w nosie zapachem nagaru prochowego z wysłużonych karabinów i to samo czuł we śnie dziesięć lat później. Słyszał krzyki towarzyszy. Przy tym stole komuniści nie cieszyli się poważaniem, zdradzili katalońskich syndykalistów i w decydującej godzinie strzelili im w plecy.

[…]

Chodzę i chodzę. Wącham kurz przy brzegu chodników i pod ścianami domów, wdycham zapach nieokreślonej wilgoci płynącej przez miasto od rzeki i kwaśną słodycz z browaru Schous, gdzie są olbrzymie, lśniące miedziane kotły; ilekroć tamtędy przechodzę, zawsze ktoś stoi przy oknie i ocieniając szybę rękami, zagląda do środka. Wieczorami chodzę Trondheimsveien do centrum, w ten sposób oszczędzam pieniądze przeznaczone na autobus i zamiast tego wydaję je na kino. Oglądam wszystko, co pokazują. Siedzę w ciemności na pełnej sali, wieczór po wieczorze, wpatrzona w ekran, filmy fabularne, kronika, dokumenty, kreskówki, Tom & Jerry, jakaś pani w szóstym rzędzie nie przestaje się śmiać. W końcu śmieje się jako jedyna, wszyscy po ciemku odwracają się w jej stronę, ale ona nie może przestać, nie śmiała się od tak dawna, w końcu robi jej się słabo i trzeba ją wynieść. Światło wpada przez drzwi na tyłach sali i zaraz znika. Słyszymy zza nich, że kobieta śmieje się i płacze na przemian, wołając: – Nie, nie. Nie chcę!

[…]

Dostaję list przesiany z Danii. Od Helgi z Magdeburga. Stempel pocztowy świadczy o tym, że krążył przez kilka miesięcy. Ostatni raz miałam od niej wiadomości latem 1939 roku, odpisałam. Umawiałyśmy się, że się spotkamy, minęło jednak pięć lat bomb i płomieni, a potem dwa lata milczenia, teraz ona mieszka w rosyjskiej strefie okupacyjnej i nie może się stamtąd wydostać. Żołnierze ze śpiewem maszerują ulicami, a jej pies Kantor wyje. Dużo czasu minęło, odkąd miałam ochotę o niej myśleć. Czytam list w swoim pokoju, przy oknie otwartym na podwórze. Jest wieczór, powietrze stoi, nic się nie porusza z wyjątkiem kartek, które po jednej odkładam na łóżko. To długi list, pełen gorzkich słów. Walter zginął pod Stalingradem, ojciec umarł z żalu, dalej jest wyliczenie wszystkich rzeczy, których nie mogą zdobyć, chociaż myśleli, że będą wreszcie dostępne, bo przecież to już trzeci rok po wojnie. Chciałabym móc jej współczuć. Dla niej wojna była jak powódź, która przyszła i odeszła, nikt nie mógł nic z tym zrobić, ale wstyd, który mimo to czuje, wywołuje w niej gniew. Przynajmniej teraz wszystko powinno być jak dawniej. Ale nie jest. Mieszkają w piwnicy, cztery piętra domu nad nimi są zniszczone, ciągle jest zima, woda płynie po ścianach, palą węglem, który jest tak samo wilgotny, kopci, czarny dym oblepia wszystko. Helga pisze: „Wyglądam okropnie”.

[…]

Wypił kilka kieliszków, to było oczywiste, ale najwyraźniej nie wprawiły go w dobry humor. Ależ nie, skąd. To dobrze. Słyszę, że pochodzi pani z północy Jutlandii. Musi pani wiedzieć, że mam bardzo wiele złych doświadczeń z tamtejszymi ludźmi, proszę więc połączyć mnie z żoną bez zbędnych komentarzy. Mówił powoli i bardzo wyraźnie, jak zwykle mówią podchmieleni mężczyźni, kiedy chcą pokazać, że nie są pijani. Czułam, że powinnam iść do domu, że nie mam już z siebie nic więcej do dania. Jeśli chodzi o to, skąd pochodzę, to nic panu do tego. A jeśli chodzi o pańską żonę, to nie mam zielonego pojęcia, kim ona jest ani gdzie się znajduje, więc raczej trudno mi będzie połączyć rozmowę. Gdyby trochę mi pan pomógł, byłoby znacznie lepiej. Nie wie pani, kim jest moja żona, młoda damo? Przykro mi, że muszę tak powiedzieć, ale nie wiem. Nie wie pani nawet, kim ja jestem? Nie mam pojęcia. Ale słyszę, że wypił pan odrobinę za dużo i uważam, że powinien pan iść się położyć. A po drodze niech pan sobie weźmie szklankę wody i dwie aspiryny, dobrze panu radzę. Do widzenia. Rozłączyłam się i na tym się skończyło. Była za pięć jedenasta, zamknęłam więc swoje stanowisko, wróciłam do domu i spałam jak kamień do południa, bo tego dnia szłam na drugą zmianę. Śniadanie zjadłam na stojąco przy blacie w kuchni, jeszcze śpiąc, a jadąc na rowerze do centrali, wciąż miałam w sobie sny, ale już na korytarzu spotkałam Luise, która wychodziła z pierwszej zmiany. Popatrzyła na mnie wielkimi oczami. Masz natychmiast iść do szefowej. Tam u nich panuje kompletna histeria. A o co chodzi? – spytałam. Luise rozłożyła ręce. Myślałam, że ty wiesz. W każdym razie chodzi o coś zupełnie, ale to zupełnie niezwykłego. Przeszłam między stolikami z telefonami, lekko zezując na sufit. Głosy stopniowo cichły, aż w końcu w ogromnej sali zapadła kompletna cisza. Słychać było jedynie odgłos moich butów na podłodze. Nowych i bardzo drogich, wydałam na nie wszystkie pieniądze. Przy biurze szefowej zmiany po drugiej stronie zajrzałam przez szybę w drzwiach. Stała sztywna za biurkiem z dwoma paskami na rękawie żakietu, a na środku pokoju dwaj mężczyźni, jeden w szarym płaszczu, drugi w szarym garniturze. Wiedziałam, że ten drugi to dyrektor, bo stale się witał całym ciałem i uśmiechał błyszczącymi oczami do każdej kobiety poniżej dwudziestu pięciu lat. Zapukałam, weszłam, zamknęłam za sobą drzwi. Powiedzieli, że ten pijak, który poprzedniego wieczoru chciał rozmawiać z żoną, to był król. Król Danii.

[…]

Stoję nieruchomo, czekam, opieram się o nią i czuję, jak powoli przenika we mnie ciepło spod jej płaszcza. Słucham oddechu. Nie chcę nigdzie iść, chcę tak postać jeszcze przez chwilę, więc stoimy, a potem jednak idziemy. Z ulicy, którą przyszłam, zniknął koń, nie ma też wozu, a w bramie nikt nie stoi. Zatrzymuję się i rozglądam, może tylko mi się to przyśniło, może szłam nieprzytomna albo mózg mi się popsuł i widzę rzeczy, które nie istnieją. Ale wzdłuż chodnika leżą odłamki szkła. Ktoś zebrał największe śmieci, a resztę zmiótł na boki. Ktoś usunął stąd konia i wóz pełen butelek i szmat. On nie ma teraz nic. Kto? Człowiek, który miał konia. Ten koń zdechł. Mijamy jeden kwartał, za rogiem skręcamy w Rosteds gate i wchodzimy na klatkę, w której na schodach leżą kafelki układające się we wzór w gwiazdki, niebieskie, zielone i różowe, a po bokach są poręcze z kutego żelaza. We wszystkich klatkach schodowych w Oslo są poręcze z kutego żelaza. Na jej drzwiach na piętrze wisi wizytówka. Solgunn Skaug. Przedpokój pomalowany na niebiesko, w pokoju książki i obrazy na ścianach, ale wygląda to inaczej niż u Lone. Tu książki, które nie mieszczą się na półkach, leżą w stosach na podłodze, a te obrazy to fotografie. To moja rodzina – wyjaśnia Solgunn. – Nie zdejmuj kurtki, najpierw napalimy. W rogu stoi dwupoziomowy piec. Solgunn przynosi drewno ze skrzynki w przedpokoju i gazetę „Dagbladet” z lata. Oglądam książki, wiele z nich czytałam. Solgunn pochyla się przy drzwiczkach do piecyka, zgniata papier, wkłada go do środka i szeleści zapałkami. Wstaje z kucek, dopiero gdy słyszy, że trzeszczy palące się drewno. Solgunn ma jasne, zupełnie proste włosy, obcięte tuż pod uszami, widzę goły kark, kiedy się pochyla. Jest zupełnie biały. Stajemy przy piecu z wyciągniętymi rękami i czekamy na ciepło. Słyszę wiatr uderzający w okno. Słyszę odgłos kopyt na ulicy.

[…]

Przez kwadrans szliśmy ścieżką przez las. Było ciemno, ale on znał drogę ani razu źle nie stąpnął. Śnieg leżał na świerkach, on dawał mi znać, kiedy miałam uważać i przytrzymywał odchylone na bok gałęzie, żeby nie uderzyły mnie w twarz, śnieg spadał z nich, lądując mi na karku. Nagle niebo pękło i wyłonił się księżyc. Wyszliśmy z lasu. Znaleźliśmy się na drodze, na której śnieg leżał bielusieńki, bez żadnych śladów, a po jej drugiej stronie nie było nic. Przeszłam na samą krawędź i popatrzyłam w dół stromego zbocza, na wodę połyskującą czarno w blasku księżyca. Bunnefjorden – powiedział. – Dom Roalda Amundsena [słynnego norweskiego odkrywcy i podróżnika – przyp. aut.] jest kilkaset metrów na lewo, a nasz domek tu zaraz, na prawo. Poszliśmy drogą, żwir pod śniegiem chrzęścił pod stopami. Domek był z pomalowanego na czerwono drewna i stał tuż przy drodze za płotem. Była tam brama, przez którą musieliśmy przejść – dwa duże słupki z kamienia, wmurowane blisko siebie; wyglądało to tak, jakby od zawsze stały razem. Powiedział, że to jego dzieło, wykonanie zabrało mu trzy tygodnie i dwa dni w łóżku z bolącym kręgosłupem. Domek wyglądał na przytulny, chociaż śniegu nawiało aż po okna, nawet na ścianach ułożyły się białe smugi, biały puch pokrywał też dach. W wielkich oknach od strony fiordu można było siedzieć wieczorami i między drzewami patrzeć, jak słońce zachodzi po drugiej stronie wody.

[…]

Z najbliższego domku wyszła kobieta z wiadrem w dłoni. Rozdzielała nas jedynie wystająca gładka skała. Na włosach miała zawiązaną chustkę z węzłem na czole, schodziła nad wodę w moją stronę. Przestałam tańczyć, zatrzymałam się i zapaliłam papierosa. Ona już mnie zauważyła, uniosła i objęła wiadro, tak jakby to był mężczyzna, zrobiła kilka tanecznych kroków i ze śmiechem okręciła się na kamieniach. Dzień dobry! – zawołała. Nie odpowiedziałam, tylko pomachałam jej ręką z papierosem. Kiedy podeszła bliżej, zobaczyłam, że jest dwa razy starsza ode mnie. Pięknie, prawda? – powiedziała, robiąc szeroki gest wolną ręką. Bardzo. Wczoraj taki śnieg padał, w nocy wiało, a dzisiaj świat jest jak odmieniony – roześmiała się. Robię się poetyczna. A ty tu przyszłaś tańczyć? No, no. Nie masz przypadkiem więcej? Skinieniem głowy wskazała na papierosa. Wyjęłam paczkę z kieszeni, a ona odstawiła wiadro. Były w nim ryby i nóż do czyszczenia. Przerzuciłam paczkę ponad wąskim paskiem wody między pomostem a skałą, złapała ją perfekcyjnie, potem dorzuciłam jeszcze zapałki. Zapaliła papierosa, odrzuciła mi jedno i drugie, przykucnęła i paliła zapatrzona w wodę. Była w robionym na drutach swetrze w kolorowe wzorzyste pasy, a na nogach miała gumiaki. Zawsze lubiłam tu być. W czasie wojny zostawiliśmy synowi mieszkanie w mieście, a sami przenieśliśmy się tutaj. Nie miał nic własnego, wszystkiego wtedy brakowało. Ciągle zresztą tak jest, ale teraz i tak nie chcę tam wracać. Bardzo tu ładnie – powiedziałam. Jesteś Dunką? Tak. No, przez jakiś czas różnie o was myśleliśmy, ale kiedy w końcu do nas dołączyliście, to już na dobre. Dwudziestego dziewiątego sierpnia w czterdziestym trzecim. Zgadza się. Słyszeliśmy o tym z Londynu. Bardzo nam się to spodobało – uśmiechnęła się. Jestem w ciąży. Naprawdę? To wspaniale. Dzieci to najlepsze, co może być. Czas spędzony z dziećmi to, moim zdaniem, najpiękniejszy okres w życiu. Czy mój stary się z tym zgadza, nie umiem powiedzieć. Nasz najstarszy ma już dwadzieścia pięć lat. Wstała i wrzuciła niedopałek do fiordu.  Zasyczał, tworząc kręgi na wodzie. Brązowe wodorosty ledwie widocznie kołysały się pod powierzchnią. Dziękuję za papierosa.

[…]

Kochana siostrzyczko! – czytam. Kiedy dostaniesz ten list, na pewno będę już z powrotem w domu, w Danii. Z tego, co wiem, listy idą długo. Dostałem Twój adres od Małej Mateczki, a jej list szedł przez całe wieki. Jestem tu już długo, dłużej niż zamierzałem. Ci, z którymi tu przybyłem, wyjechali dwa tygodnie temu, a może dawniej, nie bardzo wiem. Popłynęli promem przez cieśninę przy Gibraltarze do Hiszpanii. Ale moja noga w tym kraju nie postanie, dopóki ten rzeźnik Franco jest dyktatorem. W drodze na Południe pojechaliśmy pociągiem do Marsylii, a dalej statkiem. W porcie przed wyjściem w morze zobaczyłem kobietę, której nigdy nie zapomnę. Zrobiłem jej zdjęcie, nie mogłem się powstrzymać, ale ona tego nie widziała. Stała na pomoście, krzyczała i płakała przy trapie. Wszędzie dookoła byli ludzie, francuska policja w czarnych sztywnych czapkach z daszkiem, Arabowie wracający do domu, niektórzy w dżelabach, inni w tureckich fezach i Amerykanie w białych kaskach tropikalnych, którzy już tutaj bawili się w Afrykę. Ona nie widziała nikogo. Stała z oczami zamkniętymi za okularami, twarzą zwrócona do statku. Uderzała się w gardło, więc jej krzyki wydobywały się pchnięciami, trochę tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie bawiliśmy się w Indian. Przysięgam, siostrzyczko, to najpaskudniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszałem. A wyglądała jak Mała Mateczka. Tak samo niska, miała takie same siwe włosy, taki sam szary płaszcz i kapelusz Rozglądałem się, żeby zobaczyć, kogo mogą dotyczyć te dziwne krzyki. Przy relingu kilka metrów dalej stał mężczyzna, młodszy ode mnie, jeszcze chłopak. Wpatrywał się w nią, miał włosy krótko obcięte, twarz kamienną, trudno było stwierdzić, co myśli. Potem się odwrócił i przeszedł w głąb pokładu, nie oglądając się. Ona nawet tego nie widziała, bo oczy wciąż miała zamknięte, dalej uderzała się w gardło, krzycząc. A mnie ogarnęło takie samo uczucie jak wtedy, gdy chciałem dotrzeć do Hirsholmene i znalazłem na łodzie czapkę. Coś mi mówiło, że powinienem zawrócić. Czy to nie dziwne? Ale Maroko to nie Dania. Jestem pewien, że ten młody chłopak jechał do Legii Cudzoziemskiej. Siostrzyczko, widziałem to wszystko, wszystkie miejsca z tej książki, którą mieliśmy w domu. Marrakesz, Fez, Meknes, kazbę. Pamiętasz, jak głośno wypowiadałem te nazwy? Wszystko było dokładnie takie, jak się spodziewałem, tylko kolorowe, terakota, cegła, żółty piasek, czerwony piasek, niebieskie góry, jedynie czarni ludzie, którzy przychodzili ze swoimi wielbłądami i końmi na bazar w Marrakeszu, nie byli wcale czarni, wyglądali tak jak Ty po bardzo słonecznym lecie. A Berberowie z gór mieli jaśniejszą cerę niż ja, a niektórzy nawet jasne włosy i niebieskie oczy, w przeciwieństwie do nas. Kto więc na tym świecie jest Aryjczykiem? Byli do mnie nastawieni nieufnie, bo z wyglądu brali mnie za Francuza, a ja byłem nieufny wobec nich, bo wiedziałem, że Franco wykorzystywał Berberów w armii faszystowskiej. To dumni ludzie i potrafili walczyć jak diabli o swoją wolność, ale gdy chodziło o cudzą, już tak bardzo im nie zależało, zwłaszcza jeśli ktoś im dobrze płacił. Mają takie przysłowie: Rękę, której nie możesz odrąbać, całuj. Niech to szlag! Jadąc autobusem z El-Hajeb do Meknes kilka dni temu, zatrzymaliśmy się u stóp góry. Był tam namiot i kobieta z małymi dziećmi i kilkoma czarnymi kozami. Kobieta, wysoka i piękna, miała tatuaże na twarzy, a na głowie chustę z monetami czy też medalionami przyszytymi do brzegu tak gęsto, że podzwaniały, kiedy szła i gdy pochylała się nad zwierzętami. Musiałem do niej podejść Przez całą drogę tak strasznie chciało mi się pić jechaliśmy przez wiele godzin, a upał był jak w przedsionku piekła. Powiedziałem do niej po francusku: J’ai soif! [z fr. chce mi się pić – przyp. aut.], a ona zrozumiała. Sięgnęła po drewnianą miseczkę i prosto do niej wydoiła kozę, dała mi się napić. To było bardzo miłe z jej strony, wypiłem łyk. Mimo wszystko wolę krowy z Vrangbæk, jeśli jeszcze istnieją. Mleko było ohydne. Może dlatego leżę tu teraz, w małym pensjonacie przy Socco Grande w Tangerze. Przez dwa dni miałem gorączkę, ale dziś rano poczułem się chyba trochę lepiej. Syn gospodarzy załatwia dla mnie różne sprawy i opowiada rozmaite historie mieszanką hiszpańskiego, francuskiego i maghrebi, brzmi to jak zupełnie nowy język. Chłopak uderza się po kolanach i głośno się śmieje, kiedy dochodzi do puenty, a ja nic z tego nie rozumiem. Ma dwanaście lat. Jutro na pewno stanę na nogi. Właściwie muszę, bo za dwa dni mam zarezerwowane miejsce na frachtowcu do Nicei. Muszę się tam dostać. Stamtąd za ostatnie pieniądze pojadę pociągiem do domu. Siostrzyczko, tyle mam do opowiedzenia, ale to musi poczekać aż się spotkamy, to przecież będzie już wkrótce. Ty też musisz mi wszystko opowiedzieć. Nie widziałem Cię od tamtego razu w porcie. Zapomniałem zabrać zdjęcie, pamiętasz? Uświadomiłem to sobie w Szwecji. Wszystko potoczyło się wtedy tak szybko, to był szalony czas. A kiedy wróciłem do domu, Ciebie nie było. Idę teraz spać, a kiedy się obudzę, będę zdrowy i pójdę po upominki, które kupiłem. Ukryłem je w bezpiecznym miejscu. Akurat w tej chwili nikomu nie ufam.

Per Petterson, Na Syberię

Obyczajowa powieść Pera Pettersona, norweskiego pisarza i eseisty przenosi nas do krajów skandynawskich, w szczególności do jutlandzkiej Danii, ale także do Szwecji i Norwegii, ogólnie rzecz biorąc, w lata trzydzieste i czterdzieste dwudziestego wieku. Duńskie rodzeństwo z prowincjonalnego miasteczka w okresie dorastania marzy o wielkim świecie, który jedynie wtedy, bo też i kiedy jawi się jako świat beztroski i pełny przygód. W twardej rzeczywistości, którą niesie wojenna historia oraz codzienne raczej przykre doświadczenia w zbyt cichej z kolei bezradności dziecięce marzenia zamieniają się jak tamte bańki mydlane w pazerność niebytu. To również i kolejna z rzędu opowieść o nieustraszonych marzeniach, które jak nic potrafią czasem oczarować oczywistość.



powrót ››