24.06.2023

„Spróbowali ucieczki.”
„Samotność ich była całkowita”
„Życie ich było jak stary nawyk,
jak nuda prawie pogodna”
[…]
W mieszkaniu rzadko panowałby wzorowy porządek, ale sam nieład stanowiłby właśnie największy jego urok. Nie przejmowaliby się tymi wszystkimi skarbami – oni by tam po prostu żyli. Otaczający ich komfort wydawałby się czymś oczywistym, przesłanką wyjściową, stanem naturalnym. Uwagę ich zaprzątałoby co innego: książka, po którą sięga, pisany właśnie tekst, słuchana płyta, ponawiana co dzień wymiana myśli. Pracowaliby długo, spokojnie, bez gorączkowego pośpiechu, nigdy by im się nie sprzykrzyło. Potem kolacja w domu albo na mieście, spotkanie z przyjaciółmi, wspólna przechadzka. Czasem mogłoby im się zdawać, że całe życie upłynęło tak spokojnie wśród tych ścian przysłoniętych książkami, wśród przedmiotów tak doskonale przystosowanych, jakby od wieków stworzone były dla nich, wśród rzeczy prostych i pięknych, miłych i lśniących. Nie czuliby się jednak uwiązani do tego wszystkiego; czasem wyruszaliby w świat w poszukiwaniu przygód. Nie byłoby dla nich projektów niemożliwych. Nie znaliby zawiści, goryczy ani zazdrości. Bo zawsze i we wszystkim ich pragnienia pokrywałyby się z możliwościami. Nazywaliby ową równowagę szczęściem i potrafiliby, dzięki swej swobodzie, mądrości, kulturze, ustrzec to szczęście, odkryć je w każdej chwili wspólnego życia.
[…]
Ale między wielkimi marzeniami, którymi oddawali się z dziwną lubością, a znikomością ich rzeczywistego działania nie było miejsca na jakiś dorzeczny projekt, który godziłby obiektywne potrzeby z możliwościami finansowymi. Paraliżował ich ogrom pragnień. Znamienny był ten brak prostoty, jasności spojrzenia. Najgorsze, że nie mieli za grosz swobody ducha. Nie swobody wypływającej z przesłanek obiektywnych, materialnych, ale jakiejś dezynwoltury, jakiegoś wewnętrznego rozluźnienia. Mieli tendencję do irytacji, napięcia, zachłanności, niemal zawiści. Ich urzeczenie dostatkiem, dobrobytem przybierało najczęściej formę niemądrych kultów; w takich razach unosili się w gronie przyjaciół nad „genialnością” fajki czy niziutkiego stolika, czyniąc z nich po prostu dzieła sztuki, obiekty muzealne. Wpadali w zachwyt na widok walizki – owych płaskich, małych walizeczek z czarnej, z lekka porowatej skóry, który widuje się na wystawach w okolicy Madeleine i które zdają się skupiać w sobie wszelkie domyślne rozkosze wypadów do Nowego Jorku czy Londynu. Przejeżdżali przez cały Paryż, aby obejrzeć jakiś fotel polecony im jako okaz doskonałości. A nawet, jak na znawców przystało, ociągali się czasem z włożeniem nowego ubrania, uważając za istotne w szyku, aby nie wyglądało jak spod igły. Ale gesty pełne namaszczenia, jakimi wyrażali swój zachwyt przed wystawą krawca, modystki czy szewca, miał w sobie coś śmiesznego.
[…]
Potem, z wiekiem, z obyciem, nabierali nieco dystansu wobec swoich najgorętszych pasji. Nauczyli się czekać i przystosowywać. Powoli wyrobili sobie smak pewniejszy, bardziej zrównoważony. Ich pragnienia miały czas dojrzeć; ich pożądliwość była mniej gwałtowna. Gdy włócząc się po okolicach Paryża zachodzili do wiejskiego antykwariatu, nie rzucali się już na fajansowe talerze, karła kościelne, szklane gąsiory, świeczniki z miedzi. Oczywiście w ich nieco statycznym obrazie wzorowego domu, komfortu, błogiego życia było jeszcze sporo naiwności, zadufania w sobie; uwielbiali rzeczy, których uroda związana była wyłącznie z jednodniową modą: fałszywa ludowość, sztychy niby angielskie, agaty, przydymione szkła, neobarbarzyńska tandeta, aparaciki pseudonaukowe, to wszystko, co w mgnieniu oka zapełniało wystawy przy ulicach Jacob czy Visconti. Wciąż jeszcze marzyli o posiadaniu czegoś takiego, by zaspokoić tę bezpośrednią natrętną potrzebę nadążania za modą, uchodzenia za koneserów. Ale ta naśladowcza przesada odgrywała coraz mocniejszą rolę i miło było myśleć, że ich obraz życia uwalnia się od wszystkiego, co mogłoby w nim być krzykliwego, tandetnego, dziecinnego.
[…]
Jerome miał dwadzieścia cztery lata, Sylvie dwadzieścia dwa. Oboje byli psychosocjologami. Praca ta, nie będąc w całym tego słowa znaczeniu zawodem, polegała na przeprowadzaniu wywiadów, różnymi technikami, na różne tematy. Była to robota trudna, wymagająca wysiłku nerwowego, ale dość interesująca, nieźle płatna i pozostawiająca wiele cennego wolnego czasu. Jak prawie wszyscy ich koledzy, Jerome i Sylvie stali się psychosocjologami z potrzeby, nie z wyboru. Nie wiadomo zresztą, dokąd zwiodłyby ich samorzutne skłonności, całkowicie nijakie. Historia raz jeszcze dokonała za nich wyboru. Chcieliby oczywiście, jak wszyscy inni, poświęcić się czemuś naprawdę, czuć w sobie jakąś nieodpartą potrzebę, którą nazwaliby powołaniem, ambicją stanowiącą bodziec działania, pasję, która wypełniłaby ich bez reszty. Niestety, znali tylko jedną namiętność: dobrobyt, i ona wyczerpywała ich możliwości. Jako studenci tak się zlękli perspektywy, jaką otwierał dyplom – posada w Nogent-sur-Seine, Chateau-Thierry czy Etampes – że gdy tylko się poznali (Jerome miał wówczas dwadzieścia jeden lat, Sylvie dziewiętnaście), niemal bez porozumienia porzucili ledwo co rozpoczęte studia. Nie pożerała ich żądza wiedzy; bardziej prozaiczne i ukrywając przed sobą, że zapewne błądzą, że prędzej czy później przyjdzie im tego żałować, odczuwali potrzebę większego pokoju, bieżącej wody, natrysku; posiłków bardziej urozmaiconych czy bodaj obfitszych niż w stołówkach uniwersyteckich, może samochodu, płyt, wakacji, ubrań.
[…]
Wyniki ich były godne uznania. Poszli dalej przetartym szlakiem. Połapali zewsząd po trochu, strzępy socjologii, psychologii, statystyki; przyswoili sobie słownik i styl, chwyty robiące dobre wrażenie; jeśli idzie o Sylvie – pewien sposób wkładania lub zdejmowania okularów, pewien styl notowania, kartkowania raportu, pewien sposób mówienia, wtrącania w trakcie rozmowy z szefami tonem z lekka pytającym powiedzonek w rodzaju: „nieprawdaż?”, „myślę, że może”, „do pewnego stopnia”, „to pytanie”, pewien sposób cytowania w odpowiednim momencie Wrighta Millsa, Whilliama White’a albo, jeszcze lepiej, Lazarsfelda, Cantrila lub Herberta Hymana, z których nie przeczytali nawet trzech stron.Wykazali znakomity talent w opanowywaniu tych nieodzownych umiejętności, stanowiących „abc” zawodu, i ledwo rok po pierwszych kontaktach z sondażem powierzono im odpowiedzialne zadanie, jakim jest „analiza materiału”, była to funkcja związana bezpośrednio z dyrekcją, zastrzeżona dla stałych pracowników, funkcja najwyższa, a więc najlepiej płatna i tym samym najszacowniejsza w całej hierarchii. W ciągu następnych lat utrzymywali się na tych szczytach.
[…]
Zachodziły w nich zmiany, stawali się inni. […] Wszystko było nowe. Wrażliwość, upodobania, stanowisko – wszystko kierowało ich ku rzeczom, których przedtem nie znali. Zaczęli zwracać uwagę na sposób ubierania się innych, na wystawach spostrzegali meble, ozdobne drobiazgi, krawaty; popadali w marzenia przed ogłoszeniami agentów handlujących nieruchomościami. Zdawało się, że rozumieją sprawy, którymi przedtem nigdy się nie interesowali; zaczęli doceniać, czy jakaś dzielnica, jakaś ulica jest wesoła czy smutna, cicha czy głośna, odludna czy ruchliwa.
[…]
Byli „nowymi ludźmi”, młodą nieopierzoną jeszcze kadrą, technokratami w pół drogi do sukcesu. Wszyscy prawie wywodzili się z małomieszczaństwa i uważali, że stare wartości już im nie wystarczają; pożądliwie, zachłannie spoglądali ku oczywistemu komfortowi, zbytkowi, ku doskonałości wielkiej burżuazji. Nie mieli przeszłości, nie mieli tradycji. Nie oczekiwali spadku. W paczce Jerome’a i Sylvie jeden tylko jedyny wywodził się z bogatej i solidnej rodziny wielkich wzbogaconych sukienników z Północy – nieruchomości w Lille, akcje, dobra ziemskie w okolicach Beauvis, srebra, klejnoty, całe amfilady wiekowych mebli. Dla wszystkich innych dzieciństwo miało jako tło jadalnię i sypialnię w guście Chippendale albo wiejskonormadzkim, jakie zaczęły wchodzić w modę z początkiem lat trzydziestych: łóżka poryte pąsową taftą, trzydrzwiowe kwadratowe stoły o wygiętych nogach, wieszaki w kształcie jelenich rogów. Tam przy rodzinnej lampie odrabiali lekcje. Wynosili śmieci, biegali po mleko, wypadali z domu, trzaskając drzwiami. Ich wspomnienia z dzieciństwa były tak podobne jak drogi, którymi kroczyli, powolne wspinanie się ponad środowisko rodzinne, perspektywy, które, jak im się wydawało, wybrali.
[…]
Byli urzeczeni wolnością. Zdawało im się, że cały świat stworzony jest na ich miarę; żyli pod rytm swego pragnienia; rozpierała ich niepohamowana bujność; ich zapał nie znał już granic. Mogliby chodzić, biegać, śpiewać, tańczyć całą noc. Nazajutrz unikali spotkań. Pary siedziały zamknięte u siebie w domu, nadużywając czarnej kawy i proszków od bólu głowy. Wychodzili dopiero późnym wieczorem, aby w drugim barze posilić się krwistym befsztykiem. Podejmowali drakońskie postanowienia: koniec z piciem, paleniem, marnotrawieniem.
[…]
Albo czasem w letnie noce szli długo przez prawie nieznane dzielnice. Idealnie okrągły księżyc błyszczał wysoko na niebie i rzucał na wszystko przyćmione światło. Ulice, wyludnione, długie, szerokie, rozbrzmiewały echem ich miarowych kroków. Nieliczne taksówki przemykały powoli, prawie bezgłośnie. Wtedy czuli się panami świata. Doznawali nieznanego uniesienia, jakby posiedli czarodziejskie tajemnice, niewymowną moc. I chwyciwszy się za ręce zaczynali biec, kręcili młynka, albo skakali po chodniku na jednej nodze, wyśpiewując na całe gardło melodie z opery Mozarta albo mszy H-mol Bacha.
[…]
Przeciętny młody człowiek, który coś studiuje, a potem chwalebnie odbywa służbę wojskową, mając jakieś dwadzieścia pięć lat stwierdza, że jest goły jak święty turecki, aczkolwiek potencjalnie – dzięki swej wiedzy – jest już posiadaczem sum większych, niż mógłby zamarzyć. To znaczy wie z całą pewnością, że nadejdzie dzień, kiedy będzie mieć piękne mieszkanie, willę na lato, samochód, „hi-fi”. Tak się jednak składa, że te wspaniałe nadzieje dają na siebie czekać; należą one do natury rzeczy do owego długofalowego procesu, z którym wiążą się też, jeśli się nad tym zastanowić, małżeństwo, przyjście na świat dzieci, ewolucja walorów moralnych, postaw społecznych, stosunku do ludzi. Krótko mówiąc, młody człowiek musi się urządzić, a to zajmie mu ładnych piętnaście lat.
[…]
Ciągnęli dalej życie zdane na los szczęścia; odpowiadało ono ich naturalnym skłonnościom. W świecie pełnym niedoskonałości ich życie – łatwo to sobie wmawiali – nie było takie znowu najgorsze. Żyli z dnia na dzień; w parę godzin wydawali to, co zarobili przez trzy dni; często zaciągali pożyczki; jedli paskudne frytki, dzielili się ostatnim papierosem, czasami godzinami szukali biletu do metra, który gdzieś się zapodział, nosili nicowane koszule, słuchali zużytych płyt, podróżowali autostopem i dość często przez miesiąc i dłużej nie zmieniali pościeli. Gotowi byli wierzyć, że w sumie takie życie ma swój urok. […] Zdawało im się, że właśnie droga, a raczej brak wytkniętej drogi określa ich doskonale; i nie tylko ich, ale całe pokolenie rówieśników. Poprzednie generacje – mówili sobie – były w stanie osiągnąć pełniejszą samowiedzę, a zarazem wiedzę o świecie, jaki zamieszkiwały. Oni sami woleliby może mieć lat dwadzieścia w czasie wojny hiszpańskiej czy w okresie Ruchu Oporu; prawdę powiedziawszy, gładko się o tym mówiło; wydawało im się, że problemy, jakie wówczas stawały przed ludźmi, problemy, jakie ich zdaniem stawały – były prostsze, nawet jeśli sytuacja była bardziej krytyczna; oni natomiast mieli do czynienia jedynie z zagadnieniami-pułapkami.
[…]
Nie potrafili dokładnie powiedzieć, co zmieniło się z zakończeniem wojny. Przez dłuższy czas zdawało im się, że jedynym wrażeniem, jakiego doznali, było poczucie dopełnienia się, zakończenia, zamknięcia. Nie happy end, nie efekt teatralny, ale wprost przeciwnie – zakończenie nudne, melancholijne, pozostawiające po sobie uczucie pustki, goryczy, topiące w mroku wszelkie wspomnienia. Czas ciągnął im się bez końca, by wreszcie przeminąć; karta się odwróciła; powrócił pokój, pokój, którego nigdy nie znali; wojna dobiegła końca. Siedem lat za jednym zamachem przeszło do czasu minionego; ich lata studenckie, lata spotkań, najlepsze lata ich życia.
[…]
Z ankietą roczną objechali całą Francję. Byli w Lotaryngii, w Saintonge, Pikardii, Beauce, Limagne. Widzieli notariuszy z tradycjami, hurtowników, których ciężarówki przemierzały jedną czwartą Francji, bogatych przemysłowców, rolników dżentelmenów eskortowanych przez sforę rudych psów i czujnych totumfackich. […] Tam to rozkładali się ze swymi magnetofonami, wypytywali z powagą o perspektywy rolnictwa w życiu współczesnym, o sprzeczności francuskiej polityki rolnej, o rolniku jutra, o Wspólny Język, o decyzje w sprawie zbóż i buraków, o zimny wychów, o sztywne ceny. Ale myślą byli gdzie indziej. Widzieli siebie wędrujących po pustym domu, wstępowali po pastowanych schodach, wchodzili do pokoi o zamkniętych okiennicach, w których czuć było stęchliznę. Okryte pokrowcami z płótna odpoczywały czcigodne meble. Otwierali szafy ścienne, wysokie na trzy metry, pełne bielizny pachnącej lawendą, słoi, sreber.
[…]
Spróbowali ucieczki. […] W Safakisie [jako nauczyciele w Tunezji – przyp. aut.] przeżyli osiem niewątpliwie najciekawszych miesięcy swego życia. [ale – przyp. aut.] To poczucie obcości potęgowało się, stawało się nieomal przytłaczające, gdy – mając przed sobą długie popołudnia, beznadziejne niedziele – przemierzali arabską dzielnicę od końca do końca, dochodząc poza Bab Jebli do niekończących się przedmieść Safakisu. Kilometrami ciągnęły się ogródki, żywopłoty opuncji, domy ulepione z gliny i słomy, budy z blachy i tektury; potem bezkresne laguny, puste i cuchnące, a na końcu, daleko, pierwsze gaje oliwne. Włóczyli się całymi godzinami, mijali koszary, przecinali tereny niezagospodarowane, miejscami podmokłe. A kiedy znów wrócili do europejskiej dzielnicy miasta, gdy przechodzili koło kina Hillal lub kina Nour, gdy siadali w Regence, klaskali w dłonie na kelnera, prosili o coca-colę lub butelkę piwa, kupowali ostatni „Monde”.
[…]
Ludzie dusili się we własnym sosie, w swoich zbyt obszernych mieszkaniach. Jeśli idzie o innych, urzędników francuskich z Towarzystwa Safakis-Gafs z Nafty, muzułmanów, Żydów, naturalizowanych Algierczyków było jeszcze gorzej – kontakty były w ogóle niemożliwe. Zdarzało się, że przez cały tydzień nie odzywali się do nikogo. Wkrótce mogło im się zdawać, że ustało w nich wszelkie życie. Czas mijał w bezruchu. Nic już nie łączyło ich ze światem, chyba tylko przestarzałe pisma, co do których nie mieli już pewności, czy nie są pobożnym kłamstwem, wspomnieniem poprzedniego życia, odbiciem innego świata. Od niepamiętnych czasów mieszkali w Safakisie i zawsze będą tam mieszkać. Nie snuli projektów, nie odczuwali niecierpliwości, nie czekali już na nic, nawet na wakacje, ciągle zbyt odległe, nawet na powrót do Francji. Nie doznawali radości ani smutku, ani nawet nudy, ale mogło im się zdarzyć, że zadawali sobie pytanie, czy jeszcze istnieją, czy naprawdę istnieją; stawianie sobie takiego nierzeczowego pytania nie dawało im żadnej satysfakcji prócz tej jednej – zdawało im się czasami, niejasno, niewyraźnie, że ich życie jest właściwe, stosowne i paradoksalnie konieczne; byli w jądrze pustki, zadomowili się w no man’s landzie prostych ulic, żółtego piasku, lagun, szarych palm, w świecie, którego nie rozumieli, nie starali się zrozumieć, bo nigdy w swoim minionym życiu nie przygotowywali się do tego, że pewnego dnia będą musieli przystosować się, przeistoczyć, ukształtować na wzór jakiegoś pejzażu, klimatu, sposobu życia.
[…]
A przecież w Tunezji obaczyli kiedyś dom swoich marzeń, najpiękniejszą z siedzib. […] Ale sam dom był rajem na ziemi. Wpośród wielkiego parku schodzącego łagodnie ku plaży o miałkim pisku, stara, niezbyt wielka budowla w miejscowym stylu, parterowa, rozbudowana z roku na rok, stała się słońcem całej konstelacji pawilonów wszelkiej wielkości i najróżniejszych stylów, wieżyczek, meczecików, bungalowów, okolonych werandami, rozsianych po parku i połączonych prześwitami. Była tam ośmiokątna sala bez żadnych innych otworów prócz małych drzwi i dwu wąskich okien-strzelnic, o grubych murach szczelnie zasłoniętych książkami, ciemna i chłodna jak grobowiec; malutkie pokoiki bielone wapnem jak cele klasztorne, mające za całe umeblowanie dwa saharyjskie fotele i niski stolik; inne znów pokoje, długie, niskie i wąskie, wyłożone miękkimi matami, inne jeszcze, urządzone po angielsku, z ławeczkami we wnękach i monumentalnymi kominkami, z dwiema kanapami po bokach. W ogrodzie, między drzewami cytrynowymi, pomarańczowymi, migdałowymi, wiły się aleje brukowane białym marmurem, zdobne po bokach szczątkami kolumn, antycznych posągów. Były tam potoki i kaskady, sztuczne groty, sadzawki pokryte wielkimi nenufarami wśród których przemykały niekiedy srebrzyste pręgi ryb. Pawie przechadzały się swobodnie, jak w marzeniach. Arkady obrośnięte różami wiodły do altanek zieleni.
{…]
Niewątpliwie w takiej właśnie Tunezji, Tunezji kosmopolitycznej, o śladach minionej wspaniałości, o przyjemnym klimacie, o życiu barwnym i malowniczym, najłatwiej by im było się zadomowić. O takim właśnie życiu kiedyś marzyli; ale teraz byli już tylko safakistyjczykami, prowincjuszami, wygnańcami. […] Życie toczyło się wciąż tak samo; godziny lekcyjne, kawa w Regence, wieczorem stare filmy, dzienniki, krzyżówki. Byli jak somnambulicy. Nie wiedzieli już, czego chcą. Byli wydziedziczeni.
[...]
Wyjadą do Bordeaux, aby tam objąć kierownictwo agencji. Wyjazd tym razem przygotują starannie. Odnowią mieszkanie, uwolnią się od stosów książek, od stert bielizny, od zatrzęsienia garnków, których było pełno, które tak często zdawały się ich przytłaczać. I tak będą błądzić, prawie ich nie poznając, po dwu pokojach, o których tak często mówili, że nadają się do niczego, a przede wszystkim , aby po nich błądzić. Ujrzą je po raz pierwszy takimi, jakimi zawsze chcieli je widzieć: odmalowane, lśniące białością, czystością, bez pyłku, bez zacieków, bez pęknięć, z sufitem tuż nad głową, z wiejskim podwórzem, prześlicznym drzewem, które niebawem – jak kiedyś w nich – wzbudzi zachwyt w nowych najemcach. Książki sprzedadzą bukinistom, stare rzeczy i graty – handlarzom starzyzną. Bieganina po krawcach, krawcowych, bieliźniarkach. Pakowanie walizek.
[…]
Będą się czuli znakomicie w swych lekkich strojach. Rozsiądą się w pustym przedziale. Za oknem będą się przesuwać obrazy francuskiej wsi. W milczeniu patrzeć będą na łany dojrzałego zboża, nagie słupy wysokiego napięcia, na młyny, nieomal wymuskane fabryki, campingi letnie, rogatki, samotne domy wśród polanek. Będą patrzeć na dzieci przebiegające biała drogę. Bardzo przyjemna podróż. Koło południa podążą niedbałym krokiem do wagonu restauracyjnego. Zasiądą pod oknem, naprzeciwko siebie. Zamówią dwie whiskey. Popatrzą po sobie po raz ostatni z porozumiewawczym uśmiechem. Lśniąca serweta, masywne sztućce ze znakami „Wagon-Lifts”, solidne talerze z herbami będą się wydawały wstępem do wspaniałej uczty. Ale jedzenie, jakie im podadzą, okaże się zupełnie bez smaku.
Georges Perec, Rzeczy
Egzystencjalna za to pierwsza czy i zarazem udana w oczach krytyków powieść Georges’a Pereca – francuskiego pisarza i filmowca przenosi nas do wielkomiejskiego Paryża oraz do postkolonialnej Tunezji, ogólnie rzecz biorąc w pierwszą połowę lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Jerome i Sylvie, po okresie studenckim próbują „na poważnie” zmierzyć się z prawdziwym życiem, które w ich oczach nie oferuje niczego nowego ani ekscytującego poza drobnomieszczańskim blichtrem. W grze kolejno po sobie następujących to mniej czy znowu bardziej nieudanych prób odnalezienie swego przeznaczenia, a może i zadomowionej pasji z przymrużeniem oka odkrywają, że wszystko to, co ich w życiu kręci czy dokładniej okręca, a zatem pospołu układa się w te same puste scenariusze. W tej dalszej wymowie powieści czuć już bowiem kres a przez to i powiew tego, co przyniosą nam liberalne przewartościowania etyczno-moralne i światopoglądowe, jakie wkrótce nastąpią, by trwać, a może i królować nam niemal do dziś.