Blog

 

08.07.2023

Marzenie Celta

„…niemożliwością jest całkowite i ostateczne

poznanie istoty ludzkiej,

całości wymykającej się wszystkim

sieciom teorii i racjonalizmu,

które usiłują ją złowić.”

„Rozsądek nie przekona mistyków ani męczenników”

„Patriotyzm jest ostatnim schronieniem kanalii”

[…]

Pańskie dzienniki — powiedział młodzian, skandując sylabę po sylabie, z kolejnym grymasem niechęci. Zniżył głos i Roger ledwie do- słyszał jego słowa. Odkrył je Scotland Yard w pańskim domu przy Ebury Street. Zamilkł na długą chwilę, czekając na komentarz Rogera, gdy jednak ów nie odezwał się, dał upust swemu oburzeniu, krzywiąc usta: Jak pan mógł zachować się tak nieroztropnie, poczciwy człowieku! — mówił powoli, co podkreślało jego wściekłość. Jak pan mógł powierzyć atramentowi i papierowi takie rzeczy, poczciwy człowieku! A skoro już pan to zrobił, jak pan mógł nie powziąć elementarnych środków ostrożności i nie zniszczyć dzienników, zanim zaczął pan spiskować przeciwko Imperium Brytyjskiemu! „Ten gołowąs obraża mnie, nazywając »poczciwym człowiekiem«" — pomyślał Roger. Zmanierowany młodzik był źle wychowany, zwracając się tak do rozmówcy starszego od siebie co najmniej dwukrotnie. Ich fragmenty krążą teraz po całym mieście — dodał aplikant nieco spokojniej, choć nadal z niechęcią, nie patrząc już na niego. W Admiralicji rzecznik ministra kapitan Reginald Hall osobiście wręczył kopie dziesiątkom dziennikarzy. Cały Londyn je czyta. Są w parlamencie, w Izbie Lordów, w klubach liberałów i konserwatystów, w redakcjach, w kościołach. W mieście mówi się tylko o nich.

[…]

Ze swoich narodzin, pierwszego września tysiąc osiemset sześć- dziesiątego czwartego roku, w Doyles Cottage, Lawson Terrace, w Sandy cove na przedmieściach Dublina, nie pamiętał, rzecz jasna, ni- czego. Chociaż zawsze wiedział, że przyszedł na świat w stolicy Irlandii, przez sporą część życia powtarzał to, co wpoił mu ojciec kapitan Roger Casement, odznaczony po ośmiu latach służby w Trzecim Pułku Szwoleżerów w Indiach: że jego prawdziwą kolebką jest hrabstwo Antrim, w sercu Ulsteru, protestanckiej i probrytyjskiej Irlandii, gdzie ród Casementów osiadł w wieku osiemnastym. Roger został wychowany i wykształcony jako anglikanin, członek Kościoła Irlandii, podobnie jak jego rodzeństwo, Agnes (Nina), Charles i Tom — wszyscy troje starsi od niego — lecz zanim jeszcze osiągnął wiek rozumu, intuicja podpowiadała mu, że w kwestiach religijnych jego rodzina nie jest tak jednomyślna jak w innych. Nawet kilkuletnie dziecko nie mogło nie zauważyć, że w towarzystwie sióstr i szkockich kuzynów matka zachowuje się tak, jakby coś ukrywała. Jej tajemnicę odkrył jako nastolatek: chociaż na pozór, aby wyjść za jego ojca, Anne Jephson nawróciła się na protestantyzm, w ukryciu przed mężem nadal pozostała katoliczką (papistką, jak by powiedział kapitan Casement), chodziła do spowiedzi, na mszę i do komunii, a nawet — co było naj- bardziej strzeżonym sekretem — on sam został ochrzczony jako katolik po ukończeniu czterech lat, podczas wakacyjnego wyjazdu całej gromadki do Rhyl w północnej Walii, gdzie mieszkały ciotki i wujowie ze strony matki. W tamtych latach, w Dublinie czy podczas pobytów w Londynie i w Jersey, religia nie interesowała Rogera ani odrobinę, chociaż by nie sprawiać przykrości ojcu — podczas niedzielnego nabożeństwa modlił się, śpiewał i z szacunkiem słuchał słów pastora. Matka dawała mu lekcje fortepianu, a czysty i wykształcony głos zyskiwał aplauz na rodzinnych spotkaniach, gdy intonował dawne ballady irlandzkie. W owym czasie tak naprawdę interesowały go głównie historie, które w chwilach dobrego nastroju kapitan Casement opowiadał jemu i jego rodzeństwu. Historie z Indii i z Afganistanu, zwłaszcza o bitwach z Afgańczykami i Sikhami. Owe egzotyczne nazwy i pejzaże, owe podróże przez dżunglę i przez góry, gdzie kryły się skarby, dzikie bestie, inne zwierzęta, pradawne ludy o dziwacznych zwyczajach, barbarzyńscy bogowie, rozpalały wyobraźnię. Jego braci opowieści te nie- kiedy nudziły, lecz mały Roger mógłby całymi dniami słuchać o przy- godach ojca na odległych rubieżach Imperium.

[…]

Choć Roger podziwiał swego ojca, tak naprawdę kochał tylko matkę, tę smukłą kobietę, która zdawała się raczej płynąć w powietrzu, niż chodzić, jasnooką i jasnowłosą, której dłonie, tak delikatne, gdy wsuwała je w kędziory jego włosów lub głaskała podczas kąpieli, napełniały go poczuciem najwyższego szczęścia. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich miał się nauczyć miał wtedy pięć czy sześć lat? było to, że chronić się w ramionach matki może tylko wówczas, gdy kapitana nie ma w pobliżu. Ów, wierny purytańskiej tradycji swej rodziny, nie był zwolennikiem rozpieszczania dzieci, które czyniło je mięczakami i osłabiało w walce o życie. W obecności ojca Roger utrzymywał dystans wobec bladej i delikatnej Anne Jephson. Jednakże gdy tylko rodziciel wychodził do klubu, na spotkanie z przyjaciółmi lub na przejażdżkę, biegł do niej, a ona obsypywała go całusami i pieszczotami. Niekiedy Charles, Nina i Tom protestowali: „Rogera kochasz bardziej niż nas". Matka zapewniała ich wówczas, że nie, że kocha wszystkich jednakowo, lecz najmłodszy synek wymaga więcej uwagi i czułości niż starsze dzieci. Gdy zmarła, w tysiąc osiemset siedemdziesiątym trzecim roku, Roger miał dziewięć lat. Umiał już pływać i wygrywał w zawodach z rówieśnikami, a nawet starszymi kolegami. W odróżnieniu od Niny, Charlesa i Toma, którzy wylali morze łez podczas czuwania i pogrzebu Anne Jephson, Roger nie zapłakał ani razu. W owych ponurych dniach dom Casementów przerodził się w kaplicę pełną ludzi w żałobie ze ściągniętymi bólem twarzami, którzy mówili przyciszonym głosem i obejmowali kapitana Casementa i czwórkę jego dzieci, składając im kondolencje. Przez kilkanaście dni nie mógł wydobyć z siebie ani słowa, jakby nagle oniemiał. Odpowiadał na pytania ruchami głowy lub gestami, był poważny, ze spuszczoną głową i nieobecnym spojrzeniem; przesiadywał tak nawet nocami, w ciemnym pokoju, nie mogąc zasnąć. Od tego czasu przez całe życie postać Anne Jephson miała przychodzić do niego w snach, z zachęcającym uśmiechem, rozkładając ramiona, w których chronił się przepełniony poczuciem bezpieczeństwa i błogości, podczas gdy smukłe palce przebiegały po jego głowie, plecach, policzkach, wznosząc barierę ochronną przed nikczemnościami świata.

[…]

Dopiero wiele lat później miał poczuć się swobodnie w Magherin Temple House, siedzibie Casementów, dawnej kancelarii anglikańskiej parafii Culfeightrin, noszącej wówczas miano Churchfield. Kiedy bo- wiem mieszkał tam w okresie między dziewiątymi a piętnastymi urodzinami, ze stryjecznym dziadkiem Johnem, stryjeczną babką Charlotte i pozostałymi krewnymi ojca, zawsze czuł się nieswojo w tym przytłaczającym gmachu z szarego kamienia, o trzech piętrach, ścianach pokrytych bluszczem, neogotyckim dachu, wysokich stropach i z kotarami, za którymi zdawały się ukrywać duchy. Przestronne komnaty, długie korytarze, klatki schodowe o wytartych drewnianych poręczach i skrzypiących schodach pogłębiały jego samotność. Wolał przebywać na zewnątrz, między krzepkimi wiązami, sykomorami i drzewami morelowymi opierającymi się porywistym wichrom czy na łagodnych wzgórzach, gdzie pasły się krowy i owce i skąd roztaczał się widok na miejscowość Ballycastle, morze, skały naprzeciw wyspy Rathlin, a w pogodne dni dostrzegało się nawet zamglony kontur Szkocji. Często wyprawiał się do pobliskich wiosek Cushendun i Cushendall, jakby żywcem wyjętych z irlandzkich legend, tych wąskich dolin o skalistych zboczach, nad których szczytami zataczały kręgi orły; widok ów budził w nim zawsze odwagę i uniesienie. Jego ulubioną rozrywką były wycieczki po tej surowej krainie zamieszkanej przez chłopów tak wiekowych jak krajobraz, wśród których trafiali się jeszcze tacy, co rozmawiali między sobą po staro-irlandzku; stryjeczny dziadek John i jego przyjaciele szydzili niekiedy z tego narzecza. Ani Charles, ani Tom nie podzielali zapału Rogera do życia na świeżym powietrzu, nie pociągały ich wędrówki na przełaj i wspinaczki po stromych zboczach Antrim, za to Nina owszem, i dlatego właśnie, choć była starsza od niego o osiem lat, to ją lubił najbardziej i to z nią zawsze miał się najlepiej dogadywać. Wielokrotnie wyprawiał się z nią aż do najeżonej czarnymi skałami zatoki Murlough, na małą kamienistą plażę, u stóp Glenshesk, której wspomnienie miało mu towarzyszyć przez całe życie; w listach do rodziny będzie o niej zawsze pisał: „ten rajski zakątek".

[…]

Dzięki wujowi Edwardowi Bannisterowi po raz pierwszy usłyszał o doktorze Davidzie Livingstonie, szkockim lekarzu i misjonarzu, który od lat eksplorował Czarny Ląd, podróżując wzdłuż rzek takich jak Zambezi i Shire, nadając imiona górom i ostępom, niosąc chrześcijaństwo dzikim plemionom. Był pierwszym Europejczykiem, który przemierzył Afrykę wszerz, pierwszym, który przebył pustynię Kalahari; największym bohaterem Imperium Brytyjskiego. Roger śnił o nim, czytał broszury z opisem jego czynów i marzył o tym, by wziąć udział w tych ekspedycjach, u jego boku stawiać czoło niebezpieczeństwom, pomagać w szerzeniu wiary chrześcijańskiej wśród tych pogan tkwiących jeszcze w epoce kamiennej. Gdy doktor Livingstone, poszukujący źródeł Nilu, zaginął w dżungli, Roger miał dwa lata. Gdy w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym drugim inny legendarny poszukiwacz przygód i podróżnik Henry Morton Stanley, pracujący dla pewnej nowojorskiej gazety reporter walijskiego pochodzenia, wynurzył się z dżungli, oznajmiając, że odnalazł doktora Livingstone'a żywego, Roger właśnie skończył osiem lat. Przeżywał tę powieściową historię ze zdumieniem i zazdrością. A gdy rok później nadeszła wieść, że doktor Livingstone, który nigdy nie zgodził się na opuszczenie afrykańskiej ziemi i powrót do Anglii, zmarł, Roger poczuł się, jakby stracił ukochanego krewniaka. Gdy dorośnie, on też będzie podróżnikiem, jak ci tytani, Livingstone i Stanley, którzy przesuwali granice Zachodu i żyli w sposób tak niezwykły.

[…]

On także kochał i podziwiał Alice Stop ford Green. Ta historyczka, Irlandka z anglikańskiej rodziny, podobnie jak Casementowie, której dom był jednym z najbardziej uczęszczanych salonów intelektualnych Londynu, ośrodkiem spotkań towarzyskich i roboczych wszystkich nacjonalistów i separatystów irlandzkich, była dla niego więcej niż przyjaciółką i doradczynią w kwestiach politycznych. Wiele go nauczyła, to dzięki niej odkrył i pokochał przeszłość Irlandii, jej długą historię i kulturę, która kwitła, zanim wchłonął ją potężniejszy sąsiad. Podsuwała mu lektury, rozjaśniała mu w głowie podczas rozmów pełnych pasji, zachęcała go, by nie porzucał nauki języka irlandzkiego, którego, niestety, nigdy nie opanował. „Umrę, nie mówiąc po gaelicku" pomyślał. A później, gdy został radykałem, była pierwszą osobą w Londynie, która zaczęła go nazywać nadanym mu przez Herberta Warda przydomkiem, z jakiego tak się śmiał: Celt.

[…]

Przy pańskiej kondycji wyruszenie na tę wyprawę byłoby samobójstwem. Pański organizm jest wyniszczony i nie zniósłby wycieczki w Góry Krystaliczne, a co dopiero kilku tygodni pod gołym niebem. Nie dotrze pan nawet do MbanzaNgungu. Są szybsze sposoby zadania sobie śmierci, panie konsulu: kula w usta albo zastrzyk strychniny. Gdyby pan się zdecydował, może pan na mnie liczyć. Niejednemu pomogłem udać się w wielką podróż. Roger Casement musiał wysłać do Foreign Office telegram, że stan zdrowia zmusza go do odroczenia ekspedycji. A jako że w porze deszczowej, która nastąpiła niebawem, dżungla i rzeki stały się nieprzejezdne, wyprawa w głąb Wolnego Państwa musiała poczekać kilka miesięcy, które przekształciły się w sumie w rok. Kolejny rok poświęcony powolnej rekonwalescencji, próbom odzyskania utraconej wagi powrotu do tenisa oraz pływania, partiom brydża i szachów, którymi oszukiwał długie noce w Bomie, nudnym czynnościom konsularnym, takim jak spisywanie statków przypływających i odpływających, towarów wyładowywanych z frachtowców przybywających z Antwerpii: karabinów, amunicji, biczów, win, świętych obrazków, krucyfiksów, paciorków z kolorowego szkła; księgowanie towarów ładowanych na statki wracające do Europy: ogromnych gór kauczuku, kości słoniowej, skór zwierząt. To była wymiana, która w jego młodzieńczej wyobraźni miała ocalić Kongijczyków od kanibalizmu i arabskich kupców z Zanzibaru kontrolujących handel niewolnikami i otworzyć przed nimi wrota do cywilizacji! Trzy tygodnie spędził w pościeli złożony zimnicą, majacząc, popijając dawki chininy rozpuszczone w ziołowych naparach, które przyrządzali mu Charlie i Mawuku trzy razy dziennie, żywiąc się bulionem i kawałkami gotowanej ryby lub kurczaka jedynym, co znosił jego żołądek — bawiąc się z Johnem, swym buldogiem, najwierniejszym kompanem. Nie miał nawet sił, by czytać.

[…]

Oficjalnym celem ekspedycji z tysiąc osiemset osiemdziesiątego czwartego roku, w której Roger zdobył szlify podróżnika, było przygotowanie społeczności rozrzuconych wzdłuż górnego, środkowego i dolnego Konga — na przestrzeni tysięcy kilometrów gęstej dżungli, wąwozów, wodospadów, wzgórz pokrytych bujną roślinnością — na przybycie europejskich handlarzy i zarządców, których Między- narodowe Stowarzyszenie Konga (Association Internationale du Congo AIC), z Leopoldem II [królem Belgów – przyp. aut.] na czele, miało przysłać na te tereny zaraz po otrzymaniu koncesji od zachodnich mocarstw. Stanley i jego towarzysze mieli wyjaśnić owym półnagim kacykom, pokrytym tatuażami i ozdobami z piór, z ozdobami z kolców w ustach i w ramionach, z penisami zakrytymi trzcinowymi tulejkami, dobre intencje Europejczyków: zamierzają pomóc im w polepszeniu warunków życia, uwolnić od nękających plag, takich jak śpiączka i inne śmiertelne choroby, zapewnić edukację i otworzyć oczy na prawdy tego i tamtego świata, co zapewni ich dzieciom i wnukom godne, sprawiedliwe i wolne życie. „Nie zdawałem sobie sprawy, bo nie chciałem zdawać sobie sprawy" — pomyślał. Charlie przykrył go wszystkimi pledami, jakie znalazł w domu. Mimo to konsul, skulony pod moskitierą i zlodowaciały, choć słońce paliło na zewnątrz, dygotał jak liść na wietrze. Jednak jeszcze gorsze niż bycie dobrowolnym głupcem okazało się znajdowanie usprawiedliwienia tego, co każdy postronny obserwator nazwałby oszustwem. Ponieważ we wszystkich wioskach, do których docierała ekspedycja z tysiąc osiemset osiemdziesiątego czwartego roku, po rozdaniu paciorków i innych tanich świecidełek oraz po standardowych objaśnieniach udzielonych za pośrednictwem tłumaczy (tubylcy często nie rozumieli ich ni w ząb) Stanley podsuwał kacykom i czarownikom do podpisu zredagowane po francusku umowy zawierające zobowiązanie do zapewnienia siły roboczej, przewodników, zakwaterowania i wyżywienia funkcjonariuszom oraz innym osobom zatrudnionym przez stowarzyszenie, podczas czynności, jakie przedsięwezmą, by osiągnąć cele przyświecające stowarzyszeniu. Ci stawiali na umowach iksy, kreseczki, kółka oraz inne obrazki, nie protestując i nie wiedząc, co pod- pisują i że w ogóle coś podpisują, ciesząc się z naszyjników, bransoletek i innych ozdób z kolorowych szkiełek, którymi ich obdarowywano, i z toastów, które wznosił Stanley dla uczczenia umowy.

[…]

To wszystko jest dla ich dobra, oczywiście, że tak — dorzucił Stanley [podróżnik, na usługach Leopolda II – przyp. aut.], wskazując ruchem głowy krąg chat o stożkowych dachach wsi, na której skraju rozbili obóz. Przybędą tu misjonarze, wydobędą ich z pogaństwa i nauczą, że chrześcijanin nie powinien zjadać swojego bliźniego. Lekarze zaszczepią ich przeciwko chorobom, z powodu których masowo umierają, i będą leczyć ich lepiej niż czarownicy. Powstaną firmy, które dadzą im pracę. Szkoły, w których nauczą się cywilizowanych języków. Gdzie nauczą ich okrywać ciało, modlić się do prawdziwego Boga, mówić po chrześcijańsku, a nie tymi swoimi małpimi narzeczami. Powoli zastąpią barbarzyńskie zwyczaje zachowaniem właściwym istotom nowoczesnym i wykształconym. Gdyby wiedzieli, co dla nich czynimy, całowaliby nam stopy. Ale na poziomie umysłowym bliżej im do krokodyla i hipopotama niż do pana czy do mnie. Dlatego to my decydujemy za nich, wybieramy to, co jest dla nich dobre, podsuwamy im te umowy. Ich dzieci i wnuki będą nas błogosławić. Nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas zaczęli czcić Leopolda II, tak jak czczą teraz swoje fetysze i straszydła. W której części biegu wielkiej rzeki był ten obóz? Jak przez mgłę przypominał sobie, że gdzieś między Bolobo i Chumbiri i że mieszkali tam chyba Bateke. Ale nie był pewien. Dane te znajdowały się w jego dziennikach, jeśli można tak było nazwać masę notatek rozrzuconych po zeszytach i luźnych kartkach zgromadzonych przez te wszystkie la- ta. Tak czy owak, doskonale pamiętał tę rozmowę. I dyskomfort, z ja- kim wrócił do namiotu i rzucił się na pryczę po tej wymianie zdań z Hen rym Mortonem Stanleyem. Czy to wtedy zaczęła się rozpadać jego przenajświętsza trójca trzech „C"? Do tej pory święcie wierzył, że kolonializm usprawiedliwiają: cristianism, civilization, commerce [z ang. chrystianizm, kultura, interes – przyp. aut.] . Od czasu gdy pracował jako skromny pomocnik buchaltera w Elder Demp Sterline, zakładał, że trzeba ponieść pewne koszty. Nadużycia były nieuniknione. Do kolonii wyruszą nie tylko altruiści, tacy jak doktor Livingstone, lecz także cwaniacy i dranie, ale w ostatecznym rozrachunku korzyści znacznie przewyższą straty. Zycie w Afryce pokazywało mu teraz, że praktyka nie jest tak prosta jak teoria.

[…]

Herbert Ward powiedział mu pewnego dnia: ,,Kiedy cię poznałem, uważałem cię tylko za poszukiwacza przygód. Teraz wiem, że jesteś mistykiem". Mniej podobały się Rogerowi wyprawy do wiosek, by negocjować zatrudnienie tragarzy i rębaczy dla kolei. Brak rąk do pracy stał się naczelnym problemem przeżywającego bujny rozwój Wolnego Państwa Kongo. Mimo podpisania „umów" kacykowie, którzy zorientowali się w zamiarach przybyszy, niechętnie wysyłali swych poddanych do pracy przy wyrębie przejść w dżungli, do budowy stanic i magazynów, do zbierania kauczuku. Jeszcze będąc zatrudnionym przez San ford Exploring Expedition, Roger uzyskał pozwolenie na wypłacanie robotnikom z funduszy firmy niewielkiego wynagrodzenia, zazwyczaj w naturze, mimo braku prawnego obowiązku. Inne przedsiębiorstwa także zaczęły stosować ten środek. Jednak i tak nie było łatwo ich zwerbować. Kacykowie tłumaczyli, że nie mogą pozbyć się ludzi niezbędnych do pracy na roli, polowania i łowienia ryb, podstaw ich egzystencji. Z czasem na wieść o zbliżaniu się werbowników mężczyźni w wieku produkcyjnym zaczęli chować się w gęstwinie dżungli. Rozpoczęły się wówczas karne ekspedycje, przymusowe zaciągi i praktyka zamykania kobiet w tak zwanych maisons d'otages (domach zakładniczek), by uzyskać pewność, że ich mężowie nie uciekną. Podczas pracy zarówno dla Stanleya, jak i dla Henry'ego Shelto na Sanforda Roger wielokrotnie otrzymywał zadanie negocjowania z społecznościami autochtonicznymi dostawy siły roboczej. Dzięki smykałce do języków był w stanie porozumieć się w kikongo i w lingala — później także w swahili — choć zawsze korzystał z pomocy tłumaczy.  Słysząc,  jak  duka w ich języku,  tubylcy tracili część początkowej nieufności. Jego grzeczny sposób bycia, cierpliwość, postawa pełna szacunku ułatwiały dialog, podobnie jak przywożone przez niego prezenty: ubrania, noże i inne przedmioty użytku domowego, a także szklane paciorki, które tak lubili. Zazwyczaj wracał do obozu z garstką ludzi do karczowania dżungli i dźwigania ciężarów. Zyskał sławę przyjaciela Murzynów, na co niektórzy z kolegów patrzyli z politowaniem, a inni, podobnie jak niektórzy oficerowie Force Publique, z pogardą.

[…]

Theodore Horte słuchał w milczeniu wybuchu rozgoryczenia młodego Casementa. Gdy się odezwał, nie wydawał się zdziwiony tym, co usłyszał. Wręcz przeciwnie, przyznał, że jego także, od lat, ogarniały poważne wątpliwości. Jednakże, przynajmniej w teorii, sprawa „cywilizacji" była słuszna. Czyż warunki życia tubylców nie były straszne? Czyż ich poziom higieny, przesądy, nieznajomość podstawowych zasad zachowania zdrowia, nie sprawiały, że marli jak muchy? Czyż nie było tragiczne ich życie polegające wyłącznie na walce o przetrwanie? Europa miała im wiele do zaoferowania, by wyszli ze swego prymitywnego stanu. By na przykład zaprzestali barbarzyńskich praktyk składania w ofierze dzieci i chorych w tylu społecznościach, wojen, w których wyniszczali się wzajemnie, niewolnictwa i kanibalizmu — jeszcze gdzieniegdzie praktykowanego. A poza tym czyż nie było dla nich dobre poznanie prawdziwego Boga, zastąpienie bożków, których wielbili, Bogiem chrześcijańskim, Bogiem litości, miłości i sprawiedliwości? To prawda, że napłynęło tu wielu szubrawców, być może największe szumowiny Europy. Czy można temu zaradzić? Ze Starego Kontynentu nadeszły przecież także dobre rzeczy. Nie tylko zachłanność handlarzy o brudnej duszy, lecz także nauka, prawodawstwo, edukacja, przyrodzone prawa istoty ludzkiej, etyka chrześcijańska. A ponadto czyż nie było zbyt późno, by się wycofać? Próżne było pytanie, czy kolonizacja jest dobra czy zła, czy gdyby zostawić ich własnemu losowi, Kongijczykom wiodłoby się lepiej czy gorzej. Gdy nie da się zawrócić biegu historii, szkoda tracić czas na zastanawianie się, czy byłoby lepiej, gdyby potoczyła się inaczej. Próbujmy raczej skierować jej bieg w dobrą stronę. Zawsze da się wyprostować to, co zostało wypaczone.

[…]

Mimo sympatii, jaką żywił do Bentleyów, i poczucia czystego sumienia, jakie dawała mu praca u ich boku, Roger od początku wiedział, że jego pobyt w misji w Ngombe Lutete będzie przejściowy. Zajęcie to było godne i altruistyczne, lecz miało sens jedynie wówczas, gdy towarzyszyła mu wiara taka jak ta, która ożywiała Theodore'a Horte'a i Bentleyów, a której jemu brakowało, choć naśladował ich gesty i zachowania, uczestnicząc w komentowanych lekturach Biblii, katechezach i nabożeństwach niedzielnych. Nie był ateistą ani agnostykiem, lecz czymś bardziej nieokreślonym, człowiekiem obojętnym, który nie neguje istnienia Boga — „pierwszej zasady" — lecz jest niezdolny do tego, by czuć się na swoim miejscu na łonie Kościoła, solidaryzując się i bratając z innymi wiernymi, złączony z nimi wspólną ideą. Próbował wyjaśnić to Theodore'owi Horte'owi podczas owej nocnej rozmowy w Matadi, lecz trudno mu się było wysłowić. Były marynarz uspokoił go: „Doskonale to rozumiem,  Rogerze.  Bóg ma swoje sposoby działania. Wzbudza w nas wzburzenie i niepokój, popycha do poszukiwań. Aż pewnego dnia wszystko się rozjaśnia i ukazuje się On. Panu także to się przydarzy, zobaczy pan". W ciągu tych trzech miesięcy się nie przydarzyło. Teraz, w roku tysiąc dziewięćset drugim, trzynaście lat po tamtej historii, Roger nadal tkwił w niepewności religijnej. Gorączka minęła, stracił sporo na wadze, i chociaż niekiedy kręciło mu się w głowie, taki był słaby, podjął swe obowiązki konsularne w Bomie. Odwiedził gubernatora generalnego i innych oficjeli. Wrócił do partyjek szachów i brydża. Pora deszczowa zaczęła się na dobre i miała potrwać wiele miesięcy.

[…]

Mówił to, co czuł od zawsze, lecz o czym milczał przez wstydliwość i nieśmiałość. Od początku ich znajomości podziwiał i kochał historyczkę i pisarkę Alice Stopford Green, której książki i studia nad historią oraz legendami i mitami irlandzkimi, a także nad językiem gaelickim przyczyniły się bardziej niż cokolwiek innego do wszczepienia Casementowi owej „celtyckiej dumy", jaką chełpił się z taką pasją, że kpili z niego niekiedy nawet jego przyjaciele nacjonaliści. Poznał Alice jedenaście lub dwanaście lat temu, szukając wsparcia dla Stowarzyszenia na rzecz Reformy Konga (Congo Reform Association), które założył wspólnie z Edmundem D. Morelem. Para tych świeżych przyjaciół zaczynała batalię polityczną z Leopoldem II i jego makiawelicznym tworem, Wolnym Państwem Kongo. Zapał, z jakim Alice Stopford Green oddała się kampanii, ujawniając kongijskie okropności, przesądził o tym, że wielu pisarzy i polityków przyłączyło się do niej. Alice stała się mentorką i przewodniczką intelektualną Rogera, który gdy tylko przebywał w Londynie, każdego tygodnia odwiedzał prowadzony przez pisarkę salon. Spotykali się w nim profesorowie, dziennikarze, poeci, malarze, muzycy i politycy, którzy zazwyczaj, podobnie jak ona, byli krytykami imperializmu i kolonializmu, zwolennikami Home Rule, czyli autonomii dla Irlandii, a nawet radykalnymi nacjonalistami, domagającymi się całkowitej niezależności dla Eire. W eleganckich, pełnych książek pokojach w domu przy Grosvenor Road, gdzie Alice przechowywała bibliotekę swego zmarłego małżonka historyka Johna Richarda Greena, Roger poznał W.B. Yeatsa, sir Arthura Conan Doyle'a, Bernarda Shawa, G.K. Chestertona, Johna Galsworthy'ego, Roberta Cunninghame'a Grahama i wielu innych popularnych pisarzy.

[…]

Pamięć podsunęła Rogerowi wspomnienie owego czerwcowego dnia tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego roku, kiedy zlany potem w wilgotnym upale początków lata, rozdrażniony ukłuciami moskitów wyżywających się na jego skórze cudzoziemca pojawił się w Matadi ten młody kapitan brytyjskiej marynarki handlowej. Miał około trzydziestki, wysokie czoło, kruczoczarną bródkę i zapadnięte oczy, trzymał się prosto, nazywał się Konrad Korzeniowski i był Polakiem, od kilku lat obywatelem brytyjskim. Zatrudniony przez Belgijską Spółkę Akcyjną na rzecz Handlu z Górnym Kongiem, miał dowodzić jednym ze stateczków parowych transportujących towary i handlarzy między Leopoldville-Kinszasa a odległymi Wodospadami Stanleya koło Kisangani. Był to jego pierwszy przydział kapitański, co napawało go dumą i radością. Przybywał do Konga przesiąknięty tymi wszystkimi mrzonkami i mitami, z których Leopold II ukuł swój wizerunek wielkiego filantropa i monarchy stawiającego sobie za cel cywilizowanie Afryki i uwolnienie Kongijczyków z oków niewolnictwa, pogaństwa i innych barbarzyńskich nawyków. Mimo dużego doświadczenia na morzach Azji i Ameryki, daru języków, oczytania było w tym Polaku coś niewinnego i dziecinnego, co natychmiast podbiło serce Rogera Casementa. Sympatia okazała się obustronna, gdyż przez całe trzy tygodnie, od dnia, w którym się poznali, do momentu gdy Korzeniowski wyruszył w towarzystwie trzydziestu tragarzy szlakiem karawanowym w stronę Leopoldville-Kinszasa, gdzie miał objąć dowództwo swego statku „Le Roi des Belges", widywali się rano, po południu i wieczorem. Odbywali długie spacery w okolicach Matadi, aż do nieistniejącej już Vivi, pierwszej, ulotnej stolicy kolonii, z której nie został kamień na kamieniu, i aż do ujścia rzeki Mpozo, gdzie jak głosiła legenda, pierwsze bystrza i wodospady Livingstone Falls i Czarci Kocioł zatrzymały Portugalczyka Dioga Cao cztery wieki temu. Na równinie Lufundi Roger Casement pokazał młodemu Polakowi miejsce, gdzie po- dróżnik Henry Morton Stanley zbudował swą pierwszą siedzibę, która lata później spłonęła w pożarze. Lecz przede wszystkim dużo rozmawiali, o wielu rzeczach, chociaż głównie o tym, co działo się w tym świeżo upieczonym Wolnym Państwie Kongo, w którym Konrad właśnie wylądował, a Roger mieszkał od sześciu lat. Po kilku dniach od zawarcia znajomości polski marynarz wyrobił sobie o nowym miejscu pracy pojęcie bardzo różne od tego, z jakim tu zawitał. I, jak powiedział Rogerowi, gdy się żegnali, o świcie w sobotę dwudziestego ósmego czerwca tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego roku, przed wy- ruszeniem w Góry Krystaliczne, został „rozdziewiczony". Tak się wyraził, z tym swoim kamienistym, mocnym akcentem: „Pan mnie rozdziewiczył, Casement. Co do Leopolda II, co do Wolnego Państwa Kongo. Może też co do życia". Po czym powtórzył dramatycznym tonem: „Rozdziewiczył".

[…]

Widywali się jeszcze wielokrotnie, podczas pobytów Rogera w Londynie, i napisali do siebie kilka listów. Trzynaście lat po owym pierwszym spotkaniu, w czerwcu tysiąc dziewięćset trzeciego, Casement, który właśnie przebywał w Anglii, otrzymał zaproszenie od Josepha Conrada (teraz tak się nazywał i był uznanym pisarzem) na weekend w Pent Farm, jego wiejskim domku w Hythe, w hrabstwie Kent. Powieściopisarz wiódł tam ze swą żoną i synem życie skromne i samotne. Roger zachował ciepłe wspomnienie z owych kilku dni spędzonych u boku Conrada. Miał teraz włosy przetkane srebrnymi nitka- mi i gęstą brodę, przytył, a jego sposób wyrażania się cechowała pewna intelektualna arogancja. Ale jemu okazał nadzwyczajną serdeczność. Gdy Roger pogratulował mu kongijskiej powieści Jądro ciemności, którą właśnie przeczytał i która — powiedział mu — poruszyła go do głębi trzewi, bo była najbardziej niezwykłym opisem okropności, jakie miały miejsce w Kongu, Conrad przerwał mu, machając rękami. Pan powinien figurować w tej książce jako współautor, Casement — oznajmił, poklepując go po plecach. Nigdy bym jej nie napisał bez pańskiej pomocy. Pan zdjął mi łuski z oczu. Co do Afryki, co do Wolnego Państwa Kongo. I co do bestii ludzkiej.

[…]

Na tym etapie podróży Roger Casement zaczął czuć się źle. Nie tylko pod względem moralnym i psychicznym. Jego ciało również odczuwało efekty braku snu, ugryzień owadów, nadmiernego wysiłku fizycznego oraz, być może przede wszystkim, stanu ducha, w którym wściekłość następowała po zniechęceniu, a wola wykonania obowiązku mieszała się z przeczuciem, że jego raport także nie zda się na nic, ponieważ w dalekim Londynie biurokraci z Foreign Office oraz politycy w służbie Jego Wysokości uznają, że byłoby nieroztropne zrażać do siebie sojusznika takiego jak Leopold II, że opublikowanie report z tak ciężkimi oskarżeniami pociągnie za sobą konsekwencje szkodliwe dla Wielkiej Brytanii, gdyż popchnie Belgię w ramiona Niemiec. Czyż interesy Imperium nie są ważniejsze niż żałosne skargi garstki półnagich dzikusów oddających cześć drapieżnym zwierzętom i wężom, w do- datku antropofagów? Dokonując nadludzkiego wysiłku, by pokonać napady przygnębienia, bóle głowy, mdłości, spadek wagi — widział, że chudnie, ponieważ musiał wykłuwać w pasku kolejne dziurki — kontynuował odwiedziny w wioskach, placówkach, stacjach, wywiady z mieszkańcami, funkcjonariuszami, urzędnikami, ze strażnikami, zbieraczami kauczuku, ze wszystkich sił starając się nie ulec grozie codziennego spektaklu ciał umęczonych razami bata czy odciętych dłoni i koszmarnych opowieści o morderstwach, uwięzieniach, szantażach i zniknięciach. W pewnym momencie uznał, że to powszechne cierpienie Kongijczyków nasącza powietrze, rzekę i otaczającą go roślinność pewnym charakterystycznym zapachem, fetorem nie tylko realnym, lecz metafizycznym, duchowym.

[…]

Sama myśl o krainie dzieciństwa i młodości, za którą podczas tej podróży poczuł nagłą i głęboką tęsknotę, odpędzała od niego te obrazy kongijskich okropieństw, grożące destrukcją moralną i naruszeniem równowagi psychicznej. Wspominał pierwsze lata w Dublinie, gdzie był rozpieszczany przez matkę i pod jej opieką, szkolne lata w Bally mena, odwiedziny w zamku z duchem Galgorm, spacery z siostrą Niną po wzgórzach na północy Antrim (jakże łagodnych w porównaniu z afrykańskimi!) oraz uczucie szczęśliwości, jakim napełniały go wycieczki na szczyty wznoszące się nad Glenshesk, jego ulubionej spośród dziewięciu glens hrabstwa, smagane wichrami, skąd niekiedy dostrzegał krążące orły o wielkich, rozpostartych skrzydłach i sterczącym czubie, władców nieba. Czyż Irlandia nie była kolonią tak jak Kongo? Przez tyle lat uparcie bronił się przed zaakceptowaniem tej prawdy, podobnie jak jego oj- ciec i wielu innych Irlandczyków z Ulsteru, którzy odrzucali ją ze ślepym oburzeniem. Lecz dlaczegóż by to, co było złe dla Konga, miało być dobre dla Irlandii? Czyż Anglicy nie najechali Eire? Czy nie przyłączyli jej do Imperium siłą, bez pytania o zdanie najechanych i okupowanych, tak jak Belgowie postąpili z Kongijczykami? Z biegiem lat początkowa przemoc uległa złagodzeniu, lecz Irlandia nadal była kolonią pozbawioną suwerenności przez silniejszego sąsiada. Oto fakty, których dostrzeżenia odmawiało wielu Irlandczyków. Co powiedziałby jego ojciec, gdyby usłyszał jego myśli? Czy sięgnąłby po swój pod- ręczny bat? A matka? Czy Anne Jephson oburzyłaby się na wieść o tym, że na kongijskich pustkowiach jej syn stawał się, jeśli nie w czynie, to w myśli, nacjonalistą? Podczas owych popołudni, bardzo samotny, otoczony brunatnymi wodami rzeki Kongo, pełnymi liści, gałęzi i pni, Roger Casement podjął decyzję: gdy tylko powróci do Europy, zgromadzi zapas książek poświęconych historii i kulturze Eire, które lak słabo znał, i przeczyta je wszystkie.

[…]

Trudno było o większą różnicę. Roger był bardzo wysoki i bardzo szczupły, a Morel raczej niski, krępy, z tendencją do nadwagi. Za każdym razem, gdy się widzieli, Casement odnosił wrażenie, że ubranie Morela jest na niego za ciasne. On sam skończył trzydzieści dziewięć lat, lecz mimo śladów pozostawionych przez afrykański klimat i malarię wyglądał, być może ze względu na zadbany strój i twarz, na młodszego niż Morel, który lat liczył sobie zaledwie trzydzieści dwa i był za młodu przystojny, lecz teraz postarzał się, miał posiwiałą czuprynę i wąsy gęste jak u foki, a także płonące i nieco wyłupiaste oczy. Od pierwszego wejrzenia poczuli, że łączy ich nić porozumienia i — żaden z nich nie uznałby tego słowa za przesadne — pokochali się. O czym rozmawiali przez te dwanaście godzin z rzędu? Dużo o Afryce, rzecz jasna, lecz także o swych rodzinach, dzieciństwie, młodzieńczych marzeniach, ideałach i pragnieniach, o tym, jak bez ich wiedzy i woli Kongo znalazło się w centrum ich egzystencji i całko- wicie ich odmieniło. Rogera zdumiało, że ktoś, kto nigdy nie postawił tam stopy, mógł tak doskonale znać ten kraj. Jego geografię, historię, ludzi, problemy. Słuchał zafascynowany opowieści o tym, jak wiele lat temu niepozorny pracownik Elder Dempler Line (tej samej firmy, w której Roger pracował za młodu w Liverpoolu), zajmujący się w antwerpskim porcie rejestrowaniem statków oraz inspekcją ładunków, powziął pewne podejrzenia, zauważając, że wolny handel, który jakoby wprowadził Jego Wysokość Leopold II między Europą a Wolnym Państwem Kongo, jest nie tylko asymetryczny, lecz wręcz zakrawający na farsę. Cóż to mógł być za wolny handel, w którym statki wracające z Konga wyładowywały w wielkim flamandzkim porcie tony kauczuku, stosy kości słoniowej, ogromne ilości oleju palmowego, minerałów i skór, a w drogę powrotną zabierały jedynie karabiny, pejcze i skrzynie kolorowych paciorków? Tak oto zaczął Morel interesować się Kongiem, dociekać, wypytywać ludzi wyjeżdżających tam lub wracających do Europy, handlarzy, urzędników, podróżników, pastorów, kapłanów, poszukiwaczy przygód, żołnierzy, policjantów i czytać wszystko, co mu wpadło w ręce na temat tego bezkresnego kraju, którego nieszczęścia poznał na wyrywki, jakby odbył dziesiątki inspekcji podobnych do podróży Rogera Casementa po Środkowym i Górnym Kongu. A wówczas, nie wymawiając jeszcze swej posady w kompanii, zaczął pisać listy i artykuły do czasopism i periodyków w Belgii i w Anglii, początkowo pod pseudonimem, a następnie pod własnym nazwiskiem, ujawniając to, co odkrył, i zadając kłam, faktami i relacjami świadków, idyllicznemu wizerunkowi Konga, który pismacy w służbie Leopolda II przedstawiali światu. Od wielu już lat kontynuował to przedsięwzięcie, publikując artykuły, broszury i książki, przemawiając w kościołach, ośrodkach kulturalnych, siedzibach organizacji politycznych. Jego kampania odniosła pewien skutek. Popierało go obecnie wiele osób. „To też jest Europa pomyślał raz i drugi owego dziesiątego dnia grudnia Roger Casement. Nie tylko kolonizatorzy, policjanci i kryminaliści, których wysyłamy do Afryki. Europa to także ten duch krystaliczny i przykładny: Edmund D. Morel".

[…]

Przede wszystkim jednak poznał nowych mieszkańców County Antrim, którzy, choć z Ulsteru i protestanci jak on, nie byli unionistami. Wręcz przeciwnie, dążyli do zachowania ducha dawnej Irlandii, walczyli przeciwko anglicyzacji kraju, propagowali powrót do staro-irlandzkiego i zainteresowanie tradycyjnymi pieśniami i zwyczajami, sprzeciwiali się poborowi Irlandczyków do brytyjskiej armii i marzyli o Irlandii wyspie, do której nie miałaby dostępu niszczycielska industrializacja i która zapewniałaby bukoliczną, spokojną egzystencję,  w oderwaniu od Imperium Brytyjskiego. Tym sposobem Roger Casement związał się z Gaelic League, działającą na rzecz upowszechnienia języka i kultury irlandzkiej. Ich motto brzmiało: Sinn Fein (My sami). Na spotkaniu założycielskim w Dublinie, w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim roku, jej przewodniczący Douglas Hyde przy- pomniał audytorium w swej przemowie, że dotychczas „opublikowano zaledwie sześć książek w języku gaelickim". Roger Casement poznał następcę Hyde'a Eoina MacNeilla, wykładającego starożytną i średniowieczną historię Irlandii w University College, i zaprzyjaźnił się z nim. Zaczął brać udział w wykładach, konferencjach, recitalach, marszach, konkursach szkolnych, we wznoszeniu pomników bohaterom nacjonalistycznym oraz w innych akcjach, którym patronowała Sinn Fein. Do wydawanych przez nią periodyków zaczął pisywać artykuły polityczne w obronie kultury irlandzkiej, pod pseudonimem Shan Van Vocht (Biedna Staruszka), zaczerpniętym z pewnej irlandzkiej ballady, którą często nucił. Jednocześnie bardzo zbliżył się do grupy dam, do której należały, między innymi, kasztelanka Galgorm Rose Maud Young, Ada MacNeill i Margaret Dobbs, przemierzających wioski Antrim w poszukiwaniu dawnych legend i podań ludowych. Dzięki nim wysłuchał pewnego dnia, na wiejskim festynie, seanchai, czyli wędrownego bajarza, chociaż z całej opowieści zrozumiał zaledwie co któreś słowo. Pewnej nocy, podczas dyskusji z wujem Rogerem w Magherin Temple House, Casement oświadczył z egzaltacją: „Jako Irlandczyk, którym jestem, nienawidzę Imperium Brytyjskiego!". Następnego dnia otrzymał list od księcia Argyll z informacją, że rząd Jej Królewskiej Mości postanowił odznaczyć go Orderem Companion of St. Michael and St. George za wzorowe wypełnienie obowiązków w Kongu. Roger wymówił się od uczestnictwa w ceremonii pod pretekstem, że dolegliwość kolana nie pozwoliłaby mu uklęknąć przed królem.

[…]

Roger Casement zamyślił się wpatrzony w okienko w murze, zakratowane tak jak wszystkie inne. Widać w nim było zaledwie malutki kwadracik szarzejącego nieba. Myślał o paradoksie swojej sytuacji: został osądzony i skazany za przemyt broni na rzecz próby zbrojnej secesji, a tak naprawdę przedsięwziął tę ryzykowną, być może absurdalną wyprawę z Niemiec na wybrzeże Tralee, pragnąc powstrzymać wybuch powstania, którego upadku był pewien od momentu, gdy po raz pierwszy usłyszał o przygotowaniach. Czy tak wygląda cała historia? Ta, której uczymy się w szkole? Ta, którą piszą historycy? Czy historia jest rekonstrukcją, mniej lub bardziej idylliczną, racjonalną i spójną tego, co w rzeczywistości burej i ponurej jest chaotyczną i arbitralną mieszaniną planów, przypadków, intryg, nieprzewidzianych wydarzeń, zbiegów okoliczności, splotu różnych interesów, które spowodowały zmiany, zwroty, przyśpieszenie i zwłokę, zawsze niespodziewane i zaskakujące w porównaniu z tym, co było projektowane i przeżyte przez bohaterów zdarzeń? Jest prawdopodobne, że przejdę do historii jako jedna z osób odpowiedzialnych za wybuch powstania wielkanocnego zauważył ironicznie. Tylko pan i ja wiemy, że przybyłem do Anglii, ryzykując życie, by spróbować powstrzymać ten bunt.

[…]

Jak potoczyłyby się jego losy, gdyby matka nie umarła w tak młodym wieku, lecz dożyła okresu jego młodości i wieku męskiego? Prawdopodobnie nie wyruszyłby na poszukiwanie przygód do Afryki. Zostałby w Irlandii albo w Liverpoolu, zrobił karierę za biurkiem, wiódłby życie przyzwoite, anonimowe, wygodne, miałby żonę i dzieci. Uśmiechnął się: nie, taki styl życia nie pasował do niego. To, które przeżył, mimo wszystkich niewygód i przeciwności, było lepsze. Zobaczył świat, jego horyzonty ogromnie się poszerzyły, lepiej zrozumiał życie, rzeczywistość ludzką, poznał kolonializm od środka, tragedię tylu ludów spowodowaną przez ową aberrację. Gdyby zwiewna Anne Jephson żyła dłużej, nie odkryłby smutnej i pięknej historii Irlandii, historii, której nigdy nie uczono go w Ballymena High School, historii, którą nadal ukrywano przed dziećmi i młodymi ludźmi w North Antrim. Wciąż im wmawiano, że Irlandia jest barbarzyńskim miejscem bez przeszłości godnej zapamiętania, podniesionym do rangi cywilizowanego kraju przez okupanta, wykształconym i zmodernizowanym przez Imperium, które odarło go z tradycji, języka, suwerenności. Tego wszystkiego nauczył się tam, w Afryce; nigdzie indziej nie przeżyłby lepszych lat młodości i początku wieku dojrzałego; nigdy nie odczułby takiej dumy z kraju, w którym się urodził, i takiego gniewu za to, co zrobiła z nim Wielka Brytania, gdyby jego matka żyła dłużej.

[…]

We śnie przypomniał sobie wyraźnie, że we wrześniu tysiąc dziewięćset szóstego roku, przed wyjazdem do Santos, napisał długi poemat epicki Marzenie Celta na temat mitycznej przeszłości Irlandii oraz — wspólnie z Alice Stopford Green i Bulmerem Hobsonem — pamflet polityczny Irlandczycy a brytyjska armia, protest przeciwko poborowi Irlandczyków do angielskiego wojska.

[…]

Konsul miał na czubku głowy łysinkę i jego czaszka lśniła jakby pokryta kropelkami wody. Stąpał powoli, badając błotnisty grunt przed sobą kijem, być może w obawie, by nie nastąpić na węża lub szczura. Rozmawialiśmy ze dwa, trzy razy — powiedział. To był mężczyzna niziutki i nieco pokraczny. Cholo, jak mówią tutejsi, cholito. Czyli Metys. Cholos są zwykle łagodni i ceremonialni. Ale Saldańa Roca nie. Był szorstki, bardzo pewny siebie. Miał taki stanowczy, świdrujący wzrok, typowy dla wierzących i dla fanatyków, który prawdę mówiąc, zawsze bardzo mnie denerwuje. Kłóci się z moim temperamentem. Nie odczuwam zbyt wielkiego podziwu dla męczenników, panie Casement, ani dla bohaterów. Ludzie, którzy idą na rzeź dla prawdy czy sprawiedliwości, nieraz czynią większą szkodę niż ta, której chcieli zaradzić. Roger Casement nie odpowiedział. Próbował wyobrazić sobie tego niskiego człowieczka, nieco ułomnego, sercem i wolą podobnego do Edmunda D. Morela. Męczennik i bohater, tak. Wyobrażał go sobie nakładającego własnymi rękoma farbę na matrycę wydawanych przez siebie tygodników, „La Felpa" i „La Sanción". Pewnie drukował je na powielaczu ustanowionym w kąciku, w domu. W tym samym skromnym pomieszczeniu mieściły się zapewne redakcja i biuro jego dwóch gazetek.

[…]

Jego pierwszą reakcją było niedowierzanie: ów dziennikarz, wychodząc od faktów, do tego stopnia wyolbrzymił nadużycia, że jego artykuły sprawiały wrażenie nierzeczywistych, emanowała z nich wręcz jakaś sadystyczna wyobraźnia. Natychmiast jednak przypomniał sobie, że taka sama była reakcja wielu Anglików, Europejczyków, obywateli Stanów Zjednoczonych, gdy opublikowali, on i Morel, informacje o zbrodniach w Wolnym Państwie Kongo. Niedowierzanie. Tak broniła się istota ludzka przed raportami o nieopisanych okrucieństwach, do których jej podobnych mogły popchnąć zachłanność i złe instynkty w świecie pozbawionym prawa. Jeśli do takich okropności doszło w Kongu, dlaczegóż by nie miało do nich dojść w Amazonii? Strapiony wstał z łóżka i wyszedł na taras. Niebo było ciemne, znikły także gwiazdy. Mniej świateł paliło się po stronie miasta, lecz gwar nie ustawał. Jeśli oskarżenia Saldana Roki były prawdziwe, nie- wykluczone, że — tak jak sądził konsul — redaktor został wrzucony do rzeki, ze związanymi rękami i nogami, z krwawiącymi ranami, które miałyby wzbudzić apetyt piranii. Fatalistyczna i cyniczna postawa Mr Stirsa irytowała go. Jakby za to, co się wydarzyło, nie byli odpowiedzialni okrutni ludzie, lecz fatum, los, który sprawia, że gwiazdy przesuwają się po niebie i po odpływie następuje przypływ. Nazwał go „fanatykiem". Fanatyk sprawiedliwości? Tak, bez wątpienia. Człowiek o śmiałym sercu. Skromny, bez pieniędzy, bez wpływów. Amazoński Morel. Wierzył w Boga? Zrobił to, ponieważ uważał, że świat, społeczeństwo, życie nie powinny tak urągać przyzwoitości. Roger pomyślał o własnej młodości, kiedy to afrykańskie doświadczenie zła i cierpienia wywołało w nim owo wojownicze pragnienie, ową stanowczą wolę uczynienia czegoś, by świat stał się lepszy. Czuł jakąś braterską więź z Saldaną Rocą. Chętnie uścisnąłby jego dłoń, zostałby jego przyjacielem, powiedział mu: „Uczynił pan ze swego życia coś pięknego i szlachetnego, seńor".

[…]

Po powrocie do celi ponownie wyciągnął się na pryczy. Uśmiechnięta, śliczna twarz Eivinda/Lucyfera znów pojawiła mu się przed oczami, a wraz z nią przygnębienie i piekący, gorzki żal. Usłyszał jego szept: „Kocham cię", i odniósł wrażenie, że Eivind oplata go i dusi. W swym życiu wiele podróżował, miał za sobą intensywne doświadczenia, poznał najprzeróżniejszych ludzi, badał straszliwe zbrodnie przeciw prymitywnym plemionom i autochtonicznym społecznościom dwóch kontynentów. Jak to się zatem działo, że zdumiewała go osobowość tego skandynawskiego Lucyfera tak dwulicowego, tak po- zbawionego skrupułów, tak podłego? Systematycznie okłamywał go i oszukiwał, zachowując przy tym uśmiechniętą twarz, usłużny i serdeczny towarzyszył mu jak wierny pies, służył mu, interesował się jego zdrowiem, chodził po lekarstwa, wzywał lekarza, mierzył temperaturę. A przy okazji wyłudzał od niego masę pieniędzy. No i wymyślał te podróże do Norwegii pod pretekstem odwiedzin matki i siostry, podczas gdy tak naprawdę biegł do konsulatu złożyć raport o aktywności konspiratorskiej, politycznej i wojskowej swego szefa i kochanka. I w dodatku stamtąd także wyciągał pieniądze. A Roger wierzył, że to on pociąga za sznurki! Poinstruował Eivinda, że skoro Brytyjczycy chcą go zabić Norweg twierdził, że konsul Mansfeldt de Cardonnel Findlay oznajmił mu to w sposób niepozostawiający wątpliwości — powinien udawać zainteresowanego takim obrotem sprawy i ciągnąć go za język, aż do zdobycia dowodów na przestępcze zamiary urzędników brytyjskich wobec jego osoby. To też przekazał Eivind konsulowi? I za ile koron czy funtów szterlingów? Dlatego właśnie to, co w zamyśle Rogera miało być operacją propagandową ostatecznie kompromitującą rząd brytyjski publiczne oskarżenie o próbę zabójstwa przeciwnika z jednoczesnym pogwałceniem suwerenności państw trzecich — nie uzyskało żadnego oddźwięku. Na swój list otwarty do sir Edwarda Greya, którego kopię rozesłał wszystkim rządom reprezentowanym w Berlinie, nie otrzymał odpowiedzi od żadnej ambasady, nawet potwierdzenia doręczenia.

[…]

Czy to było oblicze, umysł, jaszczurcza pokrętność grzechu pierworodnego? W jednej z rozmów z Edmundem D. Morelem, gdy zastanawiali się, jak to możliwe, by ludzie, którzy otrzymali chrześcijańskie wychowanie, wykształceni, cywilizowani, dokonywali tych przerażających zbrodni, jakie obaj dokumentowali w Kongu bądź w nich współuczestniczyli, Roger powiedział: „Kiedy wyczerpują się wyjaśnienia historyczne, socjologiczne, psychologiczne, kulturowe, pozostaje jeszcze w mroku ogromny obszar prowadzący do korzeni zła istot ludzkich, Bulldog. Jeśli chcesz go pojąć, jest tylko jedna droga: porzucić myśl racjonalną i odwołać się do religii. To grzech pierworodny". „To tłumaczenie niczego nie wyjaśnia, Tiger". Dyskutowali długo, nie dochodząc do żadnego wniosku. Morel twierdził: „Jeśli ostateczną przyczyną zła jest grzech pierworodny, w takim razie nie ma wyjścia. Jeśli my, ludzie, zostaliśmy stworzeni dla zła i nosimy je w duszy, po cóż walczyć o zaradzenie temu, czemu nie da się zaradzić?". Bulldog miał rację, nie należało popadać w pesymizm. Nie wszystkie istoty ludzkie były Eivindami Adlerami Christensenami. Byli też inni ludzie, szlachetni, idealiści, dobrzy, wielkoduszni, tacy jak kapitan Robert Monteith i sam Morel. Roger posmutniał. Bulldog nie podpisał żadnej petycji w jego sprawie. Z pewnością nie podobało mu się, że jego przyjaciel (eks-przyjaciel, według Herberta Warda?) wziął stronę Niemiec. Choć był przeciwny wojnie, brał udział w kampanii pacyfistycznej i stanął nawet za to przed sądem, Morel bez wątpienia nie wybaczył mu przejścia na stronę kajzera. Być może on też uważał go za zdrajcę. Jak Conrad.

[…]

Roger westchnął. Stracił wielu przyjaciół podziwianych i kochanych jak ci dwaj. Ilu jeszcze odwróciło się do niego plecami!? Lecz mimo to nie zmienił sposobu myślenia. Nie, nie mylił się. Wciąż uważał, że gdyby w tym konflikcie zwyciężyły Niemcy, Irlandia znalazłaby się bliżej niepodległości. A dalej, gdyby zwycięstwo przypadło Anglii. Uczynił to, co uczynił, nie dla Niemiec, lecz dla Irlandii. Czy nie po- trafili tego pojąć ludzie patrzący na świat tak trzeźwo i tak inteligentni jak Ward, Conrad i Morel? Patriotyzm mącił jasność spojrzenia. Alice wygłosiła takie stwierdzenie podczas zaciekłej debaty jednego z owych wieczorów w jej do- mu przy Grosvenor Road, który Roger wspominał zawsze z taką tęsknotą. Jak dokładnie brzmiały słowa historyczki? „Nie powinniśmy pozwolić, żeby patriotyzm odebrał nam jasność widzenia, rozsądek, inteligencję". Coś w tym stylu. Na co, przypomniał sobie, George Bernard Shaw wbił szpileczkę wszystkim obecnym nacjonalistom irlandzkim: „To rzeczy nie do pogodzenia, Alice. Niech się pani nie łudzi: patriotyzm to religia, coś całkowicie sprzecznego z jasnością widzenia. To czysty obskurantyzm, to auto da fe, akt wiary". Powiedział to owym kpiącym, ironicznym tonem, który powodował zwykle dyskomfort rozmówców, ponieważ wszyscy wyczuwali, że pod dobrodusznymi żartami dramaturga kryje się zawsze miażdżąca krytyka. „Auto da fe', w ustach tego sceptyka i niedowiarka, oznaczało „zabobon, oszustwo" albo coś jeszcze gorszego. Przy tym wszystkim ów człowiek, który nie wierzył w nic i nie oszczędzał nikogo i niczego, był wielkim pisarzem i rozsławił literaturę irlandzką bardziej niż ktokolwiek z jego pokolenia. Jak można było tworzyć wielkie dzieła, nie będąc patriotą, nie czując owego głębokiego związku krwi z ojcowizną, nie czując miłości ani nawet wzruszenia w obliczu tego długiego szeregu przodków, który stał za każdym człowiekiem? Dlatego, gdyby miał wybierać między dwoma wielkimi twórcami, Roger wolałby Yeatsa od Shawa. Ten pierwszy to dopiero był patriotą, karmił swą poezję i teatr dawnymi legendami irlandzkimi i celtyckimi, przetapiając je, odmładzając, pokazując, że są wciąż żywe i mogą zapładniać współczesną literaturę. Po chwili zawstydził się tego porównania. Jak mógł być niewdzięczny wobec George'a Bernarda Shawa! Mimo swego sceptycyzmu i wypowiedzi antynacjonalistycznych nikt spośród wielkich intelektualistów londyńskich nie stanął wyraźniej i odważniej w obronie Rogera Casementa niż ten dramaturg. To on doradził linię obrony jego adwokatowi, której niestety Serjeant A.M. Sullivan, ta miernota, to zachłanne zero, nie przyjął, a po ogłoszeniu wyroku George Bernard Shaw napisał wie- le artykułów i podpisał liczne manifesty na rzecz ułaskawienia Rogera. Wielkoduszność i odwaga niekoniecznie szły w parze z patriotyzmem i nacjonalizmem.

[…]

Która godzina? Nie potrafił przywyknąć do tej niewiedzy. Jakież grube mury w tym Pentonville Prison! Choćby nie wiadomo jak nad- stawiał ucha, nigdy nie usłyszał żadnego dźwięku dochodzącego z ulicy: dzwonów, motorów, krzyków, głosów, gwizdów. Echo gwaru targu w Islington docierało do niego naprawdę czy było wytworem jego wyobraźni? Nie wiedział. Nic. Cisza niezwykła, grobowa, tak jak w tym momencie, gdy czas zdawał się zawieszony, podobnie jak życie. Jedyne dźwięki, które przenikały do jego celi, pochodziły z wnętrza więzienia: stłumione kroki w przyległym korytarzu, otwieranie i zamykanie metalowych drzwi, nosowy głos szeryfa wydającego rozkazy jakiemuś strażnikowi. A teraz nawet z wnętrza Pentonville Prison dobiegała tylko cisza. Trwożyła go, przeszkadzała mu w myśleniu. Spróbował podjąć lekturę O naśladowaniu Chrystusa Tomasza a Kempis, lecz nie udało mu się skoncentrować i odłożył książkę na podłogę. Zaczął się modlić, lecz słowa modlitwy przepływały przez jego umysł tak mechanicznie, że przestał. Przez długą chwilę leżał bez ruchu, napięty, niespokojny, z pustką w głowie i spojrzeniem utkwionym w pewien punkt na stropie, który wydawał mu się wilgotny, jakby przeciekała tam woda, aż wreszcie zasnął.

[…]

Tej nocy, nie mogąc zasnąć, po dziesięciu dniach w Iquitos spędzonych na wywiadach z ludźmi różnego stanu, po zanotowaniu dziesiątek opinii zebranych wśród przedstawicieli władzy, sędziów, wojskowych, właścicieli restauracji, rybaków, sutenerów, włóczęgów, prostytutek, kelnerów w burdelach i w barach, Roger Casement powiedział sobie, że przeważająca większość tutejszych białych i Metysów, Peruwiańczyków i cudzoziemców, myśli podobnie jak Victor Israel. Dla nich amazońscy In- dianie nie stanowili istot ludzkich w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz jakąś formę życia niższą i godną pogardy, bliższą zwierzętom niż ludziom cywilizowanym. Dlatego było prawomocne wyzyskiwanie ich, batożenie, porywanie, zmuszanie do pracy przy zbiorze kauczuku, a gdy się bronili, zabijanie ich tak, jak się zabija psa, który dostał wścieklizny. Była to tak powszechna wizja autochtonów, że jak mówił ojciec Ricardo Urrutia, nikogo nie dziwiło, że w domach służą dzieci porwane i sprzedane rodzinom z Loreto za równowartość jednego czy dwóch funtów szterlingów. Smutek zmusił go do otwarcia ust i nabrania głębokiego oddechu, tak by powietrze doszło do płuc. Skoro nie wyjeżdżając z tego miasta, tyle zobaczył i usłyszał, co dopiero będzie w Putumayo?

[…]

A na drugim krańcu świata, w Putumayo, Indianie Huitoto, Ocaina, Muinane, Nonuya, Andoque, Rezigaro i Bora wymierający powoli i w milczeniu, gdyż nikt nie kiwnie palcem, by zmienić ten stan rzeczy. „Dlaczego ci krajowcy nie spróbowali się zbuntować? zapytał podczas kolacji botanik Walter Folk. I dodał: To prawda, że nie ma- ją broni palnej. Ale jest ich dużo, mogliby wzniecić powstanie i choćby niektórzy z nich zginęli, pozostali pokonaliby swych oprawców samą liczbą". Roger odpowiedział mu, że to nie takie proste. Nie buntowali się z tych samych powodów co Kongijczycy w Afryce. Bunty zdarzały się niezwykle rzadko, były to lokalne i sporadyczne akty samobójstwa jednostki lub małej grupki. Ponieważ system eksploatacji posunięty do ostateczności niszczy ducha, zanim jeszcze zniszczy ciało. Przemoc, której stawali się ofiarami, niweczyła wolę oporu, instynkt samozachowawczy, przekształcała autochtonów w automaty sparaliżowane konfuzją i lękiem. Wielu nie postrzegało tego, co się z nimi dzieje, jako następstwa zła czynionego przez konkretnych ludzi, lecz jako mityczny kataklizm, przekleństwo bogów, boską karę, przed którą nie ma ucieczki. Chociaż tu, w Putumayo, Roger odkrył w dokumentach dotyczących Amazonii, że kilka lat wcześniej dokonano próby buntu, w stacji Abisinia, gdzie pracowali Bora. Tego tematu nikt nie chciał poruszać. Wszyscy nadzorcy unikali go. Pewnej nocy młody lokalny kacyk o imieniu Katenere, wraz z grupką pobratymców, ukradł karabiny szefów i muchachos [najemników indiańskich – przyp. aut.], zamordował Bartolome Zumaetę (krewniaka Pabla Zumaety), który podczas libacji zgwałcił jego żonę, i zniknął w selwie. Kompania wyznaczyła nagrodę za jego głowę. Wiele wypraw wyruszyło na poszukiwania. Przez jakieś dwa lata nie udało się im go złapać. Wreszcie grupa łowców, prowadzona przez zdradzieckiego Indianina, otoczyła chatę, gdzie ukrywali się Katenere z żoną. Kacykowi udało się uciec, lecz kobieta została schwytana. Szef grupy Vasquez zgwałcił ją osobiście, na oczach wszystkich, i zakuł w dyby. Trzymał ją bez wody i pożywienia przez kilka dni. Od czasu do czasu kazał ją batożyć. Którejś nocy kacyk się pojawił. Z pewnością śledził tortury, ja- kim poddawano jego żonę, od momentu jej ujęcia. Wszedł na plac, cisnął karabin na ziemię i ukląkł obok dybów, gdzie dogorywała jego żona lub gdzie spoczywało jej ciało. Vasquez głośnym krzykiem nakazał „chłopcom", by nie strzelali. Własnoręcznie, drutem wyłupił młodzieńcowi oczy. Potem kazał spalić go żywcem, wraz z żoną, przed lokalnymi Indianami ustawionymi w krąg. Czy rzeczywiście tak po- toczyły się wydarzenia? Historia miała romantyczny finał, który jak sądził Roger, został zmodyfikowany, by zaspokoić krwiożercze apetyty, upodobanie do okrucieństwa tak rozpowszechnione w tych tropikalnych regionach. W każdym razie stanowiła symbol i przykład: autochton zbuntował się, ukarał oprawcę i zginął jak bohater.

[…]

W pierwszą noc na rzece niebo rozświetlił czerwonawy księżyc w pełni. Odbijał się w czarnych wodach obłokiem małych gwiazdeczek iskrzących się niby małe, świetliste rybki. Wszystko było ciepłe, piękne i spokojne, nie licząc odoru kauczuku, który nadal im towarzyszył, jak- by osiadł w nozdrzach na zawsze. Roger spędził długi czas oparty o burtę na pokładzie rufowym, podziwiając spektakl, i nagle zdał sobie sprawę z tego, że ma twarz mokrą od łez. Cóż za cudowny spokój, mój Boże. W ciągu pierwszych dni rejsu zmęczenie i niepokój nie pozwalały mu pracować nad porządkowaniem fiszek i obmyślaniem zarysów raportu. Spał mało, dręczyły go koszmary Często wstawał i wychodził na pokład, by w bezchmurną noc patrzeć na księżyc i gwiazdy Na pokładzie „Liberała" płynął kierownik Brazylijskiego Urzędu Celnego. Roger zapytał go, czy barbadoscy nadzorcy mogliby wysiąść w jakimś porcie brazylijskim, popłynąć stamtąd do Manaos i poczekać, aż zabierze ich na Barbados. Urzędnik zapewnił go, że nie widzi najmniejszych trudności. Nawet i to nie uspokoiło Rogera. Bał się, że wydarzy się coś, co uchroni Peruvian Amazon Company przed sankcjami. Zobaczywszy na żywo los Indian amazońskich, uważał, że jest absolutnie konieczne, by cały świat dowiedział się o nim i uczynił coś, by go zmienić. Drugim powodem trosk była Irlandia. Od momentu gdy doszedł do przekonania, że tylko stanowcza akcja, rebelia, może ocalić jego ojczyznę przed „utratą duszy" wskutek kolonizacji, co przydarzyło się India- nom Huitoto, Bora i innym nieszczęsnym plemionom z Putumayo, narastała w nim chęć, by jak najszybciej oddać się ciałem i duszą przygotowaniom do owego powstania, które położy kres tylu wiekom niewoli.

[…]

Zapadał zmierzch, mała cela tonęła już w mroku. Roger widział ciemną sylwetkę szeryfa, szeroką, cylindryczną, nieruchomą. Słyszał, jak głośno dyszy, jakby z wyczerpania. Miał płaskostopie i mógł się wykręcić z poboru — usłyszał jego głuchy i przeciągły głos nabrzmiały wzruszeniem. W pierwszym ośrodku, w Hastings, gdy zobaczyli jego stopy, odrzucili go. Ale on nie dał za wygraną i zgłosił się do drugiego. Chciał iść na wojnę. Widział kto podobne szaleństwo? Kochał swój kraj, był patriotą — powiedział cichutko Roger Casement. Powinien pan być dumny ze swojego syna, szeryfie. Co mi po tym, że był bohaterem, skoro nie żyje — odrzekł dozorca posępnie. Jego jedynego miałem na świecie. Teraz ja też jakbym przestał istnieć. Czasem myślę, że już jestem duchem.

[…]

Przyczyna tych karygodnych niedopatrzeń leżała bez wątpienia w jego okropnej kondycji fizycznej i psychicznej. Nudności, pogorszenie stanu zdrowia w ciągu ostatnich miesięcy w Niemczech, a przede wszystkim troski i obawy, zwłaszcza te związane z wydarzeniami politycznymi — od porażki idei Brygady Irlandzkiej po wieść, że Ochotnicy i IRB wyznaczyli termin wybuchu zbrojnego powstania na Wielki Tydzień mimo braku wsparcia wojskowego ze strony Niemiec — zaćmiły jego zdolność jasnego myślenia, równowagę umysłu, spowodowały utratę odruchów, obniżyły zdolność do koncentracji i spokojnego rozumowania. Czy były to pierwsze objawy obłędu? Zdarzały mu się już dawniej, w Kongu i w selwie amazońskiej, na widok okaleczeń i innych niezliczonych tortur i bestialstw dokonywanych na tubylcach przez caucheros [z hiszp. pracownik plantacji kauczuku – przyp. aut.]. Trzy lub cztery razy poczuł, że opuszczają go siły, że ogarnia go przemożne poczucie niemocy wobec bezmiaru zła dostrzeganego wokół siebie, owego kręgu okrucieństwa i nikczemności tak powszechnego, tak potężnego, że wydawało się donkiszoterią przeciwstawianie mu się i próba zniszczenia go. Człowiek tak bardzo upadły na duchu może popełniać niedopatrzenia tak poważne, jak uczynił to on. Myśli te przynosiły mu chwilową ulgę; potem odrzucał je, a poczucie winy i wyrzuty sumienia powracały ze zdwojoną mocą.

[…]

A przecież od chłopięcych lat miał wyostrzone poczucie estetyki, umiał docenić piękno ciał i twarzy, kontemplował z przyjemnością i radością zgrabną sylwetkę, oczy żywe i szelmowskie, wąską talię, muskuły zdradzające nieświadomą siłę, jak widoczne u drapieżników na wolności. Kiedy zdał sobie sprawę, że budzi w nim największe podniecenie, zawierające szczyptę niepokoju i paniki, wrażenia transgresji, nie piękno dziewcząt, lecz chłopców? W Afryce. Zanim jego stopa postała na Czarnym Lądzie, purytańskie wychowanie oraz tradycyjne, wręcz konserwatywne obyczaje krewnych ze strony ojca i ze strony matki zdusiły w zarodku pierwsze symptomy podniecenia tego typu. W środowisku tym samo podejrzenie pociągu seksualnego do osoby tej samej płci było uważane za odrażającą aberrację, słusznie potępianą przez prawo i przez religię jako występek oraz grzech nie znajdujący usprawiedliwienia i okoliczności łagodzących. W Magherin Temple, w Antrim, w domu stryjecznego dziadka Johna, w Liverpoolu, wśród wujostwa i kuzynek, fotografia stanowiła pretekst do tego, by rozkoszować się — wyłącznie za pośrednictwem oczu i duszy owymi męskimi ciałami, smukłymi i pięknymi, które go pociągały; oszukiwał samego siebie argumentem, że pociąg ów ma charakter wyłącznie estetyczny.

[…]

Podczas rejsu do Iquitos Roger miał głęboko przemyśleć ową lekcję, jaką dała mu rzeczywistość na temat paradoksalnej i nieuchwytnej duszy ludzkiej. Obaj chłopcy chcieli uciec z amazońskiego piekła, gdzie byli maltretowani, głodzeni i zmuszani do harowania jak zwierzęta. On poczynił wysiłki i wydał sporą część swego skromnego majątku na to, by opłacić im bilety do Europy i sześciomiesięczne utrzymanie, w przekonaniu, że ratuje ich, zapewniając dostęp do godziwego życia. A oto w Anglii, choć z innych przyczyn, byli równie dalecy od szczęścia albo przynajmniej od znośnej egzystencji jak w Putumayo. Chociaż nie bito ich, lecz raczej obsypywano pieszczotami, czuli się obcy, samotni i świadomi tego, że nigdy nie staną się częścią tego świata.

[…]

Błękitna Księga o Putumayo ukazała się w lipcu tysiąc dziewięćset dwunastego roku. Od pierwszego dnia wzbudzała poruszenie, którego ośrodek stanowił Londyn, a które rozlało się koncentrycznymi falami na całą Europę, Stany Zjednoczone i inne części świata, zwłaszcza Kolumbię, Brazylię i Peru. „Times" poświęcił jej kilkanaście stron oraz przedstawiający stanowisko artykuł, w którym — wysławiając Rogera Casementa pod niebiosa i twierdząc, że po raz kolejny okazał on swe wyjątkowe talenty „wielkiego humanitarysty" — domagał się natychmiastowego podjęcia kroków przeciwko owej brytyjskiej firmie i jej akcjonariuszom czerpiącym zyski z przedsięwzięcia stosującego niewolnictwo i tortury grożące eksterminacją tubylczych ludów. Jednakże pochwala, która najbardziej wzruszyła Rogera, pochodziła z artykułu napisanego przez jego przyjaciela i sojusznika z kampanii przeciwko królowi Belgów Leopoldowi II Edmunda D.  Morela dla „Daily News". Komentując Błękitną Księgę, wyraził się o Rogerze Casemencie: „w żadnej istocie ludzkiej nie widziałem takiego magnetyzmu jak u niego". Jak zawsze uczulony na publiczne występy Roger nie cieszył się ani odrobinę z tej kolejnej fali popularności. Wręcz przeciwnie, czuł się niezręcznie i starał się uciekać przed sławą. Było to jednak trudne, gdyż skandal wywołany przez Blue Book sprawił, że dziesiątki czasopism angielskich, europejskich i północnoamerykańskich prosiły go o wywiad. Otrzymywał zaproszenia na wykłady w instytucjach akademickich, klubach politycznych, ośrodkach religijnych i dobroczynnych. W Westminster Abbey odbyło się specjalne nabożeństwo poświęcone temu tematowi, a kanonik Herbert Henson wygłosił kazanie, w którym ostro zaatakował akcjonariuszy Peruvian Amazon Company za wzbogacanie się metodami, takimi jak niewolnictwo, morderstwo i okaleczenia.

[…]

Wspomnienie Herberta Warda zasmuciło go. Już nigdy więcej nie będą przyjaciółmi. Śmierć jego syna Charlesa, tak młodego, tak przystojnego, w pełni sił, na froncie pod Neuve Chapelle, w styczniu tysiąc dziewięćset szesnastego roku, wytworzyła między nimi przepaść, której nic nie mogło zasypać. Herbert był jedynym prawdziwym przyjacielem, jakiego miał w Afryce. Od pierwszego momentu zobaczył w tym mężczyźnie nieco starszym od siebie, który przemierzył pół świata — Nową Zelandię, Australię, San Francisco, Borneo — o wybitnej osobowości i kulturze znacznie przewyższającej kulturę wszystkich tamtejszych Europejczyków, także Stanleya, człowieka, u którego boku wiele się nauczy i z którym podzieli swe niepokoje i tęsknoty. W od- różnieniu od innych, zwerbowanych przez Stanleya do tej wyprawy w służbie Leopolda II białych, których jedyną ambicją było zdobyć w Afryce pieniądze i władzę, Herbert kochał przygodę dla przygody. Był człowiekiem czynu, lecz pasjonowała go sztuka, podchodził do Afrykanów z ciekawością pełną szacunku. Wypytywał ich o wierzenia, obyczaje, przedmioty związane z religią, strój i ozdoby, które interesowały go z punktu widzenia estetycznego i artystycznego, a zarazem intelektualnego i duchowego. Już wtedy, w wolnych chwilach, Herbert rysował i rzeźbił małe figurki z motywami afrykańskimi. Podczas długich rozmów o zmierzchu, gdy rozbijali namioty, przygotowywali posiłek i szykowali się do odpoczynku po całodziennym marszu i pracy, zwierzał się Rogerowi, że pewnego dnia porzuci te wszystkie zajęcia, odda się wyłącznie rzeźbie i będzie wiódł życie artysty w Paryżu, „światowej stolicy sztuki". Owa miłość do Afryki nigdy go nie opuściła. Wręcz przeciwnie, odległość i upływ czasu wzmocniły ją. Przypomniał sobie londyńskie domostwo Wardów, przy Chester Square 53, pełne afrykańskich przedmiotów. A przede wszystkim pracownię w Pa- ryżu, o ścianach obwieszonych włóczniami, dzidami, strzałami, maskami, wiosłami i nożami wszelkich kształtów i rozmiarów. Między zasuszonymi łbami dzikich zwierząt na podłodze i skórami okrywającymi skórzane fotele przegadali wiele nocy, wspominając podróże po Afryce.

[…]

Jednak Herbert Ward nigdy nie traktował zbyt poważnie stopniowego nawracania się Rogera na ideologię nacjonalistyczną. Pokpiwał z niego, w charakterystycznym dla siebie serdecznym stylu, ostrzegając go przed patriotycznym blichtrem — flagi, hymny, mundury zawsze, prędzej czy później, jak mówił, powodującym cofnięcie się do prowincjonalizmu i zaściankowej umysłowości oraz wypaczenie wartości uniwersalnych. A przecież ów obywatel świata, jak chętnie określał siebie Herbert, zareagował na straszliwą przemoc wojny światowej także ucieczką w patriotyzm, podobnie jak tyle milionów Europejczyków. List, którym zrywał przyjaźń z nim, był nasączony owym poczuciem patriotyzmu, z którego niedawno się wyśmiewał, ową miłością do flagi i do zaścianka, która niedawno wydawała mu się prymitywna i godna pogardy. Wyobrażanie sobie Herberta Warda, tego paryskiego Anglika, walczącego na ulicach Dublina ramię w ramię z ludźmi z Sinn Fein Arthura Griffitha, z Armii Ludowej Jamesa Connolly'ego, z Ochotnikami Patricka Pearse'a o niepodległość Irlandii cóż za niedorzeczność. A jednak, wyczekując świtu na wąskiej pryczy w celi, Roger powiedział sobie, że w głębi owego bezsensownego obrazu tkwi pewien sens: oto we śnie jego umysł próbował pogodzić dwie rzeczy, które kochał i za którymi rozpaczliwie tęsknił: swego przyjaciela i swą ojczyznę.

[…]

Eoin MacNeill próbował powstrzymać ich, kiedy się dowiedział powiedziała Alice. — Komando wojskowe IRB nie poinformowało go o planach powstania, ponieważ był przeciwny akcji zbrojnej bez wsparcia niemieckiego. Kiedy dowiedział się, że dowództwo wojskowe Volunteers, Irish Republican Brotherhood i Irish Citizen Army wezwało ludzi na manewry w Niedzielę Palmową, wydał rozkaz zakazujący tego marszu, rozkazał też, żeby Ochotnicy nie wychodzili na ulicę bez instrukcji przez niego podpisanych. To wywołało wielkie za- mieszanie. Setki, tysiące Ochotników zostały w domach. Wielu próbowało skontaktować się z Pearse'em, z Connollym, z Clarkiem, lecz bez skutku. Potem ci, którzy posłuchali rozkazu MacNeilla, siedzieli z założonymi rękami, a ci, którzy go nie posłuchali, dali się wystrzelać. Dlatego teraz wielu z Sinn Fein i Ochotników nienawidzi MacNeilla i uważa go za zdrajcę. Ponownie zamilkła, a Roger zamyślił się. Eoin MacNeill zdrajcą! Cóż za bzdura! Wyobraził sobie założyciela Ligi Gaelickiej, wydawcę „Gaelic Journal", jednego z założycieli Irish Volunteers, który po- święcił całe życie walce o zachowanie irlandzkiego języka i kultury, oskarżonego o zdradę swych braci tylko dlatego, że chciał powstrzymać owo romantyczne powstanie skazane na porażkę. W więzieniu, gdzie się znalazł, będzie przedmiotem szyderstw, być może owego pogardliwego chłodu, jakim patrioci irlandzcy karali niezaangażowanych i tchórzy. Jakże okropnie będzie się czuł ten profesor uniwersytecki, łagodny i wykształcony, pełen miłości do języka, obyczajów, tradycji swego kraju. Będzie się zapewne zadręczał pytaniami: „Czy źle zrobiłem, wydając rozkaz odwoławczy?", „Czy ja, który tylko chciałem ocalić życie ludzkie, przyczyniłem się do upadku powstania, siejąc zamęt i podziały między rewolucjonistami?". Poczuł, że identyfikuje się z Eoinem MacNeillem. Łączyła ich paradoksalna pozycja, na której postawiły ich Historia oraz okoliczności. Co by się stało, gdyby nie został aresztowany w Tralee, gdyby udało mu się porozmawiać z Pearse'em, Clarkiem i innymi dowódcami wojskowymi? Czy zdołałby ich przekonać? Prawdopodobnie nie. A teraz być może o nim też powiedzą, że jest zdrajcą.

[…]

Nic nie jest tylko czarne ani tylko białe, kochany — skomentowała Alice. Nawet tak słuszna sprawa. Tu też pojawiły się owe szarości, które zaciemniają obraz.  Roger potaknął. Słowa przyjaciółki odnosiły się także do niego. Choćby człowiek był nie wiadomo jak przezorny i planował swe czyny z największą przenikliwością, życie, bardziej złożone niż wszelkie kalkulacje, rozsadzało schematy i zastępowało je sytuacjami niepewnymi, pełnymi sprzeczności. Czyż nie był żywym przykładem owego zjawi- ska? Przesłuchujący go Reginald Hall i Basil Thomson sądzili, że przybył z Niemiec, by stanąć na czele powstania, które jego dowódcy ukrywali przed nim aż do samego końca, wiedząc, że sprzeciwi się buntowi pozbawionemu wsparcia niemieckiej armii. Czy można sobie wyobrazić większą niedorzeczność?

[…]

Ja i inni czuliśmy coś podobnego wobec ciebie, Rogerze. Zazdrościliśmy ci podróży, przygód, tego, że mieszkałeś w tylu różnych miejscach. Pamiętam, że kiedyś Yeats powiedział: „Roger Casement jest najbardziej uniwersalnym Irlandczykiem, jakiego znam. Prawdziwym obywatelem świata". Chyba nigdy ci tego nie powtórzyłam. Przypomnieli sobie pewną rozmowę, sprzed wielu lat, w Paryżu, na temat symboli, z Herbertem Wardem. Ów pokazał im świeży odlew rzeźby, z której wykonania odczuwał bardzo duże zadowolenie: afrykańskiego czarownika. Była to rzeczywiście piękna rzecz i mimo reali- stycznego charakteru ukazywała cały sekret i tajemnicę tej uzbrojonej w miotłę i w trupią czaszkę postaci o sklaryfikowanej twarzy, świadomej mocy, jaką obdarzyły go bóstwa dżungli, strumieni i dzikich zwierząt, człowieka, w którym mężczyźni i kobiety z jego plemienia pokładali ślepą wiarę, że ocali ich przez złymi czarami, chorobami, lękami i połączy z duchami przodków. Wszyscy mamy wewnątrz siebie takiego przodka — powiedział Herbert, wskazując na czarownika, który z przymkniętymi oczami zdawał się pogrążony w jednej z owych wizji sprowadzonych przez odpowiednie zioła. — Chcecie dowodu? Symbole, którym oddajemy cześć z najwyższym szacunkiem. Godła, flagi, krzyże.

[…]

To nie było jedyne zwierzę, które zginęło na ulicach powiedziała Alice posępnie. Zginęło wiele koni, psów, kotów. Niewinne ofiary ludzkiej brutalności. Bez przerwy śnią mi się w nocy. Biedactwa. My, ludzie, jesteśmy gorsi niż zwierzęta, prawda, Rogerze? Nie zawsze, kochana. Zapewniam cię, że niektóre są równie okrutne jak my. Myślę na przykład o wężach, których jad sprawia, że umierasz powoli, w straszliwych męczarniach. Albo o amazońskich kandyrach, które dostają się do twojego wnętrza przez odbyt i powodują krwotok. No cóż...

[…]

Sen trwał jeszcze długo, lecz budząc się kilka minut lub kilka godzin później, nadal w ciemności, Roger nie pamiętał już jego zakończenia. Nie wiedział, która jest godzina, co ponownie przejęło go trwogą. Niekiedy zapominał o tym, lecz najmniejszy niepokój, wątpliwość, zgryzota powodowały, że dojmujący lęk przed niewiedzą, jaka to pora dnia lub nocy, mroził mu serce, powodował poczucie znalezienia się poza czasem, na dnie otchłani, gdzie nie istniało dawniej, teraz, później.

[…]

Roger pamiętał, że w odległych latach młodzieńczych jego pierwsze emocje związane z ładnie zbudowanym ciałem, muskularni, harmonijną smukłością nastolatków nie wydawały mu się uczuciem nagannym i płynącym z pożądliwości, lecz oznaką wrażliwości, entuzjazmu na widok piękna. Sądził tak przez długi czas. Ze ta sama miłość piękna, powołanie artysty, skłoniła go do zgłębienia tajników technik fotograficznych, by utrwalać na papierze owe piękne ciała. Dopiero później, w Afryce, odkrył, że ów podziw nie jest zdrowy, a raczej że jest zdrowy i niezdrowy jednocześnie, gdyż owe zgrabne, błyszczące od potu, muskularne ciała bez kropli tłuszczu, w których odgadywało się materialną zmysłowość drapieżników, budziły w nim, oprócz uniesienia i za- chwytu, także pożądanie, pragnienie, nieodpartą chęć dotykania ich i pieszczenia. W taki właśnie sposób pokusy stały się nieodłączną częścią jego życia, dokonały w nim przewrotu, wypełniły sekretami, troską, lękiem, a zarazem momentami rozkoszy. Oraz, rzecz jasna, wyrzutami sumienia i goryczą. Czy Bóg, w momencie bilansu, podliczy wszystkie plusy i minusy? Czy mu wybaczy? Czuł ciekawość, nie strach. Jakby nie chodziło o niego, lecz o ćwiczenie umysłowe łub o zagadkę.

[…]

Sztab Główny nie ufa jego adiutantowi Rogera - Eivindowi Adlerowi Christensenowi. Istniały przesłanki, by podejrzewać, że jest informatorem służb brytyjskich. Powinien bezzwłocznie go od siebie odsunąć. Oskarżenie spadło nań jak grom z jasnego nieba. Początkowo odrzucił je. Zażądał dowodów. Odpowiedziano mu, że niemieckie służby nie wydałyby podobnego oświadczenia, gdyby nie posiadały solidnych podstaw. Jako że w owym okresie Eivind zamierzał wybrać się do Norwegii w odwiedziny do krewnych, Roger zachęcił go do wyjazdu. Dał mu pieniądze i odprowadził na stację. Nie zobaczył go nigdy więcej. Od tego czasu do poprzednich trosk dołączyło się jeszcze pytanie: czy to możliwe, by skandynawski bóg był szpiegiem? Przetrząsnął pamięć, próbując doszukać się w ciągu kilku ostatnich miesięcy wspólne- go życia jakiegoś wydarzenia, postawy, sprzeczności, nieuważnego słowa, które by go wydały. Nie znalazł niczego. Próbował się uspokoić, myśląc, że owa kalumnia była taktycznym manewrem teutońskich arystokratów, purytańskich i pełnych uprzedzeń, którzy podejrzewając, że jego stosunki z Norwegiem nie są niewinne, chcieli rozłączyć ich pod byle pretekstem, nawet oszczerczym. Jednakże wątpliwości powracały i dręczyły go. Gdy dowiedział się, że Eivind Adler Christensen postanowił wrócić z Norwegii do Stanów Zjednoczonych, nie zaglądając do Niemiec, ucieszył się.

[…]

Robert Monteith należał do bliskiego otoczenia Toma Clarke'a, którego traktował z niemal nabożną czcią. O jego kiosku z wyrobami tytoniowymi konspiracyjnym Sztabie Głównym — u zbiegu Great Britain Street i Sackville Street mówił jako o „miejscu świętym". Zdaniem kapitana to właśnie ów szczwany lis mający za sobą wiele bytności w angielskich więzieniach decydował, z ukrycia, o narodowej strategii rewolucyjnej. Czyż nie był godzien podziwu? Mając za całą kwaterę maleńki kiosk na biednej ulicy w centrum Dublina, ten niepozorny, wychudzony, żyjący nad wyraz skromnie, wyniszczony cierpieniami i upływem czasu weteran, który poświęcił całe życie walce o Irlandię i spędził za to piętnaście lat za kratami, stworzył podziemną organizację politycznowojskową, IRB, obejmującą cały kraj i pozostawał nieuchwytny dla brytyjskiej policji. Roger zapytał go, czy organizacja jest rzeczywiście tak prężna. Kapitan nie krył swego entuzjazmu. Mamy kompanie, drużyny, plutony, z oficerami, ze składami broni, łącznikami, kryptonimami, hasłami oznajmił, gestykulując z euforią. Wątpię, czy gdziekolwiek w Europie jest wojsko bardziej skuteczne i zmotywowane niż nasze, sir Roger. Nie przesadzam ani na jotę. Zdaniem Monteitha przygotowania osiągnęły punkt szczytowy. Brakowało jedynie niemieckiej broni, by powstanie mogło wybuchnąć.

[…]

Roger nie zgodził się na pobyt w klinice doktora von Hoesslina, lecz przez wiele miesięcy odwiedzał go kilka razy w tygodniu. Terapia odniosła skutek. Nie dziwię się, że po tym, co widział pan w Kongu i w Amazonii, i w efekcie tego, co robi pan obecnie, wystąpiły takie problemy — powiedział mu psychiatra. Godne podziwu jest to, że nie wpadł pan w obłęd i nie popełnił samobójstwa. Był to człowiek jeszcze młody, namiętnie kochający muzykę, wegetarianin i pacyfista. Wypowiadał się przeciwko trwającej wojnie i przeciwko wszystkim wojnom i marzył, że pewnego dnia nastanie powszechne braterstwo „kantowski pokój", mówił — na całym świecie, że znikną granice, a wszyscy ludzie uznają się za braci. Ze spotkań z doktorem Rudolfem von Hoesslinem Roger wychodził uspokojony i podniesiony na duchu. Nie był jednak pewien, czy jego zdrowie rzeczywiście się polepsza. Ów dobry nastrój ogarniał go zawsze wtedy, gdy napotykał osobę zdrową, dobrą, nastawioną idealistycznie.

[…]

Monteith, chociaż podobnie jak Roger przeczuwał, że powstanie zostanie zmiażdżone przez wojsko brytyjskie, palił się do wyjazdu. Odbyli rozmowę w cztery oczy, kilkugodzinną, w dniu, gdy kapitan Boehm wręczył im truciznę, o którą poprosili na wypadek, gdyby zostali schwytani. Oficer wyjaśnił im, że to amazońska kurara. Skutek będzie natychmiastowy. „Kurara to moja stara znajoma — powiedział mu Roger z uśmiechem. W Putumayo rzeczywiście widziałem, jak In- dianie paraliżują w locie ptaki strzałami zanurzonymi w tej truciźnie". Poszedł z Monteithem na piwo do pobliskiej knajpie. Wyobrażam sobie, że boli pana tak jak mnie konieczność wyjazdu bez pożegnania się z brygadą i wyjaśnienia jej, co się dzieje po- wiedział Roger. Do końca życia będzie dręczyło mnie sumienie przyznał Monteith. Ale to słuszna decyzja. Powstanie to zbyt ważna rzecz, by ryzykować przeciek. Sądzi pan, że mam jakąkolwiek szansę, by je powstrzymać? Oficer pokręcił głową. Nie, sir Roger. Ale jest pan tam bardzo szanowany i być może przekona ich pan. Tak czy owak, musi pan zrozumieć, co się dzieje w Irlandii. Przygotowujemy się do tego od wielu lat. Co ja mówię, lat. Raczej stuleci. Jak długo mamy żyć pod obcym jarzmem? I to w dwudziestym wieku. A poza tym nie ulega wątpliwości, że dzięki wojnie w tym momencie Anglia jest słabsza niż Irlandia.

[…]

Gdy ojciec Carey i ojciec MacCarroll weszli do celi, Roger otrzymał już papier, pióro i atrament, o które prosił, i pewną ręką, bez wahania, skreślił szybko dwa krótkie listy. Jeden do Gertrude, drugi, wspólny, do przyjaciół. Oba były podobne do siebie. W liście do Gee, oprócz kilku ciepłych zdań, w których zapewniał, jak bardzo ją kocha i jak dobre wspomnienia o niej zachował w pamięci, pisał: „Jutro, w dzień świętego Stefana, otrzymam śmierć, której szukałem. Mam na- dzieję, że Bóg wybaczy mi błędy i przyjmie moje błagania". List do przyjaciół utrzymany był w równie tragicznym tonie: „Moje ostatnie przesłanie do wszystkich brzmi: sursum corda. Życzę wszystkiego naj- lepszego tym, którzy odbiorą mi życie, i tym, którzy próbowali je uratować. Wszyscy są teraz moimi braćmi".

[…]

Według lekarza, który asystował przy egzekucji, doktora Percyego Mandera, dokonała się ona „bez najmniejszej przeszkody", a zgon na- stąpił natychmiast. Przed wydaniem zezwolenia na pogrzeb medyk, zgodnie z rozkazami władz brytyjskich, które pragnęły jakiegoś naukowego dowodu w sprawie „perwersyjnych skłonności" straconego, przystąpił, nałożywszy uprzednio gumowe rękawiczki, do zbadania jego odbytu i początkowego odcinka jelita. Ustalił, że „na pierwszy rzut oka", odbyt wykazywał znaczne rozszerzenie, podobnie jak „dolna część jelit, na odcinku, do którego sięgały palce ręki". Medyk za- kończył raport stwierdzeniem, że badanie potwierdziło „praktyki, do których stracony żywił ponoć upodobanie".

[…]

W Irlandii pozostało kilka pamiątek rozproszonych po całej wyspie. W Antrim, na grzbiecie Glen shesk opadającym ku małej zatoce Murlough, nieopodal domu rodzinnego Magherintemple, Sinn Fein wzniosła mały pomnik, który zburzyli radykalni unioniści z Irlandii Północnej. Jego szczątki zalegają jeszcze w pobliżu. W Ballyheigue, w hrabstwie Kerry, na placyku zwróconym ku morzu wznosi się posąg Rogera Casementa wyrzeźbiony przez Irlandczyka Oisfna Kelly'ego. Kerry County Museum w Tralee przechowuje aparat fotograficzny, który Roger zabrał w tysiąc dziewięćset jedenastym roku w podróż do Amazonii, a na prośbę zwiedzającego kustosz pokazuje też szynel, którym okrywał się na pokładzie niemieckiego okrętu podwodnego U19 w drodze do Irlandii. Kolekcjoner prywatny Mr Sean Quinlan ma w swym domku w Ballyduff, nieopodal ujścia rzeki Shannon do Atlantyku, łódź, którą — jak się zaklina — dopłynęli do brzegu w Banna Strand Roger kapitan Monteith i sierżant Bailey. W szkole języka gaelickiego w Tralee, noszącej imię Rogera Casementa, w gabinecie dyrektora widnieje na honorowym miejscu fajansowy talerz, z którego Roger jadał w sądowym Public Bar Seven Stars podczas procesu. W McKennas Fort stoi nieduży pomnik — kolumna z czarnego kamienia — z inskrypcją po gaelicku, angielsku i niemiecku przypominającą, że w tym miejscu został schwytany przez Royal Irish Constabulary dwudziestego pierwszego kwietnia tysiąc dziewięćset szesnastego roku. A w Banna Strand, na plaży, gdzie wylądował, wznosi się mały obelisk z rysunkiem twarzy Rogera Casementa sąsiadującej z twarzą kapitana Roberta Monteitha. Gdy go oglądałem, był pokryty białymi odchodami krzykliwych mew zataczających kręgi na niebie, a wokół bujnie kwitły dzikie fiołki, które tak wzruszyły Rogera w ten blady świt, kiedy wrócił do Irlandii, gdzie czekały go więzienie, sąd i szubienica.

Mario Vargas Llosa, Marzenie Celta

Retrospekcyjna powieść Mario Vargasa Llosy – peruwiańskiego pisarza, dziennikarza i myśliciela, także i noblisty przenosi nas zarówno do Anglii, jak i Irlandii w tym również do kolonialnego Kongo czy w dorzecza Amazonii na pogranicze kolumbijsko-peruwiańsko-brazylijskie, gdzie eksploatowano plantacje kauczuku, ogólnie rzecz ujmując w lata osiemdziesiąte dziewiętnastego wieku aż po okres pierwszej wojny światowej dwudziestego już stulecia. Powieść Llosy jest hołdem oddanym „zapomnianemu” bojownikowi o wolność i sprawiedliwość społeczną dla uciśnionych przez wyzysk – Rogerowi Casementowi, którego postać wzbudzała kontrowersje wśród potomnych, a może nawet budzi je do dziś. O którym autor powieści w epilogu kończącym dzieło wspomina: Dość długo trwało, zanim został przyjęty do panteonu bohaterów niepodległości Irlandii. Perfidna kampania, rozpętana przez brytyjskie tajne służby w celu zdeprecjonowania jego osoby z użyciem fragmentów sekretnych dzienników, odniosła skutek. Czarna legenda jeszcze do dziś nie została całkiem rozwiana: ponura otoczka homoseksualizmu i pedofilii towarzyszyła jego wizerunkowi przez cały wiek dwudziesty. Jego postać była niewygodna dla rodaków, gdyż Irlandia, aż do niedawna, wyznawała oficjalnie bardzo surową moralność, w której nawet cień podejrzenia o „zboczenie seksualne" pogrążał człowieka w niesławie i pozbawiał go szacunku opinii publicznej. Przez sporą część dwudziestego wieku nazwisko oraz czyny i niedole Rogera Casementa pojawiały się wyłącznie w esejach politycznych, artykułach prasowych i biografiach historycznych, w większości napisanych przez autorów angielskich. […] Przez całe dekady rząd angielski odmawiał wydania zgody na analizę dzienników przez niezależnych historyków i grafologów, twierdząc, że są objęte tajemnicą państwową, co dało asumpt do podejrzeń i argumentów na rzecz fałszerstwa. Gdy stosunkowo niedawno odtajniono je, a badacze uzyskali do nich dostęp i mogli poddać je naukowym analizom, spór nie dobiegł końca. Prawdopodobnie potrwa jeszcze długo. Co nie jest takie złe. Nie jest złe, że wokół Rogera Casementa panuje wciąż atmosfera niepewności, co dowodzi, że niemożliwością jest całkowite i ostateczne poznanie istoty ludzkiej, całości wymykającej się wszystkim sieciom teorii i racjonalizmu, które usiłują ją złowić. Moje własne odczucie — jako powieściopisarza, rzecz jasna jest takie, że Roger Casement, owszem, napisał sławetne dzienniki, lecz że nie stanowią one zapisu jego przeżyć, a w każdym razie, że nie przeżył wszystkiego, o czym wspomina, że zawierają wiele przesady i fikcji, że napisał pewne rzeczy, ponieważ chciałby ich doznać, lecz nie było to możliwe.



powrót ››