14.07.2023

„…jestem koralikiem.
Udało mi się urwać ze sznurka,
na który mnie kiedyś nawlekli…”
„Ale mówię Ci, Panie,
że ucieczką przed pokrzywami
jest tylko ich wyrwanie.”
„…zupełnie sobie nie można wyobrazić,
że wieczność jest także bez początku.”
[…]
Skręciliśmy w polną drogę nie zmniejszając szybkości. Ford skakał i klekotał. Wczoraj spadło trochę deszczu i na drodze było pełno kałuż. Woda pryskała na boki i szybę przed nami. Droga zbiegała w dół, do lasu. Na skraju mała restauracja ogródkowa. Jean zatrzymał się przed nią i powiedział: „Tutaj grałem w orkiestrze. Byłem skrzypkiem, grywałem także na banjo – i z tego żyłem”. Zamyślił się. Miałem wrażenie, że i on odczuwa to samo co ja. Może przyjechał pożegnać się ze wspomnieniami? Poszliśmy na piwo. Patronka przywitała Jeana jak syna. Ja wziąłem szklankę z piwem i usiadłszy w oknie, patrzyłem w las. Oni wspominali dawne czasy. Dolatywały do mnie jakieś oderwane słowa, jakieś fleurs, Suzanne, mignonne [milutka]. Piwo nie chciało mi przejść przez ściśnięte gardło. Od lasu dolatywał już przedwieczorny chłód, zapach mokrej zieleni i zgniłych liści; kilka promieni słońca przebijających się poprzez wysokie drzewa załapywało się na piramidzie starych butelek od szampana, ułożonych starannie pod płotem ogródka. Piwo wylałem do beczki z deszczówką. Jean pożegnał się z patronką i wsiedliśmy do samochodu nic do siebie nie mówiąc. Potem jeździliśmy po leśnych dróżkach pełnym gazem. Rzucało nami, trzęsło, aż nagle zaczęliśmy się śmiać – zaśmiewać się głupio i histerycznie.
[…]
Piekielny upał. W naszej mansardzie jak w piecu piekarskim. Po kolacji poszliśmy na Bulwary do „Kardynała” posiedzieć trochę w mniej dusznym powietrzu. Piłem rum, zapijając to wodą sodową z lodem. Na Bulwarach pusto i ciemno. Spojrzałem na Basię i śmiejąc się, powiedziałem: „No – wywróżyłaś”. Rzeczywiście, nie wiem jak, ale od roku, jeszcze zanim wojna wybuchła, już wiedziała i ciągle mi odpowiadała na moje zachwyty nad Francją, że gdy Niemcy w to uderzą, rozsypie się ten kraj jak purchawka. Nie wierzyłem. Wychowałem się na micie Francji. A teraz, co? Wali się – i to wali się jakby po cichu, pęka jak fastryga, właściwie bez trzasku.
[…]
To, co dzieje się na dworcach, jest nie do opisania. Paryż nagle przebudził się, nagle uświadomił sobie klęskę – i ruszył do dworców. Teraz było pusto. Gdzieniegdzie na peronach spali ludzie, czekając na jutrzejsze pociągi. Wstąpiłem do kantyny Czerwonego Krzyża, napiłem się piwa i zapaliłem papierosa. Wyszedłem potem wolno, przeskakując w ciemnościach przez śpiących na ziemi ludzi. Spali nawet na chodnikach przed dworcem. Taksówki nigdzie nie mogłem znaleźć. Już pewnie wszystkie wyjechały. Poszedłem do domu na piechotę. Lazłem wolno przez ciemny Bid. Raspail. Policjant sprawdził moje papiery i puścił dalej. Przeszedłem wolno przez Louvre, wdechując głęboko świeży powiew, przylatujący od Tullieries. Niebo zupełnie ciemne. Koło Opery zaskoczyły mnie strzały artylerii przeciwlotniczej. W tej pustej i ciemnej nocy echo ich przelatywało po martwych ulicach i zwiększało jeszcze bardziej uczucie pustki. Było to jak hukanie w głąb bezdennej studni – przeciągłe, smutne, groźne i beznadziejne. Nad zgiełkiem tego całego dnia, nad bulgotem tłumu, nad całym miastem unosi się może nie tyle groza, co zupełny, absolutny smutek. To koniec.
[…]
Gdy przyszedłem do fabryki, Polacy już poszli na piechotę. W naszym biurze zastałem Roberta, kolegę biurowego. Doszliśmy obydwaj do wniosku, że nie warto iść na piechotę. Sporo ciężarówek stało jeszcze na dziedzińcu i postanowiliśmy doczepić się do jednej z nich. Tymczasem siedzieliśmy w biurze i rozważali wypadki na przestrzeni ostatnich dwóch dni. Nasi polscy przełożeni, już z wprawą nabytą w ojczyźnie, powtórzyli tutaj to samo. Zostawili wszystko i wszystkich i ulotnili się na własną rękę. Kupiliśmy teraz sporo jedzenia i upakowaliśmy je w torbach od masek gazowych, które nam porozdawano kilka dni temu. Maski zostawiliśmy na stole. Potem przenieśliśmy delikatnie nasze bagaże do jednej z ciężarówek i sami też wślizgnęliśmy się pod plandekę, układając się między stosami opon, dwoma motocyklami i akumulatorami. Trzeba było się schować, bo przed fabryką stały jeszcze kobiety, których nie zabrali z powodu braku miejsca i te na widok nas urządziłyby na pewno rewolucję. Wyjechaliśmy schowani zupełnie i dopiero na szosie zaczerpnęliśmy świeżego powietrza. Droga za Paryżem przedstawiała widok niesamowity. Nie kończący się sznur samochodów, toczących się dwoma, a gdzieniegdzie trzema rzędami. Wszystko to wyładowane pościelą, betami, walizkami, skrzynkami, pudłami, klatkami z wszelkiego rodzaju ptactwem wewnątrz. Toczyło się to krok za krokiem, bo jeżeli z jakiegoś samochodu uciekł piesek, to samochód się zatrzymywał, łapano pieska i wszystko stawało. Gdy jakiś wóz zepsuł się, a dużo tych gratów psuło się na drodze, bo ciągła jazda na pierwszym biegu grzała motory, wszystko stawało. Brzegami drogi przeciskali się rowerzyści i ludzie idący na piechotę. Wszyscy obładowani tłumokami i walizkami. Cokolwiek miało koła, stało się użyteczne. Jakaś staruszka pchała taczki wyładowane gratami, gdzie indziej rower trzykołowy z pudłem na przodzie. Na tym pudle siedziała staruszka, trzymając na kolanach dużego psa. Mężczyzna z wysiłkiem obracał pedałami. I tak ciągnęło się to całymi kilometrami, jak okiem sięgnąć. Patrzyłem na to siedząc w mojej ciężarówce i zastanawiałem się, po co ta biedota i ci starzy ludzie uciekają. Na pewno nikt tu nie wiedział, dokąd idzie. Szli bez celu, byle przed siebie, bo inni szli. Opętam, zatruci trucizną ucieczki. A jednocześnie odbywało się to jakby poza mną. Jedynym uczuciem we mnie jest teraz ciekawość, intensywna, gęsta, zbierająca się wprost w ustach, jak ślina. Patrzeć, patrzeć, wchłaniać, zapamiętać. Pierwszy raz w życiu piszę, notuję. I tylko to mnie pochłania. I poza tym nasycić się tą wspaniałą wolnością, chaosem, wśród którego trzeba sobie radzić.
[…]
Wziąłem naszego szofera na stronę i powiedziałem mu, żeby udawał, iż jest coś niedobrze z samochodem i żeby poszedł spać. Tego nie trzeba mu było powtarzać dwa razy. Leciał z nóg. Potem przekonałem dyrektora, że nie trzeba się spieszyć i że oni też mogliby spać spokojnie. Przekonałem ich. Zacząłem szukać noclegu dla siebie. Na rzece, przepływającej przez środek miasta, stała krypa-schronisko protestanckiej misji. Odszukałem pastora. Był uprzejmy i podobny do Schuberta. Powiedział mi, że na krypie nie ma miejsca, bo tam pełno kobiet z dziećmi i matek tuż przed lub tuż po porodzie. Powiedział mi, że jest Szwajcarem. „Po co to wszystko, dlaczego?” – wzdychał, spoglądając w niebo. „Żeby było mniej nudno” – odpowiedziałem. Spojrzał na mnie przerażony. Zapytałem go o nowiny polityczne. Reynaud tego wieczoru zwrócił się wprost do Roosevelta o pomoc. Rząd francuski czeka teraz na odpowiedź Ameryki. Niech czekają. Zapadła noc. Pastor wynalazł jakąś stodołę i nasi ludzie poszli tam spać. Ja wyszedłem jeszcze dokupić żywności, a specjalnie chleba, o który wszędzie trudno. Byłem brudny, włosy pokryte skorupą, bo nie zabrałem nic na głowę. Kupiłem beret. Uradziliśmy z Robertem, że ja będę spał w samochodzie, bo trzeba go pilnować. Mogliby chyłkiem wyjechać w nocy. Ułożyłem się na siedzeniu szofera. Rzeka szumiała i pluskała w ciemnościach, z dala dolatywał jednostajny warkot motorów wycofujących się oddziałów. Patrzyłem w ciemną szybę i modliłem się, jak codziennie wieczorem.
[…]
Jechaliśmy prędzej. Drogi już się przeczyściły i panował większy porządek. Wojsko kierowało ruchem. Jechaliśmy znowu w tłumie kolumn wojskowych, pomieszanych z cywilnymi uciekinierami. Wojsko nie cofało się – też uciekało. Żołnierze pętali się bez żadnej dyscypliny. Pospolite ruszenie. Jedynie wozy z żarciem szły w porządku i w południe cała ta banda stawała się wzorowo zdyscyplinowana w obliczu konserw, chleba i zupy. Pod wieczór wjechaliśmy na most na Loire. Rzeka prawie wyschnięta i nie bardzo chciało mi się wierzyć, ażeby ta struga mogła stanowić linię jakiegokolwiek oporu. Sully było zapchane uciekinierami. Musiałem schować moje dwa bochenki chleba, bo mi je zjadali oczami. W Sully zgromadziła się już cała fabryka. Nazajutrz rano mieli jechać na Bourges i Moulins. Co do nas, nie było żadnych dyspozycji. Poszedłem na dworzec dowiedzieć się o pociągi. Powiedzieli mi, że może nazajutrz odejdzie pociąg do Bourges. Nie interesowałem się już tym, bo całą sprawą zajął się H. jako kierownik grupy. Zrobiłem jeszcze spis naszych – dojechali niemal wszyscy, a potem poszedłem na kolację. Wypiliśmy we dwóch z Robertem flaszkę koniaku do kolacji i ulokowaliśmy się na strychu jakiegoś domu. Wieczorem rozeszła się wiadomość, że jeśli Ameryka nie przystąpi do wojny, to Francuzi będą prosić o zawieszenie broni. Wydało mi się to bardzo prawdopodobne, choć Francuzi zapewniali mnie, że na Loire ma być stawiany opór. Miałem ochotę zapytać się czym? Tym wojskiem, które widzę wokoło? To już nie wojsko.
[…]
Po betonowej nocy wstaliśmy już o 5-ej rano. H., który dotąd kierował grupą, nie zjawił się już w Bourges. Koło 9-ej rano rozpoczęliśmy szturm do pociągu towarowego. Wagony były już pełne kobiet i dzieci. Robert i ja znaleźliśmy jeszcze dwa miejsca tuż przy drzwiach. Siedzieliśmy ze zwieszonymi na zewnątrz nogami. Ścisk w wagonie wynikał z bezdennie głupiego rozstawienia bagaży. Chcieliśmy zrobić porządek, ale mowy o tym nie było. Podparyski ludek okazał się nieprzejednany. Jakiś sparaliżowany staruszek na wózku zaczął wygrażać Robertowi laską. Nikt nikomu nie chciał pomóc. Kiedy jednej z kobiet przyniosłem flaszkę wody, wydarła mi ją z rąk i spojrzała jak na wroga. Pociąg ruszył, jechaliśmy do Montlucon. Zaraz za Bourges stanęliśmy. Nadleciał niemiecki samolot, ale nie strzelał. Znowu ruszyliśmy. Dzień upalny, w wagonie smród. Staruszek zaczął się niecierpliwić. Widząc, że na stacjach ludzie wysiadają i kładą się na trawie, chciał koniecznie wysiąść i prendre un peu d’air [odetchnąć świeżym powietrzem]. Potem dostał napadu szału, klął i okładał laską wszystkich wokoło. Córka zaczęła płakać i krzyczeć, że zwariował, zrobił się rwetes. Opowiedziała całemu wagonowi, co ona dla swego ojca zrobiła, a stary klął, że Bosze już są tu, że Francja nie jest już Francją, a po prostu gównem – w sumie bardzo do rzeczy i wcale nie po wariacku. Vivent les fous! [Niech żyją wariaci!] – powiedziałem do Roberta. Niebo zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Piliśmy wstrętne, zatęchłe białe wino, bo w Bourges innego już nie dostaliśmy. Zaschło mi w gardle, zgaga paliła i ledwie trzymałem się na nogach. Pod wieczór dojechaliśmy do Montlucon. Zebraliśmy graty i na miasto, pomimo iż większość twierdziła, że jedziemy dalej. Ani mi się śniło. W mieście udało nam się wreszcie zjeść normalną kolację z zupą i mięsem. Potem rozglądanie się za jakimś noclegiem. Do jednego z kin wnoszą snopy siana. Wchodzimy do środka – luksus. Miękkie fotele, dużo miejsca, można sobie przynieść słomy. Tylko nie rozumiem, dlaczego nie mają puścić jakiegoś filmu. Byłoby wspaniale leżeć na snopku i oglądać Marlenę.
[…]
Co robić? W tym momencie podszedł do nas Tadzio, uśmiechnięty i uradowany, że w końcu nas spotkał. Tadzia zawsze lubiłem. Z zawodu szofer, urodził się w Warszawie, skąd wywiózł bogatą przeszłość taksówkowo–autobusową i wspaniały język. Tadzio teraz stał, spoglądał na jadące samochody, spluwał i wreszcie sucho stwierdził: „Trzeba stąd koniecznie odpłynąć dalej, a potem zobaczymy”. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak to zrobić. Pociągi już nie odchodzą, iść na piechotę nie ma sensu. Tadzio skręcał mozolnie papierosa, czyli „spirocheta” i wreszcie oświadczył, że najlepiej kupić rowery. Zdecydowałem się w jednej chwili. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy sklep. Używanych już nie było i tylko nowe. Tadzio kupił sobie półwyścigówkę za 630 franków, ja doskonałą szosówkę za 715 franków. W sklepie ogarnęła mnie zupełnie dzika i bezsilna wściekłość. Dlaczego ten wspaniały kraj, w którym nowy rower kosztuje jedną trzecią przeciętnego zarobku robotnika, dlaczego ten kraj biorą diabli? Ciągle odczuwam to jako definitywny koniec. To już chyba nie wróci. I może właśnie to uczucie, uczucie bezgranicznego smutku, jest w tym wszystkim najgorsze. Robert pakuje teraz nasze rzeczy. Obawiam się, że te rowery pojadą raczej na nas, a nie my na nich.
[…]
Na dnie doliny jakiś drogowskaz mówił o wsi o 1500 metrów stąd z dopiskiem: „Kościół z XII wieku i most rzymski”. Bez namysłu skręciłem. Trzeba zwiedzić. Proboszcz romańskiego klejnotu umieścił nas w jakimś domu na siennikach. Po zjedzeniu czegoś wyszedłem. Nad wilgotnymi łąkami unosiła się mgła, grały świerszcze i świecił księżyc. Wszedłem na most. Ogarnęło mnie wzruszenie. Przewracałem w myślach kartki realiów Terlikowskiego (nudne toto było} i patrzyłem na okrągłe, wąskie łuki z szarego kamienia. Przy wjeździe resztki głazów tej drogi, po której toczyły się wozy i maszerowały ciężkim krokiem legiony rzymskie. Gallia est omnis divisa… [z łac. Galia jest cała podzielona… - początek pamiętników Gajusza Juliusza Cezara – przyp. aut.] Dlaczego wtedy bronili się, pomimo że ich sprzęt i technika były o tyle gorsze od rzymskich? Z odległej drogi dolatywał bezustanny ryk motorów, a pod mostem odezwały się żaby. W mroku zamajaczyła krępa postać Tadzia. Zapalił papierosa. „Panie B., nic się pan nie martw. Jutro szatkujem dalej. To aż przyjemnie uciekać po takich drogach. Co cywilizacja, to cywilizacja – wszystko jakoś gładziej idzie. Nie tak, jak u nas. Ale że łapciuchy z nich p… to prawda”. Jest cisza. Robert i Tadzio głośno oddychają, świeca pryska.
[…]
Jakże inaczej przedstawia się naród w czasie pokoju i w czasie wojny. Wojna jest dla narodu jak rzucenie monety na marmurową płytkę; i choć nienawidzę wojny, to wydaje mi się, że trudno o lepszy probierz. Przypominam sobie, co myślałem o Francji z dawnych lat. Dziś zrozumiałem jedno; cechy, które są czarujące w czasie pokoju, które ceni się wysoko – te cechy francuskie są zgubne w tej epoce. W czasie pokoju zapomnieli o wojnie, w czasie wojny nie potrafili zapomnieć o pokoju. Było już szaro, gdy wjechaliśmy do jakiegoś miasteczka. Ulice zapchane wojskiem, przed domami pełno ludzi. Jakiś mężczyzna kiwał ręką do żołnierzy i krzyczał radośnie: C’est signé, c’est signé! [z fr. Jest podpisany – przyp. aut.]. Podszedłem do niego. Z ożywieniem, jak o jakimś bardzo pomyślnym wydarzeniu, opowiedział mi o podpisaniu zawieszenia broni z Niemcami i z Włochami. Akcja wojenna ma ustać o godzinie 1.35 w nocy. Tymczasem ulicami dalej ciągnęły samochody i wojsko. Wiadomość o zawieszeniu broni rozeszła się w mgnieniu oka. Zapanował nastrój radosnego podniecenia. Ludność miasteczka siedziała w oknach lub stała w drzwiach i kiwała z uśmiechem rękami do żołnierzy. Oni jechali ze śpiewem, z harmonijkami w ustach. Zawieszenie broni jakby ich wyprostowało, ubuńczuczniło. Miałem wrażenie, jakby w jednej chwili poczuli się rozgrzeszeni. Bohaterowie, którzy do końca wypełnili swój obowiązek. W miasteczku było święto. W bistrach pozapalane światła, otwarte szeroko drzwi, pijatyka i śpiewy. I tylko w snopach światła przesuwały się nadal czarne sylwetki samochodów, dział i bezładnie idących żołnierzy.
[…]
Nikogo nie było. Gdzieżby im się chciało pilnować wszystkich wyjazdów z miasta. Jest 6-ta i do Carcassonne mamy jeszcze 92 km. Biorę tempo wyścigowe. W pierwszej godzinie robimy 23 km, w drugiej 22 – jest ósma. Zaczynamy szukać noclegu. Droga prześliczna – po bokach łagodne wzgórza, łąki, czasem bieli się cmentarz obstawiony kolumnami ciemnych cyprysów. Spokój, cisza i harmonia. Zupełnie odruchowo zaczynam myśleć o Grecji. Gdzieś z daleka zegar wieżowy wydzwania całą melodię. Potem Tadzio gwizda coś z cicha, milknie. Podjeżdża i mówi półgłosem: „Panie – jakie to cudne…” Zapada noc. Bladoniebieskie niebo szarzeje i cyprysy na cmentarzach stają się jeszcze czarniejsze. Znajdujemy fermę, a przy niej stertę koniczyny pod dachem. Noc jest gorąca. Leżę na koniczynie i mam przed oczami wzgórze, a na nim, na tle ciemnego nieba rysuje się ostro dach małego kościoła. Dzwonią dzwony – jeden większy i stado mniejszych. Dzwonią. A czarne cyprysy, łąki, pola i winnice niosą ich dźwięk, podają sobie coraz dalej, coraz słabiej. Słucham i patrzę. Piękno może być tak samo trudne do zniesienia jak ból. Można je znosić tylko do pewnej granicy, przeżywać do pewnej głębokości. I potem mdleje się wewnętrznie. Niebo jeszcze bardziej pociemniało i stało się fiołkowe. Błysnęły gwiazdy.
[…]
Carcassonne? Nie, wioska olimpijska. Wypłacili nam wszystko, teraz 23 franki dziennego zasiłku. Hotel 3 fr dziennie, obiad 14 fr z winem i chlebem à volontéI. Jak za dawnych czasów. Czerwone wino; podają je mrożone w wielkich karafkach. Kiedy wytrąbi się całą karafkę, bierze się drugą z sąsiedniego stołu. Wojna? Tu wiedzą o niej jedynie z opowiadań przyjezdnych. Słońce, wspaniałe i soczyste; jedwabiste wieczory i noce, jak sierść czarnego kota. Od samego rana woda, rozleniwienie przeciąganych pływaniem członków. Bezgranicznie dobrze. Dogoniłem tu dawną Francję. I teraz wypiję ją wolno, wolniutko, jak kieliszek dobrego wina. A potem? Mój Boże… „Jutro”, „potem”, „w przyszłości” to są słowa z tamtej epoki. Przepadła, zginęła i niech jej historia lekką będzie. Gdyby tych słów nie potrafiło się odrzucić, to „teraz” straciłoby cały sens, cały urok. Chcę żyć tylko „teraz”. Od pierwszego dnia tutaj poczułem najdokładniej, że los pozwolił mi wyciągnąć jakąś olbrzymią wygraną i że trzeba cenić każdą minutę. Magazynuję je. Pełne, okrągłe, pachnące minuty i godziny.
[…]
Właściwie Francuzi nigdy nie mają złudzeń; nie mają tego, co można określić „pędem do osiągnięcia niemożliwości”. Jedynie pragnienie złapania ryby na wędkę w Sekwanie w Paryżu może stanowić tu pewien wyjątek. Chociaż podobno i to nie leży tak całkiem w granicach niemożliwości. Posiadają fenomenalnie rozwinięty, a tak trudny dla nas do osiągnięcia, zmysł życia bez ideału i bez iluzji. Ann Bridge w „Pikniku w Pekinie” (też tytuł) dowcipnie to określiła mówiąc, że noc księżycowa i miłość są dla Francuza dwoma zjawiskami natury, których nigdy nie miesza. Noc księżycowa – tak – jest rzeczą piękną, a miłość w czterech ścianach na wygodnym łóżku jest równie piękna, mais il ne faut pas confondre ces deux choses [Ale nic należy mieszać tych dwóch rzeczy]. Nie należy mieszać. Ich rozmowy czy dyskusje są przesypywaniem błyszczących paciorków i cekinów i nigdy na ogół nie starają się dojść w tym do jakiegoś rezultatu; nie chcą nikogo przekonać. Jest to krajanie wszystkiego na wielką ilość próbek (ale nie beż wartości) i rozłożenie tych próbek na stole przed oczami zachwyconego ich elegancją i finezją klienta. Potrafią mówić godzinami o sprawach codziennego życia, które jest dla nich jedynym istotnym zagadnieniem. Dziś lubi się ich, jutro nienawidzi, pojutrze znowu skokietują jakąś błyskotką lub łatwością podejścia do tego, co uważa się za „PROBLEM”. Jakaś wspaniała umiejętność materializowania ducha, która jest chyba właśnie ich duchem. Niepokoją mnie, nie pozwalają nie myśleć, nie pozwalają wykręcić się jakimś ogólnikiem, który sam ciśnie się teraz na usta. Chciałoby się nami pogardzać, a nie można tak całkiem. Nie wolno? Czyżby Francja była religią?
[…]
Mieszkam w czerwonym domku na palach. Idę wolno plażą. Od lądu wieje ciepły wiatr, morze jest zupełnie spokojne. Błękit nieba zlewa się z błękitem wody i wszystko pogrążone jest w bezlitosnym świetle słońca. Zdejmuję ciemne okulary i mam wrażenie, że jestem aparatem fotograficznym bez filtra. Oko zatraca w tej jasności zdolność wyraźnego odcinania kolorów i niebo, morze, piasek, dalekie góry zamieniają się w popielatą, płaską masę. Idę daleko, zostawiając za sobą kolorowy placek domków na palach. Rozkładam koc na piaszczystej wydmie i rozbieram się do naga. Butelkę z wodą do picia zakopuję w mokrym piasku i kładę się. Wszędzie pusto. Płyną godziny rozmowy ze słońcem. Do mojej butelki skrada się ciekawym krokiem mały krab. Chrząknąłem i krab rzuca się od razu do ucieczki. Biegnie bokiem, tyłem, przodem – zawsze w prostej linii. Nie potrafi zakręcać. Można by używać określenia: prostolinijny jak krab. Wślizguje się szybko do wody. Po ręce chodzi mi jakiś gatunek biedronki piaskowej. Wchodzi na koniec palca, kręci się w miejscu, otwiera pancerz i odlatuje. Wiatr zmienił się i teraz powiało od morza. Błękitna, nieruchoma tafla wody zaczyna drgać i perlić się. Wyskakują miliony świetlistych igiełek. Strzały wymierzone prosto w słońce. Wchodzę wolno do wody i idę daleko, zanurzony po pas. Mój koc na brzegu zrobił się już bardzo mały, gdy zaczynam płynąć. Ramiona i nogi pracują miarowo jak maszyna. Dlaczego Byron twierdził, że najładniejsza kobieta jedząca i pijąca co innego niż langustę i szampana, wygląda zawsze wulgarnie? Snob, ale świetnie pływał. Ciekaw jestem, jakim stylem? Heksa-metrem – śmieję się sam do siebie. Cały czas widać dno, choć już jest bardzo głęboko. Plaża jest żółtym piaskiem, daleko, daleko. Nurkuję z otwartymi oczami, ale woda uparcie wyrzuca mnie na powierzchnię. Wracam. Ciągnę wolnym, leniwym crawlem. Wychodzę na brzeg przyjemnie zmęczony. Jest cisza i tylko krótka fala rzuca się z pluskiem na brzeg. Ciekawy krab zakrada się znowu do mojej butelki…
[…]
Trzymałem się słupów telefonicznych, żeby w tej pustce nie błądzić. Kładłem się na wietrze jak na miękkim tapczanie. Pomimo nocy i wiatru, było duszno. Zdjąłem koszulkę i szedłem dalej. Gorący wicher, przylatujący z ciemnej dali, jednostajny i męczący. Słupy telefoniczne stały się całą orkiestrą symfoniczną. Chwilami staję i słucham. Jest w tym coś z uwertury do „Wilhelma Tella” Rossiniego. Nié – to 12 Etiuda Skriabina. Słysząc ją, zawsze myślałem o takim szerokim, gorącym wietrze. Błądzą wspomnienia, porównania, zapomniane obrazy. Szedłem raz sam w Gorcach w czasie halnego wiatru… Żal jest najgłupszym uczuciem, smutek obezwładnia. Pewnie całą noc nie będę mógł spać. Będę patrzył na siebie i od czasu do czasu stwierdzę, że dobrze to zagrałem; tę scenę bezsenności, melancholii i smutku. To zabawne, gdy czuje się równocześnie, że życie kipi tam wewnątrz i śmieje się.
[…]
Wtulam się jeszcze głębiej w róg kanapki i zapalam fajkę. Ogarnia mnie cudowna, spokojna bezcelowość. Tuwim napisał raz, że krowy mają „spojrzenie zaświatowe”. Moje spojrzenia są właśnie takie. Ludzie są beznadziejni z tym ich natychmiastowym poszukiwaniem sensu. To całe towarzystwo ze „wspólnego pokoju” jest ciężkie. Wojna? Wojna! Dla S. skończyła się ona tam, któregoś września. Ciągle tkwi w niej i mówi, że „gdyby”, to nawet można było utrzymać się przez pewien czas na dwóch frontach. Jeszcze tego brakowało… Wojna! Ta zaczynała się już dwa razy i dwa razy skończyła. Teraz jest dwudziestominutowa przerwa i trzeba ją wykorzystać tak, jak się wykorzystywało przerwę w szkole. Dwa razy już nas pytano i dwa razy dostaliśmy „dwóję”. Na następnych godzinach też będą pytać i trzeba się przygotować. Sens? Nie – życie, zwykłe życie jest najważniejsze. Są ludzie, którzy jadąc pociągiem, stają w oknie i patrzą wstecz. Że niby inaczej, to wieje i może coś wpaść do oka. I jak zobaczą coś ciekawego, to się jeszcze przez pół godziny wychylają (pomimo tej tabliczki: e pericoloso sporgersi – nie wychylać się) i nie widzą tego, co nadleciało, mignęło i znikło. Zostaje taki na którymś tam kilometrze i cześć, jak mówi Tadzio. A ja lubiłem zawsze patrzeć w przód. (Madame, remettez, s’il vous plaît – Poproszę jeszcze raz to samo). Dlaczego o rumie nie można powiedzieć inaczej, niż koloru „ciemnego bursztynu”? To taka „zimna stal rewolweru” – nieunikniona, jak „głębokie-nie-nerwowe zaciągnięcie się papierosem”. Jaka szkoda, że Flaubert umarł, zanim zdążył ułożyć ten słownik kretynizmów. Langusta, to samica homara i tak dalej… Myśli bywają straszne. Jedna nie daje mi spokoju: w Eskorialu, jeszcze za Filipa II był świecznik na 300 (słownie: trzysta) świec. Jak oni go zapalali? Bo przecież zanim zapalili ostatnie, to te zapalone na początku już się pewnie wypaliły. Już wiem: ciągle zapalali. Jasne! Intelekt? – życie, nie intelekt.
[…]
Cezar jest okropny. Teraz naprawdę rozumiem, dlaczego stary Bogucki nie mówił inaczej, jak „ci barbarzyńcy Rzymianie”. Przy tym wszystkim ten Cezar – koloryzuje niesłychanie. Takie pomysły jak z Disneya. Rzymianie przebijali oszczepami kilka tarcz helweckich naraz, pod rząd, i unieruchamiali lewe ręce jednym oszczepem kilku wojownikom za jednym zamachem. Oczywiście ci rzucali tarcze i musieli walczyć nudo coipore [z łac. nagim ciałem – przyp. aut.]. Czytam to z nienawiścią. Jego łacina jest mi tak samo wstrętna jak niemiecki z „Mein Kampf” Hitlera. Te książki mają coś pokrewnego. I jeden, i drugi zbawiają podbojem. Ta sama jest w nich obłuda, to samo kłamstwo i buta. Germański król Ariovist spotyka się z Cezarem i mówi mu, że to nie on Gallom, lecz Gallowie jemu wypowiedzieli wojnę. Cezar mówi to samo. A pomiędzy nimi jest rozdarty świat, który szuka zbawienia to u jednego, to u drugiego. Swoją drogą technika Cezara jest zadziwiająca: doskonały wywiad, wszędzie piąta kolumna, zawsze pozycja umocniona i świetna propaganda. Vulgus militum [z łac. człowiek wojenny – przyp. aut.] jest zawsze odpowiednio poinformowany qua aiiogantia in colloquio Ariovistus usus [z łac. jakich argumentów Ariowist używał w rozmowie – przyp. aut.] i pali się do walki. Już Cezar używa w odniesieniu do Germanów słowa anogantia [z łac. przekomarzanie się – przyp. aut.]. Widać z tego, że to wcale nie tylko cecha pruska, ale narodowa. Prusacy wzięli ją znad Renu. Smakuje mi ta anogantia niebywale. Całego zdania nauczyłem się na pamięć.
[…]
Cezar jest natomiast pasjonujący. Z początku szedł mi trudno, ale po dwudziestu kilku rozdziałach wszedłem w tę jego łacinę, przypominającą tabliczkę mnożenia. Teraz łapię się na tym, że mimo woli jakieś myśli zaczynam układać po łacinie. Mógłbym na przykład powiedzieć jakiemuś Niemcowi, że Germani multum ab nostra consuetudine differunt: latrocinia nullam habent infamiam, quae extra fines cujusque civitatis fiunt [Germanie różnią się od nas, rozbój poza granicami nie jest dla nich hańbą] itd., czyli grabieże uprawiane poza granicami ich państwa nie są uważane za nic złego i służą, jak to oni mówią, jako zaprawa dla młodych ludzi, u których zmniejszają lenistwo. Cezar stwierdza poza tym, że ich najulubieńszą formą ustroju jest dyktatura. A on się pewnie od nich tego nauczył. Gallów ocenia trzeźwo: łatwo zapalają się, łatwo poddają. Właściwie Cezar traktuje Gallów tak, jak ma się ochotę traktować obecnie Francuzów: Były takie czasy, w których Gallowie, dzielniejsi od Germanów, wypowiadali im wojny i zakładali kolonie za Renem. (Ac fuit antea tempus, quum Germanos Galii virtute superaient… – I dawnymi czasy męstwo Gallów było większe niż Germanów). To Ac fuit antea tempus miałoby się przecież ochotę powtarzać teraz na każdym kroku. W dzisiejszej sytuacji ten czas przeszły, użyty już przez Cezara, ma w sobie jakiś tragizm, coś, co mi nie daje spokoju. Postać Vercingetorixa jest piękna i tragiczna. Czy de Gaulle’owi powiedzie się lepiej? Dr G. ocenił go bardzo pozytywnie. Twierdzi, że on jeden zdolny jest uratować dobre imię Francji. Wie się jednak o nim bardzo mało – po prostu jakieś przebąkiwania. W moich wszystkich myślach o Francji doszedłem tymczasem do jednego: Francja absolutnie była swego rodzaju dogmatem, i to dogmatem tak wielkim, że całkowite uwolnienie się od niego jest prawie niemożliwe. Francji nie można przemyśliwać tak obiektywnie jak Anglię, Stany Zjednoczone itd. Ona jest wyjątkiem, wielkim wyjątkiem.
[…]
Ale wiem jedno i przyznaję się do tego otwarcie: gdy napływała ta „śmietanka” w zeszłym roku, w jesieni, do Paryża, nie było mi ich nic żal. Polsce ubyło w tym sporo wartościowych ludzi, ale odciążyła się także wspaniale i za jednym zamachem od hołoty; od tych paniuś, panów i wojskowych o infantylnej umysłowości „gebirgstrottlów”. Tych ludzi nic nie byłoby w stanie zmienić i chyba nic nie zmieni. Nadają się do słoików „wecka”. Nie – muszę przestać. Eksperyment dopiero się zaczął i nie wiadomo, jakie będą wyniki. A mnie na słowo „inteligencja” uderza krew do głowy i nie potrafię być sprawiedliwy. Ryzykuję od razu sentymentalne wybielanie „ludu”, ZNMS-owskie [Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej – przyp. aut.] zachłystywanie się koleżanki Haliny klasą, która kiedyś „uderzy znienackiem”, jak to deklamował jej kolega na ulicy Czerwonego Krzyża. Pamiętam, że to „znienackiem” mnie z lekka wykończyło.
[…]
Właściwie człowiek powinien być zawsze jak biała kartka papieru, na której jest miejsce na wszystko. A tak naprawdę, to ludzie bardzo szybko stają się zeszytem kratkowanym, liniowanym albo w ogóle książką buchalteryjną. Piszą siebie tylko w jeden sposób, bo to „lepiej” wygląda. Często wydaje mi się, że tak zwany rozsądek jest najbardziej zakłamanym kątem duszy człowieka. Siedlisko bakcyli najzgubniejszego zakłamania. Bardzo często. Wiara w coś nie jest właściwie niczym innym, jak laską podpierającą kulawe myśli. Zerwanie z kimś, kogo się lubi lub kocha jest często dlatego tak przykre i trudne, bo jest zerwaniem z sobą samym. Dlaczego jako przykład kultury danego narodu stawia się zawsze (zwykle) tę kulturę, w której ten naród rozpadł się? To nieprawda, że kultury rozpadają się pod wpływem uderzeń z zewnątrz. One rozpadają się najpierw same. Uderzenie z zewnątrz jest tylko ciosem barbarzyńskiej „sica” [miłosiernym dobicie – przyp. aut.]. Kultura i cywilizacja naszych czasów przypominają mi wariata, który pociął na kawałki stos starych gazet, na każdym z nich napisał „milion dolarów”, schował wszystko do portfela i powiedział z wielką pewnością siebie: jestem bogaty.
[…]
Jędruś, jak pragnę zdrowia! Ja ci nie chcę ubliżać, ale to wszystko o tym Egipcie, o Grecji, o Rzymianach, o średnim wieku i tym Renesansie czy jak mu tam, to ciekawe, ale ty wpadasz w korkociąg. To są te genialne, intuicyjne określenia Tadzia. Nie wiem, czy można lepiej oddać istotę intelektualnego zaplątania się, jak właśnie tym określeniem, które on wyniósł ze służby w lotnictwie: wpadasz w korkociąg. Rzeczywiście wpadłem. Trzeba wyrównać. Usiadłem. Przyznałem mu rację, pytając jednak, czy mnie w sumie zrozumiał i czy go to interesowało.
[…]
Cechą charakterystyczną tych lekarstw jest to, co nazwano totalizmem, to znaczy, w sumie, absolutne i zupełne Zaprzeczenie wartości tych trzech wielkich wpłat. Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy, jak ja, są tam tylko piórem, pędzlem, płytą gramofonową albo w ogóle – i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich, ich życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej. Rtęć, która z takim trudem wyskoczyła powyżej zera, opada gwałtownie. Nastaje z powrotem chłód pogańskiego świata, jakieś pogańskie „państwochwalstwo”, w którym z takich czy innych powodów wypędza się Einsteina, Mannów i Werflów, tak jak wypędzało się Anaksagorasa, Owidiusza, a innych zmusza się do samobójstwa, tak jak Sokratesa. Potworne i beznadziejne.
[…]
Dziś jak zwykle, była msza, kochany ksiądz C. mówił „Kochana młodzieży w Chrystusie Panu” wiedząc doskonale, że wcale nie jesteśmy w Chrystusie Panu i że większość z nas będzie w Nim dopiero z wiekiem. A w każdym razie na pewno ci, co teraz w czasie mszy opychali się śliwkami i w czasie dzwonków przy ołtarzu mówili z ponurym odcieniem przybyszewszczyzny w głosie: „Hehe – same robaczywe, psiekrwie!” Wielką i prawdziwą myśl nie sposób przejąć do głębi nie odbiwszy jej kilka razy jak piłkę. A poznać ją można chociażby po tym (jej wielkość), że ona pozwala się odbijać, że pozwala na to w okręgu swego działania. Z tego punktu widzenia hitleryzm i wiele innych „izmów”, nie dopuszczających takiej gry, będzie prędzej czy później leżało.
[…]
Tadzio kręci głową i mówi: „Kultura i cywilizacja”. Ale ja kręcę też głową i mówię mu, że przede wszystkim bogactwo. Pewnie – jest w tym także sporo kultury i cywilizacji, ale jeżeli chodzi o złodziejstwo i rabunek byle czego, to jestem wyznawcą skrajnego materializmu. Człowiek, który ma co jeść, który ma coś swojego – niech to będzie nawet mało – jest mniej skłonny do kradzieży niż nędzarz. Francuz, przynajmniej dotąd, zawsze COŚ miał. I też kradnie, tylko na innej płaszczyźnie, na wyższej. Nie napada z nożem na byle kogo – robi to samo, wypełniając deklarację podatkową, skubiąc klientów, oszukując najbliższych krewnych we wszelkiego rodzaju interesach finansowych i obchodząc prawo wszędzie tam, gdzie się tylko da. To wszystko jest łagodne, subtelne, niewidoczne. Nie wiem, czy KULTURA to nie jest także łagodniejszy przebieg pewnych chorób etyki i moralności, chorób wrodzonych i odwiecznych w każdym człowieku i narodzie, których rozwój zależny jest tylko od klimatu ekonomicznego. Są okolice malaryczne, trochę malaryczne i zupełnie wolne od malarii; ale panują tam wtedy inne choroby, równie niebezpieczne. Nie wierzę, jak mi ktoś mówi, że tam i tam nie kradną. Nie kradną w znaczeniu przyjętym u nas, ale kradną INACZEJ. Tu nie kradną tak, jak to Tadzio sobie wyobraża; ale to wcale nie znaczy, że w ogóle nie kradną i „kultura i cywilizacja”. Morderca, bandyta, rabuś, awanturnik, złodziej, złodziejaszek, Figaro, niebieski ptak, „Skąpiec”, Gobsec i Nucingen to tylko stopniowanie. Kultura odgrywa w tym tylko rolę schodów, po których ta sama ludzka cecha wrodzona idzie do góry i na każdym stopniu zmienia strój w zależności od zawartości portmonetki. Tadzio to doskonale zrozumiał i ujął znacznie krócej ode mnie. Oparł się na drążku od namiotu i stwierdził: „Znaczytsia zawsze…, lecz inny strój”. Oczywiście! Aż go uściskałem. A on z pańskim gestem powiedział: „W takim razie proszę to zapisać”. O. Wilde miał rację: życie naśladuje sztukę. Tadzio mówił to tak, jak Jaracz w „Rodzinie” Słonimskiego. Aż usiadłem; Tadzio nigdy o tym nie słyszał i tylko jest dumny, że ja „wszystko zapisuję”, także o nim. Teraz śmiałem się do łez, wyciągnąłem zeszyt i od razu zapisałem. „Masz, patrz, przez samo «H» jak «herbata», «habit» i przede wszystkim «heca». Naprawdę heca.”
[…]
Ile na tym świecie zależy po prostu od dobrego lub złego humoru kogoś, od jakiegoś powiedzonka? Każdy z nas chodzi z kapeluszem, wypełnionym karteczkami z losem i wyciąga go jedną ręką do kogoś drugiego, ciągnąc drugą ręką taką samą karteczkę od kogoś innego. Gdy zrobię komuś coś dobrego, to czy nie jest to po prostu tylko to, że ten ktoś wyciągnął ze mnie dobrą karteczkę, że miał szczęście? No i jakież uczucia mogą istnieć między narodami? Chyba tylko mniej lub więcej życzliwa pogarda. Gdy obustronna pogarda osiąga równe natężenie, narody zaczynają się wzajemnie tolerować, zachowując przy tym przepisy dobrego wychowania, wpojone im przez wspólną kulturę jak przez rodziców. Niemcy, pomimo wszystkich pozorów, zostali chyba wychowani przez innych rodziców niż reszta Zachodu i ciągle zachowują się po chamsku. Nienawidzę ich nie z powodu wojny, ale z powodu zdrady rodziny i rodziców. Ta wojna, to już nie jest bitka przy wspólnym stole o to, kto dostał więcej kremu czekoladowego, lecz walka dorosłych o spadek, o cały spadek i dorobek. Wojna w roku 1870 to był spór o krem. W 1914-1918 Niemcy zaczęli postępowanie spadkowe, przegrali w pierwszej instancji i teraz apelują. Ale na litość boska, chyba jest jeszcze sprawiedliwość. (Patrzę w rozgwieżdżone niebo i modlę się o nią). Stop! – system Scarlett O’Hara – pomyślę o tym później.
[…]
Niebo jest niebieskie z kilkoma białymi obłoczkami. Kolory są przeraźliwe: jak coś jest białe, to jest naprawdę białe, a jeżeli szafirowe, to tylko szafirowe. Nie ma półtonów; kolory są rąbane jak gama C-dur, jednym palcem, z pedałem. Cały ten koloryt jest wręcz prymitywny – pejzaż można by chyba malować temperą, bez mieszania, co wyjdzie z tubki, to dobre. Mówię o tym Tadziowi. „Tak, masz rację, te kolory są nachalne”. Tadzio jest zwięzły i – wspaniały. Czy to określenie „nachalny” nie byłoby także dobre dla obrazów Styki Afrykańskiego?
[…]
Mały pawilonik obok „Pauline”, w którym mieszkała K. Mansfield [Katherine, modernistyczna pisarka specjalizująca się w opowiadaniach – przyp. aut.]. Mały, kamienny stolik; malutki, jak dywanik przed łóżkiem, taras. Na tym stoliku pisywała, że tam w dole, na morzu, zatrzymał się okręt wojenny, że dzień był szary i zimno. Kilka słów – pamiętam i nie pamiętam. Też była wtedy wojna… I pamiętam napis na jej grobie w Avon: But I tell you my Lord fool out of the nettle danger we pluck this flower safe. [z ang. - Ale mówię Ci, Panie, że ucieczką przed pokrzywami jest tylko ich wyrwanie – przyp. aut.]. I mnie się tak udaje. Zrywam cało i zdrowo kwiaty, unikając kolczastego niebezpieczeństwa. Usiadłem przy stoliku i patrzyłem. Czy potrafiłbym opisać ten widok stąd tak prosto i naturalnie jak ona? Dobra, prawdziwa proza jest jak suknia od Paquin lub Molyneux: niby nic, a jest w tym wszystko. Coś zupełnie nieuchwytnego. To są odbezpieczone granaty, które autor daje czytelnikowi, którymi go wypycha, aby wybuchły w nim. Czym dłużej eksplodują, tym pisarz jest większy. Wszelkie wspaniałe eksplozje wokół czytającego mogą być wspaniałe, mogą na chwilę ogłuszyć, ale w końcu nie zostaje z nich wiele.
[…]
Tutaj piękno jest; jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się. Może właśnie ta uchwytność nie powoduje ani chęci, ani potrzeby rozpuszczenia myśli, „przeciągu w duszy”. Skowronki? Tu się je strzela i zjada pieczone. Nic innego nie przychodzi mi na myśl przy skowronku. Żadne jakieś „boży kmieć”, żadne tiu, tiu, a frr, a frr. Keksy z winem i z cukrem, winogrona. Potem kładziemy się na piasku i palimy, wydmuchując dym w księżyc. Nie chce nam się iść do namiotu. Leżę i piszę przy księżycu. Już pierwsza.
[…]
Po południu przejeżdżamy przez Saint-Maxime. Hi już Riwiera na całego. Wille, pałacyki, mały port, jachty, plaża, palmy. Ludzi prawie nie ma, pustki. Ci, co są, wyglądają na stałych mieszkańców; rentierzy i inni ubodzy w sensie francuskim. Przeważają starsze panie, ubrane z fenomenalną pretensjonalnością i wymalowane – nie, po prostu wybetonowane wszelakimi produits de beauté [z fr. - kosmetyki – przyp. aut.]. Jest tu już typowa promenada i typowe wielkie hotele w stylu klasycznej secesji. Różne żelazne bluszcze, złote girlandy, wszystko podobne do gmachu „Au Printemps” w Paryżu. Bije z nich skondensowana secesja, że byłem gotów: Fin de siècle [z fr. – koniec wieku – przyp. aut.], „Wachlarz Lady Windermere” i w końcu mimo woli zacząłem sobie deklamować półgłosem „Esik w Ostendzie” [humoreska Tadeusza Boya-Żeleńskiego – przyp. aut.]. Największy rozkwit tych miejscowości, to lata 1890-1914 i z tej atmosfery przetrwało tu wiele. Lata powojenne były już tylko nieudolnym naśladowaniem świetnej przeszłości. Coś się tu czai wokoło, coś jest w tym ze staroświeckiej broszki brylantowej w szufladce toaletki zbankrutowanej hrabiny.
[…]
Polacy i Murzyni kryli tyły uciekających Francuzów, kryli tyły kultury, cywilizacji. Czy kultura, która kryje swe tyły – barbarzyńcami, czy ta kultura zdolna będzie jeszcze promieniować? Kto nie ma siły, by jej bronić, ten nie potrafi natchnąć nikogo poszanowaniem jej. Czym jest ta kultura dla tych Murzynów, dla Tadziów? Staś stał się wielki dla Kalego od momentu zastrzelenia Beduinów. Kali lubił Stasia za jego dobroć, za jego kulturę, której wyższość odczuwał, ale go nie szanował. Zaczął go szanować, gdy Staś potrafił stanąć w obronie tej swojej kultury, tych zasad (właśnie), które kazały mu traktować NAWET Kalego jak człowieka. A tu chodziło przecież nie tylko o obronę tego, żeby NAWET tego Murzyna uważać za człowieka, lecz o to, żeby W OGÓLE człowieka traktować jak człowieka. Ci Murzyni tego na pewno nie wiedzą – i Tadzio tego nie wie, ale może oni to czują? I dlatego nie mają szacunku. Na ich poziomie subtelności, finezje de la raison pure [z fr. – czysty powód – przyp. aut.] nie liczą się.
[…]
Jedziemy dalej. Przed oczami rozwija się kolorowy dodatek filmowy „Côte d’Azur”. Dojeżdżamy do Miramar. Znowu kilka wielkich hoteli secesyjnych i trochę „zgliszcz” obojga płci. Bodajże Sienkiewicz (Listy z podróży) napisał raz, że w południowej Francji można się zestarzeć, ale nie sposób umrzeć. Ci tutaj, to chyba właśnie tacy: starzeją się, jeżeli są kobietami, to malują się nieludzko, i „śmierci na nich nie ma”, jak mówi Tadzio.
[…]
Dowiedziawszy się, że jesteśmy Polakami, bardzo nas obżałowuje, a potem wygłasza głęboką filozoficzną myśl: „tak, tak enfin [w końcu], wy jesteście przyzwyczajeni cierpieć, ale my?… Co to będzie?…” Wybuchnąłem serdecznym śmiechem. Załatwił się z nami krótko i logicznie. „Oh, mon cher Monsieur, n‘ayez pas peur [Och, drogi panie, niech się pan nie obawia]. Francuzi przetrzymają to na pewno z mniejszą szkodą niż my, choć – comme vous le dites [jak wy to mówicie] – my mamy wprawę. To kwestia odporności narodowej przysparza nam zawsze tyle cierpień. Vous connaissez un peu notre histoire? [Czy pan zna choć trochę naszą historię?] Od stu pięćdziesięciu lat chcieli nas wynarodowić i nie udało się – to przez to tyle cierpień! Wy? Pieniądz i dobrobyt zjadły wam serce, rozum was znieczulił; wy nie będziecie cierpieć. Gdy wy mówicie: „Mon Dieu, co wyście wycierpieli” to myślicie o głodzie, biciu, rozstrzeliwaniu, więzieniach, ale nie o tym, co dla nas jest tym największym cierpieniem. Nas mogą złamać, zabić – Francja wgniecie się, jak gumowa gruszka i albo zostanie wgnieciona, albo wyprostuje się”.
[…]
Żwawym krokiem wchodzimy do Nicei. Znowu wille, pałace i pałacyki, hotele i pensjonaty schowane w zieleni ogrodów i ogródków, dużo palm – jednym słowem wszystko to, co widziało się na pocztówkach albo w kinie i na widok czego myślało się „może kiedyś pojadę” z tym samym uczuciem, co „może kiedyś wygram na loterii”. Teraz idę promenadą, cały Côte d’Azur przejechałem wydawszy coś tam ponad 300 franków i jest mi dobrze, bo w kieszeni mam całą fortunę, około 1000 franków. Oczywiście, że nie mam smokinga, że nie mieszkam w wielkim hotelu, że nie będę łaził po nocnych lokalach i spijał szampana, bo i po co? Francja tak mnie oduczyła tego idiotycznego, polskiego snobizmu i tych różnych tęsknot bardzo przewartościowanych, że znacznie lepiej czuję się jako pełnowartościowy i stylowy włóczęga, niż to jakieś „nie to, ni owo” z dawnych czasów. A zresztą – koraliki. Są – są w kieszeni. Nie lubię nocnych lokali i krytych pływalni. Teraz problem bytu i poradzenia sobie z polipem losu jest znacznie ciekawszy. Może być, że powodem tego specyficznego snobizmu polskiego było wieczne nienasycenie, spowodowane rozpiętością pomiędzy wychowaniem, dążeniami itd. z jednej strony a cenami i niedostępnością całego szeregu drobiazgów z drugiej strony. Gdy nie stać człowieka na drobiazg, nawet na drobiazg, na zwykłą rzecz – marzy o niezwykłych. Jakaś śmieszna właściwość natury ludzkiej; może dlatego, żeby po prostu zapomnieć się, zapomnieć, że brak na TAKIE głupstwa.
[…]
W kioskach z gazetami (nie czytam) sprzedają niezliczoną ilość broszurek pt. „Pewny sposób wygrania w ruletkę” i inne tym podobne publikacje o „jedynym systemie”. Zaiste – głupota ludzka jest nieograniczona i bezbrzeżna jak wszechświat; to znaczy łatwiej wyobrażam sobie granice wszechświata aniżeli głupoty. Umysł ludzki nie jest zdolny tego ogarnąć. Kamień filozoficzny, balsam jerozolimski w złotym aniele i system ruletkowy, to niewinne próbki z tej dziedziny. Znacznie gorzej z ideologiami i religiami, jedynymi i prawdziwymi. Widać to dzisiaj. Gdy byłem w zeszłym roku, w jesieni, w Meziferes (prawie na linii „frontu”), widziałem w mieście afisze, pouczające o tym, jak należy gasić pożar. Początek był taki: „Pewien emerytowany naczelnik straży pożarnej mawiał: w pierwszej minucie gasi się pożar szklanką wody, w drugiej minucie wiadrem wody, w trzeciej minucie toną wody, a potem robi się co można”. Robimy, co można… Takiego pożaru nie gasi się tak łatwo. Jedyna i prawdziwa ideologia zaprószyła ogień. Ideologia? Religia? – Nie. Ten podział jest już przestarzały tak samo jak „cel uświęca środki”. Ideologia jest dziś religią, religia ideologią, a ja staram się być w tym pierwszym chrześcijaninem. I zazdroszczę tym naprawdę „pierwszym”. Bo czuję, że mimo wszystko trudno mi wykołatać z siebie TAKĄ wiarę. Tamci „mieli dobrze” – ho, ho. Świat cały walił się w gruzy, wszystko pękało, a oni szli naprzód zapatrzeni w krzyż. Ten krzyż był dla nich laską, protezą, wszystkim. A teraz? Kto wie, czy nie rozpadamy się tak, jak rozpadał się Rzym – na całego. Tylko co z tego wyniknie. Człowiek, myśląc nad czymś, dochodzi zwykle do punktu, w którym może choć z grubsza sprecyzować rezultat rozumowania; tu absolutnie nic nie można sprecyzować. Coś się czuje (nawet aż za wiele), ale jest się jak ślepy od urodzenia, który rozpoznając laską kształt, nie umie go określić. Właściwie boję się tych myśli. To dziwne, że dopiero teraz, może pod wpływem „tego wszystkiego”, przypominam sobie nagle dawno czytane książki, zaczynam rozumieć ich melodię nie pamiętając już zupełnie tonów, odnajduję jakby użyteczność tego, co mnie nudziło, co uważałem za niepotrzebne, a do czego rodzice zmuszali mnie. Muzyka, języki (matka) – sprawność ciała, realizm, i to, co po niemiecku nazywa się „Handfertigkeit”, to znaczy obróbka drzewa, metali i innych materiałów (ojciec), wykształcenie w ogóle (ojciec i matka razem) – wszystko to na łeb na szyję pędzi mi w głowie do tego stopnia, że nie potrafię się opędzić. Gdy to piszę, przypomina mi się, że pierwsze lekcje strzelania do ruchomego celu rozpoczął ojciec od wygłoszenia wielkiej zasady: „Odkładaj poprawkę”. Butelka huśtała się na sznurku, a ja odkładałem poprawkę i strzelałem. W kilka lat później (dobrze strzelałem już wtedy) tę samą zasadę powtórzył mi ojciec przy pierwszej dyskusji. „Odkładaj poprawkę”. Było to znacznie trudniejsze niż przy strzelaniu… Chciałbym nauczyć się tego kiedyś naprawdę. Ale jak, u diabła, myśleć w tym świecie z „odkładaniem poprawki”? Robi się, co można i kwita. Zresztą ta butelka, jeżeli myślała, gdy do niej strzelałem, na pewno nie „odkładała poprawki”. Do nas strzelają!
[…]
Wspaniała Francja zawaliła się prędzej (relatywnie) i sromotniej niż żebracza Polska. Czy oni zechcą to sobie powiedzieć? Czy zechcą szukać winy w sobie, a nie w okolicznościach, w „zdradzie”, „bo Ameryka nie pomogła”, u innych? Mówiąc o tym wszystkim Tadziowi, staram się równocześnie nauczyć go ROZUMIENIA; tego, że jeżeli TU jest tak, to niekoniecznie U NAS wszystko było lepiej. Nie znoszę tych „bo u nas w Koluszkach” i tej „kultury”, która pani pułkownikowej kazała nie zgodzić się na zamieszkanie w pokoju hotelowym z „wbudowanym” bidetem (to są zwykle najlepsze pokoje) i stwierdzić z hoooburzeniem, że „ja w domu publicznym nie mam zamiaru mieszkać”. Ta „egzotyka” Francji ma także swoją wartość. Pytanie: jakiego rodzaju „niedociągnięcia” są właśnie zbawienne dla kultury? Gdy dokręcam lub odkręcam te różne śruby, klnę plugawie – to prawda; lecz równocześnie myślę, MUSZĘ myśleć o tym, że te śruby zostały zrobione przez ludzi, a nie przez maszyny. Zresztą rowery są doskonałe, chyba najlepsze na świecie. Nawet w tych rowerach jest coś z Francji.
[…]
Idę kupić coś do jedzenia. Jest wszystko, ludzie są tu JESZCZE szczęśliwi, czas zepsuł się tu jak stary budzik i nie chodzi, nie dzwoni. Niestety – trzeba go będzie dać do zegarmistrza i nastawić na godzinę TERAZ-tą. A wtedy brzęknie przeraźliwie… Nie – życia i losu nie da się „zbajerować”, jak mówi Tadzio. Można robić, co się chce i doprowadzić najwyżej do tego, że los pozwoli od czasu do czasu połaskotać się w piętę. Między bezlitosnością uderzeń i twardą myślą losu a wysiłkami i marionetkowym szarpaniem się człowieka jest ta sama rozpiętość, co pomiędzy pragnieniem posiadania pięknej kobiety a studiowaniem w tym celu odmiany słowa amo [z łac. kochać – przyp. aut.].
[…]
W bistro cioci było sporo Polaków, emigrantów. Poprosili nas do stolika i trzeba było gadać. Tadzio był nieszczęśliwy, bo jak prawie wszyscy Polacy, którzy przyjechali do Francji w czasie wojny, nie znosi w gruncie rzeczy emigrantów. Rozumiem go, ale staram się także i jego nauczyć rozumienia tego zupełnie specyficznego elementu. Stary emigrant pozostał w duszy Polakiem i dał tego liczne dowody, ale ciałem – najczęściej podświadomie – przestał już być Polakiem. Z tego punktu widzenia można by mówić o zupełnie osobnej narodowości, narodowości emigranckiej. Ten polski emigrant, to wypadkowa wielu zjawisk i warunków życia polskiego i francuskiego; cocktail nie zawsze smaczny, często trudny do przełknięcia, przyrządzony przez bezlitosny los. Kto emigrował do Francji? Przeważnie niewykwalifikowany i niewykształcony robotnik rolny. Kariera takiego emigranta była zwykle ciężka. Zmuszony nędzą w kraju, wsiadał do pociągu z tabliczką na szyi, jak bydlę prowadzone do rzeźni, jeszcze w Polsce podpisywał cyrograf, sprzedając siebie francuskiemu farmerowi lub fabrykantowi na trzy lata, i jechał. Przyjeżdżał do Francji i pracował u farmera za życie i 400–600 franków miesięcznie. Równocześnie patrzył na swobody i demokrację francuską, posiłki jadał przy jednym stole z patronem, przez rok był oślepiony, po dwóch latach, poznawszy innych, już był „mądry”, a po trzech uciekał z roli do miasta na robotnika fabrycznego. W fabryce dotknął się śrubokrętu i pilnika, z typowo polską zręcznością i inteligencją „chwytał” to, czego od niego wymagano i wobec tego uważał się za „wykwalifikowanego ślusarza”. I teraz już gwizdał na cały świat. Oderwany od własnego organizmu państwowego i dyscypliny obywatelskiej swojego kraju, żył równocześnie poza nawiasem życia obywatela francuskiego. Stąd, wrodzony zresztą każdemu Polakowi, swego rodzaju anarchizm emigrancki, wzmagany stylem tutejszego życia.
[…]
Czasem cierpienie uszlachetnia, ale zwykle tylko tych, którzy przedtem nie cierpieli. Tych, którzy cierpieli od początku, cierpienie uszlachetnia bardzo rzadko.
[…]
Czy ty, jakbyś został kiedyś ministrem, mówiłbyś mi dalej „ty” i pozwolił, żebym ja ci też mówił „ty”? Przyznaję, że byłem zaskoczony. Chwilę milczałem. Przede wszystkim nie będę nigdy ministrem. Dlaczego? Przecież masz wykształcenie. Mógłbyś być… Nie zawracaj mi głowy. Czy ty wiesz, co to jest polityka? Jeden wielki pisarz francuski, Paul Valéry, powiedział, że najpierw polegała ona na zapobieganiu mieszania się ludzi do tego, co ich dotyczy, a potem na zmuszaniu ludzi do decydowania o tym, na czym się oni nie rozumieją.
[…]
Wchodzę do sklepiku, dostaję ładne kotlety i płacę 100-frankówką. Patronka grzebie w kasie i wydaje mi resztę markami, które wyciąga z szuflady przy pomocy wielkich pęsetek. Poczułem, że coś w mgnieniu oka wezbrało we mnie i wybuchnęło dzikim śmiechem. A ona zaperzyła się: Ja mam brać TO w rękę? To jest pieniądz – i potrząsa frankami. Te bilety wizytowe tych messieurs en gris moisi [z fr. - panowie w zgaszonej szarości – przyp. aut.], którzy przyszli nas odwiedzić, to nie jest żaden pieniądz! Wsadziłem do kieszeni trzy marki (60 franków) z mocnym postanowieniem pozbycia się ich przy najbliższej sposobności. W tych pęsetkach odezwała się Francja, ta moja. Tej patronce powinni dać kiedyś Legię Honorową – jej jako pierwszej.
[…]
Tymczasem motocykliści każą nam zejść z drogi do rowu. Męczymy się, bo rowery ciężkie. Tadzio klnie na głos. Wróży „Gieryngowi”… Po chwili samochód przejeżdża obok nas, jeszcze nieprędko. Oczywiście Goering. Widzę go przez chwilę o pięć metrów ode mnie. Ubrany inaczej niż reszta. Że też każdy z tych wielkich wodzów musi mieć takiego pajaca. Napoleon miał Murata, ale Murat pochodził z cyrku i trudno mu brać za złe jego strusie pióra, lamparcie skóry i złote lamy. Dziwne jest to obserwowanie, jak w oczach robi się historia. Ile nafabrykuje się jej jeszcze za rok, za dwa, za trzy? Bo wypadki pędzą. Wynalazek motoru spalinowego i wzrost szybkości spowodował także wzrost szybkości zdarzeń. Historia świata przypomina jednoaktówkę filmową, w której amerykański komik zaczyna nagle pędzić, za nim tłum… „Policjant” z Charlie Chaplinem. Minął dopiero rok. Tadzio ciągle pyta się mnie, ile jeszcze. Mówię mu, że to, niestety, dopiero początek – jeszcze ze dwa, trzy lata na pewno. „A kto wygra?” – Twierdzę, że Stalin. On patrzy się na zmagania tych dwóch potęg i gotów być tym trzecim. Tadzio śmieje się i mówi, że żartuję. Trochę tak, trochę nie. Zresztą nie tylko ja tak myślę – mówią to ludzie po fermach i w sklepach. Widocznie w tej chwili jest taka moda. Zmienia się co miesiąc.
[…]
Polityka stała się częścią życia. Wieczne pytania: jak się to skończy, co zrobią Niemcy, co będzie z Bałkanami? Unikam tych rozmów. Wiem jedno: dziś jest 20 listopada i Niemcy w Anglii nie wylądowali. To jedno jest pewne. Gdy myślę o tej wojnie, zawsze kojarzy mi się to z wojnami napoleońskimi. Jest to mój tak zwany „hobby”, czyli konik. Hitler ma źle skomentowany podręcznik epopei napoleońskiej i według niego wydaje rozkazy i polecenia. Napoleon też chciał lądować, skoncentrował nawet wojska nad Kanałem, narobił Anglikom strachu i rozeszło się po kościach. Wojna obecna jest szeregiem kampanii niemieckich w Europie i ciągłym stanem wojennym z Anglią, z którą nie dochodzi do spotkania decydującego. Niemcy mają już prawie całą Europę, a właściwie nie mają jej. No i najważniejszy w tym problem, to ROSJA. Czy w końcu i tu będzie podobieństwo do wojen wielkiego cesarza? Ostatnio widzi się sporo fotografii Stalina. Czy chytrze uśmiechający się „batiuszka” powie pewnego dnia: „A teraz chodź do mnie – miejsca u mnie dużo”? Niemcy wkroczą do Rosji i rozpuszczą się w tej przestrzeni jak kostka cukru w szklance herbaty. A potem Anglicy i Amerykanie strzępią ich pod jakimś Waterloo. Marzę, jestem Rzeckim, jak każdy Polak po trosze. Ta wściekła wojna będzie długa, a co z niej wyniknie, to Bóg raczy wiedzieć. Mimo wszystko każdy przeżyty dzień, spokojny dzień, jest ważny, bo zbliża do tego niewiadomego końca.
[…]
Tak… Mam kogoś, kogo kocham. Czy mogłaby pani zdradzić tę osobę? Myślę, że – tak. Ale nie sercem! Wszystko jedno. Czy nie odczuwałaby pani potrzeby, niemal obowiązku, powiedzieć mu o tym? Oburzona: Panie, TEGO SIĘ NIGDY NIE MÓWI!! Rozmowa ta przypomniała mi rozmowę ze znajomym listonoszem, jeszcze przed wojną. Pokazywał mi pornograficzne fotografie z seansów miłosnych we czwórkę: on z żoną swojego przyjaciela, przyjaciel z jego żoną. Opowiadał mi ze szczegółami, jak się to odbywa. Zapytałem go: Jak to? To pan pozwala robić temu drugiemu z pańską żoną wszystko? Całować i… Przerwał mi oburzony: Panie, wszystko, tylko nie całować. USTA MOJEJ ŻONY TO JEST MOJA OSOBISTA RZECZ! I potem dyskutuj z nimi.
[…]
A potem myślałem o wieczności i spostrzegłem, co to znaczy przyzwyczajenie. O wiele łatwiej można sobie wyobrazić, że to nie ma końca, bo tak się od dziecka słyszało. Natomiast zupełnie sobie nie można wyobrazić, że wieczność jest także bez początku. Jest to myśl zdolna przewrócić gałki oczu o 180 stopni.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem [1940]
Pamiętnik okupacyjny Andrzeja Bobkowskiego – polskiego, przede wszystkim zaś emigracyjnego pisarza, eseisty i przedsiębiorcy, a także wytrawnego rowerzysty oraz modelarza lotniczego przenosi nas do wojennej Francji, do tej południowej, ale i tamtej północnej ze stołecznym Paryżem, nie inaczej jak w lata czterdzieste ubiegłego wieku. Młody polski emigrant, ale i robotnik fabryczny objeżdża rowerem niemal całą Francję gdzieś pomiędzy nadgraniczną Niceą a centralnym Paryżem, w drodze snując rozważania o „upadku” kultury europejskiej i deprecjacji ludzkich wartości w obliczu hekatomby, jaką spotkała Francję podczas najazdu hitlerowskiego. W dojmujących przeżyciach dostrzega, że jego intelektualna „pojedynczość” ma jak u Tuwima spojrzenie niczym zaświatowe.