22.07.2023

„Malowanie storczyków na mrozie
to chyba szczyt perwersji”
„To nie kobieta mnie nudzi,
to ja nudzę się moim własnym obrazem
na tle tej samej kobiety.”
„Właściwie to jest sens sztuki –
wieczna nadzieja znalezienia.”
"Je ne fais que ceux qui partent (Obsługuję tylko tych, którzy odchodzą)"
[…]
Obydwoje mamy wrażenie, że jesteśmy w sanatorium dla nerwowo chorych. Jest nam tak dobrze, tak spokojnie i swojo, że chwilami o niczym nie myślimy. Rozkoszujemy się wszystkim. Rozkoszą jest łóżko, umywalnia, osobna kuchenka, gaz, światło elektryczne, szafy, podłoga kryta linoleum i nawet ludzie: patronka wyklinająca na okupację i puszczająca radio z komunikatami z Anglii na cały regulator, piekarz i piekarzowa, witający nas jak za dawnych czasów, swoim uśmiechem ludzi grubych i dobrodusznych, sklepikarka z córką, chochlikowatą Francuzeczką, czupurny marchand des vins, były lotnik, darzący Basię wielką sympatią i wykrzykujący na jej widok do swoich klientów: Voyez-vous, madame est Polonaise. On les aura, nest-ce pas, madame! [Wyobraźcie sobie, pani jest Polką, będzie mieszkać z nami, prawda, madame?] Wszyscy nas poznali i z powrotem zaliczyli do swojego quartier, do wielkiej rodziny stałych lokatorów „Hôtel du Commerce”. Patronka poleciła Basię do „swoich” sklepów, gdzie zapisali ją bez trudności. Ludzie są tu zupełnie inni, trochę jak na prowincji. Nie ta okropna, zachłanna i bezczelna hołota 9-go arrondissement. W hotelu ci sami lokatorzy co dawniej; nawet nasi sąsiedzi zza ściany nie zmienili się. Ona nadal jest gruba i imponująca obfitością kształtów – on malutki, ładny, drobny i młodszy od niej. I znowu dolatują do nas odgłosy ich głośnych i skomplikowanych pieszczot.
[…]
W każdej gazecie jest pełno humorystycznych rysunków. Na przykład rodzina przy pustym stole, ojciec siedzi z książką. „A teraz, zamiast obiadu, przeczytamy sobie ucztę Pantagruela”. Podobno niemiecka cenzura jest zaskoczona tym humorem i uważa go za niewłaściwy i szkodliwy. Schàdlich! Jak można kpić i robić sobie żarty na ten temat w takiej sytuacji. Pamiętam, że w doskonałych „Silences du Colonel Bramble” Maurois, Anglik powiada do Francuza: „Czy pan wie, dlaczego ta wojna jest tak straszna i tragiczna? Bo Niemcy nie mają poczucia humoru”. To jest prawda. Bardzo głęboka. Nie ma prawdziwej kultury bez subtelnego dowcipu. Boję się narodów bez dowcipu, bez lekkości. Między Niemcami a Francuzami istnieje tu przepaść, nie dająca się wypełnić niczym; żadną kolaboracją, porozumieniem i nowym miejscem nowej Francji w nowej Europie.
[…]
„Niemcy są jeszcze za łagodni z nami. Powinni tak skręcić śrubę, żeby to czegoś nas nauczyło. To jedyna sposobność podźwignięcia nas z upadku i rozkładu moralnego”. Zapewniłem go, że może nie mieć żadnych obaw. Niemcy na pewno skręcą śrubę, bo to jest jedyna rzecz, którą oni potrafią robić dobrze. Ale to nie dźwignie z upadku Francji. Jestem prawie pewny, że gdy rzymskie legiony wmaszerowały do Grecji, Grecy zachowywali się podobnie. C. opowiadał mi, z typowo francuskim obiektywizmem, o lenistwie i tępocie młodzieży francuskiej, o zaniku rzemiosła i o skandalicznej wydajności robotnika. Żadnej dyscypliny i żadnej karności. Jest wykładowcą w szkole zawodowej, istniejącej przy jednej z fabryk. Jako przykład opowiedział mi, że wyniki badań psychotechnicznych przy przyjmowaniu uczniów do tej szkoły, są z roku na rok coraz gorsze. W tym roku na przykład szereg 14-, 15- i nawet 16-letnich chłopców nie umiało opisać, jak spędzili ostatnią niedzielę. Nic – pustka. Z piórem w ręce przesiedział taki całą godzinę i nie postawił ani jednej litery. Swoją drogą nie znam w wielu wypadkach większego subiektywizmu, jak właśnie ten francuski obiektywizm. Oni potrafią być wspaniale stronniczy przy zachowaniu pozorów najbardziej urzekającego obiektywizmu.
[…]
Nie wiem, czy istniała kiedykolwiek tak kłamliwa epoka jak nasza. Kłamstwo, poparte siłą, wtłacza się w umysły ludzkie jako prawdę przy pomocy najordynarniejszych metod i pod wysokim ciśnieniem. Każe się wierzyć i kwita. I w tej nawale kłamstwa umysł przestaje w końcu samoczynnie działać, poddaje się i idzie; jak filar mostu pod naporem wezbranej wody lub kry. Ludzie nie wierząc, wierzą. To jest tą najnowszą zdobyczą obecnego kłamstwa. Wierzchnia warstwa myśli i mózgu, przeznaczona do codziennego użytku, nie jest w stanie oprzeć się i poddaje się nawet już nie tylko wyszukanym, ale wręcz pierwotnym i gruboskórnym kłamstwom. Jedynie głębsze warstwy mózgu i myśli działają normalnie i od czasu do czasu reagują. Wtedy dopiero odczuwa się, w jakich łańcuchach i w jakim spętaniu kłamstwem żyje dzisiejsza ludzkość. Bezsilność wobec tego kłamstwa osłabia jeszcze bardziej odporność i ludzie najbardziej rozsądni zamieniają się w stado baranów. Obserwuję to na sobie: przeczytam coś w gazecie i dopiero po chwili łapię się na tym, że uwierzyłem. Całe narody wytresowano już w przyjmowaniu kłamstwa za prawdę; musisz połknąć – i połykają coraz gładziej, jak chore dziecko rycynę. Po tej pierwszej łyżce, następne przychodzą łatwiej.
[…]
Nie lubią nadludzi i nadmyśli. Tym zawsze przyciągną – choćby miało się ich dosyć z wielu innych względów, a nawet pogardzało jako ludźmi. Może ich postępowanie w tej wojnie jest tylko ludzkie, życiowe i praktyczne? Praktyczne na pewno. Najlepszy dowód, że idę teraz spokojnie z teatru i że mogę myśleć o tych rzeczach. Są bez honoru? To teraz. Bo może w końcu wyjdą z honorem, a jeżeli nie – to i tak świat gotów im to przebaczyć i zapomnieć. Czegóż nie przebacza się pięknej kobiecie, bez której nie MOŻNA żyć? Polska? „Cousine Bette” narodów. Będą nam zawsze mieli wszystko „za złe”, jak za złe ma się ubogiej kuzynce wszystko. Żyjemy z ciągłą, podświadomą tremą. I gdy mamy wypowiedzieć naszą „kwestię” i zagrać naszą rolę, szarżujemy. Publiczność nie lubi takich aktorów. Szczególniej ta dobra, premierowa. A tak już jest na tym świecie, że opinię wyrabia właśnie ona. Francja pojedzie dalej opinią, jak ci uczniowie, co ucząc się świetnie do połowy siódmej klasy, zdają jeszcze maturę – opinią. Wywiną się. Mało tego: będą bohaterami. I znowu to samo: wczoraj ich nie znosiłem, dziś ich lubię, jutro zeklnę ich… A w dziedzinie myśli pozostaną środkiem przeczyszczającym, zastrzykiem wzmacniającym, lekarstwem na apetyt. Dla wszystkich innych narodów. „Listy” Słowackiego do matki. Do okresu mistycznego jest mi bliski i zrozumiały. Potem cześć! Nie mogę, nie przełykam, zwracam. Bardzo dobre uwagi o Francji. Czuje się wyjątkowy dowcip, cienki i pachnący. A potem kurtyna zapada. Ta polska skłonność do popadania w mistycyzm jest aż trochę przerażająca. Jesteśmy często okazami, u których między fizyką a metafizyką nie ma w ogóle granicy. Rozciągają się tam natomiast jakieś „Dzikie Pola”, po których bezkarnie buszują różni Towiańscy z wichrem bzdury w zawody. Ale cóż innego może pozostać narodowi wiecznie biednemu, wiecznie niszczonemu i tłamszonemu, a mającemu równocześnie bardzo wysokie wyobrażenie o sobie, kontuszowe i wojewodowo zadyszane. Gdybyśmy byli narodem bogatym, narodem w marynarkach z portfelem (a niekoniecznie z „kiesą”), historia nasza byłaby może najsławniejszą na świecie. A w każdym razie najbardziej bohaterską.
[…]
Londyn podał, że to „V” w niemieckim wydaniu oznacza „Verloren” [z niem. zaginiony, stracony, przegrany – przyp. aut.], a Moskwa utrzymuje, że wystarczy spojrzeć na Goebbelsa, aby przekonać się, że nie człowiek pochodzi od małpy, lecz małpa od człowieka. Co kto woli. Jeżeli chodzi o mnie, to spoglądając na całą ludzkość – nie tylko Goebbelsa – przychylam się do moskiewskiej wersji teorii ewolucji.
[…]
Patrzę na nich, jak chodzą, jak łapią ryby. Wszystko tu jest w zgodzie z samym sobą, ludzie nie mają problemów i kompleksów, nie chcą gwiazdki z nieba. Życie to oni, oni to życie – il ne faut pas chercher à comprendre [nie ma tu nic do rozumienia]. Brać rzeczy jakimi są, kląć i wymyślać z przyzwyczajenia, bez piany na ustach, z uśmiechem lub dowcipem. I nie kryć się nawet ze swoim egoizmem. Bo człowiek jest tylko człowiekiem i niczym więcej, a życie jest krótkie. Może to wszystko nie jest dobre, może kiedyś będą musieli za to drogo zapłacić – tak nas uczyli. Ale w końcu trzeba by być durniem, aby w takie popołudnie rozrywać duszę myślami, z których nic nikomu nie przyjdzie. Więc wolę pić piwo i palić papierosa. Dlaczego mam szukać zawsze poziomek wśród czubków drzew z wstydliwym spoglądaniem w dół? Nie wypada zejść, bo tam nie ma wichrów i chmur, szumu i huku…
[…]
Basia ma rację. Kiedyś na moje pytanie, .pełne dumy i zarozumiałości: „I gdzież znalazłabyś takiego drugiego męża?” ona odpowiedziała krótko: – W Tworkach, kochanie! Jej dowcip jest zawsze wąskoustny.
[…]
Opis Wokulskiego w Paryżu oddaje chyba najlepiej to wszystko, co Prus chciał powiedzieć i co można by najlepszego napisać o tym „czymś”, w czym taki Wokulski czuje się dopiero dobrze. Co najmniej tak dobrze jak ja. Nieraz wydaje mi się, że w każdym żywym Polaku tkwi gdzieś głęboko ukryty kompleks winy, iż Opatrzność nie pozwoliła mu umrzeć za ojczyznę. Nawet we mnie tkwi to poczucie winy. I to mnie buntuje. Bo śmierć jest dla mnie zawsze wstrętna, nawet za ojczyznę.
[…]
Charakter francuski zmienił się niewiele i Balzac jest ciągle aktualny. Pomijany milczeniem wraca teraz powoli w roli moralizatora narodu. A Francja usiłuje się odrodzić. Tylko nie wiadomo dzięki komu: czy dzięki sobie, czy dzięki Niemcom. Bo „retour à la terre” [powrót na rolę] to po prostu „Blut und Boden” [krew i ziemia], wszystkie pomoce i opieki społeczne to w sumie „Wintershilfe”, propagowanie rozrodczości i tępego nacjonalizmu to też wynalazek niemiecki. C. opowiadał mi dziś o swoim znajomym. Dziesięć lat temu miał ten jegomość małe przedsiębiorstwo i zbankrutował. Poszedł z wierzycielami na ugodę, na 50 procent. Ale pomimo to postanowił spłacić resztę. Wstąpił do małej fabryki jako majster, przez dziesięć lat ciężko pracował i spłacał drugą połowę długu. Trzy dni temu spłacił ostatniego wierzyciela, wrócił do domu i strzelił sobie w łeb. César Birotteau w wydaniu poprawionym.
[…]
„Listy” Chopina. Utonąłem w nich. Wszystkie biografie, jakie znam, rozpatrują jego muzykę poprzez zachwyt i rozsmakowanie się w niej do każdej nuty włącznie. Niewiele o samej pracy. Ą tymczasem on pedantycznie pracował, opracowywał, tworzył swój styl z całą świadomością artysty i rzemieślnika kompozycji. Czytając te „Listy” ma się nieraz wrażenie, że po prostu „odwalał kawałki” siedząc godzinami przy fortepianie w Nohant. Żadnej pretensjonalności. Zna doskonale własne możliwości, pracuje dużo nad Bachem, uczy się ciągle, byle czego nie puszcza na rynek, a gdy coś napisze, to „płacić”. Wszystkie biografie o nim opisane są w kolorze szarej godziny, nokturnowe, melancholijne. Chopin ponad życiem pływający w mgłach preludiów i etiud itd. A tymczasem wydaje mi się, że był jednym z najnormalniejszych ludzi ówczesnej emigracji paryskiej, umysłem jasnym i artystą, który odkrywszy swój styl i przekonawszy się, że styl ten jest jednocześnie stylem epoki, że jego rzeczy „idą” – pogłębia go i zupełnie świadomą pracą wywalcza uznanie dla tego stylu tam, gdzie przyjmuje się on trudniej. Listy proste, czasem kapryśne, bezpretensjonalne i dyskretne. Snob? Może. Ale wolę to jego snobstwo połączone z trzeźwym poglądem na sprawy, niż na przykład Mickiewicza, w którym pomimo wszystko jest coś antypatycznego w całym tym okresie paryskim.
[…]
Nasza patronka jest bardzo wojownicza. Słucha radia londyńskiego, co kilka dni mamy długie rozmowy polityczne, kończące się zawsze wykrzyknikiem: ils sont foutus! [są wydymani] Całą jedną szufladę biurka ma wypełnioną mapami. Studiujemy front rosyjski, operacje kosmetyczne w Libii, Daleki Wschód. Radzę jej, aby kupiła mapę Pacyfiku. Wygląda na to, że niedługo coś się zacznie i tam. W Paryżu właściwie cicho. Niemców mało, ladacznice tracą klientelę. „Teraz wstają, żeby wypocząć”, jak to dowcipnie określił Mr. P. (Elles se levent pour se reposer un peu). Zarządzenie karne w 18-ym okręgu zostało dzisiaj odwołane. Pogoda jak zwykle: aspirynowa. Czytam „LAmérique daujourdhui” Siegfrieda. Doskonale napisane. Z pewnym lekko pogardliwym tonem Francuza wobec tych „barbarzyńców” i kontynentu bez katedr. W sumie jest to po prostu zazdrość, której nadaje się różne pozory – najczęściej tak zwanej „wyższości kulturalnej”. Tymczasem w wielu wypadkach kulturalna Europa wypada na tle Ameryki nędznie. Kultura? Zależy jaka. Kulturą polityczną i ekonomiczną biją już Europę o całą długość. Wszystko, co wiemy o Ameryce, to poza zasobem „mądrych” i stereotypowych sądów, sprowadza się do zera.
[…]
Czytam „Bez dogmatu” i krew mnie zalewa. Leona Płoszowskiego należałoby przegrzmocić pokrzywami po gołym tyłku, wsadzić mu głowę do wody z lodem i przez pięć dni karmić solonymi sardynkami nie dając mu nic do picia. Po czym zapędzić do uczciwej pracy. Chociaż diabli wiedzą, czy typek .tego rodzaju nie stworzyłby sobie i w takim wypadku filozofii: wodno-sardynkowo-pokrzywowej. To wcale nie papierowy typ – tego pełno kręci się wokoło. Intelekty spod ciemnej gwiazdy. On musi – psiakrew – myśleć. Zamiast żyć i myśleć, on tylko myśli i wydaje mu się, że jest czymś więcej, bo NIC nie wymyślił. Wie z góry taka kaleka i pokraka intelektualna, że nic nie wymyśli, ale ciągle myśli. Er denkt, er denkt, der Schlag hat ihn getroffen und er noch denkt [Myśli, że myśli, że cios uderzył go i nadal myśli]. Czym myśl staje się prostsza we wszystkich zagadnieniach własnego „Ja”, czym bardziej staje się szczerą i otwartą, opartą wyłącznie na krótkich „tak” lub „nie”, do których w końcu zawsze dochodzi się, gdy człowiek zechce naprawdę szczerze ze sobą porozmawiać, tym jaśniej żyć. Niestety nosi się w sobie ciągłą i nieprzezwyciężoną chęć grania przed samym sobą wielkiej roli przy byle sposobności. Nosi się w sobie cały teatr, nie – raczej budę jarmarczną i odwala się całe sztuki. Widz w człowieku, ten „Ja”, bierze to najpoważniej w świecie, zachłystuje się i patrzy, rozrzewniając się i mnąc chusteczkę. I nie czuje fałszu, bo ubiera swą myśl w słowa, delektuje się formą, nie wyczuwając, że treść jest podwórzowa.
[…]
Przy ladzie dwaj klienci, dobroduszne staruszki. Rozmawiają półgłosem. Co chwilę szeleści ich cichy śmiech. Śmiech staruszków ma w sobie coś z szelestu starych papierów. Nasłuchuję. – Savez-vous [wiesz] – tego proboszcza zamknęli już kilkanaście lat temu. Za handel miejscami w raju. Figurez-vous [wyobraź sobie], sprzedawał bigotkom miejsca w raju. Za fauteuil d’orchestre koło Św. Antoniego brał 3000 franków, a za dostawiane krzesło koło tego patrona rogaczy, Św. Józefa, 1500 franków. Ale zamknęli go, zanim zdołał wywiesić w zakrystii kartkę, że już ma komplet. Urzędnik wtrącił się do rozmowy na temat zabobonów i teraz on zaczyna: – Vous savez… Byłem na wakacjach w departamencie Tarn. Mała wieś, zagubiona w wąwozach, bez dróg. Pewnego dnia przybiega do mnie kobieta i prosi, żebym zawiózł jej męża do znachora, bo duktor już nie pomoże. On umiera. Boli go gdzieś w d…e, sinieje, niech pan z nim jedzie. Miałem wtedy mój samochód. Wyciągnąłem chłopa z łóżka, wsadziłem do wozu i jedziemy. Droga straszna, samochód podskakuje, chłop jęczy. Dojechaliśmy wreszcie gdzieś wysoko. Pytam gdzie znachor. Mówią, że w polu. Znowu kwadrans jazdy – znachor kosi siano. Zawołałem go, wyniosłem chłopa. Ten jęczy i wije się z bólu, ustać nie może. Znachor pyta się, co mu jest. Mówię, że coś w d…e. Ściągnął chłopu portki, zajrzał w lufę, coś poszeptał, rękami poruszał, dmuchnął, chuchnął – już teraz nie tylko ja słucham, słucha całe biuro i opowiadający urzędnik nad stosem aktów przedstawiającym d…ę chorego wyczynia wszystkie ruchy znachora – coś jeszcze pomruczał, plunął i powiada, że już dobrze. Mogę go zabrać. Wsadziłem go do samochodu, już teraz nawet nie jęczał. Myślę sobie, że na pewno jutra nie dożyje. Znowu jedziemy. Tej drogi nie można sobie wyobrazić. Podrzucało, trzęsło… Zajechałem wreszcie, chłopa oddałem kobiecie i poszedłem na ryby. Nazajutrz przed południem przychodzi do mnie baba, żona tego chłopa, gęś i kura pod pachą, dwa tuziny jajek i śmieje się. Monsieur – krzyczy – mój mąż już zdrowy. Uratował go pan, już pracuje w polu. Myślę sobie – zwariowała. Idę z nią, patrzę – i przysięgam na głowy moich dzieci: chłop chodzi po polu. Jeszcze się trochę słania, ale chodzi. Myślicie, że znachor? Miał wrzody w kiszce stolcowej, wytrząsało go w samochodzie, wrzody pękły i od razu mu ulżyło.
[…]
Tu niby urząd, a zacisznie jak w antykwami. Grzebią sobie w tych papierkach tak samo, jak grzebali w nich sto lat temu. Można się dziesięć razy, dwadzieścia, pięćdziesiąt i sto razy wściekać, kląć Francję i Francuzów, ich organizację, a za sto pierwszym razem ulec zupełnie czarowi tego „czegoś”, tej atmosfery. Tu wszystko jest tak związane z życiem, z człowiekiem, z jego spokojnym i uregulowanym bytem. Wszystko się liczy, każdy papierek, każdy dom, każde głupstwo wędruje przez pokolenia, odnajduje się i ma swoje miejsce w życiu, ma łączność, z czegoś pochodzi i ŻYJE. Jak ich ulice, ich zabytki, domy i meble. W innych krajach jest postęp, życie biegnie i z biegiem lat odrzuca na bok antyki i zabytki, tworząc z nich muzeum. Coś wysłużyło się i odchodzi na spoczynek. Nie przenika do współczesności, zrywa kontakt. Zabytki są martwe. Bo wszędzie tam odstawiono je na bok do oglądania. A we Francji jest ciągle oglądanie przy korzystaniu. Nieraz spaskudzą jakiś zabytek, umieszczając w nim na przykład poradnię dla kobiet w ciąży czy inny zakład użyteczności publicznej, ale za to wtopią go w szemrzące wokoło życie, nie pozwolą mu umrzeć. Urok Paryża to może przede wszystkim ciągłe życie zabytków, które gdzie indziej odstawione są do szklanych szafek.
[…]
I dalej Balzac: „Kraj jest słabym, gdy składa się z jednostek niesolidarnych, którym mało zależy na tym, czy mają być posłuszne siedmiu ludziom czy jednemu człowiekowi, Rosjaninowi czy Korsykaninowi – byleby tylko każdy zachował swój kawałek pola; i ten nieszczęsny egoista nie dostrzega, iż pewnego dnia odbiorą mu wszystko. Nie będzie innych praw poza prawem karnym i skarbowym, giełdą albo życiem. Najbardziej wspaniałomyślny kraj na całym świecie nie będzie powodowany uczuciami. Rozwiną się tu i będą opatrywane rany nieuleczalne. Najpierw powszechna zazdrość: klasy wyższe zostaną zmieszane razem z innymi, równość pragnień weźmie się za równość sił; prawdziwe, uznane i rzeczywiste umysły co wybitniejsze zostaną zalane falami mieszczaństwa. Można znaleźć człowieka wśród tysiąca, nie można nic znaleźć wśród trzech milionów podobnych ambicji, ubranych w tę samą liberię – w PRZECIĘTNOŚĆ. Ta triumfująca masa nie spostrzeże się, że będzie miała przeciwko sobie drugą straszliwą masę – chłopów właścicieli: dwadzieścia milionów sążni ziemi żywej, maszerującej, mędrkującej, niesłuchającej niczego, chcącej wiecznie więcej, barykadującej wszystko, rozporządzającej brutalną siłą…”.
[…]
Niemcy tłumaczą swoje niepowodzenia koniecznością przejścia od walki ofensywnej do walki defensywnej i związanymi z tym trudnościami. Albo Niemcy pękną w tym roku i wojna wejdzie wówczas w fazę końcową, albo nie pękną i historia pociągnie się jeszcze dwa lata. Jeżeli Rosja pobije Niemcy, zacznie się nowy dramat – bolszewizm w Polsce, sowiecka okupacja, i kto wie czy nie bolszewizm w Europie. Nic w końcu nie wiem. Mówią, że w interesie Anglii nie leży zwycięstwo Rosji. Może. Wszystko byłoby proste, tylko wieczny znak zapytania: – Sowiety. Tamerlan bije Atyllę – źle; Atylla bije Tamerlana – też źle. W końcu wszystko odbija się na naszej skórze. Tak to bywa, gdy mieszka się w przechodnim pokoju. Gdzie ci nasi szanowni przodkowie mieli głowę? Lepiej nie mówić.
[…]
Czym jest nasze życie? Nawijaniem na kawałek tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego – do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy błocą ciągle podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie – to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?…
[…]
W końcu spis towarzystw i stowarzyszeń miejscowych. Przetarłem okulary – w tej małej mieścinie było ich ze trzydzieści: Stowarzyszenie łuczników, kuszarzy (nie mieszać: co innego łuk, a co innego kusza), myśliwych, wędkarzy, szachistów, przyjaciół belotki, byłych kombatantów, kilka towarzystw dobroczynnych pod zarządem jakichś pań z nazwiskami „Madame de” i „Madame de la” (noblesse oblige) -, trudno wszystko zapamiętać. Przyznam się, że mi to zaimponowało. Można wątpić w żywotność tych stowarzyszeń i ich celowość, ale uderza ich ilość, a przede wszystkim apolityczność. Nie – po prostu jedni lubią sobie strzelać z łuku, inni z kuszy, jeszcze inni grać w belotkę i wszyscy są wolni. Stowarzyszają się, bo mają czas, robią to dla przyjemności i znowu to, co mnie napawa zazdrością: Stać ich na to. Dostatek… marzenie 98% Polaków, żyjących we własnym kraju życiem koczowniczym, w pogoni za większym kawałkiem chleba, bez poczucia stałości, z głową pełną pomysłów, ideałów, kombinatorstwa, Bóg wie czego, pretensji do innych, do całego świata, wykształconych, inteligentów bez przynależności, snobów, artystów z talentem i bez – wszyscy wiecznie z pustą kieszenią, skazani w dodatku na wieczne cierpienie za ojczyznę. Jeżeli człowiek nieraz sobie tak mówi, to nie przez pogardę dla Polski – po prostu przez wściekłość na nasz los, na tego pecha, przez zazdrość, gdy patrzy się na innych, jakże często mniej godnych. Nic nie robią, nie poświęcają się, nie cierpią i los się do nich uśmiecha. Co robić!… Nic dziwnego, że w rezultacie pozostaje nam jako jedyna ucieczka i pocieszenie – narodowy mistycyzm. Serce, myśl, uczucia, oceany nigdy niedocenionego bohaterstwa – przeciwko woreczkowi ze złotem. Wielka nierówna, w której ciągle ulegając, jesteśmy ciągle przekonani o naszej wyższości. Ale trzeba się pocieszać, aby nie bluźnić.
[…]
Sprawa drugiej; adwokat starszy, gruby i łysy wygłasza przemówienie obronne bardzo patetyczne i piękne. Jest w nim mowa o św. Magdalenie, o kapłankach Aszarty. Przewodniczący słucha z zainteresowaniem; widać, że go to bawi i ciekawi. Adwokat brnie dalej w patos, w cytaty z Pisma Św., nie krępuje się. Tutaj patos jest przyjęty, jak każda inna forma wypowiedzenia się. Bo we Francji nie jest ważne to, CO się mówi, ale nieskończenie ważne jest to, JAK się mówi. Dlatego można tutaj tak wiele powiedzieć – byleby zachować formę. Podziw i uznanie dla formy są tak głębokie i wrodzone, że kapitulują przed nimi i treść, i nawet sprzeczne z tą treścią uczucia. Jeżeli umiesz mówić, to wolno ci powiedzieć wszystko. Przewodniczący, ubawiony dostatecznie, przerwał adwokatowi: „O ile znam historię, to Św. Magdalena istotnie była swawolną wykwintnisią [une femme galante], ale nie kradła – idzie pan za daleko, mon cher maître [drogi mecenasie]”. – Kiwnął ręką, przeczytał wyrok: – Półtora roku więzienia.
[…]
Biurokracja francuska pisze życiorys każdego obywatela i każdej nieruchomości – spisuje kolejne etapy życia na dziesiątkach formularzy, protokołów i odkłada to do archiwów. I gdy ma się czas, gdy życie nie wisi nad karkiem jak nóż gilotyny – można tu szukać i wskrzeszać osoby i fakty o znaczeniu nawet drugorzędnym, nikomu nieznane, a nieraz ciekawsze i więcej mówiące o epoce niż wszystko inne. Dwa tomy zakąsek historycznych. Desmoulins mieszkał tu, a nie tam, gdzie wmurowana jest tablica. Mieszkanie miał tak i tak urządzone, o czym mówi protokół sporządzony przy opieczętowaniu. I widzi się to mieszkanie, poznaje się małe kłopoty codziennego życia, podczas gdy za oknami Paryż wije się w konwulsjach rewolucji. A ten dziwny fotel na kółkach, poruszany dwoma korbami na końcach oparć i cały z drzewa? To chaise roulante [fotel na ludkach] Couthona. Do dziś dnia jest w Muzeum Carnavalet. Jest tu cała historia tego fotela, na którym sparaliżowany Couthon pędził w dół stromymi uliczkami spod Panteonu do Hôtel de Ville, gdzie został skazany – koniec Terroru. Zimny Saint-Just, wspólnik Couthona i Robespierre’a w swoistym triumwiracie, siostra Robespierre’a, pierwsze plany małżeńskie nędznego porucznika Bonaparte, złapanie generała Pichegru i inne wydarzenia nieraz wprost nieprawdopodobne, jak na przykład ucieczka pewnego kapitana marynarki angielskiej z Tempie.
[…]
Wpadłem po uszy w Balzaca. Ci adwokaci, ten rozpraszający się w ogromie sali szmer rozmów, cała galeria typów chodzących tam i z powrotem z twarzą skupioną, na której zawsze odgaduje się tę samą myśl: „Wymknąć się, wywinąć, wybrnąć, wykręcić” – atmosfera przesycona gęstniejącą tu przebiegłością sprytem, dialektyką, esprit, inteligencją i grą – tą wielką grą, jaka toczy się od wieków i którą tworzy sam człowiek: prawem i obchodzeniem go w sposób legalny. Atmosfera przeładowana tysiącami spraw i odcieni nieuczciwości, spraw splątanych i niezbadanych, skomplikowanych, tak jak skomplikowaną jest dusza ludzka. Stoję chwilę i nagle przychodzi mi na myśl, gdy patrzę na tę salę i jednocześnie uprzytamniam sobie, co dzieje się poza nią, tam na świecie, że Prawo, istota prawa, to może właśnie ta możność ludzkiego, legalnego i prawnego obchodzenia prawa przy pomocy bronienia się przed jego ślepą siłą, przed martwym paragrafem.
[…]
„Aha – no to wiem…” Koniec też w tonacji „moll”: Hengott, gib uns die Kraft, dass wir uns die Freiheit erhalten, unserem deutschen Volk, unseren Kindern und Kindeskindern, und nicht nur unserem deutschen Volk, sondern auch den anderen Völkern Europas. Denn es ist ein Krieg für ganz Europa und damit wirklich für die ganze Menschheit [Boże, daj nam siłę, aby zachować naszą wolność, nasz naród niemiecki, nasze dzieci i wnuki, a także inne narody Europy. Ponieważ jest to wojna w imię całej Europy, a zatem całej ludzkości]. Już tam byłoby lepiej, żeby o innych ludziach mniej myślał i o ludzkość się nie troszczył. Ludzkość nigdy nie jest tak nieszczęśliwa, jak wtedy, gdy ktoś zaczyna się o nią troszczyć. Jeszcze nigdy nic dobrego z tego nie wyszło. Mogliby się raz przestać rodzić ci tak zwani Wielcy Ludzie i urządzać wojny „za całą i o całą Ludzkość”.
[…]
Voltaire’a to po prostu „Lafontaine prozą. Rabelais wymiszkowany” – przeczytałem to. Zgadzam się z Goncourtami. Trudno lepiej określić „Candide” z punktu widzenia literackiego. Ale tylko literackiego. Poza tym smutna książka – wszystko to można by napisać dzisiaj i byłoby to równie żywe, aktualne i beznadziejne. Może nawet bardziej beznadziejne dzisiaj, niż w swoim czasie. Bo czytając taką satyrę w osiemnastym wieku, można się było łudzić, że jednak ludzkość wydobędzie się z tego barbarzyństwa, że zbliża się wiek oświecenia, że coś się dzieje – było jaśniej na horyzoncie. Człowiek wierzył w swoją siłę, przefilozofowywał wszystko z Bogiem włącznie – czuł, że idzie naprzód – tworzył, upajał się własną siłą, patrzył z radosnym uśmiechem na jasny wschód dziewiętnastego wieku. „Wolność”, „Braterstwo”, „Równość”, „Prawo”, „Konstytucja”, „Parlament”, „Demokracja” – były pojęciami żywymi, praktycznymi. Człowiek wierzył i mógł wierzyć. A dziś? Dziś „Candide” jest po prostu dziecinną satyrą, bo to, co podlega satyrze, na czym Voltaire z taką zgryźliwością ostrzy swój dowcip i pióro, to wszystko jest naprawdę bardzo niewinne. To wszystko, co Candide wycierpiał, co wykraczało wówczas poza normalne warunki życia i istnienia, to jest dzisiaj udziałem każdego człowieka, to po prostu normalne życie człowieka współczesnego. Biedny Candide zostaje siłą wcielony do oddziału gwardii pruskiej i asystuje przy paleniu jednej – niech będzie nawet dziesięciu – wsi. Widzi jak żołnierze rżną kobiety i dzieci. Kilkanaście – niech będzie nawet kilkadziesiąt – trupów wala się po ziemi. Potem jest w Hiszpanii i ogląda wyczyny Inkwizycji. Jedzie do Ameryki Południowej, gdzie wpada – o zgrozo – w ręce Jezuitów itd. Sielanka – a on się tak oburza, rzucając jadowite pioruny ironii, traktując świat jak jakieś okropne szaleństwo. Mam wrażenie, że gdyby żył dzisiaj, to zabrakłoby mu w ogóle dowcipu. Bo jakże niewinnym był despotyzm i ucisk ówczesnych monarchów i „tyranów” w porównaniu z dzisiejszym niewolnictwem.
[…]
Czy my w ogóle wiemy, co to znaczy WOLNOŚĆ i PRAWO? Już moje pokolenie ma bardzo słabe pojęcie o tym. Jeszcze pokolenie mojego ojca może coś sobie przypomnieć, ale ja?… Niente. Gdyby nie to, że poznałem Francję, jeszcze tę przedwojenną, umarłbym w przekonaniu, że to wszystko, czym żyłem, to była wolność. Można na p y y y y Francję mówić, co się chce – ja sam zmieszam ją z błotem jeszcze nie raz – ale to było jedyne państwo w Europie przedwojennej, które jeżeli nie dawało wolności naprawdę, to w każdym razie zapewniało jej złudzenie w bardzo szerokim zakresie. A my wszyscy, już przyzwyczajeni myśleć kategoriami niewolników, kategoriami – hm – barbarzyńców, bierzemy im to za złe, widząc jeden jedyny rezultat tego – ich klęskę. Iz naszego barbarzyńskiego, młodego i prężnego punktu widzenia mamy rację. Klęska Francji – to zbytek wolności. Może wolności źle pojętej i przypominającej naszą „Złotą Wolność” z okresu przed rozbiorami. France 1939 pod względem moralnym i ideologicznym to Polska Sasów. „Jedz, pij i popuszczaj pasa”. Ale cóż? Skosztowałem jej i wiem – i nie mogę zapomnieć. Dziś czuję to, czego nie mogłem zrozumieć po przyjeździe tutaj. W kilka tygodni po wyjściu z pociągu na „Gare du Nord” byłem tu bardziej wolny jako obcy, niż (o zgrozo) jako Polak w niepodległej Polsce. Nie przerażała mnie niepewna przyszłość, nie gubiłem się w czarnych myślach o tym, co będzie, bo byłem wolny. Mogłem zmienić mieszkanie, mogłem przenieść się do innego miasta, mogłem robić byle co – i nawet sam pan komisarz policji nie był ciekawy. Voltaire pisał – siedział za to trochę w więzieniu. Dziś zgniłby bez sądu w jednej z kilkuset Bastylii. Każda jego myśl i słowo, to bluźnierstwo. Humanitarność, prawo, swoboda, kultura (uf) są przecież synonimem przegnicia, destruktu, braku woli, prężności i „radosnej siły”. Nie myśl, lecz pomysł. Nie uczucia, lecz instynkty. Nie człowiek, lecz stado baranów z Panurgiem [bohater powieści satyrycznej François Rabelais’go Gargantua i Pantagruel – przyp. aut.] na czele.
[…]
Wszystko zależy od punktu widzenia i wszyscy mogą mieć rację. Kiedyś wydawało się Żydom, że są narodem wybranym, dziś najtęższe głowy modlą się do proletariatu jako do klasy wybranej (skąd ta pewność?), tylko dlatego że sto lat temu pan z brodą ułożył teorię mesjanistyczną proletariatu i nazwał ją „naukową”. Odrzuciło się absolut Boga i na gwałt szuka się jakiegoś „Ersatza” absolutu z fanatyzmem, o którym najbardziej zapalony uczestnik wypraw krzyżowych nie miał pojęcia. Potworne są te epoki, w których ludzkość rzuca się na poszukiwanie absolutu. Hoene-Wroński zrobiłby dziś pierwszorzędny geszeft. Dlaczego nie można żyć bez absolutu? Jak dotąd daję sobie świetnie radę bez niego. A jak go będę potrzebował, to wrócę do Boga. Ma tę olbrzymią zaletę, że nie może być naukowy i udowodniony, czyli można spokojnie wierzyć. Albo nie. Ale to już zależy od nastroju i samopoczucia. Zaczynam podejrzewać, że na dnie tej wojny siedzi jakieś pokraczne poszukiwanie absolutu i śmieje się w kułak. Tak jak ja teraz, w tym mrocznym bistrze po trzech szklankach rumu. Począwszy od Gregoire de Tours i skończywszy na Gidzie mam to wszystko gdzieś, i począwszy od Bogurodzicy i na Nałkowskiej skończywszy, też mam to wszystko gdzieś – ja wyjeżdżam. Mam dość tej całej kolebki kultury i obozów koncentracyjnych, zwanej Europą mam dość poszukiwania absolutu – ja chcę żyć, po prostu żyć. Czym jest absolut w porównaniu z piersią dziewczyny i jej pocałunkiem? Bzdurą. Chcę rozmawiać ze sobą wprost, a nie POPRZEZ absolut, chcę nauczyć się żyć wolny, WOLNY, bez pragnienia uwierzenia w cokolwiek, chcę być dobry nie dlatego, że katecheta lub Engels tak każe, ale dlatego, że każdego człowieka trzeba kochać, skoro się jest tym bydlęciem – człowiekiem.
[…]
Wspaniałe. Mam wrażenie zanurzania twarzy w wielkim bukiecie białych i pachnących kwiatów. Genialność myśli polega nie na tym, ażeby mówić o rzeczach wielkich lub małych w sposób suchy, oderwany, spekulatywny i chcąc zgłębić człowieka i życie uciekać od tych rzeczy w abstrakcję, bo słowa wtedy nic nie znaczą są pustymi znakami. Prawdziwa myśl potrafi ująć i wypowiedzieć to, co każdy czuje podświadomie, z czego nie zdaje sobie sprawy będąc jednocześnie świadomym, o czym wie nie wiedząc. I tylko taka myśl – zawsze ludzka – jest naprawdę prawdziwą przekonywującą pozostawia ślad w duszy i zmienia świat. W dziedzinie myśli tego rodzaju, wielkich, a zarazem prawdziwie ludzkich, Francuzi są jedynymi. Francja nie wydała Hegla, Marksa, Engelsa, nie wydała żadnego „Uebermenscha” [z niem. nadczłowieka – przyp. aut.] i nie skomponowała tańców myśli nad przepaścią nicości lub piruetów słowiańskiego mistycyzmu. Rosja i Niemcy przekonały każdego myślącego człowieka, że im bardziej chce się być „przyludzkim” lub „nadludzkim” i im bardziej chce się rozwiązać świat, byt i człowieka przy pomocy ideologii „jedynej i prawdziwej”, tym bardziej staje się to wszystko nieludzkim, tym bardziej zapomina się o człowieku z krwi i kości. Wojna obecna jest wynikiem tego zapomnienia, wynikiem tym bardziej groteskowym, że na dnie jej było pragnienie odnalezienia go. Ale nie odnajdzie się go tak długo, jak długo zamiast „człowiek” używać się będzie epitetów, stworzonych gdzieś tam wśród stachanowców, Schaffender Menschów, korporacjonistów i innych wyznawców „izmów”. I wobec tego czekajmy cierpliwie na Descartesa, który po bezowocnym i zbrojnym, trzydziestoletnim poszukiwaniu człowieka wśród chaosu konających myśli średniowiecza, potrafił dać światu myśl z krwi i kości. Zaspokoił na jakiś czas tęsknotę za myślą, tę najniebezpieczniejszą tęsknotę, dla której miliony giną co pewien czas. O ileż byłoby lepiej, gdyby ludzkość zachowała całą swą żarliwość dla kobiety i Boga.
[…]
Właściwie Anglików i Amerykanów słusznie nazywa się „Aliantami”. Oni są aliantami Rosji w takim samym znaczeniu, w jakim Austria była aliantem Niemiec w czasie pierwszej wojny. Pomagają Rosji wygrać wojnę i z tego logiczny wniosek, że po jej zakończeniu będą mieli w sam raz tyle do powiedzenia, ile do powiedzenia ma – pomagier. Ta wojna jest w gruncie rzeczy wojną rosyjsko-niemiecką, wszyscy inni są statystami w tym krwawym przedstawieniu i niczym więcej. Rozważaliśmy to wszystko dzisiaj z K. i doszliśmy do wniosku, że nie ma co robić sobie złudzeń. A za kilkanaście lat „die gelbe Gefahr” Wilusia stanie się naprawdę aktualne. K. ma rację. Powiedział mi dzisiaj: „Największą zbrodnią Hitlera jest zdrada rasy białej i rozpętanie bratobójczej wojny wśród nas samych”. I dodał: „Tak, panie Andrzeju – z Europą lepiej pożegnać się zawczasu. Bo widzi Pan – za Franc Jozefa…” I zaczęliśmy się śmiać z goryczą ludzi, którzy rozumieją i widzą rzeczywistość.
[…]
Dochodzi 5-ta i zaległa cisza. Jest noc księżycowa, tak jasna, że można by czytać. Wracają i pracują solidnie. Znowu jeden nieprzerwany huk. Paryż obstawiony jest flakiem – po nalocie na „Renault” zmądrzeli. W miarę jak Anglicy przelatują, działa odzywają się gdzieś daleko i potem huczą koleją. Jak na polowaniu na kaczki. Basia otworzyła jedno okno i powiedziała: „Żydy i masony odleciały – możemy spać”.
[…]
Spytaj człowieku XX-go wieku spotkanego na ulicy człowieka, jak wyobraża sobie wolność. Zacznie od słów: „Najpierw trzeba zlikwidować i wytępić, zamknąć i unieszkodliwić…” Każdy program wolnościowy zaczyna się dziś od kryminału i szubienicy, miejsc odosobnienia i odstrzeliwania pewnej klasy ludzkich ssaków. I w porządku – logicznie. Mało: zrozumiale i należycie. A potem będzie wolność. Jaka, do cholery? Wolność kogo? Niewolników „wolności”, galerników. Tylko w niedzielę wolno będzie się wys… „po prostu”, a nie za partię, za szczęście przyszłych pokoleń „już wolnych”, za ojczyznę, za mać i za k… jej mać, wolność. Po kilku kwadransach poszliśmy dalej, przeszliśmy przez cały ogród i wstąpiliśmy na tak zwane lody do jednej z kawiarń przy Place de l’Observatoire. A potem długa włóczęga bulwarem Montparnasse, rue de Rennes aż do Saint-Germain-des-Près. Słońce, ciepło, przed bramami domów, z których ciągnie jeszcze zimowym chłodem, siedzą konsjerżki i robią na drutach. U ich nóg wiją się koty jak miękka włóczka, a gdzieniegdzie klatki z ptakami kołyszą się uwieszone na klamkach okien. Patrzę na nie i myślę, że człowiek, aby czuć się wolnym, potrzebuje widoku czegoś zamkniętego. Przez kontrast z ptakiem w klatce ci ludzie czują się wolni. Przez kontrast z milionami ludzi, gnijącymi dziś w obozach niemieckich i sowieckich, ja czuję się wolny. Przez kontrast można człowiekowi wmówić, że g… to kawior. Cała akceptacja życia odbywa się dziś wśród milionów ludzi „przez kontrast”. Przez kontrast można zrobić z człowiekiem wszystko i – robi się. Kontrast – to najnowocześniejsza broń wszystkich nowoczesnych ideologii, najdoskonalsze narzędzie. Odbierz wolność jednemu na dziesięć, zdziesiątkuj. – a wtedy pozostałych dziewięciu będzie czuć się wolnymi i błogosławić życie. Z przekonaniem. Dadzą się porąbać albo – zamknąć.
[…]
Żydzi od dzisiaj noszą żółte gwiazdy z czarnym stylizowanym w kształcie liter hebrajskich napisem „JUIF”. Staram się ich nie dostrzegać, bo mi wstyd. Ale jakże mało ludzi zdaje sobie sprawę, do jakiej dziczy doszliśmy my, LUDZIE BIALI. Wstyd mi za całą tę rasę, tę wspaniałą rasę, która zbudowała nowoczesny świat, która stworzyła całą technikę, ujarzmiła przyrodę, opanowała już tyle chorób – po co? Aby w 1942 roku zmuszać swoich współbraci, swój może najwartościowszy element, swoje drożdże, do noszenia poniżających odznak, jak trędowatych w średniowieczu. Gdybym był kolorowym, straciłbym cały szacunek do białych. Może kiedyś trzeba będzie zapłacić najwyższą cenę za te zabawy szaleńców. Cenę naszego istnienia. Użyje się naszej techniki i naszej dzikości do zniszczenia nas.
[…]
Jak straszliwie wszyscy stępieliśmy. Tylko czasem, gdy się spokojnie zastanowić, włosy stają dęba na głowie. Przecież nigdy, w całej historii świata, nie doszło do takiego podeptania elementarnych zasad prawa, do takiego zabicia wszystkiego, co ma jakikolwiek związek ze sprawiedliwością i z humanitaryzmem, z człowiekiem i jego duchem Czym stał się świat? Zbiorowiskiem istot, które coraz to bardziej zatracają to, co można by nazwać życiem wewnętrznym i kulturą ducha. Życie stało się życiem naskórka, który coraz to szybciej i zachłanniej chce dojść do czegoś, czego nie potrafi sobie nawet uświadomić, zagłuszając się tymczasem szybkością, rozrywkami, opychaniem się wszystkimi zdobyczami cywilizacji bez miary, ponad wytrzymałość nerwów i mózgu. Ustroje polityczne i ekonomiczne zrobiły z całego świata jeden wielki kryminał, w którym miliardy ludzi dźwigają kajdany nałożone na ciało i ducha przez „nowe”, „jedyne” i „prawdziwe” ideologie polityczno-społeczne. Czymże są te wszystkie nowoczesne ustroje, nowoczesne myśli i założenia, współczesne poglądy na życie człowieka i jego zadania? Są po prostu jednym wielkim i powszechnym zaprzeczeniem człowieka. To wszystko, co jest w nim wartościowego, co mogłoby się rozwinąć w tym najbardziej nieudanym produkcie Boga i zakwitnąć w ciągu pokoleń – to wszystko zabijane jest w nim systematycznie i dokładnie – naukowo. Do czego doszliśmy? Że dziś za rzecz zrozumiałą i ogólnie przyjętą uważamy to, na co serce człowieka z epoki kamiennej zabiłoby żywiej. A nasze bije normalnie, bo stępieliśmy, zobojętnieli i zachowujemy się jak zwierzęta w okresie polowań: od nagonki do nagonki, płaszcząc się i kryjąc, starając się nie zwracać niczyjej uwagi.
[…]
Nowoczesne państwo stało się molochem zżerającym ludzi milionami, tworem żądającym bezustannych ofiar i niewolnictwa, w którym człowiek jako jednostka reprezentująca pewną myśl i ducha jest przekreślona, zdeptana, zniweczona. To, co uważamy dziś za prawo, za ustawy i kodeksy, co już – co gorsze – przyzwyczailiśmy się uważać za czynnik rządzący stosunkami między ludźmi, jest przecież zwyczajnym bezprawiem. Dzisiejszy człowiek uważa za rzecz normalną, że list jego jest otworzony i przeczytany, doręczony lub nie doręczony, że mogą wejść do jego mieszkania bez nakazu sądowego, że wpakują go do obozu lub uśmiercają bez sądu. Ustawy i kodeksy nowego świata, to bezprawie ujęte w paragrafy, wtłaczane w otępiałe umysły stada dwunogów, które już przyzwyczaiły się do tego i reagują jedynie wtedy, gdy dotyczy to kogoś bezpośrednio. Chciałoby się krzyczeć, wypluć płuca, wyć, że przyjęta i uważana za normalną zasada „cel uświęca środki” jest ZAWSZE ZBRODNIA – zbrodnią, która nas kiedyś pogrzebie. Bezbronnemu obywatelowi wtłacza się kodeksy bezprawia do ¿Iowy przy pomocy rewolweru, karabinu maszynowego, samochodu pancernego i kontroli życia prywatnego. A nad tym rozpościera się propaganda, wyzyskująca wszystkich i wszystko, by kłamstwu, coraz to brudniejszemu i grubszemu, nadać pozory prawdy. Na polach walk giną ludzie, na całym świecie ginie Człowiek, zamieniając się w bydlę, wyprane ze wszystkiego i myślące coraz bardziej o tym,’ czym zapchać żołądek i co zrobić, aby przeżyć o dzień dłużej niż inny okaz z tego stada, pędzonego batem i szturchanego w plecy lufą nabitego pistoletu.
[…]
Jeden pyta się drugiego: „Te, słuchaj, co to właściwie jest ten l’ordre nouveau” [z fr. nowy porządek – przyp. aut.]! Długo myślą, ale nie mogą nic wykombinować. Nagle zajeżdża wspaniała limuzyna, zatrzymuje się i wysiada z niej oficer niemiecki. Jeden z clochards [z ang. kloszard – przyp. aut.]podchodzi do niego i zapytuje grzecznie, co to jest l’ordre nouveau; że chyba on potrafi mu to wytłumaczyć. Oficer uśmiechnął się zadowolony i powiada: „To jest tak. Gdy Niemcy wygrają tę wojnę, to będzie Nowa Europa, a w niej Nowy Porządek. Teraz tylko ja jeżdżę takim samochodem, a wtedy wszyscy będą jeździć takimi samochodami. Zrozumiałeś?” Śmieciarz kiwnął głową, podziękował i wrócił do towarzysza. „No co, wytłumaczył ci?” – „Ehe, to jest tak. Jak Niemcy wygrają tę wojnę, to będzie Nowa Europa, a w niej l’ordre nouveau. Teraz tylko my dwaj grzebiemy w pub’elach, a wtedy będzie tutaj ogonek z dwudziestu osób i wszyscy będą grzebać. Pod warunkiem, że będą śmieci”. Ciekawe, do jakiego stopnia nazizm zbiega się często z komunizmem.
[…]
Potem rozłożyliśmy mapę okolic Paryża i wybraliśmy trasę na dzisiejszy spacer rowerami. Boissy Saint-Léger. Szorty i wyjechaliśmy. Na rowerze plecak z kocem i z książkami, w torbach chleb, masło, kawałek kiełbasy. Camembert wojenny (zero matière grasse – zero tłuszczu), renklody i flaszka wina. Gdyby nie to Zéro matière grasse w Camembert, byłoby prawie jak przed wojną. Znacznie lepiej w tym roku z żywnością i dużo owoców. Mam wrażenie, że gdybym w tej chwili zatelefonował do Krakowa i opowiedział to wszystko, cała rodzina stwierdziłaby, że dostałem pomieszania zmysłów. We Francji okupowanej, w trzecim roku wojny, można jeszcze napchać torbę niezłym jedzeniem, przyczepić do roweru i wyjechać zupełnie swobodnie z miasta gdzieś na łąkę czy do lasu, nie spotykając po drodze ani jednego żandarma niemieckiego, niemal ani jednego Niemca. Czasem gdzieś mignie szary samochód i to wszystko. Jeszcze ciągle mamy swobodę – już ukróconą, ale zupełnie możliwą. Dziś trzeba się już meldować, gdy zmienia się miejsce pobytu lub zamieszkania, trzeba stosować się do wielu przepisów nieznanych przed wojną. Ale w sumie jest swoboda – i jeszcze dziś słyszy się niemal codziennie jak ktoś w jakimś bistro miesza z błotem Pétaina albo o Lavalu nie wyraża się inaczej, jak tylko per ce sale Auvergnat [ten śmierdzący Owerniak] i odgraża się Niemcom. Na głos. Tb wolno jeszcze nie tylko myśleć, ale mówić. Ta wolność jest tu tak wrodzona, do tego stopnia tkwi w krwi i w duszy, w całej przeszłości – że bodaj nawet Niemcy odczuwają wobec nich Minderwärtigkeitskomplex [kompleks niższości] i boją się brać za pysk, żeby nie mieć kłopotów. I na Niemców działa jeszcze przeszłość Francji, ten mit wielkości, to wszystko, co nas i ich uczono über Frankreich. Niemcom się zdaje, że Polaków lub Jugosłowian łatwiej zgnieść i zniszczyć niż Francję. Nie wydaje mi się. Bo Francja jest stara i słaba i bardziej można obawiać się jakiegoś odruchu wśród tych drugorzędnych i zmaltretowanych narodów, aniżeli tutaj. Ale cóż? Z narodami jest jak z ludźmi. Tego małego i zdegradowanego zawsze jakoś tak poręczniej i swobodniej walić po mordzie, aniżeli tak samo zdegradowanego, ale arystokratę.
[…]
Dziś cudowny dzień, letni dzień. Po południu poszliśmy do „Galerie Charpentier” na wystawę „Sto lat pejzażu francuskiego”. Urządzone ładnie, ale słaby zbiór. Kilka dobrych, masywnych w ciemnej zieleni Courbetów, kilka zamglonych Corotów, kilka słoneczno-kwiecistych Renoirów, parę cytrynowych Van Goghów, dwa czy trzy najgorsze Gauguiny, a poza tym cała masa pędzloczynów malarzy współczesnych, którzy szukają i nie mogą znaleźć, ale mają nadzieję, że jednak coś znajdą. Właściwie to jest sens sztuki – wieczna nadzieja znalezienia.
[…]
Francja do dziś dnia kultywuje zasadę myśli zamkniętej i karmi się formułkami „made in France”. Nie jest zdolna zrozumieć innej myśli poza francuską, nie potrafi odczuć niczego w inny sposób, jak tylko francuski. Zadowala się wyłącznie działalnością kilkudziesięciu geniuszów francuskich, średnich geniuszów na wysokim poziomie, którzy przeszli do historii, i uważa ich za granicę, poza którą nikt inny nie potrafił i nie potrafi wyjść. Pozory będą zawsze przemawiały na ich korzyść, istota zdradzi. Francja jest geniuszem formy, ale niemal wyłącznie formy. Żaden naród świata nie potrafił w dziedzinie myśli i jej sformułowań stworzyć form tak doskonałych (Hegla ugryzłem po francusku, po niemiecku, przy całej mojej znajomości języka, nie mogłem) jak Francuzi. Nikt w dziedzinie języka i wyrażania się nie potrafił prześcignąć ich w formie. Stąd ich sława, ale i stąd mylne sądy o nich ich geniusz formy rozciągamy na wszystko. Nic w tym dziwnego. Wzrok jest najbardziej zwierzęcym zmysłem człowieka i poprzez wzrok daje się człowiek najłatwiej kierować. Kulturę Grecji jesteśmy zawsze skłonni identyfikować najpierw z tym, co pozostało z niej w formie. Tymczasem forma grecka przetrwała znacznie dłużej niż duch, który ją zrodził. Budowano świątynie i rzeźbiono posągi jeszcze ciągle w tych czasach, w których naród nie był już zdolny do powtórzenia Salaminy, bo duch przegnił i zastygł w formie. Naród już nie żył, ale jeszcze ciągle działał, jak mechanizm puszczony w ruch. Francja jest nowoczesną Grecją. Tym, czym była Grecja dla świata starożytnego, tym była Francja dla świata nowożytnego i rola jej się kończy. Francja przestała żyć, Francja już tylko działa. Nie jest wykluczone, że to działanie może jeszcze coś dać światu, ale będzie to raczej jak wybicie godziny – nawet dźwięczne i piękne – lecz tylko wybicie godziny w zegarze idącym siłą rozpędu, nadaną mu w chwili tworzenia, siłą, która zachwycała i o której ciągle myślimy, że nadal istnieje. Prawdopodobnie jeszcze długo Francja będzie tą Grecją dla nowego świata, który dziś, w naszych oczach powstaje. Ale Francuzi i naród będą dla nas młodych tym, czym Grecy i Grecja z epoki helleńskiej byli dla Rzymian. Będzie się ich podziwiać, będzie się zachwycać, ale nie – szanować, jak Rzymianin nie mógł szanować kupca aleksandryjskiego lub Ateńczyka, ciągnącego zyski ze swej przeszłości.
[…]
Sienkiewicz w jednym z listów z Francji napisał „u nas fantazja i poezja ludowa zasila książkową, tu odwrotnie: książkowa ludową”. Widać to na każdym kroku. Wieś francuska jest martwa i bezkolorowa. Od razu przypomina się „Eugénie Grandet” Balzaca. Żaden z pisarzy francuskich nie potrafił tak świetnie wczuć się w wieś, w tę jej martwotę, szarość i bezkolorowość, w materializm i bezduszność eksploatacji ziemi, jaka tutaj panuje.
[…]
Francja jest społecznie skostniała. Rewolucje doprowadziły przede wszystkim do wyniszczenia elity, do osłabienia się jej witalności, do zamknięcia się w sobie, do niesamowitych pokrzyżowań różnego rodzaju pogardy. I jak po każdej rewolucji, tak i we Francji wysuwa się na pierwszy plan chamstwo, chamienie rozszerzające się coraz bardziej, niedostrzegalne na pierwszy rzut oka, bo pokryte francuską familiante, pod którą kryje się jednak gruboskórność i brak taktu rzadko spotykane gdzie indziej. Powszechny brak dżentelmenerii, bo tego nie rozumieją. Tam, gdzie płytka politesse [grzeczność] jest wszystkim, nie rozumie się, że ktoś może. być dżentelmenem pomimo braku form. Wracam do formy, bo bez zrozumienia jej nie można zrozumieć Francji. Tu można zrobić najbliższej osobie najgorsze świństwo, można popełnić podłość, zachowując formę. Francuz na ogół nie rozumie różnicy, nie potrafi pojąć tego, że zarówno gdy chodzi o do lub dobro, forma nie rozstrzyga o istocie rzeczy. Bo tu istotą wszystkiego jest forma. Okupacja może być najlepszym przykładem. Niemcy robią tu stopniowo, w formie złagodzonej, wszystko to, co u nas, ale robią wolniej i pod płaszczykiem legalnego rządu Vichy. I nie ma sposobu, aby wytłumaczyć im, że to właściwie to samo. Gorzej: Francuz nie jest w stanie zrozumieć, że jest wielka różnica w zachowaniu się obydwu krajów, że działalność Vichy plami ich historię, plami ich przeszłość. „W takim razie, jeżeli u was robią to samo co u nas, to jakaż różnica, skoro efekt końcowy jest ten sam. I wy, i my musimy się naginać do ich wymagań – dlaczego nie utworzyliście jakiegoś rządu – byłoby wam lżej…” – mówią, nie mogąc pojąć naszego rozumowania, będąc przekonani, że ich rząd zapewnia im obronę i że wobec tego tak jest lepiej. Może…
[…]
Przypomniała mi się ta kapitalna uwaga Balzaca z „Modeste Mignon”: „..lecz aby spędzić jakoś dzień polecili osiodłać konie i zapuścili się w okolicę nieznaną im z pewnością tak samo, jak Chiny. Bo najbardziej obcą rzeczą we Francji dla Francuza jest Francja”.
[…]
Domki budowane tutaj na stoku wzgórza, jeden obok drugiego. Dach domku stojącego niżej tworzy ogródek dla domku stojącego wyżej. W ogródkach zwiędłe resztki jarzyn, zmęczone upałem nasturcje i sztywne astry. To jednak już jesień. W dole, nad rzeką, trawa jest już zrudziała i tylko w małych ogródkach żyją kwiaty. Ktoś chodzi wśród nich w niebieskim fartuchu i wielkim kapeluszu i podlewa je. W upalnej ciszy słychać szept wody cieknącej długimi nitkami z polewaczki i rozpryskującej się na liściach. Na starość marzę o podlewaniu kwiatów. Ileż tu spokoju. I ludzie, i natura mają łagodność i spokój miłego, galicyjskiego emeryta, Basia i lina zostają w parku, ja z Robertem i z dziećmi idę oglądnąć kościół. Na wielkim placu stoi kilka wielkich czarnych karet. Wszystko tonie w słońcu. Na widok tych karet myślę o „Madame Bovary”.. Widzę ją, idącą szybko i trwożliwie w stronę jednej z nich i wydaje mi się, że za szybą dostrzegam zarys mężczyzny w ciemnym tużurku.
[…]
Odszukałem strzępki notatek sprzed trzech lat. Pod datą 30. 9. 1939 mam zapisane: „Wieczorem: niebo zachmurzyło się, a księżyc jest jak przysłonięta ręką świeca. Nie widać go, ale światło wydobywa się bokami. Wyszedłem na balkon z papierosem. Ciepła noc, cisza. Na dole pod nami pusta ulica i tylko jakiś samochód zapuszcza silnik. Warknie przez chwilę i krztusi się. Nade mną czarny zrąb komina i całe niebo, naprzeciwko ktoś kaszle chwilami. Charczący samochód i kaszlący na poddaszu człowiek mają coś wspólnego. Samochód odjechał, kaszel ustał i znowu cisza. Zaczyna padać deszcz.
[…]
zaczęli NAPRAWDĘ bombardować Niemcy, więc szef Luftwaffe musiał się odezwać, aby dodać ziomkom odwagi. I on, który obiecywał w 1939 roku, że ani jedna bomba nie spadnie na Niemcy, dziś powiedział, że ludność narażona na bombardowanie otrzyma – dodatkowe racje mięsa. Teraz cały Paryż wyje ze śmiechu, już dawno ludzie tak się nie śmiali. Wszyscy i wszędzie mówią: „Vous savez – Gôring wymyślił nową broń przeciwlotniczą – dodatkowe racje mięsa”. Jednak postęp już jest.
[…]
Było to jakieś dziesięć dni temu. Chcąc zbadać warunki na miejscu i rozglądnąć się, czy nie udałoby się tam zadekować kogoś z rodaków, wybrałem się dziś rano na rowerze do Etiolles. Jest to około 37 km za Paryżem w kierunku na Melun. Dzień jesienny, popielaty i pogodny ranek. Wyjechałem kilka minut po siódmej zabierając ze sobą chleb z serem i kawałek czekolady. Cicho przeleciałem po asfaltowych jezdniach Lasku Vincennes. Drzewa miały kolor zaśniedziałej miedzi – czerwonawo-zielony, a pod kołami szeleściły opadłe liście. W otaczającej wszystko ciszy rozsnutej jak pajęczyna, szelest rozgniatanych kołami liści miał w sobie coś z szeptu i potęgował milczenie. Prawdziwa cisza wymaga jakiegoś dźwięku i można ją odczuć naprawdę tylko przez delikatny kontrast. W pokoju nigdy nie jest zupełnie cicho, jeżeli gdzieś w kącie nie tyka zegarek lub nie mruczy usypiający kot. Stoczyłem się z góry nad Marnę i wjechałem na drogę. Spoza popielatych chmur zaczęło przebłyskiwać chłodne słońce i rozświetlać dachy. Różnokolorowe reklamy fabryk makaronu i suchych ciastek, których tu pełno, rozlewały się na tym tle, jak krople farby kapiące na bibułę. Rower mknie cicho po asfalcie i w uszach huczy wiatr. Nastawiam się pod kolory, dźwięki i obrazy jak pod strumienie wody. Prysznic wrażeń. I zabawa. Kręcąc monotonnie pedałami mówię sobie: „Teraz uwaga na kolory”. Po chwili: „Teraz łap szczegóły, te drobne, te nicy”. Te „nicy” niedostrzegalne, które w sumie tworzą „wszystko”. Te „nicy” to drobiazgi, które wzięte osobno, nic nie znaczą. Ale czym ich więcej, tym silniejszy nastrój, tym silniejsze to „Coś”, unoszące się w powietrzu i tworzące atmosferę. Żeby mnie ze skóry odarli, to nie potrafię wczuć się w nastrój Notre Dame chodząc wewnątrz, bo brak tam tych „niców” i w rezultacie jest to dostojna, czyli nudna pustka. Interesujące dla kamieniarzy. Ale gdy zajdę od zewnątrz, od strony ogródka, gdy unoszące się na tle nieba gołębie utworzą ruchome punkty, gdy pacnie o ziemię dojrzały kasztan, gdy jakiś staruszek karmi z ręki oswojone wróble i przy ogrodzeniu załatwia się dyskretnie malutkie dziecko – wtedy potrafię odczuć wszystko, potrafię wżyć się nawet w średniowiecze, do którego czuję gotycką awersję. Gotyk jest mi zawsze obcy, widzę go, ale nie odczuwam tak, jak inni to potrafią. Teraz jest on dla mnie uosobieniem czegoś innego jeszcze. Powiedziałem sobie, że bez ich gotyku dam sobie też radę w życiu. Do Durera z Cranachem! Jeżeli im to średniowiecze trochę popęka pod czterotonowymi pigułkami, to wcale się nie zmartwię.
[…]
Trzeci akt w bibliotece w Malmaison. Noc. Napoleon pracuje. Wchodzi Józefina i zaczyna się po prostu trochę ordynarna scena małżeńska bez świadków. Jedno drugiemu wypomina wszystko, co tylko może, w języku tak swobodnym jak strój Józefiny, która jest w sex-appealowej koszuli nocnej. Dialog uderzająco przypomina rozmowę dwóch bab w ogonku, kłócących się o miejsce. Autor, jako rasowy Francuz, nie mógł wyjść poza granice zwykłej enguelade [pyskówki], w której mężczyzna kłapie tak samo i tyle samo, co kobieta. Józefina widząc, że gadaniem nic nie wskóra, stara się wskórać czym innym wabiąc Napoleona – do łóżka. Stał ten mebel po lewej stronie sceny, jak symbol Francji nieomal. Józefina zmienia głos, miauczy i drepce, jak rasowa kocica paryska, łasi się i ociera, to znowuż kipi zmysłami prężąc się i dysząc, jak pantera z polskiego tanga. Napoleon też syczy, parska, biega – nie. Józefina dotknięta w swej dumie kobiecej w myśl zasady, że nic tak nie dotyka kobiety, jak niedotknięcie jej, gdy chce być dotkniętą, poddaje się i – wychodzi. I byłoby dobrze, gdyby po tym wszystkim Napoleon nie dobijał się jeszcze do – otwartych drzwi, których nie chciał otworzyć i nie wił się na kolanach przy pustym łóżku, podniecając się niezdrowo wspomnieniami gorących piersi, sprężystych ud i innych śliczności. Rzeczywiście unique ten „Napoléon unique” Mr. Raynala.
[…]
Przeczytałem znowu „Madame Bovary”. Teraz dopiero odczułem prawdziwy smak tej powieści. Aptekarz Homais, to ten klasyczny typ, którego prawdziwość można ocenić naprawdę, gdy ma się z tymi okazami do czynienia na każdym kroku. I co najgorsze, że Francja „homaizuje” się bezustannie i coraz bardziej. Po przeczytaniu powieść ta wytwarza w człowieku coś takiego, czego nie umiałem określić. Jakby twardo. Dopiero Basia, czytając o jakichś rozmowach Wilde’a z jakimś Francuzem, powiedziała mi dzisiaj: „Wiesz, Oscar Wilde powiedział o «Madame Bovary», że to jest książka, w której nie ma litości”. Ciekawe i bardzo trafne. W ogóle w całej francuskiej literaturze prawie nie ma litości. Nie ma żadnego odpowiednika Dickensa. Zastanowiła mnie ta uwaga Wilde’a.
[…]
Wigilia. Sami przy małym stoliku, pogrążeni myślami tam daleko. „Na Sławkowskiej jeszcze nie zaczęli, na Grodzkiej pewnie już…” Uśmiechamy się do siebie. Zapalamy świeczki na malutkim drzewku i gasimy światło. Drzewko stoi na kominku przed lustrem i po całym pokoju rozlewa się miękkie światło kilku małych płomyków, odbijających się w szklanej tafli.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem [1941-1942]
Pamiętnik okupacyjny w drugiej odsłonie Andrzeja Bobkowskiego – prawie „zapomnianego” polskiego, emigracyjnego pisarza, eseisty, sportsmena i przedsiębiorcy przenosi akcję jego życiowych wydarzeń tym razem do samego Paryża i pobliskich okolic departamentów Ile de France oraz krótko na wakacjach w Bretanii rzecz jasna wciąż tkwiąc w realiach lat czterdziestych dwudziestego wieku. Powróciwszy z długiej wyprawy rowerowej po okupowanej przez Niemców Francji, najpierw rzuca się w objęcia ukochanej Basi i pracy zwykłego robotnika we francuskiej fabryce, a międzyczasie jak może to wspomaga polską emigrację zarobkową i polityczną, stając w jej obronie przed francuskimi sądami, tudzież organizując im dalsze schronienie i tymczasową pracę. W interwałach paryskich trudności aprowizacyjnych przy względnej jednak „sielskości” samego życia we Francji nadal snuje swoje kąśliwe uwagi o historii i literaturze, a szerzej o wypoziomowanych „niedomiarach” w kulturze i sztuce europejskiej oraz na temat bieżącej sytuacji społeczno-politycznej pod buciorem niemieckim i kolaboracyjnym. Powoli też dojrzewa do tego czym potem obdarzyli go potomni, darząc go mianem zbuntowanego aż do epitetu „chuligana” wolności…