Blog

 

28.07.2023

Szkice piórkiem [1943-1944]

„Natura nie ma praw.

To ludzie wymyślili je dla swojej wygody”

„Życie każdego człowieka,

to nieznany film i nie można powiedzieć,

jak się skończy”.

"L’homme ne peut se dépasser

[Nie można prześcignąć samego siebie]."

„Tylko człowiek nie jest fikcją –

wszystko inne jest fikcją.”

[…]

Zima w tym roku bardzo łagodna. Jechałem wolno na rowerze i myślałem. Zaczęło się od taksówki rowerowej, czyli tak zwanej „velo-taxi”. Rok 1943, a w Paryżu, w centrum Europy, człowiek ciągnie do człowieka. A potem inne myśli… Postęp. Rozglądałem się po ulicy. Szereg kamienic, ulice – nawet ładne – ale gdy pomyśli się, że dziesiątki kilometrów kwadratowych, setki i tysiące pokryte są tymi kamienicami, robi się niedobrze. Wielkie miasto, miasto olbrzym, to też postęp. Postęp absurdalny. Ile godzin dziennie traci każdy mieszkaniec miasta na pójście do pracy i powrót z pracy? Pod ziemią dudni metro, w którym ludzie cisną się i pchają, i potrącają jadąc długie kwadranse w smrodzie i zaduchu. Potem na dworcach to samo, w pociągach podmiejskich to samo. Wracają do domów, w których z wyjątkiem mebli, a najczęściej tylko kilku drobiazgów osobistych nic nie jest ich. Wstają rano i pędzą do pracy, z którą najczęściej nic ich nie wiąże, w którą nie wkładają ani cząstki z siebie. A nad wszystkim rozpościera się popielaty welon anonimowości. Nie wiesz, dla kogo pracujesz, nie znasz tych, od których zależysz, wypełniasz polecenia automatycznie, jesteś termitem, niczym. Szukało się w postępie wolności, znalazło się jeszcze gorsze kajdany, niżby je mógł nałożyć jakiś feudalny władca. Pędzimy naprzód ślepi, z głupią wiarą w postęp, z cielęcym zachwytem dla nowych zdobyczy techniki i dla pomysłu. Tam, gdzieś na dnie, kołacze się jeszcze cicho, jak skryte w lesie źródełko, myśl, ta prawdziwa i spokojna, ale coraz częściej przygłuszana grzmotem i ulewą pomysłów. Iluż ludzi żyje dziś myślą? Żyje się landrynkami gotowych odpowiedzi na wszystko, rozrzucanych wśród ogłupiałego tłumu.

[…]

„Nowe średniowiecze” Bierdiajewa. Emigracyjny filozof rosyjski. Założył w Paryżu pismo i zgrupował wokoło siebie coś w rodzaju szkoły. Nie lubię słowiańskiej filozofii. Za wiele czujemy i za mało potrafimy myśleć w ten sposób, żeby to jasno i zrozumiale wyrazić. Piszemy uczuciami, a nie myślą. Stąd w całej słowiańskiej filozofii tyle zamętu, nieporządku i mętniactwa. Jest to niezwykle zawiła analiza, pełna nieoczekiwanych syntez, w których skrajny realizm pomieszany jest do tego stopnia ze skrajnym mistycyzmem, że wychodzą potem z tego takie utwory, jak „Księgi Pielgrzymstwa”, „Król Duch”, Dostojewski, Tołstoj, nihilizmy i leninizmy. Właściwie mam wstręt do filozofii słowiańskiej. Przede wszystkim wynikło z niej wiele szkód dla sztuki słowiańskiej. Ale cóż na to poradzić. Wystarczy, że Słowianin jest utalentowanym osobnikiem, a już w dziewięciu wypadkach na dziesięć bierze się do filozofii. Gdy czytam drugą część listów Słowackiego do matki, mam zawsze ochotę powiedzieć: „Julek, jak pragnę zdrowia twojego i mojego, zostaw to i weź się do uczciwego pisania”. W „Wojnie i pokoju” miałbym ochotę powyrywać sporą ilość kartek i poprosić: „Hrabio, w to miejsce trochę opisów, coś w rodzaju Napoleona pod Smoleńskiem lub opisu bitwy pod Borodino”. Niestety i hrabia Lew, i Juliusz, i Cyprian, i Wielki Adam, i inni Wielcy Słowianie nie potrafili uchronić się od tej wielkiej choroby. Można niemal przyjąć za regułę, że u Słowian poeci i pisarze stają się filozofami, co szkodzi literaturze i filozofii, podczas gdy na zachodzie występuje często odwrotne zjawisko – z odwrotnym skutkiem. Filozofowie stają się tu często poetami lub pisarzami, co wzbogaca literaturę i uprzystępnia filozofię. Szereg wielkich piór we Francji czy w Anglii, to filozofowie pisarze, a w wielu wypadkach poeci myśli – myśli jasnej, prostej, ludzkiej i wspaniale wyrażonej.

[…]

Bo człowiek jest wiecznym atomem ulegającym rozbiciu, które wyzwala coraz to nowe siły. Czasem wydaje mi się, że cały kierunek współczesnej myśli jest jednym wielkim absurdem. W odniesieniu do człowieka nie może być mowy o systemie i – co gorsze – o WIERZE w system. Człowiek, to wieczny pożar. Trzeba go gasić tak, jak pożar, to znaczy, jak się da. Być może, że i w gaszeniu pożaru jest wiele systemów, ale w rezultacie nie przydają się one na wiele, bo nic nie pali się nigdy według jakiegoś systemu. Człowiek, ta odwieczna niespodzianka, nie da się ująć w system. Jeżeli dziś ktoś zapytałby mnie w jaki ustrój, ideologię lub system wierzę, byłbym w kłopocie. Nie wierzę w żaden ustój, wszystkie ideologie mam gdzieś i systemami w odniesieniu do człowieka pogardzam. Byłbym raczej skłonny odpowiedzieć, że wierzę w każdy ustrój, ideologię czy system, w którym jest naprawdę mowa o człowieku. Pozwolić człowiekowi ŻYĆ – oto jedyny system i ideologia. Pozwolić żyć, a nie KAZAĆ żyć, zostawić mu wybór celu jego życia, a nie narzucać mu go z góry. I skończyć z gloryfikacją śmierci.

[…]

Jako przykład do naśladowania podaje on swoim Niemcom – Rosję. Mówi o kobietach Leningradu. Rosja. Gigantyczny wysiłek człowieka termita. Podziw, bezgraniczny i bezkrytyczny podziw ogarnia dziś wszystkich. Bo tam, pod Uralem i za Uralem, w potwornych fabrykach, zakładach i obozach tysiące niewolników-termitów kuje broń dla termitów-wojowników, by pokonać innego termita i cały świat zamienić w wielką termitierę. Czym jest tam człowiek? Nie podziwiam niczego. Wolę podziwiać ptifurki [z fr. petits fours - drobne, kruche ciasteczka - przyp. aut.] i te ładne, młode dziewczyny, nie broniące żadnego Leningradu, dla których jedynym Leningradem jest łóżko. I tak powinno być.

[…]

Idąc dziś do naszej nadwornej łaźni na rue de Charenton, kupiłem po drodze „Colonel Chabert” Balzaca. Przeczytałem jednym tchem. Jest to długa nowela, a nie powieść. Czym jest Chabert, ten pułkownik napoleoński, który uznany za zmarłego w bitwie pod Pruską Iławą, wygrzebuje się z dołu pełnego trupów i po latach tułaczki na piechotę poprzez całą Europę przychodzi do Francji? Widmo wielkiej i krwawej epopei. Ruina człowieka walcząca z życiem, które już nie jest dla niego. Dla otoczenia, to czkawka krwią, dla niego samego, to sen kończący się obłąkaniem. Ilu takich Chabertów zrodzi ta wojna? Sama wojna jest okropna, ale jej rezultaty jeszcze straszniejsze. Jak długo po tej wojnie każde ze społeczeństw będzie pełne tych ruin ludzkich? Ruin byłych wojskowych, ruin byłych jeńców, ruin byłych deportowanych, rozbitych rodzin, umarłych uczuć i wybitej z toru młodzieży? A nad tym rozpięta pomimo wszystko aureola legendy, epopei. Każda nowa wojna rodzi się z legendy o poprzedniej wojnie. Każda wojna jest tylko dalszym ciągiem tej pierwszej. Kto wie, czy zabicie Abla nie zostało przybrane w jakąś legendę, która uwiodła następnego Kaina. Mit, legenda poświęcenia, epopeja śmierci nęci każde nowe pokolenie. Za kilkanaście lat Stalingrad będzie tym krzakiem gorejącym, z którego obrazem przed oczami nowi młodzi zechcą iść naprzód, na stracenie. Błędne koło.

[…]

Czasem przyjeżdża P., inżynier i filozof. Mówi cicho i miarowo. „Więc co, sądzi pan, że Anglicy i Amerykanie pozwolą Rosji wejść do środka Europy?” Uśmiecha się. „Pozwolą. Nie miejmy złudzeń. Będą czekać, aż umrze Stalin i potem – zobaczą”.

[…]

Myśl szuka odpowiedzi i tłucze się bezradnie w ramach jałowych rozumowań. Wojna? Nie. Wojna nie może być przyczyną, bo wojna jest zawsze tylko skutkiem. Jest tylko objawem długo tajonej choroby. Skutkiem czego? Kapitalizmu, kryzysów, przesunięć w układzie społecznym? Tak, ale… Ale czym dalej się idzie, tym bardziej wszystko się wikła, tym większa tworzy się próżnia. Gdzieś dalej kończy się siła rozumu, cała inteligencja zawodzi w zetknięciu z rzeczywistością. Człowiek nie rozumie i poddaje się. Tymczasem to wszystko musi mieć jakiś sens, musi się z czymś wiązać. Poddanie się, „niemyślenie”, wystarczają tylko na krótki okres. Następne ukłucie rzeczywistości budzi znowu tę samą myśl. W „niemyśleniu”, w poddaniu się, jest coś upokarzającego. Dziś, w tej epoce, w której człowiek zaczyna się wstydzić tego, że jest człowiekiem, poddanie się myśli, powiedzenie sobie „nie rozumiem” poniża jeszcze bardziej, zbliża jeszcze więcej do zwierzęcia, którym stawał się każdy z nas już od dawna. Nie czuliśmy tego – dziś widzimy! Bo jeśli nawet dziś miliony ludzi nie stały się jeszcze zwierzętami, to grozi im to w najbliższej przyszłości. Jesteśmy w okresie „odczłowieczenia” przyspieszonego. Do czegóż, u diabła, doszliśmy?

[…]

Prawdziwe zrozumienie czegoś opiera się zawsze na ustąpieniu, na zrezygnowaniu choćby tylko częściowym z tego, co uważało się dotychczas za prawdę – celem poznania nowej prawdy. Zrozumieć oznacza upokorzyć się. Zrozumiemy bolesność tych uderzeń, zrozumiemy, że jeśli dziś nie zrozumiemy, to jedynie dlatego, iż mimo woli lub dobrowolnie nie chcemy ustąpić i zrezygnować z pewnych prawd, wśród których wzrośliśmy i którymi nas wykarmiono. Otępienie i ogrom zdziwienia, ogarniające nas dzisiaj w zetknięciu z rzeczywistością, są wprost proporcjonalne do siły oporu, jaki stawiamy w oparciu o wszczepione nam „tabu” lub po prostu dogmaty. Bo wiek nasz, ucząc myślenia, którego podstawą był sceptycyzm wobec wszystkiego jako uosobienie wyzwolenia, zakuł nasz umysł w nowe kajdany dogmatów lub tak zwanych „prawd niezaprzeczalnych”. Cały przebieg konfliktu myśli, rozgrywającego się w zetknięciu z obecną rzeczywistością, świadczy prawie na pewno, że tak jest w istocie. Człowiek opierający się na jakichkolwiek dogmatach, reaguje na nowe myśli lub zjawiska, obalające jego dotychczasowy system myślenia lub wyznanie wiary, w sposób zawsze ten sam: przyjmuje je, lecz nie może się z nimi pogodzić. Jest to irracjonalne zaprzeczenie istnienia czegoś, co samo narzuca się – jest to chęć odwrotu od rzeczywistości, strach przed rozpadnięciem się w gruzy tego, co dotąd uważało się za niezniszczalne. Może nic nie wyrządziło na świecie tyle krzywdy, co ta tchórzliwa (często także interesowna) chęć odwrotu od rzeczywistości.

[…]

W każdej walce z dogmatem lub w okresie walenia się go niezależnie od naszej woli, następuje powszechny zamęt, utrudniający jakie takie zrozumienie wyłaniających się rzeczy, gdyż następuje nie starcie się myśli z myślą, lecz myśli z uczuciem. Najburzliwsze okresy zarówno w życiu zbiorowości jak i w życiu jednostki, są zawsze okresami walenia się dotychczasowych, absolutnych wierzeń – uczuć. Obrona uczuć nie zna kompromisów i nie zna rozsądku. Stąd bezwładny opór konserwatystów, bo zwykle nie bronią oni myśli, lecz uczuć. Wszyscy jesteśmy dziś konserwatystami, a obrona, ślepa obrona dogmatów zaciemnia nam obraz. Wszyscy jesteśmy wyznawcami dogmatów postępu w najfałszywszym znaczeniu tego pojęcia, wiary w człowieka i w automatyzm jego rozwoju, fanatykami dogmatu materii i liczby. Nie możemy zdecydować się na obalenie ich, bojąc się zerwania z najdroższymi wierzeniami. Bronimy złudzeń i nie możemy zrozumieć rzeczywistości. Nie potrafimy umieścić faktów w żadnym planie, gdyż każda myśl potyka się o wierzenia, w których nas wychowano i które już nie wystarczają. Rozum pląta się, broni straconych pozycji i drepta w miejscu. Nie możemy uwierzyć, boimy się przyznać do bankructwa, do bankructwa wszystkich ideologii.

[…]

Bo dziś wszyscy uginamy się pod ciężarem „praw natury” i ideologu wymyślonych i zmyślonych przez tych wszystkich, dla których człowiek, ten zwykły człowiek, stał się niewygodny. Człowiek przez wielkie „C’, to największa zawalidroga we wszystkich systemach i ideologiach. Uginamy się pod brzmieniem „praw”, „systemów” i „ideologii” zupełnie już dzisiaj fałszywych. Pędzimy jak maszynista w lokomotywie, wpatrując się jedynie w manometr i w szybkościomierz. I wzrasta tylko ciśnienie, i wzrasta tylko szybkość. Nic, poza tym.

[…]

Francuz pozostaje fanatykiem prawa, sztuki dla sztuki, przywiązując znaczenie do każdego słowa i każdej litery, gdy chodzi o prawo lub jakąś ideę. Ta łatwowierność „polityczna” jest właściwie dosyć niespodziewana. Tylko dzięki niej tyle rządów i tylu mężów stanu mogło tu bezkarnie tyle nakłamać, tyle naobiecywać i tyle nie wykonać, co we Francji. Przy każdej zmianie rządu, przy każdej mowie jakiegoś dygnitarza, Francuz łapczywie chwyta patos i obietnice reform, na zewnątrz często kpi, lecz w głębi WIERZY. Nic nieznaczącą zmianą jednej osoby w gabinecie gasi się tu rewolucyjne wrzenie ogółu. Bo Francuz wierzy – wierzy, że zewnętrzna zmiana, forma, zmieni wszystko. Tak stało się i teraz. Francja, odnalazłszy swe błędy tylko w formie, postanowiła odrodzić się formą i reformą w formie. Niemiecka siła zaimponowała, pruska organizacja olśniła, zwierzęce i trzodne posłuszeństwo narodu, który nie tylko tworzy prawa, ale co gorsze, wykonuje je jak najdokładniej, uderzyły Francji do głowy. I zaczął się taniec, zaczęła się makabryczna groteska. Balzac w swoich „Les employés” powiada, że we Francji jest około 40 000 urzędników. To znaczy w roku 1840 w całej Francji urzędoli czterdzieści tysięcy osób, tworząc administrację, o której Balzac powiada, że za 60 milionów franków pensji, płaconych tym urzędnikom la France obtient la plus fureteuse, la plus méticuleuse, la plus éaivassière, paperassière, inventorize, contrôleuse, vérifiante, soigneuse, enfin la plus femme de ménage des Administrations connues [Francja zyskała – spośród wszelkich rodzajów administracji – gosposię w całym znaczeniu tego słowa: wszędzie najdokładniej myszkująca, najbardziej drobiazgową, najskrzętniej zapisującą i baczną na każdy świstek, wiecznie sporządzającą inwentarze, kontrolującą, sprawdzającą, skrupulatną]. Tak, ale w roku 1914 Francja liczy już osiemset tysięcy urzędników, w roku 1924 milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy, a dziś przeszła dwa miliony, podczas gdy liczba mieszkańców od czasu Balzaca wzrosła we Francji nieznacznie i być może, że w tej chwili jest taka sama wskutek nieobecności trzech milionów jeńców i miliona deportowanych. To, co rozpętało się w tej chwili, przekracza ludzkie wyobrażenie. Miałoby się ochotę powtórzyć za G. Ferrero: „Faszyzm, który obiecał eksterminację biurokracji, skończył na tym, że ją jeszcze bardziej powiększył, ponieważ wszystkie rewolucje skończyły się na tym, iż pomnożyły liczbę urzędników” (choćby z tego powodu należałoby unikać rewolucji. Warto). Francja pływa i tonie w morzu ustaw, praw i papierów, rozporządzeń i obwieszczeń, regulaminów, edyktów i dekretów wykonywanych przy pomocy ponad dwóch milionów urzędników, którzy ograniczają się jedynie do ścisłego przeprowadzania ich pod względem formalnym i zewnętrznym, zamęczając papierami, deklaracjami, formularzami, kwestionariuszami i biuletynami 38 milionów ludności, która całkiem słusznie stara się niczego nie wykonywać.

[…]

Francuz, bardziej aniżeli każdy inny Europejczyk czasów obecnych, zachował w głębokich pokładach swej podświadomości tę mentalność chrześcijańską, której nutą przewodnią jest fundamentalny dualizm Bóg-Natura, lub wyrażając to w dwóch pojęciach będących wykładnikami tych dwóch poprzednich – Duch-Ciało – z akcentem wartości spoczywającym na Duchu. Wieki Średnie, obdarzone witalnością, której żadna problematyka nie jest w stanie podważyć, potrafiły zrealizować na tej podstawie bogatą syntezę życiową. Ustaliła się ona w tej epoce pod postacią pewnego rodzaju równowagi. Renesans «wydał się» rehabilitacją natury – i istotnie objawienie natury, zaniedbane dotąd, datuje się od tej chwili. Lecz w rzeczywistości Duch odkrył w Naturze jedynie nowy i pasjonujący «przedmiot» w ten sposób, i w rezultacie jedynie sam Duch skorzystał z tego kierunku, którego wyniki szybkie i uwodzicielskie pochlebiły mu złudzeniem wszechpotęgi. We Francji Pantagruel Rabelego, będący programem wychowania i nawet formacji nowego człowieka, jest pierwszą książką pozwalającą dostrzec tę nową i niebezpieczną pochyłość, na jaką weszła spirytualizacja. I jakkolwiek typ człowieka idealnego, którego wzorowy obraz przedkłada nam Rabelais, jest jędrny i zdrowy, to jednak cechą charakterystyczną Pantagruela nie jest wcale intensywne życie duchowe, lecz znacznie ciaśniejsza rzecz, a mianowicie apetyt na «wiedzieć», na masywne «wiedzieć», w którym ilość jest ważniejsza od wartości. Tak to Renesans, w rzeczywistości, zaakcentował w Europie Zachodniej tradycyjny dualizm Duch-Ciało i podkreślił w nim przede wszystkim ukryty brak równowagi. W miarę jak wartości duchowe były reprezentowane – proporcjonalnie do osłabienia się witalności, zarysowującego się od tego czasu – przez indywidualności mniej jędrne, brak równowagi na korzyść Ducha stawał się coraz to bardziej oczywisty. Przyczyną tego jest przede wszystkim fakt, że coraz bardziej rozum lub nawet sam intelekt, były dla świadomości całością ducha.

[…]

Sowietyzm w swych początkach oznaczał powrót do stanu ducha reprezentatywnego dla Rosji z XV wieku, zaledwie trochę zmodernizowanego przez zapożyczenie się w ideologii XIX wieku i który w dalszym ciągu, w coraz to silniejszym stopniu, stał się ustrojem despotyzmu azjatyckiego bardziej krwawego, bardziej uciskającego, bardziej antyliberalnego, aniżeli ustrój Tamerlana. A niemniej mocne głowy francuskie upierają się przy tym, aby nie widzieć wszystkich rzucających się w oczy faktów i wierzą dalej w możliwości rozwoju w sensie ich ideału, podczas gdy żadna przesłanka realna nie poprzedza tego rozumowania. I jeżeli André Gide po swoim powrocie ze Związku Sowieckiego przyznał się do swojego rozczarowania, to jednak upiera się przy tym, że rozwój, który on opłakuje,’ stoi w związku z witalną zasadą sowietyzmu. Jest mi wiadome, że nie chodzi tu wyłącznie o racjonalizm przestarzały i zastygły w pewnych sztywnych przesądach, który na przykład gdzie indziej wytworzył taką samą niezdolność widzenia i rozumienia tego, co nie zgadza się z tymi przesądami, wytworzonymi przez nadmierną mechanizację krytyki (Niemcy). Wiem dobrze, że jest to także spowodowane szczerym idealizmem lewicowym, ślepą wiarą, biorącą swe natchnienie w tertuliańskim «credo qui absurdum», jak również autentyczną pasją rewolucyjną, która na skutek dziedziczności psychicznej, a więc konserwatyzmu, nie potrafi spoglądać nawet w najdalszą przyszłość inaczej, jak tylko w oparciu o hasła odziedziczone po Rewolucji. Lecz nie przeszkadza to wcale, że rezultaty emocjonalnego irracjonalizmu francuskiego zbiegają się w sposób osobliwy z rezultatami zmechanizowania intelektualnego i moralistycznego Amerykanów. Przyznam się, że rozmawiając o tych rzeczach z inteligentnymi Francuzami często miewałem wrażenie, że rozmawiam z termitami ludzkimi: istoty nadzwyczaj inteligentne, o starożytności tradycji nie tylko godnej czci, ale wprost nieporównanej, istoty wyrafinowane – które jednak zatraciły poczucie światła od epoki węgła kamiennego począwszy. Wiadomo, iż termit żyje całkowicie schowany przed słońcem i że najsłabszy promień zabija go na miejscu.

[…]

Francja wchłonie i przyjmie każdego, kto przyjmuje ją – na innych dąsa się i obraża, traktuje jak barbarzyńców. Nie ma w tym zaczepnej brutalności Niemców, wyzywającej do walki, żadnego „Drang”. Francuz jest jak ślimak. Urażony w najczulszy koniec swego rożka posłannictwa, chowa go, kurczy się i zamyka w skorupie d’une indifférence aimable [grzecznej obojętności]. Ale na pierwszy odgłos Vive la France, wykrzyczany przez byle kogo, gotów jest wyskoczyć nie tylko ze skorupki, ale z własnej skóry. Jest to może jedyna okoliczność, w której Francuza opuszcza na chwilę materializm.

[…]

De Maistre [Joseph, sabaudzki filozof polityczny, urzędnik, wolnomularz i dyplomata – przyp. aut.] mówi o języku, o jego wyższości. Słusznie. Ale i tu zapomina powiedzieć, że – jak we wszystkim – tak i w tym Francja miała szczęście i że jeżeli objęła przewodnictwo w tylu dziedzinach i przez tyle wieków nad całą Europą, a nawet światem, to dlatego, że była PIERWSZA. Jak Grecja w swoim czasie. O tym nie można zapominać, a niestety prawie zawsze się zapomina. Francja, będąc w Europie wynurzającej się z tak zwanych „mroków średniowiecza” pierwszym organizmem narodowym najbardziej zespolonym i jednolitym, połączona najlepiej zachowanymi więzami duchowymi z Rzymem, weszła do historii nowożytnej z olbrzymim handicapem. Francja już dawno wystartowała w tym biegu kultury i cywilizacji, podczas gdy inni zbierali się dopiero na starcie. Gdy Francja pisała, inni nie umieli jeszcze dobrze mówić. Gdy Francja zaczęła myśleć, inni klepali bezmyślnie pacierze. Gdy inni nauczyli się myśleć, Francja umiała już wypowiedzieć to wszystko, czego tamci nie potrafili. To wszystko jest prawdą, ale jest prawdą nie dlatego, że wdały się w to siły nadprzyrodzone, ale dlatego, że Francja była pierwsza i długo biegła na przodzie. Dziś inni dopędzają ją, wyprzedzają, lecz ona tego nie widzi i nie chce widzieć – na pewno ku skrytej rozpaczy bardzo wielu.

[…]

Jasność, trafność, brak nizin i brak wyżyn, takt, równowaga, wzór dla innych, wysoka jakość idąca w parze z ilością, wreszcie to, o czym mówi de Maistre, a co l’Abbé Troublet określił najlepiej mówiąc o Voltairze, to jest „doskonałość przeciętności”. Sumując te wszystkie właściwości, dodając do nich granicę i stałość, otrzymamy wielką sumę – un grand total – RÓWNOWAGĘ. Francja jest krajem, może jedynym w obecnym świecie, który osiągnął równowagę i potrafił ją utrzymać pomimo wszystkich ataków, przypuszczanych na nią z zewnątrz. Do diabła – Francja w tej chwili, w pełni okupacji, utrzymuje równowagę. Cała jej literatura i myśl, całe jej pojęcie człowieka jako takiego, cała jej kultura wreszcie, wypływa w prostej linii z równowagi. Inni – poszukując jej ciągle – siłą faktu przyjęli tę równowagę za wzór. Dopóki każdy z narodów szukał jej na sposób francuski, znikły dysonanse. Gdy jednak zaczęto jej szukać na swój sposób, co jest może bardziej zrozumiałe i zgodne z naturą – powstały zgrzyty. Cała literatura francuska jest wyrazem równowagi (razem z Marquis de Sade) – równowagi osiągniętej i osiąganej coraz to bardziej kosztem myśli, ale za to równowagi wprost zadziwiającej. Sam język jest już w wielkim stopniu czynnikiem tej równowagi, bo język ma olbrzymi wpływ na kształtowanie się charakteru i myśli każdego narodu. Język francuski będąc już właściwie „skończonym” od dawna, ustalonym tak jak łacina, z której wyszedł, doszedł do szczytu w XVIII wieku i – zatrzymał się. Stanąwszy, wytyczył myśli granice, poza które ta nie jest w stanie wyjść inaczej, jak tylko kosztem ustępstw na niekorzyść języka. To on ustalił pojęcie „granicy” i „stałości” nierozdzielne z naturą francuską. I tu Francja była pierwszą. Rozporządzając językiem najwcześniej skrystalizowanym i jednolitym spośród wszystkich narodów świata nowożytnego, francuski stał się tym, czym łacina dla Średniowiecza. Ale co raz okazało się doskonałe, nie jest zawsze doskonałe. A właśnie Francja w to wierzy. Francja pierwsza odkryła człowieka, znowu pierwsza określiła go najlepiej w czasie i przestrzeni. To właśnie to, o czym mówi de Maistre na końcu swojego fragmentu, mówiąc o Rewolucji i jej powodzeniu. I na tym pojęciu człowieka Francja zatrzymała się. Uznała, że i tu szczyt został osiągnięty, że człowiek pozostaje zawsze taki sam.

[…]

W całym procesie Renesansu, w odkrywaniu natury i człowieka, Francja wzięła z człowieka jego najbardziej uchwytną część – rozum. Rozwój człowieka zidentyfikowała z rozwojem rozumu. Francuski esprit, czyli duch, ma w sobie znacznie więcej pierwiastka rozumu niż gdzie indziej. I po tej linii poszedł jej rozwój, po tej linii poszła jej równowaga. Równowaga francuska, która jest nie tak bardzo równowagą ducha, co równowagą rozumu, stworzyła tu typ człowieka, w. którym rozum zabił ducha lub wyrażając się mniej jaskrawię – typ człowieka, w którym rozum poskromił to, co reszta świata, i nawet Anglosasi, uważają za ducha. Toteż Francja i Francuz są najbardziej zrównoważonym krajem i człowiekiem. Ta racjonalizacja, to u-rozumowanie wszystkiego zostało posunięte tak daleko, iż stało się irracjonalnym, dogmatycznym. Francja utknęła w irracjonalnym racjonalizmie, w „credo qui absurdum”, w nieskończonym wierceniu się w bardzo skończonej przestrzeni jej horyzontów myślowych. Popadłszy w automatyzm rozumu, w myślowy system Forda, zagrożona jest ślepotą. I istotnie – Francja coraz bardziej przestaje widzieć, coraz bardziej przestaje dostrzegać całość, coraz gorzej rozumie problem współczesnej ludzkości. Zdezorientowana – ucieka w przeszłość, elle réfuse le présent [porzuca teraźniejszość].

[…]

Anatole France [poeta, powieściopisarz i krytyk francuski – przyp. aut.] w swoich wspomnieniach z dzieciństwa i snujących się jak mgła, może najlepiej określa to wszystko, co rzuca tu urok na każdego, kto potrafił rozpłynąć się i poddać tej atmosferze: „… poznałem prawie te same odgłosy i kłopoty Paryża, które Boileau opisywał około 1660 roku na swym stryszku w Palais. Tak jak on, słyszałem i ja pianie koguta, rozdzierające świt w środku miasta. Na Faubourg Saint-Germain czułem zapach stajni, widziałem dzielnice, które zachowały swój wiejski wygląd i urok przeszłości. Miłość przeszłości jest człowiekowi wrodzoną. Przeszłość porusza najcieńsze struny małego dziecka i starca… A jeśli poszuka się, dlaczego cała wyobraźnia ludzka świeża lub zwiędła, smutna lub wesoła, zwraca się ku przeszłości, by wniknąć w nią z ciekawością, to odnajdzie się bez wątpienia tę prawdę, iż przeszłość jest naszą jedyną przechadzką i jedynym miejscem, w którym możemy wymknąć się naszym codziennym zmartwieniom, kłopotom – w którym możemy uciec sami przed sobą. Teraźniejszość jest jałowa i pogmatwana, przyszłość ukryta. Całe bogactwo, cały przepych, cały wdzięk świata tkwi w przeszłości…”.

[…]

Wolność? Francja przeszła od swobody robienia tego, co się komu podoba, do swobody NIEROBIENIA tego wszystkiego, co bezpośrednio nie dogadza i co musi krępować, gdy nie ma się wewnętrznej dyscypliny. Jest to wolność apatyczna, oportunistyczna, coraz mniej twórcza i nieruchawa. Wolność XVIII wieku dostosowana do typu człowieka zupełnie odrębnego, wolność ducha przede wszystkim, zamieniła się tu w pewnego rodzaju niewolę ducha, spętanego ciągle tym samym, w kółko powtarzanym ideałem. Francja łudzi, odmawia mechanicznie jakiś różaniec jakiejś wolności i jakichś sloganów pożartych przez mole, odnawia antyki i ślepnie. Wczoraj telefon od przedstawiciela rowerów „Gnome et Rhône”, iż nareszcie zdobył dla mnie dwa rowery. Czekam na nie już od września zeszłego roku. Były one moją idée fixe – nie wiem, czy dlatego, że rzeczywiście są to świetne rowery, czy też dlatego, że je bardzo trudno dostać i dlatego tak mi na nich zależało. Trudność otrzymania różnych rzeczy wytwarza zupełnie makabryczny snobizm. Zapalniczka „Dunhill”, rower „Gnome et Rhône”, ubranie z „angielskiej” wełny, papieros „goût américain” [smak amerykański] itd. zabijają w człowieku teraz cały zmysł równości i „bezklasowości”. Śni się, żeby mieć to i to, żeby mieć coś, czego nie ma kto inny i czuć się – czymś lepszym. Prawdopodobnie w tym świecie jedynie Ameryka potrafi zrównać ludzi naprawdę, bo daje im to, o czym nam się tylko śni i co ma tylko niewielu. Niedostatkiem najlepiej propaguje się klasowość. Rosja zdołała już wytworzyć prawdopodobnie gorszą masowość niż gdziekolwiek indziej. A teraz z „pagonami” i „dieńszczykami” – ho, ho – „tak łażiś i pomieraj, tawariszcz”. I ci zwykli „tawariszczi” pamierają. W każdym razie ja mam dwa rowery jak malowanie i uspokoiłem się na jakiś czas. Od razu rano zawiozłem opony i dętki do umówionego bistra, gdzie czekał już na mnie poczciwy Mr. Sepot. Te opony i dętki skupowałem już w zeszłym roku, co wcale nie było takie łatwe. Wydobyłem je dzięki pertraktacjom z taksówkarzami rowerowymi, dzięki niezliczonym spotkaniom w tajemniczych bistrach na Belleville i innym handlom czarno-wymiennym. Pasjami to lubię. Będzie cholernie nudno, jak już będzie można wszystko kupić normalnie. Pozostanie wtedy tylko kokaina i morfina, komunizm i inne „stupéfiants [z fr. narkotyki – przyp. aut.].

[…]

Stąd dwie pokusy europejskie, charakteryzujące nasze stare kraje: z jednej strony nacjonalizm, to znaczy podbój i podział terytoriów, z drugiej strony rewolucja, to znaczy podział lub pokusa podziału bogactw, czyż nie jest to widok, który stwierdzamy wokół nas?” Jeszcze jaki widoczek. I do tego doszły teraz jeszcze „ideologie jedyne i prawdziwe”. Wymyśla się tyle szczepionek, a nie można wymyślić żadnej szczepionki antyideologicznej i antynacjonalistycznej. I mówi się potem, że żyjemy w wieku postępu. Jakaś przyszła Liga Narodów powinna cały swój wysiłek skoncentrować na wynalezieniu gazu antyideologicznego. I jak tylko w jakimś kraju zaczną wznosić się niebezpieczne miazmaty nacjonalistyczne czy ideologiczne, trzask – kilka bomb z gazem przyjemnie pachnącym. Na zapach proponuję „Chanel 5”. Wszyscy mężczyźni rozejdą się od razu w poszukiwaniu czegoś do łóżka, młodzi zaczną marzyć o miłości i będzie spokój. Zamiast jakiejś moralności czy etyki, uczono nas idealizmu. Cały ten idealizm, a raczej „ideologizm” – ludzi już nie wychowuje się, ich się tresuje w ideologiach – wzbudza we mnie ostatnio jakiś huragan protestu. Kiedyś pęknę. Tymczasem staram się trochę uczyć. Pojęcie ludzkie przechodzi, w jakiej ciemnocie nas wychowywano. I te prawdy przez wielkie „P”, które mogą stanowić ciekawy materiał antykwaryczny, były i są nam podawane bezustannie jako żywa i „naukowa” nowość. I to wszystko do pustych brzuchów. Jak się jest głodnym, to łyka się byle co, nawet ideologie.

[…]

„Gdy przejechaliśmy dawną granicę sowiecko-polską, poczułem, że Europa się skończyła”. Zauważył to on, zwyczajny robotnik, niespecjalnie inteligentny, podczas gdy tylu nie chce dojrzeć tej jednej prawdy, że Rosja nie jest Europą, że dzieli nas przepaść kulturalno-duchowa, nie dająca się w żaden sposób wyrównać, że Rosja, to barbarzyństwo, chamstwo i wschód, pomimo całego jej postępu materialnego, i to bardzo jednostronnego. Anglosasi twierdzą, że należy zrobić wszystko, aby pozwolić Rosji wyjść zza drutu kolczastego i „zeuropeizować się”. Obawiam się jednak, że to raczej Europie i nawet Anglii grozi „zbolszewizowanie się”, skoro cała Europa, Anglia i Ameryka nagle „odkryły” Rosję i rozdziawiają gębę. Jest przed czym. Jeżeli czuję nienawiść do tego ustroju, to nie z powodu żadnych uczuć klasowych, ale po prostu dlatego, że czuję nienawiść do wszystkiego, co stara się zabić osobę, mnie jako takiego, jako jedyny egzemplarz, i śmierdzi z daleka termitem i kolektywem, ciemnotą i chamstwem „jedynej i prawdziwej ideologii”. Keyserling [Hermann, niemiecki filozof – przyp. aut.] może nie jest wielkim filozofem, ale ma nieraz świetne wyczucie istoty rzeczy. W swojej „Analizie spektralnej Europy” nie napisał o nas więcej niż jedno zdanie, ale to zupełnie wystarczy: „Polska jest w stopniu o wiele gwałtowniejszym katolicka i zachodnia aniżeli jakikolwiek inny kraj, właśnie dlatego, iż dzięki swojemu słowianizmowi czuje ona specjalnie różnicę, jaka istnieje między nią a duchem rosyjskim”. Wystarczy. Ja osobiście bardzo gwałtownie wyczuwam różnicę, jaka istnieje między mną a duchem rosyjskim.

[…]

Poznawszy Zachód, dopiero teraz widzę to, co. już w kraju tak silnie odczuwałem, że wprost dusiłem się, widzę, ile straciliśmy i do jakiego stopnia wypadliśmy z szyku, tracąc punkty oparcia. Cała Polska to jest taka bouillabaisse, taki bigos, że czasem można to znienawidzić. Rasowo Słowianie, kulturalnie łacińscy, z temperamentem bizantyjskim (polski bizantynizm, czyli buntownicza czołobitność nadawałaby się do osobnego studium), intelektualnie mieszanina niemiecko-francuska z powiewami do Rosji – jakiś piekielny konkokt, w którym my sami gubimy się bardzo często. Czasem naprawdę mam ochotę powiesić się: Szczególnie po rozmowach z rodakami. Gdyby nie K., z którym pracuję, i wizyty P., który jest akuszerką moich myśli (to nie do wiary, ale ten człowiek był pułkownikiem i do tego inżynierem i nic go nie zdołało ogłupić), to chyba wieszałbym się trzy razy dziennie. Po całej niesamowitej hecy dziewięciu wieków odzyskujemy na chwileczkę niepodległość, piętnaście minut wielkiej pauzy historycznej i po oszalałych wysiłkach stworzenia z tego plemienia jednolitego narodu, historia znowu dzwoni i już zaczyna się następna lekcja. Kto wie, czy nie najgorsza, długie lata matematyki z całkami i różniczkami. Jeżeli Prus mnie zachwyca, to dlatego, że z pobłażliwym i ironicznym uśmiechem odstawia na bok ułana i dziewczynę, skowronki, łany, bławatki, chabry, zające i szaraki i uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim wyznaczeniu materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu.; Naród to nie dach, ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczałtów i masochizmu ojczyźnianego pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie, który dla nas nie jest Bogiem, lecz carem (to się jeszcze nie skończyło – to się zaczyna), ale także i fundamenty. Te fundamenty, o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne jak wszystkie fundamenty na świecie. Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej. Jestem „grudniak” i „zimniak” i nic z tego koncertu nie rozumiem. I nic nigdy nie napawało mnie większym strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie do pustych brzuchów i szczęście tak zwanych „przyszłych pokoleń”. I kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego.

[…]

Epatujemy się obcymi pisarzami, ale jak jakiś nasz pisarz napisze coś i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów), to on jest zły Polak. Jak Conrad, który raz wreszcie wpadł na świetną myśl pisania po angielsku. I nie o strzechach i malwach. I pomimo że zrobił dla Polski więcej reklamy niż nawet Sienkiewicz, to Orzeszkowa uważała za stosowne mu nawymyślać. I nawet ludzie, którzy się nim zachwycali, nie potrafili jednak robić tego bez jakiejś głębinowej pretensji, „że nie wrócił”. Nie wrócił, bo mu się lepiej podobało w Anglii i każdy człowiek powinien mieć prawo żyć tam, gdzie mu się najbardziej podoba. Są tacy, dla których Koluszki albo Radom jest wszystkim i bardzo to szanuję, ale są tacy, którzy wolą włóczyć się po świecie i znajdują w tym świecie więcej niż w Koluszkach lub w Radomiu. I wtedy mówi się ze świątobliwym oburzeniem: „kosmopolita”, czyli prawie – Żyd. A czy może być coś gorszego – tak między nami – niż Żyd? Gdyby komunizm się udał i spełnił wszystkie obietnice, przestałby być komunizmem i dlatego nigdy się nie uda. Cały dowcip w tej „naukowej” ideologii polega na tym, że obiecuje rzeczy niemożliwe, że do us… śmierci można „dążyć”, można „czynić wysiłki”, można „kroczyć ku” bez końca, z fatamorganą na horyzoncie. I ponieważ jest to nieosiągalne, odległe, „dla przyszłych pokoleń”, więc można „wierzyć”. To jest najważniejsze. Grunt to wiara, cały pic jest w tej wierze. To kapiszon naboju komunistycznego. Cały pic jest w tym kapiszonie. Grunt to abstrakcja i bez abstrakcji ani rusz. Wywalono za drzwi wszystkie religie i metafizyki, wszystkie słoiczki z opium i na ich miejsce postawiono „Eintopfgericht” z haszyszu, też dla ludu. I wiara wierzy. Zawieszono wysoko kiełbaskę i każe się skakać. I wiara skacze. Coraz wyżej. I jak już skacze niebezpiecznie wysoko, to się podciąga kiełbaskę wyżej. Bo nie chodzi o to, żeby wiara do tej kiełbaski doskoczyła, tylko o to, żeby coraz lepiej i wyżej skakała, żeby skakała i „dialektycznie”. I tak se skaczemy i będziemy skakać aż do us… śmierci i wszyscy w końcu zamienimy się w koniki polne. I będziemy dopiero naprawdę szczęśliwi jako ludzkość szlachetnie i dialektycznie najzupełniej „zowadzona”, czyli „zinsektyfikowana”. I będziemy se terkać i żenić się z cykadami (samica konika polnego) i będzie byczo. Już się cieszę, ale jeszcze nie wierzę.

[…]

Basia pisze jakiś wierszyk. Jeden z tych jej wierszyków, prostych i dziecinnych. Szuka rymu do „fortepian”. Też pomysł. Mówię: „sobiepan”. – „Jędrek, jakiś ty głupi” – słyszę odpowiedź poetki. Patrzę w niebo i myślę, jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka.

[…]

Jednocześnie odbywa się pogrzeb ofiar przedwczorajszego bombardowania. Na Longchamps został zabity jeden z moich znajomych urzędników z Ministerstwa Pracy. Już starszy pan. Miał w całym swoim życiu dwa zamiłowania: wyścigi konne i Anglię. I zginął na wyścigach od angielskiej bomby. Temat do fraszki dla Swinarskiego. Rozerwało go na strzępki i resztki rozpoznano po szpilce od krawata: złota szpicruta wysadzana małymi rubinami. Wszystko to opowiedziano mi dzisiaj, gdy wpadłem do ministerstwa po jakieś druki i formularze. Dziś jego miejsce za stołem było puste i nikt już nie powitał mnie wesołym: Monsieur André, comment va la Pologne [Panie Andrzeju, jak się miewa Polska]? To on już od kilku miesięcy pytał mnie zawsze, przymrużając jedno oko, jak po wojnie będzie się nazywać Warszawa: „Varsoviebourg ou Varsoviegrad?” Pomimo całej anglomanii bał się, że Anglicy sprzedadzą nas Rosji. Ale o to nie tylko on się bał. Boję się zawsze „Świętego przymierza” między Ameryką, Anglią i Rosją, które zostałoby zawarte w pierwszym rzędzie kosztem naszej niepodległości, jeżeli po tej wojnie o czymś takim w ogóle można będzie mówić. Z relacji naocznych świadków wynika, że na polu wyścigowym znajdowało się gniazdo niemieckiego flaku i jakiś bardziej sportowo nastrojony bombowiec amerykański opuścił się niżej i zrzucił na nie kilka bomb.

[…]

Ale nie tylko Francuzi, lecz nawet wielu Polaków nie chce w to uwierzyć. Jest to klasyczny przykład wiary w iluzję, przykład przemożnego pędu do zakłamania się i do zakłamywania się. Bo Rosja bije Niemców, bo Rosja jest „aliantem”, bo Polska powstanie pewnego poranka – oczywiście Wielka, Silna i Niepodległa (dużą literą nawet w przymiotniku). Na tym i na tysiącu innych przykładów widać zgubny wpływ pijaństwa w mgle ideologicznej. Gdy rozmawiam z ludźmi, ciągle słyszę: „Ależ pan jest pesymistą”. Nie jestem żadnym pesymistą – mam po prostu zwyczaj mówić, że „teatr jest do połowy pusty” wtedy, gdy inni mówią, że „teatr jest do połowy pełny”. Staram się widzieć rzeczy jakimi są i nie stosować do wszystkiego ideologicznej mgły i zadymienia, chorobliwego optymizmu. Ludzie nie chcą myśleć - boją się myśli trzeźwej i raz po raz narażają się na rozczarowania wprost proporcjonalne do stopnia napięcia ich idealistycznego optymizmu, czy jak nazwać tę bzdurę. Jakaś filozofia „happy end’izmu”. Właśnie to zakłamanie jest chorobą naszego wieku i uniemożliwia zupełnie dostosowanie się i nadanie jakiegoś lepszego kierunku temu szaleńczemu pędowi, w który zostaliśmy porwani. Coraz bardziej pogłębia się w ten sposób przepaść między człowiekiem i jego kłamliwymi iluzjami a życiem. Coraz dotkliwszym staje się ból i „cierpienie wieku”. Nie wolno idealizować byle czego, bo wówczas wszystko się wypacza. A ludzie uważają za swój obowiązek idealizować nawet g… Bo to ładnie i przede wszystkim wygodnie. Pozornie. I na krótko.

[…]

Okres powojenny słabszy. Ciągłe szukanie celem nieznalezienia niczego (gdyby się wiedziało, że się coś znajdzie, to szukanie straciłoby cały urok – powiedział mi raz jeden malarz w Krakowie) wszystkich „izmów” w sztuce zakradło się i do jedwabiu. Zimnokrwistość, to cecha całej sztuki między tymi dwiema wojnami. To sztuka wyrażania instynktów – nie uczuć.

[…]

Wolę Balzaca. Ten miał styl. Podobno raz na jakimś przyjęciu u Gavarniego, powiedział: „Chciałbym pewnego dnia być tak znanym, mieć nazwisko tak popularne, tak sławne, w końcu tak pełne chwały, aby upoważniło mnie do pierdzenia w towarzystwie i aby towarzystwo przyjmowało to jako rzecz zupełnie naturalną”. To rozumiem.

[…]

Dziś imieniny mojej matki. Przypominają mi się wszystkie imieniny, które pamiętam od lat dziecinnych. Matka… „Państwo może wychować dziecko”, „Rodzina nie jest czynnikiem koniecznym w wychowaniu” itd., itd. Jakież bluźnierstwa, cóż za kretynizm. To zimno, ten chłód bijące dziś coraz bardziej od ludzi, to zdrewnienie, to wynik obumierania ciepłoty, miłości i miękkości. Ludzie bez matek i bez ojców, ludzie jak cięte kwiaty.

[…]

Co mnie uderza w malarstwie nowoczesnym, to pewnego rodzaju tchórzostwo. Ci ludzie tworzą tak, jakby się czegoś bali, pomimo że każdy stara się nadawać temu cechę śmiałości. Jest w tym jakaś nieprzyjemna hipokryzja. Boją się wszystkiego – światła, rysunku, koloru, z wielu rzeczy przebija paniczny strach przed zarzutem „braku oryginalności”, tej zmory każdego malarza. W konsekwencji ten ogólny strach prowadzi często do większej sztancy i na tle tego mniej bojaźliwi, jak na przykład Dignimont, wypadają oryginalnie, choć może nimi nie są. Ten strach przed brakiem oryginalności jest może najbardziej widoczny w malarstwie i w poezji. No i na pewno w muzyce. Trzy rodzaje, w których forma, czysta forma odgrywa bardzo dużą rolę. I ten wyścig staje się niebezpieczny, bo może doprowadzić do tego, że któregoś dnia zaczniemy się z powrotem zachwycać kiczami. Albo starzyzną. Z całej muzyki nowoczesnej na przykład znoszę i lubię naprawdę tylko jazz. Basia w pewnej chwili powiedziała mi: „Mam wrażenie, jakby to nie było malowane pędzlem, lecz mózgiem i nerwami”. Na pewno – żyjemy w epoce myśli, przede wszystkim myśli. I dlatego i muzyka, i poezja, i malarstwo starają się wyrażać przede wszystkim myśl. Czy im się to udaje i czy w ogóle może się udać, to jest pytanie. W każdej dziedzinie sztuki, w której forma, kształt są zasadniczym składnikiem, wyrażenie myśli jest piekielnie trudne bez narażenia formy (lub tego, co jeszcze ciągle uważamy jako formę) na szwank. Stąd wrażenie dziwactwa. Jedynie proza wychodzi jeszcze z tego obronną ręką. Kto wie, czy kiedyś sztuka nie stanie się traktatem czystej logiki. I wtedy nagle ktoś zauważy, że ciało ma kolor cielisty – i nastąpi wielkie odkrycie.

[…]

Bo wątpienie budzi myśl. Nie – statystyki, głosy uczonych, „najznakomitszych” (kapłani faraonów?) – wszystko proste, jasne, zdefiniowane jak „walka klas”, „prawa historii”, stalowe meble i drapacz chmur. Otumanić, zaczadzić, pozwolić zapomnieć o człowieku. Nie ruszać wnętrza człowieka – na powierzchnię, na powierzchnię, towarzysze. Świat – nowy wspaniały świat. […] A czego Stalin nie powie i co Radio-Moskwa skomentuje stylem wypracowania chłopca z 4-tej powszechnej, to chwyta masa i łaknie „raju”. Łaknie i wierzy. Jakież ubóstwo myśli w tym wszystkim, jaka tępota i dogmatyzm. Płaski, lepki, intelektualnie spocony.

[…]

Mamy skłonność przykładania do wszystkiego miarki „przyzwoitości”, lojalności itp., a nie zwykłych miarek handlowych. Gdy myślę o tym, dochodzę nieraz do zupełnie bluźnierczych konkluzji. Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być „homo sapiens”, należymy do rasy „homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu.

[…]

Człowiek nie chce być wolny, my wszyscy mamy w gruncie rzeczy wolność gdzieś – i to od najmłodszych lat. Ledwo się trochę dojrzeje, już marzy się o kajdankach. I wobec tego znakomita większość wolnościowców – żeni się. Jak niedaleko szukając ja. I potem zaczyna się pieprzenie o wolności. I w imię wolności lata się z wywieszonym ozorem i szuka się koniecznie jakiejś wolnościowej idei. I ponieważ panuje absolutna susza w tej dziedzinie i absolutna ochota na jakieś kajdany, uplecione na ten przykład z róż, więc trzask – wybiera się jakąś ideologię, najczęściej modną (la mode avant tout – moda przede wszystkim) i wkłada się umysł i duszę, i ciało. I przysięga się. Teraz wszyscy są skłonni przysięgać na taki stary szpargał, nazywający się komunizmem. Bo muszą – psiekrwie – w coś wierzyć. A jak w nic nie wierzy, to mówi, że „będzie lepiej” i że „nie ma złego, co by na dobre nie wyszło”. A jak nie będzie lepiej? A jeżeli jest odwrotnie i nie ma tego dobrego, co by nie wyszło na gorsze? Jak na przykład rum. To co? To mam się wieszać albo truć tym gazem à volonté [co jest do woli]? A słońce to pies? A zielone drzewo to takie nic? A mruczący kot na kolanach, to niewarte życia? Koniecznie wiara, co? Wierzę w koty i w rum, i w słońce, i w zielone drzewa, i w wolność. Chcę mieć prawo zdechnąć z głodu, jeżeli sobie nie dam rady. I żyć – na litość boską, żyć trochę tak, jak mnie się podoba, a niekoniecznie tak, jak podoba się jakiejś zas… ideologii. Amen. Mam pragnienie. „Rumu Darby Mc. Graw”, jak wołał kapitan Flint w Savannah. Po czym wykitował. Ale co se użył, to se użył.

[…]

Jakiś Mikołajczyk premierem i jakiś Kwapiński wicepremierem. Moja babcia zapytałaby „a z jakich to?” A ja odpowiedziałbym, jak Madzia Samozwaniec: „A z tych babciu, nie z tamtych”. Ci na pewno nie będą czterdzieści i cztery. Nawet nie dwadzieścia i jeden. Niech żyje rum i marynowane oliwki.

[…]

Wracając z kiosku, zauważam, że do wszystkich pociągów idących w stronę wybrzeża doczepione są z tyłu platformy z działem przeciwlotniczym. Jedziemy z obroną. Na platformie zbudowany jest mały domek ,,fûr die Mannschaft”. Żołnierze gotują, suszy się bielizna. Jakiś Francuz przechodzi obok mnie i zapytuje, jak mi się podoba ten cyrk wędrowny. Odpowiadam mu, że wolę prawdziwy z prawdziwymi małpami. Ruszamy. Pogoda psuje się. Za Chartres burza z ulewnym deszczem. W Le Mans leje. W Sablé deszcz ustał. Dzień jest pochmurny i ciepły. Lubię taką pogodę. Drzemiemy. Po 1-ej dojeżdżamy do Angers. Wychodzimy z dworca. Cichy placyk, na ulicach pusto, niebo pokryte szarymi chmurami. Spokój. Wydaje się, że poza tym miastem nie ma świata. Paryż, gazety, wojna, „Wehrmachtsberichty” – przestają istnieć. Są ulice i uliczki, stary autobus kaszlący i krztuszący się, pusta kawiarnia z ogródkiem, małe bistro i kilku obywateli przy winie. Żadne sanatorium nie jest w stanie uspokoić najbardziej roztańczonych nerwów w tak krótkim czasie jak francuska prowincja. Tu żyją jeszcze resztki życia zrównoważonego, tu żyje się w tej godzinie, jaką wydzwania stary zegar, a nie kilkanaście godzin lub dni naprzód. W tej jednostajności, pozornej monotonii istnienia, nie wygnano Czasu i nie zabito rozmaitości. Nic tu nie jest jednakowe, chociaż wszystko wydaje się takie same. Wszystko jest tajemniczo soczyste.

[…]

Toteż zwykle po obiedzie, gdy siadamy w kącie salonu z kawą i z cygarem, robię mu krótkie wykłady. Słucha uważnie i jak w każdym Francuzie, budzi się u niego pewien rodzaj podziwu czy może raczej szacunku dla intelektu. I – jak każdy Francuz – łapie tylko elementy czysto rozumowe. To ciekawe, że ten naród, mający takie zdolności do analizy, nie rozumie niczego, co potrąca o psychologię lub psychoanalizę. Wydaje mi się, iż popełnia się grubą pomyłkę twierdząc, że Francuzi stworzyli „powieść psychologiczną”. To są powieści analityczne – rodzaj chemii nieorganicznej w literaturze. Jeden Balzac poszedł dalej, wyszedł poza granice sekcji, zimnej i precyzyjnej – i do dziś dnia pozostał niezrozumiały. Cały świat podziwia go za to, czego Francja nie rozumie zupełnie. Obcy entuzjasta Balzaca, rozmawiając z francuskim miłośnikiem tego Freuda dziewiętnastego wieku, posiada wszystkie szanse niedogadania się do końca życia. Francuz podziwia go za to wszystko, co powiedział – my skłonni jesteśmy do położenia nacisku na tym wszystkim, czego on nie powiedział, a co tak wspaniale wyczuwa się. I dialog o Balzacu przypomina szyny kolejowe, które biegną razem do jednego celu, lecz nigdy nie mogą się spotkać. W ogóle wiele rozmów z Francuzami przypomina mi szyny: zdaje mi się, że mnie zrozumiał, a tu okazuje się, iż on tylko biegnie równolegle. Są mistrzami chemii nieorganicznej w dziedzinie człowieka. Chemii organicznej nie są w stanie pojąć. Jest to zupełne zamroczenie jasnością – ten irracjonalny racjonalizm.

[…]

Powoli zapadał mrok. Drzewa, żywopłoty, zamek były płaskie. Wycinanki. Zboża już dawno zżęte i ścierniska stały się popielate. Każde pole i pólko otoczone są czworobokiem żywopłotu, z którego wyrastają powyginane dziwacznie, poskręcane i co rok amputowane na opał dzikie grusze i jabłonie. W oksydowanym mroku wyglądają jak postacie. Usiedliśmy przy drodze. Była taka cisza, że lecący chrząszcz warczał jak silnik samolotu. Opadający liść potrącał gałęzie ze stukiem. Powietrze zamarło i nawet smukłe trawki nie drgały. Mówiliśmy szeptem. Czym bardziej ściemniało się, tym warkot latających chrząszczy stawał się częstszy. Od czasu do czasu nurknął bezszelestnie nietoperz i zapadał aksamitnym lotem pod czarne korony drzew. A na małym pólku, naprzeciwko, toczył się królik. Toczył się jak jajko. Niżej, wyżej… Stanął i słuchał. Za nim wybiegły z żywopłotów dwa inne. Jadły niewyzbierane kłosy. Po chwili wypadło ich więcej. Coraz to nowe dobiegały i pólko zamieniało się w wielką salę uczty. Podskakiwały, toczyły się i zamierały w bezruchu. Wierzyłem, że rozmawiały, śmiały się i tańczyły. Patrząc na to, staliśmy się dziećmi. Szukaliśmy wśród królików jeszcze czegoś… Może wróżki, co zaklęła ten zakątek w ciszę, może małych duszków lub krasnoludków w czerwonych czapeczkach…

[…]

Dostrzegam najwyraźniej paradoks naszych czasów: czym bardziej technika ułatwia ludziom kontakty, zbliża kontynenty, zbliża człowieka do człowieka, dając mu coraz to lepsze środki porozumienia się na odległość, tym to porozumienie słabnie, tym bardziej ludzie stają się sobie obcy. Znika z życia kontakt osobisty – jedyny, wzbogacający i zapładniający. Dziś na każdym kroku między człowieka a człowieka wciska się Rzecz, przedmiot. Łączą się kontynenty, obcość wzrasta, człowiek staje się też przedmiotem. Znika osoba, podmiot.

[…]

Po południu byłem u mera ostemplować rubrykę „départ” w naszych kartach tożsamości. Mr. C. był znowu niezrównany w swojej płaskości. Należy do tej kategorii ludzi, którzy są na „ty” ze wszystkim: z całą nauką polityką, kosmogonią, geografią i solennym tonem wypowiadają wielkie myśli w rodzaju tej, że rzeczą godną uwagi jest fakt, iż wielkie rzeki przepływają u stóp wielkich miast lub wypowiadają światły sąd z zakresu urbanistyki twierdząc, że gdyby miasta budowało się na wsi, to powietrze byłoby w nich na pewno zdrowsze. Dziesięć minut rozmowy, zapach bijący od tej kategorii dwunoga i pałogłowca w jednej osobie, działa na mnie jak zapach letniej wody z cukrem. Nudzi mnie, coś podchodzi mi do gardła. Uwaga Goncourtów, że ludzie tego pokroju pragną mieć w salonie swój portret w mundurze Gwardii Narodowej – w balonie, jest po prostu genialna.

[…]

Czas, to przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Przeszłości już nie ma, minęła – przyszłość jeszcze nie nadeszła, a teraźniejszość; rozpadająca się częściowo w przeszłości i w przyszłości, jest nieuchwytna. I właściwie trzęsą czasy: teraźniejszość rzeczy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Jadąc cichą drogą, zatopiony w jakiejś przedziwnej pełności, czuję specjalnie tę wielką fikcję czasu, nieuchwytność teraźniejszości. W człowieku wszystko jest albo przeszłością, albo przyszłością. Teraz przeżywa się poprzez tamte dwa czasy. Bywają jednak momenty, gdy jest tylko to, co jest – chwile tak krótkie, że nie dające się wyrazić żadną jednostką, a jednak wspaniałe, bo pełne. Jedynie poczucie zupełnej pełności pozwala na uchwycenie tego teraz. Ale w takich chwilach czas w ogóle znika, nie ma go. I może właśnie ta bezczasowość, to zupełne oderwanie się od matematycznego charakteru czasu, wypełnia nas obydwoje czymś zupełnie nieokreślonym, czymś bardzo bardzo bogatym.

[…]

Jest to jak z zagadkami na pierwszej stronie i z odpowiedziami na ostatniej. Przeskoczyć z Paryża do Sajgonu, to spojrzeć na zagadkę i nie zadając sobie trudu, przeczytać rozwiązanie. To przejście od pytania do gotowej odpowiedzi. System ten nie wzbogaca, nie rozwija, nie zmusza do myślenia. Człowiek staje się wówczas istotą najbardziej podobną do pchły, jak mówi Keyserling; żadna pchła nie skakałaby beztrosko, bez pomyłki co do punktu, w jakim ma wylądować, gdyby skacząc, musiała się jeszcze poświęcać kulturze swojego życia wewnętrznego. To, co tworzy jedyność człowieka, to właśnie jego otwartość na świat („Das weltoffenes Tier” ‘Kosmopolityczne zwierzę’ M. Schelera). Ale jak można utrzymać swą otwartość na świat, jeżeli nie jest się w stanie zauważyć nic innego, jak tylko to, co możliwe jest do zobaczenia przy szybkości 500 km na godzinę? Człowiek zamyka się, staje się pchłą.

[…]

Nauczono nas brać wszystko dosłownie, oduczono myślenia „z tolerancją”. Nauczono nas przywiązywać znaczenie do słów, a nie do sensu. Oduczono poszukiwania sensu, myląc słowami ślady rozsądnych poszukiwań. Cały dziewiętnasty wiek nie robił nic innego, jak tylko uczył ludzi przywiązywania znaczenia do słów, wypowiadanych przez wielkie umysły z większym lub mniejszym poczuciem odpowiedzialności. Zabrnęliśmy w ciemny scholastycyzm, który doprowadził do największego, być może, paradoksu naszych czasów: pokolenie wychowane w kulcie rzeczywistości, zatraciło zupełnie jej poczucie. Człowiek dzisiejszy jest w większości wypadków barografem. Jak barograf notuje zmiany ciśnienia, nie wiedząc i nie rozumiejąc sensu zjawisk, których jest wykładnikiem, tak. człowiek notuje tę rzeczywistość, nie zdając sobie głębiej sprawy z tego, co się dzieje. Notuje się rzeczywistość w postaci strachu, cierpienia, beznadziejności, chwilowego odprężenia, przypływu nadziei. Ale krzywa tych zmian to tylko rezultat, to nie rzeczywistość, nie jej istota i sens. Vous savez, Sainte-Beuve powiedział gdzieś: Il faut subir son temps, pour agir sur lui. Trzeba znieść (jak ból, jak mękę) swą epokę, by na nią oddziaływać. Ale nie we śnie, nie w narkozie. Są operacje, których nie wolno robić ze znieczuleniem, nawet miejscowym. Naszej epoki nie wolno operować, usypiając się optymizmem i idealizmem – wyjątkowością. Bo coraz bardziej zaczyna chodzić nie tylko o prawa człowieka, ale o człowieka w ogóle. Jesteśmy sami. Na ścianie tyka zegar, z kuchni dochodzi szczęk zmywanych naczyń. Są rozmowy, które pomimo czarnych konkluzji, do jakich dochodzi się, wzmacniają.

[…]

Dwie doktryny bezosobowe, dwie doktryny Państwa, wyrastające z tego samego korzenia zwarły się w najbardziej zaciekłej walce. Jeżeli zauważy się, że na Zachodzie większość najbardziej krwawych konfliktów jest wynikiem nie starcia się idei z inną ideą, lecz wynikiem walki jednej interpretacji z inną interpretacją tej samej Myśli, która powinna by nas zjednoczyć, zaczynam się zastanawiać, czy nasz okrzyczany materializm nie jest też złą interpretacją pewnych idei, a raczej najwygodniejszą i najłatwiejszą. A może właśnie ten materializm jest przyczyną krwawej abstrakcyjności? Bo chcemy koniecznie uczynić uchwytnym to, co powinno z natury pozostać na właściwym miejscu. Interpretując Ewangelię, wydaje się nam, że czyniąc ją bardziej uchwytną, zbliżamy się tym lepiej do Chrystusa. Tymczasem nie jestem pewny, czy właśnie wtedy nie oddalamy się najbardziej od Boga. Interpretacja „Nadczłowieka” Nietzschego doprowadziła do stworzenia „Podczłowieka”, a interpretacja na wskroś materialistycznej doktryny Marksa spowodowała zabrnięcie w zupełną abstrakcję obudowaną dogmatami, która wyznawcom jej uniemożliwia dostrzeganie rzeczywistości. Zakrawa to po prostu na jakiś szatański dowcip wyrządzony przez materię. Coraz częściej zastanawiam się, czy właśnie ta abstrakcyjność, to znaczy absolutne pragnienie zmaterializowania pojęć i myśli niemożliwych naprawdę do zmaterializowania, nie jest główną przyczyną naszych straszliwych nieporozumień i czy w tym wypadku nie jesteśmy wyznawcami jakiejś oszalałej religii, stokroć bardziej abstrakcyjnej i ezoterycznej od wszystkiego, co w tej dziedzinie wytworzył Wschód. Wschód nigdy nie porywał się na materializację ducha. Może objawia w tym więcej realizmu od nas?

[…]

Rozmawiamy. Będąc we dwoje i sami, najbardziej odczuwamy pełnię wszystkiego. Miłość i przyjaźń… Trzeba tylko rozumieć, zawsze starać się rozumieć. Miłość? – Jak wszystko, tak i to wymaga pracy – zwyczajnej, codziennej. Nawet miłości nie można puszczać bez steru, na wiatr. Nic nie jest tak omylne, jak tak zwane „nieomylne instynkty”.

[…]

Renesans? Renesans zaczął się od utraty wiary, człowiek Renesansu zaczął zastanawiać się, myśleć, krytykować, NIE WIERZYĆ. A my co? My na grandę chcemy wierzyć, chcemy uczepić się jakiejś innej tratwy, odczepiwszy się od religii, tego „opium dla ludu”. I co? I wobec tego narkotyzujemy się ordynarnymi namiastkami. Komunizm jest dziś takim samym „opium dla ludu”, jak kiedyś religia. Ma jednak tę wadę, iż jest doświadczalnie sprawdzalny. I na tym się potknie. Bo jeszcze ciągle wierzę, że człowiek nie jest zupełnym durniem, że pokolenia za pokoleniem, bez końca, nie uda się oszukiwać. Temu młodemu, jadącemu przy mnie po cichej szosie miałbym ochotę powtarzać co trzydzieści sekund: „Przestań wierzyć, gówniarzu. A jeżeli chcesz koniecznie w coś wierzyć, to tylko w to, co doświadczalnie nie da się udowodnić. Naprawdę wierzyć można tylko w Boga, w raj, w piekło, bo tego nikt ci nigdy nie udowodni. Więc wierz i przynajmniej jest już dzisiaj gwarancja, że ta twoja wiara nikomu nic złego nie wyrządzi”. Ale rozmowa z nim jest trudna. On dalej piłuje piłeczką dalą potrafi tylko wkładać pęsetkami małe kawałeczki przez szyjkę do butelki i tam rozbudowywać swoją kapliczkę. Żeby choć model okrętu, zegarek z wahadłem, Chambord w miniaturze, nie – KAPLICZKĘ. Kapliczka w stylu całej wielkiej bzdury XIX wieku.

[…]

Cały problem jest dziś postawiony w sposób zupełnie anormalny. To, co dziś uważa się za pracę, na pewno nie uszlachetnia. Praca w biurach i w zautomatyzowanych fabrykach, ustawiona na cokole, okadzana, otoczona aureolą, upiększana, wyniesiona do specjalnej godności wśród wszystkich innych prac (na przykład plucia i łapania), nie uszlachetnia. Stępia człowieka, zgrubia, otumania do tego stopnia, że ginie w tym rozum i cała korzyść odpoczynku. Umiejętność nic-nie-robienia ginie. Człowiek, który nie potrafi nic nie robić, zamienia się w owada. Tylko zboczeniec może podziwiać pszczołę lub mrówkę. Mnie ich zawsze żal. Do chwili, w której praca stanowić będzie cel sam w sobie, sztukę dla sztuki, dotąd „u-pszczołowienie” i „u-mrówczenie” człowieka nie ma szans zatrzymania się. Coraz mniej ludzi dzisiaj tworzy, nawet prywatnie, po godzinach pracy, coraz więcej odtwarza to, co zostało już stworzone. Popadliśmy w szaleńczy i obłąkany taniec Pracy. Stachanowiec jest symbolem, bóstwem. Nie – zboczenie, pomyłka. Trzy czwarte tego, co z pełnym czułości i obłudy ślinieniem się określa się dziś pracą i otacza mitem, trzy czwarte tego mogłyby wykonywać sprytne szympanse (z ciągłą groźbą strajku szympansów z powodu głupiej pracy) i inteligentne istoty. Nie wolno poniżać człowieka do tego stopnia i uważać tego w dodatku za wspaniałe, jedyne, bohaterskie i krzepkie. Jest to smutna konieczność. Ale jak wszędzie, tak i tu kłamstwo jest potworne, eufemizmy monstrualne, w których taplamy się zanurzeni po uszy. Pod tym względem Francja była zawsze szczera i dopiero teraz, pod wpływem „Nowego Renesansu” siekiera, motyka, piłka, kleszcze są na pierwszym planie. W ogóle coraz wyraźniej czuje się, że skoro człowiek nie tłucze kamieni lub nie jest kanalarzem i ubrudzonym travailleur – nie ma prawa do życia. Epoka świadomego schamienia wszystkiego i wszystkich. Powszechna i potworna demagogia, a nawet moda. Bo i na to jest moda. Moda na Pracę, moda na człowieka pierwotnego, na bête humaine [człowieka[1]zwierzę]. Im więcej chamstwa w narodzie, tym świetniejsza przyszłość. Bardzo możliwe, że to też sposób na odmłodzenie. Rémy de Gourmont powiedział gdzieś, że ciemna masa tworzy w narodzie wspaniałą rezerwę życia. Niestety, nie ma już zupełnie ciemnych mas, bo zrobiono wszystko, żeby uczynić z niej masę półciemną. I to jest może najgorsze.

[…]

Francuz przejmuje się tym, co robi poza pracą, w domu. Stąd ta opieszałość w biurach, duża swoboda w fabrykach i nieprzywiązywanie wagi do przepisów, dekretów itd. Bywa to czasem nieznośne, ale pracującemu pozwala być człowiekiem, a nie maszyną. Pod tym względem Francja może stanowić kiedyś doskonałą przeciwwagę. Francuz nie zgodzi się nigdy na zupełne zaabsorbowanie go pracą, nie pozwoli na zrobienie z siebie termita. Uratuje go jego ogródek, jakaś passion, przynosząca nieraz więcej dochodu niż właściwy zawód. Trzy czwarte literatury francuskiej tworzyło się „poza godzinami” lub nawet „w czasie godzin”. Ludzie nie wyssani do nitki pracą zarobkową mogą próbować swych sił poza pilnikiem lub maszyną do dodawania. No i co najważniejsze, że tutaj nikt nie ośmieli się żądać dodatkowej pracy bez wynagrodzenia, pracy dla państwa, dla dobra ogółu itd. Żąda się poświęcenia, ustaliwszy przedtem stawkę.

[…]

Nie wiem, dlaczego, ale w taki jesienny, srebrno-złoty dzień czuje się o wiele wyraźniej przeszłość, miniony czas. Jedno po drugim budzą się wspomnienia, odżywają minione lata z ich nic nieznaczącymi wydarzeniami. Nie myśli się o ważnych rzeczach, lecz o pospolitych, drobnych szczegółach: wtedy matka dawała śliwki. Pokryte były siwym puszkiem i przypominały omszałe butelki starego wina. W niedzielę, po nabożeństwie, szło się na Deptak na Błoniach i kupowało się od święta „Sfinksy”. W jedną z upalnych nocy letnich pomagałem Frankom kończyć wystawę do sklepu Janka Grossego. Upalna, letnia noc w Krakowie… Tęsknota i żal, że to nie wróci, że minęły właśnie te głupstwa. Łzy napływają do oczu same, dwoją się i troją spadające z drzew listki. Nartniki ślizgają się po wodzie, plusnęła ryba. A gdy zamknie się oczy, przyciętą powieką łza urywa się i cieknie wolno po policzku. Obliż ją jak wtedy… Łaskota, gdy zatrzyma się w kąciku ust. Tęsknota drżąca w piersiach, żal po minionym czasie, jak po kimś zmarłym. Górą przetoczył się wiatr i sypnął znowu garść złotych confetti na marszczącą się wodę. Życie pędzi, coraz więcej śladów pozostaje w tyle.

[…]

Nie pisałem. Od chwili, gdy przyszłość stała się zupełnie nie zagadkowa, gdy ma się pewność nadejścia nocy, po co pisać? Teraz piąty dzień już mija, jak jestem w szpitalu. Najpierw choroba, coraz silniejsze puchnięcie szyi z lewej stroiły, gorączka, wreszcie lekarz orzekł, że to „ganglion”, czy jak się to tam nazywa, i na gwałt operacja. Podobno w ostatniej chwili i było nawet niebezpieczne. K. okazał się, jak zwykle, tak troskliwy, tak zapobiegliwy, że dzięki niemu mam na ogólnej sali jakby oddzielną kabinę. Na sali „odbywa się” życie, ale nie biorę w nim udziału. Dziś rano umarł jakiś staruszek. Jęczał cicho. Gdy przyszedł lekarz, staruszek już nie jęczał. Zgasł. Mimo woli dmuchnąłem w powietrze, jakby na świecę i pomyślałem „to jest życie”. Obstawili łóżko staruszka parawanami i życie „odbywało się” dalej. Obok niego leżał młody chłopak. Przynieśli go wczoraj po ciężkiej operacji wyjmowania z gardła otwartej agrafki (gdzie on znalazł w tych czasach agrafkę?), którą połknął. Chłopak, wczoraj ledwo żyw, dziś już wstał i śmieje się.

[…]

Koło ósmej jakiś operowany dziś po południu chory dostał krwotoku. Słyszę bulgotanie w gardzieli jak w starej umywalce i plusk wychlapywanej strumieniami krwi. Jęk, bulgotanie i chlupot. Cisza. Pielęgniarki biegają tam i z powrotem. Przyszedł lekarz dyżurny. Człowiek konał. Odbiło mu się długo i głęboko. I to był koniec. Już znoszą parawany i obstawiają nimi łóżko. Mój Boże – cóż wielkiego? Dmuchnąłem w powietrze i znowu zgasiłem imaginacyjną świecę. Iluż kona w tej chwili, w tej sekundzie tam, na frontach, w obozach koncentracyjnych niemieckich i rosyjskich, wszędzie. Ja też nie jestem ważny. Loteria.

[…]

Wracając z Petersburga do Paryża, Balzac zwiedza po drodze Drezno. Jest trochę rozczarowany i Drezno nie wywiera na nim spodziewanego wrażenia. I wtedy pisze: „A więc trzeba będzie powrócić do Drezna z Tobą, aby obrazy przemówiły do mnie. Oprócz kobiet Rubensa nic, poza tym mnie nie wzruszyło, ponieważ jedynie kobiety Rubensa przypominały mi pewną Ewę…” Nie przysięgam, czy ten ustęp listu brzmi dokładnie tak, ale przypominam sobie, że na pewno był w tym sensie. O ileż to wymowniejsze. Od razu widzi się panią Ewelinę. I jakie to naturalne, zrozumiałe i mile nie „mistyczne”. Nie znam Rubensów drezdeńskich, ale przypuszczalnie nie są inne od wiedeńskich i tutejszych. Swoją drogą nie lubię Rubensa. Malarz cielistych baleronów. To okropne, że gdy u nas pisze się monografię czy biografię czegokolwiek lub kogokolwiek, to nie pisze się o danej osobie: opisywana osoba lub ruina jest tylko pretekstem do „sprawy polskiej”. Polska szpuntuje nam wszystko. I potem wychodzi z tego eteryczna pani Hańska, która w rzeczywistości ważyła na pewno 200 funtów.

[…]

W naszej szkole rzemieślniczej przy fabryce odbywały się ostatnio konkursowe egzaminy wstępne. Kandydaci mają 14 lat. Przeglądałem dziś wypracowania na temat „Dlaczego chcesz wstąpić do tej szkoły?” Wśród wielu odpowiedzi oklepanych, wyuczonych i gotowych, było sporo spontanicznych Na przykład takich: „Za trzy lata wstąpię do fabryki rządowej, a następni po trzydziestu latach pracy zacznie się spokojne życie, emerytura”. Inny ujął to szerzej: „A jak będę na emeryturze (retraite) i zbuduję sobie domek za zaoszczędzone pieniądze, będę mógł żyć szczęśliwy”. Cytuję dosłownie. Vivat – życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Szczęście też. Jak na 14-letnich chłopców, to nieźle. Przewidujący. Jakiś napisał otwarcie, że „byłbym rad wstąpić do tej szkoły, bo się w niej dobrze jada”. To rozumiem, to już znacznie lepiej. Nie wiem, co o tym myśleć, żeby nie być niesprawiedliwym, żeby nie dać ponieść się tej naszej słowiańskiej krzepie, też często fałszywej. Jednego jestem pewny: nie jest dobrze, gdy 14-letni chłopak w ogóle wie, co to jest emerytura, a cóż dopiero, gdy uważa ją za szczyt swoich ambicji, za szczęście. To chyba oznaka jakiegoś fundamentalnego zmęczenia rasy. Jakaż ilustracja d la charakterystyki ras latyńskich Le Bona. W tych wyznaniach chłopców jest absolutna gotowość poddania się państwu, zdania się na łaskę i niełaskę Państwa. A więc gdzież ten przysłowiowy indywidualizm? Le Bon twierdzi, że w gruncie rzeczy etatyzm jest tym, do czego Francuz naprawdę w cichości ducha wzdycha. Jestem gotów przyznać mu rację.

[…]

Rozmowa o Dekobrze [Maurice, francuskim pisarzu i dziennikarzu, autorze romansów awanturniczych – przyp. aut.], o literaturze pornograficznej, o burdelach i prostytucji w ogóle, o różnicy między burdelem a domem schadzek w szczególności. Oraz ostatni dowcip paryski: wojna trwa i wszyscy już wyginęli. Jedynie wokoło ziemi gonią się jeszcze na supermyśliwcach jeden Anglik i jeden Niemiec. Gdzieś pod równikiem przychodzi do spotkania. Wymiana strzałów i obydwa samoloty spadają w puszczę, grzebiąc pilotów pod szczątkami. Wielki samiec-małpa obserwuje to, siedząc na drzewie, i powiada do samicy: „No stara, teraz trzeba wszystko zaczynać od początku”.

[…]

Po przewrocie republikańskim został – ministrem sprawiedliwości w gabinecie Caballero w 1937 roku. I. poszedł go odwiedzić w towarzystwie adwokata, który bronił obecnego ministra w szeregu procesów o zamachy. Weszli do wspaniałego biura – „u nas zwykły woźny ma wspaniałe biuro, cóż dopiero minister”, dodaje L – on w mundurze oficera republikańskiego zasalutował, adwokat podszedł do swego dawnego klienta i poufale chwycił go za rękę: „Qué tal Juan – jakże rad jestem…” czy coś w tym rodzaju. Juan Garcia Oliver spojrzał zimno, strącił rękę adwokata i wycedził: „Nie Juan, lecz minister sprawiedliwości”. Adwokat wziął to za żart. Pan minister nacisnął dzwonek. „Proszę tych panów odprowadzić do wyjścia”. – „Był zresztą dobrym ministrem sprawiedliwości – dodaje I. – Znał prawie wszystkich komisarzy policji, wszystkie więzienia. Miał czas poznać, gdy z kajdankami na rękach przewożono go z miejsca na miejsce”. Wyciąga z tego dalsze wnioski. Kto raz zasiadł w fotelu, ten niełatwo z niego wstaje. A dziś w Rosji coraz więcej ludzi zajmuje fotele. Na moje pytanie, co w takim razie myśli o ruchach ludowych itd., odpowiada mi dowcipnie: „Wierzę w Boga, ale nie wierzę w księży”.

[…]

Na wsi brak soli i chłopi przestali bić świnie. Od początku tego miesiąca nie mieliśmy kawałka mięsa w ustach. Hitler dał rozkaz załodze Cherbourga, aby broniła się do ostatka. A do Niemiec przyjechała jakaś najznakomitsza skrzypaczka japońska, dostała od Goebbelsa w prezencie prawdziwego Stradivariusa i ma zostać przedstawiona Fûhrerowi celem zagrania mu kilku „Lieblingsstûcke”. Może by tak „Umarł Maciek, umarł” …

[…]

. I wtedy to B., przemiły i młody Francuz, zrobił mi długi wykład o jakiejś nowej filozofii czy też systemie filozoficznym, którego nazwę można by przetłumaczyć jako „egzystencjalizm”. Powiedział mi, że jest to filozofia przyszłości. Słuchałem, słuchałem i pomimo że nie jestem zupełnym tumanem, nie mogłem nic zrozumieć. Patrzyłem na jakąś robotnicę, która właśnie wyciągnęła spod bluzki białą pierś i zaczęła karmić dziecko. Samochód pod stacją benzynową. W końcu B. zapytał mnie: Avez-vous compris [Zrozumiał pan]? Byłem tak głodny, że chętnie byłbym zastąpił to dziecko przy piersi. „Oui – odpowiedziałem – z tego wynika, że gdyby nie nadzieja, że się kiedyś umrze, to należałoby się od razu powiesić”. Lubię Myśl, przepadam za Myślą, ale za Myślą, w której byłoby coś z zapachu zieleni o świcie, w której byłyby żyłki pełne gorącej krwi, jak te sinawe żyłki na piersi tej matki. Chciałbym naprawdę czegoś nowego, a nie tych „postępów”, w których robi się wszystko, aby gloryfikować nagle to, co już bezapelacyjnie powinno by być odłożone do archiwum.

[…]

Walą mi ze 3 kg zgniłych brzoskwiń. Pędzę do domu, bo z koszyka cieknie. Przebieramy, wycinamy nadpsute kawałki ratując resztę. Lepsze to niż nic. Przed wojną zostawały w Halach całe góry takich brzoskwiń. Dziś sprzedają je po 10 franków po półtorej godziny ogonka i jeszcze wielka radość. To taki komunistyczny sposób wprawiania człowieka w optymizm i dobre samopoczucie. Już dawno oswoiłem dwa gołębie. Przylatują codziennie do okna i nic się nie boją. I dziś było mi bardzo wstyd, bo złapałem się na myśli jak by tak… hm… gołąb nie jest zły.

[…]

Zmiąłem to dokładnie, cisnąłem o ziemię i miałem ochotę modlić się do Flauberta. Och, święty Flaubercie, co napisałeś raz do Louis Bouilheta: „Lecz my nie korzystamy z niczego, jesteśmy sami. SAMI, jak Beduin w pustyni. Trzeba zakryć sobie twarz, owinąć się szczelnie w nasze płaszcze i uderzać z pochyloną głową w huragan – i zawsze – bezustannie – aż do ostatniej kropli wody, aż do ostatniego uderzenia serca”. Nie – jeżeli po tej wojnie nie zrobi się wszystkiego, aby Platon był przede wszystkim Platonem, zwyczajnym Platonem, po prostu Platonem, to w takim razie nie ma o czym mówić. Jeżeli tego nie zrobi się, to trzeba będzie wynieść się tam, gdzie o Platonie wcale nie słyszano. Są jeszcze takie miejsca na świecie. To stanowczo lepsze i łatwiejsze do zniesienia. Nie pamiętam już, kto użył tego określenia „czworobok głupoty”, ale jest wspaniałe. Tylko jakich sił będzie potrzeba do rozbicia tych wielu innych czworoboków, które ustawiają się dziś jeden za drugim. Czworoboki kłamstwa, obłudy, pomylenia pojęć, IDEOLOGII jedynych i prawdziwych. Cywilizacja nasza – wbrew pozorom – nie grzeszy tak bardzo uczynkiem. Grzeszy straszliwie myślą i mową. „Przeciwko głupocie mojej epoki odczuwam strumienie nienawiści, które mnie duszą. Gówno podchodzi mi do ust, jak przy zduszonych rupturach [dawn. emerytura – przyp. aut.]” – pisze w innym Uście święty Flaubert. I tragiczne w tym jest to, że nie proletariat i plebs jest głupi, ale że tak zwane warstwy oświecone stają się coraz głupsze. „Należy oświecić warstwy oświecone – pisze jeszcze w innym liście Flaubert. – Zacznijcie od głowy. Ta jest najbardziej chora, reszta przyjdzie sama”.

[…]

B. podszedł dzisiaj do mnie, wyciągnął z kieszeni suwak logarytmiczny i wyliczył mi z dokładnością do trzeciego miejsca dziesiętnego, że jeżeli Rosjanie będą nadal szli naprzód z szybkością, z jaką idą ostatnio, a Alianci nie zwiększą swojej w Normandii, to spotkanie nastąpi za dwa miesiące na Montmartrze. Bardzo go lubię, ale pomimo że dzisiaj żartował, zaliczam go i tak do kategorii umysłów określanych przeze mnie jako „studnie kartezyjskie” [od Kartezjusza – przyp. aut.]. Są to ludzie, którzy do wszystkich zjawisk w życiu podchodzą z suwakiem w ręce. To byłoby straszne – świat ludzi z suwakami. […] Muszę jutro poprosić B., żeby mi wyliczył na swoim suwaku, ilu lud można z powrotem nawrócić jedną bombą lotniczą? Mam zamiar ułożyć tabelę od bomb 50-kilowych począwszy. Bardzo proste. I potem wyślę Amerykanom i do Rzymu. Załączę suwak, aby inne zagadnienia ludzkości rozwiązywano też przy jego pomocy. A potem zbudujemy świątynie, ułożymy w nich suwaki i stworzymy nową religię – suwakizm. I wszystko będzie dobrze.

[…]

Jestem śmieszny, patetyczny i uparty. Bo ja widzę tylko, że walcząc z totalizmem, brniemy w jeszcze gorszy. Wszystko skręca się we mnie z bólu. I to nie z bólu polskiego – nie – z kosmicznego.

[…]

Teraz już się mówi: „Naszym obowiązkiem jest wracać niezależnie od tego, co będzie”. Dlaczego? Tylko człowiek nie jest fikcją – wszystko inne jest fikcją. Cały świat może być ojczyzną i każdy człowiek bratem. Bo świat, to człowiek, przede wszystkim człowiek. I także już teraz na „niewracanie” znajduje się usprawiedliwienie w Polsce. Nie wracam dla Polski. Dlaczego? Nie wracam, bo po prostu nie mam ochoty i jeżeli uda mi się ruszyć dalej w świat, to się ruszę, bo mnie to ciągnie, bo ciekawi mnie świat i inni ludzie, bo życie w zakorkowanej butelce ojczyzny zupełnie mi nie odpowiada. Ale do tego nie ma się prawa. Dlaczego?

[…]

Natomiast inny, nauczyciel naszej szkoły rzemieślniczej, przysiadł się dziś do mnie w czasie obiadu i też „w zaufaniu”, prawie szeptem, stwierdził, że V-1 jest tylko początkiem. Niemcy mają przygotowane inne niespodzianki. „Zobaczy pan – powiada – V-5. To jest wynalazek francuski (otóż to ich zgubi), który Niemcy tylko udoskonalili” (Niemcy nigdy nic sami nie wynajdują – oni tylko udoskonalają francuskie wynalazki). Nie chciał mi powiedzieć, co to jest, ale w końcu wyszeptał: „To są bomby, które w promieniu trzystu metrów obniżają temperaturę powietrza do minus trzystu stopni, a w promieniu 30 km do minus trzydziestu”. Spojrzałem na niego i powiedziałem mu, że żal mi jego wychowanków. Na moją uwagę, że uważam to za zupełny idiotyzm, gdyż po pierwsze temperatura zera absolutnego wynosi minus 273 stopnie, a praktycznie można się do niej zbliżyć (minus 272 stopnie) tylko przez skroplenie helium, którego Niemcy nie mają – może pan wie lepiej, ja nie jestem profesorem szkoły rzemieślniczej – i po drugie, wybuch bomb ze skroplonym powietrzem mógłby obniżyć temperaturę tylko na bardzo małej przestrzeni, mój „wielki wtajemniczony” odparł: „Cała rewolta generałów była spowodowana tym, że chcieli oni już użyć tych straszliwych wynalazków, podczas gdy Hitler nie zgodził się. Nie chciał uciec się do tak okrutnego prowadzenia wojny”.

[…]

Bądźmy szczerzy, ale tak naprawdę: emigracja, to nie ucieczka DLA Polski, to ucieczka OD Polski, od grobów, od nieszczęść, od ciągłych próżnych wysiłków. Ucieczka od ciągłego kłopotu, od ciągłej pracy bez wynagrodzenia, od entuzjastycznej śmierci. Można chować się za wiele pozorów, na dnie pozostaje zwyczajne i bardzo ludzkie uczucie prawa do szczęścia. Nie można zaznać go tam, szuka się go gdzie indziej. Oczywiście gdy nie ma się skłonności do samoudręczenia się i do nadawania temu także szczytnych pozorów. Ale to zrozumiałe – samo gołe, czyste nieszczęście jest nie do zniesienia i zawsze będzie wymagało bukiecika kwiatów takiego lub innego. To dlatego, że K. powiedział mi dziś z gorzkim uśmiechem: „Z emigracji nie wraca się”. I pewnie nie wrócę.

[…]

Zaczynam nagle płakać, prawie łkać półgłosem. Dziewczyna siedząca za kierownicą ambulansu patrzy na mnie i pyta nagle po angielsku, dlaczego płaczę. Jestem Polakiem i myślę o Warszawie – odpowiadam cicho. Oni tu mogą być szczęśliwi, nam jeszcze nie wolno. Chwila kłopotliwego milczenia. Dziewczyna sięga do kieszeni, częstuje mnie „Chesterfieldem” i bąka coś zdawkowego. Wziąłem papierosa i uciekłem. Nie mogłem nie przyjąć. Oj nie – są rzeczy, których nie da się załatwić nawet miliardami papierosów, konserw i innych darów. Nie, nie i nie. Trzymałem w rękach tego pierwszego papierosa o ulubionym smaku i wreszcie zapaliłem go. Pachniał trochę wodą kolońską, trochę jakby mydłem, no i „Chesterfieldem”. Paliłem go myśląc, że jest w nim świat, który pewnych rzeczy nie jest w stanie pojąć. Może dlatego, że on sam nigdy nie był zmuszony do palenia niczego gorszego od „Chesterfielda”. Ulicami jechały czołgi i samochody, a nad tym szczęśliwym miastem płynął jeden wielki krzyk radości.

Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem [1943-1944]

Pamiętnik okupacyjny w ostatniej odsłonie Andrzeja Bobkowskiego – polskiego, chociaż do końca też emigracyjnego pisarza, eseisty, sportsmena i przedsiębiorcy umiejscawia akcję znowu w samym Paryżu, czasem również w pobliskich okolicach departamentów: Ile-de-France czy nadmorskiej Bretanii rzecz jasna wciąż tkwiąc w realiach lat czterdziestych dwudziestego wieku. W okresie wojennym nie inaczej jak to w okupacyjnym „czasie pogardy” nadal może jedynie chodzić o samo przeżycie, o-to o-cale-nie dla tej jednej-jedynej istoty ludzkiej. I choć ocalenie przyszło niespodziewanie to i tak w przypadku Polaka nie było do czego wracać. Z perspektywy czasu tamte pamiętniki wydają się coraz bardziej „świeże” o ile nie prorocze, a przemyślenia czy głębiej rozważania naszego autora wychodzą naprzeciw temu, czym teraz staje się nam rzeczywistość coraz bardziej. Bo wciąż w każdym życiu trwa ta nieustanna wojna w obliczu zmasowanej tautologii systemów i ideologii in spe o niezależność intelektu, o dalsze nie-spauperyzowanie wolności człowieka w czystej jego inteligencji…



powrót ››