09.08.2023

„Czas nie jest rzeczywistością,
a jedynie ideą lub miarą”
Antyfon z Ramnus
„Są rzeczy ważniejsze niż zwycięstwo, [gdy]
celem bitwy jest nie przegrać.”
„Nie możemy walczyć metodami wroga”
[…]
Wszystko zaczęło się od niezdrowej fascynacji – pewnego dnia Tamis [kapłanka i wróżbitka świątynna – przyp. aut.] zapragnęła poznać moment własnej śmierci. Od tej pory intensywnie tropiła niezliczone ścieżki przyszłości i odkryła, że istnieje wręcz nieograniczona liczba potencjalnych jutr. W niektórych umierała z powodu choroby lub zarazy, w innych ginęła podczas napaści albo w wyniku morderstwa. W jednej nawet zabiła się, spadając z konia, chociaż zawsze nienawidziła jazdy konnej i nie wyobrażała sobie, by kiedykolwiek mogła dosiąść którejś z tych znienawidzonych, wstrętnych kopytnych bestii. Podczas studiów nad dniem swojej śmierci odkryła istnienie mrocznego towarzysza. Niezależnie od sposobu, w jaki umierała, towarzyszył jej złowrogi cień. Natura owej istoty zaczęła ją dręczyć. Jak to możliwe, że postać pojawiała się w każdej z tysięcy rozmaitych przyszłości? Któregoś razu Tamis zaryzykowała i wybiegła myślą jeszcze dalej: okazało się, że po jej śmierci mroczny cień rośnie w siłę. W każdej potencjalnej przyszłości był silniejszy, emanujące zaś z niego zło wręcz dotykalne. Uświadomiła też sobie z przerażeniem, że istota stale śledzi jej poczynania. Tamis była, wszakże kobietą o ogromnej odwadze. Zapanowała nad lękiem, uzbroiła się w męstwo, wybrała jedną ze ścieżek przyszłości i ruszyła wprost do serca złowrogiego cienia. Przez cały czas czuła, że moc Boga Mroku wżera się w jej duszę niczym kwas. Nie była w stanie zbyt długo wytrzymać w tej przesyconej złem przyszłości i szybko wróciła do tymczasowego azylu namacalnej teraźniejszości. Wiedza, którą zyskała w trakcie tej duchowej podróży, stała się dla niej straszliwym balastem. Stara kapłanka nie mogła się nią z nikim podzielić, a dodatkowo przygnębiała ją świadomość, że sama umrze w najbardziej krytycznym momencie – kiedy trzeba będzie rzucić wyzwanie złu.
[...]
Parmenion siedział na skale, czekając na świt. Z głodu burczało mu w brzuchu, ale szczękę miał zbyt obolałą, by zjeść czerstwy chleb, który oszczędził z wczorajszego śniadania. Słońce wstawało powoli ponad poczerwieniałymi od jego promieni wzgórzami Parnon, wody rzeki Eurotas iskrzyły się i migotliwie falowały. Parmenion poczuł ciepłe słońce na umięśnionym ciele i mimowolnie zadrżał. Spartański trening nauczył młodego człowieka ignorować ból, a także zamykać umysł przed nieprzyjemnym chłodem czy gorącem. Opanował już tę trudną sztukę i nagłe uczucie ciepła na skórze przypomniało mu po prostu, jak wielkie zimno odczuwał owej długiej nocy, skrywając się na świątynnym wzgórzu nad miastem. Posąg Zeusa, Ojca Niebios – wysoki na dwanaście stóp, majestatyczny i brodaty – spoglądał z góry ku zachodowi, jak gdyby pan bogów i ludzi studiował zbocze góry Ilias. Parmenion kolejny raz zadrżał i ostrożnie ugryzł kęs ciemnego chleba. Stłumił jęk, gdyż każdy ruch szczęk powodował ostry ból. Cios Gryllosa był naprawdę potężny. Chłopiec delikatnie obmacał sobie palcami zęby; jeden wyraźnie się ruszał. Oderwał mały kawałek chleba, wcisnął go pod prawy policzek i zaczął powoli żuć. Po zakończeniu skromnego posiłku wstał. Bolała go cała lewa strona ciała. Uniósł chiton i obejrzał poobijane miejsca. Dostrzegł fioletowe siniaki i krew nad biodrem.
[...]
Nie jesteś w stanie walczyć ze swoją naturą. Jesteś, kim jesteś... Spartaninem czystej krwi, pochodzisz z rodu bohaterów, twoi przodkowie walczyli pod Termopilami. Twój ojciec maszerował z Lizanderem i nigdy nie poznał słowa „klęska”. Prawdopodobnie masz przyjaciół wśród helotów i klas niższych. A przecież... uważasz ich jedynie za niewolników.Twój ojciec także był odważnym spartańskim wojownikiem, który zginął w bitwie, bo nie uchylił się przed walką – upierał się Hermias. Również jesteś Spartaninem. Lecz mam macedońską matkę. Parmenion zdjął tunikę, krzywiąc się przy podnoszeniu obolałego ramienia ponad głową. Szczupłe ciało miał upstrzone sińcami i rozcięciami, a prawe kolano spuchnięte. Jego kanciasta twarz także była posiniaczona, prawe oko tak napuchło, że niewiele nim widział. To właśnie są symboliczne atrybuty mojej macedońskiej krwi. Zabrano mnie z rodzinnego domu, gdy miałem siedem lat. Od tamtej chwili ciało stale mam poranione.
[...]
Macedończyków w ogóle nie brano pod uwagę przy tych porównaniach. Ledwo uważani za Greków, byli nazywani niezdyscyplinowanymi barbarzyńcami. Mówiło się, że to zamieszkujące górzystą krainę plemię posiada tylko tyle kultury, ile podpatrzyło u innych Hellenów. Jestem Spartaninem – oświadczył głośno Parmenion. Nie jestem Macedończykiem. Posąg Zeusa nadal przyglądał się odległej górze Ilias i własne słowa wydały się młodzieńcowi pustą przechwałką. Westchnął, przypominając sobie rozmowę z Hermiasem sprzed kilku minut. „Surowo mnie osądzasz, Parmenionie. Chyba jednak masz rację. Kocham cię jak brata, lecz nie uważam cię za pełnoprawnego Spartanina. Wmawiam sobie, że powinienem, lecz serce mówi mi...”. „Sam widzisz! Nie dziw się więc, że inni... ci, którzy nie są moimi przyjaciółmi... nie potrafią mnie zaakceptować”.
[...]
Wiesz, ostatnimi czasy sporo myślę o Macedonii, o jej lasach i dolinach. Ciągle śnię o pasącym się na stoku białym koniu. Siedzę w polu i koń podchodzi do mnie. Mam ogromną ochotę pojeździć na nim. Poczuć wiatr na twarzy, jego szept w moich włosach. To rosły rumak o zgrabnej szyi. Zawsze jednak budzę się, zanim do mnie dotrze. Koń to dobry omen – zauważył Parmenion. Pozwól, że pomogę ci wejść do środka. Przyprowadzę Reę. Niech ci ugotuje posiłek. Musisz jeść, matko, w przeciwnym razie nigdy nie odzyskasz sił. Nie, nie. Chcę tu chwilę posiedzieć. Może się zdrzemnę. Przyjdź do mnie po skończonej grze. Opowiesz mi wszystko. Przez jakiś czas siedział z nią, lecz matka złożyła głowę na wytartej poduszce i zasnęła. Wrócił do domu, zmył kurz z ciała i uczesał ciemne włosy. Następnie włożył czysty chiton i drugą parę sandałów. Chiton nie był haftowany i do tego już na niego za mały; ledwo sięgał mu do połowy ud. Parmenion poczuł się jak helota, niewolnik, którym wszyscy pogardzają.
[...]
W dniu gry wódz obudził się wcześnie. Słońce dopiero co rozjaśniło wschodnie szczyty, długie cienkie promienie światła przebijały się przez wypaczone okiennice jego sypialni. Ksenofont [Ateńczyk, w służbie państwa-miasta spartańskiego – przyp. aut.] przeturlał się na bok i jęknął. Zawsze lubił kolacje z królem, lecz – co życie nazbyt często mu wypominało – za wszystkie przyjemności trzeba kiedyś zapłacić. W głowie mu łomotało i nachodziły go mdłości. Zrobił potężny wdech i usiadł, odrzucając cienką pościel. Popatrzył na swój tors. Mięśnie brzucha miał wydatne i mocne, szczególnie jak na swoje czterdzieści siedem lat; całe ciało opalone na jasnobrązowo od częstych ćwiczeń nago we wczesnoporannym słońcu. Wstał i przeciągnął się przed spiżowym lustrem. Wzrok wodza nie miał już w sobie młodzieńczej żywości i Ksenofont był zmuszony przyjrzeć się dokładniej swemu odbiciu, zanim z niechęcią dostrzegł niewielką obwisłość skóry pod błękitnymi oczyma i pasemka srebra w złotych włosach. Nienawidził starości i bał się dnia, w którym kochanki zaczną przychodzić do niego z obowiązku albo dla pieniędzy zamiast z pożądania. Młoda osóbka z ostatniej nocy była nim szczerze zauroczona, lecz przede wszystkim chciał, by widziano w nim Ksenofonta – bohatera marszu nad morze, zbuntowanego Ateńczyka okrzykniętego jednym z największych wodzów swojej epoki. Na tę pocieszającą myśl zachichotał i odwrócił się od lustra. Otworzył okiennice, poczuł liźnięcie promieni na skórze i ponownie usiadł na twardym łóżku. Marsz nad morze – rok sławy. „Przeznaczenie, wola Ateny czy może ślepe szczęście?”, zastanowił się. Próżne dociekania, wszak człowiek nigdy nie może być pewny, co tak naprawdę kieruje jego losem.
[...]
Dzisiejszy dzień był szczególny – Ksenofont uprzytomnił sobie ten fakt, przekraczając niski mostek na południe od „równin”. Dziś zobaczy paradę młodych mężczyzn. Odczuwał ogromny podziw dla spartańskiego systemu militarnego, choć był on bezpośrednim powodem jego wygnania: walcząc po stronie Spartan przeciwko swoim rodakom, zamknął sobie drogę powrotną do Aten. Spartanie stworzyli idealną armię przy pomocy zasad tak prostych, że Ksenofont stale się dziwił, dlaczego inne polis ich nie skopiowały. Spartańskich potomków płci męskiej od małego szkolono w grupach wiekowych, przy czym za granicę dojrzałości uważano dwudziesty rok życia. Mali chłopcy wspólnie dorastali, razem się uczyli, a zawarte we wczesnym dzieciństwie przyjaźnie procentowały później podczas bitew – w falandze. Przebywali razem, walczyli obok siebie, aż osiągali perfekcję. W dwadzieścia lat od osiągnięcia wieku męskiego mogli się wycofać z wojska. Właśnie struktura falangi czyniła armię spartańską niepokonaną. Formacja była wielowarstwowa. Pierwsze szeregi składały się z mężczyzn trzydziestoletnich (dziesięć lat od osiągnięcia wieku męskiego) – wytrzymałych i zaprawionych w boju, a jednak ciągle jeszcze młodych i silnych, przywykłych do żelaznej dyscypliny; wojownicy ci walczyli i zwyciężali już w wielu bitwach. Za nimi kroczyli czterdziestolatkowie (dwadzieścia lat od wieku męskiego) – dumni, naznaczeni bitewnymi bliznami i zahartowani wieloletnim wojennym doświadczeniem. Wreszcie formację zamykały szeregi młodych rekrutów, dwudziestolatków dopiero uczących się praktycznych prawideł walki od starszych wojowników. W trakcie uroczystych defilad do falangi dołączały również wiekowo posegregowane rzędy efebów: od dziewiętnastolatków do dziewięciolatków. Czy to nie zdumiewające, że spartańskiej armii nigdy nie pokonał w otwartym polu żaden wróg o równej liczebności?
[...]
Siła i słabość, przyjacielu, często okazują się równie bliskie sobie, jak mąż i żona. Jesteśmy silni, ponieważ posiadamy dumę. Jesteśmy słabi, gdyż owa duma krępuje nasz własny rozwój. Zatoczył krąg ręką, wskazując okolicę wokół miasta. Gdzie się znajdujemy? Głęboko na południu, z dala od szlaków handlowych. Sparta to małe państwo. Pycha nie pozwala nam na małżeństwa w obrębie rodów, chociaż nie są one przeciwne żadnemu prawu i z tego powodu cierpi wielu prawdziwych Spartan. Na tym polu stoi trzy tysiące mężczyzn, jedna trzecia całej naszej armii i dlatego właśnie potrafimy zwyciężać w bitwach, lecz nigdy nie zbudujemy imperium. Żal ci Aten? Więc posłuchaj, co ci powiem. Twoje rodzinne miasto przetrwa wszystkie kataklizmy dziejowe i będzie się pomyślnie rozwijać długo po dniu, w którym my, Spartanie, staniemy się już tylko historią. Ateny posiadają bezpośredni dostęp do morza. Leżą w samym centrum, są sercem Grecji. Pokonamy je w tysiącu bitew, a jednak całą wojnę przegramy.
[...]
Powiem, że dokonałeś słusznego wyboru. Ta klacz ma łagodny charakter i jest posłuszna. Nic nie jest w stanie jej zdenerwować. Ksenofont położył czaprak z koźlej skóry na grzbiecie klaczy. Nie ześlizgnie się – zapewnił chłopca – ale pamiętaj, by trzymać się konia udami, nie zaś łydkami. Na grzbiecie siwka umieścił piękny czaprak ze skóry leoparda. – W Persji – oświadczył – wielu barbarzyńców używa siodeł ze stwardniałej skóry. To jednak zwyczaje dobre dla barbarzyńców, Parmenionie. My, ludzie cywilizowani, używamy jedynie koców lub – w najlepszym razie – zwierzęcych skór. Powietrze było rześkie, a wczesnoporannemu słońcu brakowało jeszcze nadwątlającego siły gorąca, które zawładnie Spartą za kilka godzin. Dwaj mężczyźni szli, prowadząc konie przez „równiny” i dalej, ku falistym wzgórzom na północ od miasta. Tutaj Ksenofont złożył ręce w siodełko i pomógł Parmenionowi dosiąść klaczy. Sam chwycił się oburącz końskiej grzywy i z rozmachem wskoczył na grzbiet wałacha. Ruchy mężczyzny były płynne i pełne gracji. Parmenion zazdrościł swemu towarzyszowi stylu.
[...]
Nie, jestem tylko wodzem, lecz twoje myśli są łatwe do odszyfrowania, boś jeszcze młody i naiwny. Podczas swojej bitwy przeciw Leonidasowi bardzo się starałeś nie wyglądać na dumnego triumfatora. Popełniłeś błąd, ponieważ tym samym twoja twarz zmieniła się w sztywną maskę, a w dodatku oczy błyskały ci najczystszą złośliwością. Jeśli chcesz zamaskować własne uczucia, musisz najpierw wykonać pewien fortel. Patrząc na znienawidzonego wroga, udawaj przed sobą, że jest twoim przyjacielem. Wtedy twoje rysy złagodnieją i będziesz się uśmiechał bardziej naturalnie. Nie próbuj pozbawić twarzy wyrazu, wtedy bowiem twój nieprzyjaciel natychmiast się domyśli, że coś przed nim ukrywasz. Tam, gdzie możesz, spróbuj uczciwości. Ona jest najdoskonalszym kamuflażem z możliwych. To jednak rozmowa na inny dzień. Pewnie się zastanawiasz, dlaczego zainteresował się tobą ktoś taki jak Ksenofont? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Obserwowałem twoją grę z Leonidasem i poruszyła mnie twoja przenikliwość i zdolność przewidywania. Wojna jest sztuką, a nie nauką i można ją pojmować instynktownie. Przemyślałeś wcześniejsze dokonania Leonidasa i poznałeś jego słabości. Ryzykowałeś, ale się opłaciło. Poza tym, w pełni wykorzystałeś możliwości konnicy, co jest niezwykle rzadkie u Spartanina.
[...]
Rea wydała polecenia kobietom niosącym ciało, a one w sekundę później zniknęły w ciemnym otworze jaskini. Dwóch mężczyzn stanęło w wejściu. Nie było mnie stać na żałobnice – jęknął Parmenion. Czy z tego powodu bogowie będą patrzyli nieżyczliwie na moją matkę? Interesująca kwestia do omówienia – odparł Ksenofont. Czy bogów poruszają fałszywe łzy i zawodzenia? Szczerze w to wątpię. Czasem prawi ludzie umierają w ciszy, nie zauważeni, podczas gdy niektórych skończonych łotrów opłakują tysiące płaczek. Miejmy nadzieję, że bogowie są nieco wnikliwsi od nas, ludzi. Wierzysz w to, panie? No cóż, wierzę, że istnieją siły, które rządzą naszym życiem. Nadajemy im wiele imion. Naprawdę sądzisz, że moja matka wcale nie umarła, lecz jedynie przeniosła się do lepszego i bardziej sprawiedliwego świata? Chciałbym w to wierzyć.
[...]
Parmenion szedł oświetlonymi księżycem ulicami milczącego nocnego miasta. Wysoko na akropolu majaczył ledwie widoczny wysoki posąg Zeusa i spiżowe kolumny świątyni. Młodzieniec podszedł do szerokiej ulicy Krańcowej i zatrzymał się przed pałacem, przypatrując się strażom strzegącym wejścia. Pałac Z Krowiego Złota, siedziba Agezylaosa. Nazwa bardzo dziwna jak na królewską siedzibę. Powstała w przeszłości. Któremuś ze spartańskich królów brakowało pieniędzy, więc ożenił się z córką korynckiego kupca i otrzymał posag w postaci czterech tysięcy sztuk bydła. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży krów wybudował sobie pałac. Parmenion zapatrzył się na budowlę, na jej ogromne kolumny i długi spadzisty dach. Dotąd sądził, że dawny król miał doskonałe poczucie humoru, skoro tak nazwał pałac, teraz jednak uprzytomnił sobie, iż chodziło raczej o poczucie winy. Zmuszony do małżeństwa z cudzoziemką, ściągnął wstyd na siebie i przyszłe pokolenia. Osobliwymi ludźmi są Spartanie!
[...]
Sparta nie okazała się dobrym przywódcą dla Grecji. Zamilcz! – zawołał szybko Ksenofont, po czym dodał cichszym głosem: Nie powinieneś wygłaszać publicznie takich sądów. Moi służący są lojalni, lecz wobec mnie, nie zaś wobec ciebie. Jeśli ktoś na ciebie doniesie, eforowie oskarżą cię o zdradę i czeka cię śmierć. Czy powiedziałem coś niezgodnego z prawdą? – odparował Parmenion, tym razem szeptem. Ależ to nie ma żadnego znaczenia! Gdyby Sparta potrafiła rządzić choć w połowie tak umiejętnie jak walczy w bitwach, wówczas radowałaby się cała Grecja. Lecz Spartanie wykazują kompletną indolencję w dziedzinie polityki. Taka jest prawda, lecz nie wolno mówić o tym głośno.
[...]
Byłam w świątyni. Wokół panowały kompletne ciemności. Spytałam: „Gdzie jest Lew Macedonii?” Wówczas zaświeciło słońce i ujrzałam wodza w hełmie z białym pióropuszem. Wódz był wysoki i stał w dumnej pozie, z tyłu na jego pancerzu tańczyło światło. Dostrzegł mnie i otworzył ramiona. Nazywał mnie swoją miłością. Tylko tyle pamiętam. Dlaczego panowała ciemność? Mówiłaś, że świeciło słońce. Nie mam pojęcia. Tak czy owak, ten sen bardzo mnie zaniepokoił. Pomyślałam o tobie, ponieważ jesteś w połowie Macedończykiem. Lew Macedonii z mojego snu to pewnie ty! Zachichotał. Słyszałem, że w Macedonii żyje bardzo niewiele lwów – stwierdził. W kraju tym nie ma również wielkich dowódców.
[...]
Czego się mogę z niego nauczyć? Że nie wolno mi się zakochiwać? Nie, żaden człowiek nie potrafi sobie tego narzucić. Musisz, wszakże uprzytomnić sobie, że miłość jest niebezpieczna. Atakuje umysł i tak nas omamia, że nie dostrzegamy oczywistych prawd. Pomyśl o Helenie i Parysie. Ich miłość doprowadziła do upadku Troi. Myślisz, że tego chcieli? Nie, po prostu się w sobie zakochali. Jesteś jednym z najinteligentniejszych mężczyzn, jakich spotkałem w życiu, i masz niezwykłą intuicję, a mimo to zachowujesz się jak zupełny idiota. Jeśli miłość powoduje ślepotę i głupotę, jestem wdzięczny, że jej nie doświadczam. Ta historia skończy się dobrze – wyszeptał Parmenion. – Obiecuję ci. Nadal mówisz jak zakochany. Inteligentny człowiek nie składa obietnic, których nie jest w stanie dotrzymać.
[...]
Zastanawiam się nad czymś... Czy aby na pewno duma jest wielką siłą Sparty? – spytał Parmenion, obserwując z troską, jak wódz ponownie napełnia puchar i pije nierozwodnione wino. Oczywiście, że tak, lecz wiesz ilu prawdziwych spartiatów pozostało w mieście? Niecałe dwa tysiące. Ostatnio rachunki za naukę i kwaterunek w koszarach wzrosły i co biedniejsi Spartanie nie mogą już sobie pozwolić na wysyłanie tam swoich dzieci. Pomyśl o sobie. Twoja matka miała dobre gospodarstwo rolne, lecz całe sprzedaliście, by opłacić twoją edukację. To nonsens. Za dziesięć lat liczba spartiatów zmniejszy się o połowę. Czym Sparta będzie się wówczas wyróżniać spośród innych greckich polis! Ile czasu minie, zanim twój pomysł strategiczny z gry zostanie wcielony w życie? Nie pozwól, by te przemiany spędzały ci sen z powiek, Ksenofoncie. Nie jesteś przecież w stanie niczego zmienić. I to mnie właśnie zasmuca – podsumował wódz.
[...]
Akcja i reakcja, mój chłopcze... Poznałem w Persji pewnego architekta, którego poproszono o nawodnienie suchego terenu. Człowiek ten zbudował małą tamę, z jej pomocą odwrócił bieg rzeki, nawodnił pola i uratował od nędzy mieszkającą na tamtych terenach społeczność. Mieszkańcy byli mu wdzięczni, ponieważ zapewnił im dostatniejsze życie. Organizowano biesiady i przyjęcia na jego cześć, a on został z nimi na szereg miesięcy. W końcu, wszakże odjechał. Piątego dnia podróży trafił do opuszczonego miasta, pełnego ludzkich zwłok. Znalazł tam suchy strumień. Ów architekt uprzytomnił sobie, że ocalił jedną społeczność, lecz zniszczył drugą. Czy postąpił źle? Miał przecież dobre intencje. A ty? Nie chciałeś przecież narazić na wstyd ani Nestosa, ani Derae, a jednak teraz wszyscy ponosicie konsekwencje twojego czynu. Jeden z was dwóch musi umrzeć.
[...]
Miłość przypomina trzymanie klingi miecza gołą ręką – oświadczył Tebańczyk. Można tego dokonać jedynie ogromnym kosztem. Przestaliśmy składać ofiarę [z ludzi – przyp. aut.] Kasandrze ponad trzydzieści lat temu. Ateny porzuciły tę nikczemną praktykę przed dziesięcioleciem. To okrucieństwo pozbawione jakiegokolwiek sensu. Zjednuje ono, wszakże bogów – upierał się Parmenion bez uśmiechu. Nie będę oddawał czci istotom, które żądają krwi niewinnych – odparł Epaminondas.
[...]
Śnił, że idzie po ciemnym stoku pod karmazynowym niebem. Rosło tam białe drzewo. Jego pień składał się z podziurawionych czaszek niesamowicie ściśniętych jedna obok drugiej, zamiast gałęzi z pnia sterczały szkieletowe ręce dzierżące miecze i włócznie, owocami drzewa zaś były oderwane głowy ociekające kapiącą na ziemię krwią. W miejscach, gdzie krew dotykała ziemi, wyrastały ciemne kwiaty w kształcie twarzy. Lodowaty wiatr z jękiem szarpał kwiecie. Parmenion odniósł wrażenie, że słyszy tysiące odległych szeptów. Oszczędź mnie! – błagały. – Oszczędź mnie! Na stoku poruszył się jakiś cień. Spartanin obrócił się i zobaczył podnoszącą się pod drzewem zakapturzoną postać. Czego sobie życzysz, młody wojowniku? – rozległ się spod kaptura kobiecy głos. Krwi i zemsty – odparł. Będziesz je miał – zapewniła go.
[...]
Gimnazjon imienia Jolaosa od północy i zachodu gęsto porastały dęby. Na wschodzie stała świątynia Artemidy Wspaniałej – poświęcony bogini łowów budynek o wysokich kolumnach – na południu zaś znajdował się grób legendarnego Hektora, trojańskiego bohatera, który zginął z ręki Achillesa. Kiedy Parmenion rozciągał przed treningowym biegiem mięśnie ud i pachwiny, patrzył na grobowiec Hektora. Był wykonany z marmuru i przyozdobiony sporych rozmiarów reliefami i rzeźbieniami, które przedstawiały mężną walkę trojańskiego wojownika z greckim herosem. Młodzieniec zawsze odczuwał wielki podziw dla Hektora. Większość Spartan otaczała kultem tylko Achillesa, ponieważ to on był zwycięzcą, Parmenion natomiast uważał, że Hektor wykazał większą odwagę. Wyrocznia ostrzegła go bowiem, że walka z Achillesem – niezwyciężonym wybrańcem bogów – oznacza dla niego śmierć. W trakcie dziesięcioletniej wojny trojańskiej obaj wojownicy starannie unikali bezpośredniego starcia. Jednakże pewnego pogodnego poranka Hektor dostrzegł Achillesa, który jechał wprost na niego w spiżowym rydwanie. Zbroja herosa wydawała się w świetle słonecznym płonąć białym ogniem. Zwarli się w boju na polu bitwy i Hektor wygrał. Powalił Achillesa straszliwym ciosem w szyję i z pewnym zaskoczeniem przyglądał się, jak jego nemezis skręca się w przedśmiertnych drgawkach. Cóż za sława dla Hektora! Ciężar spadł mu z serca. Uświadomił sobie, że teraz będzie mógł bez lęku obserwować, jak jego mały synek dorasta do wieku męskiego. Teraz ponownie zazna spokoju, który zniknął z jego życia po wysłuchaniu wyroczni. Klęknął przy ciele, zerwał z głowy trupa hełm z białym pióropuszem i... Ujrzał martwą twarz Patroklosa, kochanka i przyjaciela Achillesa. Hektor aż zatoczył się na ten widok, zszokowany i zmieszany. Podbiegł do któregoś z greckich jeńców. Po cóż ta mistyfikacja? – zapytał. – Dlaczego Patroklos nosił zbroję Achillesa? Grek nie odważył się spojrzeć w dzikie oczy Hektora; wbił wzrok w ziemię. Achilles postanowił wrócić do domu. Nie chce już dalej walczyć – odparł. Och nie, teraz na pewno będzie walczył! Hektor doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zabijając Patroklosa, przyspieszył własne przeznaczenie. Wskoczył do rydwanu i popędził konie z powrotem do Troi, gdzie czekał na wyzwanie, które musiało – świetnie to wiedział – lada chwila nadejść. W ciągu godziny Achilles znalazł się u bram miasta...
[...]
Spartanin roześmiał się. Kiedy mam się z nim ścigać? Zawody odbędą się za trzy tygodnie. Zgłoszę twoją kandydaturę. Jak cię nazwiemy? W Sparcie nazywano mnie Savra. Jaszczurka? – zapytał Epaminondas. Nie, nie pasuje. Potrzebujemy czegoś macedońskiego. Podniósł wzrok i wśród gałęzi dostrzegł kamiennego lwa symbolizującego jedną z dwunastu prac Heraklesa. Właśnie – oświadczył. Niech pseudonim będzie prosty. Nazwiemy cię Lwem. Biegasz jak lew... Te twoje krótkie przyspieszenia... Dlaczego nie mogę wystąpić pod własnym imieniem? Kamuflaż trąci oszustwem. Trąci? Ależ to jest oszustwo, mój młody przyjacielu. Jednak... by uspokoić nasze sumienia, nazwiemy to posunięciem strategicznym. O mało nie zdobyłeś miejsca w reprezentacji Sparty na nadchodzącą olimpiadę. Jeśli rozpowiemy o tym wyczynie, prawie nikt nie postawi przeciwko tobie... a wtedy nie wygrasz zbyt wiele. Gdy natomiast ukryjemy twoją tożsamość, w przypadku zwycięstwa sporo zarobisz. Weź pod uwagę, że złoto, które zgromadzisz, będzie przeważnie spartańskie. Potrzebuję tych pieniędzy bez względu na to, kto je postawi – przytaknął Parmenion i uśmiechnął się. I zdobędziesz je – odparł Epaminondas. Niech to będzie zwycięstwo ze względów praktycznych. Nie dbajmy o zasady. I niech nam się uda.
[...]
Fale tłukły wściekle o nierówną linię brzegową. Głębinowe potwory o ostrych zębach ślizgały się wokół szczupłej dziewczyny, która próbowała uwolnić ręce. Parmenion rozpaczliwie walczył z falami. Starał się dosięgnąć Derae, zanim ciemne morze wciągnie ją w otchłań. Ogromna bestia przepłynęła tuż obok niego, tak blisko, że grzbietową płetwą otarła się o jego nogę, lecz w tym momencie fala poderwała ciało młodzieńca i wzniosła ku niebiosom. Parmenion nieomal wrzasnął, gdy prawie natychmiast z tej wysokości runął w toń. Głową miał całkowicie zanurzoną w wodzie i odkrył, że nie może oddychać. Ciało dziewczyny unosiło się pod nim. Zanurkował, przeciął powrozy na nadgarstkach Derae i wyciągnął ją na powierzchnią. Żyj! Żyj! – krzyczał. Kochanków otoczyło mrowie potworów, ich zimne opalowe oczy gapiły się pożądliwie na parę. Dziewczyna odzyskała przytomność i całym ciałem przylgnęła do Parmeniona. Uratowałeś mnie – szepnęła. Przyszedłeś po mnie!
[...]
Niestety, ów młodzieniec przebywa w świecie stworzonym przez niego samego, miejscu mrocznym i przerażającym. Walczy tam z demonami i innymi okropnymi stworami. Nie jest w stanie mnie usłyszeć... Albo nie chce. Te stwory, o których mówisz... Czy mogą go zabić? Najprawdopodobniej tak. Widzisz, mój rudobrody przyjacielu, to demony, które sam powołał do życia. Innymi słowy, Parmenion walczy z mroczną stroną własnej duszy.
[...]
Spróbowała jeszcze dwa razy, zanim otrzymała wyjaśnienie od Tamis. Nie możesz stąd odejść, moja droga. Jesteś teraz kapłanką, dziedziczką Kasandry. Nie rozumiem. Nic z tego nie rozumiem – jęknęła Derae. Zostałaś ofiarowana. Legenda głosi, że każda dziewczyna, której uda się przeżyć ofiarowanie i dotrzeć do świątyni, staje się kapłanką i pełni tę funkcję do dnia, aż pojawi się następna szczęśliwie ocalona ofiara. Czyżbyś o tym nie wiedziała? Tak, tak, ale... Przecież związali mi ręce. Nie pamiętam, jak tu trafiłam. To nieważne, skoro jesteś ze mną – zauważyła Tamis. – A zatem będę cię uczyć. Dzień po dniu stara kapłanka odkrywała przed Derae kolejne Tajemnice, lecz dziewczyna nadal niczego nie pojmowała. Nie potrafiła uwolnić swego umysłu z okowów ciała i wznieść swego ducha ku niebu, nie była też w stanie wejść w trans uzdrowicielki. Przewyższały ją nawet tak proste zadania, jak ożywienie zwiędłej róży. Póki co, żadna nie wypuściła też świeżych pąków.
[...]
Wieszczka wzięła dziewczynę [Derae – przyp. aut.] pod ramię i poprowadziła ją z powrotem do ogrodu. Usiadły obok otoczonej białym murkiem sadzawki. Są na świecie mężczyźni i kobiety, którzy dzisiaj umrą – podjęła starucha cicho. Nie chcą umierać. Zostawią nie dokończone sprawy, a także dzieci, mężów lub żony. Nie mają wyboru... Tak jak ty go nie masz. Czas Boga Mroku zbliża się szybko, moja droga. I ja kiedyś umrę. Ktoś musi podążyć moją ścieżką. Ktoś wyposażony w odwagę i duchową moc. Ktoś, kto przywiązuje wagę do losów tego świata. Od dawno wiem, że chodzi o ciebie.
[...]
Jestem cierpliwa, Derae, wszakże czas jest dla mnie coraz bardziej cenny. Czekałam trzy lata, aż zrozumiesz, że nie masz odwrotu. Teraz pora na inny sposób. Mogę się mylić, lecz powiem ci prawdę... całą prawdę, choć będzie bolesna. Po pierwsze, bogowie nie istnieją, nie tacy, jakich sobie wyobrażasz. Znamy ich imiona – Zeus, Apollo, Afrodyta – ale wszyscy oni żyli kiedyś jako zwyczajni ludzie, zwyczajni mężczyźni czy podobne do mnie zwyczajne kobiety. Nie oznacza to jednak, że wcale nie ma Bogów. Ponieważ za wieloma mitami kryją się siły Światła i Ciemności, Miłości i Chaosu. A której mocy ty służysz? – spytała młoda kapłanka. Tamis zachichotała. Nie staraj się mnie zirytować, dziewczyno! Gdybym służyła Duchowi Chaosu, odebrałabym siłą twój dar! A jednak przetrzymujesz mnie tutaj. Nie jestem wolna, nie mogę stąd odejść. Jak ci powiedziałam, nic w życiu nie jest proste. Ale trzymam cię tutaj nie z nienawiści, a z miłości. Widzisz, moja droga, nie możesz opuścić tego miejsca... Zostaniesz tu na zawsze. I fakt ten nie ma nic wspólnego ze mną. Kto jest w takim razie moim strażnikiem? Kto mnie tu więzi? – spytała Derae. Twoja śmierć – odparła Tamis. Co to znaczy? – spytała kapłanka, nagle przerażona. Przykro mi, dziewczyno, lecz umarłaś niedługo po tym, jak tamci mężczyźni wyrzucili cię za burtę. Znalazłam twoje ciało przy skałach, przyniosłam cię tutaj i przywróciłam do duchowego życia. Dlatego nie możesz odejść.
[...]
Grecja nigdy nie zdoła osiągnąć pełnej chwały – powiedział mu wódz, ponieważ nie jesteśmy jedną nacją i nie posiadamy wspólnego narodowego punktu widzenia. Mamy najdoskonalszych na świecie żołnierzy, najlepszych dowódców i dominujemy na morzu. A równocześnie przypominamy stado głodnych wilków. Wydzieramy sobie drobne kąski, podczas gdy nasi wrogowie triumfują. Jednak wilcza wataha zawsze w końcu wyłania spośród siebie przywódcę – zauważył Parmenion. Tak – zgodził się Ksenofont – i na tym porównanie się kończy. Grecja składa się z dziesiątków polis. Żaden wielki człowiek... powiedzmy z Aten nie będzie w stanie ich połączyć w jedno państwo. Spartanie będą mu zazdrościć i bać się go, Tebańczycy podobnie. Nie zobaczą w nim Greka, tylko Ateńczyka. Nienawiść w każdym z nas tkwi zbyt głęboko i nie sposób jej przezwyciężyć. Zjednoczenie nie uda się... przynajmniej za mojego życia. A jaki jest efekt tego powszechnego u nas partykularyzmu? Persja kontroluje świat za pomocą greckich najemników, natomiast my mieszkamy w kraju z pięknymi górami i jałową glebą. Wszystko, czego potrzebujemy, sprowadzamy z Egiptu lub Azji, nabijając Persom kieszenie. Dzięki naszym pieniądzom Persja się bogaci i umacnia swoje imperium. A jeśli ów wspomniany przez ciebie człowiek miałby przewodzić jednej zjednoczonej sile przeciwko Persom? – spytał młodzieniec. Musiałby być kolosem wśród ludzi, półbogiem jak Herakles. Mało tego, musiałby być człowiekiem bez rodzinnego miasta, po prostu Grekiem. Nie ma takich ludzi, Parmenionie. Miałem kiedyś nadzieję, że Sparta obejmie przywództwo, lecz Agezylaos nie potrafi zapomnieć o swojej nienawiści do Teb. Z kolei Ateńczycy z mlekiem matki wysysają potężną niechęć do Spartan, Tebańczycy i Koryntianie zaś nie cierpią Ateńczyków.
[...]
Dawno temu wysłuchałem proroctwa, zgodnie z którym zginę w bitwie o Mantineę. Wielce się wówczas przeraziłem, gdyż wieszczką była słynna Tamis, faworyta bogów. Możesz sobie zatem wyobrazić, co czułem, gdy wraz z Pelopidasem niedługo później walczyłem przeciw Arkadyjczykom właśnie pod Mantineą. Zostaliśmy otoczeni. Pelopidas padł zraniony, ja zaś zamarłem w bezruchu, gotów na śmierć. Jednak nie umarłem. A dlaczego? Ponieważ bogowie nie istnieją i każde proroctwo można interpretować na różne sposoby, jak się komu podoba. Mówisz, Motaku, by nie kusić bogów? Wcale ich nie kuszę, prowokuję ich tylko do działania swoim sceptycyzmem. Nawet jeśli istnieją, są tak bardzo pochłonięci nieustanną zabawą w metamorfozy własnych ciał i nieustanną kopulacją z każdym napotkanym stworzeniem, że nie przywiązują wagi do opinii pojedynczych śmiertelników na swój temat.
[...]
Słyszałem to stwierdzenie i mam nadzieję, że okaże się prawdziwe. Jednak pewien stary przyjaciel powiedział mi kiedyś, że społeczeństwo jest jak grot włóczni – szerokie przy podstawie, zaostrzone na końcu. Demokraci wierzą, że potrafią je zreformować poprzez usunięcie czubka, czyli ludzi żądnych władzy. Niestety, jak za sprawą magii, czubek stale odrasta. Zawsze będą istnieć królowie, Tetydo, a jeśli nie królowie, to dyktatorzy. Pojawiają się znikąd. W naturze człowieka leży chęć do rządzenia innymi i narzucania im swej woli.
[...]
W Macedonii nie zostawia się konkurentów przy życiu. Jest to dość logiczne, choć okrutne. Wydajesz się przyjmować swój los z wielkim spokojem, młody książę. A cóż innego mogę zrobić? Parmenion uśmiechnął się. Na to pytanie nie potrafię ci odpowiedzieć. Nie jestem księciem. Nie jesteś – przyznał Filip [zwany później: Macedońskim – przyp. aut.]. Tylko, widzisz, ja wcale nie chcę nim być. Nie pragnę też zostać królem. W każdym razie nie Macedonii. Co ci się nie podoba w twojej krainie? – spytał Parmenion. Słyszałem, że jest piękna, pełna falistych równin, cudownych lasów, gór i czystych strumyków. Taka faktycznie jest, mój drogi. Lecz niestety otaczają ją potężni wrogowie. Na zachodzie mieszkają Ilirowie króla Bardylisa: wytrzymali i odważni wojownicy. Północ zaludniają Pajonowie: lud, który niczego bardziej nie kocha nad łupieżcze eskapady na południe. Ze wschodu zagrażają nam Trakowie: świetni jeźdźcy, mają doskonałą konnicę. A na południu żyją Tesalijczycy i Tebańczycy. Kto chciałby zostać królem takiego państwa? [...] Nauczyłem się dawno temu, młody panie, żeby nigdy nie poddawać się rozpaczy. Fortuna bywa kapryśna, lecz kocha ludzi, którzy nie przestają próbować. Widzę, że masz wielki umysł. Jesteś myślicielem i niezłym strategiem. Większość ludzi po prostu reaguje na okoliczności, myśliciele natomiast je tworzą. Jeśli masz krewnych, którzy pragną twojej śmierci, spraw, by cię pokochali. Pokaż im, że nie stanowisz dla nich zagrożenia i że potrafisz być dla nich użyteczny. Jednak przede wszystkim, chłopcze, musisz stać się trudny do zabicia. Jak tego dokonać? Żyj i myśl. Odkryj wszystkie zagrożenia. Przemyśl wszelkie możliwe metody, z jakich mogliby skorzystać twoi wrogowie, by cię zgładzić. Przygotuj się na nie. Pamiętaj, Filipie, że rozpacz jest siostrą klęski. Nigdy nie pozwól, by cię dotknęła.
[...]
Filip Macedoński obserwował wiwatujące tłumy na ulicach, którymi maszerowali przystrojeni kwiatami bohaterowie spod Leuktr. Tebańczycy odnieśli niewiarygodne zwycięstwo. Nigdy przedtem nikt nie pokonał w takim boju spartańskiej armii. Wiktoria – nawet młodemu Macedończykowi – wydawała się zarówno nieprawdopodobna, jak i w jakiś sposób cudowna. Filip potrafił zrozumieć niepohamowaną radość mieszkańców, ponieważ świętowali zdarzenie, którego spodziewali się jedynie nieliczni – mimo posiadanej przewagi liczebnej Spartanie zostali pokonani.
[...]
Jestem uzdrowicielką. Nie mam w sobie zła. Rzeczywiście, nie masz – zgodziła się Tamis znużonym głosem. Kiepsko cię wyuczyłam. Popełniłam ogromną ilość błędów. Moja arogancja jest kolosalna. Kasandra próbowała mnie ostrzec, ale jej nie słuchałam. A przecież byłam kiedyś taka mądra – pożaliła się nagle, po czym schyliła się, by powąchać kwitnącą różę. Znałam mnóstwo sekretów. Tyle, że... cała mądrość jest szaleństwem. Myślimy, że czymś manipulujemy, jednak to inni nami manipulują. Sądzimy, że posiadamy moc, lecz jesteśmy jak te liście na wietrze. Spełniamy dobre uczynki, które wbrew naszym intencjom prowadzą do zła. Wszystko jest chaosem. Wszystko jest próżnością.
[...]
Jesteś jednym z ech Wielkiej Pieśni, Parmenionie. Było ich wiele przed tobą i wiele będzie po tobie. Jestem tutaj, by ci ofiarować swoją pomoc. Najpierw jednak chciałbym cię zapytać, jak to możliwe, że traktujesz moją magię z taką obojętnością? Czy ktoś kiedykolwiek poruszył dla ciebie góry? Widziałem magusów [łac. magus, mag-nauczyciel - oznacza wyznawcę zaratusztrianizmu, kapłana zaratusztriańskiego czy samego Zaratusztrę (Zoroastrę)], którzy przemieniali kije w węże i kazali ludziom unosić się w powietrzu. Pewien magik w Suzie umie sprawić, że ludzie uważają się za ptaki. Trzepoczą wtedy ramionami i próbują latać. Może góry są nadal w tym samym miejscu, tylko z powodu jakiegoś twojego zaklęcia ich nie widzę. Nie dbam zresztą o to. No więc... O jakiej Wielkiej Pieśni mówisz? Między Światłem a Ciemnością nieprzerwanie toczy się wojna. Wojna wiekuista. Jesteś jej częścią. Homer śpiewał o niej, przenosząc bitwy do Troi. Inne narody śpiewają o niej na swoje sposoby, umieszczając ją w różnych czasach. Gilgamesz i Enkidu, Paristur i Sarondel [bohaterowie eposu o Gilgameszu, sumeryjskiej opowieści baśniowej – przyp. aut.]. Wszyscy oni są echami. Wkrótce staniemy się świadkami narodzin kolejnej legendy i Śmierć Narodów znajdzie się w samym centrum wydarzeń.
[...]
Kiedy mężczyźni ustawili się przed nim, gestem kazał im usiąść, potem powoli obrzucił grupę spojrzeniem. Co jest głównym celem bitwy? – spytał nagle. Podniósł rękę i wskazał palcem na wojownika, który siedział po lewej stronie od Teo. Zwycięstwo – odparł żołnierz. Błędna odpowiedź. Palec poruszył się znowu. Teo wyczuł wokół siebie napięcie. Jego towarzysze wyraźnie nie mieli ochoty, by strategos wskazał na któregoś z nich. Ręka Spartanina z rezygnacją opadła na kolano. Czy nikt z was mi nie odpowie? Teo odchrząknął. Celem bitwy jest nie przegrać? – spytał niepewnie. Dobrze – pochwalił go Spartanin. Zastanówcie się nad tym przez moment. Jasne oczy mężczyzny studiowały z uwagą jego uczniów. Zwycięstwo w bitwie to kapryśny duch, który unosi się w powietrzu. Nigdy nie wiadomo, ku której ze stron się skieruje. Szarża konnicy spada na wroga i zmusza króla przeciwnika do wycofania się. Czy już przegrał? Nie, jeszcze nie. Jeśli jego skrzydła zdołają otoczyć konnicę, odbierając jej możliwości manewru, król nadal może przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Lecz jeśli to zrobi czy zwycięży? Nie, jeżeli konnica w zwartej szarży popędzi wprost na niego, wycinając w pień otaczających władcę gwardzistów.
[...]
Podczas gdy stara wieszczka spała, Derae zdecydowała się wejść w jej myśli, by znaleźć odpowiedź na to pytanie. Nigdy przedtem nie robiła tego nieproszona, teraz, wszakże uznała, że nie ma innego wyjścia. Gdy tylko powzięła to postanowienie, jej duch wpłynął w umysł czarodziejki. Derae i Tamis stały się jednością. Kapłanka obserwowała przeróżne zdarzenia, była świadkiem upływających lat, czuła nadzieje, sny i rozpacz swej nauczycielki. Widziała, jak wieszczka dorastała, jak z dziecka o wyjątkowych talentach przeistoczyła się w potężną i wpływową kobietę. Przyglądała się jej miłościom i stratom bliskich osób, dzieliła z nią radości i żałobę, a później zobaczyła jej pierwszą wizję związaną z narodzinami Boga Mroku. W końcu z przerażeniem przypatrywała się Tamis, która w celu zabicia ledwo co poczętego wybranego dziecka podstępnie nakłoniła do samobójstwa pewną perską dziewczynę – jego matkę. „Nie możemy walczyć metodami wroga”, powiedziała kiedyś czarodziejka. A jednak pięćdziesiąt lat temu wtargnęła w umysł ciężarnej Persyjki, przejęła kontrolę nad jej kończynami, zaprowadziła ją na szczyt wieży i zmusiła do wspinaczki na gzyms. Kobieta skoczyła z wieży i zabiła się. Derae otrząsnęła się z dzielonych wspomnień i – z rosnącym niepokojem – kontynuowała obserwację. Odkryła, że wraz z upływem lat nastrój Tamis mroczniał. Wieszczka zaczęła manipulować kolejnymi zdarzeniami. Kazała Ksenofontowi uczyć młodziutkiego Parmeniona strategii, użyła też swej mocy, by młodzieniec dorastał w samotności, skazany na nienawiść niemal wszystkich chłopców z koszar; podjudzała w młodych Spartanach niechęć dla mieszańca. I było to najgorsze ze wszystkiego – Derae znalazła rozwiązanie tajemnicy swego życia. Chociaż rozpaczliwie kochała Parmeniona, nigdy nie rozumiała, dlaczego postępowali tak nierozważnie. Uprawiali miłość, nie licząc się z opinią innych ludzi. Byli tak głupi i tak otwarci... Teraz odkryła powody... Teraz pojęła... Tak jak zakapturzona kobieta we śnie Tamis, sama wieszczka unosiła się nad nimi, młodymi kochankami. Za pomocą swej potęgi oślepiła ich rozsądek, nakłoniła do fizycznej miłości i skierowała ku ich własnej zagładzie.
[...]
Samotraka, Wyspa Tajemnic! Kapłanka zadrżała na myśl o tym miejscu. Tamis nazwała kiedyś tę wysepkę królestwem Boga Mroku. Myśl o podróży wywołała u Derae nagłe ukłucie strachu, prawie panikę. A przecież... będzie tam Parmenion! Spotkają się po raz pierwszy od prawie ćwierćwiecza. No i co dalej? Nie była już tą płomiennowłosą dziewczyną z jego wspomnień, on zaś nie był już nieśmiałym młodym wojownikiem. Rozdzieliło ich coś więcej niż czas. Niemniej jednak, wspaniale będzie znaleźć się znowu tak blisko niego! Z mieszanymi uczuciami obserwowała sukcesy, które odnosił dla Filipa Macedońskiego. W przeciągu jednego roku rozbił armię Ilirów, później pomaszerował na południe, by chronić granicę macedońsko–tesalską. Następnie inwazja Pajonii i oblężenie miasta Amfipolis. Obecnie przywódcy głównych miast Hellady spoglądali na Macedonię zupełnie innymi oczyma. Kiedyś postrzegali ją jako jagnię – zdatne do hodowli na wełnę lub zarżnięcia na ucztę – teraz mieli przed sobą lwa: młodego i groźnego, dumnego i aroganckiego. Duma Derae z osiągnięć Parmeniona była zabarwiona smutkiem, ponieważ kapłanka wiedziała, że im potężniejsza staje się Macedonia, tym bardziej mordercze będą skutki, kiedy Bóg Mroku zasiądzie na tronie.
[...]
Filip był mężczyzną o silnej osobowości i wielkiej charyzmie. Miał w sobie nieodparty urok. A jednak arcykapłanka odczuwała jakiś nieokreślony niepokój, toteż jej zdenerwowanie rosło. Ileż planów, które czekały na realizację od wielu lat, zależało od tego związku! Aida była jeszcze dzieckiem, gdy matka po raz pierwszy opowiedziała jej o nocy, w której przyśniły jej się narodziny mrocznej istoty. Niestety, jak dotąd, jej sen się nie ziścił. Tylko raz na pięćdziesiąt lat harmonia wszechświata załamuje się i nadchodzi wyjątkowa chwila, w której planety układają się w pewien specyficzny porządek. Kiedy po raz ostatni taki sprzyjający układ miał miejsce – w Mezopotamii – Aida liczyła czternaście lat. Jej matka oczarowała wielkiego króla Persji i znalazła mu akolitkę wyjątkowej piękności. Noc poślubna odbyła się bez przeszkód, gdy nagle oszołomiona narkotykami dziewczyna zrobiła na balkonie o jeden krok za dużo, spadła na marmurowy dziedziniec i zabiła się. Matka Aidy nieomal popadła w szaleństwo i przez dwa miesiące do nikogo się nie odzywała. Potem z pozoru poprawił się jej stan, lecz, gdy wydawało się, że odzyskuje rozum, podcięła sobie gardło spiżowym nożem. Teraz układ planet miał się powtórzyć. W pałacu nie było balkonów i Olimpias niczym nie ryzykowała. Filip był wystarczająco jurny na takie... zadanie.
[...]
Kapłanka Derae siedziała w kotlinie pod konarami kwitnącego drzewa i wytężała umysł. Wyczuła, że Aida jej szuka, i zlokalizowała jej ducha, który wzniósł się ponad pałac. Na moment zawładnęła nią panika, na szczęście zdołała uspokoić nerwy. Oparła się o pień drzewa, skrzyżowała ramiona i objęła dłońmi kark. Następnie połączyła swój umysł z drzewem, wniknęła pod korę, przebiła się przez płynące soki i wtargnęła w wąziutkie naczynka, które doprowadzały wodę do liści i kwiatów. I tak przestała być Derae i stała się drzewem. Jej korzenie sięgały głęboko, szukając w ciemnej ziemi wilgoci i niezbędnych dla życia mikroelementów. Konary rosły wysoko i rozłożyście; czasem powoli się poruszały – wraz z wiatrem. Kobieta–drzewo czuła światło słoneczne na swych liściach i koncentrowała się na kwieciu ciężkim od nasion, które zapewnią jej wieczną egzystencję. Wewnątrz ogromnej rośliny było tak spokojnie... tak spokojnie. W końcu kapłanka wycofała swego ducha i poszukała Aidy. Wiedźma wróciła już do pałacu. Derae wstała i zeszła powoli po łące, obok drzewa, przy którym dziś wieczorem akolitki rozpoczną obchody święta Trzeciej Tajemnicy.
[...]
Woda była ciemna jak w Styksie, lecz migotała w świetle gwiazd. Usiadł na głazie i rozmyślał o Derae. Pięć dni miłości: gwałtownej, ognistej miłości. Później źli ludzie zabrali Parmenionowi ukochaną i wysłali ją na morze nad brzegi Azji, gdzie wrzucili ją do wody ze spętanymi na plecach rękoma. Utopiła się. Ofiara złożona bogom, dla ochrony Sparty! Jak gdyby Sparta potrzebowała wówczas ochrony! Parmenion przypomniał sobie bitwę pod Leuktrami, gdzie dzięki własnemu strategicznemu geniuszowi doprowadził do klęski lacedemońskiej armii i roztarł na proch spartańskie marzenia o hegemonii. „Tyś jest Parmenion, Śmierć Narodów”, powiedziała mu stara wieszczka. Jej przepowiednia niestety się sprawdziła. Ostatniego roku poprowadził Macedończyków przeciw iliryjskiemu królowi, Bardylisowi i doszczętnie rozbił jego armię. Stary król umarł w siedem miesięcy po przegranej bitwie, pozostawiając kraj w ruinie. Wpatrując się w gwiazdy, strategos wspominał twarz Derae, jej płomiennozłote włosy i zielone oczy.
[...]
Derae biegała po zielonym stoku z szeroko otwartymi ze strachu oczyma. Próbował podejść do niej, wyjaśnić, że wszystko w porządku, ale kiedy się zbliżył, krzyknęła i pospiesznie uciekła. Nie mógł jej dogonić, więc zatrzymał się przy strumieniu i spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Dostrzegł swe jasne oczy w spiżowej masce Pana Chaosu. Ściągnął hełm z głowy i zawołał dziewczynę. Nie uciekaj! Stań! To ja, Parmenion. Nie usłyszała go, toteż biegła dalej, aż wkrótce znikła mu z oczu.
[...]
Co mu podałeś? Makowy napar – odparł Bernios [medyk, także wojskowy – przyp. aut.]. Śmiertelną dawkę. Wiesz, że postąpiłeś wbrew prawu? Wolałbym, byś mi się nie zwierzał z tego typu postępków. W takim razie, do kroćset, lepiej nie pytaj! – odrzekł gniewnie medyk, lecz w chwilę później poczuł skruchę. Przepraszam cię, Parmenionie. Też jestem zmęczony. Niemniej jednak... Zaczynasz mnie martwić. Już od kilku dni wydajesz mi się spięty. Czy coś cię martwi? Nic ważnego. Nonsens. Jesteś zbyt inteligentny, by się przejmować błahostkami. Chcesz porozmawiać o swoich kłopotach? Nie. Wstydzisz się ich? Tak – przyznał Spartanin. W takim razie zatrzymaj je dla siebie. Często się mawia, że zwierzenia inicjują proces uzdrowienia. Nie wierz w to, Parmenionie. Zwierzenia tylko potęgują ból. Ile osób wie o twoim... wstydzie? Nikt poza mną samym. W takim razie, nic ci nie grozi. Byłbym szczęśliwy, gdyby sprawa okazała się taka prosta – mruknął strategos [stgr. - στρατηγ?ς strategos – strateg, wysoki rangą dowódca armii lub floty].
[…]
Czy Filip nie jest twoim przyjacielem? Królowie nie mają przyjaciół, pani. Jedynie lojalne sługi i zawziętych wrogów. Czasami sługa może się przemienić we wroga... Trzeba mieć ogromną intuicję, by to w porę dostrzec. Doskonały z ciebie nauczyciel – podsumowała Olimpias. Mogę ci zadać ostatnie pytanie? Tak, o ile nie będzie dotykało tematu strategii – odparł, uśmiechając się. Przez moment milczała. Dostrzegła, że uśmiech rozjaśnił jego twarz, nadając mu niemal chłopięcy wygląd. Nie, nie chodzi o strategię... Przynajmniej nie bezpośrednio. Zastanawiam się nad tobą, Parmenionie. Jakie ambicje skrywa w sobie człowiek o takiej reputacji jak twoja? Rzeczywiście, jakie? – zastanowił się, po czym wstał, skłonił się królowej, odwrócił od niej i ruszył z powrotem do żołnierskiego ogniska.
[...]
Strach powrócił i kapłanka poczuła za sobą powiew zimnego wiatru z osłoniętego kotarą okna. Co mam robić? – wyszeptała. Wszystko, co tylko może zrobić istota ludzka: walcz i módl się, módl się i walcz. Zresztą, zapewne i tak przegrasz, ponieważ, aby zwyciężyć, musiałabyś zabijać. Zapamiętaj, że zabójstwo stanowi dla osoby związanej ze Źródłem szalone zagrożenie, łączy się bowiem z Mrokiem. Istotom mroku mord sprawia prawdziwą radość... Zabójstwo może tobą wstrząsnąć, zmienić cię, zniszczyć... Cóż mi zatem pozostaje? Mam pozwolić, aby Aida mnie zabiła? Wcale tego nie powiedziałam. Bitwa między Światłem i Ciemnością nie toczy się według z góry ustalonego planu, a jej wynik jest sprawą otwartą. Zaufaj własnemu instynktowi, Derae. I koniecznie używaj mózgu, tak jak ci doradziłam.
[...]
Dwie dusze w jednym ciele: mroczna i jasna. Póki dziecko żyje, Kadmilos [w stgr. Καδμ?λος Kadmílos, łac. Cadmilus – w mitologii greckiej - jeden z synów Hefajstosa i nimfy Kabeiro lub Kadmilosa, syna Hefajstosa i Kabeiro – przyp. aut.] nie osiągnie ostatecznego zwycięstwa. Jest taki ptak, Derae, który sam nie buduje gniazda. Składa jajo w gnieździe innego, obok jajek tamtego. Kiedy jego pisklę się wykluje, jest zazwyczaj większe niż pozostałe, więc spycha je... jedno po drugim... z gniazda. Spadają na ziemię i giną. Wojna trwa, aż zostanie tylko jeden. Czyli, mówiąc obrazowo, Kadmilos wypycha dziecięcą duszę? Gdzie ona może się udać? Dokąd pójdzie? Czy mogę ją ochronić? Nie zdołasz, moja droga, nie jesteś w stanie. Nic cię nie łączy z dzieckiem. Kiedy nadejdzie pora narodzin, jego dusza zostanie wrzucona do podziemnego świata, do jaskiń Hadesu, do próżni... Tam zapłonie jaskrawym płomieniem i będzie się palić przez jakiś czas. Co wtedy? Jej blask przywoła stworzenia mroku, które ją rozszarpią. Musi istnieć sposób zapobieżenia tragedii! – zaprotestowała kapłanka, skacząc na równe nogi. Nigdy nie pogodzę się z takim końcem naszej walki! Podeszła do okna, poczuła wietrzyk na twarzy i starała się odzyskać spokój. Mówisz, że nic mnie nie łączy z dzieckiem – mruknęła w końcu, odwracając się ponownie ku ognistej twarzy. Kogo zatem coś łączy? Kogóż innego, moja droga, jak nie jego ojca? A w jaki sposób Parmenion może dotrzeć do podziemnego świata? Poprzez śmierć, Derae, tylko poprzez śmierć – odrzekła Kasandra lekkim tonem.
[...]
Zarówno moje, jak i Spartanina życie spoczną w twoich rękach, kobieto. Parmenion będzie moim łącznikiem ze światem żywych. Jeśli umrze w próżni, wtedy i ja zostanę tam uwięziony. Bądź silna, Derae. Bądź Spartanką! I nagle została sama. Serce strategosa nadal biło słabo i nierówno. Kapłanka zaangażowała do walki z naroślą całą swą moc, za wszelką cenę starając się nie dopuścić do rozrostu wici. To było dziwne uczucie – Parmenion nie doznał typowego dla snu wrażenia nagłego przebudzenia, nie czuł też wcale senności. Po prostu... w jednej chwili otaczała go zupełna pustka, w następnej przemierzał bezbarwny krajobraz pod martwym, szarym niebem. Spartanin zatrzymał się. Był zdezorientowany i nie potrafił się skoncentrować. Jak okiem sięgnąć, nie dostrzegał żadnych oznak życia. Ani śladu żywej roślinności. Zauważył jedynie od dawna wyschnięte drzewa, szkieletowe i gołe, a oprócz nich wszechobecne wyszczerbione głazy, wysokie wzgórza i posępne góry w oddali. Cały świat pogrążony był w półmroku. Strach przeniknął strategosa, dłoń bezwiednie chwyciła za rękojeść miecza u boku. „A cóż to za miecz?”, zastanowił się. Powoli wyciągnął broń z pochwy i przyjrzał się jej. Łączyło się z nią jego najwspanialsze wspomnienie z młodości, powód do wielkiej dumy – lśniące ostrze i złota rękojeść w kształcie lwiej głowy. Miecz Leonidasa! Ale skąd się wziął? Jak Parmenion go zdobył? I w jakiej części Hadesu się znajdował? „Hadesu?!” Słowo odbiło się w jego umyśle niczym potężniejące echo. Hades! Spartanin z trudem przełknął ślinę i przypomniał sobie oślepiający ból i nagłą ciemność. Nie – wyszeptał. To niemożliwe, przecież nie umarłem! Na szczęście, to prawda – powiedział ktoś i strategos obrócił się na pięcie, równocześnie podnosząc broń. Arystoteles odskoczył. Proszę cię, przyjacielu, uważaj trochę. Człowiek ma tylko jedną duszę. Gdzie się znajdujemy? – spytał magusa Spartanin. Kraina za rzeką Styks, pierwsza jaskinia Hadesu – odparł Arystoteles. A zatem umarłem. Nie mam, wszakże monety dla przewoźnika. Jak się w takim razie przedostanę? Czarodziej wziął go pod ramię i poprowadził do sterty głazów, gdzie usiedli pod ponurym niebem. Posłuchaj mnie uważnie, Parmenionie, ponieważ mamy niewiele czasu. Nie całkiem jeszcze umarłeś... Pewna twoja przyjaciółka utrzymuje cię przy życiu z całych sił... Jednak zanim powrócisz do świata żywych, musisz wykonać tutaj jedno zadanie. Arystoteles w dużym skrócie opowiedział Spartaninowi historię zagubionej dziecięcej duszy i poinformował go o niebezpieczeństwach związanych z próżnią.
David Gemmell, Lew Macedonii
Powieść historyczno-mitologiczna Davida Gemmella – angielskiego pisarza z gatunku fantasy umiejscawia akcję powieści w starożytnej Grecji, szczególnie: w Sparcie, Tebach i Macedonii, także w Azji Mniejszej oraz w reminiscencjach w rozległym imperium perskim. Młody Parmenion, w połowie Spartanin, w połowie z pochodzenia Macedończyk traumatycznie przeżywa swoje nieprzystosowanie w arystokratycznym systemie spartańskiego wychowania, w tym swoją pierwszą i nieszczęśliwą miłość do córki arystokraty Derae. Odnosząc sukces w grze strategicznej, odkrywa jednak w sobie powołanie do służby wojskowej, w której okazuje się nowatorskim strategiem mogącym wpływać na losy narodów tj. miast-polis tak greckich, jak i imperialnych perskich. Parmenion nie wie jednak, że wszystkim jak to w antycznym świecie mniemano, kierują bezpośrednio boskie moce i pośrednio kapłanki świątynne wieszczące nadejście Króla Narodów – Aleksandra Wielkiego. Jest to kolejna zmitologizowana opowieść o losach, wierności i służbie w granicach ludzkiego umysłu, poznania oddartego ze swych wartościujących przekonań i traumatycznych doświadczeń niemal do żywego.