25.08.2023

„Nie trzeba biadać nad utratą domów czy ziemi,
lecz nad utratą ludzi.
Przecież nie ludzie są własnością rzeczy,
tylko rzeczy - własnością ludzi.”
Tukidydes
„Tylko jedno ratuje człowieka
od szaleństwa: nieświadomość.”
„niektóre zagadki są piękne
właśnie dlatego, że nie mają rozwiązania,
i że są pytania, na które lepiej
nie znać odpowiedzi”
„Ten, któremu starczy odwagi
i wytrwałości, by przez całe życie
wpatrywać się
w mrok, pierwszy dojrzy w nim
przebłysk światła”.
[…]
No i kroki nie takie jak człowieka. Czy ja niby ludzkich kroków nie słyszałem? Poza tym, gdyby to byli czarni [zmutowane stwory człekokształtne – przyp. aut.], to czy oni choć raz tak uciekali? Sam pan wie, Piotrze Andriejewiczu, że ostatnimi czasy czarni od razu rzucają się naprzód; atakowali już patrole gołymi rękami i szli wyprostowani na karabin maszynowy. A ten od razu zwiał… Jakieś tchórzliwe bydlę. Pięknie, Artem! Za dużo mędrkujesz! Masz rozkaz, to działaj według rozkazu i się nie zastanawiaj. Może to zwiadowca? Zobaczył, że nas tu mało, teraz przyjdzie ich więcej i… Może nas tu zaraz lekko i przyjemnie ukatrupią, ciach nożem po gardle i całą stację wyrżną, tak jak się to skończyło z Poleszajewską, a wszystko dlatego, że tyś gada na czas nie załatwił… Spójrz na mnie! Następnym razem każę ci ich gonić w tunelu! Artem skulił się na myśl o tunelu za siedemsetnym metrem. Strach było sobie nawet wyobrazić, żeby tam pójść. Nikt nie miał odwagi chodzić dalej niż siedemset metrów na północ. Patrole dojeżdżały do pięćsetnego i po tym jak poświeciły na słup graniczny reflektorem drezyny i upewniły się, że żaden śmierdziel za niego nie przelazł, pośpiesznie wracały. Zwiadowcy, chłopy na schwał, byli żołnierze piechoty morskiej – ci zatrzymywali się na sześćset osiemdziesiątym, chowali w dłoniach zapalone papierosy i zamierali, przyklejeni do szkieł noktowizorów. A potem cofali się powoli, spokojnie, nie spuszczając oczu z tunelu i w żadnym wypadku nie odwracając się do niego plecami. Posterunek, na którym się teraz znajdowali, mieścił się na czterysta pięćdziesiątym, pięćdziesiąt metrów od słupa granicznego. Lecz granica była sprawdzana raz dziennie, a obchód zakończył się już parę godzin temu. W tym momencie ich stanowisko było ostatnie, a przez te kilka godzin, które minęły od poprzedniej kontroli, stwory, które mogły się przestraszyć patrolu, na pewno znów zaczęły podpełzać bliżej. Ciągnęło je do ognia, bliżej ludzi…
[...]
Dziwna była z nimi historia. Dziwna i straszna. Najpierw zaczęli im ginąć zwiadowcy. Wchodzili do tuneli i nie wracali. Ci ich zwiadowcy to wprawdzie żółtodzioby, nie to co nasi, ale w końcu to i mniejsza stacja, i ludzi mniej tam żyje… Żyło. Tak więc, zaczęli im znikać zwiadowcy. Poszedł jeden oddział – i zniknął. Najpierw myśleli, że coś ich zatrzymało, poza tym tunel tam zakręca, zupełnie jak u nas – po tych słowach Artem poczuł się nieswojo – ani z posterunków, ani tym bardziej ze stacji nic nie widać, choćbyś nie wiem, jak świecił. Nie było ich i nie było, minęło pół godziny, godzina, dwie. Myślisz sobie: gdzie tam się można zgubić – odchodzili tylko na kilometr, dalej mieli zabronione, zresztą sami też nie byli głupi… W każdym razie nie doczekali się i wysłali wzmocniony patrol. Szukali i szukali, wołali i wołali – wszystko na próżno. Nikogo. Zwiadowcy przepadli. A co najciekawsze, nikt nie widział, co się z nimi stało. Gorzej, że nic nie było słychać… Zupełnie nic. I żadnych śladów.
[...]
Artem był już po dwudziestce, przyszedł na świat jeszcze tam, na górze, i nie był tak chudy i blady, jak wszyscy urodzeni w metrze, którzy nigdy nie ośmielają się pokazać na powierzchni, bojąc się nie tylko promieniowania, ale też palących, zgubnych dla podziemnego życia promieni słonecznych. Fakt – Artem sam w świadomym życiu był tam tylko raz i to tylko na moment – poziom promieniowania był tak wysoki, że zbyt ciekawscy zaczynali się smażyć po kilku godzinach, nie mogąc się do woli nachodzić i napatrzeć na niezwykły świat na powierzchni. Ojca nie pamiętał wcale. Matka była z nim do czasu, aż skończył pięć lat – mieszkali na stacji Timirjazewskiej. Było im dobrze i życie płynęło jednostajnie i spokojnie, aż Timirjazewska padła pod naporem szczurów. Olbrzymie, szare, mokre szczury, bez żadnego uprzedzenia wysypały się z jednego z ciemnych bocznych tuneli. Niezauważona odnoga skręcała w bok i w dół od głównego, północnego toru i schodziła na dużą głębokość, by zagubić się w skomplikowanej plątaninie setek korytarzy, w labiryncie pełnym strachu, lodowatego zimna i wstrętnego smrodu. Tunel ten prowadził do królestwa szczurów, miejsca, w które nie odważyłby się zapuścić najbardziej szalony poszukiwacz przygód. Nawet zagubiony, niezorientowany w podziemnych planach i przejściach wędrowiec, który zatrzymałby się na jego progu, wyczułby tchnące stamtąd czarne, straszne niebezpieczeństwo i odskoczyłby od ziejącej wyrwy jak od zadżumionego miasta.
[...]
Jeden z tych autorytetów pracował nawet kiedyś, jeszcze w tamtych czasach jako pomocnik maszynisty kolejki podziemnej. Takich ludzi niewielu już zostało i byli w cenie, gdyż na samym początku okazali się jedynymi, którzy nie rozkleili się i nie ulegli strachowi, znalazłszy się poza wygodną i bezpieczną kapsułą pociągu, w ciemnych tunelach moskiewskiego metra, w tych kamiennych trzewiach megalopolis. Wszyscy na stacji odnosili się do niego z szacunkiem i tego samego uczyli swoje dzieci; dlatego pewnie Artem go zapamiętał, a zapamiętał na całe życie: wyniszczonego, chudego człowieka, zmarniałego przez długie lata pracy pod ziemią, w wytartym, wyblakłym uniformie pracownika metra, który to strój dawno już stracił fason, ale nadal był zakładany z dumą, z jaką emerytowany admirał wdziewa paradny mundur. Artem zaś, wówczas jeszcze zupełny dzieciak, widział w mizernej postaci pomocnika maszynisty niewypowiedzianą siłę i charakter… Trudno się dziwić! Pracownicy metra byli dla pozostałych jego mieszkańców tym, kim tubylczy przewodnicy dla ekspedycji naukowych w dżungli. Święcie im wierzono i całkowicie na nich polegano, od ich wiedzy i umiejętności zależało przeżycie pozostałych. Wielu z nich zostało przywódcami stacji po tym, jak rozpadł się jedyny system władzy i metro, z kompleksowego obiektu obrony cywilnej, ogromnego schronu przeciwatomowego, zmieniło się w mrowie niezwiązanych jedną władzą stacji i pogrążyło w chaosie i anarchii. Stacje stały się swego rodzaju karłowatymi państewkami, niezależnymi i samodzielnymi, każde ze swoją ideologią, ustrojem, przywódcą i wojskiem. Wojowały ze sobą, łączyły się w federacje i konfederacje, jednego dnia będąc metropoliami powstających imperiów, by następnego upaść i dać się skolonizować wczorajszym przyjaciołom czy niewolnikom. Zawierały krótkotrwałe sojusze przeciw wspólnemu zagrożeniu, aby, kiedy niebezpieczeństwo minie, z nowymi siłami rzucić się sobie do gardeł. Tłukły się z zapamiętaniem o wszystko: o przestrzeń życiową, o jedzenie – hodowle drożdży białkowych, plantacje niepotrzebujących światła dziennego grzybów, kurniki i chlewy, w których blade podziemne świnie i kurczaki karmiono bezbarwnymi podziemnymi grzybami – i oczywiście o wodę, to jest o filtry. Barbarzyńcy, nie potrafiący naprawić urządzeń filtrujących, które przestały działać, umierali od skażonej promieniowaniem wody i ze zwierzęcą zawziętością rzucali się na ostoje cywilizacji, stacje, gdzie sprawne były prądnice i małe, chałupnicze elektrownie wodne, gdzie regularnie remontowano i czyszczono filtry, gdzie, dzięki dbałości troskliwych kobiecych rąk, mokrą ziemię przebijały białe kapelusiki pieczarek, a w zagrodach chrumkały syte świnie.
[...]
Artem wziął biały emaliowany kubek, w którym chlupotała ich zwykła stacyjna herbata. Nie była to oczywiście żadna herbata, a napar z suszonych grzybów z dodatkami, bo tej prawdziwej prawie już nie było. Oszczędzano ją i pito tylko w wielkie święta, zresztą była kilkadziesiąt razy droższa od naparu z grzybów. Mimo to mieszkańcy WOGN-u lubili swój napój, byli z niego dumni i nazywali „herbatą”. Co prawda obcy, nieprzyzwyczajeni, na początku go wypluwali, ale potem, kiedy przywykli, całkiem im smakowało. Fama ich herbaty rozniosła się nawet poza granice stacji – ruszyli do nich straganiarze. Najpierw przychodzili pojedynczo, ryzykując własną skórą, lecz wkrótce herbata obiegła całą linię, zainteresowała się nią nawet Hanza, a po czarodziejski napar zaczęły ciągnąć do WOGN-u wielkie karawany. Popłynęły pieniądze. A gdzie są pieniądze, tam jest i broń, i drewno, i witaminy. Tam jest życie. Odkąd na WOGN-ie zaczęto robić herbatę, stacja zaczęła rosnąć w siłę, przenieśli się tu przedsiębiorczy ludzie z okolicznych stacji i tuneli, nadszedł czas rozkwitu.
[...]
„Hanza” była nazwą Związku Stacji Linii Okrężnej. Stacje te, znajdując się na przecięciu wszystkich pozostałych nitek, a więc również szlaków handlowych, połączone tunelami, prawie od samego początku były miejscami spotkań kupców ze wszystkich krańców metra. Bogaciły się z niewiarygodną szybkością i wkrótce, rozumiejąc, że ich bogactwo u zbyt wielu wywołuje zawiść, postanowiły się zjednoczyć. Oficjalna nazwa była zbyt długa i ludzie przezwali związek Hanzą – ktoś kiedyś trafnie porównał go ze związkiem miast handlowych w średniowiecznych Niemczech. Słówko było dźwięczne i tak już zostało. Hanza początkowo składała się tylko z części stacji; zjednoczenie odbywało się stopniowo. Był odcinek Linii Okrężnej od stacji Kijewskiej do Prospektu Mira, tak zwany Północny Łuk i stowarzyszone z nim Kurska, Tagańska i Oktiabrska. Potem już Hanza wchłonęła Pawielecką i Dobrynińską i utworzył się drugi łuk – Południowy. Jednak główny problem i główna przeszkoda w zjednoczeniu Łuku Północnego z Południowym tkwiła w Linii Sokolniczeskiej. Oto w czym rzecz – opowiadał Artemowi jego ojczym. – Linia Sokolniczeska zawsze była osobno. Jak popatrzeć na plan, to zaraz zwraca się na nią uwagę. Po pierwsze, jest prosta jak strzała. Po drugie, na wszystkich planach jest jaskrawo czerwona. A i nazwy stacji pasują: Krasnosielska, Krasnyje Worota, Komsomolska, Biblioteka im. Lenina i znów Lenińskie, tym razem Gory. I czy to przez takie nazwy, czy to z jakiejś innej przyczyny, ciągnęli na tę linię wszyscy czujący nostalgię za chwalebną socjalistyczną przeszłością. Wyjątkowo dobrze przyjęły się na niej idee odrodzenia państwa sowieckiego. Najpierw jedna stacja oficjalnie wróciła do ideałów komunizmu i ustroju socjalistycznego, potem sąsiednia, potem ludzie z drugiej strony tunelu zarazili się od nich rewolucyjnym optymizmem, obalili swoją administrację i wtedy już poszło z górki. Pozostali przy życiu kombatanci, byli działacze Komsomołu i partyjni funkcjonariusze, niezmienny lumpenproletariat – wszyscy napływali na rewolucyjne stacje.
[...]
Jedna myśl o czarnych i nieprzyjemny dreszcz przeszywał nawet Andrieja, chociaż starał się tego nie pokazywać. Ludzi nie bał się żadnych: ani bandytów, ani zbirów-anarchistów, ani żołnierzy Armii Czerwonej. Za to wszystkie potwory napełniały go obrzydzeniem i nie to, żeby ich się bał, ale myśleć o nich tak spokojnie, jak o jakimkolwiek niebezpieczeństwie ze strony ludzi nie potrafił. Wszyscy umilkli. Ciężka, dławiąca cisza otoczyła skupionych przy ognisku ludzi. Trzaski płonących poskręcanych polan były tylko ledwo słyszalne, ale z daleka, z północy, od czasu do czasu dochodziło głuche dudniące burczenie, tak jakby moskiewskie metro było gigantycznym jelitem nieznanego monstrum. I od tych dźwięków ogarniał ludzi strach.
[...]
Dom Artema stał na ulicy Głównej – mieszkał tu z ojczymem w jednym z niewielkich namiotów. Jego ojczym był ważnym człowiekiem, związanym z administracją, odpowiadał za kontakty z innymi stacjami, więc nie dokwaterowano im do namiotu nikogo więcej, dostali go jako osobiste mieszkanie najwyższej kategorii. Dość często ojczym znikał na dwa–trzy tygodnie i nigdy nie brał z sobą Artema, wymawiając się tym, że sprawy, którymi będzie musiał się zajmować, są zbyt niebezpieczne i nie chce narażać go na ryzyko. Wracał z tych swoich wypraw wychudzony, zarośnięty, czasem ranny, i pierwszy wieczór spędzał zawsze z Artemem opowiadając mu rzeczy, w które trudno było uwierzyć nawet przywykłemu do niewiarygodnych historii mieszkańcowi tego groteskowego świata. Artema ciągnęło oczywiście do podróży, ale włóczyć się tak po prostu po metrze było zbyt niebezpiecznie: patrole niezależnych stacji były bardzo nieufne, z bronią nie przepuszczały, a wchodzić do tuneli bez broni to pewna śmierć. Tak więc od czasu, kiedy przybył tu z ojczymem z Sawielowskiej, Artem nie miał okazji brać udziału w dalszych wyprawach. Wybierał się czasem w różnych sprawach na Aleksiejewską, oczywiście nie sam, a w grupie, która docierała nawet do Ryżskiej. Ciągnęła się za nim jeszcze jedna wyprawa, o której nie mógł nawet nikomu opowiedzieć, chociaż tak bardzo chciał…
[...]
Droga na górę nie była długa, ale początkowe zdecydowanie ulotniło się już po pierwszym zapadniętym stopniu, i żeby nabrać odwagi, wyobrażali sobie, że są prawdziwymi stalkerami. Stalkerami… Słowo to, dziwne i obce językowi rosyjskiemu, całkiem dobrze się w nim przyjęło. Wcześniej mówiono tak też o ludziach, których bieda popychała do tego, by przekradać się na porzucone poligony wojska i rozbierać niewybuchłe pociski i bomby, a potem oddawać mosiężne łuski do punktu skupu metali kolorowych; nazywano tak i dziwaków, którzy w czasie pokoju łazili po kanałach, i jeszcze wielu innych… Wszystkie te znaczenia miały jednak coś wspólnego: był to zawsze zawód skrajnie niebezpieczny, zawsze było to zetknięcie z niezbadanym, niepojętym, zagadkowym, złowieszczym, niewyjaśnionym… Kto wie, co działo się na porzuconych poligonach, gdzie pokaleczona tysiącami wybuchów, poorana transzejami i zryta katakumbami radioaktywna ziemia dawała potworne plony? I można się było tylko domyślać, co mogło zamieszkać w kanałach megalopolis po tym, jak ich budowniczowie zamykali za sobą włazy, by na zawsze opuścić te mroczne, ciasne i cuchnące korytarze… W metrze stalkerami nazywano tych rzadkich śmiałków, którzy mieli odwagę pokazać się na powierzchni. W ochronnych skafandrach z przyciemnionymi szkłami, uzbrojeni po zęby, ludzie ci wychodzili na górę po niezbędne wszystkim przedmioty: amunicję, sprzęt, części zamienne, paliwo… Ludzi, którzy się na to odważyli były setki. Ujść przy tym z życiem i wrócić potrafili nieliczni – i tacy byli na wagę złota, ceniono ich jeszcze bardziej niż byłych pracowników metra. Najróżniejsze niebezpieczeństwa czekały tam, na górze, na tych, którzy ośmielili się wyjść – od samego promieniowania po straszne, zdeformowane przez nie stwory. Na powierzchni też istniało życie, lecz nie było to już życie w zwykłym ludzkim rozumieniu.
[...]
Dla całej naszej postępowej ludzkości, która się z całym tym swoim postępem doigrała. Czas zapłacić! Walka gatunków, Myśliwy. Walka gatunków. Ci czarni to nie diabelstwo ani żadne wampiry. To homo novus – następne stadium ewolucji, lepiej od nas przystosowane do otaczającego nas środowiska. Przyszłość należy do nich, Myśliwy! Może homo sapiens pogniją jeszcze ze dwadzieścia, nawet pięćdziesiąt lat w cholernych norach, które sami sobie wykopali, kiedy jeszcze było ich zbyt wielu i nie mieścili się wszyscy naraz na powierzchni, więc tych biedniejszych w dzień trzeba było upychać pod ziemią. Staniemy się bladzi, wątli, jak Morlokowie Wellsa, pamiętasz Wehikuł czasu: w przyszłości żyły tam pod ziemią takie stwory? Oni też kiedyś byli homo sapiens… Tak, jesteśmy optymistami, nie chcemy zdychać! Na własnym gównie będziemy hodować grzybki, a świnia zostanie nowym najlepszym przyjacielem człowieka, można powiedzieć wspólnikiem w przeżyciu… Z apetycznym chrzęstem będziemy żreć multiwitaminy, których całe tony przygotowali nasi troskliwi przodkowie. Będziemy lękliwie wypełzać na powierzchnię, żeby szybko złapać jeszcze jeden kanister benzyny, jeszcze kilka czyichś łachów, a jak będziemy mieli dużo szczęścia – jeszcze jedną garść nabojów, a potem biegiem z powrotem, do swych dusznych podziemi, jak złodzieje oglądając się na boki, czy ktoś nie zauważył. Bo tam, na górze, nie jesteśmy już u siebie w domu. Świat nie należy już do nas, Myśliwy… Świat nie należy już do nas.
[...]
Obudź się, Myśliwy! Nikt nie napisze o tobie książki pt. „Opowieść o prawdziwym człowieku”, nikt nie będzie opiewał twojej chęci życia, twojego przerośniętego instynktu przetrwania… Jak długo wytrzymasz na grzybach, multiwitaminach i wieprzowinie? Poddaj się, homo sapiens! Nie jesteś już władcą przyrody! Zostałeś obalony! Nie, nie musisz koniecznie od razu zdychać, nikt nie nalega. Poczołgaj się jeszcze w agonii, zachłystując się własnymi ekskrementami… Ale wiedz, homo sapiens, przeżyłeś już swoje! Ewolucja, której prawa pojąłeś, zatoczyła już pełne koło i nie jesteś już jej ostatnim stadium, nie jesteś koroną stworzenia. Jesteś dinozaurem. Trzeba ustąpić miejsca nowym, doskonalszym gatunkom. Nie należy być egoistą. Gra skończona, pora dać pograć innym. Twój czas minął. Wymarłeś. I niech przyszłe cywilizacje łamią sobie głowy nad tym, dlaczego homo sapiens wymarł. Chociaż wątpię, żeby to kogokolwiek zainteresowało…
[...]
Jak by ci to wyjaśnić… Wiesz, jak jest zbudowany ludzki organizm? Składa się z milionów maluteńkich komórek; jedne przekazują sygnały elektryczne, drugie przechowują informacje, trzecie wchłaniają substancje odżywcze, czwarte transportują tlen… Ale wszystkie, nawet najważniejsze z nich, zginęłyby szybciej niż w jeden dzień, zginąłby cały organizm, gdyby nie było komórek odpowiedzialnych za odporność. Nazywają się one makrofagi. Pracują metodycznie i regularnie jak zegarek, jak metronom. Kiedy choroba wnika w organizm, znajdują ją, śledzą, gdziekolwiek się zapuści, wcześniej czy później łapią i… Hunter wykonał gest, jakby ukręcał komuś szyję, i wydał nieprzyjemny chrzęszczący dźwięk – likwidują. Ale jaki to ma związek z pańskim zawodem? – upierał się Artem. Wyobraź sobie, że całe metro to ludzki organizm. Złożony organizm, składający się z czterdziestu tysięcy komórek. Ja jestem makrofagiem. Myśliwym. To mój zawód. Każde niebezpieczeństwo, dostatecznie poważne by zagrażać całemu organizmowi, należy likwidować. To jest moja praca.
[...]
Dziesięciolecia życia pod ziemią, w ciemności częściowo rozpraszanej słabym czerwonym światłem sprawiły, że prawdziwe rozumienie dnia i nocy stopniowo zatarło się. Nocą oświetlenie stacji nieco przygasało, tak jak niegdyś w pociągach dalekobieżnych, aby ludzie mogli się wyspać, lecz nigdy, oprócz sytuacji awaryjnych, nie gasło całkowicie. Jakkolwiek wyostrzył się ludzki wzrok przez lata przeżyte w ciemności, wciąż jednak nie mógł się równać z oczami stworzeń zamieszkujących tunele i porzucone przejścia. Podział na „dzień” i „noc” odbywał się bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności. „Noc” miała sens o tyle, o ile większości mieszkańców stacji wygodnie było spać w jednym czasie; odpoczywała też wtedy trzoda, przygaszano światło i zabraniano hałasować. O dokładnym czasie mieszkańcy stacji dowiadywali się dzięki dwóm stacyjnym zegarom, zawieszonym nad wejściami do tuneli z przeciwnych stron. Owe zegary miały wagę porównywalną z takimi obiektami o strategicznym znaczeniu, jak skład amunicji, filtry wodne i generator prądu. Wiecznie o nie dbano, najmniejsze awarie były natychmiast naprawiane, a wszelkie, nie tylko dywersyjne, ale nawet zwykłe, chuligańskie próby ich zniszczenia były karane w najsurowszy sposób, aż do wygnania ze stacji.
[...]
Przyjaciele Żeńki byli straganiarzami, dostarczali herbatę i wieprzowinę na Prospekt Mira, na targ. Z powrotem wieźli multiwitaminy, szmatki i wszelakie badziewie, czasem nawet książki, zatłuszczone, często z brakującymi stronicami, które nieznanymi drogami docierały na Prospekt Mira, przebywając połowę metra, wędrując ze skrzyni do skrzyni, z kieszeni do kieszeni, od handlarza do handlarza, aby w końcu odnaleźć swojego pana. Mieszkańcy WOGN-u byli dumni z tego, że mimo oddalenia od centrum i głównych szlaków handlowych, udawało im się nie tylko przeżyć w pogarszających się z dnia na dzień warunkach, ale też podtrzymywać, choćby w obrębie stacji, błyskawicznie wygasającą w całym metrze ludzką kulturę. Władze stacji starały się poświęcać tej kwestii jak najwięcej uwagi. Dzieci obowiązkowo uczono czytać, a na stacji była nawet mała biblioteka, do której zwoziło się w zasadzie wszystkie kupione na jarmarkach książki. Bieda była w tym, że straganiarzom nie wypadało przebierać w tytułach; co im dawano, to brali, i wszelakiej makulatury gromadziło się bez liku. Lecz mieszkańcy stacji odnosili się do książek tak, że nawet z najbardziej bezużytecznej książki w bibliotece nikt nigdy nie wyrwał ani stroniczki. Były traktowane jak świętość, ostatnia pamiątka przepięknego świata, który pogrążył się w niebycie. I dorośli, ceniąc każdą sekundę wspomnień przywoływanych przez lekturę, przekazywali to uczucie do książek swoim dzieciom, które nie miały już czego pamiętać, które nigdy nie znały – bo nie mogły znać – innego świata oprócz niekończącego się labiryntu ponurych i ciasnych tuneli, korytarzy i przejść.
[...]
Teraz niby wyprawiliśmy się na Ryżską z pomocą humanitarną… Ale problem w tym, że nikt – w tym ja i Dyżurny – nie da głowy, czy kiedy tam przyjdziemy, nie przywitają nas gradem ołowiu. Albo czy stacja nie będzie doszczętnie spalona, bez żywej duszy. Albo nagle się okaże, że Ryżska należy teraz do Hanzy i dlatego nie ma i nigdy nie będzie dla nas przejścia do pozostałej części metra. Nie ma dokładnych informacji… Wczoraj rano dostałem wieści; wszystkie jeszcze przed wieczorem się zdezaktualizowały i polegać na nich dzisiaj nie można. Zupełnie jakby iść przez ruchome piaski według mapy sprzed stu lat. Gońcy tak długo idą, że wiadomości, które niosą, często okazują się już albo niepotrzebne, albo nieprawdziwe. Prawda ulega zniekształceniu. Ludzie nigdy nie znajdowali się w takich warunkach… I strach pomyśleć co się stanie, jak skończy nam się paliwo do generatorów i nie będzie już prądu. Czytaliście Wehikuł czasu Wellsa? Tam byli tacy Morlokowie…
[...]
„To jest, Artemka, pewnie ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie ludzie żyją jak ludzie. Gdzie nie zapomnieli jeszcze co to znaczy »człowiek« i jak właściwie to słowo powinno brzmieć”. Ojczym uśmiechnął się smutno i dodał: „To jest Miasto…”. Polis znajdowała się w miejscu największego w moskiewskim metrze przejścia między stacjami, na skrzyżowaniu czterech różnych linii i zajmowała całe cztery stacje metra: Aleksandrowski Sad, Arbacką, Borowicką i Bibliotekę im. Lenina, razem z łączącymi te stacje przejściami. Na tym ogromnym terytorium mieściło się ostatnie autentyczne ognisko cywilizacji, ostatnie miejsce, w którym mieszkało tyle ludzi, że przebywający tam niekiedy prowincjusze nie nazywali go później inaczej niż Miasto. Ktoś dał Miastu inną nazwę, oznaczającą w sumie to samo: Polis. I może stąd, że w tym słowie dało się słyszeć dalekie i ledwo wyczuwalne echo potężnej i pięknej starożytnej kultury, która jakby obiecywała opiekę nad tym skupiskiem ludzkim, obca nazwa przyjęła się. Polis pozostawała dla metra zjawiskiem zupełnie wyjątkowym. Tam i tylko tam można było spotkać strażników tych starych i dziwnych gałęzi wiedzy, które nie znajdowały po prostu zastosowania w surowym nowym świecie, z jego zmienionymi prawami. Wiedza ta była dla mieszkańców prawie wszystkich pozostałych stacji, właściwie dla całego, pogrążającego się powoli w otchłani chaosu metra, tak bezużyteczna, jak i jej posiadacze. Zewsząd wyganiani, swoją jedyną przystań znajdowali w Polis, gdzie oczekiwano ich zawsze z otwartymi ramionami, gdyż rządzili tu ich współbracia. Dlatego w Polis i tylko w Polis można było spotkać zgrzybiałych profesorów, którzy kiedyś mieli swoje katedry na słynnych uniwersytetach, teraz na wpół zburzonych, opuszczonych, przejętych przez szczury i pleśń. Tylko tam mieszkali ostatni artyści, twórcy, poeci. Ostatni fizycy, chemicy, biolodzy… Ci, którzy pod sklepieniem swoich czaszek przechowywali wszystko, co ludzkości udało się osiągnąć i odkryć przez tysiące lat nieprzerwanego rozwoju. Ci, z których śmiercią wszystko to zostałoby stracone na wieki. Polis znajdowała się w miejscu, gdzie niegdyś było samo centrum miasta, od którego imienia nazwano metro. Przy tym, dokładnie nad Polis wznosił się gmach Biblioteki im. Lenina – najobszerniejszego zbioru informacji minionej epoki. Setki tysięcy książek w dziesiątkach języków, obejmujących z pewnością wszystkie obszary, w których pracowała ludzka myśl i gromadzono informacje. Setki ton papieru usianego wszelkimi możliwymi literami, znakami, hieroglifami, z których części nie miał już kto czytać, wszak języki, w których były napisane, zginęły wraz z mówiącymi w nich narodami… Lecz wciąż ogromną liczbę książek można było jeszcze przeczytać i zrozumieć, i umarli setki lat temu ludzie, którzy je napisali, mogli wiele jeszcze opowiedzieć żyjącym. Ze wszystkich tych nielicznych konfederacji, imperiów i po prostu potężnych stacji, które były w stanie wysyłać na powierzchnię ekspedycje, tylko Polis wyprawiała stalkerów po książki. Tylko tam wiedza miała taką wartość, że ludzie byli gotowi ryzykować życie ochotników, płacić bajeczne honoraria najemnikom i odmawiać sobie dóbr materialnych, aby zdobyć dobra duchowe.
[...]
Zupełnie inny od tego przerażającego, brzęczącego szumu, wydobywającego się z rozerwanej rury w tunelu między Aleksiejewską i Ryżską, nie, to coś innego, coś czystego, głębokiego… Miał wrażenie, że przez chwilę udało mu się zanurzyć w cichej rzece tej melodii, i nagle, nie rozumem a prędzej intuicją, rozbudzoną pewnie tymże hałasem z rozerwanej rury, Artem pojął istotę tego zjawiska bez zrozumienia jego przyczyny. Potoki wypływające na zewnątrz z tej rury, jak mu się zdało, były tym samym, co eter nieśpiesznie płynący tunelami, ale te w rurze były zaropiałe, czymś zakażone, niespokojne i wrzące, a w tych miejscach, gdzie nabrzmiałe od napięcia rury pękały, owa ropa wylewała się na świat, przynosząc rozpacz, mdłości i szaleństwo wszystkim żywym stworzeniom… Artemowi wydało się nagle, że jest bliski zrozumienia czegoś bardzo ważnego, tak jakby ostatnie pół godziny jego błądzenia w nieprzeniknionych ciemnościach tuneli i mrokach własnej świadomości pomogły podnieść zasłonę kryjącą wielką tajemnicę, oddzielającą wszystkie rozumne stworzenia od poznania prawdziwej natury tego nowego świata, wydartego przez dawne pokolenia wnętrzu Ziemi. Równocześnie poczuł jednak strach, zupełnie jakby zajrzał za przymknięte drzwi, by dowiedzieć się, co jest za nimi i zobaczył jedynie bijące stamtąd nieznośne, palące oczy światło. I jeśli otworzyć zakazane drzwi, to owo światło wyleje się niepowstrzymanie i spali na miejscu śmiałka, który ośmieli się to zrobić. Jednak owo światło, to była właśnie Wiedza. Wir wszystkich tych myśli, uczuć i przeżyć porwał Artema zupełnie niespodziewanie, był zupełnie nieprzygotowany na coś takiego i dlatego odrzucił to z przestrachem. Nie, wszystko to było tylko fantazją. Niczego nie słyszał i niczego nie wyczuwał, to znów tylko gra wyobraźni. Z mieszanymi uczuciami ulgi i rozczarowania zajrzał w siebie i zauważył jak otwierająca się przed nimi na mgnienie oka porażająca, nieopisana perspektywa szybko niknie, przygasa i mentalny wzrok znów widzi tylko niewyraźny miraż.
[...]
Na stacji WOGN szczurów prawie nie było: wszędzie stały pułapki i była rozsypana trutka, dlatego Artem odwykł już od ich widoku. Ale w całej reszcie metra aż się od nich roiło, o czym nie pamiętał, czy może starał się nie myśleć, kiedy podejmował decyzję o wyprawie. Co ty, młody, szczurów się boisz? – złośliwie spytał Burbon. – Nie lubisz? Delikacik z ciebie… Przyzwyczajaj się. Bez szczurów się tu nigdzie nie obejdzie… Ale to nic, to nawet dobrze: przynajmniej nie będziesz głodował – dodał i puścił oczko, a Artem poczuł, że zaczyna go mdlić. Ale tak serio – ciągnął już poważnie Burbon – to bój się raczej, kiedy szczurów nie ma. Jak nie ma szczurów, to znaczy, że jest tu jakieś niezłe cholerstwo, jeśli nawet szczury nie przeżyły. I jeśli to cholerstwo to nie ludzie, wtedy trzeba się bać. A jak szczury biegają, to znaczy, że to normalne miejsce. Zwyczajne. Kapujesz?
[...]
Widzisz, jak sądzę pochodzisz ze stacji, gdzie zegar jest sprawny i wszyscy patrzą na niego z nabożeństwem, synchronizując wskazówki swoich ręcznych zegarków z czerwonymi cyframi nad wejściem do tuneli. Wasz czas jest dla wszystkich jeden, tak jak i światło. Tu wszystko jest na odwrót: nikt nie miesza się do spraw innych. Nikt nie musi zapewniać światła wszystkim, których tu przyniosło. Podejdź do ludzi i zaproponuj im to – twój pomysł wyda im się absurdalny. Każdy, kto potrzebuje światła, powinien przynieść je tu z sobą. To samo tyczy się czasu: każdy, kto go potrzebuje, w obawie przed chaosem, przynosi tutaj własny czas. Każdy ma tu swój własny i każdy z nich jest inny, w zależności od tego, kto, kiedy stracił rachubę, ale wszystkie są jednakowo prawidłowe, każdy wierzy w swój czas, podporządkowuje swoje życie jego rytmom. U mnie jest teraz wieczór, u ciebie ranek i co z tego? Tacy jak ty, podróżując, przechowują zegarki tak troskliwie, jak ludzie pierwotni strzegli rozżarzonego węgielka w wypalonej skorupie, w nadziei, że wykrzeszą z niego ogień. Ale są też inni: ci, którzy zgubili, a może wyrzucili swój węgielek. Rozumiesz, w metrze przecież w gruncie rzeczy zawsze jest noc, dlatego czas nie ma tu sensu, choćby jak najuważniej go kontrolować. Rozwal swój zegarek, a zobaczysz w co przeobrazi się czas, to bardzo interesujące. Zmieni się nie do poznania. Przestanie być rozdrobniony, rozbity na kawałki, godziny, minuty, sekundy. Czas jest jak rtęć: rozdrobni się go, a on znowu się zrośnie, znowu stanie się niepodzielną całością. Ludzie go oswoili, uwiązali na łańcuszki swoich zegarków kieszonkowych i stoperów i dla tych, którzy trzymają go na łańcuchu, biegnie jednakowo. Ale spróbuj go oswobodzić, a zobaczysz: dla różnych ludzi czas płynie inaczej, dla kogoś wolno i ociężale, odmierzany wypalonymi papierosami, wejściami i wyjściami, a dla innego pędzi i zmierzyć go można tylko przeżytymi żywotami. Myślisz, że teraz jest rano? Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że masz rację: w przybliżeniu jeden do czterech. Tym niemniej ten poranek nie ma żadnego sensu, przecież on istnieje tam, na powierzchni, gdzie nie ma już życia. W każdym razie nie ma tam już ludzi. Czy ma znaczenie to, co dzieje się na górze, dla tych, którzy nigdy tam nie bywają? Nie. Dlatego też mówię ci „dobry wieczór”, a ty, jeśli chcesz, możesz odpowiedzieć „dzień dobry”. A co do samej stacji, to nie posiada ona w ogóle żadnego czasu, może oprócz jednego, przedziwnego: dziś jest czterysta dziewiętnasty dzień i jest to odliczanie wsteczne.
[...]
Wszystkich ludzi, którzy od samego początku umarli w metrze. To właśnie wyjaśnia również, dlaczego jestem ostatnim wcieleniem Czyngis-chana. Więcej wcieleń nie będzie. Na wszystko przyszedł kres, mój przyjacielu. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, ale tym razem ludzkość przesadziła. Nie ma już ani raju, ani piekła. Nie ma już czyśćca. Po tym jak dusza oddziela się od ciała – mam nadzieję, że wierzysz chociaż w nieśmiertelność duszy? – nie ma już schronienia. Ile potrzeba megaton, gigaton, żeby wyparowała noosfera? Przecież była tak samo realna jak ten czajnik. Jakkolwiek to się stało, nie ograniczaliśmy się. Unicestwiliśmy i niebo, i piekło. Wypadło nam żyć w przedziwnym świecie, w świecie, w którym dusza po śmierci musi zostać. Rozumiesz mnie? Umrzesz, ale twoja umęczona dusza nie ulegnie reinkarnacji, a ponieważ nie ma już nieba, nie będzie dla niej ukojenia ani odpoczynku. Jest skazana na pozostanie tam, gdzie spędziłeś całe swoje życie – w metrze. Chyba nie umiem podać ci dokładnego teozoficznego wyjaśnienia, dlaczego tak się dzieje, ale wiem na pewno: w naszym świecie dusza po śmierci zostaje w metrze… Będzie się miotać pod sklepieniami tych podziemi, w tunelach, do końca czasów, bo nie ma już, gdzie iść. Metro łączy w sobie życie biologiczne i pozagrobowe w jego obydwu postaciach. Teraz zarówno Eden, jak i Piekło znajdują się w tym samym miejscu. Mieszkamy wśród dusz umarłych, otaczają nas szczelnym kręgiem – wszyscy przejechani przez pociąg, zastrzeleni, uduszeni, pożarci przez potwory, spaleni żywcem, ci, którzy zginęli tak dziwną śmiercią, że nikt z żyjących nic o tym nie wie i nie będzie sobie nawet umiał wyobrazić. Dawno już męczyłem się nad tą zagadką: dokąd oni odchodzą, dlaczego ich obecność nie jest codziennie wyczuwalna, dlaczego z ciemności nie czuć wciąż ich lekkiego zimnego wzroku… Poznałeś strach tunelu? Myślałem kiedyś, że to umarli na ślepo podążają za nami tunelami, krok za krokiem, znikając w ciemności, kiedy tylko się odwrócimy. Oczy są tu nieprzydatne, nie da się nimi ujrzeć zmarłego, ale gdy po plecach przechodzą ci ciarki, włosy stają dęba, całym ciałem wstrząsa dreszcz, świadczy to o niewidzialnych prześladowcach. Tak myślałem kiedyś. Ale po tym, co mi opowiedziałeś, wiele rzeczy stało się dla mnie jasne. Nieznanym sposobem umarli dostają się do rur, do łączności… Kiedyś, dawno, zanim urodził się mój ojciec, a nawet dziadek, przez martwe miasto, które leży na powierzchni, płynęła rzeczka. Ludzie, którzy w nim wtedy mieszkali, potrafili ujarzmić tę rzekę i puścić ją rurami pod ziemię, gdzie pewnie płynie po dziś dzień. Podobnie tym razem – ktoś zamknął w rurach samą Letę, rzekę śmierci… Twój towarzysz nie mówił swoimi słowami i to nie on mówił. To były głosy umarłych, słyszał je w głowie i powtarzał, a potem oni pociągnęli go za sobą.
[...]
Nie mając siły się sprzeciwiać, Artem przekazał Chanowi znaleziony w rzeczach Burbona plan, kartonowy kwadracik rozmiarów kartki pocztowej, jak ta pożółkła stara pocztówka z pięknymi błyszczącymi bombkami pokrytymi szronem i napisem „Szczęśliwego Nowego 2007 Roku”, którą udało mu się jakoś zdobyć od Witalika w zamian za wyliniałą żółtą gwiazdkę z pagonów, którą znalazł u ojczyma w kieszeni. Ależ on ciężki – powiedział ochryple Chan i Artem zauważył, że jego dłoń z leżącym na niej kawałkiem kartonu nagle opadła, tak jakby plan istotnie ważył ponad kilogram. Sekundę temu, trzymając go w ręku, Artem nie dostrzegł w nim niczego wyjątkowego. Papier jak papier. Ten plan jest o wiele mądrzejszy od twojego – powiedział Chan. Kryje się tu taka wiedza, że nie chce mi się wierzyć, że należała do człowieka, który szedł z tobą. Rzecz nawet nie w tych notatkach i znakach, którymi jest upstrzony, chociaż i one mogą wiele powiedzieć. Nie, on niesie z sobą coś… Jego słowa nagle się urwały. Artem podniósł wzrok i spojrzał na niego uważnie. Czoło Chana pokryły głębokie zmarszczki i niedawny posępny ogień znów zapłonął mu w oczach. Jego twarz tak się zmieniła, że Artemowi zrobiło się strasznie i znów chciał się wynieść z tej stacji jak najszybciej i w dowolnym kierunku; nawet z powrotem do śmiertelnie niebezpiecznego tunelu, z którego z takim trudem uszedł z życiem. Oddaj mi go – nie tyle poprosił, ile rozkazał Chan. Podaruję ci inny, nie poczujesz różnicy. I dodam jeszcze dowolną rzecz, jakiej sobie zażyczysz – dodał. Proszę, należy do pana – łatwo ustąpił Artem, z ulgą wypluwając słowa zgody, rosnące mu w ustach i ciągnące za język. Czekały tam od momentu, kiedy Chan wymówił: „Oddaj”, i kiedy Artem wreszcie wyrzucił je z siebie, nagle pomyślał, że te słowa nie były jego, lecz jakby obce, podyktowane. Chan nagle odsunął się od ogniska, tak że jego twarz skryła się w mroku. Artem domyślił się, że próbuje zapanować nad sobą i nie chce, by chłopak był świadkiem jego wewnętrznej walki. Widzisz, przyjacielu – rozległ się z ciemności jego głos, jakiś słaby, niezdecydowany, niemający już nic z tej mocy i woli, która przestraszyła Artema chwilę wcześniej – to nie jest plan. Ściślej mówiąc, nie tylko plan. To Przewodnik po metrze. Tak, tak, to bez wątpienia on. Człowiek o odpowiedniej wiedzy potrafiłby przejść całe metro w dwa dni, bo ten plan… on jakby żyje… Sam mówi ci, dokąd i którędy masz iść, przestrzega przed niebezpieczeństwem… Czyli jest dla ciebie przewodnikiem. Dlatego też tak się nazywa – Chan znów zbliżył się do ognia. Przewodnik, z wielkiej litery, tak ma na imię. Słyszałem o nim. W całym metrze jest ich tylko kilka, a może został już tylko ten? Spuścizna jednego z najpotężniejszych magów minionej epoki.
[...]
Szli tak jakieś dziesięć minut i przez cały ten czas Artem nijak nie mógł pojąć, po co się tak śpieszą, tracąc oddech, potykając się o szyny, kiedy w tunelu za nimi było pusto i cicho, bez żadnych oznak pościgu. Musiało minąć z dziesięć minut, nim poczuł to na plecach. To coś rzeczywiście deptało im po piętach, doganiając ich krok po kroku: coś czarnego; nie fala, a prędzej wicher, czarny wicher niosący pustkę… I jeśli im się nie uda, jeśli on doścignie ich małą grupkę, to czeka ich to, co tamtych sześciu, to, co wszystkich pozostałych śmiałków i głupców, którzy wchodzili do tuneli pojedynczo czy w złym momencie, kiedy szalały tam piekielne huragany, zmiatając wszystko, co żywe… Takie myśli, niejasne pojmowanie tego, co się tu działo, po kolei przemknęły Artemowi przez głowę i popatrzył trwożliwie na Chana. Ten zauważył to spojrzenie i wszystko zrozumiał. No co, ciebie też chwyciło? – wysapał. Niedobrze! To znaczy, że jest już całkiem blisko.
[...]
Polis jest rządzona przez Radę złożoną z ludzi z największym autorytetem. A tam, wie pan, największy autorytet mają albo bibliotekarze, albo wojskowi. No, o Bibliotece to pan na pewno wszystko wie, nie ma sensu o niej opowiadać, ale drugie wejście do Polis znajdowało się kiedyś w samym budynku Ministerstwa Obrony, jeśli dobrze pamiętam albo w każdym razie gdzieś niedaleko, i części generalicji udało się wtedy ewakuować. Na samym początku władzę przejęli wojskowi, w Polis dość długo panowała taka, wie pan, junta. Ale ludziom jakoś nie bardzo się podobały te ich rządy, były zamieszki, dosyć krwawe, ale to było dawno, na długo przed wojną z czerwonymi. Wtedy poszli na ustępstwa i utworzono właśnie tę Radę. I tak się złożyło, że powstały w niej dwie frakcje: bibliotekarze i wojskowi. Dziwne to, oczywiście, połączenie. Wie pan, wątpię, żeby ci wojskowi w swoim dotychczasowym życiu spotkali wielu żywych bibliotekarzy. A tu tak się złożyło. I między tymi frakcjami są, rzecz jasna, wieczne kłótnie: to jedni biorą górę, to drudzy. Kiedy była wojna z czerwonymi, obrona była ważniejsza niż kultura i przewaga była po stronie generałów. Zaczął się pokój: bibliotekarze odzyskali wpływy. I tak tam u nich jest, rozumie pan, jak wahadło. Teraz przypadkiem usłyszałem, że to wojskowi mają silniejszą pozycję i znów wprowadzają dyscyplinę, wie pan, godzinę policyjną i inne radości życia – uśmiechnął się lekko Michaił Porfiriewicz. Dotrzeć tam jest teraz równie trudno jak do Szmaragdowego Grodu… My tak między sobą nazywamy Uniwersytet i te stacje obok niego, dla żartu…
[...]
Kiedyś Artem wciąż próbował sobie wyobrazić, co powinien czuć, o czym powinien myśleć człowiek skazany na śmierć, jedną noc przed egzekucją? Strach? Nienawiść do oprawców? Skruchę? W nim była tylko pustka. Serce ciężko waliło mu w piersi, w skroniach huczało, w ustach powoli zbierała się krew, póki jej nie połykał. Krew miała zapach mokrego, zardzewiałego żelaza. Czy może to wilgotne żelazo miało zapach świeżej krwi? Powieszą go. Zabiją. Więcej go nie będzie. Uświadomić to sobie, wyobrazić – niemożliwe. Wszyscy i każdy z osobna rozumie, że śmierć jest nieunikniona. W metrze śmierć była codziennością. Ale zawsze wydaje się, że tobie nie przytrafi się żaden nieszczęśliwy wypadek, że kule cię ominą, choroba cię nie dotknie. A śmierć ze starości nie przyjdzie tak szybko, można o tym nawet nie myśleć. Nie da się żyć w ciągłej świadomości swojej śmiertelności. Trzeba o tym zapomnieć, a jeśli takie myśli mimo wszystko się pojawiają, trzeba je przepędzać, trzeba je zagłuszać, inaczej mogą zapuścić korzenie w świadomości i rozrosnąć się, a ich jadowite zarodniki zatrują życie temu, kto im się podda. Nie wolno myśleć o tym, że i ciebie czeka śmierć. Inaczej można postradać zmysły. Tylko jedno ratuje człowieka od szaleństwa: nieświadomość. Życie skazanego na śmierć, którego stracą za rok i on o tym wie, życie śmiertelnie chorego, któremu lekarze powiedzieli, ile mu zostało, życie tych ludzi różni się od życia zwykłego człowieka tylko jednym: ci pierwsi dokładnie lub w przybliżeniu wiedzą, kiedy umrą, zaś zwykły człowiek tkwi w niewiedzy i dlatego wydaje się mu, że może żyć wiecznie, chociaż nie jest wykluczone, że następnego dnia zginie w wypadku. Straszna jest nie sama śmierć. Straszne jest jej oczekiwanie.
[...]
Artem szedł niekończącym się tunelem. Był on dłuższy niż wszystkie przejazdy, przez które przyszło mu wędrować w życiu razem wzięte. Tunel zakręcał, to szedł w górę, to zjeżdżał w dół, nie było w nim ani jednego prostego odcinka dłuższego niż dziesięć kroków. Ale wciąż nie miał końca, a iść było coraz trudniej, bolały obtłuczone do krwi nogi, doskwierały plecy, każdy kolejny krok wywoływał echo bólu w całym ciele, jednak, dopóki zostawała nadzieja, że do wyjścia jest całkiem niedaleko, może jest tuż za tym rogiem, Artem znajdował w sobie siły, by iść. A potem nagle przyszła mu do głowy prosta, lecz straszna myśl: a co, jeśli tunel nie ma wyjścia? Co, jeśli wejście i wyjście są zamknięte, jeśli ktoś, niewidoczny i wszechpotężny, wsadził go – wierzgającego jak szczur próbujący ugryźć w palec laboranta – do tego labiryntu bez wyjścia, żeby parł naprzód, aż zabraknie mu sił, aż padnie, robiąc to bez żadnego celu, po prostu dla zabawy? Szczur w labiryncie. Świnka morska w kołowrotku. Ale w takim razie, pomyślał, jeśli dalsza droga nie prowadzi do wyjścia, może zaprzestanie bezmyślnego ruchu da mu wyzwolenie? Usiadł na torach, nie dlatego, że się zmęczył, lecz dlatego, że jego droga się skończyła. I ściany wokół zniknęły, a on pomyślał: żeby osiągnąć cel, żeby zakończyć wyprawę, trzeba po prostu przestać iść. Potem ta myśl rozpłynęła się i zniknęła. Kiedy się obudził, ogarnął go niepojęty strach i z początku wciąż nie mógł się zorientować, co się stało. Dopiero potem zaczął przypominać sobie fragmenty snu, łączyć te urywki w układankę, ale urywki w żaden sposób nie chciały się trzymać kupy, nie było kleju, który połączyłby je w całość. Tym klejem była jakaś myśl, która przyszła mu do głowy we śnie, była ona rdzeniem, sercem tej wizji, nadawała jej sens. Bez niej była to tylko sterta porwanych płócien, z nią – piękny obraz, pełen czarodziejskiego sensu, otwierający przed nim bezkresne horyzonty. I tej właśnie myśli nie pamiętał.
[...]
Jewgienij Dmitriewicz przerwał na chwilę, a potem kontynuował: Tak więc, jeśli ich Bóg ma jakieś przymioty, czy też wyjątkowe właściwości, to na pewno nie miłość, nie sprawiedliwość i nie przebaczenie. Sądząc z tego, co działo się na Ziemi od chwili jej… eee… stworzenia, Bogu właściwe jest tylko jedno uczucie: uwielbia ciekawe historie. Najpierw robi jakąś drakę, a potem patrzy, co z tego wychodzi. Jak się robi nudno, dosypie trochę pieprzu. Tak że słuszność miał staruszek Szekspir: świat jest teatrem. Tyle że zupełnie nie takim, o jakim mówił – podsumował.
[...]
Obu rozmówców Artema wyraźnie niezbyt wierzyło w to, że za to, co teraz powiedzieli, przyjdzie im kiedykolwiek zapłacić. Ale słowa Jewgienija Dmitriewicza o tym, że to, co przydarza się ludzkości, to po prostu ciekawa historia, naprowadziło Artema na inną myśl. Przeczytałem całkiem sporo różnych książek – powiedział – i zawsze mnie dziwiło, że tam wszystko jest nie tak, jak w życiu. No rozumiecie, tam wydarzenia tworzą linię i wszystko jest ze sobą powiązane, jedno wynika z drugiego, nic się nie dzieje tak po prostu. Ale przecież tak naprawdę wszystko jest zupełnie inne! Przecież życie składa się z nie powiązanych ze sobą wydarzeń, które dzieją się w przypadkowej kolejności, i nie zdarza się tak, żeby wszystko następowało po sobie zgodnie z logiką. I jeszcze to: na przykład książki kończą się w tym miejscu, gdzie urywa się ciąg logiczny, czyli początek, rozwinięcie, potem szczyt i koniec. Nie szczyt, tylko kulminacja – poprawił Artema Siergiej Andriejewicz wysłuchujący ze znudzoną miną jego spostrzeżeń. Jewgienij Dmitriewicz też nie wyrażał specjalnego zainteresowania. Przysunął do siebie urządzenie do palenia i wciągnąwszy pachnący dym, wstrzymał oddech. Dobrze, kulminacja – ciągnął nieco speszony Artem. Ale w życiu wszystko jest inaczej, po pierwsze ciąg logiczny może nie dojść do końca, a po drugie, jeśli nawet dojdzie, to na tym nic się nie kończy. Chodzi ci o to, że życie nie ma fabuły? – pomógł mu sformułować myśl Siergiej Andriejewicz. Artem zamyślił się na chwilę, potem kiwnął głową. A w przeznaczenie wierzysz? – spytał Siergiej Andriejewicz i przechyliwszy głowę na bok, uważnie przyglądał się Artemowi, zaś Jewgienij Dmitriewicz oderwał się od fajki z zaciekawieniem. Nie – zdecydowanie odparł Artem. Nie ma żadnego przeznaczenia. Po prostu przypadkowe zdarzenia, które nam się przytrafiają, a my to już potem sami to wymyślamy. A to błąd, błąd… – westchnął z rozczarowaniem Siergiej Andriejewicz, surowo patrząc na Artema znad okularów. Przedstawię ci teraz małą teoryjkę i sam zobacz, czy pasuje do twojego życia. Mnie się wydaje, że życie, rzecz jasna, jest puste i żadnego sensu w nim generalnie nie ma, ani nie istnieje przeznaczenie, to znaczy takie określone, jawne, tak że się rodzisz i wszystko już wiesz: moje przeznaczenie to być kosmonautą, albo, powiedzmy, baleriną, albo zginąć młodo… Nie, tak to nie. Kiedy przeżywasz wyznaczony ci czas… jakby to objaśnić… Może się zdarzyć, że przydarzy ci się coś, co sprawi, że będziesz wykonywał określone działania i podejmował określone decyzje, przy czym masz wolny wybór: jak chcesz, to robisz tak, jak nie, to inaczej. Ale jeśli podejmiesz prawidłową decyzję, to rzeczy, które się będą dalej z tobą działy, już nie będą, jak się wyraziłeś, przypadkowymi zdarzeniami. Będą uwarunkowane wyborem, którego dokonałeś. Nie chodzi mi o to, że jeśli zdecydowałeś się mieszkać na Linii Czerwonej zanim stała się Czerwona, to już nigdzie się stamtąd nie ruszysz i wszystkie zdarzenia w twoim życiu będą wyglądać odpowiednio, mówię o bardziej subtelnych sprawach. Ale jeśli znów znajdziesz się na rozstaju i znów podejmiesz konieczną decyzję, potem pojawi się przed tobą wybór, który nie wyda ci się już przypadkowy, oczywiście, jeśli się tego domyślisz i będziesz umiał go sobie uświadomić. I twoje życie przestanie być po prostu zbiorem przypadków. Przeobrazi się… w fabułę, czy coś takiego, wszystko będzie ze sobą powiązane pewnymi ciągami logicznymi, choć niekoniecznie bezpośrednio. I to właśnie będzie twoje przeznaczenie. Na pewnym etapie, jeśli zabrnąłeś na swej drodze wystarczająco daleko, twoje życie tak bardzo zmieni się w fabułę, że zaczną ci się przytrafiać dziwne rzeczy, niewytłumaczalne z punktu widzenia nagiego racjonalizmu, bądź twojej teorii przypadkowych zdarzeń. Za to bardzo dobrze będą się wpisywać w logikę linii fabularnej, w którą teraz zmieniło się twoje życie. Myślę, że przeznaczenie nie istnieje sobie ot tak, trzeba do niego dojść, i jeśli wydarzenia w twoim życiu zaczną się układać w fabułę, to może cię to zabrać tak daleko… Najciekawsze, że człowiek może sam nawet nie podejrzewać, że to się z nim dzieje, albo widzieć wydarzenia w istocie nieprawdziwie, próbować je systematyzować zgodnie ze swoim światopoglądem. Ale przeznaczenie ma własną logikę. Ta dziwna teoria, która z początku wydała się Artemowi kompletnym hokus-pokus, nagle sprawiła, że spojrzał pod innym kątem na wszystko, co mu się przytrafiło od samego początku, odkąd zgodził się na propozycję Huntera, by wyruszyć do Polis.
[...]
Czy to znaczy, że kiedy wrócił ze skręcającej w bok ścieżki na własną drogę, postąpił zgodnie z fabularnym rysunkiem swojego życia, a na etapie, do którego dotarł, mogło to już spowodować poważne zakłócenia rzeczywistości, poprawiając ją tak, by główny wątek fabuły Artema mógł bez przeszkód rozwijać się dalej? To by znaczyło, że jeśli zrezygnuje ze swojego celu, zboczy ze swej drogi, przeznaczenie się od niego odwróci i niewidoczna tarcza, chroniąca go teraz od śmierci, rozpadnie się na kawałki, nić Ariadny, po której ostrożnie stąpa, urwie się i zostanie sam na sam z rozszalałą rzeczywistością, rozwścieczoną jego zuchwałym zamachem na chaotyczną istotę bytu… Być może ten, kto raz próbował oszukać przeznaczenie, kto był na tyle lekkomyślny, by trwać w uporze jeszcze po tym, gdy zebrały mu się nad głową czarne chmury, nie może po prostu ot tak zboczyć ze szlaku? Choćby nawet wszystko uszło mu na sucho, to od tej pory jego życie stanie się zupełnie tuzinkowe, szare i nigdy już nie zdarzy się w nim nic niezwykłego, magicznego, niewytłumaczalnego, a wszystko dlatego, że wątek się urwie, a na bohaterze postawi się krzyżyk… Czy to znaczy, że Artem nie tylko nie ma teraz prawa, ale nie może zejść ze swej drogi? I to jest właśnie przeznaczenie? Przeznaczenie, w które nie wierzył? A nie wierzył tylko dlatego, że nie potrafił prawidłowo zrozumieć tego, co się z nim dzieje, nie umiał odczytać znaków stojących na jego drodze i nadal naiwnie uważał ciągnący się po horyzont, specjalnie dla niego skonstruowany trakt za zagmatwany splot porzuconych ścieżek prowadzących w różne strony? Wyszło na to, że kroczył swoją drogą, a wydarzenia jego życia tworzyły harmonijną fabułę, która panowała nad ludzką wolą i rozumem, tak że jego wrogowie tracili wzrok, a przyjaciele zaczynali widzieć, aby przybyć mu na czas na pomoc. Fabuła, rządząca rzeczywistością tak, że niewzruszone reguły prawdopodobieństwa posłusznie, niczym plastelina, zmieniały swój kształt pod naciskiem wzrastającej potęgi niewidzialnej ręki przestawiającej go po szachownicy życia… A jeśli rzeczywiście tak było, to znikało samo przez się pytanie, na które wcześniej można było odpowiedzieć jedynie ponurym milczeniem i zaciśnięciem zębów: po co to wszystko? Teraz odwaga, z jaką przekonywał sam siebie i uparcie mówił innym, że nie ma w świecie żadnego zamysłu ani wyższego planu, żadnych reguł i żadnej sprawiedliwości, okazywała się niepotrzebna, gdyż ten zamysł zaczynał być widoczny… Tej myśli nie można się było oprzeć, była zbyt pociągająca, żeby odrzucić ją z tym żelaznym uporem, z którym odpychał wyjaśnienia proponowane przez religie i ideologie.
[...]
Wszystko zepsuło echo. Ponieważ w tunelu było tak pusto, dźwięki kroków niosły się we wszystkich kierunkach. Odbite od ścian, huczały, oddalając się stopniowo i przechodząc w szmer, a potem wracając po takim czasie, iż zdawało się, że idzie nie tylko Artem, ale jeszcze ktoś inny. Po jakimś czasie to wrażenie stało się na tyle silne, że Artem miał ochotę zatrzymać się i posłuchać, czy echo kroków przypadkiem nie żyje swoim życiem. Przez kilka minut walczył z pokusą. Jego kroki robiły się coraz wolniejsze i cichsze, a Artem nasłuchiwał, czy odbija się to na sile echa. Wreszcie zupełnie się zatrzymał. Bojąc się głęboko odetchnąć, żeby świst nabieranego do płuc powietrza nie przeszkodził mu wychwycić najmniejszy szelest w oddali, stał tak w nieprzeniknionych ciemnościach i czekał. Cisza. Teraz, kiedy przestał się przemieszczać, znów stracił poczucie realności przestrzeni. Póki szedł, chwytał się jakby rzeczywistości podeszwami butów. Zatrzymawszy się wśród atramentowej czerni tunelu, Artem naraz przestał pojmować, gdzie się znajduje. Wydało mu się też, że kiedy znów ruszył z miejsca, ledwie słyszalne echo kroków dotarło do jego uszu, zanim jeszcze jego własna stopa zdążyła stanąć na betonowym podłożu. Serce zabiło mu mocniej. Ale po chwili udało mu się przekonać siebie, że zwracanie uwagi na wszystkie szmery w tunelach jest głupie i bezsensowne. Przez jakiś czas Artem starał się w ogóle nie wsłuchiwać w echo. Potem, kiedy wydało mu się, że ostatni z cichnących pogłosów zbliżył się do niego, zatkał sobie uszy i szedł dalej. Ale i tego nie starczyło na długo. Kiedy po paru minutach oderwał dłonie od uszu i kroczył dalej, ku swojemu przerażeniu usłyszał, że echo jego kroków przed nim rzeczywiście jest coraz głośniejsze, jak gdyby zbliżało się do niego. Ale wystarczyło stanąć w miejscu, żeby dźwięki z przodu z sekundowym opóźnieniem też ucichły. Ten tunel poddawał Artema próbie, testował jego zdolność do przeciwstawienia się strachowi.
[...]
Echo odezwało się strasznie blisko i Artem nie poznał swojego głosu. Drżące odgłosy niosły się na wyścigi w głąb tunelu, tracąc sylaby: „jest tam kto… am kto… kto…”. Nikt nie odpowiedział. I nagle stało się coś niewiarygodnego: echo zaczęło wracać, powtarzając jego pytanie, w odwrotnej kolejności odzyskując zgubione sylaby, stawało się coraz głośniejsze, aż w końcu trzydzieści kroków od niego ktoś powtórzył przestraszonym głosem jego pytanie. Tego było dla Artema za wiele. Odwrócił się i ruszył z powrotem, najpierw starając się nie iść zbyt szybko, a potem kompletnie zapominając o tym, że strachowi nie wolno się poddać, potykając się pobiegł. Ale już po chwili zrozumiał, że echo kroków i tak słychać w odległości dwudziestu metrów. Niewidzialny prześladowca nie chciał dać mu spokoju. Artem złapał zadyszkę i biegł już bez wyczucia kierunku, aż w końcu wpadł na ścianę tunelu.
[...]
Czyli, ty jesteś bibliotekarzem? Daniła spojrzał na niego z przestrachem, zbladł i zakaszlał. Potem, kiedy się opanował, cicho powiedział: Jakim znowu bibliotekarzem? Czy widziałeś choć kiedyś żywego bibliotekarza? To nie radzę! Bibliotekarze siedzą tam, na górze… [zmutowane istoty człekokształtne – przyp. aut.]. Widziałeś, jakie tu mamy umocnienia? Nie daj Bóg, żeby tu zeszli… Nigdy nie myl tych rzeczy. Nie jestem bibliotekarzem, tylko kustoszem. Mówią też na nas bramini. A cóż to za dziwna nazwa? – uniósł brwi Artem. Widzisz, mamy tu coś w rodzaju systemu kastowego. Jak w starożytnych Indiach. Kasta… No, to tak jak klasa… Czerwoni ci tego nie tłumaczyli? Nieważne. Kasta kapłanów, kustoszy wiedzy, tych, którzy zbierają książki i z nimi pracują – wyjaśnił, a Artem ciągle nie mógł się nadziwić, jak starannie unika słowa „bibliotekarz”. – I kasta wojowników, którzy zajmują się obroną. Bardzo to przypomina Indie, tam jeszcze była kasta kupców i kasta sług. My też to wszystko mamy. No i między sobą nazywamy to po hindusku. Kapłani to bramini, wojownicy – kszatrijowie, kupcy – waiśowie, słudzy – śudrowie. Członkiem danej kasty zostaje się raz na całe życie. Istnieją osobne obrzędy wtajemniczenia, szczególnie u kszatrijów i braminów. W Indiach to było dziedziczne, rodowe, a u nas wybiera się samemu, kiedy kończysz osiemnaście lat. Tu, na Borowickiej, jest więcej braminów, prawie wszyscy. Tu jest nasza szkoła, biblioteki, cele. Na stacji Biblioteka jest inaczej, przez tranzyt Linii Czerwonej, musi być silna ochrona, choć przed wojną było tam więcej naszych. Teraz przeprowadzili się na Aleksandrowskij Sad. A na Arbackiej są prawie sami kszatrijowie, bo mają tam Sztab.
[...]
Przecież to nie ma żadnego znaczenia, te wszystkie książki. A Wielką Bibliotekę też nie dla nich zbudowali. I to nie ich tam strzegą. Artem spojrzał na niego ze zdziwieniem. Bramin otworzył już usta, żeby kontynuować, ale nagle wstał od stołu, podszedł do drzwi, uchylił je i przez chwilę nasłuchiwał. Potem cicho je zamknął, wrócił na miejsce i szeptem dokończył: Całą Wielką Bibliotekę zbudowali dla jednej jedynej Księgi. I tylko ona jedna jest tam ukryta. Pozostałe są potrzebne tylko, żeby ją zasłonić. I to jej tak naprawdę szukają. I jej strzegą – dodał i przeszedł go dreszcz. A co to za księga? – też obniżył głos Artem. Stary foliał. Na czarnych jak węgiel stronicach, złotymi literami jest zapisana cała Historia. Do samego końca. I po co jej szukają? – szepnął Artem. Jak to, nie rozumiesz? – pokręcił głową bramin. Do końca, do samego końca. A przecież do końca jeszcze daleko… I kto ma tę wiedzę…
[...]
„…będąc najmniej liczną i wpływową z grup politycznych, które walczyły o władzę i wpływy w Rosji po pierwszej rewolucji, bolszewicy nie byli uważani przez żadną z walczących stron za poważnych konkurentów. Nie posiadali poparcia chłopstwa i opierali się jedynie na nielicznych zwolennikach wśród klasy robotniczej i w marynarce. Jednak głównych sojuszników W.I. Leninowi, który uczył się alchemii i zaklinania duchów w zamkniętych szwajcarskich szkołach, udało się znaleźć po drugiej stronie bariery między światami. Właśnie w tym okresie pierwszy raz pojawiają się pentagramy jako symbole ruchu komunistycznego i Armii Czerwonej. Pentagram to, jak wiadomo, najbardziej rozpowszechniony i najłatwiej dostępny dla początkujących typ portalu między światami, który pozwala przedostawać się do naszej rzeczywistości demonom. Przy tym autor pentagramu, przy jego umiejętnym wykorzystaniu, zdobywa kontrolę nad wezwanym do naszego świata demonem, który jest odtąd zobowiązany, by mu służyć. Zazwyczaj, żeby lepiej kontrolować przyzwaną istotę, wokół pentagramu wyznacza się ochronny okrąg, aby demon nie mógł przekroczyć jego granicy. Nie wiadomo, jak dokładnie przywódcom ruchu komunistycznego udało się dokonać tego, do czego dążyli najpotężniejsi czarnoksiężnicy wszystkich czasów: ustanowić kontakt z demonami władcami, którym podlegały całe hordy ich pomniejszych braci. Specjaliści są przekonani, że to sami władcy, wyczuwając nadchodzące wojny i największe rzezie w historii ludzkości, zbliżyli się do granicy między światami i przyzwali tych, którzy mogli im pozwolić zebrać żniwo ludzkiego życia. W zamian obiecali im wsparcie i ochronę. Historia z finansowaniem bolszewickiego kierownictwa przez niemiecki wywiad jest oczywiście prawdziwa, ale byłoby głupie i powierzchowne uważać, że tylko dzięki zagranicznym pomocnikom W.I. Leninowi i jego towarzyszom broni udało się przechylić szalę historii na swoją stronę. Przyszły komunistyczny wódz miał już wtedy protektorów nieskończenie silniejszych i inteligentniejszych niż oficerowie wywiadu wojskowego wilhelmińskich Niemiec. Szczegóły tajnej umowy z siłami ciemności są oczywiście niedostępne współczesnym badaczom. Jednak ich rezultat jest znany: w krótkim czasie pentagramy pojawiają się masowo na flagach, nakryciach głowy żołnierzy Armii Czerwonej i na jej, nielicznym na razie, sprzęcie wojskowym. Każdy z nich otwierał bramę do naszego świata demonowi obrońcy, który chronił posiadacza pentagramu od ciosów z zewnątrz. Jako zapłatę demony wedle zwyczaju otrzymywały krew. W samym XX wieku, według najskromniejszych obliczeń, w ofierze złożono około 30 milionów mieszkańców Rosji. Umowa z władającymi przyzwanymi siłami bardzo szybko się opłaciła: bolszewicy zdobyli i utrwalili władzę, i chociaż sam Lenin, będący łącznikiem między dwoma światami, nie wytrzymał i zmarł w wieku zaledwie 54 lat, pochłonięty od środka przez piekielne płomienie, następcy kontynuowali jego dzieło bez wahania. Wkrótce nastąpiła demonizacja całego kraju. Dzieciom idącym do szkoły przypinano do piersi pierwszy pentagram. Mało kto wie, że początkowo rytuał przygotowania do wstąpienia do pionierów zawierał nakłuwanie szpilką ciała dziecka. W ten sposób demon październikowej «gwiazdeczki» kosztował krwi swojego przyszłego pana i raz na zawsze wstępował z nim w uświęcony związek. Dorastając i stając się pionierem, dziecko dostawało nowy pentagram: spoglądającym na niego ukazywała się część treści Umowy – wyszyty złotem portret Wodza otaczały płomienie, w których zginął. W ten sposób rosnącemu pokoleniu przypominano o jego złożeniu się w ofierze. Potem był Komsomoł, aż wreszcie przed wybranymi otwierała się droga do kasty kapłanów – Partii Komunistycznej. Miliony przywołanych duchów chroniły wszystko i wszystkich w państwie sowieckim: dzieci i dorosłych, budynki i maszyny, a same demony-władcy usadowiły się w olbrzymich rubinowych pentagramach na wieżach Kremla, dobrowolnie godząc się na uwięzienie w imię powiększenia swojej potęgi. To właśnie stamtąd rozchodziły się po całym kraju niewidzialne linie pola siłowego, powstrzymujące go przed popadnięciem w chaos i podporządkowujące jego mieszkańców woli lokatorów Kremla. W pewnym sensie, cały Związek Sowiecki zamienił się w jeden gigantyczny pentagram, którego ochronnym okręgiem stała się granica państwa”. [...] „Decydującą próbą dla sowieckiej władzy stało się starcie z narodowo-socjalistycznymi Niemcami. Chronieni przez siły równie prastare i potężne, co te na usługach Związku Sowieckiego, zakuci w pancerze Teutoni drugi raz w tym tysiącleciu zdołali przebić się w głąb naszego kraju. Tym razem na ich chorągwiach namalowany był odwrócony symbol słońca, światła i rozkwitu. Czołgi z pentagramami na wieżyczkach jeszcze dziś, pięćdziesiąt lat po Zwycięstwie, prowadzą swój wieczny bój z czołgami, których pancerz zdobi swastyka: na wystawach muzeów, na ekranach telewizorów, na kratkowanych kartkach wyrwanych ze szkolnych zeszytów…”.
[...]
Stalker. Dokładnie tak ich sobie wyobrażał – z opowiadań ojczyma i historyjek straganiarzy. Poplamiony i miejscami osmalony skafander ochronny, długa ciężka kamizelka kuloodporna, potężne bary, na prawym ramieniu niedbale zarzucona potężna bryła erkaemu, z lewej, na podobieństwo bandoletu, zwisa pobłyskująca smarem taśma z nabojami. Masywne sznurowane buty, wpuszczone do środka spodnie, na plecach przepastny płócienny plecak. Stalker zdjął okrągły hełm specnazu, ściągnął gumową maskę przeciwgazową i zaczerwieniony, mokry, rozmawiał o czymś z dowódcą posterunku. Był już niemłody, Artem widział siwy zarost na jego policzkach i brodzie i srebrne nitki wśród krótkich, czarnych włosów. Ale biło od niego siłą, pewnością siebie, cały był spięty, czujny, jakby nawet tu, na cichej, jasnej stacji był gotów w każdej chwili stawić czoła niebezpieczeństwu i nie dać mu się zaskoczyć. Teraz tylko Artem wciąż się jeszcze gapił bezceremonialnie na przybysza, pozostali ludzie, którzy stali w kolejce, najpierw go popędzali, a potem po prostu zaczęli wymijać.
[...]
Czy to, co opowiadałeś o Poliance [stacji metra ze spec-ludźmi – przyp. aut.] na posiedzeniu Rady jest prawdą? – rozległ się ochrypły głos. Tak – twardo odparł Artem. Czy wiesz, jak my, bramini, nazywamy Poliankę między sobą? Stacja przeznaczenia. Kszatrijowie mogą sobie uważać, że to gaz powoduje wizje, nie mam nic przeciwko temu. Nie zamierzamy leczyć ze ślepoty naszych niedawnych wrogów. My wierzymy, że na tej stacji ludzi spotykają wysłannicy Opatrzności. Większości z nich Opatrzność nie ma nic do powiedzenia i ci po prostu przechodzą przez pustą, porzuconą stację. Lecz ci, którzy napotkali kogoś na Poliance, powinni potraktować to spotkanie z całą uwagą i na całe życie zapamiętać to, co tam usłyszeli. Pamiętasz, co to było? Zapomniałem – skłamał Artem, nie ufając specjalnie tym ludziom, którzy przypominali mu członków jakiejś sekty. Nasza starszyzna jest przekonana, że nie przyszedłeś do nas przypadkiem. Nie jesteś zwykłym człowiekiem i twoje szczególne zdolności, które już nie raz uratowały ci życie po drodze, mogą pomóc również nam.
[...]
Pierwszy połapał się Artem. Idziesz na górę? Odprowadzić nas? Szukać czegoś, nie wiadomo czego? – spytał sarkastycznie. Ja akurat wiem czego – odgryzł się Daniła. Ale jak ty zamierzasz tego szukać, nie mam pojęcia. Ja też nie – przyznał Artem. – Powiedzieli mi, że potem wyjaśnią… No, to czekam. A mi powiedzieli, że wysyłają na górę jasnowidza, co to sam powinien wiedzieć, dokąd iść. I to ja mam być tym jasnowidzem? – prychnął Artem. Starszyzna uważa, że masz dar i wyjątkowe przeznaczenie. Gdzieś w Kodeksie jest przepowiednia, że ma się zjawić młodzieniec, wiedziony przez przeznaczenie, który znajdzie ukryte tajemnice Wielkiej Biblioteki. Znajdzie to, co nasza kasta nieskutecznie próbowała odkryć przez ostatnią dekadę. Starszyzna jest przekonana, że tym człowiekiem jesteś ty. To ta księga, o której mówiłeś? – spytał bez ogródek Artem. Daniła długo nie odpowiadał, wreszcie skinął głową.
[...]
I teraz właśnie po tych schodach, do których jeszcze przed chwilą byli ustawieni plecami, powoli i bezszelestnie schodziły przygarbione szare postaci. Było ich ponad dziesięć: ledwo widoczne w półmroku stwory, z których każdy byłby wzrostu Artema, gdyby nie zginał się prawie wpół, tak że długie przednie łapy, porażająco przypominające ludzkie ręce, omal nie sięgały podłogi. Poruszały się te istoty na tylnych łapach, człapiąc jak kaczki, ale przy tym zadziwiająco zwinnie i bezdźwięcznie. Z daleka najbardziej przypominały goryle z podręcznika do biologii, z którego ojczym próbował uczyć Artema, kiedy był dzieckiem. Na wszystkie te obserwacje Artem miał nie więcej niż sekundę. Jak tylko światło latarki padło na jedną ze zgarbionych postaci, rzucając na ścianę za nią wyrazisty czarny cień, ze wszystkich stron rozległ się diabelski jazgot i stwory, nie próbując się już ukrywać, rzuciły się na dół. Bibliotekarze! – krzyknął ze wszystkich sił Daniła.
[...]
W Polis nie możesz się teraz pokazać. Nie masz Księgi, straciłeś ich przewodnika – ostrożnie kładąc na ziemi swojego rannego towarzysza i ciężko dysząc, powiedział Młynarz. Braminom to się raczej nie spodoba. I co najważniejsze, to znaczy, że żaden z ciebie wybraniec i wyjawili swoje tajemnice nie temu, co trzeba. Jeśli wrócisz do Polis, to przepadniesz bez wieści. Mają od tego specjalistów, nie na darmo to inteligencja. I nawet mnie nie uda się ciebie ochronić. Musisz teraz uciekać. Najlepiej na Smoleńską. Idzie się prosto, budynków mało, nie ma konieczności zagłębiania się w zaułki. Może dojdziesz. Jeśli zdążysz przed wschodem. Jakim wschodem? – spytał nie dowierzając Artem. Wiadomość, że sam jeden będzie musiał przedostać się na powierzchni do innej stacji metra, do której, sądząc po planie, były ze dwa kilometry, była dla niego jak uderzenie obuchem w głowę. Słońca. Ludzie to zwierzęta nocne i w dzień lepiej im się na powierzchni nie pokazywać. Takie rzeczy wyłażą z ruin, żeby się wygrzać na słoneczku, że sto razy pożałujesz, że tam trafiłeś. O świetle nie wspominając: oślepniesz w sekundę i ciemne okulary nie pomogą. Ale jak ja mam iść, sam? – wciąż jeszcze nie wierząc własnym uszom spytał Artem. Nie bój się. Idzie się cały czas prosto. Wyjdziesz na Kaliniński i idź nim, nigdzie nie zbaczaj. Nie pokazuj się na jezdni, no i trzymaj dystans do domów, tam wszędzie coś mieszka. Idź, aż dojdziesz do skrzyżowania z drugim szerokim bulwarem, to będzie Sadowoje Kolco. Wtedy w lewo i prosto, do kwadratowego budynku, z fasadą z jasnego kamienia. To był kiedyś Dom Mody… Znajdziesz od razu – dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie Sadowego, stoi bardzo wysoki, na wpół zburzony budynek – centrum handlowe. Za Domem Mody będzie taki żółty łuk z napisem „Stacja Metra Smoleńska”. Przechodzisz pod nim, będziesz wtedy na takim małym placyku, coś w rodzaju wewnętrznego dziedzińca, tam zobaczysz właściwą stację. Jak będzie spokojnie, spróbuj zejść na dół. U nich jedno wejście jest otwarte i pod strażą, dla ich stalkerów. Zapukasz w bramę o tak: trzy szybko, dwa powoli, trzy szybko. Powinni otworzyć. Powiedz, że jesteś od Młynarza, i czekaj tam na mnie. Zaniosę Dziesiątego i od razu tam pójdę. Do południa będę. Znajdę cię sam. Karabiny sobie zostaw, nie wiadomo, jak wyjdzie.
[...]
Stał pośrodku tego wspaniałego cmentarza cywilizacji i czuł się jak archeolog po odkopaniu starożytnego miasta, w którym resztki dawnej potęgi i piękna jeszcze przez wiele stuleci wywołują u oglądających dreszcz zachwytu. Wyobrazić sobie, jak żyli ludzie mieszkający w tych gigantycznych budowlach, przemieszczający się tymi maszynami, wtedy jeszcze błyszczącymi świeżą farbą i miękko sunącymi po równej nawierzchni ulicy na rozgrzanej gumie kół, schodzący do metra tylko po to, żeby jak najszybciej przedostać się z jednego punktu tego bezkresnego miasta w drugi… Niemożliwe. O czym myśleli każdego dnia? Czego się bali? Czego w ogóle mogą się bać ludzie, jeśli nie muszą w każdej sekundzie obawiać się o swoje życie i stale o nie walczyć, próbując przedłużyć je choćby o jeden dzień? W tym momencie chmury wreszcie się rozstąpiły, ukazując nadgryziony żółtawy dysk księżyca, pokryty dziwnymi rysunkami. Ostre światło, spływające w dół przez wyrwę w obłokach, zalało miasto, stokrotnie zwiększając jego mroczną potęgę. Domy i drzewa, które do tej pory zdawały się tylko płaskimi, bezcielesnymi sylwetkami, ożyły i nabrały objętości, ujawniły się niewidoczne wcześniej detale. Nie potrafiąc ruszyć się z miejsca, Artem stał jak zaczarowany i zachwyconym wzrokiem wodził dookoła, próbując powstrzymać ogarniające go drżenie. Dopiero teraz zaczynał naprawdę rozumieć tęsknotę, którą słyszał w głosach staruszków wspominających przeszłość, wracających w swojej wyobraźni do miasta, w którym kiedyś mieszkali. Dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę, jak daleko od swych dawnych osiągnięć i zdobyczy znajduje się teraz człowiek. Jak dumnie szybujący w powietrzu ptak, który, śmiertelnie ranny, spadł na ziemię, żeby zaszyć się w jakiejś dziurze i tam cicho umrzeć. Przypomniała mu się podsłuchana dyskusja ojczyma i Huntera. Czy człowiek może przeżyć, a nawet jeśli tak, czy będzie to ten sam człowiek, który ujarzmił świat i pewną ręką nim rządził? Teraz, kiedy Artem sam mógł ocenić z jakiej wysokości ludzkość spadła w otchłań, jego wiara w piękną przyszłość ostatecznie się ulotniła.
[...]
Artem stał teraz na ulicy całkiem sam, otoczony tylko przez widma i cienie przeszłości, próbując sobie wyobrazić, ilu ludzi, dniem i nocą, przemierzało tu kiedyś chodniki, ile samochodów pędziło z fantastyczną prędkością w tym samym miejscu, w którym się znajduje, jak przytulnie i ciepło świeciły puste teraz i czarne okna domów mieszkalnych. Gdzie to się wszystko podziało? Świat wydawał się opustoszały i porzucony, lecz Artem rozumiał, że to iluzja: Ziemia nie była opuszczona i pusta, po prostu zmieniła gospodarzy. Myśląc o tym, odwrócił się za siebie, w kierunku Biblioteki.
[...]
Artem wzruszył ramionami, obejrzał się w stronę posterunku czy wartownicy nie wrócili i znów przyłożył ucho do rury. Co tam można było teraz usłyszeć? Wiatr? Odgłosy strasznego szumu, który zalał tunele między Aleksiejewską a Prospektem Mira? Z niewyobrażalnej dali, z trudem przebijając się przez warstwę ziemi, słychać było przytłumione dźwięki. Dochodziły od strony Parku Pobiedy, nie było co do tego żadnych wątpliwości. Artem zamarł nasłuchując i powoli robiło mu się zimno: słyszał coś niemożliwego: muzykę. Nutę za nutą ktoś albo coś kilka kilometrów od niego odtwarzało tęskną melodię muzycznej szkatułki. Ale to nie było echo: w niektórych miejscach nieznany wykonawca się pomylił, tu i ówdzie przeciągnął nutę, ale motyw pozostawał całkowicie rozpoznawalny. I, co najważniejsze, to wcale nie było metaliczne dzwonienie, dźwięk przypominał raczej gwizdanie… Czy może śpiew? Nierozróżnialny chór wielu głosów? Nie, jednak gwizd…
[...]
W nocy na całej stacji [Kijewskiej – przyp. aut.] paliły się tylko trzy–cztery słabe żarówki i z wyjątkiem plam światła w miejscach, gdzie zwisały z sufitu, cały peron był pogrążony w ciemności. Kiedy Artem zatrzymywał się i przyglądał uważniej, zaczynało mu się wydawać, że w mroku coś jest i powoli się kołysze. Nie wierząc swoim oczom, z ciekawością i brawurą pijanego poszedł w stronę szczególnie podejrzanego miejsca: niedaleko od przejścia na Linię Filewską, przy jednym z filarów, ruchy ciemnych kształtów były nie płynne, jak w innych zakątkach, a urywane i jakby świadome. Hej! Kto tam jest? – zawołał, kiedy zbliżył się na jakieś piętnaście kroków. Nikt nie odpowiedział, ale wydało mu się, że od dużej plamy ciemności oddzielił się podłużny cień. Zlewał się prawie z mrokiem, jednak w Artemie narastało przekonanie, że z ciemności ktoś na niego patrzy. Zachwiał się, ale ustał na nogach i zrobił jeszcze jeden krok. Cień błyskawicznie zmniejszył rozmiary, jakby się skurczył i pomknął naprzód. W nos uderzył go ostry mdlący zapach i Artem się cofnął. Czym to pachniało? Przed oczyma pojawił mu się obrazek, który widział, kiedy zbliżał się do Czwartej Rzeszy: zwalone jeden na drugi trupy ze spętanymi za plecami rękoma. Zapach rozkładu? W tym samym momencie z nieziemską szybkością, niczym wylatująca z kuszy strzała, cień rzucił się ku niemu. Na sekundę przed oczyma mignęła mu twarz, blada, z głęboko zapadniętymi policzkami, pokryta dziwnymi plamami. Umarły! – wychrypiał Artem.
[...]
Czas, i bez tego płynący nieśpiesznie, nagle zamienił się w jakąś maź i prawie się zatrzymał: patrząc na swojego towarzysza, Artem porażająco wyraźnie zdawał sobie sprawę, że ten rusza głową za gwałtownie, jakby w konwulsjach, a potem zdziwił się, że podbródek Antona ciągle nie wracał w normalne położenie. I kiedy Anton miękko zwalił się na bok, zabawnie przypominając wypchaną szmatami kukłę, Artem pomyślał, że może go złapać, bo czasu jest na to wystarczająco dużo. Przeszkodziło mu w tym lekkie ukłucie w ramię. Spojrzawszy zdziwiony na bolące miejsce, zobaczył wbitą w kurtkę opierzoną stalową igłę [ze środkiem paraliżującym – przyp. aut.]. Chciał ją wyciągnąć, ale już mu się to nie udało: cały skamieniał, a potem jego ciało jakby zniknęło. Miękkie nogi ugięły się pod ciężarem tułowia i Artem znalazł się na ziemi. Świadomość pozostała przy tym prawie niezakłócona, igła oszczędziła też słuch i wzrok, oddychać było wprawdzie trudniej, ale wiele powietrza już teraz nie potrzebował. Nie mógł jednak poruszyć kończynami. W bliskiej odległości usłyszał kroki, szybkie i lekkie. Zbliżające się stworzenie nie mogło być człowiekiem. Artem nauczył się rozpoznawać ludzkie kroki już dawno temu, na warcie na WOGN-ie: podwójne, ciężkie, najczęściej stukające grubą podeszwą skórzanych wojskowych buciorów, najbardziej rozpowszechnionego obuwia w metrze. Cały czas było widać tylko kawałek podkładu kolejowego i szynę prowadzącą w przeciwnym kierunku, do Kijewskiej. W nos uderzył go ostry, nieprzyjemny zapach. Jeden, dwa. Obcy, leżą – powiedział ktoś z góry. Celnie strzelało, daleko. Szyja, ramię – odrzekł drugi. Głosy były dziwne: pozbawione intonacji, wyblakłe, przypominały raczej monotonne wycie wiatru w tunelach. Mimo to były to właśnie ludzkie głosy, nic innego. Jest, celnie. Tak chce Wielki Czerw – ciągnął pierwszy głos. Jest. Jeden – ty, dwa – ja, bierzemy obcych do domu – dodał drugi.
[...]
Wreszcie, kiedy kroki rozległy się ze trzy metry od niego, Artem nie wytrzymał i potykając się, padając i znów się podnosząc, pobiegł z powrotem na stację. Przy trzecim upadku ostatecznie zabrakło mu sił w nogach i zrozumiał, że śmierć jest nieunikniona. …Wszystko na tym świecie jest zrodzone z Wielkiego Czerwia. Kiedyś cały świat składał się z kamienia i nie było w nim nic prócz kamienia. Nie było powietrza i nie było wody, nie było światła i nie było ognia. Nie było człowieka i nie było zwierzęcia. Był tylko martwy kamień. I wtedy zamieszkał w nim Wielki Czerw. A skąd Wielki Czerw? Skąd przychodzi? Kto go rodzi? Wielki Czerw był zawsze. Nie przerywaj. Zamieszkał w samym centrum świata i powiedział: ten świat będzie mój. Jest zrobiony z twardego kamienia, lecz ja wygryzę w nim swe tunele. Jest zimny, lecz ja ogrzeję go ciepłem swego ciała. Jest ciemny, lecz ja oświetlę go światłem swoich oczu. Jest martwy, lecz ja zasiedlę go swoimi istotami. Kto to istoty? Co to? Istoty to stwory, które Wielki Czerw wydał na świat ze swego łona. I ty, i ja, wszyscy jesteśmy jego istotami. Więc tak. I wtedy powiedział Wielki Czerw: wszystko będzie tak, jak powiedziałem, bo ten świat od tej chwili jest mój. I zaczął wygryzać tunele w twardym kamieniu i rozmiękczył kamień w swoich wnętrznościach, ślina i soki zmoczyły go, i kamień stał się żywy, i zaczął rodzić grzyby. I gryzł Wielki Czerw kamień, i przepuszczał go przez siebie, i robił tak tysiące lat, póki jego tunele nie przebiły się przez całą ziemię. Kiedy w ziemi pojawiły się tunele Wielkiego Czerwia, jego pierwsze dzieło było skończone. I wtedy powiedział on: oto wygryzłem w twardym kamieniu tysiące tysięcy tuneli i kamień rozsypał się w proch. I przeszedł ten proch przez moje wnętrzności i został strawiony przez soki mojego życia, i sam stał się żywy. I wcześniej zajmował kamień całą przestrzeń świata, a teraz pojawiło się miejsce puste. Teraz jest miejsce dla moich dzieci, które rodzę. I wyszły z jego łona pierwsze stworzenia jego, których imienia nikt już nie pamięta. I były one duże i silne, przypominając samego Wielkiego Czerwia. I pokochał je Wielki Czerw. Ale nie miały czego pić, bo na świecie nie było wody i wymarły one z pragnienia. I wtedy Wielki Czerw się zasmucił. Do tej pory nieznany był mu smutek, bowiem nie miał kogo kochać i nie była mu znana samotność. Lecz kiedy stworzył nowe życie, pokochał je i trudno mu było się z nim rozstać. I wtedy Wielki Czerw zaczął płakać, i łzy jego wypełniły świat. Tak pojawiła się woda. I powiedział: oto teraz jest i miejsce, żeby w nim żyć i woda, żeby ją pić. I ziemia, nasycona sokami z moich wnętrzności, jest żywa i rodzi grzyby. Stworzę teraz istoty, urodzę dzieci swoje. Będą żyć w tunelach, które wygryzłem i pić łzy moje, i jeść grzyby wyrosłe na sokach z moich wnętrzności. I bał się urodzić znów ogromne stworzenia, sobie podobne, gdyż mogłoby nie starczyć im miejsca, i wody, i grzybów. Najpierw stworzył pchły, potem szczury, potem koty, potem kury, potem psy, potem świnie, potem człowieka. Ale nie stało się według jego planu: pchły zaczęły pić krew, a koty jeść szczury, a psy zagryzać koty, a człowiek zabijać je wszystkie i jeść. I kiedy pierwszy raz człowiek zabił i zjadł drugiego człowieka, zrozumiał Wielki Czerw, że dzieci jego okazały się niegodne jego, i zapłakał. I za każdym razem, kiedy człowiek je człowieka, Wielki Czerw płacze, i jego łzy płyną tunelami i zatapiają je. Człowiek dobry. Smaczne mięso. Słodkie. Ale jeść można tylko wrogów. Ja wiem.
[...]
Z wrogami Wielkiego Czerwia żadnych interesów nie robimy. Jakiego znowu Wielkiego Czerwia? O czym pan mówi?! Nigdy nawet o nim nie słyszałem, a co dopiero być jego wrogiem… Nieważne, czy słyszeliście, czy nie. Przyszliście z tamtej strony, z miejsca, gdzie mieszkają jego wrogowie, czyli możecie być tylko zwiadowcami – szydercze brzęczenie w głosie starca zmieniło się w zgrzyt stali. Macie broń palną i latarki! Szatańskie mechaniczne zabawki! Maszyny do zabijania! Jakich jeszcze chcesz dowodów na to, że jesteście niewierni, wrogowie życia, wrogowie Wielkiego Czerwia? – poderwał się z krzesła i podszedł do kraty. To wy i tacy jak wy, jesteście wszystkiemu winni!
[...]
Kto to jest Wielki Czerw? – spytał o pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Wielki Czerw robi ziemię. Robi świat, robi człowieka. Wielki Czerw to wszystko. Wielki Czerw to życie. Wrogowie Wielkiego Czerwia, ludzie maszyn, to śmierć. Nigdy o nim nie słyszałem – starannie dobierając słowa, powiedział Artem. – Gdzie on mieszka? Wielki Czerw mieszka tutaj. Obok. Dookoła. Wszystkie tunele Wielki Czerw kopie. Człowiek potem mówi: on to robi. Nie. To Wielki Czerw. Daje życie, zabiera życie. Kopie nowe tunele, ludzie w nich mieszkają. Dobrzy ludzie czczą Wielkiego Czerwia. Wrogowie Wielkiego Czerwia chcą zabijać. Kapłani tak mówią. Kto to są kapłani? Starsi ludzie, z włosami na głowie. Tylko oni mogą. Oni wiedzą, słyszą życzenia Wielkiego Czerwia, mówią ludziom. Dobrzy ludzie tak robią. Źli ludzie nie słuchają. Źli ludzi wrogowie, dobrzy ich jedzą.
[...]
Potem odszedł Wielki Czerw do najgłębszych wnętrzności ziemi, ale przedtem powiedział: przyjdzie dzień, że wrócę. Rób tak, jakbym był tuż obok. I ludzie posłuchali swojego stwórcy i żyli w pokoju z ziemią, którą stworzył, i w pokoju z sobą nawzajem, i w pokoju z innymi stworzeniami, i czcili Wielkiego Czerwia. I rodziły im się dzieci, i ich dzieciom rodziły się dzieci, i z ojca na syna, z matki na córkę przekazywali słowa Wielkiego Czerwia. Lecz umarli ci, którzy na własne uszy słyszeli jego nakaz, i umarły ich dzieci, i minęło wiele pokoleń, a Wielki Czerw wciąż nie wracał. I wtedy jeden za drugim przestali ludzie przestrzegać jego przykazań i robić tak, jak chciał. I pojawili się ci, którzy powiedzieli: Wielkiego Czerwia nigdy nie było i nie ma teraz. A inni czekali, aż Wielki Czerw powróci i ich ukarze. Spali ich ogniem swoich oczu, pożre ich ciała i zasypie tunele, w których mieszkają. Ale Wielki Czerw nie wracał i tylko płakał nad ludźmi. I łzy jego podnosiły się z głębi ziemi i podtapiały dolne tunele. Ale ci, co odwrócili się od swego stwórcy, powiedzieli: nikt nas nie stworzył, my byliśmy zawsze. Piękny i potężny jest człowiek, nie mógł być stworzony przez ziemnego Czerwia! I powiedzieli: cała ziemia jest nasza, i była nasza, i będzie, a tunele w niej zrobił nie Wielki Czerw, a my i przodkowie nasi. I rozpalili ogień i zaczęli zabijać istoty, które stworzył Wielki Czerw, mówiąc: oto całe życie, które jest wokół, jest nasze, i wszystko jest tu tylko po to, żeby nasycić nasz głód. I stworzyli maszyny, żeby zabijać szybciej, żeby siać śmierć, żeby niszczyć życie stworzone przez Wielkiego Czerwia, i podporządkować jego świat sobie. Ale i wtedy nie wyszedł on ze swych nieprzebytych głębin, do których odszedł. I zaśmiali się oni, i zaczęli dalej czynić wbrew temu, co mówił. I postanowili go poniżyć, stworzyć takie maszyny, które będą naśladować postać jego. I stworzyli takie maszyny, i weszli do ich wnętrza, i śmiali się: oto, powiedzieli, teraz możemy sami kontrolować Wielkiego Czerwia, i to nie jednego, a dziesiątki. I bije światło z ich oczu, i słychać grom, gdy pełzną, i ludzie wychodzą z jego łona. To my stworzyliśmy Czerwia, a nie Czerw nas. Ale i to im nie wystarczyło. Rosła w ich sercu nienawiść. Postanowili, że zniszczą samą ziemię, w której żyli. I stworzyli tysiące różnych maszyn: buchających płomieniem, i plujących żelazem, i rozrywających ziemię na części. I zaczęli niszczyć ziemię i wszystko co żyje, co w niej było. I wtedy nie wytrzymał Wielki Czerw i przeklął ich: odebrał im swój najcenniejszy dar: rozum. Owładnęło nimi szaleństwo, obrócili swe maszyny przeciwko sobie nawzajem i zaczęli się wzajemnie zabijać. I już nie pamiętali, dlaczego robią to, co robią, ale nie mogli przestać. Tak Wielki Czerw pokarał człowieka za pychę.
[...]
To po co ich uczycie, że jedzenie ludzi jest złe? – obojętnie spytał Artem. Że ten Czerw płacze i tak dalej? Cóż, jak by to powiedzieć… Przyda im się to w przyszłości. Wy oczywiście nie doczekacie tej chwili, ja zresztą też, ale teraz tworzą się podstawy przyszłej cywilizacji: kultury, która będzie żyć w zgodzie z przyrodą. Dla nich kanibalizm to zło konieczne. Bez białka zwierzęcego, jak widzisz, się nie da. Lecz zostaną podania i kiedy bezpośrednia potrzeba, by zabijać i żreć sobie podobnych, minie, powinni z tym skończyć. I to wtedy Wielki Czerw o sobie przypomni. Szkoda tylko, że nie dożyję tych pięknych czasów… – starzec znów nieprzyjemnie się zaśmiał.
[...]
Najważniejsze, w co wierzą ludzie. Nie jest łatwo uwierzyć w boga, którego sam stworzyłem… – kapłan przerwał na chwilę i zamyślił się, a potem ciągnął: – Jakby ci to wytłumaczyć? Kiedyś byłem studentem, studiowałem filozofię i psychologię na uniwersytecie, chociaż wątpię, czy coś ci to mówi. I miałem takiego profesora, wykładowcę psychologii poznawczej: bardzo mądry człowiek, tak rozkładał cały proces myślowy na czynniki pierwsze, że aż miło było posłuchać. Akurat wtedy, podobnie jak i inni w tym wieku, zadawałem sobie pytanie o istnienie Boga, czytałem różne książki, prowadziłem całonocne kuchenne dyskusje, no, tak jak wszyscy. I skłaniałem się ku temu, że prawdopodobnie jednak go nie ma. I w którymś momencie stwierdziłem, że właśnie ten profesor, wielki znawca ludzkiej duszy, może mi jasno odpowiedzieć na to trapiące mnie pytanie. Przyszedłem do niego do gabinetu, niby żeby porozmawiać o referacie, i potem pytam: a jak to jest według pana, Iwanie Michajłowiczu, czy Bóg jednak istnieje? Bardzo mnie wtedy zdziwił. Dla mnie, mówi, taka kwestia nie istnieje. Sam pochodzę z wierzącej rodziny, przywykłem do myśli, że istnieje. Nie próbuję analizować wiary z psychologicznego punktu widzenia, a to dlatego, że nie chcę. I w ogóle, mówi, jest to dla mnie nie tyle kwestia zasadniczej wiedzy, co codziennego postępowania. Moja wiara nie zawiera się w tym, że jestem szczerze przekonany o istnieniu siły wyższej, ale w tym, że wypełniam przykazania, modlę się co wieczór, chodzę do cerkwi. Jest mi od tego lepiej, spokojniej. Wierzę w Wielkiego Czerwia, czy nie wierzę, nie jest takie ważne. Ale przykazania włożone w boże usta żyją przez wieki. Sprawa jest prosta: stworzyć boga i nauczać o nim właściwymi słowami. I uwierz mi, Wielki Czerw nie jest gorszy od innych bogów i przeżyje wielu z nich.
[...]
Wasza przewielebność – kpiąco zwrócił się do starca Młynarz. Proszę mi wybaczyć, jestem, że tak powiem, starym żołnierzem… Jakby to powiedzieć… Stylem wysokim nie potrafię. Ale gdzieś w waszych włościach jest pewne miejsce, którego szukamy. Jakby to ująć… Przechowuje się tam… Ogniste strzały? Grona gniewu? Wpatrywał się w twarz starca, w nadziei, że ten odpowie na jedną z jego metafor, ale kapłan milczał uparcie, ponuro patrząc na niego spode łba. Płonące łzy bogów? – pod zdziwionymi spojrzeniami Artema i konwojentów ciągnął stalker. – Gromy Zeusa? Przestań pan pajacować – przerwał mu wreszcie z pogardą starzec. Nie ma po co deptać transcendencji brudnymi żołdackimi buciorami. Rakiety – natychmiast spoważniał Młynarz. – Baza rakietowa pod Moskwą. Wychodzi się z tunelu od Majakowskiej. Powinien pan rozumieć, o czym mówię. Musimy się tam szybko dostać i lepiej dla pana, jeśli nam pan pomoże.
[...]
Głos starca, z początku słaby i ochrypły, szybko stał się twardy jak stal. Pomimo swoich poplątanych siwych włosów, związanych rąk i niskiego wzrostu, nie wyglądał już żałośnie: biła od niego dziwna siła, każde kolejne słowo brzmiało pewniej i groźniej niż poprzednie. Nie musicie dusić mnie własnymi rękami, nie musicie nawet patrzeć na moją agonię… Bądźcie przeklęci ze swoimi maszynami! Pozbawiliście wartości i życie, i śmierć… Uważacie mnie za szaleńca? Ale prawdziwymi szaleńcami jesteście wy, wasi ojcowie i wasze dzieci! Czy nie było niebezpiecznym szaleństwem, by próbować podporządkować sobie całą ziemię, nakładając na naturę wędzidło, zamęczyć ją aż do piany na ustach i konwulsji? A potem, z nienawiści do siebie i takich, jak wy, próbować ostatecznie się z nią rozprawić? Gdzie wy byliście, kiedy świat się rozpadł? Widzieliście, jak to było? Widzieliście to, co widziałem ja? Niebo, które najpierw spłonęło, a potem zasnuło się kamiennymi obłokami? Wrzące rzeki i morza, wypluwające na brzeg ugotowane żywcem stworzenia, a potem tężejące w lodową galaretę? Słońce, które zniknęło z nieboskłonu na długie lata? Domy, w ułamku sekundy obrócone w pył i żyjących w nich ludzi, obróconych w popiół? Słyszeliście ich krzyki o pomoc?! A umierających od epidemii i okaleczonych przez promieniowanie? Słyszeliście ich przekleństwa?! Popatrzcie na niego! – wskazał na Drona. Popatrzcie na wszystkich bezrękich, bezgłowych, sześciopalcych! Nawet ci, którzy zyskali nowe zdolności, przeklinają was! [...] Kto wie, jak nazywali się ci, którzy jednym przyciśnięciem guzika, nawet nie widząc, co to powoduje, ścierali z powierzchni ziemi setki tysięcy ludzi? Zmieniali bezkresne zielone lasy w wypalone pustynie? Co wyście zrobili z tym światem? Z moim światem?! Jak śmieliście wziąć odpowiedzialność za to, by obrócić go w nicość? Ziemia nie poznała większego zła niż wasza piekielna cywilizacja maszyn, cywilizacja przeciwstawiająca nieżywe mechanizmy naturze! Zrobiła wszystko, co możliwe, żeby ostatecznie zmiażdżyć, pożreć i przetrawić świat, lecz poszła za daleko i zniszczyła samą siebie… Wasza cywilizacja to złośliwy guz, to ogromna ameba, chciwie wsysająca wszystko, co jest przydatne i jadalne wokół i wydalająca tylko śmierdzące, trujące odchody. I teraz znów potrzebujecie rakiet! Po co? Żeby skończyć to, co zaczęliście? Żeby szantażować ostatnich pozostałych przy życiu? Dorwać się do władzy?
[...]
W uszach wciąż jeszcze brzmiał mu przedśmiertny płacz Drona. Jego rozpacz, rozczarowanie i niemożność wiary w to, że w tym strasznym ponurym świecie człowiek został zupełnie sam, udzieliły się Artemowi. To dziwne, ale dopiero kiedy usłyszał krzyk dzikusa, pełen beznadziejnej tęsknoty za absurdalnym, wymyślonym bóstwem, zaczął rozumieć to poczucie samotności we Wszechświecie, które karmiło ludzką wiarę.
[...]
Jednak im dalej szli, tym bardziej sucho robiło się wokół. Strumyczki stopniowo zniknęły, pleśń na ścianach pojawiała się teraz coraz rzadziej, a powietrze stało się nieco lżejsze. Tunel opadał w dół, ciągle tak samo pusty, i to nie mogło nie niepokoić. Który to już raz Artem wspominał słowa Burbona, że pusty tunel to najgorsze, co może być. Pozostali chyba też to rozumieli i coraz częściej oglądali się nerwowo za siebie, ale dostrzegając idącego na końcu Artema i napotykając jego wzrok, szybko odwracali się z powrotem. Cały czas szli na wprost, nie zatrzymując się przy odciętych kratami bocznych tunelach i umieszczonych w ścianach grubych żelaznych drzwiach z kolistymi zaworami. Dopiero teraz dla Artema stało się jasne, jakie niewyobrażalne rozmiary miał labirynt wyryty w warstwach ziemi pod miastem przez dziesiątki pokoleń jego mieszkańców. Okazywało się, że metro było zaledwie częścią splecionej z niezliczonych tuneli i korytarzy, rozpiętej w głębi ziemi gigantycznej pajęczyny. Niektóre drzwi, obok których przechodził oddział, były otwarte. Światło latarki na kilka sekund wracało do życia widma porzuconych pomieszczeń, pordzewiałych dwupiętrowych łóżek, tonęło w czeluściach wijących się korytarzy. Wszędzie panowało straszne zaniedbanie i choć Artem starał się wyszukiwać choćby najdrobniejsze ślady ludzkiej obecności, wszystko na próżno. Cała ta olbrzymia konstrukcja była od wielu lat opuszczona i martwa.
[...]
Przeszli kolejno przez trzy potężne śluzy. Wszystkie były zapraszająco otwarte na oścież i ich ciężkie żelazne zapory podniesione do sufitu. „Drzwi – pomyślał Artem. – Jesteśmy na progu”. Ściany nagle się rozstąpiły i znaleźli się w pokrytej marmurem sali, na tyle przestronnej, że światła silnych latarek ledwo dosięgały przeciwległej ściany, przemieniając się w blade, rozproszone plamy. Sklepienie, w odróżnieniu od innych tajemnych stacji, było wysokie, podtrzymywały je potężne, bogato zdobione kolumny. Z góry zwisały pociemniałe od upływu czasu, masywne, pozłacane żyrandole, wciąż jeszcze reagując na światło latarki kokietującym blaskiem. W niektórych miejscach ściany były pokryte olbrzymimi mozaikami przedstawiającymi niemłodego mężczyznę w marynarce, z małą bródką i łysiną, i uśmiechających się do niego ludzi w robotniczych uniformach, młode dziewczyny w skromnych strojach i lekkich białych chustkach, żołnierzy w staromodnych czapkach, lecące po niebie eskadry myśliwców, jadące w szyku czołgi, a wreszcie sam Kreml. Ta zadziwiająca stacja nie miała nazwy, ale właśnie jej brak najlepiej dawał do zrozumienia, dokąd trafili. Kolumny i ściany były pokryte grubą, prawie centymetrową warstwą szarego pyłu. Najwidoczniej stopa człowieka nie stanęła tu przez dziesiątki lat; strach było nawet domyślać się powodów, dla których tego miejsca unikali nawet nieustraszeni dzicy. Dalej, na torach stał nietypowy pociąg. Miał tylko dwa wagony, ale za to grubo opancerzone, pomalowane na ochronny ciemnozielony kolor. Zamiast okien były wąskie, przypominające strzelnice szczeliny, pokryte zaciemnionym szkłem. Drzwi – po jednej parze w każdym wagonie – były zamknięte. Artemowi przyszło na myśl, że panom Kremla chyba jednak rzeczywiście nie udało się skorzystać ze swojej tajnej drogi ucieczki.
[...]
Obok niego w kałuży krwi leżał twarzą do ziemi martwy dzikus, nawet po śmierci ściskając w dłoni swoją rurkę do strzelania. Pilnował przejścia – cicho odparł Ulman na pytające spojrzenie Artema – ale zasnął. Pewnie nie oczekiwał, że ktokolwiek przyjdzie z tej strony. Położył się z uchem na włazie i przysnął. Ty go… we śnie? – upewnił się Artem. A co? Nie po rycersku? – prychnął Ulman. I dobrze, odechciało mu się spać na warcie. Poza tym i tak był złym człowiekiem: nie przestrzegał świętego dnia. A było powiedziane: nie wchodzić do tuneli.
[...]
Artem pożałował, że nie ma tu z nim Ulmana, który jedną żartobliwą repliką rozwiałby jego wątpliwości. Różnica między nimi była taka, że podróż po metrze sprawiła, że Artem zobaczył świat jakby przez wieloboczny pryzmat, a surowe życie Ulmana nauczyło go patrzeć na rzeczy prosto: przez celownik karabinu snajperskiego. Nie wiadomo, który z nich dwóch miał rację, ale uwierzyć, że każde pytanie może mieć jedną, jedynie prawdziwą odpowiedź, Artem już nie potrafił. W życiu w ogóle, a w metrze w szczególności, wszystko było nieostre, zmienne, względne. Na początku wyjaśnił mu to Chan na przykładzie zegarów na stacjach. Jeśli taka podstawa postrzegania świata, jak czas, okazała się wymyślona i względna, to co dopiero mówić o innych niezachwianych ludzkich wyobrażeniach co do życia? Wszystko: od głosu w rurach w tunelu, przez który szedł i blasku kremlowskich gwiazd do wiecznych tajemnic ludzkiej duszy, miało od razu kilka wyjaśnień. A szczególnie wiele odpowiedzi było na pytanie „dlaczego?”. Spotkani przez Artema ludzie, od kanibali z Parku Pobiedy do bojowników Brygady im. Che Guevary, potrafili na nie odpowiedzieć. Swoje odpowiedzi mieli wszyscy: sekciarze i sataniści, faszyści i filozofowie z automatami, w rodzaju Chana. Właśnie dlatego tak trudno było Artemowi wybrać i przyjąć choć jedną jedyną z nich. Poznając codziennie nową wersję odpowiedzi, nie mógł się zmusić, by uwierzyć w to, że to właśnie ta jest prawdziwa, bo nazajutrz mogła pojawić się kolejna, nie mniej celna i wszechogarniająca. Komu wierzyć? W co? W Wielkiego Czerwia – boga ludożerców, skrojonego na obraz pociągu elektrycznego i na nowo zaludniającego żywymi stworzeniami bezpłodną wypaloną ziemię; w gniewnego i zazdrosnego Jehowę; w jego zbuntowane odbicie, Szatana; w zwycięstwo komunizmu w całym metrze; w wyższość zadartonosych blondynów nad smagłymi kędzierzawymi brunetami? Coś podpowiadało Artemowi, że żadnej różnicy między tym wszystkim nie było. Każda wiara służyła człowiekowi tylko jako laska, która podtrzymywała, by nie upaść, i pomagała wstać, kiedy ludzie jednak się potykali i przewracali. Kiedy Artem był mały, rozśmieszyła go opowieść ojczyma o tym, jak to małpa wzięła do ręki kij i stała się człowiekiem. Jak widać, od tej pory zmyślny małpiszon nie wypuszczał tego kija z rąk, przez co nigdy się do końca nie wyprostował – myślał Artem. Rozumiał, dlaczego i po co człowiek potrzebuje tej podpory. Bez niej życie stawało się puste, jak opuszczony tunel. Artemowi wciąż dźwięczał w uszach pełen rozpaczy krzyk dzikusa z Parku Pobiedy, który zrozumiał, że Wielki Czerw jest tylko wymysłem kapłanów jego ludu. Coś podobnego Artem poczuł sam, dowiadując się, że Niewidzialni Obserwatorzy nie istnieją. Jednak dla niego rezygnacja z Obserwatorów, Czerwia i innych bogów metra była o wiele łatwiejsza.
[...]
Myśli Artema powędrowały ku temu, co powiedział na Poliance Siergiej Andriejewicz o przeznaczeniu i fabule. Wtedy te słowa popchnęły go naprzód, niczym nowa, naoliwiona sprężyna wsadzona do zniszczonego, zardzewiałego mechanizmu nakręcanej zabawki. Ale przy tym, z jakiegoś powodu, były dla niego nieprzyjemne. Może dlatego, że ta teoria pozbawiała Artema wolnej woli, i jeśli teraz podejmowałby jakąś decyzję, to nie ulegałby własnej zachciance, lecz linii fabularnej swojego losu. A z drugiej strony, po wszystkim, co mu się przydarzyło, jak można było zaprzeczyć, że ta linia istnieje? Teraz nie mógł już dłużej wierzyć, że jego życie jest tylko splotem przypadków. Zbyt wiele już przeszedł i z tych kolein nie można było ot tak się wydobyć. Jeśli zaszedł tak daleko, to jest zmuszony iść jeszcze dalej: taka była nieubłagana logika obranej przez niego drogi. Teraz było już za późno na wątpliwości. Musi iść naprzód, nawet jeśli oznacza to ponoszenie odpowiedzialności nie tylko za życie własne, ale i innych. Wszystkie ofiary nie były próżne, on musi je przyjąć, jest zobowiązany przejść swoją drogę do końca i wypełnić to, po co znalazł się na tym świecie. To właśnie jest jego przeznaczenie.
[...]
13 lipca. Zostały jeszcze konserwy, czekolada i woda, ale już nie chcę. Zanim życie wróci do normy, minie przynajmniej rok. Wielka Wojna Ojczyźniana trwała 5 lat, dłużej nic nie może trwać. Wszystko będzie dobrze. Odnajdą mnie.
14 lipca. Ja już nie chcę. Ja już nie chcę. Pochowajcie mnie jak człowieka, ja nie chcę w tym przeklętym metalowym pudle… Ciasno mi. Na szczęście mam fenazepam [rosyjski środek przeciwlękowy, uspakajający i nasenny – przyp. aut.]. Dobrej nocy.” [fragmenty pamiętnika osoby, która zamknięta w kiosku w pobliżu metra naocznie widziała katastrofę nuklearną ludności Moskwy – przyp. aut.].
Obok były jeszcze jakieś napisy, ale coraz bardziej bezsensowne, urywane i rysunki: diabełki, małe dziewczynki w dużych kapeluszach albo kokardach, ludzkie twarze. „Ona na serio miała nadzieję, że koszmar, który przeżywała, wkrótce się skończy – pomyślał Artem. – Rok, dwa i wszystko wróci na swoje tory, wszystko będzie tak, jak dawniej. Życie będzie się toczyć dalej, a o tym, co się stało, wszyscy zapomną. Ile lat minęło od tamtej pory? Przez ten czas ludzkość tylko oddaliła się od powrotu na powierzchnię. Czy przyszło jej do głowy, że przeżyją tylko ci, co wtedy zdążyli zejść do metra, i nieliczni szczęśliwcy, którym, łamiąc instrukcje i regulamin, otwierali drzwi przez następne kilka dni?” Artem pomyślał o sobie. Sam też zawsze chciał wierzyć, że kiedyś ludziom uda się wyjść z metra, żeby znów żyć jak dawniej, żeby odbudować te wspaniałe budowle, wzniesione przez ich przodków, i zamieszkać w nich, żeby nie mrużyć oczu patrząc na wschodzące słońce, żeby oddychać nie bezzapachową mieszanką tlenu i azotu, przepuszczoną przez filtry maski gazowej, a z rozkoszą połykać powietrze pełne zapachu roślinności… Sam nie wiedział, jak one kiedyś pachniały, ale to musiało być piękne, szczególnie kwiaty, które wspominała jego matka.
[...]
W imię czego on to robi? Żeby życie w metrze dalej trwało? Żeby na WOGN-ie dalej hodowali grzyby i świnie, i żeby żyli tam w spokoju jego ojczym i rodzina Żeńki, żeby nieznajomi mu ludzie znów osiedlili się na Aleksiejewskiej i na Ryżskiej, i żeby nie zamierała niekończąca się handlowa krzątanina na Białoruskiej. Żeby bramini przechadzali się w swoich chałatach po Polis i szeleścili stronicami książek, wskrzeszając starożytną wiedzę i przekazując ją następnym pokoleniom. Żeby faszyści budowali swoją Rzeszę, wynajdując wrogów rasy i przesłuchując ich na śmierć, a ludzie Czerwia porywali cudze dzieci i zjadali dorosłych, zaś kobieta na Majakowskiej dalej mogła sprzedawać swojego synka, zarabiając na chleb dla siebie i dla niego. Żeby na Pawieleckiej nadal organizowano wyścigi szczurów, bojownicy rewolucyjnej brygady wciąż podgryzali faszystów i prowadzili śmieszne dialektyczne dyskusje. I żeby tysiące ludzi w całym metrze oddychały, jadły, kochały, dawały życie swoim dzieciom, wypróżniały się i spały, marzyły, walczyły, zabijały, wpadały w zachwyt i zdradzały, filozofowały i nienawidziły, i żeby każdy wierzył w swój raj i swoje piekło… Żeby życie w metrze – bezsensowne i bezużyteczne, wzniosłe i pełne światła, brudne i tętniące energią, nieskończenie różnorodne i właśnie dlatego tak magiczne i piękne – ludzkie życie w metrze dalej trwało. Myślał o tym i w jego plecach obracała się jakby ogromna korbka, która popychała go, by zrobił jeszcze krok, a po nim kolejny i jeszcze jeden. Dzięki temu i wbrew wszystkiemu innemu, wciąż przestawiał nogi. I nagle wszystko się skończyło. Wpadli do przestronnego pomieszczenia: szerokiego korytarza w kształcie pierścienia [na szczycie wieży telewizyjnej Ostankino – przyp. aut.]. Jego wewnętrzna ściana była pokryta marmurem, od czego Artem od razu poczuł się jak w domu, ale zewnętrzna…
[...]
Ogród Botaniczny i WOGN [„rodzinnej” stacji metra Artema – przyp. aut.] zrosły się w jedną ciemną, nieprzebytą gęstwinę, z której wystawały obdarte z tynku kopuły i dachy pawilonów wystawowych. W tym gęstym lesie pozostały tylko dwa prześwity – wąziutka dróżka między głównymi pawilonami („Główna aleja” – szepnął z przestrachem Paweł) i to. Na samym środku Ogrodu utworzyła się ogromna polana, zupełnie jakby nawet drzewa uciekały z obrzydzeniem przed tą niespotykaną plagą. Był to dziwny i odpychający widok: ni to miasto, ni to ogromny organ rodny, drgający i pulsujący, rozciągający się na kilka kilometrów kwadratowych. Niebo stopniowo nabierało porannych barw i ten straszny guz był coraz lepiej widoczny: żywa, pokryta żyłkami błona, wychodzące z ciasnych otworów czarne figurki, krzątające się w skupieniu, jak mrówki… Właśnie, mrówki, a ich miasto-matka przypominało Artemowi gigantyczne mrowisko. Jedna ze ścieżek – teraz dobrze to widział – prowadziła do stojącej na uboczu białej okrągłej budowli, bliźniaczo podobnej do wejścia na stację WOGN. Czarne figurki dochodziły do drzwi i znikały. Ich dalszą trasę Artem znał aż za dobrze.
[...]
Teraz nic już nie odciągało go od najważniejszego i znów otworzył swój umysł przed ich [czarnych – przyp. aut.] hipnotycznym umysłem. Artem stał teraz na granicy poznania czegoś niesłychanie ważnego: czuł to już na samym początku swojej wyprawy, kiedy siedział przy ognisku na Aleksiejewskiej. To było właśnie to: jasno zobaczył, że kilometry tuneli i tygodnie błądzenia po metrze znów zaprowadziły go do ukrytych drzwi, które wystarczyło otworzyć, by zyskać zrozumienie wszystkich tajemnic wszechświata i wznieść się ponad ograniczonych ludzi, którzy wydłubali sobie swój światek w twardej, zamarzniętej ziemi i zakopali się w nim po uszy. Mógł otworzyć te drzwi już wtedy i cała jego późniejsza wyprawa byłaby niepotrzebna. Lecz tamtego dnia trafił do tych drzwi przypadkowo, zajrzał przez dziurkę od klucza i odskoczył, bojąc się tego, co zobaczył. A teraz długa droga, którą przeszedł, sprawiała, że Artem mógł bez wahania je rozewrzeć i stanąć w świetle absolutnej wiedzy, które kryło się za nimi. I niech to światło go oślepi: oczy będą niezgrabnym i nieprzydatnym instrumentem, dobrym tylko dla tych, którzy w swoim życiu nie widzieli nic prócz okopconych sufitów tuneli i wytartego granitu stacji. Artem musiał tylko wyciągnąć rękę naprzeciw podanej mu dłoni, choćby strasznej, choćby niezwykłej, pokrytej połyskującą czarną skórą, lecz niewątpliwie przyjaznej. I wtedy drzwi się otworzą. I wszystko będzie inaczej. Otworzyły się przed nim nieogarnione nowe horyzonty, przepiękne i wspaniałe. Serce wypełniała mu radość i pewność i był tylko cień żalu, że nie udało mu się zrozumieć tego wszystkiego wcześniej, że odpychał od siebie przyjaciół i braci, garnących się do niego, liczących na jego pomoc, jego wsparcie, ponieważ tylko on jeden na całym świecie może to zrobić.
[...]
Rozpaczliwie próbował znaleźć w świadomości choćby ślad tej obecności, która przed sekundą tak przyjemnie wypełniała i ogrzewała jego umysł, która była obietnicą ratunku dla niego i całej ludzkości, która nadawała sens jego istnieniu… Ale nic z niej nie zostało. Jego świadomość była jak opuszczony tunel w metrze, którego całkowitej pustki nie można dojrzeć tylko przez panującą w nim absolutną ciemność. I Artem wyraźnie, jaskrawo poczuł, że już nigdy nie pojawi się tam światło, którym mógłby oświetlić swoje życie i znaleźć w nim cel. Pięknie ich załatwiliśmy, co [po zdalnym ataku rakietowym – przyp. aut.]? Niech wiedzą, jak to jest z nami zaczynać! – zacierał ręce Ulman. – Co, Artem? Artem! Cały Ogród Botaniczny i jednocześnie cała Wystawa obróciły się w jedną straszną, płonącą miazgę, olbrzymie kłęby tłustego czarnego dymu leniwie podnosiły się ku jesiennemu niebu, a szkarłatna łuna potwornego pożaru mieszała się z delikatnymi promieniami wschodzącego słońca. Artemowi zrobiło się nie do zniesienia duszno i ciasno. Złapał za maskę przeciwgazową, ściągnął ją i chciwie, pełną piersią, zaczerpnął gorzkiego, chłodnego powietrza. Potem otarł łzy i nie zwracając uwagi na okrzyki, zaczął schodzić po schodach. Wracał do metra. Do domu.
[...]
W twarz lecą mi białe plastikowe torebki. Odklejam je od wizjera maski przeciwgazowej i wypuszczam – i torebki, pochwycone przez wiatr, płyną w powietrzu dalej, podobne do meduz. Prawdziwych zwierząt się tu nie spotyka – ani tych zwyczajnych, ani nawet przystosowanych do radiacji potworów. W promieniu wielu kilometrów nie ma jednego żywego listka, jednego źdźbła trawy… Tylko sadza i stopiony metal, zwęglone szczątki i betonowy gruz. Jeśli nawet wiatr przywiewa tu nasiona jakichś roślin, to padając na tę przeklętą ziemię, nie mogą przeżyć i wysychają. I nawet torebki zatrzymują się tu tylko po to, by odpocząć, a potem pędzą dalej. Przychodzę tu codziennie i dawno już straciłem rachubę dni, które tu spędziłem. Ubieram się w ciężki skafander ochronny, zakładam maskę przeciwgazową, biorę broń i wyruszam na górę ruchomymi schodami. Z początku odprowadzali mnie dziwnymi spojrzeniami: były w nich jednocześnie pobłażliwość, podziw i szyderstwo. Teraz wszyscy się przyzwyczaili i przestali zwracać na mnie uwagę. I tak jest mi wygodniej. Nie wiem, czego szukam wśród tych zgliszczy. Może niczego – mówi się przecież, że mordercy lubią wracać na miejsce zbrodni, bo czy nie o to tu chodzi? Jedno jest pewne: nie znajdę tu ani przebaczenia, ani nadziei. Grzebię butem w błocie, trącam kijem nadtopione kawały żelaza. Zamiast przebaczenia – sadza. Zamiast nadziei – pogorzelisko.
[...]
Jestem tchórzem i dlatego będę bohaterem. Nigdy nie zdecyduję się, by im powiedzieć, co się tak naprawdę wydarzyło. Jeśli im opowiem, nie uwierzą – albo uznają, że czarni zdołali zawładnąć moim umysłem. Krążą już o mnie legendy i zdaje się, że jakiś staruszek nawet pisze książkę: chłopiec z peryferyjnej stacji wyruszył na wyprawę przez całe metro, aby uratować swój dom i ludzkość przed demonami, które wtargnęły z powierzchni… Zahartował się w bojach, stał się mężczyzną i zdołał odnaleźć pozostawioną nam przez przodków potężną broń, którą unicestwił złe stwory. Broniąc się, zapuściły swoje macki do jego świadomości, lecz chłopiec wytrzymał tę ostatnią próbę, oparł się ostatniej pokusie – wytrwał i zwyciężył… Nasze dzieci zapomną, jak się pisze, dzieci ich dzieci nie będą pamiętać liter. Książki o metrze nie będzie miał kto czytać, ale dopóki mieszkający w tunelach jaskiniowcy nie oduczą się mówić, będą przekazywać sobie tę legendę – przy ognisku, obgryzając kości swoich wrogów. W mitach dzikich ludożerców na zawsze już pozostanę bohaterem. To kara za tchórzostwo. Kiedy pytają mnie, od czego się wszystko zaczęło, mówię im: wszystko zaczęło się tego dnia, kiedy otworzyliśmy hermetyczną gródź na stacji Ogród Botaniczny. My – ja i dwóch moich przyjaciół. Byliśmy dziećmi i nie wiedzieliśmy, co robimy. Tak, złamaliśmy zakaz, ale który chłopiec nie łamie zakazów? Kto wymyślił, żeby wyprawić się na martwą stację, kto podpuszczał pozostałych? Nie pamiętam, odpowiadam im. Może to Witalik-Maruda, może Żeńka. Kłamię. Kłamię z łatwością, bo moich słów nikt już nie sprawdzi: nie ma ani Witalika, ani Żeńki. A nawet gdyby żyli, to kryliby mnie. Tak jak i ja zawsze ich kryłem. Nie, to wszystko nie zaczęło się wcale w tej chwili, kiedy wielotonowe skrzydła grodzi ruszyły z miejsca i sunąc ze zgrzytem, otworzyły nam wrota do piekła, demonom zaś – bramę do metra.
[...]
Był całkiem inny dzień: słoneczny i przejrzysty, ciepły i świeży, pełen niesamowitych i cudownych zapachów, których nie mogę sobie przypomnieć, i wiem tylko, że od tamtej pory nie czułem niczego podobnego. Artemka! – mama uśmiechnęła się do mnie. – Jak chcesz to pojedziemy dziś na spacer do Ogrodu Botanicznego. Chcesz? Chcę! – zawołałem. Chcę! Pamiętam, jak jechaliśmy w niemal pustym wagonie: był weekend. Pamiętam, jak krótkimi schodami ruchomymi wyjeżdżaliśmy na górę. Jak wychodziliśmy z przestronnego szklanego pawilonu na pełną zieleni ulicę. Jak lekkie obłoki płynęły nad moją głową po bezkresnym niebie i jak twarz owiewał mi chłodny wietrzyk. Przy wyjściu z metra dostrzegliśmy budkę z lodami i stanęliśmy w kolejce. Chcesz kulkowe w kubeczku czy „Łakomkę” z czekoladą? Kulkowe! „Łakomkę”! W kubeczku! Musisz wybrać – powiedziała mama. – Nie można wziąć wszystkiego naraz. I tak masz alergię! To zróbmy tak, że ty weźmiesz „Łakomkę”, a ja w kubeczku! – wykombinowałem. – I spróbuję trochę od ciebie! A ty ode mnie! No dobrze – roześmiała się mama. Nawet gdybym zjadł obie porcje lodów naraz, nic by mi się nie stało. W moim życiu od tamtej pory prawie nie było już słodyczy. Potem weszliśmy do Ogrodu i do obiadu spacerowaliśmy wijącymi się szerokimi alejami. Zabłądziliśmy i przypadkiem trafiliśmy do zagubionego w jednym z zacisznych zakątków ogromnego parku japońskiego ogrodu. Sadzawka z liliami wodnymi, kruche mostki przerzucone przez wodę i niezwykłe, pomarańczowe ptaki bezgłośnie pływające po ciemnej tafli… To zadziwiające, ile z tego wszystkiego pamiętam. Ile zbędnych i niepotrzebnych szczegółów. Nigdy jednak nie umiałem przywołać w pamięci najważniejszego: jej twarzy. Twarzy mojej mamy.
[...]
Oczywiście nienawidziłem czarnych. Wszyscy nienawidzą czarnych. Kiedy szedłem przez swoją macierzystą stację, zachlapaną krwią, usłaną jęczącymi szaleńcami ze związanymi rękami i nogami, myślałem tylko o zemście. Kiedy usłyszałem, że zabili Żeńkę, porzuciłem ostatnie wątpliwości. Chciałem zniszczyć ich matecznik do szczętu. Wypalić razem z Ogrodem Botanicznym, do którego i tak już nigdy nie uda mi się wrócić. W legendach, które przekazują sobie teraz z ust do ust różne pleciugi, czarnym przypisuje się absolutnie niewiarygodną siłę i zło. Rozszarpują wartowników gołymi rękami, skręcają im karki, tylko patrzeć, jak zaczną pić ludzką krew. Kłamią, wszyscy kłamią. W rzeczywistości wszystko było znacznie bardziej przerażające. W rzeczywistości czarni nie zabili ani jednego człowieka. Nawet żadnego nie dotknęli. Wszystkie ofiary zginęły z rąk swoich towarzyszy. A ci przez czarnych po prostu oszaleli. Nikt nie jest w stanie pozostać sobą, kiedy zbliżają się czarni. I nikt nie pamięta, kim był, kiedy czarni znajdowali się obok. Oczywiście kiedy atak szaleństwa się kończy i widzisz przyjaciela z wyrwaną grdyką, najprościej i najlogiczniej jest uznać, że zrobił to czarny potwór. Uznać i uwierzyć. I tak właśnie było. Tyle że ów potwór wyszedł z ciebie, a kiedy już zrobił swoje, z powrotem się schował. O tym lepiej nie wiedzieć. Wszystkich, którzy zdążyli choćby na sekundę spojrzeć mu w oczy, trzeba było potem zapiąć w kaftan bezpieczeństwa. Znam tylko jednego człowieka, który próbował się bez niego obejść. Myślał, że kamizelka kuloodporna wystarczająco mocno ściśnie ciało i nie pozwoli, by z człowieka wyrwał się potwór. Wierzył, że szczelny tytanowy hełm przeszkodzi komuś obcemu dostać się do jego głowy… Ale nie o nim teraz mowa. Nie ma nikogo, kto na widok czarnych nie odczuwałby wstrętu i przerażenia. Stworzenia te były naszym przeciwieństwem. Zobaczyć czarnego to jak zobaczyć przenicowanego człowieka – z pulsującym czerwonym mięsem i drgającymi narządami na zewnątrz. Nie z powodu ich budowy ciała – trupa czarnego śmiało można dotknąć kijem i kopnąć jego martwą głowę bez obawy, że cię zemdli; tu chodzi o coś innego. O ich żywą obecność. Im bliżej do ciebie podchodzą, tym silniejsza jest odraza i przeszywający strach. Zdaje ci się, że gdy ów szatański pomiot cię dotknie, to razem z tym dotykiem w twojej duszy – nie w mózgu, a właśnie w duszy – pojawi się jakiś pasożyt, liszaj albo grzyb, i że twoja dusza pokryje się ropiejącymi wrzodami, sczernieje i uschnie, ale nie umrze; wciąż będzie karmić sobą pasożyta – dopóki będzie tego chciał… Chociaż różni ludzie myślą sobie różne rzeczy.
[...]
Czarny… Stoi na dwóch nogach i jest o dwie głowy wyższy od najwyższego dorosłego, jakiego kiedykolwiek widziałem. Jego skóra jest czarniejsza niż mrok w tunelach, a w niemrugających okrągłych oczach nie ma białek. Są jednak znacznie bardziej rozumne niż u wielu szczęśliwych posiadaczy białek i migdałowego wykroju oczu. Nie ma wątpliwości: to nie jest zwierzę, to nie potwór. Przede mną stoi człowiek. I swoimi dziwnymi oczami zagląda wprost w głąb mnie. I widzi wszystko: tamten Ogród Botaniczny, do którego chciałem się dostać, i ten, w którym o mało co się nie znalazłem, kolejkę po lody do jeszcze pełnej życia, kolorowej budki i płynące po niebie lekkie obłoczki, i pomarańczowe kaczki na sadzawce, i moją mamę. Widzi jej śmierć i moją tułaczkę po pustych tunelach, i moją tęsknotę, i moją samotność, i niezdolność do oswojenia się z drugim stworzeniem mojego gatunku. Przed nim stoi czarny. Śmieszny, mały, nieudany i pokraczny. Idiotycznego koloru. Obcy tu, na tej ziemi i na całym świecie. Porzucony i nieumiejący nikogo się uchwycić. Sierota. I lituje się nade mną. Lituje i błogosławi. Przez ułamek sekundy zamiast jego olbrzymiej, ciemnej sylwetki widzę… Mamę. Uśmiecha się, szepcze mi coś czule i mierzwi mi włosy. Podaje mi lody – w kubeczku. Nad głowami szeleszczą nam liście, po niebie płyną srebrzyste obłoki, ludzie się śmieją… Wszystko tak jak wtedy.
[...]
Chciałem uciekać z WOGN-u, właśnie dlatego, że urywki, strzępki tej pamiętnej nocy wciąż jeszcze wypływały na powierzchnię mojej świadomości. Dlatego że bałem się, by czarni nie zamienili mnie w marionetkę, nie kazali mi kiedyś wstać z łóżka i nie zmusili, bym zarżnął swoich śpiących przyjaciół czy dowódców stacji. Hunter uważał, że byłem z natury odporny na oddziaływanie czarnych. Prawda była jednak taka, że w dzieciństwie zostałem zaszczepiony – nosząc w sobie cząstkę ich duszy, przestałem czuć ból i strach, gdy próbowali ze mną rozmawiać. Moja odporność na nich pojawiła się potem dlatego, że byli we mnie. Gdybym przyznał się do tego Hunterowi, udusiłby mnie na miejscu, mimo długiej i bliskiej przyjaźni z moim ojczymem. Sam bym się na to zdecydował, gdybym był nieco odważniejszy. Ale byłem tchórzem i uciekłem. Zgodziłem się na propozycję Huntera głównie po to, żeby zniknąć z WOGN-u. Myślałem, że mogę skryć się przed czarnymi, wyrwać się swojemu przeznaczeniu. A kiedy nabrałem odwagi, starczyło mi jej tylko na to, by ich głosy w mojej głowie uciszyć za pomocą wyrzutni rakiet. Byłem tchórzem i tchórzem pozostałem.
[...]
Po prostu coś w środku popycha mnie każdego poranka, gna mnie jakaś niejasna tęsknota – by zebrać się w sobie, założyć wielokilogramową zbroję skafandra ochronnego, zażądać, by otworzyli mi grodzie, uparcie gramolić się schodami, wydostając się na powierzchnię z głębokości pięćdziesięciu metrów, wlec się po opustoszałych ulicach – wszystko po to, żeby się tam dostać. Wcześniej to miejsce nazywało się Ogrodem Botanicznym. Teraz są tu wyłącznie sadza i zgliszcza i tylko plastikowe torebki szybują nad czarną pustynią. Kiedy wszyscy wreszcie pozdychamy – a daję ludzkości najwyżej jakieś dwieście lat – białe torebki jeszcze przez kilka stuleci będą unosić się nad ziemią. Być może wszystko, co pozostanie po naszej cywilizacji, po naszym świecie – to te torebki, nasze niepodlegające rozkładowi ekskrementy. Najlepszy nagrobek dla nas, miernot. Mam teraz całkiem sporo wolnego czasu, mniej więcej wieczność, starczy mi więc okazji, żeby przemyśleć, jak to wszystko było. Mam swoją teorię: czarni nie byli demonami. Przeciwnie, byli poselstwem aniołów wysłanych nam na ratunek – i na próbę. Gdybyśmy potrafili pokonać w sobie bestię, gdybyśmy umieli dostrzec śnieżnobiałe pióra pod ich czarną skórą, znaleźć sposób, by z nimi rozmawiać mimo bólu i obrzydzenia – przeszlibyśmy próbę i wybłagali przebaczenie za to, że zniszczyliśmy świat, którego nie stworzyliśmy.
[...]
Zamykam i otwieram oczy, próbując uszczypnąć się przez szarą i grubą niczym skóra słonia maskę przeciwgazową… Nie, on nie znika. Wizjer w mig zaparowuje, więc zrywam maskę w cholerę – tak jak wtedy na wieży. Tamten wciąż stoi w tym samym miejscu. I wtedy, zapominając o wszystkim, grzęznąc w moich ciężkich buciorach, niezgrabnie, z trudem biegnę do niego, potykając się o nadtopione żelazne rury, ramy… Nie wiem, co mu powiedzieć. Nie wiem, jak w ogóle z nim rozmawiać… Ale poradzę sobie, coś wymyślę! Żeby to tylko nie był miraż ani halucynacja. Podchodzę coraz bliżej… Nie wiem, skąd on się tutaj wziął i nie chcę pytać, żeby tego cudu nie spłoszyć. Po prostu wierzę w niego, a jeśli się wierzy, nie zadaje się pytań. Tamten odwraca się do mnie. Nieproporcjonalnie długie ręce, ogromne ciemne oczy bez białek, lśniąca czarna skóra… Jest jeszcze całkiem mały, ledwo sięga mi do pasa i patrzy na mnie z dołu. Sprawia wrażenie jakby w oczach miał pustkę, ale… Ściągam rękawicę i obnażoną dłonią ostrożnie dotykam jego ciemienia. Boję się, że go przestraszę albo sprawię mu ból. Uświadamiam sobie, że jest sam na świecie. Ma tylko mnie.
Dmitry Glukhovsky, Metro 2033
Futurystyczno-katastroficzna powieść Dmitrija Aleksiejewicza Głuchowskiego – współczesnego rosyjskiego pisarza-dysydenta, dziennikarza, korespondenta wojennego, a nawet prezentera telewizyjnego umiejscawia akcję w niedalekiej nam przyszłości w czasach postnuklearnych, w których ostańce ludzkiej godności przetrwały jedynie w moskiewskim metrze. Dwudziestoparoletni Atrem, na wpół-sierota i na wpół-ofiara wojny nuklearnej wchodzi w dorosłe życie w wymuszonej walce o przetrwanie, co czai się w tunelach i stacjach metra od strony tych, którzy stali się po człowieku panami napromieniowanej Ziemi. W drodze może i dantejskiej przez światopoglądowo-filozoficzny przekładaniec wciąż bardziej ludzki, jaki zamieszkują istoty ludzkie na poszczególnych moskiewskich stacjach metra, odkrywa swoje prawdziwe pochodzenie i końcowe przeznaczenie, które jest bardziej samotne niż on sam. Wielka opowieść o przyjaźni będącej apoteozą solidarności wszelkich istot żywych oraz o "wędrującej" przez umysły ludzkie idei miłości, co raz krzepi i do końca żywi.