01.09.2023

„poeta widzi, jak
dusze małodusznych biegają
i wpadają na siebie
w bezcelowej pogoni za chorągwią.”
Dante Alighieri "Boska Komedia"
„Addisiari e ‘un aviri e pena di muriri
Pragnąć, a nie mieć, to śmiertelne cierpienie”
przysłowie sycylijskie
„Ich krew jest tak przegniła jak meble, na których siedzą…”
„nie śpiesz się:
morze jest jak matka. Zawsze cię przyjmuje.”
„Nuddu si lassa e nuddu si pigghia si ‘un s’assumigghia
Podobieństwa się odpychają, podobieństwa się przyciągają”
przysłowie sycylijskie
„...to nie śmierć zmazuje
wszystkie winy i oczyszcza pamięć,
ale choroba.”
[…]
Morze jest lepkie, ma kolor atramentu, zlewa się z nocą. Ignazio zeskakuje z wozu, gdy tylko docierają do portu. Przed nim rozpościera się wietrzna zatoka, otoczona masywem skał i piaskiem, chroniona surowymi górami i przylądkiem Marturano. Przy łodziach kręcą się mężczyźni, krzyczą, sprawdzają ładunki, napinają liny. Gwar jest taki, jakby to było południe. Idziemy. Barbaro kieruje się w stronę wieży Króla Rogera, gdzie morze jest głębokie. Cumują tam największe jednostki. Docierają do płaskodennego statku typu schifazzo [rodzaj małego statku czy też kutra pod żaglami – przyp. aut.]. To „San Francesco di Paola”, własność braci Florio i Paola Barbaro. Maszt kołysze się w rytm fal, bukszpryt wyciąga się ku otwartemu morzu. Żagle są zwinięte, takielunek nieuszkodzony. Z luku ładowni wydobywa się nagle smuga światła. Barbaro pochyla się do przodu, wsłuchuje się w dźwięk otwieranej pokrywy ze zdziwieniem i irytacją. [...] Ignazio zagłębia się w czeluść ładowni, między skrzynie i płócienne worki, które mają dotrzeć z Kalabrii aż do Palermo. To jest ich praca: handel, zwłaszcza drogą morską. Kilka miesięcy wcześniej w Królestwie Neapolu doszło do wielkich wstrząsów: obalono króla i proklamowano Republikę Neapolitańską. Buntownicy szerzyli idee demokracji i wolności, podobnie jak we Francji podczas rewolucji, w wyniku której na szafocie spadły głowy Ludwika XVI i Marii Antoniny. Król Neapolu Ferdynand i Maria Karolina byli jednak sprytniejsi i uciekli na czas, korzystając z pomocy tej części armii, która pozostała wierna Anglikom, historycznym wrogom Francji. Do gór Kalabrii dotarła jednak tylko ostatnia fala tej rewolucji. Dochodziło do zabójstw, żołnierze nie wiedzieli, komu mają być posłuszni, a bandyci, którzy od zawsze grasowali w górach, zaczęli zapuszczać się na wybrzeże i plądrować majątki kupców. Z jednej strony rewolucjoniści, z drugiej rabusie – drogi były niebezpieczne i chociaż morze nie miało kościołów ani tawern, z pewnością dawało więcej bezpieczeństwa niż trakty królestwa Burbonów.
[...]
Mattia i Paolo zawsze byli blisko niego. A teraz Mattia ma własną rodzinę, Paolo zaś chce odejść. Zostawić go samego. Brat ścisza głos. To prawie szept. Myślę o tym już od dawna. A to trzęsienie ziemi przekonało mnie, że tak właśnie trzeba. Nie chcę, żeby Vincenzo dorastał tutaj, ryzykując, że dom się na niego zawali. A poza tym… – Patrzy na brata. – Chcę więcej, Ignazio. To miasto już mi nie wystarcza. To życie już mi nie wystarcza. Chcę jechać do Palermo. Ignazio otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale zaraz je zamyka. Jest oszołomiony, czuje, jak jego słowa zamieniają się w popiół. Wybór Palermo nie budzi zdziwienia. Barbaro i Florio, jak ich nazywają w Bagnarze, mają tam putìa, sklep korzenny. Wszystko zaczęło się jakieś dwa lata wcześniej od małego składu na towary, które kupowali na wybrzeżu, aby odsprzedać je na Sycylii. Na początku była to konieczność, ale wkrótce potem Paolo zdał sobie sprawę, że to dla nich okazja, że mogą zwiększyć sprzedaż w Palermo, które w tamtym czasie było jednym z największych portów Morza Śródziemnego. Przekształcili magazyn w sklep. „Poza tym w Palermo jest duża społeczność bagnaroti”, mówi sobie w duchu Ignazio, mając na myśli migrantów z Bagnary. To żywe, bogate miejsce, pełne nowych możliwości, zwłaszcza po przybyciu Burbonów, którzy uciekli z Neapolu przed rewolucją.
[...]
Mamy się wynieść z mojego domu? Z naszego domu. „Z naszego domu?”, chce go zapytać. Staje przed nim z zaciśniętymi zębami. „To jest mój dom – myśli z goryczą. Mój. Dom, który wniosłam w posagu, kiedy ty i twój ojciec chcieliście tylko pieniędzy i jeszcze więcej pieniędzy…”. Giuseppina dobrze pamięta, jak długo trwały starania o posag, którego domagali się Floriowie, i jak długo trwało, zanim udało się ich zadowolić, a przecież ona nawet nie chciała wychodzić za mąż. I teraz on zamierza stąd wyjechać? Dlaczego? Nie, ona nawet nie chce tego wiedzieć. Wychodzi na korytarz, ucieka z tego miejsca i od tej dyskusji. Paolo idzie za nią. Na wewnętrznych ścianach są pęknięcia, poodpadały dachówki. Przy następnym trzęsieniu ziemi to wszystko zwali się nam na głowy. Wchodzą do kuchni. Ignazio rozumie w lot, co się dzieje. Wie, jakie są znaki nadchodzącej burzy, a tu widzi je wszystkie. Daje Vittorii znak, żeby wyszła. Dziewczynka posłusznie idzie w kierunku schodów i znika na zewnątrz. On sam wycofuje się na korytarz, ale zatrzymuje się tuż za progiem: obawia się reakcji Paola i gniewu bratowej. Z tej kłótni nic dobrego nie wyniknie. Między nimi nigdy nie wynikło nic dobrego. Kobieta chwyta za miotłę, aby zmieść mąkę z podłogi. A więc to napraw. Ty jesteś głową rodziny. Albo wezwij robotników. Nie mogę tu zostać, żeby pilnować murarzy, i nie mam czasu zrobić tego sam. Jeśli nie wyjadę, nie będziemy mieli co jeść. Pływam między Neapolem a Palermo, ale nie chcę być dalej bagnaroto. Chcę więcej, dla siebie i dla mojego syna. Jego żona wydaje z siebie gromki śmiech zaprawiony pogardą. Ale jesteś i pozostaniesz bagnaroto, nawet jeśli pójdziesz na dwór Burbonów. Nie da się wymazać tego, kim się jest, bez względu na to, ile pieniędzy człowiek na to wyda. A ty parasz się handlem, pływasz na schifazzo kupionym na spółkę ze szwagrem, który traktuje cię jak służącego. – Giuseppina zaczyna stukać naczyniami w misce. Ignazio słyszy dźwięk uderzających o siebie talerzy, wyobraża sobie nerwowe gesty bratowej. Widzi, jak jej schylone plecy poruszają się gwałtownymi ruchami. Wie, jak ona musi się czuć: wściekła, zdezorientowana, przestraszona. Pełna udręki. Te same uczucia są i jego udziałem od ostatniej nocy. Wyjeżdżamy w ciągu najbliższych dni. Dobrze by było, gdybyś uprzedziła swoją babkę, że… Talerz roztrzaskuje się o posadzkę.
[...]
Samotna łza spada z jej policzka i znika na chuście. Giuseppina wspomina szum drzew, które sięgały od gór niemal do samego morza, bieganie po ulicach Bagnary aż do wieży Króla Rogera, promienie słońca lśniące na zmarszczkach wody i wilgotnych kamieniach na plaży. To w tamtym miejscu, na molo pod wieżą Króla Rogera, Mattia pocałowała ją w policzek. Nie myśl, że jesteś sama. Poproszę skrybę, aby wysyłał ci ode mnie listy, a ty będziesz robić to samo. Proszę, nie płacz już tak. To niesprawiedliwe! Giuseppina zacisnęła pięści. Nie chcę! Tak już jest, serce moje. Należymy do naszych mężów, nie mamy żadnej władzy. Bądź silna – powiedziała przyjaciółka, trzymając ją w uścisku. Giuseppina pokręciła głową, nie mogła się pogodzić z tym, że zostaje wyrwana przemocą, wykorzeniona ze swej ziemi. To prawda, były kobietami swoich mężów, to oni sprawowali władzę. Ale mężowie często nie rozumieli, jak zadbać o bliskość ze swoimi kobietami. Tak właśnie było z nią i Paolem. Potem wyraz twarzy Mattii się zmienił. Wypuściła z objęć Giuseppinę i podeszła do Ignazia. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. To była tylko kwestia czasu. Pocałowała go w czoło. Niech Pan cię wspomaga, a Najświętsza Panna ci towarzyszy – wypowiedziała błogosławieństwo. Amen – odparł. Mattia wyciągnęła ręce i zamknęła Giuseppinę i Ignazia we wspólnym uścisku. Uważaj na Paola. Jest zbyt surowy dla ludzi, a zwłaszcza dla niej. Powiedz mu, żeby był bardziej cierpliwy. Ty możesz, jesteś jego bratem i mężczyzną. Mnie nie posłucha – powiedziała bratu. Jeszcze teraz, na myśl o pożegnaniu, Giuseppina czuje, jak ściska się jej żołądek. I wspomina, jak połykała łzy z głową opartą na ramieniu szwagierki, ocierając twarz o szorstki materiał jej płaszcza.
[...]
Boże Narodzenie 1799 roku minęło niepostrzeżenie. Po nim przebiegł kolejny rok, a ich aromateria – tak nazywają tu sklep korzenny – prosperowała coraz lepiej. Bracia Florio wyrobili sobie pewną markę w mieście, choć wiele ich to kosztowało. Przez długi czas doświadczali nieufności mieszkańców Palermo i cierpieli z powodu plotek rozsiewanych przez Saguta, zięcia Canzoneriego. Inni aromatari z obawy przed narażeniem się Canzoneriemu trzymali się z dala od ich sklepu. Paolo wciąż pamięta dni spędzone na progu w oczekiwaniu na klienta lub innego sklepikarza, który chciałby zamówić u nich zapas przypraw. Na dodatek przyszło braciom znosić kpiące spojrzenia Saguta, który zawsze, gdy przechodził obok, napawał się widokiem pustego sklepu. Paolo przysięgał sobie, że kiedyś zetrze mu z twarzy ten bezczelny uśmieszek. Nowy rok, 1801, przyniósł chłód i deszcz. Drzwi zamykają się z typowym, dobrze już znanym skrzypnięciem. Przez chwilę do sklepu wdzierają się szum deszczu, zimowy wiatr i zapach palonego drewna. Paolo rozgląda się i bierze się do odkładania na miejsce słojów pozostawionych na blacie. Pod koniec poprzedniego roku szalała gwałtowna epidemia grypy. Śpiewy świątecznych mszy przeplatały się z lamentami licznych pogrzebów. Zapasy kory chinowej były bliskie wyczerpania. Najważniejsze aromaterie, włącznie ze sklepem Canzoneriego, sprzedawały ją dosłownie za cenę złota i tylko tym, którzy naprawdę potrzebowali.
[...]
W tym samym czasie Ignazio zajmuje się klientką. Arystokratką. Pani przed nim to piękna kobieta, spowita w płaszcz obszyty futrem z lisa, chroniący przed chłodem nieprzyjemnego w tym roku marca. Mimo umiejętnie nałożonego pudru rysy twarzy zdradzają, że ma kilka lat więcej, niż chciałaby pokazać. Ignazio z uśmiechem uciera w moździerzu piołun z anyżem i dyptamem. Obecnie rzadko można go zobaczyć przy kontuarze. Od 1803 roku, kiedy to bracia Florio rozwiązali spółkę z Paolem Barbaro i poszli własną drogą, ich interes złapał wiatr w żagle. Mają kontakty z wieloma kupcami, zarówno neapolitańskimi, jak i angielskimi. Stali się doskonałymi dostawcami. Są godni zaufania i zależy im na utrzymywaniu dobrych stosunków z Sycylijczykami z racji przytłaczającej siły Francuzów w pozostałych częściach Italii. Kilka miesięcy wcześniej Francuzi podbili Królestwo Neapolu, a Burbonowie uciekli na Sycylię z podkulonym ogonem, oddając się pod opiekę Brytyjczyków. Porażka była niezwykle gorzka. Palermo pozostało jednym z niewielu portów wolnych od wpływów Napoleona, cennym punktem handlowym dla antyfrancuskiej koalicji. Ignazio zajmuje się teraz głównie administracją i rachunkami. Tylko czasem wraca za kontuar – dla specjalnych klientów. Wizyty w waszym sklepie są zawsze takie… egzotyczne. Tak wiele tu zapachów odległych krain. A tak przy okazji, gdzie don Paolo? Mój brat zaraz wróci. Gdy zobaczył powóz wielmożnej pani, od razu pomyślał, że może zainteresują was pewne przedmioty, o których opowiadał ostatnim razem. Spojrzenie kobiety staje się uważne. Chodzi o bursztyn, prawda? Ignazio kiwa głową, nie przerywając ucierania ziół. Bursztyn bałtycki, niezwykłej czystości.
[...]
Ignazio już się nie śmieje. To moja praca. I nie moja wina, że klienci nie przychodzą do was, mastro Russello. Kładzie nacisk na „mastro”, aby osoby z otoczenia dostrzegły dzielący ich dystans. Jeśli nasze ceny są wysokie, to dlatego, że mamy najlepszą jakość w Palermo, a ludzie o tym wiedzą. Chcecie więcej przypraw? Inne towary? Przyjdźcie do naszego sklepu i porozmawiamy. O tak. Doprawdy. Albo wy, albo Canzoneri obedrzecie mnie ze skóry. Więc nie narzekajcie. – Sarkazm Ignazia ustępuje chłodowi. Nikt wam niczego nie kradnie. Chisto è u’ travagghio nostro. To nasza praca. Mówi to specjalnie w dialekcie palermiańskim; już prawie całkowicie stracił kalabryjski akcent. Russello zaciska powieki. Caciettu – syczy ironicznie sycylijskie „oczywiście”. Przygląda się ubraniu Ignazia, sięga wzrokiem do butów. Wskazuje na nie ruchem podbródka. Nie są wam za ciasne? Bo mówią, że jak się tak długo chodzi boso, to potem pełne buty uwierają. Wokół Ignazia zalega cisza. Krzyżują się zaskoczone, niespokojne spojrzenia. Tylko marynarze nadal się głośno nawołują, nie zważając na to, co się dzieje. Odpowiedź pada, gdy Russello jest już w połowie drogi. Nie, stopy mnie nie bolą. Stać mnie na miękką skórę. Ale was za jakiś czas zaboli sakiewka. Ignazio mówi spokojnie, stwierdzającym tonem, ale handlarze są zdezorientowani. Łagodny Ignazio Florio nigdy jeszcze nikomu nie groził. Odchodzi, nie patrząc innym w twarz. Czuje gniew, który płonie w jego wnętrzu: żrący, podsycany poczuciem niesprawiedliwości. W Palermo nie wystarczy pracować i wypruwać sobie żył. Trzeba podnosić głos, narzucać swoją wolę, eksponować władzę posiadaną naprawdę lub pozornie, gasić tych, którzy mówią dużo i nie na temat. Liczą się pozory. Wspólne kłamstwo, fundament z masy papierowej, na którym wszyscy poruszają się w tej grze.
[...]
Giuseppina patrzy od progu, jak pierś Paola z trudem unosi się i opada. Przygryza wargę. Wszystko się rozpada. Czuje dłoń na swym ramieniu. Jestem. Przyjechałem tak szybko, jak mogłem – szepce jej do ucha Ignazio. Zadbałem o wszystko w sklepie. No i jest Maurizio, on mnie zastąpi, aż… Dopóki będzie trzeba. Giuseppina go nie słucha, Ignazio poznaje to po jej zagubionych oczach. Zabrałem ze sobą Vincenza – dodaje. Bawi się pod drzewami, pobądź z nim przez chwilę. Kobieta przyjmuje tę prośbę z ulgą. Chciałaby się rozpłakać, ale nie może. Ma żal do męża, którego nigdy nie kochała, a jednocześnie cierpi, bo wie, że będzie za nim tęsknić. I że z tą pustką będzie musiała się zmagać przez lata. Żyła z Paolem bez miłości, czasem nawet z nienawiścią. Nie będzie mogła prosić go o przebaczenie za zło, które sobie wyrządzili. Paolo zbliża się do granicy, poza którą nie będą mogli ze sobą rozmawiać. Nawet teraz nie mogą, nie potrafią. Poczucie winy, które nosi w sobie Giuseppina, będzie częścią jej czyśćca na ziemi. Ignazio wchodzi do pokoju, zwalnia służącą czuwającą w kącie. Słysząc jego głos, Paolo odwraca głowę. Ma oczy szkliste od gorączki. Brat siada na łóżku. Nie pyta Paola, jak się czuje. Zaniechali już tej ostatniej, obłudnej formalności, odkąd cyrulik kilka dni wcześniej odwiedził Ignazia w sklepie i poinformował, że suchoty przeżarły płuca Paola. To już nie potrwa długo – powiedział. Ignazio podziękował, zapłacił należność i wrócił do pracy. Paolo i tak wytrwale opierał się chorobie. Silne ciało i zawzięty upór trzymały go przy życiu. Chwyta Ignazia za rękę. Dziś służąca posadziła mnie pod drzewkiem cytrynowym. Zacząłem kaszleć i wyplułem sam nie wiem, ile krwi. Musieli mi zmienić odzienie. Mówi z trudem. Pan daje i Pan zabiera, jak to mówią. Gorzki uśmiech na ustach. Mnie zabiera wszystko. Kaszel. Długi, bolesny.
[...]
SKLEP KORZENNY. IGNAZIO I VINCENZO FLORIO. Kazałeś wpisać też moje imię! Dlaczego? Ignazio przesuwa mu rękę po plecach. Ponieważ jesteś moim bratankiem i dziedzicem twojego ojca. „I ponieważ – dodaje w myślach z czułością, która rozgrzewa mu serce – jesteś moim synem. Nie z ciała, ale z duszy”. Na szyldzie widnieje las. Na dole spomiędzy korzeni drzewa wypływa strumień, z którego pije lew szukający orzeźwienia. Drzewo to chinowiec.
[...]
Stryju, mogę z tobą porozmawiać? Ignazio wzdycha; już sobie wyobraża, o czym będzie rozmowa. Chodź. Siada, rozmasowuje sobie skronie. Zapracowuje się na śmierć. Vincenzo nie jest jednak tego do końca świadomy: ma piętnaście lat i egoizm kogoś, kto dopiero zaczyna oglądać świat i myśli, że już wszystko zrozumiał. Stryj wskazuje mu krzesło. Mów. Vincenzo opada na siedzenie jak pusty worek. Przyszła donna Conticello. Znowu. Zakrywa twarz rękami. Wiem o jej podagrze więcej niż jej medyk. Chce być obsługiwana tylko przez ciebie lub przeze mnie; mówi, że chce rozmawiać z pryncypałem, a nie ze służbą. Ignazio przygryza wargę. Co w tym złego? Ona potrzebuje rozmowy, a ciebie lubi. Zawsze jej przytakuj, a odejdzie szczęśliwa. Poza tym nie siedzi się tak jak ty teraz. Wyprostowane plecy, bezpośredni wzrok, ręce na kolanach. Ile razy mam ci powtarzać? Vincenzo podrywa się, ale nie oddala rąk od twarzy i dalej patrzy na wuja błagalnym wzrokiem. Ale czy ja muszę stać przy ladzie? Nie znoszę ludzi, którzy wciąż narzekają, mam ochotę utopić ich w porcie. Byłbym bardziej pomocny w biurze z panem Reggio, wiesz, że jestem dobry w rachunkach. Proszę! Ignazio przykuwa go do krzesła spojrzeniem. Nie. I wyjaśniłem ci już, dlaczego. Ponieważ w ten sposób mogę zrozumieć ludzi i odgadnąć, czego naprawdę chcą. Bo w ten sposób nauczę się dyscypliny i nabiorę odporności na zmęczenie. Bo dzięki temu nauczę się szanować pracę innych. Vincenzo wylicza powody na palcach i prycha, skończywszy. Czy o czymś zapomniałem? Tak. Ignazio wskazał na pomieszczenie. To, co widzisz, twój ojciec i ja osiągnęliśmy ciężką pracą, zaczynając od sklepu, który wyglądał jak schowek na szczotki. Chcę, żebyś zdał sobie sprawę, co to miejsce znaczy dla nas, dla rodziny Florio. Chłopiec ma spuszczoną głowę, oddech przyspieszony. Milczy. Wracaj do pracy – rozkazuje mu Ignazio.
[...]
Chłopak jest prawie wzrostu stryja. Tak jest. Ubezpieczenie broni cię przed plajtą i bankructwem w przypadku utraty ładunku, ale nie wszyscy to rozumieją – dodaje Ignazio. Przekonało mnie to, że towarzystwo ubezpieczeniowe prowadzi Abraham Gibbs. Brytyjczycy wiedzą, jak zdobyć poważanie, mają flotę, która broni ich przed Francuzami, my jej nie mamy. Musimy chronić nasze interesy i w tym możemy brać z nich przykład. Tutaj, w Palermo, wynajęli magazyny i doki, które pozwalają im prowadzić handel w całym basenie Morza Śródziemnego; Palermo i Malta to ich dwa bezpieczne porty. Wiedzą, jak chronić flotę handlową: ubezpieczają ładunki od dziesięcioleci, a Gibbs ma w tym doświadczenie. Co więcej, jest nie tylko kupcem, ale także konsulem brytyjskim, a to nam daje dodatkowe gwarancje. Właśnie, jak teraz sobie myślę… Wyszukuje wśród papierów jakiś dokument i wręcza go Vincenzowi. Skoro chcesz uciec zza kontuaru, pewnie zechcesz być gońcem. To dla Inghama. Upewnij się, że sam to przeczyta. Dla Benjamina? Oczy chłopaka błyszczą. Vincenza intryguje ten mężczyzna, który mówi z wyraźnym obcym akcentem i ma ludzi i rzeczy na skinienie ręki. Jest zamożny, skoro stać go na wynajęcie całego statku, by wysyłać towary, które skupuje na Sycylii, do Wielkiej Brytanii. Jest najbardziej znanym z angielskich kupców, bardziej znanym niż John Woodhouse, James Hopps i wspomniany już Gibbs. Może nie jest najbogatszy – jeszcze nie, myśli chłopiec – ale na pewno najsprytniejszy.
[...]
Ben Ingham nosi halsztuk i strój o powściągliwym kroju. Na jego spalonej sycylijskim słońcem twarzy widnieją zmarszczki świadczące o wytrwałości i dyscyplinie. Vincenzo czuje siłę emanującą z tego mężczyzny. To rodzaj ciepła, które go otacza, aura, która zmusza ludzi do stania w odległości co najmniej piędzi, coś zarówno fizycznego, jak i nieuchwytnego. Anglik nigdy nie podnosi głosu, nie okazuje złości jak inni kupcy. Nie musi. Ale Vincenzo nie wie, nie może wiedzieć, jak zażarcie Ingham walczył, by osiągnąć tę pozycję. Kiedy przybył do Palermo, po tym jak statek przewożący tkaniny wyprodukowane przez jego rodzinę w Leeds uległ katastrofie, pozostawiając rodzinę bez środków do życia, znalazł się sam w nieznanym sobie mieście i bez środków do życia. Kiedy Ignazio spotkał go w izbie celnej, Anglik próbował wejść w świat handlu suknem na Sycylii, ponieważ sukno, jedwab i bawełna były jedynymi towarami, na których się znał i o których miał coś do powiedzenia. Szybko się jednak uczył i teraz mógł sobie pozwolić na sprzedaż siarki, sumaku i skór innym angielskim kupcom. Macie coś dla mnie? Vincenzo podaje dokumenty, które gospodarz zaczyna czytać. Tymczasem chłopiec rozgląda się dookoła. Nigdy dotąd tu nie był i fascynuje go to miejsce, tak różne od sklepu stryja i panującego w nim hałasu. Dźwięki są tu przytłumione, powietrze przesiąknięte słodkim aromatem, chyba tytoniu z dodatkiem mięty. Ten pokój jest pełen światła, skóry, drewna, książek. Na dokumentach widnieją zagraniczne pieczęcie. Z pomieszczenia po prawej stronie dobiega szelest kartek i stłumione głosy; zaraz potem do pokoju wchodzi mężczyzna, pokazuje Inghamowi jakiś dokument i pyta o coś po angielsku. Vincenzo zna tylko kilka słów w tym języku i nie rozumie, o czym rozmawiają. Podąża wzrokiem za sekretarzem, patrzy, jak ten znika równie cicho, jak wszedł. Kiedy Ingham zauważa zainteresowanie chłopaka, marszczy brwi. Czy mogę wam czymś służyć? Zaskoczony i zakłopotany Vincenzo usprawiedliwia się: Nie, ja tylko… Wybaczcie mi, ale ten gabinet jest taki… Porusza ręką, wskazuje na ściany. Taki inny. Odrobina Anglii na sycylijskiej ziemi. Ingham jest wyraźnie zadowolony. Zaprasza go, by się rozejrzał. Porządek jest wszystkim. Spójrzcie: tomy są podzielone według lat, a w środku znajdują się sekcje przychodów i rozchodów. Don Ignazio również stosuje podobną metodę, jak sądzę. Tak. Vincenzo odczytuje napis na skórzanym grzbiecie. Chciałbym kiedyś odwiedzić wasz kraj – mówi. Musi się bardzo różnić od mojego.
[...]
Giuseppina czuje, że coś w jej piersi się porusza, echo jakiegoś wspomnienia, którego nigdy nie przeżyła, życia, o którym nie miała nawet odwagi marzyć. Ale kiedy ona nieco się ku niemu przysuwa, on odwraca twarz i odchodzi. Vincenzo patrzy na tę scenę, nie rozumiejąc, co się dzieje. „Może się pokłócili”, myśli. A może matka miała za złe stryjowi, że coś powiedział. Może… Zawsze widział ich razem i nigdy nie zadawał sobie pytań o ich relację. Byli – i są – jego rodziną, wychowywali go każde na swój sposób, zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy. Ale tego wieczoru Vincenzo po raz pierwszy ma wrażenie, że jest coś jeszcze. Niejasno, ale nieomylnie wyczuwa, że tych dwoje nie jest osobno, lecz że stanowią parę. I że zbudowali dla niego rodzinę, rezygnując – być może – z samych siebie. Ponieważ kochają się uczuciem, które nie ma nic wspólnego z małżeństwem, ale to nie czyni go mniej silnym. Choć na ich miłości ciąży piętno, które ich rozdziela: cień jego ojca, Paola. I wtedy rozumie, że są rodzaje miłości, które nie noszą tej nazwy, ale są tak samo silne i tak samo godne przeżycia, choć niezwykle bolesne.
[...]
Kolejne pociągnięcie brzytwą. Spod mydła wyłania się skóra. A więc kobieta? Chwila wahania. Potem dyskretne potwierdzenie. Ech… Vincenzo się rumieni. Uważaj, na kogo patrzysz, Vincenzo. Ostrze przesuwa się gładko po policzku. I uważaj, co robisz i z kim. Nie trzeba wiele, żeby mieć kłopoty, zwłaszcza jeśli w człowieku wrze gorąca krew. W spojrzeniu chłopca widać zakłopotanie i zniecierpliwienie. Wiesz, że nie jestem już dzieckiem, stryju. Prawda. Nie jesteś. Ale kobiety potrafią ogłupić mężczyznę do obłędu. A ty nie jesteś głupi. Skończył golenie. Oddaje chłopakowi brzytwę. Czekam na ciebie w sklepie. Pospiesz się. Isabella Pillitteri ma szesnaście lat, czarne włosy, błyszczące oczy i łabędzią szyję. Oraz wytworne maniery i wdzięk, w którym miesza się wycofanie nowicjuszki z wybujałą zmysłowością. Jest piękna. Bardzo piękna. W Palermo zawróciła w głowie niejednemu. Ale jest biedna, bo jej ojciec – niech mu ziemia lekką będzie – miał zamiłowanie do kart. Wierzyciele zabrali wszystko, od pałacu, który mieli w Bagherii, po biżuterię jego żony. Aż pewnego dnia znaleziono go martwego w łóżku. Isabella wie, że się otruł, ale nie można tego powiedzieć głośno. Samobójców nie grzebie się w poświęconej ziemi. Jeśli chodzi o jej brata, to jego rujnują dziewki, z którymi się zadaje. Ciągle kłóci się o to z matką. Nikt już nie daje im kredytu. Tylko ten młodzieniec ze sklepu korzennego przyjmuje ich zobowiązania do zapłaty. Isabella wie, że do niej wzdycha. Nie dziwi się, gdy widzi go rano i wieczorem na piazzetta Sant’Eligio, pod oknami domu, który jej matce udostępnił jeden z braci, bardziej zdjęty litością niż wiedziony rodzinnym afektem. Vincenzo jest niewiele starszy od Isabelli, uprzejmy i miły, a jego rodzina ma sporo pieniędzy, przynajmniej wnioskując z tego, co mówią ludzie. Jednak jej nie interesuje taka partia. Jest przecież córką baronów. Nie mają ziemi, są zadłużeni aż do następnego pokolenia, ale nadal jedzą na porcelanie, choć na talerzach nie ma już nic poza brokułami i cebulą. Ten młodzieniec jest po prostu wzbogaconym służącym.
[...]
Ale Isabella opiera się, rzuca jeszcze jedno spojrzenie na Vincenza, kiwa mu głową, a on odpowiada ukłonem. Matka odciąga ją siłą. Bezwstydna, co ty robisz? Gniewa się i zasuwa szczelnie zasłony. Chcesz wszystko zepsuć? Nie można się tak zachowywać wobec prostaka, który brudzi sobie ręce pracą. To są nikczemni ludzie, pozbawieni dobrych manier. Isabella się poddaje. Wie, że arystokraci zadają się tylko z ludźmi ze swojej sfery i że szukają piękna takiego jak ona. I wie również, że piękno szybko przemija. Nie może jednak ignorować spojrzeń Vincenza. Nie są takie same jak innych zalotników: sięgają gdzieś w głąb, wywołują zakłopotany śmiech, oczarowują, gaszą uśmiech, ranią.
[...]
Baronowa podchodzi do Vincenza i stając niemal na palcach, przysuwa usta do jego ucha. Słowa są jak ostrza. Wolałabym, żeby moja córka została zhańbiona lub umarła, a nawet by została dziwką w burdelu, niż żeby ją dotknął ktoś taki jak ty – syczy. Potem odwraca się i podnosi głos, aby wszyscy słyszeli. Możesz mieć wszystkie pieniądze świata, ale zawsze będą śmierdzieć potem. Tragarzem jesteś i tragarzem pozostaniesz. To krew czyni różnicę. Vincenzo stoi nieruchomo na środku placu, podczas gdy Palermo przepływa obok niego. Okna się zamykają, śmiech niknie wśród stukotu wozów na bruku. Niektórzy patrzą na niego z sympatią i współczuciem. Inni nie kryją pogardy. „To krew czyni różnicę”. Opuszcza plac. Głowa wysoko, plecy prosto. Ale czuje w sobie ciężar ołowiu. Wszystko się w nim rozpada. Tylko upokorzenie trzyma go w ryzach. „Nigdy więcej”, mówi sobie. „Nigdy więcej”.
[...]
Benjamin Ingham siedzi w powozie naprzeciwko Vincenza. Rozmawiają po angielsku. Vincenzo patrzy na okolicę z nosem przyciśniętym do okna. Jest pięknie, ale Anglia jest zupełnie inna niż sobie wyobrażałem – odpowiada w końcu. Myślałem, że pełno tu miast i domów. Patrzy na Anglika. Nigdy też nie widziałem, by padało tyle deszczu, i to w sierpniu. Przynoszą go wiatry znad oceanu – wyjaśnia Ingham. Tutaj nie ma gór, które powstrzymywałyby chmury, jak na Sycylii. Potem patrzy na ubranie młodego człowieka i z zadowoleniem kiwa głową. Mój krawiec wykonał doskonałą pracę. To, co przywieźliście z Palermo, nie nadaje się do tutejszego klimatu. Vincenzo dotyka tkaniny: jest ciepła, wytrzymała i nie przepuszcza wilgoci. Ale to, co naprawdę go zaskoczyło, to bawełna, z której wykonano koszule. Jego własna bielizna miała szorstki splot, ale ta jest miękka, utkana na krosnach parowych, które opisał mu Ingham, nie kryjąc przy tym entuzjazmu. W ciągu tych kilku tygodni uczy się więcej niż przez cały rok w Palermo. Wszystko w tej podróży jest odkryciem: przerażający ogrom oceanu, skały francuskiego wybrzeża, efemeryczna obecność słońca. I fabryki. Tak wiele fabryk! Zanim dotrzemy do mojego domu w Leeds, pojedziemy do jednej z fabryk włókienniczych, których jestem właścicielem – zapowiedział Ben po zejściu na ląd. To fabryka sukna z krosnami napędzanymi parą. Zobaczycie, jakie to wspaniałe. Ledwie Vincenzo wysiada z powozu, a już uderza go zapach dymu węglowego: kwaśny, gorzki, mieszający się z północnym wiatrem. Robotnicy uwijają się wokół wagonów towarowych i przykrytych brezentem wielkich skrzyń. Chłopak patrzy na ceglane mury okalające dziedziniec. Bez tynku. Bez dekoracji. Pośrodku budynek z szeroką bramą i kominem wystającym ponad kryty łupkiem dach. Jakiś mężczyzna wychodzi im naprzeciw, wita się z Inghamem. To kierownik, gruby mężczyzna w kurtce, która wygląda, jakby miała zaraz pęknąć. Gdy prowadzi ich do wejścia, wspomina o kilku awariach silnika. Benjamin mówi mu, że porozmawiają o tym później. Daje znak Vincenzowi, aby poszedł za nim. Wchodzą do środka. Gwizdy, dudnienie, syczenie i ciągły pisk, który zdaje się dochodzić z dachu. Ogłuszający zgiełk. Vincenzo pogrąża się w ciemności i gorącu. Dostrzega jakiś ruch. Sylwetki. Przychodzą mu na pamięć tercyny z Piekła Dantego, których nauczył go don Salpietro – poeta widzi, jak dusze małodusznych biegają i wpadają na siebie w bezcelowej pogoni za chorągwią. Dopiero po kilku sekundach dostrzega mężczyzn, kobiety i dzieci w różnym wieku poruszających się wokół maszyn. Wielu z nich ma skórę zlaną potem i chusty na głowach. Benjamin ciągnie go za ramię. Zatrudniam tu ponad trzydzieści osób. Praca ma ustalony porządek: tu produkuje się przędzę, a następnie przetwarza się ją w tamtej części fabryki. Wskazuje na jaśniejszą część hali. Vincenzo zauważa dzieci gręplujące wełnę. Kiedyś byli pasterzami lub tkaczami; tutaj mają pewną pensję i dach nad głową.
[...]
Na zewnątrz Palermo pogrążone jest w ciężkim letargu. Upał i emocje pozostawiły miasto wyczerpane, znużone i śpiące. Dwóch mężczyzn podąża wzdłuż murów i dociera do porta Felice, jedynej wciąż otwartej bramy. Vincenzo naprawdę mi dziś zaimponował – odzywa się Ingham, krocząc beztrosko z rękami w kieszeniach surduta. Okazał niezwykłą jak na swój wiek przytomność umysłu. Był bardzo pragmatyczny, ale chwila nie pozwalała na subtelności. Kątem oka Anglik obserwuje Floria. Nie jesteście z niego zadowoleni? O tak. Jestem dumny. Okazał zimną krew. Po prostu czasami… Zatrzymuje się. Nie wie, co powiedzieć. Vincenzo działa z chłodem, którego Ignazio nie jest w stanie do końca zrozumieć. Docierają do La Cala. Od morza dobiega dźwięk wiatru grającego na takielunku statków. Niedaleko od porta Doganella widać jeszcze ślady porannych zamieszek. Anglik obchodzi przewrócony wózek. Vincenzo ma bardzo… szorstki charakter, to prawda. Jest niezwykle zdeterminowany.
[...]
Obydwaj Floriowie odzywają się jednocześnie: Vincenzo z dumą, jego stryj z zakłopotaniem. Wicekról przygląda się im z lekkim rozbawieniem w oczach. Ogień i woda – mruczy. Powoli opiera się plecami o krzesło. Jego wzrok jest utkwiony w ozdobnej krawędzi biurka. Miałem dziś do czynienia z różnego rodzaju petentami: proszącymi o pieniądze, o pomoc, o ochronę, był nawet ksiądz, który chciałby dostać pewną parafię. – Podnosi wzrok, zmienia ton głosu. Nikt jednak nie prosił mnie o uznanie swego prawa do pracy, tak jak wy. Wstaje. Ignazio i Vincenzo robią to samo. Spotkanie dobiegło końca. I wtedy, o dziwo, wicekról wyciąga do nich rękę. Kiedy obaj zdają sobie sprawę, że nie chodzi o to, by ją pocałować, tylko uścisnąć, są bardziej zaskoczeni niż niezdecydowani. Lokaj odprowadza ich do drzwi. Gdy są już w progu, dobiega do nich głos wicekróla: Niedługo dostaniecie wieści. Wieści przychodzą pod koniec 1824 roku. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia karta z królewską pieczęcią zostaje przekazana do Zarządu Praw Dziedzicznych, który zajmuje się prawami do sprzedaży. Wiadomość krąży po Palermo, wnika do pokoi buchalterów, przechodzi przez apteki i drogerie i w końcu dociera na via dei Materassai. Dom Florio świętuje: będą mogli sprzedawać sproszkowaną chininę nie tylko w Palermo, ale także w Licacie, Canicattì, Marsali, Alcamo i Agrigento.
[...]
Oczami wyobraźni Vincenzo widzi wyniosłe twarze rzucające mu wyzwanie, twarze żądające, by spuścił głowę, by się cofnął, by ustąpił im miejsca. Zazwyczaj w takich sytuacjach się odwracał. Teraz już tego nie zrobi. Będzie trzymał głowę wysoko, jak jego stryj, który zamienił się w kamień i nie boi się nikogo. Wsadzi im z powrotem do gardła tę ich arogancję: ludziom niskiego stanu, takim jak Saguto i arystokratom, takim jak baronowa Pillitteri. Wszystkim. Przysięga to sobie i stawia tę obietnicę jak pieczęć na swoim gniewie. Musi pielęgnować w sobie cierpliwość. Cierpliwość i urazę. W sąsiednim pomieszczeniu stoi Ignazio. Patrzy na burzę. Słyszy pukanie. Gdy się odwraca, w progu widzi Giuseppinę z rozpuszczonymi włosami i zapuchniętymi oczami. Gdyby nie ty, już nieraz wpadłby w kłopoty. Bratowa mówi cicho, jej głos niemal ginie w łoskocie burzy. – Wychowałeś go, jakby był twój własny. – Przełyka dumę i łzy. Paolo nie traktowałby go tak jak ty. Ignazio jest zaskoczony. Z jego zrezygnowanej piersi wydobywa się stłumiony jęk. Nie chce wpisywać w jej słowa czegoś, czego tam nie ma. Giuseppina jest nadal wściekła na wszystko, co narzucił jej mąż – oraz los – i być może będzie już tak zawsze. A jednak. Kocham Vincenza – mówi Ignazio. „I ciebie”, dodają jego oczy. „Jestem tu, zawsze o krok za tobą”.
[...]
Przebyli długą drogę. Również jej uraza z biegiem lat zelżała, aż znikła wraz ze śmiercią Ignazia. Zostały tylko wspomnienia. Syn – jej dziecko, jej powód do życia – jest niedosiężny, daleki, podobnie jak ona, która przez tak długi czas była samotną wyspą. Ale teraz musi zebrać się w sobie i działać, bo jest coś, co nie daje jej spać po nocach. Ma pięćdziesiąt cztery lata i czuje się staro. Wie, że Vincenzo nie może zostać sam. Każdy mężczyzna potrzebuje kobiety, która dotrzyma mu towarzystwa, ogrzeje mu łoże, zaopiekuje się nim, zniesie jego zły humor. I da mu dzieci, spadkobierców, bo tego właśnie potrzebuje teraz Dom Florio. Tego, co zbudowali Ignazio i Vincenzo, nie można pozostawić na łaskę wody i wiatru. Dziedzictwo należy chronić i przekazać, a do tego potrzeba dobrej krwi. Potrzeba kobiety wychowanej jak dama. Jej syn musi założyć rodzinę. Mówi to sobie przez zaciśnięte zęby. Będzie musiała z nim o tym porozmawiać. I będzie musiała się odsunąć. Już wkrótce. Pozostaje jej świadomość samotności i jeszcze jedna, bardziej gorzka, subtelna i bolesna: że odrzuciła miłość swojego życia.
[...]
Giuseppina jest wściekła. Myślała, że sprawa jest załatwiona, a tymczasem… Zostawia talerze na stole, staje przed synem z rękami opartymi o biodra. Nie wybaczyłeś mi tego, co wydarzyło się piętnaście lat temu, prawda? Nawet jeśli sprawiłam, że otwarły ci się oczy i raczej powinieneś był mi podziękować… Ale nie, to wszystko moja wina! I gdzie ona jest? Zapomniałeś, jak potraktowała cię jej matka? Owszem, synu, wiem wszystko. Opowiadali mi o tej haniebnej scenie na ulicy! Prawda jest taka, że jesteś równie mściwy i bezduszny jak twój ojciec. Nic na to nie poradzę, pewne rzeczy masz we krwi. Jesteś Florio. Jej usta wykrzywiają się w grymasie. Rób tak dalej, a zostaniesz sam jak pies. Vincenzo musi się bardzo starać, żeby czegoś nie rozbić. Giuseppina odczytuje to w jego twarzy, cofa się, ale on chwyta ją za ramiona. Lepiej być zdziczałym psem niż całe życie starać się o względy kobiety, która cię nie chce – syczy.
[...]
Gniew i upokorzenie mieszają się ze sobą. Głos dziewczyny jest pełen irytacji. Wstyd mi za ciebie. Nie jestem ładunkiem siarki, Giovanni i nie, nie licz na moją uległość. Co to za pomysł! Gdyby ojciec słyszał tę rozmowę, byłby wściekły. A jeśli o mnie chodzi, to zostałam przy matce, by się nią opiekować, zapomniałeś o tym? Poza tym nie podoba mi się ten twój nowy przyjaciel. Jest zepsuty, jest… chciwy. Patrzy na każdego tak, jakby go wyceniał, a przecież nie jesteśmy towarami. Jesteśmy ludźmi. Czy na pewno? Giovanni wskazuje na kobietę ubraną w suknię z chińskiego jedwabiu stojącą przed sceną. Na szyi nosi żałobny medalion. – Spójrz na nią. To księżna Alessandra Spadafora. Owdowiała, porzucona przez rodzinę męża, z dnia na dzień została bez grosza. Ingham zajął jej klejnoty rodzinne za długi, a ona zgodziła się zostać jego kochanką, aby je odkupić. Ale… jak to? Giovanniego wyraźnie bawi jej zgorszenie. Każdy ma swoją cenę, droga siostrzyczko. Każdy. Nawet ty, która wolałabyś spędzać cały czas na czytaniu twoich ukochanych francuskich książek. Ty też masz swoją cenę.
[...]
Poznali się mniej więcej dwa lata wcześniej, tuż przed narodzinami Angeliny, córki Vincenza. Było to podczas bankietu w domu diuka Serradifalco, na którym arystokracja (skąpo reprezentowana) i burżuazja (licznie zgromadzona) spotkały się z artystami i uczonymi. Uwagę Vincenza zwróciła wówczas szybka mowa i obcy akcent Carla, perorującego o rzymskich nagrobkach. W Rzymie architektura funeralna rozwija się niebywale szybko. W sumie powinniśmy podziękować Bonapartemu za pomysł umieszczenia cmentarzy poza murami miasta. Bonapartemu winniśmy podziękować za wiele rzeczy, poczynając od tego, że umożliwił ludziom poznanie wspaniałości starożytnego Egiptu i Grecji – dodał diuk, zapalony historyk. Oczywiście, że zmiótł z powierzchni ziemi całe armie, ale jaką obfitość kultury pozwolił nam poznać! Vincenzo obserwował młodego architekta, który łatwo wpadał w ekscytację, opowiadał o handlu i sztuce, która może i musi dostosować się do codziennego życia, powołując się na doświadczenia przemysłu angielskiego i francuskiego. A więc znacie najnowsze trendy w architekturze angielskiej i francuskiej, zgodnie z którymi fabryka musi być nie tylko wydajna, ale i racjonalnie zorganizowana? – zapytał. Carlo z zapałem potwierdził. Tak. Młodość spędziłem między Paryżem a Wenecją. Podróżowałem i wiem, o czym mówię. Funkcjonalność nie oznacza zbudowania czterech ścian i wstawienia maszyn do środka, jak twierdzą niektórzy fabrykanci. Jeśli budujesz przędzalnię na wsi, to w porządku, ale w mieście musisz zrozumieć, gdzie i jak będzie ona zbudowana i kto tam będzie pracował. Fabryki wkrótce staną się częścią naszych miast i dobrze, że zaczynamy myśleć o nich także z tej perspektywy. Mój brat Luigi i ja pracujemy nad tym, jak uczynić fabrykę miejscem zarówno pięknym, jak i funkcjonalnym, pasującym do otoczenia, w którym została zbudowana.
[...]
Na ten gest Vincenzo otrząsa się, wyskakuje do przodu. Nie mogą zniszczyć tego miejsca. To, kim jest, zaczyna się i kończy w tych wyłożonych drewnem ścianach. Wszedł do sklepu, gdy miał jedenaście lat, przyprowadzony przez stryja, który pokazał mu szyld z rannym lwem, i w pewnym sensie nigdy stamtąd nie wyszedł. W tym momencie najbardziej na świecie chciałby mieć u swego boku Ignazia, usłyszeć jego uspokajający głos. Nie! – krzyczy, ale jego głos nie jest w stanie przebić się przez ryk tłumu. Bierzmy, co się da! – woła ktoś. Vincenzo staje pomiędzy masą ludzką a Caratozzolem. Stójcie! – krzyczy z całych sił. Ludzie nieruchomieją. Patrzą na niego z mieszaniną niechęci i nadziei. Don Florio, na miłość waszej matki – mówi chłopak, rzucając się do jego stóp. Pomóżcie nam! Przynajmniej wy! Vincenzo odwraca się w stronę Caratozzola, ale ten kręci głową. Ma łzy w oczach, bo chce pomóc tym biedakom. Don Florio jest moim świadkiem. Naprawdę wszystko wyprzedaliśmy. Uwierzcie mi! Vincenzo pokazuje im otwarte dłonie. To prawda, przysięgam! Znam wielu z was: ty jesteś Vito, pracujesz na targu rybnym, jesteś synem Biagia, mistrza ciesielskiego i masz małą dziewczynkę, w tym samym wieku co moja córka – mówi do chłopaka. A ty jesteś Bettina, żona Giovanniego, który robi tary do prania. A tam stoi Pietro kamieniarz. Znam was i wasze rodziny, bo ja też tu mieszkam. I jeśli przysięgam wam, że nic już nie zostało, musicie mi wierzyć. Kłamstwa! Schowaliście towar! Usuńcie się albo wejdziemy siłą – krzyczy ktoś z głębi placu. Tłum pomrukuje, kołysze się, drży, naciska. Vincenzo rozchyla marynarkę, rozpina guziki kamizelki i koszulę, pokazuje gołą pierś, na której pojawiły się pierwsze białe włosy. Chcecie mnie zabić? Oto jestem. Oto jestem, nie cofam się. Ale jeśli wam mówię, że tam już nic nie ma, musicie mi wierzyć. Wszystko się skończyło, nawet dla mnie i mojej rodziny nic nie ma.
[...]
Pomożesz mi? – prosi. Słój pochodzi z tonnary Arenella. Vincenzo posiada ją na spółkę z Francuzem, który przeniósł się do Palermo, Augustem Merle’em. Vincenzo chwyta słoik, majstruje nożem. Po chwili w pokoju rozchodzi się zapach solanki, który przenosi go do czasów dzieciństwa. Obrazy się rozmywają i nakładają na siebie. Florio widzi kuchnię przy piano San Giacomo i jakąś postać stojącą plecami do niego, która wyciąga kawałki ryby z zapieczętowanego woskiem słoja. Czy to Paolo, jego ojciec, czy też stryj Ignazio? Postać się odwraca. To ojciec. Vincenzo widzi gęste wąsy, brodę, surowe spojrzenie. Patrzy, jak ojciec moczy rybę w gorącej wodzie, aby pozbyć się soli, mówi do matki o trzymaniu mięsa w oliwie przez następnych kilka tygodni. W głowie Vincenza rozbrzmiewa jakieś tyknięcie, jak w zegarku. Oliwa. Tuńczyk.
[...]
Ciepłą majową porą zarzuca się pierwsze sieci. Połowy są obfite, a rybacy dziękują świętym Piotrowi i Franciszkowi z Paoli za łaskę takiej szczodrości. W maju naczynia pełne tuńczyka zalanego oliwą, niektóre blaszane, inne ze szkła, trafiają do spiżarni domu Carla Giachery’ego, pod zdziwionym, ale uważnym okiem jego żony, Caroliny. Czekają tam, aż upłynie wyznaczony czas. Jeden rok. Rok na sprawdzenie czy eksperyment się powiódł. Czy tuńczyk ugotowany i zanurzony w oliwie, a następnie zamknięty w szczelnym pojemniku przetrwa rejs oceaniczny czy po prostu długie przechowywanie. Vincenzo naprawdę się angażuje. Z uporem, z przekonaniem, że jeśli człowiek nie spróbuje czegoś nowego, to nic się nie zmieni. A on chce panować nad swoim życiem.
[...]
Nagle widzi przed sobą stryja Ignazia. Pamięć staje się obecnością: niemal słyszy jego głos, mocny i delikatny zarazem uścisk jego rąk. Widzi go młodego, z brodą i melancholijnym uśmiechem, który miał od śmierci Paola. Słyszy jego głos: „Spokojnie, Vincenzo, nie spiesz się: morze jest jak matka. Zawsze cię przyjmuje”. Pamięć staje się żywa, nabiera kolorów. Malta. Rok po śmierci ojca. Popłynął wtedy z Ignaziem. Zobaczył wyspę, poznał kupców, poczuł zapach nieznanych przypraw. To wówczas stryj zorientował się, że jego bratanek nie umie pływać – co za wstyd, on, syn ludzi morza – i postanowił go nauczyć. Znaleźli plażę i zanurzyli się w wodzie: chłopak nago, Ignazio z przepaską na biodrach. Kąpali się w morzu oślepiającego błękitu. Vincenzo pamięta śmiech, ramiona Ignazia gotowe go podtrzymać, wciąż czuje słonawą wodę wdzierającą się do nosa, krztuszenie się i kaszel. Tak się uczył, pijąc, parskając, śmiejąc się i marudząc. I w końcu mu się udało. Ale nigdy jeszcze nie kąpał się w nocy. Nigdy. „Dobrze. Czas spróbować i tego”. Nurkuje. Woda wnika we włosy, otula ramiona. To prawda, morze jest przyjazne. Wynurza się. Oddycha. Jest zimno, ale kto by się tym przejmował? Czuje się wolny, lekki i chciałby krzyczeć, bo na tę jedną chwilę gdzieś zniknął jego mrok, ten, który nosi w sobie przez całe życie. Nie ma dostępu do jego umysłu. To moment lekkości, nieznanej radości, która eksploduje we wnętrzu i przyprawia go o śmiech i łzy. Jeśli to jest szczęście, to zadziwia go ono, bo nie sądził, że może być tak piękne i jednocześnie tak bardzo bolesne. Znowu schodzi pod wodę, wynurza się, krzyczy: ze szczęścia, z poczucia wyzwolenia, z radości życia. Czuje, że jest tam, gdzie powinien być, że wszystko, co wydarzyło się dotychczas, doprowadziło go do tego miejsca i że jest to słuszne. Nie mają znaczenia złe języki i zazdrość, ponieważ on to wybrał, tym chciał być. To jest jego droga.
[...]
Przez kilka dni po wypadku [tonięcia w morzu – przyp. aut.] Ignazio pozostaje w łóżku. Pojawiła się gorączka, spowodowana bardziej strachem niż wychłodzeniem. Popołudnia chłopiec spędza samotnie w swoim pokoju. Brigitte pospiesznie opuściła dom, a siostry wróciły do nauki z matką. Z podwiniętymi nogami, otulony kocem, Ignazio wertuje tom, który zabrał z biblioteki ojca. To nie jest książka dla dzieci, ale chłopiec tym się nie przejmuje. Najważniejsze to nie myśleć, nie pamiętać o grozie umierania w samotności pod masami wody wdzierającej się do płuc. Po raz pierwszy poznał strach przed śmiercią i jest tego świadomy. To uczucie będzie nosił w sobie do końca życia. Zagłębia się więc w leżącej przed nim książce, czyta, sylabizując, ogląda ilustracje, pozwala obcym słowom obracać się w ustach, ugniata je językiem. Statki. Wiele statków. Tak zastaje go Vincenzo po powrocie z odlewni Oretea, po całym dniu spędzonym na rozmowach z robotnikami i pilnowaniu, by węgiel, żelazo i cyna dotarły na czas. Otwiera drzwi, staje w progu. Co robisz? – pyta. Co takiego oglądasz? Ignazio podnosi głowę i Vincenzo nie może się oprzeć wrażeniu, że jego syn jest bardzo podobny do Giulii. Ale jednocześnie jest w nim coś, co przypomina mu stryja, po którym nadał imię synowi. Stryja, który go wychował i zawsze był blisko niego. To coś spokojnego, opanowanego i zdecydowanego zarazem. Synek wyślizguje się spod koca, kłania się ojcu. Bez słowa podaje mu książkę. Chorohydrografika celna Sycylii w ujęciu statystycznym przez Francesca Arancio napisana. Vincenzo nie może powstrzymać śmiechu. Czytasz tę książkę? W pytaniu jest jednak zdziwienie, a nie drwina, i Ignazio to słyszy. Lubię patrzeć na mapy i parowce – wyjaśnia, wskazując na kartki, które przegląda ojciec.
[...]
Zszedł na ląd niedaleko od miasta. Giovanni Caruso, jego sekretarz, czekał na niego z powozem i małą eskortą. Przejechali polnymi drogami i przekupili strażników na rogatkach. Na ulicach i w zaułkach zieją otwarte rany: zniszczone kamienice, wyrwane drzwi, kawałki mebli porąbanych na opał, porzucona broń, krew. Mieszkańcy Palermo czuli się zdradzeni – byli przekonani, że arystokracja i kupcy sprzedali królowi niepodległość wyspy, aby ocalić swoje bogactwa. Nie mylili się. Vincenzo drży. Naprzeciwko niego drzemie na sofie Giovanni Caruso. Pozostał u jego boku, wykazując oddanie, które wykracza poza obowiązki służbowe. Florio ma pięćdziesiąt lat i czuje cały ich ciężar. Starał się zanadto nie angażować, ale z konieczności musiał objąć stanowisko w Gwardii Narodowej, w czasie, gdy przywódcy rewolucji uciekli, a miasto było w rozsypce. Nie chciał tego, ale nie mógł postąpić inaczej i zdystansował się od działań rewolucyjnego rządu tak szybko, jak tylko mógł. Nie zrobił ani jednego fałszywego kroku w kierowaniu swoim interesem. „Przynajmniej do tej pory”, myśli. Cicho przechodzi przez pokój. Idzie na górę, gdzie nadal mieszka jego matka. Giuseppina nie chciała wyjechać z miasta. Widzi ją w salonie, drzemiącą w fotelu, z różańcem w zaciśniętej dłoni. Białe włosy wymykają się spod czepka. Ręce ma nieosłonięte, naznaczone starczymi plamami. Vincenzo pamięta, że kiedyś były mocne, zaczerwienione od ługu lub lodowatej wody, ubielone mąką. Albo poplamione krwią. To ostatnie wspomnienie jest mgliste i przeradza się w uczucie pustki. Mógł mieć brata lub siostrę.
[...]
Przez kilka chwil pomieszczenie wypełniał ciężki oddech Raffaelego. W końcu mężczyzna podniósł głowę. Zlikwiduj moją część, daj mi procent od sprzedaży, ale przynajmniej zostaw mnie tutaj jako zarządcę. Lubię pracować w winiarni i znam pracowników. Jego głos stał się gorzki, niski. Tak czy inaczej, mieli rację, kiedy mi mówili, żebym ci nie ufał. Jesteś taki sam jak twój ojciec. Ten, kto ci to powiedział, nic nie wie o prowadzeniu interesów. Nie mogę sobie pozwolić na taką ostrożność jak ty, bo Ingham i Woodhouse są przede mną, oni są rekinami i wystarczy chwila, by odgryźli to, co ja zdążyłem im odebrać. A ty zawsze: „bądźcie łaskawi, wybaczcie”. Otóż nie, sprawy trzeba wziąć we własne ręce, rwać pazurami i zębami, bez litości dla nikogo. Jest czas ostrożności i czas ryzyka, a ty nie wiesz, jak je rozpoznać. I zawsze muszę stać za twoimi plecami. Więc ponieważ byłem ostrożny, żebyś ty nie stracił, okazuję się teraz małoduszny? Obwiniasz mnie o to, że jestem zbyt sumienny, zamiast powiedzieć „dziękuję”, bo nie pozwoliłem ci wpaść w długi? Taka jest moja nagroda? Nie masz jaj do tej roboty, Raffaele. Rozumiesz?! – wykrzyczał mu w twarz Vincenzo. Jesteś sekretarzem, tylko tyle, a ja potrzebuję partnera. Nie możesz zrobić tego, co chcę, nie jesteś do tego zdolny. Zrezygnuj. Raffaele cofnął się o krok, jakby został spoliczkowany. W rzeczy wkłada się duszę, nie tylko pieniądze. Ja włożyłem w to miłość i pasję. Co ty wiesz na ten temat? Tak, prawdziwy wściekły kundel z ciebie. – Rozluźnił krawat, kręcąc powoli głową. Daj mi moją część, całą. Od razu. Nie chcę mieć z tobą nigdy więcej do czynienia. Raffaele zniknął z jego życia, żądając jedynie tego, co mu się należało, nic ponadto. Nawet w tym nie okazał odwagi. Później Vincenzo dowiedział się od znajomych, że kuzyn wznowił działalność handlową jako pośrednik i zarządca winnic. Zdecydował się pozostać w Marsali. I dobrze dla niego.
[...]
Giuseppina krzywi się z irytacją. Żona musi patrzeć na to, co robią jej służące, bo inaczej będą oszukiwać. I nie traci czasu na czytanie książek, zwłaszcza w tych wszystkich obcych językach. Chodź, odprowadzisz mnie do mojego pokoju. Vincenzo ignoruje złośliwość wymierzoną w Giulię i pomaga matce wstać. Jej poturbowane przez czas ciało nie ma już dawnej dostojności. Ale Vincenzo nadal widzi w niej tę surową kobietę, która goniła go po zaułkach, i wciąż dostrzega w jej spojrzeniu ślady cudownej słodyczy jego dzieciństwa. Dochodzą do jej pokoju. Kufer na rzeczy osobiste to corriola przywieziona z Bagnary, miska z dzbankiem pamięta lata małżeństwa z Paolem. Na ścianie krucyfiks z koralowca. Na brzegu łóżka chusta – kolejne wspomnienie Vincenza z dzieciństwa. Masz ją jeszcze? – woła, biorąc ją do ręki. Chusta jest mniejsza i znacznie gładsza, niż pamiętał. Pewnych rzeczy nie miałam serca się pozbyć, pomimo pieniędzy, które ty i… i twój stryj przynosiliście do domu. Kiedy się starzejesz, chcesz spowolnić czas, ale ten się nie zatrzymuje. Więc chwytasz się przedmiotów. Jeśli one tam są, to ty też tam wciąż jesteś. Nie widzisz, nie chcesz widzieć, że życie odpływa. Giuseppina siada na brzegu łóżka, przyciskając chustę do piersi. Jest w niej żal, który ściska jej serce. Nazywamy je wspomnieniami, ale kłamiemy – kontynuuje cicho. Rzeczy takie jak ta chusta czy twój pierścień – wskazuje na obrączkę z kutego złota odziedziczoną po Ignaziu – są kotwicami dla życia, które odpływa.
[...]
W dali słychać szum fal. Kiedy przypłynąłem tu po raz pierwszy… Vincenzo urywa, lekko się uśmiecha – …byłem z Carlem Giacherym. Pamiętam, że wszystko tu się rozpadało, to było brudne, nędzne miejsce. Nie zostaliśmy tu nawet na noc, na całej wyspie nie było przyzwoitego miejsca do spania. A następnego dnia… Kolejny uśmiech. Odwraca się, patrzy na stojącą za nim budowlę. Następnego dnia kazałem ściągnąć tu z Palermo cieśli i budowniczych, by wyremontowali budynki. Jednocześnie zacząłem wyjaśniać, że zamierzamy produkować tuńczyka w oleju i jak to zrobimy. Zdjąłem surdut, podwinąłem rękawy… Ignazio patrzy, jak ojciec powtarza te same gesty: ściąga wierzchnie ubranie, zostaje w kamizelce i koszuli. Zebrałem głowy rodzin i ich żony, żeby widzieli, że nie boję się pobrudzić sobie rąk. Ściska syna za ramię, potrząsa nim czule. Ci, którzy dla ciebie pracują, muszą czuć, że są częścią czegoś większego. Milknie. Słońce lśni na obrączce. Mówiłem ci już wiele razy: mój stryj, ten, którego imię nosisz, zmuszał mnie do stania za kontuarem w aromaterii [sklep z towarami kolonialnymi – w tym: przyprawy, lekarstwa ziołowo-roślinne, środki perfumeryjne – przyp. aut.]. Nienawidziłem tego. Dziś jednak rozumiem, jakie to było ważne. Żeby zrozumieć ludzi. Tak. Żeby ich poznać. Żebyś umiał zrozumieć, czego naprawdę potrzebuje ten, kto do ciebie przychodzi: prosi o zioła, bo po prostu chce się poczuć lepiej, czy też musi wyleczyć prawdziwy ból. Jeśli pragnie wina, to czy zależy mu na jakości, czy prestiżu, który za nim stoi? Jeśli chce pieniędzy, to czy chce ich dla władzy, czy może dlatego, że ma trudności?
[...]
Vincenzo opada ciężko na krzesło. Ożeniłem się z tobą, Giulio – mówi, spoglądając na nią z błaganiem, by dała mu wytchnąć. Bo urodziłam ci chłopca i musiałeś legitymizować dziedzica. Gdyby to była kolejna dziewczynka, nadal mieszkałabym przy via della Zecca Regia, a ty prawdopodobnie miałbyś o dziesięć lat młodszą żonę, która dałaby ci prawowitego dziedzica. W tym zdaniu Giulii wybrzmiewa towarzyszący jej od zawsze lęk, że nigdy nie będzie dla niego dość dobra. Że jest jego największą porażką. Że on żałuje małżeństwa z nią. Vincenzo wstaje, opiera ręce na jej ramionach. Tak – przyznaje. Potem przysuwa się bliżej, niemal dysząc jej w twarz. I nie. Obejmuje ją, szepce jej do ucha. – Bo nawet gdybym taką znalazł, to nie pozwoliłbym jej mówić do siebie tak, jak ty mówisz do mnie. Trzyma ją mocno. Giulia jest zaskoczona, prawie przerażona. Sztywnieje, ale po chwili opiera się o jego klatkę piersiową, palcami szukając uderzeń serca pod kamizelką. Czuje, że ono się tłucze, że jest wzburzone. Chcę jak najlepiej dla mojej rodziny – szepce Vincenzo. Giulia podnosi głowę. Chcesz jak najlepiej dla swoich interesów, Vincenzo. Nie ukrywa irytacji. A najlepszy dla nich byłby utytułowany zięć, który podniesie prestiż nazwiska Florio. Tyle że dziewczynki pochodzą z nieprawego łoża i są twoimi córkami. Żaden szlachcic nigdy ich nie zechce. Giulia uderza, by zranić. By przypomnieć mężowi, że dla wielu on wciąż jest tragarzem. U’ nipute du bagnaroto, wnukiem migranta z Bagnary. Chwyta go za lewą rękę: na palcu serdecznym obrączka po stryju Ignaziu. Angelina mówi prawdę. Nie są zapraszane na przyjęcia razem z dziewczętami w swoim wieku i często podpierają ściany na wieczorkach tanecznych. Mają dobre wykształcenie, ale to nie wystarcza. Będą miały duży posag – odpowiada uparcie Vincenzo, uwalniając dłoń. Pieniądze będą ich tytułem szlacheckim. Nie. Jeśli chcesz mieć przyszłość dla swojego domu, to nie o nich musisz myśleć, ale o Ignaziu. To on ma się dobrze ożenić. I na tym trzeba się skupić.
[...]
To było jak cięcie brzytwą. Vincenzo zaniemówił. Ty nie masz pojęcia, co znaczy być dyrektorem w banku – syczał do niego Rossi. Możesz mieć wszystkie pieniądze świata, ale nie wiesz, co to znaczy pracować dla państwa, dla instytucji. Ciebie obchodzą tylko interesy, a państwo jest dla ciebie użyteczne jedynie wtedy, gdy nie przeszkadza w tym, co robisz. Nie winię cię za to, ale nie upieraj się przy tym, czego robić nie potrafisz. Wycelował w niego palec. Wyjaśnię ci coś: świat nie kręci się wokół via dei Materassai, twoich parowców i twoich pożyczek. Jeśli coś robię, to dlatego, że mogę. Vincenzo odsunął od siebie jego palec. A ty kim jesteś, żeby mi mówić, co mam robić? Czy sądzisz, że nie wiem, że celowo wyznaczasz mi dyżury w dniach, kiedy przybywają moje statki, a ja powinienem być u siebie w biurze? Albo że wzywasz mnie na spotkania, kiedy jestem w Marsali? Od lat stosujesz tę wymówkę. Obaj znamy prawdę. Rossi wszedł na kolejny stopień, robiąc ruch, jakby chciał się oddalić. Ty masz swoich protektorów dzięki pieniądzom, ale ja mam sumienie i dumę z tego, co robię. Rzeczy, o których ty nie masz pojęcia. Ja wykonuję usługę, a ty musisz mi zapłacić. Rossi spoglądał na niego z kamiennym spokojem. Nie – rzucił i odszedł. Po raz pierwszy od lat Vincenzo zamilkł. Po powrocie do biura zaczął pisać list, który teraz leży zmięty w jego rękach, ale nie znalazł słów, by go dokończyć. Bo zdania te wyrażały za dużo lub za mało, mówiły o oburzeniu i prosiły o uznanie, gdy właściwym słowem byłoby tylko jedno: nienawiść. Tak, nienawiść do tych, którzy nadal uważali go za nuworysza, za małostkowego prostaka. Niemal sprawiały mu przyjemność jego szorstkie maniery i potwierdzanie ich uprzedzeń. Oni i tak nigdy się nie zmienią. Jak mógłby opisać komuś obcemu, jak Filangeri, co go dzisiaj boli? Dlaczego to złe samopoczucie powróciło? Jak mógł mu wytłumaczyć, że ma w sobie grudę złożoną z samej ciemności, która pcha go do działania, wciąż i zawsze, by gromadził, rozbudowywał, szukał nowych przedsięwzięć? Książę, bogaty z urodzenia, nie mógł tego zrozumieć. Choć Vincenzo kochał to miasto i uważał się za jego syna, Palermo traktowało go jak obcego. Starał się o akceptację, wabił je bogactwem, dawał pracę, przynosił dobrobyt. Ale być może właśnie tego mu nie wybaczono: pracy. Mocy. Jego oczy były otwarte na świat, podczas gdy Palermo trzymało swoje mocno zamknięte.
[...]
Wiesz, jak mnie nazywali? Tragarz. Mnie! Śmieje się i w tym śmiechu gniewu i wściekłości Ignazio dostrzega setki ran, które wciąż krwawią i sprawiają, że ojciec zachowuje się jak zraniona bestia. Na tę myśl ściska mu się serce. Wszyscy, wszyscy, którzy mną gardzili, prędzej czy później przychodzili do mnie z kapeluszem w ręku. Vincenzo chwyta oburącz głowę syna, wpatruje się mu w oczy. Musisz wziąć to, czego mi nie dali. Muszą ci to dać, a jeśli nie dadzą, sam po to sięgnij. Bo władza to nie tylko sprawa posiadania pełnej sakiewki, nie, to także pokazywanie jej tym, którzy czują się lepsi od ciebie. Rozumiesz? Ludzie mają drżeć, gdy do ciebie przychodzą. Ignazio jest zakłopotany. Ma dopiero piętnaście lat i te słowa wprawiają go w zakłopotanie, dezorientują. Ojciec nigdy nie rozmawiał z nim w ten sposób, nigdy nie pozwalał mu spojrzeć poza mur zmarszczonego czoła. „Dlaczego mówicie mi takie rzeczy?”, chciałby zapytać, ale zamiast tego z wysiłkiem zadaje inne pytanie: Ale… czy nie lepiej być szanowanym? Człowiek, który się boi, nigdy nie będzie wierny… Ludzie są uczciwi wobec tych, którzy mają władzę, Ignazio, bo wiedzą, że inaczej może się to dla nich źle skończyć. A pieniądze są jedną z dróg do władzy. Dlatego mówię ci: trzymaj się tego, co masz, ale nigdy nikomu nie ufaj. Zachowaj swoje sprawy dla siebie. Myśl tylko, by, jak to mówią, pilnować swojej kapoty, i to każdym sposobem. Ignazio się waha. Nie chce, aby ludzie się go bali tak jak jego ojca. Kiedy Vincenzo Florio gdzieś wchodzi, są tacy, którzy patrzą na niego z lękiem, i tacy, którzy patrzą na niego z pogardą. Jego syn zaś chce być szanowany za to, kim jest, a nie za pieniądze, które ma, czy ziemię, którą posiada, i próbuje o tym powiedzieć ojcu, próbuje to wyjaśnić, ale w odpowiedzi słyszy gorzki śmiech. Vincenzo wstaje i idzie w kierunku drzwi. Ach, szkody poczynione przez wygodne życie! Mówisz tak, bo nigdy nie musiałeś niczego udowadniać, mój synu. Ponieważ zbudowałem to, co masz, a ty nie wiesz, nie wyobrażasz sobie, ile mnie to kosztowało. Potrząsa głową, rozgląda się. Gdyby te ściany mogły mówić, powiedziałyby ci takie rzeczy…
[...]
Ignazio z przerażeniem zauważa, jak bardzo włosy jego ojca ostatnio posiwiały. Patrzy, jak Vincenzo odchodzi, znikając w drzwiach. „Nie wiesz, nie wyobrażasz sobie, ile mnie to kosztowało”. To zdanie utkwiło mu w głowie. Ignazio przełyka je, pozwala mu opaść na dno żołądka. Nie wie, jaki był jego ojciec dawniej. To, kim jest mężczyzna, zanim pocznie syna, jest często tajemnicą, którą postanawia zachować w głębi duszy i której nigdy nikomu nie wyjawia. Istnieje wyraźna, nieprzekraczalna granica między przed i po. Ignazio nie może wiedzieć, jak bardzo syn zmienia mężczyznę.
[...]
Zachodnie wybrzeże Sycylii to na przemian klify i piaszczyste plaże. Urozmaicony ekosystem o zmiennej morfologii i bogatym krajobrazie. Dopiero w okolicach Marsali zaczynają przeważać plaże: drobny, niemal mączysty piasek niesiony przez morze przez próg plaży San Teodoro naprzeciwko Isola Grande, wyspy zwanej przez miejscowych również Isola Lunga. To miejsce o poruszającym pięknie. W okolicach Marsali znajduje się laguna Stagnone, jedna z najbogatszych na wyspie. Port dla Fenicjan, schronienie dla Greków, emporium dla Rzymian. W Stagnone, dzięki obecności salin – systemu zbiorników służących do rafinacji soli morskiej poprzez odparowanie wody – klimat jest prawie zawsze stały, a zasolenie nie ulega zmianie. To nie przypadek, że piwnice winne z marsalą znajdują się w niewielkiej odległości od tych płaskich, piaszczystych plaż. To nie przypadek, że piasek dostaje się na podwórka, wdziera się do magazynów i gromadzi na beczkach. Morze, wapienny składnik piasku i stała temperatura sprawiły, że to wino likierowe, powstałe przez przypadek, jest tym, czym jest, i że stało się smakiem epoki. Piasek, który osadza się na terakotowych dachówkach chroniących pagórki gotowej już soli, to ten sam piasek, który wiruje między butelkami pozostawionymi w piwnicach. Ten piasek nosi w sobie ziarenka soli, ma zapach morza. To on nadaje marsali ten wytrawny smak, tę dezorientującą niepewność, ten ledwie wyczuwalny smak morza. Bez niego marsala byłaby takim samym słodkim winem jak wszystkie inne.
[...]
Było to kilka dni po klęsce powstania. Aby uzmysłowić wszystkim, co grozi za przeciwstawienie się Burbonom, więźniów – w zasadzie jeszcze chłopców, nie mężczyzn –rozstrzelano na placu na oczach krewnych. Sebastiano Camarrone cudem przeżył, choć został ranny. Vincenzo dowiedział się, że matka próbowała się do niego zbliżyć, że błagała o królewskie ułaskawienie dla syna, ponieważ prawo stanowiło jasno: kto przeżyje egzekucję, ma zachować życie. Tymczasem oni strzelili mu prosto w twarz. Po wszystkim żołnierze wepchnęli zwłoki do czterech trumien. Ulice miasta wciąż jeszcze są zaplamione krwią z wózka, którym przewożono zabitych do masowego grobu. Nikt nie chce zmyć tej ciemnej smugi. Nie mogę o tym myśleć – szepce Vincenzo. Był jak nasz syn; inteligentny, nawet studiował. A ci dranie zabili go bez litości. Vincenzo nie oburza się łatwo. Tym razem jednak obrzydzenie zwycięża jego zwykłą obojętność. To psy. Giulia zakrywa twarz. Wciąż wyobrażam sobie ból serca tej biednej matki. Dlatego wolałabym, żeby Ignazio wyjechał, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Odwraca się, patrzy w stronę drzwi. My już przeżyliśmy swoje życie, ale on… Mąż obejmuje ją ramieniem, całuje w czoło. Wiem. Ale tak postanowił. Giulia parska. To, że Ignazio jest tak samo uparty jak ty, wcale mnie nie uspokaja.
[...]
Giulia wchodzi do środka. W pokoju unosi się zapach świeżych róż, który nie do końca maskuje słodkawy fetor starości. Giuseppina siedzi w fotelu. Śpiewa półgłosem jakąś piosenkę, niezrozumiałe słowa po kalabryjsku. Od kilku tygodni przeżywa na przemian chwile jasności i dni, kiedy świat wywraca się do góry nogami, a duchy osiemdziesięciu lat z okładem powracają do życia. Jedno oko ma puste, przyćmione zasłoną, której żaden lekarz nie umiał wyleczyć. Na starość nie ma lekarstwa. Wraz z grudką śliny Giulia przełyka odruch paniki. Czuje się jeszcze bardziej niespokojna. Wyciąga rękę, by pogładzić teściową, ale ją wycofuje. Litość, którą odczuwa, jest tak wielka, że aż ją paraliżuje. Donna Giuseppina… Może zechcielibyście wyjść na zewnątrz? Giuseppina z trudem wstaje, jej ciało wykrzywia artretyzm. Służąca okrywa jej ramiona szalem, a Giulia bierze teściową pod ramię. Przechadzają się korytarzami willi. Nie pierwszy raz Giulii przychodzi do głowy myśl, że to nie śmierć zmazuje wszystkie winy i oczyszcza pamięć, ale choroba. Obserwowanie, jak teściowa się starzeje, wynagrodziło jej w pewien sposób zło, którego od niej doznała, i nauczyło ją współczucia. Nie ma już w niej nawet mglistej chęci zemsty. Mówi się, że w porządku rzeczy istnieje tajemnicza sprawiedliwość, równowaga, która rządzi się nieznanymi zasadami.
[...]
Ciało ubrane zostało w angielską odzież. U stóp łóżka ustawiono kandelabry, a anglikański pastor szepce modlitwy. W pobliżu mała grupa wiernych modli się na klęczkach. Ben zawsze był bardzo religijny. Księżna Spadafora siedzi w fotelu obok łóżka. Wygląda, jakby ktoś ją wielokrotnie spoliczkował: twarz ma opuchniętą, patrzy niewidzącym wzrokiem. Obraca obrączkę na palcu; jej ślub z Inghamem w końcu się odbył, ale nie spotkał się z przychylnością ulubionego siostrzeńca Bena. W niewielkiej odległości stoi Joseph Whitaker z żoną Sophią i trzecim z ich dwanaściorga dzieci, dwudziestoletnim Williamem. Witają tych, którzy przyszli oddać hołd zmarłemu. Obecny jest również Gabriele Chiaramonte Bordonaro. Stoi z kapeluszem w dłoni obok dzieci księżnej. Wszyscy patrzą na łóżko. Trudno im przyjąć do wiadomości to, co się stało. Kiedy Alessandra Spadafora widzi Vincenza, wstaje. Chwieje się na nogach, a on wychodzi jej naprzeciw, by ją objąć. Oboje są teraz sierotami, każde na swój sposób. Jak to się stało? – pyta, pomagając jej usiąść. Tej nocy, nagła choroba. Zrobił się purpurowy, nie mógł oddychać. Kobieta wyciąga rękę i gładzi przypominający papier policzek Bena. Zmarszczki się rozluźniły, rysy wyglądają pogodnie. Następnie wskazuje na ciemną plamę na wysokości jego skroni. Lekarz powiedział, że musiała mu pęknąć żyła w głowie. On… on… Kiedy lekarz przyjechał, było już… Wybucha szlochem i chwyta Vincenza za ramię. Florio ma ściśnięte gardło. Nie może patrzeć na te zwłoki. „Nie on”, mówi sobie i dławi łzy. Ben, który chwalił go za to, że Vincenzo zdecydował się poślubić Giulię. Ben, który zawsze traktował go jak przeciwnika, ale nigdy jak wroga. Ben, który zabrał go w pierwszą zagraniczną podróż. Ben, który pokazał mu angielską wieś. Ben, który przedstawił go swojemu krawcowi… Brat, przyjaciel, rywal, partner, mentor.
[...]
Wyskoczyła z łóżka i pobiegła do włącznika światła elektrycznego, tej nowinki, którą Ignazio zainstalował, jak tylko kupił willę. Zobaczyła to od razu: jego twarz była zniekształcona. Opadający kącik oka. Krzywe usta. Zrozumiała. Pobiegła po gospodynię. Przyszedł doktor, podał lekarstwa. Grymas przestał się pogłębiać, głos pozostał ochrypły. Od tego czasu jednak coś się w jej mężu zmieniło. Przekazał wszystkie sprawy Ignaziowi. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale ciało już go nie słuchało. Zdradziło go po siedemdziesięciu latach. A on przecież nie mógł ufać zdrajcy. Kilka dni później wezwał notariusza Quattrocchiego, aby sporządził testament. Dlaczego? – zapytała z nutą niepokoju Giulia, gdy notariusz wyszedł. A Vincenzo, siedząc w fotelu w gabinecie, dziwnie na nią popatrzył. Z irytacją. Z czułością. Tym razem Pan mi dopomógł. Następnym razem nie wiadomo. Nie chcę zostawić nieuporządkowanych spraw. Schyliła się i pocałowała go w czoło. Nic nie zostawisz, bo nic ci się nie stanie. Musisz tylko odpocząć, Vincenzo. Zestarzałeś się, tak jak ja i oboje musimy na siebie uważać. Tak… – Rozchylił wargi. Uważać. Nigdy nie sądziłem, że ta chwila nadejdzie i dla mnie – dodał niskim, gorzkim głosem. Objęli się. Giulia wyczuła jego strach. Było to dla niej jak uderzenie pięścią w pierś, osłabiło ją, ponieważ zobaczyła jasno, jaka będzie przyszłość: zbyt straszna, by to sobie wyobrazić, a co dopiero znieść. Vincenzo nigdy się nie bał. Vincenzo był silny. Gdyby tylko chciał, mógłby pokonać śmierć.
[...]
Vincenzo ledwo rozumie te wiadomości. Krew trafia na przeszkody w jego mózgu, gromadzi się, niesie niewiele tlenu i zastyga między płucami a sercem. Florio trwa we śnie. W tym śnie jest w Arenelli, przed willą Quattro Pizzi. Jest młody, ma silne ciało trzydziestolatka i jasny wzrok. Wydaje się, że jest noc, ale nagle mrok staje się światłem, jakby mógł widzieć w ciemności to, co go otacza. Może to wspomnienie tamtej nocnej kąpieli, kiedy poczuł w swoim ciele wibracje całego dotychczasowego życia. Rozbiera się i skacze do morza. Teraz słońce odbija się od lustra wody z taką intensywnością, że aż oczy bolą. Czuje się lekki, silny. Czysty. Jak po chrzcie. Jedynym dźwiękiem, jaki słyszy, jest szum fal. Widzi okno sypialni Giulii i wie, że ona na niego czeka. Ale za nim, na pełnym morzu, unosi się płaskodenny stateczek z łacińskim żaglem trzepoczącym na wietrze. Schifazzo. Przechodzi go drżenie. U steru jego ojciec, Paolo. A obok niego, gotowy do wciągnięcia go na pokład, stoi stryj Ignazio. Daje mu znaki, by do nich dołączył. Śmieje się i coś woła. Vincenzo się odwraca. W domu czeka na niego Giulia. Nie może sprawić jej bólu. Czuje, że ona cierpi. Jednak wyciągnięta dłoń stryja jest silniejsza, pociąga go bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Chodź, Vincenzo – woła stryj. Śmieje się, jest tak młody jak wtedy, gdy razem popłynęli na Maltę. Chodź. I wtedy Vincenzo wybiera. Szerokimi zamachami rąk płynie ku łodzi. Giulia to wie. Zrozumie. Wkrótce do niego dołączy.
Stefania Auci, Sycylijskie Lwy
Obyczajowo-historyczna powieść Stefanii Auci – współczesnej w bliższym rozumieniu „świeżej” włoskiej pisarki przenosi nas do dzisiejszych Włoch najpierw do południowej Kalabrii do Bagnary, a następnie z upływem lat i dziesięcioleci na pobliską Sycylię do stołecznego Palermo, w czasy z końca XVIII wieku aż po lata sześćdziesiąte następnego stulecia. Jest opowieścią o losach rodziny Florio – w tym braci Paola i Ignazia czy ich stryjecznego kuzyna Vincenza – ogólnie rzecz biorąc pochodzącymi z ubogiej, kalabryjskiej Bagnary, którzy podjęli wyzwanie i rzucili swoje talenty na służbę interesom w palermiańskim sklepie kolonialnym, budując swoją markę i zaskakując potomnych coraz to większymi w rozmachu pomysłami. Wśród których ze skromnego sklepiku z artykułami kolonialnymi, gdzie królowały takie zioła jak oczar wirginijski jako środek uśmierzający ból, gdzie dzikie goździki stosowano na mdłości i niestrawność, gdzie również pięciornik kurze ziele stanowił antidotum na infekcje jelitowe, a z kolei korzeniowi kasztanowca przypisywano magiczny wpływ na żylaki, tudzież w peruwiańskiej korze chinowca pokładano kiedyś nadzieję w uśmierzaniu gorączki, utworzyli prawdziwe imperium. W ciągu kilkudziesięciu lat stali się wpływowymi armatorami zaopatrującymi świat w takie nowinki rynkowe jak najprzedniejsze wino sycylijskie – marsalę z posmakiem solankowym, mechanicznie wyrabiane koronki jedwabno-bawełniane czy tuńczyki peklowane w oliwie, a ich sprawne parowce i statki pasażerskie przewoziły pocztę po całym kontynencie. To także zgrabna saga rodzinna, w której wyraziste kobiety jako przyszłe żony, odwieczne matki-matrony czy też uległe kochanki nakreślały jak tło kontury każdej postaci.