02.10.2023

„…ludzie bardziej są czuli na ograniczenie praw niż na gwałt.”
„…prości ludzie najczęściej lepiej rządzą swymi państwami niż uczeni.”
„Większość bowiem ludzi woli uchodzić za przebiegłych nicponiów
niż dobrodusznych poczciwców.”
[…]
Tyrani, którzy nastali w państwach greckich, dbając tylko o własną korzyść, o samych siebie i o powiększenie potęgi własnego domu, starali się jedynie o zapewnienie możliwie jak największego bezpieczeństwa w swoich państwach, nie dokonali też żadnego czynu godnego uwagi, co najwyżej prowadzili niekiedy spory z sąsiadami. Do największej potęgi doszli tyrani na Sycylii. W ten sposób przez długi czas była Hellada hamowana w rozwoju, tak że nie mogła zdobyć się wspólnie na żaden wielki czyn i — rozdzielona na poszczególne państwa — nie miała śmielszych koncepcji. W końcu Lacedemończycy usunęli tyranów z Aten i z pozostałych państw Hellady, która dawniej przeważnie była pod ich rządami; nie usunięto jedynie tyranów sycylijskich. Lacedemon, od założenia go przez mieszkających tam obecnie Dorów, mimo że najdłużej nękany walkami wewnętrznymi, spośród wszystkich państw, które znamy, miał od najdawniejszych czasów dobre prawa i nie miał tyranów; przy końcu obecnej wojny upłynęło nieco więcej niż czterysta lat, odkąd u Lacedemończyków panuje wciąż ten sam ustrój polityczny; dzięki temu silni, wpływali na formę rządów także w innych państwach. Otóż w niewiele lat po usunięciu tyranów doszło do bitwy pod Maratonem między Persami a Ateńczykami. W dziesięć lat później barbarzyńca przyszedł powtórnie z wielką armią [perską – przyp. aut.], żeby podbić Helladę. W chwili grożącego niebezpieczeństwa Lacedemończycy jako najpotężniejsi, stanęli na czele zjednoczonych do wojny Hellenów, Ateńczycy zaś, zdecydowawszy się w obliczu nadciągających Medów na opuszczenie miasta, przenieśli się z dobytkiem na okręty i dzięki temu stali się narodem żeglarzy. Niedługo po wspólnym odparciu barbarzyńców podzielili się Hellenowie na dwa obozy, i to zarówno ci, którzy odpadli od króla perskiego, jak i ci, którzy wspólnie przeciw niemu walczyli. Jedni przyłączyli się do Ateńczyków, inni do Lacedemończyków, te bowiem państwa okazały się najpotężniejsze; jedni bowiem byli silni na lądzie, a drudzy na morzu. Przez krótki tylko czas trwało przy- mierze między tymi dwiema potęgami, następnie zaś, poróżniwszy się między sobą, Lacedemończycy i Ateńczycy, wspierani przez sprzymierzeńców, walczyli przeciw sobie, a inni Hellenowie, w wypadku jakiegoś sporu, przyłączali się do jednej lub drugiej strony. Wskutek tego przez cały okres od wojen perskich aż do obecnej wojny Ateńczycy i Lacedemończycy żyli częściowo w stanie rozejmu, częściowo w stanie wojny, wojując albo między sobą, albo przeciw własnym sprzymierzeńcom odpadającym od nich; dzięki temu wydoskonalili swą sztukę wojenną i nabrali w niej większego doświadczenia, ucząc się wśród niebezpieczeństw. Lacedemończycy sprawowali hegemonię nad swymi sprzymierzeńcami nie żądając od nich daniny. Starali się jedynie o to, ażeby zgodnie z ich interesem, ustrój u sprzymierzeńców był oligarchiczny [oparty na najbogatszych mieszkańcach – przyp. aut.]. Ateńczycy zaś zabrali z biegiem czasu okręty swoim sprzymierzeńcom z wyjątkiem Chiotów i Lesbijczyków i ustanowiwszy daninę kazali ją wszystkim płacić. W ten sposób ich własne wyposażenie wojenne, z jakim wyruszali na obecną wojnę, było większe od tego, jakie mieli kiedykolwiek w czasach najwyższego rozkwitu razem ze swoimi sprzymierzeńcami, gdy siły ich nie były jeszcze uszczuplone. Taki oto obraz starożytności starałem się ustalić na podstawie przeprowadzonych poszukiwań; zresztą trudno jest dawać wiarę każdemu dowolnemu świadectwu. Tradycję ustną o dawnych wypadkach przyjmują ludzie bezkrytycznie, nawet jeśli odnosi się do ich własnego kraju.
[…]
Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla chwilowego popisu. Spośród dawniejszych wydarzeń najważniejszymi były wojny perskie, ale rozstrzygnięto je szybko w dwu bitwach morskich i dwu lądowych; obecna zaś wojna była długotrwała i tyle cierpień przypadło w udziale Helladzie, ile nigdy przedtem w równie długim okresie. Nigdy bowiem przedtem nie zdobyli i nie zamienili w pustynią tylu miast ani barbarzyńcy, ani sami Grecy walczący przeciw sobie. Są też miasta, które po zdobyciu zostały skolonizowane przez zupełnie nową ludność. Nigdy też przedtem nie było takiej fali wysiedleń ani takiego przelewu krwi wskutek działań wojennych i walk domowych. Rzeczy, które dawniej znano tylko ze słyszenia, ale które raczej rzadko znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości, obecnie utraciły swą niewiarygodność: niezwykle silne trzęsienia ziemi na dużych obszarach, zaćmienia słońca, zdarzające się częściej, niż to z dawniejszych czasów wspominano, wielkie susze i spowodowane przez nie klęski głodowe, a przede wszystkim zaraza, która w poważnym stopniu spustoszyła i częściowo zniszczyła Helladę — wszystko to szło równocześnie z tą wojną. Rozpoczęli ją Ateńczycy i Peloponezyjczycy zerwawszy trzydziestoletni rozejm, jaki trwał między nimi od zdobycia Eubei. Powody zaś zerwania rozejmu i punkty sporne podaję od razu na wstępie, ażeby nikt w przyszłych wiekach nie miał wątpliwości, z jakiego powodu wybuchła tak wielka wojna między Hellenami. Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków.
[…]
Koryntyjczycy pozwolili najpierw innym podburzyć Lacedemończyków, sami zaś wystąpili na ostatku, przemawiając w ten sposób: Lacedemończycy, wasza prawość w życiu publicznym i prywatnym nie pozwala wam zbytnio ufać tym, którzy się na innych skarżą, dlatego też z jednej strony odznaczacie się rozwagą, z drugiej jednak nie wnikacie głębiej w sprawy zewnętrzne. Chociaż bowiem często przepowiadaliśmy, że Ateńczycy nas skrzywdzą, nigdy nie badaliście wysuwanych przez nas zarzutów, lecz raczej podejrzewaliście oskarżycieli, że chodzi im o własną korzyść; dlatego to właśnie dopiero dzisiaj, kiedy zostaliśmy pokrzywdzeni, a nie przed doznaniem krzywdy, zwołaliście tych oto sprzymierzeńców. Spośród nich największe prawo do przemawiania nam przysługuje. My bowiem wytaczamy najcięższe zarzuty jako krzywdzeni przez Ateńczyków, a zaniedbywani przez was. Gdyby Ateńczycy po kryjomu krzywdzili Helladę, trzeba by było powiadomić was o tym jako tych, którzy o tym nie wiedzą; ale w obecnej sytuacji czyż trzeba długich mów? Przecież sami widzicie, jak jednych ujarzmili, a na innych — i to nawet waszych sprzymierzeńców — czyhają. Już od dawna są przygotowani na wypadek ewentualnej wojny. Nie byliby bowiem przywłaszczyli sobie prze- mocą Korkiry wbrew naszej woli, a obecnie nie oblegaliby Potidai; dogodne położenie Potidai pozwala najłatwiej wykorzystać tereny trackie, a Korkira byłaby Peloponezyjczykom dostarczyła największej floty. »A winni temu wszystkiemu jesteście wy, ponieważ najpierw po wojnach perskich pozwoliliście Ateńczykom umocnić miasto, a później wznieść długie mury. Stale też pozbawiacie wolności nie tylko tych Hellenów, których ujarzmili Ateńczycy, ale nawet już waszych własnych sprzymierzeńców: nie ten bowiem, kto sam ujarzmia, lecz ten, kto mógłby temu zapobiec, a nie zapobiega — ten jest właściwie zaborcą, choćby się nawet chlubił zaszczytnym mianem oswobodziciela Hellady. Z trudem doszło do dzisiejszego zebrania, a mimo to nawet teraz cele jego nie są jeszcze zupełnie jasne. Dziś już bowiem nie należałoby zastanawiać się nad tym, czy dzieje się nam krzywda, lecz nad środkami obrony.
[…]
Jeżeli kto, to właśnie my uważamy się za uprawnionych do zarzutów pod adresem sąsiadów, ponieważ nasze istotne interesy są zagrożone. Lecz wy nie zdajecie sobie z tego sprawy. Nie pomyśleliście również nigdy, z jakim to przeciwnikiem przyjdzie wam walczyć i jak bardzo różni są od was Ateńczycy. Poszukują oni stale nowości, szybko tworzą nowe plany i szybko przeprowadzają to, na co się zdecydują: wy zaś chcecie zachować swój stan posiadania, niechętnie snujecie plany i nie przeprowadzacie nawet rzeczy koniecznych. Z drugiej znów strony ważą się oni na rzeczy przerastające ich siły, są śmiałkami nie liczącymi się z rozumem, pełnymi nadziei w ciężkich chwilach; wasz charakter objawia się w tym, że mniej przejawiacie działalności, niż was na to stać, nie macie wiary nawet w sytuacjach zupełnie pewnych i skłonni jesteście przypuszczać, że się nigdy z trudnego położenia nie wywikłacie. I tak stoją oni — zdecydowani, naprzeciw was — niezdecydowanych; oni chętnie przemierzają świat, wy chętnie pozostajecie w domu. Ateńczycy sądzą, że puszczając się na obczyznę coś zdobędą, wy zaś, że przez przedsiębiorczość stracicie to, co posiadacie. Ateńczycy odnosząc zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi wyzyskują je do ostateczności, a ponosząc klęskę nie dadzą się ostatecznie pokonać. Prócz tego w służbie dla ojczyzny najniższą cenę ma u nich ciało, które składają w ofierze jakby coś obcego, najwyższą zaś — umysł jako najcenniejsze dobro. Jeżeli przeprowadzenie jakiegoś planu nie powiedzie im się, sądzą, że stracili coś, co już posiadali, a jeżeli uda im się coś osiągnąć, uważają to za drobiazg w porównaniu z tym, co pozostaje jeszcze do osiągnięcia. Jeżeli zaś coś im się nie uda, brak powodzenia nagradzają sobie nową nadzieją; tylko u nich plan osiągnięcia czegoś i samo osiągnięcie zbiega się w czasie ze sobą, ponieważ tak szybko przeprowadzają swe plany. Nad tym wszystkim trudzą się przez całe życie wśród mozołów i niebezpieczeństw i w bardzo małym stopniu korzystają z tego, co posiadają, bo wciąż dążą do nowych zdobyczy. Prawdziwym świętem dla nich jest wykonywanie obowiązków, a nieszczęściem raczej bierny spokój niż pełna trudu działalność: gdyby więc ktoś określił ich pokrótce jako ludzi, którzy po to istnieją na świecie, żeby ani sami nie zaznali spokoju, ani innym nie pozwolili go zaznać, to określenie takie byłoby trafne.
[…]
Mimo to bowiem, że w procesach prowadzonych ze sprzymierzeńcami sami ustępujemy nieco z naszych uprawnień traktując ich jak równych przed naszymi własnymi sądami, wydaje się, że lubimy się procesować. I nikt się nad tym nie zastanowi, dlaczego tego samego nie zarzuca się także innym państwom, które ż mniejszym od nas umiarkowaniem odnoszą się do swych poddanych: przecież kto może siłą przeprowadzić swą wolę, nie potrzebuje się w ogóle procesować. Oni jednak przyzwyczaili się do tego, że traktowani są na równi z nami. Jeśli więc tylko w czymkolwiek uważają się za pokrzywdzonych, czy to przez jakieś postanowienie, czy przez narzuconą im decyzję wynikającą z naszej władzy, nie są wdzięczni za to, że się ich nie pozbawia jeszcze czegoś więcej, lecz drobną przykrość ciężej znoszą, niż gdybyśmy od początku, nie licząc się z prawem, postępowali z nimi jawnie jak władcy: wtedy nawet oni nie sprzeciwialiby się zasadzie, że słabszy musi ustępować silniejszemu. Lecz pono ludzie bardziej są czuli na ograniczenie praw niż na gwałt; w pierwszym wypadku wydaje się im, że krzywdzi ich równy, w drugim, że gwałt zadaje silniejszy. Za czasów perskich znosili spokojnie o wiele gorsze rzeczy niż obecnie, nasze zaś panowanie wydaje im się przykre; jest to naturalne, gdyż istniejący stan rzeczy zawsze jest ciężki dla podwładnych. W każdym razie, jeśli idzie o was, to gdybyście nas obalili i sami doszli do władzy, szybko stracilibyście tę sympatię, jaką macie tylko dlatego, że wszyscy odczuwają lęk przed nami; przecież na pewno postępowalibyście podobnie jak w czasie wojen perskich, przez krótki czas swojej hegemonii. Macie bowiem prawa i obyczaje nie dające się pogodzić ze zwyczajami innych Greków. Poza tym żaden z was znajdując się na obczyźnie nie stosuje się ani do zwyczajów swego ojczystego miasta, ani do tych, które panują w innych krajach greckich.
[…]
»Nie porzucajmy zasad, które przekazali nam nasi ojcowie i które sami stosujemy stale z pożytkiem. Nie podejmujmy pośpiesznie, w jednej krótkiej chwili, decyzji, od której zawisło życie wielu ludzi, bogactwo, los państw i dobre imię, lecz rozważmy wszystko w spokoju. Możemy sobie na to pozwolić bardziej niż kto inny dzięki naszej potędze. Wyślijcie poselstwo do Ateńczyków w sprawie Potidai i w sprawie tego wszystkiego, co sprzymierzeńcy uważają za swoją krzywdę, zwłaszcza że Ateńczycy gotowi są do poddania się sądowi rozjemczemu; a skoro się na to godzą, nie wypada przeciw nim od razu występować, tak jak się występuje przeciw dopuszczającemu się bezprawia. Równocześnie przygotowujcie się do wojny. To będzie decyzja najlepsza i dla przeciwników najgroźniejsza.«
W ten sposób przemówił Archidamos; Steneladas zaś, który był wówczas jednym z eforów [najwyższy urzędnik w spartańskim polis – przyp. aut.], wystąpił na końcu i takie wygłosił przemówienie do Lacedemończyków:
»Długich mów Ateńczyków nie rozumiem; nachwaliwszy się bowiem co niemiara wcale nie zaprzeczyli, że krzywdzą na- szych sprzymierzeńców i Peloponez. Przecież, jeżeli wówczas w czasie wojen perskich byli dobrzy, a obecnie w stosunku do nas są źli, to godni są podwójnej kary za to, że z dobrych stali się złymi. My zaś i wtedy, i teraz stale jesteśmy jednakowi; jeśli będziemy mądrzy, nie będziemy się przyglądać obojętnie krzywdzie naszych sprzymierzeńców i nie będziemy zwlekać z pomocą, ponieważ i Ateńczycy nie zwlekali z krzywdą. Inni mają moc pieniędzy, okręty i konie, my zaś mamy dobrych sprzymierzeńców, których nie wolno wydać na łup Ateńczykom; nie wolno też sprawy rozstrzygać drogą procesów i przemówień, bo nie słowami skrzywdzeni zostali nasi sprzymierzeńcy. Trzeba przyjść z pomocą szybko i ze wszystkich sił. I niechaj nikt nie poucza, że nam, krzywdzonym, wypada się zastanawiać: raczej ci, którzy mają zamiar wyrządzić krzywdę, powinni się długo nad tym zastanowić. Uchwalcie więc, Lacedemończycy — zgodnie z honorem Sparty — wojnę i nie dopuśćcie do wzrostu Ateńczyków. Nie zdradzajmy naszych sprzymierzeńców, lecz z pomocą bożą ruszajmy przeciw krzywdzicielom.«
[…]
Buta jednak Pauzaniasa gniewała wszystkich Greków, a w niemałym stopniu także Jończyków i tych Hellenów, którzy zostali świeżo wyzwoleni spod jarzma perskiego. Przychodzili oni niejednokrotnie do Ateńczyków prosząc, by objęli nad nimi jako pobratymcami, hegemonię i położyli kres samowoli Pauzaniasa. Ateńczycy skwapliwie przyjęli ich propozycję, starali się nimi zająć i urządzić wszystko, jak mogli najlepiej. Tymczasem Lacedemończycy odwołali Pauzaniasa, aby przeprowadzić dochodzenie w sprawie zarzutów przeciw niemu, gdyż przybywający Hellenowie zgodnie oskarżali go o bezprawie, a sprawowane przez niego dowództwo podobne było raczej do tyranii. Tak się złożyło, że równocześnie z jego odwołaniem sprzymierzeńcy — z wyjątkiem żołnierzy peloponeskich — z niechęci do Pauzaniasa przeszli na stronę Ateńczyków. Pauzanias po przybyciu do Lacedemonu został wprawdzie skazany za pewne akty samowoli, lecz oczyszczono go z najważniejszych zarzutów, pomawiano go zaś o sprzyjanie Persom, co zdaje się nie ulegało wątpliwości. Zamiast niego wysłali Lacedemończycy Dorkisa i kilku innych z niewielkim wojskiem, ale tym sprzymierzeńcy nie ofiarowali już naczelnego dowództwa. Ci zrozumiawszy to odjechali; Lacedemończycy zaś nie przysłali już później żadnych innych dowódców, z jednej strony bojąc się, żeby nie ulegali oni złym wpływom na obczyźnie jak Pauzanias, z drugiej strony chcąc się wycofać z wojny przeciwko Persom. Zresztą uważali Ateńczyków za wystarczająco dobrych przywódców i za oddanych sobie wówczas przyjaciół. Objąwszy w ten sposób hegemonię na życzenie sprzymierzeńców nienawidzących Pauzaniasa Ateńczycy ustalili, które państwa mają dostarczać pieniędzy na wojnę z Persami, a które okrętów; powodem przez nich podawanym była chęć zniszczenia kraju perskiego i zemsta za to, co wycierpieli. Wtedy po raz pierwszy ustanowili Ateńczycy urząd hellenotamiów, którzy przyjmowali daninę — tak bowiem nazwano podatek pieniężny. Pierwszą daninę ustalono w wysokości czterystu sześćdziesięciu talentów [jednostka monetarna starożytnej Grecji – przyp. aut.]; kasa związkowa mieściła się na Delos, a zebrania odbywały się w tamtejszej świątyni. Stojąc na czele sprzymierzonych państw, które z początku były samodzielne i wspólne odbywały obrady, dokonali Ateńczycy wielu czynów wojennych i posunięć politycznych w okresie między wojnami perskimi a wojną obecną. Skierowane one były częściowo przeciwko samym barbarzyńcom, częściowo przeciw własnym, zbuntowanym sprzymierzeńcom, częściowo wreszcie przeciw wchodzącym im ustawicznie w drogę Peloponezyjczykom. Opisuję te wypadki i odchodzę od tematu dlatego, że wszyscy moi poprzednicy pomijali ten okres i albo opisywali dzieje Hellady przed wojnami perskimi, albo same wojny perskie; Hellanikos zaś poruszył to wprawdzie w swojej Historii attyckiej, jednakże potraktował wypadki pobieżnie i nieściśle pod względem chronologicznym. Ta dygresja wykaże, w jaki sposób Ateny doszły do swej potęgi.
[…]
Na wieść o tym, że okręty fenickie płyną przeciw Ateńczykom, Perykles wydzielił sześćdziesiąt okrętów z tych, które blokowały miasto, i popłynął szybko w kierunku Kaunos i Karii; z Samos bowiem uszedł Stezagoras z pięciu okrętami, by sprowadzić flotę fenicką. Wtedy Samijczycy dokonawszy niespodziewanego wypadu na flotę ateńską, znajdującą się bez osłony, zniszczyli statki wartownicze, a te okręty, które płynęły przeciwko nim, zwyciężyli; około czternastu dni panowali nad swoim morzem, przy- wożąc i wywożąc wszystko, co chcieli. Po powrocie Peryklesa znowu ich Ateńczycy zablokowali flotą. Z Aten przyszło potem z pomocą czterdzieści okrętów pod wodzą Tukidydesa, Hagnona i Formiona i dwadzieścia okrętów pod wodzą Tlepolemosa i Antyklesa oraz trzydzieści okrętów z Chios i Lesbos. Stoczyli jeszcze bitwę morską, bez większego jednak znaczenia. W dziewiątym miesiącu oblężenia zmuszono Samijczyków do poddania się na następujących warunkach: musieli zburzyć mury, wydać okręty, dać zakładników i zapłacić w ustalonych ratach odszkodowanie wojenne. Ulegli także Bizantyjczycy stając się poddanymi ateńskimi jak przedtem.
[…]
Wojna bowiem nie toczy się według z góry przyjętych reguł, lecz sama z siebie, zależnie od okoliczności, wyłania nowe metody walki. Kto zachowuje spokój w wojnie, może liczyć na zwycięstwo, kto rzuca się w nią na oślep, naraża się na klęskę. Zważmy, że sprawa nie byłaby groźna, gdyby chodziło o drobne spory graniczne między równymi sobie przeciwnikami; Ateńczycy jednak dorównują po- tęgą naszym połączonym siłom i silniejsi są od każdego z nas z osobna. Jeśli więc wszyscy razem, każdy naród i każde państwo, w zgodnym porozumieniu nie oprzemy się im, to bez trudu pokonają nas oddzielnie. I wiedzcie, choć brzmi to boleśnie, że klęska nasza niesie z sobą zupełną niewolę: sam fakt, że możemy o czymś podobnym mówić, jak i to, że tak wiele państw doznaje krzywdy od jednego, jest hańbą dla Peloponezu. Można by myśleć, że słusznie nas to spotyka albo że znosimy to z tchórzostwa, okazując się gorszymi od ojców; oni bowiem uwolnili Helladę, my zaś nie potrafimy zapewnić nawet samym sobie wolności. Dopuszczamy do tego, że istnieje państwo-tyran, chociaż w poszczególnych państwach dążymy do usuwania tyranów. Nie wiemy też, jak można w takim wypadku nie postawić trzech najcięższych zarzutów: braku rozumu, słabości charakteru i niedbalstwa. Bo przecież, nie uniknąwszy tych błędów, popadliście w zarozumiałość, która już wielu ludziom największe szkody przyniosła i która przez to, że zaślepia, otrzymała trafniejszą nazwę głupoty. »Czyż trzeba bardziej obwiniać przeszłość, niż tyle tylko, ile to może być korzystne dla teraźniejszości? W imię przyszłości należy się trudzić, żeby naprawić błędy teraźniejszości. Przodkowie przekazali nam zasadę, że trudem zdobywa się cnoty. Nie wolno nam od tego odstąpić, jeśli nawet teraz nieco przewyższacie ich bogactwem i potęgą. Nie jest bowiem rzeczą słuszną, aby to, co oni w biedzie zdobyli, tracić dzisiaj w zbytku. Z odwagą więc ruszajcie na wojnę, wiele za nią przemawia: bóg tak doradza i obiecuje pomoc, a cała Hellada weźmie udział w boju, częściowo ze strachu, częściowo dla korzyści; nie jest to zerwaniem pokoju, bo przecież bóg nawołując was do wojny uważa go już za zerwany, lecz raczej pomocą dla państw pokrzywdzonych; nie ci bowiem zrywają układy, którzy się bronią, lecz ci, którzy pierwsi atakują.
[…]
Tymczasem wysłali Lacedemończycy poselstwa do Ateńczyków ze skargami, aby stworzyć dla siebie jak najdogodniejszy pozór do wojny, w razie, gdyby Ateńczycy skargi ich od- rzucili. Najpierw wezwali Lacedemończycy Ateńczyków do zmazania zbrodni przeciw bogini. Zbrodnia zaś ta przedstawiała się następująco: Żył niegdyś w Atenach Kilon, zwycięzca w igrzyskach olimpijskich, człowiek możny i z dobrej rodziny. Pojął on za żonę córkę ówczesnego tyrana Megary, Teagenesa. Otóż, kiedy Kilon radził się wyroczni, bóg odpowiedział mu, żeby w dzień największego święta Dzeusa zajął akropole ateńską *. Kiedy nadeszły święta olimpijskie na Peloponezie, Kilon, wziąwszy posiłki od Teagenesa i namówiwszy swych przyjaciół, zajął akropole; uważał bowiem, że święta olimpijskie są największymi świętami Dzeusa i że w pewnej mierze ma to jakiś związek z nim jako zwycięzcą olimpijskim. Czy zaś w Attyce albo gdzie indziej jakieś święto nie nosi nazwy największego święta, nad tym ani on sam nie pomyślał, ani wyrocznia tego nie wyjaśniała. Istnieje zaś także u Ateńczyków święto Diazja, które nazywa się największym świętem Dzeusa Mejlichiosa i odbywa się poza miastem; podczas tego święta cały lud ateński składa ofiary nie ze zwierząt ofiarnych, lecz według zwyczaju lokalnego. Kilon więc, sądząc, że dobrze zrozumiał wyrocznię, zaczął działać. Ateńczycy zaś dowiedziawszy się o tym napłynęli tłumnie ze wsi przeciw niemu i jego stronnikom i stanąwszy pod akropolą oblegali ją. Po pewnym czasie wielu Ateńczykom sprzykrzyło się oblężenie, odeszli więc powierzywszy straż nad akropolą dziewięciu archontom i udzieliwszy im pełnomocnictw do przedsięwzięcia środków, jakie uznają za naj- lepsze: wtedy bowiem większością spraw państwowych zarządzało dziewięciu archontów. Oblężeni zaś wraz z Kilonem na akropoli znajdowali się w złych warunkach z braku pożywienia i wody. Kilon i brat jego wymykają się, inni zaś znajdując się w ciężkim położeniu — niektórzy nawet umierali z głodu — siadają na ołtarzu na akropoli jako szukający opieki. Ci zaś Ateńczycy, którym wówczas straż powierzono, widząc umierających w świątyni, kazali im wstać obiecując, że im nic złego nie wyrządzą; następnie jednak wyprowadziwszy ich — zamordowali; zabili zaś także i tych, którzy po drodze schronili się przy ołtarzach Eumenid. Od tego czasu zarówno tych zabójców jak ich potomków nazywano zbrodniarzami i świętokradcami. Tych więc świętokradców wypędzili Ateńczycy, a potem wy- pędził ich po raz drugi Lacedemończyk Kleomenes podczas zamieszek wewnętrznych w Atenach. Żyjących wypędzono, a kości zmarłych wykopano i wyrzucono poza obręb kraju. Lecz wygnańcy wrócili później i potomkowie ich żyją jeszcze w Atenach.
[…]
Wyraźnego dowodu winy nie posiadali ani Spartiaci, ani jego wrogowie, ani całe miasto; nie było podstawy do ukarania człowieka pochodzącego z rodu królewskiego, który nawet odbierał wówczas cześć królewską, gdyż jako krewny był opiekunem małoletniego króla Plejstarcha, syna Leonidasa. Niemniej przez wykroczenia przeciw tradycyjnym obyczajom spartańskim i przez naśladowanie barbarzyńców Pauzanias budził podejrzenia, że chce się przeciwstawić istniejącemu porządkowi. Śledzili rozmaite jego odchylenia od obyczajów spartańskich, a zwłaszcza zarzucali mu, że na trójnogu [miejsce rytualnych obrzędów ku czci bogów olimpijskich – przyp. aut.], który Hellenowie ufundowali i złożyli w ofierze w Delfach jako rzecz najcenniejszą z łupu zdobytego na Persach, ośmielił się samowolnie wyryć następujący napis:
Wódz Hellenów, gdy Medów [Persów – przyp. aut.] zniszczył i wykrwawił, Pauzanias Fojbosowi ten pomnik wystawił.
Ten dwuwiersz kazali Lacedemończycy natychmiast usunąć z trójnoga i wyryć na nim nazwy wszystkich państw, które po zwycięstwie nad barbarzyńcami złożyły ten dar. Jeśli zaś idzie o Pauzaniasa, to ten jego czyn zawsze uchodził za przewinienie, w obecnej zaś sytuacji wydawał się tym bardziej zgodny z jego wyzywającym postępowaniem. Mówiono także, że się porozumiewa z helotami, i w istocie tak było. Przyrzekał im bowiem wolność i prawa polityczne, jeśli tylko wezmą razem z nim udział w powstaniu i pomogą mu w prze- prowadzeniu wszystkich zamierzeń. Ale mimo to Lacedemończycy nie uwierzyli donosicielom spośród helotów i nie uznali za stosowne przedsięwziąć przeciw Pauzaniasowi ostrzejszych kroków; zgodnie bowiem z tradycją unikają lekkomyślnych podejrzeń w stosunku do Spartiaty, ażeby nie podejmować żadnej nieodwołalnej decyzji bez niezbitych dowodów. W końcu zdradził go podobno pewien Argilijczyk, dawny jego ulubieniec, człowiek niezwykle mu wierny, który miał ostatni jego list przewieźć do Artabadzosa. Zauważywszy bowiem, że żaden z poprzednio wysłanych przez Pauzaniasa posłów nie wrócił, zląkł się i otworzył list. Uprzednio podrobił pieczęć, żeby się nie zdradzić, w razie, gdyby podejrzenia były nie- uzasadnione lub gdyby Pauzanias zażądał z powrotem listu, aby w nim coś zmienić. W liście znalazł potwierdzenie swych podejrzeń, mianowicie adnotację, że doręczyciela należy zgładzić. Kiedy pokazał ten list eforom, wątpliwości ich zaczęły się rozwiewać, jednakże chcieli na własne uszy usłyszeć przyzna- nie się Pauzaniasa.
[…]
Temistokles [zwycięzca spod Salaminy w czasie drugiej wojny z Persami – przyp. aut.] odwdzięczył mu się hojnie, gdyż przyjaciele z Aten i z Argos przesłali mu jego pieniądze. Następnie, wybrawszy się z jednym z tych, którzy mieszkają na wybrzeżu, w głąb lądu, wysyła list do syna Kserksesa, Artokserksesa, który niedawno objął panowanie. List ten miał taką treść: »Przybywam do ciebie ja, Temistokles, który ze wszystkich Hellenów najwięcej nieszczęść wyrządziłem twojemu domowi, kiedy byłem zmuszony bronić się przed twoim ojcem atakującym Helladę; lecz o wiele więcej jeszcze wyświadczyłem mu dobrego, kiedy sam byłem bezpieczny, a on zagrożony w czasie odwrotu. Należy mi się więc wdzięczność — tutaj przypomniał ostrzeżenie, jakiego z Sa- laminy udzielił zawczasu Kserksesowi doradzając mu odwrót, i to, że dzięki niemu nie doszło do zerwania mostów, co zresztą niezgodnie z prawdą sobie przypisywał a i teraz będę ci mógł wyświadczyć wielkie przysługi przybywając do ciebie, ścigany przez Hellenów z powodu mojej dla ciebie przyjaźni. Chcę zaś przeczekać rok, a potem przybyć do ciebie i wyjawić ci, w jakim celu przybywam. Mówią, że król odniósł się z podziwem do jego planu i wyraził swą zgodę. Temistokles zaś tymczasem poznał o ile możności język perski i obyczaje kraju, przybywszy zaś po roku na dwór perski doszedł do tak wielkiego znaczenia u króla jak nigdy żaden Grek, zarówno z powodu dawniejszej swojej sławy jak ze względu na ujarzmienie Hellady, które obiecywał królowi, najwięcej zaś dlatego, że dawał dowody swej nieprzeciętnej mądrości. W istocie Temistokles ze względu na wyjątkową siłę ducha, której najoczywistsze składał dowody, zasługiwał na większy podziw niż ktokolwiek inny: dzięki bowiem wrodzonemu talentowi, bez żadnych uprzednich czy późniejszych studiów, oceniał po krótkim zastanowieniu najtrafniej każdą aktualną sytuację i najlepiej przewidywał daleką przyszłość; równie jasno umiał wyłuszczyć to, z czym był obznajmiony, jak i trafnie osądzać to, co było mu obce. Bystro przenikał dobre i złe strony przyszłych wypadków, osnutych jeszcze mrokiem tajemnicy. Słowem, był to człowiek, który dzięki wrodzonemu geniuszowi najlepiej ze wszystkich i bez żadnego wysiłku umiał od razu utrafić w sedno rzeczy. Zmarł wskutek choroby. Niektórzy twierdzą, że sam się otruł uznawszy za nie- możliwe wypełnienie obietnic danych królowi. Pomnik jego stoi na rynku w Magnezji azjatyckiej, gdzie panował. Król dał mu bowiem Magnezję, przynoszącą pięćdziesiąt talentów rocznego dochodu, żeby miał z niej chleb, prócz tego Lampsakos — miasto to uchodziło wówczas za najbogatsze w wino — ażeby mu wina dostarczało, i Mius, ażeby stamtąd miał przyprawy do stołu. Krewni jego twierdzą, że zgodnie z życzeniem Temistoklesa kości jego przewieziono do Attyki i pochowano w tajemnicy przed Ateńczykami: nie wolno go bowiem było pochować w Attyce jako wygnanego za zdradę ojczyzny.
[…]
»Mam jeszcze wiele innych powodów, by wierzyć w naszą wygraną, jeśli tylko nie zapragniecie nowych zdobyczy terytorialnych w tej wojnie i dobrowolnie nie narazicie się na dodatkowe niebezpieczeństwa. Więcej lękam się naszych własnych błędów niż planów nieprzyjacielskich. Lecz o tym mówić będę innym razem, kiedy działania będą już w toku. Teraz zaś odprawmy posłów lacedemońskich z odpowiedzią, że pozwolimy Megaryjczykom korzystać z portów i z rynku, jeżeli także Lacedemończycy nie będą wydalać ze swego kraju nas i naszych sprzymierzeńców, ani jedno bowiem, ani drugie nie stoi na przeszkodzie pokojowi; — że damy autonomię państwom, jeżeli korzystały one z niej w chwili zawierania układu pokojowego i jeżeli także Lacedemończycy pozwolą swoim sprzymierzeńcom rządzić się na swój własny sposób, a nie zgodnie z interesem Sparty; — że w myśl układu chcemy sprawę poddać sądowi rozjemczemu; — że wojny nie rozpoczniemy, lecz bronić się będziemy przeciw tym, którzy ją rozpoczną. Taka bowiem jest odpowiedź sprawiedliwa i nieuchybiająca godności naszego państwa. Trzeba zaś zdawać sobie sprawę z tego, że wojna jest koniecznością; im chętniej do niej staniemy, tym mniej zdecydowanie będzie nas atakował nieprzyjaciel. Należy też pamiętać, że największa chwała jednostek i państw rodzi się z największych niebezpieczeństw. Ojcowie nasi oparli się Medom nie mając tego co my, a nawet opuściwszy to, co posiadali; raczej dzięki mądrości niż szczęśliwemu losowi, raczej odwagą niż istotną siłą odparli barbarzyńców i państwo doprowadzili do tego stanu, w jakim się znajduje obecnie. Nie wolno nam pozostać w tyle za nimi. Trzeba się bronić przed nieprzyjacielem wszystkimi środkami, by zostawić potomkom państwo nie pomniejszone«. W ten sposób przemówił Perykles. Ateńczycy uznawszy radę jego za najlepszą uchwalili to, do czego wzywał. Odpowiedzieli Lacedemończykom na wszystkie pytania zgodnie z jego wnioskiem, oświadczając, że zasadniczo niczego na rozkaz nie wykonają, gotowi są zaś zgodnie z układem załatwić pretensje na drodze prawnej, jak równi z równymi. Posłowie odjechali do domu. Później nie przybywały już poselstwa z Lacedemonu. Takie były pretensje i spory między obiema stronami przed wybuchem wojny; zaczęły się one zaraz po wypadkach w Epidamnos i na Korkirze. Mimo to jednak w czasie tych zatargów utrzymywali ze sobą stosunki, przychodząc wprawdzie bez herolda, ale nie bez podejrzeń; to bowiem, co się działo, było w rzeczywistości zerwaniem traktatu i pretekstem do wojny.
[…]
Tego samego lata wysiedlili Ateńczycy ludność Ajginy, mężczyzn, kobiety i dzieci. Zarzucili Ajginetom, że w dużej mierze są sprawcami obecnej wojny przeciw Atenom; wydawało się im również, że będzie bezpieczniej, jeśli Ajgina, leżąca tak blisko Peloponezu zostanie skolonizowana przez ludność ateńską. Niebawem wysłali tam kolonistów. Wypędzonym Ajginetom wyznaczyli Lacedemończycy jako miejsce osiedlenia Tyreę; zrobili to z nienawiści do Ateńczyków, jak i dlatego, że Ajgineci wyświadczyli Lacedemończykom przysługę podczas trzęsienia ziemi i powstania helotów [jedna z warstw społecznych w Sparcie zajmująca się uprawą roli – przyp. aut.]. Ziemia tyrejska leży na, pograniczu argiwsko-lakońskim i ciągnie się do morza. Pewna część Ajginetów zamieszkała tam, inni rozproszyli się po całej Grecji. Tego samego lata na nowiu — tylko wtedy wydaje się to możliwe — zdarzyło się w południe zaćmienie słońca. Słońce wyglądało jak sierp księżyca i było widać gwiazdy. Potem znowu przybrało kształt pełny.
[…]
Tej samej zimy Ateńczycy idąc za starą tradycją urządzili publiczny pogrzeb pierwszych poległych w tej wojnie. Oto w jaki sposób się to odbywa: na trzy dni przed pogrzebem wy- stawia się w namiocie zwłoki poległych na widok publiczny i każdy przynosi swoim bliskim rozmaite dary; kiedy zaś nadejdzie dzień pogrzebu, wiezie się na wozach trumny z drzewa cyprysowego, po jednej dla każdej fili [niszy – przyp. aut.]; znajdują się w nich kości zmarłych podzielonych według fil. Na cześć zaginionych, których zwłok nie dało się odszukać i wspólnie pochować, niesie się puste i zasłoną okryte mary. W orszaku pogrzebowym każdy może brać udział, czy to obywatel, czy cudzoziemiec. Kobiety, które mają krewnych wśród poległych, zawodzą żałośnie nad grobem. Kości składa się do grobowca wystawionego przez państwo na najpiękniejszym przedmieściu ateńskim, gdzie stale chowa się poległych na wojnie; wyjątek stanowili polegli pod Maratonem, gdyż dzielność ich uznano za szczególną i pogrzebano ich na polu bitwy. Kiedy zaś kości po- chowają, obywatel wyznaczony przez państwo, ogólnie poważany i o wielkim rozumie, wygłasza odpowiednią mowę pochwalną ku czci poległych; potem wszyscy się rozchodzą. Tak odbywają się uroczystości pogrzebowe w Atenach; zwyczaj ten zachowywano przez cały czas wojny, ilekroć zachodziła potrzeba.
[…]
»Nasz ustrój polityczny nie jest naśladownictwem obcych praw, a my sami raczej jesteśmy wzorem dla innych niż inni dla nas. Nazywa się ten ustrój demokracją, ponieważ opiera się na większości obywateli, a nie na mniejszości. W sporach prywatnych każdy obywatel jest równy w obliczu prawa; jeśli zaś chodzi o znaczenie, to jednostkę ceni się nie ze względu na jej przynależność do pewnej grupy, lecz ze względu na talent osobisty, jakim się wyróżnia; nikomu też, kto jest zdolny służyć ojczyźnie, ubóstwo albo nieznane pochodzenie nie przeszkadza w osiągnięciu zaszczytów. W naszym życiu państwowym kierujemy się zasadą wolności. W życiu prywatnym nie wglądamy z podejrzliwą ciekawością w zachowanie się naszych współobywateli, nie odnosimy się z niechęcią do sąsiada, jeśli się zajmuje tym, co mu sprawia przyjemność i nie rzucamy w jego stronę owych pogardliwych spojrzeń, które wprawdzie nie wyrządzają szkody, ale ranią. Kierując się wyrozumiałością w życiu prywatnym, szanujemy prawa w życiu publicznym; jesteśmy posłuszni każdoczesnej władzy i prawom, zwłaszcza tym nie pisanym, które bronią pokrzywdzonych i których przekroczenie przynosi powszechną hańbę.
»Myśmy też stworzyli najwięcej sposobności do wypoczynku po pracy, urządzając przez cały rok igrzyska i uroczystości religijne oraz pięknie zdobiąc nasze prywatne mieszkania, których urok codzienny rozprasza troski. Z powodu zaś wielkości miasta zwozi się tutaj towary z całej ziemi; możemy tedy na równi rozkoszować się wytworami obcych narodów co i naszymi własnymi i w sprawach wojennych różnimy się od nieprzyjaciół. Miasto nasze pozostawiamy otwarte dla wszystkich; nie zdarza się, żebyśmy wydalali cudzoziemców i nie pozwalali komuś uczyć się u nas albo patrzeć na coś, co mogłoby się przydać naszym wrogom: mamy bowiem zaufanie nie tyle do przygotowań i podstępów wojennych, ile do własnej odwagi w działaniu. Inni przez twarde i pełne trudów wychowanie i ćwiczenie już we wczesnej młodości dochodzą do męskiej odwagi, my zaś żyjąc w sposób bardziej swobodny z niemniejszą od- wagą stawiamy czoło równym niebezpieczeństwom. A oto dowód: Lacedemończycy nigdy nie wyruszają przeciw naszemu krajowi sami, tylko ze świtą sprzymierzeńców; my zaś atakując naszych sąsiadów przeważnie bez trudu odnosimy zwycięstwa walcząc w kraju nieprzyjacielskim przeciw ludziom, którzy bronią własnej ziemi. Z całą naszą siłą zbrojną nie spotkał się jeszcze żaden nieprzyjaciel, dlatego że siły nasze rozdzieliliśmy między flotę i armię lądową, którą rozsyłamy w różne strony. Jeśli zaś nieprzyjaciel spotka się z jakąś cząstką sił i kogoś z naszych pokona, to chełpi się, że odparł całą naszą siłę zbrojną, w razie zaś klęski twierdzi, że został przez całe nasze siły pokonany. Przecież jeśli idziemy naprzeciw niebezpieczeństw raczej w lekkim nastroju niż wśród trudów i mozołów i jeśli odwaga nasza jest raczej wrodzona niż płynąca z posłuszeństwa prawom, to mamy ten zysk, że z góry nie zamęczamy się przykrościami, które może ze sobą przy- nieść przyszłość, a kiedy nadejdą, nie okazujemy się mniej od- ważnymi od tych, którzy stale się trudzą.
»Państwo nasze jest godne podziwu i pod tymi względami, i pod wielu innymi. Kochamy bowiem piękno, ale z prostotą, kochamy wiedzę, ale bez zniewieściałości, bogactwem się nie chwalimy, lecz używamy go w potrzebie; przyznanie się do ubóstwa nie przynosi nikomu ujmy, jednakże jest ujmą, jeśli ktoś nie stara się z niego wydobyć. U nas ci sami ludzie, którzy zajmują się sprawami państwa, zajmują się także swymi osobistymi, a ci, którzy ograniczają się tylko do swego rzemiosła, znają się także na polityce. Jesteśmy jedynym narodem, który jednostkę nie interesującą się życiem państwa uważa nie za bierną, ale za nieużyteczną. Zawsze sami oceniamy wypadki i staramy się wyrobić sobie trafny sąd; nie stoimy na stanowisku, że słowa szkodzą czynom, lecz że najpierw trzeba się dać pouczyć słowom, zanim się do czynów przystąpi. I w tym bowiem mamy przewagę nad innymi, że łączymy naj- wyższą śmiałość z najstaranniejszym obmyśleniem planów; u innych nieznajomość sytuacji prowadzi do zuchwalstwa, a rozsądek do bojaźliwego zwlekania. Za najdzielniejszych duchem słusznie można by uznać tych, którzy znając na równi grozę jak i słodycz życia nie ustępują przed niebezpieczeństwem. Również w sposobie odnoszenia się do ludzi różnimy się od innych; zdobywamy sobie przyjaciół przez świadczenie dobrodziejstw, a nie przez ich przyjmowanie. Ten zaś, kto wy- świadczył dobrodziejstwo, jest pewniejszy w przyjaźni od tego, kto je otrzymał, gdyż stara się w tym, komu je wyświadczył, utrzymać uczucie zobowiązania w stosunku do siebie przez dalsze przysługi; ten zaś, komu wyświadczono przysługę, mniej dobrym jest przyjacielem, ponieważ wie, że odwzajemnienie się z jego strony przyjęte będzie jako spłacenie należnego długu. My też jesteśmy jedynym narodem, który bez obawy wspomaga innych, nie tyle licząc na korzyść, ile kierując się pełną zaufania wielkodusznością.
[…]
»Zaiste godnymi naszego państwa okazali się ci mężowie. Tym, którzy ocaleli, należy życzyć pomyślniejszego losu, lecz i domagać się, żeby niemniejszą odwagę objawili wobec nieprzyjaciela. Niech myślą nie tylko o długich mowach pochwalnych, w których porusza się sprawy dobrze wszystkim znane i głosi, że walka w obronie ojczyzny jest rzeczą piękną, lecz niechaj dzień w dzień patrzą na potęgę państwa i niech je pokochają, a skoro sobie jego wielkość uświadomią, niech pamiętają o tym, że stworzyli je ludzie śmiali, obowiązkowi i ożywieni poczuciem honoru, którzy w razie niepowodzenia nie pozbawiali państwa swych usług i męstwa, lecz najcenniejszą ofiarę składali mu w darze. Oddając bowiem życie dla dobra wspólnej sprawy zyskiwali nieprzemijającą sławę i najwspanialszy pomnik — nie ten grobowiec, w którym spoczywają, lecz pamięć ludzką, dzięki której żyje ich sława, ilekroć słowa lub czyny dadzą do tego sposobność. Grobem sławnych mężów jest cała ziemia, sławę ich głoszą nie tylko napisy na stelach w ich ojczystym kraju, lecz nawet na obczyźnie żyje o nich pamięć, nie pisana na pomniku, lecz w duszach ludzkich. Naśladujcie więc tych bohaterów! W zrozumieniu, że szczęście polega na wolności, a wolność na męstwie, nie uchylajcie się od niebezpieczeństw wojny. Nie ci, którym się źle dzieje, nie ci, którzy pozbawieni są nadziei powodzenia, mają uzasadniony powód do nieoszczędzania swego życia, lecz raczej ci, dla których waży się jeszcze zmiana losu, i ci, którzy by w razie niepowodzenia spadli z naj- większej wysokości. Dla męża dumnego boleśniejsza jest przecież niesława związana z tchórzostwem niż śmierć, której nie czuje, gdy zastaje go w pełni sił, ożywionego nadzieją i wiarą we wspólne dobro.
[…]
Tak przemawiając Perykles starał się uśmierzyć przeciw niemu skierowany gniew Ateńczyków i oderwać ich myśli od teraźniejszych nieszczęść. Oni zaś oficjalnie poszli wprawdzie za jego zdaniem, nie wysyłali już posłów do Lacedemończyków i więcej myśleli o wojnie, po cichu jednak każdy martwił się swoją niedolą. Ludzie ubożsi dlatego, że mając mało i to stracili, zamożni zaś, którzy mieli piękne posiadłości na wsi, domy i drogie meble, boleli nad ich utratą, wszyscy zaś dlatego, że była wojna zamiast pokoju. Nie przestali też wszyscy odnosić się z niechęcią do Peryklesa, dopóki go nie ukarali grzywną pieniężną. Wkrótce zaś potem, jak to zwykle zdarza się u ludu, wybrali go znowu strategiem i powierzyli mu prowadzenie wszystkich spraw państwowych: mniej już bowiem byli wrażliwi na osobiste nieszczęścia i uważali, że on najlepiej rozumie potrzeby całego społeczeństwa. Jak długo bowiem w czasach pokojowych stał na czele państwa, kierował nim umiejętnie, ustrzegł je od niebezpieczeństw i doprowadził do największej potęgi, kiedy zaś przyszła wojna, trafnie ocenił jej znaczenie. Żył w czasie wojny jeszcze przez dwa lata i sześć miesięcy; po śmierci okazało się tym jaśniej, jak dobrze przewidywał przebieg wojny. Powiedział bowiem, że Ateńczycy odniosą zwycięstwo, jeśli zachowają spokój, jeśli szczególną troską otoczą flotę, nie będą dążyć do nowych zdobyczy terytorialnych w czasie tej wojny i nie będą miasta narażać na niebezpieczeństwo. Ateńczycy postąpili wprost przeciwnie — podejmowali szkodliwe dla siebie i sprzymierzeńców akcje, niewiele z tą wojną, jak się zdaje, mające wspólnego, popychani ambicją jednostek i ich chęcią zysku. Przedsięwzięcia te, jeśliby się były udały, przy- niosłyby sławę i zysk poszczególnym jednostkom; nie udały się jednak i naraziły państwo na szkodę. Perykles wywierał wpływ dzięki swemu autorytetowi i mądrości; będąc bez wątpienia nieprzekupnym z łatwością trzymał lud w ryzach i nie lud nim kierował, ale on ludem. Zdobywając sobie znaczenie jedynie uczciwymi środkami, nie schlebiał nikomu, lecz wykorzystując osobistą powagę, czasem także gniewnie do ludu przemawiał. Ilekroć czuł, że Ateńczyków ponosi niewczesna buta i zuchwałość, potrafił ich zastraszyć, a kiedy znowu bez uzasadnienia wpadali w panikę, dodawał im otuchy. Choć więc z imienia była demokracja, w rzeczywistości były to rządy pierwszego obywatela. Wśród późniejszych przywódców nie było ludzi wybitnych, lecz każdy, starał się być pierwszym; dlatego zaczęli schlebiać ludowi, a niekiedy nawet poświęcali dla tego celu interesy państwa. Stąd wynikło wiele rozmaitych błędów, co jest rzeczą zrozumiałą przy wielkości i przodującym stanowisku Aten; naj- większym zaś błędem była wyprawa sycylijska.
[…]
Następnie Knemos, Brazydas i inni dowódcy peloponescy chcąc szybko stoczyć bitwę, zanim przyjdą posiłki dla Ateńczyków, zwołali żołnierzy, a widząc, że wielu z nich wskutek poprzedniej porażki lęka się i nie okazuje zapału, zachęcali ich w ten sposób: »Peloponezyjczycy! Jeśli ktoś z was z powodu poprzedniej bitwy lęka się tej, która nas czeka, to bojaźń ta jest zupełnie nieuzasadniona. Wtedy bowiem — jak wiecie — nie byliśmy odpowiednio przygotowani i płynęliśmy nie na bitwę morską, ale raczej na wyprawę lądową, zresztą i okoliczności były przeciw nam, a w pewnej mierze zaszkodził nam brak doświadczenia, gdyż była to pierwsza nasza bitwa morska. Tak więc przyczyną porażki nie było tchórzostwo; duch nasz, który chwilowo uległ przewadze nieprzyjaciela, posiada sam w sobie możliwości zapewniające zwycięstwo i nie może być złamany przypadkowym zrządzeniem losu. Wprost przeciwnie, powinniśmy być przekonani, że człowiek może wprawdzie ulegać niepomyślnym zrządzeniom losu, jednakże w sercu swym musi być stale jednakowo odważny, a tchórzostwa nie można usprawiedliwiać brakiem doświadczenia. Wasz zaś brak doświadczenia wcale nie jest tak wielki w stosunku do nieprzyjaciół, jak wielka jest wasza odwaga w stosunku do nich; ich wiedza, której się najwięcej boicie, pozwoli im korzystać z doświadczenia w chwili niebezpieczeństwa tylko wówczas, gdy będzie złączona z odwagą — bez odwagi żadna sztuka nie ma najmniejszego znaczenia w chwili niebezpieczeństwa. Strach bowiem hamuje pamięć i sztuka bez odwagi jest zupełnie nieużyteczna. Ich większemu doświadczeniu przeciwstawcie większą odwagę, a lęk płynący z poprzedniej klęski pokonajcie uświadomieniem sobie faktu, że wtedy byliście nie przygotowani. Macie przewagę w liczbie okrętów, ponadto będziecie walczyć w pobliżu własne go kraju i hoplitów: najczęściej zaś zwycięstwo idzie za tymi którzy mają przewagę liczebną i lepiej są uzbrojeni. Dlatego nie widzimy ani jednego powodu, dla którego mielibyśmy się spodziewać porażki, a poprzednie nasze błędy będą obecnie dla nas nauką. Niechaj więc każdy, czy to sternik, czy wioślarz, z otuchą pełni swój obowiązek nie opuszczając stanowiska, które mu wyznaczono. My zaś nie gorzej poprowadzimy atak niż dawniejsi wodzowie i nikomu nie damy sposobności do okazania tchórzostwa; jeśliby ktoś mimo wszystko okazał się do tego skłonny, spotka go odpowiednia kara, waleczni zaś otrzymają należne nagrody za męstwo.«
[…]
»Prosząc o przyjęcie nas do przymierza najpierw powiemy o zasadzie sprawiedliwości i uczciwości, gdyż wiemy, że ani między jednostkami nie może istnieć trwała przyjaźń, ani między państwami trwały związek, jeżeli obie strony nie uważają się za uczciwe i w ogóle nie mają podobnego charakteru; różnica bowiem w poglądach wpływa również na odmienne postępowanie. Przymierze nasze z Ateńczykami trwa od chwili, kiedy po waszym wycofaniu się z wojny przeciwko Persom Ateńczycy pozostali, żeby dzieło doprowadzić do końca. Sprzymierzyliśmy się zaś nie z Ateńczykami, w celu ujarzmienia Hellenów, lecz z Hellenami, w celu wyzwolenia ich od panowania perskiego. Dopóki Ateńczycy traktowali nas jak równych sobie, chętnie szliśmy za nimi; kiedy jednak zobaczyliśmy, że zaniechali walki z Persami, a zaczynają ujarzmiać własnych sprzymierzeńców, wtedy już nie czuliśmy się bezpieczni. Prócz nas i Chiotów Ateńczycy ujarzmili wszystkich sprzymierzeńców, którzy nie potrafili porozumieć się celem wspólnej obrony, my zaś, zachowując niepodległość i wolność może tylko z nazwy, braliśmy udział we wspólnych z Ateńczykami wyprawach. Ale nie mieliśmy już zaufania do wodzów ateńskich patrząc na groźne przykłady: nie było bowiem rzeczą prawdopodobną, by i nas nie ujarzmiono, jeśliby się nadarzyła sposobność, tak samo jak tych sprzymierzeńców, z którymi wtedy jednocześnie układ zawarto.
[…]
»Niejednokrotnie już i przedtem sądziłem, że państwo demokratyczne nie jest zdolne do panowania nad innymi, teraz zaś szczególnie jasno to widzę patrząc na wasz obecny żal nad Mityleńczykami. Jesteście w codziennym życiu w stosunkach wzajemnych szczerzy i uczciwi i chcecie w ten sam sposób postępować także ze sprzymierzeńcami. Gotowiście zrobić fałszywy krok pod wpływem ich słów albo uczucia litości i nie rozumiecie, że jest to dla was niebezpieczne i że nie zyskujecie sobie w ten sposób wdzięczności ze strony sprzymierzeńców. Nie zdajecie sobie bowiem sprawy, że panowanie wasze jest tyranią, że poddani knują przeciw wam zamachy i że rządzicie nimi wbrew ich woli. Nie dlatego słuchają was, że ku waszej szkodzie obchodzicie się z nimi życzliwie, lecz dlatego, że jesteście ich panami, i to panami dzięki waszej sile, a nie dzięki ich życzliwości dla was. Najgorzej jednak będzie, jeśli nie będziemy się mocno trzymać tego, cośmy raz uchwalili, i jeśli nie zrozumiemy, że państwo mające prawa trochę gorsze, ale niewzruszone, jest silniejsze od państwa mającego doskonałe prawa, których nie stosuje; że brak wykształcenia połączony z siłą charakteru większy pożytek państwu przynosi niż wiedza bez charakteru i że prości ludzie najczęściej lepiej rządzą swymi państwami niż uczeni. Ci bowiem chcą się okazać mądrzejsi od praw i we wspólnych obradach stale chcą mieć rację uważając to za najlepszą sposobność do ujawnienia swej mądrości; dlatego w wielu wypadkach szkodzą państwu. Ci drudzy nie mając takiego zaufania do swego rozumu uważają się za głupszych od praw i za niezdolnych do krytykowania wypowiedzi dobrych mówców. Są raczej bezstronnymi sędziami niż uczestnikami sporów o te czy inne poglądy i przeważnie słuszne podejmują decyzje. Tak samo powinniśmy postępować i my, mówcy; nie dając się ponieść talentowi krasomówczemu i rywalizacji o mądrość powinniśmy dawać tylko te rady, które są zgodne z naszym przekonaniem.
[…]
Przecież nie wbrew swej woli wyrządzili nam szkodę, lecz w pełni świadomości nas zaatakowali — na przebaczenie zaś zasługuje tylko czyn mimowolny. Podobnie jak za pierwszym razem, tak i obecnie walczę o to, żebyście nie zmieniali swych decyzji i nie zrobili fałszywego kroku dając się ponieść trzem rzeczom najbardziej dla państwa niebezpiecznym: litości, czarowi słów i pobłażliwości. Litość bowiem uzasadniona jest wobec równych, ale nie wobec tych, którzy jej nie odwzajemniają i z konieczności są stale naszymi wrogami; ci, którzy zachwycają pięknymi słowami, będą mieli także przy mniej ważnych sprawach sposobność do popisu, nie zaś przy takiej sprawie, przy której państwo za chwilę przyjemności drogo zapłaci, a jedynie mówcy otrzymają piękną nagrodę za piękne słowa. Pobłażliwość wreszcie jest raczej na miejscu w stosunku do tych, którzy także w przyszłości będą nam oddani, aniżeli w stosunku do tych, którzy nadal pozostaną wrogami. Jednym słowem twierdzę: jeśli mnie posłuchacie, postąpicie równocześnie sprawiedliwie w stosunku do Mityleńczyków i korzystnie dla samych siebie; w przeciwnym wypadku nie zaskarbicie sobie ich wdzięczności, ale raczej wydacie wyrok na siebie samych. Jeśli bowiem słuszny był ich bunt, to wasze panowanie jest nie- uzasadnione. Jeśli zaś, mimo że jest ono niesłuszne, chcecie się przy nim utrzymać, to albo musicie wbrew sprawiedliwości, lecz licząc się z waszą korzyścią, ukarać ich, albo zrezygnować z waszego panowania i prowadzić bezpieczne życie poczciwych ludzi. Ukarzcie ich więc w ten sam sposób, jak oni by was ukarali; wobec tego, że uniknęliście niebezpieczeństwa, nie okażcie się bardziej wrażliwi niż oni, wyobraźcie sobie tylko, jakby oni w razie swego zwycięstwa z wami postąpili, zwłaszcza że pierwsi weszli na drogę bezprawia. Kto bowiem bez żadnego powodu kogoś krzywdzi, dąży potem do zupełnej jego zagłady ze względu na niebezpieczeństwo grożące ze strony nieprzyjaciela, jeśliby ten pozostał przy życiu; ten bowiem, kto bez żadnego koniecznego powodu został skrzywdzony, jeśli mu się uda wyjść cało, większym gniewem pała od takiego, który równą winę ponosi w sporze. Nie bądźcie więc zdrajcami własnej sprawy. Tak powiedział Kleon. Po nim wystąpił Diodotos, syn Eukratesa, który i na poprzednim zgromadzeniu przemawiał najsilniej przeciw wnioskowi wymordowania Mityleńczyków, i także wygłosił przemówienie:
»Nie ganię tych, którzy postawili sprawę Mityleńczyków powtórnie na porządku dziennym, ani nie pochwalam tych, którzy potępiają fakt, że się radzi więcej niż raz nad ważnymi sprawami. Sądzę, że najwięcej przeszkadzają w powzięciu dobrej decyzji pośpiech i gniew. Pośpiech jest zwykle towarzyszem głupoty, a gniew — nieopanowania i płytkości. Kto bowiem upiera się przy tym, że słowa nie są nauczycielami czy- nów, jest albo głupcem, albo ma w tym jakieś swoje własne cele; głupcem jest, jeśli myśli, że istnieje jakiś inny środek poza słowem, który by mógł rzucić światło na przyszłość i rzeczy zakryte; ma zaś własne swoje cele, jeśli chcąc nakłonić słuchaczy do czegoś złego i nie mając zaufania, czy potrafi złą sprawę poprzeć pięknym słowem, stara się za pomocą zręcznych oszczerstw zastraszyć swych przeciwników i słuchaczy. Najniebezpieczniejsi zaś są ci, którzy mówców oskarżają o przekupstwo. Jeśliby bowiem zarzucali głupotę, to ten, który by nie odniósł sukcesu, odchodziłby z opinią raczej człowieka nierozumnego niż nieuczciwego; kiedy zaś stawia się zarzut przekupstwa, w razie powodzenia mówcy podejrzenie pozostaje, a w razie niepowodzenia mówca ma opinię nie tylko nieudolnego, ale także nieuczciwego. Państwo w tym stanie rzeczy żadnego nie ma pożytku: gdy się nastraszy mówców, zostaje ono pozbawione doradców. Najlepiej by też było, gdyby nie istnieli dobrzy mówcy, gdyż w ten sposób rzadko dochodziłoby do błędnych decyzji. Trzeba, żeby dobry obywatel nie zastraszał swych przeciwników, lecz szanując swobodę słowa starał się wy- kazać, że jego argumenty są lepsze; państwo rozumnie urządzone nie powinno dobrych doradców wyróżniać nowymi za- szczytami, nie powinno, jednakże zmniejszać dotychczasowego uznania; nie powinno także na tego, któremu nie udało się od- nieść sukcesu, nakładać kary, a tym bardziej mieć go w po- gardzie. Wtedy dobry doradca nie będzie dążył do dalszych wyróżnień schlebiając ludowi i przemawiając wbrew swemu przekonaniu, a ten, komu się nie udało odnieść sukcesu, nie będzie próbował w tym samym celu pozyskiwać sobie ludu pochlebstwem.
[…]
Ateńczycy po wysłuchaniu tych dwóch sprzecznych przemówień różne mieli poglądy na sprawę. W głosowaniu podzieliły się głosy prawie na równi, zwyciężył jednak wniosek Diodotosa. Zaraz też pospiesznie wy- prawili drugi trójrzędowiec, ażeby poprzednio wysłany nie przyszedł wcześniej i miasto nie zostało zniszczone: pierwszy statek wypłynął o dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Wobec tego, że posłowie mityleńscy przygotowali dla załogi okrętowej wino i chleb i przyrzekli wysokie nagrody, jeśli zdąży na czas, żegluga odbywała się tak pośpiesznie, że posiłki składające się z chleba zamoczonego w winie i oliwie spożywano pod- czas wiosłowania, które odbywało się bez przerwy na zmiany: jedni wiosłowali, drudzy spali. Wobec tego zaś, że nie wiały przeciwne wiatry i pierwszy okręt jadąc z przykrą misją nie spieszył się zbytnio, a drugi — jak wspomniano — przyspieszał podróż, pierwszy okręt wyprzedził drugi o tyle, że Paches zdążył zaledwie przeczytać uchwałę i zastanawiał się nad jej wykonaniem; w tej chwili właśnie zjawił się drugi okręt z rozkazem wstrzymania egzekucji. Tak bliska zagłady była wówczas Mitylena. Wszystkich tych, których Paches odesłał do Aten jako głównych sprawców buntu, zabili Ateńczycy na wniosek Kleona: było ich nieco ponad tysiąc. Następnie zburzyli Ateńczycy mury Mityleny i skonfiskowali okręty. Na przyszłość nie nałożyli żadnej daniny na Lesbijczyków, lecz podzieliwszy wyspę — z wyjątkiem terytorium Metymny — na trzy tysiące działek, trzysta z nich poświęcili bogom, resztę zaś przeznaczyli dla swych osadników wybranych losem; dla tych kolonistów ziemię uprawiali nadal Lesbijczycy, lecz za każdą działkę musieli płacić rocznie czynsz dzierżawny w wysokości dwóch min [jednostka monetarna w starożytnej Grecji – przyp. aut.]. Ateńczycy objęli również miasta na lądzie stałym, należące dotąd do Mityleńczyków; odtąd podlegały one Ateńczykom. Taki obrót wzięły sprawy na Lesbos.
[…]
W czasach pokojowych i w dobrobycie zarówno państwa jak i jednostki kierują się słuszniejszymi zasadami, gdyż nie znajdują się pod jarzmem konieczności; wojna zaś niszcząc normalne, codzienne życie jest brutalnym nauczycielem kształtującym namiętności tłumu według chwilowej sytuacji. Walki partyjne wstrząsnęły państwem, a te, które wybuchły później, brały sobie za wzór poprzednie i w niezwykłości pomysłów szły jeszcze o wiele dalej, zarówno jeśli chodzi o przemyślność i podstęp w urządzaniu zamachów jak i o wyrafinowaną zemstę. Wtedy również zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nierozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość — za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar — za ukrytą bojaźliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygodnego i leniwego; bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczyzny, a jeśli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać. Ten, kto się oburzał i gniewał, zawsze znajdował posłuch, ten, kto się mu sprzeciwiał — był podejrzany. Jeśli komuś udało się drugiego wciągnąć w pułapkę, chwalono go jako mądrego, ale za jeszcze mądrzejszego uchodził ten, komu udało się tej pułapki uniknąć; jeśli zaś ktoś tak się urządził, że nie musiał ani zastawiać na nikogo sideł, ani ich unikać, uchodził za zdrajcę swych towarzyszy partyjnych i człowieka bojącego się partii przeciwnej. Jednym słowem, sławy zażywał ten, kto potrafił ubiec człowieka, który mu chciał krzywdę wyrządzić, i kto drugiego zdołał do złego namówić. Związki krwi stały się słabsze od związków partyjnych, gdyż przyjaciel partyjny chętniej ważył się na rzeczy śmiałe i bezwzględne. Związków bowiem tego rodzaju nie zawierano zgodnie z istniejącymi prawami dla ogólnego pożytku, lecz wbrew prawom dla egoistycznych celów, wzajemne zobowiązania między uczestnikami nie opierały się na prawach religijnych, lecz na współuczestnictwie w zbrodni. Słuszne wnioski przeciwników politycznych przyjmowano jedynie wtedy, jeśli mieli oni także istotną przewagę, a nie z uczuciem prawdziwego zaufania. Większą też radość sprawiało móc się na kimś zemścić niż w ogóle nie doznać od nikogo krzywdy. Wszelkie układy zawarte w przymusowej sytuacji i zaprzysiężone miały wartość tylko do chwili, gdy jedna ze stron nie poczuła się silniejsza; przy pierwszej zaś sposobności ten, kto zyskał na sile, widząc przeciwnika bezbronnego nie dotrzymywał układu. Zamiast bowiem otwarcie wrogo występować, chętniej łamano układy, nie tylko dlatego, że nie narażało to na duże niebezpieczeństwa, ale że jeszcze w nagrodę za podstęp przynosiło sławę przebiegłości. Większość bowiem ludzi woli uchodzić za przebiegłych nicponiów niż dobrodusznych poczciwców: pierwszym się chełpią, drugiego się wstydzą. Źródłem tego wszystkiego była żądza panowania, dążąca do zdobycia bogactw i zaspokojenia ambicji, a stąd wybuchały rywalizacje, wkraczały w grę namiętności. Przywódcy polityczni jednej i drugiej partii posługiwali się pięknymi hasłami, mówili o równouprawnieniu wszystkich obywateli albo o rządach rozumnej arystokracji, ale w rzeczywistości mówiąc o sprawie ogólnej walczyli między sobą o swe prywatne interesy. Używając wszelkich metod w walce o pierwszeństwo odważali się nawet na największe okropności, a w zemście nie oglądali się ani na prawo, ani na interes publiczny, lecz kierowali się wyłącznie samowolą. Czy to przy pomocy niesprawiedliwych wyroków sądowych, czy też przemocą gotowi byli zaspokajać swe namiętności. Żadna partia nie szanowała świętości, a dobre imię zyskiwali ci, którzy za pomocą pięknych słów osiągali coś niegodnego. Bezpartyjnych zaś obywateli gnębiły obie strony, dlatego że nie brali udziału w walce i że zazdroszczono im spokoju.
[…]
Takie są korzyści, jakie osiągniemy w stosunku do Ateńczyków, jeśli poweźmiemy mądre postanowienie. Ale czy i ze względu na nas samych nie powinniśmy zawrzeć pokoju, który powszechnie uznany jest za najwyższe dobro? Albo czyż myślicie, że jeśli komuś się powodzi, a innemu nie, to wojna w większej mierze niż pokój położy kres czyimś niepowodzeniom lub lepiej zabezpieczy czyjeś powodzenie? Czyż nie sądzicie, że raczej pokój niż wojna stwarza warunki do osiągniecia sławy i świetności, i wielu innych dóbr, o których obszernie można by rozprawiać? Wziąwszy to pod rozwagę nie należy lekceważyć moich słów, lecz wykorzystać je dla własnego dobra. A jeśli ktoś, pewien swojej sprawy, sądzi, że zdoła ją przeprowadzić bądź na drodze prawa, bądź siłą, to niechaj uważa, żeby wbrew swemu oczekiwaniu nie doznał porażki; niechaj wie, że jedni, którzy chcieli pomścić swe krzywdy lub siłą innym coś wydrzeć, nie dokonali swej zemsty, lecz, przeciwnie, nawet znaleźli się w niebezpieczeństwie, inni zamiast się wzbogacić, sami jeszcze straty ponieśli. Z tego, że ktoś naprawdę został pokrzywdzony, nie wynika jeszcze, że towarzyszyć mu będzie szczęście w chwili zemsty, a siła nie zawsze zapewnia powodzenie. Wszystkim rządzi nie dająca się przewidzieć przyszłość. Jest ona najbardziej zawodna, a jednocześnie w tym korzystna, że wszyscy na równi się jej boimy i dlatego zastanawiamy się, zanim kogoś zaatakujemy.
[…]
Na przyszłość nie będziemy już nigdy nikogo sprowadzać ani w charak- terze sprzymierzeńca, ani pośrednika. Tak postępując zapewnimy podwójną korzyść Sycylii: uwolnimy się od Ateńczyków, a na przyszłość będziemy mogli zamieszkiwać wyspę sami jak ludzie wolni i nie będziemy narażeni na zakusy ze strony obcych. Sycylijczycy dali się przekonać słowom Hermokratesa i zawarli pokój. Każde państwo miało zachować swój ówczesny stan posiadania, a Kamaryna miała otrzymać od Syrakuz kraj morgantyński za określoną sumę. Sprzymierzeńcy ateńscy wezwawszy do siebie dowódców ateńskich oświadczyli, że zawrą pokój ze swymi przeciwnikami i że pokój ten obejmie także Ateńczyków. Kiedy dowódcy ateńscy pochwalili ten projekt, zawarto układ, a okręty ateńskie odpłynęły z Sycylii. Wodzów jednak tej wyprawy, Pitodora i Sofoklesa, po ich powrocie skazali Ateńczycy na wygnanie, trzeciego zaś, Eurymedonta, ukarali grzywną pieniężną twierdząc, że mogli byli podbić Sycylię, lecz dali się przekupić i wycofali. Tak to Ateńczycy będąc u szczytu powodzenia uważali, że nie może ich spotkać żadna przeciwność i że potrafią dokonać zarówno rzeczy możliwych jak i niemożliwych, przy nakładzie zarówno wielkich jak i małych sił. Powodem zaś tego było wyjątkowe i niespodziewane szczęście, jakie towarzyszyło im w większości akcji, szczęście, które wzmagało ich pewność siebie.
[…]
Wobec odmowy Lacedemończyków Elejczycy byli gotowi zrzec się Lepreon, skoro tamci nie chcieli go oddać, ale za to Lacedemończycy, jeśli pragną korzystać ze świątyni, mają wejść na ołtarz Dzeusa Olimpijskiego i w obecności Hellenów zaprzysiąc, że grzywnę później zapłacą. Kiedy zaś Lacedemończycy się nie zgodzili, odmówiono im wstępu do świątyni i udziału w ofiarach i igrzyskach. Lacedemończycy, więc obchodzili święto u siebie w Sparcie, reszta zaś Hellenów, prócz Lepreatów, wzięła udział w uroczystościach. Elejczycy z obawy, by Lacedemończycy nie chcieli siłą wymusić dla siebie udziału w ofiarach olimpijskich, trzymali straż złożoną z uzbrojonej młodzieży. Przyszło im także z pomocą tysiąc Argiwczyków i tysiąc Mantynejczyków oraz jazda ateńska, która podczas uroczystości czekała w Argos. W czasie zgromadzenia w Olimpii obawiano się, że Lacedemończycy zjawią się zbrojnie, zwłaszcza gdy Lacedemończyk Lichas, syn Arkezylaosa, został podczas igrzysk pobity przez rabduchów [płatny zabójca w dzisiejszym rozumieniu – przyp. aut.]. Zwyciężył bowiem zaprząg Lichasa, lecz ponieważ jako Lacedemończyk nie miał prawa brać udziału w igrzyskach, ogłoszono zwycięzcą lud beocki. Wówczas Lichas wystąpiwszy na arenę uwieńczył woźnicę chcąc zaznaczyć, że rydwan do niego należy. Wtedy jeszcze bardziej wszyscy się zlękli i zdawało się, że coś się stanie. Lacedemończycy jednak nie wystąpili i święta minęły w spokoju. Po świętach olimpijskich przybyli do Koryntu Argiwczycy i ich sprzymierzeńcy z prośbą, by Koryntyjczycy przyłączyli się do nich. Obecni byli tam także posłowie lacedemońscy, lecz mimo wielu rozmów nie powzięto nic decydującego, a z powodu trzęsienia ziemi wszyscy posłowie wrócili do domu. Lato dobiegło końca.
[…]
Ateńczycy: »Nie będziemy tutaj wygłaszać długich i niewzbudzających wiary przemówień ani opowiadać pięknie o tym, że panowanie słusznie nam się należy, gdyż pokonaliśmy Persów, albo o tym, że zaatakowaliśmy was, ponieważ nas skrzywdziliście. Lecz i was ze swej strony prosimy: nie myślcie, że przekonacie nas twierdząc, że jako lacedemońscy koloniści nie mogliście się przyłączyć do naszej wyprawy albo że nie wyrządziliście nam żadnej krzywdy, lecz starajcie się osiągnąć to, co według naszego obopólnego przekonania istotnie leży w granicach możliwości. Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zabezpieczyć; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.«
Melijczycy: »Jeśli idzie o nas, uważamy, że jest rzeczą korzystną — o korzyści mówimy dlatego, że i wy przełożyliście korzyść nad sprawiedliwość — otóż uważamy za rzecz korzystną, żebyście nie obalali zasady wspólnego dobra, lecz żeby każdy, jeśli się znajdzie w niebezpieczeństwie, mógł zawsze korzystać z pewnych naturalnych praw słuszności i żeby nawet w granicach surowej sprawiedliwości mógł jeszcze przez przekonanie strony przeciwnej odnieść jakąś korzyść. W niemniejszej mierze dotyczy to także was, gdyż w ten sposób możecie się narazić na to, że w przyszłości w razie jakiegoś niepowodzenia wam również wymierzona zostanie najwyższa kara.«
[…]
»Pokonawszy zbuntowanych, moglibyśmy ich potem utrzymać pod naszym panowaniem; jeśli zaś idzie o Sycylijczyków, to nawet gdybyśmy ich zwyciężyli, trudno byłoby nimi rządzić ze względu na odległość wyspy i jej wielkie zaludnienie. Jest rzeczą nierozsądną wyprawiać się przeciw takiemu państwu, którego w razie zwycięstwa i tak nie można utrzymać na stałe pod swoim panowaniem, a w razie niepowodzenia można się znaleźć w sytuacji zgoła innej niż przed wyprawą. W obecnym położeniu Grecy sycylijscy wydają mi się mniej dla nas groźni, nawet gdyby się dostali pod panowanie syrakuzańskie, czym najbardziej straszą nas Egestyjczycy. Obecnie bowiem poszczególne państwa sycylijskie mogłyby z chęci przypodobania się Lacedemończykom walczyć przeciwko nam; jednakże w razie opanowania tych państw przez Syrakuzańczyków, mało jest prawdopodobne, by ich imperium wystąpiło przeciw naszemu: gdyby bowiem Syrakuzańczycy zechcieli zniszczyć nasze imperium przy pomocy Peloponezyjczyków, to prawdopodobnie ten sam los spotkałby ich potem ze strony Peloponezu. Sycylijscy Hellenowie najwięcej się będą nas obawiać, jeśli się na Sycylii w ogóle nie zjawimy albo wykazawszy naszą siłę rychło się wycofamy; jeśliby zaś spotkało nas jakieś niepowodzenie, to na pewno zaczną nas lekceważyć, połączą się z naszymi tutejszymi wrogami i razem przeciw nam wystąpią. Wiemy przecież wszyscy, że największy podziw budzi to, co jest odległe i co trudno sprawdzić na podstawie osobistego doświadczenia. Tego samego doznaliście, Ateńczycy, w stosunku do Lacedemończyków i ich sprzymierzeńców; skoro wbrew oczekiwaniu zwyciężyliście przeciwnika, któregoście się z początku obawiali, to już obecnie lekceważycie go i myślicie o podboju Sycylii. Nie należy jednak pysznić się niepowodzeniami nieprzyjaciół, lecz ufność swą budować na udaremnieniu ich planów; nie należy też zapominać, że Lacedemończycy z powodu doznanej hańby o niczym innym nie myślą, jak tylko o naszym upadku i o zmazaniu plamy na swym honorze, tym bardziej że z dawien dawna najwięcej cenią sławę męstwa. Jeśli więc rozumnie patrzymy na rzeczy, to nie idzie tutaj o barbarzyński lud Egestyjczyków, lecz o to, żeby ustrzec się przed zamachem ze strony państwa rządzonego przez oligarchów.
»Powinniśmy również pamiętać, że dopiero niedawno odetchnęliśmy trochę po wielkiej zarazie i po wojnie i że niedawno dopiero w państwie naszym wzrosły zasoby pieniężne i liczba obywateli; ten wzrost sił wypada spożytkować dla siebie, a nie dla obrony emigrantów proszących o pomoc, dla których piękne kłamstwo jest pożyteczne i którzy do całej sprawy wnoszą tylko słowa, a niebezpieczeństwo i ryzyko zostawiają obcym; w razie powodzenia nie potrafią się oni w godny sposób odwdzięczyć, a w razie niepowodzenia mogą jeszcze i przyjaciół wciągnąć w przepaść. Jeśli ktoś zadowolony z tego, że wybrano go wodzem, choć jest na to za młody, zachęca was do wyprawy i osobisty cel mając na oku robi to jedynie po to, by budzić podziw swymi stajniami wyścigowymi i z dowództwa czerpać korzyści gwoli wystawnego życia — to nie pozwólcie, by prywatny człowiek chcąc błyszczeć narażał na ryzyko państwo. Nabierzcie przekonania, że tego rodzaju jednostki szkodzą państwu, a własny swój majątek trwonią; że sprawa jest zbyt poważna, by można ją było tak pochopnie powierzać kierownictwu młodego człowieka.
»Gdy patrzę na otaczającą go grupę zwolenników, ogarnia mnie lęk. Wzywani więc ludzi starszych, by nie ulegli fałszywemu wstydowi, jeśli siedzi przy nich ktoś ze zwolenników wyprawy i głosując przeciw wojnie nie bali się ściągnąć na siebie opinii tchórzów oraz by idąc śladem młodych nie ulegli zgubnemu pragnieniu rzeczy nieosiągalnych. Niech zrozumieją, że namiętność najrzadziej prowadzi do celu, najczęściej zaś — rozumne przewidywanie. Wzywam ich więc w imię ojczyzny, narażonej na największe z dotychczasowych niebezpieczeństw, aby głosowali przeciw wnioskowi i uchwalili, że Sycylijczycy zatrzymując dotychczasowe granice nie budzące naszych zastrzeżeń, granice wytyczone Zatoką Jońską, jeśli się płynie wzdłuż lądu, a Zatoką Sycylijską, jeśli się płynie przez otwarte morze, zachować mają swój stan posiadania i sami między sobą ułożyć swe sprawy; Egestyjczykom zaś, skoro bez pytania się Ateńczyków sami tę wojnę podjęli, należy odpowiedzieć, żeby ją również sami zakończyli. A na przyszłość — zgodnie z naszym zwyczajem — nie należy sprzymierzać się z takimi państwami, które w ciężkich chwilach musimy wspierać, a które nam samym w potrzebie nie do pomogą. W ten sposób przemówił Nikias.
[…]
Spośród mówców ateńskich większość zalecała wyprawę i opowiedziała się za utrzymaniem poprzedniej uchwały; niektórzy, jednakże byli odmiennego zdania. Z największym zapałem przemawiał za wyprawą Alkibiades, syn Klejniasa, pragnąc sprzeciwić się Nikiasowi, ponieważ w ogóle był jego przeciwnikiem politycznym, a ponadto Nikias w obraźliwy sposób wspomniał go w swej mowie. Przede wszystkim jednak pragnął objąć dowództwo spodziewając się, że jeśli mu szczęście dopisze, zdobędzie Sycylię i Kartaginę i zyska także dla siebie bogactwo i sławę. Ciesząc się bowiem poważaniem obywateli pragnął roztaczać przepych — żył ponad stan, utrzymywał stajnie wyścigowe i trwonił pieniądze. To właśnie w niemałej mierze przyczyniło się do upadku państwa ateńskiego. Wielu bowiem obywateli, przerażonych ogromem zbyt- ku, jaki w życiu prywatnym roztaczał, i śmiałością pomysłów, jakie przy rozmaitych sposobnościach rozwijał, powzięło podejrzenie, że dąży do tyranii. Ludzie ci stali się jego wrogami i mimo że w życiu publicznym miał wielkie zasługi jako strateg, zrażeni jego prywatnym życiem, powierzali sprawy wojskowe innym, aż w końcu w krótkim czasie doprowadzili państwo do klęski Teraz jednak wystąpiwszy przed Ateńczykami, Alkibiades przemówił w ten sposób:
»Ateńczycy! Należy mi się dowództwo bardziej niż komu innemu — od tego bowiem muszę zacząć, skoro Nikias mnie za- czepił — i uważam się za godnego tego urzędu; bo właśnie to, za co mnie potępiają, przynosi moim przodkom i mnie samemu sławę, a ojczyźnie pożytek. Dzięki przepychowi, jaki roztaczałem na igrzyskach w Olimpii, Hellenowie nabrali przesadnego wyobrażenia o potędze naszego państwa, choć przedtem sądzili, że zostało ono wojną zrujnowane; wystąpiłem tam mianowicie z siedmiu zaprzęgami, czego przedtem nie zrobił żaden prywatny człowiek w Grecji, wziąłem drugą i czwartą nagrodę i wszystko przygotowałem tak, by było godne odniesionego zwycięstwa. Takie wystąpienia tradycyjnie przynoszą zaszczyt i każą wnioskować o potędze. Co się tyczy przepychu, jaki roztaczam przy choregiach [wyposażenie i przygotowanie chórów na igrzyska teatralne – przyp. aut.] w mieście czy przy jakiejś innej sposobności, to zazdrość obywateli jest rzeczą naturalną, jednakże, jeśli idzie o obcych, to w ich oczach świadczy on o sile. Nie jest też bez pożytku taka lekkomyślność, jeśli ktoś wy- dając pieniądze przynosi korzyść nie tylko sobie, lecz i państwu; nie ma też w tym żadnej niesprawiedliwości, jeśli taki człowiek jest dumny i wyobraża sobie, że nie jest równy innym, skoro także człowiek nieszczęśliwy nie może z nikim dzielić swego losu. Jak godzimy się z tym, że w nieszczęściu nikt na nas nie zwraca uwagi, tak samo musimy się z tym pogodzić, że szczęśliwi spoglądają na innych z wysoka; w przeciwnym wypadku należałoby pozwolić innym na to samo, czego się żąda dla siebie. Wiem, że ci, co się wyróżnili jakąś świetnością, za życia najbardziej byli nie lubiani przez równych sobie, a zresztą też przez innych współczesnych; jednakże w późniejszych pokoleniach zawsze znajdowali się ludzie, którzy chcieli uchodzić, choćby nawet niezgodnie z prawdą, za ich potomków; ojczyzna, z której pochodzili, żyła ich sławą i nie uważała tych ludzi za obcych i potępienia godnych, lecz za swoich, a ich czyny miała za piękne. Ja także do tego zmierzam i dlatego nadaję rozgłos memu prywatnemu życiu; zastanówcie się, czy w życiu publicznym ustępuję jakiemukolwiek innemu obywatelowi. Doprowadziwszy do przymierza między najpotężniejszymi państwami Peloponezu bez narażania was na ryzyko albo wydatki, w jednym dniu zmusiłem Lacedemończyków do stoczenia pod Mantyneją bitwy o całość ich państwa. Mimo zwycięstwa jeszcze do dziś dnia nie czują się pewnie.
»Oto młodość moja i nierozwaga, którą mi wymawiacie, dzięki zręcznym układom utorowała nam — jak wiecie — drogę do potężnych państw peloponeskich, a budząc zapał, pozyskała ich zaufanie. Nie bójcie się więc i teraz młodości mej i nierozwagi, lecz póki jeszcze jestem w pełni sił i dopóki szczęście wydaje się sprzyjać Nikiasowi, wykorzystajcie te usługi, które możemy wam oddać. I nie zmieniajcie swej decyzji w sprawie wyprawy sycylijskiej z obawy, że spotkamy się tam z wielkimi siłami. Miasta tamtejsze, choć gęsto zaludnione, mają różnorodną ludność; łatwo też u nich o przewroty i rozruchy polityczne. I dlatego, tak jakby to nie chodziło o własną ojczyznę, mieszkańcy nie zaopatrują się w oręż dla jej obrony czy też własnego bezpieczeństwa i kraj nie podejmuje normalnych przygotowań obronnych. Każdy stara się jedynie przez sztukę przekonywania albo na drodze rozruchów zdobyć coś z dobra ogólnego dla siebie, by w razie niepowodzenia przenieść się do innego kraju. Jest też mało prawdopodobne, by taki tłum mógł zgodnie słuchać jakichkolwiek rad albo razem przystąpić do czynu. Każde z tych państw, jeśli usłyszy tylko coś pochlebnego, łatwo może się do nas przyłączyć, zwłaszcza że. jak wiemy, panują u nich spory wewnętrzne. Nie mają również tylu hoplitów, jak chełpliwie podają. Okazało się przecież, że i inni Hellenowie nie mieli tej ilości hoplitów, jaka wynikała z obliczeń dokonanych przez każde państwo z osobna, a Grecja, która pod tym względem najbardziej przesadzała, uzbroiła się w dostatecznej mierze dopiero podczas obecnej wojny. Wedle tego, co słyszę, sądzę, że podobna, a nawet dogodniejsza dla nas będzie sytuacja na Sycylii, gdyż będziemy mieć do dyspozycji wielką ilość barbarzyńców, którzy z nienawiści do Syrakuz przyłączą się do nas i z nami razem będą walczyć; sytuacja w Grecji również nie stanie nam na przeszkodzie, jeśli tylko podejmiecie słuszne decyzje. Prócz tych bowiem wrogów, o których się mówi, że pozostaną w kraju, gdy my wyruszymy na wyprawę, ojcowie nasi mieli jeszcze do czynienia z Persami, a mimo to opierając się jedynie na swej przewadze morskiej zdobyli imperium. W walce z nami Peloponezyjczycy nie mieli nigdy mniejszych szans niż obecnie. Jeśli się nawet przyjmie, że są odważni, to napadu na nasz kraj mogą dokonać także wtedy, jeśli się nie wyprawimy na Sycylię, natomiast na morzu nie mogą nam zaszkodzić: pozostawimy bowiem na miejscu siły morskie, które są równym dla nich przeciwnikiem.
[…]
Wychodząc więc z założenia, że przez atak na Sycylię wzmocnimy równocześnie nasze stanowisko w Grecji, ruszajmy na wyprawę, aby ujarzmić butę Peloponezyjczyków, pokazując im, że mało dbamy o pokój, jaki w tej chwili panuje, i zbrojnie płyniemy przeciw Sycylii; opanowawszy tamtejsze ziemie albo zawładniemy całą Helladą, albo przynajmniej osłabimy Syrakuzańczyków, co będzie istotnym zyskiem zarówno dla nas samych, jak i dla naszych sprzymierzeńców. Flota zapewni nam bezpieczeństwo za- równo w razie powodzenia, jeśli będziemy chcieli pozostać na Sycylii, jak i wtedy, gdy będziemy chcieli stamtąd odpłynąć: będziemy bowiem mieć przewagę na morzu nawet wobec połączonych sił całej Sycylii. Niech więc od tego zamiaru nie od- wiedzie was bierność zachwalana w mowie Nikiasa ani rozłam, jaki chce on wywołać między młodymi a starszymi, lecz we- dług dawnego zwyczaju, wzorem ojców waszych, którzy stworzyli to imperium dzięki zgodnym decyzjom młodego i starszego pokolenia, starajcie się obecnie w ten sam sposób powiększyć jego potęgę. Pamiętajcie, że ani młodość, ani starość same nic zdziałać nie mogą i że największą siłę posiada się wtedy, gdy połączy się lekkomyślność młodości, siłę wieku średniego i dojrzałą rozwagę. Pamiętajcie, że państwo trwając w bezczynności zużywa się samo przez się jak wszystko inne na świecie, a jego doświadczenie — więdnie, natomiast w walce państwo nabiera nowego doświadczenia i przyzwyczaja się bronić raczej czynem niż słowem. W ogóle sądzę, że państwo przyzwyczajone do działania najszybciej zbliża się do upadku, gdy pogrąży się w bezczynności, i że na świecie najbezpieczniejsi są ci, którzy w polityce jak najmniej odbiegają od istniejących praw i tradycji, choćby nawet były one niedoskonałe. Tak przemówił Alkibiades. Ateńczycy wysłuchawszy zarówno jego jak i Egestyjczyków i emigrantów leontyńskich, którzy przybyli błagając o pomoc i powołując się na złożone przysięgi, nabrali jeszcze większej ochoty do wyprawy niż poprzednio.
[…]
Powie ktoś, że demokracja nie jest ani rozumna, ani sprawiedliwa i że najlepiej rządzą ludzie bogaci. Ja zaś twierdzę, że po pierwsze państwo tworzy lud, a oligarchia jest tylko jego cząstką; po wtóre ludzie bogaci najlepiej pilnują pieniędzy, ludzie rozumni udzielają mądrych rad, ale najlepsze decyzje podejmuje lud po wysłuchaniu przedłożonych mu wniosków; w końcu w ustroju demokratycznym wszystkie te klasy, zarówno każda z osobna jak wszystkie razem, korzystają z równych praw. Oligarchia zaś zmusza lud do współudziału w niebezpieczeństwach, natomiast korzyści już nie w części, ale w całości dla siebie zagarnia: tego właśnie pragną nasi możnowładcy i ich młodzież. W tak wielkim państwie jak nasze nie potrafią oni tego osiągnąć.
»Ale, o najnierozumniejsi z wszystkich znanych mi Hellenów, najnierozumniejsi, jeśli nie wiecie, że zmierzacie do klęski, albo najpodlejsi, jeśli wiecie, a mimo to do niej zmierzacie — przejrzyjcież wreszcie lub zmieńcie swe poglądy i starajcie się po- mnożyć wspólne dobro państwa. Uświadomcie sobie, że w ten sposób możni zyskają tyleż co lud, jeśli nie więcej, w przeciwnym zaś razie narazicie się na stratę wszystkiego. Przestańcie szerzyć niepokojące pogłoski, gdyż macie do czynienia z ludźmi, którzy was przejrzeli i nie pozwolą na to. Jeśli nawet Ateńczycy przyjdą, państwo nasze potrafi się samo obronić w sposób siebie godny, a ponadto mamy strategów, którzy się o to postarają. Jeżeli zaś, jak sądzę, w wieściach tych nie ma ani źdźbła prawdy, to państwo nie ulegnie panice na skutek waszych plotek, nie wybierze was na wodzów i nie pójdzie dobrowolnie w jarzmo niewoli. Samo oceni sytuację i osądzi wasze słowa tak jak wasze czyny, żadnymi też pogłoskami nie da sobie odebrać wolności, lecz czujne i nieustępliwe postara się ją utrzymać.«
[…]
»A zatem, Kamaryńczycy i pozostali Sycylijczycy, nie wierzcie oszczerstwom syrakuzańskim. Co się tyczy waszych podejrzeń, powiedzieliśmy wam całą prawdę. Obecnie jeszcze raz przypomnimy główne punkty i postaramy się was przekonać. Otóż oświadczamy, że panujemy nad sprzymierzeńcami w Grecji dlatego, że nie chcemy podlegać obcej władzy, dążymy zaś do oswobodzenia tutejszych Greków po to, aby się z tej strony zabezpieczyć, i że zmuszeni jesteśmy mieszać się do wielu spraw, ponieważ także w wielu sprawach musimy się mieć na baczności. Przyszliśmy zaś tutaj tak teraz jak i przedtem jako sprzymierzeńcy pokrzywdzonych. Przyszliśmy nie z własnej woli, lecz wezwani. Wy natomiast nie starajcie się występować w roli sędziów naszych czynów, nie pouczajcie nas i nie odciągajcie od naszych zamierzeń, co zresztą teraz byłoby już trudne, lecz skorzystajcie z tego, co w naszej aktywności i naszym sposobie postępowania jest dla was pożyteczne. Nabierzcie przekonania, że nasza polityka bynajmniej nie przy- nosi szkody wszystkim Grekom, przeważnej zaś części przynosi raczej pożytek. Wszędzie bowiem, nawet tam, gdzie nie sięga nasza władza, zagrożony liczy na pewną pomoc z naszej strony, a ten, kto zamierza drugiego skrzywdzić, lęka się niebezpieczeństwa grożącego mu w razie naszego przybycia; dlatego też ten zachowuje umiar, a tamten bywa ocalony bez własnego wysiłku. Nie odrzucajcie więc gwarancji bezpieczeństwa zaofiarowanej obecnie wam i tym wszystkim, którzy jej potrzebują! Postąpcie tak jak wszyscy inni, którzy walczą u naszego boku przeciw Syrakuzańczykom, i zamiast ciągle mieć się na baczności przed nimi, zdecydujcie się sami przeciw nim wystąpić.« Tak przemówił Eufemos. Kamaryńczycy, choć życzliwie wobec Ateńczyków usposobieni, bali się jednak ich jarzma.
[…]
»Tak więc usłyszeliście o celach tej wyprawy od człowieka najlepiej poinformowanego; pozostali wodzowie będą się nadal starali ten plan w miarę możności wykonać. Teraz zaś dowiedzcie się, że jeśli nie pospieszycie z pomocą, Sycylia się nie ostanie, Sycylijczycy mają bowiem małe doświadczenie wojenne; gdyby się jednak połączyli, to jeszcze teraz mogliby się obronić. Syrakuzańczycy sami, do tego pokonani w bitwie, w której wzięła udział cała ich siła zbrojna, i zamknięci przez flotę, nie będą mogli stawić czoła znajdującym się tam obecnie wojskom ateńskim. Jeśli zaś padną Syrakuzy, padnie cała Sycylia, a rychło potem Italia; niedługo też może spaść na was stamtąd grożące wam niebezpieczeństwo, o którym właśnie mówiłem. Niechże więc nikt nie sądzi, że decyduje obecnie jedynie w sprawie Sycylii. Jeśli szybko nie wyślecie na Sycylię floty z hoplitami, którzy w czasie drogi będą wiosłować, a po wylądowaniu walczyć, powinniście się obawiać również o losy Peloponezu. Ponadto, co jeszcze ważniejsze, należy wysłać dowódcę spartańskiego, który by znajdujące się tam wojsko doprowadził do porządku i opieszałych utrzymał w karbach. W ten sposób wasi tamtejsi przyjaciele nabiorą więcej odwagi, a wahający się śmielej staną po waszej stronie. Także tutaj na kontynencie trzeba prowadzić wojnę w sposób bardziej zdecydowany, żeby z jednej strony Syrakuzańczycy widząc, że się o nich troszczycie, stawiali silniejszy opór, a z drugiej strony Ateńczycy nie mogli posłać swoim wydatniejszej pomocy. Należy też ufortyfikować Dekeleję w Attyce, czego Ateńczycy zawsze naj- bardziej się obawiają, a co ich dotychczas ominęło. Najdotkliwiej rani się nieprzyjaciela, jeżeli bystro ogarniając sytuację, zadaje mu się cios, którego się najbardziej lęka: można bowiem przypuścić, że każdy najlepiej zna swe słabe strony i wie, którego ciosu najbardziej ma się obawiać. Nie wdając się w szczegóły, wyliczę najważniejsze korzyści, jakie wam da ufortyfikowanie Dekelei oraz szkody, jakie w ten sposób wyrządzicie nieprzyjacielowi. Większość dóbr tego kraju albo weźmiecie, albo same wpadną wam w ręce. Ateńczycy zostaną od razu pozbawieni dochodów z kopalni srebra w Laurion i dochodów z ziemi oraz z opłat sądowych, z których obecnie korzystają, przede wszystkim zaś dochodów z daniny, która coraz opieszałej napływać będzie od sprzymierzeńców; ci bowiem doszedłszy do przekonania, że wojnę toczycie już z pełnym rozmachem, mniej się okażą gorliwi. »Od was, Lacedemończycy, zależy szybkie i energiczne wykonanie tych planów, bo że są one wykonalne, tego jestem zupełnie pewny; nie sądzę też, żebym się mylił w mych przewidywaniach. Myślę, że nikt z was nie będzie miał mi za złe tego, że ja, który od dawna miałem opinię patrioty, teraz gwałtownie atakuję moją ojczyznę u boku jej największych wrogów, i że nikt nie będzie się dopatrywał w moich słowach gorliwości wygnańca. Uciekłem bowiem od podłości tych, którzy mnie wygnali, nie uciekam jednak od korzyści, jaką mogę wam przy- nieść, o ile mnie oczywiście posłuchacie. Wy, którzy skrzywdzi- liście przy jakiejś sposobności swoich przeciwników, nie jesteście tak wielkimi nieprzyjaciółmi jak ci, którzy zmusili swych przyjaciół, by stali się ich wrogami. Kocham moją ojczyznę, nie gdy mnie ona krzywdzi, lecz gdy korzystam w niej z pełni praw obywatelskich. Nie uważam, że występuję teraz przeciw ojczyźnie, lecz raczej, że nie istniejącą dla mnie ojczyznę pragnę odzyskać. Prawdziwie miłuje ojczyznę nie ten, kto niezasłużenie ją utraciwszy przeciw niej występuje, ale ten, kto z tęsknoty za nią wszelkimi sposobami usiłuje ją odzyskać. Dlatego proszę was, Lacedemończycy, bez obawy polegajcie na mnie we wszelkich niebezpiecznych i trudnych sytuacjach, pamiętając o tej przez wszystkich powtarzanej zasadzie, że jeśli jako nieprzyjaciel wiele szkodziłem, to jako przyjaciel mogę przynieść wiele pożytku, gdyż znam dobrze sprawy ateńskie, nasze nie są mi obce. liznąwszy, że decyzję podejmujecie sprawie żywotnej, nie wahajcie się wysłać wojska na Sycylię i do Attyki, aby małymi siłami uratować potężne państwo sycylijskie oraz obalić obecną i przyszłą potęgę Aten, a potem żyć bezpiecznie i przewodzić całej Helladzie zgodnie z jej wolą, nie przemocą, lecz życzliwie.« Tak przemówił Alkibiades. Lacedemończycy już przedtem myśleli o wyprawie przeciw Atenom, lecz jeszcze zwlekali i zastanawiali się. Obecnie wysłuchawszy szczegółowych wywodów Alkibiadesa, którego uważali za najlepiej poinformowanego, tym bardziej utwierdzili się w tych zamiarach. Myśleli już tylko o ufortyfikowaniu Dekelei i natychmiastowym wysłaniu po- mocy na Sycylię. Wyznaczywszy na dowódcę dla Syrakuzańczyków Gilipposa, syna Kleandrydasa, kazali mu naradzić się z posłami syrakuzańskimi i Koryntyjczykami oraz wydać za- rządzenia w celu przyjścia z jak najwydatniejszą i najszybszą pomocą Sycylijczykom.
[…]
»Odwaga nasza, dzięki której mimo braku umiejętności technicznych stawiliśmy czoło Ateńczykom, jest teraz większa, a nadzieje nasze wzrosły podwójnie, ponieważ do odwagi do- łączyła się świadomość, że jesteśmy najsilniejsi, skorośmy naj- silniejszych pokonali. Im zaś silniejsza nadzieja, tym większy zapał. Jeśli idzie o środki techniczne, które od nas przejęli, to jesteśmy do nich przyzwyczajeni ze względu na nasz sposób walki i do każdego z nich łatwo się przystosujemy; natomiast oni, skoro wbrew swojemu zwyczajowi załadują na pokład wielu hoplitów, oszczepników i wszelkiego rodzaju ludzi nie mających nic wspólnego z morzem, Akarnańczyków i innych, którzy nawet nie potrafią wyrzucić pocisku z pozycji siedzącej — będą mieli utrudnione manewrowanie okrętami; wszyscy ci ludzie na pokładzie, zmuszeni do wykonywania ruchów, do jakich nie nawykli, wprowadzą zamęt na okrętach. A jeśli się ktoś boi, że walka nie będzie równa, to niech wie, że przewaga okrętów nie przyniesie im żadnej korzyści; wielka bowiem liczba okrętów ścieśnionych na małej przestrzeni nie może dość zręcznie wykonywać zamierzonych ruchów; łatwo też będziemy im mogli szkodzić przy pomocy sprzętu, jaki sobie przygotowaliśmy. Ponadto najdokładniej znamy istotny stan rzeczy: w obliczu nadmiaru nieszczęść i pod przymusem ciężkiej sytuacji Ateńczycy upadli na duchu; nie tyle zawierzając swoim siłom, co szczęściu, pragną oni zaryzykować, czy nie uda się im przemocą sforsować wyjazdu z portu albo w razie niepowodzenia dokonać odwrotu drogą lądową; sądzą oni, że już nic nie zdoła pogorszyć ich położenia. »Wobec takiej dezorganizacji nieprzyjaciela i wobec losu, który sam wydaje nam w ręce najgorszych naszych wrogów, uderzmy na nich z całą gwałtownością. Pamiętajmy o tym, że jak z jednej strony słusznie możemy wyładować swój gniew na niesprawiedliwym napastniku, tak z drugiej strony mamy obecnie najlepszą sposobność, by wywrzeć na nieprzyjacielu zemstę, która, jak mówią, jest słodka. A że są to nieprzyjaciele i to najgorsi, wszyscy wiecie: przybyli tutaj, żeby ujarzmić nasz kraj; w razie powodzenia jak najokrutniej obeszliby się z mężami, a jak najhaniebniej z dziećmi i niewiastami, państwo zaś nasze okryliby największą hańbą. Dlatego nie wolno nikomu okazywać litości, a ich bezpiecznej ucieczki za zysk uważać. I tak to bowiem uczynią, jeśli wygrają; my zaś piękną weźmiemy nagrodę za walkę, jeśli, na co słusznie liczymy, zgodnie z postanowieniem na miejscu ich ukarzemy i zabezpieczymy dawną wolność Sycylii. Rzadko kiedy zdarzają się takie chwile, kiedy w razie niepowodzenia drobne wynikają szkody, a w razie powodzenia ogromne korzyści.« Takie słowa zachęty skierowali do żołnierzy wodzowie syrakuzańscy i Gilippos.
[…]
Kiedy Nikias i Demostenes uznali przygotowania za ukończone, zaczął się odwrót wojska; było to na trzeci dzień po bitwie morskiej. Straszny był ten odwrót po stracie wszystkich okrętów, kiedy wielkie nadzieje obróciły się wniwecz, a im i całemu państwu groziła zagłada. Bolesny był widok wymarszu z obozu; ranił on dumę każdego. Zmarli leżeli nie pogrzebani, a ilekroć ktoś z odchodzących zobaczył znajome zwłoki, ogarniała go boleść i zgroza; ranni albo chorzy, których zostawiano na miejscu, jeszcze większy niż zmarli budzili żal u żyjących; istotnie też bardziej byli nieszczęśliwi od tych, którzy zginęli. Błagając i jęcząc wzruszali serca odchodzących: zaklinali, żeby ich zabrano, i wołali za każdym, kogo dostrzegli Z przyjaciół lub bliskich; czepiając się odchodzących współtowarzyszy z tego samego namiotu szli za nimi, dopóki mogli; gdy zaś siły kogoś opuściły, zostawał w tyle zaklinając bogów i zawodząc. Tak cała armia wśród łez i żalu, z ciężkim sercem wybierała się w drogę, choć opuszczali kraj nieprzyjacielski i więcej już wycierpieli, niżby łez na to starczyło, a niepewna przyszłość lęk w nich budziła. Powszechne było przygnębienie i wzajemne żale. Podobni byli do idących na tułaczkę mieszkańców zdobytego miasta, i to miasta niemałego, gdyż było ich wszystkich razem nie mniej niż czterdzieści tysięcy. Każdy niósł tylko niezbędne rzeczy, a hoplici i jeźdźcy sami wbrew zwyczajowi zabierali swoją żywność, częściowo z braku służby, częściowo z braku zaufania do niej, od dawna już bowiem masowo uciekała. Zresztą żywności było mało, bo brakowało jej już także w obozie. Pewną ulgę przynosi zwykle świadomość, że nieszczęście dotknęło wszystkich na równi, w tym jednak wypadku odczuwali je nie mniej głęboko, wciąż bowiem mieli przed oczyma świetność i dumę, z jaką wyruszali z Aten, i nędzę, w jaką się obecnie stoczyli. Była to najboleśniejsza odmiana losu, jaka kiedykolwiek dotknęła armię grecką: oni, którzy przybyli tu w zamiarze ujarzmienia innych, odchodzili obecnie w obawie, żeby to samo ich nie spotkało, zamiast radosnych życzeń i peanów, jakie towarzyszyły ich wyjazdowi, odwrót ścigały złowieszcze głosy. Szli pieszo, choć przybyli na okrętach i wzrok swój kierowali już nie ku flocie, lecz ku hoplitom. Wszystko to jednak wydawało im się możliwe do zniesienia w porównaniu z ogromem grożącego jeszcze nie- bezpieczeństwa.
[…]
Syrakuzańczycy i sprzymierzeńcy zebrawszy się wzięli jak największą liczbę jeńców oraz broń zdobyczną i powrócili do miasta. Wszystkich żołnierzy ateńskich i sprzymierzonych wziętych do niewoli umieścili w kamieniołomach uważając to miejsce za najpewniejsze, Nikiasa zaś i Demostenesa wbrew woli Gilipposa stracili. Gilippos sądził, że dokona pięknego czynu, jeśli sprowadzi do Sparty także wodzów armii nieprzyjacielskiej. Tak się zaś złożyło, że jeden z nich, to jest Demostenes, był w związku z klęską w Pilos i na Sfakterii szczególnie znienawidzony przez Lacedemończyków, a drugi, to jest Nikias, z tego samego powodu cieszył się u nich największą sympatią. Głównie bowiem Nikias, nakłoniwszy Ateńczyków do zawarcia pokoju, przyczynił się do uwolnienia Lacedemończyków ze Sfakterii. Dlatego Lacedemończycy odnosili się do niego życzliwie, a on sam mając do nich zaufanie poddał się Gilipposowi. Jednakże, jak mówiono, śmierć jego spowodowali Syrakuzańczycy, którzy poprzednio pozostawali z nim w tajnych kontaktach, a obecnie bali się, żeby w śledztwie tego nie wyjawił i żeby nie ściągnęło to na nich nowych przykrości w chwili, kiedy już wszystko dobrze się układało; przyczynili się do tego także inni, a w niemałej mierze Koryntyjczycy, w obawie, żeby Nikias jako człowiek bogaty nie przekupił kogoś i uciekłszy z niewoli nie przysporzył im jakichś nowych kłopotów. To lub coś podobnego było przyczyną śmierci Nikiasa, który ze wszystkich współczesnych mi Hellenów najmniej na taki los zasłużył ze względu na swe prawe postępowanie w ciągu całego życia. Z umieszczonymi w kamieniołomach Ateńczykami obchodzili się Syrakuzańczycy w pierwszym okresie surowo. Stłoczeni w znacznej liczbie w miejscu ciasnym i zapadłym, wystawieni byli z braku osłony na żar słoneczny, by z kolei w czasie jesiennych nocy znosić dokuczliwe zimno. Te zmiany temperatury wywoływały wśród nich choroby. Z powodu ciasnoty wszystkie potrzeby załatwiali na miejscu, a w dodatku gromadziły się tam stosy trupów; umierali z ran i z chorób wywołanych zmianą temperatury czy z innych podobnych przyczyn. Zaduch był nie do zniesienia, nękał ich głód i pragnienie, Syrakuzańczycy bowiem dawali im w ciągu ośmiu miesięcy tylko po jednej kotyli [jednostka miary pojemności przejęta przez Greków od Egipcjan – przyp. aut.] wody i po dwie kotyle zboża na osobę. Narażeni też byli, jak sobie to można wyobrazić, na wszelkie inne przykrości związane z pobytem w takim miejscu. Mniej więcej siedemdziesiąt dni przeżyli razem w tych warunkach; potem Syrakuzańczycy sprzedali w niewolę wszystkich oprócz Ateńczyków i tych Sycylijczyków i Italików, którzy brali udział w wyprawie. Trudno określić liczbę ludzi wziętych do niewoli, w każdym razie nie było ich mniej niż siedem tysięcy. Było to najważniejsze wy- darzenie w tej wojnie, a jak mi się zdaje, najważniejsze w ogóle w całej historii greckiej; najwspanialsze dla zwycięzców i naj żałośniejsze dla zwyciężonych. Pokonani na lądzie i morzu, stoczywszy się na dno cierpień, ulegli całkowitej zagładzie: z piechoty i okrętów nic nie pozostało. Z wielkiej liczby jedynie garstka wróciła do domu. Taki był los wyprawy sycylijskiej.
[…]
Posłowie, wysłani przez Radę Czterystu w celu uspokojenia i poinformowania wojska na Samos, przybyli tam z Delos już w czasie obecności Alkibiadesa i chcieli przemawiać na zgromadzeniu. Z początku żołnierze w ogóle nie chcieli ich słuchać wołając, że zabiją wrogów demokracji; w końcu jednak z trudem się uspokoili i wysłuchali przemówień. Posłowie mówili, że zmiana ustroju wprowadzona została nie na zgubę państwa, lecz dla jego ocalenia; nie po to też, by wydać miasto nieprzyjacielowi, bo będąc już przy władzy mogli to byli przecież zrobić, gdy nieprzyjaciel stał pod miastem. Mówili dalej, że wszyscy obywatele po kolei należeć będą do owych Pięciu Tysięcy, że rodziny żołnierzy nie są narażone na żadne gwałty, jak to fałszywie przedstawił Chajreas, że nic się im złego nie dzieje i każdy swobodnie zajmuje się swoimi sprawami. Przy- taczali wiele argumentów, ale żołnierze nie chcieli ich dłużej słuchać, tylko w gniewie stawiali różne wnioski, przede wszystkim zaś, żeby płynąć do Pireusu. Wydaje się, że Alkibiades wtedy po raz pierwszy wyświadczył państwu wielką przysługę. Kiedy bowiem Ateńczycy na Samos chcieli płynąć przeciw Atenom, czego rezultatem byłoby oczywiście natychmiastowe opanowanie Jonii i Hellespontu przez nieprzyjaciela, Alkibiades przeciwstawił się temu. Wówczas nikt inny nie zdołałby opanować tłumu, Alkibiades zaś powstrzymał wyjazd i zamknął usta tym, którzy najbardziej oburzali się na posłów. Sam ich odprawił z odpowiedzią, że nie ma nic przeciwko rządom Pięciu Tysięcy, domaga się jednak, żeby Rada Czterystu zrezygnowała z rządów i przywróciła Radę Pięciuset, tak jak to było dawniej. Dodał, że jeśli Rada prowadzi politykę oszczędności w trosce o lepsze wyżywienie wojska, to on politykę taką całkowicie pochwala. Ponadto wzywał do wytrwania i nieustępliwości wobec nieprzyjaciela; jeśli bowiem państwo ocaleje, będzie można liczyć na pogodzenie się obu stron, jeśli natomiast jedna lub druga strona, wojsko na Samos albo ludność Aten, ulegnie, to nie będzie już z kim się układać. Zjawili się także posłowie od Argiwczyków ofiarując pomoc demokratycznej partii ateńskiej na Samos; Alkibiades pochwalił ich i prosząc, żeby zjawili się z pomocą wtedy, kiedy się ich zawezwie, odprawił do domu. Argiwczycy przybyli na Samos z tymi członkami załogi „Paralos", których przedtem oligarchowie załadowali na transportowiec każąc im pilnować Eubei. Wieźli oni do Lacedemonu Lajspodiasa, Arystofonta i Melezjasa, posłów ateńskich wysłanych przez Radę Czterystu. Ponieważ posłowie ci przyczynili się poprzednio do obalenia demokracji, przepływając koło Argos pojmali ich i wydali w ręce Argiwczyków; sami nie wrócili już do Aten, lecz: popłynęli na Samos wioząc posłów z Argos na swoim trójrzędowcu.
[…]
Posłowie wysłani przez Radę Czterystu przywieźli z Samos do Aten odpowiedź Alkibiadesa, który wzywał do wytrwania i nieustępliwości wobec nieprzyjaciela oraz oświadczył, że ma wszelką nadzieję pogodzić wojsko z rządem i odnieść zwycięstwo nad Peloponezyjczykami. Wówczas wielu ludzi, którzy niechętnie poszli z oligarchami, a obecnie pragnęli bezpiecznie wycofać się z tej całej sprawy, na skutek odpowiedzi Alkibiadesa znów nabrało otuchy. Porozumiewali się pomiędzy sobą i krytykowali rządy, mając za przywódców najwybitniejszych strategów i ludzi piastujących za oligarchii wybitne stanowiska, jak Teramenes, syn Hagnona, Arystokrates, syn Skeliasa, i inni. Chociaż w ustroju oligarchicznym zajmowali pierwsze stanowiska, to jednak, jak mówili, bali się armii na Samos, a przede wszystkim Alkibiadesa; poza tym obawiali się, żeby poselstwo wysłane do Lacedemonu nie powzięło bez zgody większości jakichś niekorzystnych dla państwa decyzji. Nie rezygnując więc z tendencji oligarchicznych twierdzili, że należy naprawdę powołać do rządów owe pięć tysięcy obywateli i wprowadzić ustrój bardziej na równości oparty. Był to zresztą dla nich tylko frazes polityczny; w rzeczywistości wielu z nich kierowało się osobistymi ambicjami, a to właśnie najczęściej prowadzi do zguby oligarchię wyrosłą z demokracji. W oligarchii bowiem nikt ani na chwilę nie chce uznać się za równego innym i każdy pragnie być pierwszy. W demokracji zaś każdy łatwiej znosi niepomyślny dla siebie wynik wyborów, gdyż uważa, że równym sobie nie uległ. Najwyraźniej jednak bodźca dodawało im mocne stanowisko Alkibiadesa na Samos i przekonanie, że oligarchia nie utrzyma się na stałe. Każdy z nich chciał zostać przywódcą ludu.
[…]
Kiedy do Aten nadeszła wieść o wypadkach na Eubei, Ateńczyków ogarnęło większe niż kiedykolwiek przerażenie. Ani bowiem katastrofa sycylijska, chociaż wówczas wydawała się tak wielka, ani żadne inne wydarzenie nie wywołało nigdy takiej paniki. Jakżeż nie mieli popaść w rozpacz, kiedy do buntu wojska na Samos, do braku okrętów i załogi, do sporów w mieście i do niejasnej sytuacji, w której mogło dojść lada chwila do walk bratobójczych, dołączyła się tak ogromna klęska: stracili okręty i, co najważniejsze, Eubeę, skąd czerpali więcej korzyści niż z Attyki. Największą zaś trwogą przejmowały ich najbliższe chwile, w których nieprzyjaciel ośmielony zwycięstwem mógł popłynąć prosto na ogołocony z okrętów Pireus. Myśleli, że zjawi się lada chwila. I rzeczywiście, gdyby Peloponezyjczycy byli śmielsi, łatwo mogliby byli tego dokonać i przez blokadę doprowadzić do jeszcze większych niepokojów w mieście albo przez uporczywe oblężenie zmusić flotę z Jonii, by choć wrogo usposobiona do oligarchii, ruszyła na odsiecz rodakom i całemu państwu; a wtedy Hellespont, Jonia, wyspy po Eubeę i rzec można, całe w ogóle imperium ateńskie wpadłoby w ręce Peloponezyjczyków. Ale nie tylko w tym jednym wypadku, lecz i w wielu innych Lacedemończycy okazali się najwygodniejszymi przeciwnikami dla Ateńczyków. Dzięki temu bowiem, że najbardziej różnili się od nich charakterem (Ateńczycy byli energiczni, Lacedemończycy powolni, Ateńczycy przedsiębiorczy, Lacedemończycy bez inicjatywy), w wielu dziedzinach, a zwłaszcza w wojnie morskiej wbrew woli dopomogli Ateńczykom. Okazało się to na przykładzie Syrakuzańczyków: najbardziej zbliżeni charakterem do Ateńczyków, najlepiej też wojnę przeciw nim prowadzili. Ateńczycy, otrzymawszy te wiadomości, mimo wszystko obsadzili załogą dwadzieścia okrętów i zwołali zgromadzenie ludowe, znowu jak dawniej na Pnyksie [wzgórze ateńskie, obok Akropolu, miejsce przemówień obywateli – przyp. aut.]. Na tym zgromadzeniu obalono rządy Czterystu i uchwalono oddać władzę pięciu tysiącom obywateli; należeć mógł do nich każdy, kogo stać było na ciężkie uzbrojenie. Zakazano również pod karą klątwy pobierać za cokolwiek wynagrodzenie ż kasy państwowej. Później często jeszcze odbywały się różne zebrania na Pnyksie; powołano tam nomotetów [przywódców terytorialnych – przyp. aut.] i powzięto inne uchwały dotyczące ustroju. Okazuje się, że wówczas po raz pierwszy, przynajmniej za mojego życia, wprowadzili Ateńczycy najlepszy ustrój; było to bowiem rozumne połączenie oligarchii i demokracji, a zarazem pierwszy krok zmierzający do wydobycia państwa z ciężkiej sytuacji, w jakiej się znalazło. Uchwalono również odwołać z wygnania Alkibiadesa, a razem z nim i innych emigrantów. Wysławszy posłów, zwrócono się zarówno do niego jak i do wojska na Samos z wezwaniem do energicznego działania.
Tukidydes, Wojna peloponeska
Powieść historyczna Tukidydesa – greckiego historyka i klasycznego monografisty przenosi antyczną akcję w piąty wiek przed naszą erą, na tereny dzisiejszej Grecji kontynentalnej, ale i na szereg wysp basenu Morza Egejskiego oraz Śródziemnego, a nawet w odległe kolonie greckie, których zorganizowane polis zaludniało wybrzeża sycylijskie tamtejszej Italii. Po zwycięskiej dla Greków wojnie z Persami państwa-miasta greckie zaczęły rywalizację o hegemonię w świecie greckim, wówczas można też powiedzieć, że i ściśle europejskim. Głównym rozgrywającymi na arenie greckich sporów wewnętrznych byli Spartanie i Ateńczycy, którzy oprócz tego, że mieli swoje mocarstwowe ambicje, różniły się swoim ustrojem, czyli sposobem sprawowania władzy. Demokratyczni Ateńczycy pewni swej siły morskiej zawiązywali sojusze z innymi polis w tzw. Ateński Związek Morski (Symmachię Delijską — od wyspy Delos, gdzie mieścił się skarbiec Wspólnoty), którzy faktycznie poprzez słone daniny od stowarzyszonych polis zagrażali pluralizmowi i wolności pozostałych niezrzeszonych państewek greckich. Nieuchronną więc stała się wyniszczająca i bratobójcza wojna pomiędzy antagonistami, która na zawsze zmieniła nie tylko proporcję sił w Grecji, co przede wszystkim wykuła nowe spojrzenie na kondycję człowieka i na przyszłą rolę indywidualizmu w świecie. Tukidydes zagadkowo kończy swoją historiografię na 411 roku przed naszą erą, kiedy to Związek Ateński się chwieje w swoich podstawach, ale Spartanie i ich sojusznicy jeszcze nie zdobywają demokratycznych Aten.