22.10.2023

„…człowiekowi myśli się najlepiej przed wschodem słońca.”
„Muzyka to świadomość wpadająca przez ucho.
A nie ma nic bardziej przerażającego od bycia świadomym.”
„Muzyka nie musi o niczym mówić.
Ona nie opisuje rzeczywistości.
Sama jest rzeczywistością.”
„…przypadek to porządek, którego
chwilowo nikt nie dostrzega.”
„Gdy człowiek szuka Ideału,
nawet Wspaniałość
wydaje mu się byle jaka.”
[…]
A zatem uwertura. Późny wiosenny wieczór dziesięć lat po jedenastym września. W położonym w spokojnej okolicy domu utrzymanym w stylu american craftsman płoną światła. Na zasłonach tańczą cienie – mieszkający tu mężczyzna pracuje mimo późnej pory, tak samo jak w każdy wieczór minionej zimy. Ubrany po cywilnemu, ale w goglach ochronnych i w szpitalnych rękawiczkach lateksowych, garbi się przed półkami zastawionymi szklanymi naczyniami na podobieństwo Idącego człowieka Giacomettiego, jakby w modlitwie. Do oczu wpada mu posiwiała, lecz wciąż gęsta beatlesowska grzywka. Mężczyzna spogląda na książkę leżącą na blacie roboczym zasłanym rozmaitymi utensyliami. W jednym ręku trzyma pipetę uniesioną niczym sztylet. Z wyjętej z lodówki fiolki pobiera nią odrobinę bezbarwnego płynu; nie więcej, niż trzmiel upiłby nektaru z kwiatu bergamotki. Ta krztyna wędruje do rurki nie większej niż pyszczek myszy, kapeczka tak mała, że nie może być nawet pewny jej istnienia. Dłoń w rękawiczce mu drży, kiedy wyrzuca zużytą końcówkę pipety do kubła. Do mikrokoktajlu trafiają inne płyny zaczerpnięte ze zlewek: startery oligonukleotydowe mające zdziałać cuda; termostabilna polimeraza; kolejne nukleotydy, które ustawiają się w szeregu niczym szeregowcy na porannym apelu. Wiązania powstają w tempie tysiąca na minutę. Mężczyzna podpiera się wydrukowanym przepisem niczym kucharz amator. Mieszanina trafia do termocyklera na dwudziestopięciokrotną przejażdżkę tym rollercoasterem, doznając na przemian gorąca bliskiego wrzątku i letniości. Nić DNA rozplata się i splata przez dwie godziny, wyłapuje unoszące się swobodnie nukleotydy i podwaja przy każdej kolejce. Dwadzieścia pięć cykli wystarcza, aby z kilkuset nici DNA powstało więcej kopii niż ludzi na ziemi.
[…]
Czy tonalność istniała obiektywnie, nadana przez Boga? Czy też te magiczne przedziały, jak wszystko, co pochodzi od człowieka, były tylko prowizorycznymi regułami, które należało łamać na drodze do bezlitośniejszej wolności? Fidelio stała się królikiem doświadczalnym Elsa, eksperymentował na niej w próbie odkrycia muzycznych uniwersaliów. Pies ożywiał się, ledwie Els sięgał po sterany futerał na klarnet, jeszcze z czasów dzieciństwa. Przychodziła znów pora na duet: Fidelio dawała głos, zanim Els zagrał pierwszą nutę. Przede wszystkim sprawdzał równorzędność oktaw. Przeciągał nutę, a pies odpowiadał rzewnym interwałem. Ale kiedy klarnet wydawał dźwięk o oktawę wyższy, Fidelio trzymała ton, jakby tonacja w ogóle się nie zmieniła. To doświadczenie przekonało Elsa do tego, że jego pies odbiera oktawy podobnie jak człowiek. A zatem oktawy były wbudowane w ciało, stanowiły wartość przekazywaną nie tylko kulturowo, lecz także genetycznie. Gdy przejść od „do” do „do” – i jakkolwiek by je rozdzielić – nawet inny gatunek niż homo sapiens usłyszy, że dźwięki na siebie zachodzą niczym w kole barw. Tylko szaleniec by się tym przejął. Jednakże reakcja retrieverki podekscytowała Elsa. Przypomniała mu o tych wszystkich spędzonych w głuszy latach, podczas których wtykał ucho nawet tam, gdzie nie jego miejsce, poszukując wśród muzycznej matematyki skrótu wiodącego do ideału. Tymczasem Fidelio, ta radosna istota wyjąca do wtóru jego klarnetu, pokazywała, że muzyka to coś więcej niż gusta: że jest na dobre wbudowana w zaawansowany ewolucyjnie mózg. Els podporządkował temu konceptowi swoje życie. Coś wspaniałego i trwałego kryło się pod wyświechtaną powierzchnią muzyki. Gdzieś na dnie tego, co dobrze znane, rozciągały się konstelacje nut, sekwencje dźwięków mogących stanowić dla umysłu objawienie. Nadal w to wierzył. Ale teraz, po śmierci psa i jedną nogą w grobie, nie łudził się już, że odkryje prawdę za swojego życia.
[…]
Tego apatycznego popołudnia jednak przegląda drobnorowkowe płyty gramofonowe ojca w poszukiwaniu lekarstwa, które mogłoby uśmierzyć nękające go ciągle pragnienie. Wierzy, że remedium znajduje się w którejś z kolorowych kartonowych koszulek. Odtwarza trzy pierwsze części Symfonii nr 41: przeznaczenie i szlachetne poświęcenie, tęsknota za utraconą niewinnością i menuet tak elegancki, że niemal umiera przy nim z nudów. W końcu następuje finał, utrzymany w dwudzielnym metrum. Cztery skromne dźwięki: do, re, fa, mi; połowa wymieszanej gamy. Zbyt proste, aby było genialne. A jednak melodia wyślizguje się na świat na podobieństwo jednej z tych afrykańskich antylop, które wypadłszy z łona, wciąż oblepione łożyskiem rwą się do biegu.
[…]
Ale Peter nie ma do nich dłużej cierpliwości. Jego ucho go opuściło. Traci kontakt z sąsiedztwem. Radości innych ludzi zbijają go z tropu po tym, gdzie był. Na sport patrzy jak na bezsensowną huśtawkę, filmy wydają mu się za wesołe, a ryczące auta wpędzają go w depresję. Nie cierpi szarego, płaskiego, sztucznego tekturowego świata telewizji, chociaż raz, aby popaść w trans, siedzi i gapi się przez pół godziny na śnieżący obraz, przesłanie prosto z kosmosu. I nawet po tym, jak już wyłączy odbiornik, wpatruje się w kurczący się peryskop na środku ekranu – portal do miejsca, do którego nie może wrócić.
[…]
Uwielbia tę suitę jak rodzoną matkę leżącą właśnie na brzegu jeziora w opiętym jednoczęściowym kostiumie do opalania ze spódniczką, przez którą wygląda jak hipopotamia baletnica z Tańca godzin Ponchiellego. Zna melodię lepiej niż rodzonego ojca, pełniącego właśnie dyżur ratownika, o tam, z papierosem w jednym ręku i piwem w drugim, dyrygującego werbalną burdą wujów. Peter nie wie, z czego bierze się moc tej suity. W każdym razie już pierwsze dźwięki, niczym promienie słońca wstającego nad górami na wschodzie, kładą podwaliny pod ciąg dalszy. Pod koniec pojawiają się znowu, nałożone na starą pieśń szejkersów [protestancka grupa religijna, której wyjątkowość zasadza się na stosowaniu celibatu – przyp. aut.] sprawiając, że melodia zaczyna przekraczać granice. Tak samo nie wie, jakim cudem ten prosty nawrót wywołuje eksplozję równie silną i wstrząsającą. Wie tylko tyle, że ten utwór zawiera nawet to upalne popołudnie, nawet tę orzeźwiającą bryzę. Spróbował sam je naśladować, kreśląc ołówkiem na pięciolinii własne nuty – tak powstał chłopięcy zapis odurzenia, które go ogarnia, ilekroć słyszy rozległość suity. Będzie darzył tę melodię uczuciem aż do śmierci.
[…]
Scena rozpada się na oderwane obrazy. Ojciec, czerwony jak burak, zatacza się, upuszcza papierosa i butelkę. Wpada do jeziora, nie płynie jednak. Wszczyna się zamieszanie, rozlegają krzyki. Chaos. Wujowie już są w wodzie, wyciągają rzucające się ciało na piasek. Ojciec pod ścianą, spopielały na twarzy, trzyma się za pierś i zbywa kwaśną miną podsuwane mądrości. Zgromadzony wokół niego tłumek ludzi niczym posągi, ze zwieszonymi głowami. Poniewczasie Peter zaczyna płynąć do brzegu tak szybko, jak potrafi. Ale przerażony nie podchodzi do bladego mężczyzny, zresztą wkrótce ojciec trafia do samochodu i jedzie do lekarza. Muzyka przepowiada przyszłość, przywołuje przeszłość. Czasem różnica między jednym a drugim znika i wtedy dzięki jednemu zapętlonemu dźwiękowi ucho odszyfrowuje zakodowany kryptogram. Jedna wydłużona nuta, teraz i zawsze, i człowiek zyskuje wolność. Lecz parę taktów później czas znów zarzuca na niego swoje sieci. Godzinę później wywiązał się śmiertelny w skutkach atak serca.
[…]
Płyta gramofonowa jęła się obracać, pieśń rozpoczęła swą polichromatyczną wędrówkę, a Peter Els zmienił swoje zapatrywania na muzykę. W trakcie odtwarzania Clara zawisła tuż nad nim. Jej włosy – których nożyczki nie tknęły od ponad dziesięciu lat z powodu bólu odczuwanego ponoć przez właścicielkę – otaczały go niczym namiot w głuszy. Z zaczerwienioną, zmieszaną i lekko nachmurzoną twarzą dziewczyna rozpięła guziki bluzki uszytej z kory i wsunęła jego rękę do środka. Siedzieli nieruchomo, z tłukącymi się sercami, zaplątani w siebie wzajemnie, i przysłuchiwali się zgaszonym czerwieniom i rudościom umierających dzieci. Następująca opowieść wryła się w pamięć Petera lepiej aniżeli szczegóły własnego dzieciństwa. O tym, jak w początkach nowego stulecia Mahler [austriacki kompozytor i dyrygent – przyp. aut.] tułacz, trzykrotnie bezdomny – Czech w Austrii, Austriak pośród Niemców, Żyd na całym świecie – dostał krwotoku wywołanego przepracowaniem. Życie uratowała mu przeprowadzona w porę operacja. W trakcie rekonwalescencji skupił się na prawie półtysiącu wierszy Friedricha Rückerta dedykowanych dwójce dzieci poety, które zmarły na szkarlatynę w odstępie dwóch tygodni. Wiersze ulewały się z Rückerta w liczbie dwóch czy trzech dziennie – dając w sumie tysiące surowych, maniakalnych strof. Niektóre poronione. Niektóre przepełnione niezdrowym spokojem. Niektóre popadające w banał, inne szepczące do siebie w dusznej krypcie. Rückert zachował je w prywatnym archiwum. Żadna nie ujrzała światła dziennego za jego życia. Mahler, ledwie uszedłszy śmierci, czytał te wiersze niczym odnaleziony pamiętnik. Kilkoro z jego jedenaściorga rodzeństwa zmarło przed drugim rokiem życia. Jego ukochany młodszy brat umarł na progu okresu dojrzewania. A teraz Mahler trzymał w ręku przewodnik do tych wszystkich zgonów. Czterdziestojednoletni kawaler pochłaniał setki liryków, jakby był rodzicem oszalałym z żałości.
[…]
W poszerzającej się gamie narasta atmosfera nerwowości; do orkiestry dołączają klarnet i klarnet basowy. W końcu ostatnia kreska, maźnięcie, za które Peter Els oddałby duszę. Melodia rozpada się na dwa uderzenia dzwonków utrzymane w dynamice pianissimo. Po nich kolejne dwa. Dziecięca zabawka, dzwon pogrzebowy, nocne światło – wszystko zawarte w czterech cichych brzęczących, wysokich dźwiękach d. Powracają splecione linie oboju i waltorni, teraz podkolorowane krótkimi wariacjami. Powraca śpiewaczka, aby się upierać, że śmierć to zaledwie lekkie zachmurzenie podczas długiego słonecznego dnia. Jednak zanadto lamentuje. Kiedy dochodzi do powtórzenia zdławionego duetu otwierającego, teraz przyćmionego przez bezlitosne dzwonki, melodia zbacza na manowce. Linie melodyczne wzajemnie się tropią, persewerując, tymi samymi interwałami na podobieństwo samotnej postaci kołyszącej się w kącie i mamlającej rękaw.
[…]
Choć słucha tego od ponad półwiecza, Peter Els nadal nie wie, jak się to robi. W jaki sposób odcisnąć nutami to precyzyjne piętno zwątpienia i nadziei. Ulgi rezygnacji. Żałoby zbyt wielkiej, aby mogła ją ukoić obietnica życia po śmierci. Jak napisać utwór, który przepowiada kres własnej tradycji. Tym razem jednak, bliski kresu życia, Els słyszy w pieśni nie ukrytą przepowiednię, lecz tylko wspomnienie niegdysiejszego jej odkrycia, za czasów kresu młodości. I wspomnienie gładzącej go Clary, igrającej z rozbuchaną osiemnastoletnią burzą. Kiedy nagranie się skończyło, Clara wszystko mu ładnie wyłożyła. Jak to dwa lata po premierze rodzona córka Mahlera, kilkuletnia Maria, też umarła na szkarlatynę. Jak to załamana żona Mahlera związała się z innym mężczyzną. Jak to Mahler sam zmarł niedługo później na chorobę serca, mając niecałe pięćdziesiąt jeden lat. Trzy lata potem zaś: wybuch wojny, kres całego pokolenia, upadek absurdalnego imperium, którego koniec wieszczyła jego muzyka… Wkrótce Peter poznał ciąg dalszy wypadków. Przyrodnia siostra nieżyjącej Marii, córeczka Almy i mężczyzny, z którym żona zdradziła Mahlera, o imieniu Manon, zmarła prawie ćwierć wieku później na polio. Alban Berg przywrócił Manon do życia w swym Koncercie skrzypcowym, atonalnym miazmacie znajdującym swoje zwieńczenie w przejmującym chorale na miarę Bacha. Oto jak muzyka zacierała granice pomiędzy wieszczbą a pamięcią.
[…]
Pytanie, które powinno było paść jakiś czas wcześniej, zawisło w powietrzu. Els wskazał na pipety na ściennym wieszaku, który wykonał osobiście z kuchennych szczypiec. Odkrywam tajemnice biologii komórki. To moje hobby. W dużej mierze przypomina kucharzenie, jeśli mam być szczery. Nie jest pan biologiem z zawodu? Els potrząsnął głową. A mimo to manipuluje pan przy DNA patogenu? Ja… Cóż, można tak chyba powiedzieć. W jakim celu? Powodów, i to niezłych, były dziesiątki, lecz żaden nie zadowoliłby tej pary. Gdy Els przyszedł na świat, nikt nawet nie wiedział, z czego zbudowane są geny. Współcześnie projektowanie genetyczne było na porządku dziennym. Peter Els bardzo długo ignorował najznaczniejsze osiągnięcie XX wieku – tę swoistą formę sztuki, za sprawą której ludzkość miała w przyszłości doświadczyć absolutnej wolnoamerykanki, jakiej miał już nie dożyć. W końcu jednak zapragnął choćby na nią zerknąć. Miliardy skomplikowanych fabryczek w objętości naparstka: na samą myśl przechodził go dreszcz jak niegdyś przy słuchaniu muzyki. Dzięki laboratorium czuł, że wciąż żyje, że ma jeszcze szanse dowiedzieć się tego, czym właściwie jest życie. Zmilczał. Policjant Coldberg wziął do ręki szalkę Perttiego. Gdzie się pan nauczył manipulować genomem mikroorganizmów? Genetyka wcale nie jest taka trudna. W gruncie rzeczy jest łatwiejsza od arabskiego. Nastąpiła acciaccatura [w muz. ozdobnik, przednutka zmniejszająca wartość nuty – przyp. aut.]. Coldberg zaprzestał notowania. Gdzie uczył się pan arabskiego? Nie znam arabskiego – odparł Els. – To było porówna…
[…]
Śpiewali twarzą w twarz, prosto w usta, obniżając kolejne stopnie skali durowej niemalże do powstania dysonansu. Ten zgrzyt przeszywał ich ciała i umysły na wskroś. Jeszcze się przed sobą nie rozebrali, jednakże wzajemny rezonans w kościach czaszki prawie niczym nie różnił się od seksu. Clara znała swoje przeznaczenie i nie miała żadnych wątpliwości. Studiowała pod okiem wymagającego Starkera, który – choć doprowadzał ją do płaczu – pokazał jej sztuczki mózgu i nadgarstka pozwalające jej grać niczym anioł. W przypadku Clary sama muzyka była w stanie zniwelować obłudę codziennego życia. Dziewczyna nie miała pewności, kim jest Konrad Adenauer, ani nie rozumiała, czym kosmonauta John Glenn zasłużył sobie na huczną paradę. Dla niej parę taktów Große Fuge – Wielkiej fugi [Ludwiga van Beethovena – przyp. aut.] – niosło więcej prawd niż newsy z całego miesiąca. Siła karmionego muzyką platonizmu Clary dawała jej nad Peterem przewagę. On miewał przeczucia; ona żywiła przekonania. Krótko mówiąc, odpadał w przedbiegach. Wystarczyło, że uśmiechnęła się pod nosem na jego chodzenie do kościoła, a między jedną niedzielą a drugą wyrzekł się wiary przodków. Jednym uniesieniem brwi zmusiła go do noszenia fryzury na żołnierza i zamiany koszul z długim rękawem na swetry. A pewnej nocy pod koniec marca na drugim roku wydała wojnę o jego duszę, przenosząc działania na teren wroga. Umówiła się z nim po zmierzchu na brzegu strumienia płynącego przez kampus. Stawił się na miejscu po trzygodzinnej nierównej walce w laboratorium, na ćwiczeniach z chemii organicznej, na których nie wyszło mu oznaczanie. Clara leżała na wilgotnej trawie niewielkiego wzniesienia, rujnując sobie tył niebieskiej wąskiej spódnicy. Załamany wyciągnął się z głową na jej kolanach.
[…]
Usiadł i przechylił głowę, spoglądając na swoją platonistkę zupełnie jak Nipper [z ang. szkrab – przyp. aut.] zaglądający do tuby tajemniczego gramofonu. A potem zaczął je słyszeć: te wszystkie dusze ustawione w niebiańskim przedsionku, oczekujące na reinkarnację: preistniejące dźwięki, które wyłącznie on mógł sprowadzić na świat. Głębokie symetrie, związki i równania chemiczne, które tak go absorbowały przez minione dwa lata, nagle stały się zwykłym preludium. Rzeczywiście, starał się kogoś zadowolić. Ten ktoś jednak oczekiwał innego rodzaju przyjemności. Ułożył się znów z głową na kolanach Clary i zapatrzył w jej odwróconą twarz. Dziewczyna sięgnęła rękoma i poprawiła końce szala. Jej zakryte ramiona wydawały się skrzydłami przesłaniającymi całe niebo.
[…]
Utwór nabierał ciała; Els skanalizował swoją wolę w ściśle określonym kierunku. Strach utracił wszelkie punkty zaczepienia, a jego zalał ów prąd błogości, której doświadczył kilkakrotnie w swoim życiu – słuchając Symfonii Jowiszowej bądź odkrywając Mahlera. Podnośnik wyższy od sekwoi wydobył go z zawalonego gruzem przepustu, w której dotąd leżał, i uniósł do laterny latarni morskiej. To, czego się najbardziej obawiał na myśl o odrzuceniu dotychczasowego życia, okazało się w istocie błogosławieństwem. Trwaj w bezruchu, czekaj i słuchaj, a świat sam się przed tobą otworzy. Dzieło było kwintesencją prostoty: triolowa [triola - figura rytmiczna złożona z trzech wartości – przyp. aut.] melodia oparta na skali frygijskiej, rozpisana na wysokie głosy, pod którą statecznym, zamaszystym falistym ruchem przeciwnym rozlegało się arpeggio [w muz. sposób wykonywania współbrzmień mających charakter ozdobnika – przyp. aut.]. Każdy kolejny łącznik wynosił linię melodyczną ku wyższym rejestrom. Efekt sprawiał nieco archaiczne wrażenie – jakby melodii ludowej, którą etnograf odkrył w oddalonej od świata górskiej wiosce upadającego królestwa i przywiózłszy do pogrążonej w dekadencji stolicy, uzupełnił o elementy harmoniczne.
[…]
Każdemu, kto o to zapyta, przez następne pół wieku będzie mówił, że muzyka nie opisuje rzeczywistości. Ona jest rzeczywistością. I przez wszystkie te lata w pięćdziesięciu czterech utworach – począwszy od kawałków na flet i taśmę, a skończywszy na kompozycjach na chór i orkiestrę – jego muzyka będzie krążyć wokół jednego i tego samego motywu: energicznego, kotłującego się przypływu, który urywa się, niejednokrotnie w pół nuty pomiędzy akordem nadziei a atonalnym cięciem nicości.
[…]
Na przykład ulubieniec Mozarta, szpak, podchwytywał główny motyw z jego Koncertu fortepianowego G-dur, KV 453. Australijskie lirogony potrafią odtworzyć odgłos trzaskania migawki, alarmu samochodowego i piły łańcuchowej tak udatnie, że można je pomylić z oryginałem. Tymczasem ptaszek, wydawszy dwa raźne dźwięki jeden tuż po drugim jak przy strojeniu instrumentu, rzucił się do wykonywania kolejnego arpeggia zstępującego, zupełnie jak żartowniś Beethoven wypróbowujący swoich słuchaczy: Fa, mi, do-do-do-do-do-do-do… Równie dobrze mógłby ćwierknąć „Eureka!” albo wyrysować koło w piasku trzymaną dziobem gałązką. W XX wieku większość muzyków uwierzyła, że skala diatoniczna jest arbitralna oraz przebrzmiała i stanowi część skompromitowanej techniki, która doprowadziła do dwu wojen światowych. Liczyło się tylko odkrycie nowego języka. A teraz to pierzaste stworzenie siedziało sobie na gałęzi i śpiewając trójdźwiękami, kpiło z niego w najlepsze. Ewolucja miała swoje dobrze ukryte potrzeby, sięgające dziesiątek milionów lat wstecz.
[…]
Rok 1963, ostatni miesiąc Elsa w tej ogromnej muzycznej fabryce pośród pól rolniczej Indiany, wypuszczającej w świat wykonawców. Jest wiosna, jego ostatni maj przed dyplomem. Całą zimę studiował pod okiem Karola „Klangfarben” Kopacza, starego Polaka, który do USA dotarł przez Argentynę, jednego z tych antycznych twardzieli z epoki kulturowych gigantów, którzy wyginęli na wojnie i zmartwychwstali w obu Amerykach, mitycznych marmurowych strażników utraconej sztuki. Z tego, co wiadomo Elsowi, Kopacz od dwudziestu lat nie zagrał publicznie ani jednej nuty. Zdaje się, że facet ma muzykę w nosie, chociaż zna się na niej lepiej niż większość ludzi na oddychaniu. Peter siedzi w gabinecie swego mentora w narożniku budynku dawnej szkoły muzycznej. Każda wolna powierzchnia jaskini Karola Kopacza, pianina nie wyłączając, jest zasłana piętrzącymi się wysoko stertami nadpleśniałych ksiąg i arkuszy papieru, partytur luzem, płyt dawno rozwiedzionych z okładkami; są tam mosiężne figurki Śiwy Tańczącego, zepsuty bandoneon [instrument, rodzaj harmonii ręcznej – przyp. aut.], pozbawiony strun oud [instrument strunowy w kształcie gruszki – przyp. aut.], talerze z czerstwymi kanapkami i oprawione w ramki zdjęcie niemal przystojnego młodego mężczyzny pod niedźwiedzią łapą Igora Strawińskiego, które Kopacz zapomniał powiesić. Przejścia między klamotami wiodą od drzwi do biurka, od biurka do pianina, od pianina do popękanej skórzanej kozetki, którą zajmują zastraszeni studenci odbierający cotygodniowe baty.
[…]
Clara opowiedziała mu o tym, jak Mahler wysłał młodej Almie Schindler partyturę Adagietto swojej V Symfonii cis-moll, nie załączając żadnych wyjaśnień. Alma odesłała rękopis opatrzony tylko jednym słowem: „Tak”. Kilka tygodni później wzięli ślub. Podobnie miało być z Peterem i z Clarą. Ale Clara wyjechała nagle na stypendium do Oksfordu, gdzie bardzo szybko zaliczyła trio studentów, których dokonania znacznie przewyższały jego osiągnięcia. Przy nich Peter wydawał się amatorem. Clara pominęła resztę opowieści o życiu uczuciowym Mahlera. Dopiero gdy Alma stała się częścią życia Gustava, jego muzyka pogrążyła się w czarnej rozpaczy. Sprzeczki, kłamstwa, zdrady, śmierć. Stoicka afirmacja jego wczesnych pieśni i symfonii – Was mir die Liebe erzählt etc. – zamieniła się w nieuleczalne rozgoryczenie. Theodor Adorno nazywał Mahlera „ein schlechter Jasager”, kiepskim potakiwaczem. Odkąd pojawiła się Alma i ci dwoje jęli się nawzajem katować, Mahler wprawdzie dalej potakiwał, ale robił to z coraz mniejszym przekonaniem. A młody Peter słuchał jego muzyki w trakcie własnego upadku, dawno przekroczywszy punkt, w którym słabe desperackie „tak” mogłoby mu pomóc.
[…]
Dyskutowali o podstawach godzinami i przez cały ten czas nauczyciel nie zaproponował uczniowi nic do jedzenia ani picia. Student bronił swych racji wytrwale, lecz w końcu – zapędzony w kozi róg – poddał się: To celem muzyki nie jest przyciągnąć jak najwięcej słuchaczy? Mattison się uśmiechnął. Nie. Celem muzyki jest przebudzić słuchaczy. Przełamać nasze wygodne nawyki. A co z tradycjami? Prawdziwi kompozytorzy ustanawiają własne tradycje. Zatem Gustav Mahler nie był prawdziwym kompozytorem? Mattison zapatrzył się w sufit pustego salonu. Gładząc się po szczecinie kłykciami, zastanawiał się nad odpowiedzią przez czterdzieści pięć sekund – połowę tego, ile trwało Scherzo z oktetu Petera. Tak. Muszę stwierdzić, że Gustav Mahler nie był prawdziwym kompozytorem. Twórcą piosenek, być może. Ale takim w okowach przeszłości.
[…]
Nie widział najmniejszego powodu, dla którego powinien wybierać. Jednak zrozumiał wreszcie – zadziwiająco późno – jak wygląda porządek dziobania. Chwytliwi twórcy koncertowali. Formaliści trzymający się skali dwunastotonowej zdobywali prestiż. A przy masie kursów doktoranckich w dziedzinie kompozycji oferowanych w całym kraju człowiek potrzebował systemu równie klarownego jak zasady fizyki. Dlatego zdaniem Petera Elsa alternatywa była jasna: rygor albo światło; metoda albo uczucie. Dopóki mógł, dopóty lawirował między tymi dwoma obozami niczym szwajcarski kurier dyplomatyczny. W końcu jednak strach zaczął mu podpowiadać: opowiedz się albo gotuj się na pogardę wszystkich stron. Niebawem ten strach stał się źródłem ekscytacji. Miał zwykłe szczęście, że żył w dobie świtu tej rewolucji. Jeszcze raz w historii muzyka miała czego bronić, czemu sprzyjać, co zrzucać z piedestału. Były sprawy do przewalczenia, utopie do wdrożenia, idole do zdetronizowania. Początkujący muzyk nie miał lepszej pozycji od czasów ars nova w XIV wieku i rozwoju formy sonatowej pod koniec osiemnastego stulecia.
[…]
Którejś soboty, będąc na zakupach i gromadząc tygodniowy zapas gotowych posiłków do odgrzania, usłyszał przy ladzie chłodniczej dziewczynkę – nie więcej niż dziesięcioletnią, ubraną w różowe szorty, kwiecistą bluzeczkę i japonki – która nuciła do siebie, chłodząc się w lodowatych oparach uciekających z otwartej chłodziarki z lodami na patyku. W uszach Elsa melodia zabrzmiała niczym najczystszy Magnificat [pieśń maryjna – przyp. aut.]. Przez dwa miesiące przemieniał mruczenie dziewczynki, aż przybrało formę dwudziestominutowego Porwania Kościoła na sopran, orkiestrę kameralną i cztery magnetofony szpulowe. Sześć dźwięków urywka dziecięcej piosenki – łączone i rozbijane, zwalniane i przyśpieszane, odwracane, cofane, układane w rytmy wznoszące i inkantowane [wymawiać lub wyśpiewywać obrzędowe zaklęcia lub modły – przyp. aut.] na modłę antyfonalną – zaowocowały wirtuozowską fantazją.
[…]
Kwartet ćwiczą w obozowej latrynie. Co wieczór o szóstej kończą pracę i zbierają się w czwórkę na kilkugodzinnych próbach. Zakrada się zima, drapieżnie skuteczna: temperatury spadają do minus dwudziestu pięciu stopni. Jeńcy mrą z wyczerpania, niedożywienia i chłodu. Niemcy wydzielają muzykom drewno na opał, aby mogli ogrzewać palce. Messiaen [francuski kompozytor, organista i pedagog – przyp. aut.] instruuje pozostałych, jak mają się poruszać po stworzonym przez niego świecie. Utwór jest dla nich za trudny, nawet wirtuoz Pasquier ma problemy. Messiaen poddaje rytm na pianinie, jednak ten zaraz rozstraja się w istny gąszcz. Melodia stanowi ucieczkę kompozytora przed okowami metrum, mozolnym biciem serc i tykaniem zegarów. Jej nierówne nuty starają się pokonać teraz i położyć kres czasowi. Sposobów tej ucieczki nie brakuje. Greckie stopy metryczne: amfimakr i antybakch. Hinduskie tale. Rytmy palindromiczne [zwane nieodwracalnymi – przyp. aut.] brzmiące tak samo, niezależnie od tego, czy się je gra od początku do końca, czy na wspak. Urywany synkopowany rytm Strawińskiego. Średniowieczna izorytmia, czyli zataczające wielkie koła schematy metryczne. Czasami metrum odpuszcza zupełnie i domaga się swobody ptaków.
[…]
Niemieccy oficerowie lubujący się w muzyce poważnej zajmują miejsca zarezerwowane dla nich w pierwszym rzędzie. Członkowie kwartetu w obszarpanych kurtkach i butelkowozielonych czeskich mundurach z szuraniem wstępują na zaimprowizowaną scenę. Na nogach mają chodaki, jedyne dostępne w stalagu obuwie zdolne przez pięćdziesiąt minut chronić ich stopy przed odmrożeniem. Messiaen w wiszącym na nim jak worek ubraniu występuje naprzód. Zapowiada utwór, który zaraz zagrają. Objaśnia jego osiem części, po jednej na każdy dzień Stworzenia plus dzień odpoczynku plus dzień ostatni. Mówi o barwie i kształcie, o ptakach, o apokalipsie i o tajnikach swojej rytmiki. Opowiada o tej chwili, w której przeszłość i przyszłość dobiegną końca i rozpocznie się nieskończoność. Jeńcy pokasłują i wiercą się na ławach. Wychudzone, ogorzałe twarze nabierają wyrazu podejrzliwości. Nikt z obecnych nie ma pojęcia, o czym gada ten strach na wróble. Pasquier tuli wiolonczelę. Le Boulaire pieści skrzypce. Akoka, trzymając klarnet na kolanach, zerka na kompanów i rzuca im ostatni uśmiech błazna. Wykład się kończy, muzycy sięgają po instrumenty i rozpoczyna się Liturgia kryształu.
[…]
Lisa Keane, która robiła notatki w trakcie improwizowanego wykładu Elsa, nadal coś pisała, słuchając muzyki. Kiedy omawiali Ravela, ta zakonnica apostatka, która skończyła jako nauczycielka przyrody w gimnazjum, przyznała się grupie do tego, że dla niej muzyka jest jak Korea Północna: niemieszczący się w głowie kraj odmawiający jej wizy. W przeciętnym arcydziele widziała mniej więcej tyle samo, ile pierwszy lepszy człowiek w kupie zmokniętego kartonu. Nie chciała jednak przejść w niebyt głucha na to, co tylu ludziom nadawało sens w życiu. Wysłuchawszy wyznania byłej zakonnicy, Els zapragnął jej powiedzieć: nie zaczynaj od końca. Zacznij od tego miejsca, w którym harmonia jest czysta i jasna aż po horyzont. Jednakże Lisa przywiązała się już do niego i do muzyki własnego przegranego stulecia. I teraz siedziała, wodząc długopisem po kartce w tempie pielgrzyma wlokącego się do Composteli.
[…]
Policja zrobiła nalot na twój dom, a ty jakby nigdy nic przyszedłeś prowadzić zajęcia? Czekaliście na mnie. A ja nie miałem dokąd pójść. Nic nie rozumiem. Sprzęt laboratoryjny? Coś w rodzaju zestawu małego chemika dla dorosłych? Chciał jej powiedzieć: w pojedynczej komórce zawierają się zdumiewająco zsynchronizowane sekwencje, przy których dźwięki Mszy h-moll Bacha brzmią niczym dziecięca wyliczanka. Co ty, na Boga, próbowałeś zrobić? Próbował wziąć skombinowaną przez internet na zamówienie podwójną nić DNA, składającą się z pięciu tysięcy nukleotydów, i stworzyć z niej plazmid bakteryjny. Odkrywałem podstawy życia. Klaudia wybałuszyła oczy, jakby słodka, prawie stuletnia staruszka z naprzeciwka, przerwawszy wyszywanie, wyciągnęła spod łóżka pudełko po butach ze sprawnościami zdobytymi za czasów przynależności do Związku Niemieckich Dziewcząt, żeńskiej sekcji Hitlerjugend. Ale po co, Peterze? Pytanie to zadawała często także wcześniej, gdy wciąż jeszcze udawała jego terapeutkę. Po co tworzyć muzykę, której nikt nie chce słuchać? Dzięki temu trzymałem się z dala od kłopotów.
[…]
Els siedział na widowni pustego teatru, przyglądając się, jak jego pieśni stają mu się obce niczym sama śmierć.
[…]
Ponad pulsującą linią melodyczną fortepianu unosiły się staromodne, rzewne dźwięki wiolonczeli i waltorni, coś na podobieństwo pierwszych taktów Mondnacht Schumanna, tyle że w przebraniu. Maddy zaczęła śpiewać z wolną, wznoszącą intonacją, tak że słowa przypominały niebieskie baloniki odrywające się od horyzontu. Jesteśmy stworzeni dla sztuki… Ledwie podjęła tę wijącą się frazę, Els zrozumiał, że Maddy jest mu tak droga jak samo życie. Szpony wbiły mu się w żebra, a on poczuł radość graniczącą z paniką. Pragnął się dowiedzieć, jaką drogą pójdzie ta kobieta. Pragnął pisać muzykę, która w niej osiądzie niczym szron na polach. Spędzą ze sobą następne lata, razem się zestarzeją, rozchorują i umrą wciąż we wspólnym zadziwieniu.
[…]
Przypominające warkot silnika spalinowego bębny napędzały grane równolegle pasaże gitar i basu. Piosenka natarła niczym ułaskawiony skazaniec wypuszczony z celi śmierci. Melodyczna maczeta przeszyła równo skórę Elsa. Nietrudno było sobie wyobrazić stadion z sześćdziesięcioma tysiącami osób machających zapalniczkami i pławiących się w szale wspólnej mocy. Ta muzyka mówiła o tym, że człowiek ma tylko jedną szansę na przemknięcie przez życie i największą zbrodnią jest zmarnowanie jej na ciągły strach.
[…]
Opinia publiczna – i tak tonąca w zalewie danych – nawet by nie zwróciła uwagi na tę informację, gdyby Peter Els nie przemienił zwykłego zbiegu okoliczności w sytuację godną wybuchu paniki. Wszyscy pacjenci, u których doszło do zarażenia, istotnie mieli założone wenflony. Wszystkie szpitale, w których doszło do zarażenia, znajdowały się na terenie aglomeracji Birmingham i wszystkie zaopatrywały się w zestawy do kroplówki u tego samego producenta. Albo ktoś nieumyślnie skaził całą partię [policja podejrzewała Elsa, że to jego laboratoryjne mutageny wywoływały śmierć – przyp. aut.], albo Ameryka znów znalazła się na celowniku terrorystów. W normalnych czasach ludzie potrafili prawidłowo ocenić prawdopodobieństwo wystąpienia jednego i drugiego przypadku, lecz czasy już nigdy nie miały być normalne.
[…]
Popkulturalny blog odsyłał do listy książek zabranych z domu Elsa. Zarazki dobre i złe. Epidemie i ludy. Ktoś oczywiście dobrał tytuły odpowiednio – z jego ogromnej biblioteki – tak żeby lista zapewniła opinii publicznej dreszczyk jak się patrzy. Coldberg, Mendoza i ich kumple puszczali farbę na jego temat. Władze chciały go publicznie ukrzyżować. Wstukiwał w telefon Klaudii kolejne hasła – Els, Serratia, Naxkohoman – dopóki do niego nie dotarło, znowu poniewczasie, że każda litera, każde słowo znajduje swoje miejsce w licznych logach serwerowych, do których FBI może zajrzeć na takiej samej błahej podstawie, na jakiej odbyła się rewizja w jego domu. Na Wschodnim Wybrzeżu, w stanach Maryland czy Virginia, a także na Zachodnim – w okolicy San Francisco, gdzie mieszkała Sara – stały budynki. Białe, klockowate, wielokondygnacyjne, betonowe i pozbawione okien. Pracujący w nich ludzie, siedząc w oświetlonych jarzeniowym światłem boksach, śledzili, czego inni szukają w internecie. Starali się dostrzec wzór w przepływie wytypowanych wyrazów, pomiędzy którymi teraz figurowały również Els, Serratia i Naxkohoman. Logi rejestrowały, z jakiego urządzenia dobiegło zapytanie. A wysyłające pytanie ustrojstwo było wyposażone w GPS. Skoro smartfon Klaudii zdołał doprowadzić Elsa tutaj, do chaty jej syna, równie dobrze mógł naprowadzić FBI na siebie.
[…]
Po roku intensywnej lektury Els przejrzał na oczy. To bakterie przesądzały o wyniku wojen, popychały rozwój i niszczyły imperia. One decydowały o tym, kto będzie chodził głodny, a kto najedzony, kto będzie pławił się w bogactwie, a kto popadnie w biedę i choroby. Usta pierwszego lepszego dziesięciolatka dawały schronienie większej liczbie mikroorganizmów, niż wynosiła populacja całej planety. Każdy ludzki organizm zależał dziesięciokrotnie bardziej od komórek bakteryjnych niż własnych i sto razy bardziej od bakteryjnego genomu niż własnego. To drobnoustroje zarządzały ekspresją ludzkiego DNA i regulowały ludzki metabolizm. Stanowiły ekosystem, który my tylko zamieszkiwaliśmy. Mogliśmy sobie chodzić na tańce, ale to bakterie nadawały ton. Ten krótki kurs z życia we właściwej skali wystarczył, aby Els zrozumiał, że ludzkość przegra batalię o dziewiczość w obliczu infekcji. Człowiek skrył się za barykadą, ale nadal otaczały go masy intruzów i uśpionych komórek. Przez dwieście lat ludzie marzyli o świecie wolnym od mikrobów, a przez kilka ostatnich wręcz się łudzili, że nauka pokonała wroga. Ale zaraza znów stanęła u bram, wyparci powrócili. Wielo-leko-oporne zjadliwe szczepy podniosły głowę niczym rozjuszeni poddani kolonialnego cesarstwa, aby następnie zalać serce imperium. I za przyczyną, której Els nie ogarniał do końca, dwie zmory spanikowanej współczesności – bakterie i dżihadyści – doznały w nim połączenia.
[…]
Dwanaście taktów arii na baryton:
Nie ma nic piękniejszego od siania strachu, Nic
straszniejszego od Jego przyjścia.
Wszystko, co wyrosło, zostanie poniżone.
Akt drugi Z sideł myśliwego: szaleństwo Jana z Lejdy, króla Nowego Jeruzalem [przywódcy komuny i anababtystów głoszących potrzebę ponownego chrztu w Munster w Niemczech z 1534 roku – przyp. aut.], sięga zenitu. Z tego, co było wiadomo Elsowi, jedyne nagranie od osiemnastu lat spoczywało na dnie kartonu walającego się po jego różnych szafkach. Jakiś przedsiębiorczy dziennikarz dokopał się do innej kopii i odkrył ten obciążający fragment. Kompozycja przeszła bez echa, wysłuchana ogółem przez paru słuchaczy. Ale teraz miała swój spóźniony radiowy debiut, a audytorium stanowiły spanikowane rzesze.
[…]
Próbowali rozmawiać o muzyce, ale ich światy dzieliły aż trzy stulecia. Łączyło ich mniej więcej tyle samo co misjonarzy i kanibali. To go zdziwiło: od samego początku mylił się co do jej stosunku do muzyki. Była nie rewolucjonistką, lecz regeneratorką. Wszystko zrozumiał na opak. Mimo to wzrok miała łagodny, gdy patrzyła na niego sponad kieliszka, przysłuchując się, jak opowiada o ich dawnych odkryciach. Nagle jej wargi wygięły się z radosnego zażenowania.
[…]
Za witryną wschodzi miedziany księżyc. Zawisa nad horyzontem cztery razy większy, niż powinien być. Coś jakby pięść przemyka na tle czerwonawej tarczy: to nietoperz, polujący za pomocą echolokacji, porusza się tak nerwowo, że jego trasa wydaje się przypadkowa.
[…]
Els znowu ma kłopot z pilnowaniem metrum. Narastająca motoryka mutuje, przechodzi metamorfozę, przeistacza się z jednej sieci krystalicznej w drugą i kolejną, aż w końcu przybiera od tego ciągłego nacisku postać diamentu. Trzy wysokie głosy wznoszą się, splatając miarowo tercjami małymi w trzygłosowy kanon: Taka mała myśl, a przecież… W tym momencie powracają śpiesznie równoległe tenory. Na przemian słychać wieki XX i XXI, rywalizujące ze sobą. I te dwa szerokie strumienie wpływają razem do otwierającego się przed nimi morza. Ów obraz oceanu, w szóstej minucie utworu, trwa nie więcej niż kilka wydłużonych taktów. Gdy chwila chwały przemija, Els zostaje ponownie wyrzucony na brzeg w tym samym miejscu: przybysz z przyszłości, który przeniósł się w przeszłość, by podglądać samego siebie w młodości. Siedzi tu, lata za późno, wszystko już wiedząc. Muzyka okazała się dokładnie tym, czym według innych miał pogardzać. Wszyscy jego koledzy kompozytorzy rozproszyli się w podmuchach zmieniających się mód. Jednakże młodzi nadal tu są, nadal gorliwie poszukują transcendencji, nadal są gotowi przehandlować Nowe za coś, co wytrzyma trochę dłużej…
[…]
Cała planeta dostała konwulsji. Ale ten kraj drepcze w kółko w rozdętym, na wpół przezroczystym, przetykanym antydepresantami i napędzanym MTV kokonie. Sami gracze i imprezowiczki. A ja, kurwa, nie tworzę sztuki. Zapewniam tylko kolejną przyjazną użytkownikowi dawkę rozrywki tym, których nudzą spektakle pokazywane między połówkami meczów…
[…]
Prowadzący prosi swoich gości o komentarz. Szefowa oznajmia: W najlepszym razie mamy do czynienia z amatorem bawiącym się genomem toksycznego mikroorganizmu, niemającym pojęcia… Pisarz jej przerywa. Firmy takie jak Amgen i Monsanto robią to bez przerwy. Połowa naszej kukurydzy i dziewięćdziesiąt procent soi mają już zmodyfikowane genomy, a my spożywamy je jakby nigdy nic, pełni ślepej wiary. Amgenem zarządza uczony z odpowiednim przygotowaniem i doświadczeniem, a nie jakiś emerytowany muzyk, który sam nie wie, co robi. Uczeni ściągnęli na głowy ludzkości więcej nieszczęść niż wszyscy amatorzy razem wzięci. Ryk klaksonu na miarę Zmierzchu bogów zarzuca fiatem tak, że niemal wypada z pasa ruchu. Els zerka w lusterko wsteczne i widzi, że na zderzaku siedzi mu osiemnastokołowiec. Peter gwałtownie zjeżdża w prawo. Krążownik szos mija go pędem, pobekując. Gdy pojazd jest już na prawym pasie, jego kierowca raptownie hamuje. Przedni zderzak fiata całuje tylną część kolosa. Tymczasem szefowa kontynuuje: …wywołał ogólnokrajową panikę. Kraj jest spanikowany nieprzerwanie od dekady. A skoro już wyznacznikiem wrogich zamiarów jest szerzenie paniki, za terrorystów powinno się uznać wszystkich prezenterów telewizyjnych…
[…]
Swego czasu, w latach młodości, Els wierzył, że muzyka może ocalić człowiekowi życie. Obecnie był w stanie myśleć wyłącznie o tym, na ile sposobów może ona pozbawić go życia. Od pierwszego odezwania się skrzypiec zrozumiał, skąd tyle problemów z muzyką. Nawet najdrobniejszy dźwięk był niczym opowieść. Melodia wpływała na umysł tak jak prognoza pogody – prowokując wyznanie wiary, wątpliwości i decyzje. Przemawiała silniej niż słowa. Lecz nie niosła słów ani żadnej opowieści.
[…]
Żądny przygód kompozytor, u szczytu swej orficznej rozgrywki, genialny, nieprzewidywalny, podziwiany przez wszystkich. Lady Makbet mceńskiego powiatu była grana do wtóru niemal absolutnego poklasku. Potem w „Prawdzie” ukazał się artykuł Łoskot zamiast muzyki – wściekły frontalny atak przypuszczony na Szostakowicza i wszystko, co uosabiała jego muzyka. Problem polegał na tym, że anonimowy autor okazał się tejże kultury fanem oraz krytykiem amatorem. Był nim ni mniej, ni więcej, tylko Stalin. Słuchacz z miejsca zostaje oszołomiony łoskotem celowo dysharmonijnych dźwięków. Strzępy melodii, zaczątki muzycznej frazy giną, wyrywają się i znowu znikają w łoskocie, zgrzycie, skowycie. […] Muzyka chrząka, stęka, sapie, dyszy. […] To lewacki tumult zamiast naturalnej ludzkiej muzyki. Jednym zamaszystym gestem morderca milionów nazywa dwudziestodziewięcioletniego kompozytora wrogiem ludu: Ludzie radzieccy oczekują przyzwoitych pieśni. […] To muzyka celowo zrobiona na odwyrtkę, tak by nic w niej nie przypominało muzyki klasycznej, by nie miała ona nic wspólnego z symfonicznym brzmieniem, ze zwykłą, zrozumiałą dla wszystkich muzyczną mową. W finale Stalin stawia ostatni flores: Ta zabawa w przemądrzałość może się skończyć źle. Z dnia na dzień oficjalna prasa zaczyna grzmieć potępiająco. Wzywa do wyrugowania eksperymentów z formą. Nawołuje Szostakowicza do poprawy i powrotu na łono zwykłego, poruszającego realizmu. Opera – ów groch z kapustą chaotycznych, pozbawionych sensu dźwięków – spada z afisza, co jest gorsze nawet od śmierci. Kompozytorowi pozostaje tylko się spakować i czekać, aż o drugiej nad ranem rozlegnie się pukanie do drzwi. Zniknięcia to istna plaga tamtego roku.
[…]
Jan z Lejdy, mesjasz i król, odwołuje się do swych ukochanych teatrzyków. Ostatnie dni przemienia we wspaniałą maskaradę. Na miejskim rynku odbywają się krotochwile, a w murach katedry odprawiona zostaje obsceniczna msza. Sprośne postacie kłębią się i macają wzajemnie. Poszatkowane urywki świętej pieśni zataczają wznoszące się koła, aż cała orkiestra uderza w bachiczne tony. W zamęcie wznieconym przez instrumenty dęte blaszane grupa zrozpaczonych poddanych krawca-króla ucieka z miasta. Jednakże żołnierze książęcej armii przyszpilają uciekinierów na wąskim pasie łąk między miejskimi murami a okopami. Niedobitki czołgają się po ziemi, pożerając trawę niczym wygłodzone zwierzęta, dopóki zieleni nie przesłaniają ciała. Melodia staje się obłąkańcza; smyczki ślizgają się po strunach sul ponticello [z wł. przy podstawku; sposób smyczkowania – przyp. aut.], dobywając całkiem innych harmonii. Wszyscy co do jednego członkowie orkiestry rzucają się w wir tutti [termin muzyczny określający zbiorową grę najczęściej całej orkiestry między partiami śpiewanymi – przyp. aut.]. Oblegający wdzierają się do miasta, po którym chodzą żywe trupy. Obiecują mieszkańcom swobodę w zamian za złożenie broni, po czym wyrzynają ich do szczętu, gdy tylko obrońcy się poddadzą. Knipperdolling i Jan z Lejdy, aktor amator, trafiają w ręce kata uzbrojonego w rozżarzone szczypce, a następnie zostają wywieszeni w klatce z wieży kościoła Świętego Lamberta, ale upadły zbawiciel nie wydaje podczas katuszy ani jednego dźwięku. Jego końcowa aria – ostatnie publiczne wystąpienie – równa się kompletnej ciszy podkreślanej przez aurę smyczków.
[…]
Jak miałby jej to wyjaśnić? Życie. Czteromiliardowy ciąg przypadków, dzięki któremu powstała partytura niesłychanej misterności wbudowana w każdą żywą komórkę. Przy czym każda komórka była jedynie wariacją pierwotnego motywu, dzielącego się i namnażającego bez końca. Wszystkie te sekwencje, długie na wiele gigabitów, tylko czekały na to, by je odsłuchał, spisał, zaaranżował, poprzestawiał i dodał ten sam umysł, który powstał wcześniej za ich sprawą. W takim medium warto było rzeźbić – wystarczyło pomyśleć o nieokiełznanych formach i świeżych dźwiękach. Wieczna, niczyja muzyka…
[…]
Pragnął zniszczyć operę i rozpocząć od nowa, skoro już wiedział, jak to jest spłonąć żywcem. Nie był w stanie odwołać ani jednego spektaklu. Trzygodzinna wprawka w transcendencji została wciągnięta w ludzkie szambo. Zaszył się z powrotem w New Hampshire, lecz szum wokół Sideł sięgnął go nawet tam. Wywiadów w jego imieniu udzielał Bonner. Głosił, że sztuka nie wypowiada się w sprawie moralności. A opera to czysty śpiew. Przedstawienie trafiło na okładkę miesięcznika „Opera News”. „The Times” obwołał Sidła „wizjonerskim dziełem”, a Elsowi przyczepił łatkę „proroka Szalonego Proroka”. W swojej recenzji niejaki Matthew Mattison stwierdził: „Zwykłe szczęście sprawiło, że nostalgiczna wprawka przedzierzgnęła się w coś elektryzującego”. Dziennikarze zachłystywali się niesamowitym zbiegiem okoliczności. Wychwalali Elsa za artystyczną odwagę, której nie posiadał. Obwiniali za niedostateczne wykorzystanie politycznego potencjału zdarzenia, którego przecież nie przewidział. Dyrekcja opery w Nowym Jorku postanowiła wydłużyć sezon. San Francisco i Dallas były gotowe rozpocząć produkcję własnych spektakli, póki historia nie zeszła z pierwszych stron gazet. Els odmawiał wszystkim prośbom i przez kilka tygodni sam w sobie stanowił gorącego branżowego newsa.
[…]
Piosenki zdumiewają Elsa. To prawdziwe perełki, bogate w dysonanse i niepewne rytmy. Przypominają mu eksperymenty sprzed półwiecza – Messiaena czy Beria – odrodzone przed szerszą publicznością. Może tyle czasu trzeba, aby zarodek zdobył powszechne uznanie. Może kluczem do sukcesu jest wystarczająco długie życie. Z drugiej strony – może sukces jest przedsionkiem śmierci. Na jedno poczynione samodzielnie odkrycie przypada tuzin tych, na które Els musi dopiero nakierować Jen. Obfitość tego świata przekroczyła wszelkie granice, porywając ze sobą młode pokolenie. Ludzka pomysłowość od zarania była na z góry straconej pozycji, skazana sama przez siebie na zatracenie się w wielości. Tworzeniu wielu melodii nie ma końca.
[…]
Podejdź do pianina – poleca. Dziewczyna prycha, ale wypełnia polecenie. Uderz w klawisz. Wzrusza obojętnie ramionami, ale przynajmniej nie pyta w który. Wybiera gis. Uroczo, intensywnie – i perwersyjnie. Jest przed nią przyszłość. Powiedz, co słyszysz. Ponownie wzrusza ramionami, tym razem z kamienną twarzą. Gis poniżej cis. Uderz znowu. Co jeszcze słyszysz? Z początku nic. Ale potem ogarnia ją zrozumienie, i to dziesięć razy szybciej niż kiedyś jego. Uderza klawisz, prycha, po czym uderza go znów, trzy razy z rzędu. W końcu zaczyna długie arpeggio, wystukując szereg harmoniczny. I co z tego? – pyta, usiłując zrobić marsową minę i ponieść klęskę na całej linii. Ale już wie. Widać to po jej twarzy. Ta wiedza już teraz zmienia przyszłość Jen. Gdyż każdy dźwięk, który dociera do ludzkiego ucha, zawiera swoje niezliczone echa. To, czego nigdy jej nie powie, muzyka, której nie napisał – wszystko tkwi zwinięte ciasno w sobie hen, wysoko, na niesłyszalnych częstotliwościach.
[…]
Przyszły jego sześćdziesiąte pierwsze urodziny i sześćdziesiąte drugie, attacca subito [z wł. natychmiast zaatakować – przyp. aut.], zda się dzień po dniu. Przez dwa lata Peter Els wykładał teorię muzyki w Verrata College, słuchając wyłącznie Bacha. Prowadził zajęcia z kształcenia słuchu i grania a vista, po czym wracał do domu, gdzie co noc słuchał kolejno wszystkiego, co kiedykolwiek skomponował XVIII-wieczny mistrz kontrapunktu, i niczego innego. Wymagało to dyscypliny, podobnie jak jogging czy rozwiązywanie krzyżówek. Stanowiło ucieczkę przed nocnymi potami bieżącego stulecia. Das Wohltemperierte Klavier stało się jego chlebem powszednim. Przerabiał suity, koncerty i sonaty triowe [trio – utwór muzyczny na trzy instrumenty – przyp. aut.]. Męczył się z ponad dwustoma kantatami po trzy razy z rzędu. Nauka pomagała mu się skupić. Czuł się znów jak student, stojący u progu życia. Po dwóch latach słuchania Els obudził się któregoś ranka ze świadomością tego, że właśnie skończył nawet z bezdennym bufetem Bacha. Nie mógł już liczyć na niespodzianki. Genialność mu spowszedniała. Był w stanie przewidzieć każdy wymyślny dysonans, który się krył w tych pełnych swobody liniach. Czym można się zająć, kiedy już się opanowało to, co najbardziej wysublimowane? Przerzucił się na Mozarta. Męczył się z Symfonią Jowiszową z zacięciem godnym uczonego. Jednak nawet kosmiczny finał trącił znajomością, a nawet czymś gorszym. Och, nuty wciąż były na swoich miejscach, i to nieźle słyszalne. Ale jakby się spłaszczyły, straciły wigor. A frazy, które tworzyły, pobrzmiewały metalicznie i buro. Dopiero po kilku tygodniach zrozumiał: pogorszył mu się słuch. Choć miał zaledwie sześćdziesiąt pięć lat, coś się popsuło w sposobie, w który odbierał dźwięki.
[…]
Doktor L’Heureux skinął głową. Tak, to zupełnie normalne. Najwyraźniej jakaś zmiana ogniskowa uśmierciła jego wyczucie sarkazmu. Els zapytał, ile mózgu musi zmartwieć, żeby nie było mowy o normalności. Pytanie okazało się za trudne dla lekarza, który nie widział większej różnicy między tym, co normalne, a tym, co nieżywe. Odkrycia medyczne tylko potwierdzały jego opinię. O dziwo, wysepki siności w poza tym srebrzystym mózgu pocieszyły Petera. Utrata muzycznych umiejętności nie była jego winą. Nie spotkała go kara. Rozproszone martwe punkty na ekranie układały się we wzór. Wysepki ciszy nadawały kształt wzburzonemu morzu dźwięków. Zawsze powtarzał swoim studentom, że najbardziej dobitnym narzędziem z kompozytorskiego zestawu jest pauza. To dzięki pauzom nuty nabierały znaczenia.
[…]
Sześćdziesięcioośmioletni Els mógł oddawać się rozmyślaniom na ten temat w ściśle określonych dawkach. Przeczytał wszystko, co było do przeczytania – destylat wiedzy setek specjalistów. W fizjologii człowieka trochę się pogubił. Okazywało się, że w wyniku ewolucji ciało wykształciło zdolność do odczuwania strachu, nadziei, ekscytacji i spokoju w obecności pewnych na wpół uporządkowanych wibracji, jednak nikt nie wiedział, dlaczego tak się stało. Nie trzymało się kupy to, że za sprawą paru współbrzmiących akordów mózg zalewała miłość do nieznajomego albo żałoba po przyjaciołach, którzy nie odeszli. Nikt nie umiał powiedzieć, czemu Samuel Barber porusza słuchaczy, Milton Babbitt zaś nie, ani też czy dałoby się tak wychować dziecko, by roniło rzewne łzy, słuchając Elliotta Cartera. A jednak wszyscy specjaliści zgadzali się co do tego, że fale sprężonego powietrza padające na błonę bębenkową wyzwalały reakcję łańcuchową zalewającą ciało sygnałami, a nawet powodującą zmiany w ekspresji genów. Zatopiony w wyściełanym fotelu Els czytał o biochemicznych kaskadach prowokowanych w ciele słuchacza przez muzykę. Czasami wydawało mu się, że tamta noc z Clarą nad strumieniem kampusu jeszcze w Bloomington nigdy się nie zdarzyła i że został chemikiem, zamiast na rozdrożu wybrać bliźniacze odgałęzienie muzyki.
[…]
Els zaobserwował lecący wprost na niego wilgotny dębowy liść. Po chwili zdjął z kurtki przyklejony listek, przyjrzał się jego powierzchni i dopatrzył w siatkowatym użyłkowaniu rytmu. Lekko oszołomiony aż przysiadł na głazie nieopodal ścieżki. Jego dłoń gładziła kamień, a nierówności wygrywały na jego skórze dźwięki niczym rolka papieru w pianoli. Kiedy zadarł głowę, zobaczył, że muzyka unosi się na niebie kłębami chmur, a piosenki rozpierzchają się wśród gałązek krzywej strzechy pobliskiego budynku. Wszędzie wokół niego rozbrzmiewał sekretny skumulowany chór zapisany za pomocą nieznanej notacji, tylko czekającej na to, aby ją przetranskrybować. Zrozumiał, że jego muzyka nie ma wyłączności na pozostanie w ukryciu. Niemalże każdy dźwięk, jaki świat miał do zaoferowania, pozostawał nieusłyszany. Fakt ten sprawił mu więcej radości niż cokolwiek, co w swoim życiu skomponował.
[…]
No chodź. Urządzimy sobie gwiezdne przyjęcie. Kiedy usłyszysz muzykę sfer, stwierdzisz, że kompozycje istot ludzkich to nudziarstwo. Bonner prowadzi ekspedycję przez tylny parking, aż za najbliższy róg, do zaułka odrobinę ciemniejszego od otoczenia. Tego wieczoru wokół księżyca jest pierścień – zimny, wielki i niebieski; halo na tle zasnutej lekko czerni. Takie monstrualne i piękne, że Els nie potrafi oderwać od niego wzroku. Richard mocuje się z teleskopem i statywem, nieprzerwanie nadając. Posuwam się szybko. Jak kostka cukru w wodzie. Robię notatki w małym kajecie. Żeby mi przypominały o różnych rzeczach. A potem nie potrafię ich rozszyfrować. Els stoi obok bezradnie, wreszcie zaczynając pojmować. Dobrze, że przyjechałeś właśnie teraz – dorzuca Bonner. – Póki wciąż jest czas. Czas na co? – pyta Els. Richard umieszcza teleskop na trójnogu i zaciska obejmy. Ustawia obiektyw, sprawdza soczewkę i zagląda w okular. Recytuje śpiewnie: Gaśnie dzień długi. Księżyc pnie się wolno [cyt. za: Alfred Tennyson, Ulisses – przyp. narratora] Garbi się przy tubie, z okiem przyłożonym do kosmicznej dziurki od klucza, i zagląda we Wszechświat. Być może wypatruje autobusu, który zajeżdża do tej części Galaktyki raz na epokę.
[…]
Kilka tweetów stracił na udowodnienie, że faktycznie jest t y m uciekającym. Następnie przeszedł od ekspozycji do przetworzenia. Dokonałem tego, co ich zdaniem tylko próbowałem zrobić. Jestem winny zarzucanych mi czynów. Byłem pewien, że nikt nie usłyszy ani nuty. Tworzyłem z myślą o pustym audytorium. Co ja sobie myślałem? Chyba nie myślałem. Zawsze zarzucano mi, że chodzę z głową w chmurach… Tego roku nie ma prawdziwej wiosny. Większość kraju przeskakuje z grudnia prosto w czerwiec. A w Barstow to nawet w sierpień. Stuknięta pogoda być może nie jest powodem do zmartwienia. Przynajmniej nie dla ekstremofili. Bakterie nie muszą się właściwie niczym martwić.
[…]
Jeśli ktokolwiek to rozumiał, to właśnie Partch [Harry, amerykański kompozytor i teoretyk muzyki – przyp. aut.]. W Nowym Orleanie wrzucił do piecyka pierwsze czternaście lat swojej muzyki i zaczął od nowa jako dwudziestodziewięciolatek, na zawsze odcinając się od głównego lądu. Za stypendium Fundacji Carnegiego wylądował w Dublinie u Yeatsa, którego namówił pod koniec życia do rewolucyjnej przeróbki Króla Edypa. Parę miesięcy później bezdomny i spłukany łapał okazje i żebrał o posiłki w Kalifornii lat trzydziestych XX wieku – „Kalifornia! Stan przyszłych Los i Las, San i Santa, miast dziewic, koncepcji i aniołów!”. Przez osiem lat sypiał, gdzie popadnie, gnieździł się w szałasach kloszardów, podróżował na gapę pociągami towarowymi, łapał choroby, przymierał głodem i odkrywał na nowo muzykę. Donkiszot menelstwa, tramp wizjoner, biedak w upadającym kraju. Prorok na puszczy, przekonany o tym, że wyłącznie ktoś z zewnątrz jest w stanie znaleźć d r o g ę. Człowiek bezkompromisowy. Podły pijak. Homoseksualista, jeśli kogoś to interesuje; tak samo jak wielu najlepszych kompozytorów XX wieku. W każdym razie: typ raczej aspołeczny. Pewien, że los muzyki zależy od tego, czy uda się podzielić oktawę na czterdzieści trzy tony. Aby usłyszeć swą widmową muzykę, Partch musiał wynaleźć pełną orkiestrę niecodziennych instrumentów. Przekutych z wizji w stolarkę. […] Cała gama organów stroikowych, których klawisze rozbijały półtony na drzazgi. Oraz oczywiście puchary z komorą chmurową, których kopia znalazła się w salonie Elsa i pomogła mu przekonać agentów federalnych do zasadności rewizji w jego domu.
[…]
Kieruje się na północ, do miejsca, które kiedyś Partch tak opisał w ekstazie: „Pośród porośniętych wierzbami łach American River, w środku miasta, zapatrzyłem się na entylion gwiazd i dziękowałem istocie, która je tam umieściła. Podziękowania ulegną zwielokrotnieniu, gdy w każdy następny zmierzch będę grać na nosie jutru…”.
[…]
Co jednak uczynić z tą pieśnią miłosną, z jesienną harmonią przyprawiającą o ból piersi? Jak ją określić? Czy jest to wyparcie się samego siebie? Powrót syna marnotrawnego? Asekuranctwo? Sprzedanie się? Nawrócenie na łożu śmierci? A może augmentacja lub przeciwnie – dyminucja? Bądź po prostu melodia pomagająca zabić czas na ostatnich stu kilometrach tego rajdu przez Amerykę? No więc, co to takiego? Możesz powiedzieć, że nic albo że muzyka, gdyż tam, dokąd się wybierasz, nie czekają na ciebie żadne nazwy ani style. Po prostu słuchaj, gdyż już wkrótce słuchanie skończy się na zawsze. Melodia staje się napięta. Szybkie podwyższenie stawki, nerwowe dobieranie: motyw skądś ukradziony, prawda, ale skąd? Od nikogo takiego, kto by mógł złożyć pozew. Ten konwencjonalny suspens przełamuje czar: ty byś zbudował kontrast inaczej. Na tym polega przekleństwo życia spędzonego na poszukiwaniu transcendencji – zwyczajne nie wystarcza, wszystko prosi się o poprawkę. A jednak – mimo wszystko – zmienia się wolumen, pojawia rytmiczna linia, instrumentalna barwa staje się inna, na co sobie myślisz: czemu nie? I wtedy aprobata ustępuje słuchaniu. El tiempo, el agua errante, el viento vago… Czas, płynąca woda, zmieniające się wiatry…
[…]
Umierający kompozytor staje na forum: pragnie przeprosić kolejne roczniki studentów za to, że wskazywał im niewłaściwą drogę. Swą muzyką mówi: wtedy się myliłem, ale teraz, tuż przed linią mety, wszystko naprawię. Zakończenie zdaje się dość szczęśliwe, a przy tym powinno się utrzymać w mocy do momentu, aż stado znowu skręci i zmienny wiatr mód zadecyduje, kto jest na topie, a kto passé, kto przegrał, a kto pozostanie górą. Albowiem w dalszym ciągu czekają nas zwroty – taka jest natura muzyki. Słuchać, wystarczy słuchać, nie przejmując się zbytnio notowaniem wyników. Następuje pojednanie, zaledwie chwilowe, lecz chwila to wszystko, czym dysponujesz. Jednak ten czar trwa tylko mgnienie oka. Pudimos no encontrarnos en el tiempo… Kochajmy się, mogliśmy bowiem nigdy nawet się nie spotkać… Te promienie późnego słońca roztapiają cię. Niebawem jednak i one okrzepną i ochłodną. Albowiem nawet piękno się przejada i pozostawia ucho głodne innych dźwięków. Potrzeba przeistoczy się w coś cięższego, w swego rodzaju poligon ćwiczebny przed mającymi nadejść trudnościami. Ale na tę chwilę – ta pieśń, właśnie ona. Pierwszy, narastający motyw pojawia się raz jeszcze. Nuty ustawiają się w rządku, przez co masz wrażenie, że sam je napisałeś. Nie tutaj, nie w tym życiu, nie w świecie, w którym żyłeś i pracowałeś. Raczej tam, dokąd z czasem miałeś szanse dotrzeć. Esta pradera en que nos encontramos… Na tej łące, na której się poznaliśmy… Długie, zbytkowne linie melodyczne przewidują twoją przeszłość i wspominają ze szczegółami przyszłość. Nie masz pojęcia, jak coś podobnego mogło ci umykać przez te wszystkie lata. Byłoby nieźle, całkiem dobrze nawet, napisać coś równie prostego i pokojowego. Sprawić, aby słuchaczka zapragnęła być kimś więcej, niż była. Ty jednak zrobiłeś to, co zrobiłeś. Jesteś w tym miejscu, w którym jesteś. I gwoli prawdy, twoja łąka też miała dobre strony. Oh, pequeño infinito! O, mała nieskończoności! Zwracamy ci ją. Oddajemy.
[…]
Zróbmy coś. Potrząsa głową, chora ze strachu. Jej [córki Sary – przyp. aut.] oczy jednak pytają cię: ale co? Coś dobrego. Dobrego jak? Głośnego. Żywego. To znaczy? Zróbmy różę, jakiej nikt nie zna. Gdy kiwnie ci głową, choćby nieznacznie, ruszysz do drzwi i na zewnątrz. Wybiegniesz na świat świeży, zielony i znowu czujny na całą gamę nowych zagrożeń. Będziesz się poruszał vivace [z wł. żywo, żwawo – przyp. aut.], starając się dotrzeć jak najdalej, ze szklanym wazonikiem uniesionym wysoko niczym batuta dyrygenta, który przymierza się do zasygnalizowania czegoś lepszego, niż ktokolwiek mógłby sądzić. Rozlegnie się pierwszy takt [muzyka strzału z pistoletu/ karabinu w obstawionym przez służby bezpieczeństwa mieszkaniu Sary – przyp. aut.] małej nieskończoności. A ty nareszcie przekonasz się, jak to leci.
Richard Powers, Orfeusz
Powieść obyczajowa Richarda Powers ’a – amerykańskiego pisarza i laureata Nagrody Pulitzera przenosi akcję jego Orfeusza do Stanów Zjednoczonych Ameryki, a bliżej do wschodniej Pensylwanii w środowisko artystyczno-uniwersyteckie, generalnie w drugie dziesięciolecie obecnego wieku. Peter Els, utalentowany kompozytor, a i niedoszły w wykształceniu chemik, przechodząc na emeryturę próbuję w swym prywatnym laboratorium odkryć, czy może raczej przeszczepić w mutageny DNA znanych sobie bakterii notacje muzyczne. Jednak przypadkowo jego niewinne badania zostają inaczej odkryte przez funkcjonariuszy policji stanowej, którzy ad hoc widzą w nich działania bioterrorystyczne. Els, uciekając przed swymi zinstytucjonalizowanymi prześladowcami wspomina zakamarki swej chlubnej, czy też mniej dostojnej przeszłości ze znajomymi, z którymi chciałyby się „po drodze” pożegnać w rozumieniu ostatecznie. Powieść jest ważnym, acz cierpkim głosem w dyskusji jak daleko sięgać powinien podejrzliwy interwencjonizm służb bezpieczeństwa państwa w życie prywatne jednostki ludzkiej, której wolność także tworzenia poddaje się notorycznej i strachliwej inwigilacji.