27.10.2023

„Jako dziecko kilka razy tańczyłem kolo
[serbski taniec ludowy – przyp. aut.]
Dziś już nie pamiętam kroków.
Mój syn ma po mnie długie nogi.”
„dobry gospodarz jest również dobrym gościem.”
[przysłowie bośniackie]
„W mroku i wśród akt mnogości
Mnie, przyjaciela wolności,
Obowiązku więzi straż.
A z głębi szaf i akt spiętrzonych
Śmieją się Muzy obrażone
W urzędniczą moją twarz”
Joseph von Eichendorff, Mandelkerngedicht
„Saška, dla ciebie wszystko to zabawa”
[...]
Babcia dostrzegła na ulicy dziewczynkę. Woła do niej z balkonu, by się nie bała, przyjdzie po nią. Nie ruszaj się! W samych pończochach schodzi z trzeciego piętra, a to trwa, trwa, kolana, płuca, biodra i gdy dociera tam, gdzie stała dziewczynka, tej już nie ma. Woła, woła dziewczynkę. Samochody zwalniają, okrążają moją babcię stojącą w cienkich czarnych pończochach na ulicy, która niegdyś nosiła imię Josipa Broz-Tity, a dziś niesie echem imię dziewczynki, która zniknęła – Kristina! – woła babcia, krzyczy własne imię: Kristina! Jest 7 marca 2018 roku w Višegradzie w Bośni i Hercegowinie. Babcia ma osiemdziesiąt siedem i jedenaście lat.
[...]
Napisałem do urzędu: religia – brak. I że wyrosłem niejako wśród pogan. Że dziadek Pero nazywał Kościół największym grzechem pierworodnym człowieka, odkąd Kościół wymyślił grzech. Pochodził z wioski, gdzie czczono świętego Jerzego, Jerzego, pogromcę smoka. Albo, jak mi się wówczas wydawało, bardziej chodziło o samego smoka. Smoki nawiedzały mnie od wczesnych lat. Dyndały na szyjach krewnych jako wisiorki, wyszywanki z motywem smoka stanowiły ulubiony upominek, dziadek natomiast miał wuja, który wycinał małe smoki w wosku i sprzedawał je jako świece na targu. Nieźle to wyglądało, bo gdy zapalało się knot, bestia jakby ziała ogieńkiem. Gdy byłem niemal dostatecznie duży, dziadek pokazał mi album. Najbardziej podobały mi się dalekowschodnie smoki. Wyglądały okrutnie, a zarazem były barwne i wesołe. Słowiańskie smoki wydawały się tylko okrutne. Również te, które uchodziły za miłe i nieprzejawiające żadnego zainteresowania sianiem spustoszenia czy uprowadzaniem dziewic. Trzy głowy, straszne zęby, takie rzeczy. Napisałem do urzędu: szpital, w którym się urodziłem, już nie istnieje. Boże, ile penicyliny wpakowano mi tam w dupę, napisałem, ale skreśliłem. Nie chciałbym przecież speszyć takim słownictwem jakiejś referentki, co to ę-ą, bułkę przez bibułkę. Zmieniłem więc „dupę” na „siedzenie”. Wydało mi się to jednak nieprawdziwe, dlatego usunąłem całą informację.
[...]
Mistrzowska trasa rozpoczynała się pod szczytem Gradu – gdzie w średniowieczu stała strzegąca doliny wieża – a kończyła za wąskim zakrętem nad przepaścią. Przypomina mi się Huso. Wlókł się ze starymi sankami pod górę, nie mogąc złapać tchu, śmiejąc się i także my, dzieci, śmiałyśmy się, drwiłyśmy z niego, bo był suchy jak wiór, miał dziurawe buty z cholewami i mnóstwo ubytków w zębach. Wariat, myślałem wówczas, dziś jednak sądzę, że żył na marginesie obowiązującego konsensusu. Gdzie się śpi, w co się ubiera, jak wyraźnie należy wymawiać słowa i w jakim stanie powinno się mieć zęby. Podchodził do tego inaczej niż większość ludzi. Ściśle rzecz biorąc, Huso był tylko bezrobotnym pijakiem, który nie wyhamował nad przepaścią. Może dlatego, że nie ostrzegliśmy go przed ostatnim zakrętem. A może dlatego, że chlanie pozbawiło go prawidłowych odruchów. Huso krzyknął, my za nim, a potem rozległ się okrzyk radości: siedział na sankach, te zaś zwisały w połowie zbocza, tkwiąc w podszycie.
[...]
Wygląda to tak: kraju, w którym się urodziłem, dziś już nie ma. Dopóki istniał, uważałem się za Jugosłowianina. Podobnie jak moi rodzice, którzy pochodzili z serbskiej (ojciec) albo boszniackiej rodziny (matka). Byłem dzieckiem wielonarodowego państwa, owocem i wyznaniem dwojga mających się ku sobie ludzi, których jugosłowiański tygiel uwolnił od więzów odmiennego pochodzenia i religii. Ponadto trzeba wiedzieć: ktoś, kogo ojciec był Polakiem, a matka Macedonką, także mógł nazywać siebie Jugosłowianinem, jeśli tylko niezależność i grupa krwi znaczyły dla niego więcej niż zależność od innych i krew.
[...]
Na wschodzie, niedaleko Višegradu, leży w górach wioska, do której dostęp jest z reguły utrudniony, a przy niekorzystnej pogodzie zupełnie niemożliwy, i w której mieszka tylko trzynaście osób. Jak sądzę, nigdy nie czuli się obco. Nie przybyli z innego kraju, większość życia spędzili w tym miejscu. Pewne jest również: tych trzynaścioro już nigdzie się stąd nie ruszy. Będą ostatni. Tutaj na górze (albo w szpitalu w dolinie) nastąpi koniec, wraz z nimi przeminą zagrody – dzieci ich nie przejmą – szczęście oraz skrzypiące stawy biodrowe. Rakija, która oślepia widzących, niewidomym zaś przywraca wzrok, zostanie wypita, albo i nie, już wkrótce nie będzie się jej pędzić (w butelce drewniany krzyż). Płoty nie odgrodzą tego, co ma znaczenie, pola będą leżeć odłogiem. Świnie zostaną sprzedane albo zarżnięte. Nie wiem, co stanie się z końmi. Na pora, kukurydzę i jeżyny przyjdzie koniec. Chociaż jeżyna pewnie sobie poradzi.
[...]
Rok 2009 – ostatni dobry rok babci. Jeszcze nie zaczęła zapominać, a jej ciało robiło to, co chciała. W Oskorušy chodziła drogami, które jako młoda kobieta przemierzała pół wieku wcześniej wraz ze swoim mężem. Dziadek Pero urodził się tutaj i spędził w tych górach dzieciństwo. Zmarł w 1986 roku w Višegradzie, przed telewizorem, gdy ja w sypialni obok strzelałem plastikowymi figurkami Indian do plastikowych figurek kowbojów. Dawniej babcia twierdziła – miałem dziesięć albo pięć, albo siedem lat – że nigdy nie będę oszukiwał i kłamał, tylko zawsze przesadzał i wymyślał. Wtedy nie potrafiłem odpowiedzieć, jaka jest różnica między jednym a drugim (dzisiaj też nie zawsze chcę znać odpowiedź), ale pochlebiało mi, że babcia zdawała się mieć do mnie zaufanie. Rankiem przed naszą podróżą do Oskorušy potwierdziła raz jeszcze, że zawsze to wiedziała: Wymyślasz i przesadzasz, do tego dziś zarabiasz na tym pieniądze.
[...]
Chciałem pozmywać, babcia wygoniła mnie z kuchni, to nie jest robota dla mężczyzny. Dawniej też tak mówiła. O odkurzaniu. O powlekaniu pościeli. O sprzątaniu. Pochodziła z rodziny i czasów, w których mężczyźni strzygli owce, a kobiety dziergały wełniane kamizelki. Maniery miały praktyczne zastosowanie, fantazje pozostawały niewypowiedziane, język był precyzyjny i szorstki. Potem przyszedł socjalizm i zaczęto dyskutować na temat roli kobiety, wtedy kobieta opuszczała dyskusję, szła do domu i wywieszała pranie.
[...]
...kto wie natomiast, co znaczy Oskoruša, czym ona jest. Gatunkiem owocu. Dokładnie mówiąc, gatunkiem owocu wielce cenionego za swoją niezawodność, agricultural credibility: cieszący się szacunkiem jarząb. Zapewniają ci, których uznanie ma znaczenie, czyli rolnicy. Oskoruša to serbsko-chorwacka nazwa na Sorbus domestica, jarząb domowy. Jarząb jest przekorną rośliną. W pełni dojrzałe owoce lśnią czerwono od strony wystawionej na działanie promieni słonecznych, reszta pozostaje żółta. Nasłoneczniona strona smakuje słodko, a zacieniona gorzko. Pasożyty omijają drzewo, które nie wymaga szczególnej ochrony i nie musi być opryskiwane. Pień i liście są za to mocno narażone na zgryzanie przez zwierzynę. W górach Bośni, na wschodnim krańcu wciąż jeszcze tragicznego kraju leży wioska, która już wkrótce zniknie. Oskoruša. W latach osiemdziesiątych mieszkało tutaj stu ludzi. Jeden z nich grał na gęślach. Drugi organizował wieczory gry w domino. A jeszcze inny rzeźbił smoki w wosku. By przetrwać zimę, owijano się w futra i toczyło gorące spory przy dominie. Latem należało się porządnie nasmarować. Kiedyś zabłądził tu pieszy turysta z Islandii, dużo się uśmiechał i zajął szacowne czwarte miejsce w turnieju domina.
[...]
Zaśmiałem się. Gavrilo nie uważał, że to zabawne, i od razu zapytał mnie, skąd pochodzę. A jednak, pochodzenie, jak zwykle, pomyślałem i zacząłem: złożona kwestia! Najpierw należałoby wyjaśnić, do czego odnosi się „skąd”. Do położenia geograficznego wzgórza, na którym znajdowała się sala porodowa? Do granic państwa w chwili, gdy nadeszły ostatnie bóle? Proweniencji rodziców? Genów, przodków, dialektu? Jakby nie patrzeć, pochodzenie to pewien konstrukt! Rodzaj kostiumu, który musimy wiecznie nosić, skoro już go nam założono. Jako takie jest przekleństwem! Albo przy odrobinie szczęścia, kapitałem, który nie jest wynikiem talentu, ale stwarza korzyści i przywileje.
[...]
Dygresja to mój sposób pisania. My own adventure [z ang. moja własna przygoda – przyp. aut.] Znajdujesz się w dziwnej, mrocznej jaskini czasu. Jeden z korytarzy skręca w dół, drugi prowadzi w górę. Masz wrażenie, że korytarzem prowadzącym w dół mógłbyś dostać się do przeszłości, a przejściem wiodącym w górę do przyszłości. Którą drogę wybierzesz? Nie mogę się skupić. Czytam w bibliotece kliniki uniwersyteckiej, która mieści się w dzielnicy Eppendorf, o demencji i jadzie węża. Naprzeciw mnie siedzi studentka medycyny z fiszkami, na których przedstawiono różne organy. Dużo czasu poświęca wątrobie. Gavrilo raz jeszcze podaje mi rakiję. Proponuję studentce wafelek Hanuta. Nie chce. Wystarczy maleńki impuls, wyobrażenie jakiegoś wyobrażenia, żeby porzucić to, co powstaje w zasadniczej części; tu jakieś wspomnienie, tam jakaś legenda, gdzie indziej jedno wydobyte z pamięci słowo. Poskok [gatunek jadowitego węża z rodziny żmijowatych – przyp. aut.]. To, co drugorzędne, nabiera znaczenia, wkrótce wydaje się nieodzowne, wąż patrzy na mnie z drzewa, a z mojego dzieciństwa spogląda we mnie: przypomniane słowo, semantyczny strach, wybieram korytarz, który prowadzi w dół, jestem trzydzieści lat młodszy – jestem chłopcem w Višegradzie. I jest lato przed wojną w śniących niespokojnie latach osiemdziesiątych, ojciec i matka tańczą.
[...]
Święto matki i ojca w ogrodzie pod czereśnią. Na werandzie rozbrzmiewa muzyka, mama okręca się pod ręką taty. Radio im gra. Jestem tam, ale to nie moje święto, nic, co byłoby dla mnie interesujące. Słyszę muzykę i nie rozumiem, co słyszą rodzice. Zamiatam werandę. Zamiatam werandę zabawkową miotłą. Miotła nie zamiata dobrze. Brak jej czegoś istotnego, brak jej tego, co sprawia, że miotła jest miotłą. Plastikowe włoski są od siebie nazbyt oddalone. Prześlizguje się przez nie wszystko to, co jest mniejsze od czereśni. Skrobię werandę w rytm muzyki, która nie jest przeznaczona dla mnie. Pies szczeka na rodziców, skacze wokół ich nóg. To nie jest nasz pies. My hodujemy jedynie szybko umierające chomiki i melancholijne ptaki. Pies był tu już poprzedniego dnia. Rodzice albo go nie zauważają, albo nie biorą na poważnie. Zwierzę poddaje się, kieruje uwagę na coś, co znika w podskokach w trawie. Rodzice poruszają się w taki sposób, że nie mam ochoty z nimi zostać. Upuszczam miotłę, umyślny huk – mama i tata tańczą dalej. Idę za psem. Człapie na łąkę, gdzie Cyganie rozstawili swoje budy, autodrom i karuzelę. Pies obwąchuje krzaki, nudzi mnie. Rodzice rzadziej okazywali czułość sobie niż mnie. Kiedy zostawaliśmy tylko we troje, zmieniali głosy, zmiękczali spółgłoski. Często mówili pieszczotliwym językiem, w którym tylko tkliwość brzmiała poważnie i nic, poza tym.
[...]
Jakiś Ratko złamał sobie nogę na ognistych skałach na szczycie Vijaracu. Złamana kość nie chciała się zrosnąć. Dopiero gdy zajęła się nim zielarka, nastąpiła poprawa. Ratko nie chciał zdradzić, czego zażądała od niego w zamian, ale od tamtej pory, gdy wymawia literę „o” albo „e”, nie może powstrzymać grymasu boleści na twarzy. Stał się pomysłowym człowiekiem, a jego język brzmi jak u wytwornego pana, bo nie mówi już „koń”, tylko „rumak”, a zamiast „jedzenie” – „strawa”. Nie idzie „zesrać się do kibla”, ale „wypróżnia się do ustępu”.
[...]
Z oszklonej szafki wyjął oprawiony w skórę brulion, otworzył go i oznajmił: Opowieść o tym, jak wszystko się zaczęło. Notes miał wyglądać na stary, specjalnie wymiętoszono strony. W środku wklejono zdjęcie. Przedstawiało nie całkiem wyraźnie pergamin z tekstem. Dwa semestry slawistyki wystarczyły, żeby rozpoznać język cerkiewno-słowiański. Nie wystarczyły jednak, żeby zrozumieć, co jest napisane. Jak wszystko się zaczęło! – znowu zawołał Gavrilo i zaczął opowiadać. Trzech braci z Czarnogóry buntuje się przeciwko osmańskiemu namiestnikowi, kradnąc mu albo konia, albo klejnoty, albo żonę – co to było konkretnie – mówił Gavrilo – dokładnie nie wiadomo, zresztą nieważne. Uciekają z miasta. Za ich schwytanie wyznaczona zostaje nagroda, niemała. Dwaj z nich idą pieszo, ale trzeci – i w tym miejscu wszystko staje się niezwykłe, ale kimże ja jestem, żeby potępiać dziwy? – trzeci wzbił się w powietrze jako smok, chcąc sprawdzić, czy gdzieś w okolicy nie czyha niebezpieczeństwo, i znaleźć miejsce, w którym można by zacząć wszystko od nowa. Jako smok? – spytałem. Konie raczej nie latają – odparła babcia.
[...]
Gavrilo, Stevo i babcia weszli do domu, umyli ręce, usiedli. Każdy na swój sposób zmęczony. Gavrilo spytał, czy lubię podróżować. Nareszcie – pomyślałem – coś, w czym mogę zabłysnąć. Wymieniałem kraj za krajem, opowiadałem o Instytutach Goethego, o uniwersytetach i wydawnictwach, kreśliłem sylwetkę beztroskiego zagranicznego stypendysty. Byłem w USA, Meksyku, Kolumbii, Indiach i Australii. Z każdym kolejnym miejscem, które było położone dalej od Oskorušy, wyliczanka ta wydawała mi się coraz bardziej absurdalna. Słyszałem siebie, jak mówię, że w Guadalajarze piłem najlepszą tequilę w życiu. Sądziłem, że Gavrilo uzna picie dobrej wódki za osiągnięcie. Chciałem mu się przypodobać. Niczego po sobie nie pokazał. Podobnie jak zbrodniarze [Radovan Karadżić i Ratko Mladić – przyp. aut.] wojenni w oszklonej szafce.
[...]
Mamy w nazwisku haczyki. Ktoś, kto mnie lubił, nazwał je kiedyś „ozdobnikiem”. W Niemczech często uznawałem je raczej za przeszkodę. Urzędników i właścicieli mieszkań na wynajem nastawiały sceptycznie, a na granicach kontrola paszportowa trwała dłużej niż u Petry przed tobą i Ingo za tobą. Poza tym przez dwanaście semestrów miałem w paszporcie adnotację, że posiadam zezwolenie na pobyt w Niemczech jedynie w celu studiowania. Najbardziej gorliwi ze strażników wypytywali, na jakich kierunkach studiuję. Taka informacja została też zapisana w paszporcie, a jednak pytali. Był to rodzaj testu: jak palnąłeś głupotę, bo nie wiedziałeś, co studiujesz, wizę można było uznać za sfałszowaną. Na lotnisku we Frankfurcie, przed podróżą do USA, gdzie miałem objąć posadę asystenta nauczyciela niemieckiego, strażnik na granicy tak długo napawał się sprawdzaniem mojego paszportu, aż kolejka za mną zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu wyjścia ewakuacyjnego. W którymś momencie funkcjonariusz zawołał, jakby dopiero co zauważył wizę: Ty! Studiujesz! Co studiujesz?! Krzyczał. Każde słowo wykrzykiwał w taki sposób, jakby było najważniejsze. Slawistykę! – odparowałem tak samo głośno. Odpowiedź sprawiła, że kiwnął z uznaniem głową. Pewnie macie dużo matmy – krzyknął. Co! Robiłeś! W Tunezji! – spytał jeszcze, nie przestając przerzucać kartek. All! Inclusive! A! Przede wszystkim! Denerwowałem się! Z powodu bufetu!
[...]
Co otrzymujemy i co staje się naszym udziałem dzięki temu, gdzie przyszliśmy na świat i jak zostaliśmy ukształtowani? I odwrotnie: czego pozbawia nas pochodzenie? Zajmując się tymi tematami, pisałem o Brandenburgii i Bośni, usytuowanie geograficzne wcale nie miało większego znaczenia, problemy z tożsamością nie przejmują się szerokością geograficzną. Pisałem o rasizmie, przemocy i ucieczce. Prawie żadna z moich postaci nie zostaje w miejscu. Nieliczne docierają tam, gdzie pierwotnie zmierzały. Tam, gdzie osiądą, rzadko znajdują szczęście. Uciekają przed czymś, co w mniejszym lub większym stopniu wiąże się z ich egzystencją. Bycie w drodze niekiedy bywa ciężarem, a innym razem podarunkiem.
[...]
Drugą babcię, Mejremę, nazywałem neną. Co po niej zostanie? Mama opowiadała mi, że była zapaloną kinomanką. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oglądała każdy film w domu kultury, każdy. Nawet taki jak Rambo II. Zabrała mnie na mój pierwszy horror, jakąś ekranizację Drakuli – dla mnie dużo za wcześnie, to była katastrofa, musieliśmy wyjść z sali przed końcem filmu. Na szczęście z biegiem lat obrazy wyleciały mi z pamięci. Nabrałem jakiejś bojaźliwej sympatii do nietoperzy. Sam widziałem, że nena dużo paliła. Bądź tak dobry i podaj mi popielniczkę. Lubiła, jak niegdyś krawcy, siedzieć na stole przy oknie. Dużo szyła, żeby mniej palić. Czekała w oknie, gdy wiedziała, że ktoś przyjdzie z wizytą albo będzie skądś wracał. Fasola podawała jej przybliżony czas przybycia. Kołysała się lekko w tę i we w tę, kiedy była zdenerwowana, ale także gdy była spokojna i zmęczona. Co zostało po jej ojcu, moim pradziadku? Był flisakiem na Drinie. Pierwsza rzecz, jaką o nim słyszę: jednym z najlepszych. A druga – nie umiał pływać.
[...]
Pochodzenie to babcia. Podobnie jak dziewczynka na ulicy, którą widzi tylko ona. Pochodzenie to Gavrilo, który przy pożegnaniu nalega, bym zabrał ze sobą do Niemiec jedno z jego prosiąt. Pochodzenie to chłopiec w Hamburgu noszący moje nazwisko. Bawi się samolotem. Pochodzenie to nana. Moja mama, jego babcia. Wcześniej mieszkała w Niemczech i Ameryce, od paru lat w Chorwacji, w wieżowcu, z tarasu ma widok na Adriatyk. Pochodzenie to słodko-gorzkie zrządzenia losu, które prowadziły nas i tu, i tam. Przynależność, do której niczego się nie wniosło. Nieznana rodzina w kwaśnej glebie Oskorušy, nieznane dziecko gdzieś w Montpellier. Pochodzenie to wojna. Tym była ona dla nas: wraz z mamą uciekłem przez Serbię, Węgry i Chorwację do Niemiec. 24 sierpnia 1992 roku dotarliśmy do Heidelbergu. Ojciec przewiózł nas przez granicę serbską i wrócił do Višegradu, by zostać u swojej matki. Dołączył do nas pół roku później i przywiózł ze sobą: brązową walizkę, bezsenność i bliznę na udzie. Do dziś nie zapytałem, skąd ją ma.
[...]
Najpóźniej w latach osiemdziesiątych, po śmierci Tity pojawiły się luki w wieloperspektywicznej narracji Jugosławii oraz rysy na fundamencie federacji. Hasłami jedności i braterstwa nie dało się zasypać zwłaszcza gospodarczych rowów. Bogatsze republiki nie miały już dłużej ochoty uczestniczyć w podziale dóbr i kapitału, pożywkę dla separatystycznych dążeń stanowiły etniczne resentymenty – to one stały się odpowiedzią. Polityka nie pomniejszała lęków, raczej podsycała wrogość. Spoiwo, którym była idea wieloetniczności, puszczało pod naporem niszczącej siły nacjonalizmów. Tito jako najważniejszy narrator w jugosłowiańskiej fabule jedności okazał się nie do zastąpienia. Nowe głosy fałszywie i brutalnie uderzały w narodową nutę. Ich manifesty można odczytać jako instrukcje etnicznej nienawiści. Poparli je intelektualiści, rozpowszechniły media, powtarzano je zaś tak często, że w połowie lat osiemdziesiątych nie dało się już przed nimi nigdzie uciec. To o nich czytał ojciec, zanim zatańczył z mamą i wężem. Nowi narratorzy nazywali się Milošević, Izetbegović, Tudman. Każdy z nich udał się do swojego narodu z całą serią spotkań autorskich.
[...]
Nigdy nie chodziłem na religię. Nikt z moich bliskich nie praktykował otwarcie żadnej wiary, nikt nie powiedział nawet: „Nie wierzę w Boga instytucjonalnego, ale w istnienie jakiejś Istoty Wyższej już tak”. Niezwykle mnie to cieszy. Przez jakiś czas myślałem, nie żartuję, że muzułmaninem jest się dlatego, że nie je się wieprzowiny – po prostu szczególny rodzaj diety. Nena Mejrema wierzyła w czerwoną fasolę i talent aktorski Clinta Eastwooda. Nigdy nie widziałem, żeby się modliła. Jeżeli w ogóle miała jakieś związki z islamem, to bardzo dyskretne. Allah pojawiał się w paru zwrotach. U nas wszystkich. Dziadek Muhamed za bardzo lubił ludzi, by wierzyć w jakiegoś Boga. Jak możesz być religijny, gdy jesteś za dobry do oddawania czci? Serdeczność, ryby, rodzina. To liczyło się dla Muhameda, najbardziej bezinteresownego człowieka, jakiego poznałem w życiu.
[...]
Mama wcześnie uczy się odczytywać godziny na zegarku, taki już los córki kolejarza. Zna godziny przyjazdów i odjazdów, wie, kiedy powinien wrócić ojciec. Czeka na niego na peronie, niezależnie od pogody. Ojciec wysiada – brudny, zmęczony i ociężały jak gęsty dym – podnosi ją i niesie do domu, gdzie czeka ciepły posiłek. Do dziś podróżowanie oznacza dla mojej matki właśnie radość, że ktoś, kogo kocha, gdzieś dotarł. Jedyne, o co prosi mnie, nas wszystkich, to żeby powiadomić ją, gdy będziemy na miejscu. Nigdy nie słyszałem, by rozpływała się nad własnymi, bliskimi lub dalekimi, podróżami. Jej dzieciństwo przy trasie kolejowej było niczym więcej jak tylko dzieciństwem przy trasie kolejowej. Pociągi nie transportowały tęsknoty za dalekim światem. Rodziny nie stać było na wspólne wyjazdy. Przez pewne siebie jugosłowiańskie lata sześćdziesiąte mama przeszła jako młoda kobieta ze skromnymi ambicjami, której udało się osiągnąć to, co było dla niej ważne. Miała przyjaciół i dobre oceny w szkole. W liceum czytała Marksa i Kanta, a także umiała ugotować każde danie, które potrafiła przyrządzić jej matka. W młodości mama była piękna. Nosiła długie, rozpuszczone włosy. Nigdy nie mówiliśmy o zakochaniu. Ani ona, ani ja.
[...]
Gdy w kwietniu 1992 roku policjant dał jej do zrozumienia, że powinna zniknąć z Višegradu, bo Muzułmanom wkrótce zacznie się palić grunt pod nogami, jej odpowiedź w życiu, które bym dla niej wymyślił, brzmiałaby: „Kto zdecydował, że jestem Muzułmanką?”. Mama nic takiego nie powiedziała. I mądrze zrobiła. Podziękowała za informację. Odebrała mnie od babci i poszła po tatę do pracy. Gdy się pakowaliśmy – co będzie nam najbardziej potrzebne? – pierwsze muzułmańskie domy w górach stanęły w płomieniach. Mama chwyciła za telefon i przekazywała zalecenie policjanta. Ja z tatą ładowaliśmy rzeczy do yugo [samochód marki jugosłowiańskiej – przyp. aut.]. Potem rodzice poszli jeszcze do ogrodu. Stali objęci w tym miejscu, gdzie – wydawało mi się, jakby to było wczoraj, a zarazem w letni dzień przed wieloma laty – tańczyli swój ostatni taniec. Tata stał zwrócony do mnie plecami, mama – twarzą. Jej mina, szeroko otwarte oczy, tak samo nieobecna jak na fotografii. Ciałem przy swoim mężu, naprawdę zaś pogrążona we własnych myślach i we własnym lęku, owładnięta strachem o mnie, o nas, i już dalej, już po pożegnaniu, już teraz, już daleko stąd.
[...]
Gdy w Bośni 24 sierpnia 1992 roku strzelano, w Heidelbergu padał deszcz. Równie dobrze mógłby to być deszcz w Oslo. Każdy dom jest przypadkowy: tu się rodzisz, z tamtego zostajesz wypędzony, gdzie indziej oddajesz swoją nerkę na cele naukowe. Kto ma wpływ na okoliczności, może nazwać się szczęśliwym. Kto opuszcza swój dom nie z przymusu, ale z wyboru. Szczęściarzem jest ten, kto może spełniać swoje życzenia – być tam, gdzie chce. Wyjeżdża się wtedy na fantastyczne obozy językowe, przeprowadza się na starość na Florydę, a kobiety emigrują na Dominikanę, gdzie mieszkają przystojniejsi mężczyźni.
[...]
Heidelberg ma smukłą szyję (filigranowa dolina Neckara) i drobniutkie ramiona (uliczki Starego Miasta). Fasady z piaskowca zawsze są lekko zaróżowione – wiecznie onieśmielone własnym pięknem. Emmertsgrund jest prawą ręką w tym powabnym ciele. Dużą, toporną, szorstką, niekiedy zaciśniętą w pięść. W Emmertsgrund podawali sobie ręce Bośniacy i Turcy, Grecy i Włosi, rosyjscy Niemcy, polscy Niemcy, niemieccy Niemcy. Czasem pojawiały się nagle większe grupy chudych, milczących czarnoskórych z przekrwionymi oczami i od razu wiedzieliśmy: w Afryce znów gdzieś strzelają. Byliśmy sąsiadami, kumplami ze szkoły, kolegami po fachu. Kolejka w supermarkecie mówiła siedmioma językami. Instytucja społeczna, która w największym stopniu przyczyniła się do naszej integracji, to podupadła stacja benzynowa Aral. Pełniła funkcje centrum młodzieżowego, dostawcy napojów, parkietu do tańca oraz toalety. Kultury zjednoczone w świetle neonów i zapachu benzyny. Na parkingu uczyliśmy się od siebie nawzajem niepoprawnej niemczyzny i tego, jak należy na nowo zamontować radio samochodowe. Jedyna zasada: w pobliżu dystrybutorów – zakaz palenia. W niedziele bywało wyjątkowo miło. W południe po kościele dołączali do nas Polacy i chlali nieśpiesznie całe popołudnie. Wspaniałomyślni blondyni, jeszcze lekko odurzeni Krwią Chrystusa, z małymi wąsikami i w przydużych marynarkach. Rozmowy o edukacji, felgach, Bundeslidze, Bundeswerze, wynikach badań wątroby i – zawsze w którymś momencie – o rozmnażaniu. Polskie „kurwa, kurwa, kurwa”, niezapomniane.
[...]
Poszliśmy w dół do winnic. Dobiegał tu cichy szum miasta, jego trawienie w południowym upale. Dało się słyszeć głosy, zniekształcone, potem wyraźniejsze: dziewczyna uczyła chłopaka niemieckiego. Powtarzał to, co mu podpowiadała, chyba nieudolnie, bo się śmiała, a on klął – również ze śmiechem – po bośniacku. „Każde miasto – pisał angielski pisarz John Berger – ma płeć i wiek, które nie mają nic wspólnego z demografią. Rzym jest kobietą. (…) Sądzę, że Paryż to dwudziestokilkuletni mężczyzna, który kocha się w starszej kobiecie” [John Berger, Spotkania – przyp. narratora]. Heidelberg jest chłopakiem z Bośni, który w winnicach u stóp Emmertsgrund uczy się niemieckiego od pewnej dziewczyny. Znacznie później uzmysłowi sobie, że przypadkiem stał się chłopcem z Heidelbergu. Zrządzenie losu nazwie szczęściem, a miasto – swoim Heidelbergiem.
[...]
... wszedłem do sali od plastyki. Mieliśmy wybrać sobie jedno zdjęcie, po czym namalować nasz obraz w taki sposób, żeby wyglądał jak fotografia, nawet realistyczniej, hiperrealistycznie, jak określił to nauczyciel, i być może nie dla każdego w tym pomieszczeniu – dla mnie jednak z całą pewnością od początku – było jasne, że osiągnięcie tego celu jest mało realistyczne. Znalazłem zdjęcie roweru opartego o ścianę. Zdawało mi się, że to najprostszy motyw. W jakimś sensie płaski, z nielicznymi kolorami. Rower był czarny, a ściana pomarańczowa. To zadanie mnie frustrowało. Byłem jedynym cudzoziemcem w sali. Może cudzoziemcy generalnie nie lubią malować, a może to tylko przypadek, nie mam pojęcia. Pierwszego dnia kierownica wyszła mi za krzywo, drugiego dnia zaplątałem się w szprychy. Ale pracowałem dalej obok Andreasa, który niskim głosem rozpływał się nad samolotami myśliwskimi; trzeciego dnia szło mi już dobrze. Jakoś się rozluźniłem. Malowałem od trzech dni. Gdy zmrużyło się oczy, ten rower nie wyglądał wcale aż tak źle. Cieszyło mnie, że Andreas miał tak jasno sprecyzowane marzenia. I byłem zadowolony, że na ostatniej prostej zadał sobie jednak trochę trudu. Jego obraz nadal wyglądał kijowo, ale Andreas ukucnął przed płótnem i w zapamiętaniu wystawił koniec języka – tak, skupieni ludzie są nadzwyczaj piękni!
[...]
Często przypominano nam, że w Niemczech trzeba trzymać się „zasad”. Tak jakby gdzie indziej żadnych zasad nie znano. Rzucone w tramwaju do mnie i mojego kuzyna w gwarze palatynackiej do reddä märr Daidsch – „tutaj mówimy po niemiecku” – nie było oczywiście regułą, którą należało brać na serio, ale same słowa brzmiały całkiem poważnie. Moi rodzice na wszelki wypadek rozmawiali w przestrzeni publicznej po serbsko-chorwacku ściszonymi głosami. Kto przestrzegał zasad, również takich, które w ogóle nimi nie były, temu – jak nam się wydawało – łatwiej się wybaczało bycie imigrantem. Przypominając nam o wszystkich regułach, nie pozwalano nam zapomnieć o najważniejszej z nich: jesteście tu obcy. Z czasem zaznajomiliśmy się z uprzedzeniami i nauczyliśmy się, że odnoszą się do nas, choć wcale tacy nie jesteśmy. Agresywni, prymitywni i nielegalni. Cebula i zarazki. Emigracja, a potem infiltracja. W gruncie rzeczy wykonywaliśmy pracę uświadamiającą, postępując tak, jak zachowywalibyśmy się wszędzie: jak ludzie, którzy przypadkiem nie mogli znaleźć się tam, gdzie chcieliby się znaleźć. Nie musieliśmy udawać.
[...]
Marcin, podobnie jak my, mieszkał w Emmertsgrund i był najnormalniejszym piętnastolatkiem, jakiego do tej pory potrafię sobie wyobrazić, choć nie umiałbym tego jakoś bliżej zdefiniować. Nie mówił ani za dużo, ani za mało. Nosił tiszert, dżinsy i trampki. Pił rozcieńczony sok jabłkowy, tyle że zamiast gazowanej wody dodawał wodę z kranu. Czytał wyłącznie komiksy, ale nie w jakichś przesadnych ilościach. Niczego nie kolekcjonował. Jego ulubiony zespół nazywał się Fury in the Slaughterhouse, muzyka brzmiała bardzo grzecznie. Marcin co parę miesięcy wypróbowywał nowy żel do włosów. Grał w kosza w klubie i namówił mnie, bym też się zapisał. Nigdy nie zdobywał wiele więcej ani też wiele mniej niż dziesięć punktów w jednym meczu. Rodzice Marcina byli Ślązakami. Zanim go poznałem, nie miałem pojęcia o Śląsku. Marcin urodził się w Niemczech, zamierzał po skończeniu osiemnastu lat udać się w podróż do Katowic, do rodzinnych domów swoich rodziców. Ale ostatecznie poleciał na Korfu.
[...]
Dziadek Emila już przy pierwszej wizycie pokazał mi broń myśliwską. Był emerytem i myśliwym, i – jak mówił – najchętniej ciągle by tylko polował. W jakimś sensie sprawiło mi radość, że naszą pierwszą rozmowę skierował na swoje hobby, nawet jeśli wiązało się z zabijaniem zwierząt. Jednocześnie zdradził mi, że urodził się w Gdańsku i że znał jedną Saszę ze Związku Radzieckiego. Ładna była, ciekawe, co dzisiaj robi. Spytałem, co robiła wtedy, na co dziadek Emila odpowiedział: była strażniczką w obozie jenieckim. Trzecia minuta naszej znajomości. Zapytałem Emila, czy też chodzi na polowania, a on powiedział, że tego nienawidzi. Kochał książki. Miał szesnaście lat i należał do dwóch kółek czytelniczych. Zachęcał mnie do przyłączenia się, ale ja czytałbym tę samą książkę dziesięć razy dłużej niż on, a nie chciałem, by ktoś na mnie czekał. Pierwszą pozycją, jaką mi pożyczył, była powieść Hansa Fallady Co dalej, szary człowieku? Jej przeczytanie zajęło mi trzy miesiące, wydawała mi się super.
[...]
Chcemy zrobić coś głupiego. Jedziemy na stację rozrządową, Piero, Marcin, Dule i ja, wsiadamy do wagonów towarowych – piękno miedzi – a potem przechodzimy przez płot na teren składu makulatury. Właśnie od tego najczęściej zaczyna się robienie głupot – od sforsowania ogrodzenia. Kładziemy się w ogromnym kontenerze wypełnionym gazetami, czasopismami, które pozostały, nie sprzedały się, przecież byłoby szkoda, gdyby nikt tego nie przeczytał – woła Piero po włosku. Chyba tak woła, nie rozumiemy go, ale ma rację. Niczego tam nie brak, najważniejsze są magazyny o muzyce, ponieważ, gdy ma się szesnaście lat, muzyka mówi o wszystkim, co istotne. Gazety sportowe, wciąż związane sznurkiem paczki „Süddeutsche” i „Spiegla”. Zagłębiam się w fachowym czasopiśmie poświęconym fotografii (zbieram na swój pierwszy aparat), czytam, że popularne stają się aparaty cyfrowe, ale że mamy do czynienia jedynie z pewną modą. Leżeć w słowach i obrazach, pośród tego, co zakazane, i gapić się w jasne niebo, albo też jak Piero na jasne piersi kobiety w marynarskim stroju na okładce jakiegoś czasopisma – to przypomina wakacje, ale wakacje w dobrym stylu, bez rodziców, z chłopakami; a Dule zapala papierosa, chociaż oczywiście to głupie, to ostatnia rzecz, jaką powinno się robić w kontenerze na papier. Dym szybko przestaje być tylko wymysłem, pryskamy stamtąd jak na filmie, przelatujemy przez ogrodzenie w zwolnionym tempie, robienie głupot zwykle kończy się w taki sposób – ucieczką przez płot, i tym razem śmiechem, bo ogień nie wyrządził żadnej poważnej szkody, a jedyną osobą, która mimo paniki pomyślała o zabraniu gazety, był Piero, i bardzo nas to cieszy.
[...]
Pewnego razu oprócz mnie w kolacji uczestniczyły dwie energiczne lesbijki o imieniu Andrea. Obie były lekarkami weterynarii w Palatynacie, jedna praktykowała, druga prowadziła badania. Musiałem chyba coś wymamrotać w odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się mój akcent, w każdym razie Andrea, badaczka, zrozumiała „Boston” zamiast „Bośnia” i roześmiała się niezwykle uradowana, jakbym właśnie sprawił jej jakiś prezent. Zaczęła opowiadać o tym, jak prowadziła zajęcia na MIT [amerykańska uczelnia niepubliczna, politechnika o statusie uniwersyteckim – przyp. aut.] i jak cudowny czas spędziła w Bostonie. Mówiła po angielsku z bardzo brytyjskim akcentem, podobnym do British Bulldoga, wrestlera. Posługiwała się angielskim, choć słyszała, że mówię po niemiecku. Może sądziła, że poczuję się lepiej, prowadząc rozmowę w ojczystym języku. Nie przerywałem jej, kiwałem głową, gdy coś zrozumiałem, odpowiadałem całkiem szczerze na jej pytania – co robię w Niemczech, school, gdzie mieszkam, close to the river, kiedy wracam, soon I hope – z moim akcentem Bruce’a Willisa, a ona brała te odpowiedzi za dobrą monetę, niesamowite.
[...]
Siedzę za mamą na kanapie. Jej kark, mimo papierosowego dymu, ładnie pachnie. Kostki stukają dźwięcznie, tata odzywa się: Ludobójstwo narodu serbskiego? na to Berec: To tylko słowa, na co Kosta: Najwyższy czas, żeby ktoś je wypowiedział, a tata: Bzdury gadasz, włącza się mama: Alea iacta est [z łac. kości zostały rzucone; sentencja Juliusza Cezara przed zamachem stanu w Rzymie – przyp. aut.] – i uzyskuje małego strita [w grze karcianej zwanej pokerem – przyp. aut.]. Czym pachniała szyja mamy? Kilka lat później Kosta wraz z Białymi Orłami [serbska nacjonalistyczna organizacja paramilitarna – przyp. narratora] wpada do budynku, w którego piwnicy się ukrywaliśmy. Natychmiast staje się fikcją literacką. Barwy maskujące na policzkach i spokojny głos, kiedy mówi, że jest głodny, wokół niego popłakujące dzieci.
[...]
[Babcia – przyp. aut.] Budzi się. Gdzie jest? Czuje mokre prześcieradło. Tapety. Chyba sypialnia. Ma gorące stopy. Kapcie na nogach. Zsuwa je. Dywan. Paskudny, paskudny dywan, w domu ma taki sam, tyle że dużo ładniejszy. Regał na książki. Biało-brązowy, złote obramowania. Książki. Biografia Tity. Dalej Meša Selimović, Abdulah Sidran, Saša Stanišić i Herbaciana kuracja. Ach, książki. Miała zagmatwany sen, mętlik, mętlik. Był w nim żołnierz. Dziewczynka. Mężczyzna, który ją kocha. Grabarz. Gmatwanina. Sny są czymś żywym – i dlatego przemijają niczym pamięć. A to skąd się znów wzięło?
[...]
Bawiliśmy się w chowanego, dorośli też. Pobiegłem w głąb lasu, aż w końcu nie słyszałem już nic oprócz lasu i siebie. Przysiadłem na pniu drzewa. Nikt na całym świecie nie wiedział, gdzie dokładnie jestem. Grzebałem w mchu. A ponieważ nikt mnie nie znalazł, wkrótce zaczęło się robić nudno. W drodze powrotnej dostrzegłem mamę i żonę mojego wuja za jakąś skałą. Chichotały do butelki z winem. Podpatrywałem je, sam pozostając niewidocznym. Nie pamiętam już, o czym rozmawiały. Chciałbym, żeby to było coś nieistotnego i przyjemnego. Dwa lata później dziesiątki muzułmańskich kobiet zostaną wywiezione do ośrodka wypoczynkowego w Višegradzie, tam zostaną zgwałcone i zabite. W Višegradzie nie ma już dla mnie prawie żadnych beztroskich miejsc. Prawie żadnych wyłącznie osobistych wspomnień. Niemal każde pojawia się z dopiskiem, z przypisem o sprawcach, ofiarach i okrucieństwach, które się tam rozegrały. To, co kiedyś odczuwałem, wymieszało się z tym, co wiem o konkretnym miejscu. Znam wyroki sądowe dotyczące wydarzeń wojennych, jakie miały miejsce w okolicy. Czytałem o cierpieniach, wydrapanych w ścianach paznokciami kobiet, które więziono w tutejszym domu wczasowym.
[...]
Znałem Jugoli, którzy ucieleśniali bałkańskie stereotypy (trochę agresywni i aspołeczni, łatwo ich sprowokować). Mylili kłótliwość z pewnością siebie, obrażanie z wolnością słowa. Nosili naszyte emblemaciki starych czasów. Byli Chorwatami i chcieli, żeby każdy o tym wiedział. Przy naszym pierwszym spotkaniu ustalili, kim jestem: nie-Serbem. Pozostałe rzeczy ich nie interesowały, zostawili mnie w spokoju, ja zaś schodziłem im z drogi. Tacy przyjeżdżali na Aral tylko po to, by zatankować. Żaden Jugol z naszej paczki ze stacji nie przeceniał wartości pochodzenia. Jeden czy drugi dowcip. Gdyby Zoki chciał u nas sporządzić jakąś listę, Adil zmusiłby go, by zjadł ją razem z pisakiem.
[...]
Kiedyś w dziesiątej klasie nauczyciel niemieckiego przyłapał mnie na tym, że nie uważałem. Pisałem wiersze, gdy on o wierszach opowiadał. Upomniał mnie: pisz dalej, ale nie w czasie lekcji. I: pisz po niemiecku! Zaproponował, że mi pomoże. Umówiliśmy się na przerwie obiadowej, siedzieliśmy obok jakiegoś szkieletu na tyłach sali biologicznej i rozmawialiśmy o metaforach. Był moim pierwszym redaktorem, a także pierwszą osobą w Niemczech, która uważała, że to, co robię, jest dobre. I która poświęciła mi swój czas. Na początku tłumaczyłem z serbsko-chorwackiego, potem, zachęcony przez nauczyciela, zacząłem pisać pierwsze wersy od razu po niemiecku. Zaproponował, by jeden z wierszy dać klasie do interpretacji. Miałem wymyślić sobie jakiś pseudonim, zastanawiałem się nad tym całymi dniami. Omawialiśmy poezję Hilde Domin i Rose Ausländer. Ucieczka i utrata ojczyzny, wiersz, który napisałem, nadawał się idealnie, zgłaszałem się z zapałem przy każdym pytaniu, chcąc poprawić ocenę za wypowiedzi ustne. Mój pseudonim brzmiał: Stan Bosni.
[...]
Następnego dnia rano Olli i jego ojciec zabrali mnie ze sobą na średniowieczny jarmark, gdzie obserwowaliśmy, jak podkuwa się konie. Oto puenta, a w niej takie zdanie: mój bunt był dopasowaniem. Nie do oczekiwań względem tego, jak należy się zachowywać jako imigrant w Niemczech, choć świadomie również się temu nie sprzeciwiałem. Moja niechęć odnosiła się do uznawania pochodzenia za fetysz oraz fantazmatów narodowej tożsamości. Opowiadałem się za przynależnością. Wszędzie tam, gdzie mnie chciano i gdzie sam chciałem się znaleźć. Najmniejszy wspólny mianownik: tyle wystarczyło. Moi pradziadkowie z Oskorušy nie byli migrantami. W przeciwieństwie do rodziców Wojtka, którzy przybyli ze Śląska, rodziców Piera, przybyszów z Apulii, Rike i jej rodziców z NRD, Kadriye i Fatiha z Turcji, dziadka Emila z Gdańska czy Dedo wyjętego z koszmaru miny pułapki.
[...]
I choć grabarz nie wie, gdzie znajduje się Vijarac, to jedno wie z całą pewnością: ta góra jest jego, jego Megdan [z tur. pole bitwy, miejsce pojedynku, arena – przyp. aut.], cmentarz i kościół. A zresztą, jaka tam „moja” – dodaje, odchrząkując, w oczach mężczyzny zaś babcia dostrzega jakiś błysk entuzjazmu i dumy. I to właśnie one, owe drgnienia w wielkich oczach grabarza, uświadamiają babci bez cienia wątpliwości, że nie dotarła jeszcze tam, dokąd zmierza. Kto z zapałem mówi o czymś, co napawa go dumą, a potem próbuje swój zapał ukryć, nie mogąc przy tym ukryć dumy, ten nie kłamie. Babcia z pewnością przeczuwała, że obrała złą drogę. Bo to tak: o świcie Drina, widziana z Megdanu, wygląda tak pięknie, że wydaje ci się, jakby była czymś więcej niż tylko rzeką. Jest jakimś bardzo, bardzo dobrym pomysłem. Żadna rzeka na świecie tak nie wygląda.
[...]
Nie ma jednego słowa oznaczającego wszystkie słowa. Gdyby takie istniało, mogłoby przetrwać zaledwie trzy sekundy. Przeciętnie co trzy sekundy powstaje nowe słowo, które oddziałuje na wszystkie słowa i unieważnia słowo nazywające wszystkie słowa. Nieustanny pęd do słowotworzenia sprawia, że takie słowo po trzech sekundach staje się przestarzałe i odarte ze swojego znaczenia. Słowotworzenie! I już go nie ma, już znikło, słowo na wszystkie słowa. Wąż na cmentarzu w Oskorušy? Żmija nosoroga na drzewie owocowym? Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu podaje, że żmije nosorogie nie potrafią się dobrze wspinać. Wąż musi się zatem przemienić. Zrzucić skórę, jakby zdejmował maskę. To już nie poskok. Potrzebne więc mu imię: Josip Karlo Benedikt von Ajhendorf. Nie mylić z romantycznym poetą. A zatem Ajhendorf. On – wąż – jest już nie tylko kolią, dekoracją drzewa i opowiadania. Przestaje być również motywem – ogniwem historii o ojcu i jego spotkaniu ze żmiją, która rozegrała się tylko na kartach tej książki. (Ojciec robi zamach kamieniem: siła, zdecydowanie i powaga, potem jednak wybucha wojna, okazuje się silniejsza i tak dalej). Mam dość ułudy wspomnień, powoli też dość ułudy fikcji literackiej.
[...]
Dzisiaj mamy 25 kwietnia 2018 roku. Miasto odwiedza serbski klub motocyklowy. Siedzę z babcią w kawiarni. Skórzane kamizelki kroczą dumnie po ulicach. Naszywki czetników.
„Z wiarą w Boga”.
Trupia czaszka.
„Wolność albo śmierć”.
Krzyż serbski.
Robią sobie selfie przed mostem. („Niektórzy zostali zabici na moście, niektórych wrzucano do rzeki i strzelano do nich z mostu”). Wiesz – odzywa się babcia – tutaj zawsze najwięcej miał ten, kto miał najmniej skrupułów.
[...]
Do Oskorušy prowadzi kręty szlak wijący się pod górę przez las. Nieutwardzone drogi dojazdowe skręcają do domów i gospodarstw, zamiast nazw ulic podaje się nazwiska. Z miejsc, gdzie las się przerzedza, roztacza się widok na dolinę Limu. Zieleń rzeki, brąz pól, czerwień nieotynkowanych ceglanych murów. Krajobraz i urodzajny, i pusty. Im dalej w górę, tym zakręty wydają się węższe i bardziej strome niż poprzednie, potem asfalt się kończy. Zjeżdżamy na pobocze na nowiutkich, śmiesznie tanich oponach. Dokąd teraz? Niczego nie poznaję. Ostatnia wizyta taty miała miejsce pięćdziesiąt lat temu. Zagajnik, paprocie, zagwozdka. Niebo niczego nie zdradza, las też nie. W wykrotach czuć słodką woń rozkładu. Podejmujemy decyzję: jedziemy dalej pod górę. Szumi i szeleści. Listowie, dzięcioły, ukąszenia owadów. Przewrócony płot, jakby coś na całej długości wyrwało go z ziemi. Gdzieś tutaj Gavrilo czekał na mnie i na babcię. Próbuję wyobrazić sobie na tych drogach dziadka jako młodego mężczyznę. W marynarce. Na ośle. Nie udaje mi się, nic z tego, to tylko ja, przepuszczony przez filtr fotografii.
[...]
Trzeciego dnia w Rogaticy [w domu spokojnej starości – przyp. aut.] znów czeka mnie pożegnanie z babcią. Za kilka godzin odlatuję do Niemiec. Przeglądamy album ze zdjęciami. Układamy domino. A potem znów fotografie. Jemy ryż z czymś tam. Gdy babcia po raz trzeci otwiera album, przytulam ją i wstaję. Wokół nas, niczym brzęczący rój, kręcą się inni staruszkowie. Babcia przerzuca kartki w swojej przeszłości. Czy to ja? – pyta, pokazując jakieś zdjęcie. Zostawiam ją samą z tym pytaniem. Babciu, wkrótce opowiemy, co było dalej. W poczekalni na lotnisku jakaś dziewczynka wdrapuje się na siedzenie obok starszego pana, który czyta jej na głos. Na początku nie potrafię skupić się na opowieści, potem jednak wciągam się, wszystko dobrze się kończy, ja zaś chciałbym, żeby historia miała inne zakończenie. Bycie w podróży, mnóstwo świateł, zapowiedzi. Pozbawione pór roku poczekalnie na lotniskach. Nie wsiadam do samolotu. Robię ogromne zamieszanie z powodu mojej walizki, która została już załadowana. Wynajmuję samochód, czekam godzinami, aż jakiś się zwolni. Mogę wyruszyć dopiero wieczorem. Jadę z powrotem do Rogaticy. Godzinę przed północą docieram na miejsce. W świetle sztormówki jakiś mężczyzna przycina różany żywopłot przed domem starców. Parkuję samochód naprzeciwko bramy. Z tego miejsca wydaje się, jakby ogrodnikowi wyrastały z pleców gałęzie. Jakby sam był częścią krzewu. Trzyma wielki sekator, posługiwanie się nim wymaga sporo wysiłku. Wchodzę przez bramę do ogrodu. Krzew zarósł ścieżkę. Ogrodnik mierzy mnie jednym okiem – drugie zakrywa opaska. Mężczyzna jest wysoki i garbaty. Oświetla mi drogę lampą. Przeciskam się przez żywopłot, kolce wczepiają się w kurtkę. Coś, jakieś zwierzę, ucieka przed snopem światła, garbus klnie. Przedostaję się na drugą stronę. Dziękuję za poświecenie – mówię. Chyba mnie rozpoznaje, bo pyta, czy czegoś nie zapomniałem. Wokół jego łysej czaszki wieniec z gałęzi. Szorstki głos, szukam jakiegoś obrazu – gdy wtem, ciach, odcina kolczasty pęd tuż przy moim uchu. Schylam się pod ostrzami, pędzę do budynku. Tak – wołam – zapomniałem powiedzieć babci dobranoc.
[...]
SMOKI PRZEBYWAJĄ NA ZIEMI OD PIĘCIU TYSIĘCY LAT. Tutejsze stwory wywodzą się z mitycznych krain Kaukazu i Mezopotamii. Gdyby nie ruchy migracyjne obecne w ostatnich tysiącleciach, nie byłoby w okolicach Oskorušy żadnych smoków. A tak słyszycie w chmurach nad sobą – najpierw jednak parkujesz wynajęty samochód, wysiadacie razem z babcią – potężnych skrzydeł klaskanie. Co to było? – pyta babcia. I tylko dobiega z gór lasu szum [Joseph von Eichendorff, W lesie – przyp. narratora] – odpowiadasz. Babcia ziewa. I serce łomocze ci z trwogi [Joseph von Eichendorff, W lesie – przyp. narratora]. Okrywasz babcię swoją kurtką. Światło we wnętrzu samochodu gaśnie, wokół zapada ciemność.
[...]
DOM JEST CIEMNY I CICHY. W przeciwieństwie do psa Sretoje – Ciga. Jego opętańcze szczekanie nie zwiastuje niczego dobrego, kiedy zbliżacie się do gospodarstwa. Zwierzę wydaje się czarniejsze niż noc. Opiera się łapami o płot i ujada w kierunku gór. Przemawiasz do psa, próbując go uspokoić. Jego strach okazuje się jednak ważniejszy niż ty. Gdyby Sretoje był w domu, pewnie już dawno by się obudził. Mimo to parę razy walisz pięścią w drzwi. Nic. Naciskasz klamkę. Zamknięte.
Dzisiaj mamy 30 października 2018 roku. W naszym mieszkaniu w Hamburgu stawiam w oknie zapalone świece, by upamiętnić zmarłą. Oglądam fotografie babci. Na jednej siedzę jej na kolanach. Mam sześć i czterdzieści lat. Trudno mi przypomnieć ją sobie jako zdrową kobietę. Trudno mi utrzymać ją tutaj przy życiu.
[...]
Nie, to nie koniec. Człowiek, którego kochamy, umiera. Umarł. „Czy to ja?” – tak brzmiało ostatnie zdanie babci – zdanie niemające adresata – wypowiedziane w domu spokojnej starości w Rogaticy. To pytanie zadaję sobie na kartach tej książki: czy to ja? Syn tych rodziców, wnuk dziadków, prawnuk pradziadków, dziecko Jugosławii, uchodźca wojenny, który przypadkiem trafił do Niemiec. Ojciec, pisarz, postać literacka. Jestem tym wszystkim? Pamiętam brzmienie mojego przezwiska, gdy babcia dawniej mawiała: Saška, dla ciebie wszystko to zabawa. To było dzieciństwo pełne czułości, bez jakiegoś szczególnego rygoru. Czy to wciąż ja? Wszystkie te krótkie wizyty u babci po wojnie. Za każdym razem stawaliśmy się sobie trochę bardziej obcy, to, co bliskie, należało do przeszłości. Ja zwykle w pośpiechu, ona zawsze na miejscu. Odwiedziliśmy ją z moją partnerką i dzieckiem dziewięć miesięcy po jego narodzinach. Babcia wiozła niemowlę w wózku przez miasto. Nie nawykła do prowadzenia, wózek więc coraz bardziej się rozpędzał, babcia za nim gnała, a biegnąc, przemawiała czule do swojego prawnuka.
Kładę jej dłoń na policzku. Życzę babci dobrej nocy. Czekam, aż zaśnie. Siadam w świetlicy. W klatce kanarek. Otwieram plik SKĄD.doc. Piszę:
Kładę jej dłoń na policzku. Życzę babci dobrej nocy. Czekam, aż zaśnie. Siadam w świetlicy. W klatce kanarek. Otwieram plik SKĄD.doc.
[...]
KONIEC
Wszystko kasuję. Piszę: Babcia dostrzegła na ulicy dziewczynkę. Woła do niej z balkonu, by się nie bała, przyjdzie po nią. Nie ruszaj się! W samych pończochach schodzi z trzeciego piętra, a to trwa, trwa, kolana, płuca, biodra, a gdy dociera tam, gdzie stała dziewczynka, tej już nie ma.
KONIEC
[...]
Nie znam tego lasu. To nie jest droga do domu, prawda? Gdzie jest twój dom? Moje słoneczko – odpowiada babcia. Moja radości. Mój osiołku. Zrozum to wreszcie. Nie liczy się, gdzie coś jest. Albo skąd się jest. Liczy się, dokąd idziesz. A na końcu nawet i to nie. Spójrz na mnie: nie wiem, ani skąd przychodzę, ani dokąd zmierzam. I mówię ci: czasem wcale nie jest to takie złe.
Saša Stanišić, Skąd
Powieść obyczajowo-retrospekcyjna Sasy Stanisicia – niemieckojęzycznego pisarza pochodzenia bośniackiego i świeżo upieczonego laureata Nagrody Europy Środkowej Angelus kapituły wrocławskiej przenosi akcję opowiadania na tereny współczesnej Bośni i Hercegowiny oraz do Emmertsgrund dziś także dzielnicy Heidelbergu w środkowych Niemczech, generalnie w lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, aż po czasy nam współczesne. Sasa, jako dojrzały i ugruntowany już pisarz opowiada historię swej „uchodźczej epopei”, której przyczynkiem stała się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku bratobójcza wojna po rozpadzie federacji jugosłowiańskiej. W tej szczególnej, wzruszającej narracji szczególną rolę przypisuje swojej babci Kristinie i dziadkowi Pero, którzy w swej prostocie, żywotności i afirmacji życia stają się dla młodego, czy potem dojrzałego już Sasy uosobieniem wszystkiego tego, co wciąż w człowieku pozostaje najlepszym. W swej opowieści Sasa także nie stroni od trudności, przed jakimi staje uchodźca w całkowicie odmiennym środowisku, do jakiego musi się wcześniej niż później, ale przystosować, tak, aby przeżyć o jeden dzień więcej. Powieść przede wszystkim o tym, że tak naprawdę to jedyną ojczyzną, na jaką zasługuję każdy człowiek to więź z drugim i najbliższym mu człowiekiem, której rozsupłać nie sposób.