25.11.2023

„Wrogi tłum zawsze składa się
z pojedynczych ludzi”
„istnieje tylko jedna
odmiana ludzi. Ludzie”
„Demokracja to my”
„Niech martwi pogrzebią martwych”
[…]
Niektórzy członkowie naszej rodziny Południowców wstydzili się tego, że brak w naszym drzewie genealogicznym uczestników bitwy pod Hastings [z 1066 roku, gdy Wilhelm Zdobywca zwycięsko najechał Anglię – przyp. aut.] – po którejkolwiek ze stron. Mieliśmy tylko Simona Fincha, aptekarza-myśliwego z Kornwalii, którego pobożność ustępowała jedynie skąpstwu. W Anglii zirytowały go prześladowania ludzi, którzy sami siebie nazywali metodystami, ze strony ich bardziej liberalnych braci – zirytowały tak bardzo, że Simon, który także nazywał siebie metodystą, wybrał się za Atlantyk, do Filadelfii, a potem na Jamajkę, następnie do Mobile i jeszcze do Saint Stephens. Pamiętając o napomnieniach Johna Wesleya na temat używania nazbyt licznych słów w transakcjach kupna i sprzedaży, Simon wzbogacił się, handlując lekami, lecz nie zaznał szczęścia, gdyż kusiło go to, co – jak wiedział – nie służy chwale Pana: na przykład złota biżuteria i kosztowne stroje. Dlatego też Simon, zapomniawszy przestróg swego nauczyciela na temat posiadania ludzkiego inwentarza, zakupił trzech niewolników i z ich pomocą założył farmę nad brzegiem Alabama River, mniej więcej sześćdziesiąt kilometrów powyżej Saint Stephens. Powrócił do miasta tylko raz, by znaleźć sobie żonę, która urodziła mu wiele córek. Dożył sędziwego wieku i umarł bogaty. Zwyczaj w rodzinie był taki, że mężczyźni pozostawali na farmie Simona, Finch’s Landing, i żyli z uprawy bawełny. Gospodarstwo było samowystarczalne; skromne w porównaniu z okolicznymi imperiami Landing produkowało wszystko, co potrzebne do życia, prócz lodu, mąki pszennej oraz odzieży, którą dostarczano statkami z Mobile[nadmorska miejscowość w południowej Alabamie – przyp. aut.].
[…]
Ludzie poruszali się wolno. Niespiesznie przemierzali plac, powłócząc nogami, zaglądali do otaczających go sklepów i wcale nie liczyli się z czasem. Doba miała dwadzieścia cztery godziny, ale wydawała się dłuższa. Pośpiech nie istniał, bo nie było dokąd się spieszyć, nie było nic do kupienia i brakowało pieniędzy, by cokolwiek kupić; nie było też niczego ciekawego do oglądania poza granicami hrabstwa Maycomb [w rzeczywistości hrabstwa Monroe w południowej Alabamie – przyp. aut.]. A jednak dla niektórych był to czas nieokreślonego optymizmu: hrabstwo Maycomb [Monroeville – miejscowość stołeczna w hrabstwie – przyp. aut.] dowiedziało się niedawno, że nie musi się bać niczego prócz samego strachu. Mieszkaliśmy przy głównej ulicy dzielnicy willowej – Atticus, Jem, ja, no i nasza kucharka Calpurnia. Z ojca byliśmy zadowoleni: bawił się z nami, czytał nam i traktował nas z uprzejmą bezstronnością. Z Calpurnią było zgoła inaczej. Chuda i koścista, miała krótki wzrok i wiecznie mrużyła oczy; jej dłoń była szeroka jak listwa od łóżka i dwa razy twardsza. Wiecznie wyganiała mnie z kuchni, za każdym razem pytając, dlaczego nie jestem taka grzeczna jak Jem, choć dobrze wiedziała, że on jest starszy; zawsze też wołała mnie do domu, kiedy wcale nie byłam na to gotowa. Toczyłyśmy epickie, ale i jednostronne bitwy. Calpurnia nieodmiennie wygrywała, głównie dlatego, że Atticus [ojciec, prawnik okręgowy – przyp. aut.] brał jej stronę. Była z nami, odkąd urodził się Jem i odkąd sięgałam pamięcią, wyczuwałam jej przytłaczającą obecność. Nasza matka umarła, gdy miałam dwa lata, nie odczułam więc jej odejścia. Była z Grahamów z Montgomery; Atticus poznał ją, gdy po raz pierwszy wybrano go do stanowego zgromadzenia. Był już mężczyzną w średnim wieku, piętnaście lat starszym od niej. Jem był owocem pierwszego roku ich małżeństwa; cztery lata później ja przyszłam na świat, a dwa lata po tym nasza matka umarła nagle na zawał. Podobno to rodzinna przypadłość Grahamów. Nie tęskniłam za nią, ale mam wrażenie, że Jem tak. Pamiętał ją wyraźnie i czasem w samym środku gry wzdychał przeciągle i odchodził, by bawić się samotnie za garażem. Wiedziałam, że gdy jest w takim nastroju, lepiej go nie nagabywać. Gdy miałam prawie sześć lat, a Jem prawie dziesięć, granice naszego letniego terytorium (w zasięgu głosu Calpurnii) wyznaczały dom pani Henry Lafayette Dubose, stojący dwie posesje na północ od naszego, oraz dom Radleyów, o trzy posesje na południe. Nigdy nas nie kusiło, by je przekraczać. Mieszkańcem domu Radleyów była nieznana istota, a sam jej opis wystarczał, byśmy całymi dniami byli anielsko grzeczni; pani Dubose była zaś istną diablicą.
[…]
Resztę lata spędziliśmy na uprawianiu typowych przyjemności, to jest: przebudowując domek usytuowany w konarach wielkich miodli, które rosły na naszym podwórzu, awanturując się i przerabiając listę dramatów podwórkowych opartych na dziełach Olivera Optica, Victora Appletona i Edgara Rice’a Burroughsa. Dobrze, że był z nami Dill – odgrywał w tych inscenizacjach role, które dawniej należały do mnie: był małpą w Tarzanie, panem Crabtree w The Rover Boys czy panem Damonem w Tomie Swifcie. Stał się naszym kieszonkowym Merlinem z głową pełną ekscentrycznych pomysłów, dziwacznych tęsknot i osobliwych upodobań. Jednakże pod koniec sierpnia nasz repertuar stracił na atrakcyjności od nadmiaru przedstawień i właśnie wtedy Dill podsunął nam pomysł wywabienia Boo Radleya. Domostwo Radleyów fascynowało Dilla. Mimo naszych wyjaśnień i ostrzeżeń przyciągało go jak Księżyc wodę, choć jedynie do narożnej latarni, w bezpiecznej odległości od bramy posesji. Stawał przy niej, obejmował ramionami gruby słup i patrzył w zamyśleniu. Posesja Radleyów wcinała się ostrym zakrętem za nasz dom. Idąc na południe, dochodziło się do ganku; chodnik skręcał tam i biegł dalej wzdłuż podwórka. Dom był niewysoki i niegdyś biały; miał rozległy ganek i zielone okiennice, ale całość dawno już pociemniała, dostosowując się do szarości otoczenia. Zbutwiały od deszczu gont zwieszał się nisko nad werandą; rozłożyste dęby nie dopuszczały do niej słońca. Chwiejne resztki ogrodzenia strzegły nigdy niezamiatanego podwórka przed domem, bujnie porośniętego dzikimi trawami i tytoniem. W domu rezydował zaś złowrogi duch. Ludzie mówili, że naprawdę istnieje, ale my z Jemem nigdy go nie widzieliśmy. Mówili też, że wychodzi nocą, gdy księżyc stoi nisko, żeby zaglądać ludziom w okna. Gdy komuś podmarzłe azalie, mówili, że to jego oddech je zmroził. Wszystkie drobne przestępstwa w Maycomb były jego sprawką. Pewnego razu seria ponurych nocnych wydarzeń rzuciła na miasto cień strachu: ktoś okaleczał kurczaki i zwierzęta domowe mieszkańców Maycomb. I choć sprawcą był Szalony Addie, który potem utopił się w Wirze Barkera, ludzie wciąż spoglądali podejrzliwie na dom Radleyów, nie chcąc wyzbyć się pierwotnych podejrzeń. Żaden Murzyn nie przeszedłby nocą obok tej posesji, chyba że drugą stroną ulicy, pogwizdując dla kurażu. Teren szkoły sąsiadował z zapleczem posesji Radleyów. Orzeszniki rosnące na podwórzu gubiły owoce nad naszym boiskiem, ale dzieci nawet ich nie dotykały: orzechy Radleyów zabijają. Piłka baseballowa, która wpadła na ich podwórze, była stracona i nikt tego nie kwestionował.
[…]
Dill opuścił nas na początku września, by powrócić do Meridian. Odprowadziliśmy go do autobusu na piątą, a potem było mi źle bez niego, póki nie przypomniałam sobie, że za tydzień zaczyna się szkoła. W życiu nie czekałam na nic z większą niecierpliwością. Zimą długie godziny spędzałam w domku na drzewie z widokiem na szkolny dziedziniec, szpiegując gromady dzieci przez teleskop o dwukrotnym powiększeniu, który dostałam od Jema [brata – przyp. aut.]. Śledziłam ich zabawy i starałam się nie tracić z oczu czerwonej kurtki brata, gdy bawił się w ciuciubabkę z rówieśnikami, których małe zwycięstwa i porażki przeżywałam w sekrecie. Pragnęłam do nich dołączyć. Jem zgodził się zaprowadzić mnie do szkoły pierwszego dnia, choć zwykle czynili to rodzice. Zrobił to, ponieważ Atticus zapewnił mnie, że Jem z rozkoszą pokaże mi, gdzie jest moja klasa. Mam wrażenie, że doszło przy tej okazji do pewnej transakcji, bo gdy truchtem mijaliśmy narożnik posesji Radleyów, z kieszeni Jema dobiegł rzadko słyszany brzęk monet. Gdy zwolniliśmy, by normalnym krokiem wejść na teren szkoły, Jem pouczył mnie, że podczas lekcji nie powinnam go niepokoić, proponować odegrania sceny z Tarzana i Ludzi-Mrówek, wprawiać w zakłopotanie wzmiankami o prywatnym życiu ani tym bardziej włóczyć się za nim podczas przerw. Ja miałam trzymać z pierwszakami, a on z piątoklasistami. Krótko mówiąc, miałam dać mu święty spokój.
[…]
Skoro nie on cię nauczył, to kto? – spytała pogodnie panna Caroline [nauczycielka szkolna – przyp. aut.]. Ktoś przecież musiał. Nie przyszłaś chyba na świat z umiejętnością czytania „The Mobile Register”? Jem twierdzi, że tak. Przeczytał o tym w książce, w której występowałam jako Bullfinch, nie Finch. Mówi też, że naprawdę nazywam się Jean Louise Bullfinch, że podmieniono mnie, gdy się urodziłam, i że naprawdę jestem... Panna Caroline najwyraźniej uważała, że kłamię. Nie dajmy się ponieść fantazji, moja droga – przerwała mi. I naprawdę powiedz ojcu, żeby już cię nie uczył. Najlepiej zaczynać czytanie z całkiem świeżym umysłem. Powiedz, że odtąd przejmę jego dzieło i spróbuję naprawić szkody... Proszę pani... Twój ojciec nie zna się na nauczaniu. A teraz możesz usiąść.
[…]
Nie znam w okolicy żadnego właściciela gruntów, który żałowałby tym dzieciom wszelkiej zdobyczy, jaką zdoła upolować ich ojciec. Pan Ewell nie powinien tego robić... Pewnie, że nie powinien, ale on się nigdy nie zmieni. Czy w związku z tym przeniesiesz swoje niezadowolenie na jego dzieci? Nie, ojcze – mruknęłam, ale jeszcze nie skapitulowałam. Jeśli będę dalej chodzić do szkoły, nie wolno nam będzie już nigdy czytać... To cię naprawdę martwi, co? Tak jest. Atticus spojrzał na mnie tak, że wiedziałam, iż mogę czegoś oczekiwać. Wiesz, co to jest kompromis? – spytał. Naginanie prawa? Nie. To ugoda osiągnięta dzięki wzajemnym ustępstwom – wyjaśnił. Działa to tak: jeśli uznasz konieczność chodzenia do szkoły, będziemy czytali co wieczór, tak jak zawsze to robiliśmy. Umowa stoi? Tak jest! Uznajmy ją za potwierdzoną bez zwyczajowych formalności – dodał szybko Atticus, widząc, że szykuję się, by napluć mu w dłoń.
[…]
Jem i ja pokładaliśmy niemało wiary w pannie Maudie. Nigdy na nas nie naskarżyła, nigdy nie bawiła się z nami w kotka i myszkę, ani trochę nie interesowało jej nasze prywatne życie. Była naszą przyjaciółką. Trudno było mi pojąć, jakim cudem tak rozsądna osoba mogła żyć spokojnie w obliczu zagrożenia wieczystymi mękami. To niesprawiedliwe, panno Maudie. Jest pani najlepszą damą, jaką znam. Panna Maudie uśmiechnęła się szeroko. Dziękuję panience. Rzecz w tym, że zdaniem obmywaczy stóp kobieta z definicji równa się grzechowi. Bo widzisz, oni rozumieją Biblię bardzo dosłownie. I dlatego pan Arthur wciąż siedzi w domu? Żeby trzymać się z dala od kobiet? Nie mam pojęcia. Według mnie to bez sensu. Gdyby pan Arthur chciał trafić do nieba, w końcu wyszedłby chociaż na ganek. Atticus mówi, że ludzie, co kochają Boga jak siebie... Panna Maudie przestała się kołysać, a jej głos był twardszy, gdy mówiła: Za młoda jesteś, żeby to zrozumieć. Czasem Biblia w ręku człowieka jest bardziej niebezpieczna niż butelka whiskey w ręku... w ręku twojego ojca.
[…]
Mijaliśmy właśnie nasze drzewo. W dziurze po sęku leżał kłębek szarego szpagatu. Nie bierz go, Jem – powiedziałam. To czyjaś skrytka. Nie wydaje mi się, Skaucie [dziecięca ksywka Jean Louise Finch, narratorki w powieści – przyp. aut.]. A właśnie, że tak. Ktoś w rodzaju Waltera Cunninghama przychodzi tu pewnie na każdej przerwie i ukrywa swoje rzeczy, a my przychodzimy i zabieramy je. Słuchaj, zostawmy ten kłębek i zaczekajmy parę dni. Jeśli nie zniknie, wtedy go weźmiemy, zgoda? Zgoda. Może masz rację. Pewnie jakiś maluch znalazł to miejsce. Ukrywa swoje skarby przed starszymi. Zauważ, że znajdujemy tu różne rzeczy tylko w czasie roku szkolnego. Właśnie – odrzekłam. Ale też nigdy tu nie bywamy podczas wakacji. Poszliśmy do domu. Następnego ranka szpagat leżał tam, gdzie go zostawiliśmy. Gdy trzeciego dnia nic się nie zmieniło, Jem zabrał kłębek i schował do kieszeni. Od tamtej pory wszystko, co znaleźliśmy w tej dziurze, uważaliśmy za naszą własność.
[…]
Z przyczyn niepojętych nawet dla najbardziej doświadczonych proroków hrabstwa Maycomb tego roku jesień zmieniła się w zimę. Zdaniem Atticusa, przeżyliśmy dwa najzimniejsze tygodnie od 1885 roku. Pan Avery twierdził, że już na kamieniu z Rosetty wyryto starożytną prawdę, iż to dzieci, gdy są nieposłuszne, gdy palą papierosy i gdy toczą ze sobą wojny – powodują zmiany w układzie pór roku. Wina za ów wybryk natury, który przysporzył sąsiadom tylu trosk, a nas wprawił w zakłopotanie, spadła więc na Jema i na mnie. Tamtej zimy zmarła stara pani Radley, lecz jej śmierć mało kogo poruszyła. W sąsiedztwie rzadko ją widywano; chyba tylko wtedy, gdy podlewała swoje kanny. Jem i ja uznaliśmy, że to Boo [upośledzony na umyśle syn nigdy nieopuszczający domostwa Radleyów – przyp. aut.] wreszcie ją dopadł, ale gdy Atticus wrócił z domu Radleyów, oznajmił, ku naszemu głębokiemu rozczarowaniu, że zmarła z przyczyn naturalnych.
[…]
Tak się składa, że bronię pewnego Murzyna, Toma Robinsona. Mieszka w tej małej osadzie za wysypiskiem miejskim. Chodzi do tego samego kościoła co Calpurnia, która zresztą dobrze zna jego rodzinę i twierdzi, że to porządni ludzie. Skaucie, jesteś jeszcze za mała, żeby zrozumieć niektóre rzeczy, ale w mieście mówi się, że nie powinienem bronić tego człowieka zbyt zażarcie. To dość dziwna sprawa. Proces zacznie się dopiero w sesji letniej. John Taylor był tak miły, że zgodził się na odroczenie... Skoro nie powinieneś go bronić, to dlaczego to robisz? Z kilku powodów – odparł Atticus. Głównym jest to, że gdybym tego nie zrobił, nie mógłbym chodzić po mieście z podniesionym czołem, nie mógłbym reprezentować tego hrabstwa w legislaturze, nie mógłbym nawet zabraniać tobie i Jemowi pewnych rzeczy. Chcesz powiedzieć, że gdybyś go nie bronił, nie musielibyśmy z Jemem ciebie słuchać? Mniej więcej. Dlaczego? Bo nie mógłbym tego wymagać. Skaucie, tak to jest w moim rzemiośle, że każdy prawnik co najmniej raz w życiu dostaje sprawę, która dotyka go osobiście. Zdaje się, że właśnie na taką trafiłem. Możliwe, że usłyszysz o niej coś złego, ale proszę, zrób dla mnie jedno: trzymaj głowę wysoko, a pięści nisko. Bez względu na to, co ci powiedzą, nie daj się sprowokować. Spróbuj dla odmiany powalczyć głową... bo głowę masz nie najgorszą, choć oporną na naukę.
[…]
Na dachu domu znajdował się tak zwany wdowi balkon, na którym nikt nigdy żadnych wdów nie widział; to właśnie stamtąd Simon nadzorował nadzorcę, obserwował barki rzeczne i podglądał życie posiadaczy ziemskich z sąsiedztwa. Z domem wiązała się oczywiście typowa legenda o Jankesach: jedna z kobiet z rodu Finchów, właśnie zaręczona, nosiła na sobie całą swą wyprawę ślubną, by ocalić ją przed grasującymi w okolicy najeźdźcami. Podobno utknęła w drzwiach wiodących na Schody Córek i udało się ją przepchnąć dalej, dopiero gdy została zlana wodą.
[…]
Wymruczał tylko: To jej słownictwo rodem ze ścian publicznej toalety bywa doprawdy dosadne. Tylko że ona nie rozumie nawet połowy z tego, co mówi. Zapytała mnie, co znaczy „kurwa”. I wyjaśniłeś jej? Nie, opowiedziałem o lordzie Melbourne. Jack! Kiedy dziecko zadaje ci pytanie, musisz odpowiedzieć, na miłość boską. Tylko nie staraj się robić z tego przedstawienia. Dzieci to dzieci, ale potrafią wykryć uniki szybciej niż dorośli. Uniki tylko mącą im w głowach. Nie – dodał mój ojciec po namyśle – dziś po południu zareagowałeś właściwie, ale z niewłaściwego powodu. Używanie brzydkich słów to faza, przez którą przechodzą wszystkie dzieci. Kończy się sama, gdy dziecko zauważa, że nie udaje mu się zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Inaczej jest z wybuchowym temperamentem. Skaut [Jean Louise – przyp. aut.] musi się nauczyć panować nad sobą, i to jak najszybciej, zwłaszcza w obliczu tego, co czeka ją w najbliższych miesiącach. Już robi postępy. Jem jest coraz starszy, a ona naśladuje go z coraz lepszym skutkiem.
[…]
Atticus powiedział kiedyś Jemowi: Wolałbym, żebyś strzelał do puszek na podwórzu, ale wiem, że będziesz wolał celować do ptaków. Strąć tyle sójek, ile dusza zapragnie, jeśli uda ci się trafić, ale pamiętaj, że grzechem jest zabić drozda. To był jedyny raz, kiedy słyszałam, żeby Atticus nazywał coś grzechem. Musiałam zapytać o to pannę Maudie. Wasz ojciec ma rację – odrzekła. Drozdy nie robią nam nic złego, tworzą jedynie muzykę, która cieszy nasze uszy. Nie wyjadają nam plonów z ogrodu, nie gniazdują w zebranej kukurydzy, nie robią absolutnie nic poza jedną rzeczą: śpiewają nam z głębi serca. I dlatego zabić drozda to grzech.
[…]
Odpowiedziałam, że nie rozumiem, dlaczego mam nie tracić głowy w tej sprawie, skoro w szkole nikt nie przejmuje się traceniem głowy w jakiejkolwiek sprawie. Skaucie – odparł Atticus – kiedy przyjdzie lato, będziecie musieli, nie tracąc głowy, znieść znacznie gorsze sytuacje niż do tej pory... Tak, wiem, że to nie fair wobec ciebie i Jema, ale czasem musimy decydować się na najmniejsze zło, a to, jak się zachowujemy w rozstrzygających momentach... Chcę tylko powiedzieć, że kiedy będziecie z Jemem dorośli, być może spojrzycie na całą tę sytuację z większym współczuciem i dojdziecie do wniosku, że was nie zawiodłem. Ta sprawa, sprawa Toma Robinsona, jest jedną z tych, które dotykają samej głębi ludzkiego sumienia... Skaucie, nie mógłbym więcej pójść do kościoła i wychwalać Boga, gdybym nie podjął się obrony tego człowieka.
[…]
Wprawdzie wojna [secesyjna – przyp. aut.] między stanami ominęła Maycomb [Monroeville – przyp. aut.], za to upadek ekonomiczny i ustawa o odbudowie zmusiły miasto do rozrostu. Tyle tylko, że rozrastało się do wewnątrz. Tak rzadko osiedlał się tu ktoś nowy, że małżeństwa zawierano wciąż w obrębie tych samych rodzin, aż wreszcie wszyscy członkowie tutejszej społeczności zaczęli być do siebie podobni. Bardzo niewielu mieszkańców Maycomb przywoziło współmałżonka z Montgomery czy Mobile, a nawet kiedy tak się zdarzało, była to jedynie drobna zmarszczka na powierzchni leniwego strumyka rodzinnych podobieństw. Kiedy byłam mała, sytuacja wciąż wyglądała właśnie tak. Istniało też w Maycomb coś na kształt systemu kastowego, który w moim rozumieniu działał tak: starzy obywatele, którzy mieszkali obok siebie przez długie lata, byli dla siebie nawzajem absolutnie przewidywalni – z góry znali swoje zachowania, niuanse charakterów, nawet gesty, bo wszystko to były elementy przekazywane z pokolenia na pokolenie i szlifowane upływem czasu. Stąd takie prawdy jak: Żaden Crawford nie pilnuje swoich spraw, Co trzeci Merriweather jest zły, Nie masz prawdy u Delafieldów albo Wszyscy Bufordowie chodzą w taki sposób, były po prostu wskazówkami w codziennym życiu: nigdy nie przyjmuj czeku od Delafielda, nie zadzwoniwszy dyskretnie do banku; bark panny Maudie Atkinson jest krzywy, jak to u Bufordów; skoro pani Grace Merriweather sączy dżin z butelek po leczniczych nalewkach Lydii E. Pinkham, to nie ma w tym nic dziwnego, bo jej matka czyniła to samo.
[…]
Pan Underwood nie tylko kierował redakcją gazety „The Maycomb Tribune”, ale także mieszkał w jej siedzibie, a ściślej mówiąc – nad nią. Mógł pisać reportaże na temat wydarzeń w sądzie czy więzieniu, po prostu wyglądając przez okno na piętrze. Siedziba gazety znajdowała się przy północno-wschodnim krańcu placu, żeby więc do niej dotrzeć, musieliśmy minąć więzienie. Więzienie w Maycomb było najszacowniejszym i najpaskudniejszym budynkiem w całym hrabstwie. Atticus twierdził, że coś takiego mógłby zaprojektować na przykład nasz kuzyn Joshua St Clair. Bez wątpienia była to konstrukcja z czyjegoś pokrętnego snu. Uderzająco nie na miejscu w samym centrum miasteczka kanciastych sklepów i domów o spadzistych dachach, było więzienie w Maycomb miniaturowym gotyckim żartem architektonicznym, szerokim na jedną celę i wysokim na dwie, zwieńczonym maleńkimi blankami i ozdobionym przyporami. Fantazyjność tego dzieła podkreślała fasada z czerwonej cegły ze stalowymi kratami w nieomalże kościelnych oknach. Nie stało to cudo jednak samotnie na szczycie wzgórza, lecz zostało wpasowane między sklep żelazny Tyndala a siedzibę „The Maycomb Tribune”. Tutejsze więzienie było jedynym budynkiem wzbudzającym kontrowersje: jego przeciwnicy twierdzili, że wygląda jak wiktoriański wychodek, zwolennicy zaś uważali, że przydaje ono miastu szacownego wyglądu, a w dodatku nikt obcy się nie domyśli, że siedzi tam tylu czarnuchów.
[…]
Atticus ułożył widelec obok noża i odsunął talerz na bok. Pan Cunningham jest z gruntu dobrym człowiekiem – wyjaśnił. Tylko, podobnie jak my wszyscy, nieświadomie uprzedzonym. Nie nazywaj tego uprzedzeniem – wtrącił Jem. Tej nocy, gdy tylko się tam zjawił, był gotów cię zabić. Może i trochę by mnie poturbował – przyznał Atticus – ale zapewniam cię, synu, że zrozumiesz ludzi takich jak on nieco lepiej, gdy będziesz starszy. Wrogi tłum zawsze składa się z pojedynczych ludzi, nie może być inaczej. Pan Cunningham był wczoraj częścią tłumu, ale mimo to pozostał człowiekiem. Motłoch w małym południowym miasteczku zawsze składa się z ludzi, których dobrze znasz... niezbyt dobrze to o nich świadczy, nieprawdaż? Raczej nie – zgodził się Jem. Ale potrzeba było tylko ośmioletniego dziecka, by przywrócić im rozsądek – ciągnął Atticus. To czegoś dowodzi... że można powstrzymać stado bestii z tej prostej przyczyny, że wciąż są to ludzie. Ha, może potrzebna nam policja dziecięca? Bo to wy, dzieci, sprawiłyście wczoraj, że Walter Cunningham na chwilę wczuł się w moją rolę. To wystarczyło.
[…]
Wyglądał na czarnego. Czasem trudno odróżnić, chyba że zna się ich osobiście. Ale uwierz mi, że to w połowie Raymond. Dobrze, ale skąd wiesz? – spytałam. Już mówiłem, Skaucie... trzeba wiedzieć, że to oni. A skąd wiesz, że my nie jesteśmy Murzynami? Wujek Jack Finch twierdzi, że tak naprawdę to nie wiadomo. Mówił mi, że prześledził dzieje Finchów i wśród naszych przodków nie ma czarnych, ale wcale nie można wykluczyć, że w czasach Starego Testamentu wynieśliśmy się z Etiopii. Skoro wynieśliśmy się stamtąd tak dawno, to się nie liczy. Też tak pomyślałem – odparł Jem. Ale tu wystarczy mieć w żyłach kroplę murzyńskiej krwi, żeby zostać uznanym za czarnego.
[…]
Powoli zaczynałam rozumieć schemat przesłuchania, które prowadził Atticus: wychodząc od pytań, które nie wydawały się panu Gilmerowi [prokuratorowi – przyp. aut.] wystarczająco nieistotne czy nie związane ze sprawą, by zgłaszać sprzeciw, mój ojciec zaczynał dyskretnie kreślić przed ławą obraz domowego pożycia Ewellów. Przysięgli dowiadywali się kolejno, że czek z opieki społecznej wcale nie wystarczał na utrzymanie rodziny, że wedle wszelkich oznak papa przepijał większość pieniędzy, że czasem wychodził na bagna i przepadał na wiele dni, po czym wracał do domu chory, że rzadko kiedy pogoda zmuszała Ewellów do noszenia butów, ale kiedy się to zdarzało, mogli sporządzić sobie gustowne obuwie jedynie ze skrawków starych opon; że wodę nosili wiadrami ze źródła, które wypływało ze śmietniska (jego najbliższe sąsiedztwo utrzymywali we względnym porządku), że każde z rodzeństwa samo musiało dbać o higienę: kto chciał się umyć, ten musiał przynieść sobie wodę; że młodsze dzieci nieustannie były przeziębione i alergicznie reagowały na obecność pasożytów atakujących bose stopy, że pewna pani przyjeżdżała od czasu do czasu i pytała Mayellę [osoba, którą rzekomo miał zgwałcić Tom Robinson, czarny mieszkaniec Maycomb – przyp. aut.], dlaczego przestała chodzić do szkoły, że dostała odpowiedź na piśmie, z której wynikało, że skoro dwoje członków rodziny potrafi czytać i pisać, to reszta nie musi się uczyć, bo bardziej potrzebna jest pomoc dla papy.
[…]
Pewnie upał ci zaszkodził. Wybraliśmy najpotężniejszy dąb i usiedliśmy w jego cieniu. Nie mogłem już na niego patrzeć – wyznał Dill. Na kogo, na Toma? Nie, na tego dziada Gilmera, który tak się z nim obchodził, z taką nienawiścią... Dill, to jego zawód. Gdybyśmy nie mieli prokuratorów... no, wtedy chyba nie mielibyśmy też obrońców. Dill westchnął cierpliwie. Wiem o tym wszystkim, Skaucie. Tylko od tego, w jaki sposób on to robił, zrobiło mi się niedobrze. Normalnie niedobrze. Tak właśnie powinien pracować, Dillu. Wziął świadka w krzyżowy.... Nie zachowywał się tak, gdy... Dill, tamci byli jego świadkami, a Tom nie. Pan Finch jakoś nie musiał być taki dla Mayelli i starego Ewella, kiedy brał ich w krzyżowy ogień. A ten... przez cały czas mówił „chłopcze”, ciągle z niego szydził i jeszcze przy każdej odpowiedzi zerkał na przysięgłych... Dill, w końcu świadek to tylko Murzyn. Guzik mnie to obchodzi. To niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe, że taksą traktowani. Nie ma powodu, żeby tak do nich mówić... I od tego mam mdłości.
[…]
Ale nie zdradzicie mnie, młodziaki? Zrujnowalibyście moją reputację. Czy to znaczy, że zawsze pije pan z tego worka coca-colę? Zwyczajną coca-colę? Tak jest, panienko – odparł pan Raymond, kiwając głową. Podobał mi się jego zapach, zapach skóry, koni i nasion bawełny. Był jedynym znanym mi człowiekiem noszącym angielskie buty do jazdy konnej. W zasadzie nic innego nie piję. Więc tylko udaje pan, że jest pół.…? Bardzo pana przepraszam – zmitygowałam się zaraz. Nie chciałam być... Pan Raymond zaśmiał się, wcale nie obrażony, a ja spróbowałam sformułować bardziej dyskretne pytanie: Dlaczego pan to robi? Dlaczego... A, chodzi ci o to, dlaczego udaję? To bardzo proste – odparł. Niektórym ludziom nie podoba się to, jak żyję. Mógłbym powiedzieć: do diabła z nimi, nic mnie nie obchodzi ich zdanie. I w zasadzie mówię: nic mnie nie obchodzi ich zdanie, ale wolę nie mówić: do diabła z nimi. Rozumiecie? Nie, proszę pana – odrzekliśmy zgodnie. Chodzi o to, że próbuję podsunąć im powód. Łatwiej jest ludziom, kiedy mają jakiś powód, coś, czego mogą się chwycić. Kiedy przyjeżdżam do miasta, czyli dość rzadko, chwieję się lekko i popijam coś z papierowej torby, ludzie mogą powiedzieć: „Dolphus Raymond jest w szponach whiskey, to dlatego nie zmieni swojego stylu życia. Nie panuje nad sobą, dlatego żyje tak, jak żyje”. To nieuczciwe, panie Raymond, tak udawać kogoś gorszego, niż pan jest w rzeczywistości... Może i nieuczciwe, ale świetnie służy wszystkim ludziom dookoła. I powiem ci w sekrecie, moja panno Finch, że choć nie jestem pijakiem, nasi współobywatele nigdy nie pojmą, że tak żyję, bo taka jest moja wola.
[…]
Panowie – powtórzył – będę się streszczał, a cały czas, jaki mi pozostał, przeznaczę na przypomnienie wam, że sprawa, którą rozpatrujemy, nie jest trudna. Nie wymaga mozolnego analizowania złożonych faktów, lecz tego, abyście byli pewni ponad wszelką wątpliwość w kwestii winy oskarżonego. Przede wszystkim zaś sprawa ta w ogóle nie powinna trafić do sądu. Jest tak oczywista jak kontrast bieli i czerni. Oskarżyciel nie dostarczył najskromniejszego nawet dowodu natury medycznej potwierdzającego, że w ogóle popełniono przestępstwo, o które oskarżony jest Tom Robinson. Zarzuty oparte są na zeznaniach świadków, które nie tylko wydały się wątpliwe w krzyżowym ogniu pytań, ale także są jawnie sprzeczne z zeznaniami oskarżonego. Twierdzę, że oskarżony nie jest winny, ale ktoś w tej sali na pewno jest. Wobec głównego świadka oskarżenia odczuwam głównie litość, ale nie sięga ona aż tak daleko, bym mógł poświęcić dla niej ludzkie życie, czego świadek nie zawahała się uczynić, usiłując pozbyć się własnego poczucia winy. Powiedziałem „winy”, panowie, właśnie bowiem poczucie winy kazało świadkowi działać. Nie popełniła przestępstwa. Wystarczyło, że złamała sztywny kodeks, od niepamiętnych czasów obowiązujący w naszym społeczeństwie, kodeks tak surowy, że ktokolwiek go naruszy, spychany jest na margines jako niezdolny do życia pośród nas. Świadek jest ofiarą okrutnej biedy i niewiedzy, ale nie mogę jej nawet współczuć: przecież jest biała. Znała doskonale wielką wagę wykroczenia, na które chciała się poważyć, lecz pożądanie było w niej silniejsze niż wola przestrzegania kodeksu, i dlatego dążyła do złamania zasad. Złamawszy je, zareagowała w sposób znany każdemu z nas. Zrobiła coś, co zrobiłoby każde dziecko: spróbowała usunąć dowód wykroczenia. Tyle że w tej sprawie dowodem nie jest drobiazg wykradziony przez dziecko. Świadek doszła do wniosku, że konieczne będzie usunięcie go z jej otoczenia, a nawet z tego świata. Dowód jej wykroczenia miał zostać zniszczony, miał stać się jej ofiarą. A co było dowodem jej wykroczenia? – ciągnął Atticus. Tom Robinson, ludzka istota. Musiała usunąć Toma Robinsona. Tego, który swą obecnością każdego dnia przypominał jej o tym, co zrobiła. A co zrobiła? Wodziła Murzyna na pokuszenie. Jest biała, a kusiła czarnego. Uczyniła coś, co w naszym społeczeństwie uchodzi za rzecz niewyobrażalną: pocałowała czarnego człowieka. Nie sędziwego wuja, ale młodego, silnego Murzyna. Żaden kodeks nie liczył się dla niej, póki go nie złamała... wtedy dopiero jego moc spadła na nią z wielką siłą. Jej ojciec był świadkiem zajścia i słyszeliśmy w zeznaniu oskarżonego, jak skomentował to, co widział. Co zrobił potem? Nie wiemy dokładnie, ale dowody pośrednie wskazują, że Mayella Ewell została brutalnie pobita przez kogoś, kto używał niemal wyłącznie lewej ręki [Tom Robinson akurat rękę lewą miał bezwładną – przyp. aut.]. Po części jednak wiemy, co zrobił pan Ewell: to, co zrobiłby na jego miejscu każdy bogobojny, szanujący się i wierny swoim zasadom biały człowiek. Złożył mianowicie donos, zeznając pod przysięgą i zapewne podpisując się lewą ręką. To dlatego Tom Robinson siedzi teraz przed wami, a nim zaczął zeznawać, złożył przysięgę unosząc jedyną swą sprawną rękę... prawą. I tak cichy, porządny, skromny Murzyn, który miał śmiałość poczuć, że „żal mu” białej kobiety, stawia swoje słowo przeciwko słowu dwojga białych ludzi. Nie muszę przypominać wam, jak zachowywało się tych dwoje na stanowisku dla świadków, widzieliście ich na własne oczy. Świadkowie oskarżenia, poza szeryfem hrabstwa Maycomb, wystąpili przed wami, panowie, i przed wszystkimi, którzy się tu zgromadzili, w cynicznym przekonaniu, że nikt nie poda w wątpliwość ich zeznań. W przekonaniu, że wy, panowie, przyjmiecie to samo założenie, podłe założenie, że wszyscy Murzyni kłamią, że wszyscy Murzyni są istotami z gruntu amoralnymi i wreszcie że żadnemu Murzynowi nie można ufać, gdy w pobliżu są kobiety. Jest to założenie, które kojarzyć należy wyłącznie z ludźmi takiego pokroju jak świadkowie oskarżenia. Bo przecież, moi panowie – mówił dalej Atticus – wiemy, że jest ono kłamstwem tak czarnym jak skóra Toma Robinsona, kłamstwem, którego wcale nie muszę wam wskazywać. Znacie prawdę, a brzmi ona tak: niektórzy Murzyni kłamią, niektórzy Murzyni są amoralnymi istotami i niektórym Murzynom nie można ufać, gdy w pobliżu są kobiety, białe czy czarne. Jednakże jest to prawda, która odnosi się do całego ludzkiego rodzaju, a nie do jednej tylko rasy. Nie ma na tej sali osoby, która nigdy w życiu nie skłamała i nigdy w życiu nie splamiła się niemoralnym postępkiem, nie ma też na świecie mężczyzny, który nigdy nie spojrzał na kobietę pożądliwie. Jeszcze jedno, panowie, nim skończę. Thomas Jefferson powiedział kiedyś, że wszyscy ludzie są stworzeni równymi; Jankesi i ich stronnicy w Waszyngtonie uwielbiają cytować te słowa. Dziś niestety, w roku pańskim tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym, niektórzy używają ich w oderwaniu od kontekstu, próbując dopasowywać je do wszelkich sytuacji. Najbardziej niedorzecznym przykładem tej tendencji, jaki przychodzi mi do głowy, jest traktowanie przez władze oświatowe uczniów głupich i leniwych na równi z mądrymi i pracowitymi... bo przecież wszyscy ludzie są stworzeni równymi, twierdzą z powagą luminarze edukacji, a dzieci pozostawione w tyle straszliwie cierpią z powodu kompleksu niższości. My jednak wiemy, że ludzie nie są stworzeni równymi w takim sensie, jaki niektórzy usiłują nam wmówić. Niektórzy są mądrzejsi od innych, niektórzy rodzą się z większym potencjałem, niektórzy zarabiają lepiej od innych, niektóre panie pieką smaczniejsze ciasta... Słowem, niektórzy rodzą się bardziej utalentowani niż większość ludzi. Jest jednak pewne miejsce w tym kraju, gdzie wszyscy ludzie są równi. Jest taka instytucja stworzona ludzką ręką, w której biedak równy jest Rockefellerowi, głupiec Einsteinowi, a niedouczony prostak rektorowi najlepszej uczelni. Tą instytucją, panowie, jest sąd. Wszystko jedno, czy będzie to Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych czy najskromniejszy urząd sędziego pokoju na dalekiej prowincji, czy też ten szacowny sąd, któremu i wy służycie. Nasze sądy nie są bez skazy, jak wszystkie stworzone przez człowieka instytucje, ale w tym kraju sądy są prawdziwymi strażnikami równości, bo przed nimi wszyscy ludzie istotnie są równi. Nie jestem idealistą, który niezłomnie wierzy w doskonałość naszych sądów i systemu prawnego – nie są to dla mnie instytucje idealne, ale żywe, funkcjonujące realnie organizmy. Panowie, sąd jest tak dobry jak zasiadający w nim przysięgli. Sąd jest tylko tak mądry jak ława przysięgłych, a ława jest tylko tak mądra jak ludzie, którzy ją tworzą. Jestem przekonany, panowie, że bez emocji rozważycie przedstawione wam dowody, podejmiecie słuszną decyzję i przywrócicie oskarżonego jego rodzinie. W imię Boga, czyńcie swoją powinność.
[…]
Może gwałt nie powinien być karany śmiercią? Atticus położył gazetę na podłodze obok krzesła. Powiedział, że nie ma żadnych zastrzeżeń co do wysokości kar w sprawach o gwałt, ale zdecydowanie się nie zgadza, gdy oskarżenie żąda kary śmierci, a przysięgli ją orzekają na podstawie poszlak. Spojrzał na mnie, upewnił się, że słucham, i wyłożył to samo w prostszy sposób: Chodzi o to, że zanim na przykład skaże się kogoś na śmierć za morderstwo, powinno się znaleźć co najmniej jednego czy dwóch naocznych świadków. Ktoś powinien zeznać: „Tak, byłem tam i widziałem, jak pociągnął za spust”. Ale przecież wielu ludzi wisiało... zostało powieszonych... już na podstawie dowodów pośrednich – powiedział Jem. Wiem, i zapewne wielu z nich zasłużyło na taką karę, ale gdy brakuje świadka naocznego, zawsze pozostaje wątpliwość, niekiedy wręcz cień wątpliwości. Litera prawa dopuszcza tylko „uzasadnioną wątpliwość”, ale ja uważam, że oskarżony zawsze ma prawo do cienia wątpliwości. Zawsze istnieje możliwość, choćby najbardziej nieprawdopodobna, że człowiek ten jest niewinny. W takim razie wszystko zależy od przysięgłych. Powinniśmy zrezygnować z ławy przysięgłych – stwierdził z przekonaniem Jem. Atticus nie mógł powstrzymać uśmiechu, choć bardzo się starał. Dość surowo oceniasz nasz system, synu. Myślę, że znalazłby się lepszy sposób: zmienić prawo. Zmienić tak, aby tylko sędzia miał prawo decydowania o karze za najcięższe przestępstwa. Pojedź więc do Montgomery i zmień prawo. Zdziwiłbyś się, gdybym ci powiedział, jakie to trudne. Ja nie dożyję tej zmiany, a jeśli ty się jej doczekasz, będziesz już bardzo starym człowiekiem. Ta odpowiedź nie zadowoliła Jema. Nie, ojcze, nadal uważam, że trzeba zrezygnować z przysięgłych. Tom w ogóle nie był winny, a oni twierdzili, że był! Gdybyś zasiadał w ławie przysięgłych, synu, wraz z jedenastoma podobnymi do ciebie chłopcami, Tom byłby wolny – odrzekł Atticus. Jak dotąd nic w twoim życiu nie zakłóciło procesu rozumowania. W sądzie zaś mieliśmy dwunastu ludzi, którzy w codziennym życiu są całkiem rozsądni, ale jak widziałeś, tamtej nocy coś wdarło się między nich a ich trzeźwy osąd. To samo widziałeś i wtedy, gdy czuwałem pod bramą więzienia. Gdy tamci mężczyźni odjechali, nie zrobili tego dlatego, że są rozsądni, ale dlatego, że my tam byliśmy. W naszym świecie istnieje coś, co sprawia, że ludzie tracą głowy, a wtedy absolutnie nie potrafią być uczciwi. W naszych sądach, gdy słowo białego człowieka przeciwstawia się słowu czarnego, biały zawsze wygrywa. To podłe, ale takie są fakty.
[…]
Nie można skazać człowieka na podstawie takich dowodów. Po prostu nie można. Ty byś nie mógł, ale oni mogli i zrobili to. Im będziesz starszy, tym częściej będziesz się o tym przekonywał. Jedynym miejscem, gdzie powinna dziać się sprawiedliwość, jest sala sądowa... i dotyczyć to powinno ludzi o skórze w dowolnym kolorze tęczy. Niestety, jest jakoś tak, że ludzie przenoszą swoje ukryte uprzedzenia wprost na ławę przysięgłych. Gdy będziesz starszy, przekonasz się, że biali oszukują czarnych na każdym kroku, ale pozwól, że coś ci powiem, i nigdy o tym nie zapomnij: zawsze, gdy biały człowiek czyni coś takiego czarnemu, bez względu na to, kim jest, jak jest bogaty i z jak znakomitej rodziny pochodzi, ten biały człowiek jest śmieciem. Atticus mówił dotąd tak cicho i spokojnie, że ostatnie słowo zabrzmiało jak krzyk. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że grymas zaciętości wykrzywił jego twarz. Nie ma dla mnie nic bardziej ohydnego niż biały człowiek, który wykorzystuje prostotę Murzyna. Nie oszukujmy się: wszystkie te krzywdy sumują się i pewnego dnia przyjdzie nam za nie zapłacić. Mam nadzieję, moje dzieci, że nie wydarzy się to za waszego życia.
[…]
Po pierwsze, panna Maudie nie może być przysięgłym, ponieważ jest kobietą... Czy to znaczy, że kobiety w Alabamie nie mogą...? Zatkało mnie z oburzenia. Nie mogą. Zdaje się, że chodzi o to, żeby chronić nasze subtelne damy przed takimi okropieństwami, jak choćby sprawa Toma. Poza tym – Atticus uśmiechnął się szelmowsko – wątpię, by kiedykolwiek udało się zakończyć jakąś sprawę przed sądem. Panie bez przerwy przerywałyby proces pytaniami. Roześmialiśmy się z Jemem. Panna Maudie w ławie przysięgłych – tak, to by było coś! Wyobraziłam sobie też sędziwą panią Dubose w jej fotelu na kółkach: „Przestańże tłuc tym młotkiem, Johnie Taylorze; chcę o coś zapytać tego człowieka...” Niewykluczone, że nasi przodkowie byli całkiem niegłupi.
[…]
Jeszcze długa droga przed tobą, mój synu. Głosowanie przysięgłych powinno być tajne. Zasiadanie w ławie zmusza jednak człowieka do podjęcia decyzji, opowiedzenia się po którejś ze stron. Ludzie tego nie lubią, zwłaszcza że bywa to czasem nieprzyjemne. W sprawie Toma przysięgli powinni szybciej podjąć decyzję – powiedział cicho Jem. Nieprawda – odparł Atticus bardziej do siebie niż do nas, sięgając do kieszonki z zegarkiem. Właśnie to, że tak długo obradowali, kazało mi myśleć, że być może jesteśmy świadkami nieśmiałych początków. Przysięgli naradzali się przez kilka godzin. Werdykt był może oczywisty, ale zwykle ustalenie go zabiera im ledwie kilka minut. Tym razem... – Atticus urwał i spojrzał na nas. Pewnie ucieszy was wiadomość, że jeden z nich wymagał solidnego urobienia, ponieważ na początku głosował za natychmiastowym uniewinnieniem.
[…]
Pochodzenie i tradycja to nie to samo, co stary ród – odparł Jem. Moim zdaniem chodzi o to, od jak dawna dana rodzina potrafi czytać i pisać. Skaucie, ja naprawdę dobrze to wszystko przemyślałem i to jest jedyny rozsądny powód, który przyszedł mi do głowy. Gdzieś tam w dawnych czasach, gdy Finchowie żyli jeszcze w Egipcie, któryś z nich musiał nauczyć się hieroglifu czy dwóch i przekazał tę wiedzę synowi. Jem zaśmiał się lekko. Wyobrażasz to sobie? Ciotunia jest dumna, że jej prapradziadek potrafił czytać i pisać. Doprawdy dziwne rzeczy napawają damy dumą. Ja tam się cieszę, że pradziadek umiał, bo kto by nauczył Atticusa i resztę? A gdyby Atticus nie umiał czytać, ty i ja mielibyśmy niezły gips. I jakoś mi się nie wydaje, Jem, żeby o to chodziło z tym całym pochodzeniem. No to jak mi wytłumaczysz, czym się różnimy od Cunninghamów? Pan Walter ledwie umie się podpisać, sam widziałem. Po prostu dłużej od nich umiemy czytać i pisać, to wszystko. Wcale nie, bo tego każdy musi się nauczyć. Nie rodzimy się ze znajomością liter. Mały Walter na przykład jest całkiem bystry, tylko czasem ma trudniej, bo musi zostawać w domu i pomagać tacie. Ale w niczym nie jest gorszy. Nie, Jem, mówię ci, że istnieje tylko jedna odmiana ludzi. Ludzie.
[…]
A zresztą, stary Adolf Hitler gnębi Żydów, wsadza ich do więzień, zabiera im cały majątek i jeszcze nie pozwala im wyjechać z kraju, a do tego pierze mózgi słabe... Pierze? Tak jest, panno Gates. Moim zdaniem ten, co ma taki słaby mózg, sam się nie wypierze, no bo jak taki idiota miałby samodzielnie zadbać o czystość? Hitler zaczął też dobierać się do wszystkich pół-Żydów i chce ich rejestrować na wypadek, gdyby chcieli mu bruździć, i ja uważam, że to jest złe, i to właśnie było moje Bieżące Wydarzenie. Bardzo dobrze, Cecilu – oceniła panna Gates. Sapiąc z zadowolenia, Cecil powrócił na miejsce. Ktoś z głębi sali podniósł rękę. Jak on może to robić? Kto i co? – spytała cierpliwie panna Gates. No ten Hitler... jak on może tak sobie wsadzać tylu ludzi do więzienia? Przecież władza powinna go powstrzymać – rozwinął swą wypowiedź uczeń, który wcześniej podniósł rękę. Hitler jest władzą – odparła zwięźle panna Gates, a potem, korzystając z okazji zrealizowania programu „Dynamicznej Edukacji”, podeszła do tablicy i wielkimi literami napisała: DEMOKRACJA. Demokracja – przeczytała. Czy ktoś zna jej definicję? My – odpowiedział ktoś. Podniosłam rękę, bo przypomniałam sobie stary slogan z kampanii wyborczej, o którym mówił mi kiedyś Atticus. Jak sądzisz, Jean Louise, co to znaczy? „Równe prawa dla wszystkich, szczególne przywileje – dla nikogo” – zacytowałam. Bardzo dobrze, Jean Louise, bardzo dobrze – powiedziała z uśmiechem panna Gates. Za słowem DEMOKRACJA dopisała TO MY [to ja i ty – przyp. aut.]. A teraz proszę, cała klasa czyta: Demokracja to my. Powtórzyliśmy, a panna Gates dodała: To jest właśnie różnica między Ameryką a Niemcami. My jesteśmy demokracją, a Niemcy dyktaturą. Dyk-ta-tu-rą – powtórzyła. Tutaj prześladowanie kogokolwiek jest niedopuszczalne. Prześladowania są dziełem ludzi uprzedzonych. U-prze-dzo-nych – przesylabizowała wyraźnie. Nie ma na świecie porządniejszych ludzi niż Żydzi, a dlaczego Hitler jest innego zdania, to jest dla mnie zagadką.
[…]
Wysoko nad nami, w ciemności, samotny drozd przedrzeźniacz rozpoczął swój występ w błogiej nieświadomości, na czyim drzewie usiadł. Powtórzył najpierw przenikliwe ki, ki trznadla, potem pełne oburzenia kuak sójki, a na koniec smętny lament lelka.
[…]
Pan Tate [szeryf w Maycomb – przyp. aut.] przechadzał się spokojnie po werandzie. Decyzja nie należy do pana, panie Finch, ale do mnie. To moja decyzja i moja odpowiedzialność. Choć raz, mimo iż nie zgadzamy się w ocenie sytuacji, nie może pan nic na to poradzić. A jeśli pan spróbuje, nazwę pana kłamcą w żywe oczy. Pański syn nie zabił Boba Ewella [znalezionego pod dębem z nożem kuchennym w piersi – przyp. aut.] – powtórzył wolno. Nawet nie był tego bliski i doskonale pan o tym wie. Chciał tylko wrócić z siostrą bezpiecznie do domu. Pan Tate zatrzymał się przed Atticusem, zwrócony do nas plecami. Nie jestem bardzo dobrym człowiekiem, panie mecenasie, ale jestem szeryfem hrabstwa Maycomb. Spędziłem w tym mieście całe życie, a biegnie mi już czterdziesty trzeci rok. Wiem o wszystkim, co się tu wydarzyło od czasów, gdy przyszedłem na świat, a nawet wcześniej. Czarnoskóry chłopak ginie bez powodu, a potem śmierć dosięga człowieka, który był za to odpowiedzialny. Niech tym razem martwi pogrzebią martwych, panie Finch. Niech martwi pogrzebią martwych.
[…]
Atticus miał rację. Powiedział kiedyś, że nie można poznać człowieka, póki nie włoży się jego butów i nie pochodzi się w nich trochę. Mnie wystarczyło to, że postałam na werandzie domu Radleyów. Latarnie wydawały się rozmazane w drobnym deszczu, który zaczął padać. Wracając do domu, czułam się bardzo stara, a gdy spojrzałam na czubek własnego nosa, zobaczyłam drobniutkie koraliki mżawki. Nie mogłam patrzeć na niezbyt długo, bo kręciło mi się w głowie. Zastanawiałam się, co powiem jutro Jemowi. Będzie taki wściekły, że przegapił to wszystko, że nie odezwie się do mnie przez wiele dni. Myślałam i o tym, że minie jeszcze trochę czasu, zanim dorośniemy, ale niewiele nam zostało do nauczenia się – no, może poza algebrą [właśnie algebrą stosunków między-ludzkich – przyp. aut.].
Nelle Harper Lee, Zabić drozda
Sfilmowana i nagrodzona Pulitzerem powieść obyczajowa Nelle Harper Lee – amerykańskiej pisarki i publicystki – przenosi akcję tej opowieści do Stanów Zjednoczonych Ameryki, a konkretniej do południowych części stanu Alabama, do fikcyjnego miasteczka Maycomb (obecnie Monroeville), w tym, ogólnie rzecz biorąc, w drugą połowę lat trzydziestych ubiegłego wieku. Atticus Finch, młody adwokat, podejmuje się raczej beznadziejnej obrony robotnika rolnego Toma Robinsona, Afroamerykanina, oskarżonego o gwałt na białej mieszkance Maycomb. O ile ława przysięgłych na podstawie nikłych dowodów oraz po serii pomówień i stronniczych zeznań niby naocznych świadków tego zajścia wydaje jednomyślnie wyrok skazujący na śmierć niewinnego Toma, o tyle w chorym umyśle Boo Radley ’a z odludnego Domu Radleyów rodzi się ponura myśl, że prawdziwy winowajca w tej sprawie Bob Ewell, ojciec domniemanej ofiary, zostanie przez niego wcześniej niż później okrutnie ukarany. Powieść Zabić drozda to także opowieść o trudnym, acz pouczającym dorastaniu narratorki-autorki Jean Louise w zantagonizowanym społeczeństwie małego miasteczka, w którym to zdobycze amerykańskiej demokracji, a co za tym idzie równouprawnienie wszystkich wobec prawa jak się okazuje wciąż spoczywają gołosłowne jedynie na „czerpanym” papierze z pobożnych życzeń.