Blog

 

07.12.2023

Śpiewaj ogrody

„Śpiewaj ogrody, serce, których nie znasz wcale;
jak w szkło wtopione ogrody,
niedotykane.
Wody i róże z Isfahanu lub Szirazu,
śpiewaj je śmiało, sław je, 
nieporównane.”

Rainer Maria Rilke, Sonety do Orfeusza, XXI


„Mojry przędą swoją nić wedle wzoru,

który jest ukryty i wrogi człowiekowi.”


„Ich bin der wohlbekannte Sanger

Der vielgereiste Rattenfanger”

(z niem. Jestem znanym śpiewakiem, szczurołapem,

który wiele podróżował)


„Tam, gdzie pali się książki,

 skończy się na paleniu ludzi.”

Heinrich Heine


„Tłum jest nieprawdą”

Soren Kierkegaard

[…]

Po latach widzę jego szorstkie dłonie, które trzymały nie wiosło, tylko lejce dwukonnego zaprzęgu, a jednak mimo tej różnicy pan Bieszk wypływa z krainy pamięci jako przewoźnik nie z jednej dzielnicy miasta do drugiej. Może nazywał się Bieszke? Na pewno nie Bieszczański. Kaszubi nie nosili takich nazwisk. Przynajmniej nie ci, których znaliśmy z targu w Oliwie, Gdańskiej Wyżyny albo wiosek na Helu. Więc niech już tak zostanie - Bieszk. Dlaczego jednak zaczynam od niego? Miał powykręcane reumatyzmem palce, symetryczne blizny na obu policzkach, zawsze trzydniowy zarost, który nigdy nie stawał się regularną brodą, pachniał przy tym całą tabaką, końmi i ciężką pracą, a ulgę w niej przynosił mu od czasu do czasu łyk czegoś mocniejszego. Kiedy zaciął batem Gniadosza i Baszkę, gdy wóz załadowany naszym dobytkiem zaczął powoli toczyć się aleją lipową w dół, do bruku ulicy Polanki, spojrzałem za siebie i w oknie dużego pokoju, za pożółkłą firanką ujrzałem panią Gretę. Kiwała dłonią najwyraźniej tylko do mnie, jakbym był jej wnukiem. Jakby chciała zatrzymać mnie jeszcze na chwilę po tamtej stronie.

[...]

Historia wkraczała właśnie w moje ulubione regiony fikcji, która zanim stała się opowieścią, brała przecież swój początek z realnych zdarzeń, takich jednak, jakich nikt nie byłby sobie w stanie wyobrazić. Mój ojciec właśnie porzucił na Motławie kajak, cisnął za siebie wiosło, a wraz z nim całe swoje dawne życie, i z małym plecakiem ruszył pierwszą wypaloną ulicą szukać nowego życia, pośród dymiących jeszcze ruin domów i kościołów, przeskakując niepogrzebane trupy ludzi i koni, omijał resztki wojennych sprzętów tarasujące niejedno przejście czy skrzyżowanie, gdzieniegdzie zatrzymywał go jakiś sowiecki patrol, lecz żaden nie potrafił mu wyjaśnić, gdzie znajduje się ów mityczny PUR, dokąd musiał dotrzeć, aby otrzymać przydział na coś do jedzenia i kwit wraz z urzędowo wyznaczonym adresem. Dopiero na politechnice, gdzie dotarł po godzinnym forsownym marszu i gdzie potwierdzono, że może się zapisać na pierwszy trymestr budowy okrętów, ale dopiero za parę tygodni, jak ruszy rekrutacja, dopiero więc tam, na jego przyszłej uczelni, wskazali mu adres owego magicznego PUR-u, dokąd znów wędrował piechotą, wracając do spalonego Śródmieścia wzdłuż Wielkiej Alei, na której rozoranych pociskami torowiskach stały wypalone tramwajowe wozy bez szyb i czołowych świateł, niczym procesja kalekich, obrzydliwych ślepców.

[...]

Mikulski siedział u szczytu. Po jego obu skrzydłach – lewym i   prawym - oficerowie. Pułkownicy, majorzy, kapitanowie, lejtnanci. I ordynansi - stojący za krzesłami. Stół uginał się od jedzenia i trunków. Z pobliskich hoteli, już spalonych, ale o głębokich, do niedawna zasobnych piwnicach: Vanselow, Deutsches Haus, Hansa, Metropol, Continental. Komendant był nad wyraz uprzejmy. Zanim pan Bieszk i mój ojciec się odezwali, posadził ich obok siebie i kazał wypić wspólny toast za pabiedu i za Stalina. Wypili. Wtedy dopiero pan Bieszk i ojciec dostrzegli fryzjera w białym kitlu. Niemieckiego jeńca. Stał za komendantem z kryształową karafką kwiatowej wody i kiedy tamten przełknął szklankę trunku, fryzjer ów, z pomocą gumowej gruszki i wężyka podłączonych do karafki, wtłaczał w rozwarte usta komendanta dekokt kolońskiej wody. Trzema szybkimi pufnięciami. I wycofywał się o krok, z szacunkiem, za krzesło komendanta, pod muszką dwóch pepeszy adiutantów. Zadanie swoje spełniał z najwyższą godnością i maestrią, zupełnie tak, jakby przez wszystkie lata swojej fryzjerskiej pracy na Oruni przygotowywał się wyłącznie do tej misji. Zatem jedli i pili pan Bieszk i mój ojciec w towarzystwie radzieckich oficerów, dawno już minęła północ, wypito toasty za wygrane bitwy od Kurska po Stalingrad, adiutanci rozesłani na cztery strony świata wreszcie powrócili z dobrymi wiadomościami, kładąc przed komendantem miasta już tylko do podpisu dwie urzędowe bumagi: pierwszą o tym, że kiedy pan Bieszk, rolnik ze wsi Rębiechowo, zgłosi się w ciągu następnych trzech dni z tym oto dokumentem, z działu transportu zostaną mu wydane dwa zdrowe pociągowe konie, a w miarę możliwości także furmanka, którą omyłkowo nadgorliwy patrol zatrzymał. Wyżywienie narodu polskiego, wyniszczonego wojną, jest zadaniem ważnym - dopisał własnoręcznie komendant i złożył zamaszysty podpis, po chwili podpisując także przydział jednego pokoju przy Pelonkerweg dla mojego ojca, ważnego pracownika - jak głosił dokument - stoczni. Komendant sam przyłożył pieczęcie, wypili strzemiennego za przyjaźń, a także za światowy proletariat, fryzjer Niemiec raz jeszcze odświeżył rozwarte usta komendanta i już wychodzili z lustrzanej sali balowej pan Bieszk i mój ojciec, podtrzymując się wzajemnie pod ramię, wspierając każdy ryzykowny krok, bo przecież na podłodze pełno było potłuczonego szkła, a jeden z lejtnantów, który przespał podpisywanie i pieczętowanie - teraz obudzony, ujrzawszy nagle dwóch cywilów oddalających się od stołu, wyrwał adiutantowi pepeszę i zaczął pruć w ich stronę serią, na szczęście niecelnie, bo drugi, nieco przytomniejszy lejtnant podbił lufę ku górze, więc kule odłupywały z sufitu sztukaterię, cięły niczym brzytwa kryształowe żyrandole, roztrzaskiwały górne partie luster, rozszarpywały ramy i płótna obrazów, gwizdały w okna i wraz z potężnym uuuurrrrraaaaa, które wyrwało się z oficerskich gardeł, przygięło pana Bieszka i mojego ojca nieco do parkietu, na szczęście już byli w drzwiach i usłyszeli jeszcze potężny ryk komendanta - Durak, nie strieliaj!!! - by chwilę potem znaleźć się na ulicy między spalonymi kościołami Świętej Elżbiety i Świętego Józefa, wiodącej do dworca.

[...]

Przypominałem sobie różne obrazy z mojej ulubionej historii początku: kajak ojca sunący wzdłuż Wyspy Spichrzów, na której żarzyły się jeszcze, niczym piętrowe dymarki, ruiny zbożowych fortun, widziałem niczym na wyświetlanym po raz setny filmie, jak dziób kajaka dobija wreszcie ostrożnie, powoli do przełamanego wpół i nadpalonego pomostu, drewno stuka o drewno, ojciec wskakuje na smołowane deski, odpycha kajak, rzuca za siebie wiosło, idzie pomostem i przeskoczywszy parę niebezpiecznych wyrw, stawia wreszcie stopę na swojej ziemi obiecanej, do której nikt go nie wezwał, którą sam sobie obiecał i wymarzył. Widziałem, jak podchodzi lipową aleją od Pelonkerweg, wzdłuż dolnego parku i dolnego stawu, do domu pani Grety, który wyglądał na mały pałacyk albo na obszerną willę, dopiero z bliska spostrzega dziurę w dachu i kilka zniszczonych okien, efekt pocisku moździerza, bo przecież nie bomby czy artylerii, po których niewiele by zostało.

[...]

Wtedy chyba zapamiętałem. Dzisiaj, gdy próbuję opowiedzieć tę historię, nadać jej jakąś linię, rozpisać na kilka głosów, choć przecież nie na pięciolinii, takich szczegółów nie potrafię już odtworzyć. Umknęły bezpowrotnie, jak tamta niekończąca się melodia, która nigdy nie zabrzmiała na scenie Opery Leśnej ani potem na żadnej innej scenie, a którą tyle razy słyszałem w domu przy Polankach, kiedy na fortepianie grywała ją pani Greta często z pamięci, czasem z wyciągu Ernesta Teodora. Uwielbiałem stać obok jej taboretu i przekładać strony zapisane czarnymi tajemniczymi znaczkami, wiedziała, że nie umiem czytać nut, więc kiedy nadchodził stosowny moment, skłon jej głowy był sygnałem do działania, tak jak w tej chwili samo wspomnienie szelestu tamtych kartek wprowadza nowy głos, nową postać i nowy motyw równocześnie: Ernesta Teodora. Właśnie zapakował walizkę, Greta sprawdza, czy niczego nie zapomniał, bo nie ma w podróży bardziej irytującej sytuacji niż ta, gdy zabraknie jakiegoś drobiazgu - spinek do mankietów, szczoteczki, pidżamy na zmianę. Wszystko to oczywiście można kupić, ale na ogół nie wówczas, gdy jest natychmiast potrzebne: ozdobne spinki przed oficjalnym spotkaniem albo termofor o północy, gdy w hotelowym pokoju jest zbyt chłodno i nawet nie byłoby kogo posłać po taki zakup, pomijając absurdalną myśl, że jakaś drogeria mogłaby handlować w środku nocy. Zapomniałam, jak się nazywa ten twój antykwariusz - pyta Greta, opuszczając klapę walizki. Musisz tam jechać? Ernest Teodor, zapatrzony w parę sójek, które po kilku okrążeniach lądują na brzegu dolnego stawu, długo milczy, jakby pytanie nie było skierowane do niego albo nie usłyszał słów żony. Z pewnym zmęczeniem w głosie, bo przecież już o tym mówił, wyjaśnia: To nie jest mój antykwariusz. Przyjaźnił się z ojcem. Jadę do Budapesztu, bo nigdy tam nie byłem. Od tygodni źle idzie mi praca, wiesz najlepiej. Może tych parę dni coś odmieni?

[...]

O czym myśli w pociągu? Od paru miesięcy wybierał z Elegii duinejskich [Rainera Maria Rilkego, austriackiego, lirycznego poety, prekursora egzystencjalizmu – przyp. aut.] ulubione fragmenty, aby złożyć tekst jednej pieśni. Dla Grety. Na jej głos. Miał skrupuły: czy wolno dzielić, a potem łączyć to, co Poeta zapisał własnym rytmem obrazów? Na przykład drugą strofę Drugiej elegii z pewnym fragmentem Siódmej? Było to ryzykowne, choć Rilke z jego, Ernesta Teodora, muzyką byłby dla niej pięknym prezentem, cudowną niespodzianką. Próby komponowania muzyki do całych, poszczególnych Elegii miał już za sobą. Nieudane. Oparty na prostym trójdźwięku powracający motyw, który zapisał pewnego popołudnia po długim spacerze plażą, znacznie lepiej rozwijał się przy skompilowanym tekście. Jedzie sam w przedziale pierwszej klasy, konduktor sprawdził bilet, przytaknął, że przesiadka w Berlinie jest z czwartego peronu. Ernest Teodor nie wierzy, by podróż sama z siebie niosła inspirację. Natchnienie przychodzi, kiedy zechce. Nie przeszkadza to jednak wyjąć dużego notatnika z pięciolinią i przyjrzeć się fortepianowi. Poprawić to i owo. Zwłaszcza że to on sam będzie akompaniował Grecie przy pierwszym wykonaniu. O ile kiedykolwiek skończy, co zamierzył. Perony wiejskich stacyjek migają za oknem w popołudniowym świetle majowym, im dalej na zachód, tym bardziej zielone wydają się łąki i świeże liście drzew, Ernest Teodor odkłada notatnik i przymyka oczy. Nie zasypia. Myśli o tym, jak zaskakujące jest życie. Nawet gdy przyjąć, że najważniejsze decyzje, te na rozstajach dróg, podejmujemy rzeczywiście sami.

[...]

Po prostu wstał i ruszył w kierunku sceny w żadnym wypadku „hipnotycznie”, „będąc zauroczonym”, „czując wyjątkowo silny poryw serca”. Nic z tego repertuaru. Przebijał się przez płynący ku wyjściom tłum z taką determinacją i pewnością, jakby już dawno temu, zanim jeszcze zdecydował o przyjeździe na Zygfryda [według Richarda Wagnera – przyp. aut.], miał przygotowany plan. To go samego zaskoczyło. Ale ją jeszcze bardziej, gdy przy wyjściu z garderoby Greta dostrzegła uważne, może nieco bezczelne spojrzenie jego piwnych oczu. Trzy dni później byli zaręczeni. Skromna nauczycielka śpiewu Katolickiego Seminarium Nauczycielskiego w Wolnym Mieście Gdańsku, członkini Towarzystwa Zjednoczonych Chórów Niemieckich, asystentka na Wagnerowskiej Scenie Opery Leśnej. I privat docent [z ang. prywatny docent – przyp. aut.] kompozycji w Heidelbergu, ktoś, komu kryzys zostawił jeszcze trochę majątku po dziadkach i rodzicach. Kiedy w październiku tamtego roku wzięli cichy ślub, zabrał starego i ślepego ojca z Heidelbergu, sprzedał tamtejszy dom i kupił jeden z dworów przy Polankach, z masy spadkowej Venancourtów, byłych francuskich właścicieli jeszcze z osiemnastego wieku.

[...]

Światło po grzbietach książek ślizgało się jak po ścianie piramidy, podnosząc ze spłowiałych, niegdyś złoconych żlebów tłoczeń drobinki kurzu, które w nieustannym ruchu to w dół, to w górę wirowały w całym pomieszczeniu. Fiedler miał krótko przystrzyżoną brodę, orli nos, wychudłe policzki, jasne, inteligentne spojrzenie błękitnych oczu i nie wyglądał na swoje siedemdziesiąt lat. Początek nie był zachęcający. Ze stosu przygotowanych książek, rękopisów, kopii lub starych wydań partytur nic właściwie nie skłoniło Ernesta Teodora do dłuższych oględzin. Zatrzymał się dopiero przy dziewięćdziesiątej symfonii Johanna Gottlieba Grauna, lecz nie dlatego, że jej osiemnastowieczne wydanie niosło z sobą jakiś porywający motyw. To on aż tyle napisał? - zwrócił się do Fiedlera [żydowskiego antykwariusza – przyp. aut.] - aż dziewięćdziesiąt? Przyznam, że tego nie pamiętałem. Antykwariusz spojrzał na nuty. Chyba ponad dziewięćdziesiąt - odparł po chwili - ale mam tę jedną. I jeszcze - poszperał w drugim z przygotowanych stosów - o, proszę - jego dwudziesty piąty koncert skrzypcowy. Tych było około sześćdziesięciu. To on napisał Cezara i Kleopatrę - bardziej stwierdził, niż zapytał Ernest Teodor. Jego brat, Heinrich Carl, proszę pana. Johann Gottlieb nie pisał oper. Heinrich Carl Graun napisał Cezara i Kleopatrę na otwarcie berlińskiej opery: 7 grudnia 1742 roku. Mam jego jeden motet w rękopisie, o, proszę - tutaj. Odłożywszy dwudziesty piąty koncert skrzypcowy Johanna Gottlieba Grauna, Ernest Teodor śledził linię melodyczną motetu Heinricha Carla. Duch późnego baroku odbijał się w tych nutach jak smukłe linie drzew na powierzchni stawu w bezwietrzny, ciepły zachód słońca. Niewiele było poprawek, skreśleń. Mógł trafić do sztychmistrza w takiej formie. Ze starannie wykaligrafowanym podpisem: Heinrich Carl Graun, wicekapelmistrz królewskiej opery Najjaśniejszego i Miłościwie panującego nam Pana, Króla Prus Fryderyka. Ernest Teodor chciał zagadnąć antykwariusza, ale Fiedler odszedł do klienta. Dopiero teraz, słuchając ożywionej rozmowy tamtych dwóch nad paroma książkami zdjętymi z półki i rozłożonymi na dębowym stole, zdał sobie sprawę, jak dziwnym, egzotycznym, nieprawdopodobnym językiem jest węgierski. Żadne słowo nie wpadało mu do ucha jako znajome w przybliżeniu, domyślnie zrozumiałe z niemieckim, francuskim czy choćby łacińskim źródłem.

[...]

Motet Grauna miał swoje piękno i dobrze opanowaną sztukę kontrapunktu. Tymczasem w antykwariacie zjawił się nowy klient: Fiedler przeszedł na inny język, Ernest Teodor, przeglądając następne rękopisy i druki, nadstawił ucha: było w tej mowie dużo zniekształconych niemieckich słów. Jidysz - pomyślał – co za dziwny żargon. Szukał dalej i nagle znalazł niemieckie tłumaczenie traktatu Micrologus brata Guido z Arezzo wydane w Getyndze w 1456 roku. Wszystko to przypominał sobie z okresu własnych studiów. Do-re-mi-fa-sol-la C D E F G A, a zwała się heksachord [diatoniczny postęp 6-ciu dźwięków – przyp. aut.]. Nowy zapis i prawie rewolucja. Tak, Ernest Teodor odłożył na bok traktat brata Guido i motet Heinricha Carla Grauna. Postanowił je wziąć z sobą do Oliwy.

[...]

Antykwariusz: jak ze Lwowa, po upadku imperium Habsburgów przeprowadził się do Budapesztu. Z jakim trudem uczył się węgierskiego. Ale spadek był intratny: jego wuj Samuel zapisał mu kamienicę przy Muzeum Körüt, z antykwariatem na parterze. Fiedler miał kiedyś żonę - jeszcze tam, we Lwowie. Ale zmarła rok po ślubie, nie zdążyli mieć dzieci. I tak do tej chwili trwał. Teraz wszystko sprzedane - wyjaśnił - wyjeżdżam do Palestyny na węgierskim paszporcie z brytyjską, mandatową wizą. Ernest Teodor: o swoich studiach i samotności pomiędzy matką a dziwakiem ojcem. Matka zmarła, kiedy miał osiem lat, a ojciec wciąż zmieniał plany wobec syna, przerzucając go z jednej szkoły do drugiej. Zawsze z internatem. Stąd nie lubił katolickich księży: pchali się do duszy, jakby to było ich własne podwórko. Już jako student przeszedł na protestantyzm - ale tylko po to, żeby ukarać ojca. Sprawy religii były mu obojętne - nie wierzył w nauczanie żadnego z Kościołów. Wierzył w muzykę - to go pociągało nieustannie, do dzisiaj.

[...]

Już w hotelowym pokoju pomyślał, że choć kolacja była znakomita, Fiedler miły, a przejażdżka po Dunaju po prostu nadzwyczajna, tracił czas. Jeden traktat i jeden motet - jeśli mogły coś zapowiadać, to raczej marny plon dalszych poszukiwań. Zresztą w istocie niczego nie poszukiwał, w podróż wybrał się nawet nie tyle pod wpływem listu antykwariusza, ile wewnętrznego impulsu. Przerzucił jeszcze motet Grauna. Może powinien go zaproponować Towarzystwu Śpiewaczemu Nauczycieli Niemieckich, do którego należała Greta? Gasząc lampkę przy nocnym stoliku, powziął decyzję: wyjedzie jutro, popołudniowym pociągiem. Fiedlera odwiedzi rano, spędzi tam parę godzin, zaprosi go na obiad do hotelu. Miał sen: ścinał w ogrodzie błękitne irysy. Z ich naręczem wchodził do domu przez szeroko otwarte drzwi tarasu. Chciał wręczyć je Grecie, ale nie było jej nigdzie. Dopiero po chwili zobaczył żonę nad stawem w dolnym parku. Zbierała zioła do dużej białej chustki. Była naga, tylko na stopach miała wiązane rzymskie sandały. Każde zebrane źdźbło czy liść podnosiła do ust, dmuchała weń delikatnie, by dopiero wtedy złożyć do chustki. Jej policzki stawały się wówczas lekko nabrzmiałe, pucołowate, jak u dziewczynki sportretowanej przez holenderskiego mistrza.

[...]

W ostatniej godzinie, jaka mu została w antykwariacie, Ernest Teodor w jednym z kufrów znalazł kilka kartonowych teczek, związanych jedna na drugiej sznurkiem w pokaźny pakiet. Nie były opisane, bez liniuszków do adnotacji, pożółkłe, rozpadały się. Chwilę potem rozkładali na stole ich zawartość. Rękopis partytury nie miał numeracji stron, a poszczególne karty, ułożone nie zawsze w odpowiedniej kolejności, sprawiały wrażenie, że opera - bo mieli przed sobą operę - jest dziełem chaotycznym; w niektórych partiach doskonale wykończona, w innych ledwie naszkicowana. Widzi pan ten chór? - palec Fiedlera sunął po pięciolinii, pod którą biegły literki tekstu - to chyba... Wagner - wyszeptał Ernest Teodor - nieznany Wagner. Niesłychane, chyba niemożliwe, a jednak - proszę spojrzeć na charakter pisma - to jest chór dzieci: Do-kąd i-dzie-my wez-wa-ne przez ten cu-do-wny dźwięk? Dokąd zmie-rza-my, śmie-jąc się i tań-cząc? Na wzgó-rza, na słod-kie łąki, hop! Hej hop! Da-lej-że w-tan! - sylabizował, podejmując melodię. Chór poprzedzony fletem - antykwariusz wskazał nuty. Niech pan spojrzy, co to przypomina. Idyllę Zygfryda - Ernest Teodor nie miał wątpliwości - tam jest bardzo podobny motyw w smyczkach.

[...]

Krótkie było pożegnanie Ernesta Teodora z antykwariuszem Jakubem Fiedlerem. Uścisnęli sobie dłonie. Już na Muzeum kórut, zdążając do hotelu Astoria, pomyślał, że wszystko to było jak sen: nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Dźwigał pod pachą motet Grauna, Pieśń lodową Gołyszewa, Traktat brata Guido oraz kartonowe teczki z nieznanym rękopisem Wagnera. I tak właśnie wyobrażam sobie Ernesta Teodora, gdy wysiada wreszcie na małym, prowincjonalnym dworcu w Oliwie, minąwszy parę minut wcześniej Zoppot: jest zmęczony, ma podkrążone oczy, ale przepełnia go uczucie ekscytującej obietnicy. Już zna główne motywy dzieła, słyszy chóry, pamięta orkiestrację całych fragmentów, solowe głosy w ariach, partie recytatywów. Bierze taksówkę z bocznym numerem siedem i przez krótką drogę na Pelonkerweg zastanawia się, jak powie o tym Grecie. Już powziął decyzję: będzie pracował miesiąc, dwa, pół roku, a jeśli trzeba, znacznie dłużej i nie spocznie, aż dokona rekonstrukcji niedokończonych fragmentów, aż uzupełni brakujące części, aż dokończy to, czego zaniechał Wagner. A potem? Cóż, zaprosi superintendenta Opery Leśnej Hermanna Merza i umówi się co do szczegółów: kiedy pokażą światu oryginalną partyturę i jak to wystawią - dzieło Mistrza w jego, Ernesta Teodora, rekonstrukcji. Właściwie uzupełnieniu. Dopisaniu. Dokomponowaniu. Wypełnieniu białych plam. Będzie też piękna partia dla Grety: matki kulawego Klausa. Dwa mocne wejścia. Najpierw lament nad zaginionym chłopcem. Potem hymn dziękczynny do Najświętszej Marii Panny, kiedy Klaus się odnajdzie. Jedyny z ponad setki uprowadzonych dzieci. Zapłacił guldena trzydzieści pięć fenigów za kurs. W portfelu miał jeszcze trochę węgierskich pengó. Musiał szperać, oddzielać, wyliczać. Wreszcie stanął w hallu, gdzie dwa stare portrety przypominały o rodzinie Venancourtów. Francuscy gdańszczanie albo gdańszczanie francuscy, patrzyli na niego spod wielkich peruk wyłupiastymi oczami niczym na intruza.

[...]

Nie potrafiłem tego ująć w paru słowach. Poza tym, że pan Bieszk mówił inaczej niż my. Rozumiałem większość jego zdań, choć nie wszystkie wyrazy. Niektóre wydawały się zmyślone, jak gdyby nieprawdziwe. Na przykład - metk. Dlaczego zły duch nie ma się nazywać po prostu zły duch, tylko metk? Albo - belnota. Czy nie można powiedzieć normalnie - odwaga? Ojciec zaśmiewał się z takich argumentów i tłumaczył, że to stary słowiański język, w którym do dziś istnieją słowa dawno już przez nas porzucone. Jak monety wycofane z obiegu. Woda potoku była krystaliczna, na jego piaszczystym dnie połyskiwały nieliczne kamienie, a kiedy wyjąłem jeden z nich, z jasną żyłką kwarcu biegnącą w poprzek czarnej masy, ojciec powiedział: To jest właśnie jak stare słowo wyjęte ze strumienia czasu: nieprzydatne a piękne. Byłem zdziwiony. Ojciec rzadko używał porównań, nie lubił metafor, kwiecistych ozdobników. Dzisiaj wyławiam z pamięci słowa pana Bieszka niczym takie kamienie. Bez nich nie da się ułożyć, rozwinąć ani zakończyć tej historii.

[...]

Nie był to wykład, nawet nie długa opowieść, ojciec napomykał tylko o ich istnieniu, jakby mu zależało, żebym przed wizytą u pana Bieszka właśnie o nich usłyszał, jakbym zrozumieć miał, że kraina, w której się urodziłem, to coś więcej niż zatoka, pagórki, jeziora, lasy, kartofliska i mowa, którą i Niemcy, i Polacy uważali za narzecze podrzędne: język pastuchów, rybaków, robotników i służących. Minęliśmy łukiem Złotą Karczmę i wychodząc z lasu mniej więcej tam, gdzie dzisiaj pędzą samochody przez całą dobę czterema pasmami obwodnicy, maszerowaliśmy polną drogą już wprost do Rębiechowa. Pamiętam ciszę nadchodzącej nocy, która przyjmowała nas pod swój podbity gwiazdami namiot, pamiętam jej zapach, na który składały się rozmaite esencje: wzrastającego żyta, wilgoci rosy, pęcznienia ziół, które już za kilka tygodni miały kwitnąć, niewidzialnych smug dymu z wiejskich checzy, końskich odchodów zmieszanych z piachem i wodnej rzęsy na maleńkich jak oczka bagiennych topielach. Ojciec nie potrzebował tutaj żadnej mapy. Za trzema wierzbami droga szła w prawo i już dochodziliśmy do checzy Bieszków. Drewniana i obszerna - tak ją pamiętam do dzisiaj - z naftową lampą zawieszoną u powały ganku, wokół której wirowały owady. Przed checzą panował spory ruch. Furmanki, bryczki, ze dwa samochody, kilka rowerów - wszystko to zajeżdżało lub już parkowało przed domem pana Bieszka.

[...]

Pan Bieszk, nie czekając na odpowiedź, popchnął mnie w kierunku krzesła i usadził na nim przymuszającym, choć delikatnie, naciskiem dłoni. Wyszedł z bokówki i po chwili wrócił z modlitewnikiem. Resztki złoceń na tłoczonych literach tytułu starej księgi wyglądały jak historia rodziny Bieszków, a może ich wsi, a może całych Kaszub: czytelne i nieczytelne, oczywiste i tajemnicze, jasne i nieodgadnione. Zostałem sam przy otwartej trumnie, w chwiejnym blasku świec, obok nieboszczki, o której nic nie wiedziałem. Z dużego pokoju dobiegały odgłosy przerwy: modlitwa ustała i zaczęło się szuranie krzeseł, brzękanie naczyń - nastał czas pierwszego poczęstunku. Starsze kobiety podawały kucha [świąteczne ciasto drożdżowe – przyp. aut.], kawę i chleb z masłem. Każdy, kto chciał, mógł mieć nalany jeden kieliszek wódki, ale niektórym mężczyznom to nie starczyło, wychodzili na dwór, ich niewyraźne głosy dobiegały zza węgła checzy [chata kaszubska – przyp. aut.] przez okno bokówki, słyszałem strzępy zdań, tłumione śmiechy. Otworzyłem modlitewnik na jednej z założonych wstążek. Po lewej kolumnie strony biegł tekst łaciński, równolegle po prawej polski. Nastał czas mojej modlitwy, dłużej nie mogłem zwlekać. In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti, Amen - przeczytałem wolno i nie musiałem zerkać na wersy prawej kolumny, bo znałem na pamięć „Ojcze nasz” z mszy w kościele Zmartwychwstańców tak dobrze po łacinie jak po polsku. Zamknąłem modlitewnik i dalsze słowa wypowiadałem szeptem, nie mogąc oderwać wzroku od czarnej lakierowanej torebki pani Bieszk, którą przez dziesiątki lat zabierała z sobą na chrzciny, wesela, pogrzeby, geburtstagi [z niem. rocznice urodzinowe – przyp. aut.], puste noce, wizyty w urzędach i niedzielne msze, tak jak wkładała pewnie tę samą czarną suknię, w którą teraz ją ubrano. Lakier był spękany. Szare żyłki odprysków biegły nieregularnie w poprzek i wzdłuż lśniącej powierzchni, jak głębokie bruzdy na jej twarzy.

[...]

Po przyjeździe z Budapesztu - opowiadała - nie zabrał się do pracy. Nigdy go takim nie widziałam. Leniuchował. Nic nie robił. Myślałam, że może jest chory. Stał się milczący. Unikał fortepianu. Nie pracował w bibliotece ani w dzień, ani nocami. Byłam naprawdę zmartwiona. Aż przyszły sianokosy. Z Dicke Eiche [z niem. gruby dąb, dziś miejsce w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym – przyp. aut.], ze Schwabenthal [dwór w Oliwie – przyp. aut.] wyjeżdżały drabiniaste fury z sianem. Wyładowane jak piętrowe domy. Wtedy się zaczęło. Chodził na długie spacery. Właściwie włóczęgi. Trzy, cztery godziny po lasach. Czasem nad morzem od Glettkau aż do polskiej granicy w Koliebken [Kolibki, dziś dzielnica w Gdyni – przyp. aut.] i z powrotem. Ale wolał wzgórza i las. Wtedy dowiedziałam się o nim czegoś nowego. Rysował. Przepięknie. Szybko. Fantazyjnie, doskonale. Na każdy spacer brał z sobą szkicownik i ołówki. „To - mówił - nie jest żadne tam uprawianie sztuki. To tylko wprawka. Ćwiczenie duchowe. Coś w rodzaju medytacji. Skupienia umysłu do stanu wymaganej ciszy, precyzji, najwyższej jasności”. Wracał do domu, pił tylko kawę i siadał nad nutami. Do rana przegrywał całe partie albo jeden fragment, nad którym pracował - kilkadziesiąt razy. Więc Szczurołap z Hameln zaczął się dla mnie w czerwcu. Z zapachem siana.

[...]

Może właśnie wtedy - bo o czymś tajemniczo szeptali - postanowili kupić mi rower? Był tak piękny, że kiedy ojciec wyprowadził go z piwnicy i przechylając w moim kierunku, powiedział żartobliwie - bierz i jedź, to jest wolność twoja - nie bardzo zrozumiałem, co do mnie mówi. Dotykałem nieśmiało niklowanej kierownicy, ciemnoniebieskiej ramy, twardego siodełka, sprawdzałem napięcie łańcucha, siłę bagażnikowej sprężyny. Nazywał się warta, miał przedni hamulec, dynamo, lampkę i kontrę w piaście. Zupełnie nowy, pachnący jeszcze sklepem i towotem. W niczym nie przypominał dziecięcego bobo, który już bardzo dawno temu, jeszcze w czasach Polanek, powędrował gdzieś do znajomych. Objechałem wartą dom, zrobiłem rundę po alejce między ogrodami, wróciłem pod kasztany. Podnieśliśmy z ojcem siodełko i kierownicę. Komplet kluczy grzechotał w skórzanym etui pod ramą. Dzwonek miał jasny, mocny ton. Dopiero po chwili dotarły do mnie słowa ojca. Rower ofiarowywał olśniewające perspektywy. Zbliżały się wakacje. Mogłem wyskoczyć na plażę do Jelitkowa. Do oliwskiego parku albo zoo. Do Wrzeszcza, gdzie pośród wielu sklepów był także i ten: z kolejką elektryczną na wystawie. Albo na Stare Miasto, żeby buszować wśród ruin na Wyspie Spichrzów. Na łąki pod lotniskiem, skąd można było obserwować ćwiczenia spadochroniarzy. Na wzgórza Niedźwiednika, z których jak na dłoni podglądało się żołnierzy w niebieskich beretach, kiedy strzelają z kałasznikowów do tarcz. Nie mówiąc już o wypadach dalszych nad jezioro w Otominie czy Osowej. Tamtego dnia - to był początek czerwca - nie wybrałem jednak trasy pierwszej przejażdżki do żadnego z tych miejsc. Minąłem moją szkołę, zerwany most i już byłem na Polankach, w cieniu starych drzew i domów, które ciągnęły się wzdłuż brukowanej ulicy długo, aż do Oliwy. Ostatnie metry przy dolnym parku, na podjeździe, prowadziłem rower. Było gorąco i pod górę, a ja nie chciałem zgrzany zastukać do drzwi pani Grety.

[...]

I potoczyła się opowieść. Postanowili, że raz do roku, właśnie w czerwcu, będą spotykać się we czterech. Skoro z matematyczną dokładnością zbiegły się ich ścieżki kilka lat wcześniej w Zoppot. Ernesta Teodora, pastora Nemollera, Czapiewskiego i Kunciusa. Kto miał najdłuższą drogę? Jeśli liczyć według kilometrów, to niewątpliwie Kuncius. Przyjeżdżał pospiesznym z Berlina o szóstej pięć nad ranem. Aby nie budzić domowników przy Polankach, najpierw wypalał papierosa na peronie oliwskiego dworca, a potem szedł spacerem wzdłuż Am Schlossgarten [ulica w Oliwie, dziś Grunwaldzka – przyp. aut.], słuchając ptasich opowieści. Drzwi otwierała mu Bernatka, wiodąc na piętro, gdzie czekał już na niego pokój: posłane łóżko, komoda z ręcznikami, pachnąca lawendowym mydłem pościel, w którą Kuncius zanurzał się z rozkoszą, wiedząc, że jak co roku odeśpi podróż w trzeciej klasie nawet i do południa, i że tu, w domu Hoffmannów, nie będzie miał złych snów. Kaszubka kładła futerał z instrumentem na komodzie, przyjmując wdzięczne, może trochę zbyt natarczywe spojrzenie gościa i wychodziła cicho na korytarz, podczas gdy pociąg z pastorem Nemollerem dopiero rozpędzał się na przedmieściach Królewca, mijając małe ceglane domki z pruskim murem, gęste szpalery drzew i kanały. Pastor, zanim zapadnie w drzemkę na kanapie pierwszej klasy, przygotuje sobie jak zawsze krótkie przemówienie do przyjaciół. Tak, to przepiękne, że spotykają się co roku dla przyjemności muzykowania na powietrzu, ale czy nieodmiennie muszą grać Schuberta, i to w dodatku ten sam zawsze kwartet? Owszem, pastor rozumie argumenty Ernesta Teodora: to jest doskonalenie kunsztu, ćwiczenie duszy, dążenie do doskonałości, przez próbę osiągnięcia absolutnej wirtuozerii, ale czy właśnie na tym powinno im zależeć? Przy podwieczorku, jeszcze przed koncertem, jak zawsze rozpocznie się dyskusja. Ten chytry Litwin Kuncius z początku weźmie jego - pastora Nemollera - stronę, ale tylko do momentu, w którym Czapiewski przybyły z Polski nie pyknie z fajki i nie poprze gospodarza, wtedy Kuncius zmieni front i egzotyczna koalicja niemiecko-polsko-litewska jak zawsze skończy się Schubertem. Gdy pastor wreszcie zasypia w pociągu, Czapiewski właśnie przechodzi obok młyna do szopy na podwórzu, by sprawdzić swój motocykl przed siedemdziesięciokilometrową podróżą. Ma na sobie skórzaną kurtkę, czapkę pilotkę z nasadzonymi goglami, płócienne spodnie i buty z cholewką, bo nawet w czerwcu pęd powietrza podczas jazdy potrafi wyziębić solidnie. Do kosza złączonego z motocyklem Sokół Czapiewski pakuje futerał ze skrzypcami i walizkę, gdzie złożył starannie bieliznę, frak, czarne półbuty i koszule.

[...]

...wybrzmiewały już z daleka ostatnie dźwięki pieśni Szczurołapa, ledwie słyszalne zza bram Hameln, odbite echem od gór, które w letnim zmierzchu przybierały ciemnofioletową barwę. Nigdy nie potrafiłem określić, dlaczego ta melodia tak mnie porywa i przykuwa: czy słyszałem ją z oddali, kiedy pani Greta grała dla siebie w swoim dużym pokoju, czy kiedy siedzieliśmy z ojcem u niej na herbacie - roztapiałem się w jej dźwiękach, byłem w środku tej muzyki, czułem, jak czas ulega spowolnieniu, a wreszcie zatrzymaniu, aż do ostatniej nuty, do niewidzialnej kody [z wł. coda to znaczy ogon; zakończenie utworu muzycznego – przyp. aut.].

[...]

„Rozumiem, rozumiem - kiwa głową pastor - lecz przyznacie, koledzy, że to jednak, przynajmniej na papierze, wygląda śmiesznie, drwal raz w sopranie jako wdowa Wienkhe, raz w barytonie jako burmistrz Rhode” - na co Ernest Teodor, zirytowany lekko całą tą dość jałową wymianą zdań, mówi: „Ależ to jest właśnie doskonały przykład, moi panowie, przykład szkolny problemów, jakie staną przed każdym, kto podejmie się tego rodzaju rekonstrukcji. Dobrze, więc najpierw ta dziecinna kwestia - tu Ernest Teodor ukłonił się delikatnie pastorowi - Baltazara, który zresztą według didaskaliów samego autora nie jest drwalem, tylko cieślą obwiesiem, więc tak oto można ją rozwiązać: Primo - przenoszę scenę ograbienia nieszczęśliwej wdowy z jednego dukata rzeczywiście na polanę, w sam początek pierwszego aktu. Wtedy jednak dynamika następnej sceny w karczmie nieco na tym traci. Przecież jest ona opowiedziana przez Baltazara jako dowód na to, że to, co zobaczył w lesie na polanie, było prawdą! Więc lepiej przyjąć inne rozwiązanie, zapewne zgodne z zamysłem autora, choć nie zdążył tego wyraźnie zaznaczyć. Oto i ono: rzeczywiście burmistrz Rhode nie odbiera jedynego talara wdowie Wienkhe w czasie rzeczywistym spektaklu, to jest wtedy, gdy publiczność patrzy, jak oślepieni szybkim zyskiem mieszczanie z Hameln rzucają się między mchy i paprocie, niczym francuskie psy węszące trufle. I rzeczywiście opowiada o tym Baltazar w karczmie. Ale jak? To oczywista niedorzeczność, że sam miałby śpiewać obie postaci - i pokrzywdzonej wdowy, i chciwca burmistrza. Otóż Baltazar, stając na blacie ławy, zaczyna tylko swoje opowiadanie. Nawet barytonem wyśpiewuje pierwszy wers skargi wdowy. W tej samej chwili na środek karczmy wkraczają faktyczni bohaterowie tamtej sceny, no i toczy się już dialog, który wam przegrywałem. Ta sugestywność, by nie powiedzieć: naoczność, opowieści Baltazara, drogi pastorze, świadczy raz jeszcze na jego, Baltazara, korzyść. Słowo pijaczyny staje się ciałem spektaklu w karczmie. Wszyscy już mu teraz wierzą, przynajmniej co do tego, że burmistrz Rhode jest łajdakiem i dla jednego talara więcej skrzywdzi biedną wdowę”.

[...]

Ale pani Greta chciała najwyraźniej, żebym coś jeszcze usłyszał. Beniamin, ojciec Ernesta Teodora - powiedziała - całymi miesiącami tłumaczył z francuskiego na niemiecki dziennik Franęois de Yenancourt. Był pierwszym właścicielem wszystkiego tutaj - zbudował dom, założył park i wodne kaskady. W osiemnastym wieku. Straszna rzecz, co napisał. Rękopis znaleziono w czasie remontu oficyny dla Beniamina i dlatego nazwaliśmy to miejsce Oficyną Francuza. Myśleliśmy, że tłumaczenie mojego teścia, nie wiem nawet, czy dokończone, spłonęło razem z nim. Jednak rok później, a to był rok tego okropnego Tannhausera, kiedy Ernest Teodor zlecił odbudowę Oficyny Francuza, robotnicy znaleźli pod spalonymi deskami podłogi żelazną kasetkę. To była oryginalna, francuska wersja rękopisu Franęois de Venancourt i jego niemieckie tłumaczenie. Prosiłam Ernesta Teodora, żeby je spalił. Ale on mnie nie posłuchał. Ta rzecz była jak złe zaklęcie. Jak przekleństwo. No, ale bierz już rower i wracaj do domu. Do domu trzeba wracać w odpowiedniej porze. A dlaczego powiedziała pani, że była to okropna rzecz? - odważyłem się zadać jedyne tego popołudnia i wieczoru pytanie. Jesteś za młody, żeby to zrozumieć. I obyś nigdy nie czytał podobnych rzeczy. No, idź już. Jedź do domu. Kiedy widzę teraz siebie pędzącego rowerem Warta przez Polanki - pora kolacji w domu dawno już minęła - kiedy przypominam sobie, jak mijałem przęsła zerwanego mostu, czuję, że nowy motyw tej historii wkracza w moją partyturę, czy chcę tego, czy nie. Czterej na łące już się zapisali kwartetem Schuberta. Szczurołap z Hameln też zdążył się rozwinąć, choć nie dobrnąłem do końca pierwszego aktu. Pan Bieszk, a może Bieszke, ale na pewno nie Bieszczański, rozwija linię kontrapunktu i jest obecny, nawet jeśli na jakiś czas linia ta zanika. Beniamin, sędziwy i zdziwaczały ojciec Ernesta Teodora, stanowi tylko drobny epizod. Natomiast Franęois ze swoim dziennikiem spisywanym pod koniec osiemnastego wieku w Oliwie powróci w tej historii niejeden raz. W jasny ton skrzypiec tamtego popołudnia, zmącony nieco trąbkami pożaru, wkroczył po raz pierwszy mroczny, zimny ton kontrabasu. Niepokojący wówczas, ze względu na tamto tajemnicze zdanie pani Grety. Niepokojący zawsze, ze względu na to, co zapisał w swoim dzienniku oszalały Francuz, od którego nazwę wzięła oficyna. Ale wątek ten czekał na mnie - w życiu - wiele lat. A w tej historii czeka nań jeszcze wiele stron.

[...]

Czy rzeczywiście jednak wiele stron? Pociąga mnie teraz prosty zabieg muzyczny, który znają także pisarze i filmowcy, a jeszcze lepiej codzienni opowiadacze różnych spraw, ci w kolejce do lekarza czy u fryzjera: wyprzedzenie. Antycypacja. Na tle pierwszego akordu - wszystkiego, o czym była do tej pory mowa - pojawia się niespodziewanie element akordu drugiego, jego dominanta, zapowiadając, że wprowadzony zostanie motyw w zalążku, w pestce, która dopiero zacznie obrastać miąższem opowieści. Franęois de Venancourt mógł pojawić się w Oliwie po uwolnieniu francuskich jeńców z rosyjskiej twierdzy Kronsztad [twierdza, wyspa w zatoce Fińskiej nieopodal Petersburga – przyp. aut.], a więc nie wcześniej niż po roku 1735. Nie wiadomo, dlaczego nie pożeglował z nimi do ojczyzny, by zejść na ląd w Hawrze czy Bordeaux, tylko zatrzymał się na całą resztę życia w mieście, którego prawdopodobnie szczerze nienawidził, które z towarzyszami broni miał wyzwolić śmiałym desantem z półwyspu Westerplatte, lecz które - na skutek niebywałej nieudolności i blamażu francuskiej armii - musiało się poddać Rosjanom i Prusakom. Skąd miał pieniądze na zakup ziemi, lasu? Rozebranie modrzewiowego dworu poprzednich, kaszubskich właścicieli? Budowę nowej, murowanej rezydencji? Założenie dolnego i górnego parku? Ujęcie mulistego strumyka w kamienne, niemal górskie koryto, poprowadzenie go przez kaskadę, a jeszcze - jakby tego było mało - zasadzenie dwóch lipowych alei, po których - co już opisałem - pewnego czerwcowego dnia 1932 roku Czapiewski wiózł Bernatkę w koszu doczepionym do motocykla Sokół, kiedy dom należał już do Hoffmannów? Venancourt był zwykłym podporucznikiem 2. Batalionu Grenadierów, dowodzonego przez pułkownika de la Luzerne, i jego żołd, nawet jeśliby dodać wygrane w karty sumy, starczyć mógł na parę dni hulanki, względnie na zakup konia, a nie na takie przedsięwzięcia. Tym bardziej po powrocie z niedługiej, acz ciężkiej niewoli w Kronsztadzie. Nic nie wskazuje na to, by po przybyciu do Gdańska już jako cywil zajmował się kupiectwem czy innym zyskownym fachem. Jego fortuna pojawia się w tej historii nagle, nieoczekiwanie, tak jak on sam pojawił się na świecie na jednej z plantacji, owych fazendas [gospodarstwo rolne/plantacja kawa w posiadłościach hiszpańskich w Brazylii – przyp. aut.], rozsianych setkami kwadratowych mil na brazylijskiej równinie, gdzie z czerwonawej gleby wyrasta do dzisiaj Saccharum officinarum - trzcina cukrowa. Żadne, nawet najwyższe trawy, w Dicke Eiche czy Schwabenthal, które przemierzał konno, polując na zające czy kuropatwy w towarzystwie dwóch wyżłów, Glorii i Achillesa, nie przypominały mu tamtych kilkumetrowych łodyg z liśćmi i kitami, a zwłaszcza ich zapachu, kiedy kwitły lub cięte maczetą - puszczały sok. Nie był to powód do nostalgii czy tęsknoty.

[...]

Tu, na Ostrowie – powiedział Bieszk, zagrzebując patykiem górkę popiołu - jinsze deche są. Szwedzcze [z kaszub. inne dusze są. Szwedzkie – przyp. aut.] Milczałem. Księżyc był już znacznie wyżej, choć jeszcze nie nad samą wyspą. Pan Bieszk odchrząknął i było to jak strojenie instrumentu przed występem. Najpierw więc, rzeczowo, wyjaśnił istotną różnicę między zwykłymi duchami zmarłych a stworami - jak choćby latawce. Te drugie też pochodziły od ludzi, ale takich, którzy zmarli złą śmiercią lub prowadzili straszne życie. Następnie wyłożył, co potrafią zwykłe dusze zmarłych. Hałasy na stryszku to ich sprawka. Otwieranie drzwi zamkniętych na klucz. Przestawianie garnków. Chowanie drobnych przedmiotów. Wyrzucanie ubrań z szafy. Tłuczenie w okiennicę. Zdmuchiwanie świecy. Wszystko to w swoim obejściu - nie gdzie indziej. Lecz Szwedzi nie mieli tutaj checzy. Ich oddział kawalerii ścigany przez polską jazdę dotarł do brzegu jeziora po kilku dniach ucieczki. Nie znali drogi, nie mieli przewodnika. Garstka zmęczonych i głodnych rajtarów mogła - przyparta do trzcin - wydać bitwę i polec. Po latach wojny nie brano jeńców w potyczkach. Szwedzki oficer, gdy na wzgórzu pojawili się Polacy, wydał rozkaz, by płynąć przez wodę do drugiego - jak sądził - brzegu jeziora. Nie był aż tak odległy. Podczas przeprawy kilku jezdnych wraz z końmi potonęło. Wreszcie znaleźli się na Ostrowie. Tylko parę niecelnych wystrzałów - oddanych jakby na pożegnanie - gruchnęło z brzegu, gdzie Polacy właśnie zakładali biwak.

[...]

Tak, bowiem Fuhrer wyprzedził Ernesta Teodora o jeden krok, o jeden sezon w Waldoperze [międzywojenna nazwa opery leśnej w Sopocie – przyp. aut.], a potem wyprzedzał już zawsze o dwa albo nawet trzy kroki, i już nie tylko samego Ernesta Teodora z jego pracowicie odtwarzaną partyturą Szczurołapa, Fuhrer wyprzedzał Niemców, wyprzedzał Anglię, wyprzedzał Francję, Czechosłowację, ba, całą Europę i tak jak zepsuł plany Ernesta Teodora, zniweczył plany całej Europy, choć wówczas - w trzydziestym trzecim roku - niewielu zdawało sobie z tego sprawę. Nie on - zaczęła opowieść pani Greta - mój mąż, kiedy w styczniu tamtego roku Hindenburg powierzył Hitlerowi tekę kanclerza, kiedy Hitler natychmiast stał się Fuhrerem, mój mąż Ernest Teodor powiedział przy kolacji, gdy tylko wyłączyliśmy radio: „Ten człowiek to katastrofa”. Bernatka zebrała ze stołu, ja poszłam czytać do sypialni, a on, przy fortepianie, przegrywał te partie Szczurołapa, które dopisywał w brakujących częściach. Szczególnie ciężko mu szło z chórem mieszczan, którzy nie chcieli zgodzić się na dyktat kanonika Deliusa.

[...]

Słuchałem, jak duchowny żądał, aby podejrzane konszachty zacnych mieszczan Hameln ze szczurami w coroczną noc Walpurgii uniemożliwić. Wzmocniona straż miejska miała trzymać warty, aby nikt nie opuszczał bram. Tak też się stało. Ale mieszczanie byli wściekli. Odkąd nikt nie składał nocnej daniny w lesie, odkąd nikt nie otrzymywał za to błyszczącej monety, interesy szły coraz gorzej. Wezwany na posiedzenie rady kanonik Delius nie ustępował. „Konszachty z mroczną i szatańską siłą - mówił - nie wyjdą nam na dobre. Nigdy”. Muzyczny dialog kanonika z rajcami trwał kilka minut. Po stronie chóru przewodził mu burmistrz Rhode. Aż do zabójstwa kanonika, gdy ten - wychodząc z ratusza, porwany przez pachołków, wrzucony został do studni w rynku miasta Hameln. Z pochodniami w dłoniach, uniesieni radością, mieszczanie śpiewali pieśń wyzwolenia. To był ten wielki chór. Nikt, nawet Kościół, nie będzie im dyktował, co mają czynić, aby ich żonom, dzieciom i wnukom nie doskwierała bieda. Bo bieda jest najgorsza. Nie do zniesienia. Przygina karku wszystkim, tak ciurom, jak bogatym. Bieda jest pogardą losu. Bieda to nicość. To właśnie bieda jest diabelska, nie sytość przy kominku, gdy dla familii starczy wszystkiego, ile się zapragnie, ile komu trzeba. Polewki, mięsiwa, chleba, napitku i radości. Niezwykłe to było: pani Greta od fortepianu, na którym odgrywała scenę chóralną skomponowaną przez Ernesta Teodora, dopowiadała treść, nie śpiewem, ale rodzajem recytacji.

[...]

Pierwsze, nieco powolne takty uwertury Tannhausera rozbrzmiały w sopockim lesie. Były jak robaki świętojańskie rozbłyskujące w zupełnej ciemności. Przywołały światło potężne i oszołamiające, lecz oczywiście nie od razu. Najpierw Tannhauser musiał opuścić grotę Wenus, udać się na turniej śpiewaczy do zamku landgrafa, tam zakochać się w Elsie i zostać potępionym za swoje pogańskie pienia. Następnie wyruszyć do papieża, po odpuszczenie win. Bez rezultatu powracając do ojczyzny, z chórem pielgrzymów i kijem, który puścił świeże listki, był Tannhauser obrazem nieszczęsnego człowieka-wędrowca, którego opuściło ziemskie szczęście, choć nie nadzieja - przy tym zdaniu pani Greta westchnęła (pamiętam, pomyślałem wtedy, że mówiąc o Tannhauserze, mówi też trochę o sobie, chociaż wtedy nie wiedziałem o niej jeszcze wielu rzeczy) - i opowiadała dalej: - No więc ten chór pielgrzymów nie wszedł od lewej i prawej kulisy, by złączyć się na środku sceny w jedną potężną grupę, nie, oni spływali ze wzgórza najpierw jakby nieśmiało, pojedynczo, potem większymi grupkami i tak to było obmyślone, że kiedy z mroku, spomiędzy pni buków wyłaniały się ich sylwetki w długich szatach niczym jacyś druidzi i każdy zapalał swoją pochodnię trzymaną w prawej dłoni, jedną od drugiej, te chybotliwe światła spływały w dół, wraz z potężniejącym śpiewem i wreszcie kiedy z ciemnego wzgórza spłynęli już wszyscy, w narastających dźwiękach orkiestry i ludzkich głosów - a było ich ze dwieście - utworzył się ogromny płonący krąg, w którego środku stał sam Tannhauser - tylko on jeden bez pochodni, no bo przecież wciąż dzierżył w dłoniach swój pielgrzymi kostur, i kiedy chór osiągał swoje apogeum, ten wielki krąg świateł dosłownie w kilka sekund zamienił się w swastykę zbudowaną z pochodni, swastykę, w której samym środku, tam gdzie krzyżują się oba identyczne znaki, stał teraz Tannhauser, który swój kij wędrowca przytknął do najbliższej pochodni, i teraz także on - z płonącym kijem-żagwią - był członkiem wspólnoty, był jednym z nich, więcej, Tannhauser był teraz sercem i mózgiem płonącego znaku odnowienia życia na scenie Opery Leśnej w Sopocie.

[...]

Wielu widzów płakało. Ja nie płakałam - kończyła wątek pani Greta - ale wstawałam wraz z innymi, nie, nie krzyczałam „Heil!”. To wydawało się zbyt pospolite na przedstawieniu operowym, ale mogę ci powiedzieć, że jednak coś ściskało mnie za gardło, jednak czułam wraz z innymi jakiś dziwny, przebiegający między ludźmi prąd, coś, czego nigdy wcześniej nie zaznałam. A Ernest Teodor? Nie powstał z miejsca ani razu. Siedział z kamienną twarzą wpatrzony w scenę, jak gdyby nie chciał uronić najdrobniejszego szczegółu. Jak gdyby z analityczną pasją pragnął odnotować wszystko, nawet krzyk przerażonych, obudzonych ptaków, które przyzwyczajone już w tym miejscu do muzyki, na taki nowy hałas reagowały szybkim przelatywaniem z drzewa na drzewo i nawoływaniami. Fuhrer nie przybył, choć dziennikarz muzyczny Christian Zaraske napisał już następnego dnia w „Danziger Beobachter”, że był na widowni ponad wszelką wątpliwość, był incognito nierozpoznany przez nikogo, bo takie są dyktaty wersalskiego traktatu, którego twórcy oddzielili Gdańsk od ojczyzny. „To właśnie z Nią, Rzeszą, połączył nas tego niezapomnianego wieczoru Fuhrer i Wagner, jakby byli jedną osobą, jednym wielkim duchem niemieckiego narodu”.

[...]

Ernest Teodor odpowiadał żonie sucho i rzeczowo. Owszem, uważa Wagnera za ciekawego kompozytora, ale nie za geniusza. To po pierwsze. Po drugie - to, co w Wagnerze naprawdę odkrywcze, oryginalne, piękne - natychmiast zostaje przykryte jego pychą. I nie chodzi tu o życiowe sprawy - kochanki, rozwody, miłosne awantury, rywalizację z innymi muzykami, insynuacje, pomówienia. Nie, chodzi - jego, Ernesta Teodora, zdaniem – o pychę artystyczną. Najpierw niewiarygodna ilość blachy. Tak ciężka, że każdy - istotnie piękny motyw - potrafi zakryć tym rodzajem wrzasku, który nie daje mu korzyści. Jakby przewidział niebywały rozrost w swojej ojczyźnie orkiestr dętych. Strażackich, wojskowych, policyjnych, kolejarskich, szkolnych i nawet robotniczych. Potem - cała ta mitologia. Niewiarygodne panowanie kiczu. Ani to prawdziwie ludowe, ani narodowe, choć za takie jest powszechnie uznawane. Przecież taki Zygfryd - jako dziecko natury i pragermańskich lasów - jest wymysłem spragnionego ucieczki drobnego mieszczucha. Ucieczki od cywilizacji, która przyspieszając bezlitośnie, jest coraz mniej zrozumiała, wreszcie - znienawidzona, właśnie za to, że pędzi coraz szybciej w niewiadomym kierunku. Zrywa sąsiedzkie i cechowe więzi. Wprowadza chaos w miejsce dawnego porządku.

[...]

Ależ, panie von Hoffmann - Hermann Merz zdjął na moment swoje okulary, by przetrzeć szkła irchową ściereczką, którą wyciągnął z butonierki - pan się zupełnie niepotrzebnie krygował! Dla pana czas mam zawsze! Pana kompozycje - tak, znam, znam i bardzo cenię, są wprawdzie, są, jak to powiedzieć - może zbyt nowoczesne, zbyt szokujące formą, lecz przecież nikt nie ma wątpliwości, ja także nie mam wątpliwości, że wszystko, co pan tworzy w zaciszu swego domu, jest wybitne! Kto wie, czy nie wyznacza pan przyszłych ścieżek naszej niemieckiej muzyki? Tak, tu, na wielkiej leśnej scenie mamy równie wielką niemiecką klasykę, ale w laboratoriach - czy wolno użyć mi takiej śmiałej metafory - w laboratoriach muzyków tak niezależnych jak pan, tak - ośmielę się powiedzieć - odważnych jak pan wykuwa się zapewne nowa, wspaniała jakość! I cóż pan przygotował dla nas? Kłamał. Na pewno nie znał utworów Ernesta Teodora, zaledwie mógł coś tam o nich słyszeć z prywatnych rozmów, może plotek. Gdyby posłuchał ich lub tylko przejrzał nuty, słowem nie wspomniałby o przyszłości niemieckiej muzyki. To, co pisał Ernest Teodor, nie nadawało się na scenę wagnerowską ani w Bayreuth, ani w Sopocie. Ani przed Fuhrerem, ani tym bardziej teraz, za Fuhrera. Ale Ernest Teodor też kłamał. I kto wie, czy nie zręczniej. Kłamał w jakiś nadzwyczajny, uskrzydlony i euforyczny sposób. Może pomogły mu dwa hausty francuskiego koniaku, popite kawą i sodową wodą?

[...]

Ernest Teodor starał się wyhamować. Niech pan na razie nic nie pisze. To, o czym w zaufaniu powiedziałem, to zaledwie wstępny szkic. Zarys idei. Ja pracuję bardzo wolno. Bardzo. I przecież - nie ma pośpiechu, prawda? Poza tym, powiem panu - oczywiście, w stylu Wagnera. O to chodzi. Ale mam skłonność do częstego użycia synkopy i trioli. Bo to jest słabość do Brahmsa. Tak, panie Merz, do Brahmsa szczególnie. A wie pan przecież, co o Brahmsie sądził Wagner, a zwłaszcza jego żona Cosima. Same przykre rzeczy. Bardzo nieprzyjemne. Jakie to ma znaczenie? Hermann Merz był prawdziwie rozgorączkowany. Po tym, co pan opowiedział, a zwłaszcza po tym, co pan zagrał, jestem pod najgłębszym wrażeniem. Ma pan wielką szansę wyzbyć się tych wszystkich niepotrzebnych nowinek. Może się pan stać wielkim narodowym kompozytorem. Już pan nim jest w pewnym sensie. Trzeba tylko zachęty do pracy. Ale ja panu zapewnię te zachęty. Obiecuję. Potem nastąpił wykład. Superintendent Hermann Merz opowiadał o amfiteatrze wypełnionym tysiącami przedstawicieli ludu. Ludu, który nie oczekuje od artysty żadnej wydumanej oryginalności, tylko wstrząsającego przedstawienia znanych mitów. Ludu, który nie chce oglądać zawodowych wykonawców, ale najwyżej utalentowanych przedstawicieli swojej klasy. W amfiteatrze pod gołym niebem, gdzie poezja, taniec i muzyka są jednym. Jak w starożytnej Grecji. W państwie harmonii - zakończył superintendent - nie ma początku ani końca. Wszystko jest jednym wielkim okręgiem, gdzie zwykli ludzie spotykają się podczas misterium sztuki. Owszem, opera miała inne początki. Najpierw wyłącznie w pałacach magnatów włoskich była dworską rozrywką dla bogaczy. Niczego nie zmieniła premiera Andromedy 6 marca 1637 roku w Wenecji, gdzie otwarto pierwszy publiczny teatr operowy. Pudełkowa scena pod dachem. Coś akurat dla ówczesnego mieszczaństwa. Nie, idea Wagnera, zwłaszcza tutaj, w Zoppot, gdzie natura i sztuka tak niezwykle łączą się z sobą, mocniej niż w Bayreuth, ta idea Wagnera jest doprawdy rewolucyjna. Arcyniemiecka. Z ducha demokratyczna i ludowa. I to jest przyszłość światowej sztuki, już nie tylko niemieckiej. Żaden z przywódców świata nie pojął tego poza naszym Fuhrerem. Czy zgadza się pan ze mną, panie von Hoffmann? Geniusz polityki rozumie - jak nikt inny - geniusza sztuki!

[...]

Kiedy po tylu latach przypominam sobie tę naszą ostatnią wspólną plażę, szum Kamiennego Potoku uchodzącego do morza niedaleko klifu, długie cienie drzew z wolna zabierające ostatnie plamy słońca na brzegu, myślę, że nie był do końca szczęśliwym człowiekiem, choć nigdy, w żadnych okolicznościach, nie wypowiedział słowa skargi czy żalu. Pracował w Polskim Rejestrze Statków, dość ważnej instytucji morskiej, odpowiedniku brytyjskiego Lloydsa. Ale nigdy nie rozwinął tam skrzydeł. Kiedy inni inżynierowie otrzymywali kontrakty do Iraku czy na Kubę, on jeździł w delegacje do Pucka, do Jastarni, do Helu na odbiór silników mocowanych na kutrach. Kiedy jego koledzy po fachu dostawali wczasy w Bułgarii lub w rumuńskiej Konstancy, my wyjeżdżaliśmy na Kaszuby. Kiedy w resorcie dawano nagrody - talony na syrenkę lub większe mieszkanie - zawsze go pomijano. To prawda, że nie chodził na pierwszomajowe pochody i kilkukrotnie zapraszany - nie zapisał się do partii. Ale czy to być mogła jedyna przyczyna?

[...]

Niemcy byli już na wzgórzu, skąd nas wyparli - opowiadał ojciec - znalazłem się w potrzasku. Mogłem biec tylko do jeziora i próbować je przepłynąć. Strzelali za mną, ale z dość dużej odległości, niecelnie. Słońce zniknęło już za klifem, na plaży powiało chłodem, a ja słuchałem, jak mój ojciec biegł do brzegu jeziora i jak w pewnym momencie zorientował się, że pędzi za nim żołnierz. Po kilkunastu metrach pościgu Niemiec zatrzymał się i strzelił. Kula trafiła w łydkę mojego ojca. Przeszyła mięso na wylot, nie uszkodziwszy kości. W ogóle nie bolało - powiedział, popijając łyk oranżady. Poczułem coś jak ukąszenie gza. Odwróciłem się, karabin miałem przeładowany, a ten biegł na mnie, no i nie zdążył przeładować po swoim strzale. Trafiłem go w głowę. Nie miał hełmu, tylko furażerkę. Byliśmy blisko siebie. Może dwadzieścia metrów? Był młody. Niewiele starszy ode mnie. Rzuciłem swój karabin, buty, spodnie, koszulę i płynąłem na drugi brzeg. Może dwa kilometry. Może półtora. Po paru minutach nadbiegli inni Niemcy, strzelali za mną, nie trafili. Mój ojciec przepłynął Jezioro Rożnowskie w poprzek. Rana w łydce krwawiła, ale w chłodnej wodzie nie czuł bólu. Tam, na drugim brzegu znalazł zagrodę, gdzie go opatrzono, wezwano lekarza, a potem przechowywano przez kilka dni w stodole, zanim nie przybył łącznik, żeby go zabrać - w chłopskim ubraniu - do miasta.

[...]

Czasami, we śnie, jestem nad tamtym jeziorem. I wszystko powtarza się jak w oglądanym po raz kolejny filmie. Rozbudzony, nie mogę zasnąć, bo za każdym razem myślę o tamtym chłopaku, którego zastrzeliłem. Mógł być samochodowym mechanikiem, pomocnikiem piekarza, robotnikiem w fabryce, a może studiował w Heidelbergu. Czy ja wiem? Na pewno miał rodziców, może rodzeństwo. Na pewno jego rodzinie wysłano zawiadomienie, że zginął za Rzeszę i Fuhrera w potyczce z polskimi bandytami. Bo tak nas nazywano - polnische Banditen, tego nigdy nie zapomnij - polnische Banditen - powtórzył z jakąś udręką w głosie. Byłem w szoku. Tak jakby nagle odsłonięta kurtyna ukazała mi mojego ojca w zupełnie innym świetle. Czułem, że cierpi z powodu tego strzału w głowę młodego Niemca bardziej, niż cierpiał z powodu swojej rany w łydce. Teraz, po latach, widzę to tak: wystarczył jeden moment, parę sekund, żeby Niemiec był szybszy. Mój ojciec padłby nad brzegiem Jeziora Rożnowskiego i nie zdążyłby być moim ojcem. Nie przypłynąłby kajakiem Dunajcem i Wisłą do Gdańska. Nie poznałby pana Bieszka. Nie zamieszkałby w domu pani Grety. Nie ożeniłby się z moją mamą. Nie pracowałby z Kaszubami przy odbiorze silników na małych kutrach. No i - przede wszystkim - nie byłoby mnie.

[...]

A co się stało z altowiolistą Foxem [za pochodzenie nieniemieckie musiał uchodzić z Wolnego Miasta Gdańska – przyp. aut.]? Tak, była zdziwiona tym pytaniem. Ale nie aż tak bardzo. Podeszła do sekretarzyka i przez chwilę szperała w bocznych szufladkach. Wreszcie podeszła do mnie z kartką pocztową w dłoni. Była to czarno-biała reprodukcja obrazu Rembrandta Ucieczka do Egiptu, ze zbiorów muzeum w Tours. Na odwrocie altowiolista Fox napisał po francusku „Najmocniej wzrusza mnie ten świder w sakwie przytroczonej do osła. Narzędzie pracy Józefa. Rembrandt był jednak malarzem szczegółu. Czy owo narzędzie było z brązu? Z metalu? Kto to wie? W każdym razie to nie jest pociągnięcie pędzlem alla prima, to jest niesłychanie wyrobione, wypracowane. Tak jak „Szczurołap”. Znaczek pocztowy Republiki Francuskiej przedstawiał paryski Łuk Triumfalny. Pieczątka była z Tours z datą 1 sierpnia 1939 roku. Pani Greta, przetłumaczywszy słowa altowiolisty Foxa, dodała: Potem przysłał nam jeszcze jedną kartkę. Z Nowego Jorku. Wtedy była już wojna. O ile pamiętam, 1940 rok. Ale tej drugiej nie mam. Nie wiem, gdzie się podziała. Na pewno była z drapaczami chmur, Ernest Teodor żartował, że jak się skończy wojna, takie wieżowce będą stawiali wszędzie, nawet tu, w Gdańsku. Spoglądałem na reprodukcję obrazu Rembrandta. Rzeczywiście świder - narzędzie pracy Józefa - był widoczny. Ale dlaczego altowiolista Fox zwrócił uwagę akurat na ten szczegół?

[...]

Była wyraźnie ożywiona pomysłem lekcji [udzielanych narratorowi w języku niemieckim jako językiem obcym w nauce szkolnej – przyp. aut.]. Chyba mocniej niż ja. Podeszła do sekretarzyka. Z drewnianej szkatułki, gdzie zabrzęczały drobne, wyjęła kilka monet. Ale wróciła do stołu z czymś jeszcze: była to oprawiona w skórę książka. Grzbiet ozdabiał meander, ale ani tam, ani na pierwszej stronie okładki nie widniał tytuł czy nazwisko autora. Wytłoczono na niej tylko trzy pokaźne złocone litery, nieoddzielone od siebie kropkami ani spacją. RMR. Położyła przede mną obok filiżanki pięć złotych na kupno zeszytów. Dwie jednozłotówki, jedną dwuzłotówkę i dwie pięćdziesięciogroszówki. Ale nawet nie spojrzała, czy i w jaki sposób wezmę drobne. Książka, której widocznie nie spodziewała się w tamtym miejscu, teraz otworzona chyba na przypadkowej stronie, wciągnęła panią Gretę natychmiast. Nagle zobaczyłem ją zaczytaną. Była nieobecna, jak gdyby zdania, które przebiegała wzrokiem, najwyraźniej wiele razy już poznane, teraz objawiały nowy blask i głębię. Jej twarz była lustrem, w którym odbijały się przecież nie litery, sylaby, wyrazy czy zdania, ale złożone ich wyższe sensy, całe melodie, a może też sekwencje następujących po sobie obrazów. Milczałem. Poniżej dolnego parku ulicą do rynku jechała jakaś rozklekotana ciężarówka, pobrzękując pustymi kadziami z blachy. Z dużo większej odległości docierał do wielkiego pokoju przeciągły, żałosny gwizd hamującego parowozu. Nad wzgórzami zabuczał schodzący do lądowania śmigłowy samolot. Z górnego parku, a może z lasu - granica pomiędzy nimi była płynna - dochodził nieustanny stuk dzięcioła, dopełniany zawołaniami kołującego wysoko jastrzębia. Cienka nić babiego lata, wirująca ledwie widoczną serpentyną, wpłynęła z ogrodu do pokoju przez uchylone okno. Patrzyłem, jak pojawia się w smugach światła i znika w strefach cienia, by ponownie błysnąć w nieoczekiwanym miejscu. Nitka przewędrowała sprzed wielkiej szafy nad fortepian, tu rozwinęła się w pełni i wyglądało na to, że opadnie w czerń instrumentu, ale niewidoczny prąd powietrza uniósł ją ponownie i pchnął do ściany, gdzie osiadła wśród pajęczyn i kurzu na ciężkiej, złoconej ramie portretu któregoś z Venancourtów, którzy po śmierci eksporucznika Franęois odziedziczyli dwór. Kiedy odwróciłem wzrok ku pani Grecie, zorientowałem się, że musiała przerwać czytanie i też śledziła leniwy lot nitki babiego lata. Patrzyła dokładnie tam, gdzie ja przed paroma sekundami. Nie trwało to długo. Nasze spojrzenia spotkały się znów nad stołem. Rzucił Szczurołapa. Powiedział, że na zawsze. I zajął się tym - podała mi książkę. Zobacz, wszystkie podkreślenia ołówkiem są jego. Otworzyłem okładkę. Na stronie tytułowej przeczytałem - Rainer Maria Rilke. Duineser Elegien [Elegie Duinejskie – przyp. aut.].

[...]

Wówczas nic mi to nie mówiło. Teraz, aby zmienić tonację z nitki babiego lata na tamtą jesień trzydziestego trzeciego roku, muszę wrócić na moment do uwertury, do pierwszego rozdziału, do chwili, kiedy Ernest Teodor zapisał w swoim notesie parę taktów Pieśni. Nie Szczurołapa oczywiście, o którym nic wtedy jeszcze nie wiedział. Tych parę taktów stworzył w wagonie do słów Rilkego, a ściślej - do drugiej strofy Drugiej elegii, tej, gdzie anioły są przyrównane przez Poetę do przegubów światła, do tarczy z rozkoszy, do pyłków kwitnącej boskości, do jutrzenkowych krawędzi gór. Wrócił do tego po przedstawieniu Tannhausera i po spotkaniu z superintendentem Hermannem Merzem, lecz najpierw z zimną furią zamknął wszystkie fragmenty Szczurołapa (skreślone ręką Wagnera i te dopisane do tej pory przez siebie) w dwóch kartonowych pudłach. Powędrowały do bibliotecznej szafy na sam spód, w czeluść głębokiej szuflady. Przez wiele dni znów szukał sposobu, jakiegoś klucza, by z różnych części dziesięciu elegii stworzyć jeden tekst Pieśni dla Grety. Wreszcie odnalazł taką ścieżkę. Wytyczali ją aniołowie.

[...]

W Pierwszej elegii Rilke wspomina o nich dwukrotnie. Druga elegia - najbardziej nasycona ich blaskiem - dwie pierwsze strofy oddaje im całkowicie, z powtórzeniem motywu w strofie trzeciej. W Elegii piątej Poeta dwukrotnie zamieszcza apostrofę do Anioła. Powtarza ją następnie trzykrotnie w Elegii siódmej. W Dziewiątej pada podsumowanie wątku, które zaczyna się od słów: „Sław przed Aniołem świat”. Matematyczna suma numerów elegii z aniołami - pierwszej, drugiej, piątej, siódmej i dziewiątej - wynosi dwadzieścia cztery. Suma numerów elegii bez aniołów - trzeciej, czwartej, szóstej, ósmej i dziesiątej - jest większa i zamyka się w liczbie trzydzieści jeden. Obie te liczby dodane do siebie wynoszą pięćdziesiąt pięć, co zdaje się nie mieć większego znaczenia. Lecz kiedy od trzydzieści jeden odejmiemy dwadzieścia cztery, wychodzi siódemka.

[...]

Tak więc pomiędzy aniołami, które mogą przerazić, a prezydentem Wolnego Miasta Gdańska Hermannem Rauschningiem, który nie przerażał, przebiegały pierwsze prace Ernesta Teodora nad Pieśnią dla Grety, według wybranych wersów Elegii duinejskich Rilkego. Szybko zdał sobie sprawę, że jednak sami aniołowie nie wystarczą, ponieważ tekst pieśni (miał być dość długi, ze względu na pewne muzyczne założenia) nie mógł zaczynać się ni stąd, ni zowąd apostrofą do skrzydlatego młodzieńca, który pojawia się u drzwi domu i budzi powszechne zdumienie, jeśli nie przerażenie. Epoka, kiedy aniołowie pojawiali się u progów domostw lub przed namiotem patriarchy Abrahama rozbitym pod dębami w Mamre [teren obok dzisiejszego Hebronu w Izraelu – przyp. aut.], była tak archaiczna i pradawna, że trzeba było rozpocząć pieśń od innego wątku, by dopiero w pewnym momencie dać miejsce aniołom.

[...]

Cóż odpowiedzieć miał Frankowski [służący do domu Grety I Ernesta – przyp. aut.]? Zachował się, jak trzeba: szybko zorganizował stolik, przywołał oberkelnera, a nawet przedstawił swoich pracodawców komuś ważnemu ze Związku Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku. Uprzejmie powściągliwy był pan Samp. Wyraził satysfakcję, że Niemcy w liczbie dwojga będą dziś gośćmi na narodowym święcie odrodzenia państwa, które wobec Wolnego Miasta Gdańska, wbrew temu, co pisze prasa, oczywiście niemiecka, nie ma żadnych wrogich zamiarów. Zamówił - na swój koszt - poczęstunek. Czerwony barszcz z pierożkami, bigos i małą karafkę zmrożonej czystej wódki. Na sali już tańczono. Greta nie czuła się zbyt dobrze: tylko kelnerzy mówili tutaj po niemiecku, zewsząd otaczał ją żywioł obcej, szeleszczącej mowy, której nie rozumiała. Ale Ernest Teodor był zachwycony. Smakował mu barszcz, pierożki uznał za świetne, a bigos, którego nigdy w życiu nie próbował - podobnie jak polskiej wódki - po prostu wprawił go w stan lekko euforyczny. No i muzyka. Kapela nie należała do wybitnych, lecz to, co grała, wpadało mu w ucho i zapadało w pamięć. Inne, odmienne tańce. Nigdy nie słyszał takich, poza Chopinowskimi motywami. Po oberku i kujawiaku zagrano mazura. Nie, nie mógł się powstrzymać, poprosił Gretę. Owszem, chwilami gubili krok, ale wychodziło im to nie najgorzej, choć takich skomplikowanych figur jak Polacy nie wykonywali. Tak, uchwycili w tańcu parę przelotnych spojrzeń, nieco zdziwionych - co też tu robi para Niemców - ale nikt nie dał im odczuć, że są intruzami. Pod koniec mazura Ernest Teodor zauważył za oszkloną ścianą werandy małe błyski. Nie, nie mogły to być bliki od wewnątrz, te rozpoznawał bezbłędnie. Ale też nie robaczki świętojańskie. W listopadzie? A jednak zbliżały się do oszklonej werandy, spływały ze stoku ciemnego już wzgórza, jak pochodnie pielgrzymów na przedstawieniu Tannhausera. Po chwili brzęknęło szkło. Pierwszy kamień wybił szybę i upadł na środek parkietu. Potem posypały się następne. Zaraz potem SA-mani wkroczyli na salę i zaczęła się regularna bójka. Straszna. Bito się czym popadnie. Nawet kufle wypełnione do połowy piwem fruwały w powietrzu jak pociski. A wraz z nimi krzesła, stoliki, ławki. Polaków było jednak w knajpie i na tarasie więcej, ostatecznie bojówkarze musieli się wycofać. Ernest Teodor kazał Grecie natychmiast schować się pod stolik.

[...]

[z pamiętnika pierwszego właściciela na oliwskich Polankach Françoisa Venancourta – przyp. aut.]

Więc panie van Goyen, dobrze. Gdyby zatem jakieś poszlakowe dowody? Przecież nie można żądać od oficera francuskiej armii, nawet zdymisjonowanego, żeby przyznał się do haniebnych czynów, bez przekonania oskarżonego o tym, że przynajmniej posiada się jakieś poważne supozycje. Nie rozumiemy się. Pan nie jest oskarżony, ja nie jestem sędzią, a ten pokój biblioteczny nie jest salą rozpraw. Więc w czym rzecz? W zamknięciu sprawy. Pan jest pierwszym i ostatnim jej ogniwem. Przyznanie się do winy - nikt nie żąda tego na piśmie - oznaczać będzie definitywny koniec. Ulgę dla wszystkich. Winę można wyznawać lub głosić, jeśli zakłada się, że żyjemy w świecie podzielonym na dobro i zło. A to wymaga istnienia Boga. Pan na pewno w niego wierzy w taki czy inny sposób. Ja natomiast nie. Żyję w świecie bez winy. Dlatego nawet gdybym zrobił to, o co mnie podejrzewacie, nie mógłbym powiedzieć - jestem winien. Za wszelką cenę chce pan przedłużyć tę rozmowę. Nie ma to sensu, podobnie jak filozoficzne dywagacje. To, czy Bóg istnieje, czy też nie, nie ma w tej sprawie nic do rzeczy. Zresztą obaj wiemy, że to kwestia wyłącznie przekonań. Dobrze, jeśli słowo „wina” nie przechodzi panu przez gardło, można to wyznać i tak: ja to zrobiłem. I co wtedy? Wstanę i wyjdę. A jeśli nic nie powiem? Będę czekał. Jak długo? Aż pan to wypowie. To niesłychana bezczelność. A jeśli usunę pana stąd siłą? I to braliśmy pod uwagę. Cóż, nie jestem - jak pan - żołnierzem. Ustąpię. Za jakiś czas pojawi się ktoś inny. [...] Odkąd ją ujrzałem tak jasno świecącą pośród innych gwiazd, zajmowała mnie tylko Wenus. Nocą, polegując na pokładzie, gdzie kazałem rozwieszać hamak, wpatrywałem się w jej mocne światło. Ongiś czytałem, że w Europie nazywano ją Fosforos, zaranną gwiazdą, jako że świeci kochankom do bladego świtu, acz zwano ją także Lucyfer, to jest niosącą światło. Wenus to grecka Afrodyta. Z aphrós [z gr. z piany morskiej – przyp. aut.] zrodzona. Dlaczego Platon uważał, że są dwie Afrodyty? Urania, czyli niebiańska, od czystej miłości, druga Pandemia - wulgarna i pospolita. Któraż by mnie zechciała? Jednak to nie Wenus miała wpływ na moje dalsze losy, lecz Mars, któremu przez parę długich lat służyłem, zanim znowu Wenus nie objęła mnie już na zawsze. [...] Nic nie jest w stanie oddać jego zdumienia, kiedym stanął - wprowadzony przez służącą - do salonu. Patrzył na mnie jak na przybysza z zaświatów, nie będąc do końca pewnym, czy jestem upiorem czy żywym jego bratankiem. Pierwsze, co oświadczył, to że nie ma żadnych środków na moje utrzymanie i żebym nie liczył na jego pomoc w żadnej, nawet najdrobniejszej, sprawie. Nad wyraz się uspokoił, kiedy mu powiedziałem, że moja wizyta nie ma na celu pozyskania jego wsparcia, tylko ciekawość. Bez najmniejszych przemilczeń opisałem mu śmierć mojej matki oraz ojca - oczywiście nie wspominając o moim udziale. Jeszcze przed kolacją - na którą był uprzejmy mnie jednak zatrzymać - powiedział parę zdań o moim ojcu. Był srogim przestępcą, skazanym za rabunki, gwałty i morderstwo na karę śmierci. Szubienicę zamieniono na dożywotni pobyt w karnej kolonii w Gujanie, skąd po siedmiu latach uciekł sobie tylko znanym sposobem do Brazylii. Stryj mój, Hubert, posiadał kilka listów mego ojca wysłanych już z fazendy, na które nigdy nie odpowiedział. „Nie miałem żadnej racji, aby się z nim kontaktować, był zakałą naszej rodziny” - wyjaśnił - i w ten oto sposób zostałem odpowiednio wprowadzony do mojej familii. Z trzech córek mego stryja: Julietty, Catheriny i Colette, tylko ta ostatnia odznaczała się urodą. Od razu nasze spojrzenia zawarły rodzaj umowy nad niezbyt suto zastawionym stołem poborcy podatkowego średniego szczebla. Umowa ta brzmiała: musimy się zobaczyć, ale nie tu, w tym domu, może gdzieś na przechadzce albo choćby w kościele, pod pozorem twojej - kuzynko - spowiedzi. Stryj pochwalił mój zamiar wstąpienia do armii, a kiedym mu okazał świadectwo ukończenia kolegium jezuitów w Babia (które za niezbyt wygórowaną cenę wyrobiłem sobie przezornie u fałszerzy dokumentów niedługo przed opuszczeniem mojej pierwszej ojczyzny), obiecał nawet protekcję, zwłaszcza gdy po raz kolejny gorąco zapewniłem, że nigdy, pod żadnym pozorem nie poproszę go o wsparcie czy pożyczkę choćby kilku luidorów.

[...]

Nie zawsze wiedział, co ma myśleć o dzienniku Francuza. Tym razem, odłożywszy manuskrypt, Ernest Teodor spostrzegł, że wszystkie jego skojarzenia krążą niczym owady w pułapce tych samych ścian, wewnątrz których Francuz żył przez długie lata. De Venancourt patrzył przez to samo okno na zatokę, chodził tymi samymi ścieżkami po dolnym i górnym parku. Nawet niektóre meble pozostały po nim nienaruszone, jak w prowincjonalnym, zakurzonym, rzadko odwiedzanym muzeum, gdzie stęchły zapach perfum czy pudru z ubiegłych stuleci stanowi nieodłączny składnik poczucia tego, co dawno wyrzucone z pamięci. Ale Francuz nie dał się z niej usunąć żadnym sposobem. Był jak bolący ząb, którego po nieprzespanej, pełnej cierpienia nocy, gdy ból niespodziewanie minie, i tak musimy dotknąć, by sprawdzić, czy obłęd - odstąpiwszy na czas jakiś - powróci czy nie. Powracał, za sprawą pamiętnika odnalezionego po pożarze oficyny, a zwłaszcza tego, co Ernest Teodor wyczytywał w tych zdaniach: pełen obrzydzenia, zgrozy i równocześnie fascynacji. Trzeba z tym zrobić porządek - wymamrotał, chowając rękopis do szuflady. Ale co to miało oznaczać, wcale nie był już pewien. Zniszczyć manuskrypt? Tego by nie uczynił, choćby ze względu na dokumentalną wartość zapisu. Wyrzucić z biblioteki szezlong z epoki Ludwika XV, kupiony zapewne przez Francuza przy urządzaniu domu? Tak, to można było zrobić. Portrety de Venancourtów w sieni - tych, co odziedziczyli po Franęois dom i posiadłość, ale mieszkali tu tylko do czasów Napoleona - sprzedać nawet za bezcen. Po co jednak właściwie miałby to robić? Czyż to nie absurdalne? Powody były przecież zupełnie inne, dość pospolite. Nie szła mu praca nad utworem dla Grety, słowa Rilkego wydawały się wciąż zbyt trudne i skomplikowane dla śmiałego, nowoczesnego przedsięwzięcia, więc siadał przy biurku, coś tam notował na pięciolinii, sprawdzał ze słowami Poety i po chwili już wyciągał Pieśń nadchodzącej nocy, by znów zagłębić się w protokolarnej i zimnej jak lód opowieści Francuza. Więc wymamrotane - „trzeba z tym zrobić porządek” - oznaczało ni mniej, ni więcej, że zakazuje sobie dalszych lektur Franęois de Venancourt do czasu, aż ukończy Pieśń dla Grety. Koniec. Kropka.

[...]

Czy w muzyce jest tak samo? - zapytał nauczyciel rysunków. - Pan przecież komponuje. Nie da się tego porównać - Ernest Teodor ważył słowa - to zbyt różne dziedziny. Choć owszem, liczy się wyrazistość motywu. Jeśli podany jest dobrze, wszystko, co później z nim zrobimy - lepiej czy gorzej - blednie wobec tych kilku pierwszych dźwięków. Nie, nie wyraziłem się precyzyjnie. Nie blednie, tylko staje się mniej ważne. Pozostanie, jak gdyby w cieniu. Chodzi mniej więcej o to, by ów motyw przetwarzać wiele razy w taki sposób, by - odmieniany - nadal był czytelny i nic nie stracił ze swojej pierwszej, zachwycającej świeżości. Nie, ja nie jestem teoretykiem, panie Meseck. Albo utwór jest wyrazisty, albo grzęźnie - jak pan to ujął celnie - w bluszczowatości.

[...]

Jedyne, co dobre - pomyślał Ernest Teodor - to, że ani słowem nie wspomniałem Merzowi o istnieniu Szczurołapa. I nigdy nie wspomnę już nikomu. To się nazywa zrozumieć ducha naszych czasów. Jak długo przyjdzie jednak czekać? Wsparty o poręcz nad huczącym wodospadem, który wśród ułożonych głazów miał imitować maleńkie Alpy, jeszcze przez moment Ernest Teodor był myślami przy Szczurołapie. Dlaczego Wagner nie wykorzystał w swoim libretcie wersji braci Grimm? Tam zaklinacz szczurów wyprowadził dźwiękiem fletu hordy gryzoni z miasta Hameln wprost do Wezery, gdzie się potopiły. Skąpi mieszczanie nie wypłacili mu jednak obiecanej sumy. Dlatego powrócił do miasta i w przebraniu dziwnego myśliwego, też za pomocą fletu, wyprowadził wszystkie dzieci? Nie można było tego zrozumieć inaczej niż jako aktu zemsty za niedotrzymaną umowę. Wagner zrezygnował z tego podwójnego wyprowadzania - najpierw szczurów, potem dzieci z miasta. Jego szczurołap, otrzymawszy zapłatę jednego talara z góry, grał i wymaszerował z Hameln tylko raz, a to, że dzieci, tańcząc i podśpiewując w takt dziwnej melodii, ruszyły wraz z korowodem szczurów, było bardziej tajemnicze. Z drugiej strony, może chodziło o to, żeby nie mnożyć scen? W jednej i drugiej wersji dzieci do miasta nigdy już nie wróciły, co stanowiło rdzeń legendy z miasta Hameln nad Wezerą.

[...]

Tylko mały kulawy Klaus [jedyne dziecko ocalałe z Hameln po wyjściu Szczurołapa ze szczurami ku ich zagładzie łącznie z wszystkimi prawie dziećmi w miasteczku – przyp. aut.], synek wdowy Hildegardy Wienkhe, którą w pierwszym akcie pozbawia znalezionego talara burmistrz Rhode, tylko więc ów kaleki chłopczyk odnaleziony został po dobie poszukiwań na ścieżce pośród skałek. Kiedy młynarz Hulke (tenor) śpiewnie zapytuje: „Klaus, Klaus, gdzie są inne dzieci? Czy kto je porwał, czyli może przedał?”, sopranik Klausa odpowiada: „Tam, w górę poleciały, gdzie obłoki”. A gdy kupiec Bottcher (bas) wyśmiał chłopca: „Tylko ptacy i aniołowie fruwać mogą, głupie dziecko!”, Klaus odśpiewuje kantyczką: „Panie, toż każde dziecko ci to powie, że umie fruwać jako aniołowie, jam też tak chciał, jam też tak pragnął, lecz mnie nie wzięli, bo nogę mam szpotawą”. Swoją drogą - zastanawiał się Ernest Teodor, patrząc w spieniony strumień wodospadu - jak rozwiązałby Wagner wokalny problem Klausa na scenie? Przecież nie znalazłby kastrata karła, to już nie była ich epoka. Sopranistka karlica? Niedorzeczne, nawet gdyby znalazł gdzieś taką w Oriencie. Zapewne chłopiec z jakiegoś kościelnego chóru, przed mutacją, starannie przygotowany przez koncertmistrza albo samego Geniusza, który lubił stawać za dyrygenckim pulpitem i mieć oko na wszystko. Na wszystko, co sam stworzył.

[...]

. Konary i gałęzie buków tworzą prawdziwie abstrakcyjną kompozycję, niemalże czystą formę i w tej, jak gdyby pozbawionej treści siatce samych znaków: poprzecznych, poziomych, ukośnych i pionowych, Ernest Teodor odkrywa zupełnie osobny porządek piękna, nie ozdobnego, właśnie nie bluszczowatego. Jest to piękno - by tak rzec - samego zamysłu kompozycji, czystej idei układu form. Jest tym zafascynowany i pracuje, jak zawsze na początku pełen rozmaitych, zupełnie niezwiązanych z rysowaniem myśli, które - niczym natręci - nie dają się odpędzić. O czym mówią? Przypomina sobie jakiś fragment kroniki opactwa, bodajże z 1234 roku. „2 stycznia Oliwa została doszczętnie spalona przez warmińskich Prusów, a sześciu konwersów i trzydziestu czterech sług zostało w haniebny sposób zamęczonych ogniem i mieczem” - jak napisał cysterski skryba. Imiona męczenników, którzy z niewiadomych przyczyn nigdy nie zostali świętymi rzymskiego Kościoła, to: Elco, Tidliff, Gerbold, Sibod, Wulfard, Bartusz. Tylko jedno słowiańskie, polskie imię w tym elitarnym towarzystwie. Kto wtedy tutaj rządził? Książę Świętopełk zwany Wielkim.

[...]

Szedł już trzeci szkic gałęzi. Dlaczego Hitler tak nienawidzi Żydów? Zapewne sam ma w sobie coś z tej rasy, od której pragnie uciec, odgrodzić się nienawiścią i pogardą. Pragnie ich zniszczyć jako cząstkę samego siebie. Jak to się określa w pismach doktora Freuda? Wyparcie. Chyba tak. Czy rzeczywiście - jak napisała nazistowska gazeta w Gdańsku - polska kawaleria stoi już w lasach, na granicy Wolnego Miasta i tylko czeka na dogodny moment? Dopiero byłoby to ciekawe, gdyby Polacy - łamiąc traktat wersalski - zajęli Gdańsk. Wojna? Parada kawalerii polskiej na Langer Markt [z niem. długi targ – przyp. aut.]. Niemcy, którzy muszą się uczyć polskiego języka. Zabawne. Niemcy zmuszeni do czegokolwiek, co nie jest niemieckie. Niemożliwe stałoby się naocznym.

[...]

Jak w Tannhauserze, gdzie przy końcu opery pielgrzymi kij cudem wypuszcza liście, tak teraz w jego wyobraźni - a mówiąc precyzyjnie: przed jego oczami - buki zazieleniły się, słońce przeszło spod znaku Raka w pierwszy dzień znaku Lwa, ptaki szaleńczo głosiły pochwałę pełni lata, gdy wewnątrz altany Ernest Teodor zobaczył tych dwoje: Poetę i jego Muzę. Być może kolejność była odwrotna - najpierw rysownik ujrzał Rainera Marię Rilkego z Lou Andreas-Salome w środku altany i wtedy właśnie chłodny, listopadowy dzień w parku Oliwskim 1933 roku zamienił się w lipcowe popołudnie roku 1898. Nie miało to zresztą większego znaczenia wobec faktu, że porzuciwszy ideę japońskiej formy bezlistnych gałęzi pokrytych szronem, Ernest Teodor wychylił drugi naparstek orzechówki i zaczął szkicować tamtą parę. Szybko, intuicyjnie odrzucił pierwszy wariant, ledwie zarysowany ołówkiem, choć już w całości rozbłysły w wyobraźni: Rilke i Lou nie mogli trzymać się za dłonie, niczym galant i dama dworu z obrazu Watteau, choć bez wątpienia przysiedli obok siebie na ławce.

[...]

. On, Poeta, o którym nie wie wówczas Europa, że jest największym z wielkich. Nie napisał jeszcze Sonetów do Orfeusza ani Elegii duinejskich. Musiała jednak wiedzieć, że ma do czynienia z kimś absolutnie wyjątkowym - rozważa Ernest Teodor - ona, w której kochało się tylu najwybitniejszych z Parnasu ówczesnego świata. I jeszcze jedna myśl zaprząta uwagę Ernesta Teodora, kiedy skręca w ulicę Polanki - Rilke zmarł zaledwie siedem lat temu w szwajcarskim sanatorium, o czym doniosły gazety, nigdzie jednak nie czytał nekrologu Louise Andreas-Salome. Gdyby mógł z nią dzisiaj porozmawiać, w listopadzie 1933 roku, o co ośmieliłby się pytać? O ich późniejszą podróż do Rosji? O to, gdzie odbywały się ich miłosne schadzki w lipcu 1898 roku? W jednym z oliwskich pensjonatów? Może w budynku miejscowego kurhausu [z niem. dom zdrojowy – przyp. aut.], pod samym lasem, Am Wachterberg [obecnie ulica Podhalańska w Gdańsku – przyp. aut.]? Teraz ma pewnie około siedemdziesięciu lat - waha się czysto teoretycznie Ernest Teodor - nie, pewnych pytań w ogóle nie wypada zadawać, a już zwłaszcza o sprawy tak delikatne jak miłość i poezja.

[...]

Znikąd jestem ja - pomyślała Greta, kiedy z gabinetu dobiegły ją dźwięki fortepianu. Nadzwyczajnie komponował. Nie wiedziała, do jakich konkretnie to jest słów Rilkego, ale melodia, a raczej jej wstępny zarys, była niezwykła. Łączyła w sobie dwa mocne elementy: coś, co można było określić mianem czystego jak kryształ klasycyzmu, z absolutną nowoczesnością. Przy czym przeważał element drugi - by tak rzec - rewolucyjny. Niesłychane zmiany tonacji, gwałtowne przeskoki tempa, no i sama inwencja melodyczna. Nigdy mu nie przeszkadzała w takich chwilach, choć tym razem bardzo miała ochotę wejść do niego z tym jednym rysunkiem i zadać pytanie, dlaczego tych dwoje wewnątrz altany przypominało ich samych. Ernest Teodor tak właśnie to narysował: przecież Lou to była ona, Greta, jej twarz, a Poetą był on sam. Czy miało to znaczyć, że kochankowie - z jakiejkolwiek byliby epoki - są do siebie podobni? Że zawsze chodzi im o to samo? Dłoń zamknięta w drugiej dłoni, twarz przy drugiej twarzy, usta do ust, język przy języku? Jej miłość do niego była bezwarunkowa: teraz, kiedy z gabinetu dobiegały muzyczne frazy, myślała o tym. Tak, była znikąd. Nie znając swoich rodziców, wychowana w Przytułku Świętego Jana, na nic już właściwie w życiu nie liczyła.

[...]

Dobrze, przyjmuję zaproszenie [powiedziała Greta do Ernesta – przyp. aut.]. Ale jest jeden problem. Do domu zamierzałam wracać koleją. Zapewne po kolacji ostatni pociąg już odjedzie. Nie wzięłam pieniędzy na taksówkę. Jak pan widzi, ja też wyrażam się wprost. Taksówkę wliczamy do zaproszenia na kolację, oczywiście, nawet nie pomyślałem, że może być inaczej. Przepraszam. Kiedy jechali małym autobusem spod Waldopery, który rozwoził widzów po hotelach i pensjonatach dolnego Zoppot, nie zamienili z sobą jednego zdania. Zresztą trudno było rozmawiać w zatłoczonej kabinie. Dlaczego - pomyślała - użył liczby mnogiej? Przecież powiedział - wliczamy - a nie - wliczam? Ale nie zapytała go o to podczas kolacji. Raczej patrzyła, jak zamawia dania, jak zwraca się do kelnerów, jak je, jak dolewa do jej kieliszka wina. Z początku czuła się nieswojo. To nie była jej społeczna klasa. Obcy mężczyzna, z którym siedziała przy stoliku restauracji luksusowego hotelu, był dystyngowany w sposób niewymuszony, najzupełniej naturalny i nieostentacyjny. Widać w nim było kilka co najmniej pokoleń ludzi zamożnych - nie musieli walczyć o chleb tak jak ona i wszyscy ci, którym życie nie ofiarowało bogatych rodziców, dziadków i pradziadków. Był jednak w równie naturalny sposób delikatny. Tkwiła w nim także pewna doza melancholii. Nie dominująca, ale wyraźnie obecna. Wydawało się, że ta melancholia znika natychmiast, kiedy spoglądał na nią swoimi piwnymi oczami. Nienatarczywie, niemal ukradkiem. Zapytany o swoje kompozycje, odpowiadał rzeczowo, z lekka ironizując. Od razu się zorientowała, że musi być kimś wybitnym: o muzyce wiedział wszystko, znał ją na wylot. Sama mówiła o sobie niewiele. Więcej o pracy w Waldoperze, kłopotach z chórami, o superintendencie Hermannie Merzu i jego żonie Lotcie, malarce, która projektowała scenografie.

[...]

Czy napisałby pan dla mnie pieśń? Jedną. Na pamiątkę tego spotkania - zapytała przy deserze. Był zaskoczony. Dopił resztkę koniaku i odstawiając kieliszek, powiedział - oczywiście, ale nie wiem, czy pani byłaby zadowolona. To, co robię, jest dość nowoczesne, choć nie rewolucyjne. Nie, nie jestem dodekafonistą. Szukam swojej własnej drogi. Dzisiejsza muzyka, może zresztą cała sztuka, jest na rozdrożu. Wszyscy czujemy, że coś się skończyło. Nieodwracalnie. Ale nikt nie wie, nikt nie potrafi powiedzieć, w jakim kierunku dążyć. Może już nigdy nie będzie takiego jednego kierunku - jak bywało dawniej? Może nowoczesność oznacza najprościej, że istnieją rozmaite drogi równoległe, nieprzystające do siebie, osobne? I dopiero ich suma za sto lat okaże się dla naszych wnuków jakąś jednością? Może zresztą ta jedność jest wyłącznie utopią? Może zawsze - także w dawnych wiekach - była utopią? Chociaż nie. Bach i Handel, zupełnie od siebie różni, operowali jednak tymi samymi środkami formalnymi. Język był wspólny, odmienna ekspresja. Teraz odmienne są i ekspresja, i język. Tak, to jest zasadnicza różnica. Powtórzę - nie wiem, czy pani sprostam.

[...]

Wracam do Wagnera. Trzeba się spieszyć, nie ma czasu. Dlaczego mało czasu? - zapytałam. Przecież powiedziałeś, że zaczekasz, aż to wszystko brunatne się skończy. Tak - odparł Ernest Teodor - ale teraz widzę, że to się nie skończy prędko. I skończy się katastrofą. A jak ma być katastrofa, to chciałbym to zamknąć. Napisać do końca. Odłożył pieśń do słów Rilkego - mówiła dalej - i wyciągnął z szuflady Szczurołapa. Już nie tak znów wiele w partyturze brakowało. Po śmierci kanonika Deliusa utopionego w studni mieszczanie z Hameln znów próbowali w noc Walpurgii złożyć daninę Królowi Szczurów. Ale ten nie przybył. Może przyczyniły się do tego egzorcyzmy kanonika Deliusa wygłaszane z ambony? W każdym razie szczury naszły Hameln i zadomowiły się w mieście. Niszczyły wszystko. Wkrótce spichlerze stały się puste. Panował głód. Szczury były wszędzie. Na ulicach, w sypialniach, na strychach, w spiżarniach, piwnicach, karczmach, zakrystiach, na stacji dyliżansów, w ogrodach. Burmistrz Rhode ordynował specjalne środki przed zarazą, która zawsze postępuje za szczurami jak śmierć za życiem. Tak, czyhała już u bram, jej pierwszy pokos mógł być teraz sprawą nie dni, lecz godzin. Nikt wprawdzie jeszcze nie zachorował ani nie umarł, ale pamięć czarnej śmierci, która ongiś w Hameln pozostawiła jedynie dwoje żywych - starą żebraczkę Hildegardę i grabarza Jonasa - była w miasteczku wciąż żywa. Przygotowano stosy drewna do palenia zwłok, kołatki, które miały odpędzać morowe powietrze, i duże zapasy święconej wody.

[...]

Kiedy wreszcie - długo po Nowym Roku - uporał się z melodią Szczurołapa i całym wyjściem korowodu z miasta, miał jeszcze jeden akt przed sobą. Najpierw niepokój mieszkańców - żadne z około stu dzieci nie wróciło do zmierzchu. Od wschodu słońca następnego dnia gorączkowe przeszukiwania okolicznych wzgórz i odnalezienie małego kulawego Klausa, który wyśpiewał to swoje słynne - znane z legendy - zdanie, że dzieci pofrunęły do nieba, czemu, rzecz jasna, nikt nie dał wiary. Potem wizyta mieszczan na zamku okolicznego landgrafa, podejrzliwość wobec jego lakonicznych wypowiedzi. Bo może jednak miał z tym coś wspólnego? Może pośredniczył w sprzedaniu dzieci - jako przyszłych niewolników - gdzieś do krajów muzułmańskich? Wielcy panowie zawsze byli podejrzani. Ich pycha i wyniosłość brały się z uciskania biednych - od stuleci. Ich sprawki, domowe wojny, które wszczynali z sąsiednimi grafami i baronami z byle powodu, kosztowały chłopów i mieszczan znacznie więcej niż wszystkie klęski żywiołowe i zarazy razem wzięte. O tym śpiewał chór. Odpowiedź landgrafa nie była przekonywająca. Nie w sensie argumentów, lecz muzycznie. To był najsłabszy moment opery i Ernest Teodor czuł ogromną pokusę, żeby to i owo poprawić. Ale zwyciężył respekt wobec oryginału. On sam miał być tylko tym, który wypełnia, dopisuje brakujące fragmenty. Aria landgrafa była długa, nużąca, ciągnęła się prawie siedem minut, od czasu do czasu wkraczał w nią któryś z mieszczan, lecz całość robiła wrażenie nudnego wykładu. O szlachetności i wybitnej roli wielkich panów w niemieckim narodzie. Lepszy był finał. Mieszczanie z Hameln - zebrani pod ratuszem - kłócili się z sobą ostro. Kto zawinił? Ten, kto zatrudnił Szczurołapa. Ale przecież wszyscy chcieli, żeby wyprowadził szczury. Kto pierwszy - przed paru laty - wszedł z nim w układ? Każdy miał z tego korzyści. Więc? Finał był mocny. Krótka, muzyczna pauza. Wszyscy na scenie zamierali w bezruchu. Jak kukły. Manekiny. I nagle, z oddali, rozlegała się - raz jeszcze - melodia Szczurołapa. Flet. Pierwsze skrzypce. Drugie skrzypce. Wiolonczele. Oboje. Waltornia. Kontrabasy. Trąbki. Puzony. Tuba. Kotły. Fagoty. Istne szaleństwo.

[...]

A co nazywasz nicością? - pytała Greta. Taki punkt, z którego nie ma powrotu - odpowiadał - tak jak teraz my, Niemcy. Nie mamy powrotu. Szczurołap wyprowadzi nas z naszych miast. Spłoną. Będą zrujnowane. Zarosną chwastem. Tak będzie. Zobaczysz.

[...]

Na Skałce, w pięknym barokowym kościele, a właściwie w jego katakumbach, ciotka udzielała mi lekcji historii. Przy sarkofagach zadawała pytania: czy wiesz, kto to był Jan Długosz? Wiedziałem. Wiedziałem również, kim byli Lucjan Siemieński, Jacek Malczewski, Ignacy Kraszewski, Adam Asnyk, Stanisław Wyspiański. Oczywiście. Ale nie wiedziałem, kim był Wincenty Pol. Eufrozyna nie kryła swojego oburzenia. Czego was tam uczą w tych szkołach? - grzmiała. Urodzony na Warmii Niemiec, syn spolonizowanej Francuzki Eleonory Longchamps de Berier, polski poeta i powstaniec listopadowy, czy nic o nim nie wiesz? Czy nie czytałeś Mohorta? Nie czytałem. Ale przecież on mieszkał dość długo we Lwowie, tam, gdzie dużo później Lolek i Marysia, naprawdę nic o nim nie wiesz? Nie wiedziałem. Zatem przy nagrobku Wincentego Pola ciotka Eufrozyna zrobiła mi systematyczny wykład. Pisał się Pohl. Potem, kiedy otrzymał szlachectwo, pisał się już jako Pol. W czasie rabacji - miał szczęście - chłopi nie zarżnęli go piłą ani kosą. Z lekka pobili, odstawiając do cyrkułu. Krypta na Skałce pachniała wilgocią, pleśnią i śmiercią. Jak wszystkie podziemia w kościołach. Nie lubiłem tego, miałem trudności w oddychaniu, zadyszkę.

[...]

Potem długo rozmawiali w zagraconym do granic możliwości pokoju. Ojciec żartował: Gdyby bolszewicy w roku 1920 wygrali Bitwę Warszawską, to wprawdzie dla nas byłaby to hekatomba, ale może Europa nauczyłaby się czegoś wreszcie? Komunistyczne Niemcy, komunistyczna Francja, komunistyczna Holandia, komunistyczna Belgia - jak marzył sobie Trocki - byłyby rządzone przez komisarzy. Wszystko upaństwowione. Masówki. Cenzura. Tajna policja. Kolejki przed sklepami po kęs jedzenia. I tak na ostro dziesięć lat! Żadnych odchyleń. Potem leciutka liberalizacja. Sartre, zamiast wypisywać głupstwa, zostałby pierwszym sekretarzem i wsadził wszystkich kolegów po piórze do obozów, likwidując konkurencję. Camus, zanim zdążyłby zginąć w wypadku samochodowym, umarłby w łagrze. Potem Rosjanie załatwiliby Sartre’a - ciągnął - w procesie pokazowym. Za szpiegostwo na rzecz Gujany Francuskiej. Ciekawe, jak byłby łagier po francusku. Ciotka wzruszyła ramionami: Że też takie głupstwa chodzą ci po głowie. Oni potrzebują siebie nawzajem. Zachód, żeby straszyć Wschodem. Wschód, żeby straszyć Zachodem.

[...]

Śpiewaj ogrody. Singe die Garten. To było zdanie z Rilkego, które oczarowało Ernesta Teodora. Zachwyciło go. Rzecz w tym, że poszukiwał słów refrenu w Elegiach duinejskich, z których budował Pieśń. Lecz tam nie znajdował tego, co było mu potrzebne do repetycji, które oddzielałyby poszczególne strofy. Jesienią, kiedy liście buków zmieniały kolor, usłyszałam, jak chodzi po gabinecie tam i z powrotem i recytuje głośno początek XXI Sonetu do Orfeusza:

Singe die Garten, mein Herz, die du nicht kennst; wie in Glas

eingegossene Garten, klar, unerreichbar.

Wasser und Rosen von Ispahan oder Schiras,

singe sie selig, preise sie, keinem vergleichbar.

Był tym po prostu oczarowany. Zwłaszcza końcówką pierwszej strofy sonetu - sław je, nieporównywalne - powtarzał ją wiele razy z naciskiem - wody i róże. I zaraz siadał do fortepianu, i przymierzał swoją muzykę do tych słów Poety. A właściwie nie przymierzał. To nie jest odpowiednie słowo. On tę muzykę wyciągał ze słów Rilkego - mówiła pani Greta - jakby on, Rilke, dyktował mu te nuty. Więc potem poszło mu już szybko. Zamknął całość w listopadzie. Pieśń była ukończona. Zamówił kopię u sztycharza. Nawet pamiętam, jak się nazywał. Bruno Siegel. To był wnuk Hugona Siegla - fabrykanta fortepianów i pianin w Gdańsku. Ja na pianinie Siegla przez całe moje nauczycielskie seminarium grałam i ćwiczyłam. Wszystko.

[...]

Tu był szpaler mirtów. Przez odpowiednie cięcia można mirtowym drzewkom nadać kształt piramidek lub kuli. Frankowski mówił, że ładniej wyglądałyby piramidki, ale ja wolałam kule. Razem, co wiosny, żeśmy je przycinali. Dwa sekatory - rach-ciach, ciach! Trzeba było - jak kolejne sadzonki wyjmowaliśmy z inspektu - podsypać ziemi właśnie inspektowej z dodatkiem torfu i piasku. Czy ty możesz sobie wyobrazić, jaka trudna była ta pieśń? Niesamowicie. Właściwie nie pieśń, ale jak gdyby kantata. Ernest Teodor zupełnie nie wziął pod uwagę, że śpiewać przez niemal pół godziny - z krótkimi przerwami na partie samego fortepianu - to jest, to był wysiłek ogromny. Ale muzyka piękna. Nadzwyczajna. Spójrz tutaj, gdzie teraz pokrzywy. Tu był cały klomb calceolarii. To z łaciny, zresztą jak większość nazw roślin. Od calceolus - pantofelek - ze względu na kształt kwiatów. Ich odmiana Rugosa - miała barwy żółto-pomarańczowe. Były też podgatunki integrifalia i Triomphe du Nord - te były czysto żółte. Zaraz obok wysiewałam naparstnice, o - tutaj. Digitalis. Niektóre z nich wyrastały do wysokości metra. Wyobrażasz sobie? No więc Ernest Teodor zdecydował, że premiera Pieśni nie odbędzie się u nas w domu przy Polankach i nie późną jesienią, ale zaśpiewam ją w sopockim kurhausie na otwarcie letniego sezonu. Mój Boże, jaka byłam stremowana. No a on musiał uruchomić wszelkie znajomości, bo kurhaus to kurhaus. Tam w sezonie grała tylko dancingowa orkiestra, żeby zabawiać gości. Zobacz, tu zawsze sadziłam daturę. Wiesz, co to jest datura? Takie wielkie dzwony kwiatów, białe albo lekko fioletowe, zawsze wiszące w dół. Nawet wiem - spojrzała mi w oczy - jak się to po polsku nazywa. Bieluń. Diabelskie siły drzemią w tej roślinie. Czarownice smarowały się jej sokiem, żeby odlecieć na sabat. Ma właściwości psychologiczne. Czy ja dobrze się wyraziłam? Psychodeliczne - delikatnie sprostowałem.

[...]

Ten refren w Pieśni wzięty z sonetu Rilkego on skomponował tak, że obraz nieznanych ogrodów gdzieś w Isfahanie czy Szirazie doskonale układał się z muzyką. Ale jakie to było trudne! Nie dla fortepianu. Akompaniament nie był aż tak skomplikowany. Lecz partia głosu w refrenie szła gdzieś po linii zaśpiewu muezinów albo hiszpańskich pieśni Maurów, ze specyficznym, zupełnie nie naszym wibrowaniem linii melodycznej. Ile ja się namęczyłam nad tym! Nikt nie mógł mi pomóc, nie było tutaj konserwatorium ani specjalistów tego rodzaju. Kiedy chciałam zrezygnować z wykonania, mówiłam mu: Przecież Isfahan i Sziraz leżą w Persji, nie na Bliskim Wschodzie, może motywy perskie byłyby właściwsze, nie tak trudne? Chodzi ogólnie o efekt egzotyczny - odpowiadał - a o muzyce perskiej nie mam większego pojęcia.

[...]

Pamięć moja mama straciła 8 września 1939 roku. Rząd polski nie wykazał się wówczas rozsądkiem. Pancerne zagony Wehrmachtu parły w kierunku Warszawy, nakazano ludności cywilnej ucieczkę na Wschód, aby - jak zakładano w sztabach i ministeriach - uchronić obywateli przed okropnościami frontu. Setki tysięcy - pieszo, furmankami, samochodami - sunęły po zatłoczonych do niemożności drogach, blokując ruchy naszego wojska. Asy Luftwaffe miały poligon, łatwy łup. Sztukasy nadlatywały nad tę czarną masę, zrzucały bomby, a potem waliły z karabinów maszynowych i pokładowych działek w słowiańską i żydowską dzicz. Pablo Picasso nie namalował żadnej ze scen tego piekła. Polska Guernica nie objawiła się światu, Polska krwawiła samotna, jak gdyby wykonała samobójczy gest, mówiąc Hitlerowi - No pasaran! Mama - gdy nadleciało sześć niemieckich samolotów - siedziała w furmance. Kiedy zaczęło się bombardowanie, razem z rodzeństwem i rodzicami ukryła się w przydrożnym rowie. Pierwsze, co ujrzała, gdy niemieccy lotnicy skończyli już swoją misję, to było ciało psa. Z rozerwanym brzuchem czołgał się po trawie, wyjąc straszliwie, nie do wytrzymania, pośród ludzkich trupów. Polski oficer podszedł do zwierzęcia i jednym strzałem skrócił jego męki. Właśnie wtedy mama straciła pamięć. Po prostu zapomniała, kim jest. Nie rozpoznawała rodziców, rodzeństwa, otoczenia. Jej amnezja była uciążliwa dla całej rodziny.

[...]

Któregoś razu Ernest Teodor, po paru lampkach szampana, zapytał szefa jazz-bandu, czy może usiąść na chwilę do fortepianu. Nie masz pojęcia, co się działo. Zaczął improwizować na temat jakiejś polskiej melodii, którą przed chwilą grała orkiestra. Śmigał po klawiszach. A muzycy od razu wyczuli, że to jest ktoś - podjęli temat, cudnie się przekomarzali. Nikt w tej chwili nie tańczył, wszyscy stali, słuchając, a kiedy Ernest Teodor skończył niebywale karkołomnym pasażem, rozległa się owacja. On był stworzony dla swingu, choć nigdy takiej muzyki nie grał. Kapitan, który był akurat na sali, zamówił dla nas butelkę perignon, rozmawiał z nami po niemiecku, staliśmy się wśród polskich pasażerów popularni. Lecz najpiękniejsze były noce. Wychodziliśmy z kajuty na górny, spacerowy pokład, statek pruł fale oceanu, a my - na leżakach - patrzyliśmy w gwiazdy. Nigdy wcześniej ani później nie byłam tak szczęśliwa. Czym jest szczęście? Ten filozof, Schopenhauer, mówi, że szczęście to jest brak odczuwania bólu. Czyli że wystarczy nie czuć cierpienia. Nieprawda. Można nie odczuwać bólu i wcale nie być szczęśliwym. To jest jak natchnienie.

[...]

Po Pieśni pomarańczy - jechaliśmy przez meksykański stan Sonora nie więcej niż sto pięćdziesiąt kilometrów dziennie - Ernest Teodor skomponował Pieśń piasku, a zaraz potem - w hoteliku w Mazatlan - nad zatoką - Pieśń słoneczną. Sam pisał słowa, nie było w tym żadnych rymów, ale zawsze świetnie zachowany rytm, nie wiedziałam, że jest poetą, jeżeli mogę to do czegoś porównać, to chyba do wierszy Lorki [Federico Garcia, poeta hiszpański – przyp. aut.]. Muzycznie jego Pieśni podróżne były gdzieś w pobliżu Mahlera [Gustav, austriacki kompozytor i dyrygent – przyp. aut.], ale nie tych na męski głos, tylko tych na sopran. Nie śpiewałam ich, oczywiście, ale patrząc na nuty, byłam pełna podziwu. Zachwytu. Jakby otworzyła się cudowna skrzynka z natchnieniem. A on pisał dalej. W Nikaragui dostaliśmy się promem na Isla de Ometepe [wyspa wulkaniczna – przyp. aut.], na wielkim jeziorze. Dwa położone obok siebie wulkany - Concepción i Maderas - były tam największą atrakcją. Przez parę tygodni mieszkaliśmy w Casada san Ramon - on cały czas pisał. Najpierw Pieśń dwóch wulkanów, potem swoją pierwszą symfonię. Jakby oszalał. Zaczynała się od crescenda wiolonczeli. Potem przez moment odzywała się tylko jedna altówka. Wiedziałam, że to jest ukłon dla Foxa, i wiedziałam, że Ernest Teodor marzył, żeby pierwsze wykonanie - jeżeli kiedykolwiek miałoby się odbyć - było właśnie z jego udziałem. Ruszyliśmy dalej z symfonią w walizce. Piękne było to, że nie mieliśmy już żadnych dalszych planów. Jechać przed siebie - tylko to nas wzywało.

[...]

Ale natychmiast przypomniałem sobie imieniny ojca sprzed paru lat. To nie były huczne imprezy. Trochę jedzenia i butelka jugosłowiańskiego wermutu. Czasem muzyka z adapteru. Jak zawsze był wuj Henryk - bohater powstania warszawskiego - i pan Galiński z piętra nad nami. Każdy z żoną. Wuj Henryk był przyszywanym krewnym. Przyjacielem ojca z pracy w stoczni. Zawsze patrzyłem na niego z podziwem. Rozbił niemiecki czołg w czasie powstania, był odznaczony Virtuti Militari. Na Galińskiego patrzyłem z mniejszym entuzjazmem. Regularnie, z całą rodziną uczęszczał na sumę do naszego kościoła Zmartwychwstańców na górce. Ostentacyjnie i paradnie. Należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i kiedy czasami mój ojciec zadawał mu pytanie, jak łączy przynależność do komunistycznej partii z kościołem, chichotał: - Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek! - Nigdy nie ośmielałem się tego komentować. Nie było zwyczaju, by dzieci - nawet dopuszczone do stołu, odzywały się niepytane. A wtedy doszło do nadzwyczajnej sytuacji. Galiński - wydmuchując dym z papierosa - oświadczył, ni mniej, ni więcej, że Hitler - choć miał twardą rękę - zasługuje na naszą, polską wdzięczność, ponieważ uwolnił nas od żydowskiej zarazy. Wuj Henryk zakaszlał, moja mama pobladła, ojciec raptownie wstał, odsunął krzesło i bardzo głośno powiedział - byli z Galińskim na ty: Wyjdź z naszego mieszkania i nie przychodź do nas, nigdy. Nie dotarło to do niego od razu. Zdusił papierosa w popielniczce, dopił resztkę wermutu, spojrzał na żonę i dopiero po pewnej chwili powiedział: Ależ wy jesteście głupie gnojki. Gnojki. Polityczni gówniarze! Kiedy wychodzili z żoną, oboje obrażeni, ojciec włączył na adapterze tango.

[...]

To doskonale. Widzi pan, poczekamy aż do zakończenia badań. Nie wiemy na razie, kim były ofiary [znalezione w stawie wyższym podczas oczyszczania i drenowania przepływów między stawami dworskimi – przyp. aut.]. Czy były martwe przed zatopieniem. Jeżeli potwierdzi się wstępna teza profesora Spannera, że stało się to w wieku osiemnastym, czy jest coś, co wskazywałoby na sprawcę albo sprawców? Państwo mieszkają tutaj dopiero od kilku lat. Od kogo kupiliście ten dom? Może są jakieś stare dokumenty, wskazówki? Dom został nabyty od przedstawiciela masy spadkowej rodziny de Venancourt. Żyją do dzisiaj we Francji, służę adresem notariusza paryskiego pana Villier oraz gdańskiego pośrednika Hugona Reicha. Pierwszym właścicielem i budowniczym rezydencji był od lat trzydziestych osiemnastego wieku Franęois de Venancourt. Mam po nim kilka dokumentów, dostarczę je panu jeszcze dzisiaj, trzymam je wszystkie w osobnej kasecie. Czytałem je. To rachunki, opłaty gruntowe, plan domu, parę listów zastawnych, projekty parku. Niczego więcej nie znalazłem. Czemu nie zwrócił ich pan rodzinie Venancourtów? Albo ich prawnikowi? Po śmierci pierwszego właściciela mieszkali tu kolejno jacyś jego dalecy krewni, spadkobiercy, przybyli z Francji. Tej historii nie znam w szczegółach. Ostatni Venancourt opuścił ten dom w roku 1830. Myślę, że zabrał to, co uważał za cenne dla rodziny. Potem, przez plenipotentów, wynajmowali go, ale może tylko w archiwach jest odpowiednia lista. Po wojnie, w Wolnym Mieście, przez jakiś czas mieszkał tu dyrektor Banku Gdańskiego. Następnie dom był wynajmowany już tylko sezonowo, na lato. Wiem - ale tylko z rozmów z Reichem - że bywali tu wraz z rodzinami baron von Moll, polski przemysłowiec Lilpop, tyle zapamiętałem. W końcu dom podniszczał, Reich pilnował tylko zatrudnienia ogrodnika, stróża i konserwatora w jednej osobie, niejakiego Reschke, oraz rachunków. Parę lat wystawiony na sprzedaż, czekał na chętnych. Trafiłem się ja.

[...]

Przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę dwa, może trzy dni przed swym aresztowaniem, kiedy starał się ją [Gretę – przyp. aut.] przekonać, że nuty wymyślone przez człowieka są tylko tworzywem, ale same nie tworzą muzyki, która jest nieskończenie bogatsza niż zapis nutowy. Struktura partytury to tylko przybliżenie czegoś znacznie głębszego, co kompozytor wydobywa. Tak, ale skąd? Ze swojej psychiki, umysłu? Czy może spoza siebie, lecz czym byłoby to - poza? Jakąś przestrzenią idealną? Pokazał jej wtedy w albumie o starożytnej Grecji obraz nauki gry na kitarze, namalowany na wazie, mniej więcej pół tysiąclecia przed Chrystusem. Mówił, że wbrew temu, co można wnosić na przykład z muzyki Orffa, muzyka wcale nie bierze początku z rytmu barbarzyńskich bębnów i tańca wokół ognia, lecz z filozofii. Pitagorasa, Platona, Arystotelesa. To zachwyt nad stosunkiem proporcji dźwięków, ich układem, który oddaje harmonię nie tylko własną, ale całego istnienia, zachwyt nad proporcjami, które dawały się ująć w obiektywnym porządku ścisłej wiedzy, otworzył Grekom oczy na nieskończone piękno i nieograniczone możliwości muzyki.

[...]

[Ernest Teodor - w drodze do obozu koncentracyjnego w Sztutowie]

Od lęku silniejsza była niepewność. Nocą, nie mogąc zasnąć, przypominał sobie najróżniejsze stare partytury, które studiował w Miejskiej Bibliotece. Na przykład Danziger Passion Georga Philippa Telemanna [niemiecki kompozytor okresu baroku – przyp. aut.], którą zakupił kantor Świętojańskiego kościoła bodajże w 1754 roku. Waga słów Jezusa podkreślona przez flety. Miały własne, niezależne linie melodyczne, niczym kontrapunkt do głosu solowego. I ten przejmujący fragment Jezusowy - und des Menschen Sohn wird uberantwortet werden, dass er gekreuzigt werde [z niem. Syn Człowieczy zostanie wydany na ukrzyżowanie – przyp. narratora]. Czasami przywoływał z pamięci różne sentencje filozofów, choćby to Sorena Kierkegaarda - „Tłum jest nieprawdą”. Albo Tukidydesa - „Podstawą szczęścia jest wolność, a podstawą wolności odwaga”. Najczęściej jednak przypominał mu się we śnie ów tryptyk Boscha, który tylekroć oglądał na dużej reprodukcji. Właściwie zawsze i tylko jedna jego część z całego inferna [z wł. piekło – przyp. aut.]: piekło muzykantów. Dlaczego nagi człowiek rozpięty został na harfie jak na torturach inkwizycji? Skąd pomysł, by na gryfie lutni diabeł trzymał mackami nieszczęśnika, niczym na obozowym słupku? Ten, zamknięty w bębnie, w który wali demon, zapewne już oszalał od hałasu. A ten - ugięty pod ciężarem długiej trombity, czemu ma flet wetknięty w odbyt? Nuty tatuowane na pośladkach innego nieszczęśnika. Wielka lira korbowa, która niczym gigantyczne narzędzie nieokreślonych tortur gotowe do działania - czeka dopiero na ofiary. Skąd to szaleństwo - myślał rozbudzony w środku nocy pośród chrapania i westchnień innych więźniów - gdy w czasach Boscha [Hieronimus, średniowieczny i niemiecki malarz oraz grafik – przyp. aut.] muzyka służyła nade wszystko chwale Bożej? Obok piekła muzyków są akurat jeszcze te trzy: rycerzy, duchownych, hazardzistów. Rycerze przelewają krew w szale zdobycznym miasta często niewinną. Duchowni zdradzają powołanie, są jak ta zakonnica o świńskim ryju wyłudzająca spadek. Hazardziści oddadzą wszystko za swą namiętność i przegrają wszystko: domy, rodziny, wreszcie ostatnią suknię wraz z uczciwością. Ale muzycy? Święta Hildegarda z Bingen, Palestrina, Vivaldi [włoscy kompozytorzy epoki renesansu – przyp. aut.]? Dręczyło go to bardzo, lecz wkrótce przyszło stukrotnie większe udręczenie.

[...]

Wreszcie ruszył w kierunku Gdańska. Szedł nocą, żeby nie natknąć się na oddział wojska. O świcie w Rębiechowie był już tak wyczerpany, że przysiadł na skraju drogi, wspierając się na zwalonym pniu, i usnął. Takim go znalazł rosyjski patrol. Wyciągnął z kieszeni swój obozowy, odpruty numer i powiedział tylko - Stutthof, lager. Poljak? Ruskij? Jewriej? - dopytywał oficer. Giermaniec - odpowiedział. Zabrali go do dżipa i wieźli gdzieś niedaleko. Mały budynek wiejskiej szkoły, przed którym leżało trzech rozstrzelanych SS-manów, był pełen zgarniętych tak jak on na drogach Niemców. Cywile, szeregowcy. Kaszubki mogły im przynosić zupę i ziemniaki. Nikt nie wrzeszczał, gdy przez chwilę rozmawiały z zatrzymanymi. Kiedy kobieta w chuście podała mu menażkę z zupą, zapytał, co to za miejscowość. Szkoła w Bysewie. Pani rozumie po rosyjsku? Co oni mówią o nas? Co mam nie rozumieć. Coś zawsze się ułapię. Proszę powiedzieć. Mówią, że pojedziecie na roboty. Gdzie? Na Wschód. Do Rosji. Nazywam się Ernest Hoffmann. Byłem w Stutthofie. Czy jeśli napiszę krótki list, odda go pani mojej żonie? Gdańsk, Pelonkerweg cztery, dom w głębi parku. O ile ona tam jeszcze będzie.

[...]

Wtedy, przy słowie Gotterdammerung [z niem. zmierzch bogów; tytuł opery Wagnera – przyp. aut.], pomyślała, że Wagner okazał się w ich życiu ponurym fatum. Wprawdzie to właśnie po tym spektaklu poznała Ernesta Teodora, ale gdyby pewnego dnia nie pojechał do Budapesztu, nie przywiózł partytury Szczurołapa, nie pracował nad nią, gdyby odnalazł ją ktoś inny, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Winić starego antykwariusza za jego list? To też brała pod uwagę, ale nade wszystko upór Ernesta Teodora, który nie oddał partytury w łapy Hermanna Merza, by Wagner nie dostał się w niepowołane ręce, ten upór wywołany jednak niekłamanym zachwytem nad partiami Szczurołapa, ten upór, w którym stali się zakładnikami Wagnera, kosztował ich zbyt wiele. Czy gdyby zaproponowała wymianę - Szczurołap za Ernesta Teodora - dałoby to jeszcze jakiś skutek? Było za późno, a przede wszystkim nie zdążył jej powiedzieć, gdzie ukrył dzieło. Być może gdyby to wiedziała, parę miesięcy po aresztowaniu męża doszłoby do takiego handlu, wbrew jego woli. Rzuciliby te nuty w ich pysk.

[...]

Wszystko to skrzętnie układałem obok pudełka z fiszkami. Ale wciąż nie było tam tego, co najważniejsze. Fortepianowych wyciągów Szczurołapa. Przetrwały przecież, widziałem je niejeden raz, kiedy grała dla mnie fragmenty uwertury oraz finałowej sceny. Pamiętałem tę melodię doskonale. Cóż, skoro - nie mając słuchu i ani krzty muzycznej edukacji - nie potrafiłem choćby jej zagwizdać, nie wspominając nawet o próbach zapisania. Brakowało mi odwagi, by prosić panią Gretę o te nuty, by jej tłumaczyć, że moja własna partytura bez tej melodii, której nagranie mógłbym załatwić w radiowym studiu lub bardziej amatorską drogą w muzycznej szkole, że moja partytura bez wielokrotnych odsłuchań Pieśni Szczurołapa będzie pozbawiona najważniejszego mechanizmu, motywu przewodniego, napędu, natchnienia, sedna, serca, oddechu, frazy, wiolinowego klucza i kody równocześnie. To nie miał być chorał gregoriański, w którym osiem ustalonych tonacji grupuje się w pary, a każda para ma swój wspólny dźwięk. To miał być chorał rozwichrzony, kapryśny, meandryczny, spięty jedynie motywem tej melodii nie na sam koniec, ale wiele razy, z daleko idącymi wariacjami. Zamiast wyciągów, na które czekałem, dała mi rękopis Pieśni nadchodzącej nocy de Venancourta w obu wersjach: autorskiej po francusku i tłumaczonej przez jej teścia Beniamina. Długo wahała się, czy dobrze robi - to jest plugawe dzieło - tłumaczyła - zrób z tym, co zechcesz, może najlepiej oddaj do biblioteki, niech to badają znawcy okrucieństwa.

Paweł Huelle, Śpiewaj, ogrody

Powieść obyczajowo-retrospekcyjna Pawła Huelle – polskiego pisarza i poety, laureata Nagród: Fundacji im. Kościelskich i Pomorskiej Nagrody Literackiej za całokształt twórczości, przenosi nas wreszcie nad ujście Wisły, nad Motławę, a zatem do Polski, a może i czemu by nie do Wolnego Miasta Gdańska czy też nawet w ogóle do samego Gdańska w ujęciu historycznym będącego raz za razem naprzemiennie to w Polsce to w Niemczech, choć przede wszystkim na obrzeżach Kaszëbi, ogólnie rzecz ujmując w lata trzydzieste aż po późne w latach czasy już siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Tak jak sama historia miasta opowieść Pawła Huelle staje się i wielowątkową, i wielonarodową, taką też wielością, która może być już jedynie indywidualnością u kolejno występujących, a i bez tego nietuzinkowych postaci ludzkich. Na kanwie pierwszych uświadomionych doznań młodości u samego narratora wyrasta jego ojciec, żołnierz Armii Krajowej i Szarych Szeregów, który samotnie przeprawia się kajakiem z zachodniej Galicji aż nad polskie znowu morze na Ziemiach Odzyskanych uciekając przed demonami komunistycznych rządów. U boku dzielnie znosi komunistyczne niedostatki jego żona, a zarazem matka narratora, która odchodzi od zmysłów podczas bombardowań ludności cywilnej w kampanii wrześniowej i jakimś cudem odzyskuje świadomość widząc egzekucję rodziny polskiej za przechowywanie "zakazanych" Żydów. W dworku na oliwskich Polankach Gretchen (Greta) bezskutecznie wciąż czeka na swego Ernesta Teodora von Hoffmana, utalentowanego muzyka i kompozytora, który w powieści próbuje przełożyć oniryczną lirykę elegii duinejskich Rainera Maria Rilkego na kontrapunkty i kody muzyczne w eksperymentalnych kompozycjach-pieśniach czy dokańczając nikomu nieznane libretto wagnerowskie i to w czasach co szanują wyłącznie uwertury pronazistowskiej przemocy. Z osiemnastowiecznego pamiętnika Françoisa de Venancourta, francuskiego żołnierza interweniującego w obronie praw na polskim tronie króla-elekta Stanisława Leszczyńskiego i pierwszego mieszkańca na Polankach wyziera mordercza postać „skrzywdzonego dziecka”, które do swej śmierci „niewinnie” czy to zabija czy może raczej truje na hacjendzie w dalekiej Brazylii najpierw swego ojca, co z tego, że alkoholika i dewianta, a potem dalej i dalej morduje w oliwskim dworku swe kolejne ofiary grzebiąc je wraz z dowodami zbrodni w metalowych skrzyniach spoczywających w przydworskich stawach. To wreszcie Kaszëbi, służące i mamki, rozwoziciele węgla i osób przeprowadzających się, szyprzy na kutrach i sklepikarze, których chłopski rozum i zdystansowanie mogą w zupełności wprawiać w osłupienie jak może ogrody z tego, co pamięta się... i wzniośle... i mimochodem. 


 



powrót ››