Blog

 

16.12.2023

Światło, którego nie widać

„Otwórzcie oczy i popatrzcie na to,

 co możecie zobaczyć,

nim zamkniecie je na zawsze”


„Jesteśmy myszami, a niebo roi się od jastrzębi”


„Osty nie rodzą fig!”


„…myślę, że niebo wygląda bardzo podobnie

 jak ta łąka”


„Żyję wyłącznie dlatego, że jeszcze nie umarłam.”


„Dostrzega rzeczy, których nie widzą inni.

Co wojna zrobiła z marzycielami…”

[…]

[1944] S p a d a j ą   z   n i e b a   o   z m i e r z c h u. Fruwają nad murami obronnymi, tańczą nad dachami, wirują w głębokich wąwozach między kamienicami. Całe ulice pokrywają kartki papieru, śnieżnobiałe na tle kocich łbów. Pilna wiadomość dla mieszkańców! – informują. Natychmiast opuśćcie miasto i schrońcie się na terenie niezabudowanym! Zaczyna się przypływ. Na niebie świeci mały żółty księżyc między pełnią a trzecią kwadrą. Na wschodzie, na dachach nadmorskich hoteli i w ogrodach na ich tyłach, żołnierze sześciu baterii amerykańskiej artylerii wrzucają do luf moździerzy pociski zapalające.

[…]

N a   j e d n y m   z   k r a ń c ó w   m i a s t a, na piątym, ostatnim piętrze wysokiej, wąskiej kamienicy przy rue Vauborel numer 4 klęczy Marie-Laure LeBlanc, niewidoma szesnastoletnia dziewczyna. Pochyla się nad niskim stołem, w całości zajętym przez dokładny model Saint-Malo z miniaturowymi replikami setek domów, sklepów i hoteli, otoczonymi murami obronnymi. Widać katedrę z wysmukłą wieżą, masywne, stare Château de Saint-Malo i długie szeregi nadbrzeżnych kamienic ze sterczącymi kominami. Z plaży du Môle biegnie w morze smukłe drewniane molo o łukowatym kształcie, nad targiem rybnym wznosi się delikatna, ażurowa kopuła, na maleńkich placach miejskich widać mikroskopijne ławki, najmniejsze o rozmiarach pestek jabłek. Marie-Laure przesuwa czubkami palców po szerokiej na centymetr koronie murów obronnych, które otaczają model jak asymetryczna gwiazda. Znajduje w nich lukę, skąd celują w morze cztery archaiczne działa. „Bastion de la Hollande” – szepce i jej palce podążają w dół po maleńkich schodach. „Rue des Cordiers. Rue Jacques-Cartier”. W kącie pokoju stoją dwa ocynkowane wiadra z wodą. Zawsze je napełniaj, jeśli tylko możesz, upominał ją stryjeczny dziadek. I wannę na drugim piętrze. Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu zabraknie wody. Palce Marie-Laure wędrują z powrotem do wieży katedry. Podążają na południe, do Bramy Dinańskiej. Przez cały wieczór dotykała opuszkami palców modelu miasta, czekając na Étienne’a, stryjecznego dziadka, właściciela tej kamienicy, który wyszedł poprzedniej nocy, gdy spała, i nie wrócił. Teraz znowu jest noc, wskazówki zegara po raz kolejny okrążyły tarczę, w domu panuje cisza, a Marie-Laure nie może spać.

[…]

P i ę ć   u l i c   d a l e j, na północ od rue Vauborel, cichy stukot wyrywa ze snu jasnowłosego, osiemnastoletniego niemieckiego szeregowca, Waltera Pfenniga. Zaledwie szelest. W odległą szybę uderzają muchy. Gdzie jest? Słodki, chemiczny zapach smaru do dział, woń świeżo zbitych drewnianych skrzyń na pociski, stare prześcieradła pachnące naftaliną – jest w hotelu. Oczywiście. Hôtel des Abeilles, Dom Pszczół. Ciągle noc. Ciągle wcześnie. Od strony morza słychać świst i huk, artyleria przeciwlotnicza otwiera ogień. Korytarzem śpieszy kapral jednostki OPL, zmierzając w stronę klatki schodowej. Zejdź do piwnicy! – woła przez ramię, a Werner włącza latarkę polową, zwija koc, chowa do plecaka i rusza za starszym stopniem. Jeszcze nie tak dawno Dom Pszczół wydawał się sympatyczny. Elewację zdobiły jasnoniebieskie okiennice, w restauracji podawano mrożone ostrygi, a za szynkwasem czyścili kieliszki bretońscy barmani w muszkach. Miał dwadzieścia jeden pokoi z widokiem na ocean i foyer [z fr.  obszerny korytarz, hol – przyp. aut.] z gigantycznym kominkiem. Popijali tu aperitify paryżanie spędzający weekendy w Saint-Malo, a wcześniej od czasu do czasu notable z okresu Republiki – ministrowie, wiceministrowie, opaci, admirałowie. W poprzednich wiekach ogorzali korsarze: mordercy, rabusie, grabieżcy, żeglarze.

[…]

W   c a ł y m   m i e ś c i e   b u d z ą   s i ę ostatni mieszkańcy, którzy nie zdążyli się ewakuować, jęczą, wzdychają. Stare panny, prostytutki, mężczyźni, którzy przekroczyli sześćdziesiątkę. Lenie, kolaboranci, ateiści, pijacy. Siostry zakonne z różnych zgromadzeń. Ubodzy. Uparciuchy. Ślepcy. Niektórzy śpieszą do schronów przeciwlotniczych, inni wmawiają sobie, że to tylko ćwiczenia. Część zwleka, by zabrać koc, modlitewnik albo talię kart. Dwa miesiące wcześniej alianci wylądowali w Normandii. Wyzwolono Cherbourg, Caen i Rennes. Połowa zachodniej Francji jest wolna. Na wschodzie Sowieci odbili Mińsk, w Polsce Armia Krajowa rozpoczęła w Warszawie powstanie, kilka gazet ośmieliło się zasugerować, że losy wojny są przesądzone. Ale tu jest inaczej. Saint-Malo to ostatni bastion na krańcu kontynentu, ostatni niemiecki punkt oporu na wybrzeżu Bretanii. Ludzie szepcą, że w Saint-Malo Niemcy wyremontowali dwukilometrowe podziemne korytarze pod średniowiecznymi murami, zbudowali nowe fortyfikacje, nowe tunele, nowe chodniki ewakuacyjne, niewiarygodnie skomplikowane kompleksy bunkrów ukrytych pod ziemią. Krążą plotki, że pod fortem de La Cité, położonym na przylądku i oddzielonym rzeką od starego miasta, znajdują się magazyny środków opatrunkowych, amunicji, a nawet podziemny szpital. Jest tam klimatyzacja, zbiornik na wodę o pojemności dwóch tysięcy litrów, bezpośrednie połączenie z Berlinem. Są miotacze ognia służące jako pułapki, sieć stalowych kopuł obserwacyjnych i zapasy amunicji pozwalające dzień po dniu ostrzeliwać morze przez cały rok. Podobno jest tam tysiąc Niemców gotowych na śmierć. Albo pięć tysięcy. Może więcej.

[…]

P o d   f o y e r   D o m u   P s z c z ó ł wykuto dla korsarza piwnicę w litej skale. Pod granitowymi ścianami stoją skrzynki, szafy i wieszaki na narzędzia. Sufit podpierają trzy ogromne, ręcznie ociosane belki z pni drzew ściętych setki lat wcześniej w starożytnym bretońskim lesie i przetransportowanych do Saint-Malo przez konne zaprzęgi. Pojedyncza żarówka rzuca w pomieszczeniu chybotliwe cienie. Przy warsztacie siedzi na składanym krześle Walter Pfennig, sprawdza napięcie akumulatora i wkłada słuchawki. Ma do dyspozycji wyposażone w antenę urządzenie nadawczo-odbiorcze w stalowej obudowie, działające na falach o długości 1,6 metra. Pozwala ono komunikować się z identycznym urządzeniem na górnych piętrach domu, z dwoma innymi bateriami przeciwlotniczymi w murach miasta oraz z podziemnym schronem dowództwa garnizonu po przeciwnej stronie ujścia rzeki. Radio buczy lekko, gdy się rozgrzewa. Obserwator odczytuje współrzędne do mikrofonu, a artylerzysta je powtarza. Werner przeciera oczy. Za jego plecami aż do sufitu wznoszą się skonfiskowane skarby: zwinięte gobeliny, zegary stojące, ozdobne szafy, ogromny olejny pejzaż pokryty krakelurą. Na półce naprzeciwko Wernera znajduje się osiem lub dziewięć gipsowych głów, których przeznaczenia nie może się domyślić.

[…]

Niebo pokrywa się czarnymi cętkami. Stryjeczny dziadek Marie-Laure [Etienne – przyp. aut.], zamknięty wraz z kilkuset więźniami za bramą fortu National, spogląda w górę i myśli: Szarańcza, po czym przypomina mu się starotestamentowe przysłowie przechowywane w zakamarkach pamięci od czasów, gdy chodził do szkółki parafialnej: Szarańcza, choć nie ma króla, cała wyrusza w porządku. Demoniczna horda. Rozsypany worek fasoli. Sto rozerwanych różańców. Można użyć tysiąca metafor i żadna nie oddaje rzeczywistości: każdy samolot zrzuca czterdzieści bomb, łącznie czterysta osiemdziesiąt, trzydzieści i pół tony materiałów wybuchowych. Na miasto spada lawina. Huragan. Filiżanki do herbaty ześlizgują się z półek, obrazy spadają ze ścian. Po kolejnym ułamku sekundy syreny przestają być słyszalne. Wszystko przestaje być słyszalne. Ryk staje się tak potężny, że ludziom pękają bębenki w uszach.

[…]

[1934] M a r i e - L a u r e   L e B l a n c jest wysoką, piegowatą sześciolatką o błyskawicznie pogarszającym się wzroku, gdy pewnego dnia ojciec każe jej dołączyć do kilkunastoosobowej grupy dzieci zwiedzających muzeum, w którym pracuje. Przewodnik to stary, garbaty strażnik, niewiele wyższy od swoich podopiecznych. Stuka czubkiem laski w posadzkę, prosząc o ciszę, po czym prowadzi wycieczkę przez ogrody do sal wystawowych. Dzieci patrzą na techników, którzy podnoszą kość udową dinozaura, posługując się linami i wielokrążkami. Odwiedzają salę, gdzie stoi wypchana żyrafa z liniejącymi płatami sierści na grzbiecie. Zaglądają do szuflad w pracowniach taksydermii [z gr. i łac. sztuka montażu lub reprodukcji, najczęściej poprzez wypchanie martwych zwierząt na wystawę], pełnych piór, ptasich szponów i szklanych oczu; przeglądają dwustuletnie herbaria z podobiznami orchidei, stokrotek i ziół. W końcu wspinają się po szesnastu schodkach i docierają do działu mineralogii. Przewodnik pokazuje agat z Brazylii, fioletowe ametysty i stojący na postumencie meteoryt, który, jak twierdzi, jest równie stary jak Układ Słoneczny. Później prowadzi dzieci gęsiego kręconymi schodami w dół, a potem znowu w dół, następnymi kręconymi schodami. Wreszcie, po przejściu kilku korytarzy, wycieczka zatrzymuje się przed żelaznymi drzwiami z dziurką od klucza.

[…]

Przed wiekami, na wyspie, którą dziś nazywamy Borneo, pewien książę znalazł na dnie wyschniętej rzeki niebieski kamień. Spodobał mu się, więc go zabrał. Ale kiedy wracał do pałacu, zaatakowali go konni rabusie i przebili mu serce włócznią. Przebili serce? Czy to prawda? Tss! – szepce jeden z chłopców. Bandyci zrabowali pierścienie księcia, konia, wszystko. Ale nie zauważyli małego niebieskiego kamienia, bo zaciskał go w dłoni. Umierający książę zdołał się doczołgać do pałacu i przez dziesięć dni był nieprzytomny. Dziesiątego dnia, ku zdumieni kobiet, które go pielęgnowały, usiadł, otworzył dłoń i ich oczom ukazał się kamień. Medycy sułtana orzekli, że stał się cud, bo po odniesieniu tak ciężkiej rany książę nie miał prawa przeżyć. Opiekujące się nim kobiety utrzymywały, że kamień musi mieć właściwości uzdrowicielskie. Jubilerzy sułtana stwierdzili coś innego: oświadczyli, że jest to największy diament, jaki kiedykolwiek widzieli. Przez osiemdziesiąt dni obrabiał go najzdolniejszy szlifierz, a kiedy skończył pracę, kamień przybrał jasnobłękitny kolor mórz południowych, ale w środku znajdowała się czerwona iskra, jak płomień w kropli wody. Sułtan kazał wprawić brylant w koronę księcia i mówiono, że kiedy siedzi on na tronie w promieniach słońca, bije od niego tak oślepiająca jasność, jakby składał się ze światła.

[…]

Zwiedzanie muzeum dobiega końca, dzieci się rozchodzą, a Marie-Laure wraca z ojcem do Wielkiej Galerii. Ojciec poprawia jej okulary i wyjmuje liść z włosów. Dobrze się bawiłaś, ma chérie [z fr. kochanie – przyp. aut.]? Z belek pod sufitem sfruwa brązowy wróbel domowy i siada na kamiennych płytach u stóp dziewczynki. Marie-Laure wyciąga otwartą dłoń. Wróbel przekrzywia głowę i zastanawia się. Po chwili odlatuje. Miesiąc później Marie-Laure jest już ślepa.

[…]

[1934] W e r n e r   P f e n n i g   d o r a s t a pięćset kilometrów na północny wschód od Paryża, w mieście o nazwie Zollverein, ośrodku górniczym o powierzchni półtora kilometra kwadratowego położonym w pobliżu Essen w Niemczech. To kraina stali, antracytu, miejsce pełne dziur w ziemi. Dymią kominy, po wysokich nasypach kolejowych jeżdżą tam i z powrotem lokomotywy, bezlistne drzewa stojące na szczytach hałd żużlu przywodzą na myśl szkielety rąk, które wynurzyły się z podziemnego świata. Werner i jego młodsza siostra Jutta wychowują się w domu dziecka, dwukondygnacyjnym sierocińcu z cegły klinkierowej na Viktoriastrasse. W jego pokojach słychać kaszel chorych dzieci i płacz niemowląt; widać kufry z resztkami dobytku zmarłych rodziców: połatane sukienki, spatynowane sztućce otrzymane w prezencie ślubnym, spłowiałe ambrotypy [pozytywowa technika fotograficzna dająca złudzenie widzenia rzeczywistości – przyp. aut.]ojców, którzy zginęli pod ziemią. Wczesne dzieciństwo Wernera to okres głodu. Mężczyźni walczą o pracę przed bramami kopalni, kurze jajko kosztuje dwa miliony reichsmarek, w domu dziecka panuje gruźlica, skradając się po salach jak wilk. Owoce są tylko wspomnieniem. Nie ma masła ani mięsa. W niektóre wieczory kierowniczka musi karmić dwunastkę swoich podopiecznych ciastkami ze zmielonego ziarna gorczycy.

[…]

Z a ć m a   w r o d z o n a . O b u o c z n a. Nieuleczalna. „Widzisz? – pytają lekarze. Widzisz?”. Marie-Laure już nigdy niczego nie zobaczy. Miejsca, które dawniej wydawały się znajome – czteropokojowe mieszkanie dzielone z ojcem, kwadratowy, otoczony drzewami placyk na końcu ulicy – stały się labiryntami pełnymi niebezpieczeństw. Szuflady zawsze są nie tam, gdzie powinny. Toaleta to otchłań. Szklanka wody jest za blisko, za daleko; palce Marie-Laure są za duże, zawsze za duże. Czym jest ślepota? Dłonie Marie-Laure napotykają pustkę w miejscu, gdzie powinna być ściana. Tam, gdzie powinna być pustka, kaleczy ją w goleń noga stołu. Na jezdni warczą samochody, w górze szepczą liście, słychać szum krwi w uchu wewnętrznym.

[…]

Muszla różnonoga z rodzaju Carinaria jest jednocześnie lekka i ciężka, twarda i miękka. Rozkolec, którego doktor Geffard trzyma na biurku, zajmuje Marie-Laure przez pół godziny: zagłębiony szew, spiralne żebra pokryte guzkami, głębokie ujście; las kolców, jaskiń i nierównych powierzchni – to prawdziwe królestwo. Piórka na piersi wypchanej sikorki są niewiarygodnie miękkie, a dziób ostry jak igła. Pyłek tulipanów wydaje się złożony z mikroskopijnych kulek oleistej cieczy. Marie-Laure poznaje dotykiem różne przedmioty – korę sykomoru [drzewo, rodzaj figowca – przyp. aut.] w parku, chrząszcza jelonka przebitego szpilką w dziale entomologii, idealnie gładkie wnętrze muszli przegrzebka w laboratorium doktora Geffarda – i uczy się je kochać. W domu, wieczorem, ojciec stawia jej buty w tym samym miejscu, wiesza ubrania na tych samych haczykach. Marie-Laure idzie do stołu w kuchni po wyłożonej kafelkami podłodze, do której przyklejono w równych odstępach sześć pasków przeciwpoślizgowych, a później podąża do toalety wzdłuż sznurka rozpiętego między stołem a drzwiami. Ojciec podaje obiad na okrągłym talerzu i wyjaśnia, gdzie leżą różne części posiłku, porównując talerz do tarczy zegara. Godzina szósta to ziemniaki, ma chérie. Godzina trzecia to grzyby. Później zapala papierosa, siada przy stole roboczym w rogu kuchni i zabiera się do pracy nad swoimi miniaturkami. Buduje zmniejszony model całej okolicy: kamienice o wysokich oknach, kratki ściekowe w jezdniach, laverie [z fr. pralnie automatyczne – przyp. aut.], boulangerie [z fr. piekarnie – przyp. aut.] i kończący ulicę niewielki placyk z czterema ławkami i dziesięcioma drzewami. W ciepłe dni Marie-Laure otwiera okno sypialni i słucha dźwięków wieczoru, który zapada nad balkonami, dachami i kominami, senny i spokojny, aż w jej wyobraźni zaciera się różnica między rzeczywistością a miniaturą.

[…]

O ś m i o l e t n i   W e r n e r   g r z e b i e w śmieciach na tyłach szopy służącej jako składzik i znajduje coś, co przypomina dużą szpulkę nici. Przedmiot składający się z bębna z nawiniętym drucikiem i dwóch dysków z sosnowego drewna. Z górnej części wychodzą trzy postrzępione przewody elektryczne. Na końcu jednego z nich wisi niewielka słuchawka. Obok brata kuca sześcioletnia Jutta z okrągłą buzią i zmierzwionymi jasnymi włosami. Co to takiego? Chyba znaleźliśmy radio – odpowiada Werner, który czuje się tak, jakby otworzyły się przednimi wrota jaskini pełnej skarbów. Dotychczas widywał radia tylko przelotnie: duże odbiorniki za koronkowymi firankami w domach urzędników, przenośny aparat w hotelu górniczym, inny w refektarzu kościoła. Nigdy żadnego nie dotykał. Werner i Jutta przemycają urządzenie na Viktoriastrasse numer 3 i oglądają je przy świetle lampy elektrycznej. Czyszczą, rozplątują przewody, usuwają błoto ze słuchawki. Nie działa. Przychodzą inne dzieci, stają nad nimi, dziwią się, po czym uznają, że sprawa jest beznadziejna, i stopniowo tracą zainteresowanie. Ale Werner zanosi odbiornik do swojej sypialni na poddaszu i przygląda mu się całymi godzinami. Odłącza wszystko, co da się odłączyć, kładzie części na podłodze i studiuje w świetle.

[…]

Jednak, inaczej niż w przypadku łamigłówek, Marie-Laure długi czas nie rozumie zbudowanego przez ojca modelu najbliższej okolicy. Na przykład miniaturowe skrzyżowanie rue de Mirbel i rue Monge, położone zaledwie przecznicę od ich mieszkania, zupełnie nie przypomina prawdziwego. Na rzeczywistej ulicy Marie-Laure czuje się jak w amfiteatrze pełnym dźwięków i zapachów: jesienią dociera do niej woń samochodów i oleju rycynowego, chleba z piekarni, kamfory z apteki Aventa, ostróżek, groszku pachnącego i róż ze straganu z kwiatami. W zimowe dni w powietrzu unosi się zapach pieczonych kasztanów, w letnie wieczory ulica staje się leniwa i senna, słychać ciche rozmowy i szuranie ciężkich żelaznych foteli. Ale model tego samego skrzyżowania zbudowany przez ojca pachnie tylko zaschniętym klejem i trocinami. Ulice są puste, chodniki statyczne; model stanowi zaledwie mikroskopijną, niedoskonałą kopię. Ojciec nalega, by Marie-Laure dotykała palcami poszczególnych elementów, rozpoznawała domy, zapamiętywała kąty między ulicami. Pewnego zimnego wtorku w grudniu, kiedy Marie-Laure jest niewidoma już od roku, prowadzi ją rue Cuvier do skraju Jardin des Plantes. Oto droga, którą chodzimy codziennie rano, ma chérie. Z przodu, za cedrami, jest Wielka Galeria. Wiem, tato. Ojciec podnosi córkę i obraca ją trzy razy. A teraz zaprowadź nas do domu – mówi.

[…]

K i e d y   p o z o s t a ł e   d z i e c i   g r a j ą na ulicy w klasy albo kąpią się w kanale, Werner siedzi samotnie w sypialni na poddaszu i eksperymentuje z odbiornikiem radiowym. Po tygodniu potrafi go rozmontować i złożyć z zamkniętymi oczami. Kondensator, wzbudnik, cewka, słuchawki. Jeden drut stanowi uziemienie, drugi antenę. Jeszcze nigdy Werner nie miał do czynienia z czymś równie sensownym. Znajduje w rupieciarni potrzebne rzeczy: kawałki miedzianego drutu, śruby, zgięty śrubokręt. Od żony aptekarza wyłudza zepsutą słuchawkę, wykręca solenoid ze starego dzwonka i buduje głośnik. Po miesiącu udaje mu się zupełnie zmienić konstrukcję odbiornika; dodaje w kilku miejscach nowe części i podłącza urządzenie do źródła prądu.

[…]

Werner stara się nie zwracać na siebie uwagi. Skakać przez ogniska, nacierać policzki popiołem, czepiać się małych dzieci? Niszczyć rysunki Jutty? Dochodzi do wniosku, że znacznie lepiej nie rzucać się w oczy, pozostawać w cieniu. Czytał w miejscowym sklepiku popularne magazyny o tematyce naukowej; interesuje go turbulencja fal, chodniki biegnące do wnętrza Ziemi, nigeryjski sposób przekazywania wiadomości na odległość za pomocą bębnów. Kupuje notatnik i rysuje plany komór parowych, detektorów jonów, okularów rentgenowskich. A może zainstalować w kołysce niewielki motorek, by huśtał niemowlę i pomagał mu zasnąć? Albo przymocować resory do osi wózka, by łatwiej go było ciągnąć pod górę? Do domu dziecka przychodzi urzędnik Ministerstwa Pracy, by opowiedzieć o perspektywach zatrudnienia w kopalniach. Dzieci siedzą u jego stóp w najczystszych ubraniach. Mężczyzna wyjaśnia, że w wieku piętnastu lat wszyscy chłopcy bez wyjątku rozpoczną pracę pod ziemią.

[…]

Barwy – to inna rzecz, której nie spodziewają się ludzie. W wyobraźni, w snach Marie-Laure wszystko jest kolorowe. Budynki muzeum są beżowe, kasztanowe, orzechowe. Naukowcy są fioletowi, cytrynowożółci i rudzi jak lisy. W głośniku radia w wartowni odzywają się akordy fortepianu i w stronę magazynu kluczy płyną fale głębokiej czerni i błękitu. Dzwony kościołów wypełniają okna brązową poświatą. Pszczoły są srebrne, gołębie rude i brązowe, niekiedy złociste. Ogromne cyprysy, które Marie-Laure i jej ojciec mijają w czasie porannego spaceru, przypominają lśniące kalejdoskopy: każda igła jest świetlistym wielokątem. Marie-Laure nie pamięta matki, ale wyobraża ją sobie jako białą, cichą, świetlistą istotę. Ojciec mieni się tysiącem barw: opal, truskawka, czerwień, ciemny brąz, dzika zieleń, woń oliwy i metalu, szczęk zapadki zamka wskakującej na miejsce, brzęk kluczy na kółku, gdy idzie. Kiedy rozmawia z kierownikiem działu, jest oliwkowozielony; w czasie pogawędki z mademoiselle [z fr. panna] Fleury ze szklarni staje się pomarańczowy; gdy próbuje gotować, robi się jasnoczerwony. Pracując wieczorami przy warsztacie, lśni jak szafir; prawie niedosłyszalnie nuci pod nosem jakąś melodię, a czubek jego papierosa przypomina niebieski kryształ.

[…]

Pewnego wieczoru Werner i Jutta łapią audycję pełną trzasków. Młody człowiek mówiący dziwnym, nienaturalnym głosem opowiada po francusku o świetle. Mózg jest pogrążony w całkowitej ciemności, to oczywiste, dzieci – mówi. Unosi się w czaszce w przejrzystej cieczy w zupełnym mroku. A jednak tworzy wyobrażenie świata, w którym istnieje światło, barwy i ruch. A zatem, dzieci, jak to się dzieje, że mózg, który nie zna światła, potrafi stworzyć świat pełen światła? Francuz opowiada o złudzeniach optycznych, elektromagnetyzmie; następuje pauza i pojawiają się zakłócenia, jakby odwracano płytę gramofonową, a potem mówi z entuzjazmem o węglu: Zastanówcie się nad kawałkiem węgla płonącym w piecu w waszym domu. Widzicie go, dzieci? Ta bryła węgla była kiedyś zieloną rośliną, paprocią lub trzciną, która żyła przed milionem lat, może dwa miliony lat temu, a może sto milionów. Potraficie sobie wyobrazić sto milionów lat? Roślina rosła tylko przez jeden rok, jej liście pochłaniały światło i przekształcały energię słoneczną w materię organiczną. W korę, gałązki, łodygi. Rośliny żywią się światłem, podobnie jak my jedzeniem. Ale później roślina umarła i przewróciła się, prawdopodobnie do wody, po czym zmieniła się w torf, który przez wiele lat tkwił w głębinach ziemi – przez wiele eonów, przy których miesiące, dekady, a nawet całe ludzkie życie to tylko mgnienie oka, pstryknięcie palcami. W końcu torf zmienił się w kamień, ktoś go wykopał, węglarz przywiózł go do waszych domów, może włożyliście go do pieca wy sami i dziś wieczorem wasz dom jest ogrzewany przez światło słoneczne sprzed stu milionów lat…

[…]

Wiesz, skąd się biorą diamenty i inne kryształy, Laurette? Poprzez przyrost mikroskopijnych warstw, po kilka tysięcy atomów na miesiąc, jedna na drugiej. Przez wiele tysięcy lat. Historie powstają w ten sam sposób. Wokół starych kamieni gromadzi się wiele opowieści. Ten niewielki kamyk, który budzi w tobie taką ciekawość, mógł być świadkiem złupienia Rzymu przez Alaryka, lśnić w oczach posągów faraonów. Scytyjska królowa mogła tańczyć przez całą noc, nosząc go na piersi. Mogły się toczyć o niego wojny. Tata mówi, że klątwy to tylko bajki mające odstraszać złodziei. Mówi, że w muzeum jest sześćdziesiąt pięć milionów okazów i że każdy z nich może być równie interesujący, jeśli ktoś potrafi o nim ciekawie opowiadać. A jednak niektóre rzeczy fascynują ludzi – mówi Geffard. Na przykład perły i lewoskrętne muszle, bardzo rzadko spotykane. Nawet najwięksi naukowcy czują niekiedy pokusę schowania czegoś do kieszeni. Czasem coś, co jest bardzo małe, może być bardzo piękne… bardzo wiele warte… Tylko najsilniejsi ludzie potrafią się oprzeć takim pokusom. Milczą przez chwilę. Słyszałam, że diamenty to promień światła z raju – mówi Marie-Laure. Przed upadkiem człowieka. Światło zesłane na ziemię przez Boga. Chcesz wiedzieć, jak wygląda ten kamień. Właśnie dlatego jesteś taka ciekawa. Marie-Laure obraca w dłoniach muszlę rozkolca. Przykłada ją do ucha. Dziesięć tysięcy szufladek, dziesięć tysięcy szeptów w dziesięciu tysiącach muszli. Nie – odpowiada. Chcę wierzyć, że tata nie ma nic wspólnego z tym brylantem.

[…]

W e r n e r   i   J u t t a   z n ó w   ł a p i ą   a u d y c j e Francuza. Kilka razy, zawsze późnym wieczorem, zawsze w połowie, choć treść wydaje się coraz bardziej znajoma. Dzisiaj, dzieci, zastanówmy się nad skomplikowaną maszynerią, która działa w waszym mózgu, gdy zamierzacie podrapać się po czole… Słuchają audycji o zwierzętach morskich, innej o biegunie północnym. Jutcie podoba się wykład o magnesach. Werner najbardziej lubi opowieść o świetle: zaćmieniach, zegarach słonecznych, zorzach polarnych i długości fal. Jak nazywamy światło widzialne? Nazywamy je kolorem. Ale spektrum fal elektromagnetycznych rozciąga się od zera do nieskończoności, a zatem, dzieci, z matematycznego punktu widzenia całe światło jest niewidzialne.

[…]

W niedługim czasie Werner zna lokalizację prawie każdego aparatu radiowego w okolicy: domowej roboty radio na kryształki w kuchni właściciela drogerii oraz elegancki dziesięciolampowy odbiornik w willi kierownika działu, kopiący prądem przy próbie zmiany zakresu fal. Nawet w domach najuboższych górników zwykle znajduje się dotowany przez państwo model Volksempfänger VE301, masowo produkowane radio z orłem i swastyką, które nie odbiera fal krótkich, bo jest przystosowane tylko do niemieckich częstotliwości. Radio: milion uszu słucha jednego człowieka. Z głośników w całym Zollverein płynie ostry, szczekliwy głos przywódcy Rzeszy, który przypomina ogromne drzewo: poddani pochylają się w stronę jego korony, jakby słuchali Boga. A kiedy Bóg przestaje szeptać, rozpaczliwie szukają kogoś, kto potrafiłby wszystko naprawić.

[…]

[1940] P o   s ł o w i e   „ w o j n a ” przestaje się pojawiać znak zapytania. Krążą memoranda. Trzeba chronić zbiory. Niewielka grupa kurierów zaczyna wywozić okazy do posiadłości na wsi. Jeszcze nigdy nie było tak dużego zapotrzebowania na zamki i klucze. Ojciec Marie-Laure pracuje do północy, do pierwszej. Każdą skrzynię trzeba zamknąć na kłódkę, umieścić w bezpiecznym miejscu list przewozowy każdego transportu. Do ramp załadunkowych podjeżdżają opancerzone ciężarówki. Trzeba chronić skamieniałości, starożytne rękopisy; w zbiorach są perły, złote samorodki, szafir wielki jak mysz. I Morze Ognia, myśli Marie-Laure. Z pewnego punktu widzenia wiosna wydaje się spokojna: ciepła, łagodna, noce są pachnące i ciche. A jednak ze wszystkiego emanuje napięcie, jakby Paryż znajdował się na powierzchni balonu, który ktoś pompuje do granic wytrzymałości.

[…]

W ostatnich dniach spędzonych w Paryżu, wracając o północy z ojcem do domu, Marie Laurę przyciska do piersi wielką księgę i ma wrażenie, że wyczuwa w powietrzu lekki dreszcz pojawiający się w chwilach, gdy przestają cykać świerszcze, jakby na zbyt obciążonej tafli lodowej pojawiła się pajęczyna pęknięć. Jakby miasto było tylko zbudowanym przez ojca miniaturowym modelem, na który padł cień ogromnej ręki. Czy nie zakładała, że przez resztę życia będzie mieszkać z ojcem w Paryżu? Zawsze spędzać popołudnia z doktorem Geffardem? Że co roku ojciec da jej na urodziny nową łamigłówkę i nową powieść, że przeczyta wszystkie książki Juliusza Verne’a i Dumasa, a może nawet Balzaca i Prousta? Że wieczorami ojciec zawsze będzie nucił pod nosem, konstruując małe domki, że ona sama zawsze będzie znać liczbę kroków między frontowymi drzwiami a piekarnią (czterdzieści) oraz między piekarnią a bistrem (trzydzieści dwa)? Że kiedy się obudzi, nigdy nie zabraknie jej cukru do kawy?

[…]

W   c a ł y m   P a r y ż u   l u d z i e   z n o s z ą porcelanę do piwnic, zaszywają perły w sukienkach, chowają złote pierścionki w oprawach książek. Z biur muzeum usunięto maszyny do pisania. W salach wystawowych trwa wielkie pakowanie, podłogi zasłane są słomą, trocinami i zwojami sznurów. W południe ślusarz zostaje wezwany do gabinetu dyrektora. Marie-Laure siedzi po turecku na podłodze magazynu kluczy i próbuje czytać powieść. Kapitan Nemo zamierza zabrać profesora i jego towarzyszy na podwodny spacer po ławicy ostryg, by szukać pereł, ale Aronnax boi się rekinów. Chociaż Marie-Laure koniecznie chciałaby się dowiedzieć, co będzie dalej, zdania na stronicy się rozpadają. Słowa zmieniają się w litery, a litery w niezrozumiałe wypukłości. Ma wrażenie, jakby włożono jej na dłonie grube rękawiczki.

[…]

Marie-Laure kładzie się na plecach. Ojciec zapala następnego papierosa. Zostało jeszcze sześć. Przez chmurę komarów przelatują nietoperze, a owady rozpierzchają się i znów zbierają w jednym miejscu. Jesteśmy myszami, a niebo roi się od jastrzębi – myśli Marie-Laure. Jesteś bardzo dzielna. Córka zapadła już w sen. Noc staje się coraz ciemniejsza. Dopaliwszy papierosa, ojciec układa stopy Marie-Laure na ziemi, przykrywa ją swoim płaszczem i otwiera plecak. Po omacku odnajduje pojemnik z narzędziami do obróbki drewna. Maleńkie piły, gwoździki, dłuta o różnych profilach, drobny papier ścierny. Wiele z tych narzędzi należało do jego dziadka. Wyjmuje spod wykładziny pojemnika niewielki woreczek z grubego płótna związany sznurkiem. Przez cały dzień powstrzymywał się od zajrzenia do środka. Teraz otwiera woreczek i wytrząsa zawartość. Na jego dłoni leży kamień wielkości kasztana. Nawet o tak późnej porze, w półmroku, bije od niego wspaniały błękitny blask. Wydaje się dziwnie zimny. Dyrektor powiedział, że przygotowano trzy kopie. Razem z prawdziwym brylantem są cztery kamienie. Jeden ma zostać w muzeum. Trzy pozostałe pojadą w różnych kierunkach. Jeden na południe, wieziony przez młodego geologa. Drugi na północ, pod opieką szefa ochrony. A jeden znajduje się tutaj, na polu na zachód od Wersalu, w skrzynce z narzędziami Daniela LeBlanca, głównego ślusarza Paryskiego Muzeum Przyrodniczego.

[…]

Ślusarz powtarza sobie w duchu, że nie dano mu prawdziwego brylantu. Dyrektor nie mógł świadomie wręczyć pracownikowi technicznemu kamienia o wadze stu trzydziestu trzech karatów i pozwolić mu na opuszczenie Paryża. A jednak kiedy LeBlanc patrzy na swój bagaż, nieustannie zadaje sobie pytanie: Czy to możliwe? Rozgląda się po polu. Drzewa, niebo, stogi siana. Zapada aksamitna ciemność. Widać już kilka bladych gwiazd. Marie-Laure równo oddycha we śnie. Każdy powinien postępować tak, jakby powierzono mu oryginał. Ślusarz umieszcza kamień z powrotem w woreczku, zawiązuje sznurek i chowa do plecaka. Czuje jego mikroskopijną wagę, jakby wsunął go do wnętrza własnego umysłu: węzeł.

[…]

Koło ich stóp przelatują strzępy poczerniałego papieru. W koronach drzew szepcą cienie. Na podjeździe leży rozbity melon przypominający odciętą głowę. Ślusarz widzi zbyt wiele. Przez cały dzień, pokonując kolejne kilometry, wyobrażał sobie, że po przybyciu na miejsce dostaną pyszne jedzenie. Drobne, gorące ziemniaki z roztopionym masłem. Szalotki, grzyby i jaja na twardo z sosem beszamelowym. Później kawa i papierosy. Odda kamień monsieur [z fr. Panu – przyp. aut.] Giannotowi, który wyjmie z kieszeni na piersi mosiężną lupę, przyłoży do spokojnych oczu i powie, czy to oryginał, czy imitacja, a później zakopie go w ogrodzie albo schowa w skrytce pod boazerią w ścianach domu i wszystko się skończy. Obowiązek spełniony. Je ne m’en occupe plus [z fr. nie ma już nic z tym wspólnego – przyp. aut.]. Dostaną osobny pokój, wykąpią się, może ktoś upierze ich ubrania. Monsieur Giannot opowie kilka zabawnych dykteryjek o swoim przyjacielu dyrektorze, a rankiem zaczną śpiewać ptaki i gazeta doniesie o przerwaniu działań wojennych, podpisaniu zawieszenia broni. On sam wróci do magazynu kluczy, będzie spędzał wieczory na instalowaniu mikroskopijnych okien w drewnianych modelach domów. Wszystko jak dawniej.

[…]

Odpoczywają w krzakach dwadzieścia kroków od drogi. Jest tylko zapadająca noc, sowy pohukujące wśród drzew i nietoperze, które łowią owady nad przydrożnym rowem. Ślusarz powtarza sobie, że diament to tylko kawałek węgla uformowany przez ciśnienie panujące w głębi ziemi, a następnie wyniesiony na powierzchnię w kominie wulkanicznym. Ktoś go szlifuje, tworzy fasetki. Nie może nad nim ciążyć klątwa, nie różni się pod tym względem od liścia, lustra czy ludzkiego życia. Światem rządzi wyłącznie rachunek prawdopodobieństwa, rachunek prawdopodobieństwa i fizyka. Tak czy inaczej niesie tylko szkiełko. Kopię, która ma odwracać uwagę od oryginału.

[…]

Marie-Laure ciągle się nie uśmiecha. Teraz pojedziemy do stryja Étienne’a? Tak, Marie. W siedemdziesięciu sześciu procentach wariata? Był z twoim dziadkiem, swoim bratem, w chwili jego śmierci. Na wojnie. Później zaczął widzieć różne rzeczy. Jakie? Trzeszczący dźwięk grzmotu rozlega się bliżej. Stodoła drży lekko. Rzeczy, których nie ma. Między belkami tkają sieci pająki. W okna uderzają ćmy. Zaczyna padać deszcz.

[…]

Otwierają się drzwi, a może okno, i do Marie-Laure dociera hipnotyczny szum morza. A Étienne? – pyta ojciec. Jednego dnia zamyka się w pokoju jak w grobowcu, a następnego je jak albatros. Ciągle nie wychodzi? Od dwudziestu lat. Zapewne dorośli [ciotka i ojciec – przyp. aut.] dalej rozmawiają ze sobą ściszonymi głosami. Może Marie-Laure powinna być bardziej ciekawa – dowiedzieć się czegoś o stryjecznym dziadku, który widzi to, czego nie ma, poznać losy otaczających ją ludzi i rzeczy – ale ma pełny żołądek, czuje przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele, a przez otwarte okno słychać szum oceanu za murami obronnymi. Tutaj, na wybrzeżu Bretanii, na dalekim krańcu Francji, między Marie-Laure a Atlantykiem jest tylko krucha zapora z kamieni. Niemcy nacierają nieubłaganie jak potok lawy, lecz dziewczynka zapada w coś w rodzaju snu, a może jest to tylko wspomnienie? Ma sześć lub siedem lat, niedawno straciła wzrok, przy jej łóżku siedzi w fotelu ojciec, struga maleńki kawałek drewna, pali papierosa, nad stu tysiącami dachów i kominów Paryża zapada zmrok, a wokół Marie-Laure nikną ściany i sufity, całe miasto zmienia się w dym i w końcu spływa na nią mroczny cień snu.

[…]

Możemy iść jutro nad ocean, tato? Prawdopodobnie jutro nie. Gdzie jest stryj Étienne? Myślę, że w swoim pokoju na czwartym piętrze. Widzi rzeczy, które nie istnieją? Cieszmy się, że go mamy. I madame Manec. Jest genialną kucharką, prawda, tato? Może nawet gotuje trochę lepiej od ciebie! Tylko odrobinę lepiej. Marie-Laure cieszy się, że ojciec się uśmiecha. Ale wyczuwa jego myśli trzepocące skrzydłami jak ptaki zamknięte w klatce. Co to znaczy, tato, że będziemy pod okupacją? To znaczy, że Niemcy zaparkują ciężarówki na placach. Każą nam mówić swoim językiem? Mogą nas zmusić, byśmy przesunęli zegary o godzinę.

[…]

Wiesz, czego kiedyś słuchałam? Przez radio. Nim zniszczyłeś odbiornik. Cicho, Jutto, proszę! Audycji z Paryża. Mówią zupełnie co innego niż Deutschlandsender. Że jesteśmy potworami. Że popełniamy zbrodnie wojenne. Wiesz, co to znaczy? Proszę, Jutto! Czy należy coś robić tylko dlatego, że wszyscy inni to robią? Wątpliwości: wciskają się do mózgu jak węgorze. Werner je odpędza. Jutta ma zaledwie dwanaście lat, to jeszcze dziecko. Będę do ciebie pisał raz na tydzień. Dwa razy w tygodniu, jeśli mi pozwolą. Nie musisz pokazywać tych listów Frau [z niem. Pannie – przyp. aut.] Elenie, jeżeli nie masz ochoty. Jutta zamyka oczy. Nie wyjeżdżam na zawsze, Jutto. Może na dwa lata. Połowa przyjętych chłopców nie kończy szkoły.

[…]

Marie-Laure spodziewa się zapachu stęchlizny, woni starości, lecz pokój pachnie mydłem, książkami i zasuszonymi wodorostami. Nieco podobnie jak laboratorium doktora Geffarda. Stryju? Marie-Laure. Étienne mówi cichym, łagodnym głosem, który kojarzy się z kawałkiem jedwabiu trzymanym w szufladzie i wyjmowanym od czasu do czasu, by poczuć go w palcach. Marie-Laure wyciąga dłoń przed siebie i ujmuje chłodną rękę o delikatnych, ptasich kościach. Przykro mi, że nie mogłem cię wcześniej poznać. Wokół rozlegają się ciche dźwięki muzyki fortepianowej. Dobiegają ze wszystkich stron pokoju, jakby stało w nim kilkanaście aparatów radiowych. Ile masz odbiorników, stryju? Pokażę ci. Étienne prowadzi dłoń Marie-Laure w stronę półki. To radio stereofoniczne. Heterodyna [z gr. inaczej generator lokalny drgań elektrycznych – przyp. aut.]. Sam je zmontowałem. Marie-Laure wyobraża sobie mikroskopijnego pianistę ubranego w smoking grającego wewnątrz urządzenia. Później Étienne kładzie jej dłonie na dużym radiu szafkowym, a następnie na trzecim, małym odbiorniku, nie większym od pudełka. Jedenaście aparatów, mówi Étienne i w jego głosie brzmi chłopięca duma.  Słyszę statki na morzu. Madryt, Brazylię, Londyn. Raz złapałem Indie. Tutaj, w wysokiej kamienicy na skraju miasta, jest znakomity odbiór.

[…]

Werner śpi w niewielkiej sali wraz z siedmioma innymi czternastolatkami. Górną pryczę zajmuje chudy Frederick, cienki jak źdźbło trawy, o skórze białej jak mleko. Frederick również jest nowy. Pochodzi z Berlina. Jego ojciec jest sekretarzem ambasadora. Kiedy Frederick mówi, spogląda w górę, jakby wypatrywał czegoś na niebie. Frederick i Werner, ubrani w nowe wykrochmalone mundury, jedzą pierwszy posiłek przy długim drewnianym stole w refektarzu. Niektórzy chłopcy szepcą, inni siedzą sami, jeszcze inni jedzą łapczywie, jakby od kilku dni nie mieli nic w ustach. Przez trzy łukowate okna wpadają do sali złociste snopy światła poranku. Frederick porusza nerwowo palcami i pyta: Lubisz ptaki? Jasne. Wiesz, co robią wrony siwe. Werner kręci głową. Wrony siwe są inteligentniejsze od większości ssaków. Nawet małp. Widziałem, jak kładą na szosie orzechy, których nie potrafią rozłupać, i czekają, aż przejedzie je samochód. Zostaniemy wielkimi przyjaciółmi, Wernerze, jestem pewien.

[…]

Białe koła oznaczają czystą niemiecką krew, a częściowo zaczernione niemiecką krew z domieszką obcej. Zwróćcie uwagę na koła numer dwa i numer pięć. Stuka w ekran wskaźnikiem i płótno zaczyna falować. Małżeństwo między czystym Niemcem a osobą o jednej czwartej krwi żydowskiej jest jeszcze dozwolone, rozumiecie? Pół godziny później Werner i Frederick czytają Goethego na lekcji poetyki. Magnesują igły kompasów podczas ćwiczeń polowych. Pomocnik komendanta przedstawia program nauki, który okazuje się niesłychanie rozbudowany. W poniedziałek odbywają się zajęcia z mechaniki, historii Niemiec, nauki o rasach. We wtorki jazda konna, biegi na orientację, historia wojskowości. Każdy, z dziewięcioletnimi chłopcami włącznie, nauczy się rozbierać i czyścić mauzera, a także z niego strzelać. Popołudniami kadeci wkładają pasy amunicyjne i biegają. Biegają wokół stajni, biegają między flagami, biegają pod górę. Biegają, niosąc się nawzajem na plecach, biegają z karabinami nad głową. Biegają, czołgają się, pływają. Potem znowu biegają.

[…]

Krążą plotki, że Führer tworzy listę bezcennych dzieł sztuki znajdujących się w całej Europie i w Rosji. Podobno zamierza przekształcić Linz w Austrii w miasto cesarskie, kulturalną stolicę świata. Ogromna promenada, mauzoleum, akropol, planetarium, biblioteka, opera – wszystko z marmuru i granitu, wszystko idealnie czyste. W centrum ma się znajdować muzeum o długości kilometra zawierające największe skarby kultury ludzkiej. Von Rumpel [niemiecki sierżant – przyp. aut.] słyszał, że taki dokument naprawdę istnieje. Ma czterysta stron. Siedzi przy stole wśród regałów z książkami. Próbuje skrzyżować nogi, lecz w jego pachwinie pojawiła się dziś niewielka opuchlizna, przykra, choć niebolesna. Bibliotekarka przynosi książki. Von Rumpel powoli przegląda Taverniera [Jean-Baptiste, francuski podróżnik i kupiec – przyp. aut.], Streetera, Szkice perskie Murraya. Czyta opisy trzystukaratowego brylantu: Orłow z Moskwy, Nur-al-Aina, Zielonego Brylantu z Drezna o wadze czterdziestu ośmiu i pół karata. Pod wieczór znajduje to, czego szukał. Opowieść o księciu, którego nie można było zabić, o kapłanie ostrzegającym przed gniewem bogini, o francuskim arystokracie, który wierzył, że kupił ten sam kamień wieki później. Morze Ognia. Szarobłękitny brylant z czerwoną iskrą w środku. O wadze stu trzydziestu trzech karatów. Albo zaginiony, albo w 1738 roku przekazany królowi Francji pod warunkiem, że ma przez dwieście lat przebywać w zamknięciu. Von Rumpel podnosi oczy. Lampy wiszące pod sufitem, rzędy grzbietów książek z płowiejącymi złotymi napisami. Zamierza odnaleźć niewielki kamyk ukryty gdzieś w Europie.

[…]

W kuchni przyjaciółki madame Manec ekscytują się włosami i piegami Marie-Laure. Kobiety mówią, że w Paryżu ludzie czekają pięć godzin na bochenek chleba. Ludzie zjadają zwierzęta domowe, przyrządzają zupę z gołębi i mielonych cegieł. Nie ma wieprzowiny, królików, kalafiorów. Podobno reflektory samochodów są pomalowane na niebiesko, a w nocy miasto jest ciche jak cmentarz: nie jeżdżą autobusy ani pociągi, prawie nie ma benzyny. Marie-Laure siedzi przy kwadratowym stole przed paterą z ciasteczkami i wyobraża sobie staruszki z żyłkowatymi dłońmi, zamglonymi oczyma i zbyt wielkimi uszami. Za oknem kuchni słychać witwitwit jaskółki dymówki, kroki na murach obronnych, fały uderzające w maszty, w porcie skrzypią zawiasy i brzęczą łańcuchy. Duchy. Niemcy [w żargonie bretońskim Bosze – przyp. aut.]. Ślimaki.

[…]

Czasami bawią się w latającą kanapę. Siadają na niej obok siebie i Étienne pyta: Gdzie lecimy dziś wieczorem, mademoiselle? Do dżungli! Albo: Na Tahiti! Albo: Do Mozambiku! Ach, tym razem czeka nas bardzo długa podróż – odpowiada Étienne jak prezenter na scenie zupełnie nowym głosem, gładkim, aksamitnym. W dole widać Atlantyk, lśni w świetle księżyca, czujesz jego zapach? Czujesz zimno? Czujesz wiatr we włosach? Gdzie teraz jesteśmy, stryju? Nad Borneo, nie zauważyłaś? Lecimy tuż nad wierzchołkami drzew, w dole lśnią wielkie liście, a tam znajduje się plantacja kawy. Czujesz jej zapach? Marie-Laure rzeczywiście coś czuje, choć nie próbuje rozstrzygnąć, czy stryj przesuwa jej pod nosem zmieloną kawę, czy rzeczywiście lecą nad plantacją kawy na Borneo. Odwiedzają Szkocję, Nowy Jork, Santiago. Kilka razy wkładają zimowe płaszcze i lecą na Księżyc. Zauważyłaś, jaka jesteś lekka, Marie? Możemy się poruszać prawie bez wysiłku! Stryj sadza ją w kręconym fotelu koło biurka i wprawia go w ruch wirowy, aż dziewczynka nie może już się śmiać z powodu zawrotów głowy. Poczęstuj się świeżym, smacznym księżycowym mięsem – mówi Étienne i wkłada do ust Marie-Laure coś, co bardzo przypomina smakiem ser. Na końcu zawsze siedzą obok siebie na kanapie i uderzają dłońmi w poduszki, a wokół powoli materializuje się pokój. Ach! – wzdycha stryj, stopniowo przestaje mówić z angielskim akcentem i w jego głosie pojawia się ledwo wyczuwalna trwoga. Znowu jesteśmy w domu…

[…]

Po pewnym czasie znów zaczyna grać fortepian. Stryjeczny dziadek Etienne zdejmuje słuchawki. Jako chłopiec – mówi – mój brat miał wiele talentów, ale ludziom najbardziej podobał się jego głos. Zakonnice z katedry Świętego Wincentego chciały, by został solistą chóru. Henri i ja marzyliśmy, że będziemy robić nagrania, a potem je sprzedawać. On miał głos, ja spryt, a w tamtych czasach ludzie uwielbiali patefony. I prawie nikt nie wydawał płyt dla dzieci. Skontaktowaliśmy się z firmą fonograficzną w Paryżu, która wyraziła zainteresowanie; napisałem dziesięć różnych scenariuszy na temat nauki, Henri je przećwiczył, aż w końcu zaczęliśmy nagrywać. Twój ojciec był dopiero chłopcem, ale przychodził, żeby posłuchać. Był to jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. Potem wybuchła wojna. Powołano nas do wojsk łączności. Ja i twój dziadek rozciągaliśmy druty telegraficzne między sztabami na tyłach a jednostkami bojowymi na froncie. Prawie każdej nocy Niemcy wystrzeliwali nad okopami rakiety; opadały powoli na spadochronach i miały oświetlać cele dla snajperów. Po wystrzeleniu rakiety każdy żołnierz w jej zasięgu natychmiast zastygał w bezruchu. Czasami nieprzyjaciel wystrzeliwał po kolei osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt takich flar po kolei. Upiorny blask oświetlający okopy robił niesamowite wrażenie. Panowała kompletna cisza, słychać było tylko syk płonących rac, a potem gwizd kuli strzelca wyborowego i jej plask, gdy trafiała w błoto. Ja i Henri staraliśmy się nie rozdzielać, ale czasami ogarniał mnie paraliż, nie mogłem poruszyć ręką ani nogą, nawet palcami. Nawet powiekami. Henri siedział tuż obok mnie i szeptał nagrywane przez nas teksty. Czasami przez całą noc. W kółko. Jakby tkał wokół nas jakiś parawan ochronny. Aż do rana.

[…]

Bastian każe kadetom uczyć się na pamięć map, mierzyć kąt padania słońca, sporządzać pasy z krowiej skóry. Każdego popołudnia, niezależnie od pogody, staje na dziedzińcu i wykrzykuje mądrości propagowane przez państwo: Dobrobyt zależy od brutalności. Wasze ukochane babki mogą pić herbatę i jeść ciasteczka tylko dlatego, że potraficie walczyć na pięści! Nosi przy pasie staroświecki pistolet, a najbardziej entuzjastyczni kadeci traktują go jak idola. Werner uważa Bastiana za człowieka zdolnego do długotrwałej, bezlitosnej przemocy. Tworzycie społeczność – mówi komendant, machając długą, giętką gumową pałką, której koniec przelatuje kilka centymetrów od nosa jednego z chłopców. Społeczność jest podobna do ludzkiego ciała. Ciało musi się pozbyć słabości, społeczność również.

[…]

Wicedyrektor przesuwa lewą dłonią po włosach, strząsając z nich chmurę łupieżu. Panie sierżancie, minerały, które pan oglądał, pozwoliły powiększyć naszą wiedzę na temat elektrochemii, poznać fundamentalne prawa krystalografii. Zadanie muzeum narodowego polega na tym, by działać niezależnie od kaprysów rynku kolekcjonerskiego, chronić dla przyszłych pokoleń… Von Rumpel się uśmiecha. Zaczekam. Źle pan nas zrozumiał, monsieur. Widział pan wszystko, co możemy pokazać. Wicedyrektor spogląda na swoją herbatę. Mineralog przestępuje z nogi na nogę, wydaje się powstrzymywać ogarniającą go wściekłość. Mam wielki talent do czekania – ciągnie po francusku von Rumpel. To moja największa umiejętność. Nigdy nie byłem dobry w sporcie ani matematyce, ale już jako chłopiec odznaczałem się niezwykłą cierpliwością. Czekałem u fryzjera na matkę, gdy czesała sobie włosy. Siedziałem na krześle i czekałem całymi godzinami, bez czasopism i zabawek, bez ruchu, nawet nie machając nogami. Wszystkie matki były pod wielkim wrażeniem.

[…]

Tego popołudnia na dworcu kolejowym pojawia się znajoma twarz, cztery czy pięć miejsc z tyłu w kolejce. Ojciec Marie-Laure widział już wcześniej tego człowieka, pulchnego, spoconego, z kilkoma podbródkami. Spoglądają sobie w oczy; mężczyzna odwraca wzrok. Sąsiad Étienne’a, właściciel perfumerii. Wiele tygodni wcześniej, dokonując pomiarów niezbędnych do budowy modelu, ślusarz widział tego samego mężczyznę na szczycie murów obronnych, fotografującego morze. Madame Manec mówiła, że nie należy mu ufać. Ale teraz to po prostu człowiek czekający w kolejce po bilet. Logika. Zasady zdrowego rozsądku. Istnieje klucz do każdego zamka. Od dwóch tygodni ojciec Marie-Laure zastanawia się nad słowami użytymi w depeszy od dyrektora. Polecenie przyjazdu sformułowano w sposób dręcząco dwuznaczny: Podróżuj bezpiecznie. Czy to znaczy, że powinien przywieźć kamień, czy pozostawić go w Saint-Malo? Przyjechać z Marie-Laure czy w pojedynkę? Podróżować koleją? A może w inny, teoretycznie bardziej bezpieczny sposób? A jeśli depeszy wcale nie wysłał dyrektor? – zastanawia się.

[…]

Raz, gdy miała osiem lub dziewięć lat, ojciec zabrał ją do Panteonu w Paryżu i opisał wahadło Foucaulta. Jego końcówka, mówił, to złota kula w kształcie dziecięcego bąka. Wisi ona na drucie o długości sześćdziesięciu siedmiu metrów, a zmiana trajektorii ruchu wahadła stanowi niezbity dowód na to, że Ziemia wiruje wokół własnej osi. Kiedy Marie-Laure stała obok świszczącej metalowej kuli i trzymała rękę na poręczy, ojciec powiedział, że wahadło Foucaulta nigdy się nie zatrzyma. To ją najbardziej uderzyło. Wahadło będzie się poruszać, gdy wyjdzie z ojcem z Panteonu, gdy zaśnie tej nocy. Kiedy o nim zapomni, kiedy przeżyje całe swoje życie i umrze. Teraz ma wrażenie, że słyszy wahadło przecinające powietrze tuż przed sobą: ogromna złocista kula wielkości beczki nieustannie się kołysze, nigdy się nie zatrzymuje. Bez końca wypisuje na posadzce nieludzką prawdę.

[…]

Ojciec chce, żebym się uczył w Schulpforcie. Matka również. Nieważne, czego ja chcę. Oczywiście, że ważne. Ja chciałbym zostać inżynierem. A ty badaczem ptaków. Kimś takim jak amerykański malarz chodzący po bagnach. Po co to wszystko robimy, jeśli nie po to, by zostać tym, czym chcemy? W pokoju panuje cisza. Drzewo za oknem sypialni Fredericka płonie dziwnym światłem. Ciągle wierzysz, że posiadasz własne życie, Wernerze. Właśnie na tym polega twój problem. Kiedy Werner się budzi, jest dobrze po wschodzie słońca. Boli go głowa i ma ciężkie powieki. Frederick zdążył już się ubrać, ma na sobie spodnie, wyprasowaną koszulę, muszkę i klęczy naprzeciwko okna z nosem przyciśniętym do szyby. Pliszka górska. Wyciąga rękę. Werner spogląda nad jego głową na bezlistne lipy. Nie wygląda imponująco, prawda? – mruczy Frederick. Zaledwie kilkadziesiąt gramów piór i kości. Ale ten ptak potrafi polecieć do Afryki i z powrotem. Żywi się owadami i robakami, siłę daje mu żądza. Pliszka przeskakuje z gałązki na gałązkę. Werner przeciera piekące oczy. To tylko ptak. Dziesięć tysięcy lat temu pojawiły się ich tu miliony – szepce Frederick. Kiedy w tym miejscu rozciągał się ogród, olbrzymi ogród bez końca…

[…]

Ocean. Ocean! Naprzeciwko Marie-Laure. Przez cały czas tak bliski. Szumi, pluska, bulgoce, huczy, wznosi się, opada, wiruje. Po opuszczeniu labiryntu uliczek Saint-Malo Marie-Laure znalazła się w krainie dźwięków wydawanych przez coś gigantycznego, czego wcześniej nie znała. Większego od Jardin des Plantes, od Sekwany, od największych galerii muzeum. Nie potrafiła sobie wyobrazić oceanu, nie znała jego ogromu. Kiedy unosi twarz w stronę nieba, czuje na policzkach i czole tysiące mikroskopijnych kropelek deszczu. Słyszy ochrypły oddech madame Manec, huk morza między skałami i krzyki kogoś na plaży, odbijające się echem od wysokich murów. W wyobraźni słyszy ojca polerującego zamki. Doktora Geffarda idącego wzdłuż rzędów szufladek. Dlaczego jej nie powiedzieli, że tak szumi ocean? Monsieur Radom woła swojego psa – wyjaśnia madame Manec. Nie ma się czym przejmować. Weź mnie pod rękę. Usiądź i zdejmij buty. Podwiń rękawy. Marie-Laure spełnia polecenie. Obserwują nas? Bosze? A jeśli nawet, to co? Stara kobieta i dziewczynka? Powiem im, że szukamy małży. Co mogą nam zrobić? Stryj mówi, że zakopali miny na plażach. Nie przejmuj się tym. Jest strachliwy jak mrówka. Mówi, że Księżyc odciąga ocean od brzegu. Księżyc? Czasami także Słońce. Podobno wokół wysp przypływy i odpływy tworzą wiry, które mogą pochłonąć całe kutry.

[…]

W   c i ą g u   t r z e c h   m i e s i ę c y starszy sierżant von Rumpel podróżował do Berlina i Stuttgartu, wycenił sto skonfiskowanych pierścionków, tuzin bransoletek wysadzanych brylantami, łotewską papierośnicę z rombem z błękitnych topazów. Teraz, znalazłszy się z powrotem w Paryżu, od tygodnia mieszka w Grand Hotelu i rozsyła zapytania jak ptaki. Każdej nocy przypomina sobie chwilę, gdy ujął kciukiem i palcem wskazującym kamień o gruszkowatym kształcie, spojrzał na niego przez lupę jubilerską i przez chwilę wierzył, że trzyma w ręku Morze Ognia o wadze stu trzydziestu trzech karatów. Patrzył na wnętrze kamienia o błękitnej barwie lodu i widział miniaturowe łańcuchy górskie, z których buchają płomienie i skry; kiedy obracał kamień, przed jego oczami mieniły się szkarłatne, koralowo-czerwone i fioletowe wielokąty. Był już prawie przekonany, że legendy są prawdziwe, że setki lat wcześniej syn sułtana nosił koronę, która oślepiała dworzan, że właściciel brylantu nie mógł umrzeć, że trzyma w ręce bajeczny klejnot z kart historii. Ogarnęła go wtedy radość – triumf. Ale towarzyszył im niespodziewany lęk: kamień wyglądał jak zaczarowany, nieprzeznaczony dla ludzkich oczu. Jak coś, czego nigdy nie można zapomnieć, gdy raz się to ujrzało. W końcu jednak zwyciężył rozsądek. Krawędzie faset nie były tak ostre, jak powinny. Kolet wydawał się leciutko asymetryczny. Co najważniejsze, kamień nie zawierał mikroskopijnych spękań naprężeniowych, wrostków krystalicznych, ani jednej inkluzji. Prawdziwy brylant zawsze zawiera inkluzje – mawiał ojciec von Rumpla. Prawdziwy diament nigdy nie jest doskonały. Czy von Rumpel spodziewał się, że to oryginał? Że jest przechowywany dokładnie tam, gdzie chciał? Że odniesie takie zwycięstwo w ciągu jednego dnia?

[…]

Wiecie, czym jest entropia? Chłopcy garbią się nad ławkami. Nikt nie podnosi ręki. Hauptmann chodzi po klasie. Werner próbuje siedzieć w absolutnym bezruchu. Pfennig. Entropia to miara nieokreśloności lub nieuporządkowania systemu, panie doktorze. Hauptmann na moment wbija w Wernera spojrzenie, ciepłe, a jednocześnie mrożące krew w żyłach. Bałagan. Słyszycie, jak komendant używa tego słowa. Słyszycie, jak posługują się nim jego pomocnicy. Najważniejszy jest porządek. Życie to chaos, panowie. A nasza misja to wprowadzanie porządku. Nawet w sferze genetycznej. Porządkujemy ewolucję gatunku. Usuwamy gorszy materiał ludzki, buntowników, plewy. Oto wielkie zadanie Rzeszy, największy projekt, jaki kiedykolwiek podjęła ludzkość. Hauptmann pisze na tablicy. Kadeci notują w zeszytach jego słowa. W zamkniętym układzie entropia nigdy się nie zmniejsza. Zgodnie z zasadami termodynamiki każdy proces prowadzi do rozpadu.

[…]

Hubert Bazin uwielbia opowiadać o murach obronnych, wojownikach i piratach z Saint-Malo. Mówi Marie-Laure, że przez wiele stuleci umocnienia pozwalały odpierać ataki krwiożerczych rabusiów, Rzymian, Celtów, wikingów. Niektórzy twierdzą, że także potworów morskich. Opowiada, że mury przez tysiąc trzysta lat powstrzymywały okrutnych brytyjskich żeglarzy, którzy rzuciwszy kotwicę w pewnej odległości od brzegu, ostrzeliwali domy pociskami zapalającymi, próbując zniszczyć Saint-Malo i zagłodzić mieszkańców: nie cofnęliby się przed niczym, by wszystkich wymordować. Matki z Saint-Malo mówiły swoim dzieciom: Nie garb się i zachowuj grzecznie, bo w nocy przyjdzie Anglik i poderżnie ci gardło – opowiada Hubert Bazin. Hubercie, proszę, nie strasz Marie-Laure! – protestuje madame Manec.

[…]

Ale Frederick już się nie odzywa; obaj chłopcy przez długi czas leżą bez ruchu, patrząc na błękitne szprychy światła księżyca toczące się po sali.

[…]

Trzy dni później madame [z fr. Pani – przyp. aut.] Fontineau podsłuchuje, że niemiecki komendant jest uczulony na nawłoć. Madame Carré, kwiaciarka, umieszcza wielkie pęki nawłoci w bukiecie przeznaczonym dla château. Kobiety kierują ładunek rayonu [z fr. sztuczny jedwab – przyp. aut.] w niewłaściwe miejsce. Celowo wprowadzają błędy drukarskie do rozkładu jazdy pociągów. Madame Hébrard, kierowniczka poczty, wsuwa sobie do majtek ważne urzędowe pismo z Berlina, zabiera je do domu i rozpala nim wieczorem ogień pod kuchnią. Przychodzą do kuchni Étienne’a z radosnymi meldunkami, że ktoś słyszał kichanie komendanta garnizonu albo że psie gówno umieszczone przed drzwiami burdelu zgodnie z planem trafiło pod podeszwę niemieckiego buta. Madame Manec nalewa sherry, cydru albo muscadeta [napoje alkoholowe – przyp. aut.]; ktoś czuwa na warcie koło drzwi. Madame Fontineau, niska i przygarbiona, chwali się, że przez godzinę blokowała centralę château [z fr. pałacową – przyp. aut.], a zaniedbana, barczysta madame Guiboux mówi, że razem ze swoimi wnukami namalowała na bezdomnym psie francuską flagę narodową i wypuściła go na place Chateaubriand. Kobiety wybuchają śmiechem, zachwycone.

[…]

W oczach najbardziej upartych kadetów plonie niezłomna determinacja: cała ich uwaga skupia się na tropieniu słabości. Obserwują podejrzliwie Wernera, gdy wraca z laboratorium Hauptmanna. Nie ufają mu, bo jest sierotą, bo często przebywa samotnie, bo mówi z leciutkim francuskim akcentem, którego nabył w dzieciństwie. Jesteśmy salwą pocisków! – śpiewają najmłodsi kadeci. Jesteśmy kulami armatnimi! Jesteśmy ostrzem miecza! Werner nieustannie myśli o domu. Tęskni za deszczem bębniącym w blaszany dach nad sypialnią, za dziką energią sierot z domu dziecka, ochrypłym śpiewem Frau Eleny, gdy kołysze niemowlę w salonie. Zapachem dymu koksowni rozchodzącym się przed świtem, pierwszą wiarygodną wonią pojawiającą się każdego dnia. Najbardziej tęskni za Juttą: jej lojalnością, uporem, umiejętnością odróżniania dobra od zła.

[…]

Macie rozum – mruczy pewnego wieczoru Bastian w refektarzu, a każdy z chłopców prawie niedostrzegalnie garbi się nad jedzeniem, gdy komendant muska go palcem w plecy. Ale nie wolno ufać rozumowi. Myślenie zawsze prowadzi do wieloznaczności, do stawiania pytań, a tak naprawdę potrzebujecie pewności. Celu. Jasności. Nie ufajcie swojemu rozumowi.

[…]

Czasem trzeba komuś zaufać. Nie można ufać żadnemu człowiekowi, w którego żyłach nie płynie ta sama krew. Nawet wtedy zaufanie jest niebezpieczne. Pani chce walczyć nie z ludźmi, madame, ale z systemem.

[…]

Kiedy się budzi, pod okapami piszczą jerzyki i przez sufit słychać muzykę. Clair de lune, kompozycja, która kojarzy się Marie-Laure z trzepotem liści i twardymi ławicami piasku pod stopami w czasie odpływu. Muzyka skrada się, wznosi i zapada w ziemi, po czym rozlega się młodzieńczy głos dawno zmarłego dziadka: W ciele ludzkim jest dziewięćdziesiąt sześć tysięcy kilometrów naczyń krwionośnych, dzieci! Można by nimi owinąć ziemię prawie dwa i pół razy…

[…]

Będziemy pracować w systemie zmianowym, aż skończymy. Zmiana trwa dziesięć godzin. Von Rumpel kiwa głową. Już w tej chwili ma wrażenie, że za chwilę pęknie mu kręgosłup. Gefrajter wyciąga spod stołu worek spięty łańcuchem z kłódką, otwiera go i wysypuje zawartość na tacę wyłożoną aksamitem. Z worka wylewają się tysiące klejnotów: szmaragdy, szafiry, rubiny. Cytryny. Perydoty [minerał, rodzaj chryzolitu, szlachetna jego odmiana – przyp. aut.]. Chryzoberyle [rzadki minerał z rodziny tlenków – przyp. aut.]. Wśród nich błyszczą setki, tysiące niewielkich brylantów, większość ciągle w oprawach: koliach, bransoletkach, spinkach do mankietów albo kolczykach. Pierwszy żołnierz niesie tacę na swój stół, umieszcza w imadle pierścionek zaręczynowy, rozchyla pęsetą łapki trzymające brylant, po czym przekazuje kamień koledze. Von Rumpel liczy worki znajdujące się pod stołem: jest ich dziewięć. Na usta ciśnie mu się pytanie, skąd się wzięło tyle klejnotów, ale go nie zadaje. Wie, skąd pochodzą.

[…]

[Ukraina, na froncie wojennym] W   s t y c z n i u   1 9 4 3   r o k u Werner odnajduje drugą partyzancką radiostację, nadającą z sadu trafionego pociskiem, którego wybuch ściął większość drzew w połowie wysokości. Dwa tygodnie później lokalizuje trzecią i czwartą. Każda nowa transmisja wydaje się odmianą poprzedniej, trójkąt się zmniejsza, boki stają się krótsze, wierzchołki zbliżają się do siebie, aż wreszcie zmieniają się w jeden punkt, stodołę, chałupę, piwnicę fabryki albo żałosne obozowisko na polu lodowym. Nadaje w tej chwili? Tak. Z tamtej szopy? Widzisz antenę na wschodniej ścianie?

[…]

Marie-Laure przewraca się na bok, a Étienne przykrywa ją kołdrą aż po szyję, zdmuchuje świecę i wpatruje się w miniaturowe dachy i kominy modelu stojącego w nogach łóżka. Pojawia się wspomnienie: był kiedyś z bratem na polu na wschód od miasta. Tego lata w Saint-Malo pojawiły się robaczki świętojańskie i bardzo podekscytowany ojciec przygotował dla synów siatki na długich kijach i słoje z drucianymi wieczkami. Étienne i Henri biegali w wysokiej trawie, a świetliki unosiły się nad nimi i uciekały, zawsze pozostając tuż poza zasięgiem rąk. Chłopcy mieli wrażenie, że stąpają po rozżarzonym węglu i że błyskające robaczki to iskry wyrzucone w powietrze przez stopy. Henri powiedział, że chce umieścić w swoim oknie tak dużo świetlików, by mogły je widzieć statki przepływające w odległości wielu kilometrów.

[…]

W najgorszych dniach bezlitosnej zimy – gdy ciężarówkę, karabiny i sprzęt radiowy atakuje rdza, gdy wszędzie dokoła wycofują się niemieckie dywizje – Werner czuje głęboką pogardę dla wszystkich mijanych istot ludzkich. Dymiące, zburzone wsie, odłamki cegieł na ulicach, zamarznięte trupy, zdruzgotane mury, przewrócone samochody, szczekające psy, biegające szczury, wszy: jak oni mogą żyć w taki sposób? Tu, w Rosji, w lasach, górach, wsiach, niemieccy żołnierze mają bezlitośnie wprowadzać porządek. Poziom entropii układu zmniejsza się tylko wtedy, gdy wzrasta poziom entropii innego układu – tak mówił doktor Hauptmann. Natura żąda symetrii. Ordnung muss sein [z niem. porządek musi być – przyp. aut.] A jednak jaki porządek wprowadzają na wschodzie? Walizki, kolejki, płaczące niemowlęta, przechodzące przez miasta tłumy wycofujących się żołnierzy z oczami wypełnionymi wiecznością, – w jakim układzie wzrasta stopień uporządkowania? Na pewno nie w Kijowie, Lwowie ani Warszawie. To wszystko Hades. Po prostu niezliczone rzesze istot ludzkich, jakby ogromne rosyjskie fabryki bez przerwy produkowały nowych ludzi. Zabijcie tysiąc, a my stworzymy dziesięć tysięcy.

[…]

Znalazł wszystkie trzy podróbki. Opuściło go szczęście. Lekarz twierdzi, że nowotwór znowu się rozrasta. Wojna przybiera fatalny obrót – Niemcy cofają się w Rosji, na Ukrainie, we Włoszech. Lada dzień wszyscy członkowie Einsatzstab Reichsleiter Rosenberg – ludzie przeszukujący kontynent w poszukiwaniu ukrytych bibliotek, zamurowanych zwojów modlitewnych, obrazów impresjonistów – dostaną do rąk karabiny i zostaną wysłani na front. Również von Rumpel. Właściciel kamienia będzie żył wiecznie. Nie może się poddać. Ale jego ręce stają się takie ciężkie. Głowa zmienia się w głaz.

[…]

W tamtej wojnie, która zabiła twojego dziadka, zginęło szesnaście milionów ludzi. Półtora miliona francuskich chłopców, w większości młodszych ode mnie. Dwa miliony po stronie Niemców. Gdyby umarli szli gęsiego, przechodziliby obok naszych drzwi przez jedenaście dni i nocy. Nasze zadanie, Marie, nie polega na zamienianiu miejscami tabliczek z nazwami ulic ani podkradaniu listów na poczcie. Te liczby to coś więcej niż liczby, rozumiesz?

[…]

Jeśli człowiek zamyka oczy, nie dowiaduje się niczego o ślepocie. Poza światem nieba, twarzy i budynków istnieje surowszy, starszy świat, miejsce, gdzie płaszczyzny ulegają dezintegracji, a w powietrzu płyną ławice dźwięków. Marie-Laure siedzi na poddaszu wysoko nad ulicą i słyszy lilie szeleszczące na bagnach w odległości dwóch kilometrów. Słyszy Amerykanów biegnących przez pola uprawne, kierujących działa na pokryte dymem Saint-Malo, słyszy znajomy syk lamp sztormowych w piwnicach, kruki skaczące z gałęzi na gałąź, muchy siadające na trupach w przydrożnych rowach, słyszy szelest tamaryszków, krzyki sójek, słyszy trawę na wydmach, słyszy ogromną granitową pięść, tkwiącą w głębinach skorupy ziemskiej i stanowiącą podstawę Saint-Malo, słyszy ocean nacierający na miasto ze wszystkich czterech stron, słyszy fale przypływu uderzające w okoliczne wyspy, słyszy krowy pijące z kamiennych koryt i delfiny płynące w ciemnych wodach kanału La Manche, słyszy ruchy kości martwych wielorybów kilka kilometrów w dole, których szpik przez sto lat będzie pożywieniem dla kolonii istot nigdy niewidujących światła słonecznego. Słyszy ślimaki w grocie, gdy pełzną po kamieniach.

[…]

Jeden chłopców z Schulpforty opisał raz Wernerowi wiec w Norymberdze: opowiadał o oceanie proporców i sztandarów, masach chłopców kłębiących się w świetle i samym Führerze na ołtarzu w odległości ośmiuset metrów. Znajdujące się za nim kolumny były oświetlone reflektorami, panowała świąteczna atmosfera pełna podniosłości i świętego oburzenia. Hans Schilzer uwielbiał te przedstawienia, uwielbiał je Herribert Pomsel, uwielbiali wszyscy chłopcy z Schulpforty i tylko młodsza siostra była jedyną znaną Wernerowi osobą, która potrafiła przejrzeć ten teatr. Jak? Dzięki czemu Jutta znacznie lepiej rozumiała świat? I dlaczego on wiedział tak mało? Kto wie jednak, czy wówczas nie uderzymy w ławicę, czy nie zostaniemy zgnieceni między dwoma lodowymi płaszczyznami? On tu jest. Jest tuż pode mną. Zrób coś. Ocal ją. Ale Bóg to tylko chłodne białe oko, sierp księżyca nad obłokami dymu. Wybuchy stopniowo zmieniają miasto w pył, a oko mruga, mruga…

[…]

[z listu obozowego ojca Marie-Laure]

Ostatnio mam bardzo jasny umysł i dziś chciałbym napisać o morzu. Ma tyle kolorów. O świcie jest srebrzyste, w południe zielone, a wieczorem granatowe. Czasem wydaje się niemal czerwone. Albo przybiera barwę starych miedziaków. W tej chwili przesuwają się po nim cienie obłoków, wszędzie widać plamy słońca. Białe szeregi lecących mew przypominają paciorki. To chyba najładniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. Czasami łapię się na tym, że patrzę na morze i zapominam o swoich obowiązkach. Wydaje się tak wielkie, że zmieściłyby się w nim wszystkie ludzkie uczucia.

[…]

Étienne wie, że Marie-Laure zwykle chodzi nad morze – wraca, pachnąc wodorostami, ma mokre buty, rękawy pokryte algami, kapustą morską albo roślinami, które madame Manec nazywała pioka. Starszy pan nie wie dokładnie, gdzie chodzi bratanica, ale zawsze przekonywał sam siebie, że jest bezpieczna. Że ciekawość daje jej siłę. Że jest tysiąc razy inteligentniejsza od niego.

[…]

Ale lęk okazał się podstępny, nieprzewidywalny, niszczący, podkradał się jak bandyta. Najpierw pojawiało się poczucie straszliwej grozy. Później światło stawało się boleśnie jaskrawe, nawet gdy zaciskał powieki. Nie mógł iść, każdy krok wydawał się grzmotem. Z kocich łbów spoglądały maleńkie oczy. Kiedy madame Manec pomagała mu wrócić do domu, zaszywał się w najciemniejszym kącie łóżka i zatykał uszy poduszkami. Skupiał całą energię na tym, by nie słyszeć własnego tętna. W klatce piersiowej lodowato bije serce. Zbliża się ból głowy, myśli Étienne. Straszny, straszny, straszny ból głowy. Dwadzieścia uderzeń serca. Trzydzieści pięć minut. Odsuwa rygiel, otwiera bramę. Wychodzi na ulicę.

[…]

[Morze Ognia] S k ł a d a   s i ę   z   s e t e k   f a s e t. Marie-Laure wielokrotnie podnosi kamień, po czym natychmiast go odkłada, jakby palił jej palce. Aresztowanie ojca, zniknięcie Huberta Bazina, śmierć madame Manec – czy mógł być przyczyną wszystkich nieszczęść? Słyszy świszczący głos pachnącego winem doktora Geffarda, który mówi: Scytyjska królowa mogła tańczyć przez całą noc, nosząc go na piersi. Mogły się toczyć o niego wojny. Właściciel kamienia będzie żył wiecznie, ale na wszystkich, których kocha, spadnie deszcz nieszczęść. Rzeczy to tylko rzeczy. Baśnie to po prostu baśnie. Z pewnością Niemiec szuka właśnie tego kamyka. Powinna otworzyć okiennicę i wyrzucić go przez okno. Dać go komuś innemu, komukolwiek. Wymknąć się z domu i cisnąć kamień do morza.

[…]

Zamyka oczy. Przypomina sobie godziny spędzone przy lampie w księgarni monsieur Hébrarda, gdy pierwszy raz w życiu słuchał radia. Przypomina sobie, jak wspinał się na chór katedry, by słuchać płynącego pod sklepieniem głosu Henriego. Przypomina sobie zatłoczone restauracje z oknami witrażowymi i rzeźbionymi boazeriami, dokąd rodzice zabierali ich na kolację. Faliste fryzy i doryckie kolumny willi korsarzy, złote monety zamurowane w ścianach, zakłady rusznikarskie, biura żeglugowe, kantory wymiany, hoteliki, napisy, które Henri wydrapywał na murach obronnych: Nie mogę się doczekać, aż stąd wyjadę. Pieprzę to miasto! Przypomina sobie dom LeBlanców, jego własny dom! Wysoki, wąski, ze spiralną klatką schodową kojarzącą się z muszlą ustawioną do góry nogami, gdzie od czasu do czasu przechodzi przez ściany duch jego brata, gdzie mieszkała i umarła madame Manec, gdzie nie tak dawno siedział na kanapie z Marie-Laure i udawał, że latają nad wulkanami Hawajów, nad dżunglami Peru, gdzie zaledwie tydzień wcześniej bratanica siedziała po turecku na podłodze i czytała o połowach pereł u wybrzeży Cejlonu, o kapitanie Nemo i Aronnaksie w strojach do nurkowania, o impulsywnym Kanadyjczyku Nedzie Landzie, który zamierzał cisnąć harpun w bok rekina… Każde z tych wspomnień pali jak ogień. Nad fortem National wstaje morderczo czysty świt. Powoli blednie Droga Mleczna. Étienne spogląda na pożary. Myśli. Wszechświat jest pełen paliwa.

[…]

[Werner]  S t a ł   s i ę   d u c h e m. Pochodzi z innego świata. Jest ojcem tej dziewczyny, jest madame Manec, jest Étienne’em, jest wszystkimi ludźmi, którzy opuścili Marie-Laure, lecz w końcu wrócili. Woła przez drzwi szafy: Nie chcę cię zabić! Słyszę twój głos przez radio! Właśnie dlatego przyszedłem! Milknie, próbuje tłumaczyć na francuski: Melodia, Światło księżyca? Marie-Laure prawie się uśmiecha. Wszyscy pojawiamy się na świecie jako pojedyncza komórka, mniejsza od drobinki kurzu. Znacznie mniejsza. Podział. Mnożenie. Dodawanie i odejmowanie. Materia przechodzi z rąk do rąk, atomy pojawiają się i znikają, wirują molekuły, łączą się białka, mitochondria wysyłają polecenia oksydatywne [reakcja chemiczna, utleniająca – przyp. aut.], powstajemy jako mrowie połączeń elektrycznych. Płuca, mózg, serce. Po czterdziestu tygodniach sześć bilionów komórek przeciska się przez drogi rodne matki. Krzyczymy. Później atakuje nas świat.

[…]

Nad domem przelatuje z wyciem pocisk. Werner myśli: Chcę po prostu siedzieć z nią tu przez tysiąc godzin. Ale pocisk wybucha i cały dom skrzypi. Dawno temu pewien człowiek korzystał z twojego radia. Nadawał audycje o nauce. Byłem wtedy chłopcem. Słuchałem ich razem z siostrą. To mój dziadek [Etienne – przyp. aut.]. Słyszałeś go? Wiele razy. Uwielbialiśmy go.

[…]

Trzymaj się ręką ściany. Czujesz ją? Dojdziesz do skrzyżowania, a potem powinnaś iść prosto. Na ulicy prawie nie ma gruzu. Trzymaj poszewkę wysoko. Przed sobą, w taki sposób, rozumiesz? Marie-Laure odwraca się w stronę Wernera i przygryza dolną wargę. Zastrzelą mnie. Nie dziewczynę z białą flagą. Z przodu idą jeszcze inni ludzie. Trzymaj się ściany. Znów kładzie jej dłoń na murze. Nie zwlekaj. Pamiętaj o poszewce. A ty? Ja pójdę w przeciwną stronę.

[…]

Pierwszego września po przebudzeniu Werner nie może wstać. Dwóch innych więźniów prowadzi go do latryny i z powrotem, a następnie pomaga mu się położyć na trawie. Młody Kanadyjczyk z czerwonym krzyżem sanitariusza na hełmie świeci mu latarką w oczy, po czym wsadza go do ciężarówki. Po krótkiej jeździe Werner trafia do namiotu pełnego umierających żołnierzy. Pielęgniarka podłącza mu kroplówkę i karmi go łyżeczką. Przez tydzień Werner żyje w dziwnym zielonkawym świetle wypełniającym namiot. W jednej ręce trzyma plecak, a w drugiej mały drewniany domek o twardych rogach. Bawi się nim, gdy ma dość siły. Przekręca komin, wysuwa trzy deseczki tworzące dach, zagląda do środka. Cóż za przemyślna konstrukcja… Codziennie, po prawej i po lewej stronie, kolejna dusza ucieka do nieba i Werner ma wrażenie, że słyszy odległą muzykę, jakby za drzwiami grało wielkie stare radio, które można usłyszeć, przykładając zdrowe ucho do pryczy. Tony są bardzo ciche i chwilami nie jest pewny, czy w ogóle się rozlegają.

[…]

Kiedyś z Juttą zbudowali niewielką żaglówkę z kawałków drewna i zanieśli ją nad rzekę. Siostra pomalowała łódkę w czerwone i zielone esy-floresy, po czym bardzo oficjalnie ją zwodowała. Ale pochwycona przez prąd żaglówka przechyliła się na bok, popłynęła daleko w dół rzeki i zatonęła w czarnej, płaskiej wodzie. Jutta patrzyła na Wernera ze łzami w oczach, mnąc palcami postrzępiony sweter. Nic się nie stało – powiedział. Za pierwszym razem bardzo rzadko coś wychodzi. Zbudujemy nową, lepszą łódkę. Czy tak się stało? Werner ma nadzieję, że tak. Niewyraźnie pamięta niewielką żaglówkę o lepszej konstrukcji sunącą w dół rzeki. Opłynęła zakręt i znikła, prawda? Błyszczy księżyc, nad drzewami pędzą obłoki. Wokół fruwają liście. Ale światło księżyca nie zmienia się pod wpływem wiatru, przenika chmury, powietrze; jego promienie wydają się Wernerowi niewiarygodnie powolne i niewzruszone. Jakby wisiały nad rozkołysaną trawą. Dlaczego wiatr nie porusza światła? Amerykanin leżący po drugiej stronie pola widzi, jak z namiotu szpitalnego wychodzi chłopiec i kroczy na tle drzew. Amerykanin siada. Unosi rękę. Stój! – woła. Halt [z niem. stój – przyp. aut.]! Ale Werner wchodzi na pole i wpada na minę przeciwpiechotną zainstalowaną trzy miesiące wcześniej przez jego własną armię, po czym znika w fontannie ziemi.

[…]

[1974] Tuż po ślubie, w czasie wyjazdów służbowych Alberta, Jutta budziła się przed świtem i przypominała sobie pierwsze noce po wyjeździe Wernera do Schulpforty, gdy czuła rozdzierający ból z powodu jego nieobecności. Stary zamek błyskawiczny otwiera się zdumiewająco łatwo. W środku jest gruba koperta i niewielka paczka zawinięta w gazetę. Zawiera miniaturowy model kamienicy, wysoki i wąski, nie większy od pięści. W kopercie znajduje się notatnik, który Jutta przesłała Wernerowi przed czterdziestu laty. Księga pytań. Stronice pokryte mikroskopijnym, pochyłym pismem, w linijkach biegnących nieco do góry. Rysunki, schematy, spisy elementów.

Coś, co wygląda jak mieszarka napędzana pedałami rowerowymi.

Silnik do modelu samolotu.

Dlaczego niektóre ryby mają wąsy?

Czy to prawda, że w ciemności wszystkie koty wydają się szare?

Dlaczego ryby nie giną, kiedy w morze uderza piorun?

Po przeczytaniu trzech stron Jutta musi zamknąć notatnik. W jej głowie wirują wspomnienia i sypią się na podłogę.

[…]

[1974] W którąś środę lipca, wieczorem, w otwarte drzwi laboratorium [gdzie pracuje Marie-Laure – przyp. aut.] cicho stuka jej asystent. Bulgocą akwaria, buczą filtry, słychać kliknięcia grzałek, które automatycznie włączają się i wyłączają. Asystent mówi, że chciałaby się z nią zobaczyć jakaś kobieta. Kolekcjonerka? Chyba nie, pani doktor. Mówi, że otrzymała nasz adres w muzeum w Bretanii. Pierwsze oznaki zawrotów głowy. Jest z nią chłopiec. Czekają na końcu korytarza. Mam jej powiedzieć, by przyszła jutro? Jak wygląda? Siwe włosy. Asystent pochyla się w stronę Marie-Laure. Źle ubrana. Niezdrowa cera. Mówi, że chciałaby z panią doktor porozmawiać o modelu domu. Marie-Laure słyszy za plecami brzęk dziesięciu tysięcy kluczy kołyszących się na dziesięciu tysiącach haczyków. Pani doktor? Laboratorium się przechyla. Marie-Laure za chwilę ześlizgnie się w przepaść.

[…]

P o c h o d z i   z   p ł y n n y c h   t r z e w i planety, trzysta kilometrów w głębi Ziemi. Kryształ w żyle pełnej innych kryształów. Czysty węgiel. Każdy atom połączony z czterema sąsiadami położonymi w równych odstępach, idealnie uformowany, ośmiościenny, nieprześcigniony w twardości. Jest stary: niewiarygodnie stary. Mijają niezliczone eony. Ziemia się unosi, porusza, rozciąga. Któregoś roku, któregoś dnia, w którymś momencie potężna erupcja magmy porywa żyłę z kryształami i wypycha ją na powierzchnię, kilometr za kilometrem, aż wreszcie kamień stygnie w olbrzymim, dymiącym ksenolicie kimberlitu i zaczyna czekać. Wiele stuleci. Deszcz, wiatr, kilometry sześcienne lodu. Lita skała staje się rumowiskiem, głazy zmieniają się w kamienie, lód się cofa, powstaje jezioro, roje słodkowodnych małży otwierają w stronę słońca miliony muszli, po czym zamykają je i umierają, gdy jezioro się cofa. Wokół wyrastają i giną lasy prehistorycznych drzew, powtarza się to wiele razy. Aż do innego roku, innego dnia, innego momentu, kiedy deszcz wymywa jeden z kamieni ze stoków wąwozu i spłukuje do rzeki, gdzie tkwi on w osadach i pewnego wieczoru zwraca uwagę księcia, który wie, czego szuka. Kamień zostaje przecięty, oszlifowany i przez krótką chwilę przechodzi z rak do rąk. Inna godzina, inny dzień, inny rok. Bryłka węgla nie większa od kasztana. Opleciona wodorostami, porośnięta pąklami. Pełzają po niej ślimaki. Porusza się wśród kamyków [oceanicznych w Saint-Malo – przyp. aut.].

[…]

[2014] Na świecie codziennie umiera ktoś, kto pamięta wojnę, myśli Marie-Laure. Odradzamy się w trawie, w kwiatach, w muzyce.

Anthony Doerr, Światło, którego nie widać

Sfilmowana powieść historyczno-obyczajowa Anthony’ego Doerra – amerykańskiego pisarza, poety i pamiętnikarza, także laureata nagrody Pulitzera sprzed ośmiu lat przenosi akcję opowieści przede wszystkim znowu do Francji, do położonego na nizinnym Basenie Paryskim – Paryża, ale i nad morze do Saint-Malo, tej niemal antycznej twierdzy bretońskiej w północnej Francji, nad kanałem La Manche, ogólnie rzecz ujmując, w lata trzydzieste po siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Historia ociemniałej Marie-Laure Le Blanc, Francuzki, jej ojca ślusarza-klucznika w paryskim Muzeum Historii Naturalnej oraz dwubiegunowo Walter Pfenninga, Niemca, sieroty z sierocińca w Zagłębia Ruhry, który połączyła wspólna pasja do radioodbiornika, w rzeczy samej do krzyku ówczesnej mody, czyli do radia, acz przede wszystkim pewnego słuchowiska naukowego co pozwalało im w dzieciństwie i potem wciąż marzyć o lepszym, łagodniejszym świecie. Bowiem w świecie ścierającym się na falach eteru ważniejszym stało się stawianie samych pytań od kreowania „niepełnych” zawsze odpowiedzi, zwłaszcza tych odpowiedzi rzekomo twierdzących, że czysta idea może uporządkować wieloaspektowe i w biegu będące życie, co nosimy od narodzin, aż sam kres w niebyt. To także wielki i wspaniały w każdym calu manifest antywojenny, w który to przyjaźń, a nie nienawiść pamięta się po skon.



powrót ››