Blog

 

05.01.2024

Ogród

„Że nie jestem nikim innym;

że nie jestem tym, kim mógłbym być.”

[...]

Już z oddali widzę, w jak żałosnym stanie jest ten dom. Ubytki tynku, zgniła leżąca trawa i przerośnięte krzewy, sięgające aż do okien. Rynny przerdzewiałe, na dachu brakuje kilku dachówek. Gdy podchodzę bliżej, dusi mnie lęk. Najchętniej odwróciłbym się i uciekł. Gdybym tylko miał, dokąd. Lecz nie mam na świecie żadnego innego miejsca, do którego mógłbym się udać, w którym mógłbym się zaszyć i pozostać na zawsze w ukryciu. Żadnego oprócz tej strasznie zaniedbanej willi na obrzeżach miasta. Mam wrażenie, że zza okien sąsiednich domów obserwują mnie obce oczy. Oceniają, czy nadaję się, by tu zamieszkać. Tak jak oceniały mnie przez ostatnie osiem lat, a ja próbowałem się przed nimi ukrywać. Wmawiam sobie, że tu, w mieście, ludzie nie zwracają na siebie nawzajem uwagi. I że tu raczej nikt mnie już nie zna. Że nikogo nie zainteresuje nowy mieszkaniec. A mimo to znów, tak jak często ostatnimi czasy, ogarnia mnie lęk. Po tej ulicy niemal biegnę, dopiero przed domem zdobywam się na odwagę, by zwolnić krok. Staram się złapać oddech. Nie rozglądać się. Nie napotkać wzrokiem przypadkowego spojrzenia. Szybko wyciągam od dawna nieużywany klucz i próbuję otworzyć nim furtkę. Nawet nie drgnie. A czego się spodziewałem? Przez trzy lata nie pojawiłem się tu przecież ani razu. Zimno mi w palce, jak na koniec marca jest wyjątkowo chłodno. Już myślę, że będę musiał się poddać, ale zamek w końcu ustępuje. Szybko otwieram, furtka oczywiście głośno skrzypi, więc nawet jeśli dotychczas sąsiedzi mnie nie zauważyli, to ten dźwięk na pewno przywołał ich do okien. Ogród jest tak zarośnięty i zaniedbany, że ledwo go poznaję. Bez sterczy nie tylko wysoko w górę, ale również na wszystkie strony. Nieprzycięte gałęzie jabłoni wykręcają się z wyczerpania, a kępy starej pokrzywy duszą wszystko wokół. Oczka wodnego prawie nie widać, rabatki zniknęły całkowicie. Krzaki róży przy schodach i werandzie uschły. A przecież obiecywałem sobie, że będę regularnie odwiedzać to miejsce. Obiecałem babci, że o nie zadbam. Lecz skończyło się dokładnie tak, jak się obawiała. Czasu na to nie znalazłem, wynajmować obcym nie chciałem, więc teraz mam za swoje.

[...]

Odkąd złożyłem podanie do technikum ogrodniczego, dziadek był w swoim żywiole. Jeszcze cierpliwiej uczył mnie grzebania w ziemi. Rozpoznawania jej właściwości oraz tych roślin, które będą    w niej najlepiej rosły, i tych, które rychło zwiędną. Czekania, aż drzewka się zakorzenią. Obserwowania, gdzie życie się rodzi, a gdzie kończy. Dbania. Wiecznego dłubania przy oczku wodnym, żeby przyjęły się w nim nenufary. W szkole ogrodniczej nie musiałem się już potem niczego uczyć, od dawna miałem to wszystko we krwi. Tyle że później wpadłem w amok. Tak nazywali to zgodnie babcia z dziadkiem, w odróżnieniu ode mnie. Mnie wezwał Bóg. Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy zupełnie przypadkowo wszedłem do kościoła, gdzie akurat modliła się grupka młodych ludzi. Nie wiem, czy to te modlitwy, czy światło padające na ołtarz, czy jeszcze coś innego, ale nagle i niespodziewanie ogarnęło mnie absolutne szczęście. Pewność, że jest tam ktoś, kto mnie bezwarunkowo kocha. Kto mnie zbawił i uratował. Odnalazłem swojego Boga, życiową oporę i prawdę. Miałem na to tysiące słów, od których dziś zbiera mi się na wymioty. Powołał mnie, uzdrowił, wybrał. Owszem, przede wszystkim wybrał. Z miernego chłopaka, który nie potrafił znaleźć sobie dziewczyny, nagle stałem się kimś. Wystarczyło kilka lat później wstąpić do seminarium, a ludzie w kościele niemal całowali mnie po rękach. A co dopiero gdy zostałem księdzem. Lecz jak szybko człowiek pnie się w górę, tak szybko spada. Tak mawiał dziadek, kiedy czasem ich odwiedzałem i tłumaczyłem, co i jak powinni robić. Ogarnięty dumą myślałem wówczas, że mnie te jego słowa nie dotyczą. I właśnie dlatego stoję tu dziś, a wokół roztacza się to pobojowisko. Zresztą za sobą również pozostawiłem tylko pole po przegranej bitwie.

[...]

Obok, jak gdyby nigdy nic, stoi metalowa figurka Buddy. Dokładnie tak żyli babcia i dziadek. Oboje podążali tak trochę własną drogą, ale nie przeszkadzało im to w byciu razem. A teraz nie ma tu żadnego z nich. Jestem tylko ja i wcale nie mam ochoty myśleć ani o tym, co już za mną, ani o tym, co mnie jeszcze czeka. Chciałbym jakimś cudem powrócić do raju, który znajdował się kiedyś w tym domu. Do raju, który opuściłem, sądząc, że tam, za murami ogrodu, jest lepiej. A teraz pragnę niczego nie wiedzieć i nie pamiętać, żyć bez świadomości tego ohydnego świata gdzieś hen, daleko, pozostać na zawsze w czystym, choć nieodwracalnie utraconym dzieciństwie. Stoję tak z tą figurką w ręce chyba z godzinę, dopóki sobie nie uświadomię, że szczękam zębami z zimna, a na zewnątrz jest już prawie ciemno. Postanawiam rozpalić w piecu, bo w przeciwnym razie trudno będzie przetrwać noc. Przyszło mi do głowy, że mógłbym ją spędzić w hotelu, ale na samą myśl o tym, że miałbym z kimś rozmawiać, robi mi się tak niedobrze, że natychmiast odrzucam tę możliwość.

[...]

Siedzę na krześle i wzrokiem hipnotyzuję czas na ekranie telefonu. Kiedy wreszcie dochodzi ósma, wyruszam do filii firmy energetycznej. Znajduje się chyba niezbyt daleko, a poza tym zapomniałem już, jak tu jeżdżą autobusy, więc na wszelki wypadek udaję się tam piechotą. Przynajmniej trochę się rozgrzeję. Ulicę oświetla poranne słońce, wzdłuż chodnika spływają strumyczki wody, a do mnie nagle z pełną siłą powraca ta domowa atmosfera. Tak jakby babcia wciąż stała przy furtce i czekała, aż na rogu dołączę do grupki pozostałych dzieci jadących do szkoły w centrum miasta. Kilkakrotnie oglądam się za siebie, żeby sprawdzić, czy całe to moje późniejsze życie nie było tylko snem. Ale dom jest rozpaczliwie pusty, ulica również. W holu filii kupuję w automacie kawę i staję jak najbliżej kaloryfera, żeby się trochę rozgrzać. Przede mną jest sporo ludzi, ale nie przeszkadza mi to. Najchętniej wcale nie opuszczałbym tego budynku. Na przemian mam dreszcze i ogarnia mnie senność, wskutek tego błogiego ciepła. W końcu wpłacam w kasie pieniądze, pewnie mają mnie tam za wariata, który nie ma dostępu do bankowości elektronicznej, ale po co wyjaśniać, że jako ksiądz nigdy czegoś takiego nie potrzebowałem. Wystarczała mi karta płatnicza, płaciłem nią za wszystko. A przede wszystkim prawie o nic nie musiałem się troszczyć osobiście. Znów próbuję ich uprosić, żeby podłączyli mi prąd od razu, ale nikt nie chce mi tego obiecać.

[...]

Przypomina mi się wypchana po brzegi lodówka na plebanii. Ileż jedzenia tam się marnowało, a ja z taką obojętnością wyrzucałem je do śmieci. Próbuję sobie wmówić, że będzie dobrze, ale pomimo iż ogień wciąż wesoło trzaska, moja rozpacz z każdą minutą narasta. Tylko się od tych dzieciaków nie zesraj – z otchłani pamięci wyłaniają się słowa Jędrzeja. Ostatnie, to one mnie złamały. I to podczas mszy. Wypowiedział je półgłosem, żeby inni niczego nie zauważyli, ale ja słyszałem je bardzo wyraźnie. Były karą za to, że starałem się być miły. Sprawić tym dzieciom jakąś przyjemność, dać im rozrywkę. Tyle że Jędrzej miał to w nosie. Udawał wielkie zainteresowanie sprawami ludzi, lecz tak naprawdę napawał się tylko swoją duchową władzą. Decydowaniem o tym, komu da rozgrzeszenie, a komu go nie da. Oddzielaniem ziarna od plew. Ręką twardszą niż ręka Pana. Po pięciu latach jego posługi nasz kościół niemal opustoszał.

[...]

Poderwałem się z wersalki, wyciągnąłem z torby ładowarkę i podłączyłem do niej telefon. Czekam, aż wczytają się kontakty, a potem od razu wybieram numer Jędrzeja. Czuję, jak gardło zaciska mi się niczym penitentowi przychodzącemu po łagodną karę. Potrzebujesz czegoś? W słuchawce rozlega się ostry męski głos. Już widzę tę życzliwą minę miłosiernego ojca. Zaczesane na bok siwe włosy i grube oprawki okularów, przez które zawsze mierzył mnie z pogardą. Gdyby mógł mnie ukamienować, z pewnością zrobiłby to bez wahania. Za zdradę owieczek, dla których miałem stanowić święte uosobienie Chrystusa. Dokładnie to mi wykrzyczał, gdy powiedziałem, że odchodzę. Wie ksiądz, ja… Waham się. Dotarło do mnie, że znalazłem się w pułapce. Nie mogę ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. Czego tak właściwie spodziewam się po Jędrzeju? Że zacznie namawiać mnie do powrotu? Że mnie uratuje? Że znów wszystko wróci na stare tory? Dwaj bracia duchowni, wcielona świętobliwość. Wprawdzie ich nienawiść jest trwalsza niż życie, ale skrywają ją głęboko, jak przystało na chrześcijan. Powierzchnia pozostaje nieskazitelna. Ostatecznie zdobyłem się tylko na pytanie, kiedy mogę przyjść po resztę rzeczy. W słuchawce przez chwilę panuje cisza. Kiedy chcesz, ale załatw to dyskretnie, żeby nie rozdrapywać w ludziach ran. No i wypadałoby to wszystko wytłumaczyć biskupowi – mówi z naciskiem, jakby jeszcze raz chciał sprawdzić, czy posiada nade mną moc. Od pewnego czasu już tylko podkreślał, co wypada.  Tak jakby to była moja wina, że Monika tak do mnie lgnie. Gdy mu tłumaczyłem, że nic mnie z nią nie łączy, i tak nie wierzył.  Ludzie z plebanii też nie. Może powinienem był wykrzyczeć im wszystkim w twarz, że ta dziewczyna jest lesbijką, ale boi się powiedzieć o tym swoim pobożnym rodzicom, bo spuściliby jej porządne lanie. Ciekawe, jak oni wszyscy czuliby się na jej miejscu. Niemniej rzeczywiście Monika bywa strasznie natrętna. To jej ciągłe powtarzanie, że tylko ja ją rozumiem. Że tylko ja mogę jej pomóc. Że muszę stać u jej boku, kiedy wreszcie wyzna prawdę. Tak jakby całe to gadanie miało ze mnie uczynić jej nierozłącznego sojusznika. Kiedy poprosiłem, żeby poszła do psychologa, wyśmiała to. Przecież ksiądz jest lepszy. Mądrzejszy! Bardziej uduchowiony! A niewierzący psycholog nigdy nie zrozumiałby jej sytuacji. No to proszę bardzo! Odszedłem z plebanii i nikogo już nie będę gorszyć towarzystwem Moniki. Rezygnacja ze stanu duchownego stanowi dla tych ludzi najgorszą zdradę. Największe zło, jakiego mogłem się dopuścić. Na inne, dużo gorsze rzeczy prawie nie zwracali uwagi, byłem niemal bezkarny. Kiedy ksiądz uśmiecha się przed ołtarzem, są gotowi wszystko mu wybaczyć.

[...]

Czyli… Jarosław Havlat… Dyrektorka czyta moje nazwisko, tak jakby chciała się upewnić, że to naprawdę ja. Czy jest pan jakoś spokrewniony z właścicielką tej kwiaciarni w rynku? No proszę. W małym miasteczku nie da się tego uniknąć. Babcię i dziadka znali tu wszyscy. Znana rodzina ogrodnicza. Za komuny porządnie się wycierpieli, brat dziadka został zastrzelony, a rodzinę wywłaszczono z całego majątku oprócz tej willi. Jej nie odważyli się odebrać. Podobno dlatego, że jakiś towarzysz w komitecie centralnym był architektem zieleni i szybko zrozumiał, że gdyby ta willa z ogrodem wpadła w łapskiej partii, byłby koniec z dostawami roślinek, które dziadek i babcia sprzedawali mu na lewo. To była moja babcia – odpowiadam dyrektorce, starając się zachować obojętną minę. Czyli był pan księdzem – rzuca pogardliwie, a w każdym jej geście widzę wyraźnie, że tak naprawdę nawet nie rozważa mojej kandydatury na nauczyciela. Chciała tylko zobaczyć na żywo to kuriozum: księdza, który zrezygnował. Następnego, który nie dał rady z celibatem. Zrobił dziecko jakiejś pobożnej owieczce i teraz przynosi Kościołowi wstyd. Najchętniej wyjaśniłbym, że to akurat nie mój przypadek, ale co komu do tego, z jakiego powodu odszedłem? Jaką ma pan wizję prowadzenia zajęć pedagogicznych? Odkłada kartkę i mierzy mnie takim ciekawskim spojrzeniem. Na pewno się zastanawia, jaka kobieta była tak głupia, żeby się ze mną przespać. Wzruszam ramionami. Ja… Proszę wybaczyć… Ale nie myślałem o tym jeszcze tak szczegółowo. Słyszę swoje żałosne jąkanie. Najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Co niby mógłbym jej powiedzieć. Przecież nie wiem nic o pracy nauczyciela.  Zawsze patrzyłem na to tak, że po prostu przychodzi się do klasy, o czymś się opowiada, a jeśli się czegoś nie wie, to sprawdza się to w podręczniku. Tak postępowałem, kiedy uczyłem religii. Dyrektorka ściąga okulary z nosa i przygląda mi się długo. Obawiam się, że nie ma pan wystarczających kwalifikacji…

[...]

Pierwsze dni roznoszenia ulotek były koszmarne, nie przywykłem do takiego wysiłku, wystarczyło, że przeszedłem sto metrów, i już sapałem, poza tym miałem straszne odparzenia, ponieważ moje uda wciąż się o siebie ocierały. Lecz choć czułem się jak zbity pies, zaczynałem mieć wrażenie, że przynajmniej to zewnętrzne życie nabiera wyraźniejszych kształtów. Zastanawiałem się, czym zająć się w domu w pierwszej kolejności. Trzeba było przejrzeć wszystkie rzeczy. Po śmierci babci jej dalsi krewni wzięli sobie coś na pamiątkę, ale poza tym wszystko przypadło mnie. A ja nie garnąłem się do porządków. Poza tym trzeba pomalować i sprawdzić dach, o rynnach już nie wspominam. Tyle że na tak kosztowne remonty mnie nie stać. A najbardziej ciągnie mnie do ogrodu, zresztą, jeśli nie ogarnę go teraz, to do jesieni nic w nim nie zdziałam. Gdzieś w duszy czuję przyjemne ciepło na myśl, że przynajmniej tam mogę coś naprawić. Babcia i dziadek na pewno by się ucieszyli. Dziś znów smaruję uda wazeliną, żeby te obtarcia mnie tak nie piekły, i naciągam spodnie od dresu, bo są luźniejsze niż te, w których chodzę po mieście. W jednej z szaf znajduję stary płaszcz, wprawdzie przyciasny, ale lepszy niż nic, wkładam stare buty i wychodzę do ogrodu. Grzebię w gąszczu traw i sprawdzam, co, gdzie rośnie. Czasem trafiam na ozdobny kamień. Z tyłu za domem skrywa się w pokrzywach spróchniały inspekt. Znów czuję się jak ten dziwny chłopak ze szkoły ogrodniczej, wciąż ślęczący wśród roślin, traktujący je śmiertelnie poważnie i wyśmiewany przez    wszystkich z powodu swojego hobby. Lecz teraz wcale mi to nie przeszkadza, jestem sam tu, w swoim ogrodzie, a pozostali są mi całkowicie obojętni. Niedaleko furtki przysiadły na murku dwa samotne ptaki. Wyglądają, jakby zapomniały odlecieć do ciepłych krajów, a teraz nie wiedziały, czy to naprawdę nadchodzi wiosna, a one mogą już spokojnie nigdzie się stąd nie ruszać. Po chwili spostrzegam ruch między hortensjami. Najpierw ogarnia mnie strach, ale kiedy podchodzę bliżej, wyskakuje spośród nich rudy kot. Taki wychudzony dachowiec, bezdomne zwierzę, które na pewno żywi się tym, co znajdzie przy śmietnikach. Zanim się otrząsnę, wskakuje na gałąź jabłoni i patrzy na mnie z góry.

[...]

Wykoszenie największych chwastów zajęło mi bez mała trzy tygodnie, ale i tak wygląda to strasznie, trawa jest nierówna, poharatana, jakby przebiegło po niej stado dzikich zwierząt. Na szczęście pogoda wreszcie się poprawiła, więc na zewnątrz jest dużo przyjemniej niż w domu. Węgiel skończył się po tygodniu, a nie chciałem zamawiać nowego, dlatego już tylko czasem przepalam w kominku. Lecz słońce coraz częściej wygląda zza chmur i grzeje coraz mocniej. Mam nadzieję, że za kilka dni obejdę się już bez ogrzewania. Mój ogród oddziela od ulicy i sąsiedniej willi po prawej stronie betonowy mur. Nikt mnie tu nie widzi. To dobrze, bo w tej willi otworzyli jakiś malutki ośrodek zdrowia. Widziałem, że jest tam lekarz rodzinny, chirurgia i coś jeszcze. W górnym oknie czasem pojawia się młoda dziewczyna w bieli, pewnie pielęgniarka, ale w sumie mnie to nie interesuje. Moim jedynym towarzyszem jest kot. Najwyraźniej nie zrozumiał, że wcale go tu nie chcę, a od czasu, kiedy dostał kawałek kiełbasy, czuje się jak u siebie. Od drugich sąsiadów oddziela mnie tylko kute ogrodzenie, ale na szczęście mocno porośnięte rdestem, który stanowi gęstą i bezpieczną osłonę. Kilka razy widziałem mieszkającą tam rodzinę: mężczyznę i kobietę mniej więcej w moim wieku, dwoje dzieci. Raz nawet machnęliśmy do siebie z grzeczności, ale do rozmowy nikt z nas się nie garnął. Oni nie zwracają uwagi na mnie, a ja na nich. Ale na pewno się cieszą, że ktoś wreszcie się tu pojawił. Nikt w tak porządnej dzielnicy nie lubi mieć w sąsiedztwie zapuszczonej rudery.

[...]

Nie chcę żyć tak nienaturalnie. Zaciskam wargi. Nie zamierzam mu się zwierzać, choć on najwyraźniej myśli, że należy to do moich obowiązków. Biskup pociera nos grzbietem dłoni, aż trochę zsuwają mu się okulary. Nienaturalnie, mówisz. Pewnie chodzi o celibat… Ma minę, jakby znał wszystkie problemy tego świata. A jednocześnie nie istnieje dla niego żaden inny powód do rezygnacji z posługi niż celibat. Chodzi o wszystko. Nie jestem jednym z was – odpowiadam. Biskup bierze do ręki ołówek i zamyślony stuka nim w stół. A gdyśmy tak przydzielili ci jakąś malutką parafię, kilka wiosek, miałbyś tam spokój, odpocząłbyś sobie… Wiem, że złożenie mi tej propozycji wiele go kosztowało. Może nawet miał wrażenie, że składa Bogu największą ofiarę, poniżając się tu i proponując mi parafię po tym, jak bardzo go zawiodłem. Lecz ja zdecydowanie kręcę głową. Nie chcę. Nigdy nie będę szczęśliwy w Kościele – mówię krótko i ruszam do drzwi. A czy na święceniach ktoś ci obiecywał, że będziesz szczęśliwy? – krzyczy rozdrażniony biskup. Do kancelarii natychmiast zagląda z sąsiedniego pokoju jego sługus, na pewno podsłuchiwał każde słowo. Nie wiem, co na to odpowiedzieć. A kiedy milczę, biskup powtarza pytanie, tak jakbym był uczniem, a on surowym nauczycielem. Wszystko się we mnie buntuje. Nie jestem już w niczym zależny ani od niego, ani od Kościoła, i nie muszę być posłuszną marionetką wykonującą jego rozkazy. Niech sobie śmiało krzyczy, ale już nie może z dnia na dzień wyrwać mnie z jednego miejsca, przenieść sto kilometrów dalej i jeszcze oczekiwać, że się pokornie spakuję i pojadę. Spoglądam na niego z taką samą pogardą, z jaką on patrzy na mnie. Tak naprawdę wcale wam na mnie nie zależy. Chodzi tylko o uniknięcie skandalu wokół Kościoła. Po tych słowach twarz biskupa czerwienieje, a on wrzeszczy na całe gardło: Akurat o skandal wokół Kościoła to ty się postarałeś, jak tylko mogłeś! Oczywiście tylko to go interesuje. Że kiedyś odważyłem się powiedzieć podczas kazania, że homoseksualizm nie jest chorobą. I że bynajmniej nie grozi nam żadna inwazja pokolenia gender, którą straszył niedawno przyjezdny kapłan. Jeden z parafian od razu poleciał na skargę do Jędrzeja, a on przy najbliższej okazji powiadomił o tym biskupa. Kumple. Żaden z nich nie zawracał sobie głowy argumentami naukowymi. A tym bardziej ludzką dobrocią. Natomiast ze mnie uczyniono największego zdrajcę, ponieważ nie walczyłem o dożywotni celibat tej grupy społecznej. Jak mogą nie chcieć normalnego partnera i ośmiorga dzieci? Tyle że tak naprawdę mnie nie chodziło wcale o tych ludzi.  Byli mi równie obojętni jak inni. Traktowałem to wyłącznie jako wyraz swojego buntu przeciw tym jedynym sprawiedliwym głosicielom prawdy.

[...]

Myślę o domu i ogrodzie, o tym, jak trawa i drzewa zaczynają się tam powoli budzić do życia, jak chroni je wysoki mur, którego nie pokona żaden człowiek. I jestem całkowicie pewien, że tysiąc razy bardziej wolałbym spędzić zimę w tym domu choćby bez kromki chleba, niż żyć w kłamstwie, do którego przymuszałem się przez tyle lat, i z ludźmi robiącymi wszystko, abym tkwił w nim na wieki.

[...]

Regularnie próbuję się dodzwonić tylko do taty. Wiem, że odbiera mniej więcej co dziesiątą próbę połączenia. Czasami udaje się nam porozmawiać zaledwie raz na dwa miesiące. Dziś wreszcie mi się poszczęściło.  A przynajmniej tak pomyślałem w pierwszej chwili, zanim po kilku zdaniach zrozumiałem, że jest zbyt pijany na jakąkolwiek rozmowę. Założę się, że jutro nie będzie pamiętał, co mu powiedziałem. Słyszę jego bełkot w słuchawce i zaczynam rozumieć, że tak naprawdę nie mam na tym świecie nikogo. Ani przyjaciół, ani rodziny. A teraz już nawet Boga. Na przekór wszystkim tym tezom o tym, jak Bóg jest osobowy i ludzki, dla mnie na zawsze pozostał obcy. Obojętny, ponieważ nigdy nie pomógł mi, gdy najbardziej tego potrzebowałem. Wydawało mi się nawet, że im usilniej się do niego zwracałem, tym bardziej pewny mogłem być jego milczenia. Codziennie staram się w domu coś uprzątnąć, poukładać, czy chociaż zetrzeć kurze. Kupiłem sobie kilka mandarynek, a ich pestki wysiałem na wacie, żeby wyrosły z nich krzaczki. Jedyne, co tak naprawdę utrzymuje mnie przy życiu i dodaje sił, to ogród, szczególnie od chwili, gdy postanowiłem być jak najbardziej samowystarczalny i zacząć uprawiać warzywa. Może nawet udałoby się coś sprzedać? Bynajmniej nie myślę o handlu na większą skalę, do tego nie mam smykałki, ale mógłbym tak po prostu wywiesić tabliczkę i może kilkoro przechodniów by się skusiło?

[...]

I właśnie, gdy grzebałem się w tych grządkach, usłyszałem jakieś chichotanie. Obróciłem się, lecz nikogo nie dostrzegłem. Ale kiedy tylko znów spojrzałem na grządki – kolejny chichot. Dopiero wtedy je zobaczyłem. Przez rdest porastający płot przeciskały się głowy dzieci sąsiadów. Złotowłosej sześciolatki i o głowę niższego chłopca. Czołem! Uśmiechnąłem się do nich i skinąłem głową. Po tygodniach samotności to towarzystwo nawet mnie ucieszyło. Dziewczynka przez moment patrzyła niepewnie, a potem zniknęła. Chłopiec tuż za nią. Tyle że po chwili zaśmiewali się na drugim końcu płotu. Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Odłożyłem szpadel i również podszedłem do ogrodzenia. Znacie mojego kota? – zagadnąłem tam, gdzie się według mnie chowali. Dziewczynka wystawiła łebek i znów tylko się zaśmiała. To was z nim zapoznam. Zostawiłem ich tam i pobiegłem do altany, gdzie kot przewalał się od dłuższego czasu i zażywał kąpieli słonecznej. Bezlitośnie chwyciłem go za futro i wróciłem do dzieci. Kotu wcale się to nie podobało, piszczał głośno, ale ja nie puszczałem. Kucnąłem przy murku i pokazałem zwierzątko ciekawskim dziecięcym oczom.

[...]

A dlaczego nie masz włosów? – spytał chłopiec. Bo kiedy byłem mały, babcia i dziadek dawali mi na nie mało nawozu – odparłem, a dzieciaki śmiały się na cały głos. Potem powiedziały, że mają na imię Filip i Lucynka, i jeszcze trochę mnie tak przesłuchiwały, rywalizując jednocześnie, które z nich wymyśli głupsze pytanie. Ostatecznie wygrał Filip pytaniem, czy potrafię nosić skarpetki na uszach, a gdy pokazałem mu, że owszem, wręcz nie mogli opanować śmiechu. Zostawiłem ich więc za płotem i wróciłem do swoich zajęć. Jeszcze coś do mnie wykrzykiwali, ale w końcu pojęli, że interesuje mnie już tylko szpadel, więc zrezygnowali i pobiegli gdzie indziej. Z dali słyszałem już tylko ich kłótnię, o to które następnym razem pogłaszcze kota jako pierwsze. Mój nastrój uległ znacznej poprawie, sam nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna miałem towarzystwo pozwalające mi na całkowicie spontaniczne zachowanie, bez włączonych kontrolek, po prostu na bycie sobą. Ogród też cieszył mnie teraz jeszcze bardziej. Hortensje, które uwolniłem spod jarzma pokrzyw, zaczynają się budzić do życia, bluszcz odmłodniał, a orzech zaczyna wypuszczać pąki.

[...]

Na strychu znalazłem stare lampiony i rozwiesiłem je wokół werandy jak na jakieś wielkie garden party. Dwa razy włączyłem je na próbę, żeby potem żadna niedokręcona żarówka czy poluzowany kabelek nie pokrzyżowały mi planów. Wczoraj przez cały dzień naprawiałem starą wolierę [pomieszczenie lub jego zabudowana i odgrodzona część (siatką lub szkłem), w której przebywają ptaki – przyp. aut.], którą dziadek rozwiesił w altanie. Z początku nie wiedziałem, jak się do tego zabrać, więc zawiasy przywiązałem tylko prowizorycznie starym drucikiem, ale na razie trzymają. Rano wstąpiłem do zoologicznego i po długich wahaniach, czy naprawdę zamierzam wydać tam sześćset koron, kupiłem dwie zeberki [ptak z rodziny astryldowatych - przyp. aut.] i trzy czyżyki. Okna są jeszcze zroszone, ale słońce z pewnością wkrótce je wysuszy. Sprawdzam oczko wodne, z którego usunąłem chwasty. Wygląda pięknie. Nie jest zbyt głębokie, ale zaczynają się w nim budzić do życia tataraki i żabieńce, a pośrodku pojawiły się nawet dwa liście nenufaru. W dzieciństwie złapałem tu kiedyś takim małym podbierakiem rybkę ozdobną i rozpaliłem ognisko, żeby ją sobie opiec. Kucałem nad tym rzucającym się stworzonkiem i rozmyślałem, jak zabić takie maleństwo. Na szczęście ostatecznie do tego nie doszło, bo dziadek mnie przyłapał. Do dziś z uśmiechem wspominam, jak mnie wtedy zrugał.

[...]

Słuchaj, przecież nam możesz powiedzieć… Jeśli chodzi o dziewczynę… My to zrozumiemy… Inicjatywę przejął Bronek [mąż Hanki – przyp. aut.]. Zawsze myślał bardziej racjonalnie, intuicja i te sprawy były mu obce. Siorbie kawę z kubka i wygląda, jakby naprawdę był gotów usłyszeć cokolwiek. Obserwuję ogród. Wszystko kołysze się na wietrze, oddycha, choć pozostaje skryte i zamknięte wśród kamiennych murów. Może na tym polega ta prawdziwa wolność, którą ma przynosić wiara? Człowiek oddycha, mimo że jest niezwykle ograniczony. Po prostu już nie mogłem. Nie tylko ostatnio, ale przynajmniej od trzech lat. Jestem całkowicie pusty, nie wierzę w nic, nic nie przynosiło mi tam spełnienia, stałem się sobie obcy. Próbuję im to jakoś wyjaśnić. Hanka [siostra Jarosława Havlata – przyp. aut.] patrzy na mnie zaskoczona. Jak to obcy sobie? Nie żyłem w zgodzie z tym, kim wewnętrznie jestem – podejmuję kolejną próbę opisania swojego stanu, ale sam czuję, że te słowa nie odzwierciedlają go nawet w połowie. A kim ty niby jesteś wewnętrznie? – pyta Bronek, a ja wyczuwam w jego głosie ironiczną nutę. Tak jakby moje problemy były jedynie wymysłami rozpieszczonego nastolatka. Czymże są w porównaniu z wyzwaniami głowy rodziny.  Lecz i tak nie potrafię odpowiedzieć. Bo jak wyjaśnić komuś poczucie, że nie pasuję sam do siebie, że nigdy i w niczym nie jestem tak naprawdę sobą. Nie żyję tak, jak chcę, a jednocześnie nie wiem, czego tak właściwie chcę… Czy to wina Moniki [biseksualnej parafianki – przyp. aut.]? To taka nieszczęśnica… Hanka chce koniecznie odgadnąć powód mojej decyzji. Tyle że jej słowa działają na mnie jak płachta na byka. Każdy, kto nie pasuje im do szufladki, natychmiast staje się w ich oczach nieszczęśnikiem. Biedakiem, którego wspaniałomyślnie obdarowują wyniosłym współczuciem.

[...]

Czasem miewam wrażenie, że im bliżej raju człowiek się znajduje, tym bardziej mu do niego śpieszno. Przynajmniej tak to czuję zawsze, kiedy skądś wracam. W duchu dziękuję dziadkowi, że nie postawił tu drewnianego płotu. Dzięki temu w ogrodzie mam więcej prywatności, a ponadto wielu roślinom służy ten cień wzdłuż muru. W moim jako tako naprawionym inspekcie wyhodowałem pierwsze główki sałaty.  Natychmiast chwyciłem starą deskę i napisałem na niej białą farbą Sprzedaż owoców i warzyw.  Proszę dzwonić. Następnie wyniosłem tę deskę przed furtkę. Przystanek autobusowy znajduje się zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej, więc mam nadzieję, że ktoś się skusi. Ale na razie moją reklamę zauważyli tylko Anna i Paweł. Dałem im prawie wszystkie sałaty, bo w lodówce i tak nie przetrwają dłużej niż dwa dni. Uznałem, że to świetna okazja do zacieśnienia sąsiedzkich więzi. Potem Anna kupiła jeszcze kosz sałaty dla swojej znajomej, więc wpadło mi kilka groszy. Anna zaproponowała nawet, że będą regularnie ode mnie kupować to, co mi zostanie. Z początku się ucieszyłem, ale potem stwierdziłem, że nie przyjmę od nich żadnych pieniędzy. Ta kiełkująca przyjaźń ma dla mnie dużo większą wartość niż wszystkie pieniądze świata.

[...]

Zobaczyłem, że nadjeżdża superb [marki Skoda - przyp. aut.] Pawła [sąsiada Jarosława – przyp. aut.], i niemal żałowałem, że już wrócił. Muszę przyznać, że przy nim nie czuję się tak swobodnie jak przy Annie. Może dlatego, że bardzo się od siebie różnimy. On najwyraźniej zarabia mnóstwo pieniędzy, robi karierę, nigdy nie ma czasu i pewnie nie rozumie, jak to możliwe, że ja nie robię tego samego, tylko ganiam z ulotkami lub dłubię coś w ogrodzie. Nigdy bym mu nie wyznał, że trochę mu tych pieniędzy zazdroszczę. Czasem myślę o tym, o ile prostsze było życie, gdy parafianie przynosili mi wszystko pod nos. A ja tak gardziłem tymi pobożnymi kobietami prześcigającymi się w pysznych kolacjach czy bukietach do ozdoby kościoła. Nie dbałem o to, ile kosztowało je to pracy i pieniędzy, traktowałem to jako ich obowiązek. I jeszcze kręciłem nosem, kiedy coś nie było po mojemu. Ileż bym teraz dał za to, żeby ktoś ugotował dla mnie choć jeden z tych posiłków, które na plebanii dostawałem codziennie. Kilka razy przyszło mi też do głowy, że Paweł może zacząć mnie podejrzewać o zainteresowanie Anną. Z pewnością wydaje mu się dziwne, że mieszkam tu sam i nie mam dziewczyny. Dlatego zawsze, kiedy widujemy się we troje, staram się rozmawiać z nim więcej niż z Anną. Najchętniej powiedziałbym mu wprost, że po doświadczeniach z konfesjonału mam kobiet powyżej uszu. Zasypywały mnie tymi swoimi problemami w nadziei, że zrozumiem je lepiej niż ich mąż. Lecz tak naprawdę wcale ich nie rozumiałem, po prostu tam siedziałem, patrzyłem w zasłonkę, czekałem, aż się wyżalą, a potem mówiłem kilka frazesów i cieszyłem się, że mam to z głowy.

[...]

Bronek mi powiedział, gdzie pan mieszka – odpowiedziała, rozglądając się wokół. No jasne, Bronek. Wprawdzie on i Hanka kręcili nade mną nosem, ale dla takiego wyrzutka jak Monika nadaję się w sam raz. Przez cały ten czas współczułem jej tylko dlatego, że przypominała mi Kaczabę, dziewczynę, z którą chodziłem do podstawówki, a potem również do liceum. Najlepszą kumpelę na świecie. Katarzynę przechrzciłem na Kaczabę, to doskonale ją określało. Chłopięcy typ tak jak Monika, chuda, z króciutkimi włosami, nigdy nie brakowało nam tematów do rozmowy. Potrafiła w nieskończoność słuchać moich lamentów nad brakiem matki, czasem mnie przytulała i głaskała albo tak niby dla żartu całowała w policzki. Może miała nadzieję, że będziemy razem chodzić, ale ja się na to nie złapałem. Chyba dojrzewałem jakoś później, mój umysł zatrzymał się w czasie, kiedy umarła mi mama i wciąż tęskniłem tylko za nią.  Natomiast w liceum odkryłem tego swojego Boga, a wszystko, co choć odrobinę zalatywało mi seksualnością, radykalnie usuwałem ze swego życia. Kiedy czasem ciało jednak mnie zdradzało, pędziłem się z tego wyspowiadać jak z najcięższego grzechu, a spowiednicy utwierdzali mnie w przekonaniu, że nie może się to powtórzyć nigdy więcej. Po mej konwersji Kaczaba przestała się dla mnie liczyć, a po liceum całkowicie zniknęła z mojego życia. Wtedy nawet tego nie żałowałem. Dopiero kiedy z biegiem lat zacząłem trzeźwieć z religii, zacząłem również żałować utraty tej znajomości. Gdy pojawiła się Monika, ciągnęło mnie do niej przede wszystkim z powodu tego podobieństwa.

[...]

Często spowiadała mi się właśnie w ten sposób, w czasach, gdy dopiero zaczynało do niej docierać, że czuje się inna. Byłem pierwszym człowiekiem, któremu o tym powiedziała. Z pewnością teraz również spodziewa się, że będzie jak za starych dobrych lat, kiedy ona mi się zwierzała, a ja jej doradzałem i ją wspierałem. Tyle że ja nie zamierzam się już godzić na taki układ. Właśnie dlatego odszedłem. Do Jędrzeja nie odważył się przyjść nikt choć odrobinę odmienny, wszystkich ciągnęło do mnie. Ja musiałem troszczyć się o wszystkich, ale o mnie tak naprawdę nie troszczył się nikt. Oni narzekali na to, że czują się samotni i niezrozumiani, ale ja nie mogłem nikomu wyjawić prawdy o mej samotności. Co w domu? – spytałem, choć musiała wyczuć, jak bardzo nieszczere jest moje zainteresowanie. Wszyscy są zaskoczeni twoim odejściem… Podobno Jędrzej wyjaśniał to ludziom w kościele. Bardzo dobrze potrafię sobie wyobrazić te jego wyjaśnienia. Wiesz, każdy orze, jak może – odpowiedziałem szybko, starając się zachować neutralną minę. Co tej dziewczynie do spraw między mną a Jędrzejem? Przez chwilę milczała ze wzrokiem wbitym w ścianę. Potem krótko rozmawialiśmy o niczym, lecz ona znów próbowała przejąć nad wszystkim kontrolę.

[...]

Chyba tak naprawdę nigdy nikogo nie lubiłem. Oczywiście oprócz rodziców, dziadków i Kaczaby. Wszystkie pozostałe relacje wynikały wyłącznie z konieczności. Nigdy nie było to czyste i prawdziwe lubienie. Zatęskniłem za mamą. Poszedłem do sypialni na piętrze i otworzyłem starą komodę. Wciąż trochę pachniała płynem do mebli. Wyciągnąłem pudełka jedno po drugim, żeby dogrzebać się do zdjęć. Leżały tu od lat, bywały czasy, kiedy oglądałem je nawet kilka razy dziennie, ale wracałem do nich coraz rzadziej, a ostatnio już wcale… Unoszę wieko i wyciągam stosik przewiązany tasiemką. Znów widzę tę twarz. Żadne słowo nie może prawdziwie opisać mamy. Trzyma mnie w ramionach, a ja mam minę tak pewną siebie, jakby cały świat należał do mnie. Jakby życie nigdy nie mogło nas rozdzielić. A jednak rozdzieliło, gdy tylko nabrałem trochę rozumu. Przymykam oczy i próbuję sobie wyobrazić, co by mi doradziła, gdyby mnie teraz ujrzała, chciałbym jej to wszystko opowiedzieć i jestem pewien, że by mnie zrozumiała. W odróżnieniu od wszystkich pozostałych ludzi. Przez chwilę przyglądam się jej twarzy, a potem szybko odkładam fotografię do pudełka. Mamy tu nie ma. I już nigdy nie będzie. Na dole szafy znajduję jeszcze około sześćdziesięciu romansów, babcia zaczytywała się w nich na stare lata. Potem przeglądam kilka grubych teczek, w których znajdują się różne projekty ogrodów, dziadek często wykonywał je dla znajomych, ot tak, dla zabawy. Nie mógł robić tego oficjalnie. Jest tu nawet projekt dla tego towarzysza z rady narodowej. I plan zadrzewienia parku wokół kościoła. I terenu tej sąsiedniej willi, ale właściciel ośrodka zdrowia usunął wszystkie drzewa w przeświadczeniu, że angielski trawnik i tony mulczu [okrywa ochronna gleby, - przyp. aut.] stanowią szczyt piękna. Niektóre projekty pamiętam z dzieciństwa, lecz dziś, po latach, wydają mi się dużo ładniejsze niż wtedy. Przesuwam palcami po kartkach z kolorowymi planami, nawet je wącham. Niemal widzę ten skupiony wzrok dziadka podczas pracy. Na samym dole znajduję zgięty kredowy arkusz z napisem Ogród. Otwieram go i widzę obrazki oraz projekty naszego ogrodu. Starannie nakreślone nasadzenia hortensji, perełkowca, czerwieniącej się już trzmieliny, kalmiopsisu – pamiętam, że rzeczywiście rósł w tych miejscach – pięciornika i żmijowca. To wszystko zostało uzupełnione różnymi opisami i szczegółową legendą określającą sposób sadzenia. Niektóre z tych planów udało się dziadkowi zrealizować, innych nie. Ile z tych roślin zniknęło przeze mnie? Wokół oczka dziadek planował posadzić sakury [wiśnie japońskie – przyp. aut.], ale ostatecznie pozostała tam tylko ta stara wierzba płacząca. Na jednym obrazku został zaznaczony kącik do medytacji. Dopiero teraz mi się przypomina, że widywałem dziadka siedzącego na trawie z zamkniętymi oczami. To z pewnością były te chwile, w których próbował medytować. Potem znajduję w teczce jeszcze jeden obrazek. Starą grafikę, przedruk ryciny wyglądający jak wielokrotnie powiększony znaczek pocztowy. Natychmiast poznaję, że to Droga na Górę Karmel. Szkic Góry Doskonałości, prosty schemat, w którym Jan od Krzyża zawarł cały swój program duchowy. Na grafice widnieją trzy drogi, prosta prowadzi jednoznacznie ku Bogu, a dwie pozostałe są bardzo kręte, choć obie symbolizują coś innego: jedna dobra doczesne, a druga – wieczne. Obie są skomplikowane, trudne, a przede wszystkim ślepe. Długo przyglądam się tej kartce. Nic, nic, nic – czytam półgłosem napis na prostej środkowej drodze. Punkt przecięcia chrześcijaństwa i buddyzmu.   Sprzedaj, co   masz, pieniądze    rozdaj biednym, a będzie na ciebie czekał skarb w niebie. To nie posiadanie, tylko nieposiadanie stanowi drogę do szczęścia, do Boga, w sumie nieważne, jak to nazwiemy.  Punkt przecięcia między babcią   a dziadkiem, jej tradycyjnym chrześcijaństwem a jego wiecznym poszukiwaniem. Kiedy człowiek niczego nie pragnie i niczego nie potrzebuje, nie istnieją żadne przeszkody na drodze do szczęścia. Jeszcze długo po zmroku siedzę w pokoju i powtarzam: Nic, nic, nic… Wówczas nie będzie ci niczego brakować.

[...]

Ale ojciec tylko chichra się przygłupio. Czyżby naszemu księżulkowi coś przeszkadzało? Ciebie obskakiwały pingwiny, więc bądź tak dobry i się mnie nie czepiaj. Zrezygnowany siadam znów na krześle i obaj już tylko długo milczymy. Właściwie ojciec robi dokładnie to samo co ja. Żyje po swojemu. Tak naprawdę nie ma się czemu dziwić. Obserwuję jego pomarszczone, żylaste ramię, drży delikatnie. Ciszę mąci tylko stary plastikowy zegar ścienny, a ja nie wiem, co dalej. Chcesz zamieszkać ze mną w domu? Byłoby ci tam lepiej. Zbieram w sobie resztki sił. Ojciec mruga zaskoczony, przez chwilę siedzi z rozdziawioną buzią, jakby usilnie się zastanawiał, a potem wybucha głośnym śmiechem. Żeby pan księżulek mógł sobie oczyścić sumienie? Za nic! Prawie się krztusi, wyrzucając z siebie kolejne salwy śmiechu. Patrzę na niego i znów ogarnia mnie ta obcość, nieosiągalność czegokolwiek bliskiego i spokojnego. Myślę o willi, o ogrodzie, o świecie istniejącym tam pod postacią roślin, kota i ptaków w wolierze oraz o dzieciach sąsiadów, również należących już do tego świata. I jeszcze mocniej czuję, że to właśnie tam jest moje prawdziwe miejsce do życia. Tylko tam mogę oddychać, tylko tam nikt mną nie gardzi ani dlatego, że nie jestem wystarczająco dobry, ani dlatego, że udawałem dobrego człowieka. Wyciągam z portfela banknot i kładę go przed ojcem na stole. Tu masz na piwo. A gdybyś zmienił zdanie, daj znać. Wstaję i wychodzę bez pożegnania.

[...]

Wujku, wujku, schowam się tu – powiedziała Lucynka za moimi plecami i jak błyskawica wskoczyła za cytisus [rodzaj rośliny należący do bobowatych - przyp. aut.] rosnący przy płocie. Szybko, połóż się i udawaj, że śpisz, żeby Filip tu nie przylazł. Nawet gdyby schowała się do najlepszej kryjówki, ta jej żółta sukienka i tak świeciłaby jak reflektor. Trochę wbrew sobie położyłem się na rozgrzanej ławce i udawałem, że śpię. Zaraz rzeczywiście pojawił się Filip, trochę mi się przyglądał, może podejrzewał, że udaję. Na wszelki wypadek zacząłem chrapać jeszcze głośniej, chłopak przez kilka minut patrzył na mnie bez przekonania, ale w końcu odszedł. Lucynka przez cały ten czas kucała w cytisusie, a usta zakrywała sobie dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem. Sukienkę zwinęła w kłębek, więc już nie rzucała się aż tak bardzo w oczy. Obserwowałem ją i cieszyłem się jej dziecięcą radością. Lecz nagle poczułem w podbrzuszu intensywny skurcz. Zanim sobie uświadomiłem, co się dzieje, miałem erekcję. Nie żeby nigdy mi się to nie zdarzało, ale w tym przypadku było to szczególnie powiązane z Lucynką, z całą tą jej rozkoszną buźką i rozrabiacką miną. Zaskoczyło mnie to, próbowałem się opanować, ale niezbyt potrafiłem. Udawałem, że kręcę się przez sen, podciągnąłem nogi do brzucha, prawie spadając przy tym z ławki. Filip był akurat po drugiej stronie garażu. Lucynka wystrzeliła do miejsca wyznaczonego do zaklepywania.

[...]

Z każdą minutą rzeczywistość coraz bardziej uciskała mnie jak kaftan bezpieczeństwa. Wmawiałem sobie, że to była tylko plastikowa zabawka, ale wiem, że to w niczym nie pomoże. Teraz już dobrze wiem, że siedzi to we mnie od zawsze, tylko nigdy tego nie przyznałem. Bo takich rzeczy nie da się przyznać. Ale ta cholerna lalka wykrzyczała to dziś zamiast mnie. Wprawdzie ma plastikową buzię, ale wydaje mi się, że nawet ze śmietnika oskarża mnie głośno o to, że zrobiłem jej to, czego nie wolno robić lalkom. Krzaki łopoczą na wietrze, bluszcz się kołysze, wszystko jakby trzęsło się przede mną ze strachu. Woda w oczku delikatnie się porusza, a ja wciąż słyszę głos lalki: „Jesteś pedofilem! Jesteś pedofilem!". Powtarza w kółko to krótkie zdanie, którego nie chcę słyszeć, w które nie chcę wierzyć, choć wiem, że jest prawdziwe. Tonę w rozpaczy i uldze, tak jakbym wiedział o tym od zawsze, a jednocześnie nie wiedział. Jakby wypłynęło to gdzieś z głębi mojego umysłu, a ja po raz pierwszy ujrzałem to wyraźnie. To, dlatego nigdy nie znalazłem sobie dziewczyny, dlatego kobiety zawsze mi przeszkadzały, dlatego nie potrafiłem chodzić   z Kaczabą. Dlatego że podniecają mnie małe dziewczynki.  Z oczu spływają mi łzy, próbuję je powstrzymać, ale nie potrafię. Cały ogród zlewa mi się w jedno ciemnozielone jezioro. Rośliny ostrzą sobie na mnie zęby, z pewnością one również chcą mnie udusić i ukarać za to, jaką jestem kreaturą; przecież nie mogą zostawić przy życiu kogoś takiego. Oskrzela gwiżdżą mi przy wdechu i wydechu, aż zaczynam mieć wrażenie, że pędy wyrastające ze szpar już mnie nie wypuszczą. Muszę szybko się pochylić i rozciągnąć klatkę piersiową, babcia powtarzała mi to zawsze przy atakach astmy. Oddycham głęboko z zamkniętymi oczami, atak wreszcie mija, powietrze znów powoli wlatuje mi do płuc, wprawdzie serce jeszcze wali jak młotem, ale już wiem, że będzie dobrze. Kiedy znów spoglądam na hortensje, kota już tam nie ma.

[...]

Jarku? Drzwi były otwarte… Masz się zgłosić do dyrektora w sprawie tej posady asystenta… – słyszę nagle głos Anny za plecami. Przestraszony podrywam się z krzesła, zapominając o tym, że wciąż trzymam majteczki Lucynki. Dociera to do mnie kilka sekund później. Czuję, jak czerwienieją mi policzki, chcę coś powiedzieć, ale nie jestem w stanie wyrzucić z siebie ani słowa. Ja… Ja… – jąkam się i patrzę na Annę. Wiem, że już za późno. Anna już widzi te majteczki, patrzy to na nie, to na mnie. Wiem na pewno, że już to zrozumiała. Że wreszcie znalazła odpowiedź na pytanie, dlaczego ten przecież dość fajny facet wciąż nie jest żonaty, dlaczego nie odwiedza go tu choćby potencjalna przyszła partnerka. Przerażona próbuje złapać oddech, najpierw chce coś powiedzieć, krzyknąć, a potem wyszarpuje mi tylko majteczki z dłoni, obraca się i wybiega. Na korytarzu trzaska drzwiami tak mocno, że prawie wylatuje z nich szkło. Biegam po pokoju w tę i z powrotem, najchętniej wrzasnąłbym za Anną, że nic z tego, co teraz myśli, nie jest prawdą. Lecz ona nie jest głupia. W głowie włącza mi się stoper, którym mierzę, za ile sekund Anna dobiegnie do domu, za ile sekund powie o wszystkim Pawłowi i za ile sekund on przyjdzie mnie zabić. Ogarnia mnie strach tak koszmarny, że przez chwilę stoję sparaliżowany, choć wiem, iż muszę działać.

[...]

Przed oczami oglądam jak film wszystkie te nasze wspólne chwile. Owszem, to nie było zwykłe szczęście wynikające z przyjaźni. Już na plebanii lubiłem towarzystwo Hanki i Bronka, ale właściwie tylko z powodu ich dzieci. Praca z dziećmi była zawsze jedynym zajęciem sprawiającym mi przyjemność. Tak naprawdę skrywało się za tym coś zupełnie innego niż sądziłem. Żadna tam wzniosła idea typu: wychowanie dzieci w wierze stanowi podstawę uzdrowienia Kościoła i jego przemian. Ten frazes powtarzałem wielokroć sprzed ołtarza. Może Jędrzej jakoś to wyczuł, dlatego powiedział, żebym się od tych dzieciaków nie zesrał. Może tak naprawdę wiedział o mnie dużo więcej niż ja sam. Dlatego zazdrościłem Pawłowi, kiedy Lucynka się do niego przytuliła. Nie chodziło o czułość, tylko o prawdziwe podniecenie. Znów chce mi się płakać, ale próbuję nad tym zapanować.

[...]

Jeszcze wczoraj gardziłem konsumentami łykającymi wszystko jak leci, a dziś pozostaje mi nadzieja, że cały ten badziew zatka im usta i że dzięki temu nie zauważą, kto wciska tę karmę do ich skrzynek. Wydaje mi się, że dziś moje kroki rozbrzmiewają na pustych ulicach dużo głośniej, przy każdym wspomnieniu wczorajszego dnia oblewa mnie pot; czuję, jak spływa mi po klatce piersiowej, po brzuchu, jak wsiąka w koszulkę. Jakaś siła ciągnie mnie drogą obok kościoła. Dotychczas go omijałem, chciałem odciąć się od tego świata duchownych, ale teraz za wszelką cenę muszę wejść do środka, tak jakbym mógł na chwilę wrócić do znanego i pewnego świata, w bezpieczne miejsce, w którym nie istnieje nic rzeczywistego. Jeszcze nie ma szóstej, a w ławkach siedzi już kilka staruszek i z zapałem mamrocze różaniec. Staję z tyłu, pod organami i patrzę w półmrok. Przy ołtarzu miga pomarańczowa wieczna lampka, mająca przekonywać ludzi o obecności Boga. Następnie pojawia się kościelny, wprawnym ruchem zapala świecie na ołtarzu i ambonie, po czym przy akompaniamencie głośnych skrzeków wiernych znika w zakrystii. W jednym z konfesjonałów również jest włączona lampka, pamiętam dobrze, jak często ślęczałem z rana w tej szafie, co jakiś czas ktoś przyklękiwał i spowiadał się Bóg wie z czego. Lata, w których szczerze przejmowałem się problemami parafian, dawno minęły.  Zresztą i tak opowiadali w   kółko   to   samo: że   się   mało   modlą, kłócą, korzystają   z antykoncepcji, zdradzają, zazdroszczą, przejadają… Nie dało się tego słuchać i rzeczywiście nie słuchałem. Sam rozgrzeszałem się myślą, że ci ludzie przychodzą po wybaczenie Boga, a ja jestem tylko pośrednikiem. Lecz teraz coś tajemniczego ciągnie mnie do konfesjonału, abym też tam uklęknął i wyszeptał tej drewnianej kratce, kim tak naprawdę jestem. Ze szczytu konfesjonału wystawia do mnie język starannie wyrzeźbiony barokowy diabeł.

[...]

W skroniach huczy mi jak od kowalskiego młota. Uspokajam sam siebie, że to niemożliwe, że przecież gdyby takie podejrzenie zrodziło się w ich głowach, natychmiast by się ode mnie odsunęli. A może wpadliby na to, gdybym nie był księdzem i nie otaczała mnie ta automatyczna aura świętości. Wprawdzie nie uchroniłaby mnie przed żadnym katastrofalnym zdarzeniem, ale z pewnością pozwoliłaby wiele z nich zatuszować. Znów wmawiam sobie, że teraz jest lepiej, że jestem dużo bardziej chroniony przed prawdziwymi kłopotami. Przez tyle lat żyłem w celibacie, dokładnie tak, jak powinien żyć ksiądz: bez partnerki, bez żony, bez intymności. Bez ciepła domu i bez bliskości drugiego człowieka. A kiedy wreszcie uwolniłem się od tego ograniczenia, Bóg uwikłał mnie w sytuację jeszcze trudniejszą. Fale złości i otuchy zalewały mnie przez cały dzień, ale stopniowo się uspokajały i zmieniały w coś innego, gorszego. W przerażenie, że od teraz nie będzie na świecie nikogo, kto naprawdę rozumiałby, kim jestem. I że od teraz będę już zawsze całkiem sam.

[...]

„Pamiętaj, że masz syna" – powtarzał mu dziadek w nadziei, że tata się opamięta i zajmie mną chociaż trochę. A im bardziej pogarszał się stan mamy, tym intensywniej przebiegały te rozmowy. Żaden z nich nie potrafił pogodzić się z tym, że ona umiera. Bez włosów, śmiertelnie chuda, rak pożerał całe jej ciało. W ostatnich tygodniach życia była nieprzytomna. Jedno z niewielu wspomnień, które mi po niej zostały: stoję przy jej szpitalnym łóżku, ona uciska palcami skraj kołdry i patrzy na mnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. Mówiła do mnie „chłopczyku". Strasznie płakałem, wdrapywałem się na nią, a ona tego nie chciała. Potem dziadkowie już mnie tam nie zabierali. Różnica między tatą a dziadkami polegała na tym, że oni nigdy nie zaniedbywali podstawowych obowiązków. A tata zawsze. Pamiętam, jak kiedyś sprzedał w lombardzie łańcuszek babci, żeby mieć na wódę. Nigdy nie widziałem ich tak zrozpaczonych jak wtedy. Babcia ciągle płakała, a dziadek po ogromnej kłótni w końcu wyrzucił tatę z domu. Ja tu zostałem. Zresztą chyba nie miałem wyboru. Prędzej czy później i tak opieka społeczna odebrałaby mnie tacie, bo nie był w stanie zapewnić mi podstawowych potrzeb.

[...]

Jakieś dwa tygodnie po tej scenie z Pawłem [ojcem Lucynki, ze skutkiem pobicia – przyp. aut.] około ósmej rano zadzwonił mój telefon. Numer zastrzeżony, zazwyczaj takich nie odbieram, ale tym razem coś podpowiedziało, by postąpić inaczej. Po drugiej stronie usłyszałem obojętny męski głos, przedstawił się jako policjant. Zbladłem. Serce podeszło mi do gardła i zrobiło mi się niedobrze. Natychmiast wiedziałem, o co chodzi. Głos spokojnie poinformował mnie, że musi jak najszybciej ze mną porozmawiać. Zostało na pana złożone zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, na razie chodzi tylko o złożenie wyjaśnień… – kontynuuje beznamiętnie. O której godzinie może się pan stawić na komisariacie? Automatycznie założył, że jeszcze dziś znajdę czas i tam pobiegnę.  W sumie nic dziwnego. Gdyby poinformował o złożeniu zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, a potem kazał czekać kilka dni, byłoby to nie do wytrzymania. Zerknąłem na zegarek. Może o dziesiątej? Czy powie mi pan chociaż, o co chodzi? Wprawdzie nie miałem wątpliwości, ale i tak zapytałem. Głos uwiązł mi przy tym w gardle.

[...]

Najchętniej powiedziałbym, że zaczęła się rozbierać tak szybko, że nawet nie zdążyłem pomyśleć, żeby się odwrócić. Nie patrzyłem na nią, pomagałem Filipowi – odpowiadam. Czyli go pan dotykał – wycedza policjant przez zęby. Wciąż wraca do przebierającej się Lucynki, czuję się już jak idiota. Próbuję mu wyjaśnić, że sama ściągnęła majteczki, a ja nawet jej nie dotknąłem, ale na próżno. Więc dlaczego nie zadzwonił pan do rodziców? – pyta policjant, jakbym był już pozbawiony wszelkich praw. A niby z jakiego powodu miałem do nich dzwonić? – odwarkuję. Przecież ta dziewczynka sama potrafi się przebrać. Policjant milczy przez kilka sekund. Dlaczego zostawił pan sobie jej majtki? Ja ich sobie nie zostawiłem! Ona je tam zostawiła! – krzyczę wściekle. Wpatruje się w ekran, najwyraźniej czyta zeznania Anny, bo potem pyta: Jedna sprawa, że je tam zostawiła, ale druga, że pani Urbanek zastała pana z nimi w rękach. Jak pan to wyjaśni? Ja… W sumie… Nie mam pojęcia. Sprzątałem, a ona akurat weszła. Czuję, jak się czerwienię, a policjant dobrze wie, że kłamię. Czyli zaniósł pan te majtki z korytarza do pokoju i zamierzał je pan odłożyć? Wzruszyłem ramionami. Nie wiem, po prostu je akurat trzymałem. Choć wypytywał, co robiłem z tymi majtkami, nie przyznałem się do niczego. Czułem jego bezsilność, bo choć z pewnością wiedział, o co chodziło, nie wyciągnął ze mnie żadnych dowodów. Z ostentacyjnym obrzydzeniem wklepuje wszystko do komputera, potem    chwilę    wodzi    wzrokiem    po    ekranie   i drukuje. Podaje mi moje zeznanie do podpisu, każdym swoim ruchem dając mi do zrozumienia, że nie wierzy w ani jedno słowo. Jak będzie wyglądał dalszy tok postępowania? – pytam, bo wygląda na to, że przesłuchanie jest zakończone. A jak niby miałby wyglądać? Przeprowadzimy śledztwo i na jego podstawie podejmiemy decyzję, czy rozpocząć postępowanie karne – odpowiada bez wahania. Po jego minie widzę, że decyzja jest już podjęta.

[...]

Budzę się, a za oknami jest już ciemno. Wciąż wszystko się ze mną kołysze, a problemy nikną gdzieś w oddali. Znów myślę, że powinienem zmówić pacierz, ale każde słowo modlitwy wydaje mi się puste i zbyteczne. Tak sobie leżę i wyobrażam, że w moim ogrodzie mieszka Bóg. Że jest w drzewach i roślinach, po prostu tak cicho tam istnieje, obejmuje sobą cały mój świat, a mnie spowija chmura jego bezpieczeństwa. Nagle się uspokajam, bo tak naprawdę nie zrobiłem nic złego i ani policja, ani Paweł nie mogą mnie za nic ukarać. A przede wszystkim nikt nie pokona mojego Boga, który jest teraz tutaj, przy mnie, a ja stanowię zaledwie niewielką organiczną część jego istnienia. I po raz pierwszy w życiu jestem z moim Bogiem szczęśliwy i wolny.  Jestem taki, jaki jestem i jaki chcę być. Bóg nie osądza mnie i nie ocenia, choć jestem wadliwy. Tak jak każda uszkodzona roślina czy złamana gałąź w ogrodzie na zawsze pozostaje jego częścią.

[...]

Idę za mur, żeby nikt mnie nie widział, i roztrzęsionymi rękami rozrywam kopertę. Nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać, ale myślę o najgorszym i rychło się to potwierdza. Wszczęto postępowanie karne… Skierowano na badanie seksuologiczne… Na wszelki wypadek czytam trzy razy. Na policji była również matka dziewczynki, której pożyczyłem koszulkę. Najwyraźniej Anna szczegółowo to z nią omówiła. Ale przecież Anna dobrze wie, co się tam wtedy wydarzyło i że w żadnym aspekcie nie zachowałem się nieodpowiednio. Lecz nie mam już wątpliwości, że prędzej czy później będę się na komisariacie tłumaczyć również z tego. Wciąż myślałem, że jeśli rozpoczną postępowanie karne, natychmiast się załamię. Ale teraz mam w sobie tylko takie dziwne otępienie i obojętność. Opieram się o mur i robię kilka głębokich wdechów.

[...]

Adwokatka patrzy na mnie jak na idiotę. Lepiej niech mi pan powie całą prawdę. Nawet jeśli wpakował się pan w prawdziwe tarapaty – ostrzega. Najwyraźniej ma już spore doświadczenie. Czy mógłbym poprosić o wodę? – pytam zamiast odpowiedzi. Jezu, oczywiście! Podrywa się i przez otwarte drzwi woła asystentkę, a ona niemal natychmiast przybiega ze szklanką wody. Na pewno nie chce pan kawy? – upewnia się jeszcze dziewczyna, a kiedy kręcę przecząco głową, znów znika. Nalewam sobie całą szklankę, a potem z miejsca wyrzucam z siebie całą tę koszmarną sytuację z majteczkami. Adwokatka znów bierze do ręki dokumenty i czyta je półgłosem…molestowanie seksualne… dotykał pupy sześcioletniej Lucynki… wróciła do domu bez bielizny… Bo miała na sobie strój kąpielowy! – krzyczę. Znów nie potrafię się opanować wobec tej niesprawiedliwości. Tak jakbym tu i teraz mógł cokolwiek zmienić. Adwokatka nawet nie podnosi wzroku, jej oczy dalej przesuwają się po kolejnych wersach…zastała w pokoju z majteczkami w ręce, matka jest pewna, że trzymając je, się masturbował… Przerywa, wydyma wargi i czyta dalej. Lecz tak naprawdę nic takiego się nie wydarzyło – przysięgam. Kobieta wciąż czyta. Nie potrafię nad sobą zapanować, oprócz nogi zaczyna mi drżeć również dolna warga. Lecz adwokatka spokojnie pracuje, zapisuje coś w notesie, a potem długo się zastanawia. Mam nieodparte wrażenie, że z nią nie może mi się przydarzyć nic złego, że to wszystko wkrótce się skończy i wszystko będzie dobrze. Ale… To, że podobają się panu dzieci… Mam nadzieję, że nikomu pan tego nie mówił? – upewnia się. Do oczu napływają mi łzy. Szybko wyciągam chusteczkę z kieszeni i ze wszystkich sił próbuję nad sobą zapanować. Adwokatka udaje, że tego nie widzi. Tylko kręcę głową i w sumie teraz nawet się cieszę, że nie miałem nikogo, komu mógłbym się z tego zwierzyć. Ona znów opuszcza wzrok na dokumenty, potem trochę zniecierpliwiona stuka palcami w krawędź stołu, sięga do sekretarzyka i wyciąga papierosa. Uchyla okno i z papierosem już w ustach, pyta: Mogę? Wygląda na to, że popala tu dość często. Mnie jest to całkowicie obojętne, moglibyśmy nawet rozmawiać w oparach marihuany, byle tylko wyciągnęła mnie z tego bagna.

[...]

Czyli mamy tu postępowanie karne… Zboczeniec [lekarz seksuolog – przyp. aut.] oblizuje śliskie wargi językiem. W porównaniu z nim Hannibal Lecter był przynajmniej charyzmatyczny. Wyssane z palca – odpowiadam niepewnie, ale facet nawet nie unosi brwi. To ocenię ja. I kiwa głową w stronę fotela. Widzę, że nie może się wręcz doczekać. Zaczynamy. Odsuwa się od biurka, zakłada nogę na nogę, a o kolano opiera podkładkę z kartkami. W jakim wieku zaczął się pan masturbować? Nie wiem… Nie pamiętam. Oślizgły typek kręci podejrzliwie głową. Chłopcy zazwyczaj pamiętają to bardzo dokładnie. Ale nie ja. Umarła mi matka… Chciałem mu przez to powiedzieć, że to tę śmierć pamiętam z dzieciństwa, a nie datę pierwszej masturbacji, lecz choć mnie ta odpowiedź wydaje się jasna, on patrzy na mnie jak na idiotę. Pierwszy stosunek? Tylko kręcę głową. Oślizgły typek odsuwa się znacząco od stołu. Nigdy pan z nikim nie chodził? No… w liceum… trochę… – kłamię, jednocześnie próbując wyglądać normalnie. Zadowolony zapisuje  jakąś uwagę, a potem pyta z nieukrywaną radością: A dlaczego nie doszło do stosunku? Bo postanowiłem zostać księdzem. Wciąż próbuję wyglądać na spokojnego, ale najchętniej wykopnąłbym tego durnia na Marsa. Myśli, że właśnie złowił grubą rybę. A, księdzem… Zadowolony kiwa głową. Wychowywałem się w bardzo katolickiej rodzinie. Znów kłamię, prosząc w duchu babcię i dziadka o wybaczenie. Wolę, żeby ten lekarz od siedmiu boleści myślał, że to rodzina zmusiła mnie do kapłaństwa, niż żeby łączył moją posługę z tym oskarżeniem. No dobrze. Czy pociągają pana dzieci? – pyta tak bezpośrednio, że nie wiem, co powiedzieć. Pomimo że w domu tysiąc razy ćwiczyłem to stanowcze nie, teraz przez ułamek sekundy się waham. Nie! Oślizgły doktorek znów coś sobie zapisuje. Potem rozwiązuję serię testów, wiele z nich znam z Internetu, więc z grubsza wiem, co robić i jak odpowiadać. Zajmuje mi to jakieś dwie godziny. Zaschło mi w gardle, ale ten zboczeniec oczywiście nie zaproponował mi wody. Zresztą nawet gdyby to zrobił, nie przyjąłbym. Przejdźmy do badania – mówi drwiąco, kiedy wreszcie oddaję mu ostatnią kartkę. Kiedy ściągam spodnie, zbiera mi się na wymioty. Siadam w fotelu i czekam, co się wydarzy. Znów jestem zawstydzony, bo zapadłem się w fotelu, brzuch obwisł mi na przyrodzenie i muszę go podnieść, żeby ten zboczeniec mógł założyć mi na penis elektrody. Robi to bez rękawic, na pewno kręci go to, że mnie tam dotyka. Potem miga mi przed oczami zdjęciami różnych ludzi: dziewczyn siedzących przed szkołą na barierce, półnagiego mężczyzny, dzieci w piaskownicy, około pięćdziesięcioletniej kobiety, mężczyzny w traktorze, obejmujących się kochanków, nagiej nastolatki, chwilę później już sam tracę w tym orientację. Nie pojmuję, jak w takim miejscu i w towarzystwie tego zboczeńca ktoś mógłby poczuć podniecenie. Chyba tylko taki sam zboczeniec jak ten doktorek.

[...]

Ty potworze – powtarza [siostra Hanka – przyp. aut.] przez chwilę w kółko, a potem się rozłącza. Jestem w szoku, nie mam pojęcia, skąd się o tym wszystkim dowiedziała, a potem przychodzi mi do głowy, że pewnie rozmawiała z policjantami i że wysłał ich do niej Jędrzej. Próbuję oddzwonić, ale odrzuca wszystkie połączenia. Chodzę więc po pokoju i zastanawiam się, co robić. Zadzwoniłbym do Bronka, ale się nie odważę. W końcu wysyłam chociaż SMS: Nic nikomu nie zrobiłem. Wiem, że i tak mi nie uwierzą. Wszyscy    już wydali wyrok: ksiądz-pedofil. Z pewnością wkrótce stanie się z tego sprawa publiczna. Może Jędrzej powiedział policjantom, jak bardzo się cieszy, że wreszcie odszedłem, bo w przeciwnym razie wyszłoby na to, że krył w swojej parafii zboczeńca? Nie mogę złapać tchu, tak jakby zaciskała mi się klatka piersiowa, a oskrzela nie chciały wypuścić zużytego powietrza. Szybko wstaję, gwałtownie otwieram okno i próbuję zrobić głęboki wdech, ale nie mogę. Słyszę swoje głośne sapanie, atak astmy przybiera na sile tak szybko, że nie mam zbytnio szans na ratunek. Próbuję dojść do kuchni po inhalator, ale duszę się tak bardzo, że zaczyna mi się kręcić w głowie, i wiem, że zaraz zemdleję. Resztką sił wykręcam numer pogotowia ratunkowego i wysapuję do słuchawki adres.

[...]

Przyszły wyniki – informuje mnie przez telefon adwokatka znów tym swoim spokojniutkim głosem, jakby nie działo się nic poważnego. Moment – wyjąkuję.  Akurat roznoszę ulotki w bloku w centrum miasta. Wszędzie chodzą ludzie, a ja naprawdę nie chcę, żeby ktoś to usłyszał. Idę pod śmietnikową wiatę przy parkingu, tam na szczęście nikogo nie ma. I chyba mam stan przedzawałowy. Są dość niejasne, czyli tak właściwie dobre – wyjaśnia adwokatka i zaczyna czytać mi przez telefon całą szczegółową opinię. Pewne jest w niej tylko to, że według tamtego zboczeńca nie cierpię na zaburzenia osobowości. Tyle wiedziałem już przedtem. Wyniki tego obrzydliwego urządzenia niczego jednoznacznie nie potwierdziły. Bo niby co mogłyby potwierdzić? Chyba tylko załamanie psychiczne wywołane przez nadmierny stres. Nie można wykluczyć skłonności do pedofilii – czyta dalej, jak gdyby nigdy nic. Ale nie można ich też potwierdzić, prawda? – wchodzę jej w słowo. Pewnie zachowuję się jak niecierpliwe dziecko, ale adwokatka pozostawia to bez komentarza. Dokładnie – potwierdza lakonicznie, a ja oczami wyobraźni widzę, jak wydmuchuje przy tym kłęby dymu tytoniowego. Tak naprawdę nic z tego nie wynika. Od olbrzymiej ulgi aż kręci mi się w głowie. Muszę usiąść na krawężniku. Czyli co? Co teraz? – pytam, kiedy wreszcie kończy czytać. Musimy poczekać na wyniki śledztwa… – odpowiada znów tym całkowicie spokojnym tonem. Przecież nie będzie żadnych wyników śledztwa – mówię niemal urażony. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że ona nie jest moim wrogiem, i trochę się uspokajam. A czy można sprawdzić, czym dokładnie zajmuje się jeszcze policja? Znów słyszę wydmuchiwanie dymu. Z tego, co wiem… – zawiesza głos, jakby intensywnie nad czymś myślała – przesłuchali już ludzi z pańskiej dawnej parafii… Jak na mój gust wykazują przesadną aktywność, ale nikt nie chce mi powiedzieć nic więcej… A matka dziewczynki, której pożyczył pan koszulkę, wszystko dodatkowo nakręca, przysłała już drugą opinię od jakiejś psychoterapeutki… Ale nie przywiązywałabym do tego wagi. To, że dziewczynka zwierzyła się ze wszystkiego dopiero teraz, wyda się wszystkim dziwne…

[...]

Znowu polecony, proszę dowód osobisty. Podetknęła mi z uśmieszkiem kopertę z pieczątką policji. Dopiero wtedy się otrząsnąłem i poprosiłem, żeby na mnie poczekała. Przez parę minut szukałem portfela, zapomniałem, że zostawiłem go w kieszeni spodni. Kiedy wróciłem, listonoszka przyglądała się mojej tabliczce, ale nie spytała o jabłka. Podałem jej dowód osobisty, spisała jego numer, podała mi jakieś potwierdzenie do podpisu i odeszła bez słowa pożegnania. Dopiero gdy zniknęła za rogiem, wróciłem do ogrodu. Nie potrafiłem zdobyć się na odwagę, by otworzyć kopertę. Chodziłem w półbutach po mokrej trawie, ze zwisających gałęzi starej wierzby poderwało się kilka niezadowolonych wróbli, przeniosły się kawałek dalej. Wśród drzew panuje taka szczególna cisza, tylko liście bluszczu szumią czasem cichutko. Tak jakby rośliny przeczuwały, że los tego ogrodu zależy od losu ogrodnika. Jakby gra toczyła się nie tylko o mnie, ale o całą tę symbiozę, którą może zniszczyć jedna mała kartka. Kucnąłem pośród tej ciszy i położyłem kopertę na ziemi. Przez chwilę się w nią wpatrywałem, a potem nagle chwyciłem i otworzyłem gwałtownie. W milisekundę przeczytałem to jedno wytłuszczone zdanie, które mnie interesowało: nie zostało wszczęte. Nagle ujrzałem się z wysoka. Kucam w ogrodzie, a zmęczone drzewa i krzaki nachylają się, jakby chciały mnie pogłaskać, przytulić i okazać mi wdzięczność, że to jestem ja, właśnie ja. Że nie jestem nikim innym; że nie jestem tym, kim mógłbym być. Dopiero potem doczytałem, że postępowanie karne nie zostało wszczęte z powodu braku przesłanek uprawniających do jego wszczęcia. Jeszcze długo cały się trzęsę, sam nie wiem, czy z zimna, czy z ulgi. Znów mam wrażenie, że Bóg tu jest, otula mnie, nie opuścił mnie i może po raz pierwszy w pełni mu wierzę, oddaję się tej bezgranicznej ufności, że życie jednak ma sens i może być dobre. Sam nie wiem, jak długo to trwa. Jeszcze wielokrotnie czytam to pismo, aby się upewnić, że to prawda.

[...]

Lecz mimo to wraz z zapadającym zmrokiem pojawia się we mnie dziwny żal. Mam wrażenie, że na świecie nie ma już, poza tym ogrodem żadnego miejsca, w którym komukolwiek by na mnie zależało. Że nie mam przy sobie nikogo. Nie potrafiłem zbudować żadnego trwałego związku. Bo i komu mogłoby zależeć na takim człowieku jak ja? Może mamie. Albo babci. Moje zwycięstwo już bynajmniej nie wydaje mi się tak upojne jak przed południem. Znów pojmuję, że nie istnieje przede mną żadna droga do spełnienia i że nawet jeśli nikt by się o niczym nie dowiedział i gdyby nie ciągnęła się za mną zła opinia, to i tak dobrze wiem, że nigdy nie będę żył tak, jak potrzebuję. Że stanowię zagrożenie dla każdego małego dziecka i że istnieje niezwykle cienka granica, za którą to, co szczere i pełne miłości, może się zmienić w koszmarne bestialstwo, z którego nie może rozgrzeszyć chyba żaden bóg.

[...]

Po niebie pędzą ciemne chmury, siąpi coraz bardziej. Już prawie skończyłem, jeszcze grabię starą trawę, ale nie zamierzam zaczynać już żadnej większej pracy. Zerkam na ośrodek zdrowia, w oknie lekarza świeci lampa, zauważyłem, że raz w tygodniu zostaje do wieczora bez pielęgniarki. Pomyślałem, że go odwiedzę, ale nie zebrałem się na odwagę. Gdyby chciał, już dawno by przyszedł. Stoję w ogrodzie jeszcze długo, wpatruję się w to jasne okno i wydaje mi się, że ogród otula mnie swą szarością, tak jakby chciał mnie wchłonąć. Tak jakbym stał tu połączony z drzewami i krzewami i tak byśmy razem powoli umierali.

[...]

Wynoszę obcięte gałęzie do kompostownika. Słońce za jakiś czas je wysuszy, a wtedy je spalę. Długo wyławiam z oczka wodnego różne gałązki i śmieci, które naniósł wiatr. Macham siatką w tę i z powrotem w zimnej wodzie i cieszę się każdym ruchem, każdą kroplą, która wsiąka w moje buty i nogawki. Kot też już wyczuł, że coś się dzieje, i ociera się o mnie, jakbyśmy byli najlepszymi kumplami. Tak właściwie jest jedynym świadkiem mojego wczorajszego zachowania [tj. wisielczej próby samobójczej – przyp. aut.]. Kiedy indziej od razu polałbym go zimną wodą, ale teraz czuję wobec niego dziwny przypływ wdzięczności. Przecież to on ogrzewał mnie w nocy swoim futrem. Dziś naprawimy wolierę, osiołku – mówię głośno, choć wiem, że mnie nie rozumie. Patrzy na mnie, kuli się w trawie i czeka, co będzie. Kiedy ruszam do woliery, kroczy za mną. Najpierw próbuję wyprostować drzwiczki, ale one ani drgną. Schodzę więc do piwnicy po narzędzia, prostuję zawiasy i przykręcam je nowymi śrubami. Potem prostuję powyginane druty. Wprawdzie wciąż widać, że klatka była uszkodzona, ale i tak się cieszę. Czyszczę podłogę i sypię ziarno do karmników. Nowych ptaków już nie kupię. Wystarczy, jeśli na przekąskę będą tu wpadać wróble. Potem siadam na ławce i patrzę na ogród. Chmury ciemnieją, w powietrzu czuć wilgoć. A im ciemniejsze jest niebo, tym wyraźniej i jaśniej widać wszystkie pozostałe kolory. Mrużę oczy i pozwalam wszystkiemu spłynąć w zielone kształty. Bóg znów jest w ogrodzie, patrzy na mnie, a ja na niego. Zrywa się wiatr, gałęzie z kolorowymi liśćmi tańczą mi przed oczami. Czy to skrzypnęła furtka? Może otworzył ją podmuch? Ale odwracam się i widzę, że przyszedł lekarz. Już z daleka śmieją mu się oczy. Pomyślałem, że wreszcie czas wpaść po ten bukszpan – mówi do mnie jak do starego znajomego. W głowie pojawia mi się widok, który lekarz mógłby zastać dziś rano. Nie rozumiem, dlaczego nagle znów normalnie ze mną rozmawia. Lecz on tak jakby czytał w moich myślach, siada na ławce i zirytowany macha ręką. Pielęgniarka powiedziała mi dopiero dzisiaj, że pan u nas był. Co za kobieta! A ja tak długo czekałem, aż się pan odezwie. Nie chciałem zawracać panu głowy, wiedziałem, że swoich problemów ma pan aż nadto. Obaj patrzymy gdzieś w dal, a ja dopiero teraz pojmuję, że tylko ten lekarz widział mnie przez cały ten czas takiego, jakim naprawdę jestem. Ludzie potrafią zachowywać się jak świnie, wiem coś o tym. Kiwa głową, wciąż wpatrując się w ogród. Może on również widzi teraz Boga. Dopiero kiedy zrezygnowałem ze wszystkiego, dostałem absolutnie wszystko. Od kiedy wspiąłem się na górę zwaną Nic, pojąłem, że niczego mi nie brakuje – myślę. Niebo odbija się w powierzchni oczka, a świat obraca się do góry nogami. Doktor tylko z zadowoleniem kiwa głową. Zaraz zacznie padać.

Petra Dvorakova, Ogród

Kontrowersyjna powieść obyczajowa Petry Dvorakovej – współczesnej czeskiej pisarki, publicystki i scenarzystki przenosi akcję do małego jak to bywa w Czechach miasteczka na Morawach, przede wszystkim w czasy i nam jak najbardziej już współczesne, czyli do dwudziestego pierwszego wieku. Trzydziestopięcioletni Jarosław Havlat przeżywa kryzys swej tożsamości, to głośne czasem w sobie przewartościowanie, w którym przekreśla swe powołanie ponoć nawet „boże” do zawodowej posługi kapłańskiej wobec wiernych. Dlatego też po wielu latach opuszcza „wygodną” plebanię, ten swój szklany klosz, wracając do życia bardziej ludzkiego, a zarazem do odziedziczonego po dziadkach domostwa z ogrodem. Niemniej jednak w świecie ludzkich prostych wartości pozostaje wciąż wyobcowanym, żeby nie powiedzieć jeszcze bardziej dosadnie niezrozumiałym, czy wręcz nawet podejrzewanym o niezdrowe ciągoty seksualne do małoletniej Lucynki. Jego kolejne „wycofanie życiowe” tak naprawdę łagodzi kreatywna praca w ogrodzie i łagodność przyjaźni, czy też może wyższe zrozumienie, jakie ofiarowuję mu lekarz miejscowej placówki medycznej. Petra Dvorakova w opowieści przede wszystkim podkreśla, że wszyscy jesteśmy w swych sądach omylnymi, jeśli są one zbyt powierzchowne i pochopne, a każdemu do jego z kolei ciekawie przeżytego życia są potrzebne i dociekliwość, i zwyczajna życzliwość.



powrót ››