Blog

 

12.01.2024

Gambit królowej

„Nie chcę być tam, gdzie wszyscy”


„Życie nie kończy się na szachach.”


„Głupotą jest narażanie się na szaleństwo dla połechtania próżności”.

Denis Diderot

[...]

Beth dowiedziała się o śmierci matki od kobiety z podkładką na dokumenty. Nazajutrz „Herald-Leader” opublikował zdjęcie. Stoi na nim na ganku szarego domu przy Maplewood Drive ubrana w zwykłą, bawełnianą sukienkę. Już wtedy Beth była po prostu nieładna. Podpis pod zdjęciem głosi: „Elizabeth Harmon, osierocona w wyniku wczorajszego karambolu na New Circle Road, niepewnie patrzy w przyszłość. W wypadku zginęły dwie osoby, kilka zostało rannych. W momencie zdarzenia Elizabeth przebywała sama w domu. Parę minut przed zrobieniem tej fotografii dowiedziała się, że jest sama na świecie. Władze obiecują, że zapewnią jej odpowiednią opiekę”. W domu dziecka Methuen w Mount Sterling w stanie Kentucky Beth dwa razy dziennie podawano środki uspokajające. Innym dzieciom też, w celu „wyrównania nastroju”. Beth nie miała problemów z nastrojem, ale cieszyła się, że dostaje tabletki. Rozluźniały jakiś supeł w jej żołądku i pomagały przeczekać nerwowe godziny w sierocińcu. Pan Fergussen podawał im pigułki w małych papierowych kubeczkach. Razem z zieloną, na złagodzenie usposobienia, dzieci dostawały pomarańczową i brązową, na wzmocnienie. Ustawiały się po nie w kolejce. Najwyższą dziewczynką była czarnoskóra Jolene. Miała dwanaście lat. Kiedy następnego dnia po przyjeździe do sierocińca Beth stanęła za nią w kolejce po witaminy, Jolene odwróciła się i obrzuciła ją gniewnym spojrzeniem. Jesteś prawdziwą sierotą czy bękartem? – spytała. Beth nie wiedziała, co odpowiedzieć. Była przerażona. Stały na końcu kolejki i miały w niej stać, dopóki nie dojdą do okna, przy którym pan Fergussen wydawał lekarstwa. Beth słyszała, jak jej matka nazywa ojca bękartem, ale nie wiedziała, co to znaczy.

[...]

Któregoś razu zeszła na dół i stanęła obok niego, czekając, aż zrobi kolejny ruch. Figura, której dotykał palcami, wyglądała jak koński łeb na malutkim postumenciku. Woźny oderwał wzrok od planszy i spojrzał z niechęcią na Beth. Czego chcesz, mała? Z reguły wycofywała się z kontaktów z ludźmi, zwłaszcza z dorosłymi, ale tym razem nie uciekła. Co to za gra? – zapytała. Przypatrywał jej się ze zdziwieniem. Powinnaś być na górze, tam, gdzie wszyscy. Wytrzymała jego spojrzenie. Coś w tym mężczyźnie, może powaga, z jaką grał w swoją tajemniczą grę, pomogło jej postawić na swoim. Nie chcę być tam, gdzie wszyscy – powiedziała. Chcę się dowiedzieć, w co pan gra. Popatrzył na nią z większym zainteresowaniem. To szachy. Wzruszył ramionami. Goła żarówka wisiała na czarnym sznurze między panem Shaibelem i kotłem centralnego ogrzewania. Beth uważała, żeby cień jej głowy nie padł na szachownicę. Był niedzielny poranek. Kiedy wszyscy zebrali się na modlitwę w bibliotece na górze, Beth podniosła rękę, zapytała, czy może wyjść do toalety i pobiegła do piwnicy. Od dziesięciu minut przyglądała się, jak woźny gra w szachy. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa, ale chyba zaakceptował jej obecność.

[...]

Pulchna dłoń pana Shaibela sięgnęła po jedną z dużych czarnych figur, podniosła ją zgrabnie za głowę i przestawiła na kwadrat na drugim końcu planszy. Woźny cofnął rękę i skrzyżował ramiona na piersi. Wciąż nie patrzył na Beth. Nie gram z obcymi – stwierdził kategorycznie. To było jak uderzenie w twarz. Beth odwróciła się na pięcie i z kwaśnym smakiem w ustach wróciła schodami na górę. Nie jestem obca – powiedziała mu dwa dni później. Mieszkam tutaj. Wokół nagiej żarówki krążyła ćma, jej blady cień przesuwał się po szachownicy w regularnych odstępach czasu. Może mnie pan nauczyć. Już trochę umiem, nauczyłam się, patrząc. Dziewczynki nie grają w szachy.

[...]

Pan Shaibel był tego dnia jakiś inny. Nie skrzywił się ze złością, jak to miał w zwyczaju, kiedy przegrywał. Pochylił się w jej stronę i powiedział: Nauczę cię notacji szachowej. Spojrzała na niego pytająco. Nazw pól. Teraz cię ich nauczę. Zamrugała powiekami. Jestem już wystarczająco dobra? Zaczął coś mówić, ale przerwał. Ile masz lat, mała? Osiem. Osiem lat. Pochylił się do przodu na tyle, na ile pozwalał mu wielki bandzioch [żarg. brzuch – przyp. aut.]. Po prawdzie, mała, jesteś niesamowita. Nie zrozumiała, o co mu chodzi. Przepraszam. Pan Shaibel sięgnął po prawie pustą pintową butelkę, która stała obok niego na podłodze. Odchylił głowę i pociągnął solidny łyk. To whisky? – spytała Beth. Tak, mała. Nie mów nikomu.

[...]

Pan Shaibel wręczył jej szarą papierową torbę. Było niedzielne południe. Zajrzała do środka. Była tam gruba książka w miękkiej oprawie: Współczesne debiuty szachowe. Nie wierząc własnym oczom, zaczęła przewracać strony. Wypełniały je długie kolumny notacji szachowej. Były tam diagramy szachownic i tytuły rozdziałów, takie jak Debiuty zamknięte i Obrona królewsko-indyjska. Podniosła wzrok znad książki. Pan Shaibel przyglądał jej się spod zmarszczonych brwi. W sam raz lektura dla ciebie – stwierdził. Dowiesz się z niej wszystkiego, co chcesz wiedzieć. Bez słowa usiadła na skrzynce po mleku, przyciskając książkę do kolan i czekała, aż zaczną grać. Najnudniejszym przedmiotem był angielski, na którym pan Espero czytał im poetów o nazwiskach takich jak John Greenleaf Whittier i William Cullen Bryant. „Dokąd to, przez zamglone rosą / Powietrze, przez niebiosa gorejące złotem…”. To było głupie. Do tego jeszcze każde słowo wypowiadał głośno i dokładnie. Kiedy pan Espero czytał wiersze, otwierała pod ławką Współczesne debiuty szachowe. Przerabiała kolejne otwarcia, rozgrywając je w głowie. Po trzech dniach zapisy notacji – pion na e2, skoczek na f3 – stały się dla jej bystrego umysłu równie konkretne jak bierki na materialnej szachownicy. Widziała je bez trudu, nie potrzebowała planszy. Siedziała ze Współczesnymi debiutami szachowymi na obciągniętych granatową plisowaną spódniczką kolanach i gdy pan Espero brzęczał na temat głębokiego uduchowienia, które daje nam wielka poezja, albo deklamował: „Do człeka, co naturę miłując, / Żyje w komunii z jej widzialnymi formami, / Przemawia ona wieloma głosami”, przed jej półprzymkniętymi oczami bierki wskakiwały gładko na swoje miejsca. Na końcu książki były pełne zapisy niektórych klasycznych partii, aż do kapitulacji w dwudziestym siódmym ruchu albo remisu w czterdziestym. Nauczyła się odtwarzać w wyobraźni balet pionów i figur; czasem elegancja kombinacji w ataku, poświęcenie figury, napięta równowaga sił w jakiejś pozycji zapierały jej dech w piersiach. Jej umysł zawsze koncentrował się na zwycięstwie albo możliwościach zwycięstwa.

[...]

No więc, drogie dziecko – zaczęła z powagą Jolene – dziewczyny lubią brać ten palec do buzi, żeby go ssać. Beth zastanowiła się przez chwilę. Czy tym nie robi się siku? Pewnie po takim lizaniu nie trzeba go już myć. Beth była wstrząśnięta. Nie wiedziała, co myśleć. Słyszała o morderstwach i torturach, w domu widziała, jak chłopak sąsiadów pobił do nieprzytomności swojego psa kijem, ale nie mieściło jej się w głowie, że ktoś mógłby zrobić to, o czym mówiła Jolene.

[...]

W sekretariacie zadzwonił telefon i na aparacie na biurku zaświeciła się lampka. To już wszystko, Elizabeth. Kiedy będziesz w liceum [w klubie szachowym – przyp. aut.], pamiętaj o manierach. I nie zapomnij wyczyścić paznokci. W komiksach z serii „Major Hoople” tytułowy bohater należał do Klubu Puchaczy. Było to miejsce, gdzie mężczyźni siedzieli w wielkich starych fotelach, popijali piwo i rozmawiali o prezydencie Eisenhowerze i o tym, ile ich żony wydają na kapelusze. Major Hoople miał wielki brzuch, jak pan Shaibel, a kiedy był w klubie z ciemną butelką piwa w ręku, słowa wydobywały się z jego ust razem z małymi bąbelkami. W dymku nad nimi mówił „ehem” i „zaiste!”. To właśnie był „klub”. Przypominał czytelnię biblioteki w Methuen. Może w takim pomieszczeniu zagra z dwunastoma osobami. Nie powiedziała nikomu. Nawet Jolene. Leżała w ciemności i rozmyślała o tym z dreszczem radosnego oczekiwania. Czy zdoła rozegrać tyle partii? Przewróciła się na plecy i nerwowo przeszukała kieszonki piżamy. Znalazła dwie tabletki. Do czwartku zostało sześć dni. A może panu Ganzowi chodziło o to, że ma zagrać z nimi wszystkimi po kolei? Sprawdziła, co oznacza „fenomenalny”. Według słownika to „niezwykły, wybitny, nadzwyczajny”. Powtarzała w myśli te słowa: „niezwykła, wybitna, nadzwyczajna”. Ułożyły się w jej głowie w melodię. Spróbowała wyświetlić na suficie dwanaście szachownic, jedną obok drugiej. Tylko pięć widziała naprawdę wyraźnie. Wzięła sobie czarne bierki, „im” dała białe, a potem zagrała pionem na e4 i odpowiedziała obroną sycylijską. Stwierdziła, że potrafi rozgrywać pięć partii jednocześnie, koncentrując się kolejno na jednej, podczas gdy pozostałe cztery czekały, aż do nich wróci.

[...]

Łazienka, z rozmazanymi smugami na białych kafelkach podłogi i obtłuczoną umywalką, była okropnie brudna. Beth odkręciła kran i włożyła tabletki do ust. Popiła je nabraną w stulone dłonie wodą. Od razu poczuła się lepiej. Była to duża sala lekcyjna, naprzeciw drzwi wisiały w rzędzie trzy czarne tablice. Na środkowej białą kredą napisano wielkimi, drukowanymi literami: „WITAMY, BETH HARMON!”. Powyżej na ścianie znajdowały się kolorowe fotografie prezydenta Eisenhowera i wiceprezydenta Nixona. Większość ławek wyniesiono na korytarz i upchnięto wzdłuż ściany, pozostałe stłoczono w głębi klasy. Na środku ustawiono w podkowę trzy duże stoły, na każdym z nich leżały obok siebie cztery papierowe zielono-beżowe szachownice z plastikowymi bierkami. W środku podkowy, naprzeciwko czarnych, stały metalowe krzesła, ale od zewnątrz, od strony białych, ich nie było.

[...]

Zaskoczyło ją, jak słabo grają. Wszyscy. Dopiero zaczynała, a już rozumiała szachy lepiej niż oni. Zostawiali odstałe piony, narażali swoje figury na widełki. Niektórzy próbowali zastawiać prymitywne pułapki matowe. Odpędzała je jak muchy. Przechodziła od szachownicy do szachownicy energicznym krokiem, ze spokojnym żołądkiem i pewną ręką. Wystarczało jej kilka sekund, by zgłębić pozycję i odnaleźć właściwe posunięcie. Jej ruchy były szybkie, zdecydowane i zabójcze. Podobno Charles Levy był najlepszy. W dwunastu ruchach zdominowała jego figury, tak że nie miały szansy się uwolnić; w sześciu następnych dała mu mata na ósmej linii wieżą i skoczkiem. Jej umysł był krystalicznie czysty, dusza śpiewała słodko językiem szachów. Pachniało kredowym pyłem, buciki Beth skrzypiały, gdy przechodziła wzdłuż stołów. W sali panowała zupełna cisza i Beth intensywnie czuła swoje skoncentrowane jestestwo: małe, silne i panujące nad sytuacją. Na dworze świergotały ptaki, ale ona ich nie słyszała. W środku byli gapiący się na nią ludzie. Uczniowie przychodzili z korytarza, stawali pod ścianami i przyglądali się, jak nieładna dziewczynka z sierocińca na obrzeżach miasta przesuwa się od gracza do gracza, emanując skoncentrowaną energią jak Cezar na polu bitwy, jak Pawłowa w blasku scenicznych reflektorów.

[...]

Beth zjechała ruchomymi schodami do wyjścia. Księgarnia Morrisa znajdowała się na rogu, obok drogerii. Beth pchnęła drzwi i weszła do dużego pomieszczenia, w którym było więcej książek, niż widziała w całym swoim życiu. Łysy mężczyzna siedział na stołku za ladą i czytał, paląc papierosa. Beth podeszła do niego i zapytała: Czy są Współczesne debiuty szachowe? Ciekawe pytanie – odparł mężczyzna. Miał miły głos. Są? Chyba tak. Wstał ze stołka i zniknął na zapleczu. Po chwili wrócił, niosąc to, o co pytała: taki sam opasły tom w tej samej czerwonej okładce. Beth zaparło dech w piersi. Proszę. – Księgarz podał jej książkę. Wzięła ją od niego i otworzyła na rozdziale o obronie sycylijskiej. Cudownie było znowu zobaczyć nazwy wariantów: Lewenfisza, smoczy, Najdorfa. W jej głowie brzmiały jak zaklęcia albo imiona świętych. Tak bardzo kochasz szachy? Głos księgarza wyrwał ją z zamyślenia. Tak – powiedziała. Wydawało mi się, że to książka dla arcymistrzów. Kto to arcymistrz? – zapytała z wahaniem Beth. Genialny szachista – wyjaśnił mężczyzna. Jak Capablanca, ale to było dawno. Teraz są nowi, nie znam ich nazwisk.

[...]

Beth wstała. Nagle poczuła się okropnie zmieszana. Dwumian to wyrażenie algebraiczne złożone z dwóch jednomianów. Przerabiali to w zeszłym roku w Methuen. X dodać Y jest dwumianem. Bardzo dobrze – pochwaliła pani MacArthur. Przed Beth siedziała dziewczynka o imieniu Margaret. Miała lśniące jasne włosy i kaszmirowy sweterek w kosztownym odcieniu bladej lawendy. Kiedy Beth siadała z powrotem, jasna główka odwróciła się leciutko w jej stronę. Mózgownica! Cholerna mózgownica! – syknęła. Beth spędzała wszystkie przerwy samotnie. Nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłoby być inaczej. Większość dziewcząt przechadzała się parami albo trójkami, ale ona zawsze spacerowała sama. Kiedy pewnego popołudnia wychodziła z biblioteki, wytrącił ją z zamyślenia czyjś daleki śmiech. W głębi korytarza, w aureoli popołudniowego słońca zobaczyła wysoką czarnoskórą dziewczynę odwróconą do niej plecami. Dwie niższe dziewczynki stały obok dystrybutora z wodą i patrzyły na jej twarz. Beth nie widziała wyraźnie ich rysów, ostry blask słońca raził ją w oczy. Wysoka odwróciła się, przechylając głowę w znajomy sposób, i Beth poczuła, że serce staje jej w piersi. Ruszyła korytarzem w jej stronę. Ale to nie była Jolene. Beth zatrzymała się i odwróciła na pięcie.

[...]

Już miała wyjść, kiedy nagle coś przykuło jej uwagę. W prawym dolnym rogu, wśród magazynów poświęconych fotografii, kąpielom słonecznym lub majsterkowaniu, leżało czasopismo z obrazkiem figury szachowej. Zawróciła i wyjęła je ze stojaka. Na okładce były tytuł – „Chess Review” – i cena. Beth zajrzała do środka. Znajdowały się tam opisy partii i zdjęcia szachistów podczas gry. Jeden z artykułów miał nagłówek Nowe spojrzenie na gambit królewski, inny – Genialne posunięcia Morphy’ego. Przecież przed chwilą analizowała jego partię! Beth szybciej zabiło serce. Dalej przerzucała kartki. Znalazła artykuł o szachach w Rosji. Najczęściej powtarzającym się słowem był „turniej”. Jeden z działów nazywał się nawet „Życie turniejowe”. Nie wiedziała, że istnieją turnieje szachowe. Myślała, że szachy to coś, czym człowiek zajmuje się w wolnym czasie, jak szydełkowanie i układanie puzzli pani Wheatley [„przyszywana” mama, która adoptowała Beth z sierocińca – przyp. aut.]. Młoda damo – odezwał się za jej plecami pan Bradley. Zapłać za czasopismo albo odłóż je na miejsce. Odwróciła się przestraszona. Nie mogę tylko…? Przeczytaj, co tu jest napisane. Na wysokości jej wzroku wisiała tabliczka z odręcznym napisem: „Chcesz poczytać – musisz kupić”.

[...]

Kaplan grał irytująco wolno i Beth kilka razy wstawała od stołu, żeby wychodzić nadmiar energii. Gdy wreszcie zaniosła blankiet do koszyka „Wygrane”, większość partii zdążyła już się skończyć i szachiści rozchodzili się na obiad. Tego dnia odbywała się jeszcze jedna runda, o dwudziestej, kolejne trzy zaplanowano na sobotę. Finał miał zostać rozegrany w niedzielę o jedenastej. Beth poszła do damskiej toalety i umyła ręce i twarz. Czuła się dziwnie brudna po trzech partiach szachów. Przyjrzała się sobie w lustrze. W ostrym blasku świetlówki zobaczyła to, co zawsze: okrągłą, nieciekawą twarz i bezbarwne włosy. Zaszła w niej jednak jakaś zmiana. Miała zaróżowione policzki, a jej oczy patrzyły z ożywieniem, jakiego nigdy dotąd w nich nie widziała. Po raz pierwszy podobało jej się własne odbicie. Dwaj młodzi mężczyźni, którzy wcześniej urzędowali za biurkiem, przypinali kartki na tablicy ogłoszeń przed wejściem do sali gimnastycznej. Zebrała się tam grupka szachistów, wśród których był także wysoki przystojniak. Dołączyła do nich. Pod wykonanym grubym markerem nagłówkiem „Bez porażki” widniały cztery nazwiska. Na samym dole: „Harmon”. Beth z wrażenia zaparło dech. Listę otwierał Beltik.

[...]

Chciał dopaść jej gońca. Jej strach w jednej chwili zmienił się w gniew. Pochyliła się nad szachownicą i oparła brodę na dłoniach. W skupieniu studiowała pozycję. Zajęło jej to dziesięć minut, ale w końcu znalazła. Wykonała ruch i odchyliła się na oparcie krzesła. Klein w ogóle tego nie zauważył. Zbił gońca, tak jak zamierzał. Beth zagrała pionem na a4, na drugim końcu szachownicy. Klein odchrząknął i szybko wykonał następny ruch, przesuwając piona o jeszcze jedno pole. Beth zagrała skoczkiem na d3, blokując następny ruch piona i, co ważniejsze, atakując wieżę Kleina. Odszedł nią. Supeł w żołądku Beth zaczął się powoli rozluźniać. Wyostrzył jej się wzrok, czuła, że potrafiłaby przeczytać drobny druk na przeciwległej ścianie. Zagrała skoczkiem, ponownie atakując jego wieżę. Klein zerknął na Beth z niezadowoleniem. Po chwili namysłu przesunął wieżę dokładnie tam, gdzie już dwa ruchy wcześniej wiedziała, że ją przesunie. Zagrała hetmanem na f5, stawiając go na jednej linii z czarnym królem. Nadal wyraźnie poirytowany, ale i pewny siebie zagrał skoczkiem, żeby osłonić króla. Poczuła, że krew napływa jej do twarzy. Zbiła hetmanem piona na f7, poświęcając swoją najsilniejszą figurę. Klein przyjrzał się szachownicy i zbił białego hetmana. Tylko w ten sposób mógł obronić się przed szachem. Beth dała kolejnego szacha gońcem. Tak jak się spodziewała, Klein zasłonił króla pionem. Mat w dwóch ruchach – powiedziała cicho.

[...]

Godzinę później została skojarzona z Goldmannem na trzeciej szachownicy. Kiedy punktualnie o jedenastej weszła do sali, zapadła cisza. Wszystkie oczy zwróciły się na nią. Usłyszała, jak ktoś mówi szeptem: „Pieprzone trzynaście lat”, i razem z triumfalną radością w jej głowie wybuchła myśl: „Mogłam to zrobić, kiedy miałam osiem”. Goldmann grał bezwzględnie, w milczeniu i z namysłem. Był niskim, przysadzistym mężczyzną i rozstawiał czarne bierki jak burkliwy generał. Przez pierwszą godzinę odpierał skutecznie wszystkie próby ataku. Jego figury były dobrze chronione; wydawało się, że dysponuje podwójnym zestawem pionów. Beth wierciła się nerwowo na krześle, kiedy długo obmyślał kolejny ruch. W końcu zagrała gońcem i wyszła do toalety. Bolał ją brzuch i trochę ją mdliło. Opłukała twarz zimną wodą i wytarła papierowym ręcznikiem. Zamierzała wyjść, gdy do łazienki weszła dziewczyna, z którą grała na samym początku turnieju. Packer. Wyglądała na ucieszoną tym spotkaniem. Idziesz jak burza, co? – powiedziała. Jak na razie – odparła Beth. Znów coś zakłuło ją w podbrzuszu. Słyszałam, że grasz z Goldmannem. Tak – potwierdziła. – Muszę tam wracać. Pewnie – przytaknęła Packer. Pewnie. Skop mu tyłek, dobrze?

[...]

Beltik pochylał się nad szachownicą z brodą opartą na dłoniach. Słyszała, jak rytmicznie stuka stopą w podłogę. Jasny szlag – powtarzał. – Jasny szlag. Myślę, że to już koniec – powiedziała cicho Beth. Wykaraskam się z tego. Nie sądzę. Zostały mu jeszcze cztery minuty. Wpatrywał się w szachownicę, jakby jego namiętne pragnienie wydostania się z pułapki mogło wypalić w niej dziurę. Trzydzieści sekund przed końcem czasu przestawił z łoskotem hetmana, oddając go za wieżę, próbując obronić się przed matem. Trzepnął dłonią przełącznik zegara, odchylił się na krześle i głośno wciągnął powietrze. To nic nie da – zauważyła Beth. Nie muszę zbijać hetmana. Twój ruch – powiedział Beltik. Najpierw dam szacha gońcem. Ruch! Kiwnęła głową i dała szacha. Beltik szybko odsunął króla i przełączył zegar. I wtedy Beth zrobiła to, co planowała od samego początku. Postawiła hetmana na polu obok jego króla. Beltik patrzył na nią jak ogłuszony. Spokojnie wytrzymała jego wzrok. Wzruszył ramionami, zbił jej hetmana i przełączył zegar, waląc w niego podstawą figury. Beth przesunęła drugiego gońca z pierwszej linii na środek szachownicy. Szach. Mat w następnym ruchu. Beltik patrzył na nią bez słowa. Cholera jasna! – odezwał się w końcu. Wstał od stołu. Mat wieżą – powiedziała Beth. Cholera jasna! Tłum widzów, którzy teraz wypełniali już salkę po brzegi, zaczął bić brawo. Beltik z nachmurzoną miną podał Beth rękę, a ona ją uścisnęła.

[...]

Po powrocie do domu uprzątnęła biurko, rozłożyła na nim szachownicę i rozstawiła bierki. Po jednej stronie umieściła stosik książek o szachach, po drugiej wysokie srebrne trofeum w kształcie króla szachowego. Zapaliła lampkę do nauki i długo wpatrywała się w figury, podziwiając odbijające światło krzywizny. Jej umysł był spokojny i czysty. W końcu sięgnęła po Współczesne debiuty szachowe. Tym razem zacznie od samego początku. Pierwszy raz w życiu widziała coś takiego jak hotel Gibson. Ogrom głównego holu, zgiełk i krzątanina, mocne światło żyrandoli w lobby, grube czerwone dywany, kwiaty, nawet potrójne obrotowe drzwi i stojący przed nimi szwajcar w liberii – wszystko to zrobiło na niej porażające wrażenie. Przyszły pieszo z dworca autobusowego, dźwigając swoje nowe walizki. Pani Wheatley nie oddała bagażu odźwiernemu. Dotaszczyła walizkę do kontuaru recepcji, gdzie nic sobie nie robiąc z krzywych spojrzeń recepcjonisty, wypełniła karty meldunkowe za nie obie. Dopiero w pokoju Beth zaczęła się odprężać. Dwa wielkie okna wychodziły na zakorkowaną w godzinie szczytu Czwartą Ulicę. Na zewnątrz trwał mroźny zimowy dzień, a one miały dla siebie wyłożony puszystą wykładziną pokój i wielką białą łazienkę z miękkimi czerwonymi ręcznikami i lustrem na całą ścianę.

[...]

Schodziło się więcej ludzi, liczba widzów wzrosła. Beth obserwowała pokaz, podziwiając z coraz silniejszym uczuciem obcej jej dotąd przyjemności fachowość, pewność siebie i jasność rozumowania nieznajomego. Zaczął wymieniać figury. Zdejmował zbite bierki, podnosząc je czubkami palców, jak zdechłe muchy i cały czas mówił. Tłumaczył, co jest konieczne, a co słabe, zwracał uwagę na pułapki i wzmocnienia. Kiedy pochylił się, żeby wyprowadzić z ostatniej linii czarną wieżę, Beth ze zdumieniem odkryła, że nosi przy sobie nóż. Zza paska spodni sterczała rękojeść ze skóry i metalu. Wyglądał jak postać z Wyspy skarbów, zupełnie nie pasował do tego miejsca. W chwili, gdy to pomyślała, przerwał grę. Popatrzcie teraz – powiedział i zdecydowanym gestem przesunął czarną wieżę na e4. Założył ręce na piersi. Co teraz zrobią białe? Znów powiódł wzrokiem po otaczających go twarzach. Beth analizowała pozycję. Na białe z każdej strony czyhały pułapki. Hetman bije piona na c4? – odezwał się jeden z widzów. Facet w czapeczce uśmiechnął się i pokręcił głową. Wieża na e1, szach. I po hetmanie. Beth zobaczyła to, zanim się odezwał. Wyglądało na to, że dla białych gra jest skończona. Otworzyła usta, żeby powiedzieć to na głos, ale nie zdążyła. To Mieses–Reshevsky – uprzedził ją ktoś. Lata trzydzieste.

[...]

Po południu grała z panem w średnim wieku, szachistą z Ohio o rankingu 1910. Zdecydowała się na obronę sycylijską i w ciągu półtorej godziny zmusiła go, żeby się poddał. Jej umysł pracował sprawnie jak nigdy i udało jej się wykorzystać parę nowych rzeczy, których nauczyła się w ciągu ostatnich tygodni z książki rosyjskiego arcymistrza Izaaka Bolesławskiego. Zanosząc blankiet do stanowiska rejestracji, natknęła się na Sizemore’a. Widziała też kilka innych znajomych twarzy, co było miłe, lecz jedynym szachistą, którego naprawdę chciała tu spotkać, był Townes. Rozglądała się, ale nigdzie nie było go widać. Wieczorem w pokoju hotelowym pani Wheatley oglądała w telewizji The Beverly Hillbillies i The Dick Van Dyke Show. Beth rozstawiła szachownicę i przeanalizowała obie rozegrane partie, szukając słabych punktów w swojej grze. Nie znalazła ani jednego. Potem wyjęła z walizki książkę Reubena Fine’a o końcówkach szachowych i zaczęła ją czytać. Końcówki miały własną specyfikę. Kiedy obu zawodnikom zostawały już tylko figura albo dwie i chodziło głównie o to, kto pierwszy promuje piona, gra zmieniała się tak bardzo, jakby to była zupełnie inna konkurencja. Z czasem stawała się nie do zniesienia finezyjna i nie dawała szansy na brutalny atak, który stanowił najmocniejszą stronę gry Beth.

[...]

Tydzień przed ich wyjazdem z Lexington poczta dostarczyła nowy numer „Chess Review”. Na jednej z ostatnich stron Beth znalazła swoje zdjęcie z Beltikiem pod szerokim na całą kolumnę nagłówkiem: Uczennica gimnazjum mistrzynią szachową Kentucky. Niżej umieszczono zapis ich partii z komentarzem: „Widzowie byli pod ogromnym wrażeniem jej mistrzowskiego opanowania subtelnych niuansów strategii. Grała z pewnością siebie właściwą dwukrotnie starszym szachistom”. Przeczytała to dwa razy i dopiero potem pokazała pani Wheatley, która wpadła w ekstazę. Przeczytała cały artykuł na głos. Cudownie – powiedziała. Następnie przeczytała go jeszcze raz, po cichu. To oznacza ogólnokrajowe uznanie – stwierdziła. Pani Wheatley zabrała czasopismo do samolotu i część lotu spędziły, zaznaczając następne turnieje, w których Beth miała wziąć udział. Postanowiły, że będzie grała raz w miesiącu. Pani Wheatley obawiała się, że może im zabraknąć chorób na zwolnienia i że jeśli będzie częściej pisała usprawiedliwienia, straci, jak się wyraziła, „wiarygodność”. Beth pomyślała sobie, że mogły przecież poprosić szkołę o pozwolenie na wyjazd – w końcu chłopcy ciągle byli zwalniani z lekcji na mecze koszykówki albo piłki nożnej – ale miała dość rozsądku, by zachować to dla siebie. Pani Wheatley wyraźnie znakomicie się bawiła, załatwiając sprawę w ten sposób. To było jak konspiracja. Bez trudu wygrała turniej w Houston. Jak to ujęła pani Wheatley, „zaczynała się naprawdę wciągać”. W trzeciej partii była zmuszona zgodzić się na remis, ale w finałowej, dzięki błyskotliwej kombinacji, pokonała czterdziestodwuletniego mistrza krajowego z Południowego Zachodu, jakby był początkującym szachistą. Po turnieju zostały w Houston jeszcze dwa dni, żeby „nacieszyć się słońcem”. Zwiedziły muzeum sztuki i ogród zoologiczny. Następnego dnia po zakończeniu turnieju Beth znów zobaczyła swoje zdjęcie w gazecie i tym razem była zadowolona. Autor artykułu nazwał ją „cudownym dzieckiem”. Pani Wheatley kupiła trzy egzemplarze dziennika.

[...]

Pani Wheatley nie miała pojęcia o tabletkach ani nie widziała nic niepokojącego w upodobaniu Beth do kawy. Pod każdym względem traktowała ją jak dorosłą. Czasem wydawało się, że to Beth jest starsza z nich dwóch. Beth uwielbiała Nowy Jork. Lubiła jeździć autobusami, zachwycały ją zgrzyt i hurgot wagonów metra. Lubiła oglądać wystawy sklepowe, kiedy miała na to czas, i podobało jej się, że ludzie na ulicach rozmawiają w jidysz i po hiszpańsku. Nie przeszkadzały jej zagrożenia wielkiego miasta, agresywne taksówki ani obskurny splendor Times Square. Ostatniego wieczoru wybrały się do Radio City Music Hall i obejrzały West Side Story oraz występ The Rockettes. Siedząc w wyściełanym aksamitem fotelu na balkonie nad przepastną czeluścią parteru, Beth czuła się cudownie. Wyobrażała sobie, że reporter „Life’a” będzie odpalał papierosa od papierosa i przypominał z wyglądu Lloyda Nolana, ale w drzwiach stanęła niska kobieta o stalowosrebrnych włosach, ubrana w ciemną sukienkę. Przyprowadziła ze sobą fotografa. Nazywała się Jean Balke i wyglądała starzej niż pani Wheatley. Żwawymi, drobnymi kroczkami obeszła salon, sprawdzając tytuły książek w biblioteczce i oglądając ryciny na ścianach. Miała sympatyczny, bezpośredni sposób bycia. Jestem pod wielkim wrażeniem, chociaż sama nie gram w szachy – wyznała i uśmiechnęła się do Beth. Podobno masz prawdziwy talent. Beth ogarnęło zakłopotanie. Jak to jest być jedyną dziewczyną wśród tych wszystkich facetów? Nie przeszkadza mi to.

[...]

Fotograf podszedł do kanapy i zaczął mierzyć światło. Kiedy byłam dziewczynką, nigdy nie pozwalano mi rywalizować – powiedziała reporterka. Bawiłam się lalkami. Fotograf odszedł parę kroków i wycelował obiektyw w kierunku Beth. Przypomniała sobie lalkę, którą dał jej pan Ganz. W szachach nie zawsze chodzi o rywalizację – zauważyła. Ale grasz po to, żeby wygrać. Beth chciała powiedzieć coś o pięknie szachów, lecz pod dociekliwym spojrzeniem panny Balke nie potrafiła znaleźć właściwych słów. Masz swoją sympatię? Nie. Dopiero skończyłam czternaście lat. Fotograf zaczął pstrykać zdjęcia. Dziennikarka paliła papierosa, strząsając popiół do jednej z popielniczek pani Wheatley. Interesujesz się chłopcami? – zapytała. Beth czuła się coraz bardziej skrępowana. Chciała opowiedzieć, jak nauczyła się grać w szachy i o turniejach, które wygrała, o ludziach takich jak Morphy i Capablanca. Nie podobała jej się ta kobieta i nie podobały jej się zadawane przez nią pytania. Interesuję się głównie szachami.

[...]

Kilka dni później w szkole chłopiec w ławce przed Beth podał swojej sąsiadce „Life’a”. Oboje odwrócili się do tyłu i popatrzyli na Beth, jakby zobaczyli ją po raz pierwszy w życiu. Po lekcji chłopak, który wcześniej nigdy się do niej nie odezwał, poprosił ją o autograf. Beth była w szoku. Wzięła od niego czasopismo z wywiadem na całą stronę. Wydrukowali zdjęcie, na którym wpatrywała się z powagą w szachownicę, oraz fotografię głównego budynku domu dziecka Methuen. Na górze był tytuł: Genialna dziewczyna zadziwia świat szachów. Podpisała się długopisem, który podał jej chłopiec, i odłożyła czasopismo na pustą ławkę. Kiedy wróciła do domu, pani Wheatley siedziała w fotelu z egzemplarzem „Life’a” na kolanach. Zaczęła czytać na głos: „Jedni grają w szachy dla rozrywki, drudzy z wewnętrznego przymusu, który niekiedy przeradza się w nałóg. Od czasu do czasu pojawia się ktoś, dla kogo szachy są jak oddychanie. Mały chłopiec, zadziwiający nas przedwcześnie rozwiniętym talentem do tej najtrudniejszej gry świata. Co jednak, jeśli ten chłopiec jest dziewczynką – małą, nieskorą do uśmiechu dziewczynką o brązowych oczach i ciemnych włosach, ubraną w granatową sukienkę?

[...]

Pozostali goście hotelu Mariposa w Las Vegas chyba nawet nie wiedzieli, że odbywa się tam US Open. W głównej sali kasyna wokół stołów do kości, ruletki i blackjacka tłoczyli się mężczyźni w swetrach we wzorki i jaskrawych koszulach. W milczeniu oddawali się grze. Za kasynem znajdowała się hotelowa kawiarnia. Dzień przed turniejem Beth przeszła alejką między stołami do gry w kości, wypełnioną stłumionym stukotem toczących się po filcu glinianych żetonów i kostek. Kiedy dotarła do kawiarni, wspięła się na stołek przy barze i zerknęła do tyłu, na puste w większości boksy. W jednym z nich siedział samotnie nad filiżanką kawy przystojny młody człowiek. Townes z Lexington. Zsunęła się ze stołka i podeszła do jego stolika. Cześć – przywitała się. Zamrugał, w pierwszej chwili jej nie poznając. Harmon! Wreszcie ją skojarzył. Na miłość boską! Mogę usiąść? Pewnie – powiedział. Dziwne, że cię nie poznałem. Jesteś na liście. Na jakiej liście? Uczestników turnieju. Tym razem nie gram. Przyjechałem tu jako sprawozdawca „Chess Review”. Popatrzył na Beth. Mógłbym o tobie napisać. Do „Herald-Leadera”. „Lexington Herald-Leadera”? Zgadza się. Ale wyrosłaś, Harmon. Widziałem artykuł w „Lifie”. Przyjrzał jej się uważnie. I nawet wyładniałaś. Zmieszała się. Nie wiedziała, co powiedzieć. W Las Vegas wszystko było takie dziwne. Na stolikach w boksach stały lampy na szklanych podstawach wypełnionych purpurową cieczą, która bulgotała w poświacie płynącej spod jadowicie różowych abażurów. Kelnerka miała na sobie czarną minispódniczkę i kabaretki, ale z twarzy wyglądała na nauczycielkę geometrii. Townes był przystojny, uśmiechnięty, ubrany w ciemny sweter włożony na rozpiętą pod szyją koszulę w prążki. Beth zamówiła specjalność szefa kuchni: gorące ciastka, jajecznicę z papryczkami chili i kawę.

[...]

Dookoła wyjątkowo dużego drewnianego stołu musiało stać ze czterdzieści osób. Z tyłu wisiała kotara z brązowego aksamitu, na której przypięto kartki z nazwiskami Harmon i Watts. Gorsze od złości i strachu było przerażające poczucie, że to ona jest słabszym zawodnikiem – że Benny Watts wie o tej grze więcej niż ona i że jest w niej lepszy. To było dla Beth coś nowego. Czuła się słaba i pozbawiona sprawczości jak wtedy, przed laty, w gabinecie pani Deardorff [dyrektorki sierocińca – przyp. aut.]. Przemknęła wzrokiem po twarzach widzów, szukając wśród nich pani Wheatley, lecz jej tam nie było. Utkwiła wzrok w szachownicy, ale przedtem zerknęła na Benny’ego. Uśmiechnął się do niej pogodnie, jakby zaoferował jej drinka, a nie piekielnie trudną pozycję szachową. Beth postawiła łokcie na stole, oparła policzki na zaciśniętych pięściach i zaczęła się koncentrować. Po chwili przyszła jej do głowy prosta myśl: „Nie rozgrywam Benny’ego Wattsa, rozgrywam partię szachów”.

[...]

Kochanie, przecież należysz do tak zwanych szachistów intuicyjnych. Pani Wheatley nigdy wcześniej nie próbowała rozmawiać z Beth o szachach. Owszem, ktoś tak mnie nazwał. Czasami po prostu widzę właściwe posunięcie. Zauważyłam, że najgłośniej oklaskują cię po tych ruchach, które zrobiłaś szybko. I masz wtedy taki szczególny wyraz twarzy. Może masz rację. Beth była kompletnie zaskoczona. Intuicja nie bierze się z książek. Sądzę, że po prostu nie lubisz Manuela. Manuel jest w porządku – stwierdziła Beth. Ale nie przyjeżdża tu dla mnie. To nie ma znaczenia – powiedziała pani Wheatley. Musisz się odprężyć. Nikt na świecie nie ma takiego talentu jak ty. Nie wiem, jakich zdolności wymaga gra w szachy, ale jestem pewna, że odrobina relaksu ich nie osłabi. Beth nie odpowiedziała. Od kilku dni przez cały czas chodziła wściekła. Nie podobał jej się Meksyk ani monstrualny betonowy hotel z popękanymi kafelkami i cieknącymi kranami. Nie smakowało jej hotelowe jedzenie, ale nie miała ochoty jadać samotnie na mieście. Pani Wheatley codziennie umawiała się na lunch i kolację z Manuelem, który miał zielonego dodge’a i najwyraźniej zawsze był do jej dyspozycji. Może zjesz z nami obiad? – zaproponowała pani Wheatley. Podrzucimy cię potem do hotelu i będziesz mogła wrócić do swoich książek.

[...]

Ogród zoologiczny był pełen kobiet, przeważnie okutanych w ciemne chusty, z czarnookimi dzieciakami. Nieliczni mężczyźni posyłali Beth znaczące spojrzenia, ale nie zwracała na nich uwagi. Żaden nie odważył się jej zagadnąć. Choć Meksyk słynął z hałaśliwej wesołości, tu było spokojnie i zwiedzający zachowywali się, jakby byli w muzeum. Wszędzie rosły kwiaty. Skończyła piwo, kupiła następne i sącząc je powoli, spacerowała po zoo. Zaczynała odczuwać euforię. Chodziła wśród drzew, kwiatów, klatek ze śpiącymi szympansami. Za zakrętem znalazła się oko w oko z rodziną goryli. Ogromny samiec i osesek spali, stykając się łbami, wyciągnięci wzdłuż prętów klatki. W głębi samica opierała się w filozoficznej pozie o ogromną oponę od ciężarówki i z ponurą miną żuła palec. Na asfalcie przed klatką przystanęła ludzka rodzina, również złożona z matki, ojca i dziecka. Wszyscy troje z uwagą obserwowali goryle. Nie byli Meksykanami. To mężczyzna przyciągnął uwagę Beth. Rozpoznała jego twarz. Niski, przysadzisty, z wydatnymi łukami brwiowymi, krzaczastymi brwiami i beznamiętnym spojrzeniem, niepozbawiony pewnego podobieństwa do goryla. Beth zesztywniała z papierowym kubkiem w dłoni. Czuła, że płoną jej policzki. To Wasilij Borgow, szachowy mistrz świata. Tej mrocznej, rosyjskiej twarzy o despotycznie skrzywionych ustach nie można było z nikim pomylić. Kilka razy pojawił się na okładce „Chess Review”. Na jednym ze zdjęć miał na sobie ten sam czarny garnitur i krawat w zielono-złote plamy. Przez minutę nie była w stanie odwrócić od niego wzroku. Nie zdawała sobie sprawy, że Borgow bierze udział w turnieju.

[...]

Beth pierwszy raz miała do czynienia z tak wyrównaną, ostrą i profesjonalną rywalizacją, ale odkąd po prawie nieprzespanej nocy udało jej się wygrać pierwszą partię, zupełnie się tym nie przejmowała. Turniej był świetnie zorganizowany, wszystkie informacje ogłaszano w dwóch językach, po hiszpańsku i po angielsku. Organizatorzy pilnowali, żeby w czasie partii panowała cisza. Drugiego dnia zagrała nieprzyjęty gambit hetmański przeciwko Austriakowi o nazwisku Diedrich, blademu, urodziwemu młodzieńcowi w dzierganej kamizelce, którego zmusiła do poddania się w grze środkowej, kiedy nie mógł już wytrzymać jej presji w centrum. Zrobiła to, grając głównie pionami, w głębi duszy sama zdumiona skomplikowanymi współzależnościami, które zdawały się wysnuwać z jej palców, gdy zdobywała dominację nad centrum, a następnie miażdżyła pozycję przeciwnika tak, jak rozgniata się jajko. Grał dobrze, nie popełnił żadnego błędu, nie zrobił nic, co można by uznać za pomyłkę, ale posunięcia Beth były tak zabójczo precyzyjne i wyważone, że w dwudziestym trzecim ruchu musiał się poddać.

[...]

Beth przywiozła ze sobą do Meksyku trzy książki. Po obiedzie, który zjadły w pokoju, wyjęła z walizki Partie arcymistrzów. Były tam między innymi zapisy pięciu partii Borgowa. Otworzyła książkę na pierwszej z nich i zaczęła ją odtwarzać z użyciem bierek i szachownicy. Rzadko robiła to w ten sposób, zwykle polegała na swojej umiejętności wizualizowania pozycji, lecz tym razem chciała sobie jak najwyraźniej wyobrazić, że gra z żywym Borgowem. Kiedy pani Wheatley leżała w łóżku i czytała książkę, Beth przeanalizowała trzy partie, szukając w nich słabych punktów. Nie znalazła ani jednego. Rozegrała je jeszcze raz, zatrzymując się na tych pozycjach, które wydawały się mieć niemal nieograniczoną liczbę możliwych kontynuacji, i analizowała je dokładnie, jedną po drugiej. Wpatrywała się w szachownicę, jakby oprócz niej nic nie istniało i kolejne warianty rozgrywały się w jej głowie. Czasem coś wyrywało ją z zamyślenia – jakiś dźwięk, ruch pani Wheatley albo ledwie wyczuwalne stężenie atmosfery w pokoju. Rozglądała się nieprzytomnie wokół siebie, czując ból w napiętych mięśniach i niemal fizyczne szarpnięcie strachu.

[...]

Podniosła oczy. Przez salę szedł w jej stronę Borgow. Garnitur leżał na nim idealnie, nogawki spodni załamywały się elegancko na wypolerowanych do połysku czarnych butach. Beth wróciła wzrokiem do szachownicy. Czuła się speszona i skrępowana. Borgow zajął swoje miejsce. Może pani włączyć zegar przeciwnika. Usłyszała jakby z bardzo daleka słowa dyrektora. Wyciągnęła rękę, nacisnęła przycisk i spojrzała przed siebie. Borgow siedział naprzeciw niej, mroczny, masywny i ciężki, i patrzył na deskę. Zobaczyła, jak we śnie, że sięga dłonią o krótkich palcach, chwyta piona e i przestawia go na czwartą linię. Przez chwilę nie mogła oderwać oczu od bierki. Po tym debiucie – najczęstszym otwarciu białych – zawsze grała obronę sycylijską. Ale tym razem ogarnęły ją wątpliwości. Czytała w jakimś piśmie, że Borgow jest „mistrzem obrony sycylijskiej”. Pod wpływem impulsu zagrała pionem na e5 w nadziei, że na nowym dla nich obojga terenie nie będzie miał przewagi wynikającej z większej wiedzy i doświadczenia. Zagrał skoczkiem na f3. Odpowiedziała skoczkiem na c6, broniąc piona. Kiedy Borgow bez wahania przesunął gońca na b5, serce podeszło jej do gardła. Partia hiszpańska. Grała ją wiele razy, ale nie przeciwko Borgowowi. Ogarnął ją strach. Partia hiszpańska była nie mniej skomplikowana i wnikliwie przeanalizowana od obrony sycylijskiej i miała kilkadziesiąt wariantów, które Beth znała tylko teoretycznie, z książek. Znów błysnął flesz i dyrektor turnieju gniewnym szeptem upomniał fotografów, żeby nie przeszkadzali szachistom.

[...]

Poproszę tequilę sunrise. Zegar nad barem wskazywał dwunastą trzydzieści, przy stoliku w głębi sali cztery Amerykanki jadły lunch. Beth była bez śniadania, ale nie miała ochoty na jedzenie. Con mucho gusto [z hiszp. chętnie, z przyjemnością – przyp. aut.] – powiedział z uśmiechem barman. Ceremonia wręczenia nagród rozpoczęła się o wpół do trzeciej. Beth przesiedziała ją w barze, pijąc. Zajęła jakieś czwarte, piąte miejsce. Za dwoma arcymistrzami, którzy zremisowali ze sobą, zdobywając po pięć i pół punktu. Borgow miał sześć. Beth – pięć. Wypiła trzy tequile sunrise, zjadła dwa jajka na twardo i przerzuciła się na piwo. Dos Equis. Dopiero po czterech przestał ją boleć brzuch, a wściekłość i wstyd nieco osłabły. Wciąż jednak miała przed oczami posępne, grubo ciosane oblicze Borgowa i czuła tę samą frustrację co w czasie partii. Zagrała jak początkująca, jak bierna, speszona idiotka. Wypiła dużo, ale nie kręciło jej się w głowie ani nie plątał jej się język, gdy zamawiała kolejne drinki. Miała wrażenie, że jakaś bariera oddziela ją od reszty świata, trzymając wszystko na dystans. Siedziała przy stoliku pod ścianą ze szklanką piwa w ręku i nie mogła się upić. O trzeciej do baru weszli dwaj szachiści pogrążeni w cichej rozmowie. Beth wstała od stolika i wróciła do pokoju. Pani Wheatley leżała w pościeli z dłonią na czole i palcami we włosach, jakby bolała ją głowa. Wyglądała jakoś dziwnie. Beth podeszła do łóżka i dotknęła jej ramienia. Pani Wheatley nie żyła.

[...]

Pogrzeb był prosty i krótki. Pół godziny przed jego rozpoczęciem Beth zażyła cztery zielone tabletki. Lekko oszołomiona siedziała sama w kościele, a duchowny mówił to, co mówią przy takich okazjach duchowni. Na ołtarzu stały kwiaty; ku zdziwieniu Beth pracownicy domu pogrzebowego zaczęli je wynosić, gdy tylko pastor skończył odprawiać nabożeństwo. Przyszło sześć osób, żadnej z nich nie znała. Jakaś starsza pani po ceremonii przygarnęła ją do piersi. Biedne dziecko – powiedziała. Po południu dokończyła rozpakowywanie walizki, a potem zeszła na dół zaparzyć sobie kawy. Zanim zagotowała się woda, poszła do małej łazienki na dole, żeby umyć twarz. Otoczona przez same błękity – błękitny dywanik pani Wheatley, błękitne ręczniczki, błękitne mydło i błękitne myjki – nagle poczuła, że w jej brzuchu coś wybucha, i zalała się łzami. Jezu Chryste – powiedziała, biorąc z wieszaka ręcznik i przyciskając go do twarzy. Oparła się o umywalkę i długo płakała. Kiedy wycierała twarz, zadzwonił telefon. Beth Harmon? – odezwał się w słuchawce męski głos. Tak. Tu Harry Beltik. Z mistrzostw stanowych. Pamiętam. Słyszałem, że przerżnęłaś z Borgowem. Wyrazy współczucia.

[...]

Podniósł się z krzesła i poszedł do salonu. Ze stosu książek obok szachownicy wyciągnął tom w zielonej obwolucie, wrócił do kuchni i rzucił go na stół. Wasilij Borgow. Moje życie z szachami. Twoja lektura na wieczór. Przeczytaj zapisy partii z turnieju w Leningradzie w 1962 roku i zwróć uwagę, jak gra końcówki wieżowe. Przejrzyj jego partie z Łuczenką i Spasskim. Zabrał ze stołu prawie pusty kubek. Może się czegoś nauczysz. Był pierwszy tydzień czerwca, pigwowiec japoński za oknem kuchni żarzył się jaskrawoczerwonymi kwiatami. Zaczynały kwitnąć azalie pani Wheatley, trawnik potrzebował skoszenia. Po ogrodzie uwijały się ptaki. Był to piękny tydzień, wiosna w Kentucky w swoim najlepszym wydaniu. Późno w nocy, po wyjściu Beltika, szła czasem do ogródka za domem, żeby poczuć ciepło na policzkach i pooddychać trochę czystym powietrzem, ale przez resztę czasu ignorowała istniejący na zewnątrz świat. Wciągnęła się w szachy w nowy dla siebie sposób. Fiolki z meksykańskimi pigułkami stały nietknięte na nocnej szafce, piwo zostało w lodówce. Po pięciu minutach w ogródku wracała do domu, czytała przez kilka godzin szachowe książki Beltika, a potem śmiertelnie zmęczona waliła się do łóżka.

[...]

Philidor był francuskim kompozytorem, który grywał na ślepo w Paryżu i Londynie. Czasem czytam gdzieś o tych dawnych szachistach i to wszystko wydaje się takie dziwne – zauważyła. Trudno uwierzyć, że to prawdziwe szachy. Nie czepiaj się – powiedział Beltik. Bent Larsen gra obronę Philidora. Jest zbyt pasywna. Czarnopolowy goniec nie ma, jak włączyć się do gry. Jest solidna. Ale chodzi mi o coś innego. Diderot napisał list do Philidora. Kojarzysz Diderota? Tego od rewolucji francuskiej? Taa. Philidor grał przed publicznością z zawiązanymi oczami i przepalał sobie zwoje, czy co tam w osiemnastym wieku myśleli, że można sobie zrobić. Diderot napisał: „Głupotą jest narażanie się na szaleństwo dla połechtania próżności”. Myślę o tym czasem, kiedy przy analizowaniu pozycji zaczyna mi się dymić z głowy. Spojrzał na Beth. Fajnie było dziś w nocy. Wyczuła, że najchętniej by o tym nie wspominał, i przyjęła tę uwagę z mieszanymi uczuciami. Zdaje się, że Koltanowski ciągle grywa na ślepo i nie zwariował – zauważyła. Wiem. To Morphy’emu odwaliło. I Steinitzowi. Morphy myślał, że wszyscy chcą zabrać mu buty. Może pomylił buty z gońcami.

[...]

Czekając, aż ugotują się jajka, wybrała lekturę na poranną sesję: Paul Morphy i złoty wiek szachów. Była to stara pozycja, w pewnym sensie już przestarzała. Na szarawych, stłoczonych diagramach trudno było odróżnić czarne bierki od białych. Ale widok tego nazwiska, myśl o dziwnym, cudownym dziecku z Nowego Orleanu – synu sędziego Sądu Najwyższego Luizjany, prawniku, który we wczesnej młodości zachwycił świat grą w szachy, a potem je rzucił, popadł w bełkoczącą paranoję i umarł – nadal przyprawiały ją o dreszcz podniecenia. Grając gambit królewski, Morphy lekką ręką poświęcał skoczki i gońce, a potem błyskawicznie dopadał czarnego króla. Nie było drugiego takiego szachisty ani przed nim, ani po nim. Otworzyła książkę, spojrzała na listę partii z lat pięćdziesiątych XIX wieku: Morphy–Löwenthal, Morphy–Harrwitz, Morphy–Anderssen i już czuła ciarki na plecach. Przed ważnymi pojedynkami w Paryżu Morphy spędzał całe noce w kawiarniach, pijąc i rozmawiając z nieznajomymi, a rano grał jak rekin – uprzejmy, dobrze ubrany, pachnący, przestawiał masywne bierki drobną, kobiecą dłonią o niebieskich żyłach i miażdżył jednego europejskiego mistrza za drugim. Ktoś nazwał go „dumą i smutkiem szachów”. Szkoda, że nie żył w tym samym czasie co Capablanca i że nigdy się ze sobą nie zmierzyli! Zaczęła analizować partię, którą Morphy rozegrał w 1857 roku z szachistą o nazwisku Paulsen. Za trzy tygodnie zaczynają się mistrzostwa szachowe Stanów Zjednoczonych, najwyższy czas, żeby wygrała je kobieta. Żeby ona je wygrała.

[...]

Czułam się jak idiotka – przyznała. Wiem. – Pokręcił głową. Bezsilna. Nic już nie możesz zrobić, przestawiasz tylko kawałki drewna. Popatrzyła na niego z zaskoczeniem. Szachiści nie mówili łatwo o swoich upokorzeniach, nie przyznawali się do słabości. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale przerwał jej gromki głos dyrektora turnieju: Za pięć minut zaczynamy. Skinęła głową, spróbowała się uśmiechnąć i poszła szukać swojego miejsca. Nie było ani jednej twarzy, której by nie znała z innych turniejów szachowych albo ze zdjęć w „Chess Review”. Ona sama też pojawiła się na okładce, pół roku po sesji fotograficznej z Townesem w Las Vegas. Połowa szachistów, którzy przyjechali na kampus uniwersytetu w małym miasteczku w Ohio, przewinęła się przez okładkę „Chess Review”. Pierwszy przeciwnik Beth, mistrz Phillip Resnais, widniał na okładce aktualnego numeru. W turnieju brało udział czternastu szachistów, w tym kilku arcymistrzów. Beth była jedyną kobietą. Grali w sali wykładowej z rzędem ciemnozielonych tablic na ścianie i jarzeniówkami w kasetonach na suficie. Ściany były pomalowane na niebiesko. Jedną z nich zajmowały wielkie okna, wychodzące na krzewy, drzewa i rozległą połać kampusu. Na końcu pomieszczenia ustawiono pięć rzędów rozkładanych krzeseł; na korytarzu, przed drzwiami, wisiała karteczka z informacją, że wejściówka na pojedynczą sesję kosztuje cztery dolary. Pierwszą turę obserwowało około dwudziestu pięciu osób. Stołów było siedem, za każdym wisiała plansza z symbolami figur i pionów. Dwóch dyrektorów krążyło bezszelestnie po sali i przesuwało bierkę na planszy, kiedy zawodnik wykonał ruch na prawdziwej szachownicy. Miejsca dla publiczności znajdowały się na drewnianym podwyższeniu, więc widzowie widzieli deski.

[...]

Kiedy Beth usiadła na swoim miejscu, w sali zapadła cisza. Wszystkie krzesła na podwyższeniu dla widzów były zajęte, kilkanaście osób musiało stać. Benny zjawił się minutę po Beth. Gdy usiadł, rozległy się szepty. Zerkała na publiczność i myśl, która od pewnego czasu błąkała się jej po głowie, ostatecznie się skrystalizowała: byli parą najlepszych szachistów w Ameryce. Benny miał na sobie spraną dżinsową koszulę, a na szyi srebrny medalion na łańcuszku. Podwinął rękawy jak robotnik. Nie uśmiechał się i wyglądał na znacznie więcej niż dwadzieścia cztery lata. Zerknął w stronę widowni, niemal niedostrzegalnie kiwnął głową Beth i utkwił wzrok w szachownicy. Dyrektor ogłosił początek gry. Benny grał białymi. Beth włączyła jego zegar. Zagrał pionem na e4, bez wahania odpowiedziała pionem na c5 – obrona sycylijska. Przesunął skoczka na f3, Beth odpowiedziała pionem na e6. Nie było sensu silić się na jakieś boczne warianty w starciu z Bennym. Znał je wszystkie lepiej od niej. Spróbuje pokonać go w grze środkowej, ale najpierw musi wyrównać. Towarzyszyło jej wrażenie, którego doświadczyła wcześniej tylko raz, w Meksyku, podczas partii z Borgowem: że jest małym dzieckiem, próbującym przechytrzyć dorosłego.

[...]

Milczeli. Benny w zamyśleniu sączył piwo. Co zamierzasz robić w sprawie Borgowa? – odezwał się w końcu. W Paryżu? Nawet nie mam paszportu. W Moskwie. Nie wiem, o czym mówisz. Poczta nie dociera do Kentucky? Oczywiście, że dociera. Turniej kołowy w Moskwie. Mistrz Stanów Zjednoczonych jest zaproszony z automatu. Chcę jeszcze jedno piwo – powiedziała. Nie wiedziałaś o tym? – zapytał ze zdumieniem. Sama sobie przyniosę. Nie krępuj się. Podeszła do baru i zamówiła kolejną butelkę. Słyszała o turnieju w Moskwie, ale właściwie nic o nim nie wiedziała.

[...]

W holu, z którego wchodziło się do mieszkania Benny’ego, stały plastikowe worki ze śmieciami, a za jedyne oświetlenie służyła goła, zakurzona żarówka. O północy wyłożony białymi kafelkami korytarz sprawiał równie przygnębiające wrażenie jak toaleta na dworcu autobusowym. Drzwi Benny’ego były zamknięte na trzy zamki i pomalowane czerwoną farbą. Ktoś napisał na nich czarnym sprayem tajemnicze słowo „Bezbo”. Weszli do małego, zagraconego salonu. W każdym kącie piętrzyły się książki. Za to oświetlenie było przyjemne. Jeden koniec pomieszczenia zajmowała kuchnia, obok której znajdowały się drzwi do sypialni. Na podłodze leżał trawiastozielony dywan, ale nie było ani kanapy, ani krzeseł, tylko czarne poduszki do siedzenia i poustawiane na ziemi lampy. Łazienka, z posadzką z białych i czarnych kafelków i złamanym pokrętłem przy kranie z ciepłą wodą, wyglądała konwencjonalnie. Była tam wanna z prysznicem i czarną plastikową zasłoną. Beth umyła ręce i twarz i wróciła do salonu. Benny poszedł do sypialni, żeby się rozpakować. Jej walizka wciąż stała tam, gdzie ją postawiła, przy półce z książkami. Podeszła do biblioteczki i ze znużeniem zaczęła odczytywać tytuły. Wyłącznie książki o szachach – pięć półek książek o szachach. Część po rosyjsku albo po niemiecku, ale wszystkie o szachach. Stąpając po twardym dywanie, przeszła do regału z książkami pod przeciwległą ścianą, zrobionego z desek opartych na cegłach. Znowu szachy. Całą półkę zajmowały „Biuletyny Szachowe”, najstarsze z lat pięćdziesiątych. W szafie jest trochę miejsca! – zawołał z sypialni Benny. Jakbyś chciała coś powiesić. Okej! – odkrzyknęła. Na autostradzie myślała, że może, jak dotrą na miejsce, pójdą ze sobą do łóżka. Teraz marzyła wyłącznie o tym, żeby się położyć. Tylko na czym? Myślałam, że będę spała na kanapie. Stanął w drzwiach. Powiedziałem „w salonie”. Zniknął w sypialni i po chwili przyniósł stamtąd jakiś tobół i pompkę. Rzucił wszystko na podłogę i zaczął naciskać stopą pedał pompki. Dmuchany materac. Przyniosę pościel. Znowu zniknął w sypialni.

[...]

Benny nie pozwalał Beth przelatywać przez debiuty, zmuszał ją do zatrzymywania się przy każdej, najdrobniejszej nawet niejasności i tłumaczenia, dlaczego zagrała tak, a nie inaczej. Kazał jej analizować wszystko, co było choć trochę niestandardowe. Czasem dosłownie łapał ją za rękę, kiedy chciała przestawić figurę i pytał: „Dlaczego nie zagrasz skoczkiem do centrum?”, „Dlaczego nie broni się przed wieżą?” albo „Co się stanie z odstałymi pionami?”. Była to intensywna, wymagająca rygoru praca, a Benny nie odpuszczał. Od lat zdawała sobie sprawę z istnienia takich pytań, ale nigdy nie poświęcała im większej uwagi. Gdy jej umysł wyrywał się do możliwości ataku tkwiących w zmieniającej się pozycji, chciał pchnąć Łuczenkę, Meckinga lub Czerniaka do błyskawicznego natarcia na Borgowa, Benny powstrzymywał ją pytaniami o obronę, słabość białych lub czarnych pól albo walkę wież o otwartą linię. Wiedziała, że są ważne, ale momentami doprowadzały ją do szału. Rozgrywała w głowie partie arcymistrzów, odkąd odkryła „Chess Review”, lecz nigdy nie robiła tego w tak zdyscyplinowany sposób. Odtwarzała je, aby poczuć radość zwycięstwa, dreszczyk emocji przy poświęceniu figury albo forsownym macie – zwłaszcza w przypadku tych zapisów, które publikowano właśnie ze względu na zawarty w nich dramatyzm, jak w książce z partiami Freda Reinfelda, pełnej poświęceń hetmana i melodramatu. Z własnego doświadczenia turniejowego wiedziała, że nie można liczyć na to, że przeciwnik sam się ustawi do poświęcenia hetmana albo mata z zaskoczenia wieżą lub skoczkiem, ale mimo to takie partie ekscytowały ją najbardziej. To właśnie uwielbiała w Morphym – nie jego rutynowe partie, a już na pewno nie te, które przegrał, bo Morphy, jak każdy, też czasem przegrywał. Zwyczajne szachy ją nudziły, nawet w wydaniu arcymistrzów, tak jak nudziły ją analizy końcówek Reubena Fine’a i zamieszczane w „Chess Review” kontranalizy wytykające błędy Reubena Fine’a. Pierwszy raz w życiu robiła to, do czego zmuszał ją teraz Benny. Analizowała poważne, solidne szachy w wykonaniu najlepszych szachistów na świecie.

[...]

Niekiedy przez szachy nie mogła w nocy zasnąć. Jak w sierocińcu, z tą różnicą, że teraz była bardziej zrelaksowana i nie bała się bezsenności. Północ już dawno minęła, a ona leżała na materacu na podłodze w salonie, słuchała dźwięków nowojorskiej ulicy wlewających się przez otwarte okno wykuszowe i analizowała w głowie szachowe pozycje. Widziała je tak wyraźnie jak nigdy wcześniej. Nie brała tabletek i to też pomagało zachować jej ostrość umysłu. Tym razem nie były to całe partie, lecz poszczególne pozycje, określane jako „ważne dla teorii” lub „wymagające dalszej analizy”. Przy wtórze pijackich wrzasków za oknem zgłębiała niuanse trudnych klasycznych pozycji. Kiedy jakaś kobieta darła się: „Odchodzę, kurwa, od zmysłów! Kurwa, od zmysłów odchodzę!”, a facet odpowiadał jej w kółko: „Jak twoja popieprzona siostra”, Beth, leżąc na materacu, odkryła zupełnie nowy wariant, w którym mogła dorobić hetmana. Był piękny. I działał. Mogła go wykorzystać.

[...]

Turniej odbywał się w wytwornym, starym budynku niedaleko École Militaire i był najmniejszy ze wszystkich, w jakich dotąd uczestniczyła. Sześcioro zawodników i pięć rund, po jednej przez pięć dni. Jeśli Beth albo Borgow przegrają jakąś partię, nie zagrają przeciwko sobie, a konkurencja była ostra. Beth nie sądziła jednak, by któreś z nich dało się pokonać komuś innemu. Wkroczyła do sali turniejowej bez najmniejszej obawy co do wyniku partii; tej, którą miała rozegrać tego ranka, i tych, które czekały ją w ciągu najbliższych paru dni. Z Borgowem zmierzy się dopiero w jednej z ostatnich rund. Za dziesięć minut miała usiąść do szachów z arcymistrzem z Holandii i zagrać przeciwko niemu czarnymi, lecz nie odczuwała żadnego niepokoju. Francja nie była potęgą szachową, ale pomieszczenie, w którym odbywał się turniej, oszałamiało pięknem. Pod pomalowanym na niebiesko sufitem wisiały dwa kryształowe żyrandole, podłogę okrywał błękitny, puszysty dywan. Obok szachownicy na każdym z trzech stołów z wypolerowanego na wysoki połysk orzecha stał wazonik z różowym goździkiem. Aksamitne obicia stylowych krzeseł pasowały odcieniem do sufitu i dywanu. Zupełnie jak w luksusowej restauracji, nawet dyrektorzy turnieju w smokingach przypominali dobrze wyszkolonych kelnerów. Doskonała organizacja i dyskrecja. Przyleciała z Nowego Jorku dopiero poprzedniego wieczoru, jeszcze prawie nic nie widziała w Paryżu, ale dobrze się tam czuła. Wyspała się w samolocie, a potem jeszcze w hotelu i miała za sobą pięć tygodni solidnego treningu. Czuła się przygotowana jak nigdy dotąd.

[...]

Była tak pochłonięta szachami, że wcześniej nie docierało do niej, że naprawdę jest w Paryżu! Była w Paryżu; aleja, którą szła, była paryską ulicą, pięknie ubrane kobiety nadchodzące z przeciwka – Francuzkami, Parisiennes [z fr. Paryżanki – przyp. aut.], a ona sama miała osiemnaście lat i tytuł szachowego mistrza Stanów Zjednoczonych. Przez moment bała się, że się udławi rozpierającą ją radością, więc zwolniła kroku. Minęli ją dwaj panowie pogrążeni w poufnej rozmowie, usłyszała tylko „…avec deux parties seulement” [z fr. co drugie słowo – przyp. aut.]. Francuzi, a ona rozumiała, co mówią! Przystanęła na chwilę w miejscu i napawała się przepychem szarych gmachów po drugiej stronie ulicy, światłem w koronach drzew, tajemniczymi zapachami tego ludzkiego miasta. Może pewnego dnia kupi tu sobie mieszkanie, przy boulevard Raspail albo rue des Capucines. Za kilka lat może być szachowym mistrzem świata i mieszkać, gdzie tylko będzie chciała. Mieć paryskie pied-à-terre [z fr. mieszkanie zajmowane dorywczo – przyp. aut.], chadzać na koncerty i do teatru, codziennie jeść lunch w innej restauracji, ubierać się jak kobiety, które ją teraz mijają, tak pewne siebie, tak eleganckie w dobrze skrojonych strojach, z wysoko podniesionymi głowami i idealnie ostrzyżonymi, wyszczotkowanymi i ułożonymi włosami. Posiadała coś, czego nie miała żadna z nich i co mogło jej zapewnić godne pozazdroszczenia życie. Benny miał rację, namawiając ją, żeby zagrała w tym turnieju i później, latem przyszłego roku, w Moskwie. W Kentucky, w tamtym domu, nic jej nie trzymało; otwierały się przed nią nieograniczone możliwości. Przez kilka godzin spacerowała po bulwarach, niczego nie kupując, tylko podziwiając ludzi, budynki, sklepy, restauracje, drzewa i kwiaty. Kiedy przechodząc przez rue de la Paix, niechcący potrąciła starszą panią, powiedziała „Excusez-moi, madame” [z fr. przepraszam, panią – przyp. aut.], jakby od urodzenia mówiła po francusku.

[...]

Poranki były okropne, ale nauczyła się sobie radzić. Trzeciego dnia poszła do delikatesów i kupiła trzy tuziny jajek oraz zapas mrożonych obiadów. Odtąd przed wypiciem pierwszego kieliszka wina zawsze zjadała dwa jajka. W południe zwykle była już nieprzytomna. Budziła się na kanapie albo w fotelu, zesztywniała, z szyją mokrą od potu. Kręciło jej się w głowie i czasem czuła zapiekłą wściekłość, szarpiącą jak ból zęba, której nie mogło zagłuszyć nic prócz alkoholu. Zdarzało się, że musiała przełamać opór organizmu, żeby wlać w siebie drinka, ale to jej nie powstrzymywało. Zmuszała się do wypicia i czekała, aż intensywność doznań nieco przygaśnie. Przypominało to przyciszanie dźwięku. W sobotę rano rozlała wino na szachownicę w kuchni, w poniedziałek niechcący wpadła na stół i strąciła na podłogę kilka figur. Leżały tam do czwartku, podniosła je, dopiero kiedy przyszedł chłopak do skoszenia trawnika. Leżała na kanapie, dopijając ostatnią butelkę wina i słuchała warkotu kosiarki. Powietrze przesycała woń trawy. Kiedy chłopak skończył, zapłaciła mu i wyszła do ogródka. Patrzyła na trawnik z kupkami skoszonej trawy i wdychała jej zapach. Wzruszyło ją, że ogródek przeszedł taką odmianę. Wróciła do środka, wzięła torebkę i zamówiła taksówkę. Dostarczanie wina i mocnych alkoholi do domu klienta było niezgodne z prawem. Musiała sama pojechać po następną skrzynkę wina. Rozsądniej będzie kupić od razu dwie. Tym razem spróbuje burgunda Almaden. Słyszała od kogoś, że jest lepszy od Paula Massona. Warto spróbować. Może jeszcze kilka butelek białego wina. I trzeba kupić jedzenie.

[...]

Dopiero w trzecim tygodniu picia przejrzała stos czasopism, które przyszły pocztą w czasie jej pobytu w Nowym Jorku, i znalazła „Newsweeka” ze swoim zdjęciem. Poświęcili jej całą stronę w dziale „Sport”. Na zdjęciu grała z Bennym. Pamiętała moment, kiedy została zrobiona ta fotografia, na samym początku partii. W tle była widoczna tablica demonstracyjna z aktualną pozycją i Beth stwierdziła, że pamięć jej nie zawiodła – właśnie wykonała czwarty ruch. Benny, jak zawsze, był zamyślony i zdystansowany. Autor artykułu napisał, że Beth jest najbardziej utalentowaną szachistką od czasu Very Menchik. Czytała to w stanie lekkiego zamroczenia, nie podobało jej się, że tyle miejsca poświęcił Menchikowej i jej przedwczesnej śmierci w 1944 roku w bombardowanym Londynie, zanim przeszedł do stwierdzenia, że panna Harmon gra lepiej. I co ma do tego bycie kobietą? Żaden facet w Ameryce nie grał tak dobrze jak Beth. Przypomniała sobie dziennikarkę z „Life’a”, która chciała wiedzieć, jak to jest być kobietą w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Do diabła z tą babą; to już nie będzie męski świat, kiedy ona z nim skończy. Minęło południe, postawiła na gazie garnuszek ze spaghetti z puszki i wróciła do przerwanej lektury. Najmocniejszy był ostatni akapit. Osiemnastoletnia Beth Harmon cieszy się niekwestionowaną pozycją królowej amerykańskich szachów. Niewykluczone, że jest najbardziej utalentowanym szachistą od czasów Morphy’ego czy Capablanki; prawdziwa skala jej talentu pozostaje nieznana, nie wiadomo, jak ogromny potencjał kryje się w tym dziewczęcym ciele z genialnym mózgiem. Żeby to odkryć, żeby świat mógł się przekonać, czy Ameryka wybiła się ze swojej drugorzędnej pozycji w światowych szachach, będzie musiała pojechać tam, gdzie jeżdżą duzi chłopcy. Będzie musiała udać się do Związku Radzieckiego.

[...]

Jolene [przyjaciółka z sierocińca – przyp. aut.] nie figurowała w lexingtońskiej książce telefonicznej. Beth sprawdziła jeszcze Louisville i Frankfort. Ani śladu Jolene DeWitt. Może wyszła za mąż i zmieniła nazwisko. Mogła też przeprowadzić się do Chicago albo Klondike. Beth nie widziała jej ani nie miała od niej żadnej wiadomości od dnia opuszczenia sierocińca. Istniał tylko jeden sposób, żeby zdobyć telefon przyjaciółki. W szufladzie biurka pani Wheatley leżały dokumenty adopcji. Beth wyjęła teczkę i znalazła w niej list z wydrukowanymi u góry na czerwono nazwą i oficjalną dewizą domu dziecka Methuen. Był tam też numer telefonu. Przez kilka chwil trzymała kartkę w dłoniach. Denerwowała się. Pod listem widniał podpis „dyrektor Helen Deardorff”, złożony drobnym, schludnym charakterem pisma. Zbliżało się południe, a ona jeszcze nic nie wypiła. Przemknęło jej przez myśl, żeby uspokoić nerwy gibsonem, ale nie potrafiła ukryć przed sobą, że to kretyński pomysł. Gibson położyłby kres wszystkim jej planom. Może była alkoholiczką, ale nie idiotką. Udała się na górę i zażyła dwie tabletki librium z meksykańskiej fiolki. Wyszła do ogródka, stanęła na skoszonym poprzedniego dnia trawniku i czekała, aż zejdzie z niej napięcie. Róże w końcu przekwitły. Większość płatków już opadła, na końcu niektórych łodyżek w miejsce kwiatów pojawiły się kuliste, nabrzmiałe owoce. W czerwcu i lipcu w ogóle nie zauważyła, że kwitły. Wróciła do kuchni, czując się nieco pewniej. Tabletki zaczęły działać. Ciekawe, ile szarych komórek załatwiła sobie pigułkami. Nie mogły być aż tak groźne jak alkohol. Przeszła do salonu i wybrała numer domu dziecka Methuen.

[...]

Niech mnie kule biją! Szachowe mistrzostwo Stanów Zjednoczonych zdobyte w historycznej partii! Urodzona zwyciężczyni! Właśnie o tym chcę z tobą porozmawiać. Kiedy spotkały się w U Toby’ego, spontaniczność zniknęła bez śladu. Beth przetrwała dzień bez kropli alkoholu, ostrzygła się u Roberty i wysprzątała kuchnię, ledwo przytomna z radości i wzruszenia po rozmowie z Jolene. Przyszła do restauracji kwadrans przed czasem i kiedy kelner zaproponował jej koktajl, nerwowo odmówiła. Jolene zastała ją nad szklanką coca-coli. Beth w pierwszej chwili jej nie poznała. Kobieta, która szła w jej stronę, miała na sobie garsonkę w stylu Coco Chanel, nosiła wielkie, puszyste afro i była tak wysoka, że trudno było uwierzyć, że to naprawdę Jolene. Wyglądała jak gwiazda filmowa albo księżniczka rock’n’rolla, bardziej zmysłowa od Diany Ross i dystyngowana jak Lena Horne [amerykańska aktorka i śpiewaczka – przyp. aut.]. Kiedy wreszcie do Beth dotarło, że to naprawdę Jolene, że to ten sam uśmiech i te same oczy, które zapamiętała, wstała onieśmielona i uścisnęły się na powitanie. Jolene używała mocnych perfum i Beth poczuła się tym speszona. Jolene poklepała ją po plecach. Beth Harmon. Moja stara Beth – mówiła, nie wypuszczając jej z ramion. Usiadły i przyglądały się sobie z zakłopotaniem. Beth uznała, że nie poradzi sobie bez drinka, ale kiedy podszedł kelner i ku jej uldze przerwał ciszę, Jolene zamówiła wodę sodową, a ona, niewiele myśląc, poprosiła o następną colę.

[...]

Zimowe światło w San Francisco było niesamowite, jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziała. Nadnaturalnie wyostrzało kontury budynków. Kiedy wspięła się na Telegraph Hill i obejrzała do tyłu, zaparło jej dech z wrażenia. Wyraźnie jak na dłoni widziała domy i hotele wzdłuż długiej, stromej ulicy, aż po idealny błękit rozpościerającej się w dole zatoki. Na rogu stał kiosk z kwiatami i Beth kupiła bukiet nagietków. Przecznicę niżej przystanęło dwoje młodych ludzi, zmęczonych długim marszem pod górę. Beth z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że wdrapała się na sam szczyt, w ogóle nie czując wysiłku. Postanowiła, że przez tydzień, który spędzi w San Francisco, będzie codziennie chodziła na długie spacery. Może znajdzie gdzieś tutaj siłownię. Kiedy rano szła pod górę do wielkiego hotelu, w którym odbywał się turniej, powietrze nadal było cudowne, a barwy intensywne, ale Beth czuła się spięta. W windzie był tłok. Kilka osób otwarcie jej się przyglądało; skrępowana odwróciła wzrok. Mężczyzna na stanowisku rejestracji przed wejściem do sali turniejowej na jej widok natychmiast przerwał to, co robił. Mam się wpisać na listę? – zapytała. Nie ma takiej potrzeby, panno Harmon. Zapraszamy. Która szachownica? Uniósł brwi ze zdziwieniem. Pierwsza.

[...]

W końcu wzięła głęboki oddech i przesunęła wieżę na siódmą linię. Gdzieś w tyle głowy słyszała głos pirata z turnieju w Cincinnati: „Wieża na siódmą linię. Każdemu stanęłaby w gardle”. Zerknęła na Levitta po drugiej stronie szachownicy. Wyglądał, jakby rzeczywiście miał w gardle kostkę kurczaka. Widziała, że stara się ukryć konsternację, i coś w niej zaśpiewało z radości. Przesunęła w ślad za wieżą hetmana, który na siódmej linii naprawdę wyglądał groźnie. Levitt natychmiast się poddał. Rozległy się entuzjastyczne oklaski. Zeszła z podwyższenia, czując, że się uśmiecha. Widzowie podsuwali jej stare numery „Chess Review” i prosili o autograf. Inni podawali jej programy turnieju albo po prostu czyste kartki. Podpisując jedno z czasopism, popatrzyła na swoją czarno-białą fotografię, zrobioną na zakończeniu turnieju w Ohio. Stała z wielkim pucharem w dłoniach, na drugim planie widać było nieostre sylwetki Benny’ego, Barnesa i kilku innych szachistów. Na zdjęciu miała nieładną, zmęczoną twarz. Przypomniała sobie z ukłuciem wstydu, że czasopismo przez miesiąc leżało na ławie w salonie, zanim wyjęła je z koperty i znalazła artykuł o sobie. Ktoś podsunął jej kolejny egzemplarz do podpisu i Beth otrząsnęła się ze wspomnień. Rozdając autografy, przecisnęła się do drzwi i przez następny tłumek, który czekał na nią na korytarzu. Wypełniał całą przestrzeń pomiędzy pokojem z pierwszą szachownicą a salą balową, w której odbywała się pozostała część turnieju. Dwaj dyrektorzy uciszali zgromadzonych, apelując o nieprzeszkadzanie zawodnikom. Kilku szachistów podniosło głowy i spojrzało na nią z irytacją. Cisnący się do niej ludzie, podziw w ich oczach – to wszystko było porywające, lecz jednocześnie ją przerażało. Jakaś kobieta, której dała autograf, powiedziała: „Nie mam zielonego pojęcia o szachach, moja droga, ale tak strasznie się cieszę”. Pan w średnim wieku uścisnął jej dłoń, mówiąc: „Jest pani największym darem dla szachów od czasów Capablanki”.

[...]

Nigdy nie przyszło jej do głowy, że ktoś mógłby ją wspierać. Stała przed budynkiem i powoli zaczynała to sobie uświadamiać. Mogła grać w turniejach w wieku dziewięciu lat, jak Benny. Była bystra, pełna zapału i żądna szachowej wiedzy. Mogła grać z arcymistrzami i uczyć się rzeczy, których tacy ludzie jak pan Shaibel i pan Ganz nie byli jej w stanie pokazać. Giriow zamierzał w wieku trzynastu lat zostać mistrzem świata. Gdyby stworzono jej choć w połowie takie warunki jak jemu, osiągnęłaby ten poziom jako dziesięciolatka. Na moment autokratyczny system radzieckich szachów zlał się w jej głowie w jedno z autokratyzmem sierocińca. Instytucje. Szachy nie są sprzeczne z chrześcijaństwem, tak samo jak nie są sprzeczne z marksizmem. Nie miały nic wspólnego z żadną ideologią. Co by szkodziło pani Deardorff pozwolić Beth grać w szachy, a nawet ją w tym wspierać? Methuen miałoby się czym chwalić. Przed oczami stanęła jej twarz dyrektorki – chude, uróżowione policzki, usta zaciśnięte w pełnym dezaprobaty uśmiechu, sadystyczny błysk w oczach. Zabranie Beth jej pasji sprawiło jej przyjemność. Przyjemność.

[...]

W oczekiwaniu na telefon zrobiła sobie kawę i przejrzała kilka numerów „Deutsche Schachzeitung”. Na myśl, że zrezygnowała z pieniędzy od Krucjaty Chrześcijańskiej [na turniej szachowy w Moskwie – przyp. aut.], zbierało jej się na wymioty. Wypuściła z ręki cztery tysiące dolarów – dla durnego gestu! W końcu rozległ się dźwięk telefonu. Oddzwaniał O’Malley. Nic z tego. Strasznie mu przykro, ale nie może przekazać jej rządowych pieniędzy w tak krótkim czasie i bez klepnięcia z góry. Za to wyślemy z panią naszego człowieka. Nie macie jakiegoś funduszu na bieżące potrzeby? – zapytała. Nie chcę pieniędzy na obalenie rządu w Moskwie. Potrzebuję tylko kogoś ze sobą zabrać. Przykro mi – powiedział O’Malley. Naprawdę bardzo żałuję. Po odłożeniu słuchawki wyszła do ogródka. Rano wyśle czek do biura Inturistu w Waszyngtonie. Poleci sama albo z tym kimś, kogo przydzieli jej Departament Stanu. Uczyła się rosyjskiego, da sobie radę. Zresztą rosyjscy szachiści będą mówili po angielsku. Może trenować sama. Od wielu miesięcy trenowała sama. Dopiła kawę. Trenowała sama przez większość swojego życia.

[...]

Czytała o Łuczence, kiedy jeszcze była w gimnazjum. „Chess Review” pisało o nim w tonie takiego samego głębokiego respektu, jaki teraz czuła. Łuczenko był wówczas mistrzem świata, dopiero kilka lat temu Borgow pokonał go w długim meczu i odebrał mu tytuł. Szli i szli wyłożonym dywanem korytarzem, aż wreszcie dyrektor turnieju zatrzymał się i otworzył kolejne drzwi. Borgow znowu wszedł jako pierwszy, pozostali za nim. Znaleźli się w czymś w rodzaju przedpokoju z kolejnymi zamkniętymi drzwiami w głębi. Beth usłyszała przytłumioną falę dźwięków, która przybrała na sile, kiedy dyrektor otworzył drugie drzwi. Widziała tylko ciemną kotarę, ale kiedy za nią weszła, z wrażenia zaparło jej dech w piersiach. Przed nią rozciągało się gigantyczne audytorium, po brzegi wypełnione ludźmi. Tak mogło wyglądać ze sceny Radio City Music Hall przy wyprzedanej do ostatniego miejsca sali. Długa na kilkadziesiąt jardów widownia pękała w szwach, w przejściach ustawiono rozkładane krzesła. Kiedy zawodnicy weszli na ogromną, wyłożoną dywanem scenę, zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Wszystkie oczy skierowały się na nich. Nad parterem, na balustradzie szerokiego balkonu, wisiał ogromny czerwony transparent, a wyżej ciągnęły się kolejne rzędy twarzy. Na scenie znajdowały się cztery duże, ewidentnie nowe stoły z intarsjowanymi szachownicami. Na każdym z nich, na prawo od czarnych, stał zegar w masywnej drewnianej obudowie, a na prawo od białych – słusznych rozmiarów dzbanek z wodą i dwie szklanki. Obrotowe fotele z wysokim oparciem ustawiono tak, by szachiści siedzieli profilem do widzów. Przy każdym stole czekał sędzia w białej koszuli i czarnej muszce, a za jego plecami wisiała wielka plansza z symbolami figur i pionów w pozycji wyjściowej. Oświetlenie było jasne, ale nie rażące, światło płynęło z przeszklonego panelu w suficie. Dyrektor turnieju z uśmiechem wziął ją za rękę i powiódł na sam środek. Na widowni panowała cisza. Dyrektor wygłosił kilka słów do staroświeckiego mikrofonu, który stał na podwyższeniu pośrodku sceny. Chociaż mówił po rosyjsku, Beth zrozumiała „szachy”, „Stany Zjednoczone”, a na końcu swoje imię i nazwisko: Elizabeth Harmon. Wybuchły oklaski, gorące i burzliwe, które odczuła jako coś niemal fizycznego. Dyrektor zaprowadził ją do stołu na drugim końcu sceny. Usiadła po stronie czarnych i patrzyła, jak kolejno przedstawia i odprowadza na miejsca pozostałych gości z zagranicy. Następnie zajął się Rosjanami, zaczynając od Łajewa. Oklaski stały się ogłuszające, a kiedy dyrektor doszedł do ostatniego z nich, Wasilija Borgowa, trwały niemal bez końca.

[...]

Miała wolny czas, mogła obejrzeć plac Swierdłowski, Biały Gród i sobór Wasyla Błogosławionego, ale chociaż było piękne letnie popołudnie, nie miała ochoty na zwiedzanie. Może za dzień albo dwa. Była zmęczona, potrzebowała się zdrzemnąć. Wygrała swoją pierwszą partię z rosyjskim arcymistrzem i było to dla niej ważniejsze od wszystkiego, co mogła zobaczyć w tym ogromnym mieście. Spędzi tu osiem dni. Kiedy indziej pozwiedza Moskwę. Skończyła lunch o drugiej. Wróci windą do siebie i spróbuje się przespać. Euforia po zwycięstwie nad Łajewem nie pozwoliła jej zasnąć. Przez prawie godzinę leżała na ogromnym, miękkim łożu i patrzyła w sufit, odtwarzając w głowie partię. Czasem szukała słabych miejsc, czasem zachwycała się którymś ze swoich posunięć. Kiedy dochodziła do momentu, w którym poświęciła gońca, mówiła na głos „bęc!” lub „bach!”. To było cudowne. Nie popełniła ani jednego błędu, a w każdym razie żadnego nie znalazła. W jej grze nie było słabych miejsc. Łajew bębnił palcami po stole i robił gniewne miny, ale gdy się poddał, na jego twarzy malowały się tylko zmęczenie i obojętność. Kiedy trochę odpoczęła, wstała z łóżka, włożyła dżinsy i biały T-shirt i rozsunęła ciężkie zasłony. Osiem pięter niżej zbiegało się ze sobą kilka bulwarów, po szerokich, niemal pustych jezdniach sunęły nieliczne samochody, a trochę dalej rozciągał się gęsto zadrzewiony park. Postanowiła pójść na spacer.

[...]

W parku było mnóstwo drzew, w długich alejkach stały prawie jedna przy drugiej żeliwne ławki, na których siedzieli starzy ludzie. Spacerowała, starając się nie zwracać uwagi na kierujące się na nią spojrzenia, przechodziła przez plamy cienia pod drzewami, aż nagle wyszła z półmroku na rozległy skwer, ozdobiony tu i ówdzie trójkątnymi klombami kwiatów. Pośrodku skweru wznosiło się coś w rodzaju dużego, zadaszonego pawilonu, w którym siedzieli rzędami ludzie. Grali w szachy. Toczyło się tam ze czterdzieści partii jednocześnie. Beth widywała starszych panów grających w szachy w Central Parku i na placu Waszyngtona w Nowym Jorku, ale zawsze tylko kilku naraz. Tutaj tłum mężczyzn wypełniał budynek rozmiarów stodoły i wylewał się na schody. Przystanęła z wahaniem u podnóża wytartych marmurowych stopni wiodących do pawilonu. Na jednym leżała zniszczona szmaciana szachownica, na której toczyło pojedynek dwóch dziadków. Starszy z nich, bezzębny i łysy, grał gambit królewski. Jego przeciwnik zastosował kontrgambit Falkbeera. Beth uważała, że to trochę staroświeckie, ale niewątpliwie były to szachy na wysokim poziomie. Wspięła się na górę i weszła do zacienionego wnętrza pawilonu; pochłonięci grą staruszkowie nawet jej nie zauważyli. W środku ciągnęły się cztery rzędy betonowych stolików z namalowanymi szachownicami; przy każdym siedziało dwóch szachistów, sami mężczyźni. Tu i ówdzie zebrały się grupki kibiców. Prawie nie było słychać rozmów. Od czasu do czasu ze skweru dobiegały wrzaski dzieci, po rosyjsku brzmiące dokładnie tak samo jak w każdym innym języku. Szła wolno pośród toczących się partii, wdychając woń mocnego tytoniowego dymu z fajek szachistów. Czasem ktoś podnosił na nią wzrok, gdy przechodziła obok, na kilku twarzach dostrzegła cień rozpoznania, ale nikt się do niej nie odezwał. Wszyscy byli starzy – bardzo starzy. Wielu z nich musiało pamiętać rewolucję. Nosili ciemne ubrania, nawet bawełniane koszule, które włożyli w ten ciepły dzień, były szare. Wyglądali jak wszyscy starzy ludzie na całym świecie, jak rzesza panów Shaibelów [aluzja od nazwiska woźnego w sierocińcu – przyp. aut.] rozgrywających partie, które nigdy nikogo nie zainteresują. Na paru stolikach leżały numery „Szachmatów w SSSR”. Jedna z pozycji wydała jej się ciekawa, więc się przy niej zatrzymała. Wariant Richtera-Rauzera w obronie sycylijskiej. Kiedy miała szesnaście lat, napisała o nim krótki tekst dla „Chess Review”. Mężczyźni grali go poprawnie, czarne wprowadziły drobną modyfikację w ustawieniu pionów, pierwszy raz widziała taki układ, ale wyraźnie miał sens. To były dobre szachy. Pierwszorzędne szachy w wykonaniu dwóch staruszków w tanich, robotniczych ubraniach. Mężczyzna, który grał białymi, zrobił ruch białopolowym gońcem i spojrzał na nią z irytacją. Nagle poczuła się wśród tych starych rosyjskich mężczyzn przeraźliwie nie na miejscu w swoich nylonowych pończochach, jasnoniebieskiej spódniczce i szarym kaszmirowym sweterku, z włosami obciętymi i wymodelowanymi zgodnie z modą obowiązującą młode Amerykanki, w czółenkach, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż ich miesięczne dochody. Ale pomarszczona twarz patrzącego na nią mężczyzny rozjaśniła się w szerokim, bezzębnym uśmiechu. Garmon? Jelizawieta Garmon? – zapytał. Da – odpowiedziała zaskoczona. Zanim zdążyła zareagować, poderwał się od stolika i zamknął ją w objęciach. Przytulał ją, ściskał i śmiał się, powtarzając w kółko „Garmon! Garmon!”. Otoczył ich tłum mężczyzn w szarych ubraniach, uśmiechali się do niej z przejęciem i wyciągali ręce, żeby uścisnąć jej dłoń, i mówili coś po rosyjsku, ośmiu, a może dziesięciu jednocześnie.

[...]

Kiedy była mała, pewnego razu szła korytarzem w budynku administracyjnym w Methuen i przystanęła na chwilę przed otwartymi wyjątkowo drzwiami gabinetu pani Deardorff. Zajrzała ukradkiem do środka; w sekretariacie była pani Deardorff w towarzystwie dwojga starszych ludzi. Stali bardzo blisko siebie, głowa przy głowie i rozmawiali. Beth była zaskoczona – nie sądziła, że pani Deardorff jest zdolna do takiej zażyłości. Ten przelotny wgląd w świat dorosłych ją zszokował. Pani Deardorff coś mówiła i wyciągniętym palcem poklepywała mężczyznę po klapie marynarki. Beth nigdy więcej nie widziała tych ludzi i nie miała pojęcia, czego dotyczyła rozmowa, ale ta scena na zawsze wryła jej się w pamięć. Widok Borgowa naradzającego się w swoim apartamencie z Talem i Petrosjanem nad następnym ruchem przypomniał jej tamtą chwilę. Znowu poczuła się nieistotna, jak podglądająca dorosłych mała dziewczynka. Kim była, żeby aspirować do tego świata? Potrzebowała pomocy. Szybko minęła otwarte drzwi i wsiadła do windy, zażenowana i przeraźliwie samotna.

[...]

Przygotowała odpowiedź na wszystko, co mógł zrobić i kiedy w końcu zagrał, tracąc tempo, hetmanem, zignorowała okazję do zbicia jednego z jego nacierających pionów i przesunęła piona z h5 o jeszcze jedno pole. To był znakomity ruch i Beth doskonale o tym wiedziała. Poczuła przypływ triumfalnej radości. Oderwała wzrok od deski i spojrzała na przeciwnika. Łuczenko sprawiał wrażenie pogrążonego w głębokiej zadumie, jakby czytał jakieś dzieło filozoficzne i odłożył na chwilę książkę, żeby rozważyć szczególnie interesujące twierdzenie. Jego poszarzałą twarz znaczyła siateczka zmarszczek. Znowu żuł kciuk i Beth zobaczyła ze zdumieniem, że jego jeszcze wczoraj nieskazitelnie wypielęgnowane paznokcie są ogryzione do krwi. Posłał jej szybkie, zmęczone spojrzenie, w którym odbijały się lata jego kariery szachowej, całe ogromne doświadczenie, a potem po raz ostatni popatrzył na czarnego piona na h4 i wstał z fotela. To było olśniewające! – stwierdził. Wspaniały kontratak! Kompletnie ją zaskoczył ten pojednawczy ton. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Olśniewające! – powtórzył. Pochylił się, podniósł króla, przez chwilę w zadumie trzymał go w palcach, a potem położył obok szachownicy. Poddaję się z ulgą. Jego naturalność i brak urazy sprawiły, że Beth zrobiło się wstyd. Wyciągnęła do niego dłoń, którą serdecznie uścisnął. Od dzieciństwa analizuję pańskie partie – powiedziała. Zawsze pana podziwiałam. Popatrzył na nią w zamyśleniu. Masz dziewiętnaście lat? – zapytał. Tak. Przestudiowałem twoje partie z tego turnieju. Jesteś prawdziwym cudem, moja droga. Kto wie, czy nie najlepszym szachistą, z jakim grałem w całym moim życiu.

[...]

Na szczęście będzie grała białymi. Za żadne skarby świata nie może stracić przewagi. Zagra gambit hetmański. Kilka miesięcy temu odbyła z Bennym wielogodzinną dyskusję i ostatecznie doszli do wniosku, że tak właśnie powinna postąpić, jeśli przypadną jej białe. Nie chciała grać z Borgowem obrony sycylijskiej, chociaż była w niej bardzo mocna, a gambit hetmański był najlepszym sposobem, żeby tego uniknąć. Da sobie radę, o ile uda jej się zachować zimną krew. Problem w tym, że on nie popełnia błędów. W kompletnej ciszy przeszła przez scenę przed nabitą do ostatniego miejsca widownią; nie było, gdzie wetknąć szpilki, ludzie tłoczyli się w przejściach i za ostatnim rzędem foteli. Kiedy zobaczyła czekającego już na nią Borgowa, uświadomiła sobie, że będzie musiała się zmierzyć nie tylko z jego bezwzględną grą w szachy. Ten człowiek ją przerażał. Bała się go od momentu, gdy zobaczyła go po raz pierwszy przed klatką z gorylami w meksykańskim zoo. Patrzył w dół, na swoje nietknięte jeszcze czarne bierki, a ona czuła, że serce podchodzi jej do gardła. Mężczyzna, który siedział nieruchomo przy szachownicy, nigdy nie zdradzał cienia słabości, nie obchodziło go, że na niego patrzy, tak jak nic sobie nie robił z wpatrzonych w niego tłumów. Stanowił przerażający symbol, jak wizerunek namalowany na ścianie prehistorycznej jaskini, żeby odstraszał złe duchy. Powoli podeszła do stolika i usiadła po stronie białych. Rozległy się ciche oklaski. Sędzia nacisnął przycisk i zegar Beth zaczął tykać.

[...]

To z ust Borgowa padło słowo „dogrywka”. Wypowiedział je po angielsku. Spojrzała w oszołomieniu na zegar i dopiero po chwili dotarło do niej, że żadna z chorągiewek jeszcze nie opadła, ale Borgowowi zostało mniej czasu niż jej. Miał siedem minut. Ona – piętnaście. Zerknęła na blankiet. Ostatni ruch miał numer czterdziesty. Borgow chciał odłożyć partię. Obejrzała się za siebie; oprócz nich na scenie nikogo nie było. Pozostałe partie zdążyły się skończyć. A potem spojrzała na Borgowa. Nie rozluźnił krawata ani nie zmierzwił włosów. Nie wyglądał na zmęczonego. Patrzyła na jego twarz, na której nie malowały się żadne emocje z wyjątkiem leciutkiej niechęci, i czuła strach.

[...]

Padło pytanie o Methuen [sierociniec – przyp. aut.] i Beth, jak zwykle, odpowiedziała zdawkowo. Ale dziennikarz zaczął naciskać i w pewnym momencie usłyszała swój głos mówiący: Zabronili mi grać w szachy. Za karę. Reporter natychmiast podchwycił ten temat. Powiedział, że to brzmi jak z Dickensa. Dlaczego ukarali cię akurat w ten sposób? – zapytał. Myślę, że byli okrutni dla zasady – odpowiedziała Beth. W każdym razie dyrektorka, pani Helen Deardorff. Wydrukujecie to? – zwróciła się do faceta z „Time’a”. Zadecyduje dział prawny. – Wzruszył ramionami. – Jeśli jutro wygrasz, mogą się zgodzić. Nie wszyscy byli okrutni – zastrzegła. Był tam taki facet, nazywał się Fergussen, pracował jako ktoś w rodzaju wychowawcy. Myślę, że kochał dzieciaki. Kto cię nauczył grać w szachy, skoro nie chcieli, żebyś grała? – zapytał korespondent UPI, który przeprowadził z nią wywiad tuż po jej przyjeździe do Moskwy. Nazywał się Shaibel – powiedziała, myśląc o oklejonej wycinkami prasowymi ściance w kotłowni. William Shaibel. Był tam woźnym. Opowiedz nam o tym – poprosiła kobieta z „Observera”. Nauczył mnie zasad i grywaliśmy w szachy w kotłowni. Dziennikarze nie posiadali się z zachwytu. Nauczyłaś się grać w szachy od woźnego? – Reporter „Paris-Match” uśmiechnął się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Zgadza się. Wbrew jej woli zadrżał jej głos. Pan William Shaibel. Był znakomitym szachistą. Poświęcał szachom mnóstwo czasu i bardzo dobrze grał.

[...]

Zmusiła się do oderwania wzroku od deski i spojrzała na widownię. Od kilku dni codziennie grała w tej hali, ale jej wymiary nadal robiły na niej piorunujące wrażenie. Spojrzała niepewnie na szachownicę z tkwiącą pośrodku wieżą. Musi coś zrobić z tą wieżą. Zamknęła oczy. Pozycja natychmiast wyświetliła jej się w wyobraźni, klarowna i wyrazista, jak to bywało w dzieciństwie, kiedy grała w szachy w myślach, leżąc w łóżku w sierocińcu. Przeanalizowała ją drobiazgowo, nie otwierając oczu. Była skomplikowana, jak najtrudniejsze partie z książek, ale brakowało drukowanego komentarza, z którego dowiedziałaby się, jaki jest następny ruch albo kto wygra. Nie było żadnych odstałych pionów czy innych słabych miejsc, żadnej oczywistej linii ataku ani dla białych, ani dla czarnych. Mieli materialną równowagę, ale czarna wieża mogła przeważyć szalę, jak czołg naprzeciw szarży kawalerii. Stała na przekątnej a1-h8, a Beth nie miała już czarnopolowego gońca. Nie mogła jej zaatakować pionami. Żeby wystarczająco blisko podejść skoczkiem, potrzebowałaby trzech ruchów. Jej wieża tkwiła w rogu szachownicy. Jedyną figurą, którą mogła przeciwstawić czarnej wieży, był hetman. Tylko gdzie można bezpiecznie przestawić hetmana? Oparła brodę na pięściach i myślała dalej, wciąż z zamkniętymi oczami. Biały hetman stał sobie niewinnie na tyłach, na c2, gdzie postawiła go w dziewiątym ruchu. Mogła go stamtąd wyprowadzić tylko po przekątnej. W grę wchodziły trzy pola i wszystkie te ruchy wydawały się słabe. Ignorując ten fakt, rozważyła je, każdy z osobna, kończąc na g6. Jeśli hetman znajdzie się na tym polu, czarne będą mogły podciągnąć pod niego wieżę i zyskać tempo, a w efekcie zająć linię. To byłaby katastrofa, chyba że miałaby przygotowaną kontrgroźbę szacha lub atak na czarnego hetmana. Tylko że szacha mogła dać wyłącznie gońcem i musiałaby go wtedy poświęcić. Zbiłby go czarny hetman. Ale potem mogłaby zaatakować hetmana skoczkiem. Dokąd by odszedł? W grę wchodziły dwa czarne pola. Zaczynała coś widzieć. Mogłaby zepchnąć czarnego hetmana na pole, gdzie będzie mogła zaatakować go skoczkiem, jednocześnie dając szacha królowi. Borgow zbiłby jej hetmana, a wcześniej straciłaby już gońca. Ale będzie mogła wykonać podwójne uderzenie. Odbije gońca. Wtedy to nie będzie poświęcenie. Znów będą mieli równowagę materialną, a jej skoczek będzie mógł zaatakować wieżę.

[...]

Kiedy postawiła piona na siódmej linii, Borgow jęknął cicho, jakby uderzyła go w żołądek. Minęło sporo czasu, zanim zdecydował się na zablokowanie go królem. Odczekała króciutką chwilę i sięgnęła po skoczka. Gdy podniosła go z deski, poczuła w czubkach palców cudowną moc. Nie patrzyła na Borgowa. W kompletnej ciszy odstawiła skoczka na szachownicę. Zaraz potem usłyszała, że jej przeciwnik głośno wypuszcza powietrze. Podniosła na niego oczy. Borgow miał rozczochrane włosy i uśmiechał się ponuro. Wygrałaś – powiedział po angielsku. Odsunął się z fotelem do tyłu, wstał i zabrał z szachownicy czarnego króla. Zamiast odłożyć figurę na bok, podał ją przez stół Beth. Patrzyła na nią, nie rozumiejąc. Weź go – powiedział. Wybuchła owacja. Trzymając w dłoni czarnego króla, odwróciła się twarzą do widowni i przyjęła na siebie potężną falę oklasków. Ludzie wstawali z miejsc i coraz głośniej bili brawo. Przyjmowała to całym ciałem, czując, że czerwienieją jej policzki, robi się jej gorąco i zaczyna się pocić. Burza dźwięku przepędziła z jej głowy resztki myśli. A potem nagle Wasilij Borgow stał obok niej i ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu obejmował ją ramionami i serdecznie przyciskał do piersi.

[...]

Po finałowej partii odebrała puchar i nagrodę pieniężną za pierwsze miejsce. Udzieliła kilku wywiadów, przyjmowała gratulacje. Nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą począć, co chciałaby robić ani dokąd pójść. Może trochę się zdrzemnie, a potem spokojnie zje kolację i wcześnie położy się spać. Pokonała ich. Wygrała z elitą rosyjskich szachów, z Łuczenką, Szapkinem, Łajewem i zmusiła Borgowa, żeby się poddał. Za dwa lata może z nim zagrać o tytuł mistrza świata. Musi się najpierw zakwalifikować, wygrać mecze kandydatów, ale poradzi sobie. Spotka się z Borgowem w neutralnym miejscu, twarzą w twarz i rozegrają długi mecz złożony z dwudziestu czterech partii. Nie chciała teraz o tym myśleć. Przymknęła oczy i drzemała na tylnym siedzeniu limuzyny. Kiedy podniosła zaspany wzrok, stali akurat na światłach. Przed nimi, trochę na prawo, rozciągał się zadrzewiony park, widoczny z okna jej hotelowego pokoju. Otrząsnęła się z resztek snu i pochyliła do kierowcy. Proszę mnie wysadzić przy parku. Szła w promieniach słońca przefiltrowanych przez liście drzew. Miała wrażenie, że na ławkach siedzą ci sami ludzie co poprzednio. Nieważne, czy wiedzą, kim ona jest, czy nie. Mijała ich obojętnie, idąc w stronę skweru. Nikt na nią nie patrzył. Dotarła do pawilonu i wspięła się po schodkach. Mniej więcej w połowie pierwszego rzędu betonowych stołów przed szachownicą z rozstawionymi bierkami siedział samotnie stary mężczyzna. Był dobrze po sześćdziesiątce i miał zwyczajny szary kaszkiet i zwyczajną szarą koszulę z podwiniętymi rękawami. Kiedy do niego podeszła, spojrzał na nią pytająco, ale nic nie wskazywało na to, że ją rozpoznał. Usiadła po stronie czarnych i starannie dobierając rosyjskie słowa, zapytała: Czy chciałby pan zagrać w szachy?

Walter Tevis, Gambit królowej

Sfilmowana powieść obyczajowa Waltera Tevisa – amerykańskiego pisarza i wykładowcy akademickiego przenosi „żywą” akcję opowieści przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, do położonego na środkowym wschodzie stanu Kentucky z miastami Mount Sterling i Lexington oraz do kilku pozostałych miast amerykańskich, gdzie odbywały się popularne w środowiskach akademickich turnieje szachowe, w tym także na tournée meksykańskie, do Europy z Paryżem, a nawet poza granice cywilizowanego świata, czyli aż do obcej mentalnie Moskwy, ogólnie rzecz ujmując w lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Ośmioletnia Beth Harmon, po śmierci swej matki w karambolu ulicznym trafia z marszu do sierocińca dla dziewcząt, w którym panują rygorystyczne metody wychowawcze pod dyktandem dyrektorskim Pani Helen Deardorff. Uciekając od marszruty nakazów, odkrywa u miejscowego woźnego Shaibela grę w królewskie szachy, z którą może się zmierzyć zarówno jej bogata, dziecięca wyobraźnia, jak i niecodzienne zdolności intuicyjno-analityczne. W pogoni za perfekcyjnością taktycznego ruchu na szachownicy, a i w okowach książkowo rozgrywanych partii u tuzów świata pionów wkrótce prześciga wszystkich rodzimych arcymistrzów niebawem i najlepszych na świecie radzieckich mistrzów. Opowieść o pasji, co zmienia życie i o życiu będącym pasją.



powrót ››