Blog

 

27.01.2024

Dżiny

„Wolność oznacza, że nie trzeba pracować”


„nikt nie jest wolny,

że nigdy nie można robić tylko tego,

na co ma się ochotę.

Nie tam i nie tutaj, nigdzie, nigdy.”


„I ci, którzy sobie wzięli opiekunów poza Bogiem,

są podobni do pająka, który przygotował sobie dom.

A przecież dom pająka jest najnędzniejszym

z domów. Gdyby oni byli wiedzieli!”

                Koran, Sura 29:41

[...]

HÜSEYINIE… CZY WIESZ, kim jesteś, gdy w szybie drzwi balkonowych rozpoznajesz pobłyskujące kontury swojej twarzy? Gdy otwierasz drzwi i wychodzisz na balkon, ciepłe powietrze muska twoją twarz, a słońce, które zachodzi między dachami bloków w Zeytinburnu [gmina i dystrykt prowincji tureckiego Stambułu – przyp. aut.], świeci niczym gigantyczna pomarańcza? Przecierasz oczy. A może, myślisz sobie, każda przeszkoda i rozterka w twoim życiu pojawiła się tylko po to, byś w pewnym momencie stanął tu, na górze, ze świadomością: zapracowałem sobie na to. W pocie czoła. Pierwszy wieczorny azan [z arab. adhan – wezwanie wyznawców islamu do modlitwy salat – przyp. aut.] słyszysz z balkonu swojego mieszkania – swojego znajdującego się na czwartym piętrze przestronnego mieszkania z salonem i czterema sypialniami. Pracowałeś i oszczędzałeś na ten cel prawie trzydzieści lat, w czasie których wychowałeś czwórkę dzieci i zapewniłeś żonie wprawdzie skromne, ale godne życie. Dni dzieliłeś na trzy zmiany, Hüseyinie, pracowałeś w niedziele i święta oraz brałeś nadgodziny, usiłowałeś korzystać ze wszystkich dodatków, które oferowały zakłady metalurgiczne, żeby utrzymać rodzinę, żeby młodszemu synowi kupić buty do piłki, żeby spłacić długi starszego, żeby coś jeszcze odłożyć. I wreszcie ci się udało. Masz pięćdziesiąt dziewięć lat i nieruchomość. Gdy za kilka lat Ümit skończy szkołę, a ty nareszcie wyjedziesz z tego zimnego, pozbawionego serca kraju, jakim są Niemcy, wówczas będziesz miał to mieszkanie tutaj, w Stambule, ze swoim nazwiskiem na domofonie. Hüseyinie! Nareszcie znalazłeś miejsce, które możesz nazwać domem. Hüseyinie, ciesz się chwilą. Posłuchaj, jak muzyka dudniąca w sklepach na dole nagle milknie i rozlegają się tylko azan, klaksony i głosy milionów ludzi, którzy dalej krążą po ulicach, zajęci swoimi sprawami. Wsłuchaj się w krzyk mew. Odetchnij dusznym powietrzem, przepełnionym zapachem spalin i palonych śmieci. Jeszcze na kilka minut zatrzymaj wzrok na rozbieganym tłumie tam, na dole, między domami, zanim pójdziesz się modlić.

[...]

Hüseyinie, czy pamiętasz, jak słuchałeś tej piosenki i wypalałeś tyle papierosów, że twoje ciało zamieniało się w jedną wielką chmurę białego dymu, w wąskiej kuchni ośrodka na końcu korytarza, tego długiego, ciemnego korytarza? Ibo trafiał do ciebie, bo w swoich utworach śpiewał o wszystkich tych ludziach, których nikt nie chciał słuchać – o tych biednych, ciężko pracujących, pochodzących ze wsi ludziach o ciemnej karnacji, takich jak ty, Hüseyinie. Ibo przemawiał do ciebie również dlatego, że on także porzucił język swoich rodziców niczym worek nieprzydatnych otoczaków. Teraz jednak nie możesz go już znieść, brzydzisz się Ibo, który w każdy piątkowy wieczór pajacuje i opowiada głupoty w swoim programie telewizyjnym, wlepia wzrok w kobiety wykonujące taniec brzucha. Brzydzisz się tym pozbawionym honoru mężczyzną, na zlecenie którego zastrzelono prostego handlarza na targu w Urfie, bo ten nie chciał go obsłużyć. Tak przynajmniej pisali w gazetach.

[...]

Hüseyinie, Niemcy nie były tym, czego się spodziewałeś. Liczyłeś na nowe życie, a czekała cię samotność, która nigdy nie może być nowym życiem, bo samotność jest pętlą, nieustannym odtwarzaniem w głowie tych samych wspomnień, poszukiwaniem coraz to nowszych ran w dawno już zagubionym ja, tęsknotą za ludźmi, którzy zostali na miejscu. Co jednak miałeś począć? Nie mogłeś tak po prostu wrócić do swojej wsi. Zostałeś więc i robiłeś to, co musiałeś, by twój przyjazd miał jakikolwiek sens. Hüseyinie, jak ten czas szybko leci. Przez ostatnie dwadzieścia osiem lat swojego życia zarobiłeś pieniądze, o jakich w Turcji mogłeś tylko pomarzyć. Zarobiłeś tyle, bo nigdy nie wzgardziłeś pracą, której nie chciał wykonywać żaden Niemiec. Nie spodziewałeś się, że twoje ciało wkrótce – i to na długo przed przejściem na emeryturę – osłabnie tak samo jak niemiecka gospodarka po upadku muru. W chwili, gdy obie słabości miały zbiec się w czasie, a fabryka miała zostać zamknięta, chciałeś jak większość kolegów odejść na wcześniejszą emeryturę, niestety jednak nie wystawiono ci odpowiedniego zaświadczenia, mimo że po wszystkich tych latach spędzonych nad piecem hutniczym twoje plecy wygięły się w pałąk, a kolano już po krótkim spacerze zaczynało okropnie boleć.

[...]

Chcesz oddychać, Hüseyinie, nie chcesz umierać, nie teraz, chociaż jesteś wierzący, choć zawsze mówiłeś, że jesteś gotów na przyjście Azraela – może, myślisz teraz, w duchu liczyłeś, że wiara zapewni ci długie życie w zdrowiu. Jakże byłeś naiwny! Nie jesteś na to gotów. To nie może się tak skończyć. Nie w ten sposób. Gdyby twój język nie był ciężki jak ołów, a ust nie wykrzywiał ból, który narasta, buzuje w tobie niczym niekontrolowany ogień, wzniecony, by zniszczyć jakiekolwiek wrogie życie, modliłbyś się do Allaha, błagałbyś Azraela, by ten – pod jakąkolwiek postacią się pojawi – dał ci jeszcze tydzień, proszę, chociaż tydzień, by odroczył termin po raz ostatni, tak byś sam mógł otworzyć drzwi ukochanej rodzinie i poprowadzić ją przez te jasne pokoje: to sypialnia Hakana i Ümita, to pokój Perihan, to salon, tu mamy jeden balkon, a z naszej sypialni, Emine, jest wyjście na kolejny.

[...]

Nie bój się, Hüseyinie, spróbuj wziąć wdech, choćby najmniejszy, tylko tyle powietrza, ile potrzebujesz, by odzyskać kontrolę, by wyszeptać słowa, które przygotowywałeś przez całe życie na tę chwilę, i właściwie nie chcesz ich jeszcze wypowiadać, bo wcale nie chcesz się jeszcze poddawać, nie masz już jednak na to wpływu, nie masz już wpływu na nic, Hüseyinie, i musisz to zrobić, zanim będzie za późno. Bierzesz wdech, by odpuścić, sam decydujesz, że to moment, by odpuścić. Bierzesz wdech i szepczesz: Eşhedü en la ilahe illallah… [z arab. Oto jestem na świecie, Boże... – przyp. aut.].

[...]

TELEFON ZADZWONIŁ w nocy. Krzyk. Ümit nie był pewien, czy krzyk nie rozbrzmiał w jednym ze snów, z których ostatnio za każdym razem budził się z gardłem ściśniętym na supeł. Leżał tak, aż usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi i głos Hakana. Boso wymknął się z pokoju i zobaczył ich wszystkich – Peri, Hakana, swoją matkę – zebranych w środku nocy w salonie. Siedzieli z kamiennym wyrazem twarzy i nie zwrócili na Ümita najmniejszej uwagi. Jak to się mogło stać? Tak po prostu? Dlaczego nie zabrali go od razu do Niemiec? Jak to jak? Helikopterem! Co by to zmieniło? Tam nie ma sensownych lekarzy! To niemożliwe. To niemożliwe…, szemrali między sobą, aż wzeszło słońce i musieli powrócić do rzeczywistości. Umarł baba [z tur. ojciec – przyp. aut.]. Musieli tam pojechać, i to natychmiast. Tylko znajdź lot do Stambułu, cztery miejsca, w samym środku wakacji. Zapomnij. Łkająca Peri, z twarzą wymiętą i pokrytą brokatem, jak gdyby właśnie wróciła z jednej ze swoich imprez, obdzwoniła wszystkie biura podróży. Hakan marszczył czoło i palił jednego papierosa za drugim, a matka Ümita, matka Ümita składała się już tylko z rozsypanych członków, które leżały porozrzucane na kanapie niczym gulasz; już chyba nigdy nie miało udać się poskładać ich do kupy. Peri znalazła lot z Frankfurtu zamiast Stuttgartu, trzy miejsca zamiast czterech. Hakan, z puszką red bulla w ręce, dzwonił do wszystkich po kolei. Ümit w duchu cieszył się, że ominie go wizyta u doktora Schumanna, jednak na tę myśl chłopca natychmiast ogarnął wstyd. Na lotnisko, przebijając się przez korki, zawiózł ich swoją trójką BMW syn Feraye teyze [z tur. cioci Feraye – przyp. aut.], mieszkający po sąsiedzku. Polecieli liniami, o których nigdy nie słyszeli, a jedzenie – kiełbaski z purée – zostawili nietknięte. Matka Ümita i Peri płakały bez ustanku.

[...]

Ümit ma wrażenie, że zaraz się ugotuje. Czuje na języku metaliczny posmak nieznanego pochodzenia, który nie wiedzieć czemu przypomina chłopakowi czasy dzieciństwa. Z kuchni dochodzi stukot, z pokoju obok – rozmowy, na ulicy na dole trąbią samochody, a ze sklepów wylewa się muzyka; wszystko to jest lepsze niż dziki płacz wczorajszego wieczoru. Ostrożnie otwiera oczy. Sufit ma kolor lodów waniliowych. Na myśl o tym, że mieszkanie pachnie nowością, że ma tu się pojawić życie, Ümita ogarniają mdłości. Tutaj, w tym miejscu, nigdy nie pojawi się życie. Tu mieszka śmierć. Ümit spogląda na puste łóżko stojące naprzeciwko. Na rozłożonej kanapie wciąż leży schludnie poskładane zielone prześcieradło. Czyli Hakan jeszcze nie dotarł. Czy nie miał przylecieć w nocy ze Strasburga? Oby tylko zdążył na pogrzeb, myśli Ümit. Pod żadnym pozorem nie chce zostać tu sam z zapłakaną matką i zapłakaną siostrą, którym chciałby pomóc, ale po prostu nie wie jak.

[...]

Przypomina mu się obcy język kobiet-zombie i to, że jego matka posługiwała się nim wczoraj, gdy prowadziła z nimi rozmowę. Dlaczego Ümit nie wiedział, że matka zna język obcy? Dlaczego nigdy go nie słyszał? Myślał, że Emine zna tylko turecki i trzy słowa na krzyż po niemiecku. A tu nagle stała i mówiła coś, a Ümit jej nie rozumiał. Gdzie się tego nauczyła? Ümit podejrzewa, że to musiał być kurdyjski, bo w wiadomościach cały czas mówią o Kurdach, o aresztowaniu Öcalana. Ale jak mógł nie wiedzieć, że jego matka jest Kurdyjką? To jego ojciec też był Kurdem? Kim, wobec tego jest rodzeństwo Ümita i on sam? Czy po prostu nie słuchał uważnie, gdy o tym mówili, znów myślami był gdzie indziej? W wieku piętnastu lat trzeba wiedzieć, kim się jest, nie może przecież teraz tak po prostu do niej podejść i zapytać: Anne, czy jesteśmy Kurdami? To przecież absurdalne i niezręczne, takie rzeczy się wie.

[...]

Nie żyje. Ojciec nie żyje. Co w ogóle znaczy „śmierć”? Czy to stan podobny do snu, tylko dłuższy? Nieskończony? Jak sen, tylko bez schodów, z których można czasem spaść i się obudzić? Słodki sen? Czy człowiek i tak nie umiera cały czas? Przecież każdego ranka budzi się jako nowa osoba, każdego dnia coraz bardziej zalękniona, smutna, jako ktoś, kto stopniowo traci wiarę w cokolwiek? Czy ktoś, kim Ümit był wczoraj, także nie umarł w nocy? Czy kiedykolwiek można powrócić do stanu tej samej lekkości, która przepełniała nas w wieku, powiedzmy, dziesięciu lat?

[...]

Istnieją tylko dwie okazje w życiu mężczyzny, gdy wolno mu płakać: śmierć własnej matki i śmierć własnego ojca. Oczywiście są jeszcze śmierć żony i śmierć dzieci, na takie rzeczy w życiu Ümita nie ma jednak miejsca, i to nie dlatego, że nie interesują go kobiety; choć nie zdarza się to zbyt często, nie da się tego wykluczyć. W końcu jego pierwszy raz z sobą samym wydarzył się przy oglądaniu Banu Alkan, ubranej w skąpy kostium kąpielowy w jednym z filmów, które puszczano w porze obiadowej w tureckiej telewizji, tego lata, gdy musiał zostać po szkole w domu i nie wolno mu było bawić się na dworze, bo matka była zdania, że dawne zakłady metalurgiczne zatruły okolicę. Jednak idea polegająca na mieszkaniu z kimś i posiadaniu własnej rodziny wydaje się Ümitowi absurdalna, w końcu sam niecierpliwie odlicza dni, aż wreszcie będzie mógł opuścić swoją, i to wcale nie dlatego, że jej nie kocha; jego rodzina jest dla niego wszystkim. Wszystko oznacza jednak zarówno powietrze do oddychania, jak i pętlę wokół szyi.

[...]

Po raz pierwszy Ümit ma wrażenie, że rozumie, co ojciec widział w tym mieście. Jeszcze wczoraj Stambuł wydawał się chłopakowi po prostu ogromnym wysypiskiem śmieci, pełnym zdecydowanie zbyt wielu smutnych dzieciaków, które brudnymi palcami stukają w szyby samochodów i żebrzą o kilka lir. Dziś dostrzega jednak w mieście to, co zagadkowe i znajome, widzi sypiące się elewacje domów i kolorowe dywany wywieszone przez okno, widzi mijane twarze mężczyzn palących papierosy i cisnące się w cieniu starsze kobiety, które wydają mu się tak znajome, jak gdyby był tutaj już niezliczoną ilość razy. Czuje, jak ogarnia go radość, radość z tego, że otacza go tylu ludzi, a mimo to nie rozpoznaje go nikt. Może wcale nie ma się tu czego bać, może całe miasto jest jedną wielką kryjówką, bo wśród tylu osób nikt nie rzuca się w oczy, bo można być po prostu normalnym, bo wszyscy są zajęci sobą. Czy dlatego Peri wyprowadziła się do Frankfurtu? Może Ümit też po prostu powinien uciec, wyjechać na jakieś studia.

[...]

Ümit przełyka ślinę, próbuje zignorować ich mamrotanie. Zawsze, gdy ktoś zaczyna się modlić, ogarniają go wyrzuty sumienia; ma wrażenie, że gdy jest obok, modlitwy na nic się nie zdają, jak gdyby jego obecność miała sprawić, iż nie zostaną wysłuchane. Postanawia po prostu naśladować ruchy pozostałych, jak w trakcie rozgrzewki na treningu, zwłaszcza jeśli chodzi o obmywanie. W dzieciństwie uczono go wprawdzie ablucji, ale tylko po to, by zademonstrował je ojcu, przez co teraz nie do końca pamięta poszczególne kroki – tak to już jest z uczeniem się rzeczy na pamięć. Tak wiele robił tylko po to, by zaimponować ojcu, i nie były to jedynie drobnostki, o czym dowiedział się podczas wizyt u doktora Schumanna. Ümit przynosił do domu dobre oceny, odmawiał modlitwy, złamał nos chłopakowi z dziesiątej klasy, dwa razy w tygodniu chodził na piłkę, choć tak naprawdę nigdy nie sprawiało mu to przyjemności. Nie wiedział, że wszystko to ma związek z ojcem. Co innego doktor Schumann, który natychmiast połączył ze sobą fakty. W tygodniu po hipnozie wyjaśnił Ümitowi, że ten od dziecka cierpi z powodu chłodnych stosunków z ojcem; zdaniem doktora chłopak rozumiał, co jest dla ojca ważne, i usiłował w tych kwestiach – modlitwy, sportu, nauki – zaimponować mu swoją wiedzą i umiejętnościami. Możliwe, że tak jest, pomyślał Ümit, gdy wysłuchał diagnozy doktora Schumanna. Tylko jak miał się do tego złamany nos chłopaka z dziesiątej klasy? „Idź się umyć, bo śmierdzisz, azylancki ciapaku!” – rzucił wówczas tamten, ni stąd, ni zowąd tylko dlatego, że właśnie przebiegał koło Ümita i mógł sobie na to pozwolić, a Ümit nie zastanawiał się ani chwili, wziął zamach i uderzył go pięścią w piegowatą twarz. Gdyby zastanowił się choć chwilę, wszystko potoczyłoby się inaczej i nie miałby ani odwagi, ani siły bronić się przed chłopakiem z dziesiątej klasy. A jednak tego nie zrobił. Pięść Ümita wykonała ruch samodzielnie, z miejsca, nad którym nie miał kontroli.

[...]

Tylko Jonas z Ümitem zostali w schronisku; zapewnili, że zaraz dojdą do reszty. Gdy tak siedzieli z kilkoma butelkami piwa na opuszczonej klatce schodowej, Jonas po raz pierwszy opowiedział Ümitowi o swoim ojcu: że go nie pamięta, bo gdy służba w Niemczech dobiegła końca, ojciec wrócił do Stanów i nigdy już się nie odezwał – ani do syna, ani do jego matki. Przecież możesz go poszukać, zasugerował Ümit, któregoś dnia polecisz do Stanów i po prostu go odnajdziesz. Jonas potrząsnął głową i lekko się uśmiechnął. W jego spojrzeniu było widać coś, co Ümit zauważył już wcześniej, ale dopiero teraz rozpoznał, co to takiego: rysa będąca dowodem na to, że coś w nim pękło. Ümit to rozumiał, w końcu sam zawsze miał wrażenie, że coś z nim jest nie tak. Tak, może kiedyś pojadę do Stanów, mówił Jonas. Żeby poczuć się mniej samotnie. Bo tam są ludzie podobni do mnie. Nie tak jak tutaj, gdzie wszyscy zawsze patrzą na mnie jak na intruza, jak na kogoś, kto tu nie pasuje, bo zawsze jako jedyny jestem czarny. Nawet gdy wracam do mamy do domu jako jedyny jestem czarny. Czasem wydaje mi się, że także i ona widzi we mnie intruza, czy coś w tym stylu. Nie wiem, może to sobie wkręcam. Po prostu mam już dość tego uczucia. Ale na pewno nie pojadę do Stanów, żeby poszukać mojego cholernego ojca. Mam go gdzieś! Skoro on nie chce ze mną kontaktu, to ja tym bardziej nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.

[...]

Walter siedział naprzeciwko ze złożonymi rękoma i silił się na spojrzenie pełne zrozumienia. Na stole przed nimi stały dwie butelki z gazowanym napojem jabłkowym. Ümit nienawidził tego napoju – od zawsze przypominał mu siki, zwłaszcza gdy był ciepły – ale wziął jeszcze łyk, bo zaschło mu w gardle. Tłuste palce Waltera kojarzyły mu się z kiełbaskami w słoiku, które pozostałe dzieci dostawały kiedyś na imprezach urodzinowych, podczas gdy Ümit, niepocieszony, za każdym razem wgryzał się w kanapki z serem. Na jednym z palców-kiełbasek dostrzegł wciśnięty wąski złoty pierścionek; wyobraził sobie różową twarz Waltera w trakcie jego ślubu, przed upiornym ołtarzem w ciemnym, przenikliwie zimnym kościele. Któregoś razu przed laty Walter wręczył Ümitowi po treningu czerwoną książkę. Nazywała się Incil i została napisana w języku tureckim. W końcu tak lubisz czytać, stwierdził Walter, w drodze na mecze wyjazdowe zawsze masz przy sobie jakąś książkę, może chcesz się przekonać, czy to coś dla ciebie. Zamiast wyznać, że tak naprawdę potwornie kaleczy turecki i ledwo co jest w stanie porozumieć się w nim przy kuchennym stole, Ümit podziękował i wsunął ją do sportowej torby. W drodze powrotnej nad rzeką zorientował się, że książka jest napisana dziwnym, archaicznym językiem, w którym nie rozumiał ani słowa. W domu wstawił ją do gablotki w salonie. Poza tym ich domowa biblioteczka składała się z dwudziestotomowej encyklopedii w skórzanej oprawie, którą z kuponami z dziennika „Hürriyet” można było kupić w promocyjnej cenie, grubego sennika i cienkiego zielonego tomiku z surą Ja Sin z Koranu. Prawdziwy Koran zamiast w gablotce leżał poziomo na zamkniętej półce w szafce, owinięty w cienką chustę niczym śpiące niemowlę. Ojciec natychmiast zauważył nową książkę i wezwał na dywanik całą rodzinę. Oburzony, wymachiwał tomem w powietrzu, aż Ümit wreszcie przyznał, że to prezent od Waltera. Co za łajdak! Co on sobie wyobraża? Że kim niby jest? Pobiegł z książką do klubu, by z powrotem wcisnąć ją trenerowi w jego palce-kiełbaski. Peri wytłumaczyła później Ümitowi, że Incil to Biblia po turecku. No i co z tego? Ümit wzruszył ramionami.

[...]

Doktor Schumann wziął ze stołu notatnik i przeglądał go, aż znalazł szukaną stronę. Ümicie, od twojego trenera, pana Hartmanna, dowiedziałem się, że potrzebujesz pomocy. Bo zacząłeś wykazywać skłonność, która ci przeszkadza. Czy to prawda? Ümit zaczął się zastanawiać, skąd doktor Schumann zna Waltera. Usiłował znaleźć między nimi podobieństwa, jednak bezskutecznie. Doktor Schumann mówił łagodnym tonem, a przez tę nadzwyczajną łagodność przebijała niebywała pewność siebie; inaczej niż Walter, który mimo starań, by sprawiać wrażenie silnego, zawsze zachowywał się, jak gdyby coś ukrywał lub tłumił, jak gdyby się czegoś wstydził. Doktor Schumann z kolei miał wszystko pod kontrolą: swoje emocje i głos, a także ludzi dookoła. Ümicie, to prawda? Słucham? Nie wiem… Nie mam pojęcia, co znaczy „skłonność”. Ümicie. Jest chłopak, w którym, jak twierdzisz, się zakochałeś. To prawda? Ümit poczuł w klatce piersiowej pięść uderzającą go od środka. Kręcił się w fotelu na wszystkie strony, starał przyjąć pozycję uniemożliwiającą po prostu osunięcie się na ziemię. Patrzył na blade akwarele wiszące na ścianie za doktorem, przedstawiające domy z muru pruskiego. W głowie huczały mu słowa doktora. Czyli pana zdaniem zachowuję się jak ktoś, kto jest zakochany? – zapytał z wahaniem. Tak, dokładnie. A może tak ci się tylko wydaje? Czy to było pytanie? Czy Ümit źle zinterpretował sposób, w jaki doktor zaakcentował koniec zdania? Spojrzał na swoje dłonie. Paznokcie miał o milimetr za długie; matka nienawidziła, gdy pojawiał się na nich biały brzeg. Skupił myśli. Chciał przyznać mu rację, ale nie był pewny, czy zrozumiał pytanie. Na czym polega różnica? – zapytał. To znaczy między zakochaniem a myśleniem, że być może jest się zakochanym?

[...]

Różnica – ciągnął doktor Schumann – przedstawia się następująco: czasem podziwiamy osoby tej samej płci za konkretne cechy. Chcemy być tacy jak one i silnie się z nimi identyfikujemy. To nie ma oczywiście nic wspólnego z zakochaniem. Ümit poczuł łaskotanie w czubku nosa. Piekły go oczy. Wstrzymał powietrze. Zazwyczaj jednak już wcześniej mamy do czynienia z zaburzeniem tożsamości, które polega na tym, że pacjent nie uważa się za wystarczająco męskiego. Niektórzy wynoszą to z domu rodzinnego…

[...]

Doktor Schumann zapisywał skrzętnie strony swojego żółtego notatnika, od czasu do czasu spoglądał na Ümita i lekko unosił podbródek, czym sygnalizował mu, że ma mówić dalej. Ümit z każdej wizyty wychodził ze strasznym hukiem w uszach; hukiem dzwonów, które przez całe dzieciństwo praktycznie co kilka minut rozbrzmiewały z nową siłą i tłumiły każdą rozmowę, każdą myśl. W domu parzył herbatę rumiankową mamie, jak gdyby chciał wynagrodzić jej zdradę, jakiej dopuścił się na wizycie i dawał jej, niczego nieświadomej, buziaka w czoło. Zdaniem doktora Schumanna Ümit był gejem, bo ojciec nie okazywał czułości; był gejem, bo o wszystkim zawsze decydowała jego matka; był gejem, bo od dziecka więcej czasu spędzał ze swoją siostrą niż z kolegami w tym samym wieku; był gejem, bo kobiety z jego kręgu kulturowego – doktor Schumann uwielbiał to określenie – były tak usłużne, że przestały być dla Ümita atrakcyjne. Ale nie mówił pan, że o wszystkim zawsze decydowała moja matka? Ümicie, musisz pogodzić się z tym, że życie jest pełne sprzeczności – odpowiedział doktor Schumann cierpliwym tonem, jak gdyby dotyczyło to tylko życia, a nie tego, co sam mówił co czwartek o rodzinie pacjenta. Nie wspomniałeś na jednym z pierwszych spotkań, że domem zajmują się u was wyłącznie twoja matka z siostrą?

[...]

Doktor Schumann oczywiście nigdy nie użył słowa „gej”. W jego świecie pojęcie to prawdopodobnie nie istniało, bo w ogóle nie dopuszczał myśli, że może istnieć miłość między mężczyznami. Uważał to za wymysł mediów, bardzo niebezpieczny zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy mają tendencję do naśladowania i wszystko, co tylko zobaczą w prywatnej telewizji, uznają za normalne. Uważał, że nie istnieje miłość między mężczyznami, są za to ludzie z poważnymi zaburzeniami, którzy potrzebują pomocy i konsultacji lekarskiej. Ümit był jednym z takich przypadków. Jeden jedyny raz Ümit próbował sprzeciwić się doktorowi Schumannowi Ümit, który rzadko sprzeciwiał się komukolwiek, a gdy już to robił, tak często odchrząkiwał, że trudno go było zrozumieć. Tym razem jednak zebrał się na odwagę i powiedział, że na każdy temat istnieją różne opinie i że bez wątpienia mógł złapać gorszą chorobę niż zakochanie się w drugiej osobie. Na dźwięk tych słów, które wybrzmiały tak jasno i klarownie, Ümita ogarnęło zdumienie. Doktor Schumann jednak spojrzał na niego obojętnie i zapytał: Nie uczyli was w szkole o AIDS? Ümit skinął głową i obiecał sobie, że nigdy już nie powie niczego podobnego.

[...]

Plusk wody. Ümit otwiera oczy i spogląda na białą wykafelkowaną ścianę, na szare cementowe fugi. Rozgląda się wokół i widzi, że matka z Peri wyszły z pomieszczenia w piwnicy. Został sam, wokół metalowego stołu obok stoją tylko hoca [z tur. nauczyciele – przyp. aut.] w lekarskim kitlu i obcy kuzyn. Obaj myją nagie, obrzękłe ciało leżące przed nimi, odmawiając cicho modlitwy. Obaj mają maseczki. Ümit dotyka swojej twarzy i zauważa, że sam – mimo braku maseczki – z trudem łapie powietrze. Podchodzi do stołu. Ciało pokrywają plamy, tylko podbrzusze zakrywa biała chusta. Niebieskie i fioletowe plamy przypominają siniaki, które Ümitowi zdarzało się mieć po meczu, ale są większe, dużo większe, rozlewają się po całym ciele. Chłopak patrzy na dłoń swojego ojca, bezbarwną i opuchniętą niczym mały nadmuchany rękawek do pływania. W powietrzu wciąż czuć nie tylko słodkawy zapach lawendy, lecz także coś jeszcze. Ümit z trudem stara się oddychać wyłącznie przez usta, bo zapach jest nie do wytrzymania. Zrywa z twarzy maseczkę, której wcale nie ma, bierze głęboki wdech, brakuje mu powietrza, znów czuje, jak nogi zaczynają przypominać drożdżowe ciasto, jak uginają się mu kolana, jak białe kafelki dookoła zamieniają się w świecące punkciki. Czuje, że jego ciało rozpada się na tysiące kawałeczków, ale nie ma przy nim Jonasa, który wyciągnąłby go na powierzchnię.

[...]

SEVDA SIĘ MODLI. Ma na sobie duże czarne okulary przeciwsłoneczne, siedzi z dziećmi na tylnym siedzeniu taksówki i się modli; Al-Fatiha i Al-Ichlas to dwie pierwsze sury, których nauczyła się w życiu. Nie ma pojęcia, o czym traktują, nie ma pojęcia, co znaczą te słowa, których jako dziecko musiała nauczyć się na pamięć – nie zna arabskiego, skąd niby miałaby to wiedzieć? Odtwarza tylko dźwięki i rytm, brzmienie. Zawsze jednak, gdy w panice głowa odmawia posłuszeństwa, przypominają jej się te sury z Koranu – i nic, poza tym. Są niczym poręcz na klatce schodowej w domu, w którym panują ciemności. Są podporą Sevdy. Wiadomość o śmierci ojca przetoczyła się po jej życiu niczym walec, jak jednoznaczne przesłanie z góry. Jak gdyby Allah chciał ukarać Sevdę za to, co od miesięcy wyprawia bez jakiegokolwiek poczucia wstydu. A więc istnieje jeszcze sprawiedliwość, tylko po to, by zawalić się na jej głowę niczym płonący dom. O poranku w pośpiechu zbiegła schodami do sklepu, poprosiła panią Meyer z drugiego piętra, by na dużej kartce napisała markerem Zamknięte z powodu żałoby i powiesiła tę kartkę na drzwiach obok godzin otwarcia. Po raz pierwszy od dwóch lat zamknęła lokal, który normalnie był czynny sześć dni w tygodniu. Pojęcie żałoba zasugerowała pani Meyer, tak podobno mówi się po niemiecku, by nie pisać Mój ojciec nie żyje – te słowa początkowo podyktowała sąsiadce.

[...]

Al-Fatihy, pierwszej sury Koranu, nauczyła Sevdę babcia, gdy Sevda miała mniej więcej tyle lat co teraz jej córka – koło siedmiu. Jej babaanne [z tur. babcia – przyp. aut.] zwykła również powtarzać, że nie wolno się buntować i należy zawsze okazywać wdzięczność za to, co się ma, mimo że swoim zachowaniem dawała zupełnie inny przykład; nie zgadzała się bowiem, by ktokolwiek, a w szczególności własny mąż, mówił jej, co ma robić. Twierdziła, że zawsze ma rację – często tak też było – a jednocześnie żądała od wszystkich pokory i wygłaszała na jej temat kazania, jak gdyby chodziło o najwyższą z cnót, która miała zagwarantować najlepsze miejsce w raju.  Gdy w wieku dwunastu lat musiała zostać z dziadkami w Karlidag [wioska turecka na pograniczu z Armenią – przyp. aut.], podczas gdy Hüseyin ściągnął do Niemiec resztę rodziny, Sevdę zaskoczył przede wszystkim fakt, że oczekiwano od niej rzeczy, które – jak się wydawało – nie obowiązywały innych. Dopiero gdy skończyła trzynaście lat, po raz pierwszy odważyła się głośno i wyraźnie powiedzieć „nie”. W końcu stawką było jej życie. NIE. NIE. CHCĘ. WY CHO DZIĆ. ZA MĄŻ – powiedziała wówczas bardzo cicho, ale tak dobitnie, że jej szept zawibrował niczym krzyk. Jej babaanne, zaskoczona, podniosła wzrok z kuchenki i spojrzała w stronę wnuczki, po czym pomarszczonymi palcami, czerwonymi od henny, pogłaskała Sevdę po policzku, jak gdyby chciała pochwalić ją za to, że nareszcie się jej sprzeciwiła.

[...]

Raz Sevda widziała taką kobietę na żywo; była wówczas bardzo mała, miała może z cztery czy pięć lat, w każdym razie mieszkała jeszcze w górskiej wiosce, gdzie śniegu padało zawsze dużo więcej niż na dole, w Karlidag, i gdzie tak naprawdę nigdy nie pojawiali się ludzie nieznani chociażby z widzenia. Grubo opatulona niczym arbuz, z którego wystawała para malutkich zapałczanych nóżek, Sevda wyszła przed drzwi pomalowane na zielono i wodziła wzrokiem po nieskończonej bieli, która rozpościerała się przed nią dzień w dzień, gdy nagle pośrodku pojawiła się kobieta obcięta na boba [rodzaj krótkiej fryzury damskiej – przyp. aut.]. Nieznajoma miała na nosie duże czarne okulary przeciwsłoneczne i spoglądała na kartkę, jak gdyby szukała konkretnego domu albo jakiejś osoby. Była najbardziej obcą istotą, jaką Sevda widziała w życiu. Spod jasnobrązowego futra, sięgającego prawie do kostek, wystawały kozaki na obcasach, które absolutnie nie nadawały się na błotniste ścieżki we wsi. Kobieta wcale nie wyglądała jednak, jakby musiała dużo chodzić, pomyślała potem Sevda, gdy przypomniało jej się to spotkanie; pewnie ma szofera, który wozi ją wszędzie mercedesem czy coś w tym stylu. Wokół nadgarstka nieznajoma przerzuciła sobie niebieską kanciastą torebkę, a gdy na chwilę zdjęła okulary, Sevda zobaczyła, że – niczym aktorka filmowa – oczy ma podkreślone spiczastymi kreskami.

[...]

Na krótko przed piętnastymi urodzinami wreszcie nadeszła ta chwila: ojciec przyjechał po nią i mieli razem wrócić do Niemiec. Hüseyin mieszkał tam już blisko dziesięć lat, dwa lata wcześniej przyjechał do Karlidag po jej matkę i rodzeństwo: Hakana i Peri. Był to ostatni moment na przeprowadzkę, bo dołączać do rodziców pracujących w Niemczech mogły tylko dzieci poniżej szesnastego roku życia, a w żółtym dowodzie Sevdy było napisane, że wkrótce miała osiągnąć ten wiek. Dowód ten tak naprawdę wystawiono dla dziecka, które przyszło na świat rok przed nią i zmarło już po kilku tygodniach. Także miało ono na imię Sevda, ponieważ jednak dotarcie ze wsi do miasta w miesiącach letnich było uciążliwe, w zimowych zaś graniczyło z cudem, nikt nie zadał sobie trudu zgłoszenia zgonu jednego i narodzin kolejnego dziecka. Co to za różnica, skoro w dodatku chodziło o dziewczynki? Czasami Sevda miała wrażenie, że jest kolejnym wcieleniem pierwszego dziecka o tym samym imieniu, że narodziła się na nowo, a to jej kolejna szansa, którą powinna wykorzystać i czerpać z życia pełnymi garściami. Kiedy indziej z kolei Sevdę nagle ogarniał smutek, że nie posiada własnego imienia i w związku z tym wszystko, co dotyczy jej egzystencji, jest jakby pożyczone i w każdej chwili może jej zostać zabrane, a ona nie będzie miała prawa uronić nawet łzy. Życie w cieniu zmarłego noworodka to jedno. Inną sprawą było to, że Sevdę zostawiono u dziadków niczym zepsutą walizkę. Fakt, że w wieku dwunastu lat była samiuteńka, podczas gdy reszta rodziny rozpoczynała wszystko od nowa w fascynującym kraju na drugim końcu świata, zdeterminował jej całe życie. Owo uczucie samotności miało zostać z nią już na zawsze, stać się częścią jej osoby; towarzyszyć jej niezależnie od tego, gdzie była, także w południowoniemieckim miasteczku, gdzie jej rodzeństwo od dawna już mówiło w języku, którego Sevda nie rozumiała, jak również w Dolnej Saksonii, gdzie kilka lat później – w zaawansowanej ciąży, a następnie z noworodkiem w ramionach – płakała przy piosenkach Tracy Chapman.

[...]

W rzeczywistości nie jest to pierwszy raz, gdy Sevda traci ojca. Przytrafiło jej się to już latem 1981 roku, gdy Hüseyin ściągnął ją do Niemiec. Wówczas ten kochający ojciec – którego przez dziesięć lat widywała tylko podczas czterotygodniowych odwiedzin w wakacje, gdy przywoził z Niemiec prezenty, sukienki ozdobione jedwabnymi kokardami i lalki z czerwonymi warkoczykami, gdy brał ją w ramiona, całował i wtulał nos w jej włosy również raptownie zniknął z jej życia. Zniknął od razu po ich pierwszej wspólnej podróży, gdy tylko dotarli do Niemiec. Jego miejsce zajął ktoś inny: mężczyzna, który o poranku, w drodze z nocnej zmiany, na powitanie co najwyżej kiwał głową; który choć wyglądał identycznie jak ojciec, zamiast serdeczności miał w spojrzeniu chłód i zaciekłość. Sevda nie potrafiła powiedzieć, kiedy i jak doszło do tej przemiany. Ojciec nagle zaczął sprawiać wrażenie wiecznie zmęczonego i starego, dużo starszego niż w pociągu jadącym przez Turcję czy na bazarze w Stambule. Blask, który pojawiał się na twarzy Hüseyina podczas urlopów w ojczyźnie, zniknął bezpowrotnie. Od przyjazdu do Rheinstadt zabrakło uścisków, prezentów i oczywiście nowej torebki. Hüseyin przestał odzywać się do Sevdy.

[...]

Sevda wyobrażała sobie Niemcy inaczej. Jej matka z kolei tak naprawdę między Niemcami a Karlidag nie widziała wielkiej różnicy: za każdym rogiem czaiło się jej zdaniem niebezpieczeństwo porwania, gwałtu i pocięcia na kawałki, wobec czego do ludzi należało podchodzić z ostrożnością i w ogóle najlepiej było nie wychodzić z domu. Matka zachowywała się w Rheinstadt tak samo jak jej babaanne w Karlidag w miesiącach po zamachu stanu – wolała nie rzucać się w oczy, nie chciała, by ktoś w ogóle zauważył, że istnieje. Na ulicy mówiła wyłącznie szeptem. Wszędzie czaiło się utajone niebezpieczeństwo, przed którym ona i jej rodzina mogli ukryć się wyłącznie w domu. Sevda nie potrafiła uzasadnić ani obaw babaanne, ani anne [z tur. mama – przyp. aut.]; wiedziała tylko jedno – nie chciała stać się taka jak one. Strach innych zamknął Sevdę w czterech ścianach niczym w więzieniu. Także Sevda dostrzegała jednak w Niemczech rzeczy, które rzeczywiście przywodziły na myśl Karlidag: nieustannie było zimno, w nocy panowała cisza jak makiem zasiał, a gdy w drodze na zakupy spotykały z matką innych ludzi, ci wpatrywali się w nie z taką ciekawością, jak gdyby były zagadką, którą należało rozwiązać. Tylko że ludzie tutaj nigdy się ze sobą nie witali. Nikt nie uprawiał też niczego w swoich ogródkach. Rosła w nich jedynie trawa, którą regularnie strzyżono na tę samą wysokość i ogradzano niewysoką kratką. Sevda kompletnie nie rozumiała sensu stawiania płotu sięgającego co najwyżej do pasa – przecież ani nie chronił przed włamywaczami, ani nie zagradzał drogi wilkom czy niedźwiedziom.

[...]

Sevda wiedziała, kto to taki: nazywała się Nesrin Topkap? i była pierwszą kobietą, której zezwolono na wykonanie takiego tańca w tureckiej telewizji. Sevda pamiętała tę noc, gdy pięć po dwunastej 1 stycznia 1981 roku – zaledwie kilka miesięcy po tym, jak na błotniste ulice miasta wkroczyło wojsko, które przejęło władzę w całym kraju, zaledwie kilka miesięcy po tym, jak jej babaanne i dede [z tur. dziadek – przyp. aut.] zaczęli mówić wyłącznie szeptem – siedziała z szeroko otwartymi oczami przed telewizorem w Karlidag. Niewątpliwie istniały już wcześniej filmy, których akcja toczyła się w klubach nocnych, filmy, w których występowały kobiety wykonujące ów taniec, ale zaproszenie tancerki akurat do publicznej telewizji, by zatańczyła dla całego kraju, i to w tak skąpych fatałaszkach, było czymś tak niespodziewanym, skandalicznym i absurdalnym, jeśli pomyśleć o wszystkich tych żołnierzach z bronią, dzień w dzień krążących po ich dzielnicy, że w tamtej chwili wszystkim w salonie po prostu zaparło dech. Przyszła do nich wówczas połowa sąsiedztwa, bo poza dziadkami Sevdy mało kto posiadał telewizor. Nikt nawet nie pisnął, nawet chrapliwy oddech staruszków ucichł z trwogi przed ruchami bioder Nesrin Topkap?.

[...]

Sevda czuła, że pęka jej głowa. Przez rok od poniedziałku do piątku ruszała wzdłuż rzeki na kurs niemieckiego, gdzie usiłowała utrwalić w pamięci wszystkie reguły, a także wszystkie wyjątki, wyjątki od wyjątków i wyjątki od wyjątków wyjątków niemieckiej gramatyki. Gdy w południe kończyły się zajęcia, chodziła czasem do biblioteki, do której na kursie dostała kartę. Wypożyczała Burdy i Małe kobietki Luisy May Alcott, bo o książce usłyszała w radiu, gdy mieszkała jeszcze w Karlidag. Zdołała jednak dobrnąć zaledwie do trzeciej strony. Kurs obejmował także odbycie dwóch praktyk. Pierwsze zrobiła w szpitalu w Rheinstadt, gdzie wydawała pacjentom posiłki, drugie zaś w domu handlowym Hertie, w dziale z wełną i tekstyliami mieszczącym się w suterenie. Po tym, jak dwie klientki z Turcji zorientowały się, że Sevda mówi w ich języku, nagle każdego dnia zaczęły przychodzić do niej kolejne Turczynki – po radę albo po prostu na plotki. Na koniec zawsze wszystkie wychodziły z pustymi rękami, ale mimo to dawały Sevdzie poczucie, że jest potrzebna. Nareszcie miała coś, czego nie miały inne sprzedawczynie.

[...]

Był 1984 rok i państwo niemieckie wypłacało pieniądze powracającym dobrowolnie, tak dużo pieniędzy, że w rodzinnych stronach mogli oni kupić sobie dom. Havva mieszkała w Niemczech od dziesiątego roku życia. Zachowywała się tak, jak gdyby mogła zostać, jeśliby tego chciała, jak gdyby decyzja o powrocie była jej własną. Nikt nas tu nie chce. Wolę sama się wyprowadzić, zanim nas stąd przepędzą – stwierdziła, nie wysilając się nawet, by z papierosem podejść do okna. Popiół strząsała prosto na komodę obok łóżka. Sevda nie rozumiała wówczas, co Havva ma na myśli. Nigdy nie miała wrażenia, że jest tu niechciana. Nikt nigdy nie nazwał jej cholerną Turczynką, nikt jej źle nie potraktował. OK, Niemcy w pracy nie byli specjalnie uprzejmi, ale nie inaczej zachowywali się w stosunku do siebie samych. Tacy już byli.

[...]

Jak to się stało, że wylądowała tutaj w wieku dwudziestu trzech lat, do końca życia uziemiona dwoma zobowiązaniami, podczas gdy jej marzenia ograniczały się do kariery, własnej torebki i samodzielnego życia? Z dwójką dzieci i bez dyplomu, w miejscu, gdzie każdego dnia na kolejnej ścianie pojawiał się napis Cudzoziemcy wynocha! o perspektywie normalnej pracy mogła zapomnieć. Jej babka miała rację, gdy wtedy, w Karlidag, powiedziała: Sevdam, cały czas żyjesz marzeniami i pewnego dnia obudzisz się i będziesz przeklinać swoje życie, bo ono okaże się zupełnie inne od tego, które sobie wyśniłaś. Dlatego zmądrzej i doceń to, co masz: dwoje ramion, dwie nogi, urodę. Nie wystarczy ci? Nie można mieć wszystkiego.

[...]

W pierwszych miesiącach w nowym mieszkaniu w Salzhagen Sevdzie często przypominały się słowa Havvy: Nikt nas tu nie chce. Wolę sama się wyprowadzić, zanim nas stąd przepędzą. Powoli, z godziny na godzinę – gdy myła pietruszkę, sprzątała pokój dziecięcy, przecierała zaparowane lustro w łazience – zaczynała rozumieć, co miała na myśli przyjaciółka przed powrotem do Turcji. Od jej wyprowadzki minęło jedenaście lat. Dopiero po tak długim czasie, gdy dach nad głową Sevdy stanął w płomieniach, dotarło do niej, że Havva miała rację: nikt ich tu nie chciał. Sevda podjęła jednak inną decyzję niż Havva i jej rodzina: pod żadnym pozorem nie zamierzała wyświadczać nikomu przysługi i się stąd wynosić. Jeżeli ktoś nie życzył sobie jej obecności w tym miejscu, musiał przepędzić ją sam. Postanowiła, że zostanie na miejscu i spróbuje ułożyć sobie życie tutaj, w tej cholernej dziurze, niezależnie od tego, co się będzie działo.

[...]

Sevda zaczęła coraz częściej przychodzić do pizzerii Marielli. Lubiła patrzeć, jak kobieta z oddaniem krząta się po restauracji, zanim pojawią się pierwsi goście; jak poleruje sztućce, rozstawia na stołach świeczki, wypisuje na tablicy kartę dań na dany dzień i od czasu do czasu chodzi do kuchni, by nakrzyczeć na Davidego, po chwili zaś wraca z uśmiechem na twarzy i jak gdyby nigdy nic włącza jakąś melancholijną włoską piosenkę, a następnie nuci pod nosem melodię i sprawnymi ruchami robi Sevdzie kawę. Czasami dawała Sevdzie na wynos pizzę familijną, a tym samym oszczędzała jej gotowania. Dzieci to uwielbiały, nigdy wcześniej nie jadły posiłków z restauracji. Jedzenie najwyraźniej smakowało też Ihsanowi. Trzeba przyznać, że ta kobieta wie, co robi! – zachwycał się i pochłaniał ostatni kawałek pizzy. Cieszę się, że się zgadzamy – powiedziała Sevda, sprzątnęła pusty karton i wysypała okruszki do śmietnika. Bo zaczynam pracować dla Marielli. Będzie mi płacić nie najgorszą stawkę godzinową, no i podobno goście zostawiają porządne napiwki.

[...]

W Niemczech była cholerną Turczynką, w Turcji – plugawą, niewierzącą Arabką. Dlatego też razem z wybuchowym mężem wróciła do Niemiec w nadziei, że tu przestanie ją bić. Przemoc zaczęła się bowiem dopiero wtedy, gdy zrozumiał, że mimo ukończonych studiów nigdy nie dostanie pracy jako urzędnik, bo jest chrześcijaninem – z tego powodu nikt nie chciał go zatrudnić nawet jako strażnika na posterunku policji. Havva przekonała go do wspólnego powrotu do Niemiec, bo choć nie spodziewali się tu lepszego traktowania, to co do jednego mogli być pewni: w Niemczech nie brakowało pracy. Po przyjeździe okazało się jednak, że ponieważ starają się o azyl, oficjalnie nie wolno im podjąć zatrudnienia. Poza tym w ciągu dziesięciu lat od jej wyjazdu z kraju pewne rzeczy uległy zmianie: ofert było zdecydowanie mniej, a konkurencja wśród robotników z byłych Niemiec Wschodnich, którzy osiedlali się w całym kraju – zacięta. Przemocowiec nie wykazywał zresztą szczególnych ambicji i po dwóch dniach na budowie rzucił pracę, po czym złamał Havvie obojczyk.

[...]

Peri myśli wręcz, że byłoby prościej, gdyby Hüseyin faktycznie od zawsze był autorytarnym ojcem – apodyktycznym, ignoranckim, skupionym na sobie – za jakiego go uznała najpóźniej wtedy, gdy na pierwszym roku dołączyła do grupy kobiecej na swoim wydziale. On jednak wcale taki nie był. A przynajmniej nie tylko taki. Cechowała go również opiekuńczość. A także skrytość i zamknięcie w sobie. Należało otworzyć sejf, włożyć uczucia, zamknąć drzwiczki, bum! a karteczkę z kodem dostępu wyrzucić przez okno jadącego samochodu. Żeby to zrozumieć, Peri musiała zobaczyć zimne, martwe ciało ojca w piwnicy stambulskiego szpitala; żeby to zrozumieć, musiała wylądować w tym ciemnym salonie w pięknie odnowionym mieszkaniu w wielkim mieście, przy czym mieszkanie to okazało się grobem kopanym przez ojca przez całe życie, grobem, w którym położył się przy pierwszej lepszej okazji. „Wolność oznacza, że nie trzeba pracować” – to usłyszane na zajęciach hasło, które podobno pochodziło z którejś z rozmów Horkheimera z Adornem, od tygodni kołacze się Peri po głowie. To chyba musiało się wydarzyć, Hüseyin musiał umrzeć na niewydolność serca zaledwie tydzień przed oficjalnym przejściem na emeryturę. Podczas gdy jej znajomi ze studiów mieli odziedziczyć biżuterię, sztućce i całe domy, Peri myślała zawsze, że dzieciom Hüseyina nie przypadnie nic; w końcu nie mieli nawet historii. Teraz jednak mają to mieszkanie. Mieszkanie, dla którego ojciec poświęcił swoje najlepsze lata. Cztery pokoje, które przypominają o wyczerpaniu i śmierci. I o niczym więcej.

[...]

Na weselach szczerość jest niepożądana. Nikt nie przychodzi na wesele, nie krzywi się i nie mówi: Nienawidzę tego życia, a swoją drogą panna młoda zdradza ideały przyświecające feministkom. Zamiast tego wszyscy z przyklejonymi uśmiechami rozmyślają o pięćdziesięciu innych rzeczach, które mogliby robić w tej chwili, zamiast siedzieć w dusznej sali, słuchać dudniącej muzyki i zjadać pieczonego kurczaka z papierowych talerzyków i odgrywać rolę statystów w tym tanim przedstawieniu dla pary, która najpóźniej za dwa lata i tak się rozwiedzie. Na pogrzebach jest inaczej. W obliczu śmierci nikt nie ma tyle sił, by zachowywać pozory. Coś w ludziach pęka, czy tego chcą, czy nie, a pęknięcia ujawniają zgrozę, ów narcystyczny strach przed swoją doczesnością, przed tym, że każdy spacer może zakończyć się zawałem, każdy papieros rakiem, a cierpienie po rozstaniu – samobójstwem. Tylko dlatego Peri mogła na pogrzebie własnego ojca patrzeć na wszystkich tych obcych ludzi, jak wypłakiwali oczy, wcale nie ze względu na tego mężczyznę, który ich nie obchodził, nie, przecież chodziło im o nich samych; patrzyła na ludzi opłakujących zbliżającą się własną śmierć, ludzi, którzy przyszli pochować swoją teraźniejszość i tęsknotę.

[...]

Peri czuje na udzie ciepły oddech brata. Ona to wie. Wie, że się zakochał. I że chodzi o miłość bez wzajemności. Widzi to w jego ruchach, w czystym cierpieniu malującym się na jego twarzy. Od nieodwzajemnionego uczucia można się rozchorować. Peri boli ten widok, najchętniej zamieniłaby się z Ümitem, żeby nie musiał się tak męczyć. Zwłaszcza on, chłopak o tak łagodnym usposobieniu. Peri uwielbia takich mężczyzn. No, ale inni są, jacy są. Ich zdaniem męskość i delikatność wzajemnie się wykluczają, przez co Ümit po cichu żywi nienawiść do samego siebie. Bo i jak miałby jej nie żywić w tej cholernej rodzinie i cholernej dziurze, z której Peri uciekła od razu po zdaniu matury i do której wraca co dwa tygodnie tylko ze względu na brata i matkę? Ümit po raz pierwszy doznał upokorzenia w wieku ośmiu czy dziewięciu lat. To znaczy po raz pierwszy Peri była tego świadkiem. Chłopcze, powiedz no, czy ty sobie pomalowałeś paznokcie? Jak one ci błyszczą! Matka Burcu, Feraye teyze o ogniście czerwonych włosach, wyglądała na rozbawioną.

[...]

Peri na myśl o tym kręci głową. Jak gdyby ukończenie germanistyki było równoznaczne z bogactwem. Kto, do diabła, w 1999 roku czeka na magisterkę o Nietzschem? Nie czeka na nią nawet pies z kulawą nogą. A mimo to Peri ją napisze i odda na czas razem z zaświadczeniem, mimo że temat zupełnie jej już nie obchodzi, mimo że typ jest mizoginistycznym draniem, mimo że ten pieprzony temat wpędził ją w kompleksy; udowodni drwiącemu profesorowi i drwiącym kolegom, że jest w stanie przeczytać Nietzschego i coś z wyciągnąć z tych tekstów. Prawdą było również, iż Nietzsche zaspokajał jej tęsknotę, nawet jeśli tylko na chwilę. Jej kolegów Nietzsche interesował z zupełnie innego powodu. Podczas gdy Ludzkie, arcyludzkie miało dać Peri odpowiedzi na palące pytania, które dręczyły ją niczym nieustanna migrena, a jej oczy, niezaznające snu, pulsowały niczym tykająca bomba zwana przeżyciem, pozostali widzieli w Nietzschem kogoś w rodzaju szalonego starszego wujka; poznanie go było wprawdzie konieczne, ale nie znaczyło dla nich więcej niż pozyskanie kulturowego kapitału. Oni nie toczyli z Nietzschem walki. Nie musieli go ujarzmiać. Uważali, że są z nim na równi, postrzegali siebie jako część większej całości, historii kultury sięgającej kilka stuleci wstecz, aż do czasów, za którymi w skrytości ducha było im tęskno. Ta tęsknota zaś wynikała z silnego przekonania, że również setki lat temu znaleźliby się po tej samej stronie mocy, na pewno nie jako niewolnicy ani służący, lecz jako uczeni, bogacze, ludzie z dobrych domów, spędzający dni na piciu wina, czytaniu i seksie z konkubinami.

[...]

Poszukiwanie własnej tożsamości kończyło się milczeniem wąsatego ojca i nieprzewidywalnymi fazami ataków płaczu, a potem letargu matki. Asymilacja, myślała Peri, jest pozbawiona historii, stanowi jej przeciwieństwo, jej koniec, wyniszczenie. Jest pustką w sercu, odczuwaną, gdy ktoś mówi o tęsknocie za domem; brakiem potrzeby zwracania uwagi innym, gdy niepoprawnie wymawiają twoje imię. A jeśli niepoprawna wcale nie jest wymowa, tylko samo imię? Ostatecznie w życiu Peri wiele rzeczy – podobnie jak temat jej magisterki – wynikało wyłącznie z potrzeby sprzeciwu, wobec tego, jak inni postrzegali ją samą. Podczas gdy ludzie tacy jak Armin czy jej koledzy ze studiów nieustannie cieszyli się wolnością samodzielnego decydowania o tym, co im się podoba, a co nie, Peri wciąż narzucano, czym ma się interesować, ona zaś od zawsze zdawała się skazana na robienie przez całe życie wszystkiego dokładnie na odwrót. A więc interesuje się Nietzschem i nie, nie przekonuje jej koncepcja monogamii. Tak, czyta o teoriach feminizmu, chodzi na imprezy techno i słucha hip-hopu, nawet jeśli pozostałym kobietom w grupie się to nie podoba, i nie, nie musi odwrócić się od rodziny, by się wyemancypować.

[...]

Co to jest dżin? – pyta Ümit. Peri czuje, jak przechodzi ją zimny dreszcz. Jak każdego człowieka, który wychował się w muzułmańskim domu i słyszy to słowo. W kostnicy. W środku nocy. Rozgląda się dookoła i widzi, że w telewizji wciąż leci program o zjawach. To coś jak duch? – pyta ze wzrokiem wbitym w sufit. Tak – przytakuje Peri, po czym zastanawia się chwilę. Albo nie. Nie do końca. Czy Ümit właśnie usłyszał słowo „dżin” w tym programie o zjawach? Czy może dopiero po raz pierwszy odważył się o to zapytać? Czy wszyscy dookoła – rodzeństwo, kuzynostwo, sąsiedzi – dorastali w ciągłym strachu przed tymi niewidzialnymi stworzeniami, o których rzadko się mówi, których imion lepiej nie wymawiać? Po turecku mówi się na nie te na trzy litery zamiast cin, w obawie, że można by je niechcący wezwać do siebie i potem nie móc się ich pozbyć. Jak brzmi liczba mnoga od dżina? Dżiny? Być może obawa przed nimi niekoniecznie idzie w parze z rozumieniem, czym jest dżin. Czy podobnie nie jest w przypadku śmierci? To, co mgliste, niepewne, ciemne, napędza ludziom strachu, bo nie można tego uchwycić, bo żeby to zobaczyć, ludzie muszą uruchamiać wyobraźnię, a czy jest coś bardziej bezlitosnego niż własna wyobraźnia? Czy Lauryn Hill w swojej nowej piosence nie rapuje przypadkiem: a muslim sleeping with a jin? [z ang. muzułmanin śpi ze swoim dźinem? – przyp. aut.] W Koranie jest napisane, że dżiny żyją na ziemi tak jak ludzie. Cała święta księga jest skierowana do ludzi i dżinów. Tylko że ich nie widać.

[...]

Peri jest rada, że okres w jej życiu, gdy głosiła, że Bóg nie żyje, dobiegł końca; nie żeby zdołała go odnaleźć, tego Boga, na którym można polegać, ale od wiernych o zapędach misjonarskich, którzy gadają o dżinach i cehennem [z tur. piekło – przyp. aut.], gorsi są tylko zadufani w sobie nihiliści. Po tym, jak przez dłuższy czas sama reprezentowała taką postawę i każdego – dosłownie każdego – usiłowała przekonać, jak bezsensowne i puste jest życie, w końcu wzięła się w garść; w całej swojej wyniosłości, z jaką kręciła nosem na sposób myślenia i życie swoich rodziców, nie zauważyła bowiem, że być może nie należy współczuć tym, którzy usiłują wypełnić pustkę za pomocą rytuałów i historii, lecz tym, którzy ową pustkę stawiają na piedestale i hołdują jej, a przez to tracą jakikolwiek kontakt z ludźmi wokół i ich potrzebami. Kogo bowiem stać na empatię wobec innych, jeśli bez reszty skupia się na tragizmie własnej egzystencji? Jak przeciwstawiać się niesprawiedliwościom, jeśli i tak nic nie ma żadnej wartości? I jak w ogóle uznać, że życie ma jakiś sens, skoro neguje się wszystko, co się na nie składa? Być może dlatego Peri musiała odwrócić się od Nietzschego: bo jego idee sprawiały, że na wszystko obojętniała. Bo w połączeniu ze wszystkimi żenionymi narkotykami, monotonią imprez i nijakimi znajomościami groziło jej popadnięcie w ciąg, w którym mogła się zatracić na zawsze. W szaleństwie. Czy szaleństwo nie jest najgorszą rzeczą, która może dopaść człowieka? Największym lękiem? Tak, dużo większym od tego przed śmiercią, bo gdy nie żyjesz, nie masz się już czego obawiać. Tak naprawdę nie ma niczego bardziej przerażającego od szaleństwa, utraty zaufania we własny rozum i percepcję, niemożności wyrwania się ze stanu zapętlenia; od życia bez uczestniczenia w nim w pełni. Wie o tym każdy, kto niechcący zapodał za dużo LSD i w panice leżał, odrętwiały, na wykładzinie z PCV we własnym mieszkaniu, wbijał wzrok w sufit i widział, jak otwierają się okna, jedno po drugim, jak w każdym otwiera się kolejne i jeszcze kolejne, aż wszystkie ramy nakładające się na siebie nagle tworzą wąski szyb, w środku którego otwiera się przepaść i wydaje ci się, że w nią wpadasz, bo całkowicie tracisz orientację, bo prawa fizyki przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Wtedy przychodzi ci na myśl fragment Radosnej wiedzy Nietzschego:

„A gdyby tak pewnego dnia lub nocy jakiś demon wpełznął za tobą w twą najsamotniejszą samotność i rzekł ci: Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie nic w niem nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie – tak samo ten pająk i ten blask miesiąca pośród drzew i tak samo ta chwila i ja sam”

[...]

Peri odruchowo potrząsa głową. Czy ta odpowiedź miała go uspokoić? „Czy to kobieta, czy mężczyzna. Dla mnie to nie ma znaczenia”? To brzmi tak naiwnie. Dlaczego tak często ma problem ze znalezieniem słów, które mogą dodać komuś otuchy, pomóc mu uwolnić się z więzów krępujących jego własny umysł? Dlaczego musi istnieć przepaść między tym, co czuje, a tym, jakie słowa padają z jej ust? Przypominają się jej wykłady, które prawiła matce o Simone de Beauvoir. Była na pierwszym roku, ledwo co zaliczyła dwa spotkania kobiecej grupy czytelniczej i wydawało jej się, że pozjadała wszystkie rozumy. Myślała, że gdy będzie po prostu dalej opowiadać matce, co przeczytała i usłyszała, dziesięciominutowa rozmowa wyrówna szanse pokoleń naznaczonych uciskiem, biedą i brakiem edukacji. Anne, zrozum, że wcale nie przychodzisz na świat jako kobieta. Ta rola zostaje ci narzucona. Allah stworzył nas kobietami. Nie, anne, Allah, jeśli w ogóle, to stworzył nas ludźmi. To znaczy ten świat, nasze wychowanie, wszystko! Perihan, co chcesz przez to powiedzieć? Chcę powiedzieć, że przyjęłaś pasywną postawę… i jesteś uwięziona w swoim umyśle, w miejscu, w którym tkwisz, przekonana, że nie panujesz nad własnym życiem. Ale to nieprawda. Przynajmniej nie do końca. Tamam [z tur. OK – przyp. aut.]. Chcesz powiedzieć, że mam być jak mężczyzna? Nie, anne… a może trochę tak. W każdym razie nie musisz przez całe życie zachowywać się tak, jak cię tego uczono. Nie musisz być taka, jaka powinna być kobieta. Jesteś wolna.

[...]

W niemieckim zawsze będziemy zaznaczać różnice między kobietą a mężczyzną, z każdym zdaniem, z każdym on i ona. Pewnie myślisz teraz, że zgoda, ale przecież określamy tę konkretną osobę. A przecież każdą osobę można opisać na sto tysięcy sposobów! Dlaczego zawsze musi chodzić wyłącznie o płeć? Nie da się zrobić tego inaczej? Zastanawiałaś się kiedyś nad tym? Każdy język to narzędzie, które służy utrzymaniu struktur w społeczeństwie, czy też, powiedzmy, systemu… Yani – Emine niespodziewanie przerwała wywód córki. Peri skinęła głową, ale matka jeszcze przez chwilę skupiała się na cebuli, dodała do niej kawałki mięsa i mocno zamieszała. Yani, Perihan, ja ciebie rozumiem. Ale to głupstwa. Anne, dlaczego tak mówisz? Co jest w tym głupiego? Wszystko – odparła matka i wzruszyła ramionami. To, że w tureckim mówimy o i że nie ma jego i jej, nie znaczy od razu, że kobietom żyje się u nas lepiej.

[...]

Czy Hüseyin kiedykolwiek był kimś poza robotnikiem? Hakan nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Ojciec zawsze coś robił, zawsze harował: dla innych, dla rodziny, pilny jak mało kto, zamiast ględzić, po prostu działał; nigdy nie podejmował ryzyka, zawsze dmuchał na zimne, nieustannie zajęty, nie tracił czasu na gadanie, nie pozwalał sobie na nic, nie przepuszczał ani feniga. Tak, Hüseyin nie był jakimś tam robotnikiem – był robotnikiem pełną gębą. Po prostu miał to we krwi. Niektórzy tak mają, ale nie Hakan. Hakan bowiem wie, że istnieje tysiąc innych sposobów na to, by szybko zarobić pieniądze, zamiast stać gdzieś przy taśmie i słuchać rozkazów jakiegoś zafajdanego mistrza – nie, dzięki, to już lepiej rozkręcić swój biznes i popaść bez reszty w długi, fuck it, i za to przynajmniej mieć coś własnego, żadnego szefa, żadnego majstra, żadnego kapo, polegać tylko na własnych decyzjach, no i okej, może jeszcze tych jakiegoś partnera biznesowego, który wcale nie musi być najłatwiejszy, być może korzysta z interesu głównie po to, by prać pieniądze z innych źródeł. Ale grunt to nie mieć szefa, nigdy, żadnego szefa, cały czas w nadziei, że biznes z używanymi samochodami kiedyś zacznie się zwracać, że mimo ostrej konkurencji w pewnym momencie uda się wypracować swoją markę i ludzie zaczną walić drzwiami i oknami, albo przynajmniej na parking, bo okien jako takich jeszcze nie ma, na razie Hakan wynajął po prostu małą powierzchnię na terenach przemysłowych, gdzie stoi niewielki metalowy kontener, w którym z kumplami może naparzyć sobie czaju – takie to drzwi i okna. Od czegoś jednak trzeba zacząć, grunt to nie poprzestać na małych rzeczach i ponurej codzienności, na którą godzi się każdy idiota.

[...]

Oczywiście marzeniem Hakana nie był akurat handel używanymi samochodami. Oczywiście, że Hakan nie ma wątpliwości, iż jest powołany do wyższych celów niż targowanie się z ciapakami w jakichś warsztatach, żeby po taniości cofnęli mu licznik, a on mógł opchnąć brykę za kilka kafli więcej. Hakan od zawsze był przekonany, że ma duszę artysty, tak, wciąż wierzy w to, że mógłby zostać kimś więcej, gdyby tylko miał szansę skupić się na jednej rzeczy, cokolwiek by to miało być, break dance czy rap, kto to wie. Może przełomowy byłby nawet ten casting, na który chciał wysłać Hakana opiekun z klubu młodzieżowego, gdy ten miał piętnaście lat – do filmu, do którego szukali tancerzy – może ktoś miał na tym castingu odkryć jego talent i teraz Hakan byłby gwiazdą filmową, w Los Angeles czy gdzieś indziej, okej, może nie od razu Bradem Pittem czy Wesleyem Snipesem, wystarczyłoby mu kilka rólek w dużych produkcjach: jako więzień w Siedem, jako wampir w Blade, coś w tym stylu. Być może faktycznie Hakan zaszedłby tak daleko, że w pewnym momencie robiłby własne filmy, Boyz in the Hood, tylko że w Niemczech, czy to nie byłoby coś? Chłopaki z ulicy, Hakan miałby tyle możliwości, gdyby Hüseyin wówczas nie zabronił mu pójść na ten casting, kto to wie. No ale jest, jak jest, Hakan nie dostał szansy i teraz stara się wykorzystać swój czas najlepiej, jak potrafi.

[...]

Przecież mówię, że jadę na pogrzeb ojca. W takim razie, młody człowieku, trzeba było wyjechać odpowiednio wcześniej. Jeśli chodzi o niebezpieczne zachowanie w ruchu drogowym, nie ma wymówek. Hakan postanawia sobie darować tłumaczenie, że nie można wyjechać odpowiednio wcześniej, kiedy umiera Turas, bo Turasów trzeba pochować jeszcze tego samego dnia, w wyjątkowych przypadkach najpóźniej dnia następnego, jeśli krewni muszą dojechać z daleka. I to koniec. Zmarły idzie do piachu i jeśli zdążysz, to zdążysz. Inaczej masz pecha. Nie wiedziałem, że tu obowiązuje ograniczenie prędkości – stwierdza zamiast tego Hakan. Mimo to powinien pan zachować trzeźwość. A pana jazda przed chwilą wskazywała na coś innego. W porządku, niech pan daje ten alkomat.

[...]

Hakan czuje w gardle bombę zegarową. Warstwę lepkiego potu między skórą a sportową koszulką. Spojrzenie ojca z góry na całą tę sytuację, na obu policjantów, którzy stoją w rozkroku, męczą Hakana po prostu z nudów, jak gdyby policjanci na granicy nie mieli nic lepszego do roboty. Rozczarowanie ojca, że jego syn jak skończony idiota musiał się wpakować w coś takiego. Zawsze ta sama mantra, bu oglan hiç adam olmayacak, z tego chłopaka nigdy nie będzie mężczyzny. Hakan w oczach ojca był i na zawsze pozostanie frajerem, bo wmanewrował się w tę sytuację, bo nie był bardziej ostrożny, bo zwrócił na siebie uwagę policji. Zdaniem Hüseyina każdy, kto pakuje się w kłopoty, ponosi odpowiedzialność za siebie, zdaniem Hüseyina to policja, będąca na uprzywilejowanej pozycji, zawsze ma rację. Co niby miało zmienić stwierdzenie, że policja jest niesprawiedliwa, jej przemoc brutalna, a kontrole rasistowskie, skoro takimi stwierdzeniami nic nie można było wskórać, a w najgorszym razie tylko narobić sobie więcej problemów? Policja miała autorytet, któremu należało się poddać – inaczej samemu trzeba było wziąć odpowiedzialność za konsekwencje.

[...]

Czuje, jak ciało staje mu się obce, jak łączy się z alfą. Austriaccy celnicy sprawdzają jego winietę i dają znak, że może jechać dalej. Wyprzedzające go białe porsche carrera nie wzbudza w nim żadnych emocji. Oby jak najszybciej się stąd wydostać, oby nie narobić sobie więcej kłopotów. Na tylnym siedzeniu leży wagon marlboro, w saszetce na pasku ma trzydzieści banknotów dziesięciomarkowych. Hakan otwiera zamek i by upewnić się, że pieniądze nie zniknęły, przesuwa palcem po pliku owiniętym gumką. Chce jak najszybciej przejechać przez kolejną granicę i nareszcie znaleźć się w miejscu, w którym potrafi rozwiązywać problemy. Hakan zna Jugoli, zna Iviego, Gorana, Dragana, ale nie zna ani jednego Austriaka. Chociaż nie, zna jednego. Ten ktoś nazywa się Adolf Hitler.

[...]

Hakan miał kiedyś dziewczynę – Hülyę o oczach w kolorze skórki kiwi – która teraz mieszka z mężem w Grazu. Była jedyną Turaską, z jaką kiedykolwiek się związał. Mieli po szesnaście lat i każdego ranka przed szkołą spotykali się w parku na drugim końcu miasta, żeby w spokoju się poobściskiwać. Któregoś razu Hakan powoli wsunął jej dłoń pod koszulkę i na chwilę się zatrzymał, by upewnić się, że Hülyi się to podoba. Powiedziała: Przestań. Więc przestał. Później się z nim rozstała, twierdząc, że nie kręcą jej nieśmiali kolesie. Zachodzi słońce. Słoweński celnik nie patrzy Hakanowi w twarz. Hakan robi to za niego, spogląda w lusterko wsteczne i widzi, jak smutek zwisa mężczyźnie pod oczami niczym dwa woreczki herbaty. Celnik wbija pieczątkę do paszportu i wysuwa go przez wąski otwór w szklanym okienku. Alfa sunie dalej, a ciało Hakana rozpływa się niczym miękka masa. Nagle ogarnia go zmęczenie. Wskaźnik paliwa jest już na czerwonym polu. Hakan zjeżdża na stację, tankuje do pełna i pieszo zatacza rundkę dookoła parkingu, żeby chociaż pobudzić krążenie w nogach. Dopiero gdy wsiada do samochodu i wjeżdża z powrotem na autostradę, w lusterku wstecznym dostrzega na stacji benzynowej ogromny neon z napisem HIP-HOP.

[...]

Hakanowi przypomina się droga pod Rheinstadt, którą często wraca nocą do domu. Tam też panują podobne ciemności. Z obu stron widać tylko czarne cienie strzelistych drzew, aż w pewnym momencie na skraju drogi pojawia się ta okropna tablica, którą reflektory oświetlają tak krótko i którą Hakan mija tak szybko, że może bez problemu odwrócić wzrok. Zna ów szyld i wie, co jest na nim napisane. Już samo istnienie tej tablicy przypomina mu w tym miejscu, że w każdej chwili może czekać go zgubny koniec. Widnieją na niej bowiem cztery sępy siedzące na gałęzi, a nad nimi napis: Witaj, piracie drogowy, czekamy na ciebie. Hakanowi krążą po głowie pióra, chłopak słyszy szum, jakby wody, fal, oceanu. Przez szmer w oddali rozlega się buczenie, znany dźwięk, coś jak dzwonek, brzęcząca melodyjka – jego Panasonic. Hakan go nie widzi. Nie ma tu komórki. Zastanawia się, dlaczego dźwięk dochodzi z tak daleka, gdzie jest Panasonic, gdzie jest on sam? Wszystko staje się ciemnoszare jak powierzchnia wyłączonego telewizora. Hakan usiłuje wynurzyć się z mętnej wody, przebić przez obezwładniające fale, które cały czas spychają go w dół. Znów słyszy dzwonek, dźwięk jest coraz bliżej, głuche brzęczenie, dudnienie w uszach. Zaraz wróci na powierzchnię, ostatni raz poddaje się fali, ostatni raz balast spycha go w dół, ciężar, któremu tak dobrze byłoby ulec choć raz, gdyby nie świadomość, że właściwie bardzo się spieszy.

[...]

Od miesięcy Peri ma obsesję na punkcie jednego tematu. Z jakiegoś powodu wbiła sobie do głowy, że jest Kurdyjką. Co za absurd! Jak gdyby można było samemu zadecydować o czymś takim. Ojciec Hüseyina przecież nie był Kurdem, tylko sierotą z Kaukazu przygarniętą przez kurdyjską rodzinę, czy jakoś tak. To znaczy, że Peri nie może być Kurdyjką, bo to zawsze dziedziczy się po ojcu, przecież to oczywiste. Poza tym w rodzinie Hakana nikt nie zna ani słowa po kurdyjsku, nawet Sevda, mimo że wychowała się w wiosce w górach. Rodziców rozmawiających z krewnymi przez telefon po kurdyjsku słyszał tylko kilkukrotnie, gdy był jeszcze małym dzieckiem. Hüseyin nigdy nie powiedział jednak, że są Kurdami, nigdy nawet słowem nie wspomniał o Kurdach, gdy w telewizji mówili, że znów załatwiono kilku żołnierzy; po prostu siedział w fotelu i w milczeniu oglądał wiadomości. Nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Dlaczego więc Peri tak bardzo na tym zależy? Jak gdyby nie wystarczało być ciapakiem w Niemczech. Czy muszą teraz jeszcze zostać ciapakami w Turcji? Peri czasem mówi Hakanowi, żeby przestał nieustannie sprowadzać wszystkiego do faktu, że jest ciapaty. Jesteś kimś więcej, dlaczego nie określisz sam, kim chcesz być? Dlaczego musisz odgrywać narzucaną ci rolę? Tak, tak, być może ma rację, może Hakan jest kimś więcej. Gdyby jednak sam mógł zadecydować o tym, kim jest i kim chce być, tożsamość kurdyjska na pewno nie znalazłaby się na jego liście.

[...]

Prawdę mówiąc, cała ta teoria wydaje się Hakanowi nieco szalona. Brzmi trochę tak, jak gdyby każdy amca [z tur. wujek – przyp. aut.] w kawiarni zjarał o jednego skręta za dużo i dostał paranoi. Ostatecznie jednak w sumie mu to obojętne, czy Kurdowie istnieją, czy nie i co mówią na ten temat inni. Ostatecznie Hakan chce po prostu żyć jak normalny człowiek, od czasu do czasu móc zabrać do restauracji kobietę, którą kocha, być w stanie zapłacić czynsz i – co najważniejsze – nie mieć szefa. Jak gdyby Hakan sam wybrał sobie los ciapatego, jak gdyby tysiąc razy bardziej nie wolał być kimś, kto kompletnie nie rzuca się w oczy; kto jest w stanie przyjechać na czas na pogrzeb własnego ojca, bo policja ni stąd, ni zowąd nie podejrzewa go o bycie ćpunem albo dilerem; kto jest w stanie pochwalić się skończoną nauką zawodu i nie jest z niej wyrzucany po drugim roku przez majstra naziola z włosami w nosie; kto nie jest prowokowany i poniżany tak długo, aż straci nad sobą panowanie i jednak wrzuci niedopałek do pojemnika z odpadami chemicznymi.

[...]

Akurat mieszkała u nich Sevda, po tym, jak spłonął jej dom w Salzhagen. Gdyby się nad tym zastanowić, to faktycznie dziwny zbieg okoliczności, że najpierw w płomieniach stanął dom Sevdy, a potem fabryka, nawet jeśli pożar wywołany przez Hakana dało się opanować, bo majster naziol wykazał się refleksem. Gdy jednak wrzucał niedopałek do pojemnika, Hakan nie myślał o Sevdzie ani o małym Cemie, ani o Bahar [dzieciach Sevdy – przyp. aut.]; nie myślał o nikim ani niczym konkretnym, jego gest był całkiem odruchowy, jak gdyby chęć zobaczenia całej tej zafajdanej fabryki w płomieniach była najnormalniejszą rzeczą na świecie, jak gdyby ten pożar był dla niego jedyną opcją, żeby nie skończyć jak jego ojciec. W gruncie rzeczy działał w obronie własnej. Hakan poczłapał z powrotem na swoje miejsce. Kilka minut później rozległ się straszny huk i zawyły syreny alarmowe. Nikt nie został ranny. Nikt nie widział, co zrobił Hakan. Mimo to namierzyli go już dwa dni później. Wśród kolegów znalazło się wystarczająco dużo draniów, którzy donieśli, że Hakana nie było na swoim miejscu chwilę przed wybuchem pożaru, i tych, którzy wystarczająco często widzieli, jak na podwórzu łamie zakaz palenia.

[...]

Może teraz nadeszła ta chwila, może Hakan na kilka dni mógłby uciec ze Stambułu i pojechać dalej, do Antalyi – dobrze by mu to zrobiło po całej tej historii z ojcem. Oczywiście, że byłoby to trochę nie na miejscu, że nie należy chodzić na imprezy, gdy jest się w żałobie. No bo jak by to wyglądało? Czy jednak każdy nie ma swojego sposobu na radzenie sobie z żałobą? Czy nie można choć raz po prostu mieć gdzieś oczekiwań co do tego, jak należy się zachowywać? Czy chociaż wtedy, gdy umarł własny ojciec, nie można przestać brać udziału w całym tym przedstawieniu i zamiast tego choć raz zrobić coś, na co ma się ochotę? Hakan nie chce ogrywać roli najstarszego syna, który musi wszystkich wspierać i być silny; który teraz, po śmierci Hüseyina, oczywiście ma przejąć rolę głowy rodziny i w każdej kwestii mieć ostatnie słowo. Hakan nie chce mieć ostatniego słowa. Nie, naprawdę tego nie chce. Dwa dni temu w nocy, gdy Peri w kilku lakonicznych zdaniach poinformowała go, że umarł ojciec, Hakan natychmiast popędził przez całe Rheinstadt do domu, czyli do Emine. Matka siedziała sztywno na kanapie, fotel Hüseyina po prostu stał obok. Powiedziała wtedy: Hakanie, czy uważasz, że to dobry pomysł, żeby pochować go w Stambule? A Hakan stał w drzwiach i wpatrywał się w zakręcający kwiecisty wzór na dywanie. Miał ochotę odpowiedzieć: Anne, nie mam pojęcia. Ja tylko tak strasznie boję się stanąć nad jego grobem. Po prostu nie mogę. Nie chcę tam jechać.

[...]

Cisza panująca w pokoju huczy mu w uszach jak złowieszcza syrena, jak alarm pożarowy, jak dudnienie przejeżdżającego czołgu. Hakan zna tę ciszę. W tej rodzinie nigdy nikt na siebie nie krzyczy. W tej rodzinie walka od zawsze wygląda tak samo: wieloznaczne spojrzenia, odwrócony wzrok, całe mnóstwo rzeczy, o których nigdy nikt nie mówi na głos i przez to coraz ciężej wiszą one w powietrzu, wszyscy bowiem wiedzą, co wyraża i przeciw czemu jest skierowane to, co niewypowiedziane. Milczenie jest bronią matki Hakana i było bronią jego ojca. Hakan uświadamia sobie, że milczenie to ścieżka dźwiękowa jego dzieciństwa. Być może dlatego w pewnym momencie uciekł do świata ogłuszających beatów Larry’ego Smitha, być może tylko dlatego tak ogromne wrażenie wywarły na nim jasne rymy Rakima. Być może Peri miała rację i wszystko tutaj ma związek z przeszłością Hüseyina, z tym, co przeżył i o czym nigdy nie był w stanie mówić. Coś musiało się wydarzyć. Coś tak okropnego, że nie znalazł na to słów. A teraz, gdy Hüseyina nagle zabrakło, siedzą tutaj, wszyscy ci, którym w spadku pozostawił jedno: milczenie.

[...]

EMINE, NA PODŁODZE w sypialni rozwijasz sadżadżę [z arab. modlitewnik – przyp. aut.] i zamykasz oczy. Od ostatniego azanu musiały minąć ze trzy godziny, ale skoro obudziłaś się już po północy, możesz pomodlić się i po raz szósty. Masz nadzieję, że nocna modlitwa zbliży cię do Boga, ochroni przed złymi uczynkami, tak jak wtedy – czy wciąż pamiętasz? – gdy przez wiele nocy nie mogłaś spać, przez wszystkie te rzeczy, które zajmowały twoje serce i przez które pogrążyłabyś się w rozpaczy, gdyby nie twoja wiara. Emine, słyszysz tykanie zegara. To jeden z tych klasycznych modeli z mosiężnym wahadłem i solidną drewnianą skrzynią. Zwykłaś lubić takie zegary. Widok wahadła bujającego się z lewej na prawą stronę działał na ciebie uspokajająco. Teraz jednak nie możesz tego znieść. Wydaje ci się, że z każdym jego ruchem, sekunda po sekundzie, coraz bardziej oddalasz się od swojego życia. Od Hüseyina. Aż w pewnym momencie będzie ci się wydawać, że nigdy go nie było.

[...]

Siedzisz więc dalej, Emine. Twój wzrok wędruje przez ciemną sypialnię, do której z korytarza wpada jedynie wąski pas światła. Wpatrujesz się w łóżko, w którym Hüseyin nigdy nie spał, w lustro, w którym być może przejrzał się tylko raz w życiu – gdy je wieszał. Zasłoniłaś je chustą, by cię nie rozpraszało, gdy będziesz się modlić. Upał miasta rozpalonego do czerwoności nie chce zelżeć nawet po zapadnięciu zmroku. Czujesz na skroni krople potu, ale stopy masz lodowate. Jak zawsze. I właśnie chcesz przykryć gołe stopy brzegiem koszuli nocnej, gdy nagle zamierasz. Czujesz, że ktoś za tobą stoi, że ktoś cię obserwuje. To nie Sevda, bo słyszysz jej kroki na skrzypiącym parkiecie w salonie z drugiej strony. To nie Sevda, więc nikt nie może za tobą stać. Mimo to wciąż masz wrażenie, że ktoś cię śledzi, towarzyszy ci ono od chwili, gdy po raz pierwszy przekroczyłaś próg tego mieszkania. Wystarczyłoby więc szybko się obrócić, by zobaczyć tę osobę. Ty jednak nie chcesz niczego widzieć.

[...]

Anne, co takiego chciałaś robić na wsi? – pyta poirytowana Sevda. Przecież tam już nikogo nie ma! Co chciałam robić? Przecież to moje rodzinne strony, moja ziemia. Na pewno ktoś tam jeszcze jest… Co za bzdury – mówi Sevda i zaciąga się papierosem. Wszyscy już dawno przeprowadzili się do miast. Ta wieś już nie istnieje. Skąd to niby wiesz? Po prostu to wiem. To są mrzonki, anne. Mrzonki i tęsknota za tym, co było kiedyś, to wszystko.

[...]

Twoje wspomnienia zaczynają się w dniu, w którym po raz pierwszy spotkałaś Hüseyina. Przyszedł z sąsiedniej wioski do kogoś w odwiedziny. Gdy z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna, zazwyczaj nie podnosiłaś wzroku; gdy kątem oka dostrzegałaś zbliżające się męskie ciało, zazwyczaj wbijałaś spojrzenie w błotnistą ziemię, w otoczaki, w porastające pobocze chwasty. Tego dnia z jakiegoś powodu było inaczej. Wzrok Hüseyina przyciągnął twój niczym magnes, Hüseyin zajrzał do twojego wnętrza, a ty do jego. Trwało to co najwyżej dwie sekundy, ale ty, Emine, miałaś wrażenie, że to cała wieczność. Hüseyin się uśmiechnął, a ty wstrzymałaś oddech i zanim ponownie opuściłaś wzrok i zasłoniłaś usta końcówką chusty osłaniającej twoją głowę, zanim udało ci się minąć Hüseyina, znaleźć schronienie w domu ciotki i ukryć się w kuchni, by wreszcie także twoją twarz mógł rozpromienić uśmiech; dostrzegłaś smutek, widoczny na jego twarzy tak samo jak uśmiech, a smutek ten w naturalny sposób był częścią Hüseyina i towarzyszył mu zawsze. Niezależnie od tego, czy był szczęśliwy, wyczerpany czy spał – z jego twarzy nigdy nie znikał wyraz smutku. Hüseyin dbał o niego niczym o słodką tajemnicę, której istnienia można się było domyślić i której nigdy nie wyjawił. Nieważne, przez ile lat próbowałaś, Emine, nieważne, jak bardzo drążyłaś, w pewnym momencie zawsze pojawiała się kłódka, którą twój mąż wywieszał przed tajemnicą swojego smutku i do której nie było klucza. Odrzucił cię na zawsze, zostawił sam na sam z twoją samotnością.

[...]

Hüseyin na wiele lat przed wyjazdem do Niemiec zakazał ci rozmawiać po kurdyjsku z Sevdą, a potem także z resztą dzieci – tłumaczył, że będzie im w życiu lepiej, jeśli w ogóle nie nauczą się tego języka, a ja chcę, mówił, żeby moim dzieciom żyło się jak najlepiej, Emine, chyba tobie też na tym zależy? Okazało się to prostsze, niż się spodziewałaś, między innymi dlatego, że Hüseyin zadbał o to, byście ty, twoi teściowie oraz Sevda wkrótce po jego wyjeździe do Niemiec także się przeprowadzili – z gór do miasta. Myślisz o rozpadającym się domu, który twój mąż dla was wynajął. Tu, na dole, jest bezpieczniej, powiedział. Tu większość sąsiadów i tak mówiła tylko po turecku. Tak samo w radiu. I w urzędach. Twoja znajomość tureckiego, Emine, był dobra, skończyłaś podstawówkę. Tylko teściowie mieli problemy z mówieniem, ale w Karlidag i tak zamilkli. I tym sposobem, Emine, język turecki w pewnym momencie tak bardzo zdominował twoje życie, że zaczęłaś w nim śnić. Natomiast to, że akurat Hüseyin przez sen cały czas mówił po kurdyjsku – po latach, długo po śmierci swojej matki, ostatniej osoby, z którą rozmawiał w nim przez telefon i przy okazji waszych nielicznych odwiedzin – bardzo cię bolało, bolało aż do szpiku kości. Hüseyin najpierw pozbawił cię języka ojczystego, a potem zabrał do kraju, w którym zostałaś bez żadnego języka. Miałaś poczucie, że cię zdradził, że zdradzał cię dzień w dzień, od kiedy tylko spotkaliście się po raz pierwszy i ukryliście przed sobą wnętrza swoich dusz.

[...]

Twój koszmar stał się rzeczywistością. Tego wieczoru, gdy wróciłaś z urzędu z o [z tur. o znaczy tyle, co o nim lub o niej, a tutaj w rozumieniu ono dziecko – przyp. aut.], przygnębiony Hüseyin poszedł z tobą do sypialni, usiadł na łóżku i zmarszczył czoło, a smutny mewi kołtun poruszył się nad jego oczami. Opowiedział ci o obietnicy danej starszemu bratu. O ofiarach, które Ahmet jako najstarszy syn przez wiele lat ponosił w imieniu swoich rodziców i braci. O pieniądzach, które od dawna wysyłał z Wiednia, by ułatwić rodzinie życie. O tym, że wciąż jesteście młodzi i urodzi wam się jeszcze wiele zdrowych dzieci, podczas gdy Ahmet z Ayşe bez waszej pomocy nie mają, jak założyć własnej rodziny. Nie płakałaś. Nie odezwałaś się ani słowem, tylko kołysałaś w ramionach swoje dziecko, tylko oddychałaś, jak gdyby wystarczyło wziąć odpowiednio głęboki wdech, by z powrotem zamknąć o w sobie, tak jak zaledwie kilka tygodni wcześniej z wydechem wypuściłaś o na ten świat.

[...]

Tygodnie po wyjeździe o były jak majaki w gorączce. Emine, nawet najlżejszy odgłos przyprawiał cię o ból głowy. Nieustannie drżałaś z zimna, choć był maj i nosiłaś wełnianą kamizelkę. Każdy ruch stanowił dla ciebie tak ogromny wysiłek, jak gdyby na całym twoim ciele wisiały ciężary. A przecież teściowa próbowała cię chronić, jak tylko mogła, żebyś znów stanęła na nogi. W nocy Hüseyin oplatał ramionami twoje opadłe z sił ciało, przytulał się i szeptał ci do ucha, że niedługo poczujesz się lepiej. Wiedziałaś, że to puste obietnice. Rana, która powstała w twoim gardle, nie mogła się zagoić, wpadało w nią wszystko to, co chciałaś zarzucić Hüseyinowi, teściowej albo teściowi, który zawsze tylko siedział w kącie i obserwował wszystkich w milczeniu. Nie było tu nic do powiedzenia. A jak nazwać coś, czego nie ma? Czy odpowiednim określeniem była tęsknota? Czy znałaś o na tyle długo, by poczuć tęsknotę? Nie, nie znałaś, bo przecież nie jest tak, że gdy dziecko przychodzi na świat, od razu otacza się je miłością. Uczucie przyszło z czasem, tak jak dziecko dopiero z czasem uczy się kochać – w pierwszej kolejności własną matkę. Was jednak pozbawiono tych możliwości. I zabrakło wam słów, by wyrazić ich brak. Czułaś się tak, jak gdybyś zawsze nosiła na ramionach coś zimnego i ciężkiego, przypominającego kołdrę napęczniałą od śniegu, która za długo wietrzyła się na dworze.

[...]

Sevda przybiera kamienny wyraz twarzy, gdy słyszy o nocy, w której przyszła na świat, jak również o tym, że musiały minąć miesiące, byś wreszcie przestała krzyczeć, a pęknięcia zaczęły się goić. O tym, że Hüseyin stawał się coraz bardziej obcy i że jeszcze trzy razy z rzędu późnym latem jeździł do Rize zbierać herbatę, a mimo to pieniędzy ubywało. Że czwartego lata zadecydował w końcu o wyjeździe do Niemiec i obiecywał, że to tylko na rok, po czym przedłużał pobyt o jeszcze jeden i o kolejny, bo tyle, co w dwa miesiące na plantacji w Rize, zarabiał w Niemczech w ciągu kilku dni. Że przez długi czas widywałaś go tylko latem, gdy przyjeżdżał w odwiedziny. Że tęskniłaś za nim jak szalona, a gdy w końcu znów stawał przed tobą z coraz to nowszymi prezentami w ramionach – garnkami ze stali nierdzewnej, radioodbiornikiem, małymi kremami pachnącymi rumiankiem – ogarniała cię wściekłość, wręcz gotowało się w tobie ze złości, bo to Hüseyin zawsze decydował o tym, kiedy zobaczycie się po raz kolejny, a tobie pozostawało tylko czekać. Że twoje ciało było gotowe na kolejną ciążę dopiero po sześciu latach od urodzenia drugiego dziecka, które ponownie nazwaliście Sevdą. Że z Hakanem, Perihan, a także później z Ümitem wszystko poszło już dużo łatwiej.

[...]

Patrzyłaś na Sevdę, jak gestykuluje nagimi ramionami, gdy opowiada o tym, co przeżyła. Jej jasna skóra lśniła, warkoczyki podskakiwały we wszystkie strony. Po prostu nie mogłaś pogodzić się z myślą, że nigdy nie wybrałaś się w taką podróż z Hüseyinem. W waszym życiu zabrakło chwil spędzonych tylko we dwoje. Choćby przez jeden dzień. Zawsze był z wami ktoś jeszcze – najpierw teściowie, potem dzieci. Zawsze mieliście z Hüseyinem coś do roboty, zawsze byliście zajęci albo zmęczeni. Emine, Hüseyin nigdy nie wpadłby na pomysł, by gdzieś z tobą pojechać, zabrać cię na lody. Gdy wtedy przy stole dostrzegłaś w oczach Sevdy poruszenie tym, że wreszcie przyjechała do Niemiec, gdy usłyszałaś, że nie może się doczekać, by wreszcie wyjść z domu i zobaczyć okolicę, zaczęłaś coraz bardziej niespokojnie wiercić się na krześle, wbijać wzrok w wysuszone dłonie. Dokładnie pamiętasz, jakie myśli krążyły ci wówczas po głowie: Sevda musiała mieć u dziadków za dużo czasu na marzenia. Wydaje się jej, że jest teraz wolna i może robić wszystko, na co tylko ma ochotę. Biedaczka szybko się przekona, że nikt nie jest wolny, że nigdy nie można robić tylko tego, na co ma się ochotę. Nie tam i nie tutaj, nigdzie, nigdy.

[...]

Lata spędzone w Niemczech przelatywały ci przez palce. Emine, straciłaś poczucie czasu. Jedynie dorastanie twoich dzieci stanowiło dowód na to, że Ziemia w dalszym ciągu się obraca. Poza tym wszystko pozostawało bez zmian. Wiecznie szare niebo, wiecznie smutne twarze, niekończąca się ścieżka, którą dzień w dzień taszczyłaś siatki z zakupami, biegnąca wzdłuż rzeki. Ciemny dym unoszący się nad zakładami metalurgicznymi. Powietrze pachnące blaszaną puszką. Milczenie Hüseyina. Rysa między wami, która od pierwszego porodu stawała się coraz wyraźniejsza, ta przepaść, która stawała się coraz głębsza, im dłużej się w nią wpatrywałaś. Usiłowałaś nie zwracać na nią uwagi – w końcu noc w noc dzieliliście łóżko – a jednak, Emine, nigdy nie czułaś, że obok ciebie śpi twój mąż. Obok ciebie leżało po prostu wyczerpane, smutne ciało, które każdego dnia od nowa chodziło do fabryki, by wrócić wieczorem jeszcze bardziej wykończone, by na koniec miesiąca położyć na stole wypłatę, która w Karlidag bez problemu wystarczyłaby na życie przez cały rok. W Rheinstadt pieniądze ledwo wystarczały na zakupy, małe jogurty, które dzieci zabierały ze sobą do szkoły, buty, z których od razu wyrastały, i marlboro, które Hüseyin palił na balkonie tak długo, aż padał do łóżka, wycieńczony – zbyt wycieńczony, by się odezwać, a co dopiero podjąć jakiekolwiek decyzje. Dlatego też wzięłaś to na siebie. Jak dzieci spędzają czas, co kupić i co będziecie jeść, jakie programy mają oglądać w telewizji – wszystkie te decyzje podejmowałaś ty, Emine. Mogło się wydawać, że ci to odpowiada, po wszystkich tych latach, gdy żyłaś u teściów, w cieniu ich pragnień i potrzeb. To ci jednak nie odpowiadało. Wcale, ale to wcale. Decydowanie o wszystkim oznaczało bowiem, że zawsze musiałaś jakoś funkcjonować, żeby funkcjonowała twoja rodzina – byłaś tym elementem, który wszystko ze sobą łączył. Tak to widziałaś. Decydowanie o wszystkim nie sprawiało ci radości. Nie, wręcz przeciwnie – było ciężarem, bo nigdy nie mogłaś zadowolić wszystkich jednocześnie. Zawsze albo Sevda, albo Hakan, albo Perihan, a później także i Ümit w kwestii podejmowanych przez ciebie decyzji mieli ci coś do zarzucenia i by cię ukarać, spuszczali nos na kwintę.

[...]

O nie żyje. Otworzyłaś szeroko oczy, wbiłaś spojrzenie w Hüseyina i błagałaś go, żeby opowiedział ci wszystko ze szczegółami – wszystko, ale to wszystko, co wie na ten temat. I Hüseyin zaczął swoją opowieść, jedynie lekko odwracając głowę. Patrzyłaś na tego starego mężczyznę i widziałaś w nim młodego chłopaka, do którego uśmiechnęłaś się trzydzieści lat temu. Mówił o tym, jak o po raz pierwszy dało znak życia, jak kilka dni po tym dziwnym telefonie zadzwoniło jeszcze raz do fabryki i jak Hüseyin został wezwany do telefonu na monety wiszącego w pokoju służbowym; jak po przedstawieniu się usłyszał w słuchawce, że o wie wszystko o adopcji. To było w 1990 roku, o wspomniało, że chce przyjechać do Rheinstadt, by poznać swoją rodzinę. Hüseyin mówił, że odpowiedział: Nie, nie przyjeżdżaj i już nigdy tu nie dzwoń, że się przestraszył, bo sam już nie wiedział, co jest dobre, a co złe, że nie chciał rozdrapywać znów twoich starych ran i pozwolić, by cały wasz świat zadrżał w posadach; w końcu pragnął tylko, by wszystko po prostu jakoś toczyło się dalej. Mówił, że pewnego popołudnia dwa lata temu o nagle czekało na niego przed wejściem do fabryki – po prostu oficjalnie podało mu rękę i przedstawiło się jako Ciwan.

[...]

W imię bzdur, których nagadali wam wasi ojcowie, wasze matki i wasi sąsiedzi. W meczetach i telewizji nasłuchałyście się jakichś rzeczy, do których potem musieliśmy się dostosować. Nie, wy wręcz zrobiłyście z nas ich zakładników. Przejęłyście wszystko, nie zastanawiając się ani chwili, czy to dobre dla was. I dla nas! Ta ignorancja doprowadza mnie do szału i po prostu chce mi się krzyczeć, gdy zachowujesz się tak, jak gdybyś była choć odrobinę lepsza od Ayşe. Bo wcale nie jesteś! Od kiedy Sevda wspomniała o meczetach, w głowie jakby odruchowo zaczynasz bezdźwięcznie powtarzać tekst sury Al-Fatiha. Modlisz się o przebaczenie dla swojej córki. Przesuwasz dłońmi po odrętwiałej, zapłakanej twarzy i rozpoczynasz modlitwę od nowa. Wiesz, anne, łatwo mówić, że winę za odebranie tobie Ciwana ponoszą inni. Albo że czasy były inne i dlatego nie poszłam do szkoły. Że dziewczynki nie chodziły wtedy do szkoły dlatego, że były dziewczynkami. Ale to wcale nie baba mi tego zabronił. To nie baba chciał mnie wydać za mąż w wieku osiemnastu lat. Anne, to byłaś ty. Myślisz, że tego nie wiem? Możliwe, że to mężczyźni mieli ostatnie słowo, zresztą, do cholery, mamy dziewięćdziesiąty dziewiąty rok i w dalszym ciągu jest tak samo. Ale żeby mogli tak robić, żeby zawsze o wszystkim decydować, potrzebują takich ludzi jak ty. Kobiet, które przez całe życie tłamszą pozostałe kobiety; które każą swoim dzieciom godzić się na tak samo zasrany los, jaki spotkał je same. Ja zresztą wcale nie jestem lepsza, łapię się na tym, kiedy krzyczę na dzieci albo wymierzam im karę. Zawsze muszę się hamować, że tak nie można, że nie chcę być taka jak moja matka. Nigdy jednak nie będę aż tak zakłamana i obłudna jak ty, Emine.

[…]

Jesteś moją matką, a ja twoim dzieckiem. Mogłaś umożliwić mi to wszystko. Powinnaś była to zrobić. Ja przecież tego chciałam. Zamiast tego przez zaledwie kilka miesięcy posyłałaś mnie na kurs niemieckiego, i to tylko dlatego, że dostawaliście za to pieniądze. Potem wydaliście mnie za mąż za pierwszego lepszego faceta, żeby się mnie pozbyć, choć ja wcale nie chciałam wychodzić za mąż! Widzę, anne, że nie chcesz tego słyszeć, tylko z kim ja mam o tym rozmawiać? Mam opowiadać o tym moim pracownikom, moim niemieckim klientom, sąsiadom, żeby mi współczuli i mówili: No, u was to kobiety są gnębione, co nie? Biedaczki? Wiesz, anne, ja nie potrzebuję ich współczucia. Nie chcę potwierdzać tego, co i tak o nas myślą. Chcę tylko, żebyś zrozumiała, że to nie ty jesteś tutaj ofiarą, bo ty również ponosisz odpowiedzialność za to wszystko. Także za to, co przytrafiło się Ciwanowi. I to nie dlatego, że go oddałaś, tylko dlatego, że zrobiłabyś to samo co Ayşe. Bo też byś go nie zaakceptowała. Proszę, módl się dalej, ale najlepiej za siebie samą, nie za Ciwana ani za mnie. Najlepsze, co mogło przytrafić się Ciwanowi, to nigdy cię nie spotkać. Baba postąpił słusznie.

[…]

Gdybyś jednak teraz, Emine, gdy już wiesz to wszystko, mogła zacząć od początku, gdybyś miała przeżyć to życie od nowa, postąpiłabyś inaczej, prawda? Nie miałabyś wyjścia. I to właśnie byłaby ta mądrość, o której tak chętnie mówią ludzie. A jednak wiesz, Emine, że nie ma czegoś takiego jak druga szansa, drugie życie. Są życie i Bóg i nic tu nie wskórasz, nawet jeśli teraz, w wieku pięćdziesięciu lat, w świeżo pomalowanym mieszkaniu zmarłego męża po raz pierwszy, od kiedy pamiętasz, czegoś pragniesz, i to tak bardzo, że na myśl o tym zaczynasz cała dygotać. Chcesz przeżyć wszystko od nowa, dostać jeszcze jedną szansę, przesunąć wszystko do początku niczym kasetę wideo, przewinąć wszystko do wieczoru, gdy z o w ramionach i aktem urodzenia w kieszeni wróciłaś z miasta do waszej wsi, przewinąć wszystko do nocy sylwestrowej w Rheinstadt, gdy odesłałaś Sevdę z powrotem. Emine, tak się jednak nie da. Życie nie jest taśmą, którą można do woli przewijać do przodu i do tyłu. Twój los od dawna jest już przesądzony, a ty doskonale zdajesz sobie z tego sprawę.

[…]

Zastanawiasz się, kim jestem? Emine, to nie ma znaczenia. Powinnaś raczej zapytać, kim jesteś ty. Ja bowiem jestem tylko częścią ciebie. Jestem przestrzenią między twoją wiarą a twoim działaniem. Jestem sprzecznością między twoim własnym obrazem siebie a obliczem, które pokazujesz innym. Jestem luką między tym, co uważasz za słuszne, a czego nie, lekkim pęknięciem w twojej moralności, rozdźwiękiem między twoją egzystencją a powinnością. Emine, ja po prostu jestem głosem w twojej głowie. Bez ciebie jestem niczym. Powiedz mi więc: kim jesteś ty?

[…]

Wahadło zegara tyka. Wszystko opadło, jest zniszczone i ślepe, ale czas leci dalej. Oddala cię od tego miejsca, Emine, sekunda po sekundzie. Zbliża cię do Hüseyina. On na ciebie czeka. Uśmiecha się do ciebie, a mewi kołtun na jego twarzy unosi się z radości. Jesteś na to gotowa. Cicho odmawiasz ostatnią modlitwę, a zamiast zapachu gruzu nagle zaczynasz czuć woń czegoś innego. Skądś ją znasz, pomyśl tylko, Emine – to zapach kapiącego tłuszczu, duszonych warzyw, mięsa, domu. Stoisz w waszej kuchni w Rheinstadt. Dookoła biegają dzieci Sevdy, bawią się w berka w całym mieszkaniu. Wodzisz za nimi wzrokiem i się uśmiechasz. To dzieci, Emine, tak to już z nimi jest. Ostrożnie otwierasz piekarnik. Gęś wygląda doskonale, jest soczysta, lśni złoto – dokładnie tak powinna wyglądać. Wyciągasz ją z piekarnika i zanosisz do salonu, na stół. Wszyscy zasiedli już w oczekiwaniu na ciebie. Witają cię, z ich spojrzeń bije cierpliwość. W telewizji leci show Ibo, który właśnie śpiewa jakąś uzun hava [z tur. długa pogoda – przyp. aut.], publiczność jak na komendę zaczyna wiwatować. Hakan odkłada kamerę, robi miejsce na stole, żebyś mogła odstawić pieczeń. Hüseyin ścisza telewizor. Perihan nalewa wszystkim coli. Ümit, zniecierpliwiony, natychmiast wypija całą szklankę. Sevda sadza dzieci na krzesłach obok siebie. Ustawiasz równo pieczeń i prosisz Hüseyina, żeby ją pokroił. Mówi: Jedzenie pachnie obłędnie, Emine, dobra robota. Z uśmiechem kiwasz do niego głową. Ümit pyta: Baba, co to za język? Hüseyin głaszcze go po głowie i zaczyna opowiadać o swoim dzieciństwie. Dolewasz Ümitowi coli. Hakan wstaje i mówi w typowy dla niego porywczy sposób: Przerywam naukę zawodu, nie chcę już tego wszystkiego. Patrzycie na siebie z Hüseyinem, następuje chwila zawahania, po czym stwierdzacie: Oglum, to twoja decyzja. Jesteś dorosłym mężczyzną. Perihan znów jest ubrana na czarno. Uśmiecha się, zatroskana, pyta cię: Anne, wciąż coś cię boli? W jej oczach widzisz, że sama skrywa w sobie ból. Mówisz: Kizim, tam gdzie jest ból, jest i lekarstwo. Sevda z wdzięcznością kiwa głową. Okrążasz stół, podchodzisz do Sevdy i pochylasz się nad nią. Kładziesz jej dłonie na ramionach i szepczesz do ucha: Sevdo, nie musisz wracać do Ihsana. Kizim, zostań z nami. To jest przecież także twój dom. Sevda, której oczy napełniają się łzami i radością, całuje cię w dłoń. I już chcesz z powrotem usiąść na swoim miejscu, gdy rozlega się dzwonek do drzwi. Sevda wstaje, ale mówisz: K?z?m, ja otworzę. Robisz kilka kroków ciemnym korytarzem. Nie potrzebujesz światła, żeby odnaleźć drzwi, znasz drogę, Emine, to twój dom. Twoje miejsce na ziemi. Miejsce, w którym są wszyscy ludzie, których kochasz i którzy kochają ciebie, w którym wszyscy zawsze sobie wybaczają. Bo wybaczenie to jedyna rzecz, która pomaga na samotność. Bo wybaczenie innym to jedyny sposób, by inni wybaczyli tobie. Byś mogła wybaczyć sama sobie. Otwierasz drzwi. Czujesz, jak radość rozpiera ci serce. Mówisz: Ciwan.

Fatma Aydemir, Dżiny

Powieść obyczajowa Fatmy Aydemir – niemieckiej pisarki i dziennikarki pochodzenia tureckiego przenosi akcję tej sagi rodzinnej przede wszystkim do miejscowości Rheinstadt leżącej w kraju związkowym Turyngia, a zatem i w "nowych" Niemczech, również do Stambułu, stolicy republiki tureckiej, a generalnie w lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Ostateczne odejście, zwłaszcza głowy rodziny częstokroć stanowi trwałą cezurę, której czasem nie rozbroi nawet czas, ponoć każdemu z nas pisany. W porze "zmierzenia się ze śmiercią" bliskiego, w takim to czasie na przewartościowania rodzina przedwcześnie zmarłego Hüseyina dokonuje w sobie podsumowania, które wygląda nader blado. W epizodycznej opowieści Fatmy każdy z członków rodziny w swej własnej odsłonie opisuje skomplikowane losy, te nadal uwierające traumy, jakie musieli doświadczać, decydując się na emigrację zarobkową do obcego im „rajskiego” świata z dobrobytem, jakiego nie mieli w tureckim Karlidag pod granicą armeńską. Bo jak się ostatecznie okazuje, to dobrowolna emigracja niczym wykorzenienie jest tym przekleństwem dla człowieka i jego rodziny, gdyż rozsupłuje bliskie więzi międzyludzkie w zasadzie też, nie dając nic w zamian. I co ważne nie jest to również wcale tak, że to imigranci stanowią nieopisane zagrożenie, a tolerancyjność narodowa z kolei za dobrze zna swoje granice.  



powrót ››